Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 1998/06/06-07

 

Anna Bikont

Szczęściarz na pięciu etatach

 

Cenionym na rynku towarem jest tytuł profesorski. Profesorów łakną nowe uczelnie, bo to oni dają status, wyznaczają rangę. Ale też firma sprzedająca ogórki konserwowe lubi, by logo na słoiku zaprojektował ktoś z profesorskim tytułem - reportaż.

Uchwały rad wydziałów i stowarzyszeń naukowych, protesty Komitetu Badań Naukowych, Konferencji Rektorów, Zgromadzenia Ogólnego PAN, listy indywidualne i zbiorowe - na biurku premiera lądują kolejne sprzeciwy wobec cięć nakładów na badania naukowe.

- Środowisko się wreszcie obudziło. Po raz pierwszy od 1989 roku - mówi inicjator akcji profesor fizyki Andrzej Kajetan Wróblewski, po 1989 r. rektor Uniwersytetu Warszawskiego, dziś wiceprzewodniczący Komitetu Badań Naukowych.

Pozostali moi rozmówcy ze środowiska profesorskiego wypowiadają się w sposób dużo bardziej stonowany.

- Kilku profesorów inicjuje pisanie publicznych listów - mówi profesor socjologii Ireneusz Krzemiński z Uniwersytetu Warszawskiego - ale nie ma atmosfery protestu, mobilizacji. Podpisywanie listów do władz nie przekłada się na inne działania, nikt na przykład nie organizuje zebrań pracowników.

Profesor Łukasz Turski z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN i niepaństwowej Szkoły Nauk Ścisłych w Warszawie rozesłał w Internecie list, że nie wolno żądać "wpompowywania publicznego grosza w nie zreformowaną strukturę nauki".

Jak zatem środowisko nauki przetrwało próbę nowych czasów? Czy czasy mamy pomyślne dla uprawiania nauki i jej propagowania? Czy uczelnie w wolnej Polsce uczą lepiej?

Zapytałam o to profesorów wyższych uczelni.

Brak woli wielkiej reformy

- Pamiętam, jak siedzieliśmy przed telewizorem, kiedy pani Joanna Szczepkowska powiedziała, że komunizm upadł, i cieszyliśmy się, że będzie wolny rynek w nauce - mówi profesor Łukasz Turski. - I rzeczywiście, za rządów Tadeusza Mazowieckiego, dzięki profesorom Stefanowi Amsterdamskiemu i Witoldowi Karczewskiemu oraz dzięki Towarzystwu Popierania i Krzewienia Nauk, przeprowadziliśmy rewolucję: powstał Komitet Badań Naukowych. Na kiepskie projekty nie było już pieniędzy, wczorajsi władcy nauki zostali pozbawieni środków. Natomiast w którymś momencie okazało się, że środowisko się rozpadło. Zabrakło mu woli przeprowadzenia wielkiej reformy.

- Rozumowanie jest takie: skoro pracownicy naukowi nie strajkują, widać znaleźli sobie jakieś możliwości godziwego utrzymania się - mówi profesor socjologii Ireneusz Krzemiński. - Pewnie tak, tylko, jakie są tego konsekwencje? Całkowicie zanikają tradycyjne formy życia naukowego. Nie ma dyskusji, nie ma zebrań zakładowych, nie pisze się już recenzji z prac naukowych, a dawniej na moim wydziale te recenzje stanowiły fundamentalne eseje, kamienie milowe w rozwoju myśli socjologicznej.

- Środowisko zaadaptowało się do nowych warunków: mamy rynek, to zabieramy się do zarabiania - mówi profesor Ewa Wipszycka, historyk. - Poprzednio toczyliśmy mnóstwo dyskusji o charakterze studiów, o dydaktyce, o tym, jakie zmiany wprowadzić w programie. Już nie dyskutujemy. Zapowiedziana została właśnie wielka reforma oświaty. To uczelnie mają kształcić kadrę, która tę reformę będzie realizować. Tymczasem produkują na odrębnych wydziałach nauczyciela chemii, nauczyciela fizyki, nauczyciela geografii, a tych przedmiotów już nie będzie w szkole, one będą wymieszane. Środowisko mogłoby wykrzyknąć: "Po naszym trupie". Albo moglibyśmy zastanowić się, jakie ta reforma stawia przed nami wymagania. Środowisko milczy.

Nowe czasy, stare zasady

Przed 1989 rokiem kariera uniwersytecka była jednym z najbardziej atrakcyjnych sposobów przetrwania PRL-u, wiele uczelni było enklawami wolności i przyzwoitości. Co się stało z kadrą naukową, kiedy pojawiły się nowe możliwości?

Część trafiła do banków, do rządu, do biznesu. Zdaniem profesora Wróblewskiego nie jest to groźne dla Polski, gdyż wnieśli oni tam swoją wiedzę i pomysły. Słyszał nawet na Zachodzie opinię, że reformy w Polsce nastąpiły tak szybko, bo tak dużo ludzi nauki się w nie zaangażowało.

Ci, co zostali na uczelniach, traktują je nierzadko jako wygodną odskocznię do robienia pieniędzy. Cenionym na rynku towarem jest tytuł profesorski. Profesorów łakną jak kanie dżdżu nowe uczelnie, bo to oni dają status, wyznaczają rangę. Ale też firma sprzedająca ogórki konserwowe lubi, by logo na słoiku zaprojektował ktoś z profesorskim tytułem.

Profesor uczelni artystycznej opowiada mi, że dawniej korzyści płynące z pracy na uczelni były doprawdy niewielkie. Można było co najwyżej zabrać sobie jakąś tubkę farby niedostępną na rynku. Po 1989 roku okazało się, że praca na uczelni może dać dostęp do świetnie oprogramowanych komputerów, na których robi się dużą fuchę, zatrudniając jeszcze do tego pod pozorem ćwiczeń bezpłatnie studentów. Teraz ci pracownicy mają często obok albo zamiast pracy na uczelni własne firmy, ale jednak mieli ułatwiony start.

- W Stanach profesorowie ekonomii czy prawa zostają na uczelni, by mieć wysokie zarobki w biznesie - mówi prof. Turski - i nie ma w tym nic złego. Microsoft Billa Gatesa, który procesuje się z rządem amerykańskim, wynajął sobie 60 profesorów prawa. Tylko że profesor amerykański, który wie, że ze swoją wizytówką dostanie cztery razy większą zapłatę za ekspertyzę, nie lekceważy swojej uczelni, bo ta nie przedłuży z nim kontraktu. W Polsce profesor prawa, który pisze uzasadnienie prawne dla firmy X, uznaje to za dostateczny powód, by nie przygotować się do wykładu.

W czasach PRL-u podział był wyraźny. Z jednej strony kiepskie uczelnie, słabe wydziały - bezpieczne nisze dla niezbyt zdolnych, ale wystarczająco partyjnych, gdzie doktorat pisało się dwadzieścia lat, a w bibliografiach prac naukowych trudno było znaleźć tytuły zagranicznych publikacji. Z drugiej - prestiżowe szkoły wyższe, gdzie dobry poziom merytoryczny szedł zazwyczaj w parze z opozycyjnością kadry. Tam w stanie wojennym kadra brała w obronę represjonowanych studentów i pracowników, tam dyskutowano i spisywano zasady reformy samorządowej uczelni jeszcze w czasach, gdy niewiele znaków na niebie i ziemi wskazywało, że da się ją kiedykolwiek przeprowadzić.

Pytam, czy słabsi, już nie chronieni partyjnym parasolem, odpadli?

Ale skąd! - odpowiadają moi rozmówcy. Po pierwsze, część z nich okazała się równie dobrze przygotowana do wolnego rynku, jak i realnego socjalizmu. Zabrali się do zakładania nowych uczelni w dawnym gronie nomenklaturowym albo w nowym towarzystwie, już jako żarliwi katolicy. A też ci, co zostali, trwają do dziś. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Jak ktoś tylko przejdzie przez próg doktoratu, wciąż obowiązuje zasada: "Tyle lat go trzymaliśmy, to teraz go wyrzucać?".

Na Wydziale Psychologii UW, gdzie przed 1989 r. był wyraźny podział na dobre, oblegane specjalizacje, i takie z odrzutu, przeprowadzono rok temu reformę. Pracownik z odpowiednim tytułem naukowym może zgłosić specjalizację, a zostają uruchamiane te, na które jest nabór. Teoretycznie powinno to rozwiązać problem słabej kadry, która zostałaby w ten sposób negatywnie zweryfikowana. Ale nikt z tego powodu nie odszedł. Tym, do których nikt się nie zgłasza, zapewnia się pensum przez np. opiekę nad pracami rocznymi. Zresztą przy tej liczbie studentów zawsze ktoś się wpisze na jakąś listę.

Suma poszczególnych profesorów

Profesor Henryk Samsonowicz, historyk, były rektor Uniwersytetu Warszawskiego i były minister oświaty w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, opowiada, że w czasach PRL-u jego wydział był bardzo zintegrowany. To dzięki temu po wydarzeniach marcowych nie odszedł z Wydziału Historii żaden profesor żydowskiego pochodzenia.

W podziemnej "Solidarności" pełno było pracowników naukowych. W 1983 roku, gdy Związek ogłosił jednodniowy strajk w obronie represjonowanych pracowników i studentów, partyjni nie przeciwstawiali się, nie donosili, kto tego dnia nie przyszedł na zajęcia. Przeważyło poczucie wspólnoty środowiska. Kiedy w stanie wojennym odwołano Henryka Samsonowicza z funkcji rektora, Uniwersytet zareagował solidarnie bojkotem nowych władz.

- Dziś dzieją się sprawy, które naruszają zasady moralności zawodowej, na Wydziale Prawa to rzecz bardziej niż oczywista, a środowisko milczy - mówi prof. Wipszycka. - Poczucie wspólnoty pierzchło, jesteśmy tylko sumą poszczególnych profesorów, tak jak Uniwersytet jest sumą wydziałów. Po markach samochodów stojących na dziedzińcu uniwersyteckim można wnioskować, że część z nas ma się bardzo dobrze, a wiadomo, że inni mają problem z kupnem dziecku pary spodni. Profesor ekonomista albo prawa karnego a profesor filolog klasyczny, który niewiele ma do sprzedania, to są inne światy. Środowisko tak ogromnie zróżnicowane materialnie nie może funkcjonować dobrze, musi być zdezintegrowane. Szczególnie że nie ma powiązania między poziomem życia a jakością pracy.

- Przyrzeczenie doktorskie składa się po łacinie - mówi prof. Samsonowicz - i chyba niewiele osób je rozumie. Przed wojną, żeby być profesorem, trzeba było odpowiadać normom moralnym, to też było zwyczajowe kryterium stosowane przy awansie pracownika naukowego. Jeżeli dziś osoba skazana za przyjęcie łapówek od studentów jest przyjmowana do pracy jako wykładowca, z uzasadnieniem, że jest dobrym specjalistą, to znaczy, że środowisko zapomniało o swoim etosie.

Profesor Turski w tekście, który opublikował w tygodniku "Wprost" pisał: "Marginalizacja zainteresowań kwestiami edukacji i nauki nie jest tylko sprawą naszych polityków, jest wynikiem fatalnego stanu kadry naukowej, która straciła poczucie odpowiedzialności zawodowej, zainteresowanie tym, co się dzieje na świecie, i powiedzmy otwarcie - klasę (...) Polskie życie naukowe charakteryzuje się zanikiem krytyki naukowej, zaściankowością i niebywałą wręcz tolerancją dla miernoty".

- W Polsce nie ma tradycji wysokiego prestiżu nauki - mówi prof. Wróblewski. - To się ciągnie od kilkuset lat. Jak się spojrzy na stosunek społeczeństwa brytyjskiego w XVI czy XVII w. do nauki i społeczeństwa polskiego - różnice są dramatyczne. Trzeba było rozbiorów Polski, straszliwego reżimu carskiego, żeby powstał Uniwersytet Warszawski założony przez cara Aleksandra. Tak samo źle się mieli naukowcy w okresie międzywojennym.

Studenci przyszłym pokoleniom

Naukowcy przypominają dobrze już znane fakty. Na Wydziale Prawa UW jest 1,5 tys. miejsc, a nie ma nawet 1,5 tys. krzeseł, grupa ćwiczeń liczy 200 studentów. Na archeologii UW, gdzie dawniej było 20 studentów, na płatnych studiach wieczorowych i zaocznych liczy się ich już w setkach, i nie ma możliwości wykształcenia ich w sposób godziwy, zapewnienia im praktyk wykopaliskowych, muzealnych. Przy takim nadmiarze - mówią - zostaje zerwana łączność między studentami i wykładowcą, która jest fundamentem nauczania. Zdarza się, że student jest na IV roku i ma opiekuna naukowego od pierwszego roku, któremu za każdym razem musi się przedstawiać, bo widuje go raz do roku.

Delegaci samorządu studenckiego na Wydziale Prawa przyszli się poskarżyć, że profesorowie nagminnie nie przychodzą na swoje dyżury i magistranci nie mają możliwości konsultowania prac. Usłyszeli: "Nam za odbywanie dyżurów magisterskich nie płacą".

- Pracuję tylko na dwóch etatach - opowiada profesor Aldona Jawłowska, socjolog - w PAN-ie i w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych na UW, oba moje miejsca pracy mieszczą się na Nowym Świecie w odległości 50 metrów. Studenci mogą mnie odnaleźć w PAN-ie, podaję im też mój telefon domowy. Ale jak ktoś ma na utrzymaniu rodzinę, bierze cztery posady, w tym dwie na prowincji, jaką on ma szansę na kontakt ze studentem?

- Oblegane studia na Wydziale Prawa są studiami płatnymi - stwierdza prof. Wróblewski. - Teraz nie ma sal, nie ma kadry, ale obecne roczniki fundują lepsze warunki przyszłym pokoleniom, bo wydział buduje nowe pomieszczenia. Mieliśmy 300 studentów na Wydziale Fizyki, teraz mamy ich 1,2 tys., przeprowadzamy anonimowe ankiety wśród studentów i oni chwalą dydaktykę. U nas tego kryzysu nauczania nie widać.

- My rektorzy uczelni - kontynuuje profesor Wróblewski - zaczęliśmy samorzutnie zwiększać liczbę studentów, uważając, że wymusimy na władzy wzrost nakładów finansowych. Dziś studentów mamy trzy razy tyle - prawie 900 tys. - zaś nakłady na szkolnictwo zmalały, a kadry jest tyle samo. Przegraliśmy jako środowisko, ale jako obywatele uważamy, że słusznie zrobiliśmy, nie mogliśmy czekać w nieskończoność na decyzje polityczne.

Profesor Wróblewski przytacza przykład Hiszpanii. Dwadzieścia lat temu był to kraj zrujnowany przez dyktaturę Franco, który w rankingach naukowych był daleko za Polską. W drugiej połowie lat 80. oni już kształcili dwa miliony studentów. A Polska - 300 tys. przy takiej samej liczbie ludności. Skok cywilizacyjny, który dokonał się dzięki hiszpańskim studentom, widoczny jest dzisiaj, kiedy Hiszpania jest pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej.

Profesor demonstruje mi sporządzone przez siebie wykresy. W 1981 roku Polska zajmowała 15. miejsce na świecie pod względem liczby publikacji (uznawanej za dobry wskaźnik pozycji nauki), w 1985 - 17, dziś - 20. W latach 1981-83 w większości dziedzin było więcej publikacji polskich niż hiszpańskich, w niektórych, jak w naukach społecznych, trzy, cztery razy więcej. W latach 1992-96 publikacji mamy w każdej dziedzinie mniej niż Hiszpania, w naukach społecznych - dwa razy mniej.

- Korzyści z nauki są takie, że się zwracają jak żadna inna inwestycja na świecie, ale nie następnego dnia, więc to polityków nie interesuje - mówi prof. Wróblewski.

Wymóg cnoty i żarliwości

Prywatnych szkół wyższych od 1989 roku powstało już grubo ponad setka, w samej Wyższej Szkole Humanistycznej w Pułtusku studiuje dziewięć tysięcy studentów.

- Pułtusk takie prosperity przeżywał ostatnio w XII wieku - mówi profesor Samsonowicz. - To są miastotwórcze działania. W każdym z tych miejsc, w których powstają uczelnie, w Sandomierzu czy Nowym Sączu, młodzi ludzie muszą gdzieś zjeść, gdzieś mieszkać, zaglądają do księgarni.

Znane są przypadki świetnych uczelni, jak Wyższa Szkoła Biznesu w Nowym Sączu. Ale o wielu uczelniach moi rozmówcy mówią jak o kiepskich szkołach zawodowych. Przytaczają przykład profesora na jednej z prywatnych uczelni, u którego 90 procent studentów oblało egzamin. Nie przedłużono mu kontraktu na następny rok.

- Wymóg trzymania poziomu przez profesora, który jedzie do Pułtuska, gdzie młodzież jest gorzej przygotowana, to wymóg cnoty w stopniu heroicznym - mówi profesor Wipszycka. - Prędzej bym się jej spodziewała po młodym asystencie, ale to profesorami prywatne uczelnie naganiają sobie klientów. Nie wszyscy oni odbębniają swoje zajęcia, ale na pewno nie jest to system, który skłania do tego, żeby być twórczym. Jeśli profesor historii prawa rzymskiego powtarza cztery razy ten sam wykład, żeby nie wiem, jakim był ideałem, on się przemienia w maszynkę do powtarzania. Zdarza się, że profesor filologii klasycznej, wybitny specjalista od literatury greckiej, uczy łaciny. A przecież prowadzenie wykładów na poziomie elementarnym nie jest zadaniem profesora.

- Chałturzenie było zawsze, w XIII wieku duchowni uczący w miastach nadbałtyckich dorabiali sobie jako pisarze w kantorach kupieckich - mówi prof. Samsonowicz. - Nie w tym rzecz, że chałturzą, ale że dojeżdżanie do innych ośrodków uniemożliwia albo przynajmniej utrudnia to, do czego się zobowiązali w przyrzeczeniu doktorskim - prowadzenie pracy badawczej. Dojeżdżają zamiast siedzieć w archiwum, w bibliotece, w pracowni. Pozornie mogłoby się wydawać, że gdyby zwiększono pensje, wszystko byłoby w porządku. Ale obawiam się, że nie. Bo jeśli ktoś przyzwyczaił się, że dorabiał, będzie to robił dalej.

- Szacuję, że 2/3 ludzi zatrudnionych w nauce nie zajmuje się jej uprawianiem - stwierdza profesor Turski.

- Recenzuję dla KBN projekty badawcze. Podstawowym przejawem pracy naukowej jest dziś wypisywanie papierków potrzebnych do składania grantów - mówi prof. Wipszycka. - Projekty są z reguły na żenująco niskim poziomie, w najlepszym przypadku to znośne pomysły na książkę czy artykuł popularnonaukowy. Prace badawcze są prowadzone bez oddechu, wybiera się takie tematy, które dadzą się łatwo wpisać w odpowiednie rubryki kwestionariusza KBN. A w nauce trzeba mieć czas na błądzenie po uliczkach, z których nie ma wyjścia, na przemyślenia, na ryzyko, na fałszywe tropy. Nie można nikomu nakazać: niech pan będzie uczciwym pracownikiem naukowym. Do nauki potrzeba wewnętrznej żarliwości. Gdy się samemu nie prowadzi badań, nie ma się szansy dobrze nauczać.

Profesor Krzemiński opowiada, jak w poprzednim semestrze próbował łączyć dwa etaty, na uniwersytetach w Warszawie i w Gdańsku. W poniedziałek w Gdańsku - trzy grupy ćwiczeniowe, wykład, po południu wykład. Wtorek - dwa wykłady. Powrót do Warszawy i taki sam cykl zajęć na miejscu.

Pytam, kiedy zajmował się pracą naukową?

- Udało mi się przez ten cały czas napisać jeden referat, który miałem już wcześniej intelektualnie przygotowany. Byłem zmuszony przeciągnąć termin złożenia projektu badawczego.

- Radzę sobie dwoma sposobami, nie są przykre, ale groźne dla tego, co powinnam robić - mówi profesor historii. - Tłumaczę książki z mojej specjalności, co jest zajęciem bardzo czasochłonnym, wykładam na zagranicznych uniwersytetach. Staram ułożyć sobie pewien rytm pracy: rok zarabiam, rok pracuję naukowo. Pracy naukowej nie da się połączyć z innymi zajęciami, to fikcja.

Nie demokracja, lecz absolutyzm oświecony

Pytam moich rozmówców, dlaczego środowisko nie przeciwdziała na przykład temu, że parę tysięcy studentów prawa kształci się w nienormalnych warunkach?

- Bo jest demokracja i nie możemy tego zabronić - odpowiada prof. Wróblewski.

- Czuję się odpowiedzialny za ustawę o szkolnictwie wyższym z 1990 roku - stwierdza profesor Samsonowicz - i widzę jej niedostatki. Ustawa była reakcją na restrykcyjną ustawę poprzednią, na brak samorządności, na brak demokracji ustrojowej. Głód samorządności zaspokoiła i teraz najwyższy czas poddać ją rewizji. W nauce demokracja się nie sprawdza, w nauce nie ma racji większość, tam rację mają lepsi. Według nowej ustawy wiele spraw jest w gestii rad wydziału, a są to ciała liczące i ponad sto osób, z istoty swej niezdolne do podejmowania właściwych decyzji. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że w nauce sprawdza się najlepiej system absolutyzmu oświeconego, wystarczyłoby ograniczenie, żeby władza nie była dziedziczna.

- Gdy sprawowałem funkcję rektora, próbowałem doprowadzić do tego, by Akademia Medyczna wróciła do Uniwersytetu - opowiada profesor Wróblewski. - Ale rektor nie dostaje władzy do ręki, musi o wszystko prosić, a środowisko jest konserwatywne, nie lubi zmian. To jest niespotykane kuriozum, żeby medycyna była odrębną uczelnią. Oderwała się od swoich korzeni, zatrudnia własnych biologów, chemików, lingwistów, najczęściej drugiej czy trzeciej kategorii naukowej, co ma zasadniczy wpływ na poziom studiów.

O ciemnych stronach demokracji i samorządności mówią mi zgodnie wszyscy moi rozmówcy, podając kolejne przykłady, dlaczego uprawianie nauki przez głosowanie okazało się złym pomysłem. Samorządność zaowocowała utworzeniem rozlicznych komisji, które oceniają, awansują, decydują o finansach, rozluźniło to jeszcze bardziej więź między profesorem a jego uczniem. Dawniej profesor wiedział, którego ze swoich uczniów chce zatrzymać na wydziale i o niego walczył. Teraz profesor może tylko powiedzieć: "Chętnie bym panią widział na uczelni, napiszę pani rekomendację". Poza tym Uniwersytet stał się federacją wydziałów, a o centrali mówi się jak o "onych".

Samorządność przejawia się m.in. w tym, że Uniwersytet rozdziela pieniądze na poszczególne wydziały, które już same się martwią, jak rozliczyć się ze swojego budżetu. Zdaniem profesora Krzemińskiego skutek jest taki, że wydziały się zamykają, chcą mieć swoich pracowników i swoich studentów. Tymczasem nauka rozwija się głównie przez działania interdyscyplinarne, w Stanach większość uczelni ma taki charakter. Wiele wydziałów zamówiłoby dla studentów zajęcia z socjologii, psychologii, filozofii, które rozwijają myślenie, ale tego nie robią, bo uszczupliłyby budżet, który przeznaczają dla swoich pracowników.

Naprzód młodzieży świata

"Znacznie lepiej sprawdziła się od nas młodzież" - to stwierdzenie usłyszę kilkakrotnie. Studenci chcą się uczyć. Są otwarci. Gdy w latach 80. zapytano o ich marzenia, 2/3 odpowiedziało: emigracja. Dziś czują się obywatelami świata. Gotowi są zarabiać pieniądze na swoje studia, nawet jak mają wystarczającą liczbę wpisów w indeksie, uczęszczają na zajęcia, które mogą im się przydać przy szukaniu pracy.

Czy jednak to, czego studenci chcą się uczyć, ma coś wspólnego z założeniami, które legły u podstawy tworzenia uniwersytetów, czyli z obcowaniem z nauką nie skalaną funkcją użytkową?

Zdaniem profesora Krzemińskiego studenci z reguły szukają gotowych recept. Trudno ich namówić na seminarium z teorii demokracji, natomiast zajęcia, jak działa samorząd - proszę bardzo. Podoba im się wiedza, która da się jak najszybciej zastosować w praktyce. Zdecydowana mniejszość młodzieży ma potrzebę bezinteresownego poświęcania się nauce i nie ma mechanizmu, który pozwoliłby zachować odpowiednie proporcje w uczeniu.

Pojawiają się nowe specjalizacje, nowe zajęcia, z reguły bardzo wąskie, jak np. na wydziałach psychologii - stosowana psychologia społeczna albo stosowana psychometria i one cieszą sie dużym powodzeniem. Tymczasem cykl produkcyjny kształcenia jest długi, a nowe techniki, nowe metody pomiarów pojawiają się tak szybko, że znacznie bardziej przydatne mogą okazać się przedmioty bardziej ogólne, ćwiczące zdolność myślenia.

Profesor jednej z pozawarszawskich uczelni artystycznych, który chciał zachować anonimowość, mówi, że wraz z nastaniem demokracji jego szkołę przemianowano na Akademię, tyle że przedtem uczyli Akademicy, a teraz jest nauka zawodu. I wspomina, z jakim zdumieniem zaprzyjaźniony profesor, który wyszedł z jego uczelni i zdobył rozgłos w Stanach, a teraz odwiedził Polskę, przyglądał się nowej generacji studentów. W Stanach, opowiadał, oni wiedzą, że te kilka lat studiów, to jedyny czas w ich życiu na artystyczne działania społeczne, mogą zrobić plakat protestujący przeciwko głodowi w Indochinach albo przeciw zatruwaniu miasta spalinami. Potem będą musieli pójść w komercję.

- U nas wszyscy studenci chcą na zajęciach zajmować się robieniem reklam i ciało pedagogiczne ani myśli im się przeciwstawić - mówi. - Mój profesor był moim przewodnikiem, on mi pomagał zrozumieć świat. Dziś pracownik naukowy, który zajmuje się reklamą margaryny, chce tak prowadzić zajęcia, by nie przerwać sobie myślenia o tym. To, co ma do przekazania studentom, to doświadczenia komercyjnego warsztatu. Studenci chcą się uczyć zawodu i to w taki sposób, by spełnić oczekiwania rynku, a najbardziej potrzeba kadry średnich zawodowców. Gdy studiowałem, to poziom naszych aspiracji wyznaczało przygotowanie plakatu na festiwal jazzowy. Ja czasem zajmuję się grafiką użytkową na potrzeby festiwali muzycznych czy artystycznych, ale nigdy nie robię reklam. Wielu moim kolegom jest wszystko jedno, czy będą dorabiali plakatem na Warszawską Jesień czy reklamą papierosów. Od kiedy wszedł do sztuki graficznej komputer, wszystko jest prostsze.

Jaka jest odpowiedzialność grafika za plakat czy billboard, który projektuje? Na ile grafik jest częścią przekazu, na ile manipuluje informacją? Czy reklama to jest taki sam przekaz jak inne? Nikt nie zadaje sobie takich pytań. Śladu tej dyskusji nie znajdzie się ani w czasie rozmów w uczelnianym bufecie, ani w żadnej pracy dyplomowej. Fachowe rozmowy dotyczą nowej wersji programu Windows.

Jeżeli próbuję o tym porozmawiać z kolegami na uczelni - ciągnie mój rozmówca - patrzą na mnie ze szczerym zdumieniem. - Przecież wszystko jest w porządku. Nawet rozumiem, że nie każdy chce walczyć o wartości, ale przynajmniej można by raz w trakcie programu studiów o nich porozmawiać. Pracownik naukowy mógłby zgłosić jako temat przewodu doktorskiego szycie garniturów dla prezenterów w telewizji i nikogo by to nie zdziwiło, uznano by go za człowieka sukcesu.

Gdzie mistrz, gdzie uczeń

Profesor Wipszycka uważa, że najgorsza jest obojętność na młodą kadrę. Tymczasem relacja mistrz - uczeń jest fundamentem ciągłości i rozwoju wiedzy. Profesora ocenia się po asystentach, których wykształcił, po tym, kto po nim obejmie zakład. Prawdziwą zasługą mistrza jest uczeń lepszy od niego.

Przy sprzyjających okolicznościach potrzeba dwudziestu lat na wykształcenie mistrza. Luka pokoleniowa powstała w latach 80., kiedy w stanie wojennym wielu pracowników naukowych nie zdecydowało się na powrót z zagranicznych stypendiów, a jeszcze następnym udało się wyjechać. Razem w latach 1981-91 wyemigrowało za granicę 9,5 procent pracowników naukowych.

Zespół, którym kierował profesor psychologii Adam Frączek, liczył w 1989 roku 11 osób, większość to byli młodzi po doktoracie. Jeden z nich jest dziś przedstawicielem Coca-Coli na Europę, inny pracuje przy badaniach dla polskiej wersji amerykańskiego serialu edukacyjnego "Ulica Sezamkowa". Dwie osoby z 11 trwają przy nauce.

W algorytmie, według którego oblicza się, ile danemu wydziałowi przysługiwać będzie pieniędzy, osoba świeżo po studiach liczona jest jako zero, więc uczelnie boją się jak ognia przyjmowania asystentów.

- Nie ma naboru młodej, sensownej kadry, nikt nie próbuje jej przyhołubić - mówi prof. Samsonowicz. - To jest dramat, to tak jak byśmy wycinali lasy, nie sadząc nowych drzew. A ja wysoko oceniam to nowe pokolenie. Jeśli ktoś ma predyspozycje do pracy naukowej, powinno mu się ścielić drogę różami, zachęcać do pracy na uczelni.

Mniej plusów niż minusów

Pytam, jakie są plusy dzisiejszych czasów.

- Prowadzi się więcej dobrych badań podstawowych, zostały zbudowane nowoczesne miejsca pracy, np. Centrum Fizyki Teoretycznej zapewnia lepsze warunki wykonywania zawodu swoim pracownikom, oczywiście nie finansowe, niż wiele znanych mi niemieckich uniwersytetów - mówi prof. Turski. - Sprowadzany jest dobry sprzęt z Zachodu, który, abstrahując od kwestii finansowych, wcześniej nie mógł być sprzedawany do krajów obozu sowieckiego z przyczyn strategicznych.

Inni moi rozmówcy doceniają znacznie większą swobodę w różnicowaniu zarobków. Jeśli ktoś jest naprawdę dobry, może dostać parokrotnie więcej pieniędzy na swoje badania i swoją pracę. Nie ma już narzucania tematów, nikt nie musi już np. szukać przykładów walki klasowej w okresie panowania Bolesława Chrobrego. Wymieniają mi dziedziny nauki, które poszły do przodu: matematyka, fizyka, biologia, chemia, archeologia...

Ale lista plusów szybko się wyczerpuje. A potem następuje już tylko ogólny lament.

- Nie ma parcia środowiska w kierunku wielkiej reformy studiów, przeciwnie, ono ją hamuje - twierdzi profesor Turski - bo wie, że to w jego część ona uderzy. Gdyby pieniądze szły za studentem, studenci znajdywaliby miejsce w dobrych uczelniach, a gorsze by padły.

Środowisko miało też szansę sterować zmianami na uczelniach, stworzyć normy - mówią moi rozmówcy. Tymczasem ktoś, kto ma pięć etatów, nie spotyka się z ostracyzmem środowiskowym, raczej postrzegany jest jako szczęściarz. Nie ma też mechanizmu, który zabezpieczałby rozsądną proporcję między liczbą studentów na bezpłatnych i płatnych studiach. Od tej proporcji zależy w decydującej mierze, czy wydział jest biedny czy bogaty, więc niektóre wydziały dramatycznie redukują liczbę studentów na studiach dziennych.

Czy jednak środowisko naukowe, z którego wywodziła się niemała część pierwszego rządu po 1989 roku, nie mogło się skupić na stworzeniu wewnętrznych norm albo na lobbingu wymuszającym korzystne prawodawstwo dla nauki?

Ale wtedy środowisko się dzieliło. Na tych, którym podobała się Unia Demokratyczna, i na tych, którym podobało się Porozumienie Centrum. Na tych, którzy zaczęli dynamicznie poszukiwać środków na badania, zakładać nowe uczelnie, i na tych, którzy przyjęli postawę roszczeniową.

Profesor Adam Frączek, który po 1989 r. sprawował funkcję rektora Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej, wspomina, jak ci, którzy chcieli się rozwijać, obijali się o mur. Nie mieli oparcia w prawodawstwie. Co by to szkodziło na przykład, żeby biznesmen w Polsce mógł stworzyć uniwersytet swojego imienia, i dostać na to odpis podatkowy? Więc skupili się na tym, żeby się indywidualnie pourządzać, czyli sprzedawać to, co jest kupowane na rynku: wykłady, konsultacje.

- Mam do tego stosunek ambiwalentny - mówi profesor Frączek. - Pomysł, żeby każdy zarobił jak najwięcej, prowadzi do partykularyzacji interesów. Ale jak inaczej funkcjonować w pierwotnym kapitalizmie, gdzie na brak pieniędzy z państwowej kasy nakłada się brak dotacji na edukację ze środków prywatnych?