Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 1992/04/22

 

 

Jarosław KURSKI

WÓDZ - PRZEDOSTATNI ROZDZIAŁ

 

 

Byliśmy z prezydentem

Krzysztof WYSZKOWSKI: W ocenie Wałęsy poniosłem osobistą ciężką porażkę. Gdybym wiedział, jakim będzie prezydentem, nie wziąłbym udziału w jego kampanii wyborczej, co nie znaczy, że popierałbym Mazowieckiego. Wyłączyłbym się z tego sporu.

Jarosław KACZYŃSKI: Jeszcze przed wyborem Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta urzędowałem w Gdańsku jako sekretarz KKW i już wtedy widziałem z bliska walkę Wałęsy o prezydenturę. Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że to jego bezpośredni cel.

Chciałem Wałęsy wybranego przez Zgromadzenie Narodowe - na próbę - a nie w wyborach powszechnych. Słowem, na krótką kadencję. Gdyby się sprawdził, miałby szanse w wyborach powszechnych. Jeśli nie - albo przegrałby wybory, albo skonstruowano by ustrój parlamentarno- gabinetowy z nikłymi uprawnieniami prezydenta. Zawsze uważałem, że Wałęsa zdobędzie władzę - albo drogą, którą ja proponowałem, albo przez wybory powszechne, albo na czele zbuntowanego ludu.

Ten ostatni wariant nie był nieprawdopodobny. Wyobraźmy sobie polityka o wielkim wzięciu i światowej sławie, który, będąc poza politycznym układem, mówi: "Jak ja będę rządził - będzie lepiej". Żadna władza by tego nie wytrzymała. Dla mnie było oczywiste od początku, że Wałęsa na naszej scenie politycznej był czynnikiem nie do pominięcia.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Polityczną drogę Wałęsy dzielę na dwie epoki: do i od prezydentury. W tej pierwszej, zasługiwał na miano bohatera narodowego. W drugiej, odznacza się zakłopotaniem i niewiedzą, co zrobić z osiągniętym zwycięstwem. Wałęsa nie ma elementarnej wiedzy, czym jest i jak funkcjonuje państwo. W okresie "do prezydentury" nie była mu potrzebna, dziś jest to problem. Prezydentem nie może być człowiek, który nie stał na czele organizacji sensu stricto. A ,Solidarność' nigdy taką nie była - była ruchem społecznym. Wałęsa zawsze był przywódcą, nigdy szefem.

Grzegorz GRZELAK: Nie wycofuję się z tego, że postawiłem na Wałęsę w wyborach prezydenckich. Był to człowiek, który ze względu na swą pozycję i zaplecze polityczne mógł najlepiej prowadzić państwo w kierunku prywatyzacji, gospodarki rynkowej, umocnienia samorządności lokalnej. Niestety, nie wykorzystał tej szansy. Jeżeli zawiodłem się na prezydencie, to w tym sensie, że w roku 1991 nie postawił on na szali całego swego autorytetu dla realizacji przemian w państwie, a rozproszył się na doraźnych politycznych grach.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Władza w Polsce nie wzmocniła się przez to, że Wałęsa został prezydentem. Zaraz po jego wyborze sformułowano dwie koncepcje prezydentury: zachowanie dotychczasowego modelu urzędu, oczywiście z modyfikacjami personalnymi, lub zasadnicza przebudowa na wzór amerykański. Plan zakładał pozyskanie dla prezydenta najlepszych ludzi i stworzenie gabinetu cieni. Jednak jego realizacja wymagałaby od niego organicznej pracy, rozmów, konsultacji. A on nie był w stanie znieść niespektakularnych spotkań z osobami, które chwilowo mało znaczyły, gdy obok toczyło się życie polityczne.

Grzegorz GRZELAK: Urząd prezydenta winien mieć charakter kreatywny. Tymczasem Wałęsa ciągle działa według starych zasad, niszczy układ, z którym aktualnie walczy. Stąd potrzeba "zderzaków". Stąd program minimum - utrzymać się na powierzchni. Jednak, gdy się jest prezydentem, należy myśleć w kategoriach odpowiedzialności historycznej. I wtedy nie jest ważne, czy Wałęsa utrzyma się u władzy, ale czy i jak przeprowadzi państwo przez trudne przemiany strukturalne.

Giełda straconych szans

Jarosław KACZYŃSKI: Wałęsa zostając prezydentem miał szanse stanąć na czele procesu przebudowy, odtworzyć - na nowych warunkach, na zasadzie koalicji a nie udawanej jednolitości - obóz przemian w Polsce i nadać tym przemianom dynamizm. Tej szansy nie wykorzystał. Wdał się w niezrozumiałe gry, polegające na budowaniu własnych wpływów i konserwowaniu dawnego układu komunistycznego, między innymi w wojsku.

Krzysztof WYSZKOWSKI: Jeżeli prezydent, zwierzchnik sił zbrojnych, stabilizuje i umacnia w wojsku stare, komunistyczne układy, broni Kołodziejczyka i Wawrzyniaka - to znaczy, że sprzeniewierza się własnemu powołaniu.

Upór, z jakim rozbija on scenę polityczną, jest konsekwencją radykalnego niezrozumienia, czym jest państwo. "Państwo i ja" - myśli Wałęsa i są to dla niego wartości równoważne, a może nawet "ja" jest wartością wyższą niż Polska.

Grzegorz GRZELAK: Z historycznego punktu widzenia ten czas jest stracony i oceniony zostanie negatywnie. Obawiam się, byśmy nie stracili kolejnego roku. Ustąpiłem nie dlatego, że Wałęsa mi kazał, lecz dlatego, że straciłem nadzieję, iż poprzez ten urząd można zrobić wielką reformę, której to państwo tak potrzebuje i w którą prezydent zaangażuje się bez reszty. Ponadto nie mogłem się z nim porozumieć.

Bilans szesnastu miesięcy

Krzysztof WYSZKOWSKI: Półtora roku prezydentury nie ujawniło żadnych czynników twórczych.

W wymiarze społecznym - ciężka klęska. Wydawało się, że tu Wałęsa jest najsilniejszy, że tu nie musi się niczego uczyć. Prezydent społeczeństwa nie zjednoczył, nie poruszył ku nowym celom, a jeśli nawet o tym mówił, było to tylko gadanie, które niecierpliwi nawet prostych, najwrażliwszych na jego retorykę, ludzi.

W wymiarze gospodarczym - mniej niż zero: destabilizacja, pomysły o redukcji cen o 100 proc., rozdawanie po 100 milionów, hasła w rodzaju: "Sami naprawiajcie swoje fabryki".

W wymiarze polityki zagranicznej - nic, mimo tak korzystnych okoliczności. Historia sama niesie nas w dobrym kierunku. Dziś się wydaje, że wystarcza to, co osiągamy płynąc na fali. Rzeczywistość jest jednak inna. Za nieróbstwo, błędy, bierność przyjdzie nam jeszcze zapłacić. Wałęsa niczego tu nie zdziałał, niczego nie wymyślił. Zawsze się ociągał. W sprawie Trójkąta Wyszehradzkiego nie do niego należała inicjatywa, choć był to ewidentny, polski obowiązek. Litwa, stosunki z Rosją, Jelcynem - też niepowodzenia. Jego postawa za granicą po prostu nas upokarza. Jeżeli nawet Geremek potrafił powiedzieć, że kompromituje on Polskę, to znaczy, że tego już się nie da ukryć.

W wymiarze politycznym - katastrofa najgłębsza. Celem winno być, a nie jest, umacnianie, stabilizowanie państwa. Teoria popierania słabych (jeśli ktoś wyrasta, on go obniża, jeśli spada, on go podciąga), teorie o "nogach" - to wszystko tuszowanie konsekwentnej akcji na rzecz dezorganizacji i niszczenia życia politycznego. Gesty wobec komunistów i OPZZ są historyczne, ale w sensie odstępstwa od podstawowych wartości.

Jerzy MILEWSKI: Gazety piszą o kryzysie prezydentury, ale ja go nie widzę. Prezydenturę oceniam pozytywnie, choć to dopiero początek. Jednym z zasadniczych osiągnięć prezydenta jest konsekwentne dążenie do utrwalenia tej instytucji. Jestem przekonany, że pod koniec kadencji stabilność prezydentury będzie już wyraźna.

Polsce potrzebny jest człowiek, który byłby personą numer 1, który wytycza kierunek. Tym człowiekiem powinien być prezydent. Moim zdaniem Wałęsa nadaje się na prezydenta i jestem przekonany, że na okres przejściowy od komunizmu do demokracji jest najlepszym prezydentem, jakiego możemy mieć. Powinien zresztą być wybrany wcześniej, zaraz po czerwcowych wyborach parlamentarnych. Wybranie Jaruzelskiego było błędem, który zdeformował początki odradzania się demokracji.

Jarosław KACZYŃSKI: Wałęsa stworzył w Belwederze ośrodek, który nie nadaje się do kierowania państwem. Wprawdzie jego działania w tym momencie nie prowadzą bezpośrednio do katastrofy, ale obniżają autorytet prezydentury, wprowadzają zamieszanie i godzą w demokrację. Prezydent nie wykorzystuje urzędu do tego, by nadać działaniom państwa reformatorski kierunek. Ciągle mówi, że właśnie to chce robić, ale to rozważania na poziomie kierowania brygadą w fabryce. Podstawową słabością prezydenta jest utrata posiadanych kiedyś umiejętności współpracy z kompetentnymi i znającymi się na polityce ludźmi. Dzisiaj wychodzą na jaw ułomności, które dawniej, dzięki tej współpracy, nie odgrywały wielkiej roli. Brak wykształcenia i ogólnego wyrobienia kładzie się cieniem na jego prezydenturze. Zachował on co prawda polityczny talent polegający na umiejętności rozpoznania układu sił. Ale i w tym też popełnia błędy... Przykład - Janajew. Brak politycznego i moralnego wsparcia powoduje, że prezydent, zamiast stać się czynnikiem dynamizującym przebudowę państwa, staje się czynnikiem destrukcyjnym.

Jerzy MILEWSKI: Na prezydencie ciąży konstytucyjna odpowiedzialność za niepodległość, suwerenność i bezpieczeństwo kraju. Jest zwierzchnikiem sił zbrojnych i przewodniczy Radzie Bezpieczeństwa Narodowego (formalna nazwa - KOK). Niestety, do dziś pozostają nie określone prerogatywy wykonawcze, które pozwalałyby podejść aktywnie do ciążącej na nim odpowiedzialności. Jest to prawna patologia. Prezydent odpowiedzialny jest za sprawy, na które ma znikomy wpływ, nie wiadomo, co może i powinien robić, bo nigdzie nie zostało to napisane. Toteż gdy podejmuje działania, podnoszą się nieprzychylne głosy, że zamierza pomijać parlament, wpływać na rząd, do czego rzekomo nie ma uprawnień. A gdy w jakąś sprawę nie ingeruje, to też słychać krytykę - że zajmuje pasywną postawę.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Wałęsie zabrakło nowych umiejętności, a stare - okazały się nieprzydatne. Z tymi cechami, jakie ma, na prezydenta się nie nadaje. Sam ma tego świadomość, dlatego tak nie cierpi Aleksandra Halla, który powiedział to publicznie. Wałęsa powtarza, że może rozmawiać z Mazowieckim, ale bez "zdrajców - Halla i Konopki [Piotr Nowina-Konopka]". Hall uderzył w jego słaby punkt. Powiedział coś, o czym Wałęsa sam wie i czego się wstydzi.

Samotność pana prezydenta

Arkadiusz RYBICKI: Nie dając sobie rady z materią, z którą przyszło mu się zmagać, Wałęsa pozbył się z najbliższego otoczenia ludzi, którzy mieli znaczenie polityczne i stawiali trudne pytania, z wyrzutem patrząc na jego różne posunięcia. Wałęsa wbił się w skorupę, przybrał formę przetrwalnikową, otoczył potakiwaczami. Odizolował się od doradców, bo oni zmuszali go do wysiłku, któremu nie był w stanie podołać. Jest to samotność z poczucia klęski. W takiej sytuacji najłatwiej mu mówić, że nikt nie rozumie jego planów, a elity zawodzą. Zapomniał, że sam już jest elitą elit.

Współpracownikom Wałęsy pozostawał kontakt telefoniczny. Dzwonił, gdy czegoś chciał. By zadzwonić do niego, trzeba było przebijać się przez mur potakiwaczy i ochroniarzy. Mogli odpowiedzieć "tak", mogli odpowiedzieć "nie". Nie znając się na polityce, tworzyli fakty polityczne.

Jerzy MILEWSKI: Wałęsa zgodnie z własną wolą nie zbudował partii prezydenckiej. Taka partia mogła powstać - z ruchu komitetów obywatelskich - gdyby chciał się na to zgodzić. On uważał jednak i nadal uważa, że powinien być przywódcą i prezydentem ponadpartyjnym. W tym sensie rzeczywiście się osamotnił. Nie chce mieć za sobą jednej grupy, zabiega o poparcie większości społeczeństwa. Wybrał trudniejszą drogę.

Prezydent nie ma żadnej grupy stałych doradców, z którymi odbywałby regularne spotkania. Nie oznacza to jednak izolacji. Jego kontakty z ludźmi, ze światem zewnętrznym są żywe i intensywne. Często spotyka się tak ze zwolennikami, jak i oponentami, nie mówiąc już o spotkaniach z klubami parlamentarnymi czy redakcjami gazet. To jest styl Wałęsy - taki sam jak w czasach, gdy był przewodniczącym "S".

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Na cały głos włączony telewizor, radio. Wałęsa rozmawia przez telefon. Mówi cicho, nie do słuchawki, lecz do konsolki z przyciskami. Mówi patrząc w ekran, słuchając radia. To niweczy wszelkie kontakty, z rozmowy nie wynika nic, choć rozmowa się odbyła. To celowe działanie. Tak prezydent ucieka od podejmowania decyzji.

Grzegorz GRZELAK: Siłą Wałęsy było to, że umiał współpracować z ludźmi reprezentującymi najwyższy poziom polityczny. Dziś jest sam. Wśród najważniejszych siedmiu, ośmiu partii politycznych nie znajduję przekonanych zwolenników współpracy z Wałęsą, którzy uważaliby, że tam jest ta opoka, na której należy budować przyszłość Polski. W tym sensie urząd prezydenta jest na razie stracony.

Jacek MERKEL: Z funduszu wyborczego Wałęsy zostało ponad 4 mld zł. Uznałem, że należy je rozsądnie spożytkować. Wraz z Jerzym Kobylińskim, moim zastępcą w sztabie wyborczym, chcieliśmy założyć fundację - kuźnię kadr, która w drodze konkursów wyłaniałaby i zatrzymywała w kraju "brylanty", młode dobrze zapowiadające się talenty. Autorami pomysłu byli współpracujący ze sztabem socjolodzy i psycholodzy.

Udaliśmy się do prezydenta przedstawić projekt i uzyskać aprobatę. Wałęsa usadził nas w fotelach. Zanim otworzyliśmy usta, poderwał się z miejsca z krzykiem: "Teleexpress!" Włączył telewizor na cały regulator, tak że z trudem przekrzykiwałem spikera. Patrzył w ekran, wypuszczając drugim uchem to, co do niego mówimy. Nic nie załatwiliśmy. Jurek wyszedł zbulwersowany. On - współtwórca sukcesu Wałęsy - już wówczas zdecydował się wracać do Gdańska. Później dowiedziałem się, że decyzję o rozdysponowaniu funduszu wyborczego prezydent scedował na księdza Cybulę.

Krzysztof WYSZKOWSKI: Niektóre działania Wałęsy są już autystyczne. Jemu się wydaje, że coś robi. Powie np. EWG-bis i NATO-bis. Zamyka się we własnym obrazie samego siebie. Myśli, że inni widzą ten dym, który on z siebie próbuje wydobyć. A on jest przeźroczysty i widać, że król jest nagi.

Jarosław KACZYŃSKI: Wałęsa cierpi na patologiczną miłość własną. Najczęściej używane przez niego słowa to "ja" albo "prezydent". "Ja" zrobiłem, "ja" przewidziałem, "ja" ostrzegałem - to staje się nieznośne. Nie jestem jednak w stanie rozstrzygnąć, co jest głównym motorem jego publicznej aktywności. Czy tylko miłość własna, czy też coś więcej.

Bez planu

Arkadiusz RYBICKI: Wałęsa mógł skupić wokół siebie szeroki obóz na rzecz reform. Ale do tego potrzebne było jasne przedstawienie celu i planu działania, wytypowanie najważniejszych dla Polski spraw i konsekwencja w ich realizowaniu. Dziś nawet najbliżsi współpracownicy mieliby trudności ze sprecyzowaniem kierunku, w jakim prezydent podąża.

Wałęsa nie chciał być niewolnikiem planu. Nie wierzył w planowanie. Komunizm upadł bez planu, podobnie Mur Berliński. Z takimi argumentami trudno polemizować. Nie przemawiało do niego to, że Papież czy Thatcher układają plan na kilkaset dni naprzód. Mawiał: "Pan Bóg wie, co będę robił jutro, a ja mam wiedzieć, co będę robił za rok?" Brak harmonogramu pracy na najbliższe tygodnie był wielką słabością państwa w okresie, kiedy byłem jego urzędnikiem.

Tłumaczenie rzecznika, że prezydent ma dziesięć rozwiązań na każdą okoliczność, znaczyło, że nie ma żadnego. Każdy wie, że Wałęsa jest człowiekiem, który nie czeka, gdy ma pomysły, a wprowadza je w życie szybciej, niż zdąży je przemyśleć.

Jacek MERKEL: Wałęsa miał wszelkie dane, by stać się autorem kilku poważnych państwowych przedsięwzięć, które wprowadziłyby go do historii. Miał spore poparcie uzyskane w wyborach, międzynarodowy autorytet, miał swój obóz polityczny, współpracowników, a gdyby chciał, mógłby ich mieć więcej, nawet z przeciwnego obozu.

Wałęsa już jest postacią historyczną jako przywódca "S" i laureat Nagrody Nobla, ale mógł wprowadzić Polskę do EWG, do NATO, mógł stworzyć nowoczesną armię... Gdyby miał jakiś scenariusz państwowych działań, jasno sformułowane cele. Wałęsa nie potrafi działać planowo, a w państwie jest to sprawa elementarna. On jest bardzo sprawny w działaniach taktycznych, z dnia na dzień, ad hoc. Według własnej oceny zbiera codziennie tzw. plusy dodatnie, a Najświętsza Panienka nadaje kierunek. Prezydent musi być strategiem, a u Wałęsy strategią jest doraźna taktyka! To nie buduje ani jego autorytetu, ani autorytetu państwa.

Dzień powszedni - divide et impera

Arkadiusz RYBICKI: Brak skonkretyzowanych celów, wewnętrzne napięcie, kryzys identyfikacji wytrącał Wałęsę z równowagi i czynił dzień powszedni koszmarem. Wałęsa krzyczał, wyrzucał za drzwi, nie dawał dojść do słowa. Czuł, że sytuacja go przerasta. Dlatego, gdy mówi, że chciałby odejść, że źle mu jako prezydentowi - ja mu wierzę. Gdy wczytać się w jego wypowiedzi prasowe, to ten koszmar przewija się w każdym stwierdzeniu, te kilkanaście miesięcy to najgorszy okres w jego życiu. "Nie chcę, ale muszę" - te słowa odzwierciedlają prawdziwą wewnętrzną sprzeczność.

Jacek MERKEL: W Belwederze panuje przeświadczenie, że instrumentem sprawowania władzy jest tzw. hak. Kto ma na kogoś haka, ten ma władzę. Kto ma więcej haków, ma więcej władzy. Zasada działa we wszystkie strony, więc haki zbiera się też na Wałęsę.

Wałęsa jeszcze w stanie wojennym hołdował zasadzie, że lepiej w najbliższym otoczeniu tolerować kogoś, o kim wiadomo, że jest agentem, niż go usuwać i nie wiedzieć, kto będzie następnym. Domniemywam więc, że prezydentowi byłoby wygodnie mieć w otoczeniu kogoś, o kim wiadomo, że jest np. w KGB i na dodatek są na to papiery. Ja nie dawałem mu tej wygody... Nie wiem i nie chcę wiedzieć, dlaczego Wałęsa uczynił współpracę ze mną niemożliwą, stawiając mi szereg bzdurnych zadań. Oskarżenie mnie o nielojalność to reakcja na to, iż byłem przeciwny działaniu bez jakiegokolwiek jasno sformułowanego państwowotwórczego planu. Chodziło o pozbycie się mnie. Abstrahując zresztą od mojej osoby: sama zasada usuwania ludzi lojalnych i kompetentnych jest niepokojąca.

Jerzy MILEWSKI: W kilka miesięcy po dymisji Merkla prezydent zaproponował mu kandydowanie na stanowisko cywilnego ministra obrony narodowej. Ten jednak odmówił, bo związany był kontraktem prezesa Banku "S". Gdyby prezydent miał do niego jakieś zastrzeżenia, nie składałby mu tej propozycji.

Krzysztof WYSZKOWSKI: Ci, którzy znają Wałęsę, wiedzą, jak swobodnie traktuje on interes państwa. Jego punktualność jest jedynie przykrywką dla nieróbstwa. Wałęsa ciągle powołuje się na swoje przemęczenie, tysiąc proc. normy itd. To czysta mistyfikacja. Belweder jest "zamknięty", więc skutecznie chroni się przed ujawnieniem faktu, że tam się nic nie robi, że tam jest pustka, którą zapełnić mają działania pozorne. Np. ostatnia koncepcja EWG- bis i NATO- bis to typowa ucieczka w deklamatorstwo dla tuszowania kompletnej jałowości. Za takie rzeczy się płaci, tu się nie da niczego zagadać.

Grzegorz GRZELAK: Niewątpliwie, sukcesy polityczne Polski są jednocześnie osobistymi sukcesami Wałęsy. U niego interes osobisty przeplata się z publicznym i trudno powiedzieć, który jest pierwszoplanowy. Na pewno nie jest tak, że zadowalałaby go własna korzystna pozycja w obliczu niepowodzeń kraju.

Konkurent?

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Jarosław Kaczyński od początku proponował Wałęsie wielką, ale niebezpieczną grę, w której nie mogło być remisu, tylko zwycięstwo albo porażka - zmontowanie bloku przeciwko Unii, a więc przeciwko większości elit intelektualnych. Wałęsa się przestraszył. Wiadomo, że to nie Kaczyński, ale on ponosiłby polityczną odpowiedzialność za porażkę. Kaczyńskiemu chodziło o podzielenie opinii publicznej na kilka znaczących odłamów.

W rozgrywkach Kaczyńskiego można dostrzec element ryzykanctwa, ale trzeba przyznać, że jego analizy polityczne są najwyższej próby. Pomysł polegał na rozwiązaniu Sejmu pod pretekstem np. ordynacji wyborczej. Doprowadziłoby to do podzielenia opinii publicznej na przeciwników Wałęsy, którzy skupiliby się wokół Unii Demokratycznej, i na obóz proprezydencki o charakterze centroprawicowym czy też chadeckim, i do wyodrębnienia dwóch dużych sił, które starłyby się w wyborach, a potem trafiły do Sejmu.

Kaczyński górował nad Wałęsą intelektualnie, więc narzucał mu swoje pomysły. Nie dawał się przekonać, był człowiekiem z charakterem, o własnych poglądach politycznych. Kaczyński Wałęsy się nie słuchał. Podwładni, oczywiście, powinni słuchać szefa. Jeśli istnieje plan polityczny, to dobiera się ludzi do planu. Planu jednak nie było, trudno więc było składać polityczne deklaracje lojalności. Dziś Wałęsa posiada ekipę, która składa deklarację na wierność Lechowi Wałęsie w pewnym sensie w "ciemno", a nie Polsce czy celom politycznym. Do tego Kaczyński się nie nadawał.

Jarosław KACZYŃSKI: Wałęsa wykazywał brak determinacji w walce o przyśpieszenie wyborów i dobrą ordynację wyborczą. Tutaj racja była po naszej stronie. To my narzucaliśmy mu w tej sprawie walkę, którą trzeba było prowadzić konsekwentnie do końca, aż do rozwiązania parlamentu. Próba uchwalenia przez parlament idiotycznej ordynacji wyborczej byłaby do tego dobrą podstawą.

Lech KACZYŃSKI: Mieliśmy z bratem koncepcję podziału obozu ,Solidarności' na dwa przeciwstawne bloki polityczne. Wałęsa poparł tę ideę i zaczął mówić o potrzebie lewej i prawej nogi. Utworzyliśmy PC, co spowodowało powstanie ROAD-u. Wałęsa jednak nie skończył. Krzyczał o trzeciej, czwartej, siódmej nodze i w pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że będzie grał wszystkimi siłami, by maksymalnie rozproszyć i zróżnicować scenę polityczną, bo z jego punktu widzenia było to korzystne. Wałęsa okazał się lojalnym partnerem naszej koncepcji tylko przez sześć tygodni. Potem zabiegał o to, by Centrum nie stało się poważną siłą. W połowie roku 1990 około 20 regionalnych komitetów obywatelskich chciało wstąpić do Centrum i on to zablokował.

I to jest charakterystyczne dla Wałęsy. Jarek szedł wtedy twardo do przodu, co nie znaczy, że był jakimkolwiek zagrożeniem dla Wałęsy. Lech natomiast w każdym, kto zdobywa niezależną pozycję, od razu widzi konkurenta.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Cokolwiek powiedzieć o braciach Kaczyńskich, że knują, że spiskują - to fakt, ale nigdy kosztem pracy. Zostaną do późnej nocy i zrobią co do nich należy. Za kadencji Jarka praca w Kancelarii szła, był porządek jak w szwajcarskim zegarku. Dziś nic się tam nie dzieje, rosną sterty nie załatwionych spraw. Szefem Kancelarii jest Ziółkowski, ale naprawdę rządzi Wachowski.

Apologia chamstwa

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Wałęsa w Warszawie czuł się jak w kłębowisku żmij. Widział nieprzychylność inteligencji, obawiał się dawnej nomenklatury. Uważał, że najbardziej przydatni będą ludzie bez skrupułów. Inteligent zanim wejdzie, zapuka trzy razy - i nigdy się nie dopcha. Cham najpierw wejdzie, potem zapuka.

Nawet rzecznik prasowy Wałęsy Andrzej Drzycimski powiedział w radiu, że takie przyszły czasy, iż potrzeba polityków chamskich, dosłownie chamskich. Chamstwo podniósł do rangi cnoty. Takich ludzi jak Wachowski i Drzycimski można zawsze wywalić na zbity łeb i nie mieć wobec nich zobowiązań. Ludzie dworu mają świadomość, że każdy dzień może być ostatnim dniem ich kariery. Takie są reguły gry, które oni w pełni akceptują. Drzycimski z pozycji doktora opowiada, że wszystko, co się dzieje w Belwederze, jest racją stanu. Nawet ewidentne gafy.

Krzysztof WYSZKOWSKI: Wałęsa obciążony potężnym zobowiązaniem na rzecz czynienia dobra ma skłonność i potrzebę gromadzenia wokół siebie ludzi reprezentujących pragmatyzm, cynizm, podłość i zło, słowem wszystko to, co jest przeciwieństwem dobra. Ma być charyzmatycznym przywódcą, skupionym na realizacji idei, ale jest też konkretną konstrukcją psychiczną, człowiekiem dbającym o własny, materialny interes. Ktoś mu musi załatwiać pieniądze. Musi więc mieć w otoczeniu wiernych sobie ludzi, skazanych wyłącznie na niego, bo bez niego nic nie znaczą. Nie mogą to być ludzie polityki ani ludzie, którzy mogą go zdradzić w jakikolwiek sposób. Muszą być jego prawdziwymi niewolnikami, by czerpiąc sami korzyści z obecności przy prezydencie, przysparzali korzyści i jemu. Ten mechanizm doprowadza do kumulacji jednostek o niskim morale, tworzy w otoczeniu prezydenta klimat kryminogenny. Jednak posiadanie takich ludzi to istotna psychologiczna potrzeba Wałęsy.

Dworska karuzela

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Ksiądz Franciszek Cybula mieszka razem z prezydentem. Minister Wachowski i rzecznik Drzycimski nie opuszczają go niemal na krok. Podyktowane to jest obopólnym interesem. Wałęsa, z dala od rodziny, czuje się osamotniony i zagubiony. Szuka wsparcia i towarzystwa. Tamci z kolei boją się, że utracą nad nim kontrolę, że ktoś pod ich nieobecność zakwestionuje ich kompetencje. Wałęsa odgradza się więc od świata dwoma barierami: wewnętrznej ucieczki i kordonem otoczenia. W konsekwencji to najbliższe otoczenie kształtuje jego ogląd rzeczywistości, selekcjonuje informacje. Ta, posunięta do granic poddaństwa, lojalność i zażyłość daje pole do intryg i manipulacji.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Wałęsa ma świadomość własnej sytuacji. Widzi dramat Polski i nie jest w stanie sobie z tym poradzić. Otrzymuje codziennie informacje o stanie państwa. Ale np. przegląd prasy to był głównie przegląd prasy o Lechu Wałęsie. Zakreślano mu rzeczy ważne, ale i fragmenty z najgłupszych prowincjonalnych pism, jego karykatury etc. Czytał o sobie. Na zapoznanie się z ważnymi doniesieniami nie starczało mu już czasu. Miał poczucie goryczy, bo pisano o nim źle.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Ludzie dworu mają świadomość, że na zewnątrz uważa się ich za miernoty. Wiedzą, kto i kiedy ich skrytykował i wzajemnie się o tym informują. W innych ośrodkach władzy na świecie może być podobnie, ale w Belwederze władza sprowadza się wyłącznie do samej władzy, do ciągłej walki o utrzymanie miejsca w jej hierarchii.

Jarosław KACZYŃSKI: Nie utrzymywałem z prezydentem codziennych kontaktów. Po załatwieniu sprawy wychodziłem, mimo że on chciał mnie wciągnąć do swego dworskiego układu, chciał, bym urzędował w Belwederze. Nie miałem na to ochoty. Początkowo sądziłem, że Arkadiusz Rybicki odgrywa tam rolę najbliższego doradcy. Gdy odszedł z Belwederu, moja obecność tam byłaby dla mnie degradująca.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Ludzie prezydenta nie mają własnego zdania, za to posiadają umiejętność wpasowywania się w każdą sytuację. Zdolni są skrytykować prezydenta mówiąc, że ma przekrzywiony krawat, ale nie - że w czymś się myli. Nie chcą zapobiegać jego nie dopracowanym czy błędnym pomysłom. Normalnie panuje ostra selekcja w dobieraniu ludzi na takie stanowiska. Ludzie Wałęsy wiedzą, że są w Belwederze na zasadzie: "trafiło się ślepej kurze ziarno". Uważają, że skoro są w bardzo ważnym miejscu, to nie muszą pamiętać o elementarnej przyzwoitości. Piastują urzędy, które powinny być wzorem, w bardzo kiepskim stylu. Nie budują autorytetu władzy. W Belwederze wierzy się w ludowe przysłowia, ale nie w to, że "ryba psuje się od głowy".

Jacek MERKEL: Jeśli się nie chce samemu decydować, to trzeba mieć kompetetnych współpracowników i urzędników, którzy podsuną odpowiednie rozwiązania, przyniosą papiery gotowe do podpisu. Inaczej wszystko zaczyna stawać się farsą i jest tak, jak w czasie nominacji Jerzego Milewskiego na stanowisko ministra stanu ds. bezpieczeństwa narodowego, czyli jak w wierszu Brzechwy "Pali się".

Było to wtedy, gdy bracia Kaczyńscy i Maciej Zalewski odchodzili z Kancelarii. Jerzy Milewski został wezwany do Belwederu. Przyjął go min. Wachowski i przedstawił mu nominację sformułowaną tak, że powierza mu się te obowiązki, które dotąd pełnił Lech Kaczyński. Milewski pyta: a co z funkcją sekretarza KOK? "Już są gotowi w ciągu minuty, konia prowadzą - koń nie podkuty". Na to Wachowski - jakiego sekretarza, jakiego KOK? Milewski udziela krótkiego wykładu, że ustawa, konstytucja, prawo, procedura, prezydent...i sekretarz KOK. - A kto nim był? - pyta Wachowski. Więc Milewski znów wykład, tym razem historyczny, że po jakimś komunistycznym generale Merkel, po nim Zalewski, ale jego nominacji nikt nigdy nie widział. - To był, czy nie był? - Nie wiadomo! "Trzeba zawołać szybko kowala, ogień na dobre już się rozpala". Wachowski pęcznieje ze złości. Wałęsa czeka wściekły w gabinecie, to piątek po południu, chce lecieć do Gdańska, samolot na lotnisku już grzeje silniki. "Z pompą zepsutą niełatwa sprawa, woda do beczki - beczka dziurawa". Wachowski za telefon. Dzwoni do Kancelarii. - Czy Zalewski był nominowany? - Nie wiadomo. - Szukać natychmiast Zalewskiego, wysłać samochód. Czas mija. Zalewskiego nigdzie nie ma. "Trudno, to każdej beczce się zdarza, który tam szybko - wołać bednarza". Wałęsa coraz bardziej wściekły. Wreszcie Zalewski znalazł się. Twierdzi, że jest sekretarzem. Szybko pismo. Odwołano, mianowano. Wałęsa podpisał i jedzie na lotnisko. Państwo polskie szczęśliwie ma sekretarza KOK.

Jarosław KACZYŃSKI: Wachowski przychodził do mnie, bym jemu i Drzycimskiemu załatwił u Wałęsy nominację na sekretarza stanu. Chciał, bym zrobił to ja - "żeby to było w ramach pokoju ze mną" - i odgrażał się jednocześnie, że nominację i tak sobie załatwi. Idę do Wałęsy, by wyrazić swój sprzeciw. Odpowiada: - "Co ty śmieszny jesteś - oni sekretarzami stanu?" Jednak po kilku miesiącach obaj mieli nominacje.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Wiem, że Wachowski chodził do Kaczyńskiego, by załatwił jemu i Drzycimskiemu awans. Gdy ten odmówił - w kilka miesięcy potem sami sobie wypisali nominacje i poszli do Wałęsy, który podpisał. Wiele było powodów, dla których chcieli być nominowani. Raz, stawali się w ten sposób zwierzchnikami, Drzycimski - Rybickiego, Wachowski - Krzysztofa Pusza. Dwa, nominacja dawała im prawo do dużego mieszkania służbowego. Przerabiają teraz dla nich przy Sobieskiego 102 standardowe mieszkania na dwupoziomowe.

Jarosław KACZYŃSKI: Wałęsa kieruje się fatalną oceną motywacji ludzkich. Poczucie, że wszyscy z jego otoczenia chcą prywatnych korzyści i stanowisk, prowadzi nieraz do zabawnych sytuacji: jak chce kogoś ukarać, to odgraża się, że delikwent "przez pół roku nic nie dostanie". Wałęsa wie, że w dzisiejszych wartkich politycznie czasach pół roku to wieczność. Ale z drugiej strony nie zdaje sobie sprawy, że są ludzie, którzy kierują się w życiu czym innym.

Świat kamerdynera

Jarosław KACZYŃSKI: Dzisiaj moja ocena prezydentury jest w najwyższym stopniu krytyczna. Spodziewałem się, że nie będzie najlepiej, ale nie myślałem, że będzie aż tak źle. Nie przewidziałem Wachowskiego.

Lech KACZYŃSKI: Wachowski jest człowiekiem mającym wpływy, a jego rola w państwie - olbrzymia. Jest też niebezpieczny i zdolny do wszystkiego. Jego obecność w Belwederze jest obrazą dla państwa. Próbuje on zdobyć wpływy - wkręcić się, omotać siatką niewidzialnych układów - w tych dziedzinach życia państwowego, które uważa za istotne i nie myli się w ocenie ich istotnego charakteru. A więc siły zbrojne, służby specjalne, polityka wschodnia. Ostatnio - bankowość.

Jarosław KACZYŃSKI: Nie przeczę, że wykazanie, iż Wachowski jest poważnym zagrożeniem dla państwa, to zadanie trudne. Pewne informacje, niestety, trzeba przyjmować na wiarę. Wachowski jest skryty. Ja odwołuję się przede wszystkim do wydarzeń, w których są świadkowie. A więc sprawa wykreślenia fragmentów z przemówienia Wałęsy w Brukseli, sprawa częstej obecności admirała Kołodziejczyka w gabinecie Wachowskiego. Że Wachowski odgrywa niebezpieczną rolę, tego człowiek, który nigdy nie przebywał w Belwederze, nie może wiedzieć.

Już sam fakt, że ktoś prawie w ogóle nie znany, z dziwnym życiorysem, bez żadnego przygotowania politycznego czy merytorycznego jest sekretarzem stanu i jedną z najbardziej wpływowych osób w kraju - jest co najmniej niepokojący.

Wobec Wachowskiego wysuwano najcięższe zarzuty, ale stuprocentowego dowodu nigdy nie otrzymałem. Wiele poszlak dostarcza analiza jego życiorysu, zwłaszcza od momentu jego pojawienia się przy Wałęsie w 1980 r., oraz jego cechy charakteru. Były też różne sygnały z innych państw.

Będę mówił o faktach dotąd ukrytych przed opinią publiczną.

Wachowski jest ośrodkiem niewidzialnych układów wojskowych, w tym w służbach specjalnych. Jest też w układach z MSW, zwłaszcza z gen. Weinertem, szefem nadwiślańskich jednostek KBW, którego próbował zrobić ministrem spraw wewnętrznych. Wiadomo, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego to ostatnia barykada reżimu. Jego skład oficerski był dobierany jeszcze staranniej niż w bezpiece. Zakładano, że bezpieka może w pewnym momencie pęknąć i to KBW ma być formacją do walki ze zbuntowaną ludnością i zbuntowanym wojskiem.

Weinert jest generałem ze starych komunistycznych układów. Jego współpraca z Wachowskim przybierała różne formy, z których najniewinniejszą było wykonywanie, przez chłopców z KBW właśnie, remontów Belwederu za tzw. dzienną stawkę żywieniową, co wypadało bardzo tanio. Weinert często przesiadywał u Wachowskiego, a ten wielokrotnie bronił go jak lew przede mną i Wałęsą. Gdy zaczął zabiegać o tekę ministra MSW dla Weinerta, kwestionując przy każdej okazji kompetencje min. Majewskiego - wszystko zaczęło układać mi się w logiczną całość. Weinert byłby bowiem drugim po Kołodziejczyku komunistycznym ministrem zależnym od Wachowskiego. Na szczęście jego zabiegi zakończyły się niepowodzeniem.

Wielokrotnie, gdy wchodziłem do Belwederu, widziałem w szatni charakterystyczny płaszcz i czapkę z admiralskimi dystynkcjami. Nie miałem wątpliwości, że należą one do min. Kołodziejczyka. W końcu nie mamy tak wielu admirałów. Początkowo myślałem, że bywa on u Wałęsy, do którego ja się wybierałem i obawiałem się nawet, że jego wizyta uniemożliwi mi rozmowę z prezydentem. Po kilku razach zorientowałem się jednak, że Kołodziejczyk przesiaduje u Wachowskiego.

Wachowski przez długi czas ostro podpuszczał Wałęsę przeciw idei "trójkąta", a konkretnie przeciwko Havlowi i premierowi Węgier Antallowi. Potem nagle zmienił zdanie. Z początku myślałem, że zdanie zmienił Wałęsa, ale potem się dowiedziałem, że to pod wpływem Wachowskiego...

Krótko mówiąc, Wachowski wywiera w zasadniczych dla państwa sprawach bardzo negatywny wpływ. Co gorsza, nie jest to wynik prostactwa i nieuctwa. Widać w tym jakąś myśl, co mi nasuwa poważne podejrzenia. Gdybym miał z postępowania Wachowskiego wydedukować jego cele, powiedziałbym, że chodzi o petryfikowanie komunistycznego układu wpływów we władzach oraz utrudnianie takiej polityki, która zbliżałaby nas do Zachodu i umacniała nasze z nim związki. Działanie w tych kierunkach było więcej niż wyraźne.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Wachowski dziwnie dobrze zna język, który rozumieją ludzie dawnego aparatu. Zawoalowane groźby i niedopowiedzenia, które dawnych aparatczyków stawiają na baczność. "Władzą w Polsce jest prezydent, a wolą prezydenta jest to i to... wiecie, rozumiecie" - mówi.

Lech KACZYŃSKI: Wachowski wobec dawnych współpracowników Wałęsy stosował metodę "kolejnego koszenia". Na pierwszy ogień poszedł Krzysztof Pusz, potem Arkadiusz Rybicki. Jeśli chodzi o mnie i brata, proponował nam wielokrotnie układy, które ze względów zasadniczych odrzucaliśmy. Zresztą on z zasady nie dotrzymuje żadnych układów. Nie krył, że to on będzie decydował o tym, kto ma zostać w Kancelarii, a kto nie. Wielokrotnie powoływał się na "wolę prezydenta", mimo że ten jej nie wyrażał. Demonstrował niezwykłą pewność siebie. Nie umiem sobie wytłumaczyć fenomenu jego kariery. Powrócił po 7 latach, w listopadzie 1990, i w ciągu paru tygodni został przy Wałęsie numerem 1. Pozostaje z nim w kontakcie niemal bez przerwy, kontaktuje się też z jego rodziną. Myślę, że demonstracyjnym oddaniem i bezkrytyczną uległością zaspokaja potrzeby psychiczne Wałęsy.

Są rzeczy, o których się w Kancelarii powszechnie wie, a które udowodnić jest niezmiernie trudno. Min. Wachowski raz został tylko przyłapany przez Pusza na wyłudzeniu i przywłaszczeniu sumy 3 tys. dol. Jednak prezydent zobowiązał go do zwrotu pieniędzy i na tym sprawa się skończyła.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: W grudniu 1990 roku Wachowski, powołując się na nie istniejącą wolę prezydenta, wyłudził 3 tys. dolarów od S. M., przedstawiciela zaprzyjaźnionego z Wałęsą amerykańskiego milionera polskiego pochodzenia E. P. Wachowski w rozmowie z S. M. stwierdził, że prezydent jest w złej sytuacji finansowej i dlatego on w jego imieniu prosi o 50 tys. dolarów rocznie na utrzymanie prezydenta i jego rodziny. 3 tys. przyjął jako pierwszą wpłatę. Zbulwersowany S. M. poinformował jednak o sprawie Pusza, który zawiadomił Jarosława Kaczyńskiego, a ten z kolei - Wałęsę. Wachowskiemu nakazano zwrot pieniędzy, lecz nie wyciągnięto wobec niego żadnych konsekwencji.

Lech KACZYŃSKI: Wachowskiemu wzrastał apetyt w miarę jedzenia. Przypuszczam, że początkowo chciał pozostać wpływowym szefem gabinetu, z czasem doszedł do wniosku, że może się pokusić o przejęcie kontroli nad Kancelarią. Obawiam się, że problem Wachowskiego jest bagatelizowany przez elity polityczne. Chyba na zasadzie, że skoro to Kaczyńscy twierdzą, iż Wachowski jest zagrożeniem dla państwa - to nie może być prawda.

Jerzy MILEWSKI: Nie wiem, na czym polegają patologiczne układy wytwarzane przez ministra Wachowskiego, o których mówi w wywiadach Jarosław Kaczyński. Ja ich nie widzę. Sekretarz stanu Wachowski jest szefem gabinetu prezydenta, a więc organizuje pracę głowy państwa. Jest to funkcja bardzo ważna, trudna i niewdzięczna. W Stanach Zjednoczonych rolę taką pełni "szef sztabu Białego Domu" i choć nie wchodzi on w skład rządu, wiadomo, że jest jednym z najbardziej wpływowych ludzi w otoczeniu prezydenta. Wachowski odgrywa ważną rolę, ale domniemanie, że Wałęsa jest w jakiś sposób ograniczany, ubezwłasnowalniany, sterowany przez swojego szefa gabinetu, jest nieprawdziwe. Jeszcze nikomu się to nie udało. Prezydent Wałęsa jest po prostu niesterowalny.

Krzysztof WYSZKOWSKI: Wachowskiemu nie przyświecają żadne cele historyczne. Ambicją polityków jest pozytywnie wpisać się do historii państwa i narodu, dla niego - jedynym celem jest używanie władzy, zabawa, żart. Oto nagle ktoś bez przeszłości, kto nigdy nic dla tego kraju nie zrobił, staje się drugim człowiekiem w państwie. Przyjmowany jest przez królową angielską. Okazuje się, że historia jest śmieciem. Że można ją ujeżdżać jak starą kobyłę, opluwać, kopać, a ona pozostaje bierna. To, że taki Wachowski może decydować o losach tak dumnego narodu jak Polacy, to kpina z historii. Potwierdza to jednak jego, Wachowskiego, widzenie świata.

Ciemne lustro duszy prezydenta

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Karierę Wachowskiego tłumaczę sobie tym, że bez najmniejszej dyskusji wykonuje każde, nawet najgłupsze polecenie Lecha. Ponadto jest świetnym psychologiem, zna potrzeby Wałęsy. Potrafi go rozweselić, schlebić mu albo podenerwować - utrzymać w odpowiednim napięciu, co Wałęsa lubi. Wreszcie jest dyspozycyjny 24 godziny na dobę. Cały dzień i całą noc w Belwederze. Przecież tego nikt normalny by nie wytrzymał.

Krzysztof WYSZKOWSKI: Wachowski wytwarza wokół Wałęsy atmosferę pogardliwego, cynicznego i jadowitego żartu z interesu narodowego i instytucji państwa. Odbywa się to na zasadzie odreagowywania napięcia psychicznego. Jedni się upijają, inni przeklinają, jeszcze inni zamykają się w łazience i krzyczą. Wachowski rozpręża Wałęsę potężną dawką ordynarnie wyrażanej pogardy dla świata, która zabarwiona jest humorem i gorączkową, wręcz chorobliwą wesołością. Gdyby Wałęsa z natury był bardziej kulturalny, byłoby to dla niego nie do zniesienia. Wachowski nie jest więc niczym więcej jak czarną stroną samego Wałęsy. On nie ma dwóch twarzy. Jego twarz jest w ogóle nieznana.

Jarosław KACZYŃSKI: Wachowski zaspokaja różnego rodzaju potrzeby Wałęsy, zwłaszcza psychiczne. Może coś na niego ma? Nie wiem. Sam Wachowski mówił mi, że Wałęsa wyrzuca go cztery razy dziennie, że niemal dosłownie wyciera nim podłogę. Z drugiej strony liczy się ogromnie z jego głosem. Wachowski jest zręczny i inteligentny. Posiada spryt, spryt kryminalny, gotowy jest wykonać wszystko, by zaspokoić prezydenta. Wielokrotnie w rozmowie z Wałęsą stawiałem sprawę Wachowskiego. Była ona głównym przedmiotem sporu. Gdy żądałem jego usunięcia, odpowiedź zawsze była wykrętna.

Krzysztof WYSZKOWSKI: By dobrze ukryć własne życie prywatne, trzeba znaleźć ludzi, którzy nie będą wierni publicznie wyrażanym przez Wałęsę wartościom. I to jest tajemnica sukcesu Wachowskiego.

Wachowskiego zawsze widać w otoczeniu prezydenta, ale on publicznie nie istnieje, nie udziela żadnych wywiadów i z niczego się nie tłumaczy. Taki ma być - widoczny tylko dla prezydenta. Ma załatwiać tylko te ciemne sprawy. Zresztą, gdyby rzecz postawić pragmatycznie, te sprawy nie musiałyby być takie ciemne. Pewne rzeczy z pewnością można by ujawnić i uznać, że np. pieniądze są konieczne, a prezydent w jakiś sposób musi te pieniądze gromadzić.

Moskiewski pucz - godzina próby

Lech KACZYŃSKI: Informacja o puczu w Moskwie dotarła do mnie z samego rana. Natychmiast udałem się do biura i zadzwoniłem do prezydenta, ale ten poinformował mnie, że już rozmawiał z kim trzeba i nie jestem potrzebny. Do Belwederu nie zostałem zaproszony. Wtedy podjąłem decyzję o rezygnacji ze stanowiska ministra stanu ds. bezpieczeństwa narodowego, ale dymisję, z wielu względów, złożyłem dopiero przed wyborami.

Jarosław KACZYŃSKI: W tym czasie zabiegałem razem z bratem o gwarancje od NATO. Wydawało się, że pucz jest do tego jakąś okazją, ale i to diabli wzięli. Wałęsa odrzucił interesującą ofertę pośrednictwa w tej sprawie. Ponadto, ku naszemu zdumieniu, nie chciał zwołać Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Jak twierdził, nie potrzebował żadnych rad.

Pucz Janajewa był początkiem zerwania wszelkich kontaktów. Przestałem jeździć do Belwederu. Pismo z uzasadnieniem dymisji miałem zresztą w biurku już od wiosny. Podobnie jak brat, z rezygnacją czekałem do wyborów w obawie przed atakiem prasy, że "nas wyrzucono" i to w związku z "Telegrafem".

Lech KACZYŃSKI: Postanowiłem oddziaływać poprzez częste kontakty z premierem. Bielecki powołał specjalny sztab na szczeblu ministerialnym. Poza ogólną oceną sytuacji rozważano zagrożenie granicy wschodniej, nie tyle przez Armię Radziecką, ile przez emigrantów. Starałem się śledzić reakcje NATO w odniesieniu do Polski i innych krajów Europy Wschodniej. Uważałem, że powstała szansa na pozyskanie pewnych gwarancji od Paktu Północnoatlantyckiego. Informacje napływające z Zachodu dawały jej pewien stopień realności. Wszystko rozgrywało się w ciągu 48 godzin i wszyscy mieli świadomość skali wydarzenia i skali zagrożeń.

19 sierpnia zwróciłem się z oficjalnym wnioskiem o zwołanie Rady Bezpieczeństwa, ale już po południu wiedziałem, że nic z tego. Lech powiedział mi, "że jest jak ryba w wodzie i że on rozgrywa wszystko, a pomaga mu minister Wachowski". Wyraźnie stwierdził, że to wyłącznie jego sprawa.

Jerzy MILEWSKI: Prezydent nie zwołał Rady Bezpieczeństwa Narodowego przypuszczalnie dlatego, że nie sądził, by w sposób istotny pomogła jemu lub rządowi w pracy. Zresztą prawo inicjatywy zwołania Rady przysługuje wszystkim jej członkom, a jakoś nikt ze strony rządu nie domagał się tego: ani minister spraw zagranicznych, ani obrony narodowej, ani spraw wewnętrznych, ani premier. Prezydent konferował z członkami Rady pojedynczo lub w małych grupach, tyle że nigdy w pełnym składzie i nigdy w siedzibie BBN przy Alejach Ujazdowskich 5, ale kilkaset metrów dalej - w Belwederze.

Jacek MERKEL: Prezydent nie zwołał Rady Bezpieczeństwa Narodowego, ciała, które stworzone jest właśnie na taką okazję. Natomiast, jak twierdził, powołał jakieś nieformalne, niekonstytucyjne ciało, w którym nie wiadomo kto był, chyba że minister Drzycimski, minister Wachowski i ksiądz kapelan major Alfred Franciszek Cybula.

Jerzy MILEWSKI: Premier powołał międzyresortowy sztab kryzysowy. W dniach puczu do rangi poważnego problemu urosła obecność 45 tysięcy żołnierzy radzieckich w Polsce. Ze strategicznego punktu widzenia jest to niewiele, lecz wystarczająco dużo, by zorganizować jakąś prowokację.

Lech KACZYŃSKI: Obaj z bratem naciskaliśmy na Wałęsę, by nie prowadzić kolejnej rundy rozmów na temat wycofania wojsk radzieckich, zwłaszcza że wezwany do MSZ ambasador Kaszlew stwierdził, że nowe władze należy traktować jako element trwały, a według naszej oceny pucz się sypał. Strona rosyjska sama nie wiedziała, kogo reprezentować. MSZ jednak rozmów chciał i odbyły się, nie przynosząc żadnego postępu.

Jerzy MILEWSKI: Byłem szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego i zastępcą ministra stanu ds. bezpieczeństwa narodowego. BBN nie ma kompetencji wykonawczych, nie podlega mu żadna formacja wojska czy policji. Zbiera tylko i analizuje informacje do wiadomości i użytku prezydenta oraz członków Rady Bezpieczeństwa i formułuje propozycje. Uruchomiliśmy całodobowe dyżury i czekaliśmy na rozwój wydarzeń.

Nie zrealizowany scenariusz

Jacek MERKEL: Jeśli w sąsiednim mocarstwie ma miejsce pucz wojskowy o fundamentalnym znaczeniu dla bezpieczeństwa i suwerenności Polski, uruchomiona powinna zostać państwowa maszyneria według tajnego, wcześniej zaplanowanego schematu. Prezydent powinien zwołać w trybie natychmiastowym posiedzenie Rady Bezpieczeństwa, na którym ministrowie obrony, spraw zagranicznych i wewnętrznych zreferowaliby sprawę. Powinien powołać sztab antykryzysowy. Na podstawie uprawnień konstytucyjnych powinien też zwołać nadzwyczajne posiedzenie rządu. W tym czasie rzecznik prasowy prezydenta powinien kończyć orędzie prezydenta do narodu.

Prezydent, jednocześnie przecież zwierzchnik Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej, miał obowiązek wystąpić w TV z patriotycznym orędziem, takim, jakie wygłosił prezydent Kennedy podczas kryzysu kubańskiego czy Beck po ultimatum Hitlera. Tak się buduje historię. To przemówienie mogłoby wejść do kanonu polskich wystąpień politycznych. Tymczasem min. Drzycimski z drewnianą twarzą odczytał jakiś tekst. Nie tego oczekuje naród w tak dramatycznym momencie.

Zdziwienie, bezradność, wzmożone obawy o własne bezpieczeństwo (słyszałem, że Wałęsa kazał wzmocnić ochronę osobistą), nerwowe telefony do Jaruzelskiego i Kiszczaka - tak zachowywał się prezydent w pierwszych godzinach puczu. Jeżeli się dzwoni do Jaruzelskiego, który ma wpływy wśród potencjalnych zwycięzców puczu, to znaczy, że nie wierzy się w to, iż ma się kontrolę nad własną armią. Nie tak zachowuje się głowa niepodległego państwa.

Krzysztof WYSZKOWSKI: Namawiano Wałęsę na wygłoszenie telewizyjnego przemówienia. Wałęsa jednak kręcił, nie chciał, w końcu odmówił. Konieczność publicznego wystąpienia przywódców narodu w chwili potencjalnego zagrożenia polskiej państwowości była tak oczywista, że premier Bielecki sam zdecydował się wystąpić przed kamerami. Przygotował tekst przemówienia, ale wtedy Wałęsa zabronił jego wygłoszenia.

Jarosław KACZYŃSKI: Wałęsa najwyraźniej sądził, że pucz musi wygrać, chociaż z wypowiedzi Busha wynikało, że się sypie. Bush nie stawiałby przecież sprawy na ostrzu noża i nie szedłby na konfrontację z trwałą władzą, która ma 30 tys. głowic nuklearnych. A już w poniedziałek po południu zajął niesłychanie twarde stanowisko.

Wałęsa do ostatniej chwili ignorował Jelcyna stawiając na Gorbaczowa. Uważam, że to element jego politycznego infantylizmu i niesamodzielności. Nie wiem, czy pod wpływem prasy czy innych sygnałów mówił: "Ten Jelcyn to satrapa".

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Wałęsa uważał, że prowadzi świetną politykę wobec Rosji: czekanie, nieczynienie żadnych gestów w żadną stronę, podtrzymywanie Gorbaczowa.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Istniało poważne podejrzenie, że KGB, które przetrwało jako struktura imperialna, prowadzi w Polsce działalność agenturalną, której celem jest utrzymywanie w kraju słabej władzy. Nie ma na to żadnych dowodów, ale jest wiele interesujących zbieżności.

Jarosław KACZYŃSKI: Jeszcze na długo przed puczem padały przez pośredników propozycje spektakularnego spotkania Wałęsy z Jelcynem podczas wizyty Papieża. Miałoby wtedy dojść do pojednania między narodem polskim i rosyjskim. To był najdalej idący sygnał, na ile możliwy do zrealizowania, nie wiem. Były i inne.

Lech KACZYŃSKI: Pucz upadł. Sztab jeszcze przez kilka dni rozmyślał, jakie są relacje pomiędzy Gorbaczowem a Jelcynem. Wszyscy przewidywali szybki koniec tego pierwszego. Zupełnie niezrozumiałe było więc uparte trzymanie się przez Belweder Gorbaczowa. Wiem też o opóźnianiu telefonu do Jelcyna. Tutaj naciskał mój brat. Na przeszkodzie stać miały niby trudności techniczne. Nie wiem, czy to prawda. Inni się dodzwonili.

Jerzy MILEWSKI: Prezydent dodzwonił się do Jelcyna, za co on potem mu dziękował. Z powodów blokady technicznej, a także natłoku przywódców wielu krajów starających się o połączenie, Belweder uzyskał kontakt bardzo późno, a do Gorbaczowa w ogóle nie udało się dodzwonić. Bush i Mitterrand dodzwonili się, ale innym przywódcom też się to nie udało.

Jacek MERKEL: Zachowanie Wałęsy jest dla mnie niezrozumiałe, niewytłumaczalne i nie znajdujące usprawiedliwienia. Mój sprzeciw budzi też sposób reprezentowania Polski przez Wałęsę w rozmowie z prezydentem Jelcynem. Gdy wreszcie, jako jednemu z ostatnich przywódców w Europie, "udało mu się" dodzwonić do prezydenta Rosji, oczom milionów telewidzów ukazał się spocony Wałęsa, w koszuli z podwiniętymi rękawami, poluzowanym krawatem, z rozłożoną na biurku gazetą, z Wachowskim krążącym za fotelem, podsuwającym jakieś "nie cierpiące zwłoki" papiery do podpisu. Otóż elementarna grzeczność, także wobec własnych obywateli, wymaga, aby transmitowana przez TV oficjalna i arcyważna rozmowa miała minimum należnej oprawy.

Wstydliwa korespondencja

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Brak systematycznej pracy nad kwestią wschodnią spowodował, że w momencie puczu Wałęsa nie wiedział, jak się zachować. W ostatniej chwili wyrwano mu z ręki gratulacyjny list do Janajewa. Spodziewał się, że pucz pociągnie za sobą duże zmiany i że SdRP może stać się główną siłą polityczną. Myślał, że jak pierwszy napisze list, to nie straci inicjatywy. Pomylić się może każdy, ale jego polityka wschodnia jest po prostu kwestią przypadku.

Jerzy MILEWSKI: Prezydent próbował nawiązać kontakt telefoniczny i z Jelcynem, i z Gorbaczowem, i z Janajewem. O ile wiem, dominował pogląd, że przejęcie władzy przez doktrynerów komunizmu, wojsko i KGB poważnie zagroziłoby naszej suwerenności. Racja stanu wymagała działania z najwyższą rozwagą. Oceniano, że nie wolno dać Janajewowi do ręki argumentu, iż władze Polski działają przeciw niemu. Prezydent nie rozmawiał z Janajewem. Nie wiem, czy wysłano do niego list. Nie należałem do osób, które o tym decydowały. Nie widziałem takiego listu ani jego projektu. Gdybym uczestniczył w opracowywaniu takiego tekstu, to optowałbym za umieszczeniem następujących treści: jesteśmy krajem niezależnym i takim zamierzamy pozostać; nie mamy roszczeń wobec ZSRR; oczekujemy szybkiego zakończenia rokowań i wycofania wojsk radzieckich z Polski; umowy o dostawie ropy naftowej i gazu ziemnego nie będą zerwane.

Nie byłby to list legitymujący Janajewa. Stanowiłby pewną polityczną osłonę przed zakusami ponownego włączenia Polski do odrestaurowanego przez puczystów imperium, w przypadku gdyby pucz się udał. Sądzę jednak, że żadnego listu nie wysłano. Szczęśliwie, pucz załamał się szybko i kontaktu z Janajewem nie było. Może zresztą nie byłby on w ogóle możliwy, gdzie puczyści mieli czas na myślenie o Polsce?

Jarosław KACZYŃSKI: Wiem, że podczas puczu napisano list, w którym prezydent Wałęsa uznawał prezydenta Janajewa. Domyślam się, że list był autorstwa najbliższego otoczenia prezydenta. Wałęsa mówił: "Ja znam Janajewa". Mój brat też go zna - z tego samego miejsca co Wałęsa - z Genewy, gdzie Janajew był reprezentantem radzieckich pracowników. W Pradze, podczas spotkania rozwiązującego Układ Warszawski, Leszek szedł korytarzem, gdy Janajew, szef delegacji rosyjskiej, zahaczył go: "O, tawariszcz Kaczyńskij".

Jacek MERKEL: Z dobrze poinformowanych źródeł w Belwederze wiem, że Wałęsa miał gotowy list do Janajewa. Zabrakło sekund, by go wysłał. W ostatniej chwili zablokował go bohatersko premier Bielecki. Gdyby list wysłano - Wałęsa znalazłby się w towarzystwie Kadafiego, Husajna, Tymińskiego.

Lech KACZYŃSKI: 19 sierpnia dowiedziałem się o decyzji wysłania listu do Janajewa. Nie wiem, czyj to był pomysł, czy samego prezydenta czy ministra Wachowskiego. To było tuż po aferze związanej z wykreśleniem fragmentów z wystąpienia Wałęsy w brukselskiej siedzibie.

Szara eminencja

Lech KACZYŃSKI: Na początku były dwa warianty przemówienia - A i B. Jeden powstawał w MSZ, drugi wzbogacony był o fragmenty wprowadzone przez Kancelarię Prezydenta. Odbyłem z min. Skubiszewskim dwa spotkania, w toku których ustaliliśmy ostateczną - kompromisową wersję, którą otrzymał Wałęsa i którą MSZ przekazał do NATO. Już w Brukseli dowiedziałem się, że w polskiej delegacji panuje zamieszanie, bo jest wersja A i B. Tłumaczyłem, że jest tylko jedna, uzgodniona z MSZ. Ale ludzie z najbliższego otoczenia Wałęsy ciągle udawali, że nie rozumieją. Trzykrotnie do tego wracano. Powtarzałem: "Wersja B nie istnieje!" W rezydencji oficjalnych gości rządu belgijskiego Wachowski przeczytał wersję A i powiedział: "Nie będzie takiej antyrosyjskiej prowokacji". Następnego dnia drogę do siedziby NATO miałem odbyć w towarzystwie prezydenta, ale Wachowski, trzymając tekst w ręku, wepchnął się przede mną do samochodu Wałęsy. W tym momencie zauważyłem, że część wierszy jest wykreślona. Wałęsa wygłosił przemówienie - okazało się, że skrócone.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Min. Krzysztof Skubiszewski powiedział, że wszyscy są wściekli, bo tekst rozdany ewidentnie różnił się od wygłoszonego. Wysocy urzędnicy NATO mieli do nas pretensje. Twierdzili, że to oni będą posądzeni o wywieranie nacisków, by usunąć z przemówienia antysowieckie akcenty.

Wykreślony przez Wachowskiego fragment brzmiał: "Nie możemy jednak ukrywać prawdy [o stosunkach Polski z ZSRR - red.]. Istnieją problemy, które kładą się cieniem na naszej współpracy. Mimo naszych starań i naszej elastyczności w rokowaniach, wciąż nie ma mowy o wycofaniu wojsk radzieckich stacjonujących w Polsce. ZSRR proponuje odległe daty i powolne tempo wycofywania tych wojsk. Taka polityka wobec suwerennej Polski jest nie do przyjęcia. Oczekujemy pozytywnego przełomu, który będzie ważny dla poprawy atmosfery bezpieczeństwa na całym kontynencie".

Jerzy MILEWSKI: Uważam, że min. Wachowski wykreślił fragment przemówienia na polecenie prezydenta. Nie byłem w Brukseli, ale znam Wałęsę na tyle, aby być o tym przekonany. Zresztą, tekst przemówienia rozdany dziennikarzom zawierał ten fragment, a więc prezydentowi nie chodziło o jego usunięcie, lecz tylko o osłabienie jego wydźwięku.

Lech KACZYŃSKI: W Belwederze nie byłem w stanie kształtować bieżącej polityki obronnej prezydenta, ale byłem jeszcze na tyle silny, że mogłem zapobiegać niefortunnym pomysłom i nominacjom generalskim. Na kilka dni przed 19 sierpnia sprzeciwiłem się zmianom personalnym w kierownictwie specjalnych służb wojskowych. Bo wiedziałem, że przyjść ma człowiek z niewidzialnych, wytwarzanych z dużą zręcznością przez ministra Wachowskiego, patologicznych układów. W dniu puczu dowiedziałem się, że właśnie tej nominacji dokonano [chodzi o Czesława Wawrzyniaka - red.]. Myślę, że minister Wachowski z premedytacją podsunął do podpisu nominację w momencie, w którym prezydent poczuł, że powstało zagrożenie.

Gdy przyszedłem do Kancelarii w marcu, Wałęsa powierzył mi przedstawienie propozycji dotyczących zmian personalnych w siłach zbrojnych, co łączyło się z ideą ucywilnienia Ministerstwa Obrony. Milewski przeprowadził w moim imieniu dziesiątki rozmów z rozmaitymi wyższymi oficerami armii. Nasze propozycje - strukturalne i personalne - przedstawiłem Wałęsie ok. 20 czerwca 1991 r. W tym czasie zaczął mnie nachodzić Wachowski i mówić, bym zapomniał o idei cywilnego ministra obrony. Że to pieśń przyszłości, że to niemożliwe. Podobnie Wałęsa zaczął wyraźnie wycofywać się z koncepcji ucywilnienia resortu. Doszło między nami do ostrych starć. Byłem zdecydowany na złożenie dymisji. Stanęło na kompromisie: minister - cywil, szef sztabu z dużymi kompetencjami - wojskowy. Jedyne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, które miało miejsce w czasie mojej krótkiej kadencji, odbyło się 5 lipca i ono przebiegało już spokojnie.

Jarosław KACZYŃSKI: Nietrudno sobie wyobrazić, co by było, gdyby Janajew wygrał. Praktycznie oznaczałoby to brak kontroli nad czymkolwiek, co w takim momencie jest ważne i decydujące. Wiadomo, że wtedy natychmiast komunistyczne kontakty odzyskałyby swoją dawną siłę. Zezwolenie na wpływy admirałów Kołodziejczyków doprowadziły Wałęsę na próg decyzji nie do przyjęcia... Niestety, nie wszystko mogę mówić... decyzji o charakterze wojskowym, zupełnie egzotycznych sojuszy wojskowych, które w istocie umacniałyby nie tyle pozycję militarną Polski, ile pozycję armii w Polsce i innych krajach postkomunistycznych, wytwarzając tym samym izolowany od przemian układ, który potencjalnie mógłby stać się zawsze dyspozycyjny wobec centrali moskiewskiej.

Bankierski poker

Jarosław KACZYŃSKI: Mówiąc o patologicznych układach w Belwederze trzeba wspomnieć Andrzeja Kozakiewicza, zastępcę Wachowskiego, sekretarza ds. ekonomicznych prezydenta. W aeropagu trzech mężów stanu zajmował on wyraźnie najsłabszą pozycję - po Wachowskim i Drzycimskim. Praktycznie biegał za "chłopaczka na posyłki". Kozakiewicz prowadził najróżniejsze interesy. Dochodziło zresztą do komicznych sytuacji, bo - w ramach "przyjaźni" ze mną - prowadził ze swymi klientami takie rozmowy: "Nie dostał pan kredytu z banku... wie pan dlaczego... Kaczyński zabronił... ale wie pan, to się da załatwić, bo tak naprawdę, my tu rządzimy, a nie Kaczyński". Oczywiście, nigdy w życiu o żadnym kredycie nie słyszałem, nie mam i nigdy nie miałem żadnych wpływów w bankach.

Na czym to wszystko polegało, nie wiem. Wiem tylko, że bankowcy bywali u Wachowskiego. On tworzył jakiś układ, a ostatnia nominacja Gronkiewicz-Waltz jest na to dowodem. Oni po prostu dawali różnego rodzaju sygnały, że Kancelaria Prezydenta to miejsce, w którym różne rzeczy można załatwić. Czy z tego wynika, że tworzy się tam jakiś duży, dziwny układ finansowy? Wszystko wskazuje na to, że dla zabawy tego nie robią, ale dowodów na to nie ma.

Jacek MERKEL: Jest oczywiste, że istnieje wielu, o niebo lepszych, kandydatów na stanowisko prezesa NBP niż pani Gronkiewicz-Waltz. Bielecki, Leszek Balcerowicz, Marek Dąbrowski - wszyscy oni mają doświadczenie administracyjne, są ekonomistami. Pierwszych dwóch jest dobrze znanych w świecie finansów. Prowadzili negocjacje za granicą, co w warunkach polskiego zadłużenia jest dla prezesa banku skrajnie istotne. Moja ocena merytoryczna pani prezes jest niska. Posiada ona specyficzny sposób postrzegania systemu finansowego państwa przez konieczność zwalczania afer, a nie przez sterowanie tym niezwykle delikatnym systemem. Ona osobiście jest współautorką prezydenckiego weta w sprawie odrzucenia jej kandydatury.

To nieprawda, że jest ona osobą spoza układów. Jest liderem partii politycznej "Victoria", której głównym celem programowym jest popieranie Wałęsy i która w ostatnich wyborach parlamentarnych zebrała ok. tysiąca głosów.

Lech KACZYŃSKI: Wybór pani Waltz na prezesa NBP mieści się w logice polityki ministra Wachowskiego. Nikt nie kwestionuje jej kompetencji w zakresie prawa bankowego, co wystarczy, by być doradcą. Jest dobrym fachowcem, ale to za mało, by zostać prezesem banku, w którym pracuje 9 tys. ludzi, i kontrolować cały system finansowy państwa. Wiem, że już dostała polecenia z Belwederu, które nie mają nic wspólnego z polityką finansową banku.

Obawiam się, że przy mistycznym podejściu nowej pani prezes do prezydenta, praktyka zarządzania bankiem będzie polegała na telefonach ministra Wachowskiego i jego powoływaniu się na "wolę prezydenta". Styl pracy "na telefon" może skończyć się źle dla banku i samej pani prezes, która zresztą już powiedziała, że prezydent ma wyjątkowy instynkt prawny. Ja nie odmawiam Wałęsie wielkiego instynktu politycznego, ale prawnego - nie ma w ogóle, nawet jednej dziesiątej promila. On w ogóle nie rozumie tego zjawiska, jakim jest prawo.

Jacek MERKEL: Najbardziej niepokojący wydaje mi się jednak mechanizm politycznego działania, który - zresztą skutecznie - zastosował Wałęsa. Jako dużej klasy taktyk dokonał rzeczy zdumiewającej. Upokorzył i ośmieszył Sejm, otwierając sobie na przyszłość możliwość takiego samego mianowania premiera jak prezesa NBP - w drodze kilkakrotnego proponowania tej samej, odrzucanej uprzednio przez Sejm kandydatury. W obliczu upływu trzymiesięcznego terminu prezydent albo postawi na swoim i przeforsuje nie chcianego kandydata, albo na mocy konstytucji rozwiąże parlament. Jednak po doświadczeniach z prezes Waltz Wałęsa wie, że Sejm prędzej ulegnie politycznemu dyktatowi niż da się rozwiązać.

Co dalej?

Jacek MERKEL: Na jednym z ostatnich posiedzeń KOK była dyskutowana doktryna obronna. Słyszałem, że prezydent bronił się przed zapoznaniem z jej treścią, o merytorycznej dyskusji nie wspomnę. Uważam, że na dłuższą metę nie uda się Wałęsie zachować ekskluzywnej postawy polegającej na nieprzyjmowaniu odpowiedzialności, zwłaszcza za decyzje chybione, z równoczesnym przypisywaniem sobie autorstwa decyzji trafnych. Nie krył się z tym nigdy, mówił: "Róbcie, jak chcecie - jeśli sukces, to dla mnie medale, jak nie - to wasza wina". On mówi prawdę, tak to czuje i tak postępuje. Ale praca prezydenta polega właśnie na decydowaniu i, co się z tym wiąże, przyjmowaniu odpowiedzialności.

Jarosław KACZYŃSKI: Wałęsa może być niebezpieczny dla państwa, czego dowodem jego ostatnie wypowiedzi o konieczności zawieszenia demokracji. W moim przekonaniu cały ten ośrodek wywiera destrukcyjny wpływ na państwo. Wałęsa chciałby mieć duży zakres władzy i być może jego władza będzie trwała długo, choć nie w sposób nieograniczony. Jak sądzę, najbardziej odpowiadałaby mu pozycja Piłsudskiego, który o wszystkim decyduje, ale może zostawać trochę z boku.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII: Wałęsa co tydzień powtarzał, że stanie na czele społeczeństwa niezadowolonego (aż do żartu, że sam ruszy na Belweder). On chciałby stanąć na czele każdej większości, która aktualnie się wyłoni, choćby to była większość żądająca powrotu do socjalizmu.

Nie ma na razie żadnych przesłanek, by sądzić, że Wałęsa będzie w stanie stworzyć sojusz sił proreformatorskich. Ma możliwość przetrwania jako prezydent słaby, który nikomu nie wadzi. Ma uznanie międzynarodowe, może przecinać wstęgi i wygłaszać przemówienia. Przegra, jeśli będzie działał tak jak w tej chwili, tzn. naciskał na Sejm, na premiera, niszczył partie, zmieniał konfiguracje, wymieniał "zderzaki". Dziś wrogiem jest Kaczyński, wczoraj był Michnik czy Mazowiecki, jutro może być ktokolwiek inny. W ten sposób nie buduje się dla siebie poparcia. Tak przegra na pewno.

Za rok być może podda się referendum, powie, że jest nie rozumiany, że elity ciągną sukno w swoją stronę. W związku z tym on pyta się narodu, czy naród go chce. Gdy dostanie 80 proc. głosów, to będzie rządzić przy pomocy ostrzejszych środków, gdy mniej, np. 40 proc. - odejdzie. To dosyć prawdopodobny wariant. Nikt nie wierzy, że taki człowiek może odejść. Ale ja myślę, że w nim walczą dwa sprzeczne dążenia. Jedno - rządzić. Drugie - odejść, rzucić to wszystko, nie ponosić odpowiedzialności, żyć normalnie.

Jarosław KACZYŃSKI: Do referendum może się odwołać, choć nie sądzę, by w tej chwili. Nie wiem, czy on ma do końca świadomość, jak niechętny jest mu teraz naród. Z drugiej strony, te oceny są względne, bo wprawdzie w badaniach Wałęsa wypada źle, ale Sejm - jeszcze gorzej. Konfrontacja Sejm - prezydent niekoniecznie musi wypaść na korzyść Sejmu.

A do kiedy będzie prezydentem...? Gdy tylko zostałem szefem Kancelarii powiedziałem mu, że jest prezydentem tymczasowym. Nie ma jeszcze nowej konstytucji, a ta może różnie regulować tę sprawę. Może określić, że z chwilą jej uchwalenia kończy się kadencja prezydenta, może wprowadzić długie vacatio legis dla wszystkich uprawnień głowy państwa, może nowe uprawnienia dać obecnemu prezydentowi od razu. Z prognozą wstrzymałbym się więc do czasu nowej konstytucji.

Grzegorz GRZELAK: De Gaulle miał wielką klasę m.in. dlatego, że kiedy społeczeństwo francuskie w referendum powiedziało "nie" - po prostu odszedł. Samo sprawowanie władzy nie wystarczy, by przejść do historii jako reformator.

Krzysztof WYSZKOWSKI: Wałęsa jest osobiście za słaby na dyktatora. Dyktator to ktoś, kto kumuluje władzę, panuje nad nią myślowo i kompetencyjnie. Wałęsa nie jest w stanie wypracować planu dyktatury. Nie umie, jest zbyt leniwy. Możliwa jest natomiast "dyktatura przez podstawienie". Wałęsa musiałby wówczas mieć kogoś kompetentnego, nad kim by całkowicie panował, np. uległy premier dysponujący dobrą ekipą gospodarczą. Wtedy hasła są już proste. Dość polityki w życiu publicznym. Teraz czas na pracę. Trzeba porządku i konsekwencji, marszu w jakimś kierunku.

Zaufanie do Wałęsy utraciłem tak dalece, że poważnie traktuję myśl, iż umacnia on wpływy w armii, by się na niej w pewnym momencie oprzeć. On wspiera starych generałów, komunistów, OPZZ i jest ostatnim argumentem "starego" w życiu publicznym.

Grzegorz GRZELAK: Wałęsa ma jeszcze pewną szansę. Poprzeć dużą koalicję i starać się na nią wpływać tak, by zmniejszać w niej wewnętrzne napięcia. Najgorsze, co może zrobić, to nastawić się na rozgrywanie swoich interesów wewnątrz rządu. Jeśli ustawi się bokiem do koalicji, prędzej czy później przegra i nie będzie miał wiarygodności w stosunku do żadnej siły politycznej w Polsce.

(Wszystkie wypowiedzi autoryzowano)

*

O rozmowę prosiłem także:

Sekretarza stanu Mieczysława WACHOWSKIEGO, szefa gabinetu prezydenta; sekretarza stanu Andrzeja DRZYCIMSKIEGO, rzecznika prasowego prezydenta; sekretarza stanu Lecha FALANDYSZA, odpowiedzialnego za pion prawny Kancelarii Prezydenta oraz ministra stanu Janusza ZIÓŁKOWSKIEGO, szefa Kancelarii Prezydenta.

Do belwederskiego gabinetu ministra Wachowskiego dzwoniłem przez dwa tygodnie przeciętnie trzy razy dziennie. Pan minister albo właśnie wyszedł, albo był zajęty, albo miał gości, albo rozmawiał przez drugi telefon, albo nie wiadomo gdzie był i kiedy wróci. Sekretarka zawsze zapewniała, że "oddzwonimy". Nigdy nie oddzwoniła. Na pytanie - dlaczego? odpowiadała, że pan minister nie podjął jeszcze decyzji. Zastanawia się.

Z ministrem Drzycimskim po wielu próbach doszło do następującej telefonicznej rozmowy:

- Aha, rozmowę, tak proszę, kiedy, co, jak... Ale ja nie wiem właściwie, czy z wami rozmawiać... Takie rzeczy wypisujecie.

- Czy zatem chce się Pan minister spotkać?

- Może pan napisać, że nie.

Prof. Lech Falandysz zażyczył sobie listy pytań. Po ich przesłaniu odpowiedział: "Nie widzę sensu odpowiadania na te pytania. Nie jestem doradcą, lecz sierżantem prezydenta. Nie może pan mnie pytać o obraz mego szefa".

Listy pytań zażyczył sobie także min. Janusz Ziółkowski. Do rozmowy jednak nie doszło z powodu nagłej choroby pana ministra. Nie sądzę, by był to pretekst.

*

Jacek MERKEL - współpracownik Wałęsy od stanu wojennego. Szef jego sztabu wyborczego. Od grudnia 1990 r. pełni funkcję ministra stanu ds. bezpieczeństwa narodowego. Zwolniony nagle w marcu 1991. Prezes Banku "Solidarność".

Lech KACZYŃSKI - współpracownik Wałęsy od czasu uwolnienia go z Arłamowa. Wiceprzewodniczący NSZZ "S". W latach 1989-1991 senator. Po rezygnacji Jacka Merkla powołany na stanowisko ministra stanu ds. bezpieczeństwa w Kancelarii Prezydenta. Odchodzi w listopadzie 1991 r.

Jarosław KACZYŃSKI - od czerwca 1989 roku bliski współpracownik Wałęsy i rzecznik jego prezydentury. Redaktor naczelny "Tygodnika Solidarność". Twórca i lider Porozumienia Centrum. W latach 1989-1991 senator. Od 1991 - poseł. Od grudnia 1990 do listopada 1991 szef Kancelarii Prezydenta w randze ministra stanu.

Grzegorz GRZELAK - współpracownik Wałęsy (1980-81) i po jego uwolnieniu z Arłamowa. Jeden z liderów Ruchu Młodej Polski, teraz Koalicji Republikańskiej. Sekretarz stanu ds. samorządu terytorialnego w Kancelarii Prezydenta (od lutego do listopada 1991 r.).

Arkadiusz RYBICKI - jeden z liderów Ruchu Młodej Polski. Wiceprzewodniczący Koalicji Republikańskiej. W latach 1983-1988 sekretarz Lecha Wałęsy. Członek jego sztabu wyborczego. W grudniu 1990 r. zostaje doradcą politycznym prezydenta w randze podsekretarza stanu. Odchodzi w październiku 1991 r.

WYSOKI URZĘDNIK KANCELARII PREZYDENTA - rozmówcy, którzy chcieli zachować anonimowość.

Jerzy MILEWSKI - od lipca 1982 r. kierował Biurem Koordynacyjnym NSZZ "S" Za Granicą. W lutym 1991 r. zostaje szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Po ustąpieniu Lecha Kaczyńskiego w listopadzie 1991 r. pełni obowiązki ministra stanu ds. bezpieczeństwa w Kancelarii Prezydenta.

Krzysztof WYSZKOWSKI - w kwietniu 1978 r. współtworzy Wolne Związki Zawodowe, do których wkrótce potem wstępuje Wałęsa. Dziennikarz "Tygodnika Solidarność". Członek sztabu wyborczego Wałęsy. W październiku 1991 r. jako pierwszy publikuje demaskatorski tekst, ujawniający "władzę faworytów pana prezydenta".