Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

ADOLF HITLER

MOJA WALKA

 

Tytuł oryginału - Mein Kampf

Tłumaczenie: Irena Puchalska, Piotr Marszałek


SPIS TREŚCI

Część I

Obrachunek

Słowo wstępne Adolfa Hitlera .


Rozdział I
W domu rodzinnym .
Rozdział II
Wiedeńskie łata nauki i walki .
Rozdział III
Poglądy polityczne z okresu wiedeńskiego .
Rozdział IV
Monachium
Rozdział V
Wojna światowa
Rozdział VI
Propaganda wojenna
Rozdział VII
Rewolucja .
Rozdział VIII
Początki mojej działalności politycznej .
Rozdział IX
Niemiecka Partia Robotnicza .
Rozdział X
Przyczyny upadku imperium
Rozdział XI
Naród i rasa .
Rozdział XII
Pierwszy okres w rozwoju Narodowosocjalistycznej Niemieckiej
Partii Robotniczej


 

CZĘŚĆ II


Ruch narodowosocjalistyczny


Rozdział I
Światopogląd a partia .
Rozdział II
Państwo
Rozdział III
Obywatele
Rozdział IV
Osobowość a koncepcja państwa narodowego .
Rozdział V
Światopogląd a organizacja .
Rozdział VI
Pierwsze dni walki: znaczenie przemówień .
Rozdział VII
Walka z siłami czerwonych .
Rozdział VIII
Silny człowiek jest najmocniejszy, gdy jest sam .
Rozdział IX
Myśli na temat znaczenia i organizacji socjalistycznych robotników
Rozdział X
Pozorny federalizm .
Rozdział XI
Propaganda a organizacja .
Rozdział XII
Sprawa związków zawodowych .
Rozdział XIII
Powojenna polityka Niemiec w kwestii sojuszy.
Rozdział XIV
Polityka wschodnia
Rozdział XV
Prawo do samoobrony.


Aneks

Oficjalny Manifest NSDAP w sprawie stanowiska Partii w kwestii
chłopskiej oraz rolnictwa
Program NSDAP .



 

 

Część I

Obrachunek


 

 

Słowo wstępne Adolfa Hitlera

9 października I921 roku, w cztery lata od jej powstania, Narodowosocjalistyczna
Niemiecka Partia Robotnicza została rozwiązana, a jej działalność zakazana w całej Rzeszy.
I kwietnia I924 roku wyrokiem Sądu Ludowego w Monachium zostałem skazany i
osadzony w twierdzy Landsberg nad Lechem.

To dało mi po latach nieprzerwanej pracy możliwość przystąpienia do dzieła, którego
wielu się domagało, a które ja uważałem za pożyteczne dla ruchu. Tak więc postanowiłem
wyjaśnić w tej książce cele naszego ruchu, a także przedstawić obraz jego rozwoju. Z niej
będzie się można więcej nauczyć niż z jakiejkolwiek czysto doktrynerskiej rozprawy
naukowej. Dało mi to sposobność przedstawienia swojej osobowości na tyle, na ile jest to
potrzebne do zrozumienia idei tej książki i rozwiania sfabrykowanej przez żydowską prasę
legendy mojej osoby.

Tą pracą zwracam się nie do obcych, ale do tych stronników ruchu, którzy należą do
niego sercem i pragną jego zrozumienia.

Wiem, że ludzi łatwiej można pozyskać słowem mówionym niż pisanym i że każdy
wielki ruch na tej ziemi rośnie w siłę dzięki mówcom, a nie wielkim pisarzom.

Jednakże w celu stworzenia podstaw jakiejś doktryny i jej ujednolicenia wewnętrzne
zasady muszą zostać spisane. Może więc ta książka stanie się kamieniem węgielnym
naszego ruchu, do którego i ja wniosę swój wkład.

Autor


 

 

ROZDZIAŁ I

W domu rodzinnym

Dzisiaj rozumiem, jak dobrze się stało, że los wybrał na miejsce mojego urodzenia
Braunau nad Innem. To małe graniczne miasteczko leży między dwoma państwami
niemieckimi, o których ponowne zjednoczenie należy zabiegać wszelkimi możliwymi
środkami.

Niemiecka Austria musi powrócić do wielkiej niemieckiej ojczyzny i to nie z powodów
ekonomicznych. O nie! Nawet gdyby z tego punktu widzenia ponowny związek był rzeczą
obojętną - a także wtedy, gdyby aktualnie był szkodliwy - musi on nastąpić. Wspólna krew
powinna należeć do wspólnej Rzeszy. Niemcy nie mają prawa zajmować się polityką
kolonialną tak długo, jak długo nie będą zdolni do połączenia swoich synów we wspólnym
państwie. Dopóki każdy Niemiec nie znajdzie się w granicach Rzeszy i nie będzie w stanie
wyżywić się, dopóty nie będą mieli Niemcy moralnego prawa zdobywania obcych terenów,
choćby to było korzystne dla poszczególnych obywateli. W ten sposób to małe miasteczko
stało się symbolem wielkiego przedsięwzięcia.

Czy my nie jesteśmy tacy sami jak wszyscy Niemcy? Czy wszyscy nie stanowimy
całości?

Ten problem zaczął wrzeć w moim dziecięcym umyśle. W odpowiedzi na swoje
nieśmiałe pytania, byłem zmuszony z zazdrością uznać fakt, że Niemcy nie byli nigdy tak
szczęśliwi, jak będąc członkami imperium Bismarcka.

W tym austriackim miasteczku nad Innem, mieszkali w końcu lat osiemdziesiątych
minionego stulecia moi rodzice: ojciec był urzędnikiem państwowym, matka zajmowała się
gospodarstwem domowym. Z tych czasów niewiele pozostało w moich wspomnieniach, gdyż
wkrótce ojciec musiał opuścić na zawsze to miasteczko i podjąć pracę w Passau, w samych
Niemczech.

Los austriackiego urzędnika celnego wymagał ciągłego podróżowania. Po pewnym
czasie ojciec przeniósł się do Linzu i tam doczekał emerytury. Kupił w Marktfleckens
Lambach w Górnej Austrii gospodarstwo rolne i tym samym poszedł w ślady naszych
przodków.

Wolą mego ojca było, abym został urzędnikiem państwowym. Był dumny z tego, co
sam osiągnął i tego samego pragnął dla swego dziecka. Nie wyobrażał sobie odmowy:
według niego niedoświadczony chłopiec nie mógł sam o sobie decydować.
A jednak miało się stać inaczej. Pierwszy raz w swoim życiu, mając zaledwie jedenaście lat,
musiałem stanąć w opozycji do ojca! Tak jak on był zdecydowany przeforsować swoje plany,
tak ja byłem nieugięty w odmowie.

Nie chciałem zostać urzędnikiem. Żadne rozmowy czy poważne argumenty nie
zmieniły mej niechęci. Nie chciałem być urzędnikiem i nie godziłem się zostać nim. Każda
próba powoływania się na przykład mego ojca, mająca wzbudzić we mnie zachwyt i
zainteresowanie tym zawodem, wywoływała jedynie przeciwny efekt. Nienawidziłem
siedzenia w biurze nie pozwalającego być panem swojego własnego czasu; spędzenie
całego życia na wypełnianiu formularzy wydawało mi się nudne.

Teraz, gdy dokonuję przeglądu tych lat, ujrzałem dwa zdarzenia, które uwidoczniły się
w tym okresie najwyraźniej: I) stałem się nacjonalistą, 2) nauczyłem się rozumieć prawdziwy
sens historii.

Stara Austria była państwem wielonarodowościowym.

W stosunkowo wczesnej młodości miałem możliwość wziąć udział w nacjonalistycznej
walce w starej Austrii. Mieliśmy szkolną organizację i wyrażaliśmy nasze poglądy przy
pomocy kwiatów chabru i czarno-czerwono-złotych barw. Pozdrawialiśmy się słowami "Heil",
a zamiast pieśni "Kaiserlied", śpiewaliśmy, pomimo ostrzeżeń i kar, "Deutschland über Alles"
(Niemcy ponad wszystko - przyp. tłumacza). W ten sposób młodzież kształciła się
politycznie, podczas gdy obywateli tak zwanego państwa narodowego nie łączyło nic więcej
poza wspólnym językiem. Mimo to, oczywiście, nie zaliczałem się do obojętnych i stałem się
wkrótce fanatycznym niemieckim nacjonalistą, jednak nie w dzisiejszym partyjnym
rozumieniu tego słowa.

Rozwój w tym kierunku następował u mnie bardzo szybko, tak że już w wieku
piętnastu lat rozumiałem różnicę między dynastycznym "patriotyzmem", a narodowym
"nacjonalizmem". To ostatnie rozumiałem o wiele lepiej.

Czy my już jako chłopcy nie wiedzieliśmy, że to austriackie państwo nie darzyło nas,
Niemców, w ogóle żadną miłością?

Nasza wiedza o metodach postępowania Habsburgów była potwierdzana każdego
dnia przez codzienne doświadczenia. Na północy i na południu trucizna obcych ras zżerała
ciała naszego narodu i nawet Wiedeń coraz mniej przypominał niemieckie miasto. "Dom Cesarski',
stawał się czeskim, gdzie tylko to było możliwe; wreszcie ręka bogini odwiecznej
sprawiedliwości i nieubłaganej zemsty zadała śmierć największemu wrogowi niemieckości
Austrii, arcyksięciu Franciszkowi Ferdynandowi. Zabiła go kula, której sam pomógł. To on był
przecież głównym patronem ruchu, którego celem było uczynić z Austrii państwo
słowiańskie.

Zarodek przyszłej wojny światowej i w istocie całkowita ruina Niemiec leżą w fatalnym
połączeniu młodej niemieckiej Rzeszy z austriackim niby-państwem. W trakcie pisania tej
książki będę musiał zająć się gruntownie tym problemem. Wystarczy tu jedynie stwierdzić, że
od najwcześniejszej młodości byłem przekonany, iż zniszczenie Austrii jest koniecznym
warunkiem bezpieczeństwa niemieckiej rasy, a ponadto, że poczucie narodowości w żaden
sposób nie może być identyfikowane z dynastycznym patriotyzmem. Nieszczęściem
niemieckiej rasy był przede wszystkim panujący dom Habsburgów.

Konsekwencjami tego stanu była gorąca miłość do mojej niemieckiej Austrii i głęboka
nienawiść do austriackiego państwa.

Decyzja o wyborze zawodu zapadła szybciej, niż mogłem tego oczekiwać. W
trzynastym roku życia straciłem nagle ojca. Zawał serca pozbawił życia tego jeszcze
krzepkiego człowieka. Umarł bezboleśnie pogrążając nas w głębokim bólu. Nie powiodło mu
się to, czego najbardziej pragnął - zapewnić swojemu dziecku egzystencję i tym samym
uchronić go przed goryczą życia, której sam zaznał.

Z początku nic się nie zmieniło. Matka zgodnie z Życzeniem ojca czuła się
zobowiązana nadal kierować moim wychowaniem i kształcić mnie na urzędnika. la jednak,
jak nigdy przedtem, byłem zdecydowany, że pod żadnym warunkiem nim nie zostanę.

Dlatego już w szkole średniej unikałem niektórych przedmiotów i w ogóle nauki. Z
pomocą przyszła mi choroba i w ciągu kilku tygodni zdecydowały się losy mojej przyszłości.
Ciężka choroba płuc spowodowała, że lekarz stanowczo odradzał podjęcie pracy w biurze.
Musiałem przerwać naukę na jeden rok. To, o czym tak długo marzyłem, stało się
rzeczywistością. Pod wpływem mojej choroby matka w końcu uznała, że po przerwie wrócę
do szkoły realnej, a później będę mógł uczęszczać do akademii.

Były to najszczęśliwsze dni, jak przepiękny sen. I naprawdę miał to być tylko sen.
Dwa lata później śmierć matki położyła kres tym wszystkim planom. Jej choroba od początku
nie dawała wielkich nadziei na uleczenie, jednak jej śmierć była dla mnie wielkim ciosem.
Swojego ojca czciłem, a matkę kochałem.

Ubóstwo i twarda rzeczywistość zmuszały mnie do podjęcia szybkiej decyzji.
Skromne środki finansowe mojej rodziny prawie zupełnie się wyczerpały wskutek ciężkiej
choroby matki. Przyznana mi sieroca renta nie wystarczała nawet na przeżycie, tak więc
byłem zmuszony zarabiać jakoś na swoje utrzymanie.

Z walizką pełną ubrań i bielizny oraz determinacją w sercu pojechałem do Wiednia.
Miałem nadzieję odmienić los, tak jak mój ojciec pięćdziesiąt lat wcześniej. Chciałem zostać
"kimś", ale w żadnym wypadku nie urzędnikiem.


 

ROZDZIAŁ II

Wiedeńskie lata nauki i walki

Śmierć matki, niczym przeznaczenie, zadecydowała w pewnym sensie o mojej
przyszłości.

W ostatnich miesiącach jej choroby pojechałem do Wiednia w celu złożenia
egzaminów wstępnych do akademii. Byłem przekonany, że z dziecinną łatwością zdam. W
szkole realnej rysowałem najlepiej w mojej klasie, a od tego czasu moje zdolności rozwinęły
się jeszcze bardziej. Liczyłem więc na powodzenie.

Nad moim talentem malarskim wzięły jednak górę zainteresowania architekturą.
jeszcze w wieku szesnastu lat, gdy po raz pierwszy pojechałem do Wiednia, by studiować
malarstwo w dworskim muzeum, moje oczy widziały tylko samo muzeum. Biegałem za tymi
drzwiami od rana do wieczora, a nawet do późnej nocy, od jednego obiektu do drugiego.
Godzinami mogłem tak stać przed operą i podziwiać parlament. Cała ulica Ringstrasse robiła
na mnie wrażenie cudu z tysiąca i jednej nocy.

Teraz po raz drugi byłem w tym pięknym mieście i czekałem na rezultat egzaminu
wstępnego. Byłem tak przekonany o powodzeniu, że zawiadomienie o nie przyjęciu spadło
na mnie jak grom z jasnego nieba.
Jednak rektor wyjaśnił mi, że z rysunków, które ze sobą przyniosłem, jednoznacznie wynika,
iż nie mam predyspozycji malarskich, natomiast mam zdolności w dziedzinie architektury.

Po raz pierwszy w moim młodym życiu byłem niezadowolony z samego siebie. To,
czego dowiedziałem się o moich zdolnościach, sprawiło, że postanowiłem zostać
architektem. Droga do tego była jednak bardzo trudna. Zemściła się teraz moja niechęć do
nauki w szkole realnej. Przyjęcie do akademii było uwarunkowane posiadaniem matury. Nie
było możliwe spełnienie mojego marzenia, aby zostać artystą.

Zadziwiające bogactwo i odrażająca nędza przeplatały się w Wiedniu ze sobą w
ogromnym kontraście. W centralnych częściach miasta można było czuć tętno
dwudziestopięciomilionowego imperium, z wszelkimi niebezpiecznymi powabami tego
wielonarodowościowego państwa. Olśniewający blask dworu przyciągał jak magnes
bogactwo i inteligencję pozostałych części imperium. Do tego dochodziła jeszcze silna
centralistyczna polityka habsburskiej monarchii.

Ona umożliwiała utrzymanie razem tej mieszaniny narodów. jej rezultatem była
nadzwyczajna koncentracja całej władzy w stolicy.

Ponadto Wiedeń nie tylko był politycznym i intelektualnym centrum naddunajskiej
monarchii, ale także centrum administracyjnym. Oprócz rzeszy wysokich rangą urzędników
państwowych, oficerów, artystów i uczonych znajdowała się w nim jeszcze większa armia
robotników, a przytłaczające ubóstwo występowało tuż obok bogactwa arystokracji i kupców.
Tysiące bezrobotnych przewalało się wokół pałaców przy Ringstrasse, a poniżej, via
Triumphalis bytowali w brudzie i bagnie bezdomni.

Wiedeń, jak żadne inne niemieckie miasto, najlepiej się nadawał do studiowania
problemów socjalnych. Ale, aby nie zrobić błędu, trzeba się znaleźć w samym środku tych
problemów, inaczej nic z tego nie pozostanie poza czczym gadaniem i zakłamaną
sentymentalnością. Jedno i drugie jest szkodliwe. Pierwsze, bo nie bada sedna zagadnienia,
drugie, ponieważ pomija je. Nie wiem, co jest groźniejsze: ignorowanie socjalnych potrzeb,
jak czyni większość tych, którym się poszczęściło, i tych, którzy podnieśli się dzięki własnym
wysiłkom w codziennej pracy, czy lekceważenie ludzi przez pozbawioną taktu, chociaż
zawsze uprzejmą, łaskawą i modną część bab w spódnicach lub spodniach, udającą
sympatię dla ludu. Ci ludzie oczywiście grzeszą bardziej z powodu braku instynktu niż próby
zrozumienia. Dziwi ich później brak rezultatów mimo gotowości do pracy społecznej i reakcje
sprzeciwu. Stawiają to za dowód niewdzięczności ludu.

Te umysły nie rozumieją, że za pracę społeczną nie wolno domagać się
wdzięczności, ponieważ nie rozdzielają jałmużny, ale przywracają w ten sposób prawo. Już
wtedy uświadomiłem sobie, że tylko podwójna metoda może przyczynić się do polepszenia
warunków bytu, mianowicie: głębokie poczucie socjalnej odpowiedzialności, w celu
stworzenia lepszych podstaw naszego rozwoju, połączone z bezlitosną determinacją
zniszczenia narośli, którym nie można zaradzić.

Tak jak natura nie koncentruje się na utrzymaniu tego, co jest, lecz aby podtrzymać
gatunek doskonali go poprzez rozwój, tak i w życiu nie można ulepszać istniejącego zła,
które posiadając naturę człowieka w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto nie
da się zmienić. Należy więc zapewnić lepsze metody rozwoju od samego początku.

W trakcie walki o egzystencję w Wiedniu zauważyłem, że zadania socjalne wcale nie
muszą składać się z pracy charytatywnej, która jest śmieszna i bezużyteczna, ale ich
sensem powinno być usunięcie głęboko tkwiących błędów w organizacji naszego życia
gospodarczego i kulturalnego, które są powiązane ze sobą, i doprowadzenie do usunięcia
pojedynczych przeszkód, bądź przynajmniej ograniczenie ich znaczenia.

Ponieważ austriackie państwo w praktyce ignorowało całkowicie socjalne prawa, jego
niezdolność do usunięcia złych narośli budziła mój niepokój .
Nie wiem, co najbardziej mnie w tym czasie przerażało: ekonomiczna nędza towarzyszy
pracy, ich moralne ubóstwo, czy też niski poziom ich duchowego rozwoju.

Jakże często nasza burżuazja unosi się w moralnym oburzeniu, gdy słyszy z ust
jakiegoś nieszczęsnego włóczęgi, że jest mu obojętne, czy jest Niemcem, czy nie, byle miał
zapewniony byt. Natychmiast głośno protestują i są przerażeni takimi poglądami.

Ale ilu naprawdę zadało sobie pytanie, dlaczego ich poglądy są lepsze. Ilu jest takich,
co pamiętają o wielkości ojczyzny, o swoim narodzie we wszystkich dziedzinach kulturalnego
i artystycznego życia, które daje im prawo do dumy wynikającej z przynależności do tego
błogosławionego narodu? Jak wielu z nich ma świadomość, że poczucie dumy z własnej
ojczyzny zależy od zrozumienia jego wielkości we wszystkich tych dziedzinach?

Szybko i gruntownie nauczyłem się rozumieć coś, czego poprzednio byłem
nieświadomy.

Problem nacjonalizmu ludzi jest pierwszym i głównym warunkiem stworzenia
zdrowych socjalnych warunków jako podstawy wychowania jednostki. Ponieważ tylko ten,
kto poprzez wychowanie i szkołę poznał kulturalną, ekonomiczną, a nade wszystko
polityczną wielkość swojej ojczyzny, może uzyskać poczucie dumy, że jest członkiem takiego
narodu. Walczyć mogę tylko o coś, co miłuję, miłuję tylko to, co szanuję, a szanuję jedynie
to, co rozumiem.

Teraz, gdy obudziło się we mnie zainteresowanie zagadnieniami socjalnymi,
zacząłem studiować je gruntownie. Przede mną otworzył się nowy i nieznany świat.

W latach 1909-19IO moje położenie ekonomiczne zmieniło się w takim stopniu, że nie
musiałem pracować na chleb jako robotnik pomocniczy. Pracowałem samodzielnie jako
malarz i akwarelista.

Psychika szerokich mas nie jest wrażliwa ha pół. Środki i słabości. Podobnie jak
kobieta, na której delikatność uczuć mniejszy wpływ ma abstrakcyjna mądrość niż bliżej
nieokreślona tęsknota poddania się uczuciom, łatwiej ulegnie mocnemu mężczyźnie niż
słabemu, tak i ludzie bardziej kochają mocnego władcę niż słabego i czują większą
satysfakcję z doktryny, która nie toleruje rywali, niż z takiej, która uznaje liberalną wolność -
naród na ogół nie wie, jak się nią posługiwać i wnet czuje się opuszczony.

Jeżeli doktryna słuszniejsza, ale w praktyce bardziej bezlitosna, przeciwstawi się
socjaldemokracji, to ta doktryna, być może w ciężkiej walce, ale zwycięży.
Jeszcze przed dwoma laty nie były znane ani zasady socjaldemokracji, ani instrumenty,
którymi się w działaniu posługiwała.

Ponieważ socjaldemokracja najlepiej zna wartość siły z własnego doświadczenia,
zwykle atakuje tych, u których wyczuwa instynktownie brak tego elementu.
Z drugiej strony chwali słabość przeciwnika, początkowo ostrożnie, później śmielej,
stosownie do poznanej lub przewidywanej jego wartości.

Mniej obawia się ona bezsilnego geniuszu niż kogoś mocnego, ale miernego pod
względem umysłowym. Najbardziej popiera słabych zarówno na ciele, jak i na duchu. Wie,
jak wywołać wrażenie, iż potrafi zachować spokój, podczas gdy zdobywa jedną pozycję po
drugiej. Stosuje także ciche represje lub jawny rozbój w momentach, gdy uwaga opinii
publicznej jest skierowana ku innym sprawom. Niekiedy nie porusza pewnych spraw
uważając je za nieistotne, aby celowo pobudzać na nowo niebezpiecznego przeciwnika.

Jest to taktyka całkowicie obliczona na ludzką słabość, a jej rezultat jest
matematycznie pewny, chyba że i druga strona nauczy się, jak walczyć.

Słabsze natury muszą wiedzieć, że chodzi tutaj o ich "być albo nie być". Zastraszenie
W warsztatach i fabrykach, na spotkaniach i masowych demonstracjach będzie skuteczne,
dopóki nie natrafi na równą sobie siłę.

Nędza, która dopada robotników, wcześniej czy później kieruje ich do obozu
socjaldemokracji.

Ponieważ mieszczaństwo niezliczoną ilość razy, nie tylko w najgłupszy, ale także i
najbardziej niemoralny sposób występowało przeciwko uzasadnionym Żądaniom ludu -
często bez żadnych korzyści dla siebie - dlatego robotnicy, nawet ci najbardziej zdyscyplinowani,
byli zmuszani do porzucania działalności w organizacjach związkowych i do
zajmowania się polityką.

W wieku dwudziestu lat nauczyłem się odróżniać związki zawodowe będące
instrumentem obrony socjalnych praw pracujących i walki o lepsze warunki życia dla nich od
związków pełniących funkcję instrumentu partyjnego w politycznej walce klasowej .

Fakt, że socjaldemokracja zrozumiała ogromne znaczenie ruchu związkowego,
umożliwił jej posługiwanie się nim jako instrumentem walki i zapewnił jej sukces.
Mieszczaństwo nie zrozumiało tego, wskutek czego straciło swoją polityczną pozycję.
Wierzyło ono, że pogardliwe odrzucenie tego logicznego przecież postępowania, zada mu
śmierć i zmusi socjaldemokrację do wejścia na drogę pozbawioną logiki. Ponieważ absurdem
jest twierdzenie, że ruch związkowy jest głównym, wrogiem ojczyzny, prawdziwy musi
być pogląd przeciwny. Jeżeli akcje związków są wymierzone przeciwko klasie stanowiącej
jeden z filarów narodu i odnoszą sukces, to nie są one skierowane przeciwko ojczyźnie czy
państwu, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu narodowo. W ten sposób można ukuć
socjalne podstawy, bez których ogólne narodowe uświadomienie jest nie do pomyślenia.
Zyskują one największe zasługi dzięki wykorzenianiu socjalnych narośli rakowatych,
zwalczają choroby zarówno umysłowe, jak i fizyczne i doprowadzają naród do ogólnego
dobrobytu.

Zbędne jest więc pytanie, czy są one potrzebne.

Tak długo, jak między pracodawcami istnieją ludzie o niewielkim stopniu zrozumienia
zagadnień socjalnych lub - przekonani do fałszywych idei sprawiedliwości i uczciwości, jest
nie tylko prawem, ale i obowiązkiem ludzi przez nich zatrudnionych, którzy mimo wszystko
tworzą część naszej narodowości, zabezpieczyć interesy ogółu przeciwko wyzyskowi i
głupocie poszczególnych pracodawców, ponieważ utrzymanie lojalności i zaufania ludzi jest
dla narodu tak samo konieczne, jak utrzymanie go w zdrowiu.

Jeżeli niegodne traktowanie ludzi wywołuje ich opór, wtedy o tej walce zadecyduje
strona, która jest silniejsza, chyba że oficjalny wymiar sprawiedliwości jest przygotowany do
odparcia zła. Ponadto jest zrozumiałe, że poszczególny pracodawca popierany przez połączone
siły wszystkich przedsiębiorców może zwrócić się przeciwko zatrudnionym. Jeżeli
oczywiście nie będzie zmuszony oddać zwycięstwa na samym początku.

W ciągu kilkudziesięciu lat pod fachowym okiem socjaldemokracji ruch związkowy
przekształcił się z instrumentu broniącego socjalnych praw ludzi w instrument rujnujący
narodową gospodarkę. Interesy robotników wcale się nie liczyły, ponieważ w polityce zastosowanie
ekonomicznych nacisków zawsze ma miejsce tam, gdzie jedna strona jest w
wystarczającym stopniu pozbawiona skrupułów, a druga wystarczająco głupia. Od początku
tego wieku ruch związkowy zaprzestał służyć swoim pierwotnym celom. Z roku na rok coraz
bardziej znajdował się pod wpływem polityki socjaldemokracji i skończył się, użyty jako tama
dla walki klas.

"Wolne związki zawodowe" zawisły nad politycznym horyzontem i nad życiem
każdego człowieka, jak chmury burzowe.

To był jeden z najokropniejszych instrumentów terroru przeciwko bezpieczeństwu,
narodowej niezależności i trwałości państwa oraz wolności ludzi.

Przede wszystkim to one przekształciły idee demokracji w odrażające, ironiczne
frazesy przynoszące wstyd wolności i kpiące z braterstwa następującymi słowami "jeżeli nie
przyłączysz się do nas, dla twojego dobra rozwalimy ci czaszkę".

Poznałem wówczas tych "przyjaciół ludu". Z biegiem lat moje poglądy stawały się
szersze i głębsze, ale nie znajdowałem przyczyny, aby je zmienić.

Gdy coraz bardziej wnikałem w różne aspekty socjaldemokracji, wzrosło moje
pragnienie zrozumienia istoty jej doktryny.
Oficjalna literatura partii była prawie zupełnie bezużyteczna dla moich celów. Twierdzenia i
argumenty dotyczące zagadnień ekonomicznych, które tam znalazłem, okazały się błędne, a
kierunki politycznych celów - fałszywe. Poczułem się dodatkowo odtrącony krętackimi
sposobami przedstawiania faktów.

W końcu znalazłem powiązanie pomiędzy tą destrukcyjną doktryną, a
charakterystycznymi cechami rasy do tej pory mi nie znanej .

Zrozumienie Żydów jest jedynym kluczem do właściwego poznania wewnętrznych, a
więc rzeczywistych celów socjaldemokracji.

Zrozumienie tej rasy pozwala na odrzucenie błędnych koncepcji dotyczących
przedmiotu i znaczenia tej partii.

Dzisiaj jest mi trudno powiedzieć, jeżeli to w ogóle możliwe, kiedy słowo "Żyd" nabrało
dla mnie socjalnego znaczenia. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek usłyszał to słowo w domu
za życia mego ojca. Myślę, że ten starszy pan traktował je jak słowo z innej epoki, jeżeli w
ogóle używał tego terminu. Miał mocne poczucie własnej narodowości, które również na
mnie wywarło swe piętno.

Także w szkole nie znalazłem podstaw do zmiany wyniesionego z domu obrazu
rzeczywistości.

W szkole realnej poznałem żydowskiego chłopca, którego wszyscy traktowaliśmy z
dużą nieufnością. Ta ostrożność spowodowana była jego powściągliwością.

W wieku czternastu, piętnastu lat zacząłem coraz częściej spotykać się ze słowem
"Żyd", szczególnie przy okazji politycznych dyskusji.

Odczuwałem lekką niechęć do tego słowa i nie mogłem powstrzymać się przed
nieprzyjemnym uczuciem wywołanym przez ujawniane w mojej obecności różnice religijne.
Wówczas zagadnienie to widziałem wyłącznie w tym aspekcie.

W Linzu mieszkało bardzo mało Żydów. W ciągu stuleci upodobnili się do
Europejczyków i nie różnili się wyglądem od innych ludzi: wówczas rzeczywiście patrzyłem
na nich jak na Niemców. Nie była dla mnie jasna błędność tej koncepcji, ponieważ jedynym
wyróżniającym ich szczegółem, który dostrzegałem, była odrębność religijna. Wówczas
myślałem, że to była przyczyn a ich prześladowania, a niechęć, jaką do nich czułem,
przeradzała się w odrazę do siebie. O istnieniu żydowskiej wrogości nie miałem wówczas
pojęcia.

Następnie pojechałem do Wiednia.

Początkowo znajdowałem się pod wrażeniem architektonicznych doznań i byłem zbyt
przybity trudną sytuacją, by uświadomić sobie rozwarstwienie ludzi w tym ogromnym
mieście.

Chociaż Wiedeń liczył wówczas około dwóch tysięcy Żydów, nie widziałem ich wśród
dwu milionów mieszkańców. W czasie pierwszych tygodni moje oczy i umysł nie były zdolne
zauważyć tylu wartości i idei. Stopniowo uspokajałem się i różne wrażenia zaczęły się
stawać wyraźne i oczywiste, przez co zyskiwałem więcej doświadczenia w tym nowym
świecie. Powracałem także do kwestii żydowskiej .

Nie twierdzę, że sposób, w jaki miałem ich poznać, był dla mnie szczególnie miły.
Ciągle jeszcze traktowałem Żydów jako przedstawicieli innej religii i nie zgadzałem się na
atakowanie ich z powodu zwykłej tolerancji religijnej. Uważałem, że ton, używany szczególnie
przez wiedeńską antysemicką prasę, niegodny był kulturalnych tradycji wielkiego narodu.

Dręczyło mnie wspomnienie pewnych zdarzeń ze Średniowiecza, których wolę nie
wspominać. Ponieważ prasa nie cieszyła się dobrą reputacją - nigdy nie wiedziałem
dokładnie, skąd to się wzięło - uważałem to bardziej za efekt zazdrości niż rezultat
przewrotności poglądów.

Moje przekonania umocniło to - wydawało mi się to bardziej godne w formie -gdy
naprawdę wielka prasa odpowiadała na ataki albo reagowała milczeniem. Pilnie czytałem tak
zwaną światową prasę ("Neue Freie Presse",. " Wiener Tageblatt", etc.). Stale jednak budził
we mnie odrazę sposób, w jaki ta prasa nadskakiwała dworowi. Zaledwie jakieś wydarzenie
miało miejsce w Hofburgu, a już uderzano w tony pełne; zachwytu bądź krzykliwej reklamy,
stosując idiotyczną praktykę zwracania się do "najmądrzejszego monarchy" wszystkich
czasów. Uważałem to za skazę na liberalnej demokracji.

Mieszkając w Wiedniu z wielkim zainteresowaniem śledziłem, podobnie jak
wcześniej, wszelkie wypadki w Niemczech, związane z politycznymi lub kulturalnymi
zagadnieniami. Z dumą i podziwem porównywałem wzrost znaczenia Rzeszy z upadkiem
państwa austriackiego. Gdy polityka zagraniczna w całości mnie satysfakcjonowała, martwiła
mnie często polityka wewnętrzna. Kampania przeciwko Wilhelmowi II nie wzbudziła mojej
aprobaty. Uważałem go nie tylko za cesarza niemieckiego, . ale przede wszystkim za twórcę
niemieckiej floty. Fakt, że Reichstag zakazał cesarzowi przemówień, rozgniewał mnie,
ponieważ zakaz nie miał mocy prawnej.

Byłem wściekły, że w tym państwie każdemu głupcowi wolno krytykować i
występować w Reichstagu jako prawodawcy, że osoba nosząca koronę imperium może być
strofowana przez najgłupszą i najbardziej absurdalną instytucję w każdym czasie .Jeszcze
bardziej byłem oburzony tym, że wiedeńska prasa, która kłaniała się z szacunkiem
najniższemu z niskich, jeżeli zaliczał się do dworu, teraz z udawanym niepokojem, ale także
- jak zauważyłem - z ukrytą wrogością dawała wyraz swym zastrzeżeniom do cesarza
Niemiec. Muszę przyznać, że jedna z antysemickich gazet, " Wentsche Volksblatt",
zachowywała większą przyzwoitość pisząc na ten temat.

Działał mi też na nerwy sposób, w jaki prasa odnosiła się do Francji. Wstyd było się
przyznać, że jest się Niemcem, słysząc słodki hymn na cześć tego " wielkiego, kulturalnego
narodu". To powodowało, że częściej odrzucałem tę "światową prasę". Sięgałem wtedy po
"Volksblatt", który był mniejszy, ale uczciwiej przedstawiał poglądy na te sprawy. Nie
zgadzałem się z ich napastliwym antysemickim tonem, ale znalazłem w nim argumenty,
które wywołały u mnie refleksje.

W każdym razie dowiedziałem się z niego o człowieku i ruchu, którzy później
zadecydowali o losie Wiednia: doktorze Karlu Luegerze i Partii Chrześcijańsko-
Socjalistycznej.

Po przybyciu do Wiednia byłem ich wrogiem .W moich oczach ten człowiek i ta
organizacja były wówczas "reakcyjne".

Kiedy pewnego razu spacerowałem po mieście, napotkałem jakąś istotę z czarnymi
pejsami, w długim kaftanie. Moją pierwszą myślą było, czy jest to Żyd. W Li n z u wyglądali
oni zupełnie inaczej. Ostrożnie obserwowałem tego mężczyznę, ale im dłużej wpatrywałem
się w niego i badałem jego rysy, tym bardziej nasuwało mi się pytanie: czy to jest Niemiec?

Jak zwykłe przy takich okazjach próbowałem rozwiać moje wątpliwości przy pomocy
książek. Pierwszy raz w życiu kupiłem za kilka halerzy antysemickie broszury. Niestety
wszystkie one zdawały się być napisane dla czytelnika, który ma przynajmniej częściową
wiedzę na temat zagadnień żydowskich. W końcu ton większości z nich był taki, że znowu
ogarnęły mnie wątpliwości, ponadto twierdzenia w nich zawarte nie były poparte naukowymi
argumentami.

Sprawa ta wydawała się tak bardzo rozległa, a jej badanie zbyt długotrwałe, że
nękała mnie obawa, abym nie wyrządził komuś krzywdy. Znowu ogarnęła mnie niepewność i
niepokój .

Nie mogłem dłużej wątpić, ten problem nie dotyczył ludzi innej wiary, ale odrębnego
narodu. Jak tylko zacząłem studiować to zagadnienie i zwróciłem uwagę na Żydów, ujrzałem
Wiedeń w innym świetle. Teraz gdziekolwiek nie poszedłem widziałem Żydów, a im częściej
ich spotykałem, tym wyraźniej zauważałem, że, różnili się od innych ludzi. Szczególnie
śródmieście i rejony znajdujące się na północ od kanału Dunaju; roiły się od ludzi
niepodobnych do Niemców.

Mimo to wciąż miałem wątpliwości, a moje wahania rozwiali sami Żydzi.

Wielki ruch, który rozszerzał się wśród nich, był szeroko reprezentowany zwłaszcza w
Wiedniu. Był to syjonizm.

Oczywiście wyglądało to tak, jakby tylko część Żydów zajmowała taką postawę,
większość natomiast rzeczywiście szczerze odrzucała takie zasady. Jednak przy
baczniejszej obserwacji, zjawisko to rozwiało się we mgle teorii, faktycznie ze względów
praktycznych, ponieważ tak zwani liberalni Żydzi nie uznawali syjonistów, ale nie jako nieŻydzi,
ale po prostu jako Żydzi, którzy uważali syjonizm za niepraktyczny, mało tego, może
nawet za niebezpieczny dla judaizmu.

Ale ich wewnętrzna solidarność jest trwała.

Pozorny rozdźwięk pomiędzy syjonistami i liberalnymi Żydami w krótkim czasie
przyprawił mnie o mdłości. Wydawał się być nieszczery od początku do końca, cały był
kłamstwem, a co więcej, niegodny był stale wychwalanej wzniosłości i czystości moralnej
tego narodu.

Judaizm wiele stracił w moich oczach, kiedy poznałem przejawy jego działalności w
prasie, literaturze i dramatopisarstwie. Na nic nie zdadzą się już obłudne zapewnienia.
Wystarczy tylko popatrzeć na ich plakaty i przestudiować nazwiska tych natchnionych
twórców obrzydliwych wymysłów na potrzeby kina czy teatru, które są im przypisywane, żeby
się na nie na zawsze uodpornić. Ta zaraza, która została wszczepiona naszemu narodowi,
była gorsza niż czarna śmierć.

Zacząłem uważnie studiować nazwiska wszystkich twórców tych plugawych
produktów życia artystycznego. Efektem była coraz bardziej nieprzychylna postawa, jaką
kiedykolwiek zajmowałem w stosunku do Żydów. Chociaż moje uczucia mogły się
sprzeciwiać temu tysiąc razy, rozum musiał jednak wyciągać właściwe wnioski.

Pod tym samym kątem zacząłem badać moją ulubioną "prasę światową".

Liberalne tendencje w tej prasie postrzegałem teraz w innym świetle: jej
uszlachetniony ton w odpowiedzi na ataki lub zupełne ich ignorowanie był dla mnie chytrym,
nędznym trikiem. Ich genialnie napisane recenzje teatralne zawsze faworyzowały
żydowskich autorów, a krytyka dotyczyła wyłącznie Niemców. Ich uszczypliwe docinki
przeciwko Wilhelmowi II, podobnie jak ich podziw dla francuskiej kultury i cywilizacji
wykazywały zgodność ich metod. To nie mógł być przypadek.

Teraz, kiedy poznałem Żydów jako przywódców socjaldemokracji, otworzyły mi się
oczy. Moja długotrwała walka wewnętrzna do biegała końca.

Stopniowo zdawałem sobie sprawę, że socjaldemokratyczna prasa była w większości
kontrolowana przez Żydów. Nie przywiązywałem do tego większej wagi, ale dokładnie taka
sama sytuacja była w innych gazetach. Należy jednak zauważyć, że nie istniało ani jedno
czasopismo kierowane przez Żydów, które miałoby charakter narodowy.

Próbowałem odrzucić niechęć i czytać tę prasę, ale moja odraza rosła w miarę
lektury. Dlatego byłem ciekawy autorów tego narodowego draństwa; poczynając od
wydawców wszyscy byli Żydami.
Zauważyłem, że autorami wszelkich ukazujących się socjaldemokratycznych broszur byli,
bez wyjątku, Żydzi. Stwierdziłem, że nazwiska prawie wszystkich przywódców, a na pewno
ogromnej większości, należały do "narodu wybranego", obojętnie czy byli to członkowie
parlamentu austriackiego, czy sekretarze związków zawodowych, przewodniczący
organizacji lub uliczni agitatorzy. Wszędzie widoczny by l ten sam ponury obraz. Na zawsze
pozostały w mej pamięci nazwiska: Austerlik, Dariel, Adler, Ellenbogen itd.

Jedna rzecz stała się teraz dla mnie zupełnie jasna, przywództwo partii, z którym od
miesięcy prowadziłem zażartą walkę, było prawie zupełnie w rękach obcego narodu.
Dowiedziałem się w końcu, ku mojej wewnętrznej satysfakcji, że Żyd nie był Niemcem.

Dopiero teraz nabrałem całkowitej pewności, że działali oni na szkodę naszego
narodu.

Im dłużej walczyłem z nimi, tym lepiej poznawałem ich dialektyczne metody. Bazowali
na głupocie swoich przeciwników, a gdy to nie przynosiło rezultatów, udawali, że nie wiedzą,
o co chodzi. Jeżeli sytuacja nie była dla nich korzystna, szybko zmieniali temat i te same
banały stosowali do zupełnie innego zagadnienia. Dopasowywali je w sposób dowolny i
ogólnikowy, chcąc sprawić wrażenie, że posiadają rzetelną wiedzę. Gdy jednak przystawiało
się takiego osobnika do muru, tak że nie miał innego wyjścia i musiał przytaknąć, wydawało
nam się, że posunęliśmy się do przodu. Jakież ogromne było nasze zdziwienie, gdy
nazajutrz Żyd nic nie pamiętał i dalej opowiadał swoje skandaliczne bzdury, jakby nic się nie
stało. Nie mógł sobie nic przypomnieć, oprócz udowodnionych już raz prawd swoich
twierdzeń.
Ze zdumienia stawałem jak wryty. Nikt nie wiedział czemu bardziej się dziwić -
błyskotliwości ich odpowiedzi czy umiejętności kłamania. Stopniowo zaczynałem to
nienawidzić.

Wszystko to miało jednak dobrą stronę. Moja miłość do narodu niemieckiego
wzrastała wszędzie tam, gdzie miałem do czynienia z propagatorami socjaldemokracji.

Na podstawie codziennych doświadczeń zaczynałem szukać źródeł marksistowskiej
doktryny. Jej przejawy były jeszcze dla mnie widoczne w indywidualnych przypadkach. Bez
odpowiedzi pozostawało ciągle pytanie, czy twórcom znany był rezultat osiągnięty w praktyce,
czy też stali się ofiarami błędu.

Zacząłem zapoznawać się z twórcami doktryny, aby poznać zasady tego ruchu.

Dzięki znajomości, chociaż niezbyt rozległej, problemu żydowskiego, osiągnąłem
swój cel szybciej, niż się tego spodziewałem. Umożliwiło mi to w praktyce porównanie
rzeczywistości z teoretycznymi twierdzeniami orędowników socjaldemokracji. Nauczyłem się
rozumieć metody Żydów.

Dokonywały się we mnie wówczas największe zmiany, jakich kiedykolwiek
doświadczyłem. Z szarego obywatela stałem się fanatycznym antysemitą.
Żydowska doktryna marksistowska odrzuca arystokratyczne prawo natury i w miejsce
odwiecznego przywileju siły kładzie masy i znaczenie ilości. W ten sposób zaprzecza
indywidualnej wartości człowieka, nie uznaje, aby narodowość i rasa były wartością,
pozbawia znaczenia ludzką egzystencję i kulturę.

Jeżeli Żyd z pomocą swego marksistowskiego credo podbije narody świata, jego panowanie
będzie końcem ludzkości, a nasza planeta, bezludna jak przed milionami lat, będzie pędzić w
eterze.

Odwieczna natura bezwzględnie karze tych, którzy; łamią jej prawa.

To daje mi przekonanie, że działam w imieniu Wszechmogącego Stwórcy.

 

ROZDZIAŁ III

Poglądy polityczne z okresu wiedeńskiego

Generalnie rzecz biorąc myśl polityczna w starej naddunajskiej monarchii była
bogatsza i miała szerszy zakres niż w Niemczech w tam samym czasie, z wyjątkiem Prus,
Hamburga i wybrzeża Morza Północnego.

Niemiecki Austriak, żyjąc w granicach wielkiego imperium, nigdy nie stracił poczucia
obowiązków z tego wynikających. Tylko on w tym państwie poza granicami cesarstwa widział
jeszcze granice imperium. Chociaż przeznaczenie oderwało go od wspólnej ojczyzny, do
końca jednak próbował dokonać wielkiego zadania, polegającego na utrzymaniu tego
imperium dla Niemiec, bo zdobyli je jego przodkowie w trwających wiele wieków walkach na
wschodzie. W sercach i w pamięci najlepszych Niemców nigdy nie wygasła sympatia dla
wspólnej ojczyzny-matki.

Krąg widzenia Niemca austriackiego był szerszy niż mieszkańców reszty imperium.
jego stosunki ekonomiczne często obejmowały całe imperium. Prawie wszystkie wielkie
zakłady znajdowały się w jego rękach, podobnie jak stanowiska urzędnicze i techniczne.
Poza tym zajmował się handlem zagranicznym, o ile Żydostwo nie zdążyło położyć ręki na
tej dziedzinie. Niemiecki Austriak - rekrut - powoływany był do niemieckiego regimentu, z tym
że ów regiment mógł także stacjonować w Herzegowinie, jak w Wiedniu czy Galicji. Korpus
oficerski pozostawał niemiecki, w tymi zwłaszcza wyżsi oficerowie. Sztuka i nauka były
niemieckie. W muzyce, architekturze, rzeźbiarstwie i malarstwie Wiedeń był niewyczerpanym
źródłem nowych prądów.

Także polityka zagraniczna była kierowana przez Niemców, chociaż można się było
również doliczyć kilku Węgrów .

Mimo to możliwości utrzymania imperium były niewielkie, ponieważ brakowało
najważniejszych założeń. W austriackim imperium wielonarodowościowym jedyną
możliwością przezwyciężenia tendencji odśrodkowych poszczególnych nacji mogło być
zarządzanie centralne i zorganizowanie wewnętrzne. W innym wypadku nie mogło ono
przetrwać.

Rzeszę niemiecką, w przeciwieństwie do Austrii, gdzie warunki były odmienne,
zamieszkiwał jeden naród.

W różnych krajach Austrii, z wyjątkiem Węgier, przeszłość nie odgrywała większej
roli, być może zniszczył ją czas. Za to rozwijały się w nich ruchy narodowościowe, których
zwalczanie było trudne. Na obrzeżach monarchii zaczęły się tworzyć państwa narodowościowe.

Sam Wiedeń nie mógł przez dłuższy czas tej walki wytrzymać.

Kiedy Budapeszt stał się wielkim miastem, okazał się rywalem Wiednia. Od tej pory
już nie wzmacniał całej monarchii, lecz tylko jej część. Wkrótce Praga poszła za jego
przykładem, następnie Lwów i inne centra.

Od śmierci Józefa II w 1790 roku ten proces był coraz bardziej widoczny. Jego
szybkość zależała od różnych czynników, które częściowo znajdowały się w samej
monarchii, a częściowo były rezultatem posunięć Austrii w polityce zagranicznej .

Jeżeli walka o utrzymanie państwa miała być poważna i skuteczna, to osiągnąć ten
cel można było jedynie poprzez bezwzględną i konsekwentną centralizację. Ale to
wymagałoby wprowadzenia zasady jednolitego języka państwowego, a więc także
przygotowania technicznych instrumentów wprowadzenia go drogą administracyjną,
ponieważ bez tego państwo nie może przetrwać. Jedynym sposobem osiągnięcia tej
jednolitości jest wyrobienie świadomości już w szkole i w ogóle w czasie pobierania nauki.
Nie można tego osiągnąć w dziesięć czy dwadzieścia lat, a dopiero w ciągu wieków,
ponieważ tak jak w przypadku wszelkich problemów kolonizacyjnych konsekwentne dążenie
do celu jest znacznie ważniejsze niż spazmatyczne wysiłki.

Austriackie imperium nie składało się z podobnych narodów - nie łączyła ich wspólna
krew, ale raczej wspólna pięść. Słabość kierownictwa niekoniecznie musi prowadzić do
odrętwienia w państwie, ale może obudzić indywidualne instynkty.

Niezrozumienie tego jest być może największą winą Habsburgów.

Józef II, cesarz rzymski narodu niemieckiego, rozumiał, że jego "Dom" stanie nad
przepaścią i dostanie się w wir babilonu ras, chyba że w ostatniej chwili uda mu się naprawić
słabe strony dokonań jego poprzedników. Ten "przyjaciel ludu" zaczął z nadludzką energią
naprawiać zaniedbania poprzednich władców i próbował w okresie dziesięciu lat odzyskać
to, co zostało wypuszczone z rąk w ciągu stuleci. Jego następcy nie stanęli na wysokości
zadania ani duchem, ani siłą woli.

Rewolucja 1848 roku była, być może wszędzie, walką klas, lecz w Austrii była ona
początkiem walki narodów. Ale Niemiec, zapominając o swoim pochodzeniu i nie zdając
sobie sprawy z jego znaczenia stanął w służbie ruchu rewolucyjnego i przypieczętował w ten
sposób swój los.

Odegrał znaczną rolę w budzeniu ducha światowej demokracji, która w krótkim czasie
obrabowała gol z podstaw jego egzystencji.

Utworzenie reprezentacyjnego ciała parlamentu, bez[ uprzedniego ustanowienia
języka państwowego, stanowiło początek końca panowania niemieckiej rasy; od tej chwili
samo państwo wydało na siebie wyrok. To, co następnie się stało, było już tylko ewolucją
imperium.

Nie chcę wchodzić w szczegóły, ponieważ nie jest to celem tej książki, chcę jedynie
rozważyć te wypadki, które będąc zawsze przyczynami upadku narodów i państw, mają
znaczenie dla naszej epoki, a i mnie pomogą ustalić zasady własnej myśli polityczne).

Wśród instytucji wskazywanych zwykłym obywatelom -chociaż nietrudno było
zauważyć, że monarchia jest rozbita - najważniejszą, stanowiącą podstawową jakość był
parlament, czy jak go zwano w Austrii Reichsrat.

Jest oczywiste, że parlament w Anglii, kraju "klasycznej" demokracji, był ojcem tego
ciała. Ta błogosławiona instytucja została przeniesiona stamtąd w całości i osadzona w
Wiedniu bez istotnych zmian.

Angielski dwuizbowy system rozpoczął swój byt w "Abgeordnetenhaus und
Herrenhaus". Jednak "domy" się nieco różniły. Gdy Barry pozwolił na wyłonienie się pałacu z
fal Tamizy, zaczerpnął z historii brytyjskiego imperium natchnienie udekorowania tysiąca
dwustu nisz, konsoli i kolumn tego wspaniałego gmachu. W ten sposób w rzeźbiarstwie i
malarstwie Izba Lordów i Wspólna Izba Reprezentantów stały się Świątynią narodowej
chwały.

To był pierwszy problem Wiednia. Gdy Duńczyk Hansen ukończył ostatnią wieżyczkę
marmurowego pałacu dla przedstawicieli narodów, nie pozostawało mu nic innego jak
zapożyczyć ornamenty z antyku. Greccy i rzymscy mężowie stanu i filozofowie upiększyli ten
teatralny gmach "zachodniej demokracji", a na szczycie z symboliczną ironią umieszczono
kwadrygę obracającą się na cztery strony świata i obrazującą rozbieżne tendencje wewnątrz
państwa.

Inne narodowości uznały za zniewagę i prowokację fakt, że tą pracą gloryfikowano
austriacką historię, podobnie jak i to, że w imperium niemieckim ośmielono się poświęcić
budynek Reichstagu w Berlinie "narodowi niemieckiemu".

Los Niemców w państwie austriackim zależał od ich siły w Reichsracie. Do czasu
wprowadzenia powszechnego i tajnego głosowania Niemcy posiadali większość w
parlamencie. Nawet wtedy, gdy socjaldemokracja nie była jeszcze uważana za niemiecką
partię. Od wprowadzenia powszechnego głosowania Niemcy stracili liczebną przewagę.
Teraz nie było już żadnych przeszkód w dalszej degeneracji państwa.

Obecna demokracja zachodnia jest zwiastunem marksizmu, który nie powstałby bez
demokracji. Jest ona pożywką zarazy rozwijającej się na świecie. W swojej zewnętrznej
formie wyrazu - w systemie parlamentarnym - pojawia się ona jako "potworność gówna i ognia"
(ein Spottgebust aus Dreck und Feuer), ku memu ubolewaniu jej ogień wypalił się zbyt
szybko.

Jestem bardzo wdzięczny losowi, że ten problem stanął przede mną jeszcze w
Wiedniu. Obawiam się, że w Niemczech znalazłbym zbyt łatwo odpowiedź na to pytanie.
Gdybym za pierwszym pobytem w Berlinie poznał absurdalność związaną z
funkcjonowaniem parlamentu, mógłbym popaść w przeciwną skrajność, to znaczy popierać
idee imperialne i bez zastanowienia stanąć w opozycji do ludzkości.
W Austrii to było niemożliwe. Nie tak łatwo było popełnić tak prosty błąd. Jeżeli parlament nic
nie był wart, Habsburgowie jeszcze mniej znaczyli, w każdym razie nie więcej.

Parlament podejmuje decyzję, jej konsekwencje są fatalne - nikt nie ponosi
odpowiedzialności, nikt nie ma obowiązku wytłumaczyć się z tego. Czy parlament bierze
odpowiedzialność za rząd, który wyrządził ! wszelkie szkody i po prostu ustępuje z urzędu?
Albo czy parlament się rozwiązuje, kiedy zmienia się koalicja? Czy w ogóle większość może
być za cokolwiek odpowiedzialna? Czyż każda koncepcja odpowiedzialności nie jest
związana z jednostką? A czy w praktyce jest możliwe oskarżenie jakiejś osobistości z rządu
o machinacje?

Czy sądzimy, że rozwój tego świata bierze się z połączonej inteligencji większej
grupy, a nie z umysłu poszczególnych jednostek? Albo czy wyobrażamy sobie, że w
przyszłości będziemy mogli pomijać ten aspekt ludzkiej kultury?

Czy przeciwnie, nie jest teraz nawet bardziej potrzebny niż dawniej?

Czytelnikowi żydowskich gazet trudno sobie wyobrazić zło spowodowane przez
nowoczesne instytucje demokracji, kontrolowane przez parlament, chyba że nauczył się
samodzielnie myśleć i badać. J es t to podstawowa przyczyna zalania naszego politycznego
życia najbardziej bezwartościowymi zjawiskami naszych czasów.

Jednej rzeczy nie wolno nigdy zapomnieć. Większość nie może nigdy zastąpić
jednostki. Większość jest nie tylko obrońcą głupoty, ale także tchórzliwej polityki i tak jak stu
głupców nie może stać się jednym mądrym, tak i bohaterskiej decyzji nie może wydać stu
tchórzy.

Daleko bardziej skutecznym podziałem w politycznej edukacji, którą w tym przypadku
jest właściwiej nazywać propagandą, jest ten, który przypisuje się prasie zajmującej się
"pracą uświadamiającą" i w ten sposób będącej w pewnym sensie rodzajem szkoły dla
dorosłych. Ta nauka nie leży jednak w gestii państwa, bo jest przejęta przez siły w
przeważającej części pośledniego charakteru. Gdy jeszcze jako młody człowiek byłem w
Wiedniu, miałem najlepszą sposobność poznać właścicieli i mądrych rzemieślników tej
maszyny do masowej edukacji. Z początku dziwiłem się, jak w krótkim czasie te złe siły w
państwie zdołały tak bardzo wpłynąć na opinię publiczną. W ciągu kilku dni ten absurd stał
się sprawą państwową w wielkich konsekwencjach, podczas gdy w tym samym czasie podstawowe
problemy poszły w zapomnienie albo może należałoby raczej powiedzieć, że
zostały skradzione z pamięci i pola widzenia.

Tym samym w ciągu kilku tygodni wylansowano nazwiska i związano z nimi
nieprawdopodobne nadzieje. Zyskały one taką popularność, której nie mógłby osiągnąć
przez całe życie naprawdę wielki człowiek, i to nazwiska, o których jeszcze miesiąc
wcześniej nikt nie słyszał, podczas gdy stare zaufane postacie życia publicznego i
państwowego poszły w zapomnienie albo zostały obrzucone takimi pomówieniami, że
mogłyby stać się symbolem hańby. Trzeba było koniecznie badać te niegodziwe, żydowskie
metody równocześnie w setkach miejsc, aby móc ocenić w pełni niebezpieczeństwo grożące
ze strony tych łajdaków.

Najszybciej, najłatwiej uchwycimy bezsens i niebezpieczeństwo tej niemoralności,
jeżeli porównamy system demokracji parlamentarnej z prawdziwą niemiecką demokracją.

Najpierw należy zwrócić uwagę na to, że liczba po. wiedzmy pięciuset osób, które
zostały wybrane, jest powołana do decydowania w każdej sprawie. W praktyce oni sami są
rządem, ponieważ gabinet wybrany z tej liczby osób tylko pozornie kieruje sprawami
państwowymi. Ten tak zwany rząd faktycznie nie może podjąć żadnego działania bez
uprzednio otrzymanej zgody zgromadzenia ogólnego. W tej sytuacji nie może za cokolwiek
odpowiadać, ponieważ ostateczna decyzja nigdy do niego nie należy, ale pozostaje w rękach
parlamentarnej większości. On istnieje, aby po prostu wykonywać wolę większości we
wszystkich przypadkach.

Celem obecnej demokracji nie jest ukształtowanie zgromadzenia mądrych ludzi, ale
raczej zebranie tłumu, który jest do niczego nieprzydatny, daje się łatwo poprowadzić w
określonym kierunku, szczególnie jeżeli inteligencja poszczególnych jednostek jest
ograniczona.

Ten parlamentarny system w ostatnich latach ustawicznie zmierzał w kierunku
osłabienia państwa habsburskiego. Ponieważ przewaga niemieckiego elementu została
złamana, system służy rozgrywkom poszczególnych narodowości. Generalnie linia rozwoju
została wytyczona przeciwko Niemcom. W szczególności od czasu, gdy następca tronu,
arcyksiążę Franciszek Ferdynand, zaczął zyskiwać na znaczeniu i poparł czeskie wpływy.
Przyszły władca monarchii usiłował wszelkimi środkami doprowadzić do procesu
degermanizacji. Dlatego często niemieckie miejscowości poddawane były powoli, ale
skutecznie obcojęzycznym wpływom nacji. W dolnej Austrii proces ten posuwał się znacznie
szybciej i wielu Czechów uważało Wiedeń za swoje miasto.

Główna myśl tego nowego Habsburga, którego rodzina mówiła po czesku (żona
arcyksięcia była hrabianką czeską, a w kręgach, z których pochodziła, panowała tradycja
antyniemiecka), zmierzała do założenia w Europie Środkowej państwa słowiańskiego o opcji
katolickiej i miała stanowić zabezpieczenie przed ortodoksyjną Rosją. W ten sposób religia
ponownie została wciągnięta do służby koncepcjom politycznym, co często miało miejsce u
Habsburgów.

Rezultat pod wieloma względami był tragiczny. Ani dom Habsburgów, ani kościół
katolicki nie otrzymały spodziewanych korzyści.

Habsburg stracił tron, Rzym - wielkie państwo.

Po wojnie 1870 roku dom Habsburgów powoli, z premedytacją i determinacją podjął
wysiłek wykorzenienia niebezpiecznej niemieckiej rasy -było to celem słowianofilskiej
rodziny monarchy.

Z poczuciem patriotyzmu ludzie po raz pierwszy przekształcili się w rebeliantów -
rebeliantów buntujących się nie przeciwko państwu, ale przeciwko systemowi rządzenia,
który zmierzał do zniszczenia własnego narodu.

Po raz pierwszy w najnowszej historii Niemiec uwidoczniła się różnica pomiędzy
patriotyzmem dynastycznym, a miłością do ojczyzny i narodu.
Nie wolno zapominać - jest to generalna zasada iż najwyższym celem nie może być
utrzymanie państwa czy rządu, ale raczej ochrona jego narodowego charakteru.

Ludzie prawa są ponad prawami państwa.

Jeżeli w swojej walce o prawa ludzkie naród przegrywa i jest nieprzygotowany lub
niezdolny do walki przetrwanie, to opatrzność zadecyduje o jego końcu .

Świat nie jest dla tchórzliwych narodów.

Wszystko, co było związane z powstaniem i przeminięciem ogólnoniemieckiego ruchu
z jednej strony8i i znacznego rozwoju partii chrześcijańsko-socjalistycznej z drugiej strony,
miało dla mnie duże znaczenie jako przedmiot badań.

Rozpocząłem je od dwóch osób uważanych za założycieli i przywódców dwóch
narodów: Georga Von Schönerera oraz doktora Karla Luegera.

Obaj byli czymś więcej niż przeciętnymi parlamentarnymi osobistościami. W całym
tym bagnie ogólnej politycznej korupcji ich życie pozostało czyste i nie budziło zastrzeżeń.
Pierwotnie moja sympatia skierowana była na Schönerera, ale stopniowo skłaniałem się
również ku przywódcy ruchu chrześcijańsko-demokratycznego.

Porównując ich zdolności uznałem, że Schönerer jest lepszym myślicielem w
zakresie podstawowych problemów. To on, jaśniej i wyraźniej niż ktokolwiek inny, dostrzegł
nieuchronny koniec austriackiego państwa. Gdyby uważniej słuchano jego ostrzeżeń
dotyczących monarchii habsburskiej, nigdy nie doszłoby do nieszczęścia wojny światowej, w
której Niemcy miały przeciwko sobie całą Europę. Schönerer zdawał sobie jednak sprawę z
istoty problemów, które mylnie ocenił.

Siła Luegera tkwiła w tym, że posiadał rzadką znajomość ludzi, a szczególnie unikał
ich idealizowania. Dzięki temu realniej oceniał możliwości, podczas gdy Schönerer miał dla
spraw życiowych mniejsze zrozumienie. Wszystkie pangermańskie idee pod względem
teoretycznym były słuszne, ale brakowało siły i zrozumienia, by tę wiedzę umiejętnie
pokazać szerokiemu ogółowi.

Niestety dostrzegał on tylko w niewielkim stopniu nadzwyczajne ograniczenia woli
walki "mieszczaństwa", które unikało ruchu, bo miało zbyt dużo do stracenia angażując się w
sprawy gospodarcze.

Ten brak zrozumienia dla niższych warstw społecznych spowodował, że jego poglądy
na zagadnienia społeczne nie przystawały do rzeczywistości.

W tym wszystkim doktor Lueger był przeciwieństwem Schönerera, który rozumiał
znakomicie, że siła walki wyższej warstwy mieszczaństwa jest obecnie mała
niewystarczająca do osiągnięcia zwycięstwa przez ten wielki, mocny ruch. Przygotował
użycie wszelkich dostępnych środków, aby przyciągnąć już istniejące instytucje i czerpać z
tych starych źródeł władzy jak największe korzyści dla swego ruchu.

Swoją nową partię oparł przede wszystkim na Średnich warstwach, których byt był
zagrożony i dzięki temu były gotowe do wszelkich poświęceń i zdolne do uporczywej walki.
Jego nadzwyczajna mądrość w utrzymywaniu stosunków z kościołem katolickim pozwoliła
mu pozyskać sobie młodszy kler. W rzeczywistości stara partia klerykalna została zmuszona
do ustąpienia pola albo do przyłączenia się do nowej partii, w nadziei stopniowego
odzyskiwania utraconej pozycji.

Wielką niesprawiedliwość uczyniłoby się temu człowiekowi, gdyby uznać powyższe
za jedyne osiągnięcie, ponieważ był nie tylko wielkim taktykiem, ale także wielkim
inspiratorem reform. Ograniczały go w tym brak dostatecznej wiedzy o dostępnych mu
możliwościach oraz pułap jego własnych zdolności.

Cele, jakie ten naprawdę wybitny człowiek postawił przed sobą, były rzeczywiście
praktyczne. Pragnął zdobyć Wiedeń, serce monarchii. Z tego miasta ostatnie ślady życia
przenikały do chorego i wyczerpanego organizmu rozkładającego się imperium. Jeżeli serce
będzie zdrowe, wtedy i reszta ciała odżyje - ta zasadniczo właściwa idea mogła ujawnić się
dopiero po pewnym czasie.

W tym tkwiła słabość tego człowieka.

Jego osiągnięcia, jako burmistrza miasta, są w najlepszym tego słowa znaczeniu
nieśmiertelne, ale mimo to nie mógł uratować monarchii. Było za późno.

Jego przeciwnik Schönerer widział ten problem jaśniej. To, co doktor Lueger wziął w
swoje ręce, doprowadzał do pomyślnego końca. Schönerer natomiast nie mógł zrealizować
swoich zamierzeń, ale jego obawy spełniły się w okropny sposób.

Wskutek tego żaden z nich nie osiągnął zamierzonego celu. Lueger nie potrafił ocalić
Austrii, a Schönerer nie mógł uchronić narodu niemieckiego przed upadkiem.

Dzisiaj jest dla nas bardzo pouczające badanie przyczyn niepowodzenia obu tych
partii. To jest podstawowe zadanie dla moich przyjaciół, ponieważ w wielu [ punktach obecne
warunki są podobne do tamtych i ich znajomość może nam pomóc uniknąć tych błędów,
które doprowadziły do upadku jednych, a do jałowości drugich. .

Upadek ogólnoniemieckiego ruchu był spowodowany brakiem przywiązywania od
początku najwyższej wagi do pozyskania zwolenników wśród szerokich mas społecznych.
Stał się mieszczański i godny szacunku, ale pod spodem był radykalny.

Pozycja Niemiec w Austrii była beznadziejna od czasu powstania ruchu
ogólnoniemieckiego. Z roku na rok parlament coraz bardziej niszczył naród niemiecki. Każda
próba uratowania go polegała na usunięciu tej instytucji.

Ruch ogólnoniemiecki wszedł do parlamentu i został pokonany.

Największym forum słuchaczy nie jest izba parlamentu, ale większe publiczne
zgromadzenie. Tysiące ludzi przychodzi po prostu słuchać, co mówca ma do powiedzenia,
podczas gdy w parlamencie jest obecnych tylko kilkaset osób. W dodatku większość z nich
jest obecna tylko po to, by otrzymać diety, a nie aby stać się mądrzejszą mądrością jednego
bądź drugiego przedstawiciela ludu.

Przemawianie przed takim forum jest rzucaniem pereł przed wieprze, naprawdę nie
jest to warte zachodu. W ten sposób nie można osiągnąć żadnego rezultatu.

Tak to było. Członkowie ogólnoniemieckiego ruchu mogli zabierać głos bez nadziei
na jakikolwiek rezultat. Prasa albo całkowicie ich ignorowała, albo okaleczała ich
przemówienia przekręcając sens lub go wręcz całkowicie gubiąc. Opinia publiczna
otrzymywała więc zniekształcony obraz tego ruchu. Nie miało znaczenia, o czym
poszczególni posłowie mówili, ważne było to, co reszta otrzymywała do czytania. A były to
streszczenia ich przemówień, które mogły tworzyć wrażenie bezsensowności. Poza tym
forum, przed którym przemawiali, liczyło pięciuset parlamentarzystów i sam ten fakt mówi za
siebie.

Najgorsze było jednak co innego.

Ruch ogólnoniemiecki mógł osiągnąć sukces tylko wtedy, kiedy zrozumiałby od
pierwszej chwili, że jego celem jest stworzenie nowego światopoglądu, a nie założenie nowej
partii. Tylko to mogło pobudzić wewnętrzne siły do walki i doprowadzić ją do końca. Do tego
jednak potrzebne są najlepsze i najodważniej s z e umysły.

Jeżeli walki o nowy światopogląd nie prowadzą bohaterowie gotowi do poświęceń, to
w krótkim czasie nie znajdzie się nikt gotowy do poświęcenia życia. Człowiek, który wałczy
tylko dla siebie, niewiele może dać ogółowi. Ciężką walkę, którą ruch ogólnoniemiecki
stoczył z kościołem katolickim, można wyjaśnić tylko brakiem zrozumienia psychologicznych
cech ludzi.

Aby przekształcić Austrię w państwo słowiańskie stosowano różne metody: czescy
księża zajmowali czysto niemieckie parafie przedkładając interesy własnego narodu nad
interesy kościoła i stawali się zarzewiem antyniemieckiego procesu.

Duchowieństwo niemieckie zawiodło całkowicie. Nie tylko było zupełnie niezdolne do
walki o niemieckie prawa, ale nawet do wystarczająco silnego oporu wobec ataków innych.
Wskutek tego naród niemiecki powoli, ale nieprzerwanie cofał się przed tym naporem.

Georg Schönerer nie uznawał połowicznych rozwiązań. Podjął walkę z kościołem w
przekonaniu, że właśnie on może uratować naród niemiecki. Ruch " Uwalniania się od
Rzymu" (Los von Rom) okazał się najmocniejszą, chociaż najtrudniejszą formą ataku,
związaną z pogrzebaniem w ruinach wrogiego Hofburga. Gdyby to się powiodło, nieszczęsny
podział kościoła w Niemczech zostałby osiągnięty na zawsze, także zwycięstwo byłoby
korzystne dla wewnętrznych sił imperium i narodu niemieckiego. Ale jego założenia i tak.
tyka walki były błędne.

Nie ma wątpliwości, że siła oporu katolickiego duchowieństwa narodowości
niemieckiej była mniejsza niż ich nieniemieckich braci, szczególnie Czechów. Podczas gdy
czeski duchowny traktował swój naród podmiotowo, a kościół po prostu przedmiotowo, tak
proboszcz l niemiecki oddany był kościołowi podmiotowo, a przedmiotowo traktował swój
naród.

Porównajmy postawę naszych urzędników, którą na przykład przyjmują wobec ruchu
narodowego odrodzenia, z tą, którą przyjmują urzędnicy innych narodów w podobnych
okolicznościach. Czy wyobrażamy sobie, że korpus oficerski gdziekolwiek na świecie usunie
narodowe żądania pod wpływem frazesu "autorytet państwa", jak to się nam zdarzyło pięć lat
temu; to nawet zostało uznane jako zupełnie nienaturalne!

Autorytet państwa, demokracja, pacyfizm, międzynarodowa solidarność i tak dalej są
po prostu pojęciami, doktrynalnymi koncepcjami i z ich punktu widzenia oceniane są
wszystkie sprawy dotyczące pilnych narodowych potrzeb.

Protestantyzm zawsze pomagać będzie w popieraniu wszystkiego, co niemieckie, czy
będzie to dotyczyć wewnętrznej czystości, pogłębiania narodowych uczuć, czy obrony
niemieckiego stylu życia, języka, a nawet niemieckiej wolności, ponieważ to wszystko
stanowi jego podstawę; jednak jest bardzo nieprzychylny wobec każdej próby ratowania
narodu ze szponów jego Śmiertelnego wroga, bo jego postawa wobec żydostwa leży mniej
lub bardziej w dogmatyce.

Partie polityczne nie powinny mieć nic wspólnego z problemami religijnymi, dopóki nie
podrywają moralności narodu; tym samym religia nie powinna być włączana w partyjne
intrygi.

Jeżeli dostojnicy kościelni posługują się religijnymi instytucjami, a nawet naukami, aby
ranić swoją własną narodowość, nie powinni mieć naśladowców. Należy użyć przeciwko nim
ich własnej broni.

Przywódcy politycznemu nie wolno nigdy naruszać doktryny religijnej i instytucji jego
narodu. W przeciwnym .razie nie może on być politykiem, a tylko reformatorem, jeżeli ma, w
tym kierunku kwalifikacje!

Każda inna postawa prowadzi, szczególnie w Niemczech, do katastrofy.

W trakcie moich studiów nad ogólnoniemieckim ruchem, jego walką przeciwko
Rzymowi, doszedłem do następującej konkluzji: wskutek małego zrozumienia znaczenia
problemów socjalnych ruch ten stracił poparcie w masach; przez wejście do parlamentu
stracił przywilej kierowania i został obarczony wszystkimi trudnościami związanymi z tą
instytucją. Walka przeciwko kościołowi zdyskredytowała go w wielu kręgach niższych i
średnich klas i pozbawiła go wielu najlepszych elementów, które można byłoby nazwać
narodowymi.

Praktyczne rezultaty kulturkampfu były w Austrii równe zeru.

 

ROZDZIAŁ IV

Monachium

Wiosną 1912 roku przyjechałem do Monachium.

Niemieckie miasto! Jakże inne niż Wiedeń! Czułem się źle, gdy wspominałem ten
Babilon narodów. Także dialekt, który był podobny do mojego, przypominał mi moją młodość
związaną z Dolną Bawarią. Tak było na każdym kroku. Należałem do tego miasta bardziej
niż do jakiegokolwiek innego miejsca na świecie i wynikało to z faktu, że jest ono
nierozerwalnie związane z moim rozwojem.

W Austrii jedynymi przeciwnikami idei porozumienia byli Habsburgowie i Niemcy. W
pierwszym przypadku było to spowodowane przymusem i wyrachowaniem, a w drugim
naiwną łatwowiernością i polityczną głupotą. Naiwną łatwowiernością dlatego, że wyobrażali
sobie, iż uczynią wielką przysługę niemieckiemu imperium poprzez trójstronne przymierze,
które wzmocni je i zapewni bezpieczeństwo. Polityczną głupotą, ponieważ ich wyobrażenia
nie przylegały do faktów i w rzeczywistości pomagały uczynić z imperium martwe państwo,
ciągnęły je w przepaść, dlatego zwłaszcza, że ten alians prowadził do coraz większej
degermanizacji Austrii. Habsburgowie wierzyli, że przymierze z Rzeszą zabezpieczy ich
przed jej ingerencją - i niestety mieli rację - umożliwiło to im kontynuowanie polityki
stopniowego wypierania niemieckich wpływów wewnątrz państwa i w dodatku osiągali to
łatwo i bez ryzyka. Nie musieli obawiać się żadnych protestów ze strony niemieckiego rządu.

Gdyby w Niemczech gruntowniej studiowano historię i psychologię narodów, nikt nie
mógłby uwierzyć, że Rzym i Wiedeń mogłyby stanąć razem do wspólnej walki. Włochy
stałyby się prędzej wulkanem, niżby jakikolwiek rząd ośmielił się wysłać choćby jednego
Włocha na pole bitwy z pomocą temu fanatycznie znienawidzonemu habsburskiemu
państwu. Kilka razy obserwowałem z Wiednia namiętne lekceważenie i bezgraniczną
nienawiść, jaką Włosi odczuwali do austriackiego państwa. Grzechy Habsburgów w stosunku
do Włoch, ich wolności, niezależności były tak wielkie w ciągu wieków, że mogłyby zostać
zapomniane, nawet gdyby chciano, aby tak się stało. Ale nie było pragnienia zarówno w
narodzie, jak i we włoskim rządzie. Dlatego dla Włoch istniały tylko dwie możliwości
kontaktów z Austrią - porozumienie albo wojna.

Wybierając to pierwsze, można było spokojnie przygotowywać się na drugą
ewentualność.

Niemiecka polityka była zarówno bezsensowna, jak i ryzykowna, dlatego zwłaszcza,
że austriackie stosunki z Rosją zmierzały coraz bardziej w kierunku wojny.

Dlaczego więc w ogóle zawarto porozumienie?

Po prostu po to, by w przyszłości zabezpieczyć Rzeszę, kiedy już stanie na własnych
nogach. Ale przyszłość Rzeszy nie była niczym innym jak pytaniem o możliwość egzystencji
narodu niemieckiego.

A przyrost naturalny Niemiec wynosił wówczas około dziewięciuset tysięcy rocznie.

Zdobywanie nowych terytoriów dla osadnictwa wzrastającej liczby obywateli przynosi
ogromne korzyści szczególnie jeżeli bierze się pod uwagę przyszłość, a nie tylko chwilę
obecną.

Jedyną nadzieją na sukces tej polityki terytorialnej są w dzisiejszych czasach
zdobycze w Europie, a nie na przykład w Kamerunie. Walka o naszą egzystencję jest
naturalnym dążeniem.

Istnieje jeszcze jedna przyczyna, dla której to rozwiązanie wydaje się być słuszne.

Wiele państw europejskich przypomina dzisiaj piramidy stojące na swoim szczycie.
Ich powierzchnia w Europie wydaje się śmiesznie. mała w porównaniu z ich koloniami,
handlem zagranicznym itd. Można powiedzieć: wierzchołek w Europie, podstawa natomiast
na całym świecie - w odróżnieniu od federacji amerykańskiej, której baza znajduje się na
kontynencie i tylko swoim wierzchołkiem dotyka reszty świata. Stąd ogromna wewnętrzna
siła tego państwa i słabość większości europejskich mocarstw kolonialnych.

Nawet Anglia nie jest tu wyjątkiem, ponieważ mamy skłonności do zapominania o
prawdziwej naturze anglosaskiego świata w stosunku do imperium brytyjskiego. Jeżeli tylko
zwrócić uwagę na ich związki językowe i kulturalne z federacją amerykańską, to okaże się,
że nie można porównać Anglii z żadnym innym państwem europejskim.

Dlatego jedyna nadzieja Niemiec na przeprowadzenie zdrowej polityki terytorialnej
leży w zdobywaniu nowych ziem w Europie. Kolonie są bezużyteczne, ponieważ nie służą
osiedlaniu się tam Europejczyków na dużą skalę. W XIX wieku nie było jednak już możliwości
zdobywania takich terytoriów metodami pokojowymi. Polityka kolonizacyjna tego
rodzaju mogła być prowadzona w ciężkich bojach, co byłoby daleko bardziej właściwe dla
zdobywania obszarów na kontynencie blisko swego państwa niż ziem leżących poza Europą.

Dla takiej polityki jest możliwy tylko jeden sojusznik' w Europie - Wielka Brytania. Jest
ona jedynym mocarstwem, które mogłoby zabezpieczyć nasze tyły w wypadku rozpoczęcia
nowej germańskiej ekspansji (Germanenzug). Mamy takie samo prawo do tego, jakie mieli
nasi przodkowie.

Ażeby osiągnąć porozumienie z Anglią, żadne ofiary nie będą za duże. Oznaczałoby
to rezygnację z kolonii i znaczenia na morzu oraz powstrzymanie się od rywalizacji z
brytyjskim przemysłem.

Był taki moment, w którym mogliśmy rozmawiać z Wielką Brytanią na ten temat,
ponieważ rozumiała ona bardzo dobrze, że Niemcy, mając duży przyrost naturalny, będą
musiały znaleźć jakieś rozwiązanie albo w Europie z pomocą Wielkiej Brytanii, albo gdzieś
na świecie bez niej .

Na przełomie stuleci takie próby były czynione w samym Londynie. Ale Niemców
irytowała myśl o " wyciąganiu z ognia angielskich kasztanów", tak jakby nie było możliwe
porozumienie oparte na innych podstawach. Z Anglią można się było porozumieć na takich
zasadach. Brytyjska dyplomacja była wystarczająco mądra, by wiedzieć, że bez wzajemnych
ustępstw nie można niczego dokonać.

Wyobraźmy sobie, że Niemcy zręczną polityką zagraniczną odegrały taką rolę jak
Japonia w 1904 roku trudno byłoby przewidzieć konsekwencje tego faktu dla Niemiec.

Nigdy nie byłoby wojny światowej.

Jednak tak się nie stało.

Wciąż jeszcze pozostały inne możliwości: przemysł i handel światowy, potęga morska
i kolonie.

Jeżeli politykę podboju terytorialnego w Europie można było prowadzić wyłącznie w
porozumieniu z Wielką Brytanią przeciwko Rosji, to polityka kolonialna i handel światowy
były do pomyślenia tylko w aliansie z Rosją przeciwko Wielkiej Brytanii. W tym przypadku
należałoby bezwzględnie wyciągnąć wnioski i odsunąć się od Austrii.

Przyjęto formułę "pokojowego, ekonomicznego podboju świata". Jej celem było
zniszczenie na zawsze polityki siły, którą Niemcy stosowali do tego czasu. Być może nie byli
zupełnie pewni w czasach, gdy całkowicie niezrozumiałe zamierzenia pochodziły z Wielkiej
Brytanii. W końcu zdecydowali się budować flotę nie w celu atakowania i zniszczenia, ale
obrony "światowego pokoju" i dla pokojowego podboju Świata. W ten sposób zostali
zmuszeni do utrzymania jej na skromną skalę, nie tylko co do ilości, ale także tonażu
poszczególnych statków, tak że stało się oczywistym, że ich ostatecznym celem jest pokój.

Mowa o "pokojowym, ekonomicznym podboju świata" była największą głupotą, jaką
kiedykolwiek uczyniono, ustanawiając ją główną zasadą polityki państwa, zwłaszcza iż nie
wzdragano się przed wezwaniem Wielkiej Brytanii do udowodnienia, iż jest to możliwe do
osiągnięcia w praktyce. Szkód wyrządzonych przez naszych profesorów w nauczaniu historii
i teorii nie można już było naprawić; okazało się, jak wielu uczy się historii bez jej rozumienia.
Właśnie Wielka Brytania miała możliwość poznać błędność tej teorii: żaden naród nie był
lepiej przygotowany do ekonomicznego podboju, a później do jego utrzymania niż brytyjski.
Tym samym było wielkim błędem wyobrażać sobie, że Anglia była zbyt tchórzliwa, aby
przelewać krew w obronie swojej polityki ekonomicznej! Fakt, że brytyjczycy nie posiadali
armii, o niczym nie świadczy, ponieważ nie chodzi tutaj o możliwość użycia siły w danej
sprawie, ale raczej o wolę i determinację jej użycia. Anglia zawsze posiadała uzbrojenie,
którego potrzebowała. Zawsze walczyła taką bronią, która zapewniała jej zwycięstwo.
Walczyła przy pomocy najemników tak długo, jak długo byli oni wystarczającą siłą. Ale
sięgała także do najlepszej krwi całego narodu, kiedy takiej ofiary wymagały zwycięstwa.
Zawsze wykazywała determinację w walce i nieustępliwość w prowadzeniu wojny.

W Niemczech jednak - w szkole, w prasie i w gazetach humorystycznych - idea
brytyjskiego ducha, a nawet więcej, całego imperium, była pokazywana w sposób
wypaczony, co prowadziło do największych własnych pomyłek. To wszystko doprowadziło do
powstania, złej opinii o Anglikach. Ta błędna idea rozprzestrzeniła się tak bardzo, iż każdy
był przekonany, że Anglik jest jedynie handlarzem zarówno przebiegłym, jak i niewiarygodnie
tchórzliwym. Tych niewielu, którzy ostrzegali, ignorowano albo zmuszano do milczenia.
Pamiętam dokładnie zdziwienie na twarzach moich towarzyszy broni, kiedy stanęliśmy
twarzą w twarz przeciwko "Tommies" we Flandrii. Po pierwszych kilku dniach bitwy
zaświtało każdemu z nas w głowie, że Szkoci nic nie mają wspólnego z tymi, o których
pisano w prasie humorystycznej i w innych gazetach.

Zwróciłem wówczas uwagę na rolę propagandy i jej najkorzystniejsze formy.

To oszustwo oczywiście było korzystne dla tych, którzy je propagowali -mogli
przytaczać przykłady, jednakże były one nieprawdziwe, tak jak i pomysł o słuszności
ekonomicznego podboju świata. Oczekiwaliśmy sukcesu tam, gdzie i Anglikowi się powiodło.
Tym bardziej, że byliśmy pozbawieni tej tak zwanej brytyjskiej perfidii, co uznawano za
szczególną zaletę. Wierzono, że to przyciągnie do nas mniejsze narody i pozwoli zyskać
zaufanie większych.

Wartość trójprzymierza była psychologicznie mało znacząca, ponieważ trwałość
paktów zmniejsza się tym bardziej, im mocniej ogranicza się je do utrzymania istniejącego
stanu. Z drugiej strony pakt staje się mocniejszy, jeżeli poszczególne mocarstwa mają
nadzieję, że zyskają określone korzyści.

Ta prawda znana była tylko tak zwanym profesjonalistom. Szczególnie Ludendorff,
pułkownik Wielkiego Sztabu Generalnego, wskazał tę słabość w memorandum w 1912 roku.
Naturalnie, mężowie stanu nie potraktowali poważnie tej sprawy. Niemcy mieli wielkie
szczęście, że wojna 1914 roku wybuchła pośrednio przez Austrię i dzięki temu
Habsburgowie zostali zmuszeni do wzięcia w niej udziału. Gdyby zdarzyło się inaczej,
Niemcy byliby pozostawieni samym sobie.

Państwo nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek koncepcją ekonomiczną lub
ekonomicznym rozwojem. Nie jest ono zgromadzeniem podmiotów gospodarczych w jakimś
okresie czasu, służących wykonaniu ekonomicznych zadań, ale organizacją społeczeństwa
dla jego lepszego funkcjonowania. Tylko to i nic więcej powinno być przedmiotem
zainteresowania państwa.

Państwo żydowskie nigdy nie było ograniczone do przestrzeni - w takim sensie było
państwem nieograniczonym - ale było ograniczone do rasy. Dlatego ci ludzie tworzyli
państwo w państwie i było ono jednym z najgenialniejszych tworów.

Jeżeli kiedykolwiek Niemcy zyskiwały znaczenie polityczne - także gospodarka
ulegała poprawie - kiedy gospodarka monopolizowała życie naszych obywateli i tłamsiła
zalety umysłu - państwo załamywało się ponownie razem z gospodarką.

Gdy zadajemy sobie pytanie, jakie siły tworzą i utrzymują państwo, dochodzimy do
wniosku, że można zawrzeć to w jednym zdaniu: zdolność i gotowość do poświęceń
poszczególnych jednostek. To, że te cnoty nie mają nic wspólnego z gospodarką, jest
oczywiste z tego prostego powodu, że człowiek nigdy nie poświęca się dla celów
gospodarczych, to znaczy że nie umiera dla gospodarki, ale za ideę. Nic nie wyróżnia
bardziej psychologicznej przewagi Anglików w gotowości do poświęcenia się narodowym
ideałom niż motywacja do podjęcia walki. Gdy walczyliśmy o chleb, Anglia walczyła o "
wolność" - ale nie o własną, lecz mniejszych narodów. W Niemczech wyśmiewano się z tej
bezczelności i złoszczono na nią udowadniając w ten sposób, jak bezmyślna i głupia była
przed wojną tak zwana niemiecka dyplomacja. Nie mieliśmy najmniejszego pojęcia o istocie
sił, które prowadzą ludzi z własnej woli na śmierć.

Tak długo, jak Niemcy byli w 1914 roku przekonani, że walczą o ideały, robili to z
zapałem, ale gdy stało się jasne, że walczą po prostu o chleb - byliby zadowoleni
zaprzestając walki.

Nasi inteligentni mężowie stanu dziwili się bardzo tej zmianie.

Przed wojną wierzono, że Niemcy potrafią pokojowymi metodami, polityką handlową i
kolonizacyjną otworzyć sobie świat albo go zdobyć. Był to klasyczny przykład na to, że
prawdziwe cnoty, które tworzą i podtrzymują państwo - siła woli i determinacja dokonania
wielkich rzeczy - całkowicie przepadły. Rychłym rezultatem tego była wojna światowa ze
wszystkimi jej konsekwencjami.

Zacząłem studiować ustawodawstwo Bismarcka. stopniowo zyskiwałem przekonanie
o jego fundamentalnych podstawach, tak wielkich, że od tego czasu nie musiałem już nigdy
myśleć o zmianie moich zapatrywań na to zagadnienie. Podjąłem także gruntowne badania
stosunków między marksizmem a judaizmem.

W latach 1913-1914 zacząłem wyrażać w różnych kręgach moje przekonania, które
obecnie stanowią część doktryny ruchu narodowosocjalistycznego, a mianowicie, że
przyszłym problemem dla narodu niemieckiego będzie zniszczenie marksizmu.

Wewnętrzny upadek narodu niemieckiego zaczął się dużo wcześniej, ale jak to
często bywa, ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego. Czasem traktowali to zjawisko jako
chorobę, ale na ogół błędnie pojmowali jej przyczyny. Ponieważ nikt tego nie chciał wiedzieć,
walka przeciwko marksizmowi nie miała większego znaczenia niż bezsensowne gadulstwo.

 

ROZDZIAŁ V

Wojna światowa

W mojej młodości nic nie martwiło mnie tak bardzo jak to, że urodziłem się w czasie,
w którym rzeczą oczywistą było, iż jedynymi ludźmi zasługującymi na szacunek są kupcy i
urzędnicy państwowi. Fale zajść politycznych tak się układały, że przyszłość wydawała się
należeć do "pokojowego współzawodnictwa między narodami", to jest do spokojnego,
wzajemnego oszukiwania się poprzez wyłączenie metody gwałtu. Różne państwa okazały
zainteresowanie tymi działaniami: odbierały sobie nawzajem ziemie, przechwytywały klientów
i kontrakty oraz szukały dla siebie korzyści na wszelkie możliwe sposoby. Ten rozwój
wydarzeń wydawał się być permanentnym i za powszechną aprobatą miał przekształcić
świat w jeden wielki dom handlowy będący pod kontrolą Żydów.

Dlaczego nie mogłem się urodzić sto lat wcześniej, gdzieś w czasach wojen
wyzwoleńczych, kiedy człowiek był jeszcze poza biznesem coś wart?

Kiedy wiadomość o zamordowaniu arcyksięcia Franciszka Ferdynanda dotarła do
Monachium, byłem w domu i tylko niewyraźnie usłyszałem, jak to się stało. Obawiałem się,
że kule padły z pistoletów niemieckich studentów, którzy zapragnęli uwolnić niemiecki naród
od tego wewnętrznego wroga, prowadzącego politykę prosłowiańską. Łatwo mogłem
wyobrazić sobie, co by się działo: nowa fala prześladowań, którą byłoby łatwo wyjaśnić i
"usprawiedliwić" przed całym światem. Ale kiedy usłyszałem nazwiska domniemanych
przestępców i kiedy zostali oni rozpoznani jako Serbowie, poczułem lekkie przerażenie na
myśl o zemście tajemniczego przeznaczenia.

Największy przyjaciel Słowian stał się ofiarą słowiańskich fanatyków.

Wiedeński rząd spotkała niesprawiedliwość - został zasypany zarzutami dotyczącymi
formy i treści postawionego przez niego ultimatum. Żadna siła na świecie nie mogłaby
inaczej postąpić w podobnej sytuacji. Na południowej granicy Austria miała śmiertelnego
wroga, który w coraz to krótszych odstępach czasu rzucał monarchii wyzwanie, aby w
odpowiednim momencie spowodować upadek imperium. Istniała uzasadniona obawa, że
stanie się to zaraz po śmierci cesarza. Gdyby to nastąpiło, monarchia nie byłaby w stanie
dłużej stawiać oporu. W ostatnich latach państwo było uzależnione od Franciszka Józefa tak
bardzo, że jego śmierć w oczach społeczeństwa była równoznaczna ze śmiercią samego
państwa.

Tak, to był naprawdę niesprawiedliwy zarzut wobec wiedeńskiego rządu, że zmierzał
do wojny, której jeszcze wówczas można było uniknąć. Wojna była jednak nieunikniona.
Można było jedynie odroczyć ją na rok, może dwa lata. Ale przekleństwem zarówno niemieckiej,
jak i austriackiej dyplomacji było to, że zawsze usiłowały one przesunąć w czasie
nieunikniony dzień rozrachunku, dopóki nie zostały zmuszone do uderzenia, i to w
nieszczęśliwą godzinę. Możemy być pewni, że dalsze próby ratowania pokoju
doprowadziłyby do wybuchu wojny w jeszcze gorszym momencie.

Od wielu lat socjaldemokracja agitowała w Niemczech za wojną przeciw Rosji,
podczas gdy centrum, z pobudek religijnych, kierowało politykę niemiecką głównie na Austro-
Węgry. Teraz trzeba ponieść konsekwencje tego błędu. To, co się stało, musiało się stać i
żadne okoliczności nie mogły tego odmienić. Wina niemieckiego rządu tkwiła w fakcie, że dla
utrzymania pokoju spóźnił się z działaniem i podjął je w nieodpowiednim momencie,
angażując się w układy pokojowe na świecie, w wyniku czego stał się ofiarą Światowej
koalicji, sprzeciwiającej się podtrzymywaniu pokoju na świecie i z determinacją zmierzającej
ku wojnie. Wybuchła wojna o wolność, większa niż świat kiedykolwiek widział.

Zaledwie doszła do Monachium wiadomość o zamachu, natychmiast dwie myśli
zaprzątnęły mój umysł pierwsza, że wojna była absolutnie nieunikniona, i druga, że państwo
habsburskie będzie zmuszone pozostać wierne swoim sojusznikom, gdyż najbardziej
obawiałem się ewentualności, że pewnego dnia Niemcy właśnie z powodu tego sojusznika
popadną w konflikt, którego przyczyną może być Austria i że to austriackie państwo z
powodów polityki wewnętrznej nie okaże pomocy swoim sprzymierzeńcom. To stare państwo
musiało walczyć, czy tego chciało, czy nie.

Mój stosunek do tego konfliktu był prosty i jasny. Według mnie, to nie Austria walczyła
o uzyskanie zadośćuczynienia ze strony Serbów, ale Niemcy walczyły o przetrwanie, naród
niemiecki walczył o swoje "być albo nie być", o swoją wolność. Należało pójść śladami
Bismarcka; młode Niemcy muszą znowu bronić tego, za co ojcowie walczyli heroicznie od
Weisenbergu do Sedanu i Paryża. Ale jeżeli walka byłaby zwycięska, nasz naród dzięki swej
sile znów znalazłby się między narodami, a wtedy niemiecka Rzesza stałaby się potężnym
strażnikiem pokoju, bez konieczności pozbawiania swoich dzieci chleba, z powodu tego
pokoju.

Trzeciego sierpnia wniosłem podanie do Jego Królewskiej Mości - Ludwika III o
pozwolenie podjęcia służby w bawarskim pułku. Z pewnością w tych dniach biuro rządu
miało pełne ręce roboty, więc tym większa była moja radość, że jeszcze tego samego dnia
moja prośba została pomyślnie rozpatrzona.

Zaczął się teraz dla mnie, tak jak dla każdego Niemca, największy i najbardziej
pamiętny okres mojego życia. W porównaniu z wypadkami tej wielkiej wojny, cała przeszłość
poszła w niepamięć. Z dumą i smutkiem myślę o tych dniach i wracam do pierwszych dni
naszej bohaterskiej, narodowej walki, w której łaskawy los pozwolił mi wziąć udział.

I tak to szło z roku na rok; przerażenie zastąpił romantyzm walki. Zapał stopniowo
opadał, radość tonęła w agonii śmierci. Przyszedł czas, gdy każdy musiał toczyć walkę
między instynktem samozachowawczym a poczuciem obowiązku. Ta walka zakończyła się u
mnie zimą 1915-1916 roku. W końcu zwyciężyła we mnie wola walki. W pierwszych dniach
byłem gotów atakować z okrzykami radości i śmiechem, teraz byłem spokojny i stanowczy.

Młody ochotnik przemienił się w doświadczonego żołnierza. Taka zmiana nastąpiła w
całej armii. Ciągła walka hartowała albo powalała każdego, kto nie był w stanie przetrzymać
uderzenia.

Dopiero wtedy można było oceniać armię. Po dwóch, trzech latach nieustannej walki
z przeciwnikiem mającym przewagę liczebną i zbrojną, doznając głodu i niedostatku
nadszedł czas, by ocenić wartość tej armii.

Nawet po upływie tysięcy lat nikt nie powie o bohaterstwie, nie myśląc jednocześnie o
niemieckiej armii w czasie wojny światowej. Z mgły przeszłości wyłoni się szara stal hełmów,
pomnik nieśmiertelności. Jak długo żyć będą Niemcy, trwała będzie świadomość, że ci ludzie
byli synami tego narodu.

W tamtych dniach nie interesowałem się polityką, ale musiałem wyrazić opinię na
temat pewnych zjawisk, które dotyczyły całego narodu, a szczególnie nas, żołnierzy.

Ostatecznym i stałym celem marksizmu było zniszczenie wszystkich nie żydowskich
narodowych państw, toteż przywódcy tego ruchu patrzyli z niechęcią w tych lipcowych
dniach 1914 roku, jak niemiecka klasa robotnicza budziła się i wstępowała coraz szybciej, z
godziny na godzinę, do służby dla ojczyzny. W kilka dni mgła i oszustwo tej podłej,
narodowej zdrady rozwiały się w powietrzu i banda żydowskich przywódców nagle znalazła
się sama i opuszczona i nie pozostał nawet jeden ślad tej głupoty i szaleństwa, które były
wpajane masom od sześćdziesięciu lat. Był to zły moment dla zdrajców niemieckiej klasy
robotniczej. Jednak wkrótce przywódcy zrozumieli zagrażające im niebezpieczeństwo,
pospiesznie naciągnęli czapkę-niewidkę kłamstw na uszy i bezczelnie udawali poparcie dla
narodowego powstania.

Ale teraz nadszedł odpowiedni moment do zaatakowania całej tej zdradzieckiej
organizacji żydowskich trucicieli narodu. Teraz - ponieważ robotnicy niemieccy odkryli na
nowo drogę do narodowości - rząd powinien zadbać o wykorzenienie bez litości tych, którzy
agitowali przeciwko narodowi.

Gdy najlepsi ginęli na froncie, można było wytępić tych szkodników, którzy pozostali.

Zamiast tego cesarz osobiście wyciągał rękę do starych kryminalistów, zapewnił im
bezpieczeństwo i umożliwił utrzymanie ich organizacji.

Każdy światopogląd czy to natury religijnej, czy politycznej ma trudny do określenia
początek i koniec. Nie wiadomo, kiedy jedna teoria się kończy, a zaczyna druga. Mniej
walczy o zniszczenie przeciwnej teorii, bardziej o ustanowienie własnej. Walka sprowadza
się raczej do ataku niż obrony. Już w wyznaczeniu swojego "celu uzyskuje przewagę,
ponieważ zmierza do zwycięstwa własnej idei, podczas gdy trudno określić, kiedy negatywny
cel zniszczenia wrogiej doktryny może być uznany za osiągnięty i bezpieczny. Dlatego
Światopogląd lepiej można określić w planie, jest również silniejszy w ataku niż obronie,
ponieważ ostateczne rozstrzygnięcie następuje nie w obronie, lecz w ataku właśnie.

Każda próba zwalczania jakiegokolwiek Światopoglądu przy pomocy środków
przymusu ostatecznie źle się kończy, o ile walka nie przybrała form ataku w popieraniu
nowej intelektualnej myśli. Gdy dwa Światopoglądy zmagają się ze sobą, zwycięży ta siła,
która jest bardziej uparta i bezwzględna i spowoduje rozstrzygnięcie zbrojne dla poparcia
swej intelektualnej koncepcji .

W 1914 roku walka przeciwko socjaldemokracji była rzeczywiście możliwa, ale brak
praktycznych środków budził obawy, jak długo mogłaby być prowadzona pomyślnie. W tym
względzie istniała poważna luka.

Uważałem tak na długo przed wojną i z tego powodu nie mogłem podjąć decyzji o
wstąpieniu do jakiejkolwiek istniejącej wówczas partii, która musiałaby być czymś więcej niż
partią "parlamentarną" i podjąć bezlitosną walkę przeciw socjaldemokracji.

Często rozmawiałem o tym z moimi bliskimi kolegami. To było wtedy, gdy pierwszy
raz uznałem za możliwą do spełnienia myśl, aby w przyszłości podjąć aktywną działalność
polityczną. Z tego powodu często w wąskim gronie przyjaciół wyrażałem swoje pragnienie
podjęcia po wojnie, obok mojego właściwego zawodu, pracy mówcy.

Sądzę, że już wówczas traktowałem to bardzo poważnie.

 

ROZDZIAŁ VI

Propaganda wojenna

W czasie, gdy z uwagą śledziłem wszelkie wydarzenia polityczne, zawsze bardzo
interesowała mnie sprawa propagandy. Widziałem w niej instrument opanowany z
mistrzowską zręcznością przez organizacje socjalistyczno-marksistowskie. Wkrótce
zrozumiałem, że właściwe posługiwanie się propagandą jest prawdziwą sztuką, praktycznie
nie znaną partiom mieszczańskim. Jedynie ruch chrześcijańsko-socjalistyczny, zwłaszcza za
czasów Luegera, stosował ten instrument bardzo umiejętnie i dzięki temu odniósł wiele
sukcesów.

Czy u nas istnieje w ogóle jakaś propaganda?

Niestety! Mogę odpowiedzieć jedynie przecząco. Wszystko, co robiono w tym
kierunku, było tak niewłaściwe i błędne od samego początku, że nie nadawało się do
niczego, czasami wręcz szkodziło.

Niewystarczające w formie, błędne psychologicznie powinno być efektem
systematycznego badania niemieckiej propagandy wojennej. Brakowało nawet pewności,
czy propaganda jest środkiem, czy celem?

Propaganda jest środkiem i musi być oceniana z punktu widzenia celu, któremu ma
służyć. Musi być właściwie ukształtowana, aby pomagała w realizacji danego celu. J es t
również oczywiste, że znaczenie tego celu może się różnić od ogólnie uznanego punktu widzenia.
W czasie wojny walczono o cel najbardziej szlachetny i wzbudzający szacunek, jaki
można sobie wyobrazić. Była nim wolność i niezależność naszego narodu, zagwarantowanie
możliwości wyżywienia i narodowego honoru.

Co się tyczy kwestii humanitaryzmu, już Moltke powiedział, że podstawową sprawą
na wojnie jest szybkość jej zakończenia - a więc najsroższe metody najskuteczniej prowadzą
do jej końca.

Propaganda w czasie wojny była środkiem prowadzącym do celu, którym była walka
o życie narodu niemieckiego - dlatego mogła być oparta wyłącznie na zasadach
stanowiących wartości dla tego celu. Najokrutniejsza broń była humanitarna, jeżeli
prowadziła do szybkiego zwycięstwa, a więc w istocie to były jedyne metody, które
zapewniały narodowi prawo do wolności.

Nie można było przyjąć innej postawy dotyczącej zagadnienia propagandy wojennej
w walce na śmierć i życie.

Cała propaganda powinna być narodowa i powinna zawierać taki poziom
intelektualny, aby była przyjmowana przez tych, do których jest adresowana. Tym samym jej
duchowy zakres musi być szerszy, proporcjonalnie do ilości ludzi, których ma objąć. Jeżeli
jednak propaganda ma na celu, jak w przypadku wojny, wpłynąć na cały naród, wówczas
nigdy nie będzie dość ostrożności.

Zdolność przyjmowania przez masy treści politycznych jest bardzo ograniczona, a
możliwości zrozumienia ich niewielkie; z drugiej strony mają pewną zdolność
zapamiętywania. Dlatego skuteczna propaganda musi się ograniczać do niewielu punktów,
które z kolei muszą być lansowane w formie sloganów tak długo, aż każdy zrozumie, co
przez ten slogan chce się powiedzieć.

Na przykład podstawowym błędem było ośmieszanie wrogów, jak to czyniła
austriacka i niemiecka prasa humorystyczna. To było błędne, ponieważ rzeczywiste
zetknięcie się z wrogiem wywoływało zupełnie odmienne wrażenie i mściło się później w
straszliwy sposób, gdyż żołnierz niemiecki pod wrażeniem oporu wroga czuł się oszukany i
zamiast odczuwania zapału do walki pojawiało się załamanie.

Z drugiej strony brytyjska i amerykańska propaganda wojenna była psychologicznie
prawidłowa. Poprzez pokazywanie swoim żołnierzom Niemców jako barbarzyńców i Hunów,
przygotowały ich do okropności wojny i pomagały uniknąć rozczarowań. Najstraszniejsza
broń, którą później wobec nich użyto, była dla nich po prostu potwierdzeniem informacji,
które już wcześniej otrzymali i ich wiara w prawdziwość rządowych zapewnień jeszcze się
wzmacniała.

Dzięki temu brytyjski żołnierz nigdy nie czuł się oszukany, co w przypadku Niemców
zdarzało się wiele razy, aż w końcu odrzucali jako kłamstwo.

Co na przykład możemy powiedzieć o plakacie reklamującym nowe mydło, jeżeli
przedstawia także inne mydła jako dobre?

Podstawowym błędem było szukanie winnego tej wojny, sugerowanie, że nie tylko
Niemcy ponoszą odpowiedzialność za wybuch tej katastrofy; właściwą rzeczą byłoby
uznanie winy wroga, nawet gdyby to nie było prawdą, jak to w rzeczywistości miało miejsce.

Przeważająca większość ludzi jest tak sfeminizowana, że ich myśli i czyny są
kierowane bardziej przez uczucia i sentymenty niż racjonalne przesłanki.

To stwierdzenie nie jest skomplikowane, jest bardzo proste i logiczne. Nie ma dużych
różnic między miłością i nienawiścią, prawdą i kłamstwem, nigdy jednak nie powinno istnieć
równocześnie jedno i drugie.

Z prawdziwą genialnością zrozumiała to propaganda brytyjska. W Anglii nie używano
połowicznych stwierdzeń, które mogłyby wywoływać wątpliwości.

Zmiana metod nie powinna zmieniać istoty tego, do czego propaganda dąży i jej
ogólny sens musi być taki sam na końcu, jak na początku.

 

ROZDZIAŁ VII

Rewolucja

W lecie 1915 roku wrogowie zaczęli zrzucać na nas z powietrza ulotki.

Ich treść mimo różnic w formie prawie zawsze była taka sama: nędza w Niemczech
staje się coraz większa, wojna nigdy się nie skończy, a nadzieje na wygranie są coraz
mniejsze. Naród w ojczyźnie tęskni za pokojem, ale zarówno "militaryzm" jak i Kaiser nie
pozwalają na to. Cały świat - dobrze o tym wiedząc - nie prowadzi wojny przeciwko narodowi
niemieckiemu, lecz wyłącznie przeciwko człowiekowi, który sam ponosi odpowiedzialność -
przeciwko cesarzowi. Dlatego wojny nie zakończy się, aż ten wróg pokoju nie ustąpi. Liberalne
i demokratyczne narody po zakończeniu wojny przyjmą naród niemiecki do związku
światowego pokoju, którego gwarantem będzie zniszczenie "pruskiego militaryzmu".

Większość ludzi po prostu śmiała się z tych pokus.

Jednak na jeden punkt tego rodzaju propagandy należało zwrócić uwagę. Na
każdym odcinku frontu, gdzie znajdowali się Bawarczycy, zniechęcano ich do Prus
zapewniając, że tylko Prusy były winne wojnie, że alianci nie czują absolutnie żadnej
wrogości, zwłaszcza do Bawarczyków, nie można jednak pomóc im tak długo, jak długo
służyć będą pruskiemu militaryzmowi i za nich " wyciągać z ognia kasztany".

Już w 1915 roku ten sposób przekonywania zaczął dawać wyraźnie rezultaty. Wśród
żołnierzy wzrastała niechęć do Prus. Była ona całkiem widoczna, ale władze nawet raz nie
przeciwstawiły się temu.

W 1916 roku nie było już potrzeby rozrzucania przez wroga ulotek z powietrza,
ponieważ podobny, bezpośredni wpływ na żołnierzy miały listy pełne skarg, przychodzące z
domu na front. Głupie listy pisane przez Niemki kosztowały życie setek tysięcy mężczyzn w
najbliższym czasie.

To było już szkodliwe zjawisko. Przeklinano front, gderano i okazywano
niezadowolenie i rozgoryczenie - czasami słuszne. Podczas gdy żołnierze głodowali i
cierpieli, ich rodziny siedziały w domach w ubóstwie, a równocześnie inni posiadali więcej niż
było im to potrzebne i hulali. Nawet na froncie nie wszystko było w tym względzie jak należy.

Kryzys szybko wzrastał, ale to były sprawy "domowe". Ten sam człowiek, który gderał
i narzekał, w kilka minut później w milczeniu wykonywał swe obowiązki, jakby to było
zupełnie naturalne. Ci, którzy jeszcze przed chwilą dawali upust rozgoryczeniu, teraz zajmowali
miejsca w okopach, jakby los Niemiec zależał od tych kilkuset metrów dziur pełnych
błota. To była stara, wciąż wspaniała, armia bohaterów.

W październiku 1916 roku zostałem ranny, ale szczęśliwie przeniesiony na tyły i
przetransportowany do Niemiec kolejowym ambulansem. Minęły dwa lata, odkąd ostatni raz
widziałem swoją ojczyznę. W takich okolicznościach dostałem się do szpitala w pobliżu Berlina.
Co za zmiana!

Niestety, także pod innym względem był to zupełnie nowy świat. Duch armii frontowej
był tu niewidoczny. Po raz pierwszy spotkałem się z czymś, co było niedopuszczalne na
froncie - chwalenie się własnym tchórzostwem.

Gdy tylko mogłem znów chodzić, otrzymałem pozwolenie na wyjazd do Berlina.
Wszędzie widoczna była nędza. Milionowe miasto głodowało, rozgoryczenie było ogromne.
W wielu domach, które odwiedzali żołnierze, panował ten sam nastrój, co w szpitalu. Można
było odnieść wrażenie, że te typy celowo szukały takich miejsc, aby popisywać się swoimi
poglądami.

W Monachium warunki były dużo gorsze. Po wyleczeniu i zwolnieniu ze szpitala
wysłano mnie do batalionu rezerwy. Z trudnością rozpoznawałem to miasto. Gniew,
rozgoryczenie i przekleństwa, gdziekolwiek poszedłem. Żołnierze powracający z frontu mieli
pewne dziwactwa wynikające z ich służby, zupełnie niezrozumiałe dla dowódców jednostek
rezerwowych, ale były oczywiste dla oficerów, którzy dopiero co powrócili z frontu. Szacunek
dla nich był zupełnie inny, niż dla oficerów pozostających na tyłach. Poza tymi wyjątkami
nastrój ogólnie był kiepski. Unikanie służby wojskowej uznawano za oznakę wyższej
inteligencji, poświęcenie obowiązkom - za oznakę słabości i ograniczoności umysłu.
Kancelarie były pełne Żydów. Prawie każdy urzędnik był Żydem, prawie każdy Żyd - urzędnikiem.
Byłem zdumiony tą masą kombatantów wybranego narodu i nie mogłem się
powstrzymać od porównania ich z niewielką ilością na froncie.

Jeszcze gorzej wyglądało to w gospodarce. Tutaj naród żydowski stał się faktycznie
"niezastąpiony"

Strajk zaopatrzenia końcem 1917 roku nie dał spodziewanych rezultatów, załamał się
zbyt szybko z powodu braku amunicji i skazał armię na klęskę. Ale jakże wielkie były
moralne krzywdy, które wyrządził!

Po pierwsze, o co walczyła armia, jeżeli nawet naród nie chciał zwycięstwa? Dla kogo
były te niesamowite ofiary i wyrzeczenia? Żołnierz musi walczyć o zwycięstwo, a w ojczyźnie
strajk przeciwko niemu! Po drugie, jaki to miało wpływ na wroga?

W zimie 1917-1918 roku Ciemne chmury pokryły horyzont świata aliantów.

Zniknęły wszelkie nadzieje związane z Rosją. Sojusznik, który złożył największe
krwawe ofiary na ołtarzu wspólnych interesów, był u kresu sił i leżał zdany na łaskę silnego
napastnika. Strach i obawa wkradały się w serca żołnierzy, do tej pory ślepo wierzących w
zwycięstwo. Obawiano się nadchodzącej wiosny. Jeżeli do tej pory nie udało się pokonać
Niemców, chociaż mogli tylko część swoich sił umieścić na froncie zachodnim, to jak teraz
mogli liczyć na zwycięstwo, gdy cała siła tego potężnego państwa bohaterów zjednoczyła się
do ataku przeciwko Zachodowi?

W chwili, gdy niemieckie dywizje otrzymały ostatnie rozkazy przed wielkim atakiem,
wybuchł w Niemczech strajk generalny. Świat osłupiał!

Brytyjska, francuska i amerykańska prasa zaczęły siać przekonanie w sercach swych
czytelników o wybuchu rewolucji w Niemczech równocześnie używając nadzwyczajnej
inteligentnej propagandy do pobudzania swoich wojsk na froncie.

Niemcy w przededniu rewolucji! Nieuniknione zwycięstwo aliantów! To było najlepsze
lekarstwo, by postawić na nogi chwiejącego się Tommy lub Poilu.

To wszystko było rezultatem strajku zaopatrzeniowego. Przywrócił on wiarę w
zwycięstwo wrogim narodom - w konsekwencji tysiące niemieckich żołnierzy zapłaciło za to
krwią. Inicjatorem tego haniebnego strajku byli ci, którzy spodziewali się otrzymać najlepsze
posady w zrewolucjonizowanych Niemczech.

Miałem szczęście brać udział w pierwszych dwóch i ostatniej ofensywie. Zrobiły one
na mnie największe wrażenie, jakiego kiedykolwiek doznałem w życiu, największe, ponieważ
w ostatnim czasie wojna straciła defensywny charakter i stała się ofensywna, jak w 1914
roku.

W środku lata 191 8 roku na froncie nie było czym oddychać. W ojczyźnie trwały
spory. O co? W różnych jednostkach armii słyszało się różne pogłoski. Wydawało się, że
wojna znowu jest beznadziejna i tylko głupcy mogli sądzić, że możemy wygrać.

Nie było narodu, tylko kapitaliści i monarcha byli zainteresowani tym stanem rzeczy.
Były wiadomości z ojczyzny i dyskusje na froncie.

Z początku front zareagował na to bardzo słabo. Cóż znaczyło dla nas prawo
głosowania? Czy to było to, o co walczyliśmy od czterech lat? Na froncie niewiele uwagi
zwracano na nowe cele wojenne panów: Eberta, Scheidemanna, Bartha, Liebknechta, etc.
Niezrozumiałe było, dlaczego ci, którzy uchylali się od służby, mieli prawo przypisywać sobie
kontrolę państwa nad armią.

Moje własne polityczne wyobrażenia były stałe. Nienawidziłem od początku tego
całego gangu partyjnych najemników, którzy zdradzali naród. Widziałem jasno, że ta banda
nie myślała naprawdę o dobru narodu, ale o napełnianiu swoich własnych brzuchów. A tym,
że była gotowa poświęcić dla tego celu cały naród i dopuścić do upadku Niemiec, jeżeli to
było dla niej korzystne, zasłużyła sobie na powieszenie na moich oczach. Czynić zadość ich
życzeniom oznaczało poświęcić interesy klasy pracującej dla korzyści złodziei. W ten sam
sposób wciąż jeszcze myślała większa część armii.

W sierpniu i wrześniu zaczęły się uwidaczniać coraz częściej oznaki rozkładu,
chociaż efektów ataku wroga nie można było porównywać z przerażeniem naszych oddziałów
bojowych. W porównaniu z nimi bitwy nad Sommą i we Flandrii były wspomnieniem
przerażającej przeszłości.

Końcem września moja dywizja po raz trzeci zajęła pozycję, którą mój regiment
szturmował, gdy byliśmy jeszcze młodymi ochotnikami. Co za wspomnienia?

Teraz, jesienią 1918 roku, ludzie byli zupełnie inni, często odbywały się w oddziałach
dyskusje polityczne. Trucizna z ojczyzny zaczęła działać i tu, tak ja wszędzie. Młodzi
rezerwiści zupełnie zawiedli. Przybywali prosto z ojczyzny.

W nocy z trzynastego na czternastego października Brytyjczycy zaatakowali gazem
trującym na froncie południowym przed Ypres. Wieczorem trzynastego października byliśmy
wciąż na wzgórzu, na południe od Werwik, gdy znaleźliśmy się pod huraganowym ogniem
trwającym kilkanaście godzin, kontynuowanym z różnym natężeniem przez całą noc. Około
północy znaczna część nas odpadła - niektórzy na zawsze. Nad ranem poczułem ból, który
narastał z każdym kwadransem, a około siódmej chwiejąc się na nogach, z piekącym bólem
w oczach szedłem z ostatnim meldunkiem na tej wojnie.

Po kilku godzinach moje oczy zmieniły się w rozżarzone węgle i wszystko wokół mnie
ogarnęła ciemność. Zostałem wysłany do szpitala w Pasewalk na Pomorzu i tam też
szerzyłem rewolucję.

Ciągle nadchodziły złe wieści z marynarki wojennej, w której podobno panował
ferment, ale nie sądziłem, aby obejmował większą liczbę ludzi, przypisywałem to raczej
chorej wyobraźni kilku młodych. W szpitalu wszyscy rozmawiali o zakończeniu wojny, mieli
nadzieję, że szybko nadejdzie, ale nikt nie wyobrażał sobie, że nastąpi to natychmiast. Nie
byłem w stanie czytać gazet.

Napięcie wzrosło w listopadzie. Pewnego dnia nagle i niespodziewanie nadeszła
katastrofa. Na ciężarówkach przybyli marynarze nawołujący do buntu. Przywódcami tej walki
o " wolność, piękno i godność" naszego narodu było kilku młodych Żydów. Żaden z nich
nigdy nie był na froncie.

Następne dni były najgorszymi w moim życiu. Pogłoski stawały się coraz bardziej
wiarygodne. To, co wydawało mi się lokalną sprawą, było najwyraźniej powszechną
rewolucją. Na domiar złego jeszcze z frontu nadchodziły rozpaczliwe wieści. Chciano
kapitulować. Tak. Czy to było możliwe?

Dziesiątego listopada przyszedł do szpitala na krótką rozmowę stary pastor; od niego
dowiedzieliśmy się wszystkiego.

Czułem się głęboko przejęty. Ten stary, dobry człowiek drżał, jak się wydawało, gdy
mówił nam, że Hohenzolernowie nie będą dłużej nosić korony niemieckiego imperium i że
ojczyzna stanie się republiką. Więc wszystko było na próżno. Wszystkie ofiary i cała nędza,
głód i pragnienie przez nie kończące się miesiące poszły na marne, na próżno były wszystkie
godziny, które spędziliśmy na wypełnianiu obowiązków, ogarnięci strachem przed śmiercią,
na darmo śmierć dwóch milionów ludzi.

A nasz kraj?

Czy była to jedyna ofiara, którą musieliśmy ponieść? Czy w przeszłości Niemcy były
mniej warte niż sądziliśmy? Czy nie miały zobowiązań wobec własnej historii? Czy nie
byliśmy warci chodzenia w glorii przeszłości? W jakim świetle to zdarzenie będzie
przedstawiane przyszłym pokoleniom?

Marni, zdeprawowani kryminaliści.

Im bardziej próbowałem uzyskać jasne spojrzenie na te nadzwyczajne wypadki, tym
bardziej było mi wstyd. Czym był ten cały ból oczu w porównaniu z takim nieszczęściem?
To były okropne dni i jeszcze gorsze noce. wiedziałem, że wszystko zostało stracone.
Moja nienawiść do organizatorów tych wydarzeń ciągle wzrastała.
Cesarz Wilhelm był pierwszym cesarzem Niemiec, który podał przyjazną dłoń
marksistowskim przywódcom, mało dbając o to, że są to łotry bez honoru.
Z Żydami nie ma żadnych porozumień - jest po prostu "to albo to".

Postanowiłem zostać politykiem.

 

ROZDZIAŁ VIII

Początki mojej działalności politycznej

Z końcem listopada 191 8 roku wróciłem do Monachium. Ponownie wstąpiłem do
mojego regimentu, który znajdował się w rękach rad żołnierskich. Cała ta sprawa była dla
mnie odpychająca, postanowiłem więc go opuścić tak szybko, jak to tylko było możliwe. W
towarzystwie mojego wiernego kolegi z wojny, Emsta Schmidta, przybyłem do Traunstein i
pozostałem tam aż do rozwiązania obozu.

W marcu 1919 roku powróciłem do Monachium. Sytuacja była nie do wytrzymania i
zmierzała ku dalszemu rozprzestrzenianiu się rewolucji. Śmierć Eisnera tylko przyśpieszyła
jej rozwój i doprowadziła w końcu do dyktatury rad, lepiej powiedzieć, do uzyskania przez
Żydów przejściowej kontroli, która była celem i ideą tych, co dali początek rewolucji. W tym
okresie przez moją głowę przebiegały nie kończące się plany.

W trakcie tej nowej rewolucji swoim postępowaniem ściągnąłem na siebie wrogość
Centralnej Rady. Dwudziestego siódmego marca 1919 roku usiłowano mnie aresztować, ale
gdy skierowałem swój karabin przeciwko oprawcom, ci trzej młodzieńcy stracili odwagę i
wrócili, skąd przyszli.

Kilka dni po oswobodzeniu Monachium wezwano mnie przed komisję i skierowano do
Drugiego Regimentu Piechoty. To był mój pierwszy kontakt z bardziej lub mniej czystą
polityką.

Kilka tygodni później otrzymałem rozkaz wzięcia udziału w kursie dla członków sił
obrony. Jego celem było zapoznanie żołnierzy z zasadami obowiązującymi obywateli
państwa. Wartość kursu brała się z faktu, że przez okres jego trwania poznałem kolegów,
którzy myśleli tak jak ja i z którymi mogłem dyskutować na temat aktualnej sytuacji. Byliśmy
wszyscy mniej lub bardziej przekonani, że Niemcy nie będą w stanie się podnieść z ruiny,
która im coraz bardziej zagrażała. Uważaliśmy, że członkowie partii centrum i socjaldemokracji,
a także związanych z nimi grup mieszczańsko-narodowych nigdy, nawet z
najlepszą wolą, nie będą w stanie naprawić szkody, którą sami wyrządzili zbrodnią
listopadową.

W naszym małym kręgu dyskutowaliśmy o powstaniu nowej partii.

Podstawowe zasady, które rozważaliśmy, były później realizowane przez nas w
Niemieckiej Partii Robotniczej. Nazwa tego nowego ruchu wskazywała początkowy kierunek
penetracji szerokich mas, ponieważ gdyby zabrakło tej jakości, cała praca mogłaby się okazać
bezcelowa i zbędna. Tak więc nazwaliśmy ją partią socjalrewolucyjną, gdyż idee
socjalne tej nowej organizacji łączyły się z rewolucją.

Była także głębsza przyczyna. Cała uwaga, jaką poświęcałem problemom
gospodarczym we wcześniejszym okresie mego życia, skupiała się mniej lub więcej na
uboczu problemów socjalnych. Dopiero później rozszerzyłem te granice w wyniku moich
rozważań na temat niemieckiej polityki koalicyjnej. Ta ostatnia była w przeważającej części
rezultatem błędnej oceny gospodarki i nieokreślonych zasad wyżywienia w przyszłości
narodu niemieckiego. Te idee oparte były na twierdzeniu, że w każdym wypadku kapitał jest
po prostu wynikiem pracy, a poza tym stanowi - jak sama praca - podstawę korekty
wszystkich czynników, które mają zarówno rozwijać, jak i ograniczać ludzką działalność. W
tym tkwi narodowe znaczenie kapitału, iż jest całkowicie zależny od wielkości, wolności i siły
państwa, to jest narodu: związek ten powoduje, że kapitał dążąc do utrzymania się i rozwoju
popiera jednocześnie państwo i naród. To wzajemne powiązanie kapitału z niezależnym
państwem zobowiązuje to ostatnie do uczynienia narodu wolnym i silnym.

W ten sposób obowiązek państwa względem kapitału jest stosunkowo prosty i jasny.
Po prostu musi ono widzieć, że kapitał pozostaje w służbie państwa i nie otrzyma kontroli ze
strony narodu. Zajmując takie stanowisko, państwo mogłoby ograniczyć się do dwóch celów:
z jednej strony utrzymania wydajności narodowej i niezależności administracji, a z drugiej -
zabezpieczenia socjalnych praw robotników.

Natychmiast po wysłuchaniu pierwszego wykładu Federa w moim mózgu zaświtała
myśl, że wreszcie odkryłem drogę do jednej z podstawowych zasad, na której może być
stworzona nowa partia.

Szybko zrozumiałem, że to było zagadnienie teoretycznej prawdy o ogromnej
ważności dla przyszłości narodu niemieckiego. Ostre odróżnienie giełdowego kapitału od
finansów narodu dawało możliwość przeciwstawienia się umiędzynarodowieniu niemieckiej
administracji finansowej, bez zagrożenia podstaw narodowej egzystencji w walce przeciwko
kapitałowi.

Rozwój Niemiec był dla mnie zbyt oczywisty, abym nie był świadomy, że najcięższa
walka nie będzie toczona przeciwko wrogim narodom, ale przeciwko międzynarodowemu
kapitałowi.

Wykład Federa wyposażył mnie w doskonały okrzyk bojowy, przydatny w
nadchodzącej walce. Ten przypadek, jak również późniejsze wydarzenia, udowodnił, jak
poprawne były nasze odczucia w tym okresie. Nie będziemy dłużej wyszydzani przez
naszych głupich, burżuazyjnych polityków. Nawet oni teraz rozumieją, jeśli nie kłamią, że
międzynarodowy kapitał był nie tylko największym agitatorem wojny, ale nawet teraz, gdy
wojna się skończyła, nie szczędzi niczego, by przemienić pokój w piekło.

Dla mnie i dla wszystkich prawdziwych narodowych socjalistów istnieje tylko jedna
doktryna: naród i ojczyzna.

Tym, o co musimy walczyć, są bezpieczeństwo istnienia i rozwoju naszej rasy i
narodu, wyżywienie jego dzieci i zachowanie czystości krwi, wolność i niezależność
ojczyzny, a wtedy nasz naród będzie mógł dojrzeć do wypełnienia misji nałożonej na niego
przez Stwórcę Wszechświata. Zacząłem uczyć się na nowo i dopiero teraz prawidłowo
zrozumiałem nauki i zamiary Żyda - Karola Marksa. Dopiero teraz właściwie odczytałem jego
"Kapitał", tak samo, jak i walkę socjaldemokracji przeciwko gospodarce narodu i to, że jego
celem jest przygotowanie podstaw dominacji prawdziwie międzynarodowego kapitału,
finansjery i giełdy.

Z drugiej strony dało to wielkie rezultaty. Pewnego dnia zgłosiłem intencję zabrania
głosu w dyskusji. Jeden z uczestników myślał, że złamie lancę wymierzoną w Żydów i zaczął
bronić ich w długich wywodach. To pobudziło mnie do przeciwstawienia się. Przytłaczająca
większość obecnych stanęła po mojej stronie.

Rezultatem tego - jakkolwiek kilka dni "później było wydanie mi rozkazu wstąpienia do
monachijskiego regimentu na stanowisko instruktora.

Dyscyplina wojenna w tym czasie była raczej słaba. Było to następstwem okresu rad
żołnierskich.

Teraz mogłem przypisać sobie sukces: w trakcie moich przemówień setki - mało tego
- tysiące kolegów zdołałem przywrócić narodowi i ojczyźnie. "Unarodowiłem" oddziały
wojskowe i mogłem w ten sposób przyczynić się do wzmocnienia dyscypliny.
Ponadto poznałem wielu kolegów, którzy myśleli tak jak ja, którzy wspólnie ze mną
wykładali podstawy nowego ruchu.

 

ROZDZIAŁ IX

Niemiecka Partia Robotnicza

Pewnego dnia otrzymałem rozkaz z kwatery głównej, aby pójść i dowiedzieć się, co
się dzieje w organizacji politycznej pod nazwą Niemiecka Partia Robotnicza, która miała
odbyć spotkanie w czasie kilku następnych dni. Miał na nim przemawiać Gottfried Feder.
Miałem pójść na spotkanie i przyjrzeć się ludziom, a następnie złożyć raport.

Ciekawość partii politycznych odczuwana w armii była więcej niż zrozumiała.
Rewolucja dała żołnierzom prawo aktywności politycznej, a przede wszystkim, nawet
najbardziej niedoświadczonym, możliwość robienia z niej pełnego użytku. Tak było do chwili,
aż partie centrum i socjaldemokratyczna zdały sobie sprawę, że żołnierze zaczynają
odwracać się od partii rewolucyjnych i kierują się ku ruchowi narodowemu i odrodzeniu
państwa. Widziały w tym pretekst do odebrania armii prawa wyborczego i zakazania jej
udziału w życiu politycznym.

Mieszczaństwo, które cierpiało z powodu starczej słabości, myślało z całą powagą, że
armia wróci do swojego poprzedniego stanu, tj. będzie po prostu częścią sił obronnych
Niemiec, podczas gdy ideą centrum i marksistów było usunięcie niebezpiecznego, zatrutego
zęba nacjonalizmu, bez którego armia jest niczym innym jak policją, a nie siłą militarną,
zdolną do oparcia się wrogowi.

Zdecydowałem się wziąć udział we wspomnianym spotkaniu partii, o której nic nie
wiedziałem.

Byłem zadowolony, gdy Feder skończył przemawiać. Widziałem wystarczająco wiele i
już przygotowywałem się do odejścia, gdy zatrzymała mnie informacja, że teraz każdy
będzie mógł zabrać głos. Wydawało mi się, że nie zdarzy się nic godnego uwagi, gdy nagle
jakiś "profesor" zaczął przemawiać. Miał wątpliwości do poprawności rozumowania Federa -
nagle odwołał się do "podstawowych faktów" i zasugerował, że ta młoda partia jest jedyną,
nadającą się do podjęcia walki o odseparowanie Bawarii od Prus. Ten człowiek miał czelność
twierdzić, że gdyby to się stało, niemiecka Austria natychmiast połączyłaby się z
Bawarią, a wówczas pokój dla Niemiec byłby o wiele pewniejszy i tym podobne bzdury. Na to
musiałem odpowiedzieć i przedstawiłem temu gentlemanowi moje poglądy na ten temat tak
skutecznie, że przewodniczący uciekł z budynku jak zmoczony pudel, jeszcze zanim
skończyłem.

W ciągu kilku dni myślałem często o tej sprawie i już chciałem odłożyć ją na dobre,
gdy ku memu zdziwieniu otrzymałem po paru dniach kartkę pocztową z informacją, że
przyjęto mnie na członka Niemieckiej Partii Pracy. Zaproszono mnie także do wzięcia udziału
w zebraniu komitetu tej partii na następną środę.

Byłem więcej niż zaskoczony metodami zyskiwania członków i nie wiedziałem, czy
śmiać się, czy płakać. Nigdy nie wyobrażałem sobie wstąpienia do jakiejś już istniejącej
partii. Chciałem sam założyć partię. Naprawdę, ten zamiar nigdy się u mnie nie pojawił.

Kiedy już miałem wysłać odpowiedź do autora zaproszenia, zwyciężyła ciekawość i
postanowiłem udać się tam we wskazanym dniu, aby wyjaśnić ustnie kierujące mną powody.

Nadeszła środa. Byłem zaskoczony, gdy powiedziano mi, że na spotkaniu ma być
osobiście przewodniczący tej partii na całą Rzeszę. Postanowiłem odroczyć na chwilę moją
deklarację. Wreszcie pojawił się. Pozostałem, aby zobaczyć, co się wydarzy. W każdym razie poznałem nazwiska
tych gentlemanów. Przewodniczącym organizacji w Rzeszy był pan Harrer,
przewodniczącym monachijskiej organizacji był Anton Drexler .

Po przeczytaniu protokołu ostatniego zebrania podziękowano lektorowi.

Następnie rozpoczęto przyjmowanie nowych członków, a to dotyczyło i mnie.

Zacząłem zadawać pytania. Poza kilkoma głównymi zasadami nie było niczego, ani
programu, ani ulotek, zupełnie nic nie wydrukowano. Było jedynie dużo wiary i dobrych
intencji.

Nie było mi do śmiechu.

Wiedziałem dobrze, co ci ludzie czuli. Pragnęli nowego ruchu, który miał być czymś
więcej niż partią w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Przede mną stanęło najtrudniejsze pytanie mego życia. Przystąpić do nich, czy się
wstrzymać?

Wydawać by się mogło, że los mnie zaprasza. Nigdy nie chciałem wstępować do
jakiejkolwiek istniejącej wielkiej partii i wyjaśniłem dokładnie moje powody. Według mnie było
korzystne, że ta śmieszna, mała grupa z garstką członków nie przekształciła się w organizację,
ale oferowała jednostkom prawdziwe otwarcie się dla ich aktywności. To była
praca do wykonania, a im mniejszy był ruch, tym szybciej mógł uzyskać właściwy kształt. W
ciąż było możliwe określenie jego charakteru, celu i metod, czego nie można byłoby osiągnąć
w przypadku istnienia wielkich partii.

Im dłużej rozważałem to w moim umyśle, tym większego nabierałem przekonania, że
takie małe ruchy jak ten mogą łatwiej utorować sobie drogę do narodowego odrodzenia, co
nigdy nie uda się parlamentarnym partiom politycznym, ponieważ trzymają się zbyt kurczowo
przestarzałych koncepcji lub mają interes w popieraniu nowego reżimu. To, co należało teraz
zrobić, to ogłosić nowy światopogląd, a nie nowe wybory.

Po dwóch dniach męczących rozmyślań ostatecznie podjąłem decyzję uczynienia
tego kroku. To był decydujący moment mojego życia. Odwrót nie był możliwy ani celowy.

Oto jak stałem się członkiem Niemieckiej Partii Robotniczej i otrzymałem tymczasową
legitymację członkowską noszącą numer siedem.




ROZDZIAŁ X

Przyczyny upadku imperium

Wielu ludzi uważa upadek Niemiec za zwykły rezultat powszechnego ubóstwa.
Prawie każdy jest osobiście przez nie dotknięty - doskonała przesłanka zrozumienia
nieszczęścia przez każdą jednostkę. Ludzie nie wiążą upadku z politycznymi, kulturalnymi i
moralnymi kwestiami. Brak im zarówno przeczucia, jak i zrozumienia tego faktu.

Nie ulega wątpliwości, że tak się dzieje z masami, ale fakt, że inteligenckie kręgi
społeczeństwa uważają upadek przede wszystkim za "ekonomiczną katastrofę"
i myślą, że odrodzenie musi nadejść od strony ekonomicznej, jest jedną z przyczyn tego, że
do tej pory żadna kuracja nie była możliwa. Ludzie nie rozumieją, że ekonomia może stać
dopiero na drugim albo nawet na trzecim miejscu i że elementy etyczne i rasowe muszą
mieć pierwszeństwo, abyśmy mogli zrozumieć przyczyny obecnego nieszczęścia i dostrzec
środki i metody leczenia.

Najłatwiejszą do dostrzeżenia i dlatego najpowszechniej uznawaną przyczyną
naszych niepowodzeń i obecnego rozkładu jest przegrana wojna.

Prawdopodobnie jest wielu wierzących w te bzdury, ale chyba jest więcej tych, w
których ustach taki argument jest świadomym kłamstwem. To ostatnie dotyczy wszystkich,
którzy tłoczą się wokół narodowego koryta.

Czy ci apostołowie światowego pojednania nie twierdzili, że klęska Niemiec po prostu
nie zniszczyła militaryzmu? Że Niemcy będą się radować chwałą odrodzenia? Czy cała ta
rewolucja nie była pełna frazesów, że rzekomo tylko dzięki niej niemożliwe było zwycięstwo
Niemiec, ale sam naród niemiecki osiągnąłby w pełni zwycięstwo w ojczyźnie i poza nią?
Czy nie było tak, wy kłamiące łajdaki?

Z pewnością charakterystyczną dla żydowskiej bezczelności twierdzono, że militarna
klęska spowodowała upadek, gdy tymczasem centralny organ wszystkich zdrajców,
berlińska gazeta "Vorwarts" pisała, że tym razem niemiecki naród nie będzie mógł przynieść
do ojczyzny sztandaru zwycięstwa! Czy to może być uważane za przyczynę naszego
upadku?

Odpowiedź na twierdzenie, że przyczyną tego stanu rzeczy jest klęska wojenna,
może być następująca:

Oczywiście, przegrana wojna miała straszliwy wpływ na los naszego kraju, ale to nie
była przyczyna, ale skutek. Cała inteligencja i życzliwi ludzie dobrze wiedzą, że
nieszczęśliwe zakończenie tej wojny prowadzonej na śmierć i życie musi prowadzić do
straszliwych rezultatów, ale niestety by li także ludzie, których siła rozumowania w pewnym
momencie opuściła, i tacy, którzy walczyli przeciwko tej prawdzie i zaprzeczali jej, mimo iż
byli jej świadomi. Oni są faktycznie winni upadkowi, a nie przegrana wojna, jak to teraz
utrzymują. Ponieważ przegrana wojna była właśnie rezultatem ich działania, a nie złe
dowodzenie - jak teraz twierdzą. Wróg nie składał się z tchórzy, on bardzo dobrze wiedział,
jak umierać. Od pierwszego dnia miał przewagę liczebną nad niemiecką armią i cały świat na
usługach dla swojego uzbrojenia. Nie możemy także pominąć faktu, że niemieckie
zwycięstwa, które miały miejsce przez cztery lata zaciętych walk przeciwko całemu światu,
zawdzięczamy, oprócz całego bohaterstwa żołnierzy, świetnej organizacji i właściwemu
dowodzeniu. Organizacja i dowództwo niemieckiej armii były najlepszymi, jakie świat
kiedykolwiek widział. Braki wynikały z potencjału ludzkiego.

Czy naprawdę są narody, które kiedykolwiek upadły wskutek przegranej wojny i tylko
przez to? Odpowiedź może być krótka.

Tak jest zawsze, gdy militarną klęskę narodu spowodowało lenistwo, tchórzostwo,
brak charakteru i faktyczny brak wartości u części narodu. Jeśli tak nie jest, militarna klęska
staje się bodźcem do większego odrodzenia w przyszłości, a nie grobem narodu.

Historia dostarcza niezliczonych przykładów potwierdzających prawidłowość tego
stwierdzenia.

Niemiecka klęska militarna nie była niestety niezasłużoną katastrofą, ale zasłużoną
karą odwiecznego prawa zemsty. Na podwójną klęskę nie zasłużyliśmy.

Jeżeli front pozostawiony sobie naprawdę by zawiódł i jeżeli narodowa katastrofa
naprawdę spowodowana byłaby zaniedbaniem, naród niemiecki zaakceptowałby klęskę w
zupełnie innym duchu. Zniósłby nieszczęścia, które nastąpiły, z zaciśniętymi zębami albo
byłby przygnieciony smutkiem. Ich serca wypełniałaby wściekłość i furia przeciwko
złośliwości losu lub przeciwko wrogowi, któremu przeznaczenie dało zwycięstwo. Nie byłoby
ani radości, ani tańców, o tchórzostwie nie mówiono by z dumą, nikt by nie kpił z walczących
oddziałów, a ich barw nie wrzucano by w błoto; ale ponad wszystko ten haniebny stan rzeczy
nigdy nie upoważniłby brytyjskiego pułkownika Repinktona do pełnej pogardy wypowiedzi:
"Co trzeci Niemiec jest zdrajcą".

Nie nastąpił militarny upadek, ale w konsekwencji seria chorobliwych zdarzeń i
upadek tych, którzy je spowodowali. Oni zarazili naród już w czasie pokoju. Klęska była
pierwszą widoczną, katastrofalną oznaką moralnego zatrucia, osłabieniem instynktu
samozachowawczego i doktryny, która już wiele lat wcześniej podkopywała fundamenty
narodu i Rzeszy.

To było naturalne, że cała ta bezdennie zakłamana dusza żydostwa i walcząca
organizacja marksistowska, obciążały bezpośrednią odpowiedzialnością za klęskę tego
człowieka, który próbował z nadludzką wolą i energią zapobiec przewidywanemu
nieszczęściu i zaoszczędzić narodowi okresu głębokiego bólu i upokorzenia. Wskutek
obarczenia Ludendorfa winą za przegraną wojnę światową, wyrwano broń moralnej
sprawiedliwości z ręki tego jedynego przeciwnika zdrajców ojczyzny.

Możemy uważać za wielkie szczęście narodu niemieckiego, że okres pełzającej
choroby przeszedł do głowy i został zatrzymany nagle przez tę okropną katastrofę, ponieważ
gdyby sprawy ułożyły się inaczej, naród popadłby w ruinę, może nieco wolniej, ale równie
pewnie. Choroba stałaby się chroniczna, podczas gdy ta ostra postać choroby dała
przynajmniej jasny i rzeczywisty obraz znacznej ilości obserwatorów.

W długim okresie pokoju poprzedzającym wojnę pojawiły się pewne formy zła i jako
takie zostały rozpoznane, chociaż w praktyce nikt nie zwrócił uwagi z pewnymi wyjątkami -
na przyczyny, które je wywołały. Tymi wyjątkami były zjawiska ekonomiczne, które dotykały
przede wszystkim poszczególnych ludzi. Pojawiło się wiele oznak upadku, które powinny
nakłaniać do poważniejszych przemyśleń.

Zdumiewający przyrost naturalny w Niemczech przed wojną wywołał problem
zapewnienia podstawowego wyżywienia, coraz bardziej widoczny w całej politycznej i
ekonomicznej działalności. Ale niestety rządzący nie mogli zdecydować się na jedyne
właściwe rozwiązanie, ponieważ wyobrażali sobie, że mogą osiągnąć ten cel tańszymi
metodami. Wyrzeczenie się idei zdobywania nowych terytoriów i zastąpienie jej szaleństwem
ekonomicznego podboju doprowadziło w końcu do nieograniczonej i szkodliwej
industrializacji.

Pierwszym i najgorszym skutkiem było osłabienie rolnictwa.

Proporcjonalnie do tego, jak klasa chłopska pogrążała się, a proletariat tłamsił się w
wielkich miastach, te klasy wzrastały liczbowo, aż w końcu całkowicie została naruszona
równowaga.

Gwałtowny rozdźwięk między bogatymi i biednymi stał się wyraźny. Bogactwo i
ubóstwo żyło obok siebie i konsekwencje tego musiały być żałosne. Nędza i wielkie
bezrobocie zaczęły zbierać żniwo wśród ludzi i pozostawiały za sobą rozgoryczenie i
niezadowolenie. Miały miejsce nawet gorsze zjawiska związane z uprzemysłowieniem
narodu. Pieniądz stał się bogiem, któremu wszyscy musieli służyć i przed którym każdy
musiał się kłaniać. Zaczął się okres demoralizacji, zwłaszcza że odbywał się w czasie, gdy
naród - bardziej niż kiedykolwiek - potrzebował w godzinie nadchodzącego
niebezpieczeństwa inspiracji największych talentów. Niemcy powinny być przygotowane do
zapewnienia chleba za pomocą pokojowych środków i do poparcia mieczem swoich
wysiłków.

Niestety dominacja pieniądza została usankcjonowana, także przez tę stronę, która
powinna być w największej opozycji do niego. Szczególnie nieszczęśliwe było to, że jego
Wysokość nakłaniał szlachtę, aby weszła w krąg nowej finansjery. Należy przyznać, na jego
usprawiedliwienie, że nawet Bismarck nie zdawał sobie sprawy z kryjącego się w tym
niebezpieczeństwa. W praktyce ideały cnót zeszły na drugi plan w stosunku do pieniądza,
ponieważ było oczywiste, że wchodząc na taką drogę szlachta będzie musiała grać drugie
skrzypce wobec finansjery.

Już przed wojną zaczęła się internacjonalizacja niemieckiej gospodarki. Część
niemieckiego przemysłu podejmowała zdecydowane próby odsunięcia tego niebezpieczeństwa,
ale w końcu padła ofiarą połączonego aktu żarłocznego kapitału, popieranego
w wielkiej mierze przez swoich wielkich przyjaciół - ruch marksistowski.

Wojna prowadzona z pomocą marksizmu przeciwko niemieckiemu przemysłowi
ciężkiemu była widocznym początkiem internacjonalizacji, o którą zabiegano, a jedynym
możliwym sposobem zakończenia tej roboty było zwycięstwo marksizmu w rewolucji.

Najlepszym dowodem sukcesu uprzemysłowienia Niemiec jest fakt, że gdy wojna się
skończyła, jeden z liderów niemieckiego przemysłu i handlu mógł wyrazić opinię, że handel
jest jedyną siłą, która znowu będzie mogła postawić Niemcy na nogi. Te słowa wypowiedziane
przez Stinnesa - spowodowały niewiarygodne zamieszanie, ale zostały
podjęte i stały się ze wstrząsającą szybkością mottem wszystkich oszustów, którzy pod
płaszczykiem "mężów stanu" roztrwonili fortunę Niemiec.

Jedną z najgorszych oznak dekadencji w Niemczech przed wojną była powszechna
połowiczność, którą manifestowano na każdym kroku, we wszystkim co robiono. jest ona
zawsze rezultatem braku poczucia pewności i wynikającej z niego, jak i z innych przyczyn,
małoduszności. Przyczyną tego stanu był system edukacji.

Edukacja w Niemczech przed wojną miała bardzo wiele słabych punktów. Był to
jednostronny system kształcenia, preferujący samą wiedzę, a bardzo mało uwagi
poświęcający praktycznym umiejętnościom. Jeszcze mniejszy nacisk kładziono na
kształtowanie charakteru, bardzo mały na zachęcanie do brania odpowiedzialności na siebie,
a żadnego na rozwijanie siły woli i umiejętności podejmowania decyzji. Rezultatem takiego
wychowania nie był mocny człowiek, ale ulegający wpływom posiadacz dużej wiedzy - tak
powszechnie było przed wojną i dlatego cieszyliśmy się względami innych narodów.
Kochano Niemca, ponieważ przydawał się, ale mając słabą wolę nie cieszył się szacunkiem.
Z tej przyczyny łatwiej porzucał narodowość i ojczyznę niż inni. Wyraża to świetnie
przysłowie: ,,Z kapeluszem w ręce możemy przemierzyć cały świat".
Tak oto wartość i znaczenie idei monarchy nie może skupiać się głównie na jego osobie,
chyba że niebiosa zechcą łaskawie umieścić koronę na głowie wspaniałego bohatera,
takiego jak Fryderyk Wielki, albo tak mądrej osobistości jak Wilhelm I. To może zdarzyć się
raz na kilka wieków, nie częściej. Inaczej mówiąc, koncepcja powinna mieć pierwszeństwo
przed człowiekiem. Jej znaczenie musi się kształtować wyłącznie wewnątrz instytucji, a
monarcha sam wchodzi w krąg tych, którzy jej służą.

Skutkiem przewrotnej edukacji był strach przed odpowiedzialnością i wynikająca z
tego słabość w załatwianiu podstawowych problemów.

Podam tylko kilka przypadków z całej masy przykładów, które zaobserwowałem.

Kręgi dziennikarstwa mają zwyczaj pisać o prasie, jako o "wielkiej sile" w państwie.
Jest prawdą, że jej znaczenie jest obecnie ogromne. Trudno je przecenić- stanowi ona w
rzeczywistości przedłużenie edukacji aż do późnego wieku.

Podstawową sprawą państwa i narodu jest dbać o to, aby ludzie nie wpadali w ręce
złych, niewykształconych czy nieżyczliwych nauczycieli. Jest zatem obowiązkiem państwa
czuwanie nad edukacją społeczeństwa i zabezpieczenie jej przed niekorzystnymi
zjawiskami. Powinno ono także kontrolować prasę, szczególnie to, co ona robi, ponieważ jej
wpływ na ludzi jest ogromny i najskuteczniejszy ze wszystkiego, gdyż jej oddziaływanie nie
jest przejściowe, a stałe. Jego ogromne znaczenie tkwi w jednostajnym i ciągłym
powtarzaniu swojej nauki. Obowiązkiem państwa jest pamiętać, że cokolwiek robi, musi być
ukierunkowane na jeden cel i tylko jeden, nie można pozwolić na sprowadzenie jej na
manowce przez tak zwaną " wolność prasy" albo nakłaniać ją do zaniedbywania swoich
obowiązków i odmawiania strawy, której naród potrzebuje, aby być zdrowym. Państwo musi
zdecydowanie kontrolować ten instrument edukacji narodu i umieścić go w służbie państwa i
narodu.

To, co tak zwana liberalna prasa robiła przed wojną, było kopaniem grobu dla
niemieckiego narodu i niemieckiej Rzeszy. O kłamstwach marksistowskiej prasy nie
potrzebujemy w ogóle mówić, dla niej kłamstwa są tak niezbędne do życia jak miauczenie
kota. Jedynym jej celem jest złamanie narodowych i społecznych sił oporu, przygotowanie
ich do służenia internacjonalistycznemu kapitałowi i jego panom -Żydom.

Co państwo zrobiło, aby przeciwdziałać temu masowemu zatruwaniu narodu? Nic,
absolutnie nic! Kilka nic nie znaczących ostrzeżeń, kilka kar za przestępstwa zbyt
skandaliczne, aby mogły pozostać niezauważone, i to wszystko.

Walka rozpoczęta przez rząd w tych dniach przeciw prasie -kontrolowanej głównie
przez Żydów - która powoli deprawowała naród, nie miała ani zdecydowania, ani określonej
linii, ale przede wszystkim zabrakło wyraźnego celu. Całkowicie pominięto zarówno ocenę
znaczenia tej walki, jak i wybór metod oraz ustalenie jasno określonego planu.

Dla niezupełnie wykształconych, pobieżnych czytelników "Frankfurter Zeitung" jest
szczytem elegancji. Nie używa nigdy mocnych określeń, odżegnuje się od przemocy i
zawsze na rzecz walki operuje "intelektualnymi" środkami, a to przyciąga ciekawość
przynajmniej inteligentnych ludzi.

Dla naszych półinteligentnych klas pisze Żyd w tak zwanej prasie inteligenckiej.
"Frankfurter Zeitung" i "Berliner Tageblatt" mają na celu przyciągnąć je i rzeczywiście ta
prasa wywierała na te grupy wpływ. Najostrożniej, unikając szorstkości języka używali innych
naczyń do wlania trucizny do serc swoich czytelników. W mieszaninie czarujących wyrażeń
uspokajają swoich czytelników wiarą, że czysta wiedza i moralna uczciwość są kierującymi
siłami ich działań, podczas gdy naprawdę jest to zręczny środek do przywłaszczenia sobie
broni, której ich oponenci mogliby użyć przeciwko prasie.

Zadowolenie z półśrodków jest zewnętrzną oznaką wewnętrznej dekadencji, a
narodowy upadek nastąpi wcześniej czy później. Wierzę, że nasza obecna generacja, jeżeli
będzie prawidłowo kierowana, dużo łatwiej opanuje to niebezpieczeństwo. Miała ona różne
doświadczenia, które wzmocniły nerwy tych, co ich zupełnie nie stracili. Pewnym jest, że
wcześniej czy później Żyd w swoich gazetach podniesie wrzask, gdy na jego umiłowane
gniazdo zostanie położona ręka kończąca z tym haniebnym wykorzystywaniem prasy i przez
postawienie tego środka w służbie państwowej i odebranie go obcym i wrogom narodu.
Wierzę, że będzie to mniejszym ciężarem dla nas młodych, niż to było dla naszych ojców.
Trzydziestocentymetrowy granat zawsze syczy głośniej niż tysiąc żydowskich, gazetowych
żmij więc pozwólmy im syczeć!

Cała edukacja powinna zmierzać ku temu, aby wolny czas chłopca zająć korzystnym
rozwojem ciała. Nie ma prawa pozwalającego na to, aby marnował swoje młode lata i
zakłócał spokój na ulicach i w kinach, po całodziennej pracy powinien wzmacniać swoje
młode ciało, tak aby życie nie pozwoliło mu stać się miękkim, gdy weń wchodzi.
Przygotowanie i zrealizowanie tego jest obowiązkiem edukacji młodego pokolenia, a nie tylko
pompowanie tak zwanej wiedzy. To musi uwolnić go od wrażenia, że kierowanie ciałem jest
wyłącznie sprawą jednostki. Nikomu nie wolno grzeszyć przeciw potomnym, to znaczy
przeciw rasie.

Walkę przeciwko zatruwaniu duszy należy prowadzić równolegle z rozwojem ciała.
Należy zwrócić uwagę na "jadłospis" kin, teatrów i variete, przecież trudno zaprzeczyć, żeby
była to właściwa strawa, zwłaszcza dla młodych. Parkany i kioski z ogłoszeniami przyciągają
uwagę społeczeństwa w wulgarny sposób. Każdy, kto nie stracił zdolności wejścia w duszę
młodego człowieka, zrozumie, że musi to prowadzić do poważnych wynaturzeń.

Życie ludzi musi być wolne od duszących woni naszego nowoczesnego erotyzmu. We
wszystkich tych sprawach cel i metoda muszą być kierowane pragnieniem zabezpieczenia
zdrowia naszego narodu, zarówno jego ciała, jak i duszy. Prawo do osobistej wolności jest
drugie w hierarchii ważności w stosunku do obowiązku utrzymania rasy.

Podobną chorobliwość można dostrzec w każdej dziedzinie sztuki i kultury. Smutną
oznaką wewnętrznej dekadencji było zakazanie młodym ludziom odwiedzania tak zwanych
domów sztuki (Kunststatte). Weźmy pod uwagę choćby to, co bezwstydnie, publicznie "eksponowano",
z zastrzeżeniem "tylko dla dorosłych".

I pomyśleć, że takie środki ostrożności były konieczne w takich właśnie miejscach,
które przede wszystkim powinny dostarczać materiału dla kształcenia młodzieży, a nie dla
zabawy zblazowanych dorosłych. Co powiedzieliby najwięksi dramaturdzy wszystkich
czasów na takie ostrzeżenie i na przyczynę, która uczyniła je koniecznym.

Wyobraźmy sobie oburzenie Schillera i to, jak Goethe wpadłby w furię.

Ale rzeczywiście, kim są Schiller, Goethe, Shakespeare w porównaniu z bohaterami
nowej, niemieckiej poezji! Skończeni i przestarzali, całkowicie niemodni. Ponieważ to jest
charakterystyczne; nie tylko dla okresu, który nie tworzy nic poza plugastwem i rzuca w błoto
wszystko, co było naprawdę wielkie w przeszłości.

Dlatego najsmutniejszą stroną naszej narodowej kultury w okresie poprzedzającym
wojnę był nie tylko kompletny zanik naszych twórczych sił w sztuce i generalnie w kulturze,
ale także duch nienawiści, której pamięć i wielkość skalała i zamazała przeszłość. Prawie w
każdej dziedzinie sztuki, szczególnie w dramacie i literaturze rozpoczęto na przełomie stuleci
produkować coraz mniej nowych, wartościowych rzeczy, a także lekceważono to, co było
dawniej najlepsze i pokazywano jako gorsze i przestarzałe.

Badanie stosunków religijnych przed wojną pokazuje, jak wszystko znalazło się w
stanie rozbicia. Nawet w tej dziedzinie miały miejsce wielkie podziały narodu, co
spowodowało całkowitą utratę jednolitości przekonań. Ci, którzy byli w otwartym konflikcie z
kościołem, odgrywali mniejszą rolę niż ci, którzy byli po prostu obojętni. Obydwa wyznania
prowadzą misję w Azji i Afryce, w celu przyciągnięcia nowych wyznawców - praktyka ta daje
bardzo umiarkowane rezultaty w porównaniu z rozwojem wiary mahometańskiej - gdy
tymczasem w Europie tracą miliony prawdziwych wyznawców, których całkowicie zraża się
do religijnego życia albo którzy po prostu idą swoją własną drogą. Konsekwencje, z
moralnego punktu widzenia, nie są dobre.

Jest wiele oznak walki, z dnia na dzień coraz gwałtowniejszej, przeciwko
dogmatycznym zasadom różnych kościołów, bez których w praktyce wiara religijna byłaby na
tym świecie nieprawdopodobna. Szerokie masy narodów nie składają się z filozofów; wiara
jest dla nich przeważnie jedyną podstawą moralnych poglądów na życie. Różne próby
znalezienia środków zastępczych nie okazały się właściwe ani pomyślne, nie powiodło się
także wprowadzenie ich na miejsce dawnych wyznań religijnych. Jeżeli nauka i wiara
religijna naprawdę opanują szerokie rzesze społeczeństwa, absolutny autorytet tej wiary
będzie całkowitą podstawą jego skuteczności. Tym, czym obyczaj dla życia, jest dla państwa
prawo, a dla religii dogmat. To i tylko to może pokonać chwiejne, ciągle kwestionowane
intelektualne koncepcje i nadać im kształt, bez którego wiara nie może istnieć. W innym
wypadku koncepcja metafizycznego poglądu na życie - innymi słowy filozoficznej opinii -
nigdy z tego nie wyrosłaby. Dlatego atak przeciwko dogmatom jest bardzo podobny do walki
przeciwko powszechnym, prawnym podstawom państwa i prowadzi do kompletnej anarchii,
aż znajdzie swój koniec w beznadziejnym, religijnym nihilizmie.

Polityk jednak musi ocenić wartość religii, niekoniecznie w odniesieniu do błędów w
niej tkwiących, ale pod kątem korzyści płynących z niej jako ze środka zastępczego. Dokąd
będą istnieć jakieś środki zastępcze, tylko głupcy i kryminaliści będą je niszczyć.

Fakt, że wielu ludzi w przedwojennych Niemczech czuło niechęć do życia religijnego,
należy przypisać błędom popełnionym przez tak zwaną partię "chrześcijańską" i
bezwstydnym próbom identyfikacji wiary katolickiej z polityczną partią.

To fatalne odchylenie dawało korzyści znacznej części bezwartościowych członków
parlamentu i spowodowało szkody w Kościele.

Konsekwencje musiał ponosić cały naród, bo w rezultacie doprowadziło to do
osłabienia życia religijnego i tradycyjnych zasad moralnych w okresie, gdy wszystko
zaczynało upadać.

Te szczeliny i pęknięcia gmachu naszego narodu mogły istnieć tak długo, jak długo
nie spadło na niego dodatkowe obciążenie, tzn. mogły wówczas spowodować klęskę, o ile
natłok wielkich wypadków zamieniłby problem wewnętrznej narodowej solidarności w kwestię
o decydującym znaczeniu.
Także w dziedzinie polityki oko obserwatora mogło zauważyć oznaki zła, które -
chyba że zmiany i udoskonalenia byłyby szybko wprowadzone - były symptomem
zbliżającego się wewnętrznego upadku imperium i jego polityki wewnętrznej.

Było również wielu takich, co z trwogą patrzyli na te zjawiska i krytykowali brak planu i
myśli w polityce cesarstwa: oni bardzo dobrze wiedzieli o jego wewnętrznej słabości i pustce,
ale byli po prostu outsiderami życia politycznego. Biurokracja w rządzie ignorowała
przeczucia Houstona Stewarda Chamberlaina z taką samą obojętnością, jak robi to dzisiaj.
Ci ludzie są zbyt , głupi, żeby samodzielnie coś wymyślić i zbyt zarozumiali, żeby uczyć się
tego, co potrzebne, od innych.

Jedną z bezmyślnych uwag powszechnie powtarzanych jest ta, że system
parlamentarny "nie sprawdza się od czasów rewolucji". To prowadzi zbyt szybko do
przypuszczenia, że inaczej było przed rewolucją. W rzeczywistości wynik działalności tej
instytucji jest i może być tylko taki, wyłącznie niszczycielski, i taki był również w czasach,
kiedy większość ludzi wolała nosić klapki na oczach i nic nie widzieć.

Upadek Niemiec był niemałą zasługą tej instytucji.

Cokolwiek poddane zostało wpływowi parlamentu, robione było połowicznie,
jakkolwiek na to nie patrzeć.

Polityka cesarstwa wobec sprzymierzeńców miała również słaby, połowiczny wymiar.
Chociaż parlament chciał utrzymać pokój, nie był w stanie zapobiec wojnie.

Polityka wobec Polski miała także połowiczny wymiar. Drażniono tylko Polaków nigdy
nie traktując ani ich, ani tej polityki poważnie. W efekcie nie było ani zwycięstwa dla Niemiec,
ani pojednania z Polską, a wywołało to tylko wrogość Rosji.

Rozwiązanie problemu Alzacji i Lotaryngii miało również połowiczny wymiar. Zamiast
brutalnie, raz na zawsze, urwać łeb francuskiej hydrze przyznając Alzatczykom równe
prawa, nie zrobiono niczego.

Co więcej, nie można było zrobić nic. Główni zdrajcy swego kraju zajmowali miejsca
w szeregach wielkich partii, na przykład Wetterle centrum.

Podczas gdy żydostwo za pomocą marksistowskiej i demokratycznej prasy
rozprzestrzeniało na cały świat ; kłamstwa o niemieckim militaryzmie i wszystkimi sposobami
i siłami próbowało krzywdzić Niemcy, marksistowskie i demokratyczne partie odrzucały
wszelkie rozważania na temat uzupełnienia narodowych sił Niemiec.

Los walki o wolność i niezależność niemieckiego narodu jest rezultatem braku
entuzjazmu w czasie pokoju i słabości w nawoływaniu do połączenia sił narodu w obronie
ojczyzny.

Pewnym złem systemu monarchistycznego było coraz mocniejsze przekonanie dużej
części narodu o tym, że jest rzeczą naturalną, iż rząd czuwa nad wszystkim i jednostka nie
musi o nic się martwić. Tak długo, jak rząd był naprawdę dobry albo przynajmniej wydawał
się dobrym, sprawy szły dobrze, ale niestety, rząd o najlepszych intencjach zastąpiono
nowym, mniej sumiennym! Najgorszym do wyobrażenia wówczas złem było bierne
posłuszeństwo i dziecinna wiara.

Ale między tymi różnymi słabościami były rzeczy o bezspornej wartości.

Przede wszystkim stabilność kierownictwa państwowego zabezpieczona przez
monarchistyczny kształt państwa oraz ochrona posad państwowych przed spekulacjami
chciwych polityków. Także wewnętrzna godność instytucji i autorytet, który wynosił rangę
urzędników państwowych i armii ponad zobowiązania partyjnych polityków. Te korzyści
wynikały z osobistego wcielenia zwierzchnika państwa w osobie monarchy i z przykładu
odpowiedzialności, która spoczywała na monarsze mocniej niż na parlamentarnej
większości.

Armia uczyła pewnych ideałów i poświęcenia dla ojczyzny i jej wielkości, podczas gdy
w innych dziedzinach panowała chciwość i materializm. Ona uczyła narodowej jedności
przeciwko rozbiciu na klasy i być może jedyną jej słabością była instytucja ochotników,
wstępujących do niej na rok. To była słabość, ponieważ łamała zasadę całkowitej równości i
oddzielała lepiej wykształconych od zwykłej społeczności wojskowej. Rozważając
ekskluzywność wyższych klas i ich coraz większe odsunięcie od pozostałych dochodzimy do
wniosku, że armia mogłaby działać jako "błogosławieństwo", gdyby uniknęła w każdym
przypadku wyodrębnienia tak zwanej inteligencji w swoich szeregach. To był błąd, że tak się
nie stało, ale jaka instytucja na tej ziemi postępuje bezbłędnie, a poza tym i tak przeważały w
armii dobre strony, więc tych kilka błędów nie było poniżej ludzkiej niedoskonałości.

Do tej formy państwa i armii przyłączono urzędnicze ciało starego cesarstwa.

Niemcy były najlepiej zorganizowanym i najlepiej administrowanym krajem na
świecie. Jakkolwiek wielu urzędników można było nazwać pedantycznymi biurokratami
niemieckiego państwa, w innych państwach nie wyglądało to lepiej; wręcz przeciwnie -
gorzej. Inne kraje nie posiadały tej cudownej solidności aparatu urzędniczego uchodzącego
za nieprzekupny, które to cechy można było przypisać niemieckim urzędnikom. Lepiej być
raczej pedantycznym, gdy się jest uczciwym i wiernym, niż uświadomionym i nowoczesnym,
a równocześnie niższego charakteru oraz - jak to się dzisiaj zdarza - nic nie wiedzącym i nie
umiejącym.

Niemieckie ciało urzędnicze i machina administracyjna były znakomite szczególnie ze
względu na niezależność od poszczególnych rządów, których przejściowe zamysły w
polityce nie miały wpływu na stanowiska urzędników niemieckiego państwa. To wszystko
zostało zmienione zasadniczo przez rewolucję. Względy partyjne wyparły zdolności i
kompetencje, a mocny i niezależny charakter miał mniejsze znaczenie niż rekomendacja.

Na tych trzech filarach - państwie, armii i korpusie urzędniczym - opierała się
cudowna siła i skuteczność starego cesarstwa.

 

ROZDZIAŁ XI

Naród i rasa

Istnieje niezliczona ilość przykładów w historii pokazujących z przerażającą
szczerością, jak ciągle aryjska krew miesza się z krwią "gorszych ludzi" i w rezultacie
prowadzi do końca kultury zachowania rasy. Północna Ameryka, której ludność składa się w
przeważającej części z elementu germańskiego i w małym stopniu zmieszanego z gorszą,
kolorową ludnością, pokazuje człowieka i kulturę całkowicie odmienną od tej ze Środkowej i
Południowej Ameryki, tworzonej przez ludzi głównie pochodzenia romańskiego. Ich krew w
dowolny sposób była mieszana z krwią tubylców. Biorąc powyższe za przykład jasno
rozpoznamy efekty mieszania ras. Człowiek pochodzenia germańskiego na kontynencie
amerykańskim, utrzymując czystość rasy, podniósł się do roli pana i pozostanie panem tak
długo, jak długo nie dopuści się haniebnego czynu mieszania krwi.

Być może idea pacyfistyczna jest zupełnie dobrą ideą w tych przypadkach, kiedy
człowiek jako najwyższa istota zupełnie podbije i opanuje świat, aby stać się jego wyłącznym
panem. Wówczas ta zasada, pod warunkiem stosowania jej w praktyce, nie przyciągnie mas
ludzkich. Tak więc najpierw walka, a później pacyfizm. W przeciwnym razie oznaczałoby to,
że ludzkość przekroczyła najwyższy punkt swego rozwoju, a końcem nie byłaby dominacja
jakiejś etnicznej idei, tylko chaos. Niektórzy naturalnie będą się z tego śmiać, ale trzeba
pamiętać, że ta planeta przemieszczała się w eterze wolna od ludzkości miliony lat i może
znowu tak się stać, jeżeli ludzie zapomną, że nie istnieją dla szalonej idei czy ideologii, ale
dla zrozumienia i bezlitosnego stosowania odwiecznych praw natury.

Wszystko, co podziwiamy na tej ziemi - nauka, sztuka, umiejętności techniczne i
wynalazczość - jest twórczym produktem jedynie niewielkiej liczby narodów, a być może
nawet jednej rasy. Cała kultura opiera się na ich egzystencji. Jeśli zostają zrujnowane,
zabierają ze sobą do grobu całe piękno tej ziemi.

Jeżeli podzielimy ludzką rasę na trzy kategorie twórców, obrońców i niszczycieli -
aryjska rasa może być uważana za reprezentującą tę pierwszą kategorię.

Aryjskie rasy - czasem w absurdalnie małych ilościach - opanowują inne narody i są
faworyzowane przez wielką liczbę ludzi niższego rzędu, którzy stają do ich dyspozycji i
rozwijają się stosownie do warunków życia zdobytych terytoriów, takich jak urodzajność,
klimat itp.

Drzemią w nich talenty intelektualne i organizacyjne. W ciągu wieków tworzą oni
kulturę autentycznie odciskającą piętno swego charakteru na ziemi i w ludziach sobie
podporządkowanych. Grzechem zdobywców jest wystąpienie przeciwko zasadzie
utrzymania czystości krwi (zasadę tę stosowali od początku) i mieszanie jej z tubylcami,
których ujarzmili, co prowadzi nieuchronnie do końca ich istnienia jako narodu wybranego,
ponieważ grzech popełniony w raju kończy się wygnaniem.

Dla rozwoju wyższej kultury jest konieczne istnienie ludzi wyższej cywilizacji,
ponieważ nikt poza nimi nie mógł stanowić ekwiwalentu środków technicznych, bez których
wyższy rozwój nie był do pomyślenia. Kultura w swoich początkach była oczywiście bardziej
zależna od zatrudnienia gorszego ludzkiego materiału niż oswojonych zwierząt.

Dopiero po zniewoleniu podbitych ras taki sam los spotkał świat zwierzęcy - wbrew
temu, w co wielu chciałoby wierzyć - gdyż najpierw przed pługiem szedł niewolnik, a po nim
dopiero koń. Zwłaszcza pacyfistycznym szaleńcom może się to wydać oznaką ludzkiej
deprawacji. Pozostali muszą jasno widzieć, że taki rozwój jest nieuchronny, aby doprowadzić
do takiego stanu rzeczy, w którym owi apostołowie będą mogli rozprzestrzeniać te głupoty w
świecie.

Postęp ludzkości jest podobny do wspinania się po drabinie nie mającej końca;
człowiek nie może wyjść wyżej, dopóki nie pokona niższych stopni. Taką, prowadzącą do
celu, drogą musiał iść Aryjczyk, a nie tą istniejącą w marzeniach pacyfistów.

Droga, którą kroczył Aryjczyk, była jasno wyznaczona. Będąc zdobywcą podbił
"niższych ludzi", aby pracowali pod jego kontrolą, stosownie do jego woli i celów. Chociaż
wymuszał ciężką pracę, to jednak nie tylko ochraniał ich życie, ale także zapewniał lepszą
egzystencję od tej, jaką wiedli dawniej na wolności. Tak długo, jak się czuł zwierzchnikiem,
nie tylko utrzymywał swoje panowanie, ale był także poplecznikiem i piastunem kultury. Ale
jak tylko te ujarzmione narody zaczęły się podnosić i prawdopodobnie upodabniać swój język
do języka zdobywców, upadła ostra bariera między panem i sługą. Aryjczyk wyrzekł się
czystości krwi, a tym samym swego prawa do pozostania w raju, który dla siebie stworzył.
Tonął, przy, gnieciony mieszaniną ras i stopniowo tracił na zawsze swoje cywilizacyjne
zdolności, aż zaczął się coraz bardziej upodabniać do tubylców, zarówno pod względem
umysłowym, jak i fizycznym. Jeszcze przez jakiś czas mógł się cieszyć błogosławieństwem
cywilizacji.

Tak oto upadają cywilizacje i imperia ustępując miejsca nowym tworom. Mieszanina
krwi i obniżanie poziomu czystości rasy, która temu towarzyszy, jest jedyną i wyłączną przyczyną,
dla której znikają stare cywilizacje - to nie tylko przegrane wojny rujnujące ludzkość,
ale właśnie utrata sił oporu płynących z czystości krwi.

W naszym niemieckim języku jest słowo, które wspaniale oddaje poświęcenie dla
ogólnego dobra. Jest to "Pflickterfullung" - gotowość do posłuszeństwa w wypełnianiu służby.

Ideę stanowiącą fundament takiej postawy nazywamy idealizmem, w przeciwieństwie
do egoizmu i przez nią rozumiemy zdolność jednostki do poświęcenia się dla społeczeństwa.
W czasach, gdy zagraża zanik ideałów, możemy zaobserwować natychmiastowe
zmniejszenie siły społeczeństwa, która jest jego istotą i niezbędnym warunkiem kultury.
Wówczas kierującą siłą w narodzie staje się egoizm i w pogoni za szczęściem rozluźniają się
więzy porządku, a ludzie spadają z nieba prosto do piekła.

Dokładnym przeciwieństwem Aryjczyka jest Żyd.
W żadnym narodzie świata instynkt samozachowawczy nie jest tak silnie rozwinięty
jak w "narodzie wybranym". Najlepszym tego dowodem jest fakt, że ten naród wciąż istnieje.

Czy jest gdzieś naród, który przez ostatnie dwa tysiące lat tak niewiele zmienił swoją
wewnętrzną osobowość jak rasa żydowska? Jaka rasa była w rzeczywistości zaangażowana
w większe rewolucyjne zmiany niż ta i jeszcze przeżyła bez szwanku to najokropniejsze
nieszczęście? Jakże te fakty oddają ich zdecydowaną wolę życia i utrzymania gatunku.

Intelektualne zdolności Żydów rozwinęły się w ciągu wieków. Dzisiaj myślimy o Żydzie
- sprytny i w pewnym sensie tak samo było w każdej epoce.

Autentyczny Aryjczyk był prawdopodobnie nomadem, a dopiero później, po pewnym
czasie, osiedlił się - to dowodzi, że on nigdy nie był Żydem! Nie, Żyd nie jest nomadem,
ponieważ nawet nomadowie mieli określony stosunek do pracy. Praca tak długo była
podstawą ich dalszego rozwoju, dopóki nie posiedli koniecznych, umysłowych właściwości.
Ale nomadowie posiedli umiejętność tworzenia ideałów, tak więc ich koncepcja życia może
być obca aryjskiej rasie, ale nie obojętna. Ta koncepcja nie miała miejsca w przypadku Żyda,
on nigdy nie był nomadem, był pasożytem na ciele innych narodów. Zdarzało się, że
opuszczał dotychczasową sferę swego życia, nie dla własnych zamiarów, ale w
konsekwencji wydalenia go przez narody, których gościnności nadużywał. Jego rozmnożenie
na całym świecie jest typowe dla pasożytów! On zawsze poszukuje nowych żerowisk dla
swojej rasy.

Jego życie wewnątrz innych narodów może trwać po wieczne czasy, jeżeli tylko uda
mu się wywołać wrażenie, że stanowi on nie problem rasowy, ale "wspólnotę religijną". Jest
to pierwsze, wielkie kłamstwo!

Aby istnieć jako pasożyt wewnątrz narodu, Żyd musi się posłużyć pracą, aby
zaprzeczyć swojej prawdziwej wewnętrznej naturze. Im bardziej inteligentny jest poszczególny
Żyd, tym większe osiągnie powodzenie w swoim oszustwie. Może powiedzie mu
się tak dobrze, że większa część społeczeństwa uwierzy, że Żyd naprawdę jest Francuzem
albo Anglikiem, Niemcem albo Włochem, chociaż innej wiary.

Obecny rozwój ekonomiczny prowadzi do zmian w socjalnym rozwarstwieniu narodu.
Gdy drobny przemysł stopniowo obumiera, robotnik ma coraz rzadziej możliwość
bezpiecznej egzystencji, nawet skromnej, i w sposób widoczny staje się proletariuszem.
Rezultatem tego jest "robotnik fabryczny", którego cechą charakterystyczną jest brak
zdolności do podjęcia życia, jako jednostki. On nie posiada nic w najprawdziwszym
znaczeniu tego słowa: podeszły wiek oznacza dla niego cierpienie, które ledwo można
nazwać życiem.

Podobna sytuacja wymagająca pilnego rozwiązania miała już kiedyś wcześniej
miejsce i rozwiązanie to znaleziono. Emerytowani urzędnicy, szczególnie państwowi, stawali
się robotnikami rolnymi i rzemieślnikami. Oni także nic nie posiadali w dosłownym sensie.
Państwo znalazło wyjście z tego niezdrowego stanu rzeczy, wzięło na siebie
odpowiedzialność za pomyślność swoich poddanych, którzy nie byli w stanie zabezpieczyć
się na stare lata i ustanowiło emerytury i renty. Dzięki temu cała klasa pozbawiona własności
została zręcznie wyprowadzona z socjalnej nędzy i przywrócona ciału narodu.

W późniejszych latach państwo i naród musiały stawić czoła tym samym problemom,
ale na daleko większą skalę. Nowe masy ludzi liczone w milionach stale przemieszczały się
z wiosek do miast, żeby zarobić na życie, jako robotnicy fabryczni w nowych zakładach
przemysłowych.

W ten sposób powstaje obecnie nowa klasa, na którą należy zwrócić choćby
niewielką uwagę, ponieważ nadejdzie dzień, kiedy znowu padnie pytanie, czy naród ma dość
siły, aby własnym wysiłkiem ponownie odzyskać tę klasę dla społeczeństwa, różnice klasowe
będą się poszerzać, aż nastąpi "pęknięcie".

Gdy mieszczaństwo ignorowało najtrudniejsze zagadnienia i pozwalało toczyć się
sprawom swoim biegiem, Żyd brał pod uwagę nieograniczone możliwości rzutujące na
przyszłość. Z jednej strony robił użytek z kapitalistycznych metod służących wyzyskiwaniu
ludzi do ostateczności, a z drugiej był gotowy do poświęceń i wkrótce pojawił się jako lider w
walce przeciw sobie. "Przeciw sobie" to oczywiście tylko przenośnia, ponieważ ten wielki
mistrz kłamstwa bardzo dobrze wie, jak wyjść z czystymi rękami i innych obciążyć winą.

Ponieważ posiada tupet umożliwiający mu kierowanie masami, którym nigdy nie przychodzi
na myśl, że jest to najbardziej haniebna zdrada wszystkich czasów.

Żydowski sposób postępowania jest następujący: zwraca się do robotników, udaje
współczucie dla ich losu lub oburzenie z powodu ich ubóstwa, aby zyskać ich zaufanie. Stara
się analizować prawdziwe lub zmyślone trudności ich życia i wzmagać w nich pragnienie
zmiany egzystencji. Z nieprawdopodobną bystrością wzmaga żądanie socjalnej
sprawiedliwości we wszystkich ludziach aryjskiego pochodzenia i walczy o usunięcie
socjalnego zła w jasno określonym celu. Tworzy doktrynę marksistowską.

Przez przemieszanie problemów nie do rozwiązania z całą masą słusznych
socjalnych żądań, zapewnia popularność doktrynie, podczas gdy z drugiej strony wywołuje u
skromnych ludzi niechęć do popierania pretensji, które prezentowane w takiej formie okazują
się błędne od samego początku, mało tego - niemożliwe do realizacji.

Pod płaszczykiem socjalnych idei ukryte są prawdziwe szatańskie zamiary i są one z
bezczelną szczerością otwarcie pokazywane. Przez kategoryczne podważanie wartości
jednostki, jak również wartości narodu i rasowej doniosłości, niszczy elementarne zasady
całej ludzkiej kultury, która jest oparta na tych czynnikach.

Żyd dzieli marksistowską organizację masowej Światowej nauki na dwie kategorie,
które pozornie rozdzielone - naprawdę tworzą nierozłączną całość; są to - ruch polityczny i
gospodarczy.

Ruch robotniczy jest bardziej pociągający. Oferuje on robotnikowi pomoc i
zabezpieczenie w ciężkiej walce o egzystencję z powodu chciwości i krótkowzroczności
pracodawców, a także możliwość uzyskania lepszych warunków życiowych. Jeżeli robotnik
wzbrania się przed powierzeniem swego losu kaprysom ludzi często bez serca i z małym
poczuciem odpowiedzialności, przed oddaniem im obrony swego prawa do życia jako
człowieka, w czasie gdy państwo - tj. zorganizowane społeczeństwo - praktycznie nie zwraca
na niego najmniejszej uwagi, musi sam zabezpieczyć swoje interesy. Teraz, gdy tak zwane
narodowe mieszczaństwo zaślepione pieniędzmi stawia przeszkody w walce o warunki życia
i nie tylko sprzeciwia się, ale powszechnie i aktywnie działa przeciw wszelkim próbom
skrócenia nieludzko długiego dnia pracy, przeciw położeniu kresu pracy dzieci, ochronie
kobiet i stworzeniu I warunków zdrowotnych w fabrykach i mieszkaniach - ! inteligentniejszy
Żyd ujmuje się za pokonanymi. stopniowo przejmuje kierownictwo ruchu związkowego, tym
łatwiej, że nie chodzi mu o rzeczywiste usunięcie socjalnego zła, ale stworzenie ślepo
posłusznej bojówki w zakładach przemysłowych, w celu zniszczenia niezależności
gospodarki narodowej .

Żyd, stosując przemoc, pozbywa się na tym polu wszystkich konkurentów. Przy
pomocy wrodzonej brutalnej chciwości stawia związki zawodowe na poziomie brutalnej siły.
Każdego, kto ma wystarczającą inteligencję do oparcia się żydowskim powabom, łamie się
przez zastraszenie, jakkolwiek nie byłby zdecydowany i inteligentny. Te metody są niezwykle
skuteczne.

Za pośrednictwem związków zawodowych, które powinny ochraniać naród, Żyd
niszczy teraz podstawy narodowej gospodarki.

Równolegle z powyższym ukierunkowuje się organizację politycznie. Tak dzieje się w
ruchu związkowym, ponieważ ten ostatni przygotowuje masy do politycznej organizacji i
faktycznie kieruje je do niej siłą. Jest on ponadto stałym źródłem pieniędzy, z którego
polityczna organizacja zasila swoją ogromną machinę. Jest organem kontrolnym w pracy
politycznej i naganiaczem we wszystkich wielkich demonstracjach o charakterze
politycznym. W końcu traci zupełnie swój ekonomiczny charakter służąc politycznej idei i
stosując swoją główną broń, to znaczy odmawiając pracy w formie strajku generalnego.

Przez stworzenie prasy, która jest na poziomie najmniej wykształconych, polityczne i
gospodarcze organizacje uzyskują siłę przymusu i sprawiają, że najniższe warstwy narodu
stają się gotowe do najbardziej ryzykownych przedsięwzięć.

To jest żydowska prasa, która w absolutnie fanatycznej kampanii oszczerstw odrzuca
wszystko, co może być uważane za podporę narodowej niezależności, cywilizacji i
ekonomicznej autonomii narodu. Ryczy szczególnie przeciwko tym, którzy nie ulegają

Żydowskiej dominacji albo których intelektualne zdolności jawią się Żydom jako
niebezpieczeństwo.
Nieświadomość prawdziwej natury Żydów okazywana przez masy i brak
instynktownego przestrzegania naszych wyższych klas czynią ludzi łatwymi ofiarami
żydowskiej kampanii kłamstw.

Gdy wyższe warstwy wskutek wrodzonego tchórzostwa odwracają się od człowieka,
który jest atakowany przez Żydów za pomocą kłamstw i oszczerstw, głupota i łatwowierność
mas sprawia, że wierzą one we wszystko, co usłyszą. Władze państwowe drżą ze strachu w
milczeniu, lub - co się zdarza częściej -żeby zakończyć żydowską kampanię w prasie,
szykanują tych, którzy zostali niesprawiedliwie zaatakowani i to w oczach takiego biurokraty
służy obronie autorytetu państwa i utrzymania pokoju oraz porządku.

Jeżeli przyjrzymy się przyczynom upadku Niemiec, ostatecznym i rozstrzygającym
powodem okaże się brak zrozumienia problemów rasowych, a szczególnie zagrożenia
żydowskiego.

Klęski na polach bitwy w sierpniu 191 8 roku można byłoby zmieść z największą
łatwością. To nie to nas powaliło; powaliła nas siła, którą zorganizowano do tego
nieszczęścia, przez obrabowanie narodu ze wszystkich politycznych i moralnych instynktów
oraz sił, przez spisek przygotowywany w okresie wielu dziesięcioleci. Wskutek ignorowania
problemu utrzymania rasowych podstaw naszej narodowości, stare imperium lekceważyło
ten problem i prawo, które czyni możliwym życie na tej ziemi.

Utrata czystości rasowej rujnuje szczęście narodu na zawsze. To powoduje
stopniowe pogrążenie się ludzkości, a jego następstwa nigdy nie zostają usunięte z ciała i
umysłu.

Wskutek tego wszystkie próby reform i cała socjalna praca, wszelkie polityczne
wysiłki, każdy wzrost ekonomicznej koniunktury i każde pozorne wzbogacenie wiedzy
naukowej szły na marne. Naród i organizm, który czynił możliwym życie na tej ziemi - czyli
państwo, nie stawały się zdrowsze, lecz zanikały coraz bardziej . Świetność starego
imperium nie oparła się wewnętrznej słabości i wszelkie próby wzmocnienia Rzeszy kończyły
się niczym, ponieważ uparcie ignorowano najbardziej podstawowe problemy.

To dlatego w sierpniu 1914 roku naród nie ruszył z determinacją do walki. Ostatnim
przebłyskiem narodowego instynktu samozachowawczego było przeciwstawienie się
przeważającym siłom marksizmu i pacyfizmu, kaleczącego ciało naszego narodu.

Ale ponieważ w tych rozstrzygających dniach nikt nie zdawał sobie sprawy z istnienia
wewnętrznego wroga, cały opór był daremny, a opatrzność nie dała w nagrodę zwycięstwa,
lecz zapanowało prawo odwiecznej zemsty.

 

ROZDZIAŁ XII

Pierwszy okres w rozwoju Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej


Gdy na końcu tego tomu wyjaśniałem pierwszy okres rozwoju naszego ruchu i
wspomniałem krótko o liczbie spraw z nim związanych, moim zamiarem nie było dać
rozprawy o teoretycznych celach ruchu. Ma on bowiem zadania i cele tak ogromne, że
musiałbym poświęcić cały tom, aby to omówić. Dlatego ograniczę się do zasad dotyczących
programu tego ruchu i próby pokazania, co rozumiemy przez słowo "państwo". Przez "my"
rozumiem setki tysięcy ludzi, którzy pragną tych samych rzeczy, ale nie znajdują słów na
wyrażenie tego, co niepokoi ich umysły. Znaczącym faktem wszystkich wielkich reform jest
to, że na ich czele jako przywódca stoi tylko jeden człowiek, ale za to popierany przez
miliony. Często jego cel jest taki sam, jak setek tysięcy ludzi, które pragnęły go w tajemnicy
od wieków, aż do czasu, gdy ktoś głośno wypowie to uniwersalne żądanie i pokieruje nim do
zwycięstwa nowej idei jako chorąży.

Głębokie poczucie niezadowolenia milionów ludzi dowodzi, że ich serca żywią
pragnienie całkowitej zmiany warunków życia.

Pierwszym i głównym zagadnieniem odrodzenia naszej narodowej siły politycznej jest
odbudowanie naszego narodowego instynktu samozachowawczego, ponieważ
doświadczenie pokazuje, że budowanie polityki zagranicznej, a także oszacowanie
znaczenia jakiegoś państwa w mniejszym stopniu opiera się na istniejącym uzbrojeniu niż na
znanej bądź wyobrażonej sile obrony narodu. Porozumienie zawiera się nie z bronią, ale z
ludźmi. Wskutek tego naród brytyjski będzie uważany za najcenniejszego sprzymierzeńca w
świecie tak długo, jak długo świat będzie oczekiwał od kierownictwa bezwzględności i
nieustępliwości w dążeniu do rozstrzygnięcia rozpoczętej walki, prowadzonej przy użyciu
wszystkich środków i bez oglądania się na czas, a poniesione ofiary doprowadzą do
zwycięstwa.

Młody ruch, mający na celu między innymi ustanowienie na nowo niemieckiego,
suwerennego państwa, będzie musiał skoncentrować swoje siły na uzyskaniu poparcia mas.
Nasze tak zwane "narodowe mieszczaństwo" jest tak beznadziejne, że z całą pewnością nie
należy się spodziewać z tej strony poparcia mocnej narodowej wewnętrznej i zagranicznej
polityki. Jednakże z powodu tej samej głupoty niemieckie mieszczaństwo wykazało postawę
biernego oporu, nawet przeciwko Bismarckowi, w godzinie nadejścia liberalizmu. Także
teraz, mając na uwadze jego przysłowiowe tchórzostwo, nie ma powodu obawiać się z tej
strony aktywnego oporu.

Inaczej jest z masami naszych rodaków o internacjonalistycznych sympatiach. Im
bardziej prymitywna natura, tym większe skłonności do myśli o przemocy - ich żydowscy
przywódcy są bardziej brutalni i bezwzględni.

Dodać należy do tego jeszcze fakt, że kierownictwo tych partii narodowej zdrady
przeciwstawia się i przeciwstawiać się musi każdemu ruchowi, ze względu na instynkt
samozachowawczy. To jest historycznie niepojęte, żeby naród niemiecki mógł powrócić do
swojego dawnego znaczenia bez uprzedniego rozliczenia się z tymi, co dali impuls
przerażającej klęsce, która nawiedziła nasze państwo. Listopad 1918 roku nie będzie
oceniany jako zdrada stanu, ale jako zdrada narodu.

Dlatego też każda idea przywrócenia Niemcom niezależności jest nieodłącznie
związana z odbudowaniem zdecydowanego ducha naszego narodu.

Dla nas było już jasne w 1918 roku, że głównym celem nowego ruchu musi być
obudzenie poczucia narodowościowego w masach. Z taktycznego punktu widzenia wynika
cały szereg warunków:

1. Aby pozyskać masy dla narodowego ruchu żadna ofiara nie jest zbyt wielka, ale
ruch, którego celem jest pozyskanie niemieckiego robotnika dla niemieckiego narodu, musi
zrozumieć, że ekonomiczne ofiary nie są jego podstawowym czynnikiem tak długo, jak długo
utrzymanie i niezależność istnienia narodowej gospodarki nie jest przez nie zagrożona.

2. Unarodowienie mas nigdy nie może być skutecznie osiągnięte za pomocą
półśrodków albo łagodnego stwierdzenia typu: "obiektywny punkt widzenia", ale przez
zdecydowaną i fanatyczną koncentrację na przedmiocie swojego celu. Masy nie składają się
z profesorów i dyplomatów. Człowiek, który pragnie pozyskać zwolenników, musi znać klucz,
którym otworzy ich serca. To nie oznacza słabości, ale zdecydowanie i siłę.

3. Pozyskanie ludzkich dusz może się zakończyć powodzeniem tylko wtedy, gdy
podczas prowadzenia walki o polityczne cele równocześnie zniszczymy tych, którzy się temu
sprzeciwiają.
Masy są częścią przyrody i nie muszą rozumieć wzajemnego uścisku dłoni między
ludźmi, którzy są w opozycji do siebie. Oni pragną zobaczyć zwycięstwo mocniejszego i
zniszczenie słabszego.

4. Włączenie tej części narodu, która wyodrębniła się jako klasa, do społeczeństwa
albo po prostu państwa, będzie skuteczne nie przez poniżenie wyższych klas, ale przez
podniesienie niższych. Z tym że klasa biorąca udział w tym procesie nigdy nie może być
wyższą klasą, ale tą, która walczy o prawo równości. Dzisiejsze mieszczaństwo nie zostało
włączone do państwa wskutek pomocy szlachty, ale przez swoją działalność prowadzoną
pod własnym przywództwem.

Najpoważniejszą przeszkodą na drodze do zbliżenia robotników nie jest ich zazdrość
o swoje klasowe interesy, ale postawa międzynarodowego przywództwa, które jest wrogie
narodowi i ojczyźnie. Te same związki zawodowe, kierowane w fanatycznie narodowym
duchu w odniesieniu do polityki i narodowości, przemienią miliony robotników w bardzo
wartościowych członków narodu i to nie będzie miało żadnego związku z walką pojawiającą
się tu i tam w dziedzinie gospodarczej .
Ruch, który uczciwie odzyska niemieckiego robotnika dla niemieckiego narodu i
uratuje go przed szaleństwem internacjonalizmu, musi znajdować się w opozycji do postawy
obowiązującej wielkich pracodawców, którzy pojmują narodowość w sensie bezradnej,
ekonomicznej zależności pracownika od pracodawcy.

Robotnik grzeszy wobec wspólnej narodowości, gdy bez własnego stosunku do
wspólnego dobra i bezpieczeństwa narodowej gospodarki głosi zdziercze żądania z ufnością
w swoją siłę, tak wyniośle, jak to robotnik potrafi; pracodawca, kiedy nadużywa roboczej siły
narodu przez nieludzkie metody jej eksploatacji i domaga się zdzierczych profitów z potu
milionów ludzi.

Dlatego rezerwą, z której powinien czerpać zwolenników młody ruch, musi być młode
ciało robotników. Jego zadaniem będzie zwrócenie ich społeczeństw wolnych od szaleństwa
internacjonalizmu, socjalnego ubóstwa, podniesionych z kulturalnego upadku i przemienienie
w trwały, wartościowy, pełen narodowych uczuć i aspiracji element społeczeństwa.

Naszym celem oczywiście nie jest dokonywanie przewrotu w obozie narodowym, ale
zwyciężenie antynarodowego obozu dla osiągnięcia naszych celów. Ta zasada jest
absolutną podstawą dla taktyki kierowania naszym ruchem.

Ta konsekwentna i dlatego jasna postawa musi być wyrażona w propagandzie ruchu i
będzie konieczna z propagandowych względów.

Propaganda, zarówno w treści, jak i w formie, tak powinna być ukształtowana, aby
pozyskać masy: jedynym kryterium jej poprawności jest osiągnięcie sukcesu w praktyce. Na
dużym ludowym zgromadzeniu najskuteczniejszym mówcą nie jest ten, kto jest najbardziej
bliski wy kształconej części słuchaczy, ale ten, który zdobywa serca tłumu.

Cel ruchu politycznych reform nie jest nigdy osiągany pracą wyjaśniającą lub przez
uzyskanie wpływu na utrzymanie siły, ale wyłącznie przez wzięcie w posiadanie siły
politycznej .

Zamach stanu nie może być uważany za pomyślny wtedy, kiedy rewolucjoniści biorą
w posiadanie administrację, ale tylko wtedy, gdy sukces w osiąganiu ich celów i intencji
realizuje się w takich rewolucyjnych działaniach, które przynoszą narodowi więcej dobrego
niż miał on za poprzedniego reżimu. Dlatego nie można mówić o niemieckiej rewolucji
jesienią I 9 I 8 roku jako o akcie terroru.

Jeżeli zdobycie politycznej siły jest wstępem do przeprowadzenia reform w praktyce,
wówczas ruch od pierwszego dnia swego istnienia musi czuć się w reformatorskich
intencjach ruchem społecznym, a nie klubem kawiarnianym czy partią małych
drobnomieszczańskich kombinatorów.

Ten młody ruch jest w swojej istocie i organizacji ruchem antyparlamentarnym, to
znaczy sprzeciwia się każdej teorii opartej na zasadzie głosowania i przyjmowania woli
większości, zakładającej, że lider jest tylko po to, by wypełniać rozkazy i stosować się do
opinii innych. We wszelkich sprawach, małych i dużych, ruch opowiada się za zasadą
niekwestionowanego autorytetu przywódcy, autorytetu połączonego z pełną
odpowiedzialnością.

Jednym z głównych zadań ruchu jest wprowadzenie tej zasady jako decydującej i to
nie tylko w swoich własnych szeregach, ale w całym państwie.

Ostatecznie, nie jest obowiązkiem ruchu utrzymanie czy odbudowa jakiejkolwiek
formy państwa w opozycji do jakiejś innej, ale raczej stworzenie fundamentalnych zasad, bez
których nie może istnieć ani republika, ani monarchia. Jego misją nie jest utworzenie
monarchii czy ustanowienie republiki, ale stworzenie państwa niemieckiego.

Zagadnieniem wewnętrznej organizacji ruchu nie jest sprawa zasady, ale celowości.
Najlepszą organizacją jest ta, która wprowadza jak najmniej, a nie najwięcej biurokratycznej
machiny państwa pomiędzy przywódców a jednostki od nich zależne. Dlatego zadaniem
organizacji ma być przekazywanie określonych idei - które zawsze mają swój początek w
umyśle jednostki - ogółowi, a także zadbanie o ich zrealizowanie.

Gdy zacznie wzrastać liczba zwolenników, będą z nich tworzone małe grupy
stanowiące komórki przyszłych organizacji politycznych.

Wewnętrzna organizacja ruchu powinna być oparta na następujących zasadach:

Koncentracja całej pracy od samego początku w jednym miejscu - Monachium.
Należy stworzyć sztab zwolenników o nieskazitelnej wiarygodności oraz szkołę, której
zadaniem w przyszłości będzie propagowanie idei ruchu. Z czasem nastąpi uzyskanie
koniecznego autorytetu dzięki wielkim i rzucającym się w oczy sukcesom, skupionym w tym
jednym centrum.

Lokalne grupy mogą być kształtowane tylko wtedy, gdy władza kierownictwa w
Monachium zyska konieczny dowód uznania.

Kierownictwu oprócz siły woli jest potrzebna zdolność, będąca źródłem energii o
większej wadze, niż ta płynąca z genialności. Najcenniejsze jest połączenie tych trzech
wartości.

Przyszłość ruchu zależy od fanatyzmu, a nawet nietolerancji; przy ich pomocy
zwolennicy bronią go jako słusznego ruchu i kultywują w opozycji do programów o
podobnym charakterze.

Jest wielkim błędem myśleć, że ruch staje się mocniejszy przez połączenie go z
innymi o podobnych celach. Przyznaję, że każdy wzrost rozmiarów oznacza poszerzenie
zakresu i w - oczach postronnych obserwatorów - także jego siły. W rzeczywistości jednak
na ruch pada ziarno słabości, która w późniejszym czasie daje o sobie znać.

Wielkość każdej aktywnej organizacji, która stanowi uosobienie jakiejś idei, leży w
duchu religijnego fanatyzmu i nietolerancji, przy pomocy tych czynników atakuje pozostałych,
będąc fanatycznie przekonaną o swojej słuszności. Jeżeli idea sama w sobie jest słuszna i
zostaje wyposażona w taką broń, to jest niezwyciężona w prowadzeniu wojny na tej ziemi.

Wielkość chrześcijaństwa leży w nieubłaganym, fanatycznym głoszeniu i obronie
swojej własnej doktryny, a nie w próbach pogodzenia go z filozoficznymi poglądami
starożytnych, najbardziej zbliżonych do niej.

Członkowie ruchu nie mogą dać się zastraszyć nienawiścią wrogów naszego narodu i
ich teoriami rządzenia, a także słowami: oni muszą widzieć to wszystko. Kłamstwa i
oszczerstwa są nierozerwalnie związane z tą nienawiścią.

Każdy człowiek, który nie jest atakowany, zniesławiany i szkalowany w żydowskiej
prasie, nie jest prawdziwym Niemcem, nie jest prawdziwym narodowym socjalistą.
Najlepszym kryterium wartości jego uczuć, prawdziwości jego przekonań i siły woli jest
okrucieństwo okazywane mu przez wrogów naszego narodu.

Ruch powinien stosować wszelkie środki, aby wpoić szacunek dla jednostki. Powinien
zachować w pamięci, że wartość każdego człowieka leży w osobowości, że każda idea,
każdy czyn jest rezultatem pracy twórczej jakiegoś człowieka i że podziw dla wielkości nie
jest po prostu ofiarą dziękczynną, ale stanowi więź jednoczącą wszystkich wdzięcznych mu
za to. Osobowości nie można niczym zastąpić.

W najwcześniejszym okresie naszego ruchu cierpieliśmy ogromnie z powodu faktu,
że nasze nazwiska nie miały znaczenia i były nieznane; to samo przez się daje niewielką,
całkowicie niejasną szansę sukcesu. Społeczeństwo, oczywiście, nic o nas nie wiedziało. W
Monachium nikt nawet nie znał nazwy partii, z wyjątkiem niewielkiej liczby jej członków i ich
znajomych. Dlatego podstawową sprawą było rozszerzenie tego małego kręgu i pozyskanie
nowych zwolenników i doprowadzenie - za wszelką cenę - do tego, aby nazwa ruchu stała
się znana.

W tym celu próbowaliśmy początkowo co miesiąc, a później co dwa tygodnie
odbywać spotkania. Zaproszenia pisaliśmy częściowo na maszynie, a częściowo ręcznie.
Przypominam sobie, jak dostarczyłem przy takiej okazji osiemdziesiąt karteczek, a
wieczorem oczekiwaliśmy na przybycie tłumów. Po odroczeniu spotkania o godzinę
przewodniczący musiał je otworzyć dla siedmiu. uczestników, poza nami nikt nie przyszedł!

M y, biedacy, zebraliśmy niewielką sumę i w końcu zamieściliśmy ogłoszenie o
spotkaniu w "Munchener Beobachter" - niezależnej gazecie. Tym razem sukces był
zdumiewający.

Na odbycie tego zebrania wynajęliśmy pomieszczenie. Już o godzinie siódmej
obecnych było sto jedenaście osób i rozpoczęliśmy zebranie. Jeden z monachijskich
profesorów wygłosił wprowadzające przemówienie, a ja miałem zabrać głos jako drugi.
Przemawiałem przez trzydzieści minut i teraz sprawdziło się to, co instynktownie czułem, ale
czego nie byłem pewien potrafiłem przemawiać. Po trzydziestu minutach publiczność w
małej sali była zelektryzowana, a entuzjazm był taki, że mój apel spowodował wśród
obecnych gotowość podarowania nam trzystu marek na koszty' działalności. To uwolniło nas
od wielkiego zmartwienia.

Ówczesny przewodniczący partii, pan Harrer, był z zawodu dziennikarzem, ale jako
przywódca partii miał jedną wadę, nie był dobrym mówcą. Chociaż dokładna i sumienna była
jego praca, brakowało mu siły przewodzenia. Pan Drexler, ówczesny lokalny przewodniczący
ruchu w Monachium, był prostym robotnikiem i również nie sprawdzał się jako mówca;
ponadto nie byłżołnierzem. On nigdy nie brał udziału w wojnie - tak więc oprócz tego, że
oczywiście był słaby i niezdecydowany, nigdy nie miał tej jedynej praktyki sprawiającej, że
mężczyzna traci łagodność i niezdecydowaną osobowość. Dlatego żaden z nich nie posiadał
umiejętności przyswojenia fanatycznej wiary w zwycięstwo na rzecz jakiegokolwiek ruchu.

Ja sam byłem wtedy jeszcze żołnierzem.

Najbardziej ze wszystkich ruchów marksistowscy zdrajcy narodu musieli nienawidzić
tego, którego jawnym celem było pozyskanie mas, pozostających do tej pory na usługach
marksistowsko-żydowskich partii giełdowych. Nazwa Niemiecka Partia Robotnicza była
irytująca.

Przez całą zimę 1919-1920 roku naszą jedyną walką było wzmocnienie wiary w
zwycięską moc młodego ruchu i doprowadzenie do fanatyzmu mającego siłę przesuwania
gór.

Spotkanie "Deutches Reich" przy Dachauer Strasse jeszcze raz udowodniło, że
miałem rację. Audytorium liczyło ponad dwieście osób i nasz sukces, zarówno co do
frekwencji, jak i finansów, był olśniewający. Miesiąc później na nasze spotkanie przyszło
ponad czterysta osób.

Nie bez przyczyny ten młody ruch oparto na jasno sprecyzowanym programie i nie
posługiwano się słowem "ludowy" (volkisch). Z braku możliwości precyzyjnego określenia
tego pojęcia nie daje ono żadnemu ruchowi możliwości oparcia się na nim. Ponieważ jest
ono trudne do zdefiniowania, w praktyce jest otwarte na różnorodne interpretacje, a jego
zakres jest za szeroki. Wprowadzenie do politycznej walki pojęcia tak osiągnąć to, czego nie
można pozostawić jednostce do ustalenia według jej indywidualnych pragnień i przekonań.

Nie potrafię wystarczająco ostrzegać tego młodego ruchu przed wciągnięciem go w
sieć tak zwanych "milczących robotników". Oni są nie tylko tchórzami, ale także osobnikami
pozbawionymi zdolności i leniami. Człowiek znający sprawę rozpoznaje potencjalne nie
bezpieczeństwo i dostrzega środki mogące mu zaradzić, jego obowiązkiem jest - nie praca w
milczeniu ale wystąpienie publiczne przeciwko złu i praca nad jego uleczeniem. Jeżeli nie
czyni tego, jest słabym, zapominającym o obowiązkach człowiekiem, który " wysiada"
zarówno z tchórzostwa, jak i lenistwa oraz braku zdolności. nieokreślonego i o tak dużych
możliwościach interpretacji zmierzałoby do zniszczenia społecznego celu w walce po to, by
Tak oto zwykle reaguje większość tych "milczących robotników", jakby wiedzieli Bóg wie co.
Oni zupełnie nie mają zdolności, a przy tym jeszcze usiłują oszukać cały świat; są leniwi, a
sprawiają wrażenie ogromnie zajętych działalnością - tą ich "milczącą" robotą. Krótko
mówiąc, oni są oszustami, politycznymi spekulantami, którzy nienawidzą uczciwej pracy,
wykonywanej przez innych. Każdy agitator, który odważnie stanie w tawernie przeciwko nim,
śmiało broniąc swoich poglądów, uzyska większy efekt niż tysiąc takich płaszczących się,
podstępnych hipokrytów.

Na początku 1920 roku nalegałem na zorganizowanie pierwszego wielkiego,
masowego zebrania. Pan Harrer, który był wówczas przewodniczącym partii, nie zgadzał się
z moimi poglądami i z honorem ustąpił ze stanowiska w ruchu. Jego następcą został Drexler.
Ja podjąłem się organizacji propagandy w ruchu i kontynuowałem ją bezwzględnie dalej.

Dwudziesty czwarty lutego 1920 roku był datą wyznaczenia pierwszego wielkiego
masowego wiecu, który do tej pory był nie znany naszemu ruchowi. kierowałem nim
osobiście.

Wybraliśmy kolor czerwony jako najbardziej rzucający się w oczy i było bardzo
prawdopodobne, że rozdrażni to i zirytuje naszych przeciwników politycznych i dlatego
najpewniej zachowają nas w pamięci.

Rozpoczął się wiec; o godzinie siódmej piętnaście poszedłem przez salę przy
Hofbrahausfestsaal w Platzl w Monachium, a moje serce omal nie pękło z radości. Tamta
wielka sala - taką mi się wówczas wydawała - była szczelnie wypełniona przez niemal dwutysięczne
audytorium.

Kiedy pierwszy mówca skończył, ja zacząłem przemawiać. W ciągu kilku pierwszych
minut przerywano mi wielokrotnie, wśród zgromadzonych na sali powstały gwałtowne
awantury. Garstka oddanych mi towarzyszy wojennych i kilku innych zwolenników zajęła się
zakłócającymi porządek i po chwili przywróciła spokój. Mogłem kontynuować. Pół godziny
później aplauz zagłuszał krzyki i gwizdy i w końcu, kiedy objaśniłem dwadzieścia pięć
punktów, miałem przed sobą hol pełen ludzi połączonych nową myślą, nową wiarą, nową
wolą. Zapłonął ogień, z którego wyłonił się miecz przeznaczony do odzyskania wolności i
życia niemieckiego narodu.

W następnych rozdziałach w szczegółach opiszę kierujące nami zasady, zawarte w
naszym programie.

Te, tak zwane inteligenckie klasy, śmiały się i Żartowały w swoich próbach dokonania
krytycznej oceny. Ale skuteczność naszego programu dostarczała najlepszych dowodów na
prawidłowość naszych poglądów.


 

Część II

Ruch narodowosocjalistyczny

 

ROZDZIAŁ I

Światopogląd a partia

 

Było jasne, że nowy ruch nie dawał nadziei na osiągnięcie znaczenia i siły
potrzebnych w wielkiej walce, jeśli nie zapewniał od samego początku wszczepienia w serca
zwolenników imponującego przeświadczenia, że nie dostarcza życiu politycznemu nowego,
wyborczego hasła, ale przedstawia nowy światopogląd jako zasadę.

Powinno się rozważyć, jak godne pożałowania są motywy partii, będące w swej
istocie programem, który jest od czasu do czasu wygładzany i przemodelowywany. Dominuje
tam jeden motyw prowadzący albo do nanoszenia nowych, albo do zmiany już istniejących
ustaleń - niepokój o rezultaty następnych wyborów.

Po zakończeniu wyborów członek parlamentu wybrany na pięć lat - chodzi każdego
ranka do gmachu parlamentu - być może nie do wnętrza, ale do miejsca, gdzie znajduje się
lista obecności.

Jego męcząca, służąca ludziom praca prowadzi do zaznaczenia jego nazwiska i w
zamian za wyczerpujący, codzienny wysiłek otrzymuje niewielkie honorarium, jako dobrze
zapracowane wynagrodzenie.

Nie ma nic bardziej przygnębiającego od obserwowania trzeźwym okiem zjawisk
zachodzących w parlamencie i przypatrywania się stale powtarzającym się zdradom.

Na takim gruncie intelektualnym nie należy się spodziewać wytworzenia w obozie
burżuazyjnym sił zwalczających zorganizowane siły marksizmu.

Rzeczywiście, gentlemani w parlamencie nie myślą o tym poważnie.

Obserwując to, dochodzi się do wniosku, że dla wszystkich partii o tak zwanych
burżuazyjnych tendencjach polityka polega aktualnie wyłącznie na szamotaniu się o każde
miejsce w parlamencie, z którego i tak zostają w odpowiednim momencie wyrzuceni za burtę
jak piasek-balast. Ich programy są naturalnie stanowcze, a ich siły oceniane są - okrężną
oczywiście drogą - w zgodności z tym. Oni nie posiadają wielkiego magnetycznego
przyciągania, na które reagują masy pod natarczywym oddziaływaniem wielkich i wzniosłych
idei, jak nie kwestionowana wiara połączona z fanatyczną, wojowniczą odwagą. Ale w
czasie, gdy jedna strona uzbrojona w tysiące częstokroć kryminalistów, atakuje istniejący
stan rzeczy, druga strona może tylko wyrazić swój sprzeciw, pod warunkiem, że przybierze
formę nowej wiary - w naszym wypadku politycznej - odrzuci słaby, bojaźliwy, defensywny
stosunek na korzyść śmiałego i bezwzględnego ataku.

Koncepcja "popularna" (Volkisch) wydaje się być niesprecyzowana i pozbawiona
praktycznych ograniczeń, dająca się zmiennie interpretować jako słowo "Religious". Obie
zawierają ustalone podstawowe elementy wiary. A chociaż nie posiadają jeszcze ostatecznego
znaczenia, nie wznoszą się powyżej wartości poglądów, które muszą być w jakimś
stopniu przyjęte, dopóki nie utrwalą się jako podstawowe elementy w ramach partii
politycznej.

Dla samego sentymentu czy pragnienia ludzkość nie jest zdolna do zmiany
światowych ideałów i żądań, które poza tym pojawiają się w rzeczywistości, jako że chce osiągnąć wolność jedynie
poprzez powszechne jej pragnienie. Nie jest to możliwe, dopóki idea zmierzająca w kierunku
niepodległości nie zostanie wsparta przez walczącą organizację w formie siły mi