Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Barbara Seidler

MROK

 

1983

 

To była środa, 20 lutego 1980 r. W wykopie koło jeziorka czerniakowskiego pracowało dwóch robotników Hydrocentrumi: Andrzej Tarka i Sylwester Rejczak. Około dziesiątej postanowili zrobić przerwę na papierosa i wtedy to właśnie zobaczyli pod mostem oddalonym około 200 metrów od Elektrociepłowni Siekierki, pływający między kawałkami lodu, dziwny pakunek. Był owinięty w gazetę, związany sznurkiem. Przyciągnęli go łopatą do brzegu, wydobyli, przecięli scyzorykiem sznurek. W gazetę zapakowany był garnek, zwykły kuchenny garnek, wypełniała go szczelnie odcięta od tułowia kobieca głowa.

Robotnikom zaczęły się trząść ręce. Pan kierownik Swiostek z Hydrobudowy nie mógł uwierzyć, dech mu zaparło. O godz. 13.20 gotowy był "protokół oględzin pakunku": głowa została odcięta od tułowia na wysokości szóstego kręgu szyjnego. Miała na sobie liczne rany podłużne, sięgające w głąb mózgu, zadane siekierą lub tasakiem.

W Stołecznej Komendzie Milicji skojarzono potworne odkrycie z meldunkiem, do którego nie przywiązywano jeszcze zbyt wielkiej wagi, bo wiadomo przecież, że w wielkim mieście zawieruszają się ludzie w najrozmaitszych okolicznościach i z różnych powodów, i najczęściej kończy się to powrotem do domu i skruchą. Ale wśród wielu zgłoszeń o zaginięciu było i takie: "19 lutego wyszła z domu do pracy i nie wróciła, do biura nie docierając, 41-letnia Danuta Orzechowska, wieloletnia pracownica Telewizji".

Zgłoszenie o zaginięciu pochodziło z dnia poprzedniego. Dzwoniła do Komendy koleżanka z pracy, potem rozwiedziony mąż. Rysopis zaginionej mógł być rysopisem nieszczęsnej ofiary, gdyby odrzucić opuchliznę wodną i zniekształcenia od ciosów. Były mąż zostawił telefon. Został więc wezwany i 20 lutego 1980 o godz. 19,40 spisano takie zeznanie: "Nie mam najmniejszej wątpliwości, rozpoznaję głowę mojej byłej żony". Podpisano: Jerzy Orzechowski.

Tego samego dnia były mąż został przesłuchany w charakterze świadka na okoliczność morderstwa popełnionego na osobie jego byłej żony.

Opowiedział krótko historię ich małżeństwa: pobrali się w 1959 r., mieszkali w mieszkaniu matki żony przy ulicy Noakowskiego 10. Żona - inżynier, absolwentka Warszawskiej Politechniki, pracowała w Telewizji, była inspektorem programów telewizyjnych. Córkę Kasię do siódmego roku życia wychowywała babcia - matka żony; po śmierci babki zajmowała się nią gosposia. W 1976 r. państwo Orzechowscy postanowili się rozejść. W domu nigdy nie było żadnych awantur, po prostu doszli do wniosku, że tak będzie lepiej. Jerzy Orzechowski wyprowadził się najpierw do swoich rodziców, potem zamieszkał przy ul. Orlej 8 ze swoją konkubiną i jej córką. W listopadzie 1979 r. ostatecznie zakończyła się sprawa rozwodowa. Z żoną rozszedł się dobrze, nie widywali się często, ale stosunki były poprawne. Z córką, obecnie uczennicą III klasy Liceum im. Żmichowskiej, widuje się często. Kasia bywa u niego na Orlej.

19., czyli wczoraj, też przyszła około godz. 18. Nie była niespokojna, to raczej on się zaniepokoił, bo telefonowała kuzynka i koleżanka z pracy z zapytaniem, co się stało z Danusią, że w Telewizji jej poszukują, nigdy przecież nie spóźniała się, a gdy chorowała, uprzedzała telefonicznie, że nie przyjdzie. Słynęła z punktualności i rzetelności, stąd niepokój Marii Jesionkiewicz - koleżanki z TV, która nawet dzwoniła do kuzynki Danusi - pani Chormańskiej.

Wieczorem Jerzy Orzechowski poszedł z córką na Noakowskiego. Chcieli sprawdzić, czy matka Kasi nie zjawiła się przypadkiem w mieszkaniu, ale okazało się, że nikogo nie było. Po półgodzinie wrócił więc z córką do siebie - na Orlą, zdążyli jeszcze przed zamknięciem bramy. Kasia nocowała u ojca. Rano odwiózł ją do domu, matki w dalszym ciągu nie było, wyprowadzili psa, to jest czarny pudel, wabi się Walentyna, pan Orzechowski odwiózł Kasię do szkoły na Klonową, sam zaś pojechał do pracy.

W tym mniej więcej czasie, kiedy Jerzy Orzechowski składał zeznanie na Komendzie, odbywały się oględziny miejsca zamieszkania Danuty Orzechowskiej. Sześciu funkcjonariuszy oglądało mieszkanie nr 31 przy ul. Noakowskiego 10. Była przy tym obecna Kasia. Nawet podała im herbatę. Mieszkanie - jakich wiele w stolicy. Kamienica przedwojenna, ale nowoczesna, przedpokój oklejony tapetą imitującą cegłę, były takie tapety zmywalne w PKO, z przedpokoju wejście do trzech pokoi. Pokoje starannie umeblowane, z gustem, nie wyzywająco, wszędzie czyściutko, pokój Kasi częściowo oklejony tą samą tapetą co przedpokój, tylko fantazyjnie przyciętą, jakby w zburzony mur, na reszcie ściany naklejone kolorowe bose stopy, coraz mniejsze, jak oddalające się ślady, ładne to, fantazyjne, pasujące do pokoju młodej osoby. Ostatni pokój zajmował sublokator - Roman Bury. Nie było go w domu. Pochodził z Płocka. Jak zwykle na sobotę i niedzielę pojechał do domu, przyjechał w poniedziałek i poszedł prosto do biura, i w poniedziałek też, czyli 18., wieczorem, wyjechał autobusem na delegację. Wpadł tylko na chwilę do domu, żeby zabrać z pokoju tranzystorowe radio, przydaje się w służbowej podróży. Łazienka, kuchnia - białe mebelki, firanki w oknach, przyprawy na półeczce. Zwyczajnie. Wszędzie ład, porządek - gospodyni wyszła z domu i nie wróciła.

To był środowy wieczór, 20 lutego.

Warszawska milicja została postawiona w stan alarmu. Szukano reszty ciała Danuty Orzechowskiej. Noc z środy na czwartek miała przynieść następne makabryczne odkrycie. W pobliżu miejsca odnalezienia głowy nie znaleziono niczego. Nie było nigdzie śladów ruszania ziemi. Stawiano więc hipotezy, próbowano odpowiedzieć sobie na pytanie: gdzie sprawca? sprawcy? mogli ukryć niekompletne zwłoki?

Pracownica dworca Warszawa Centralna, Anna Domalska, z funkcjonariuszem milicji Rozbickim otwierała po kolei lockery. W jednym z nich stała duża i ciężka walizka z jasnobrązowego skaju, a na niej leżała niewielka wiązanka świeżych kwiatów w papierze: tulipan, żonkil, frezja. W walizce był nagi tułów kobiecy, bez głowy i nóg, w miejscach odcięcia kończyn i głowy owinięty w ręczniki frote i opakowany w przeźroczystą folię. Ręce, zgięte w łokciach, podłożone były pod plecy. Anna Domalska przesłoniła ręką usta, skurcz serca podszedł pod gardło, milicjant pobladł i szukał w kieszeni chusteczki. W następnym lockerze stała enerdowska torba podróżna; zamykana na zamek błyskawiczny. Takie zamki otwiera się jednym pociągnięciem. Szukali reszty ciała, spodziewali się ją znaleźć, a przecież ten sarn skurcz podbiegł pod gardło. Potem w dokumencie oględzin napisano:

"...zapakowane w folię nogi oddzielone były od tułowia na wysokości szyjek kości udowych i pachwin, miejsca oddzielenia kości przebiegały niemal symetrycznie, na tych samych wysokościach i tylko boczne brzegi kości miały drobne odpryski. Natomiast podudzia oddzielone zostały od nasady kości udowych przez przecięcie skóry, mięśni, wiązadeł i ścięgien stawów kolanowych bez uszkodzenia powierzchni kości stawowych".

Potworny mord. Precyzyjne, niemal fachowe poćwiartowanie zwłok.

Na ekranach telewizyjnych ukazała się najpierw fotografia sympatycznej kobiety, wyglądającej na mniej lat, niż miała w rzeczywistości; a później apelowano do społeczeństwa: "ktokolwiek wiedziałby o jej losie..." Czekano. Może ktoś spotkał ją w okolicach jeziorka czerniakowskiego? Przepytywano znajomych, sprawdzano kontakty, jakie miała z ludźmi, dopytywano się o ewentualnych wrogów.

21., czyli w czwartek, przesłuchano też córkę. Była najbliższą osobą, mieszkała z matką, miała skończone osiemnaście lat, dziewczyny w tym wieku niejedno już wiedzą i rozumieją. Kasia jest bardzo inteligentna, starano się nie urazić dziewczynki, rozumiano jej ból, choć była spokojna i nie rozpaczała. Oficerowie śledczy przyzwyczaili się do różnych reakcji na nieszczęście.

Kasia zeznała jako świadek, że we wtorek, 19., jak zwykle, matka obudziła ją rano, przygotowała jej śniadanie, a ona tymczasem umyła głowę, wyprowadziła psa, potem wyszła do szkoły. Mama na pewno poszła do Telewizji, poprzedniego dnia miała wolny dzień. Gdy Kasia wróciła po lekcjach, matka sprzątała po hydraulikach, którzy byli rano w mieszkaniu i coś tam robili. Potem matka gdzieś wyszła, wróciła. Nie chodziła do kawiarni, miała ograniczony krąg znajomych, pracowała co drugi dzień po dwanaście godzin. To było w poniedziałek. A we wtorek Kasia wróciła ze szkoły ze swoim kolegą Jackiem, posiedzieli trochę, Kasia zrobiła herbatę, przed czwartą Jacek pożegnał się, bo jego rodzice wracają z pracy o tej porze. Ona poszła na spacer, była na Marszałkowskiej, a później odwiedziła ojca na Orlej. Była tam kobieta, z którą ojciec mieszka - Krystyna T., i jej piętnastoletnia córka Ania. Rozmawiali. Wieczorem zadzwoniła ciotka - Lidia Chormańska, pytała o matkę, co się z nią dzieje, bo nie była w pracy, w domu na Noakowskiego telefon nie odpowiada, a koleżanka z Telewizji - Maria Jesionkiewicz, dopytuje, co z Danusią. Zaniepokoili się wszyscy. Ojciec telefonował do pogotowia i szpitali, czy nie było jakiegoś wypadku, ale nikt o tym nazwisku nie zginął na ulicy ani nie był ranny.

Matka miała wyjechać wkrótce na Morze Śródziemne i Czarne, miała już opłaconą wycieczkę, paszport w torebce. Może załatwiała jakieś dewizy? Albo sprawunki przedwyjazdowe?

Środowe zeznania ojca i czwartkowe córki pokrywały się. We wtorek wieczorem byli razem w mieszkaniu przy Noakowskiego, po raz drugi w środę rano, przed Kasi lekcjami.

Potem jeszcze Kasia opowiedziała o tym, że matka wynajmowała jeden pokój "Syrenie", najpierw mieszkali w nim matematycy, potem pracownicy Budopolu. Ostatni sublokator nazywa się Roman Bury, pochodzi z Płocka, w sobotę wyjeżdża do domu, w poniedziałek wraca. W ostatni poniedziałek, 18., też przyszedł wieczorem na Noakowskiego, ale tylko na chwilę, po jakieś radio, wyjeżdżał zaraz w delegację, chciał zdążyć na autobus. Kasia nawet zamawiała mu taksówkę przez telefon.

Potem jeszcze Kasia mówiła:

"Nie byłam trudnym dzieckiem. Nie umiałam jednak znaleźć z rodzicami wspólnego języka. Łączyły mnie z nimi dość płytkie i nieserdeczne stosunki". A potem dodała: "Po rozwodzie matka była załamana psychicznie. Mnie się zdaje, że nie miała intymnych kontaktów z mężczyznami".

Oficerowie śledczy musieli wykazać wiele taktu. Trudno wypytywać młodą dziewczynę, uczennicę, o różne szczegóły, gdy rana jest tak świeża. Każdy to rozumiał.

Pytali więc o rodzinę, kolegów z pracy, sąsiadów. Może po nitce, idąc od denatki, dojdą do sprawców czy sprawcy tego straszliwego mordu?

Potem na ekranie telewizyjnym pokazano walizkę i torbę podróżną, apelowano: "Czy ktoś nie widział ostatnio tych przedmiotów lub człowieka niosącego taki bagaż?"

I znalazł się świadek. Klucz do odkrycia może bardziej makabrycznego niż znalezienie poćwiartowanych zwłok. Irena Podlaska, zamieszkała w tym samymi domu, tzn. przy Noakowskiego 10, zeznała:

"19. pod wieczór wracałam z mężem i z dziećmi do domu z miasta. Widziałam Kasię Orzechowską w bramie z taką właśnie walizką".

Wezwano jeszcze raz Kasię. To było 28. lutego. Okazano jej najpierw torbę podróżną. Powiedziała: "Nosiłam w niej bieliznę do prania. Nie widziałam jej rok".

Po raz wtóry przeprowadzono oględziny miejsca zamieszkania denatki. Teraz już szukano szczegółowo: znaleziono komplet garnków, w którym brakowało jednego, akurat tej wielkości, co wyłowiony z jeziorka czerniakowskiego, kawałek płyty spilśnionej, takiej samej jak ta podłożona w walizce pod tułów zamordowanej, znaleziono kłębki sznurka, folię, przylepiec. A wreszcie odkryto ślady krwi na tapecie w przedpokoju i w innych miejscach. Zmyte starannie, niemal niewidoczne.

Prawda wydawała się tak makabryczna, że aż trudna do przyjęcia. Niektórzy próbowali jeszcze nie wierzyć. O godz. 22.10 dokonano konfrontacji. Stanęły naprzeciw siebie: Irena Podlaska i Kasia Orzechowska.

Pierwsza z nich powiedziała, że zna Kasię od sześciu lub siedmiu lat, bo była ona koleżanką jej córki, przychodziła do mieszkania Podlaskich. Tamtego dnia minęła się z Kasią w bramie. Widziała dobrze, bo akurat było to w kręgu światła. Kasia wiozła na ręcznymi wózeczku jasnobrązową walizkę postawioną na sztorc.

Pokazano jej różne walizki. Od razu wskazała na właściwą. Bez chwili zastanowienia powiedziała: "To była ta walizka".

Kasia natychmiast replikowała: "Zaprzeczam, że wiozłam walizkę".

Świadek Podlaska oświadczyła ostro, z całą stanowczością: "Mam dobry wzrok, widziałam, było to około godz. 18".

Prokurator wydał nakaz aresztowania. Tej samej nocy o godz. 0.10 rozpoczęło się kolejne przesłuchanie Kasi. Tym razem było to już przesłuchanie podejrzanej.

Oto początek:

- Czy pani wie, dlaczego została zatrzymana?

- Tak, wiem.

- Czy pani chce składać wyjaśnienia?

- Tak, chcę.

- Czy pani pamięta cały przebieg zdarzenia?

- Tak, pamiętam.

- Czy czuje się pani dobrze?

- Tak, czuję się dobrze. Jestem w stanie składać wyjaśnienia.

- Proszę podać, jakiego czynu pani się dopuściła.

- Nie wiem, jak to formalnie brzmi: dopuściłam się morderstwa na osobie mojej matki Danuty Orzechowskiej.

- Kiedy zrodziła się myśl dokonania tego zabójstwa?

- Dwa, trzy lata temu.

- Co było przyczyną tej myśli?

- Przyczyną tej myśli była nienawiść do matki.

A teraz spróbuję - posługując się aktami śledczymi, protokołami z przesłuchań, dokumentami zebranymi w sprawie, opinią biegłych psychiatrów, spostrzeżeniami ludzi, którzy stykali się z nią przed tragedią i teraz, gdy czeka na rozprawę w areszcie śledczym - zrelacjonować to, co nastąpiło i jakie okruchy wiedzy udało się zebrać w tej mrocznej, okrutnej sprawie. Ale to, co zagościło w umyśle i sercu zabójczyni, na zawsze już chyba pozostanie straszną, trudną niewiadomą.

To, co teraz przytoczę, to tylko snopy światła na mrok:

"...Babcię kochałam, ona mnie chyba też. Ojca lubiłam, matki - nie. Ona nie zajmowała się mną. Do szkoły chodziłam najpierw na Noakowskiego, potem na Polną i wreszcie do Liceum Żmichowskiej... Rodzice nigdy nie załatwiali swoich spraw przy minie. Po rozwodzie dalej ojca lubiłam, ale nie kochałam. Matki nie lubiłam. Ojciec miał już inną kobietę, ale ją matkę obwiniałam za rozwód, bo jej nie lubiłam.

...Matka pytała mnie, co mi potrzeba z ubrania. Miałam kieszonkowe. Gosposi kiedyś ukradłam pieniądze, około 1000 zł, matce ukradłam 500 zł na flamastry, matka to odkryła, nie krzyczała, ale były rozmowy. Za karę pojechałam na wakacje do dziadków, nie do Rabki...

...Chciałam mieć dużego, puchatego misia... ...Odrzucałam czułość matki... brak mi było ciepła...

...Byłam z rodzicami w Zakopanem na wakacjach. Dwa tygodnie. Już między nimi było źle. Matka powiedziała ojcu chyba wtedy, gdy się już rozchodzili: «Drzwi stoją dla ciebie otworem, zawsze możesz wrócić»...

...Matka mówiła mi czasem: «Nie chciałam cię, ale cię wychowuję». Zła była o moje kontakty z ojcem...

...Matka mówiła do mnie: «Kaśka», ojciec: «córka-murka», «karaluch», ostatnio - «córcia»" (z przesłuchania z dn. 3. III).

Gdy Kasia była jeszcze w szkole powszechnej, matka miała z nią kłopoty wychowawcze. Zaprowadziła dziewczynkę do Poradni Zdrowia Psychicznego. Wypisywała arkusz wiedzy o dziecku, podkreślając w ankiecie to, co rzucało się jej w oczy. Pani Danuta Orzechowska podkreśliła:

"wałkoni się, zwala winę na innych, płacze o byle co, ma niewielu przyjaciół, obgryza paznokcie, rzuca ubranie byle gdzie, trudno ją rano wyciągnąć z łóżka, zamknięta w sobie, domaga się uczucia, uparta, wydaje się pozbawiona uczuć, bierze cudze rzeczy, czasem rozgadana, milczy, gdy się jej zadaje pytania".

Pod spodem arkusza była charakterystyka, jakby reasumująca. Matka podkreśliła: "impulsywna, płaczliwa, nadpobudliwa, domaga się uczucia".

Kasia też dostała arkusz do wypełnienia. Typowy arkusz, jaki wypełniają w tego typu poradniach tysiące dzieci. Początek zdania jest wydrukowany, potem są kropki, dziecko musi skończyć zdanie, napisać to, co mu przychodzi na myśl. Czy dzieci piszą o swoich marzeniach, czy prawdę? Różnie bywa.

Arkusz Kasi:

"W domu czuję się... dobrze. Ja wiem, że rodzice... mnie kochają. Chciałabym, żeby moi rodzice... byli zawsze tacy, jacy są. Moja mama jest... miła i uśmiechnięta. Mój ojciec jest... człowiekiem dobrym i uczciwym. Mój ulubiony aktor... Zaczyk. Lubię... Agnieszkę. Odczuwam lęk... gdy mama późno wraca. Chciałabym być... lekarzem chirurgiem. Moje najmilsze wspomnienie... wyjazd do Bułgarii. Moje złe wspomnienie... choroba na wakacjach".

W aktach sprawy jest opinia ze Szkoły nr 18 przy ulicy Polnej.

"Była to dziewczynka zdolna, inteligentna, ale niesystematyczna w pracy, nieco znerwicowana, nierzadko miała trudności z koncentracją, jednak dobry kontakt z rodzicami pozwalał na właściwe ustawienie dziecka w szkole. Katarzyna była dość skryta, co na niektórych nauczycielach sprawiało wrażenie zarozumiałości. Być może, wrażenie to potęgowały modne stroje. Starała się na siebie zwrócić uwagę dość hałaśliwym sposobem bycia".

"...Lubiłam biologię, rysunki, lubiłam ruch, grę w piłkę, chciałam się wyszumieć. Byłam uważana za osobę wesołą, rozrabiakę... Czasem nie mogłam zasnąć, bolała mnie głowa. Dr Zajączkowski mówił, że to nerwicowe... Paliłam... Matka się gniewała, bo babcia umarła na raka płuc... Po siódmej czy ósmej klasie byłam| na koloniach Radia i TV, tam wychowawcy namawiali nas do picia... W 1976 r. byłam na imieninach u Agnieszki. Długo nie wracałam do domu, upiłam się pierwszy raz, przyszła tam po mnie matka, uderzyła mnie w twarz. Na drugi dzień przeprosiłam matkę, kupiłam nawet kwiaty, ale wylądowały one w koszu na śmieci. Agnieszka, moja przyjaciółka, buntowała mnie przeciw matce..." (z zeznania Kasi z dn. 3 III 80).

"...Matka Kasi była troskliwa, ale ona mówiła, że ją krew zalewa, że dłużej tego nie wytrzyma..." (z zeznań Agnieszki).

"Czułam do niej złość, nienawiść...

Po kłótniach z matką wyżywałam się na przedmiotach. Tłukłam na przykład kieliszki o ścianę... Matka budziła mnie kładąc mi rękę na twarzy, nienawidziłam| tego...

...Uważałam zawsze, że uczucie jako takie nie jest mi potrzebne, ale jednocześnie zawsze tego chciałam..." (z zeznań Kasi z dn. 3 III 80).

- Kogo ci teraz najbardziej żal? - zapytał oficer śledczy w nocy około drugiej, pod koniec pierwszego po aresztowaniu przesłuchania Kasi.

- Jacka. Może to wystarczy - odpowiedziała Kasia.

*

"...Jacek. Pierwszy raz w życiu powiedział mi ktoś, że mnie kocha. Przestraszyłam się tego słowa... W styczniu 1980 r., po szkole, przestałam być dziewicą. Był czuły i troskliwy, kochałam go i było mi z nim dobrze..." (z zeznań Kasi z 3 III 80).

"...Z Kasią poznałem się bliżej w OHP w Pułkowie koło Gołubia w 1979 r. Od września regularnie u niej bywałem. Ona powtarzała klasę III..." (z zeznań Jacka W.).

Opinia z Liceum im. N. Żmichowskiej: "Powtarzała klasę III. W ubiegłym semestrze opuściła 108 godzin bez usprawiedliwienia i 95 godzin z powodu choroby. Miała postawę negatywną wobec szkoły i obowiązków - podpis: Agenor Kostka".

"...Nie chciało mi się uczyć, byłam leniwa, zniechęcona, brak mi było motywacji... Nie miałam większych ambicji..." (z zeznań Kasi z dn. 3 III 80).

"...Życie jako takie jest piękne, ale nie ma sensu... Myślę, że ludzkość dąży do swojej zagłady, że ludzie w swojej masie są źli... Zawsze lubiłam marzyć, moją ulubioną książką było Dwa tysiące mil podwodnej żeglugi, marzyłam o bezludnej wyspie... Śni mi się czasem dyskoteka, na kolorowo, dziadek z długą, siwą brodą...

...Chodziłam na filmy grozy - żeby się przestraszyć. Bałam się Belfegora. Czasem się czegoś bałam, tak «świdrująco». Czasem słyszałam, że coś mówię, ale nie odróżniałam słów..." (z rozmowy z psychologiem).

"...Nigdy nie planowałam zabicia matki. Ale myśl ta pojawiała się..." (z zeznań Kasi z 19 III 80).

"..Przyczyną tej myśli była nienawiść do matki. Matkę pamiętam, że ciągle była w pracy. U nas w domu każdy żył własnym życiem... Matka mnie zwodziła, wyśmiewała, ośmieszała moje problemy... Roztaczała nade mną przesądną kontrolę, chciała wszystko o mnie wiedzieć... A ja robiłam jej na złość...

...W październiku ukradłam coś w supersamie. Był to wybryk. Złapano mnie. Miałam mieć sprawę w kolegium. Raz odroczono sprawę. Potem dostałam wezwanie na 20 lutego 1980 r. Chciałam o tym porozmawiać z matką. Ale raz rozmawiała przez telefon, raz była zmęczona..." (z zeznań Kasi złożonych tej samej nocy, której została zatrzymana).

Z akt sprawy w kolegium karno-orzekającym: "Katarzyna Orzechowska dn. 25 X 1979 r. wynosiła z supersamu bez uiszczenia należności różne artykuły spożywcze na sumę 209 zł 20 gr".

Z zeznań Jacka W.: "... 17 II 1980 r. byłem z Kasią na Hamlecie".

Z zeznań Kasi z dn. 21 II 80 r. "Gdy wróciłam wieczorem z teatru, mama była w domu".

*

A oto co zdarzyło się 18 II 1980 r. w Warszawie, przy ulicy Noakowskiego 10 m. 31.

Z zeznań z dn. 29 II i 19 III 1980 r. "...Tego dnia byłam rozlazła, ale takie stany zdarzały mi się często... Gdy wróciłam ze szkoły, matka sprzątała po wyjściu hydraulików... Razem zjadłyśmy obiad, który przygotowała matka. Matka przy obiedzie powiedziała: «Nie możemy żyć jak wrogowie». Siedziałam i piłam herbatę, bolała mnie głowa, czułam w sobie wściekłość, że matka znów się mnie czepia. Powiedziała, że jeśli mi się u niej nie podoba, mogę mieszkać u ojca... Po obiedzie matka prała. Pralka stała w przedpokoju. Potem matka zawołała mnie. Chciała, żeby jej zdjąć z pawlacza w przedpokoju kocioł do gotowania bielizny... Weszłam na drabinę, sięgnęłam na prawo. Leżała tam siekiera. Kupiłam ją chyba w styczniu. Matka zwróciła mi za nią pieniądze, kupiłam jeszcze wtedy wiertło. Raz tą siekierą rąbałam schab. Stałam na drabinie, matka mówiła coś do mnie... Uderzyłam ją ostrzem w głowę. Po tym uderzeniu jeszcze stała. Zadałam jej więc następne uderzenie. Cały czas stałam na drabinie. Matka upadła najpierw na ręce. Osuwała się jakby, wolno się osuwała... Zadając matce ciosy byłam w jakimś dziwnymi stanie, którego nie potrafię nawet określić..."

W jednym z tomów akt śledztwa są zdjęcia. Przedpokój wyklejony zmywalną tapetą w ceglany wzór, pawlacz, są też zdjęcia głowy Danuty Orzechowskiej z widocznymi ciosami. Jeden z ciosów zadany był w czoło. Może właśnie wtedy mówiła coś do Kasi podnosząc głowę do góry?

Następnie w zeznaniach podejrzanej pojawia się dokładny, drobiazgowy opis czynności, jakie skrupulatnie wykonywała:

"...Po upadku matki zeszłam z drabiny, chwyciłam ją za ręce i zaciągnęłam do łazienki... Zwłoki włożyłam do wanny, i nożem rozcięłam ubranie i zdjęłam je. Tego dnia matka miała na sobie dżinsową spódnicę i fioletowy golf... Zabiłam około szesnastej..."

Potem garderobę matki wrzuciła do pralki, ściągnęła też z wieszaka w łazience ręcznik sublokatora, bo był zaplamiony krwią. Wyprała to wszystko. Dokładnie sprzątnęła przedpokój. Później zadzwoniła do Jacka. W domu kolegi powiedziano jej, że Jacek śpi. Ale widocznie obudził się, bo zaraz oddzwonił. Rozmawiała z Jackiem przez telefon około godziny.

"Z Jackiem rozmawiałam o rzeczach obojętnych... Potem był chwilę Bury..."

Z zeznań sublokatora: "...Do domu wbiegłem na chwilę, po radio. Kasia była w przedpokoju. Ubrana była w szlafrok, zdaje się koloru bordo..."

Powiedziała mu, że właśnie robi pranie i niechcący wyprała i jego ręcznik. Zaofiarowała się, że skoro sublokator się spieszy ("...miałem autobus o godz. 21.30"), to zamówi mu przez telefon taksówkę. Telefonowała po taksówkę o godz. 20.05. Zwłoki matki leżały wtedy w wannie.

Później, na pytanie śledczego, co zrobiłaby, gdyby Bury chciał wejść do łazienki, odpowiedziała, że starałaby się jakoś odwieść go od tego zamiaru. Ale on nie wszedł do łazienki.

Gdy Bury wyszedł, zatelefonowała do swojej koleżanki Małgosi L. Małgorzata, zeznając w śledztwie, powiedziała, że nie zwróciła uwagi na nic dziwnego podczas rozmowy.

"Po telefonie do Małgorzaty chciałam się już tylko pozbyć ciała matki, zaczynałam już wtedy myśleć realnie i realnie oceniać szanse ukrycia czynu... choć wiem, że nie ma zbrodni doskonałej. Zdałam sobie z tego sprawę już 18. wieczorem..." (z zeznań złożonych w śledztwie).

A jednak działała precyzyjnie. Skrupulatnie, pedantycznie zacierała ślady.

"...poszłam do kuchni, wzięłam stamtąd nóż, duży, z drewnianą rączką, poszłam do łazienki i przy użyciu tego noża oddzieliłam głowę matki od tułowia w ten sposób, że nożem nacięłam skórę i mięśnie głowy, zaś kręgi szyjne przecięłam siekierą. Nie uszkodziłam przy tym wanny... Potem poszłam do kuchni po garnek..."

Głowę matki włożyła do garnka, garnek opakowała starannie w gazety, papier pakunkowy, sznurek.

"...paczkę wyniosłam do kuchni..."

Teraz zdjęła z pawlacza kocioł. Zwłoki matki wyjęła z wanny, włożyła do kotła i przesunęła do pokoju matki. Pokój zamknęła na klucz i przystąpiła do sprzątania łazienki. Wodę z krwią spuściła ("sitko zapchało się kawałkami mózgu i kości, wyjęłam je więc i wrzuciłam to do ubikacji"), potem starannie wszystko myła. Ponieważ nie mogła znaleźć proszku do szorowania, użyła płynu do mycia naczyń.

Kiedy wszystko było już sprzątnięte, zeszła na dół, wyrzuciła do kubła na śmieci wypraną odzież matki, a "paczkę" z kuchni włożyła do plastykowej siatki i pojechała nad jeziorko czerniakowskie. Zapytana, dlaczego właśnie tam się udała, odpowiedziała, że nad jeziorkiem tym często w lecie opalały się z matką.

"...wsiadłam w autobus przy placu Konstytucji i pojechałam nad jeziorko. Weszłam na mostek, na jeziorku był wtedy lód... Wracałam przesiadając się kilka razy. Musiałam być w domu przed godz. 23.00, bo brama była jeszcze otwarta...

...po wejściu do mieszkania położyłam się w ubraniu, ale nie mogłam zasnąć. Leżałam do godz. 4.00. Potem wstałam, zdjęłam walizkę i torbę z pawlacza, poszłam do pokoju, wyjęłam matkę z kotła, wzięłam nóż, siekierę, podłożyłam gazety, nacięłam skórę w pachwinach, dwoma czy trzema uderzeniami oddzieliłam nogi od tułowia. Potem, posługując się tylko nożem, nacięłam skórę przy kolanach, wyjęłam rzepki kolanowe, kończyn dolnych nie myłam przed zapakowaniem, na gazetach prawie nie było krwi.

...nie czułam już nienawiści do niej... po odcięciu głowy reszta jej ciała była już tylko przedmiotem..."

Na pytanie prokuratora postawione 29 II 1980 r. podejrzana odpowiedziała:

- Stwierdzam, że wcześniej nie robiłam nigdy czegoś takiego, nie uczyłam się, w jaki sposób należy oddzielać kości, nie pytałam również nikogo, jak należy to robić.

"...Wydaje mi się, że zacieranie śladów, cięcie i pakowanie ciała nie było w pełni przeze mnie uświadomione, nie w pełni zdawałam sobie sprawę z tego, co robię..." (z zeznań podejrzanej złożonych w nocy po zatrzymaniu).

Potem zdjęła płytę spilśnioną z pawlacza, przepołowiła ją, położyła na dno walizki, włożyła tam tułów, ręce podłożyła pod plecy (zdjęcia w aktach śledczych), ściągnęła paski, walizkę i torbę postawiła za kotarą w pokoju matki, przy drzwiach balkonowych. Starannie wszystko sprzątnęła, nóż włożyła do szuflady w kuchni, siekierę do pudełka w szafce w przedpokoju. Wykąpała się, umyła głowę, ubrała, wypiła kawę i poszła na drugą lekcję do szkoły, bo na pierwszej lekcji była gimnastyka, z której była zwolniona z powodu wody w kolanie.

"...O godz. 14.00 wróciłam z Jackiem ze szkoły do domu. Zrobiłam mu herbatę. Walizka i torba stały za kotarą w pokoju matki. W moim pokoju mieliśmy ze sobą stosunek płciowy..."

Jacek zeznał, że w pewnym momencie trzasnęły drzwi windy i on się zdenerwował, że to może wraca z pracy jej matka. Ale uspokoiła go, że wie na pewno, że matka pracuje do wieczora.

"Po wyjściu Jacka zapakowałam w plecak kożuch matki i wyniosłam go na Dworzec Centralny do skrytki. Potem wróciłam po torbę i też ją tam umieściłam, na dworcu, w skrytce. Znów wróciłam - po walizkę".

Jeszcze raz wspięła się na pawlacz, zdjęła z niego ręczny wózeczek i na nim wywiozła walizkę. W bramie minęła się, z sąsiadami, na dworcu ktoś pomógł jej znieść walizkę po schodach, kupiła kwiaty: tulipan, żonkil, frezję. W śledztwie powiedziała:

"Nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego te kwiaty kupiłam i dlaczego położyłam je na walizce".

Następnie zjadła lody w "Horteksie", pojechała do ojca. A potem to już wszystko wiadomo.

20 lutego, w środę, podczas oględzin mieszkania przez milicjantów zrobiła im herbatę. Nie podejrzewali jej, to było normalne, że po mieszkaniu kręciła się dziewczyna, córka zamordowanej kobiety.

3 marca zeznała:

"W mieszkaniu było sześciu funkcjonariuszy. Jak przechodziłam przez przedpokój, koło szafki zauważyłam, że z pudełka wystaje trzonek siekiery, jeden z nich przedtem tam zaglądał, ale nic nie zauważył, gdy oni byli w pokoju matki, wzięłam siekierę i wyrzuciłam przez okno w kuchni, upadła koło garaży..."

*

W aktach sprawy jest list, który ojciec napisał do niej do więzienia: "Kasiu, już święta za pasem i na dworze wiosna". Dalej w liście jest mowa, że pies jest w dobrych rękach i zapewnienie, że "niewielka garstka życzliwych Ci jest z Tobą..."

Ona nie chce przyjmować listów. Mecenas Wasilewski, który podjął się obrony, twierdzi, że jeszcze nigdy w życiu nie bronił w tak ciężkiej, mrocznej i trudnej sprawie. Że on nic nie rozumie. Mecenas Wasilewski jest znakomitym obrońcą i bronił już kilkunastu morderców.

Niesłychanie ważna jest opinia sądowo-psychiatryczna. W trybie badania ambulatoryjnego "nie stwierdzono u podejrzanej objawów choroby psychicznej w znaczeniu omamów, urojeń czy też lęków patologicznych".

Skierowano ją więc na badania szpitalne. Pobyt w szpitalu przedłużono. Opinia brzmi:

"Katarzyna Orzechowska nie jest osobą chorą psychicznie. Nic nie wskazuje, aby w chwili czynu istniał obraz kliniczny konkretnej choroby psychicznej. Poziom inteligencji wysoki. Funkcje pamięci, uwagi, koncentracji, sprawność - normalne, organizacja pracy, wyobraźnia przestrzenna - na wysokim poziomie. Wyniki tomografii komputerowej: układ komorowy mózgu bez zmian patologicznych. Podejrzana działała w stanie niewspółmiernej reakcji aktywno-patologicznej".

I konkluzja:

"Katarzyna Orzechowska w odniesieniu do czynu, o jaki jest podejrzana, miała w znacznym stopniu zniesioną zdolność rozumienia znaczenia czynu i pokierowania swoim postępowaniem".

Opinię podpisało dwóch psychiatrów: dr Skoczkowski i dr Kąkolewska oraz dwóch psychologów klinicznych: Szypulska i Trylińska.

Pod koniec przesłuchania jakie odbyło się w nocy po zatrzymaniu podejrzanej, zanotowano następujący dialog:

- Czy pani zdaje sobie sprawę z tego, co zrobiła?

- Tak.

- Czy wyjaśnienia są zgodne ze stanem faktycznym?

- Tak.

- Czy pani chce coś dodać?

- Nie.

W areszcie śledczym Katarzyna Orzechowska usiłowała popełnić samobójstwo. Połknęła dużą dawkę proszków. Odratowano ją. 22 października stanie przed sądem.

*

22 października 1980 r. Jesienne słońce, brunatne liście na drzewach, przed salą 233 na drugim piętrze zbity tłum, złowieszczy, żądny sensacji, napiera na drzwi, wtacza się do środka, rozpycha ławy.

Oskarżona jest młodą, śliczną dziewczyną, ciemne, gęste włosy opadają na pobladłe policzki, czarna, opięta spódniczka, wysokie czarne buty, szary sweter, drobne ręce. Absolutnie spokojna, opanowana ponad jakąś miarę trudną do zrozumienia.

Sądzi komplet orzekający w składzie: sędzia Majewska i Popowicz i trzech ławników. Oskarża prokurator Modrzycki, broni mecenas Wasilewski.

Odpowiadając na pytania Sądu oskarżona stwierdza:

- Podtrzymuję wszystkie wyjaśnienia złożone w śledztwie. Były obszerne i prawdziwe. Jestem gotowa odpowiadać na pytania.

Mówi głosem cichym, jakby cofniętym w siebie, pani sędzia prosi, aby stanęła za barierką dla świadków, ma wówczas bliższy kontakt z oskarżoną.

To jest ważne, od czego przewodnicząca kompletu sędziowskiego zacznie, jakie będzie pierwsze pytanie, bo przecież wiemy, że spontaniczność wyjaśnień właściwie została wykluczona w momencie, gdy podsądna powiedziała, że wolałaby odpowiadać na pytania. I to pierwsze pytanie brzmi:

- Kiedy oskarżona po raz pierwszy usłyszała od matki, że jest dzieckiem nie chcianym?

- W wieku 16 lat, było to po kolejnej drobnej scysji, ojciec już z nami nie mieszkał. Matka powiedziała wówczas, że powinnam docenić, że mnie urodziła, i być wdzięczna.

I od tego zaczyna się półtoragodzinny dialog między Sądem; a tą młodziutką dziewczyną, która popełniła mord na matce, a potem, rozkawałkowawszy zwłoki, starała się ukryć swój czyn.

Komplet oskarżający przestudiował kilka tomów akt, widział makabryczne zdjęcia. Wszystko jest takie trudne do zrozumienia w zestawieniu z tą dziewczyną, inteligentną, młodą, w której narastała latami nienawiść do matki. Która obiektywnie była kobietą spokojną i kulturalną, obowiązkową, stawiającą sobie wysokie wymagania, ale przecież nie umiała tchnąć w dom ciepła. I jawi się nam ta rodzina mieszkająca pod jednym dachem, w której każdy z jej członków żyje osobno, w zasklepieniu, dla siebie, ze swoimi myślami, z oschłością na zewnątrz. Pozamykani jak w klatkach.

- Miałam jako dziecko wszystko - powiedziała oskarżona - tylko nie pamiętam, czy matka minie kiedyś pocałowała. Może jak byłam bardzo mała.

Oskarżona dużo czasu poświęcała domowi: robiła zakupy, prała, sprzątała, opiekowała się matką, gdy ta chorowała.

- Ale to była formalna opieka, bez uczucia - sprostuje teraz.

- Czy oskarżona kochała matkę?

- Może w dzieciństwie, ale nie pamiętam. Potem już była tylko nienawiść.

- Czy matka oskarżoną kochała?

- Chyba na swój sposób.

Matka użalała się na oskarżoną. Radziła się psychologów, zwierzała się przyjaciółce, próbowała rozmawiać z wychowawczynią Kasi. Dlaczego dziecko traktuje ją jak wroga? Dlaczego?

- Wiecznie mnie sprawdzała. Chciała wszystko wiedzieć, ciągnęła mnie za język. Gdy jej powierzałam drobną tajemnicę, rozpowiadała ją, wszystko potrafiła wyszydzić, gderała bez przerwy.

- Czy oskarżona kłamała?

- Tak, najpierw z przekory, potem ze strachu, wreszcie świadomie. Wszystko było we minie. Nie uzewnętrzniałam się.

- Czy oskarżona kradła?

- Tak. To były wybryki.

- Czy Jacka oskarżona kochała?

- Tak.

- A miała jakąś przyjaciółkę?

- Tak, to była koleżanka jeszcze ze szkoły podstawowej, Agnieszka. Ufałam jej.

Pani sędzia nie chce przywoływać makabrycznych szczegółów z tamtych, lutowych dni. Wiemy już o narastającej nienawiści, choć nienawiść ta wydaje się tak nieusprawiedliwiona. Wiemy o tym, że dwie najbliższe kobiety, pewnie obie spragnione miłości, żyły obok siebie w odosobnieniu niemożliwym do przełamania, że zamykały się nad nimi kręgi spokojnych piekieł milczenia, które odgradzały je od siebie.

Próbowali rozmawiać z nimi psycholodzy, rozmawiały z nimi ich przyjaciółki. Pani Jesionkiewicz z Danutą, Agnieszka z Katarzyną.

Ale oskarżona powiedziała przed Sądem:

- Naprawa naszych stosunków za pomocą osoby trzeciej była niemożliwa.

Oskarżona nie próbowała się usamodzielnić, nie wyniosła się do ojca. 18 lutego, gdy stała na drabinie...

- Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Nie wiem, dlaczego akurat tego dnia.

Prokurator prosi teraz o odczytanie krótkiego protokołu ze śledztwa i sędzia czyta:

"Dałabym wszystko, aby to odwołać. Nie planowałam morderstwa, nie wiem też, dlaczego wzięłam siekierę, a nie kocioł. To była sekunda... Matka była odwrócona twarzą do pralki. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego zadawałam kolejne ciosy..."

Panie biegłe z Zakładu Medycyny Sądowej powiedziały później:

- Dwie rany nosiły znamiona przyżyciowych. Następnych sześć było zadanych po śmierci.

Oskarżona na pytania zadawane w śledztwie odpowiadała, że nie żal jej matki, żal jej tylko człowieka.

Na sali, stojąc przed Sądem, w drugiej godzinie składania wyjaśnień, odetchnąwszy głęboko i zacisnąwszy palce obu rąk powiedziała:

- Żal mi matki.

*

Wśród świadków były dwie panie psycholog, u których szukała pomocy Danuta Orzechowska. Jedna z nich, Skwara:

- Danuta Orzechowska była u mnie kilkakrotnie. Pierwszy raz po śmierci swojej matki, potem w czasie rozwodzenia się z mężem i przed rokiem - w związku z kłopotami, jakich dostarczało jej wychowanie córki. Zawsze była zadbana, elegancka, miała nienaganne maniery. Ale była skryta, myślę, że nie umiała się cieszyć. Nie przeżywała radości dawania. Ona mnie złościła. Była wymagająca, wiecznie niezadowolona, budziła moją agresję. Była samotna i egocentryczna, jej cierpienie wynikało z jej osobowości. Cierpiała na depresję sytuacyjną. Była godna współczucia. Myślę, że musiała być despotyczna, uważała, że skoro ona się poświęca, ma prawo wymagać, by wszystko było idealne. Miała tendencje do dominacji przy pozorach bierności.

A druga pani psycholog, Grot-Retmaniak:

- To, co się rzucało w oczy, to było osamotnienie pani Orzechowskiej. Czuła się odtrącona przez córkę. Była pastelowa, czysta, zmysłowa. Raz zaprosiłam do siebie Kasię. Myślałam, że przez dziewczynę jakoś rozwikłam ten supeł. Ale oskarżona powiedziała mi: "To nie jest ani potrzebne, ani możliwe".

Pani psycholog Zajączkowska badała Kasię w Poradni Zdrowia Psychicznego:

- Przyprowadziła ją matka. Dziewczynka miała wówczas 12 lat. Matka miała z nią trudności, bo dziecko kradło. Ustaliłam z panią Orzechowską sposób postępowania z córką. Potem utrzymywałam z matką telefoniczny kontakt. Wiem, że przez trzy czy cztery lata był spokój. Po raz drugi matka zjawiła się u mnie z podrastającą dziewczyną zbulwersowana faktem upicia się córki. Odniosłam wrażenie, że Kasia nie była szczera. Kontakt z nią był powierzchowny. Matka była perfekcjonistką. Surowa dla siebie, wymagała od innych. Kasia była bardzo inteligentna. Powyżej normy przyjętej dla danej grupy wieku i środowiska. Preferowała ojca, ale pytana o rozwód rodziców powiedziała, że wszystko jedno, czy się rozejdą, czy zostaną ze sobą. Pytana o matkę odpowiadała, że nie jest jej potrzebny kontakt z matką.

To samo oskarżona mówiła do swojej przyjaciółki. Agnieszka, stając za barierką dla świadków, zeznała:

- Kaśka mówiła, że nie może nawiązać kontaktu z matką, ale że to nie jest jej już potrzebne. Często mówiła, że nienawidzi matki. Nigdy nie mówiła, że kogoś kocha. Myślę, że nie miała potrzeby uczucia. To był brak. Ona nie zabiegała o uczucia. Była uczciwa, mogłam na nią liczyć, mogłam jej dużo powiedzieć, ufałam jej. Matka jej pilnowała, ale potem Kaśka zaczynała się usamodzielniać. Była pewna siebie, wiedziała, czego chce.

Na pytanie obrońcy, czy Kasia umiała się uśmiechać, Agnieszka odpowiedziała:

- Była wesoła, gdy była z nami, jak wracała do siebie, do domu, to już było normalne życie, przestawała się uśmiechać.

Przyjaciółka Danuty Orzechowskiej przedstawiła Sądowi portret okrutnie zamordowanej kobiety:

- Znałam ją 17 lat, łączyła nas przyjaźń. Ona zdawała sobie sprawę, że Kaśka jej nienawidzi. Często płakała. Mówiła o córce "dziecko". Dla dziecka potrzebne świecidełka na twarz na studniówkę, dla dziecka potrzebna wanilia do babki, bo Kasia zaprosiła koleżanki.

- Czy świadek widywała Kasię uśmiechniętą? - pyta Sąd.

- Oczywiście.

- Przy jakich okazjach?

- No, na przykład jak Kasia coś sobie uszyła.

Zeznania ojca, gosposi i Jacka Sąd odbierał przy drzwiach zamkniętych.

Świadkowie stawali przed Sądem dając świadectwo prawdzie zawartej w aktach śledczych. Dowód bezpośredni, nie kwestionowany przez oskarżoną.

Dwóch robotników Hydrocentrum, którzy wydobyli z jeziorka czerniakowskiego garnek ze straszną zawartością. Nie spojrzeli ani razu na ławę oskarżonych, gdzie siedziała dziewczyna ze spuszczoną głową. Mówili cicho: "Chcieliśmy zobaczyć, czy są ryby..." A po zeznaniach, gdy pani sędzia zapytała, czy chcą zostać na sali, odpowiedzieli bez wahania. Pierwszy: "muszę wyjść", drugi: "chcę wyjść".

Tłuszcza zebrana pod salą szturmowała drzwi przez trzy procesowe dni, milicjanci wyprowadzali oskarżoną w szpalerze wrogiego, wykrzykującego tłumu, a tych dwóch ludzi, wprowadzonych na salę tylnymi drzwiami, powiedziało stanowczo: "chcemy zaraz wyjść". Bo oni wtedy, w lutowy dzień, rozcięli nożem sznurek na pakunku owiniętymi w gazety. Nie chciał zostać na sali sublokator, któremu oskarżona zamawiała wieczorem taksówkę przez telefon, wyszła zaraz po złożeniu zeznań gosposia, która przez jakiś czas prowadziła dom Orzechowskich, i szybko opuszczał gmach sądu Jacek. Powiedział tylko Agnieszce: "Myślałem, że znam Kaśkę bardzo dobrze, okazało się, że nie znam jej wcale".

Na mnie największe wrażenie wywarły zeznania pani T., konkubiny ojca oskarżonej:

- Nie rozmawiałam z Katarzyną na temat jej matki, wiedziałam, że istnieją między nimi jakieś nieporozumienia. Próbowaliśmy z jej ojcem zdobyć jej zaufanie. Ale nie udało się. Chroniliśmy Kasię po tej strasznej informacji, że jej matkę znaleziono rozkawałkowaną. Ojciec ustalił z oficerem śledczym, że sam powie o tym córce. Bardzo delikatnie jej to powiedział. Przyjęła to spokojnie. Nad wyraz spokojnie. Ojciec myślał, że ona nie rozumie. Powtórzył: "Kasiu, ale mamusia nie żyje". Siedziała na fotelu, nie poruszyła się. Ja Kasię lubiłam, myślałam nawet, że mogłaby z nami zamieszkać...

A potem obrońca zapytał:

- Czy po latach, później, w pani domu Kasia mogłaby mieć swój dom?

Świadek zamilkła, długo nic nie odpowiadała, i wreszcie wyznała:

- Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Ja naprawdę nie umiem się z tym, co zaszło, pogodzić.

W następnym dniu nie widziałam już pani T. na sali. Tylko przy oknie, z głową spuszczoną niemal na kolana, tkwił ojciec oskarżonej.

*

Prokurator w mowie oskarżycielskiej zajął się bliżej czynnościami, jakich dokonywała oskarżona po morderstwie. Mówił o precyzji, z jaką zacierała ślady, o jej opanowaniu i pozorowaniu zaginięcia matki, o tym, że nosiła się z zamiarem sprzedaży futer i zamiany mieszkania, i wreszcie o tym, że gdyby nie świadek, która spotkała w bramie Katarzynę wywożącą walizkę, być może nikt by się nigdy nie dowiedział, kto jest sprawcą tej ohydnej zbrodni.

- Oskarżona chciała zabić i zabiła. W ciągu lat narastała w niej nienawiść, zbrodnia matkobójstwa jest zbrodnią najcięższą i dlatego żądam dla oskarżonej kary piętnastu lat pozbawienia wolności.

Obrońca zajął się nie samym czynem, który uznał za udowodniony, lecz osobowością oskarżonej, rosnącej z poczuciem dziecka nie chcianego, słyszącej stale, że jest ciężarem, że matka się dla niej poświęca.

- Ojciec zeznał przed sądem, że matka była zwolenniczką "zimnego wychowu" - powiedział mecenas - i Katarzyna żyła w straszliwej obojętności i w chłodzie. Jej nikt nie nauczył kochać, jak to zauważyli biegli psychiatrzy i psychologowie.

Dlatego też obrońca nie apelował do sądu o usprawiedliwienie, lecz o zrozumienie, nie mówił o formułach i komentarzach, lecz o tymi, że oskarżona sama sięgnęła po swoje życie, chcąc sobie wymierzyć karę. Na zakończenie powiedział, że my wszyscy, którzy oglądaliśmy te straszne zdjęcia zamieszczone w II tomie akt śledczych, długo ich nie zapomnimy, ale ona też nie zapomni widoku oczu swojej matki.

Gdy Sąd udzielił głosu oskarżonej, by mogła wygłosić ostatnie słowo, z ławy pod oknem padło tylko:

- Nie mam nic do powiedzenia.

W wypełnionej po brzegi sali Sąd ogłosił wyrok: uznał Katarzynę Orzechowską winną zarzucanego jej czynu i skazał ją na najniższą przewidzianą kodeksem karę ośmiu lat pozbawienia wolności.

W uzasadnieniu sędzia podniosła, że wprawdzie oskarżona pozbawiła życia tę, która jej życie dała, ale dając to życie, nie nauczyła jej najprostszych uczuć i trwający latami stan oschłości spowodował zablokowanie emocjonalne u oskarżonej. Przewodnicząca kompletu orzekającego stwierdziła, że to nieprawda, iż oskarżona pozbawiona jest uczuć wyższych, lecz że za to odpowiedzialna jest jej własna matka i że nieporozumieniem jest zdziwienie, iż w domu Katarzyna Orzechowska nie była wesoła. Jeśli chodzi o zachowanie podsądnej wobec ciała matki, to - zdaniem Sądu - związane ono było ze szczególnym stanem emocjonalnym, a zachowanie po morderstwie wobec bliskich i znajomych też nie było szczególne, po prostu była taka jak zawsze. Mając więc na względzie to wszystko, Sąd postanowił jak w sentencji.

Oskarżoną wyprowadzono z sali wśród wzmocnionej eskorty milicji, na którą napierał złowieszczy tłum krzycząc: "Mało, mało dla tej matkobójczyni!"

 

październik 1980

PS. W kwietniu 81. roku Sąd Najwyższy wyrok w sprawie Katarzyny Orzechowskiej utrzymał w mocy.