Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 1997/04/12-13

 

Piotr Bratkowski

Skowyt po Ginsbergu

 

Każdy z nas - kiedyś ludzi kontrkultury, dzisiaj nieźle sobie radzących w kapitalistycznej Polsce - miał swojego wewnętrznego Allena Ginsberga. I każdy go w sobie zabił, i teraz musimy się bardzo pilnować, by tych, którzy go nadal hodują, nie traktować jak nieudaczników. O zmarłym przed tygodniem poecie amerykańskim pisze Piotr Bratkowski.

1.

Mój domowy komputer ostatnio mi dwa razy zaimponował. Po raz pierwszy, gdy sam z siebie, nieproszony, zmienił na swoim zegarze czas z zimowego na letni i jeszcze nakazał mi, bym sprawdził, czy nie zrobił przy tym błędu. Po raz drugi, gdy nazajutrz po śmierci Allena Ginsberga zajrzałem do Internetu sprawdzić, czy nie ma tam czegoś ciekawego na jego temat. Owszem, było. Około trzech tysięcy dotyczących Ginsberga tekstów, w tym obszerny wybór jego wierszy i dokładna biografia. Bardzo dokładna: obok informacji, że matkę Ginsberga (której miał później poświęcić poemat "Kadysz") poddano lobotomii, była już też wiadomość, że poprzedniego dnia rano poeta zmarł.

Świat zrobił się okropnie mały, pomyślałem nieoryginalnie, za to pełen informacji. Odkąd - a to znaczy od niedawna - wędruję po Internecie, towarzyszy mi przykre poczucie, że Sieć jest mądrzejsza ode mnie: że potrafi udzielić mi każdej odpowiedzi, tyle że ja nie bardzo wiem, o co ją pytać. Przy okazji śmierci Ginsberga, pisząc o nim krótkie wspomnienie, pierwszy raz spytałem o coś, co naprawdę było mi potrzebne. Następnego dnia zauważyłem w innej gazecie tekst o zmarłym poecie i bez trudu zorientowałem się, że jego autor zaglądał do tych samych stron internetowych. Zaniepokoiłem się: cóż z tego, że będziemy wiedzieć wszystko, jeśli wszyscy będziemy wiedzieć to samo?

2.

Cóż pisalibyśmy po śmierci Ginsberga, gdyby, jak wielu z jego formacji, umarł nie teraz, lecz dwadzieścia parę lat temu? Dokąd sięgalibyśmy, by odświeżyć pamięć? Do paru względnie uczciwych artykułów w ówczesnych oficjalnych pismach? Do dwóch czy trzech wierszy opublikowanych po polsku?

A przecież to właśnie wtedy Ginsberg stawał się dla nas, młodych ludzi, ważny. Wtedy kształtowała się jego legenda. I wystarczyły do niej te strzępy, którymi dysponowaliśmy. Mit szalonego pokolenia beatników, o których wiedzieliśmy tylko tyle, że byli zbuntowanymi pisarzami, namiętnie słuchali jazzu, odurzali się na wszystkie możliwe sposoby i nieustannie przemierzali wielkie amerykańskie przestrzenie. I wiedza o tym, że Ginsberg przyłączył się do, znacznie już nam bliższego, ruchu hippisowskiego. No i ten wers - "Ameryko, dałem ci wszystko i teraz jestem niczym" - wers, który każdy z nas, piszących wiersze, przerabiał na własny sposób.

Owszem, była też czarna legenda oficjalnej propagandy. O Ginsbergu pisała Anna Kłodzińska. Tak, ta sama Anna Kłodzińska, literatka z etatem w milicji, która w parę lat później przeszła do klasyki PRL-owskiej propagandy, gdy przy okazji opozycyjnej głodówki w warszawskim kościele św. Marcina napisała w "Życiu Warszawy", że do kościoła "zjechał też z Poznania znany z afery łapówkarskiej Stanisław Barańczak". Otóż Kłodzińska napisała powieść kryminalną "Wrak", o hippisach handlujących narkotykami. By dobitniej zdemaskować nędzę moralną opisywanego środowiska, kazała jednemu z bohaterów recytować podczas narkotycznej prywatki fragmenty "Skowytu" Ginsberga. Paradoksalnie być może był to pierwszy fragment "Skowytu", który ukazał się drukiem po polsku.

A może właśnie tak powstają legendy i fascynacje? Z niedosytu wiedzy, zmuszającego wyobraźnię do pracy? Z aury tajemniczości, otaczającej zakazane, niedostępne? Nie wiedzieliśmy dokładnie, co to jest "Skowyt", ale wiedzieliśmy, że to musi być coś niesłychanego. To nie tak, że gdy już poznaliśmy poezję Ginsberga, rozczarowała nas; absolutnie nie - ale najważniejsza była wtedy, gdy na podstawie dostępnych strzępków sami budowaliśmy nasze wyobrażenie o niej.

Czy w dobie łatwego dostępu do wszelkich informacji, dobie ogólnego braku tajemnicy, coś jeszcze może tak fascynować?

3.

W dwa dni po śmierci Ginsberga zbudziłem się rano ze szczególnie bolesną świadomością tego, że za parę dni skończę czterdzieści dwa lata. I uzmysłowiłem sobie, że spośród pisarzy, artystów, którzy byli dla mnie kiedyś ważni, większość już umarła.

Jeszcze zdążyłem, jako czternastolatek, grać w bilard z Władysławem Tatarkiewiczem. A jako siedemnastolatek zostałem przedstawiony Antoniemu Słonimskiemu, obok którego stał jego owiany kontestacyjną legendą młodziutki sekretarz - dziś redaktor naczelny "Gazety Wyborczej", w której pracuję. Włóczyłem się po Trakcie Królewskim z Edwardem Stachurą, który wzbudzał sensację, recytując w barze kawowym Poziomka świeżo napisany poemat "Kropka nad Ypsylonem". Na kilka miesięcy przed śmiercią zaprosił mnie na wódkę Stanisław Grochowiak; nie przyjąłem zaproszenia, gdyż na krótko wcześniej opublikował wiersz, który mi się ideowo nie podobał. Marzyłem za to, by poczęstował mnie kiedyś wódką Ireneusz Iredyński. Ale Iredyński przyjaźnił się z moim ojcem i pewnie dlatego akurat picie ze mną uznawał za akt deprawacji nieletniego. Lepiej poszło z Krzysztofem Mętrakiem, którego błyskotliwe pióro było moim wzorem, gdy zaczynałem pisać - później przez kilka lat razem pracowaliśmy. Pamiętam wywiad, jakiego udzielił jako "młody zdolny"; mówił tam, że będzie się czuł młodo, dopóki w piłkarskiej reprezentacji Polski będzie grał Zygmunt Maszczyk, ostatni z jego '45 rocznika.

Opowiadam o świecie, który nie istnieje. Tak jak nie ma już takich pisarzy jak Adolf Rudnicki. Pisarzy, dla których literatura była tak ważna, że ilekroć ja, mało ważny szczeniak - napisałem coś o Rudnickim, telefonował, by dziękować za każde dobre słowo i prostować każdy szczegół, który wzbudzał jego sprzeciw.

4.

Zarzuciłem zwyczaj łażenia po mieście. Dom, samochód, praca - zwykle przebywam w którymś z tych trzech miejsc.

Niedawno syn polecił mi wielki, świetnie zaopatrzony sklep muzyczny. Łatwo go znalazłem: w latach 70. mieścił się tu jedyny w Warszawie nocny sklep, do którego jeździło się podczas szaleńczych prywatek, by uzupełnić zapasy alkoholu.

W środku poczułem się bezradny. Setki, może tysiące kaset i płyt z nową i starą muzyką rockową. W tym dziesiątki takich, które chciałbym mieć. Ale żadnej - którą chciałbym mieć o wiele bardziej od innych, która sprawiłaby mi przyjemność porównywalną z tą, jaką poczułem, gdy w '70 roku dostałem od matki czeską składankę przebojów duetu Simon and Garfunkel. Przez godzinę grzebałem w płytach; dotarłem do litery "L". Sklep zapełniał się hałaśliwą, pewną siebie młodzieżą. Zachciało mi się palić; wyszedłem, niczego nie kupując.

Denerwują mnie też księgarnie. Choć właśnie takie księgarnie śniły mi się w młodości. Księgarnie pełne zachodnich nowości, księgarnie, w których jest "wszystko".

Tyle że to "wszystko" oznacza, że na najbardziej eksponowanym miejscu zawsze znajdę kolejną powieść Vonneguta i Whartona. Oraz kolejne książki tych wszystkich Lodge'ów, Amisów, Fowlesów, o których pisują moi młodsi koledzy, a wobec których ja nie potrafię wykrzesać żadnego emocjonalnego stosunku. Czy to ja spsiałem, nie potrafiąc zafascynować się niczym, czym nie zafascynowałem się w młodości? Czy to kultura spsiała i potrafi już tylko bawić, a nie fascynować? A może gdzieś na dnie tych stosów, przywalone kulturalnym banałem dla zmęczonego inteligenta, spoczywają wspaniałe książki, o których się nie czyta i nie słucha w mediach? Nazbyt oryginalne, by zmieścić się w medialnej papce?

Na półce w księgarni zobaczyłem wysmakowany tom, dzieło moich dwóch przyjaciół - poety Marcina Świetlickiego i fotografika Wojciecha Wilczyka. Ponieważ pierwszy z nich jest także muzykiem rockowym, tom sąsiadował - to nie licentia poetica - z biografią Backstreet Boys, zespołu wielbionego przez dwunastoletnie panienki. W latach 70. zaczytywaliśmy się w pracach amerykańskich socjologów, poświęconych kulturze masowej. Padało w nich słowo "homogenizacja", które nam kojarzyło się z twarożkiem. To były najczęściej już wtedy stare prace: opisywały sytuację kulturową Ameryki z przełomu lat 40. i 50. Właśnie wobec tej sytuacji Ginsberg, Jack Kerouac i inni beatnicy wyruszyli na swój szaleńczy, zbuntowany szlak.

Teraz to przyszło tutaj: taki twarożek sprzedają nam jako wytwory współczesnej sztuki. Czy dzisiejszy polski Ginsberg to punkowiec lub raper wykrzykujący, że telewizja ogłupia?

5.

Kilka lat temu ukazał się w kwartalniku "Puls" ważny tekst, który wszakże nie wywołał żadnego oddźwięku. Może dlatego, że już mało kto miał wówczas wolę rozmowy na poważne tematy. A może dlatego, że jego autor, Jan Walc, wkrótce zmarł, co musiało zamknąć usta ewentualnym polemistom. Tekst nazywał się "Buddenbrookowie i hippisi" i opisywał, jak to ujmował autor, "dziwne spotkanie", do jakiego doszło w latach 70. na łamach drugoobiegowej prasy literackiej.

"Buddenbrookowie" to byli według Walca publicyści nadający ton tej prasie - zwłaszcza Jacek Kuroń i Adam Michnik. Ich publicystyka zmierzała, mówiąc w największym skrócie, do uświadamiania konieczności budowania struktur (realnych i duchowych) nowoczesnego społeczeństwa demokratycznego w Polsce. Była w jakimś sensie propaństwowa - tyle że wartością miała być nie realnie istniejąca PRL, ale przyszłe polskie państwo demokratyczne.

Zaś mianem hippisów określił Walc publikowanych na tychże samych łamach poetów. Konkretnie Allena Ginsberga (przekładanego dla "Pulsu" przez Piotra Bikonta), Antoniego Pawlaka i Piotra Bratkowskiego - znaczy mnie. Zdaniem Walca nasze wiersze wymierzone były dokładnie przeciw temu, o co walczyli "Buddenbrookowie": zawarta w nich wizja indywidualnej wolności była w istocie wymierzona przeciw demokratycznemu społeczeństwu; hasła wolnej miłości i dostępu do narkotyków podmywały jego podwaliny. Toteż za paradoks, spowodowany jedynie istnieniem wspólnego przeciwnika - władzy - uznawał Walc fakt, że mogły te wiersze sąsiadować na łamach z publicystyką Kuronia.

Walc i miał rację, i zarazem jej nie miał. Nie miał, bo czytał wiersze jak komunikaty polityczne. Mój wiersz, który zinterpretował jako nawoływanie do wolnej miłości, był w istocie oczywistą kpiną z totalistycznych uzurpacji państwa do regulowania życia seksualnego obywateli, powstałą w reakcji na próby odgórnego ustalania na łamach prasy obowiązującego modelu polskiej rodziny. A nawet tam, gdzie takich dezinterpretacji nie było, Walc traktował obraz poetycki jako prostą deklarację ideową, co musiało prowadzić do nieporozumień.

Coś przecież na rzeczy było, choć nie jestem pewien, czy istotnie granica tamtego paradoksu przebiegała akurat pomiędzy Kuroniem i Michnikiem z jednej a młodymi ludźmi przyznającymi się do patronatu Ginsberga z drugiej strony. Było jednak tak, że ludzie, którzy w takim czy innym stopniu wypowiadali się przeciw tamtej władzy, czynili to z bardzo odmiennych powodów. Mówiąc najprościej: pierwszą psychologiczną motywacją antykomunizmu mojej formacji była nieprzyjemność z powodu ograniczania przez tamtą władzę prawa do wolności osobistej jednostki. Często tę wolność wyobrażaliśmy sobie naiwnie, ale to ona była tym pierwszym stopniem, po którym dopiero pojawiało się coś na kształt świadomości politycznej. Stąd nasze ciążenie ku ruchom kontrkulturowym.

Myśmy sobie wtedy wyobrażali, że wszystkim, którzy nie lubią "komuny", chodzi właśnie o wolność. Po latach, gdy komuna upadła, miało się przecież okazać, że znacznej części ówczesnej opozycji - niekoniecznie uosabianej przez Kuronia i Michnika - chodziło o rzecz bardziej pragmatyczną: o zastąpienie jednego systemu władzy innym. I myślę, że to zarysowane przez Walca przeciwstawienie mogłoby, gdyby zostało intelektualnie podjęte, wiele wyjaśnić z późniejszych rozłamów w środowiskach solidarnościowych (sam Walc zresztą to sugeruje w swoim tekście). Także to, dlaczego część dawnej opozycji od '89 roku po dziś dzień uprawia czynnie politykę, część zaś się do niej szybko zraziła.

6.

W dwa dni po śmierci Ginsberga odwiedził mnie w domu stary przyjaciel. Nasze grono starych przyjaciół spotyka się coraz rzadziej, więc wydarzenie samo w sobie było niecodzienne. Ale jeszcze bardziej niecodzienne było to, że przyjaciel odwiedził mnie w poniedziałek w południe, kiedy to po pierwsze ja, gdybym wyjątkowo nie miał wolnego, musiałbym być w pracy. No i po drugie, kiedy w pracy powinien być on.

Skoro więc wydarzyło się coś tak niecodziennego, przemknęło mi przez głowę, że niecodzienny musi być też powód tej wizyty. Na przykład śmierć Ginsberga, ulubionego poety mojego przyjaciela. Ale nie: to ja mu dopiero przekazałem tę wiadomość. Przyjaciel po prostu był w pobliżu i na wszelki wypadek zajrzał.

Opowiadał o swojej nowej pracy, o zmianach, które trzeba będzie zrobić, by ta firma odżyła. Ja wspomniałem o potwornych pieniądzach, które musiałem wydać na ubezpieczenie samochodu, on stwierdził, że tyle samo jutro zapłaci mechanikowi od swojego auta. Ale narzekaliśmy trochę pro forma, więcej było w tym podskórnego zadowolenia z tego, że w ogóle obracamy takimi sumami.

Obaj poradziliśmy sobie w "nowej rzeczywistości". Kiedyś ktoś napisze książkę o kosztach, jakie ponieśli tacy luzacy jak my - poeci, pracownicy rozmaitych miesięczników, półzawodowi opozycjoniści - którzy przeżyli spory kawałek dorosłego życia jakby na marginesie PRL, mając niewielkie perspektywy kariery, mało pieniędzy i dużo czasu. Ci wszyscy luźni ludzie, którzy po '89 roku podjęli wyzwanie i właściwie bez zastrzeżeń przyjęli nowe reguły, odnosząc w nich coś na kształt sukcesu. A co straciliśmy?

To wcale nie było takie oczywiste, że Allen Ginsberg będzie wiecznym sztandarowym kontestatorem. Koledzy-beatnicy początkowo przyjęli go sceptycznie, uznawali za takiego książkowego buntownika. Ginsberg też nie był do końca pewien, czy słusznie robi, uczestnicząc w szaleństwach swych nowych przyjaciół. Przez jakiś czas studiował prawo pracy, zatrudnił się nawet - tak jak dziś wielu młodych intelektualistów w Polsce - w firmie reklamowej i miał podobno swój udział w wylansowaniu nowego gatunku pasty do zębów. A potem napisał "Skowyt" - i chyba już nie miał odwrotu.

Nasz świat był mały, nasze szaleństwa prowincjonalne, skromne, a czasem bardziej literackie niż autentyczne. Nie mieliśmy wielkich przestrzeni, nie mieliśmy perspektyw. Może dlatego, gdy przyszło nowe, nie zauważyliśmy, że chcieliśmy wolności, a dostaliśmy - ze wszystkimi zaletami, ale i wadami - kapitalizm. Każdy z nas miał swojego wewnętrznego Ginsberga, każdy go w sobie zabił i teraz musimy się bardzo pilnować, by tych, którzy go nadal hodują, nie traktować jak nieudaczników. A gdy dopada nas nostalgia, poprawiamy sobie samopoczucie, wyliczając tytuły starych płyt rockowych.

Siedzieliśmy z przyjacielem pijąc kawę, rozmawiając o komputerach, samochodach, chorobach i pieniądzach, kiedy wszedł mój ojciec, przyjrzał się i zdziwił: - Ależ wy wcale nie siwiejecie.

Siwiejemy, siwiejemy od środka.





 

Allen Ginsberg urodził się 3 czerwca 1926 r. w Newark w stanie New Jersey, jako syn żydowskich emigrantów z Rosji. Jego ojciec Louis był poetą i wykładowcą uniwersyteckim. Matka - Naomi, radykalna komunistka, zachorowała psychicznie, gdy Allen miał kilkanaście lat. Miało to ogromny wpływ na jego dojrzewanie - po latach Ginsberg poświęcił nieżyjącej już matce słynny poemat "Kadysz".

Podczas studiów na uniwersytecie Columbia Ginsberg poznał czołowych twórców ruchu beatników, kontestujących powojenną, mieszczańską Amerykę - Jacka Kerouaca, Williama Burroughsa, Neala Cassady. Początkowo w większym stopniu zajmował się promocją ich utworów niż własną twórczością. Jednak w październiku 1955 w nowojorskiej Six Gallery odczytał poemat "Howl" ("Skowyt"), który - mimo oskarżeń o obyczajową deprawację - stał się najgłośniejszą obok powieści Kerouaca "On the Road" manifestacją artystyczną beatników.

W latach 60. Ginsberg był jednym z ojców duchowych hippisów. Uczestniczył w organizowanych przez Kena Keseya (autora "Lotu nad kukułczym gniazdem") sławnych "testach kwasowych", podczas których sprawdzano oddziaływanie na organizm nowego narkotyku - LSD. Był aktywnym uczestnikiem protestów przeciw wojnie w Wietnamie. Zarazem sprzeciwiał się reżimom komunistycznym - gdy odwiedził Kubę i Czechosłowację, usunięto go stamtąd jako niepożądanego cudzoziemca. W 1970 poznał tybetańskiego mistrza buddyjskiego Czogyama Rinpocze, który stał się jego mistrzem duchowym.

Wiersze Ginsberga tłumaczyli na polski m.in. Piotr Sommer, Grzegorz Musiał, Bogdan Baran i Piotr Bikont. Poeta kilka razy odwiedził Polskę - ostatnio w październiku '93. Ponownie miał przyjechać w czerwcu tego roku.