Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

esensja.pl


 

Michał Chaciński, Konrad Wągrowski

Biegnij Blady, Biegnij czyli legenda Blade Runnera

 

Mija dwadzieścia pięć lat od śmierci Philipa K. Dicka i tyle samo od powstania jednego z najsłynniejszych filmów science fiction, "Blade Runnera", opartego na jego prozie. Z tej okazji właśnie ukazała się kolekcjonerska edycja dzieła na pięciu płytach DVD. Ponieważ historia realizacji filmu jest prawie równie fascynująca jak sam film, warto ten temat przybliżyć czytelnikom. Z powodów podanych w dalszej części tekstu uważamy polski tytuł, "Łowca androidów", za niezbyt szczęśliwy i będziemy w tekście używać tytułu oryginalnego.

Słynny scenarzysta filmowy William Goldman napisał kiedyś, że ani jedna osoba w świecie filmu nie wie, co może się udać, a co nie. Film, który zapowiada się na wielki przebój, może ponieść całkowitą klapę. Skromny obraz może stać się superprzebojem. Słabo przyjęty przez krytykę i niedoceniony przez publiczność obraz może po latach zyskać ogromną popularność i zostać uznanym za arcydzieło. I to jest właśnie przypadek "Blade Runnera" Ridleya Scotta na podstawie powieści Philipa K. Dicka.

Książka

Na początku było słowo, a dokładniej mówiąc, powieść genialnego Philipa K. Dicka. O nim samym i jego twórczości można napisać niejedną książkę i na pewno byłaby to lektura fascynująca (zainteresowanym polecamy "Boże inwazje" - biografię Dicka pióra Lawrence'a Sutina). Dick, geniusz niedoceniany przez wiele lat, mający ambicje pisania powieści mainstreamowych, dla pieniędzy tworzył fantastykę i dzięki tej fantastyce zyskał nieśmiertelność. Człowiek, który wątpił w rzeczywistość i widywał Boga. Nie da się o nim opowiedzieć w kilku słowach. Poprzestańmy więc na stwierdzeniu, że w 1966 r. napisał książkę "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?", na podstawie której powstał "Blade Runner". Film niewątpliwie ją rozsławił, ale i bez tego książka by się obroniła - jest jedną z lepszych w bogatym dorobku Dicka. Ziemia została wyniszczona przez nuklearny konflikt, wyginęły w większości zwierzęta, posiadanie prawdziwego psa czy owcy jest nieosiągalnym luksusem, więc ludzie zastępują je mechanicznymi replikami. Główny bohater, Rick Deckard, zarabia na życie, zabijając zbiegłe z marsjańskich kolonii androidy. Bliższy kontakt ze swymi przyszłymi ofiarami i współczucie dla nich paradoksalnie pozwala mu zrozumieć różnicę między człowiekiem a maszyną oraz istotę człowieczeństwa. Wybiegając nieco naprzód, wypada zauważyć, że "Blade Runner" okazał się twórczą ekranizacją - film zmienił akcenty (androidy u Dicka są dużo mniej ludzkie niż w filmie, rzec można, iż w filmie Deckard uczy się od replikantów, czym jest człowieczeństwo, a w książce uczy się od androidów, czym ono nie jest), przemówił własnym głosem, ale to, co najistotniejsze, wziął z pierwowzoru literackiego.

Wielopoziomowa wizjonerska książka szybko zainteresowała filmowców. Jako pierwszy sięgnął po nią już w 1969 r. sam Martin Scorcese, ale szybko zrezygnował. W 1974 roku prawa do ekranizacji zakupiła firma Herb Jaffe Associates, Inc., a za pisanie scenariusza wziął się syn właściciela, Robert Jaffe. Scenariusz, który stworzył, oscylował w kierunku... komedii i spotkał się z całkowitą dezaprobatą Dicka. Wówczas na scenie pojawił się mało znany aktor z ambicjami odegrania większej roli w przemyśle filmowym - Hampton Fancher.

Fancher nie znał literatury Dicka, nie interesował się też fantastyką naukową. Miał jednakże w kieszeni dziesięć tysięcy dolarów i chciał je zainwestować - na przykład zakupując prawa do ekranizacji jakiejś perspektywicznej powieści. Przyjaciel polecił mu "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?". Francher zainteresował się książką, choć go nie zachwyciła. Dotarł do Dicka, ale nie był w stanie odkupić praw od Jaffe. Gdy już miał zamiar porzucić pomysł, otrzymał nieoczekiwane wsparcie od początkującego producenta Briana Kelly'ego. Kelly odkupił prawa do powieści, namówił Fanchera na napisanie scenariusza i znalazł potężnego sprzymierzeńca: angielskiego producenta Michaela Deeleya. To już była znana postać - Deeley produkował takie filmy jak "Konwój", a przede wszystkim oscarowego "Łowcę jeleni". W 1978 roku prace nad ekranizacją mogły ruszyć z kopyta.

Deeley miał swojego faworyta do reżyserii filmu - był nim wsławiony dwoma dobrze przyjętymi filmami, "Pojedynkiem" i "Obcym - ósmym pasażerem Nostromo", Ridley Scott. Pozyskanie Scotta nie było jednak proste; był on między innymi zaangażowany w ekranizację "Diuny" Franka Herberta, rozważano więc innych reżyserów, przykładowo Roberta Mulligana ("Zabić drozda"). Traf chciał, że wówczas umarł brat Scotta, a do prac nad "Diuną" było jeszcze trochę czasu. Scott rozpaczliwie szukał jakiegokolwiek zajęcia i w ten sposób trafił do projektu Fanchera, Kelly'ego i Deeleya. Zaczęły się kolejne prace nad scenariuszem i kompletowanie obsady.

Batman vs Rick Deckard

Oryginalny tytuł powieści Dicka należy niewątpliwie do najbardziej frapujących w historii fantastyki, ale zapewne byłby zmorą większości producentów filmowych - kto poszedłby na film o takim tytule? Nic więc dziwnego, że wkrótce tytuł roboczy scenariusza został skrócony do banalnego "Android". Taki tytuł kojarzył się jednak z produkcjami fantastycznymi klasy "B", od których ekranizacja miała się dystansować. Na dodatek słowo "android" sugeruje człekokształtnego robota, a Rachael, Roy Batty i spółka mieli być czymś więcej, istotami bliższymi człowiekowi. Wymyślono więc później dla nich nazwę "replikanci", nie ostał się też tytuł. Fancher odkrył czasopismo o nazwie "Mechanismo" - bardzo mu się spodobało to słowo, ale uzyskanie do niego praw było poza jego zasięgiem. Film otrzymał więc kolejne miano, niestety znów wyjątkowo banalne - "Niebezpieczne dni" ("Dangerous Days") - które przez dłuższy czas pozostawało tytułem roboczym filmu. Na szczęście nie na zawsze. Podczas prac nad scenariuszem pojawiła się dyskusja nad nazwą zawodu wykonywanego przez Deckarda - "detektyw" był zbyt mało oryginalny, trzeba było wymyślić coś ciekawszego. Fancher odkrył małą książeczkę Williama Burroughsa "Blade Runner (a movie)" i ta nazwa tak bardzo mu się spodobała, że uznał, iż najlepiej nada się na określenie mało szlachetnej profesji Deckarda. Zakupiono więc prawa do niej oraz do innej książki o dokładnie tym samym tytule - opowieści Alana Nourse'a o przemytnikach środków medycznych - "Blade Runner". Wkrótce nazwa ta stała się też kolejnym roboczym tytułem filmu. Roboczym, bowiem Scottowi marzyło się coś rodem z komiksu - "Gotham City", czyli nazwa miasta rodzinnego samego Batmana. Na to jednak też nie otrzymał prawa i w ten sposób film wszedł na ekrany pod... tytułem roboczym. Całe szczęście.

Warto dodać, że najbardziej rozpowszechniona polska wersja - "Łowca androidów" - jest dokładnym zaprzeczeniem intencji twórców. Pojawia się w niej niepożądane i nieobecne w filmie słowo "android", a nazwanie Deckarda po prostu "łowcą" woła o pomstę do nieba. Bywało zresztą gorzej - czasem film w Polsce nazywano "Łowcą robotów"...

W trakcie prac nad scenariuszem pojawiły się pierwsze konflikty. Wizje filmu dwóch najważniejszych postaci, które ten film tworzyły - Scotta i Fanchera - bardzo się różniły. Fancher ostro sprzeciwił się pomysłom Scotta i... został zwolniony. Scenariusz dokończył David Peoples. To była dobra decyzja - Peoples zachwycił się tekstem Fanchera, ale dokonał w nim zmian oczekiwanych przez Scotta i Deeleya.

Detektyw bez kapelusza?

O tym, kto powinien zagrać Deckarda, Hampton Fancher myślał już w 1975 roku, przy pierwszych przymiarkach do ekranizacji powieści. Kto jest uosobieniem detektywa w czarnym kryminale, jakim miał być "Blade Runner"? Oczywiście Chandlerowski Philip Marlowe. W 1975 r. ostatnią ekranizacją prozy Raymonda Chandlera był film "Żegnaj, laleczko" z Robertem Mitchumem w roli Marlowe'a, i ten właśnie aktor przychodził na myśl Fancherowi. Cztery lata później koncepcja głównego bohatera ewoluowała ku książkowemu Deckardowi - jawił się on scenarzyście jako "biurokrata w okularach", a wśród możliwych odtwórców pojawili się między innymi Tommy Lee Jones i Christopher Walken (skądinąd rozważany wcześniej do roli Hana Solo w "Gwiezdnych wojnach"). W sierpniu 1980 roku pojawiło się nazwisko, które zelektryzowało twórców (poza Fancherem, niezbyt przekonanym do tej kandydatury) - rolą zainteresował się sam Dustin Hoffman. Sprawy rozwijały się nad wyraz pomyślnie: Scott i Deeley byli zachwyceni, przez kilka miesięcy negocjowano z gwiazdą zmiany w scenariuszu (które, notabene, nie były w smak Fancherowi), po czym Hoffman zrezygnował z roli (przyczyna była prozaiczna - pieniądze). Wraz z nim zniknęły wprowadzone za jego namową zmiany, a także powróciła koncepcja detektywa w stylu Marlowe'a. Wtedy na scenie pojawił się Harrison Ford.

Ford był już wówczas gwiazdą "American Graffiti" i "Gwiezdnych wojen", ale świat miał poznać postać Indiany Jonesa dopiero rok później. Scott uznał go za idealnego Deckarda. Widział w Harrisonie Fordzie postać niejednoznaczną, chwiejną, prawie antybohatera - a taki miał być Deckard. Złożona postać głównego bohatera przemówiła również do Forda i tytułową rolę można było uznać za obsadzoną.

Nieznany jeszcze Indiana Jones miał jednakże pewien wpływ na film Scotta. Według planu Deckard, jak każdy znużony detektyw z czarnego kryminału, miał nosić kapelusz. Przewidując sukces "Poszukiwaczy Zaginionej Arki" i wiedząc, jak wyglądał strój Forda w tym filmie, Scott uznał, że Deckard w kapeluszu może zbyt przypominać słynnego wkrótce archeologa. Dlatego też Marlowe AD 2019 utracił charakterystyczny element garderoby...

Do roli przywódcy replikantów wybrano Rutgera Hauera, na początku lat 80. znanego głównie w rodzimej Holandii. W Stanach zdążył zagrać jedynie psychopatę pokonywanego przez Sylvestra Stallone'a w "Nocnym jastrzębiu". Scott zatrudnił Hauera po obejrzeniu jego roli w filmie Paula Verhoevena "Żołnierz Orański". Miało się okazać, że to jedna z najcelniejszych decyzji obsadowych w karierze reżysera. Zimne, stalowe spojrzenie Hauera, gdy jako Roy Batty zabija swego stwórcę w "Blade Runnerze", to dzisiaj historia kina.

Dwie ważne role kobiece przypadły młodym, pięknym kobietom, również bez większych aktorskich dokonań: Sean Young i Daryl Hannah. Obie trafiły na plan typową drogą - z przesłuchań. Young wybrano spośród pięćdziesięciu innych aktorek (konkurowała między innymi z Barbarą Hershey). Z kolei replikant Leon miał być początkowo Murzynem. Scott był bliski zaklepania tej roli dla Franka McRae, ale przeszkodziło w tym przesłuchanie Briona Jamesa. Po przeczytaniu przez Jamesa jednej sceny, Scott zapytał swoją sekretarkę, czy aktor choć odrobinę ją przestraszył. Usłyszał tylko: "Śmiertelnie!" i uznał, że Leon nie musi być czarnoskóry. Ekipy dopełnili aktorzy charakterystyczni z drugiego i trzeciego planu kina amerykańskiego.

Wszystkie te chwile...

Zdjęcia rozpoczęły się 9 marca 1981 roku. Scott chciał kręcić na ulicach autentycznych miast, Nowego Jorku i Los Angeles, ale pod wpływem producentów zdał sobie sprawę, że grozi to brakiem kontroli nad planem. Postanowił, że większość materiału nakręci na terenie należącym do The Burbank Studios (dzisiaj Warner Bros.). Decyzja warta jest odnotowania z dwóch powodów. Po pierwsze, powstał dzięki niej jeden z największych i najbardziej szczegółowych "zewnętrznych" planów filmowych w historii - filmowe ulice Los Angeles z 2019 roku. Po drugie, ulice stworzono, dekorując i przebudowując stary plan filmowy, zbudowany jeszcze w roku 1929. W latach 40. powstawały na nim między innymi klasyczne czarne kryminały: "Sokół maltański" i "Wielki sen". Krótko mówiąc, Rick Deckard biegał wśród tych samych budynków, między którymi cztery dekady wcześniej przemykał Humphrey Bogart.

Scott, zawsze obsesyjnie podchodzący do strony wizualnej swoich filmów, niezwykle dokładnie przygotowywał wszelkie drobiazgi na planie. Podobnie jak Stanley Kubrick podczas pracy nad "2001: Odyseją kosmiczną", uważał, że plan musi wyglądać jak realistyczny kawałek świata, a nie jak konstrukcja zbudowana dla kamery. Dlatego większość miejsc wypełniono drobiazgami absolutnie niezauważalnymi dla widza, czasami nawet niefotografowanymi, ale niewątpliwie działającymi na grających aktorów. Wnętrza pojazdów były odpowiednio zakurzone i zabrudzone; wszelkie produkty nosiły plakietki producentów, często fikcyjnych; na autobusach pojawiały się ostrzegawcze oznaczenia pasujące do apokaliptycznej przyszłości ("Kierowca jest uzbrojony i nie ma gotówki"). Nawet na pojawiającym się na moment w filmie kiosku z gazetami umieszczono stosy magazynów przyszłości ("Krotch", "Creative Evolution", "Kill", "Droid" itd.), z dokładnymi okładkami, zachęcającymi do lektury konkretnych artykułów. Autorem okładek był grafik Tom Southwell. Tak drobiazgowe podejście oczywiście doprowadzało producentów do białej gorączki.

Jeśli "Blade Runnera" charakteryzuje jeden konkretny obrazek, to jest nim niewątpliwie widok neonów w deszczowym krajobrazie. Wszechobecna reklama i nieustające kwaśne deszcze to również wynik dokładnie przemyślanej wizji Scotta. Korporacyjna przyszłość miała być mieszanką ciągłej inwigilacji i pogrążającego się w dekadencji zewnętrznego świata, przeczącego pięknym obrazkom z reklam. Depresyjna atmosfera była dla Scotta priorytetem. Dla dodatkowego podkreślenia melancholii i wprawienia ekipy w odpowiedni nastrój, podczas zdjęć odtwarzał na planie powolne, minorowe utwory, które później zastąpiła podobna muzyka Vangelisa.

Obsesyjne przywiązanie do szczegółów i depresyjna atmosfera miały swoje skutki uboczne, widoczne głównie w coraz większym napięciu na planie. Zaczęło się od samego początku. W pierwszym tygodniu zdjęć okazało się, że Scott przekroczył już budżet zaplanowany na kilka pierwszych scen i nie trzyma się harmonogramu prac. Potrafił przygotowywać się do jednego, krótkiego ujęcia przez pięć godzin, po czym powtarzać je 15-20 razy. Szefowie Tandemu zaczęli wykłócać się ze Scottem i Deeleyem dosłownie o każdy drobiazg. Tym bardziej, że po obejrzeniu pierwszych nakręconych materiałów nadzieja otrzymania mieszanki filmu akcji z kinem SF zaczęła ustępować wrażeniu, iż z ich pieniędzmi dzieje się coś bardzo ryzykownego.

Harrison Ford również był na Scotta wściekły. Poza planem nie rozmawiał z nim w ogóle, zaś na planie głównie się wykłócał. Nie zgadzał się z koncepcją roli i uważał, że Scott kieruje film w złym kierunku. Miał wrażenie, że dla reżysera ważniejsza od aktorów jest scenografia. Podobną opinię sygnalizował również M. Emmet Walsh - filmowy szef Deckarda. Trzeba jednak dodać, że Ford podobny konflikt miał z Sean Young, z którą najwyraźniej absolutnie się nie cierpieli (ten emocjonalny chłód podczas scen z Deckardem i Rachael był akurat prosty do zagrania). Z kolei ekipa techniczna uważała Scotta za nawiedzonego perfekcjonistę, który marnuje czas na pierdoły niewidoczne na ekranie. Z racji ciągłych konfliktów z czasem ekipa zaczęła odnosić się do filmu per "Blood Runner" ("wykrwawiacz"). Dla wszystkich zaangażowanych w produkcję film stawał się powoli wielką torturą.

Jednym z ciekawszych wydarzeń na planie była tak zwana wojna na T-shirty. Ktoś na planie wydobył jedną z lokalnych gazet, w której Scott krytykował swoją ekipę za opieszałość. Reżyser twierdził w wywiadzie, że w porównaniu do Amerykanów pracownicy w Anglii po jednej uwadze reżysera mówią: "Tak jest, szefie" i zabierają się do roboty, a w Stanach trzeba wszystko pięć razy powtarzać. Kserokopie artykułu szybko obiegły całą ekipę i krótko później sześćdziesięciu techników chodziło po planie w specjalnie zamówionych koszulkach z napisem: "Tak jest, szefie nas w dupę". Scott stanął na wysokości zadania. Zamiast zachować się jak palant i pozwalniać członków ekipy, zamówił dla siebie i kierownictwa produkcji... własne koszulki. Pojawił się na planie w T-shircie z napisem "Ksenofobia jest do kitu". Wszyscy uznali to za przeprosiny i przejaw poczucia humoru. Atmosfera chwilowo uległa rozprężeniu.

Oczywiście na planie zdarzały się również piękne momenty - nie mogło być inaczej przy realizacji filmu, który dzisiaj porusza widza prawie każdą sceną. Dla realizatorów całość obrazu pozostawała tajemnicą, ale końcowa scena - rozmowa Batty'ego z Deckardem przed śmiercią - była zrozumiała. Monolog replikanta miał być początkowo znacznie dłuższy, ale Rutger Hauer przekonał Scotta, że to błąd. Reżyser zgodził się wypróbować jakąś krótszą wersję. W rezultacie Hauer powiedział tylko dwa-trzy zdania ze skryptu, a dalej improwizował: "Wszystkie te... chwile... znikną w czasie... jak łzy w deszczu.... Pora umierać". Po wyłączeniu kamery członkowie ekipy rozpłakali się na planie.

Zdjęcia zakończono 9 lipca 1981 roku. W tym momencie film przekroczył budżet o pięć milionów dolarów, czyli o ponad 30 procent. Ledwie kilka dni później w prasie gruchnęła wiadomość, że Scott i Deeley zostali zwolnieni przez producentów. Informacja okazała się przesadzona - obaj faktycznie otrzymali od Tandemu list z wypowiedzeniem umowy, ale krótko później nieoficjalnie poinformowano ich, że mają dalej pracować na filmem. Tandem chciał po prostu pokazać, że wszelkie decyzje należy uzgadniać z nimi. W takiej atmosferze rozpoczęła się druga zasadnicza faza pracy - efekty specjalne.

Ta część pracy wykonywana była przez firmę EEG, należącą do jednej z legend branży - Douglasa Trumbulla. Trumbull rozpoczynał karierę, tworząc efekty dla Stanleya Kubricka w "2001: Odysei kosmicznej". Później wspierał efektami między innymi Spielberga w "Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia" oraz Roberta Wise w "Mgławicy Andromedy" i "Star Treku". Sam wyreżyserował również ekologiczny film SF "Silent Running" i inne. Miał reputację człowieka, który tworzy efekty bardzo pomysłowe, a z racji swojej profesji potrafi również łatwo porozumieć się z drugim reżyserem. Współpraca ze Scottem układała mu się rzeczywiście dobrze, nawet pomimo tego, że producenci przycięli budżet na efekty specjalne z ponad pięciu do dwóch milionów dolarów. Trumbull i Scott wspólnie ustalili po prostu, z których sekwencji efektów specjalnych należy zrezygnować. Wypadło ich z filmu około... czterdziestu. Warto pamiętać, że była to era, kiedy o realistycznej animacji komputerowej nadal można było tylko pomarzyć (albo pisać o niej książki SF). Komputery wykorzystywano głównie do koordynacji efektów optycznych, modelarskich, sterowania oświetleniem itd. A jednak wynik osiągnięty przez ekipę Trumbulla wciąż zapiera dech w piersi, zwłaszcza na wielkim ekranie.

Zaparło również dech w piersi Philipowi Dickowi. W trakcie prac nad filmem pisarz starł się z producentami, którzy - wyjątkowo nieładnie - zaproponowali mu znaczną gotówkę i udział w zyskach za wykonanie... nowelizacji scenariusza i zgodę na zablokowanie dalszych publikacji oryginalnej książki. Gdy Dick odmówił, producenci zaczęli go straszyć, że usuną z filmu informację o jego książce. Dick nie ustąpił i postawił na swoim. Nie napisał nowelizacji, ale zachował prawa do reprintów swojej książki z wykorzystaniem logo filmu. Nic dziwnego, że po takich przejściach był wściekły również na Scotta, mimo że nigdy jeszcze go nie spotkał. Jednak gdy Scott zaprosił go na prywatny pokaz dwudziestominutowej sekwencji efektów specjalnych (wtedy się poznali), pisarz był podobno oszołomiony wynikiem. W naturalny dla siebie sposób zaczął pytać, skąd realizatorzy wiedzieli, jakie obrazy i nastroje chodziły mu po głowie podczas pisania książki. Dick nie doczekał premiery filmu. Zmarł 2 marca 1982 roku.

Lot do wschodu słońca

Zanim film trafił na ekrany, przeszedł cały szereg przekształceń. Fatalne reakcje publiczności podczas pokazów próbnych w Denver i Dallas (znany jest tekst z ankiety: "Co to, kurwa, ma być za zakończenie?") wpędziły producentów w panikę, w wyniku której film bez końca modyfikowano. Zmiany były czasami drobne, czasami radykalne. Najważniejszą z nich było dodanie do filmu narracji zza kadru. Zabieg ten pojawił się w jednej z wczesnych wersji scenariusza. Błędna jest obiegowa opinia, że narracji nie chciał w filmie nikt z ekipy. Przeciwnie, jej zwolennikiem był sam Ridley Scott, który jeszcze w trakcie prac na scenariuszem naciskał na wpisanie do niego narracji.

Argumentował, że będzie to kolejny element nawiązujący do czarnego kryminału. Scott kręcił oczywiście film bez narracji, ale miał zamiar dodać ją po zakończeniu montażu. Tak przynajmniej utrzymuje David Peoples. Jakkolwiek było, po pokazach próbnych producenci postawili już oficjalne wymaganie "wyjaśnienia" widzowi tego, co dzieje się w filmie, i wgrania na ścieżkę dźwiękową głosu narratora. Harrison Ford uważał, że to idiotyzm. Podchodził do nagrania trzykrotnie i nigdy nie był zadowolony z wyniku. Przy trzecim podejściu najprawdopodobniej rozmyślnie wyrecytował niektóre fragmenty kompletnie bez aktorskiego wyczucia, zapewne w nadziei, że twórcy dadzą sobie wreszcie spokój z całym pomysłem. Nic z tego - do filmu trafiła właśnie ta trzecia wersja nagrania.

Drugą radykalną zmianą w filmie była modyfikacja zakończenia - wprowadzono happy end. Wprawdzie sceny ze szczęśliwym podsumowaniem znajdowały się w scenariuszu, jednak z braku czasu zrezygnowano z ich nakręcenia. Scott szybko stwierdził zresztą, że nie pasują one do reszty filmu. Po katastrofalnych pokazach próbnych producenci wymusili jednak wklejenie końcowego segmentu lotu Deckarda i Rachel do wschodu słońca. Jak jednak dodać do filmu sekwencję, która nie została nakręcona? Jednym z rozwiązań są znajomości. Scott przypomniał sobie, że "Lśnienie" Stanleya Kubricka zaczyna się właśnie od sekwencji lotu nad górami. Skontaktował się z reżyserem z pytaniem, czy nie ma może w magazynie jakichś niewykorzystanych ujęć. Kubrick, jak zawsze metodyczny i dokładny, przysłał Scottowi... dziesięć kilometrów taśmy filmowej z lotniczymi ujęciami żółtego VW Garbusa Jacka Nicholsona jadącego do hotelu Overlook. Pozostało tylko skadrować materiał tak, aby samochód nie był widoczny i zakończenie było gotowe. W ten sposób jeden projekt symbolicznie połączył Kubricka i Scotta - twórców dwóch najbardziej wpływowych filmów SF w historii kina.

Od klęski do kultu

Film miał kinową premierę 25 czerwca 1982 roku. Reakcje widowni i krytyków były w najlepszym razie mieszane. Kluczowi krytycy zmiażdżyli film w swoich recenzjach. Roger Ebert napisał: "słabość filmu (...) polega na tym, że technologia efektów specjalnych przerasta opowieść". Kuriozalne słowa w odniesieniu do filmu, którego sednem opowieści jest niejako technologia efektów specjalnych. Pauline Kael, papież amerykańskiej krytyki filmowej, napisała w "New Yorkerze": gdyby pojawił się ktoś z zamiarem wykrycia humanoidów, może Ridley Scott z pomocnikami powinni się gdzieś ukryć. Janet Maslin w "New York Timesie" uznała, że film Scotta to "mętlik". Nawet wśród pisarzy SF nie było zgody. Dla Briana Aldissa "Blade Runner" był zbyt pretensjonalny i przekombinowany, ale Norman Spinrad nazywał go najwierniejszym prawdziwej fantastyce filmem w historii. Jednego trzeba pogratulować krytykom: w większości bezbłędnie wyczuli, że narracja zza kadru i szczęśliwe zakończenie nie pasują do całości.

Film poniósł klęskę w kinach. Wśród szeregu przyczyn wymieniano między innymi to, że zaszkodziła mu znacznie atrakcyjniejsza fantastyczna konkurencja: "Star Trek", "Coś", "E.T.". W rzeczywistości jednak amerykańska widownia po prostu uznała film za nudny. Na tym zakończyłaby się zapewne historia "Blade Runnera", gdyby nie przypadek - rozwój telewizji kablowej i rynku wideo. Studio Warner Bros., minimalizując straty z kinowej dystrybucji, szybko wprowadziło go do telewizji kablowych i krótko później - na wideo. Krok po kroku do filmu docierali widzowie, którzy nie mieli okazji, chęci lub możliwości obejrzeć go w kinach. Podejście zaczynało się powoli zmieniać. W filmie ze zdziwieniem odkryto to, co było w nim od początku - wielowarstwową, wieloznaczną opowieść o granicach człowieczeństwa, filozoficzne pytanie o jego istotę i metaforę spotkania człowieka z Bogiem. Wszystko w oszałamiającej otoczce jednego z najskrupulatniej stworzonych ekranowych światów przyszłości, pełnego zdań i scen, które nie dają o sobie zapomnieć.

Przez całe lata 80. reputacja filmu powoli rosła. "Blade Runner" zaczął być uważany za niezrozumiany i niedoceniany. Kult najszybciej rozpoczął się oczywiście wśród ludzi młodych: studentów i wielbicieli fantastyki. Pomógł w tym rozwój cyberpunku - literackiego nurtu SF, który omawiane dzieło uważał za najdoskonalsze wcielenie swoich głównych koncepcji. Ale do grona fanów powoli dołączała również oficjalna prasa filmowa. Następnym krokiem była już najprzyjemniejsza dla twórcy forma pochlebstwa - film zaczął być kopiowany przez innych twórców w telewizji, teledyskach, innych produkcjach. Kilka lat po kasowej porażce okazało się, że żywot "Blade Runnera" być może dopiero na dobre się rozpoczyna.

Wzrost zainteresowania doprowadził do niezwykłej sytuacji dziesięć lat po premierze filmu. Na przełomie dekad przypadkowo znaleziono kopię "Blade Runnera" na taśmie 70 mm i urządzono jej pokazy. Organizatorzy pokazów ze zdziwieniem odkryli, że to inna wersja niż ta powszechnie znana. Okazało się, że to wersja robocza, uważana wcześniej za dawno zniszczoną - między innymi bez narracji i bez happy endu. Gdy okazało się, że każdy pokaz filmu wywołuje małą apokalipsę przed kasami kin, pojawiła się propozycja przygotowania kilku kopii i ponownego wprowadzenia ich do kin. Scott złożył lepszą propozycję - na podstawie kopii roboczej przygotuje możliwie najpełniejszą wersję filmu. Miała powstać wersja reżyserska, ale jednak... nigdy się to nie udało. Podczas gdy zespół Scotta pracował nad materiałem w Londynie, w Stanach zupełnie inna ekipa, nieświadoma planów reżysera, czyściła dla studia kopię roboczą z zamiarem wprowadzenia jej do dystrybucji. Scott, najprawdopodobniej z roztargnienia (pracował wówczas nad filmem "1492: Wyprawa do raju"), zatwierdził tę kopię, z kilkoma dodatkowymi zmianami, zamiast faktycznej wersji reżyserskiej. Nowa wersja weszła do kin w 11 września 1992 roku. Okazała się zaskakującym hitem. Krytycy nadal byli podzieleni, choć wyraźnie podchodzili do filmu z dużo większym szacunkiem. Dla widzów nie miało to znaczenia - "Blade Runner" miał już swoją wierną publiczność, która z roku na rok rosła.

Lata 90. w historii "Blade Runnera" to już oficjalny, szeroki kult. Pomógł w tym przede wszystkim rozwój Internetu, który umożliwił fanom na całym świecie dzielenie się sieciowymi zasobami poświęconymi filmowi. W większości z tych materiałów powtarza się główna myśl: dzieło wyprzedziło swoje czasy, zadając pytanie o granice człowieczeństwa w obliczu rozwoju technologicznego. Ciekawe, że w tak krótkim streszczeniu nietrudno dopatrzyć się dokładnie tego samego tematu, jaki poruszał Kubrick - to kolejna paralela między "Blade Runnerem" i "2001".

Ciekawe są w tym wszystkim reakcje aktorów na niespodziewane "nowonarodzenie" filmu. Niezależnie od rosnącej rzeszy fanów, Ford nigdy nie polubił filmu. Nie tylko dlatego, że nie układała mu się na planie współpraca ze Scottem. Nawet gdy dzieło zostało już docenione, uważał, że zarówno jego rola, jak i temat nie zostały w pełni wykorzystane. "To mogło być coś więcej niż film kultowy" - powiedział po latach. W tej ocenie Ford jest wśród aktorów odosobniony, ale może dlatego, że jako jedyny zrobił prawdziwą karierę. Rutger Hauer ani wcześniej, ani później nie dostał tak niezwykłej roli, w dodatku zagranej tak koncertowo. Nietrudno zgodzić się z opinią, że aktorsko przyćmił w filmie Harrisona Forda. Szkoda, że później roztrwonił swój talent, grywając głównie w tandetnych filmach klasy "B". Z zachwytem wspominają "Blade Runnera" Sean Young i Daryl Hannah. Young również zagrała w "Blade Runnerze" rolę życia - niekoniecznie ze względu na możliwości aktorskie, ale dlatego, że zapamiętano ją jako tajemniczą, oryginalną piękność, femme fatale epoki syntetycznych ludzi. Lepiej potoczyła się kariera pięknej Hannah, ale i ona wspomina film jako swój ulubiony. Podobnie Brion James - aż do śmierci w 2000 roku uważał, że rola w "Blade Runnerze" była najważniejsza w jego karierze, choć niekoniecznie z powodu przyjemnych przeżyć na planie. Komentował to zwykle krótko i dosadnie: "Z powodu tej roli dostałem co najmniej dwadzieścia następnych".

Epilog

Dokładnie 25 lat temu, w grudniu 1982 roku, wiadomo było już, że "Blade Runner" to jedna z największych porażek roku. Dziesięć lat później, w grudniu 1992 roku, okazało się, że film doczekał się drugiej szansy i przejawia zaskakującą żywotność. Dzisiaj, w grudniu 2007 roku, nie ma wątpliwości, że "Blade Runner" to filmowa legenda. Być może największa w ostatnich dwóch dekadach. W ciągu tych lat film pokonał niezwykłą drogę: od wielkiego nieporozumienia do piedestału kina SF. Uchodzi dzisiaj za jeden z najbardziej wpływowych dzieł fantastycznych w historii. Staje obok "2001: Odysei kosmicznej" Kubricka jako wzór inteligentnego, filozoficznego kina fantastycznego i jako kamień milowy gatunku. Jednocześnie jest uosobieniem kina kultowego - jednym z najbardziej uwielbianych, najzażarciej omawianych filmów na świecie. W podsumowaniu, w końcowym monologu, Roy Batty mówi przed śmiercią: "Widziałem rzeczy, w które ludzie nie mogliby uwierzyć". Ćwierć wieku po premierze słowa te brzmią jak motto historii "Blade Runnera".

* * *

Ekranizacje Dicka

Philip K. Dick pozostawił po sobie kilkadziesiąt powieści i setki opowiadań. Podobnie jak sława pisarza, ekranizacje Dicka zaczęły się pojawiać dopiero po jego śmierci. Warto zauważyć jeszcze lokalne przekleństwo: polskie tytuły filmów nieraz niewiele mają wspólnego z oryginalnymi.

 

- "Pamięć absolutna" ("Total Recall", 1990, reż. Paul Verhoeven)

Kino akcji, które z Dicka wzięło jedynie pomysł wyjściowy - piętrowego wszczepienia wspomnień.

 

- "Wyznania Łgarza" ("Confessions of a Crap Artist", sfilmowane przez Jerome Boivina jako "Confessions d'un Barjo" w 1992 r.)

 

- "Tajemnica Syriusza" ("Screamers", 1995, reż. Christian Duguay)

Dość wierna, mroczna, ale niestety raczej przeciętna ekranizacja opowiadania "Druga odmiana".

 

- "Impostor - test na człowieczeństwo" ("Impostor", 2002, reż. Gary Fleder)

Film poprawny, zgodny z duchem Dicka, ale fabularnie i stylistycznie pochodzący jakby sprzed 30 lat.

 

- "Raport mniejszości" ("Minority Report", 2002, reż. Steven Spielberg)

Świetny współczesny film science fiction z zachowanym duchem dickowskich obsesji. Najlepsza po "Blade Runnerze" ekranizacja Dicka.

 

- "Zapłata" ("Paycheck", 2003), film oparty na opowiadaniu "Honorarium" w reżyserii Johna Woo. Przemycono tu trochę Dicka, ale jednak głównie to kino akcji niemające wiele wspólnego z oryginałem.

 

- "Przez ciemne zwierciadło" ("A Scanner Darkly", 2006), udana, animowana (z animacją nałożoną na rzeczywistych aktorów) ekranizacja paranoicznej, narkotykowej powieści Dicka.

 

- "Next" (2007) , ekranizacja opowiadania "Złoty człowiek" (lub "Złotoskóry"). Podobno, bo z opowiadania bierze tylko główny pomysł, a fabuła i forma nie mają z Dickiem już zupełnie nic wspólnego.

 

Klątwa "Blade Runnera"

Jak każda szanująca się legendarna produkcja, dzieło Scotta ma swoją klątwę. Dotyczy ona korporacji, które zapłaciły za umieszczenie w filmie swoich znaków firmowych (tzw. product placement). Większość z nich później zbankrutowała albo popadła w problemy finansowe. Pan American Airlines i Cusinart przestało istnieć, Atari praktycznie zniknęło z rynku, Bell stracił pozycję monopolisty w USA, Coca-Cola zaliczyła serię najkosztowniejszych marketingowych błędów w swojej historii itd.

Pojazdy "Blade Runnera"

Jak większość obiektów w filmie, pojazdy robią wrażenie nowoczesnością osadzoną w przeszłości. Wykonawcą pojazdów była firma Gene'a Winfielda, od lat dostarczająca Hollywood tego typu zabawki. Początkowo zamówiono 57 pojazdów, ostatecznie zbudowano ich 25. Na żądanie reżysera wszystkie pojazdy "postarzono" o 5-10 lat i w odpowiedni sposób zabrudzono. Podstawą konstrukcji większości były nadwozia Volkswagena. Dodatkowo wykorzystano również szereg autentycznych amerykańskich samochodów z lat 60., wyposażonych w wyraźnie widoczne unowocześnienia. Najlepiej widać je w scenie ulicznego pościgu Deckarda za Zhorą.

Błędy "Blade Runnera"

Błędów nie brak. Zhora, przebijająca w zwolnionym tempie kolejne szyby, to wyraźnie dublerka, a nie Joanna Cassidy. Liczba androidów, które przybyły na Ziemię, różni się zależnie od wypowiedzi (efekt wycięcia pewnych scen ze scenariusza w trakcie zdjęć i w montażu). Jeden z ciekawszych drobiazgów dla spostrzegawczych: to samo ujęcie wklejono na początku i na końcu filmu. Nakręcono je podczas konwersacji Batty'ego z Tyrellem. Okazało się jednak, że podobne ujęcie potrzebne jest też we wczesnej scenie filmu, gdy Batty kończy rozmowę telefoniczną. Dla niepoznaki na początku wklejono lustrzane odbicie ujęcia z rozmowy z Tyrellem. Większość błędów usunięto w najnowszej wersji filmu.

Soundtrack "Blade Runnera"

W 1982 roku końcowe napisy filmu sygnalizowały, że widz może kupić ścieżkę dźwiękową na płycie wytwórni Polydor Records. Zabrakło tylko dopisku, że informacja ta będzie aktualna dopiero za... 12 lat. Oficjalne wydanie muzyki Vangelisa miało miejsce w 1994 roku. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego trwało to tak długo. Jedna z teorii mówi, że Vangelis wkurzył się na Scotta za częste zmiany w filmie i wymaganie ciągłego dostosowywania do nich muzyki - w ramach zemsty odmówił wydania płyty. Inna teoria: Vangelis nie był zadowolony z muzyki - skomponował i nagrał soundtrack "w międzyczasie", nie poświęcając mu wystarczającej uwagi. Później nie chciał się chwalić wynikiem i dopiero rosnąca popularność filmu skłoniła go do zmiany zdania. Jakkolwiek było, dzisiaj płyta jest dostępna. Zawiera 12 kompozycji i kilka fragmentów dialogu. Część utworów uchodzi dzisiaj za klasykę nurtu electro.

Z okazji 25-lecia wkrótce pojawi się zupełnie nowe wydanie - trzy płyty: zremasterowana wersja oryginalnego soundtracku, dotychczas niepublikowana muzyka z filmu i nowe nagrania napisane przez Vangelisa specjalnie na jubileuszowe wydawnictwo.

Wersje "Blade Runnera"

Zakończenia "Blade Runnera"

Czy Deckard był replikantem?

To pytanie dręczy miłośników kina już od wielu lat. Scott wprowadził szereg poszlak sugerujących, że Deckard mógł również być replikantem z wszczepionymi wspomnieniami, inne sugestie dodali fani. Oto owe poszlaki:


5 grudnia 2007





F I L M