Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rodney Castleden

Amerykańscy zamachowcy

"Krwawi mordercy", 2008

 

 

Charles Guiteau - gra pod publiczkę

Charles Guiteau urodził się 8 września 1841 roku we Freeport w Illinois. Był czwartym z sześciorga dzieci Luthera Wilsona Guiteau i Jane Howe. Jego matka zmarła, gdy Charles miał zaledwie siedem lat, ojciec ożenił się ponownie.

Jako młody człowiek, Charles pracował w firmie ojca, a następnie dostał posadę w pobliskim banku. Luther był przeciwny studiom wyższym syna, ale w 1859 roku Charles odziedziczył po dziadku dość pieniędzy, by dostać się na Uniwersytet Stanu Michigan. Podobnie jak w domu, również na uniwersytecie nie umiał znaleźć sobie miejsca. Zwrócił się w stronę religii, a dokładnie w stronę doktryny Johna Humphreya Noyesa, założyciela wspólnoty Eneida w stanie Nowy York. Reprezentowała ona swego rodzaju komunizm oparty na Biblii. Tak się złożyło, że jego ojciec był już wtedy zagorzałym wyznawcą Noyesa. W 1860 roku Charles wstąpił do Eneidy w Nowym Yorku, ale tu również nie czuł się spełniony. W 1865 roku opuścił wspólnotę przekonany, że Bóg dał mu powołanie, by rozpowszechniał zbawczy komunizm Noyesa w wydawanej przez siebie gazecie.

Guiteau osiadł w Hoboken w stanie New Jersey i próbował rozwinąć swoją nową gazetę, której nadał tytuł "Daily Theocrat". Jednak nie przetrwała ona długo i już po kilku miesiącach prosił o ponowne przyjęcie do wspólnoty. Po roku znowu ją opuścił.

W sierpniu 1867 roku Charles Guiteau zdołał już roztrwonić wszystkie pieniądze. Jego szwagier George Scoville zaproponował mu pracę w swojej kancelarii prawnej w Chicago oraz dom. Guiteau wciąż jednak nie mógł zapuścić korzeni. Już po kilku miesiącach zrezygnował z pracy i wrócił do Nowego Yorku, gdzie chciał pracować w redakcji "Independent". Jednak zajęcie to okazało się bardziej niewdzięczne, niż się spodziewał. Ostatecznie zajął się sprzedawaniem powierzchni reklamowej. W 1868 roku Guiteau trafił z powrotem do Chicago, gdzie dostał stanowisko urzędnika w innej kancelarii.

W roku tym ożenił się z bibliotekarką Annie Bunn. Małżeństwo okazało się nieszczęśliwe, głównie dlatego, że Guiteau był nieszczęśliwym i niedopasowanym do świata mężczyzną na granicy niepoczytalności. Dręczył swoją żonę, zamykając ją na klucz w schowku na wiele kolejnych nocy. W 1874 roku rozwiodła się z nim.

Po rozpadzie małżeństwa Guiteau stał się jeszcze bardziej nieobliczalny. Jego wewnętrzna niestabilność stawała się coraz widoczniejsza. Pewnego razu, rąbiąc drewno, zaczął grozić swojej siostrze Frances siekierą. Przerażona pobiegła do lekarza, który powiedział jej, że w tej sytuacji powinna zamknąć brata w odpowiednim zakładzie. W tym czasie cała rodzina Guiteau musiała już zdawać sobie sprawę, że Charles jest chory psychicznie.

Guiteau jednak zniknął. W ciągu kolejnego roku regularnie pojawiał się na spotkaniach ruchu odnowy religijnej. Został wędrownym kaznodzieją i wymyślał kazania.

W 1880 roku, kiedy zmarł ojciec Guiteau, Charles zajął się polityką. Był zafascynowany frakcją Stalwartów [Oddani] wewnątrz ruchu republikańskiego. Przywódcą był Roscoe Conkling. Wrogim obozem byli tak zwani Half-Breedowie [Mieszańcy] pod wodzą Jamesa Blaine'a, którzy popierali prezydenta elekta Jamesa Garfielda. To z tego powodu Charles Guiteau zaczął postrzegać Jamesa Garfielda jako swojego wroga - był to punkt zwrotny w jego życiu. W końcu znalazł swój cel.

W maju 1881 roku Guiteau postanowił zabić Jamesa Garfielda, który był już wtedy prezydentem Stanów Zjednoczonych. Niesamowite jest to, że publicznie zapowiedział swój czyn. 16 czerwca 1881 roku napisał odezwę do ludu Ameryki. Napisał list do Białego Domu i kolejny do generała Hermana, w którym twierdził: "Właśnie zastrzeliłem prezydenta. Jego śmierć była polityczną koniecznością. Jestem prawnikiem, teologiem i politykiem. Jestem oddany pośród oddanych..." itd. Było oczywiste, że są to brednie szaleńca i zapewne zgodnie z tą kwalifikacją trafiły do kosza, ale nie stały się przez to ani trochę mniej niebezpieczne. Przecież nawet szaleniec może zabić.

W dzień zamachu prezydent Garfield był w doskonałym nastroju, stawał na głowie na łóżku syna. Na szczęście nigdy nie wiemy, co przyniesie przyszłość.

2 lipca 1881 roku o ósmej rano na stacji kolejowej Baltimore i Potomac Charles Guiteau strzelił do wyjeżdżającego na wakacje prezydenta Jamesa Garfielda. Najpierw trafił go w ramię, potem w plecy. Pierwsza kula tylko drasnęła i utkwiła w kicie w budce szklarza. Drugi strzał okazał się śmiertelny. Strzały padły na oczach grupy podwładnych prezydenta. Przechodnie reagowali w różny sposób, wezwano lekarzy. Znany w Waszyngtonie doktor Bliss przybył i, zapewne pod wrażeniem powagi sytuacji, podjął następujące działania: położył butelki z gorącą wodą na stopach Garfielda, zdjął je, otworzył okno, zamknął je znowu, włożył palec w ranę na plecach prezydenta, a następnie kazał wezwać miejscowego lekarza. Ciekawe, ile wziął za tę wizytę?

Doktor Reyburn uznał, że wezwanie do postrzelonego prezydenta to musi być głupi żart, więc nie śpieszył się do łóżka chorego. Ten niewielki zespół medyczny zdecydował wciągnąć prezydenta na materac i zawieźć z powrotem do Białego Domu. Podano mu zastrzyk z morfiny. Garfield zwymiotował, co uznali za reakcję na zastrzyk, podczas gdy prawie na pewno było to związane z raną.

Dopiero o siedemnastej trzydzieści, dziewięć godzin po tym, jak padł strzał, lekarze zdecydowali się zdjąć zakrwawiony garnitur. Dali prezydentowi szklankę szampana, który zwymiotował. Miał torsje przez całą noc. Pojawił się kolejny doktor, chirurg marynarki, generał Wales, i włożył palec w ranę na plecach prezydenta. Stwierdził, że kula trafiła w wątrobę. Potem doktor Hamilton z Nowego Yorku włożył palec w ranę i wyczuł zakrzep, więc zaraz wyjął palec. Trudno w to uwierzyć, ale w ranę na plecach prezydenta włożyło palce piętnastu różnych lekarzy. Współcześni komentatorzy twierdzili, że sprowadzono po prostu zbyt wielu doktorów, jednak wstrząsająca jest ich niekompetencja.

Do Białego Domu nadsyłano listy z wszelkiego rodzaju szalonymi sugestiami, choć wszystkie płynęły z dobrego serca. W jednym z telegramów proponowano, by powiesić prezydenta do góry nogami, żeby kuła sama wypadła.

Od 1865 roku Joseph Lister postulował stosowanie w chirurgii metod antyseptycznych, ale w środowisku wciąż było bardzo wielu zacofanych medyków. Ropa w ranie była uważana za objaw poprawy, a niektórzy lekarze byli wręcz dumni z okropnych warunków, w jakich pracowali. Leczenie i powrót do zdrowia miały trwać długo. Mając wokół siebie tak prymitywnych medyków, Garfield nie mógł spodziewać się, że w ogóle wyzdrowieje. Jego śmierć była pewna.

Tymczasem Guiteau został natychmiast zatrzymany i umieszczony w areszcie. Policjant pełniący straż na stacji, mężczyzna o nazwisku Patrick Keamey, był tak podekscytowany tym, że zatrzymał ważnego zamachowca, że zapomniał odebrać mu broń. Zabójcę rozbrojono dopiero po dotarciu na komisariat. Pojawił się jakiś reporter, chcący naszkicować portret nikczemnika dla swojej gazety. Guiteau zażądał za to 25 dolarów. Na zewnątrz ustawiono żołnierzy, mających powstrzymywać cisnący się do środka, gotowy do linczu motłoch. Po jakimś czasie zamachowca przewieziono do więzienia okręgowego stanu Columbia, by tam oczekiwał na proces.

Prezydentowi, który żył jeszcze kilka tygodni, podawano pożywienie zupełnie nieodpowiednie dla rannego. Dawano mu steki, jaja, brandy. Doszło do zakażenia krwi. Wdała się poważna infekcja. 19 sierpnia obrzęk na twarzy stał się tak duży, że prawe oko było zupełnie zamknięte. Na twarzy zrobiono kilka nacięć, żeby spuścić ropę. James Garfield zmarł w końcu w cierpieniach 19 września. Jedno z czasopism medycznych napisało: "Przypadek prezydenta Garfielda był jednym z najgorzej leczonych w historii nowożytnej" i oskarżało jego lekarzy, którzy winili za jego śmierć Opatrzność.

Do momentu śmierci Garfielda Guiteau miał szansę, że sprawa ujdzie mu na sucho dzięki uznaniu jego niepoczytalności. Jednak po śmierci wydawało się to mniej prawdopodobne.

Proces Guiteau rozpoczął się 14 listopada 1881 roku i trwał do stycznia 1882. Wniosek o uznanie niepoczytalności złożyli na ręce przewodniczącego składu Chestera A. Arthura neurologowie i rodzina Guiteau. Oskarżony próbował przekonać ławę przysięgłych, że sam Bóg nakazał mu to zabójstwo. Jednak bardzo nieporadnie rozgrywał kwestię niepoczytalności. Podczas pobytu w więzieniu planował serię objazdowych wykładów, które miałby dawać po uwolnieniu oraz podyktował prasie swoją autobiografię. Najwyraźniej spodziewał się, że wkrótce będzie wolny.

Wydawał się nie dostrzegać sygnałów świadczących o tym, że jego przyszłość nie będzie tak jasna i przyjemna, jak sobie wyobrażał. W więzieniu dostał mnóstwo listów. Jeden z nich zawierał takie słowa: "Ty, brudny, beznadziejny, kłamliwy rebeliancie i zdrajco, powieszenie to dla ciebie za mało, ty śmierdzący typie. Będziemy cię mieć na oku, ty śmierdzący szczeniaku. Ty stary, parszywy zabójco. Powinno się spalić cię żywcem i pozwolić zgnić. Ty dziki ludożerczy psie".

Guiteau nie rozumiał sytuacji nawet po śmierci Garfielda. Nagle poczuł się oczyszczony z zarzutów. Ostatecznie Bóg był po jego stronie. Jego mowa obrończa brzmiała tak: "Domagam się uniewinnienia na podstawie następujących argumentów: 1. Niepoczytalność, w tym sensie, że był to czyn Boga, a nie mój. 2. Prezydent zmarł z powodu błędów w sztuce lekarskiej. [...] gdyby był prawidłowo leczony, wyzdrowiałby. 3. Prezydent zmarł w New Jersey, a więc poza granicami jurysdykcji tego sądu".

Obrońcą Guiteau był jego szwagier George Scoville. Oskarżycielem był George Corkhill. Zachowanie Guiteau podczas procesu było równie dziwaczne i nieprzewidywalne jak w ostatnich latach. Gdy ujrzał wielki tłum na sali sądowej, postanowił z tego skorzystać. Zapisywał małe świstki i przekazywał je ludziom. Na jednym z nich napisał: "Jestem oskarżony o to, że w złym zamiarze i niegodziwie zamordowałem Jamesa A. Garfielda. Nie ma nic bardziej absurdalnego, ponieważ generał Garfield zmarł w wyniku błędu w sztuce lekarskiej. Pytanie brzmi, kto wystrzelił, Bóstwo czy ja?". Trudno stwierdzić, co chciał osiągnąć tymi przedstawieniami. Z pewnością potwierdzały one tezę, że jest rzeczywiście niepoczytalny.

W mowie wstępnej Leigh Robinson, asystent Scoville'a, stracił zimną krew. Poprosił o odroczenie rozprawy, dodając, że być może dołączy do nich trzeci obrońca. Sprowokowało to wściekły wybuch ze strony Guiteau: "Nie chcę już więcej słuchać mów pana Robinsona. Nie chcę, by zajmował się tą sprawą... Pan Robinson został włączony w tę sprawę bez konsultacji ze mną. Nic o nim nie wiem. Nie podoba mi się, jak mówi. Spodziewam się uzyskać wkrótce pewną sumę pieniędzy i mogę zatrudnić dowolnego prawnika".

Scoville najwyraźniej też był wściekły na Robinsona, bo na sali sądowej zapytał go głośno, kim według niego jest ów tajemniczy trzeci obrońca. Było jasne, że Robinson nie rozmawiał z nim wcześniej o propozycji odroczenia rozprawy i powołania trzeciego obrońcy.

Sprawa się przeciągała, Guiteau co chwila przerywał, sabotując wysiłki własnych adwokatów. W pewnym momencie powiedział do swojego obrońcy: "Muszę przyznać, że jesteś największym osłem, jakiego widziałem. Już wolałbym, żeby sprawy podjął się dziesięcioletni chłopiec niż ty". Scoville poprosił nawet sąd, by zabronił jego klientowi zwracać się bezpośrednio do prasy.

Nawet Guiteau w końcu zdał sobie sprawę, że nie wszystko idzie jak należy. Gdy jechał więzienną furgonetką, przez kratę świsnęła kula, przeszywając jego płaszcz. To jakiś pijany farmer strzelił do niego na chybił trafił. Zamachowiec chybił, ale prasa i tak uważała go za bohatera.

Jednak Guiteau uwielbiał grać pod publiczkę. Jego proces ciągnął się do Nowego Roku, kiedy zwrócił się do obecnych na sali: "Miałem przyjemne święta. Mam nadzieję, że wszyscy inni również. Zjawiło się mnóstwo gości: z wyższych, niższych i średnich sfer, cały tłum. Opinia publiczna nie chce, by mnie powieszono".

23 stycznia obrady przysięgłych zakończyły się po niecałej godzinie wyrokiem skazującym na śmierć. Odrzucono argument o niepoczytalności, rozporządzenie o wykonaniu kary zostało wydane. Wciąż jednak się nie poddawał. Próbował za sto dolarów sprzedać garnitur, w którym zamordował Garfielda. Sprzedawał swoje autografy i zdjęcia, które reklamował w lokalnych gazetach. Ciekawe, na co chciał przeznaczyć pieniądze.

30 czerwca 1882 roku Charles Guiteau został wyprowadzony z więzienia okręgowego stanu Columbia na szubienicę. Poprosił, by do jego celi wstawić kwiaty, które, jak sądził, przesłały rzesze jego wielbicieli, jednak odpowiedziano mu, że żadnych kwiatów nie ma. Później, stojąc już twarzą do pętli, recytował powtarzające się wersy, które sam napisał: "Idę do Paneczka, jestem bardzo szczęśliwy. Idę do Paneczka, jestem bardzo szczęśliwy" - i tak dalej, aż w końcu mu przerwano. 

Dopiero gdy stał się zabójcą prezydenta, Guiteau zrozumiał kim i czym był - to był jego cel i rola, których szukał całe życie. I z pewnością podobało mu się, że jest w centrum uwagi - to poczucie ważności, poczucie, że jest się sławnym, że jest się częścią historii. On i jeszcze nienarodzony Lee Harvey Oswald mieli wiele wspólnego.

Nie ma wątpliwości, że to Guiteau dał strzały, które doprowadziły do śmierci Garfielda, jednak przy odpowiedniej opiece medycznej (również przy standardach obowiązujących w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku) rana na plecach nie musiała być śmiertelna. Garfield zmarł zarówno z powodu niekompetencji lekarzy, jak i na skutek działania szalonego samotnego zamachowca.

 

 

 

 

Lee Harvey Oswald - samotny strzelec

Lee Oswald, mężczyzna, który zabił prezydenta Johna F. Kennedy'ego, był typem zupełnie innym niż John Wilkes Booth, człowiek, który zastrzelił prezydenta Abrahama Lincolna. Do tego tragicznego momentu, gdy zabił Kennedy'ego, nie osiągnął w życiu nic. Tak jakby to była jedyna rzecz, którą mógł zrobić, by ludzie go zapamiętali, jedyny sposób przejścia do historii.

Lee Harvey Oswald urodził się w Nowym Orleanie w październiku 1939 roku. Jego ojciec zmarł dwa miesiące przed jego narodzinami. Przez jakiś czas był w sierocińcu, a potem przenosił się z miejsca na miejsce ze swoją matką Marguerite, która nie była w stanie dłużej utrzymać się w jednej pracy. W wieku osiemnastu lat Oswald miał już za sobą mieszkanie pod zadziwiającą liczbą dwudziestu dwóch różnych adresów i uczęszczanie do dwunastu różnych szkół.

Jako chłopiec był notorycznym wagarowiczem, dzieckiem ulicy, opuszczającym w liceum osiemdziesiąt procent lekcji. Wyrósł na człowieka niezakorzenionego, niepewnego siebie, nietowarzyskiego, wiecznie niedopasowanego. Wszystkie te objawy zaburzeń osobowości ujawniły się wyraźnie, gdy w wieku czternastu lat trafił do zakładu poprawczego. Odesłano go na badanie do doktora Renatusa Hartoga, psychiatry, który stwierdził "zaburzenia struktury osobowości o charakterze schizoidalnym i skłonnościach do zachowań pasywno-agresywnych". Doktor Hartog uznał, że Oswald ma "ewidentne rysy osobowości, które mogą go uczynić niebezpiecznym" i zalecił dozór sądowy oraz pomoc psychiatryczną. Wkrótce potem pacjent został wysłany do ośrodka dla chłopców z zaburzeniami psychicznymi, tam przyznano mu obowiązkową opiekę psychiatryczną. Wszystkie objawy były widoczne. Z jakiegoś powodu, prawdopodobnie w wyniku niefortunnego połączenia natury i wychowania, Lee Harvey z chłopca z zaburzeniami wyrastał na niepoczytalnego i niezwykle niebezpiecznego mężczyznę.

Reakcja matki na tę diagnozę dotyczącą jej syna była, jak zwykle w takich przypadkach, nieprawidłowa. Uciekła z Nowego Yorku i zabrała go do Teksasu. Była to ucieczka od terapii. Przez niedojrzałą i nieodpowiedzialną decyzję kobieta ponosi część odpowiedzialności za to, co miało zdarzyć się potem. Wiele lat później, już po zamachu, spytano władze Nowego Yorku o działania, jakie podjęły względem Oswalda w przeszłości. Nadzór sądowy stanu Nowy York odpowiedział Komisji Warrena: "Tak naprawdę bardzo niewiele można zrobić. Nie mamy jurysdykcji poza granicami stanu, a nie wiedzieliśmy nawet, gdzie ona [Marguerite Oswald] pojechała".

Młody zabójca wstąpił do Piechoty Morskiej, również po to, by wydostać się z duszącego uścisku matki. Podczas swojej kariery militarnej został wytrawnym strzelcem. W 1956 roku dwukrotnie osiągnął wynik 48 i 49 na 50 punktów w szybkim strzelaniu do celu z odległości dwustu jardów. Po zamachu wątpiono, czy Oswald był w stanie dać kolejne trzy szybkie strzały i trafić dwoma z nich, co kazało niektórym sądzić, że gdzieś na placu musiał być drugi strzelec. Jednak są dowody, że Oswald z pewnością był w stanie dać te trzy strzały jeden po drugim bardzo szybko, a biorąc pod uwagę jego doświadczenie, mógł nawet dać wszystkie trzy celne.

Będąc w wojsku, Oswald nauczył się rosyjskiego i w 1959 roku pojechał do Rosji, co traktował chyba jako sposób ucieczki. Rosjanie odrzucili jego propozycję szpiegowskiego działania na rzecz ZSRR, być może dlatego, że rozpoznali jego słabą, skłonną do ucieczki osobowość, a być może dlatego, że podejrzewali, że będzie prowadził różne gry lub zechce zostać podwójnym agentem. Władze radzieckie chciały go odesłać do Stanów, ale ponieważ próbował popełnić samobójstwo, podcinając sobie żyły w jednym nadgarstku, pozwolono mu zamieszkać w Mińsku i podjąć pracę w fabryce. Ożenił się z Rosjanką Mariną Prusakową. Oswald twierdził, że jest marksistą i chciał zrezygnować z obywatelstwa amerykańskiego. Władze radzieckie zdały sobie sprawę z jego niestabilności psychicznej, gdy próbował popełnić samobójstwo, więc nakazały poddanie go badaniom psychiatrycznym. Dwóch psychiatrów stwierdziło, że jest "niestabilny psychicznie" i ostrzegało, że może podejmować dalsze irracjonalne działania. I mieli całkowitą rację.

W 1962 roku zmienił zdanie, co zapewne przewidziały władze radzieckie, i powrócił do Ameryki. Zabrał ze sobą żonę i małą córeczkę. Zmęczył go radziecki autorytaryzm. Oswald trzymał się fantazji, że jest superszpiegiem, jednemu ze swoich znajomych opowiadał, że przekazywał Rosjanom informacje, które miały im umożliwić zestrzelenie samolotu szpiegowskiego U-2. Desperacko pragnął być kimś ważnym, wpływać na historyczne wydarzenia.

Podjął pracę w Dallas, w firmie graficznej wykonującej na zlecenie rządu tajne prace, w tym szczegółowe mapy Kuby. Chwalił się znajomym, że nie tylko pracował nad mapami Kuby, ale także że tę pracę załatwiło mu CIA. Wprawdzie mogła to być prawda, jednak jego dotychczasowe CV nie uwiarygodnia tej wersji, a jego notoryczna niedyskrecja czyniła z niego kiepskiego strażnika tajemnic. Wiosną 1963 roku rodzina Oswalda przeniosła się do Nowego Orleanu, gdzie on zaprzyjaźnił się Judyth Vary. Według niej, Oswald przeprowadzał wywiady z uciekinierkami z Kuby przychodzącymi do pracy w przedsiębiorstwie kawowym Reily, gdzie on i Judyth również dostali posadę. Oswald miał wtedy misję zdobycia bezpiecznych kontaktów na Kubie. Pracodawcy zdawali się wiedzieć, że wykonuje jakieś tajne zadania i zezwalali na to.

W marcu 1963 roku Oswald kupił sobie karabin i krótką broń palną. Co dziwne, poprosił Marinę, by zrobiła mu zdjęcie z pistoletem przypiętym na prawym udzie oraz z karabinem i egzemplarzem jugosłowiańskiej gazety "Politika" w rękach. Po co tworzyłby w ten sposób dowody przeciwko sobie? A może wszystko to było dziecinną zabawą, która w końcu wymknęła się spod kontroli? A co o tym wszystkim myślała Marina?

W lecie 1963 roku Oswald został sekretarzem Komitetu Fair Play wobec Kuby [Fair Play for Cuba Committee] (oddziału w Nowym Orleanie). Gdy rozdawał ulotki Ręce precz od Kuby na ulicach Nowego Orleanu, przerwali mu wrogo nastawieni do Castro uciekinierzy z Kuby i został aresztowany przez policję za zakłócanie porządku. Gospodarz programu lokalnego radia zrobił z Oswaldem wywiad na żywo. Nie jest jednak jasne, co Oswald chciał osiągnąć. Mimo że ulotki zawierały treści popierające Castro, figurował na nich adres 544 Camp Street, gdzie mieszkał rasistowsko nastawiony były agent FBI Guy Bannister, który prowadził obozy szkoleniowe dla wrogich wobec Castro kubańskich uciekinierów, mające przygotować ich do przejęcia Kuby. Oswald spędził w biurze Bannistera dużo czasu. Według Judyth, Oswald często, żeby nie wzbudzać podejrzeń, przechodził z siedziby Reily'ego do biura Bannistera przez zakład naprawczy naprzeciwko. Zaprzyjaźnił się z jego właścicielem Adrianem Albą i często zabijał czas, siedząc tam i czytając magazyny o broni. Warsztat często odwiedzali agenci FBI i CIA. Alba zeznał potem, że widział, jak kierowca jednego z takich samochodów dawał Oswaldowi kopertę. Nawet po tylu latach nie jest jasne, co robił Oswald i wobec kogo był lojalny.

Przed zamachem na Kennedy'ego Oswald skierował już raz wcześniej swój karabin na wpływowego lokalnego polityka, którego próbował zastrzelić z ulicy przez okno jego domu. Cel się jednak poruszył i Oswald chybił. W owym czasie policja nie była w stanie zidentyfikować zamachowca, ale już po śmierci prezydenta, gdy życiorys Oswalda był bardzo dokładnie badany, wyszło na jaw, że odpowiada również za te strzały. To niesamowite, że gdyby wcześniejszy zamach się udał, Oswald zapewne nie byłby na wolności i nie mógłby dokonać następnego. Historia Ameryki potoczyłaby się inaczej.

Chybił, dzięki czemu mógł zabić prezydenta. Przypadkowa wizyta prezydenta Kennedy'ego w Dallas tej jesieni, dostarczyła Oswaldowi celu dużo wyższej rangi. Tak się złożyło, że akurat szukał kogoś, kogo mógłby zabić. Pracował w budynku, który stał przy trasie przejazdu prezydenta. Taka okazja musiała mu się wydać przeznaczeniem.

22 listopada 1963 roku o dwunastej trzydzieści Oswald strzelił do prezydenta z szóstego piętra teksańskiego składu podręczników na Elm Street, gdzie dostał sezonową pracę na okres przedświąteczny. Okno wychodziło na Dealer Plaża. Uważa się, że Oswald dał trzy strzały w kierunku prezydenckiej kawalkady, w miarę jak oddalała się od niego, przejeżdżając przez plac. Dwukrotnie śmiertelnie trafił prezydenta i zranił gubernatora Connally'ego. Ich żony, które też znajdowały się w samochodzie, na szczęście nie zostały ranne.

Wciąż nie wiadomo, czy na szczycie porośniętego trawą nasypu przed samochodem i na prawo od auta prezydenta za płotem było więcej snajperów. Zwolennicy koncepcji spisku umieszczają tam na "trawiastym pagórku" jednego lub więcej spiskowców. To by tłumaczyło, dlaczego przy drugim strzale prezydent groteskowo odrzucił głowę w tył, co wskazuje, że strzał padł z przodu. Duża rana z tyłu głowy wydaje się być raczej raną wylotową niż wlotową kuli. Istnieją zatem pewne poszlakowe dowody wskazujące na istnienie drugiego strzelca. Wydaje się, że jedna z kuł przeszła zygzakiem przez ciała Kennedy'ego i Connaly'ego. Ta tzw. magiczna kula była często przywoływana jako argument na rzecz tego, że musiał paść jeszcze przynajmniej jeden strzał. Jednak najnowsze wirtualne symulacje wykazały, że magiczna kula leciała zupełnie prosto. We wcześniejszych interpretacjach nie brano pod uwagę faktu, że siedzenie Connaly'ego było położone znacznie niżej niż fotel prezydenta, dzięki czemu prezydent był lepiej widoczny. Nie liczono się także z faktem, że ciało gubernatora Connaly'ego było nienaturalnie przekręcone, ponieważ odwrócił się, żeby powiedzieć coś do Kennedy'ego.

Po strzelaninie Kennedy'ego przewieziono błyskawicznie do pobliskiego szpitala, gdzie chirurdzy stwierdzili, że mózg został tak poważnie uszkodzony, że nic już nie mogą zrobić. Oswald wyszedł ze składu podręczników, wsiadł do autobusu, a następnie do taksówki i pojechał do swojego pokoju. Tam przebrał się i (jak ustaliła Komisja Warrena) wziął pistolet. Dalej w oficjalnym raporcie mowa jest o tym, że Oswald zastrzelił policjanta o nazwisku Tippit na Dziesiątej ulicy, jednak świadkowie strzału twierdzili, że sprawcą był zupełnie inny mężczyzna, ani trochę nie przypominający Oswalda.

Oswald został aresztowany w Teras Theatre w dzielnicy Oak Cliff o trzynastej pięćdziesiąt, pierwotnie za zabicie Tippita. Dopiero później postawiono mu zarzut zamordowania Kennedy'ego. Funkcjonariusz policji o nazwisku McDonald, który aresztował Oswalda na widowni teatru, kazał mu wstać, żeby zakuć go w kajdanki. Oswald krzyknął: "Dobra, to już koniec", uderzył McDonalda i wyciągnął zza paska broń. Chciał zabić McDonalda, tak jak wcześniej zabił Tippita. Na szczęście tym razem pistolet nie wypalił i Oswald został obezwładniony.

Zachowanie Oswalda w areszcie było wyjątkowo spokojne. Spytany o dwa dowody tożsamości, które miał ze sobą, jeden na nazwisko Lee Harvey Oswald i drugie na Aleka Hidella, Oswald parsknął i powiedział do policjanta: "Sam się domyśl". Uśmiechał się zadowolony z siebie i zdawał się usatysfakcjonowany powszechnym zainteresowaniem. Rozmawiał z dziennikarzami w tonie rozważnym, niemal pompatycznym. Tak jakby czekał na ten moment. To była jego inauguracja. Wciąż zaprzeczał, jakoby zastrzelił kogokolwiek, droczył się z publicznością.

Gdy dwa dni po zamachu przewożono Oswalda do okręgowego więzienia, właściciel nocnego klubu, Jack Ruby strzelił mu w brzuch. Oswald zmarł wkrótce potem. Na temat tego strzału również spekulowano bez końca. Czy był to spontaniczny akt zagubionego, ale ożywionego duchem dobra publicznego obywatela? Czy też była to część spisku i chodziło o to, żeby Oswald nie stanął przed sądem i nie ujawnił, kto jeszcze brał udział w zamachu?

W związku z tym, że zamach budził wiele wątpliwości, tydzień po tym zdarzeniu nowy prezydent Lyndon B. Johnson zarządził przeprowadzenie pełnego śledztwa przez specjalnie do tego celu powołaną komisję. Raport, który ostatecznie przygotowała Komisja Warrena, głosił, że Oswald dał wszystkie trzy strzały - pierwszy, który chybił zupełnie, oraz dwa pozostałe, które trafiły Kennedy'ego - i że działał sam, nie miał wspólników. Teorie spiskowe żywiły się pragnieniem wytłumaczenia tego doniosłego zdarzenia jakimś skomplikowanym i bardzo tajnym spiskiem, w który zaangażowana byłaby jakaś wpływowa organizacja, być może mafia albo CIA. Prawda zdaje się jednak taka, że tragiczny koniec prezydentury Johna Kennedy'ego został spowodowany przez jednego szalonego strzelca, desperacko pragnącego zapewnić sobie miejsce w historii. I udało mu się.