Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

"Rzeczpospolita" 20.09.1997

 

S³awomir Mrożek

Charaktery

 

Konflikt miedzy "prawica" a "lewica" jest starciem dwoch przeciwnych sobie temperamentow

Wydaje sie, ze konflikt miedzy "prawica" a "lewica", wzglednie "lewica" a "prawica", jest niesmiertelny, poniewaz jest konfliktem nie tylko ideologicznym, ale przede wszystkim starciem dwoch przeciwnych sobie temperamentow. Kazdy z nich sobie tworzy domowym sposobem, albo wybiera juz gotowa, taka ideologie, jaka mu bardziej odpowiada. Ideologie taka czy inna mozna przyjac lub nie, ale z charakterem takim czy innym czlowiek sie rodzi. Ale czy na pewno? Czy charakter jest wrodzony, czy nabyty przez wychowanie i wplywy srodowiska - wlasnie co do tego toczy sie nieustajaca dyskusja miedzy "prawicowcem" a "lewicowcem". Jak gdyby nie mozna sie zgodzic, ze jedno i drugie. Widocznie nie mozna. Przeciwienstwo charakterow, wszystko jedno, czy nabytych czy wrodzonych, wymaga przeciwnych punktow widzenia wykluczajacych sie nawzajem.

Zazwyczaj "lewicowiec" bywa ekstrawertykiem. (Takim, co zyje ku zewnetrznosci). Niezle sie czuje w tlumie, latwiej uzaleznia swoje sady i opinie od sadow i opinii zbiorowosci (ale nie od autorytetow). Natomiast "prawicowiec" bywa raczej introwertykiem. (Takim, co ku wewnatrz). Otwieranie, towarzyskosc, od-sobnienie jest haslem pierwszego, zas dosobnosc, od-graniczanie - sklonnoscia drugiego.

Pierwszy lubi abstrakcje (bo granice miedzy abstrakcjami sa tez abstrakcyjne, czyli zadne), drugi woli konkrety (kazdy konkret jest osobny, przeskakiwac je trudno). "Prawicowiec" ma silne poczucie przeszlosci, czyli zrodel, korzeni i przyczyn. W przeszlosci niczego nie mozna zmieniac, jezeli sie wierzy w fakty, scislej: jesli sie wierzy, ze cos takiego jak fakty istnieje. "Lewicowiec" lubi wszystko zmieniac, fakty przeszkadzaja mu w dowolnosci zmian, wiec twierdzi, ze gole fakty nie istnieja, ze to, co zwyklo nazywac sie faktami, to tylko interpretacja. Jego dziadek wynalazl dialektyke, jego ojciec powszechny relatywizm, on sam - dekonstrukcje. Najlepiej czuje sie w przyszlosci, czyli tam, gdzie jeszcze nie ma faktow, czy tez, jak kto woli, "interpretacji". W przyszlosci, czyli tam, gdzie go nie ma, gdzie nic byc nie musi, ale wszystko byc moze. Z tej mozliwosci wyciaga wniosek, jesli nie stal sie nihilista i jeszcze nie zdekonstruowal przyszlosci, ze bedzie tylko to, co on uwaza za sluszne. Jest optymista, w zasadzie sympatyczna cecha. Szkoda tylko, ze zbyt czesto na cudzy koszt.


"Prawicowiec" uwaza, ze istnieja prawa, ktore sa odwieczne i niezmienne. Na przyklad prawa natury, biologii, fizjologii. Te podstawowe prawa warunkuja czlowieka, ograniczaja jego wolnosc. Niekiedy posuwa sie jeszcze dalej i z praw naturalnych wnioskuje istnienie praw moralnych, rownie niezmiennych, co prawa natury.
Natomiast "lewicowiec" twierdzi, ze czlowiek jest wolny wlasciwie bez ograniczen (czyli praw, na jedno wychodzi), a jesli jakies sa, to dadza sie usunac. Czlowiek moze robic, co chce, stac sie, kim chce. (Znow ten nieco lekkomyslny optymizm). Prawa "nieludzkie", te, ktorych czlowiek sam sobie nie ustanowil, ktore jednak znosi, bo musi, "lewicowiec" chetnie pomija, z wyjatkiem praw fizyki, ale te nie sprawiaja mu klopotu, gdyz nie warunkuja czlowieka az tak brutalnie jak prawa biologiczne. Kiedy jest szczegolnie lewicowy - wrecz im zaprzecza. Twierdzi na przyklad, ze nie ma zadnej roznicy miedzy kobieta i mezczyzna, a menstruacja jest efektem "wmowionym", kulturowym, a nie biologicznym, opresyjny patriarchat zmusil kobiety do tego i tak sie juz przyzwyczaily, ale moga sie odzwyczaic, jesli tylko zostana uswiadomione politycznie.

A moze ma racje? Nie co do zlowieszczej mocy patriarchatu, ktorej efektywnosc wydaje sie nieco przeceniac, ale co do nieprzebranej pomyslowosci ewolucji. Byc moze ewolucja jest juz w trakcie realizowania pomyslu (w takim razie "lewicowiec" i jego poglady bylyby jej bezwiednym narzedziem), aby skonczyc z dwuplciowoscia i wyprodukowac czlowieka, ktory rozdzielone do tej pory funkcje zintegruje w ramach jednego tylko modelu, dwufunkcyjnego, uniwersalnego, automatycznego androgyna.
Ostatecznie integracja roznych funkcji wewnatrz jednego i tego samego modelu tez bywa kierunkiem ewolucyjnego rozwoju, jak tego jestesmy swiadkami, obserwujac kolejne pokolenia aparatow elektronicznych, komputerow, nagrywaczy i odtwarzaczy dzwieku i obrazu. Albo wieloczynnosciowych robotow kuchennych chociazby.
Specjalizacja, rozlacznosc operacji, lokalizacja funkcji w osobnych obudowach bez centralnego sterowania, jesli nieekonomiczna, komplikuje obsluge, utrudnia synchronizacje i nie sprzyja sprawnosci calego zespolu. Tylko compact ma przyszlosc. Byloby zabawne, gdyby ewolucja, by osiagnac androgyna, wymarzonego skadinad przez "lewicowca", posluzyla sie cywilizacja, w tym wypadku manipulacja genetyczna, czyli genetyka stosowana. A wiec wlasnie ta nauka, ktorej "lewicowiec" najbardziej nienawidzi jako superreakcyjnej. Czy androgyn, to kompaktowe, czyli udoskonalone urzadzenie do reprodukcji, zastapi dotychczasowa rozlacznosc plci - okaze sie za odpowiednia ilosc milionow lat, chyba ze inzynierowie od genetyki przyspiesza ten proces.

Z praw interesuja "lewicowa" szczegolnie te, ktore sa malo ewidentne, raczej hipotetyczne, bardziej "luzne" niz naukowo rygorystyczne. Takie, ktore maja wiecej abstrakcji (lub sa podatne na abstrakcyjne interpretacje, patrz: jego zamilowanie do abstrakcji), a mniej konkretu. Inaczej mowiac, nie interesuja go prawa stwierdzone przez nauki scisle i potwierdzone przez pragmatyke, ale prawa, czy tez jakby-prawa spekulatywne. Takie prawa chetnie odkrywa, albo - jesli mniej zdolny- je kultywuje. Jego ulubionymi naukami, ktore tez najgesciej obsadza (nie wiem, jak w Polsce, ale na pewno na Zachodzie) sa: socjologia, historia, humanistyka, politologia. Cos, co po angielsku nazywa sie soft science w odroznieniu od hard science. W dosc dowolnym tlumaczeniu: cos w czym mozna plywac.

A jednak powoluje sie na nauke, naukowosc, uczonosc nieustannie. Nie chce wyznac, ze jest romantykiem, w prostej linii od romantykow dziewietnastowiecznych. Dlaczego? Jaka to hanba? Moze dlatego, ze rownie dziewietnastowieczny prestiz scjentyzmu jest wciaz jeszcze zbyt silny, aby sie go wyrzec. Usiluje wiec wydac sie scjentysta. A jednoczesnie, jako romantyk, gromi nauki scisle za "bezdusznosc" i "nieludzkosc". Rozdarcie i metnosc sa jego dola. Znosi ja pogodnie, poniewaz jej nie dostrzega.

W ogole samopoczucie ma raczej dobre, lepsze niz "prawicowiec", ktorego gnebia rozne neurozy. Po pierwsze - jest lubiany i slusznie, gdyz w obejsciu i pogladach jest sympatyczniejszy od swego oponenta. (Jako typ, mowa tu o kategoriach, nie o konkretnych jednostkach). Daje ludziom to, czego chca, co wola, czego sie spodziewaja, na co maja nadzieje. Chroni ich (droga przemilczania) przed tym, co grozne, przykre, mroczne i nieuniknione. Jest "cieply", "ludzki". Mowi im wiec o wolnosci, rownosci, postepie, sprawiedliwosci... Co do tej ostatniej koniecznie z przymiotnikiem "spoleczna" i nie wdaje sie przy tym zbytnio w uscislanie pojec. Tu mowa o "lewicowcu" wspolczesnym, postmarksistowskim, poprzedni sie wdawal i to bardzo. Tak bardzo, ze wspolczesny juz nie musi, poprzedni odwalil za niego ten kawal czarnej roboty. Dzieki pionierom o leninowskiej prostocie myslenia "sprawiedliwosc spoleczna", ten dziwny zlep pojeciowy, rozumie sie sama przez sie. Lepiej nawet - to sie po prostu wie i koniec. Rozumowanie nie ma tu nic do rzeczy.


Mowi takze o moralnosci, a nawet szczegolnie o niej. Odkad "zelazne" prawa ekonomii i historii, te marksistowskie, ktore przedtem byly jego glownym tematem, okazaly sie nie az takie zelazne, mniej mowi o ekonomii, a wiecej o moralnosci. Ta nalezy do soft science i niczego tu sie nie ryzykuje. Wprawdzie moralnosc tez jest spolecznie doswiadczalna (niektore moralnosci sa bardziej kryminogenne niz inne), ale bedac mniej wymierna niz ekonomia, latwiej poddaje sie relatywizmowi. Zastosowanie urojonych praw ekonomicznych w ekonomii komunistycznej spowodowalo ekonomiczna katastrofe tak dla wszystkich oczywista, ze nie daje sie ona zrelatywizowac. Rownolegle praktykowanie "zasad moralnosci rewolucyjnej" spowodowalo cos moralnego w moralnosci, ale tego czegos nie wszyscy nazywaja katastrofa. Roznie mozna to cos interpretowac, albo w ogole nie zwrocic na to uwagi. Na przyklad, dzisiejszy "lewicowiec" uwagi na to nie zwraca i mozna go zrozumiec. Zasady "moralnosci rewolucyjnej", albo przynajmniej "socjalistycznej", praktykowal jego protoplasta, klopotliwe skutki tego praktykowania sa wstydliwa sprawa rodzinna, o ktorej lepiej nie mowic.

Zreszta biezaca wersja lewicowej moralnosci nie jest zadna propozycja az tak specyficzna jak nieboszczka "rewolucyjna" i nie w calej pelni nie zasluguje na etykietke firmowa: "lewicowa", ot, takie cos, o czym szczegolnie duzo mowi "lewicowiec", ale inni tez mowia i co samo w sobie szczegolnie lewicowe to nie jest. Mianowicie: zaskakujacy jak na "lewicowca" roztwor, najwyzej przetwor, chrzescijanskiej Caritas, postchrzescijanski neoaltruizm. Tyle ze z lewicowym, kolektywistycznym skretem, zamiast "milosci blizniego" mamy "milosc ludzkosci". (Znowu ta abstrakcja). Indywidualna aplikacja zasad moralnych "lewicowca" nie interesuje. To ciala kolektywne (rzady, panstwa, administracje, banki, korporacje, armie, stowarzyszenia, instytucje) powinny byc uczciwe, prawdomowne, wrazliwe na krzywde, milosierne, skromne, pokorne, wstrzemiezliwe, surowe dla siebie i poblazliwe dla innych, wybaczajace i nie pozadajace zony blizniego swego ani zadnej rzeczy, ktora jego jest. Wszystkich tych cnot "lewicowiec" nie wymaga od jednostek, gdyz to by kolidowalo z jego obsesja wolnosci indywidualnej. A nawet grzeszyc im nie zabrania w imie "samospelnienia", "samorealizacji", wolnosci wyboru samosiebie, samosiejstwa, samogonu, samopalu i w ogole wszelkiego samozadowolenia. Czerpiac z chrzescijanskiego kodeksu moralizujacy "lewicowiec", bedac "lewicowcem", czyli ateista (o tym za chwile), powstrzymuje sie jednak od chrzescijanskich sankcji (w obu tego slowa znaczeniach: uprawomocnienia i kary za transgresje) i nie obiecuje bankom, rzadom, instytucjom nagrody w niebiosach, jezeli beda cnotliwe, i nie grozi im kara piekiel, jezeli cnotliwe nie beda. Tak ze nie wiadomo wlasciwie, dlaczego mialyby byc cnotliwe, albo cnotliwymi nie byc. Nazywa sie to "moralnoscia laicka", a brak sankcji jest slaboscia jej egzekutywy.

Kiedy po prawicowych rzadach, bodajze w roku 1982, francuska lewica wygrala wybory, chwalila sie, ze teraz "rzad ma serce po lewej stronie". Otoz "rzad" jest pojeciem zbiorowym, tak dalekim od fizjologicznego konkretu, ze juz abstrakcyjnym i przyznawac mu serce i to po jakiejs stronie (musialby wtedy miec takze klatke piersiowa) jest poetyzowaniem i to watpliwej jakosci. To jakby powiedziec - i to w panegirycznej, nie satyrycznej intencji - ze sprawiedliwosc ma nerki, wolnosc jajniki, rownosc watrobe, a matematyka woreczek zolciowy. Slogan nie mial sensu, ale byl popularny. Tego typu metafory, polityczna liryka, drogie sa "lewicowcowi". Naduzycia jezykowe i pojeciowe, pomieszanie kategorii, sa cecha bardziej charakterystyczna dla retoryki lewicowej niz prawicowej.

Brak metafizycznych sankcji dla swej moralnosci laickiej "lewicowiec" stara sie nadrobic ozywiona dzialalnoscia ustawodawcza. Zaroilo sie od praw, ustaw i przepisow, majacych na celu nie tyle ochrone jednostki przed jednostka, ile ochrone jednostki przed instytucja. No i bardzo dobrze, instytucja ma rzeczywiscie konstytucjonalna sklonnosc do pochlaniania jednostki. Ale dobrze tylko na piecdziesiat procent, bo o ile grzeszne zapedy instytucji wobec jednostki czy innej instytucji moze kontrolowac jeszcze inna instytucja (sady, trybunaly, komisje), o tyle grzesznych zapedow jednostki wobec innej jednostki zadna instytucja kontrolowac nie moze. Nikt nie moze, jezeli sama jednostka swoich grzesznych zapedow nie kontroluje.
A nakazac jej taka kontrole moga jej tylko sankcje metafizyczne, lub chocby quasi-metafizyczne, choc troche, chocby troszeczke, chocby i na niby metafizyczne. Wiec niekoniecznie nawet religijne. Jednakze swiecki duch obywatelski, jedyna jako tako metafizyczna nadzieja "moralnosci laickiej", ktory taka kontrole tez na swoj sposob - po laicku, po obywatelsku - jednostce nakazuje, jest slabszy od Ducha Swietego i pokusy, na ktore jednostka bywa wiedziona latwiej niz z Duchem Swietym sobie z nim radza. Zas prawnie zakazywac jednostce, ktora chce sie samozrealizowac, aby nie robila drugiej jednostce roznych "A kuku!", dla tej drugiej jednostki nieprzyjemnych, ale potrzebnych tej pierwszej do samorealizacji - ideologicznie nie wypada. Nie wypada, choc z drugiej strony by trzeba. Wyjscie: nie zakazywac zbyt stanowczo.

Moralistyczno-legislacyjna mania nowej lewicy jest tak samo natretna, jak centralistyczno-industrialistyczna lewicy poprzedniej i tak samo rodzi biurokracje. Ciekawe, ze bez biurokracji lewica zyc nie moze. Sentymentalny profesor prawa jest dzisiaj tak lewicowy, jak wczorajszy dzialacz zwiazkow zawodowych.


Konflikt miedzy "prawica" a "lewica" jest starciem dwoch przeciwnych sobie temperamentow

Oprocz tego, ze jest lubiany, choc nie bez z tym zwiazku - drugim powodem zadowolenia "lewicowca" (i frustracji "prawicowca") jest okolicznosc, ze dwudziesty wiek nalezal do niego. Na poczatku z wahaniem, z coraz wiekszym zdecydowaniem im blizej mu konca. Wszystko wskazuje na to, ze dwudziesty pierwszy nie zmieni upodoban. "Prawicowiec" istnieje, ale mniej go widac. Dlatego tyle o "lewicowcu" w tych rozwazaniach, a mniej o "prawicowcu".

Co pocznie "prawicowiec"? Moze schroni sie w metafizyke, do ktorej zawsze mial sklonnosc, a moze to wlasnie on ja wynalazl?
Do-sobny, sklonny do refleksji, bardziej zastanawial sie nad pytaniem "kim jestem", niz "co slychac". Bywa czlowiekiem religijnym, a przynajmniej nie areligijnym, rzadko wojujacym ateista. "Lewicowiec" - i to jest regula bez wyjatkow - nie znosi wszelkiej metafizyki, a religijnosc (innych) przyprawia go o furie. Tutaj traci swoja tolerancyjnosc, ktora skadinad sie chwali. Lewicowcy popieraja wszystkie powstancze zadania Indios udreczonych w meksykanskiej prowincji Chiapas, z wyjatkiem jednego: aby nikt im sie nie wtracal do uprawiania przedhiszpanskich kultow religijnych, do ktorych sa bardzo przywiazani. To zadanie lewicowcy pomijaja nie tyle taktownym, ile taktycznym milczeniem.
Wstret "lewicowca" do religii jest tak obsesyjny, ze wydaje sie potwierdzac teze o diabelskim pochodzeniu lewicowosci. Zarowno kanony egzorcystyki, jak i wierzenia prostego ludu glosza, ze diabel przebierze sie za wszystko, potrafi udac wszystko, wcielic sie we wszystko, ale znaku krzyza nie zniesie. Wystarczy go przezegnac, a od razu wykrzywi mu sie geba i tym grymasem sie zdradzi.

Co by tu jeszcze (dla rownowagi) o "prawicowcu"? Lubi porzadek. Z dwoch powodow: bedac wsobnym i szukajac odpowiedzi na pytanie "kim jestem" potrzebuje porzadku, w ktorym by sie odnalazl, jesli odpowiedzi na to pytanie juz sobie udzielil, albo odwrotnie, potrzebuje porzadku, aby jakas odpowiedz na to pytanie otrzymac. Podobnie jak kapitan Dostojewskiego, ktory zakrzyknal z rozpacza: "Jesli Boga (i w domysle: cara, gubernatora, horodniczego i tak dalej w zstepujacym porzadku hierarchii) nie ma, to jaki ze mnie kapitan!" Ta potrzeba porzadku moze go doprowadzic, nieraz go zaprowadzila i jeszcze zaprowadzi do entuzjazmu, a co najmniej uznania dla ustrojow totalitarnych, autokratycznych, dla dyktatur niekoniecznie prawicowych, teokracji, absolutyzmu, nawet do sekciarswa i terroryzmu.

Drugi powod: chce robic swoje i miec spokoj (cokolwiek to jest, to "swoje"), a tylko porzadek moze mu to zapewnic. Zle sie czuje w anarchii, nie calkiem dobrze w warunkach nie dosyc uregulowanych. Oswiadczyl Goethe: "Kazdy czlowiek jest lepszy od chaosu". Goethe nie lubil Rewolucji Francuskiej. Staruszki, ktore czuly sie zagrozone drobna przestepczoscia uliczna pod koniec lat siedemdziesiatych, w okresie "Solidarnosci" i rozluznienia komunistyczego rezimu, z ulga powitaly wojskowo-polityczny porzadek generala Jaruzelskiego. Poza potrzeba porzadku polskie staruszki z Goethem niewiele mialy wspolnego.


"Prawicowiec" i "lewicowiec" istnieja w kazdym z nas, tylko przewaga jednego czy drugiego decyduje o tym, ze dana osoba sympatyzuje z jedna czy druga ideologia. Ale ta przewaga nie jest stala, zmienia sie zaleznie od konkretnych sytuacji, rozna jest, gdy chodzi o rozne sprawy. W niektorych sprawach jestem "lewicowcem", w innych "prawicowcem", a nawet na te same sprawy czasem patrze lewicowo, a czasem prawicowo. Dopiero suma tych doraznych przewag decyduje, do ktorego typu sie zaliczam i w jakim stopniu. Absolutnie czysty "lewicowiec" i absolutnie czysty "prawicowiec" zdarzaja sie tak rzadko, ze sa osobnikami patologicznymi.

Tej niecalkowitej spojnosci w jednostce odpowiadaja na planie kolektywnym wyniki wyborow, ankiet i sondazy. Arytmetyczna analiza ostatnich sondazy we Francji wykazala, ze nacjonal-populistyczna partie Le Pena popiera wiekszosc Francuzow i ze wiekszosc jest przeciwko niej. Pytania dotyczyly tego samego programu antyimigracyjnego tej partii, tylko byly inaczej sformulowane. Mozna to nazwac schizofrenia, czyli choroba, albo niekonsekwencja, przyrodzona kondycja ludzka. Te przepychanke ilustruja tez ewolucje i przepoczwarzenia prawicy i lewicy, ktore obserwujemy w historii. Zwlaszcza lewicy, prawica mniej im podlega. "Lewicowiec" jest bardziej gietki, latwiej zmienia zapatrywania, kolejno wyglasza zdania nieraz zdumiewajaco odmienne. Na przyklad do niedawna byl maniakiem kolektywu ("Jednostka niczym, coz po jednostce..."), wielbil "masy" (proletariackie), panstwo (socjalistyczne), Partie (przodujaca). Z dnia na dzien stal sie - rowniez maniakiem, ale wolnosci indywidualnej.

Trzeba przyznac, ze pod jednym wzgledem jest staly: zawsze chodzi mu o milosc ludzkosci, tylko za kazdym razem inaczej pojmowanej, z innego podejscia. Ta stalosc uczuc i niestalosc zapatrywan sklania do przypuszczenia, ze nie tyle jest (wbrew jego zapewnieniom) czlowiekiem rozumu, ile czlowiekiem namietnosci.

Z odpowiednim zastosowaniem terminologii "prawica", "lewica" bywaja klopoty. Mieli je na przyklad lewicowi publicysci komentujacy wspomniane juz wydarzenia w Polsce pod koniec lat osiemdziesiatych, a zwlaszcza w latach osiemdziesiatych. Czy owczesna "Solidarnosc" wypadalo im zaliczyc do lewicy czy do prawicy? Do lewicy, bo ruch byl masowy i wolnosciowy, do prawicy, bo silnie katolicki i narodowy. Czy general Jaruzelski byl "prawicowcem" czy "lewicowcem"? "Prawicowcem", bo tlumil ruch masowy i wolnosciowy, lecz moze jednak "lewicowcem", bo czynil to w obronie socjalizmu. Najprosciej by im bylo tych ideologicznych nalepek nie uzywac, ale zaden "lewicowiec" powstrzymac sie od tego nie moze w obawie przed burzuazyjnym obiektywizmem.

Podobnie jak istnieje orzel gorski i orzel nizinny, tygrys bengalski i tygrys syberyjski - tak istnieje "lewicowiec"/"prawicowiec" zachodni i wschodni, prawdopodobnie polnocny (skandynawski) i poludniowy (afrykanski) takze. Te same to gatunki, lecz roznia sie nieco lub znacznie w zaleznosci od geopolityki, geokultury, geogenealogii. "Lewicowiec" polnocnoamerykanski to nie calkiem to samo co "lewicowiec" poludniowoazjatycki (na przyklad kambodzanski Pol Pot) i tak samo jest z "prawicowcem". Rok temu, tuz przed powrotem do Polski, poczynilem publicznie pare uwag o lewicy/prawicy, nierozwaznie zapominajac, ze moja owczesna wiedza na ten temat byla glownie wiedza zachodnia, amerykansko-europejska i pewne szczegoly i konstelacje inaczej wygladaja w polskiej specyfice. Wszelkie ambicje uniwersalnego, a dokladnego usystematyzowania tego tematu bylyby szalone. Musialoby to byc dzielo monumentalne w dwoch tomach: tom pierwszy (wzglednie drugi) pod tytulem "Lewica" i tom drugi (wzglednie pierwszy) pod tytulem "Prawica". Kazdy tom podzielony na X czesci, kazda czesc na Y rozdzialow, kazdy rozdzial na Z paragrafow, kazdy paragraf opatrzony mnogoscia przypisow, ktora oznaczmy litera P. Wynik: jeszcze jeden pomnik pretensjonalnej i daremnej pedanterii.

Najogolniej mozna powiedziec, ze mentalnosc lewicowa jest ukierunkowana horyzontalnie, a prawicowa wertykalnie. Gdy je przedstawic graficznie - otrzymamy krzyz, ktorego ramiona tworzy kreska pozioma, a trzon - kreska pionowa. Obie te linie przecinaja sie pod katem prostym. W instrumentach mierniczych, ktore uzywaja takiej podzialki, na przyklad w lunecie snajpera, punkt, w ktorym sie przecinaja, oznaczony jest jako "Zero". (Zero pionu, Zero poziomu).
Kto i co znajduje sie w punkcie Zero? (Nie jest ani "lewicowcem", ani "prawicowcem"). Moze swiety (mistyk jakiejkolwiek orientacji), moze debil, moze geniusz (w jakiejkolwiek dziedzinie), moze krowa, moze nikt, a w kazdym razie nie wiekszosc z nas.

S³awomir Mrożek