Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 18-06-2011

 

Agnieszka Rybak

Betanki ciągle w drodze

 

 

Zbuntowane zakonnice z Kazimierza Dolnego nadal wierzą, że za ich pośrednictwem nadejdzie Wiosna Kościoła

 

W piątek, 3 czerwca 2011 r., autobus zabrał z Płonki Kościelnej cztery ostatnie byłe betanki. W udostępnionym przez miejscowego proboszcza domu pielgrzyma mieszkały od 2008 r. Miejscowi mówią, że odjechały do Częstochowy.

Po sześciu latach życie dopisuje puentę do ich historii. W Polsce nie było wcześniej przypadku, by niemal połowa zgromadzenia zakonnego wypowiedziała posłuszeństwo władzom kościelnym.

Ich była przełożona Jadwiga Ligocka - która bunt zorganizowała - nie żyje od ponad trzech lat. Ksiądz Roman, który w buncie ją wspierał, od kilku lat jest wikarym w diecezji łomżyńskiej. Przez jakiś czas uczył religii w szkole. Został jednak zwolniony po interwencji kuratorium oświaty. W listopadzie 2010 r. za zakłócenie miru domowego sióstr z Kazimierza Dolnego sąd skazał go na pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata i niewielką grzywnę.

Betanki, które nie przyłączyły się do buntu, od lat walczą o odzyskanie dobrego imienia i zaufania. Organizują dni otwarte i kiermasze.

Teatr Kreatury z Gorzowa Wielkopolskiego już w 2007 r. wystawił sztukę o zakonnicach z Kazimierza Dolnego. Dwa miesiące temu w lubelskim Teatrze im. Osterwy miał premierę kolejny spektakl inspirowany ich historią. Na podstawie sztuki Pawła Huelle "Zamknęły się oczy ziemi" wyreżyserował go Krzysztof Babicki. Huelle nie ukrywał, że chętnie by widział pod teatrem manifestacje "moherów". Protestów jednak nie było.

We wrześniu ma wejść do kin film Barbary Sass o byłych betankach "W imieniu diabła".

Matka jednej z byłych sióstr mówi: - Od czterech lat nie mam kontaktu z córką. Codziennie się za nią modlę. Ani Kościół mi nie pomógł, ani państwo.

Nikt też nie odpowiedział na pytanie, co się właściwie stało w Kazimierzu Dolnym. Co spowodowało, że betanki - z zakonu otwartego na świat, który powstał w okresie międzywojennym w celu niesienia pomocy rodzinom i parafiom - zaczęły tworzyć sektę?

Przełożona generalna

Jadwiga Ligocka pochodziła z Krosna Odrzańskiego. Ukończyła KUL, pracowała jako katechetka w szkole, potem we Włoszech w domu opieki społecznej. Zjeździła z prelekcjami Stany Zjednoczone, pomagała w parafiach. W ten sposób zbierała pieniądze dla klasztoru. Osoby, które się z nią zetknęły, wspominają ją jako dobrze zbudowaną, silną fizycznie kobietę.

Bez wątpienia była urodzonym przywódcą. Potrafiła się uśmiechnąć, okazać zainteresowanie cudzymi kłopotami. Rozmówca miał wrażenie, że jego życie i jego problemy są dla niej naprawdę ważne. W maju 1999 r. betanki wybrały ją na przełożoną generalną. Czy już wtedy miała w głowie plan Wiosny Kościoła?

Dokładnie nie wiadomo, kiedy zaczęła chorować. To był rak jelita grubego. Nigdy jednak się nie skarżyła - nawet kiedy bardzo cierpiała. Niektórzy twierdzili, że cierpienie dodawało jej sił.

Zbuntowane betanki wymieniają jej dokonania po kolei, jakby odmawiały różaniec. Przez sześć lat liczebność zgromadzenia się podwoiła. Wybudowała nowy dom w Kazimierzu Dolnym. Wyremontowała stary. Jeszcze jeden budynek powstał w Gdańsku. Zakładała ochronki dla dzieci. Wprowadziła świeckich do zakonu.  Otworzyła placówki misyjne - na Białorusi, a nawet w Erytrei. Siostry zaczęły się kształcić. Studiowały prawo, języki obce, medycynę. Ligocka przeniosła siedzibę domu generalnego do Kazimierza Dolnego.

"Jadwiga jest osobą bardzo zakochaną w Bogu i tę wiarę przekazuje innym" - zeznawały w prokuraturze pozostające pod jej wpływem siostry. Siostra S., najstarsza w zgromadzeniu, mówi o Jadwidze z podziwem: dobra i przedsiębiorcza.

Te, które odeszły, opowiadały, że od lata 2006 r. miała niepohamowane wybuchy wściekłości. Kiedy wpadała w szał, potrafiła zwyzywać od kurew i głupich wariatek.

Rodzice byłych betanek opowiadają, że sposób, w jaki ich córki wstępowały do zakonu, mógł świadczyć o praniu mózgu. - Wszystko było nie tak. Córka studiowała na pierwszym roku, gdy oświadczyła, że rzuca uczelnię i wstępuje do zakonu. Zawsze była bardziej religijna niż przeciętna dziewczyna w jej wieku. A jednak zakony zwykle dają czas na zastanowienie, skończenie szkoły, studiów. Tutaj wszystko szło błyskawicznie. Byliśmy pewni, że ktoś ma na nią zły wpływ.  Sprawiała wrażenie, że mówi coś, co kto inny jej przekazał - opowiada matka jednej z byłych sióstr. Kiedy Jadwiga Ligocka oświadczyła, że ofiara córki ocali ich rodzinę, zaniepokoiła się jeszcze bardziej.

Kongregacja

Zgromadzenie betanek podlega Kongregacji Instytucji Życia Konsekrowanego w Watykanie. Tam zaczęły płynąć skargi. Wydawały się na tyle niepokojące, że Watykan zdecydował się na wizytację zgromadzenia. "Jeśli chodziło o zarząd i prowadzenie dokumentacji, nie miałem żadnych zastrzeżeń" - stwierdził w lutym 2005 r. ksiądz wizytator. Nie doszukał się też żadnych sprzecznych z prawem poleceń. Jednak w zgromadzeniu panowała tak specyficzna atmosfera, że Watykan postanowił odwołać przełożoną Jadwigę Ligocką zaledwie na kilka miesięcy przed upływem jej sześcioletniej kadencji. Zadecydował fakt, iż mogła wygrać wybory ponownie. Kongregacja wyznaczyła na przełożoną generalną siostrę Barbarę Robak.

Kiedy decyzja dotarła do Polski, zgromadzenie podzieliło się prawie po połowie. Do Kazimierza przyjechały te siostry, które nie przyjęły dekretu i nadal uznawały Jadwigę Ligocką za przełożoną.

Rozmowy władz kościelnych ze zbuntowanymi trwały do sierpnia 2005 r. Jadwiga Ligocka nie przyjmowała do wiadomości decyzji Kongregacji, czekała na decyzję papieża. Podczas spotkania mówiła: - W niczym nie naruszyłam decyzji Stolicy Apostolskiej, nie mogę cofnąć się z radykalnego życia Ewangelią w duchu i prawdzie.

Utrzymywała, że dla swojej misji uzyskała papieskie błogosławieństwo, kiedy była na Eucharystii sprawowanej przez Benedykta XVI w Castel Gandolfo. - Po mszy św. stanęłam na środku kościoła przed Ojcem św. Trzymając jego dłoń w swojej dłoni, patrzyłam prosto w jego oczy i powiedziałam: "Ojcze Święty, ja i moje współsiostry chcemy dalej radykalnie żyć Ewangelią, tak jak nas prowadzi Duch Św. Czy nam na to pozwolisz, Ojcze św.?". Głęboko patrząc w oczy, po krótkiej ciszy odpowiedział: "Tak". Wtedy przed nim uklękłam, a on uczynił znak krzyża.

Ostatni raz nowa przełożona wchodzi na teren klasztoru w styczniu 2006 r. Wręcza potwierdzone przez Watykan dekrety o wygaśnięciu ślubów nowicjuszek i upomnienia kanoniczne dla sióstr, które złożyły śluby wieczyste. Siostry składają oświadczenia, że nie przyjmują dekretów i zdają sobie sprawę z własnej sytuacji prawnej. Mimo to decydują się pozostać z siostrą Jadwigą. Wierzą, że Watykan wkrótce sprawę wyjaśni. Gdy za Barbarą Robak zamyka się furta, Ligocka zakazuje opuszczania klasztoru, a także wpuszczania osób postronnych. Dom w Kazimierzu zamienia się w twierdzę. Wewnątrz znajduje się 68 obrończyń, z których większość ma 20 - 30 lat.

Dom

Siostra A. opowiadała: - Można było poruszać się po podwórku, ale nie wychodzić za bramę. Nie uczęszczały więc na mszę. Dom - nowy, czteropiętrowy budynek z 30 pokojami, kaplicą, czytelniami, kuchnią, refektarzem, budynkami gospodarczymi i szklarnią - staje się całym światem. "Kto wychodzi za furtę, jest we władaniu złego ducha" - orzeka Ligocka. Wejścia strzegą domofon i furtianka. Od czasu do czasu, gdy wzmaga się czujność siostry Jadwigi, dyżurują nocą w drzwiach. Od kiedy betankami zaczynają interesować się media, siostry zawsze sprawdzają przez okno, czy ktoś stoi na parkingu. Tylko kiedy nie ma nikogo, samochód wyjeżdża po zakupy. Jadwiga prosi czasem, by modlić się za Sponsora. Nigdy nie wymienia jego nazwiska.

Centrala telefoniczna umożliwia kontrolę połączeń. Gdy któraś z sióstr napomyka, że myśli o odejściu, Ligocka przydziela jej anioła stróża do towarzystwa przy rozmowach z rodziną. Zresztą odwiedzających traktuje się jako gości wszystkich sióstr, dlatego żadna choćby przez chwilę nie pozostaje sam na sam z bliskimi.

Kiedy w lutym 2006 r. arcybiskup Józef Życiński zakazuje odprawiania mszy św. na terenie klasztoru, siostra Ligocka prowadzi modlitwy w kaplicy. Myśli, które przychodzą im do głowy, siostry nazywają światłami. I tymi światłami spontanicznie się dzielą. Ligocka ma światło, że są prześladowane. Że od betanek z Kazimierza zacznie się odnowa Kościoła. Kościół się nawróci, byle nie używać rozumu, tylko kierować się sercem. Trzeba jeździć po Polsce i głosić Ewangelię.

Ligocka jest pewna, że "ma poparcie u Pana". Wyjaśnia siostrom: "Pan Bóg jest tu w zgromadzeniu w celu spełnienia ważnej misji nawracania świata". O Bogu mówi: "Tata Niebieski". Czasem słyszy Go w sercu, czasem On mówi do niej we śnie. Kolejne światło: zgromadzenie przechodzi kryzys, ale wyjdzie z niego umocnione i święte.

Siostra B.: - Czasem Jadwiga wzywała wszystkie siostry do kaplicy lub do sali rekreacyjnej. Tam omawiała nasze wady. Wywoływała upatrzoną siostrę na środek sali. Nazywała ją manekinem. Mówiła, co się Jezusowi w niej nie podoba. Na jej przykładzie miałyśmy się uczyć.

Rzeczy, które siostry otrzymywały od rodzin, należało "przemodlić". Sprawdzić, czy pochodzą od osób w Duchu Bożym, czy też nie. W klasztornym ogrodzie płonie ognisko. Palą się torba i książki przekazane przez rodzinę jednej z sióstr. "Przez te rzeczy mógł przenikać zły duch" - orzeka Jadwiga.

Nie wiadomo dokładnie, kiedy tworzy się grupa modlitewna. "Trzon naszej wspólnoty" - wyzna później z dumą prokuratorowi jedna z członkiń. Jadwiga od początku pobytu w Kazimierzu zaprasza codziennie na modlitwę wybrane siostry. Z czasem rozmawia tylko z tymi, które ją dobrze rozumieją. Są jej zdaniem bardziej uduchowione, "bardziej jedno z nią". Mają dar rozeznania, w jakim stanie ducha jest dana osoba. Wkrótce grupa 13 sióstr podejmuje wszystkie decyzje. Czy raczej wspiera w nich Jadwigę.

Siostra C. jest starsza od większości mieszkanek domu w Kazimierzu. Należała do zarządu betanek odwołanego przez Watykan razem z Jadwigą Ligocką. W marcu 2006 r. dowiaduje się o chorobie ojca. Wyjeżdża i decyduje, że z ojcem pozostanie do jego śmierci. Z domem utrzymuje kontakt telefoniczny. Do Kazimierza wraca po miesiącu, trzy dni po pogrzebie. Jeszcze tego samego dnia odbywa się nad nią sąd. "Swoim nieposłuszeństwem przedłużyła cierpienie Ojcu. To zły duch wyprowadził ją z Kazimierza" - brzmi wyrok. Wtedy postanawia, że odejdzie. Razem z trzema innymi siostrami z dawnego zarządu informują o tym Jadwigę Ligocką.

Ligocka zwołuje wszystkie mieszkanki domu. Stawia przed nimi cztery siostry. "Macie je przekonać, by zostały" - rzuca i wychodzi z sali. Rozpoczyna się trzygodzinna sesja błagania i płaczu. Siostry obiecują, że zostaną. Po kilku miesiącach jedna z nich, która zna włoski, w tajemnicy dzwoni do Kongregacji, by się dowiedzieć, jakie są watykańskie warunki rozwiązania konfliktu. Słyszy, że warunkiem powrotu do rozmów jest udział sióstr w Eucharystii. Powtarza to Jadwidze. Ta nie zmienia jednak decyzji o zakazie opuszczania klasztoru. Cztery siostry decydują, że odejdą po cichu. Najpierw się pakują, potem proszą o klucz furtiankę. "Kierujecie się wyłącznie pokusami" - rzuca Ligocka na pożegnanie. Siostra C.: - We cztery byłyśmy silniejsze i mogłyśmy się temu oprzeć.

Ksiądz Roman

W czerwcu 2006 r. do klasztoru przyjeżdża franciszkanin, ksiądz Roman.  Nieco po czterdziestce, pisze doktorat na KUL. Od wielu lat przyjaźni się z Ligocką. Jest pod silnym wpływem przełożonej. Jadwiga na długo przed buntem wyznaje jednej z sióstr, że ona i ks. Roman muszą ponieść śmierć męczeńską w obronie wiary. Że jej zwłoki będą nie do poznania. - Nie brałam tego na poważnie - wspominała siostra. W 2003 r. do przełożonego franciszkanów zaczęły dochodzić niepokojące sygnały, że ksiądz Roman, prowadząc działalność rekolekcyjną i powołaniową, nadmiernie uzależnia od siebie kandydatki na siostry, wywiera na nie nacisk. Ksiądz dostał zakaz pracy z betankami.

Mimo to po trzech latach zamieszkuje w klasztorze. Przełożony franciszkanów przyjeżdża do Kazimierza i po rozmowie z ojcem Romanem usuwa go z zakonu za nieposłuszeństwo.

Pewnego dnia siostra Ligocka oznajmia, że ks. Roman otrzymał od Jezusa misję i wszystko robi w jego imieniu. Jego decyzje każe traktować jak swoje. Podczas modlitwy w kaplicy siostra Ligocka każe zebranym stanąć w kręgu.  Do środka wchodzi kilka sióstr i ks. Roman. Mają się modlić i śpiewać. Siostra Jadwiga nakłada ręce na głowę ks. Romana i mówi, że został wybrany na ojca Wiosny Kościoła. Ma dojść do "ostatecznego tak". Modlitwa trwa godzinę, ksiądz nie odpowiada. Siostra I. proponuje, żeby modlić się dalej. Ligocka twierdzi jednak, że do "tak" doszło. Ksiądz kładzie się na wznak na podłodze. Jadwiga każe każdej z sióstr pocałować go "w miejsce ran Chrystusa". - Każda sama wybierała sobie miejsce, gdzie go całuje. Siostry całowały po dłoniach, stopach, czole, sercu - opowiada siostra B.

Po modlitwie rozchodzą się do pokoi. Jadwiga sugeruje, że każda powinna indywidualnie porozmawiać z zakonnikiem. Na spotkania umawiają się chętnie. Ksiądz mówi, co Jezus ma im do przekazania. "Król zaprasza cię dzisiaj do swojego pałacu. Chce cię obdarzyć wszystkim, co ma. Chce ci pokazać dziedzictwo, które przygotował dla swej córki". Inną pyta: "Co dla ciebie jest ważniejsze? Jak możesz prowadzić życie bez Pana Boga? Jak możesz iść na dyskotekę bez chłopaka? Wybieraj, co jest dla Ciebie ważniejsze: rodzice czy Pan Bóg?".

Gdy wyczuwa wahanie: "Powiem ci teraz, jakie będziesz miała pokusy. Będziesz chciała wszystko, co tu usłyszysz, zanegować. Że to wszystko piękna bujda. Musisz wtedy spojrzeć na Niego. Musisz raz na zawsze uciąć ogon racjonalizmu, sceptycyzmu, niewiary w Jego plan". Siostra A. powie potem: - Wierzyłam w to, co on mówił.

Rozmowy pozwalają księdzu Romanowi dokładnie poznać każdą z sióstr. Zwierzają się mu, a ksiądz dzieli się tą wiedzą z Jadwigą Ligocką. - Opowiadała grupie modlitewnej o sprawach, które siostry powierzały tylko jemu - opowiadała siostra A.

Na jednym ze spotkań siostra Ligocka mówi, że w księdzu Romanie jest Jezus, który cierpi i potrzebuje pocieszenia. Mają się tym zająć siostry z grupy modlitewnej. Siostra A. należy do tej grupy, a jeszcze nie była na indywidualnej rozmowie z księdzem. Od koleżanki słyszy: To ty powinnaś go pocieszyć.

Ligocka wyznacza termin - po spotkaniu grupy modlitewnej. A. wchodzi do jego pokoju. Obejmuje w geście pocieszenia. Wtedy - jak później zeznawała - ks. Roman zaczyna ją dotykać i całować. Mówi, że tak każe mu robić Jezus. A. jest zaskoczona, nie broni się. Rozchodzą się po dzwonku na kolację. W prokuraturze opowiadała: - Wróciłam do pokoju. W nocy przeanalizowałam sytuację. Czułam się upokorzona.

Rano idzie do pokoju siostry Ligockiej. Zastaje tam księdza Romana. Poprosi o rozmowę na osobności. I słyszy, że skoro sprawa dotyczy księdza, to powinien on zostać. A. wstydzi się mówić o szczegółach. Twierdzi tylko, że spotkanie z księdzem było złe. Nie wierzy, aby Jezus kazał mu robić takie rzeczy. Jadwiga nie ma jednak wątpliwości: wszystko, co zrobił, było zgodne z wolą Jezusa. Nie pyta jednak, co się wydarzyło. A Roman pociesza, że tak właśnie miało być. I wyznaje, że czuł, że powinien zrobić jeszcze jedną rzecz, ale się boi. Po tych słowach Ligocka zostawia ich samych. Ksiądz znów dotyka i całuje, kładzie się na A. Wstaje, wychodzi z pokoju. A. zeznała: - Byłam w szoku.

Wieczorem na spotkaniu grupy modlitewnej A. zapowiada, że chce odejść przez ks. Romana. Na te słowa reaguje Ligocka. "Bluźnisz" - krzyczy. I bije. Siostra A. płacze. Inne siostry patrzą bez słowa. Po chwili przyłączają się do Ligockiej. Sięgają do szafy po butelki wody egzorcyzmowanej. - Była to woda z kranu, nad którą modlił się ksiądz, co dawało jej właściwości egzorcystyczne - zeznawała później jedna z sióstr. Polewają A. i pytają, czy wierzy, że to, co się stało, było z woli Jezusa. Wtedy postanawia uciec.

Z domu wymknęła się rano, gdy wszyscy spali. W kieszeni miała 5 zł. Obliczyła, że ma pół godziny, zanim zaczną jej szukać, a do przystanku około kilometra. Czekała na autobus, gdy na przystanek podjechał samochód. Siostra I. przytrzymała ją za rękę, zaprosiła do samochodu, gdzie siedzieli bracia siostry I. W domu Jadwiga z Romanem zdecydowali, że A. będzie zamykana na noc, a w dzień będą się nią "opiekować" dwie siostry. Musiała oddać dowód osobisty. Gdy po trzech tygodniach poprosiła o zmianę decyzji, usłyszała, że "jeszcze nie czas". Pod koniec lipca siostra Jadwiga zawezwała księdza Romana na rozmowę i kazała mu powiedzieć, jak było. Potem zaprosiła do pokoju siostrę A. i przy niej kazała księdzu Romanowi przyrzec, że już nigdy "nie zrobi nic takiego żadnej kobiecie".

Zły duch

Zły duch opętał siostrę D. na początku lipca 2006 r. Ks. Roman wyznał, że nie może się już z nią dogadać. Siostra Jadwiga uderza D. pięściami. "Wypędzajcie z niej diabła" - zachęca pozostałych. Każe przeprosić Romana. "Przepraszam, że nie widziałam w ojcu Jezusa" - mówi D. Przytula księdza. Rozchodzą się do pokoi.

Nie wiadomo, czym zawiniła E.  Chodziło o jej relacje z księdzem Romanem sprzed kilku lat. Siostra Jadwiga poleca ją zawezwać. "Pożąda ojca Romana" - orzeka. Ma na niego zły wpływ. Po kilku minutach modlitwy Jadwiga orzeka: nie pomaga. Leją na E. wodę egzorcyzmowaną. Biją pięściami, szarpią za włosy. Ale Jadwiga widzi: nie pomaga. Każe E. rozebrać się do naga. Ale E. odmawia. Jadwiga się niecierpliwi. Krzyczy więc: rozbierzcie ją. Na podłogę spada welon, habit, bluzka, bielizna. E. się broni, nie ma jednak szansy. Ks. Roman patrzy na to z boku. - Jak jej zły duch nie opuści, to opowiem, co między nami wcześniej się wydarzyło - rzuca.  E. leży już na podłodze, woda leje się po materacach. Jest po północy, gdy siostra Jadwiga orzekła, że trzeba to skończyć. E. wkłada habit i wychodzi. Przez tydzień ma zakaz wychodzenia z pokoju. Te, które przynoszą jej pożywienie, widzą zasinione policzki.  Boją się, choć nie rozeznały jeszcze, czego bardziej: złego ducha czy bicia.

Jesienią siostra Jadwiga orzeka, że zły duch umiejscowił się w siostrze F. Bicie po twarzy nie pomaga. F. wykonuje jednak grzecznie polecenia przełożonej. Sama rozbiera się do naga. Wchodzi do wanny z zimną wodą. Jadwiga wrzeszczy na Romana: "Zrób coś, by ją zły duch opuścił". Roman uderza F. po twarzy, krzyczy: "Wyrzeknij się złego ducha". F. wychodzi naga z łazienki, wkłada habit, idzie do swojego pokoju. Następnego dnia ks. Roman ogłasza, że przez miesiąc nie wolno się do niej odzywać.

Zimą zły duch upatrzył sobie siostrę G. Ktoś rzucił, że źle oddziałuje na wspólnotę. Jadwiga Ligocka mówi: "Widzę diabła w twoich oczach". Modlą się, biją, polewają egzorcyzmowaną wodą. Siostra A. nie chce bić, więc sama jest bita. Jadwiga ma bowiem światło: Jezus obiecał, że tylko kiedy A. się przyłączy, wypędzi z G. złego ducha. - Bicie nie miało na celu spowodowanie obrażeń, tylko "wypędzenie z nich złego ducha" - wyjaśniała później A.

Siostra A. odeszła w styczniu 2007 r. Nikt już jej nie zatrzymywał.

Eksmisja

Od początku 2007 r. Jadwiga nie wstaje już z łóżka. Po operacji nowotworu jelita grubego, którą przeszła w maju 2006 r., przerwała chemię. Nie leczyła się nigdzie. Nigdy nie rozmawiała o stanie swego zdrowia. Gdy już bardzo cierpi, siostry modlą się w jej intencji i czuwają przy łóżku.

W październiku 2007 r. byłe betanki zostają eksmitowane z Kazimierza Dolnego. W eksmisji uczestniczy prawie 100 policjantów. Pod budynek przyjeżdżają polskie i zagraniczne media. Nad miejscem krąży wynajęty przez jedną ze stacji telewizyjnych helikopter, fotoreporterzy robią zdjęcia z wysięgnika na dźwigu. A potem zainteresowanie się kończy.

Siostra A. zeznaje: - Ja po prostu wierzyłam w to wszystko. Myślałam, że jest to dla ich dobra, by uwolnić ich od złego ducha. Teraz moja ocena jest inna. Sama musiałam się z tym rozliczyć w swoim sumieniu. Z biegiem czasu to, co się stało, coraz bardziej przypominało zwyczaje sekty religijnej, a nie katolickiego zakonu.

Biegły psychiatra ocenił zachowanie byłych zakonnic jako zborne, celowe i dostosowane do panującej sytuacji. "Kobiety nie znajdują się ani w traumie, ani w religijnej ekstazie" - napisał.

Ks. Roman, zanim przestał mówić cokolwiek, stwierdził, że w klasztorze w Kazimierzu Dolnym nie dochodziło do żadnych nieprawidłowości i nieporozumień. Jedynej nieprawidłowości dopuścili się jego zdaniem dziennikarze.

Jadwigi Ligockiej nigdy nie przesłuchano. Zmarła 7 listopada 2008 r.

Wyjechał Autobus Szczęścia

Autokar przewiózł byłe betanki do Wyszkowa. Jadwiga dołączyła do zbuntowanych w połowie grudnia 2007 r. Ks. Roman dojechał tydzień po niej.

Potem schronienie znajdują w Płonce Kościelnej, w domu parafialnym przy sanktuarium. Kościół nie może przecież człowieka, nawet zbuntowanego, wyrzucić na bruk. Odkąd pojawiły się tutaj w maju 2008 r., we wsi umarł spokój. Kobiety ubrane w długie, brązowe spódnice zaczynają od sprzątania. Potem bez przerwy grają na gitarach i bębnach, bawią się na podwórku. Powtarzają, że od nich zacznie się Wiosna Kościoła. Miejscowi nazywają je "bretankami".

W domu światło pali się do późnej nocy. Siostra H. ciągle szyje na maszynie. Gałganki wstawiają do sklepu i rozdają mieszkańcom ręcznie robione prezenciki.

Po śmieci Jadwigi Ligockiej grupie przewodzi I., ta sama, która siostrę A. sprowadziła z przystanku autobusowego do domu w Kazimierzu. Nazywają ją we wsi szeryfem. I. kontroluje, co robią pozostałe kobiety. Siedzi w oknie, pilnuje. Jej przyboczna nosi telefon. Nie pozwalają, by grupa się rozpadła. Jedną, która chciała wyjechać, ściągają siłą z peronu w Łapach. Mimo to odchodzi 16. Jedna zmarła. Zawiozły ją i pochowały w rodzinnej parafii.

Przychodzą do kościoła, uczestniczą w sakramentach. Jak się modlą, to z całego serca.  Może nie być księży w kościele ani organisty. Po wsi chodzą parami. Lub w grupie - jak przedszkolaki, tylko bez sznurka.

Odkąd w mediach pojawiła się informacja, że mieszkają w Płonce, do mieszkańców i na plebanię dzwonią ich najbliżsi. Proszą o powiadomienie, gdy coś w rodzinie się dzieje. Ktoś podchodzi w kościele. Mówi: Siostro, jechać, bo dziadek umiera i prosi. Podskoczyła, jakby ją kto poparzył wrzątkiem. Innej zachorowała matka. Mówią: Jechać do domu, do mamy, być jej podporą w starości. Ona na to, że mama dobrze się czuje. Parafię rodzina powiadomiła o zmarłej babci. Ksiądz proponuje, żeby się pomodlić. Tylko się uśmiecha i mówi, że nie wie, jak się jej babcia nazywa.

Wieś widziała, że coś planują, bo tej wiosny, zamiast sadzić kwiaty w ogródku, wykopywały je. Przygotowywały się do drogi.  Potem zaczęły znikać jedna po drugiej. Było szesnaście, potem osiem, ostatnio cztery. Wyjechały bez pożegnania. Chodzą pogłoski, że przeniosły się do Częstochowy. Choć podobno mają swoją placówkę także w Łomży.

- Człowiek jaśniej patrzy na świat - mówi jeden z mieszkańców parafii. - Dziękujemy Panu Bogu, że modlitwa została wysłuchana. Matka Boża i Michał Archanioł czuwali nad nami. Wyjechał Autobus Szczęścia.

 

Litery oznaczające bohaterki nie stanowią inicjałów ich nazwisk