Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 12/07/1994

 

 

 

 

Andrzej MISIUK

BIAŁYM ŻELAZEM

 

 

 

 

Przed budynkiem Klubu Towarzyskiego przy ulicy Foksal w Warszawie 15 czerwca 1934 r. został zastrzelony minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki, wschodząca gwiazda obozu rządzącego. Zamachowiec zbiegł.

Od morderstwa do dekretu

W śledztwie okazało się, że MSW wiedziało o przygotowywanym przez Ukraińców zamachu i nie poczyniło żadnych kroków, by mu zapobiec. Po roku 1926 policja, podobnie jak i inne instytucje państwowe, została uwikłana w polityczne konflikty. W zapomnienie poszła instrukcja z 1920 r.: "Policjantom wzbronione jest postępowanie lub zachowanie się, które mogło wzbudzić podejrzenie, że działają na korzyść lub szkodę tego lub innego ugrupowania politycznego..."

Po tym zabójstwie Pierackiego rządowa "Gazeta Polska" pisała: "Gdy wyjaśnione zostanie, gdzie tkwią korzenie mordu, na jakim fermencie wezbrała zbrodnia - to trzeba będzie chore miejsce organizmu społecznego wypalić białym żelazem. I pora, by wiedzieli i pamiętali o tym wszyscy - okres nieodpowiedzialności w dziejach Polski skończył się".

Decyzja o utworzeniu obozu odosobnienia zapadła w dwa dni po śmierci Pierackiego.

Zarówno Wacław Jędrzejewicz (w 1933 r. wiceminister skarbu, w 1934 r. minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego w rządzie swego brata), jak i Kazimierz Świtalski (w 1929 premier, 1933-35 marszałek Sejmu) przyznają po latach, iż decyzję podjęto w dość tajemniczych okolicznościach. "Zaraz po mym powrocie z Krakowa - wspomina Jędrzejewicz - odbyło się posiedzenie Rady Ministrów, na którym zdenerwowany premier Leon Kozłowski przedstawił opracowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości projekt utworzenia obozu odosobnienia. Premier Kozłowski przedstawił zgodę Marszałka Piłsudskiego, lecz nie poinformował nas, że Piłsudski zgodził się na utworzenie takiego obozu na okres jednego roku".

Świtalski w diariuszu 2 lipca pisze, że na konferencji wąskiego grona kierownictwa obozu rządzącego (Kozłowski, Beck, Sławek, Prystor), miał poważne wątpliwości co do sensowności tworzenia obozu w Berezie. "Istnienie obozów izolacyjnych nie jest rzeczą niezbędną - zapisał - a wpakowanie do nich kilkudziesięciu zapamiętałych endeków najprawdopodobniej nie potrafi ich w ciągu pięciu-sześciu miesięcy złamać, a tylko bardziej może pod względem charakteru wzmocnić".

Lekkim stosunkiem na odosobnienie

Jeśli ktoś pamiętał doświadczenie "sprawy brzeskiej" (w 1930 r. opozycyjni politycy z Centrolewu byli przetrzymywani w twierdzy brzeskiej), musiał wątpić, by osadzenie w obozie przeciwników politycznych mogło być skutecznym narzędziem w walce politycznej. Piłsudski ze względu na postępującą chorobę wycofywał się już wtedy z kierowania polityką wewnętrzną państwa.

Można sądzić, iż śmierć Pierackiego wykorzystali piłsudczycy, którzy zaczynali aspirować do pierwszoplanowych ról w obozie rządzącym. Należeli do tej grupy ówczesny premier i przez 12 dni po śmierci Pierackiego minister MSW - prof. Leon Kozłowski oraz minister sprawiedliwości Czesław Michałowski.

Historycy uważają, że Kozłowski - najsłabszy z premierów pomajowych - nie uświadamiał sobie, jakie konsekwencje - polityczne i prawne - może mieć utworzenie obozu w Berezie. Stanisław Cat Mackiewicz pisze o nim: "Szedł lekkim stosunkiem do spraw państwowych, sugerowanym mu często przez otoczenie". Żona Marszałka, Aleksandra Piłsudska, zauważa, że ze względu na nadużywanie alkoholu "zachowanie jego było nieraz rażące". (W 1941 r. Kozłowski zbiegł z armii gen. Andersa na stronę niemiecką, za co sąd wojskowy skazał go zaocznie na karę śmierci. Zmarł w Berlinie w 1944 r.).

Ostatecznie 18 czerwca 1934 r. w Dzienniku Ustaw zostaje opublikowane rozporządzenie Prezydenta RP z poprzedniego dnia "w sprawie osób zagrażających bezpieczeństwu, spokojowi i porządkowi publicznemu". Przewidywało ono, że osoby takie mogą ulec "przymusowemu umieszczeniu w miejscach odosobnienia nie przeznaczonych dla osób skazanych lub aresztowanych z powodu przestępstwa".

Zarządzenia o skierowaniu do obozu odosobnienia wydawały władze administracji ogólnej na wnioski policji. Można było zatem pozbawić wolności każdego człowieka bez orzeczenia sądu, a jedynie na podstawie bardzo niejasno sformułowanych zarzutów.

Brzydkie analogie

Konstrukcja przepisu prawnego z 17 czerwca przypomina stworzoną w Niemczech instytucję "Schutzhaft", czyli aresztu ochronnego (właściwie prewencyjnego) wprowadzonego zarządzeniem z 28 lutego 1933 r. o ochronie narodu i państwa. Dało to początek hitlerowskim obozom koncentracyjnym.

Powyższa analogia stanowiła podstawowe założenie sądów i opinii formułowanych na temat Polski pomajowej w literaturze historycznej PRL. Utworzenie Berezy Kartuskiej na zasadach podobnych do tych, na jakich powstały obozy koncentracyjne w Niemczech, wydawało się wystarczającym uzasadnieniem dla określenia rządów Piłsudskiego jako dyktatury faszystowskiej. Wystarczyło podać przykład Berezy, aby przekreślić cały dorobek II Rzeczypospolitej. Nie zauważano "drobnej różnicy": w Polsce eksperyment z obozami odosobnienia rozpoczął się i zakończył na Berezie, natomiast w Niemczech rozwinął się cały system masowej eksterminacji ludności [Prawo].

Pierwszy niebezpieczny element

Na obóz wykorzystano koszary w prowincjonalnym poleskim miasteczku - Bereza Kartuska leży w odległości 100 km od Brześcia nad Bugiem (obecnie na terenie Białorusi). Przygotowano miejsca na 300 osób. Teren ogrodzono parkanem, zabezpieczono rowem i zasiekami kolczastymi. Odrębną część obozu stanowiła komendantura oraz kilkudziesięciohektarowy obszar z budynkami gospodarczymi i polami.

Obóz politycznie podlegał bezpośrednio MSW, administracyjnie wojewodzie poleskiemu. Był nim w latach 1932-1939 r. Wacław Kostek Biernacki, wcześniej komendant twierdzy brzeskiej (po wojnie skazany za faszyzację i zwalczanie ruchu komunistycznego w okresie sanacyjnym na wieloletnie więzienia, gdzie zmarł w 1957 r.).

Pierwszymi pensjonariuszami Berezy Kartuskiej byli aresztowani w nocy z 6 na 7 lipca 1934 r. działacze Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR), podejrzani o udział w zamachu na Pierackiego. Byli to Zygmunt Dziarmaga, Tadeusz Chackiewicz, Jan Jodziewicz, Bolesław Piasecki, Henryk Rossman i Bolesław Świderski.

Później trafiali do Berezy przede wszystkim komuniści, nacjonaliści ukraińscy oraz przedstawiciele skrajnej prawicy, w mniejszym zakresie członkowie opozycyjnych wobec piłsudczyków - Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Narodowego, a także działacze organizacji zagrażających rzeczywiście bezpieczeństwu państwa.

Stworzenie takiego obozu odosobnienia świadczyło o indolencji aparatu władzy i systemu wymiaru sprawiedliwości. W Berezie osadzano osoby, którym nie udało się udowodnić winy w sądzie, a których policja posądzała o działalność antypaństwową.

W zamyśle inicjatorów obóz w Berezie miał spełniać dwie funkcje. Z jednej strony chciano odizolowywać "element niebezpieczny" z punktu widzenia ówczesnego aparatu władzy, z drugiej - łudzono się, że stosując odpowiedni program indoktrynacyjny uda się niektórych więźniów reedukować politycznie.

Historycy PRL dowodzili, że większość (80-90 proc.) więźniów przetrzymywanych w Berezie stanowili komuniści. Pozwalało to formować wniosek, że władze II RP główne zagrożenie widziały w działalności komunistycznej. Jak wynika z dokumentów policyjnych, dla bezpieczeństwa państwa poważniejszym problemem była irredenta ukraińska.

Dużo Ukraińców, mniej komunistów

Minister spraw wewnętrznych Felicjan Sławoj-Składkowski w końcu 1937 r. odpowiadając w Sejmie na interpelacje poselskie podał, że w Berezie przebywało 176 Ukraińców, w większości członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), 28 działaczy ONR, jeden socjalista oraz 43 komunistów. W tej ostatniej grupie pod względem narodowościowym przeważali Żydzi, Białorusini i Ukraińcy.

W 1939 r. w obawie przed intensyfikacją działań dywersyjnych i sabotażowych internowano w Berezie wielu przedstawicieli mniejszości niemieckiej i ukraińskiej, podejrzewanych o inicjowanie V Kolumny w Polsce.

Od wiosny zaczęto osadzać w obozie również kobiety. We wrześniu 1939 r. w obozie przebywało 7 tys. internowanych: 4,5 tys. Ukraińców i 2 tys. Niemców; w tym 360 kobiet. Byli wśród uwięzionych także kryminaliści.

W wyrywkowych aktach policyjnych zachowanych w MSW (archiwa zostały przechwycone przez Rosjan w Zdołbunowie na Wołyniu 17 września 1939 r., ewakuacją kierował sekretarz KG Policji Państwowej Leon Nagler; ślad po nim zaginął) znajduje się lista osób "podejrzanych o działalność komunistyczną", sporządzona przez Komendę Wojewódzką Policji w Stanisławowie w grudniu 1937 r. Na 18 osób skierowanych do Berezy - dziewięć jest wyznania mojżeszowego, siedem greckokatolickiego, dwie rzymskokatolickiego; przeważają robotnicy (12, trzech urzędników, dwóch chłopów i absolwent gimnazjum). Policja odnotowała również okresy ich przetrzymywania: dwóch wyszło po kilkunastu dniach, siedmiu - po pół roku, trzech - po roku; o pozostałych brak informacji.

Podstawę do zwolnienia stanowiło podpisanie odpowiedniej deklaracji lojalności. Wielu spośród zwalnianych trafiało ponownie do obozu, gdyż po wyjściu podejmowali zakazaną działalność. Do obowiązków policji należała obserwacja i inwigilacja osób warunkowo zwalnianych z Berezy.

Zesłanie na białym chlebie

Obóz w Berezie był nadzorowany przez funkcjonariuszy Policji Państwowej, a nie straż więzienną. Pierwszym komendantem obozu był inspektor Bolesław Greffner z Poznania, później podinspektor Józef Kamala. Obaj wcześniej byli komendantami powiatowymi w Radomiu. Greffner w 1935 r. odszedł na emeryturę, Kamala został prawdopodobnie zakatowany przez ukraińskich nadzorców w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Jeden z Ukrańców osadzonych w Berezie wystawił im świadectwa: "Greffner był typem inteligentnego sadysty, lubującego się w wymyślaniu coraz to nowych szykan". Natomiast Kamala "był przykrym durniem, którego mało wybredne pomysły denerwowały nawet policjantów".

Obsługę obozu stanowili w większości młodzi absolwenci szkół policyjnych dla posterunkowych. W latach 30. służyło w Berezie kilkudziesięciu policjantów, tuż przed wojną, kiedy obóz był przepełniony internowanymi - około 300. Od wiosny 1939 r. ze względu na obecność w obozie więźniarek, skierowano do służby również kilkanaście policjantek.

Ochrona miała "uprzykrzać psychicznie i fizycznie" życie więźniom. Wielu młodych policjantów nie wytrzymywało tej służby, niektórzy demoralizowali się, wchodzili w układy z więźniami, ulegali przekupstwu (handlowali np. białym chlebem; więźniowie otrzymywali tylko czarny), niekiedy rozpijali się. W związku z tym była duża rotacja kadry policyjnej, służba trwała tu średnio koło roku. W opinii funkcjonariuszy policji skierowanie do pracy w Berezie było "zesłaniem".

Głupia i okrutna

Antagonizmy między poszczególnymi grupami więźniów Berezy - jak wynika z relacji i wspomnień - były bardziej drastyczne niż między więźniami a policyjną obsługą obozu. Kierownictwo obozu podsycało wewnętrzne konflikty. Ułatwiało to inwigilację. Henryk Kawecki, dyrektor departamentu politycznego MSW, niekiedy osobiście prowadził przesłuchania, próbując pozyskać więźniów do współpracy.

Konflikty, a nawet bójki, najczęściej wybuchały na tle narodowościowym. Ukraińcy z OUN stanowili najbardziej skonsolidowaną grupę, zorganizowali tajną organizację w obozie, prowadzili wykłady i kursy dokształcające z historii, literatury i języków obcych. Powstawała ukraińska poezja obozowa. Wielu wybitnych narodowych działaczy ukraińskich przeszło przez Berezę - Roman Szuchewycz, Dmytro Grycaj, Jarosław Staruch.

Komuniści byli izolowani i dyskryminowani zarówno przez współwięźniów, jak i administrację obozową.

Po wojnie działacze partyjni pisali o Berezie Kartuskiej często nieprawdziwie. Relacje Czesława Domagały zawierają mniej propagandowej retoryki: "Nie był on [obóz] miejscem zagłady, jakimi była większość obozów hitlerowskich, ale był ośrodkiem wyrafinowanego terroru, przy pomocy bezprzykładnego bicia, katorżniczej pracy, ćwiczeń fizycznych przekraczających siły człowieka, nieustannego maltretowania tak pod względem fizycznym, jak i moralnym".

W latach 50. ukazywały się w emigracyjnej prasie wypowiedzi Ukraińców, byłych więźniów Berezy. Trudno ich posądzać o sympatie wobec Polski. E. Wreciona tak wspomina: "To dziwne, Bereza Kartuska nie była przecież żadnym miejscem wypoczynkowym i została ciemną plamą na polsko-ukraińskich stosunkach. A jednak trudno mi przypomnieć sobie nazwiska notorycznych sadystów". Inny ukraiński więzień Włodzimierz Makar pisze: "Jakby nie była głupia i okrutna Bereza, jakich by nie stosowano perfidnych metod dla złamania politycznej świadomości elementów antypaństwowych, nie zanotowałem ani jednego wypadku śmierci. Łamano duszę czasem przy pomocy fizycznych środków, ale nie niszczono masowo ludzi".

Stanisław Cat Mackiewicza również więzień Berezy - za krytykę polityki zagranicznej Becka - stwierdzał: "W Berezie nikt naprawdę nie wiedział, za co siedzi, jak długo będzie jeszcze siedział... wystarczyła zemsta jakiegoś przodownika policyjnego lub pisarza gminnego, aby osadzić kogoś w Berezie".

Żywy Budda i pałka

Jak więc wyglądało życie w Berezie Kartuskiej? Jak je "uprzykrzano psychicznie i fizycznie"? Mówią o tym nie tylko wspomnienia byłych więźniów, ale i meldunki policyjne.

Najważniejszym instrumentem "wychowawczym" w obozie był rygorystycznie przestrzegany regulamin. Pobudka była o godz. 4 rano, do pracy przystępowano o 6. Zajęcia były ciężkie i bezproduktywne, więźniowie porządkowali teren obozu, wykonywali roboty polowe i drogowe, np. budowali przez trzy miesiące półkilometrowy odcinek drogi, która przestawała istnieć po pierwszych deszczach.

Każdy z osadzonych w obozie był bezprawnie daktyloskopowany (prawo pozwala tylko wtedy, gdy prowadzi się śledztwo). Obowiązywała cenzura korespondencji, wolno ją było prowadzić wyłącznie w języku polskim. Istniał przymus uczestniczenia w niedzielnych mszach w obrządku rzymskokatolickim, mimo że większość więźniów była grekokatolikami bądź ateistami. Wszyscy musieli poświęcić co najmniej pół godziny tygodniowo na propagandową lekturę, np. "Pism" Piłsudskiego.

"Fizyczne uprzykrzanie" polegało przede wszystkim na musztrze z użyciem policyjnych pałek. W żargonie obozowym przyjęło się określać ten rodzaj "gimnastyki" jako "remont" (ówczesna "ścieżka zdrowia"). Składały się nań różne ćwiczenia zwane "żabką", "indyjskim tańcem", "żywym Buddą", "austriackim orłem" itd. Złą sławę w pamięci więźniów pozostawiali zwłaszcza posterunkowi Mieczysław Sitek (podczas wojny w Policji Polskiej w Generalnej Guberni), Mieczysław Markowski (zamordowany w Miednoje) i starszy przodownik Szymborski. Sympatią natomiast cieszyli się posterunkowi Nowak, Jastroń i Malarczyk.

Dla wybitniejszych recydywistów

Już po roku istnienia obozu odosobnienia w Berezie ludzie stojący u władzy mieli świadomość chybionej decyzji. We wrześniu 1935 r. minister spraw wewnętrznych Marian Zyndram-Kościałkowski przeprowadził inspekcję obozu. Wprowadzono zmiany w obsadzie policyjnej. Poprawiły się warunki życia. Zwolniono wielu więźniów. Od 1937 r. próbowano zmienić charakter obozu. Ówczesny dyrektor departamentu politycznego MSW Władysław Żyborski 4 października 1937 r. wysłał do wojewodów polecenie:

"Wobec powtarzających się prób i usiłowań anarchizowania życia społecznego zarówno na odcinku bezpieczeństwa publicznego, jak i na odcinku finansowo-gospodarczym państwa przez poszczególne jednostki przestępcze o wybitnie antyspołecznym nastawieniu, MSW poleca przedłożyć jak najrychlej wnioski na odosobnienie w Berezie Kartuskiej wszystkich wybitniejszych kryminalistów recydywistów". Poczęto więc osadzać w Berezie Kartuskiej przestępców kryminalnych. Nie zdecydowano się jednak na likwidację obozu.

Armia Czerwona po przekroczeniu polskiej granicy we wrześniu 1939 r. spieszyła się, by jak najszybciej zająć Berezę Kartuską. Policjanci z nadzoru zdążyli opuścić obóz, większość z nich trafiła później do Ostaszkowa, większość więźniów, zwłaszcza komunistów i Niemców, Sowieci uwolnili.

Pogwałcenia i zafałszowania

Opinia społeczna negatywnie oceniała Berezę Kartuską widząc w niej kolejny krok w ograniczaniu praw obywatelskich. Narodowi Demokraci (Marian Seyda, Bohdan Winiarski, Roman Rybarski) wołali, że Bereza jest objawem upadku kultury politycznej, złamaniem praworządności, pogwałceniem reguł obowiązujących w cywilizowanym świecie.

Poseł Kazimierz Czapiński oświadczył w Sejmie w imieniu PPS: "Uważamy Berezę za hańbę dla Państwa Polskiego, uważamy Berezę za zemstę i obawę dyktatury o swoje dalsze istnienie".

Obrońca sanacji, piłsudczyk i historyk Władysław Pobóg-Malinowski tłumaczy: "Obóz odosobnienia w Berezie był to w istocie swej bardzo przykry, ale w ówczesnych warunkach niemal nieunikniony sposób ochrony państwa przed idącymi z różnych stron próbami podważenia i rozbicia jego spoistości wewnętrznej".

Obóz odosobnienia dla więźniów politycznych w Berezie Kartuskiej z pewnością stanowi plamę w dziejach państwa demokratycznego. Jednakże ocenianie całego dorobku II Rzeczypospolitej przez pryzmat Berezy, jak to się często zdarzało w okresie 40-lecia powojennego, jest zwykłym nadużyciem. Porównywanie Berezy z hitlerowskimi obozami koncentracyjnymi powtarzające się w historiografii radzieckiej służyło przede wszystkiem zafałszowaniu obrazu państwa polskiego.

 

 

Dr Andrzej MISIUK (ur. 1958) jest nadkomisarzem i dyrektorem Instytutu Badań nad Policją w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie. Doktoryzował się z historii policji II RP, jest autorem książki pt. "Służby specjalne II Rzeczpospolitej" i redaktorem wydanej w 1993 r. "Listy Ostaszkowskiej".