Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 1996/12/31-1997/01/01

 

 

Lidia Ostałowska

Mord w oranżerii

 

Leszek Kołakowski 

 

 

Zdawało się, że Leszek mówi za nas i lepiej niż my

W Oksfordzie Leszek Kołakowski wieczorami ogląda horrory, a rano czyta "Timesa". Lubi, gdy powtarza się rytm dnia. Nie lubi dziennikarzy. Nie lubi fotoreporterów. Nie lubi mówić o sobie.

Rzucił palenie. Chodzi o lasce. Jest to niezwykła laska, zupełnie przezroczysta. Z kryształu.

Ostatnio przeszedł na emeryturę, ale nadal ma klucz do All Souls College. To jeden z najstarszych budynków uniwersytetu. Co nowego w Oksfordzie? Nic od czterystu lat. Zachowały się nawet parkingi dla koni.

Żona profesora - neurolog - ma na imię Tamara. Córka Agnieszka skończyła filozofię.

Kołakowscy mają dużo zdjęć przechowywanych w pudełeczkach i pudełkach. Kiedy je pokazują, bardzo się zmieniają. Znika im z twarzy angielska uprzejmość i bystra czujność, by nie naruszyć ich świata. Przez chwilę czują się sami, więc uśmiechają się do siebie i do przyjaciół z fotografii.

Z okna widać żywopłot: starannie przycięty ligustr. Za nim uliczka. Cicho. Domek za domkiem, ogródek za ogródkiem, żywopłoty. Profesor wspomina zdarzenie sprzed trzydziestu lat: - Idę ulicą, wtedy na ulicach w Warszawie głośniki były zainstalowane, i na każdym rogu słyszę swoje nazwisko: Kołakowski, Kołakowski...

Wierzyliśmy bezczelnie, że masy zjedzą wszystko

Leszek Kołakowski w "Kulturze polskiej po Jałcie" Marty Fik występuje 44 razy. Pierwsza notatka, z lutego 1946, dotyczy Akademickiego Związku Walki Młodych "Życie", przybudówki PPR.

Życie łódzkich studentów było organizacją mocno niesforną, bo sekciarską, a to na razie źle widziane. Łatwo sobie wyobrazić tamten styl: zadymione mieszkania, młodzieńcy w marynarkach rozprawiający z synami włókniarek o nowej racji istnienia.

Musieli zdobyć zaufanie partii, bo dostali broń. Niektórzy "nie ukrywali zatkniętych za pas naganów" - pamięta pisarz Tadeusz Drewnowski, wówczas student łódzkiej polonistyki i działacz Życia. Było to środowisko "bezwzględnie internacjonalistyczne, bojowe, a nawet terrorystyczne". Walczyło z "reakcją".

Leszek Kołakowski: - Strzelano do nas. Strzelało się z obu stron. Ale nikogo nie zabiłem, nie korzystałem z pistoletu. Trudno się wcielić w tamte czasy...

"Gdy szli w pochodzie pierwszomajowym, wykrzykiwali: zet-a-em-pe, zet-a-em-pe, zamp, zamp, zamp! i podnosili zaciśnięte pięści. Ich symbolem był dla mnie Jerzy Jedlicki, wybitnie inteligentny i głęboko ideowy. Intrygowało mnie, w co tacy inteligentni ludzie wierzą i dlaczego" - wspomina w "Karcie" (3/91) profesor socjologii Hanna Świda-Ziemba.

Więc może w tamte czasy wcieli się profesor Jedlicki, socjolog i historyk, w PRL-u opozycjonista, wykładowca Towarzystwa Kursów Naukowych.

Jerzy Jedlicki: - Dziennik pani Hani uświadomił mi, że można chodzić na te same zajęcia i nic o sobie nie wiedzieć. Z tym że ona znacznie więcej wiedziała o moim świecie niż ja o jej. Byłem dzieckiem inteligenckiej elity, studiowałem z synami robotnic. Widziałem w tym akt sprawiedliwości dziejowej dla upośledzonych mas. Wstąpiłem do akademickiego ZMP. Przemawiała do mnie socjalistyczna utopia. Leszek się nią fascynował. Kiedy byłem na pierwszym roku socjologii w Łodzi, marksizm przedstawiano jeszcze jako jeden z nurtów myśli społecznej. Pamiętam, że miałem kłopot ze zrozumieniem, co to znaczy "wolność jako uświadomiona konieczność". Zapytałem o to profesora Jana Szczepańskiego. Odpowiedział: ja też nie rozumiem, niech pan spyta Kołakowskiego, on się na tym lepiej zna. A Leszek był jeszcze wtedy studentem.

Dwa łódzkie światy. Czy było w nich miejsce na zdziwienie, że Leszek Kołakowski z pistoletem przeciw zbrojnemu podziemiu pod pachą biega na wykłady z filologii klasycznej (po łacinie) i słucha wywodów Ossowskich, Ajdukiewicza i Kotarbińskiego?

Hanna Świda-Ziemba w "Karcie": "Ci, co przechodzili na stalinizm, przyjmowali z łatością terror jako koszty rewolucji. (...) Jeśli my nie przystaliśmy do stalinizmu, to nie dlatego, że oni stosowali przymus i terror. (...) Niby byliśmy za demokracją, ale za taką, w której komuniści siedzą w więzieniach".

Profesor Leszek Kołakowski: - Właściwie było założenie, że tu się nie obejdzie bez przemocy. Stanowiliśmy mniejszość. W 1946 roku nie wierzyliśmy w prawdziwe referendum czy wybory. Ale był cel, który to usprawiedliwiał. Myśmy nie uważali się za demokratów. Sądziliśmy, że społeczeństwo powinno być rządzone przez oświeconą elitę. Mieliśmy takie bezczelne, młokosowate przeświadczenie, że masy zjedzą wszystko. Masom trzeba podawać jakieś kłamstwa do wierzenia. Trudno.

Wysłano nas do Moskwy, do samej krynicy

Profesor Adam Schaff: zaufany partyjny filozof. To on, pod patronatem KC PZPR, powołał w 1949 roku Instytut Kształcenia Kadr Naukowych - "szkołę janczarów". Tak dogmatyczną, że niektórzy mówili o niej "szkoła jezuitów".

Profesor Adam Sikora, absolwent IKKN, historyk filozofii: - Schaff chciał mieć uczelnię partyjną i dobrą. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że dobrzy, to jest inteligentni, nie mogą być do końca partyjni. Wybierał bardzo młodych, inteligentnych towarzyszy. Bronisław Baczko, Jerzy Szacki, Michał Radgowski, Paweł Beylin, Henryk Hinz mieli zastąpić spisaną na straty "burżuazyjną" profesurę.

Podobno odchodząc z Łodzi do szkoły Schaffa - już jako asystent, po błyskotliwym magisterium - Kołakowski pożegnał Tadeusza Kotarbińskiego słowami: "A jednak zasada wyłączonego środka jest prawdziwa!". Jak marksistowski Galileusz.

Wierzył, że marksizm jest dalszym ciągiem myśli i cnót oświecenia. Że tylko wyzwolenie człowieka od Boga przywróci mu godność osoby myślącej. Że rozum to najwyższa władza w królestwie poznania.

W imię tej wiary walczył. Partia rozprawiała się właśnie z niezależnymi uczonymi. Kołakowski uderzył w Kazimierza Ajdukiewicza ostrym artykułem. Przedmiotem sporu był filozoficzny nurt, konwencjonalizm: "agent obskurantyzmu w łonie nauki", który chciałby "wprząc ją w służbę zabobonu kościelnego".

Ajdukiewicz i Kotarbiński zostali na uniwersytecie, choć ich zajęcia zredukowano do logiki, Ossowskich i Tatarkiewicza Schaff wysłał na emeryturę.

Leszek Kołakowski: - W 1950 roku wysłali nas do Moskwy, żebyśmy tych mądrości mogli zaczerpnąć u samej krynicy. Słuchaliśmy specjalnie dla nas smażonych wykładów. Szybko się okazało, że luminarze radzieckiej nauki to gromada głupców. Troglodyci. Niektórych zapamiętałem na zawsze: Leonow, Konstantinow, niezapomniany towarzysz Kutasow.

Adam Sikora wspomina egzamin z historii filozofii u Tatarkiewicza na chwilę przedtem, nim poszedł w na przymusową emeryturę: - Kuliśmy z Heniem Hinzem. Chcieliśmy się pokazać, że nie jesteśmy troglodytami. Henio dostał lufę, mnie Tatarkiewicz bez pytania wstawił czwórkę. Byłem wściekły: panie profesorze, ja chcę zdawać. Tatarkiewicz z uśmiechem: mam do pana zaufanie.

Drukuj z wymyślaniem

W 1950 roku na wykłady Kołakowskiego z filozofii średniowiecza chodził student historii Bronisław Geremek, później kolega i sąsiad profesora, dziś poseł UW: - Kołakowski był świetny! O Dionizym Aeropagicie nie wypowiadał się w duchu marksizmu, lecz Woltera. Ale jego artykuły o Kościele czytało się zupełnie inaczej. Z zaciekawieniem: ta propaganda była - jak na garbatego - całkiem prosta, mniej prymitywna. I ze zdziwieniem: nie, jednak to nie mogło spod takiego pióra wyjść!

Leszek Kołakowski: - Nie wszystko brałem na dobrą wiarę. Jednak uważałem, że trzeba głosić pewne rzeczy, jeśli partia każe.

Bronisław Geremek spotykał czasem swego wykładowcę w winiarni Dziekanka: - Książę intelektu bawił się znakomicie w gronie młodszych i głupszych od siebie.

Geremek wolałby zapomnieć o tych czasach: - Myślę, że Kołakowski też.

A jednak nie. Opowiada profesor Stefan Amsterdamski, filozof, historyk nauki, były wykładowca TKN: - Jest rok 63 czy 64. Wydaję skrypt na powielaczu dla studentów. I uważam, że dobrym tekstem do konwencjonalizmu będzie ten, w którym Leszek spiera się z Ajdukiewiczem. Artykuł składa się z dwóch części. Pierwsza jest brutalna, z wymyślaniem od idealistów. Druga to poważny spór z konwencjonalizmem. Pytam Leszka, czy się zgadza, żebym opublikował drugą część. A na to Leszek, który przecież nie podtrzymywał zarzutów przeciw Ajdukiewiczowi: drukuj całość. Więc nie zakłamywał.

Powiem wam, czym jest socjalizm

Jerzy Jedlicki: - Pamiętam, jest jakaś dyskusja między Kołakowskim i Schaffem. Spięcie właściwie. Kołakowski twierdzi, że kategorie marksistowskie nie wystarczają do analizy zjawisk narodowych. Że kluczem klasowym nie da się wyjaśnić więzi między ludźmi. A Schaff, że w marksizmie wszystko jest. I ruga. Wtedy pierwszy raz pomyślałem o Kołakowskim jako marksistowskim intelektualiście. Tkwiłem w tym nurcie, chciałem, żeby nie był doktrynerski. To był okres, kiedyśmy wiedzieli już niejedno o "wypaczeniach", a Leszek ze swoją erudycją, ze zdolnością do riposty wypowiadał jakby nasze myśli. Zdawało się, że mówi za nas i lepiej niż my. To był rok 54 albo 55. Rodził się rewizjonizm. Kołakowski stawał się niebezpieczny dla marksistowskiej ortodoksji.

- Był przedmiotem troski i zgryzoty Schaffa - wyjaśnia Adam Sikora. - W IKKN czuliśmy się spętani szarzyzną, nudą, monotonią. Leszek, niepokorny nawet wtedy, zachęcał do rewidowania twierdzeń. Jeśli wtedy część z nas zerwała pępowinę z marksizmem, to również dzięki niemu.

Bronisław Geremek: - W 1956 roku, bodaj czy nie 1 maja, Kołakowski w Sali Kominowej na uniwersytecie mówił, czym jest socjalizm. Przyszło mnóstwo ludzi. Najpierw słuchali długiej wyliczanki, czym socjalizm nie jest: "państwem, gdzie jest więcej szpiegów niż pielęgniarek i więcej miejsc w więzieniach niż w szpitalach; państwem, gdzie jest się zmuszanym do kłamstwa; państwem, gdzie jest się zmuszanym do kradzieży; państwem, gdzie jest się zmuszanym do zbrodni; państwem, gdzie filozofowie i literaci mówią zawsze to samo co generałowie i ministrowie, ale zawsze po nich; państwem istniejącym aktualnie" itd. "To była część pierwsza. A teraz - słuchajcie uważnie! - przemawiał Kołakowski - powiem wam, czym jest socjalizm". Wtedy w Sali Kominowej zapadło milczenie, a Kołakowski nad głowami słuchających: "Socjalizm jest to ustrój, który... eh!, co tu dużo mówić! Socjalizm jest to naprawdę dobra rzecz".

Tekst krążył w odpisach po kraju. Nie został opublikowany, zatrzymała go cenzura.

Hulaliśmy sobie po Warszawie

Na wrzesień i październik 1956 rząd francuski zaprosił grono młodych ludzi z Polski, żeby otarli się o świat. Byli wśród nich: Jan Strzelecki, Paweł Beylin, Bronisław Baczko, Maria Janion i Maria Żmigrodzka. Był także Leszek Kołakowski.

- Poszliśmy na impresjonistów. W muzeum przypadkiem napatoczył się członek KC. Zaczął krzyczeć: to wasza wina, że do Polski mogą wejść wojska radzieckie. Postanowiłem wracać wcześniej.

Jerzy Jedlicki: - Samolot nie odlatywał, bo mgła. Za ostatnie centimy kupiłem nadzwyczajne wydanie bodajże "France-Soir" z wielkim tytułem na pierwszej stronie: "Tanki sowieckie idą na Warszawę". Przylecieliśmy, gdy Gomułka przemawiał na placu Defilad. Nie ogarnęła nas fala pobudzenia, wszyscy byliśmy sceptyczni.

Stefan Amsterdamski: - Ruch październikowy połączył ludzi różnych celów. Jedni czytali starego i młodego Marksa, chcieli "demokratyzacji". Inni byli przeciw Jałcie i mieli Marksa w nosie, bo stary czy młody, ich zdaniem, nadawał się do wyrzucenia. Ruch skończył się na placu Defilad.

W okresie Października drugim sekretarzem Komitetu Warszawskiego był Stanisław Kuziński, też z "janczarów": - Gomułka wiedział, że większość nie chce socjalizmu. System jednopartyjny, plan centralny, ułożenie stosunków ze Związkiem Radzieckim bez skrajności stalinowskich - to był zdaniem Gomułki jedyny model dający się w Polsce utrzymać. Przy tym Gomułka trwał i w tym względzie nie zdradził Października. Za Stanisława Augusta było gorzej. Ja uważałem, że są pewne smutne konieczności. Miałem większe niż Kołakowski poczucie państwa, racji stanu. Miałem w oczach zburzoną Warszawę i czołgi, które się parę lat wcześniej przetoczyły przez nasz kraj. Pamiętałem o Węgrzech. Wtedy przyjaźniłem się z Leszkiem Goździkiem. Trochę popijaliśmy, tłumaczyłem Goździkowi, na ile jest możliwa demokratyzacja, czytaliśmy Kołakowskiego. Byłem za socjalizmem z ludzką twarzą, Kołakowski definiował ludzką twarz. Ale czasem igrał z ogniem.

Leszek Kołakowski: - Wiedzieliśmy o grozie sowieckich tanków. W Polsce krytyka systemu miała charakter ludowy: precz z Ruskimi, precz z Żydami, za Kościołem. Nasza krytyka była inna niż ten nastrój, ale nie aż tak od niego odległa jak na Węgrzech. U nas rewizjonizm przenosił wstrząsy i łagodził je po drodze. Nie miałem złudzeń, że ustrój będzie radykalnie inny pod Gomułką. Partia utraciła kontrolę nad wydarzeniami, on chciał ją przywrócić. Ale inaczej niż na przykład w NRD, gdzie aresztowano rewizjonistę Wolfganga Haricha. Ulbricht namawiał Gomułkę, żeby zrobić z tego proces międzynarodowy, bo wiedział, żeśmy się kontaktowali. Gomułka odmówił. Bezczelnie hulaliśmy sobie po Warszawie, a Harich przekiblował dziewięć lat.

Nie mówmy, że nas oszukano

Profesor Ryszard Herczyński, matematyk, najbliższy przyjaciel Kołakowskiego, wspomina, jak w Łodzi, tuż po wojnie, robili z Leszkiem dla Książki i Wiedzy korektę jednej z książek Marksa: - W trzy noce! Byliśmy dumni, że to my. A potem przyszło zadufanie. Zaczęliśmy uważać, że mamy mądrą wiedzę. Że jesteśmy wtajemniczeni w sektę, w wiarę. Parę lat później został po tym katzenjamer. Leszek napisał: "Katzenjamer nie jest stanowiskiem politycznym". Sam pod swoją diagnozę podpada.

W 1956 roku w "Śmierci bogów" ogłasza pogrzeb mitologii. "Jest to wszakże pogrzeb niezwyczajny - koszmarna groteska, w której trup, nie zdając sobie sprawy z własnej śmierci, wykrzykuje ochoczo różne hasła w przekonaniu, że stoi na czele radosnej manifestacji i rozdziela tęgie ciosy między uczestników pochodu, wstrząsanych makabrycznym śmiechem".

Ostrzega: "Pożegnanie z umierającym człowiekiem pozostawia pewność niezachwianą, iż więcej się go nie spotka. Pożegnania z bogami są niebezpieczne - nigdy nie ma pewności, że nie powrócą w nowym kształcie cielesnym i zadziwiające są ich zdolności do reinkarnacji".

Ryszard Herczyński: - Za młodych łódzkich lat kochaliśmy się w neopozytywistach, po doświadczeniu stalinizmu odkryliśmy inne rozumienie filozofii. W tekstach Leszka pojawiła się moralność, drążenie własnej postawy.

"Nie mówmy, że nas oszukano, ponieważ nikt nie jest usprawiedliwiony przez to, że padł ofiarą oszustwa; nie mówmy także, że sytuacja odebrała nam odwagę głosu wtedy, kiedy widzieliśmy zbrodnie - bo brak odwagi nie tłumaczy nikogo, choćby dał się historycznie objaśnić, bo człowiek jest odpowiedzialny za wszystko, co czyni. (...) Dlatego nie wmawiajmy sobie, że dopiero w wyniku nowo nabytej wiedzy i znajomości nowych faktów stanęliśmy w pewnej chwili na ziemi milczenia, opuszczonej przez bogów."

Ryszard Herczyński: - W 1958 roku nie było wiadomo, co robić. Gomułka przykręcał śrubę przy zgodzie klasy robotniczej: "Nie przeszkadzajcie Wiesławowi". To, że opozycyjna świadomość przetrwała, jest zasługą Leszka. Po Październiku stworzył prawie z niczego platformę związaną z marksizmem, do której inteligencja jeszcze przez wiele lat się odwoływała. Nie chciał pogrzebać socjalizmu i utopii.

Myśmy dyskutowali, czy wystąpić

Leszek Kołakowski: - Mówili mi ludzie, że Gomułka wpadał w furię na dźwięk mojego nazwiska.

Podobno Gomułce zawdzięczamy słowo "rewizjonizm". Oznacza tych partyjnych (czasem już bezpartyjnych) heretyków, którzy nie wyparli się poglądów sprzed Października. Nadal zwalczali dogmatyzm, złudzenia, zabobony i tematy tabu. Wątpili we wszystko prócz rozumu. Podkreślali względność norm. Analizując marksizm, krok po kroku go demontowali.

Budzili nadzieje w polskich środowiskach na Zachodzie. "Rewizjonizm filozoficzny jest w Polsce koniecznym fermentem" - pisał Konstanty A. Jeleński w paryskiej "Kulturze". Tacy rewizjoniści jak Kołakowski wpływają na rewizjonistów ortodoksyjnych typu Schaffa czy Langego, ci z kolei mogą szczepić wątpliwości w Rosji. Chociaż scenariusz Jeleńskiego się nie sprawdził, rewizjonizm skompromitował ideologię, a lewicowy etos buntu przeciw zastanemu porządkowi zaowocował powstaniem opozycyjnych elit.

Leszek Kołakowski, Bronisław Baczko, Jerzy Szacki, Stefan Morawski, Andrzej Walicki - wyczuleni na sprawy społeczne - łączyli filozofię z potrzebami chwili. Stworzyli warszawską szkołę historyków idei, "współczesny polski odpowiednik obozu francuskich filozofów XVIII wieku" (opinia Pawła Śpiewaka, socjologa nie związanego z marksizmem).

Jerzy Jedlicki: - Myślenie Leszka o etyce i kulturze niesłychanie do nas przemawiało, bo wyrosło ze wspólnego doświadczenia śmierci bogów. Pochwalał niekonsekwencję. Ostrzegał, że każda wartość - socjalizm, wolność - doprowadzona do skrajności obraca się we własne przeciwieństwo. Zachęcał do kompromisów. Pokazywał ślepą drogę absolutu ideowego, etycznego.

Stefan Amsterdamski: - Jeśli były z Leszkiem jakieś nieporozumienia, to dlatego, że on pierwszy rozumiał pewne rzeczy. Był od nas szybszy.

Jerzy Markuszewski, reżyser: - Lubił teatr i aktorów z STS. My próbowaliśmy przypierać go do muru, żeby coś strasznie ważnego nam powiedział, żeby było się na czym zawiesić. Namawiałem Leszka: napisz podręcznik, jak ma facet postępować, jeśli chce być demokratą. A on: Jurek, przecież jest Dekalog.

Adam Sikora: - Słyszałem taką opowieść. Przyjechała do Białego Domu delegacja ze stoczni szczecińskiej. Siedzą na korytarzu i bez przerwy słyszą: Kołakowski, Kołakowski. Więc stoczniowcy się wkurzyli. Do jasnej cholery, co za Kołakowski! My od dwóch lat nie kończymy pochylni, czy to tu nikogo nie obchodzi?

Zamęt na korytarzu miał pewno miejsce wiosną 1957 roku, poprzedzał przemowę Gomułki na IX plenum KC: "Trudno doprawdy zrozumieć, jak człowiek uważający siebie za członka partii, za komunistę, może być tak dalece oderwany od ziemi, od życia, od naszej dzisiejszej polskiej rzeczywistości i od rzeczywistości dzisiejszego świata? Czego chce Kołakowski?". Tu następowało wyjaśnienie, a potem słynne: "Dogmatyzmu nie leczy się rewizjonizmem. Rewizjonistyczna gruźlica może tylko spotęgować dogmatyczną grypę. Jeśli partia nasza odrzuciła dogmatyzm i sekciarstwo, nie ma w tym żadnej zasługi rewizjonistów. Partia dokonała tego własnym, marksistowsko-leninowskim mózgiem".

Tego właśnie dnia partyjny filozof szedł warszawską ulicą: - Idę i na każdym rogu słyszę swoje nazwisko. Gomułka piętnuje szkodników.

"Brak czasu nie pozwala na ocenę wartości wypowiedzi innych rewizjonistów w szeregach naszej partii, np. Zimanda i Woroszylskiego. Zresztą nie jest to nawet potrzebne. Wszystkie rewizjonistyczne teorie są do siebie podobne, gdyż wywodzą się z jednego pnia." Pień to socjaldemokracja.

Andrzej Friszke, historyk: - Sądzę, że wściekłość Gomułki wywołał tekst Kołakowskiego "Tendencja, perspektywy i zadania". To już nie był esej, lecz manifest, atak na fundamenty ustroju. Trudno dzisiaj oceniać, czy Kołakowski widział sprzeczność między socjalistyczną demokracją, do której nawoływał, i kierowniczą rolą partii, którą chciał zachować?

Leszek Kołakowski: - Jesienią 57 roku miałem rozmowę z Gomułką. Zaaranżował ją Stefan Staszewski, były pierwszy sekretarz Komitetu Warszawskiego. Nie umiem powiedzieć, czemu służyło to spotkanie. "A co wy myślicie - pytał Gomułka - że myśmy tolerowali różne rzeczy, bo nam się podobały? Byliśmy za słabi. Teraz w miarę umacniania się partii będziemy je likwidować. Będziemy mieli dziennikarzy, musimy mieć dziennikarzy, ale żadnej wolności nie dostaną, będą pisali, co my im każemy. A co, ja nie wiem, co ci wszyscy obrońcy demokracji mówili, jak siedziałem?" Więc ja: to samo można powiedzieć o waszych najbliższych współpracownikach. "Tak, ale oni teraz są posłuszni". Nie mógł udawać przede mną. "My wiemy, co się tam u was dzieje, ja wam nie muszę tłumaczyć". Oczywiście, bez przerwy dostaję listy poodklejane. "A gdzie jest napisane, że nie wolno tego robić?". No, jest napisane, w konstytucji. "E tam, konstytucja". Gomułka niczego nie udawał, tylko mówił, jak jest. Przyjąłem to z pewnym uznaniem.

Po co Gomułce rozmowa z jakimś docentem filozofii, choćby wybitnym? Andrzej Werblan, absolwent "szkoły janczarów", ówczesny członek KC: - Gomułka powiedział mi po plenum: niezwykle żałuję, że tego typu ludzie od nas odchodzą. Kołakowski nie był dla niego zwykłym filozofem, ale przywódcą grupy, która go w Październiku popierała. Próbował Kołakowskiego odzyskać. Nie chciał mieć dysydentów w obozie. Rozmowa trwała kilka godzin, nie doszli do porozumienia. Po niej Gomułka wykrzykiwał na Kołakowskiego.

Leszek Kołakowski: - Uważaliśmy się za socjalistów. W tym nie byłoby nic złego, gdyby umiało się słowo "socjalizm" zdefiniować. Z partią nie mieliśmy już związków ideologicznych. Zresztą ideologia się kończyła, pozostawał aparat do rządzenia. Myśmy dyskutowali, czy wystąpić. Słusznie albo niesłusznie, większość z nas uznała, że nie. Zdawało nam się, że obecność w partii jest platformą, którą można wykorzystać do krytyki.

Jerzy Jedlicki: - Myśl, że można działać z zewnątrz, nie przychodziła nam jeszcze do głowy.

Leszek Kołakowski: - Na Wolną Europę władza machała ręką: a, to przecież wróg, z wrogiem sobie poradzimy. Nasza krytyka odwoływała się do tych samych marksistowskich stereotypów, dlatego była słyszana. W komunizmie nieszczęście zaczyna się wtedy, gdy aparat popada w niepewność. Utrata idei jest dla tego systemu utratą racji istnienia. To się od środka musiało zacząć kruszyć.

Osoba Jezusa Chrystusa nie może być usunięta

Dziesięć lat po Październiku Leszek Kołakowski nie miał w partii najlepszych notowań. Z MSW do Komitetu Centralnego docierały kolejne notatki: "Uzyskaliśmy informację, że...". Obciążały go niewłaściwe słowa i spotkania.

"Osoba i nauki Jezusa Chrystusa nie mogą być usunięte z naszej kultury ani unieważnione, jeśli kultura ta ma istnieć i tworzyć się nadal." Esej o Chrystusie z 1965 roku zrobił w środowisku ludzi wierzących wielkie wrażenie. Za przełom w myśleniu Kołakowskiego o religii uważa się "Obecność mitu", którą jednak inteligencja katolicka czytała z pewnym zdziwieniem. "Jak to jest możliwe, by żyjąc w jednej kulturze być od siebie tak odległym, skoro książka ta dopiero teraz odkrywa znaczenie tego wszystkiego, co określa sens życia ludzkiego? - pytał Tadeusz Mazowiecki. - Jak możliwe, by pytanie o sens, to pytanie każdego człowieka dotyczące, uznawane było przedtem za źle postawione, nie warte odpowiedzi. (...). Czyżby - myślałem - Leszek Kołakowski, autor książki o pozakościelnych chrześcijańskich prądach XVII wieku, był tylko badaczem zmarłych skamielin? (...) Nie chodzi o pretensje, lecz o zdanie sobie sprawy z sytuacji kultury, w której taka wzajemna odległość jest możliwa."

Esej już nie o micie, lecz o postaci dla chrześcijaństwa centralnej, Tadeusz Mazowiecki odczytał zupełnie inaczej: "I w świecie świeckim uznać trzeba, że Chrystus jest wzorem najświetniejszych wartości ludzkich, którego nie można się wyrzec".

Prymas Wyszyński, zdumiony przemianą marksistowskiego filozofa, spotkał się z nim (i z Janem Strzeleckim, socjologiem) w Laskach. Andrzej Friszke, historyk: - Podobno Prymas dominował. Był w tym czasie ostry, pryncypialny, a Kołakowski - w subtelnościach. Profesor nie odniósł najlepszych wrażeń.

Notatka MSW o spotkaniu profesora ze Zbigniewem Brzezińskim. "Zauważono, że w pobliżu Pałacu Staszica Kołakowski przekazał Brzezińskiemu kilka kartek. W związku z powyższym Kołakowskiego wezwano do MSW i pytano o przebieg rozmowy."

Leszek Kołakowski: - Wiedziałem, że oni w te kartki wierzą. Byłbym szalony, gdybym mu coś dawał. W parku roiło się od ubeków.

Konto Kołakowskiego najbardziej obciążała notatka z 1965 roku: "Uzyskaliśmy informację, że obrońcy K. Modzelewskiego i J. Kuronia adw. adw. A. Steinsbergowa i J. Olszewski wraz z prof. dr. T. Kotarbińskim, prof. dr M. Ossowską i prof. dr. L. Kołakowskim przygotowują dokument pt. 'Opinia w sprawie pojęcia wiadomości'. (...). Adw. adw. A. Steinsbergowa i J. Olszewski zamierzają go wykorzystać do obrony w procesie rewizjonistów K. Modzelewskiego i J. Kuronia. Dyrektor departamentu III MSW".

Leszek Kołakowski: - Napisaliśmy, że ich "List" nie był rozpowszechnianiem fałszywych wiadomości. Trochę pomogliśmy adwokatom. Ściągnąłem Mariana Brandysa, chodziliśmy do sądu jako mężowie zaufania. Sam "List" nie bardzo mi się podobał. Kuroń i Modzelewski wierzyli, że system da się naprawić na podstawie swoich zasad, a ja i moi koledzy już nie. Demokratyczny komunizm to jest sucha woda.

Andrzej Friszke: - Solidarność z oskarżonymi była poważną decyzją. Władza wsadza wrogów partii do więzienia, a on utrudnia ich skazanie. To głęboka nielojalność, bardziej dotkliwa niż spotkania z Brzezińskim czy Prymasem.

Kołakowski: - Ustrój stał się straszliwie podatny na zranienia. Tylko dotknąć, a robił się potworny ryk.

Gdy filozof dojdzie do końca drogi do mądrości, dowiaduje się rzeczy, jakie ludzie prości i mądrzy wiedzieli od zawsze.

Gdy żona Lota odwróciła się, by zobaczyć zagładę Sodomy, Jehowa zamienił ją w białą bryłkę chlorku sodu z niejasno zarysowanym kształtem ludzkim. W bajce Leszka Kołakowskiego skonsternowany Lot zażądał, by ją ożywić, i wdał się w spór z agentami Pana. Rozmawiali o przeszłości i przyszłości. "Człowiek jest tylko przeszłością - słuchał Lot. - Na ciebie składa się tylko całość dotychczasowego życia, to znaczy przeszłość; poza nią nie ma ciebie: odebrać ci przeszłość, to zabić cię. Można odebrać przeszłość stopniowo, niezauważalnie, kiedy jednak odbiera się ją nagle - człowiek przestaje istnieć".

Lot przegrał dyskusję z wysłannikami Jehowy i powlókł się smutny do nowego kraju. Z jego perypetii da się wydobyć kilka morałów. Na przykład: "Zwierzchność, która zabrania oglądania się w przeszłość, dba tylko o nasze dobro. Bo w istocie, przyjacielu, spójrz wstecz, a skamieniejesz".

Literackie igraszki Kołakowskiego z Biblią czasem budziły niesmak i niepokój wśród wierzących. Ale dorastało już nowe szukające idei pokolenie lewicy. Młodzi ludzie czytali Trockiego, Różę Luksemburg, Dżilasa. Trafili na Kołakowskiego, który uczył ich, że można się spierać z każdym - a więc także z marksistowskim Objawieniem.

Dowiadywali się od niego o dwóch sprzecznych postawach: kapłana i błazna. "Błazen jest tym, który wprawdzie obraca się w dobrym towarzystwie, ale nie należy do niego i mówi mu impertynencje; tym, który podaje w wątpliwość wszystko, co uchodzi za oczywiste; nie mógłby tego czynić, gdyby sam do dobrego towarzystwa należał - wtedy najwyżej mógłby być gorszycielem salonowym; błazen musi być na zewnątrz dobrego towarzystwa, zarazem musi w dobrym towarzystwie się obracać, aby znać jego świętości i aby mieć okazję do mówienia mu impertynencji. (...) Opowiadamy się za filozofią błazna".

Adam Michnik: - Leszek Kołakowski był legendą. Wiedziałem, że jeśli chodzi o rozum, odwagę, prawość - nie ma lepiej. Chodziłem na jego odczyty, wykłady. On najpełniej wyrażał nasze pragnienie wolności. Dla mnie Październik był tym, czym powstanie dla kogoś wychowanego w tradycji powstańczej. Należę do takiego pokolenia, które pytało rodziców: czemu milczałeś, jak były stalinowskie zbrodnie? Myśmy nie chcieli milczeć. Karol Modzelewski - wschodząca gwiazda nauki, i Jacek Kuroń - wybitny przywódca harcerski, siedzieli w więzieniu, bo w siedmiu egzemplarzach napisali list, co myślą o władzy partyjnej. Na uniwersytecie paryskim dzielnicowy by się o tym nie dowiedział! Myśmy chcieli zrobić coś, co stanie się zalążkiem kolejnej odwilży. Napisaliśmy rezolucję w ich obronie i poszliśmy do Kołakowskiego.

Leszek Kołakowski: - Zaprosili mnie na zebranie, niby ZMS-u, legalne czy półlegalne.

Adam Michnik: - W Leszku widzieliśmy ideologa, on się uchylał. Bo ideolog musi mówić: świat jest taki i taki, trzeba zrobić to i to. A Leszek: świat jest skomplikowany, więc pomyślmy. Nie uczył, jak upominać się o wolność, lecz powtarzał, że wolność jest lepsza od zniewolenia. My wciąż obracaliśmy językiem rewizjonizmu. On znał całość.

Kołakowski: - Miałem z nimi dość dobre stosunki, ale uważałem, że są za bardzo narwani, że za dużo w nich partyjniactwa.

Michnik: - Przyszedł na to zebranie, chociaż do końca nas nie akceptował. Uważał, że ma obowiązek mówić do młodzieży. Że będzie rozliczany z tego, co powiedział, a co przemilczał.

Sala nr 17, największa na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego, może pomieścić sto osób. 21 października 1966 roku zebrało się osób trzysta. Tłum stał na zewnątrz. Krzysztof Pomian - wówczas doktor filozofii - mówił o "czynniku kulturotwórczym ruchu młodzieżowego", ale wcześniej zagaił Leszek Kołakowski: "Proszę towarzyszy, parę tylko uwag pozwolę sobie powiedzieć".

Te uwagi nagrywał jakiś ubek na kiepskim magnetofonie, potem je przepisała niezbyt mądra maszynistka. "Mamy poczucie przykrości, kiedy przypominamy sobie, że kraj nasz jest jednym z ostatnich w Europie jeśli chodzi o rozmiary budownictwa mieszkaniowego, a za to pierwsze w Europie jeśli chodzi o wskaźnik śmiertelności niemowląt, że dopiero 20 lat po wojnie udało nam się mimo ogromnych postępów w upowszechnianiu kultury, niewątpliwych, dopiero w 20 lat po wojnie udało nam się przekroczyć liczbę tytułów książek przedwojenną, że produkujemy najgorsze w świecie samochody osobowe itp. To wszystko jest nam z pewnością przykre, ale, myślę sobie, że nie to nasze ubóstwo jest najgorsze, że to co nas najbardziej przygniata, to jest brak perspektywy. To jest pauperyzacja duchowa. To jest brak oddechu. Brak nadziei".

Leszek Kołakowski: - Poszedłem tam sobie i powiedziałem parę rzeczy. To nic takiego nie było. Władza i ci młodzi zrobili z tego wielkie wydarzenie.

Stefan Amsterdamski: - Wtedy partii chodziło o to, żeby milczeć, a nie, żeby wierzyć.

Adam Michnik: - To oszałamiające! Kołakowski powiedział głośno to, co mówił prywatnie. Złamał tabu.

Kołakowski: - Studenci chcieli podjąć jakąś rezolucję, ale w końcu nie głosowano. Profesor Herbst ich ubłagał. Bo czuło się napięcie. Potem się okazało, że uniwersytet był otoczony ciężarówkami z milicją, że dwaj członkowie Biura Politycznego w pobliżu się przechadzali, by dawać rozkazy operacyjne, gdy wybuchnie straszna rewolucja.

Kilka dni później, 27 października, Kołakowskiego wyrzucono z partii. Było to jego ostatnie wystąpienie w języku rewolucji, ze środka systemu.

Stryjkowskiego bolał brzuch

Jacek Bocheński, pisarz: - To Wiktor Woroszylski był inicjatorem listu do Biura Politycznego, żeby Leszka nie wyrzucać. Pomagałem mu ja i Paweł Beylin. To, co wybitne w organizacji partyjnej Związku Literatów, skupiło się przy tym liście, a ja się z nim udałem do KC. Czekaliśmy.

Jerzy Markuszewski: - Byłem w środku tego interesu. Wezwali ich na wieczór i podali kolację. Podobno odbyła się w ciszy, poza jednym zdniem, które towarzysz Starewicz [Artur, wtedy sekretarz KC PZPR - red.] powiedział do Stryjkowskiego: Niech pan spróbuje twarożku, twarożek jest bardzo zdrowy.

Leszek Kołakowski: - Stryjkowskiego bolał brzuch.

Jacek Bocheński: - Nie, nie, inaczej było. Oni chcieli coś zjeść, a nie wypadało nas nie poczęstować. Podali jakieś kanapki.

Markuszewski: - Potem ich wyprosili na korytarz, do tych fikusów. Odbył się mord w oranżerii.

Jacek Bocheński: - Wzywali pojedynczo. Najpierw wszedł Wiktor, potem ja, potem Paweł. Dali nam znać, że wiedzą, kto to zrobił. Przesłuchiwało nas kilku członków Biura pod przewodnictwem Kliszki. Żądali, byśmy do końca życia trzymali to w ścisłej tajemnicy. Pokazywali nam stenogram referatu Leszka. Był w skandalicznym stanie, bo się ubekom źle ponagrywało. Ja go zakwestionowałem. Profesor Kołakowski nie mógł mówić takich rzeczy, są bez sensu.

Z protokołów przesłuchań.

"Tow. W. Wirpsza. Moje zdanie w tej sprawie. Przemówienie L. Kołakowskiego jest zamącone i nie kładłbym tego na karb stenogramu. Chciałbym na wstępie powiedzieć, że chodzi mi o człowieka bogato wyposażonego przez naturę. Kołakowski przed trzema laty miał nawrót gruźlicy. Ta choroba powoduje nadmierną pobudliwość, wrażliwość, niepanowanie nad tym, co się wokół dzieje. To przemówienie jest wyrazem człowieka zrozpaczonego. Trzeba mu pomóc. Nie chciałbym, aby w tym stanie ducha był rozpatrywany".

"Tow. I. Newerly. Wygrywaliśmy kampanie, natomiast przegraliśmy wojnę o dusze i umysły i dlatego bronię Kołakowskiego, bo w tej wojnie o dusze i umysły muszę walczyć. Głęboka indywidualność Kołakowskiego może odegrać niepoślednią rolę. Autorytet Kościoła katolickiego polega na tym, że obok papieży miał też świętych i myślicieli".

"Tow. J. Stryjkowski. Ja znam waszą życzliwość, towarzysze, ale jestem pisarzem i inaczej patrzę".

"Tow. S. Pollak. Oczywiście to, co ja mówię, nie jest gołosłowne, że z wieloma sprawami nie solidaryzuję się, ale w poszczególnych tezach rację ma Kołakowski".

"Tow. T. Konwicki. Ja nie mam programu, ale widzę, że mam program socjalizmu naiwnego. Chciałbym, żeby było lepiej. Ja już powiedziałem, że pochodzę z proletariackiej rodziny i wszystko wiem, co jest lepiej i co zrobiono (...) Ja się, jak gdyby, zaciąłem i sam tow. Kliszko na koniec rozmowy powiedział, że nie widzi mnie w partii. Jaki ja jestem w życiu, się okaże.

Tow. R. Nowak: - Czy wam zależy na partii?

Tow. T. Konwicki: - Szczerze mówiąc - nie".

Z PZPR zostali skreśleni: Paweł Beylin, Jacek Bocheński, Tadeusz Konwicki i Wacław Zawadzki. Oddali legitymacje: Igor Newerly, Roman Karst, Kazimierz Brandys, Marian Brandys, Julian Stryjkowski, Andrzej Piwowarczyk, Seweryn Pollak, Wiktor Woroszylski, Arnold Słucki, Flora Bieńkowska, Marcelina Grabowska i na koniec w Krakowie Wisława Szymborska.

Urządziliśmy bal powieszonych

Jacek Bocheński: - To była moja ostatnia rozmowa partyjna. Dziwne uczucie.

Krzysztof Wolicki, publicysta: - Jest facet, który mieszka w śródmieściu, na skrzyżowaniu najważniejszych ulic, a teraz zamieszkał na Targówku. To jak mu się wiedzie?

Jerzy Jedlicki: - Prawica to wtedy było brzydkie słowo. Porządny człowiek uważał się za lewicowca. Myślało się tak: to partia zboczyła z drogi, ja jestem na właściwym trakcie. Jeśli moje poglądy zmieszczą się w partii, to ona będzie inna. Taka była poetyka: nie występowało się, lecz dawało się wyrzucić. Kołakowski też się od wyrzucenia odwoływał.

Krzysztof Wolicki: - Ja po odejściu z partii czułem, że odrąbałem sobie rękę, wydłubałem oko.

Stefan Amsterdamski: - Proszę mnie spytać, czemu nie wystąpiłem, jak Leszka wyrzucili i Pomiana. No proszę pytać.

- Czemu?

- Nie wiem.

Andrzej Friszke, historyk: - Nieraz się porównuje strukturę partii marksistowskiej z Kościołem. To ten model. Jest religia z obietnicą Królestwa Bożego na ziemi, teologia, wiara, w którą młodzi ludzie weszli w połowie lat 40. Potem się okazuje, że papież był mordercą, wielu biskupów też. W Październiku reguła Kościoła zostaje zakwestionowana, ale pozostają resztki wiary. Następuje reformacja. Co ocalić, co odrzucić. Co uda się zachować z ideału. I jak daleko można pójść. Nie od razu rozstają się z wiarą, bo to grozi pogaństwem. "Świadomość religijna i więź kościelna" to filozoficzna opowieść o konflikcie instytucjonalnego Kościoła katolickiego z przejętymi wiarą ideologami. Leszek Kołakowski analizuje kolejne systemy myślowe, utopie i odnajduje wewnętrzne sprzeczności. Wszystkie ideologiczne obietnice są zawodne.

Stefan Amsterdamski: - Niejaki Andrzej Werblan stosował taktykę salami. Odcinamy po cichutku, po plasterku. Dziś pozbędziemy się Kołakowskiego, jutro Bocheński wystąpi w jego obronie, to mu damy po głowie.

Andrzej Werblan wtedy kierownik wydziału Nauki i Oświaty KC: - Taktyka salami? Nie pamiętam. Bunt nie był zaskoczeniem, przyjęliśmy to jako fatum. Decyzja należała do Gomułki. Szedł na rozcinanie węzłów. Pozbycie się Kołakowskiego i pisarzy wyjaśniało sytuację.

Kołakowski: - Akt symboliczny. Unaoczniło się, że inteligencja z partią zerwała.

Jerzy Jedlicki: - Ci, co występowali wcześniej, patrzyli z pewną pogardą na tych, co wystąpili później i jeszcze później. Drabina moralistów.

Kołakowski: - Jak nas powyrzucali, u Ireny Szymańskiej urządziliśmy bal powieszonych.

Irena Szymańska, redaktor Czytelnika: - Leszek witał gości w drzwiach i od każdego pobierał odcisk palca. Obok stał kosz na legitymacje partyjne. Graliśmy w "zielonego trupa" i nawet z Leszkiem tańczyłam. Niedawno przysłał mi książkę z dedykacją: "Irenie, która pamięta, że byłem młody".

Kołakowski: - Dziś śmieję się z tego wszystkiego.

Gdy wygłaszał przemówienie w sali nr 17 na Wydziale Historii, już go nie drukowano. Potem zakazano cytatów, polemik. Stefan Amsterdamski pisząc książkę o Engelsie naładował ją cudzysłowami i spierał się z autorem, którego ani razu nie wymienił.

Leszek Kołakowski: - Pilnowali mnie, to było takie wyraźne. Żebym wiedział, że jestem na łasce tych gangsterów. Kiedyś zaprosili nas znajomi, Witek Wirpsza miał czytać swoje wiersze. Okazało się, że ubecy wyrzucili jakąś panią z jej mieszkania, wywiercili dziurę w ścianie i całą noc słuchali zupełnie niezrozumiałej poezji. Może myśleli, że to jakieś tajemnicze kody?

Na uniwersytecie też było niespokojnie. Na wiadomość, że młodzież szykuje się do wiecu, Kołakowski z Pomianem poszli do Modzelewskiego: - Powiedzieliśmy, że nie jesteśmy z tego powodu szczęśliwi. Represje zniszczą ruch studencki, który się teraz rodzi. On przyznał nam właściwie rację, ale stwierdził, że już jest za późno.

Jerzy Jedlicki: - 8 marca spotkałem Kołakowskiego niedaleko uniwersytetu, wiec się kończył, studenci wychodzili przez bramę na Krakowskie. I nagle kolumny samochodów wjeżdżających na dziedziniec, bicie. A w końcu miesiąca przeczytałem w gazecie, że wichrzycieli pozbawiono katedr, Leszka też. Na zajęciach powiedziałem studentom, że to zhańbienie uniwersytetu. Nie dopuściłem do dyskusji, by ich nie narażać. Nazajutrz pojechałem do Pałacu Kultury, gdzie mieścił się komitet zakładowy PZPR w Polskiej Akademii Nauk. Nikogo z kolegów nie uprzedzałem, żeby mnie nie powstrzymywali. Oddałem legitymację jakiemuś urzędnikowi, z bardzo ostrym listem. Tego dnia rozwiązali Wydział Filozofii i Socjologii na Uniwersytecie.

Adam Michnik: - Chwilami mieliśmy poczucie, że profesorowie się nas boją. Że stawiamy ich przed wyborami, których nie mają chęci podejmować. Wtedy wydawało nam się: albo - albo. Oni byli mądrzejsi, dojrzalsi, a my bardziej radykalni. Gdybym dzisiaj wiedział, co się stanie, czy tak samo bym postąpił? Ci po Marcu mieli uczelnię bez Kołakowskiego, Baczki, Baumana, Brusa - bez profesorów, którzy uczyli porządnego myślenia i wychowali całą formację ludzi cywilizowanych.

Jerzy Jedlicki: - Na wieść, że Leszek wyjeżdża, pojechałem do niego do domu. Żeby móc rozmawiać bez podsłuchu, poszliśmy do Ogrodu Saskiego. Uważałem, że wyjeżdżać nie należy, próbowałem go przekonać, tak jak przekonywałem Baumana. Ale nie miał już w sobie sił do walki. Wyjechał i postąpił słusznie.

Jeśli "przetrwać" znaczy "przeczekać", to zgubne

Warszawa bez Baczki i Kołakowskiego, bez błyskotliwych rozmów w kawiarni Nowy Świat, bez zatłoczonych salonów, bez najpiękniejszych dziewczyn i najmądrzejszych chłopaków na seminariach z filozofii. I bez rewizjonizmu. Ludzie się rozpierzchli: ten za granicą, ten w innym mieście, ten w więzieniu. Przyjaciele Kołakowskiego, którzy pozostali w Warszawie, pamiętają pustkę tego czasu, smutek.

A Kołakowski na zachodnich uczelniach chce opowiedzieć młodzieży o niebezpieczeństwach myślenia totalitarnego, o groźbie nihilizmu, o jałowości postawy Katona. Chce im wyjaśnić, że historii nie da się zacząć od roku zerowego. Że reakcyjne tortury nie są gorsze od postępowych. Że naturę reżimu rozpoznaje się po jego dziełach, a nie słowach. Że "ta czaszka już się nigdy nie uśmiechnie". Lecz na zachodnich uczelniach trwa właśnie lewacka rewolta.

- Oni uważali, że to rewolucja. Wciąż demonstracje, wybijanie szyb, policja. To był ruch typu faszystowskiego, żeby zastraszać. Barbarzyństwo. Chcieli, żebym im dawał zaliczenia za manifesty polityczne, odmawiałem. Powiedziałem, że nie będę brał udziału w strajku, wtedy zgodzili się, żebym prowadził zajęcia w prywatnym mieszkaniu. Byłem dla nich podejrzaną figurą. Jedni mnie tolerowali, inni mniej. Potem miałem propozycję, żeby we Frankfurcie objąć katedrę filozofii po śmierci Adorno.

Był to ojciec duchowy rebelii. Lewacy podnieśli wrzawę: nie chcemy pseudomarksisty. Wysmażyli jakiś list. Podobno profesor odpisał: wasz protest jest bezprzedmiotowy, bo nie mam zamiaru przyjeżdżać i nie zakłócę walki klas, jaka toczy się wśród starszych i młodszych pracowników naukowych.

Kołakowski: - Odmówiłem, bo to było gniazdo węży.

Tymczasem w Warszawie towarzysze od nauki i kultury mówili publicznie: z profesora Kołakowskiego jesteśmy zadowoleni ostatnio, bo pisze w listach do przyjaciół, że tamta kontestacja mu nie odpowiada.

A przyjaciołom - po Marcu, po Grudniu - zdawało się, że wszystko straciło sens. I znów - jak po Październiku - w 1971 roku przemówił do nich Kołakowski. Tym razem w paryskiej "Kulturze".

Jerzy Jedlicki: - To były "Tezy o nadziei i beznadziejności". Ale dla nas bardziej o nadziei.

Kołakowski przekonywał, że wewnątrz systemu komunistycznego tkwią sprzeczności, które umożliwiają jego ewolucję. Od nas zależy, jak będzie się zmieniał. Nasze postawy mają wpływ na kształt życia społecznego. Tłumaczył: "Środki presji znajdują się pod ręką, są w dyspozycji niemal każdego. Polegają tylko na wyciąganiu konsekwencji z najprostszych przykazań, które zakazują przemilczania świństw, czapkowania przed panem, wyłudzania jałmużny za pokorę i innych, podobnych zachowań. Z własnej godności czerpiemy prawo, aby stare słowa 'wolność', 'sprawiedliwość' i 'Polska' móc wypowiadać pełnym głosem".

Potem posypały się kolejne słowa: "Naród, który uwierzył, że jest bezwzględnie pozbawiony wolności moralnej, straciłby nadzieję odzyskania jej kiedykolwiek. Więzień, który sądzi, że nie rozporządza już żadnym stopniem wolności, zostaje donosicielem lub prowokatorem, gdy go o to poproszą: niewiara we własną wolność wystarcza, aby upodlenie stało się pełne".

I jeszcze: " 'Przetrwać', jeśli tyle znaczy, co przeczekać, jest hasłem zgubnym, bo wzywa do niczego. A i hasło 'przechować kulturę narodową' jest dwuznaczne. Kultura narodowa nie jest wszakże złotą sztabą, którą można w ziemi zakopać i po latach nietkniętą wydobyć, nie jest także zabytkiem muzealnym albo biblioteką chwilowo nieczynną. (...) Kultura narodowa nie przechowania wymaga, ale obrony czynnej i w złej wierze żyje ten, kto powiada, iż nie wie, co to znaczy".

Jerzy Markuszewski: - Leszek był już ze dwa lata na Zachodzie, kiedy zdecydował się na druk w paryskiej "Kulturze". Pamiętam taką kolację w Warszawie, rozważania: powinien czy nie powinien. Bo to może niepoważne? Może zdrada? Czy aby to dobre dla kraju? Po co takie deklaracje polityczne?

Były podobno obawy, że za karę partia nie pozwoli wydać Heideggera, a może Husserla.

Leszek Kołakowski: - Na wieść o tym, że artykuł ma się ukazać, miałem telefon od przyjaciół. Nie rób tego, bo to kompromituje środowisko. "Kultura" tak długo była w Polsce przedstawiana jako ciemna jaskinia zbójców finansowana przez CIA, że z tego coś pozostało. Mur nieufności i niepewność, co to jest. "Kultura" to był rzekomo ośrodek nie tylko antysocjalistyczny, ale antypolski. Nie umiem tego wytłumaczyć. Do żony: - Tamara, może ty spróbujesz.

Tamara: - Dla tego środowiska "Kultura" była czymś złowrogim - to jedna rzecz. Ale druga rzecz, i gorsza, była taka, że kontakty z "Kulturą" to coś niemoralnego w ramach jedności ideowo-politycznej. Coś brudnego. Im chodziło o to, że ty nie powinieneś w ich macki popadać. Że ty stajesz się obcy.

Kołakowski: - Że wyskakuję z PRL-u?

Tamara: - Że wyskakujesz z etosu.

Co to za etos? Kołakowski: - Chyba wiara, że może być dobry socjalizm.

Andrzej Friszke: - "Kultura" trzymała się przedwojennych wartości. Nie miała nic wspólnego z komunizmem, była w konflikcie z jego obietnicą. To nie część "kościoła marksistowskiego", lecz organ buddyjski.

Stefan Amsterdamski: - Postrewizjonistyczne czkawki.

Jerzy Markuszewski: - Potem władza machnęła siekierą. Się skończyło.

Ale wcześniej, w październiku 1977 roku profesor Kołakowski został jedynym zagranicznym członkiem KOR-u. - Konferencje prasowe, listy z poparciem, reprezentowanie za granicą, załatwianie pieniędzy... Taki trochę byłem od parady, ale byłem.

To również dzięki niemu elita intelektualna Zachodu poparła opozycję w Polsce. Podobno Leszek Kołakowski, autor "Głównych nurtów marksizmu", antykomunistyczny ideolog, był dla lewicy europejskiej objawieniem. Ufano mu. On umiał rozmawiać ze wszystkimi. Potrafił zebrać 20 noblistów, żeby podpisali jakiś protest.

Kołakowski: - W tym czasie zaczęły się kontakty z londyńską emigracją: prezydent Edward Raczyński, Ciołkoszowie. Przez wiele lat emigracja legalistyczna zwalczała kontakty z krajem. A potem to się zmieniło. Edward Raczyński to był bardzo rozumny człowiek.

Andrzej Friszke: - Część emigracji chciała zrobić z Kołakowskiego przywódcę PPS na Zachodzie. Od Października widziano w nim przedstawiciela najbardziej krytycznego nurtu w partii. Wychodził z ortodoksji, zbliżał się do antytotalitarnej socjaldemokracji, duchowo przewodził Marcowi. W Londynie Adam Ciołkosz utrzymywał z nim kontakt. Jerzy Giedroyc też próbował zainwestować w ten kapitał. Oczekiwał, że Kołakowski stanie się działaczem, będzie pisał programy polityczne. A Kołakowski nie chciał i pisał "O nadziei i beznadziejności".

Nosorożcu, uszy w górę

Ojciec Jan Andrzej Kłoczowski - dominikanin, wspomina wierszowaną bajeczkę Leszka Kołakowskiego o poczciwym nosorożcu, którego namówił do latania niecny wróbel.

"Nosorożca gnębi troska

kto pocieszy nosorożca?

Wszyscy weźmy się za ręce

I śpiewajmy chórem:

Nosorożcu, nie płacz więcej!

Nosorożcu, uszy w górę".

Próba się nie powiodła. Niezdarny nosorożec nie ma dostępu do przestworzy. Przypomina filozofa, który chce dać odpowiedź na wszystkie egzystencjalne pytania ludzkości. "I tak - jest Bóg czy Go nie ma, czy istnieje dobro po prostu, czy tylko 'wartości'? Kołakowski wyznaje swoją bezradność".

Jeśli Boga nie ma, to być powinien - taki jest filozoficznego wynik równania. Kołakowski zatoczył wielkie koło: od utopii porządkującej świat, zbuntowanej przeciw chrześcijańskiej ortodoksji, przez krytykę systemów i ideologii, po przekonanie, że kultura potrzebuje fundamentalnych wartości - Transcendencji.

W myśleniu Kołakowskiego spiera się sceptyk i mistyk. Jak zachować sceptycyzm nie wyrzekając się wartości? Jak mistyk ma bronić się przed fanatyzmem? Jak być kapłanem i błaznem? Jak uniknąć nihilizmu, który wiedzie w pustkę lub totalitaryzm? To zadanie linoskoczka.

Ojciec Kłoczowski odczytuje myśl Kołakowskiego: "Jego troską jest człowiek, a może nawet jego ocalenie. Czy ocalenie leży w sferze myśli? Na pewno nie można pominąć myślenia, ale gdy filozof dojdzie do końca drogi wiodącej do mądrości, dowiaduje się rzeczy, jakie ludzie prości i mądrzy wiedzieli od zawsze".

W Oksfordzie Leszek Kołakowski wieczorami ogląda horrory, a rano czyta "Timesa". Rozwiązuje zadania, które nadsyła mu w listach przyjaciel matematyk. Podobno gryzienie go nudzi, je mielone. Ostatnio przeszedł na emeryturę, ale nadal ma klucz do All Souls College. To jeden z najstarszych budynków uniwersytetu. Co nowego w Oksfordzie? Nic od czterystu lat. Zachowały się nawet parkingi dla koni.

 

Leszek Kołakowski napisał m.in.: "Szkice o filozofii katolickiej" (Warszawa 1955), "Jednostka i nieskończoność. Wolność i antynomia wolności w filozofii Spinozy" (Warszawa 1958), "Świadomość religijna i więź kościelna. Studia nad chrześcijaństwem bezwyznaniowym XVII wieku" (Warszawa 1965), "Obecność mitu" (Paryż 1972), "Główne nurty marksizmu. Powstanie - rozwój - rozkład", t. 1-3 (Paryż 1976-1979), "Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań" (Londyn 1983), "Jeśli Boga nie ma..." (Kraków 1988).