Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Newsweek Polska - 02-04-2012

 

Bielan z Torańską: Wywiad nieautoryzowany

z Adamem Bielanem rozmawiała Teresa Torańska

 

 

 

Z Leszkiem nie rozmawiało się o twardej polityce. Od niej był Jarosław. Z Leszkiem się gawędziło. Najczęściej o życiu.

 

Teresa Torańska: Jaki był?

Adam Bielan: Łatwo się denerwował.

Teresa Torańska: I wybuchał?

Adam Bielan: Był cholerykiem. Na początku zdarzył mi się z nim nieprzyjemny incydent. W 2001 r. robiliśmy w Sejmie konferencję o ochronie zwierząt i któryś z dziennikarzy podsunął mi pomysł: namów Lecha Kaczyńskiego, żeby przyszedł do Sejmu ze swoim kotem.

Teresa Torańska: Super.

Adam Bielan: Też mi się wydawało, że to może być fajne, w konwencji żartu. Poszedłem do Leszka. Spojrzał groźnie i spytał, czy żartuję. Powiedziałem, że nie, proszę pana. Więc spytał, czy sobie wyobrażam, jaki to będzie stres dla kota? Powiedziałem, że nie, bo nie mam kota. Przeprosiłem i wycofałem się szybko z jego gabinetu. Jeszcze nie byliśmy wtedy po imieniu.

Teresa Torańska: A kiedy?

Adam Bielan: W 2005 roku, gdy Leszek został prezydentem Polski. Razem z Michałem Kamińskim prowadziliśmy jego kampanię. Po wyborach Leszek zaprosił nas do pałacu. Był wieczór, więc wino i poczęstunek. Siedzieliśmy we trójkę w jego gabinecie i rozmawialiśmy o kampanii i nowym rządzie Marcinkiewicza. Po dwóch godzinach Lech zaproponował, żebyśmy mówili sobie po imieniu. Bardzo mnie to wzruszyło.

Nie chcę, żeby pani odniosła wrażenie, iż jestem płaczliwy. To nieprawda, bardzo rzadko płaczę, ale wtedy się rozpłakałem. Dla nas z Michałem Lech stał się od tego momentu kimś więcej niż szefem.

Teresa Torańska: Z Jarosławem też byliście na ty?

Adam Bielan: Nie, tylko z Lechem. Jarosław nigdy nam tego nie zaproponował. Ma podobno zasadę, że przechodzi na ty z ludźmi, którzy skończą 40 lat.

Teresa Torańska: Miał pan 29.

Adam Bielan: Regularnie zacząłem bywać w pałacu prezydenckim. Bracia często wykorzystywali mnie i Michała do załatwiania spraw, których nie omawia się przez telefon.

Zapewniam panią, że bracia chcieli koalicji z Platformą, naprawdę chcieli. I prezes, bo to on decydował, w rozgrywce z Platformą o powstanie PO-PiS większych błędów nie popełnił. Zachowywał się racjonalnie. Starał się rozegrać Platformę od wewnątrz. Postawił na Rokitę przeciwko Schetynie. Gdyby zagrał wtedy na Schetynę, koalicja może by powstała. Schetyna był dużo silniejszy, a Rokita słabszy, niż myśleliśmy.

Teresa Torańska: Prezydent lubił Rokitę?

Adam Bielan: Bardzo lubił Tuska i Jana Krzysztofa Bieleckiego. Do Tuska miał wręcz słabość. Polubił też Schetynę, Drzewieckiego. Przez całą SLD-owską kadencję często się spotykali. Lech te ich spotkania uwielbiał. A z Rokitą był ten problem, że on dla Leszka był zbyt rzeczowy. Bo gdy do niego chodziło się na godzinę lub dwie, to w 5-10 minut załatwiał sprawy urzędowe czy państwowe, a resztę wypełniał opowiadaniem anegdot. Tusk to lubił, Bielecki lubił, a Rokita nie. Z tych samych prawdopodobnie powodów Lech nie znosił Sikorskiego. Sikorski kompletnie mu nie pasował.

Teresa Torańska: Bo "przystojniaczek"? Jak Paweł Poncyljusz, Stanisław Komorowski?

Adam Bielan: No, zgoda, tak mówił. Ale dużo gorzej wypowiadał się o Ziobrze.

Teresa Torańska: To po co go trzymał?

Adam Bielan: Był użyteczny.

Teresa Torańska: Przez kogo więc nie powstał PO-PiS?

Adam Bielan: Przez Tuska! Wie pani, co zrobił? My wygraliśmy wybory parlamentarne, potem prezydenckie, a on za wejście do koalicji zażądał od nas połowy ministerstw. To było po prostu absurdalne! Powołaliśmy więc rząd mniejszościowy. Poszedłem wtedy z Michałem Kamińskim do Jarosława i powiedziałem: "Trzeba skrócić kadencję Sejmu i zarządzić nowe wybory". Taka możliwość istniała. Leszek w ramach konstytucyjnych uprawnień mógł nie podpisać budżetu, rozwiązać Sejm i wyznaczyć termin nowych wyborów w ciągu 45 dni. Sondaże wskazywały, że kolejne wybory wygralibyśmy z lepszym wynikiem niż poprzednie. Jarosław przyznał nam rację i zlecił przygotowanie kampanii. Przyszedł do niego wówczas Andrzej Urbański, szef Kancelarii Prezydenta, i zapytał: "Jarek, czy wiesz, kto wygra te wybory?". "No, PiS" - odpowiedział prezes. "Nie - rzekł Urbański - wybory wygra premier Marcinkiewicz, nie ty".

Teresa Torańska: Marcinkiewicz był pupilem tabloidów.

Adam Bielan: I prezes się przestraszył.

Teresa Torańska: A prezydent?

Adam Bielan: Zawsze podejrzliwie patrzył na związki Kazika z biznesem. I też nie darzył sympatią.

Teresa Torańska: To dlaczego bracia zrobili Marcinkiewicza premierem?

Adam Bielan: Dwa miesiące wcześniej Kazik wydawał się najlepszym rozwiązaniem. Jarosław wymyślił pakt stabilizacyjny z LPR i Samoobroną. Giertych klęczał podobno przed Jarosławem i przekonywał go, że będzie lojalny.

Po weekendzie Jarosław zwołał komitet polityczny PiS. My z Michałem Kamińskim byliśmy głównymi oponentami wchodzenia w pakt stabilizacyjny. Skończy się koalicją - mówiliśmy - a w koalicji co chwila będą wybuchać kryzysy i poparcie dla PiS zacznie spadać. Doszło do spięcia. Zarządzono głosowanie, jedno z niewielu, jakie z PiS pamiętam. Z pytaniem: czy rozwiązać parlament. Przegraliśmy je z Michałem 9 do 7. I Jarosław, który uważa się za genialnego polityka i stratega, zrezygnował - o dziwo! - z rozwiązania Sejmu i podpisał pakt stabilizacyjny z Giertychem i Lepperem.

Teresa Torańska: W świetle kamer jednej tylko telewizji - Trwam ojca Rydzyka.

Adam Bielan: Ten pakt był kardynalnym błędem. Jarosław przyznał się do niego potem publicznie. Stwierdził nawet, że był największym politycznym błędem, jaki kiedykolwiek popełnił. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, dlaczego. Na co liczył?

Teresa Torańska: Że ich przechytrzy.

Adam Bielan: Dwa tygodnie później poprosił nas na rozmowę i zapytał, co robić. Giertych publicznie jeszcze się nie wypowiadał, ale na spotkaniach wewnętrznych śmiał mu się w twarz. Trzeba - rzekł Jarosław - rozwiązać parlament. Za późno - powiedzieliśmy - nie można już przez prezydenta, bo minęły konstytucyjne możliwości, możemy jedynie złożyć wniosek o samorozwiązanie i liczyć, że uzyska on poparcie Platformy. Taki wniosek wymaga większości dwóch trzecich głosów w Sejmie. Złożyliśmy go i Platforma ustami Rokity cynicznie odpowiedziała: Teraz wybory? Poprzemy je, jak PiS-owi spadnie poparcie.

Teresa Torańska: I spadło. PiS po dwóch latach rządów przegrało wybory z Platformą.

Adam Bielan: Minimalnie. Jarosław - z tego co wiem - był absolutnie przekonany, że odda władzę. Miał jednak świadomość, że nie da się dłużej rządzić z Giertychem i Lepperem. Kierował się - moim zdaniem - przede wszystkim szlachetnymi pobudkami.

Teresa Torańska: Pan w to wierzy?

Adam Bielan: Dlaczego mam nie wierzyć? Nie można z jednej strony atakować Kaczyńskiego, że jest bezwzględnym politykiem i dla władzy poświęci wszystko, a z drugiej strony zarzucać mu, że jak miał pełną władzę, to z niej zrezygnował. Wyszło zresztą nie najgorzej dla Polski. Liga i Samoobrona zniknęły z parlamentu, a Lepper i Giertych przestali funkcjonować w polskiej polityce. Co PiS i braciom Kaczyńskim należy zaliczyć na plus.

W wieczór wyborczy w 2007 roku byłem u prezydenta w pałacu. Pojawiły się plotki, że Jarosław - jeśli przegra wybory - może zrezygnować z funkcji szefa partii. Prezydent zaprosił kilku polityków PiS, żeby naradzić się, co robić. Przed dwunastą w nocy zadzwoniła prezydentowa. Leszek powiedział, że zaraz kończy. Dzwoniła drugi raz, trzeci. Na koniec wpadła zaniepokojona do sali kominkowej i nas przegoniła.

Teresa Torańska: Grzecznie?

Adam Bielan: Zdecydowanie. Pierwszy raz widziałem ją w takiej akcji. Mówiła, że prezydent musi iść spać.

Teresa Torańska: Nie. Na górze w ich apartamencie czekał na niego Paweł Kowal z Janem Ołdakowskim.

Adam Bielan: Nie wiedziałem.

Potem parę razy zdarzyło mi się, że byliśmy w trakcie bardzo ważnej dyskusji politycznej, a pierwsza dama dzwoniła co chwilę i prezydent powtarzał, że już kończy, że zaraz, zaraz.

Teresa Torańska: I nie słuchał?

Adam Bielan: Ale nie chciał jej denerwować. I po kolejnych telefonach wychodził.

Teresa Torańska: Tusk został premierem.

Adam Bielan: I miał nas w garści. PiS przez błędną politykę zagraniczną znalazło się w narożniku. Chodziło o traktat lizboński, który Leszek wynegocjował z Unią Europejską przy telefonicznym udziale Jarosława i który po podpisaniu przez prezydenta w Lizbonie wymagał sejmowej ratyfikacji.

Między braćmi powstał spór. Rzeczywisty, a nie na użytek mediów, jak mówiono. Prezydent był za jego ratyfikacją, a Jarosław zmienił zdanie i był przeciw. Chodziliśmy z Michałem na polecenie prezydenta do Jarosława, żeby go do traktatu przekonać. Ale się nie udało.

W PiS narastała po przegranych wyborach frustracja, szukano winnych porażki. Jarosław uznał, że dla konsolidacji partii potrzebna jest krótka bitwa z Platformą, zakończona szybkim zwycięstwem. Zapowiedział, że PiS poprze ratyfikację traktatu, ale pod warunkiem, że Sejm uchwali ustawę gwarantującą zakaz zmiany wynegocjowanych zapisów bez zgody prezydenta.

Teresa Torańska: O co chodziło?

Adam Bielan: O nic. Była bez znaczenia. Ale Jarosław liczył, że Tusk się na nią zgodzi i PiS będzie miało sukces. Tusk jednak oświadczył: Nie chcecie traktatu? To będzie traktatowe referendum.

I gdyby wtedy powiedział: sprawdzam, i poszedł na referendum z traktatu lizbońskiego, my byśmy je zdecydowanie przegrali, co miałoby duże konsekwencje polityczne. Osłabiłoby znacznie pozycję Jarosława jako lidera PiS i prezydenta postawiło w bardzo trudnej sytuacji. Nie mogliśmy ryzykować.

Maciek Łopiński z Michałem Kamińskim doprowadzili do spotkania prezydenta z Tuskiem. Umówili ich w Juracie na Helu. Namawialiśmy prezydenta, żeby Tuska zaczarował, jak potrafi najlepiej, i obiecał mu absolutnie wszystko, byle tylko do referendum nie doszło. Zostaliśmy z Michałem w Warszawie. Rozmowa zaplanowana na godzinę-półtorej przedłużała się. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi.

W sali na piętrze, w której rozmawiali, nie ma telefonów. Zadzwoniliśmy do Sławka Nowaka, żeby podpłynął motorówką z Sopotu do Juraty. Był na wieczór umówiony z żoną do kina. - Sprawdzisz, co się dzieje - namawialiśmy go - i wrócisz. Popłynął. Dzwoniliśmy też do szefa ochrony, żeby zajrzał do nich przez szybę i zobaczył, co Tusk z prezydentem robią. Idzie chyba dobrze - powiedział nam - bo już trzeci raz wstają, całują się, robią misia, siadają i dalej rozmawiają.

Rozmowa trwała sześć-siedem godzin, wypili siedem butelek wina i Sławek nie zdążył do kina.

O czym tak długo rozmawiali, prezydent nie chciał nam powiedzieć. Stwierdził, że ma umowę z Tuskiem i nie może.

Teresa Torańska: Może o traktacie?

Adam Bielan: Nie, nie. Z Leszkiem nie rozmawiało się o twardej polityce. Od niej był Jarosław. Z Leszkiem się gawędziło. Najczęściej o życiu. Udowadnialiśmy mu, że Tusk umowy nie dotrzymuje, bo jakieś szczegóły z tego spotkania przekazał już swoim pracownikom, a ci dziennikarzom. Ale prezydent milczał. I nagle ukazał się wywiad z Tuskiem w "Newsweeku". Była w nim sensacyjna deklaracja. Tusk wyznawał, że palił marihuanę.

Teresa Torańska: W stanie wojennym. Kiedy chwytał różne roboty i w elektrowni Jaworzno malował podpory stalowe.

Adam Bielan: Prezydent był wstrząśnięty. "Jak on mógł mnie tak oszukać" - przeżywał cały wieczór. I trochę nam wtedy o ich spotkaniu w Juracie zaczął opowiadać. Obaj byli mocno pijani. Tusk mu się zwierzał i Leszek zwierzał się Tuskowi. I Tusk w nocy, sam z siebie, powiedział mu, że nigdy nie próbował narkotyków. Żeby było jasne: prezydent nie miał za złe Tuskowi, że ten palił marihuanę. Prezydent był zszokowany, że Tusk go okłamał, czyli zdradził. Dla prezydenta był to dowód, że Tusk bardzo się zmienił, nie można mu ufać i nawet po kilku winach nad ranem kłamie. Bo nie chodziło przecież o kłamstwo w życiu publicznym, które zdarza się każdemu politykowi i trudno mieć do nich o to pretensje, ale chodziło o kłamstwo w szczerej rozmowie w cztery oczy, kiedy umawiali się na zrobienie paru rzeczy razem.

Teresa Torańska: Ale chyba już nie zdążyli.

Adam Bielan: Nie wiem.

Teresa Torańska: Kiedy widział pan Leszka ostatni raz?

Adam Bielan: Zadzwoniłem do niego kilka dni przed katastrofą. 5 lub 6 kwietnia. To był poniedziałek lub wtorek. Że mam kilka pomysłów na kampanię wyborczą, chcę się z nim spotkać i przyjadę z Brukseli w piątek rano. Prezydent nalegał, żeby w czwartek. Cały piątek - powiedział - chciałby zarezerwować na przygotowanie przemówienia do Katynia. Potrzebował na to wielu godzin.

Kiedy miał ważne wystąpienie, na cały dzień wyłączał się z innych zajęć. Próbowaliśmy go namówić, żeby się nauczył czytać z kartki. Podawaliśmy przykład Kwaśniewskiego, który czytał tak, że nikt tego nie zauważał. Podawaliśmy przykłady polityków amerykańskich, którzy potrafili czytać z telebimów jak zawodowi prezenterzy. Nawet mu aparaturę specjalną sprowadziliśmy do ćwiczeń. Nie chciał. Twierdził, że jest ograniczony i się nie nauczy.

Teresa Torańska: I mlaskał.

Adam Bielan: Tragedia zaczynała się, gdy dochodziło do nagrywania wystąpień telewizyjnych. Prezydent przecież musi wygłaszać orędzia. Bardzo się denerwował, że wyjdzie to źle i rzeczywiście wychodziło źle.

Przyleciałem do Warszawy w czwartek po południu.

Teresa Torańska: 8 kwietnia.

Adam Bielan: Prezydent był w Wilnie z półdniową wizytą. Zadzwoniłem między 19 a 20, usłyszałem warkot silników. Prezydent był w samolocie, ale już po wylądowaniu. Powiedział, żebym przyjechał do pałacu. Przysłał po mnie samochód.

Chciałem, żeby motywem muzycznym jego kampanii wyborczej była "Pieśń o małym rycerzu" z ekranizacji "Pana Wołodyjowskiego". Potrzebowałem jego akceptacji. Prezydent kochał Trylogię i "mały rycerz" bardzo do niego pasował.

Teresa Torańska: Chciał kandydować?

Adam Bielan: Tak. Na pewno. Plotki o tym, że się wahał, były nieprawdziwe.

Teresa Torańska: Wierzył w zwycięstwo?

Adam Bielan: Miał zmienne nastroje. Tego dnia nie był jednak ani złośliwy, ani specjalnie zdenerwowany. I nie przedrzeźniał się ze mną. Choć lubił.

Teresa Torańska: Jak?

Adam Bielan: Lubił dogadywać. W czasie kampanii na prezydenta Warszawy, a potem na prezydenta Polski droczył się ze mną i Michałem, że nie wystartuje, bo mu się nie uda, więc nie ma sensu walczyć. To był z jego strony element gry towarzyskiej. Oczekiwał zaprzeczeń.

Do pałacu dotarłem trochę po 20. Moje pomysły szybko zaakceptował i jak zwykle z prezydentem nasze spotkanie przerodziło się w towarzyskie gadanie. Lubił popisywać się swoją wiedzą historyczną i uwielbiał opowiadać anegdoty.

Teresa Torańska: O Wałęsie?

Adam Bielan: O historii świata. Jego konikiem była na przykład dekolonizacja Afryki. Bracia jako mali chłopcy czytali namiętnie dział międzynarodowy w "Trybunie Ludu" i pamiętali nazwiska przywódców kolejnych państw afrykańskich, które uzyskiwały wolność.

Teresa Torańska: No to co prezydent mówił o Wałęsie?

Adam Bielan: Z reguły pozytywnie, zadziwię panią. Albo neutralnie. On nie patrzył na Wałęsę przez pryzmat "Bolka" czy jego prezydentury z początku lat 90. Miał jednoznacznie negatywną opinię co do roli Wałęsy w latach 70., ale w miarę pozytywną o jego działalności w latach 80.

Rozmawialiśmy trochę o Tusku, polityce, reelekcji, o terminach wyborczych. Był w dobrym humorze i do wyborów nastawiony pozytywnie.

Teresa Torańska: Mimo nieudanej wizyty na Litwie?

Adam Bielan: O tym na razie nie rozmawialiśmy. Po mniej więcej dwóch godzinach prezydent powiedział, że musi jechać do mamy do szpitala i zostawił mnie w gabinecie. Po kilku minutach zajrzał minister Łopiński, który urzędował po drugiej stronie sekretariatu. Zobaczył, że siedzę sam i zaprosił mnie do siebie. Po chwili przyszedł Paweł Kowal, a po blisko godzinie wrócił prezydent i do nas dołączył. Maciek otworzył barek, wyciągnął koniak. Prezydent nie pił. Spytałem prezydenta o Tuska.

Teresa Torańska: Tego dnia pojechał do Pragi spotkać się z Barackiem Obamą.

Adam Bielan: Jak to się stało - pytałem go - że Tusk przejął przywództwo w grupie liberałów. Prezydent wytłumaczył. Tusk zawsze wykazywał duże zdolności przywódcze, ale je ukrywał. W latach 80. ambicji politycznych w Tusku nie zauważał. Środowisko liberałów i Solidarności spotykało się dość często i dyskutowało, głównie o sprawach gospodarczych. Ja - uśmiechnął się prezydent - byłem wtedy bardziej niż dzisiaj na lewo. W tych spotkaniach uczestniczyli Jacek Merkel, Jan Krzysztof Bielecki, Janusz Lewandowski. Ale Tusk - mówił nam prezydent - był cichą wodą. Bardzo sprawnie i sprytnie wymanewrował Bieleckiego i Lewandowskiego, został liderem tego środowiska i w 1990 roku założył Kongres Liberałów.

Potem rozmawialiśmy o geopolityce. Prezydent poruszył kwestię nieudanej wizyty w Wilnie.

Teresa Torańska: Parlament litewski odrzucił ustawę o pisowni nazwisk polskich.

Adam Bielan: Był rozżalony, że tak ważna dla niego ustawa upadła w pierwszym czytaniu akurat w dniu jego wizyty. A pani prezydent Dalia Grybauskaite obiecywała mu - na pewno w dobrej wierze - że zostanie przegłosowana. Znowu minister Sikorski - irytował się - będzie go krytykował za zbyt małą asertywność wobec Litwy.

Około północy, jak zwykle, zadzwoniła pani prezydentowa. Wiedzieliśmy, że nie należy nalegać, by Leszek został, bo może to się skończyć jej osobistą interwencją. Prezydent wyszedł, my zostaliśmy. Siedzieliśmy jeszcze u Maćka z 45 minut.

To był ostatni raz, kiedy go widziałem.

Powiem pani, co myślę o tym locie do Smoleńska. Żaden polski samolot nie powinien lądować na tak fatalnie wyposażonym lotnisku. Ani premiera, ani prezydenta, ani nawet ministra. Oba powinny lądować w Mińsku lub w Witebsku i kolumną przejechać do Smoleńska. Tam jest dobra szeroka droga, dotarliby w godzinę. Ale to nie jest wina Lecha. Lech, owszem, lubił dłużej pospać. Ale gdyby mu twardo powiedziano, że wyleci pół godziny wcześniej, bo nie ma możliwości lądowania w Smoleńsku, musiałby to znieść, trudno.

Teresa Torańska: Ale nikt mu tego nie powiedział.

Adam Bielan: Nie. A Tusk wylądował tam trzy dni wcześniej.

Nie wiem, co wydarzyło się w tym samolocie. Jarosław też nie mógł tego zrozumieć. Dlaczego oni w takiej mgle lądowali, dlaczego? - pytał nas.

Teresa Torańska: Może było jak w czasie lotu do Gruzji?

Adam Bielan: Nie, nie. Tamten lot nie ma żadnego związku z katastrofą w Smoleńsku.

Teresa Torańska: Nic a nic?

Adam Bielan: Nie. Podstawowa różnica: spór między pilotem a prezydentem toczył się w samolocie, który stał na płycie lotniska, a nie kiedy samolot był w locie.

Teresa Torańska: Ale Arkadiusz Protasiuk był wtedy drugim pilotem.

Adam Bielan: I co z tego? W 36. Pułku w ogóle jedna czy dwie osoby miały uprawnienia do pilotowania tupolewa na stanowisku pierwszego pilota. Lot do Gruzji zresztą odbył się półtora roku wcześniej. Wiem, jak było, leciałem tym samolotem. Zaczęło się od Tuska.

Teresa Torańska: Chyba od prezydenta Gruzji Saakaszwilego, który dał się Rosjanom sprowokować i wybuchła wojna gruzińsko-rosyjska.

Adam Bielan: Prezydent Kaczyński natychmiast chciał lecieć do Gruzji, ale Tusk nie dał samolotu. I dopiero jak Lech kanałami dyplomatycznymi puścił plotkę, że Amerykanie dadzą mu Air Force Two - samolot wiceprezydenta, tupolew się znalazł. Pilot poleciał najpierw po prezydenta Litwy Valdasa Adamkusa, potem po prezydenta Estonii i premiera Łotwy. Po około czterech godzinach wrócił z nimi do Warszawy, wsiedliśmy i polecieliśmy na Krym. W Symferopolu czekali na nas żona Saakaszwilego, która wywiozła na Krym dzieci, żeby były bezpieczne, i wracała do męża, oraz prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko, który doleciał swoim samolotem z Kijowa.

Juszczenko wszedł do naszego samolotu i zdziwił się, że lecimy do Gandży, a nie bezpośrednio do Tbilisi. Lech mu odpowiedział, że tam nie lądują samoloty. Na to Juszczenko stwierdził, że lądują. Latają rejsowe samoloty ukraińskie i niedługo wyląduje tam Sarkozy, który leci z Moskwy.

Teresa Torańska: W eskorcie rosyjskich myśliwców.

Adam Bielan: I dodał - nie jestem pewny, czy nie złośliwie - że jeżeli samolot Lecha nie może lecieć do Tbilisi, to wszystkich zaprasza do swojego. Lech potraktował to bardzo ambicjonalnie. Zamknął drzwi do prezydenckiej części - w tupolewie są trzy salonki: prezydencka i dwie vipowskie - i zaczął domagać się, żebyśmy lecieli do Tbilisi. Pilot prezydentowi odmówił.

Teresa Torańska: Osobiście?

Adam Bielan: Nie, nie. To trzeba znać Lecha. On nigdy by sobie nie pozwolił na to, by wejść do kabiny pilota i go prosić. Dla niego byłaby to utrata twarzy. On z pilotem rozmawiał przez pośredników. Do pilota wysyłał Władka Stasiaka, szefa Kancelarii, i chyba Krzysztofa Olszowca, szefa swojej ochrony.

Teresa Torańska: A na pokładzie było czterech prezydentów, jeden premier i kilkunastu ministrów.

Adam Bielan: Żaden samolot na świecie chyba nie przeżył takiego najazdu VIP-ów. Tupolew jest słabo do tego przygotowany. Są w nim, najbliżej kokpitu: pomieszczenie dla prezydenta z dwuosobową kanapą i fotelem, dalej 2 fotele w przejściu oraz salonki z ośmioma fotelami, czyli razem 13 miejsc vipowskich. Po kolejnej odmowie prezydent poprosił Stasiaka, żeby go połączył z ministrem obrony Bogdanem Klichem. Zapytał Klicha: kto jest dowódcą sił zbrojnych?

Teresa Torańska: I usłyszał: pan, panie prezydencie.

Adam Bielan: Lech opisał mu sytuację. Byłem przy tym. Klich obiecał oddzwonić. Po 10-15 minutach powiadomił Leszka, że rozmawiał z dowódcą sił powietrznych, dowódca wydał pilotowi polecenie - potem okazało się, że faksem - i sprawa jest załatwiona. Wydawało się, że polecimy do Tbilisi. Pilot jednak dalej odmawiał lotu.

Teresa Torańska: Nie miał zgód dyplomatycznych, a gruzińska przestrzeń powietrzna była kontrolowana przez Rosjan.

Adam Bielan: Lech był wściekły. Samolot stał na płycie lotniska. To było lato. Temperatura w samolocie dochodziła do 50 stopni, bo silniki nie pracowały i wyłączona była klimatyzacja. Lech martwił się o zdrowie prezydenta Adamkusa, który był świeżo po operacji serca. Nie narzekał, ale był coraz bardziej czerwony na twarzy. Lech krążył między salonkami. Co kilka minut wypadał ze swojej prezydenckiej, uśmiechał się do Adamkusa, zabawiał Juszczenkę, żeby tylko nie domyślili się, że negocjuje ten lot z własnym pilotem. To była dla niego strasznie upokarzająca sytuacja. Staliśmy ponad godzinę. Stasiak w końcu wytłumaczył Leszkowi, że według przepisów pilot ma prawo odmówić lotu i nic z tym nie zrobimy. Drugi pilot też nie chciał lecieć, bo i z nim Stasiak próbował rozmawiać. Lech więc, żeby do końca nie stracić twarzy przed innymi prezydentami, zdecydował, że lecimy do Gandży w Azerbejdżanie.

Teresa Torańska: Zgodnie z pierwotnym planem.

Adam Bielan: Tak. Wylądowaliśmy, tam czekały na nas samochody, cztery godziny jechaliśmy do Tbilisi, to jest 240 km. Narażając się na znacznie większe - jak nam potem powiedziano - niebezpieczeństwo, bo na drodze grasowali snajperzy.

Teresa Torańska: Ale także co kilkanaście metrów stali azerscy milicjanci.

Adam Bielan: Finał był taki, że jak dojechaliśmy do Tbilisi, na Juszczenkę czekał już jego samolot, a nasz przyleciał następnego dnia.

Teresa Torańska: Po ogłoszeniu rozejmu.

Adam Bielan: Moje zdanie jest takie: pilot powinien lecieć do Tbilisi.

Teresa Torańska: A dlaczego nie chciał?

Adam Bielan: Nie wiem, może się bał. Ale wie pani, my wszyscy się baliśmy. Strach jest rzeczą ludzką. Tylko zaraz, zaraz... Pilot jest żołnierzem, a żołnierza służącego państwu strach nie może paraliżować. Pilotowi wojskowemu nie wolno nie wykonać polecenia dlatego, że się boi.

Teresa Torańska: A nie przyszło panu nigdy do głowy, że Leszek nie nadawał się na prezydenta?

Adam Bielan: To na inną rozmowę.

 

 

Wszyscy wiedzieli, że marzeniem Lecha było, żeby w kolejnych wyborach prezydenckich wystartował za niego Jarosław. Lech wielokrotnie o tym mówił pół żartem, pół serio.

 

Teresa Torańska: Ze Smoleńska wróciliście do Warszawy o 3.45. To już była niedziela 11 kwietnia 2010 r.

Adam Bielan: Prezes pojechał do domu. Przebrał się i poszedł do mamy do szpitala. Spotkaliśmy się po kilku godzinach na Nowogrodzkiej. Przyszli Joachim Brudziński, Staszek Kostrzewski i pani Barbara Skrzypek, dyrektor biura partii. Chciałem go trochę podnieść na duchu. Powiedziałem o tłumach, które gromadzą się na Krakowskim Przedmieściu. Oglądałem je przez chwilę w telewizji. Nie zareagował.

Teresa Torańska: Wiedział?

Adam Bielan: Nie. On z reguły nie ogląda telewizji. "Dobrze by było - powiedziałem - gdyby ktoś do tych ludzi wyszedł". Nie zrozumiał, o co mi chodzi. Te tłumy go nie interesowały. Pojechaliśmy na Okęcie. Na Żwirki i Wigury zbierali się ludzie. Kilka minut po piętnastej przyleciała trumna z prezydentem. Siedziałem w drugim rzędzie. Za nim i za Martą. Kolejne osoby podchodziły do trumny, składały hołd prezydentowi, a potem kłaniały się jemu. Wszyscy prócz Tuska. Tusk przeszedł obok, nie patrząc na niego. Jechałem potem w kolumnie samochodów za trumną do pałacu prezydenckiego. Wzdłuż trasy przejazdu stali ludzie. Rzucali kwiaty. Płakali. Było ich dużo, coraz więcej i więcej. Na Krakowskim Przedmieściu stał zbity tłum. Przed pałacem paliły się tysiące zniczy. To fenomenalna sprawa - myślałem - że ludzie w nieszczęściu odczuwają potrzebę bycia razem i potrafią stać godzinami w milczeniu.

W pałacu panował bałagan. Kancelaria prezydencka została bez głowy. Zginął jej szef Władek Stasiak, szef BBN Olek Szczygło, a Maciek Łopiński - wieloletni przyjaciel prezydenta, który próbował wejść w ich obowiązki - był kompletnie roztrzęsiony. Żołnierze wnieśli trumnę do kaplicy prezydenckiej. Prezes wszedł za nią. Chciał z Leszkiem zostać sam. Czekaliśmy pod drzwiami. Długo nie wychodził. On - jestem tego pewny - podjął wówczas decyzję o swoim starcie w wyborach prezydenckich. I - co dziwnie może zabrzmi - uzgodnił ją z Leszkiem. Tam, w kaplicy. Wszyscy wiedzieli, że marzeniem Lecha było, aby w kolejnych wyborach prezydenckich wystartował za niego Jarosław. Lech wielokrotnie o tym mówił pół żartem, pół serio. Dwa lata wcześniej sondował Michała Kamińskiego i mnie, czy jest możliwość podmiany i jakie Jarosław miałby szanse.

Teresa Torańska: I co mu pan odpowiadał?

Adam Bielan: Że byłoby to nieracjonalne, bo jego szanse są znacznie większe niż Jarosława. Potem była msza. Rozmawiałem z nim dopiero po południu. Był bardzo poruszony. Chyba ze sto tysięcy ludzi - powiedział - zgromadziło się na ulicach. Tyle, co w czerwcu 1979 roku podczas pierwszego przylotu Ojca Świętego do Polski - użył takiego porównania. Ludzi było znacznie więcej. Stołeczne biuro bezpieczeństwa podało później, że ponad pół miliona. W szpitalu rozmawialiśmy krótko. Może z pół godziny.

Teresa Torańska: W jakim, przepraszam, szpitalu?

Adam Bielan: Na Szaserów. Oni mieli tam z Leszkiem swój pokój. Naprzeciwko sali, w której leżała mama. Mogli w nim odpocząć, zdrzemnąć się i nie stojąc na korytarzu, pozałatwiać państwowe i partyjne sprawy.

Teresa Torańska: Oni tam mieszkali?

Adam Bielan: Dyżurowali na zmianę.

Teresa Torańska: Ale po co, nie rozumiem.

Adam Bielan: Też ich o to kiedyś zapytałem. Wytłumaczyli mi - nie pamiętam, Lech czy Jarosław, a może obydwaj - że ich stała obecność przy matce jest konieczna. Jednej nocy w marcu - podali przykład - kiedy było z nią krytycznie i lekarz miał opory przed wykonaniem jakiegoś zabiegu, oni na niego zdecydowanie nacisnęli. I ten zabieg - mówili mi - uratował jej życie.

Teresa Torańska: Oni pilnowali lekarzy?

Adam Bielan: Patrzyli im na ręce. Różnie można to oceniać. Lekarze na pewno poddani byli dużej presji. Ale dla braci - i trzeba to zrozumieć - matka była ważniejsza niż ich komfort. Tym bardziej że w leczeniu ojca - mówili mi - popełniono błędy. Zmarł w wyniku przeziębienia, którego nabawił się - twierdzili - w szpitalu. Po katastrofie Jarosław praktycznie przeniósł się do szpitala. Bywałem tam u niego wielokrotnie i mogę panią zapewnić, że nigdy nie zauważyłem, by w stosunku do lekarzy czy pielęgniarek zachowywał się niegrzecznie.

Wróciłem do domu po dwudziestej. Byłem skrajnie wyczerpany. Zadzwoniła Monika Olejnik. Prosiła, żebym przyjechał do restauracji Polska Tradycja na Puławskiej, gdzie siedzi w większym gronie. Było 15-20 osób. Paweł Kowal, Ela Jakubiak, Janek Ołdakowski, Lena Cichocka - towarzystwo tak zwanych muzealników. Monika była wstrząśnięta. W pałacu prezydenckim - opowiadała - nikogo nie ma, jest zupełnie pusto.

Teresa Torańska: Wpisała się do księgi kondolencyjnej na całą stronę: "Panie Prezydencie, tak bardzo będzie Pana brak. Pani Mario, taka była Pani wspaniała".

Adam Bielan: Opowiadała, że na zewnątrz stoją tłumy, a w pałacu prezydent - co było, sądzę, przesadą - leży w kaplicy sam, bo warta honorowa zeszła.

Paweł Kowal poruszył sprawę pochówku prezydenta. Wcześniej w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Powtórzyłem, co usłyszałem od Jarosława kilka godzin wcześniej, że chce Leszka pochować przy ojcu na Powązkach. Od siebie dodałem, że wolą prezydenta też pewnie byłyby Powązki. Paweł twardo zaprotestował. Warszawa - powiedział - może być, ale nigdy Powązki, bo prezydent, który umarł na urzędzie, musi mieć pogrzeb państwowy, nie prywatny.

Teresa Torańska: A Powązki Wojskowe?

Adam Bielan: Wojskowe w ogóle nie wchodziły w grę, bo tam leży Bierut.

Zaczęliśmy rozważać trzy opcje. Dwie w Warszawie: archikatedra św. Jana na Starym Mieście lub świątynia Opatrzności Bożej w Wilanowie oraz Wawel w Krakowie.

Teresa Torańska: Skąd Wawel?

Adam Bielan: To idea Pawła Kowala.

Teresa Torańska: Zaprzecza.

Adam Bielan: On już w sobotę pomyślał o Wawelu. Słyszałem, jak jadąc autokarem z Witebska do Smoleńska wypytywał kogoś z kurii warszawskiej przez telefon, czy możliwy jest Wawel. Rozmowy sondażowe, jak mi potem mówiono, być może nie z samym kardynałem, ale z jego otoczeniem, lokalni PiS-owcy z Krakowa prowadzili już w sobotę po południu. Wszyscy się zgodziliśmy, że to nie powinna być świątynia Opatrzności Bożej.

Teresa Torańska: Bo?

Adam Bielan: Prezydent nie lubił świątyni. Popierał jej budowę, ale biskupi, jego zdaniem, zbyt nachalnie ją promowali. Bardzo też nie podobało mu się, że został tam pochowany - wbrew swojej woli - ksiądz Jan Twardowski. Mocno to przeżył. Poza tym uznaliśmy, że świątynia to wciąż plac budowy i Kościół ma interes w tym, żeby pochować tam prezydenta, bo potrzebuje dużych środków na jej ukończenie. Zostawały więc: archikatedra w Warszawie, gdzie pochowani są dwaj przedwojenni prezydenci, oraz Wawel, gdzie leżą Piłsudski i Sikorski. Kowal, Janek Ołdakowski i reszta "muzealników" przekonywali nas, że to musi być Wawel. Mnie przekonali. Stanęło na tym, że trzeba z Kościołem wynegocjować te dwie opcje i Jarosławowi przedstawić do wyboru.

W poniedziałek rano Jarosław przekazał nam, że wolą jego i Marty jest, żeby Leszka pochować przy ojcu, więc żeby pogrzeb odbył się na Powązkach. Koło południa przyjechałem do pałacu prezydenckiego. Poszedłem do Maćka Łopińskiego. Jego gabinet był miejscem, gdzie zawsze się zbieraliśmy. Z rozpędu wpadłem bez pukania. Siedział Maciek, Ela Jakubiak i arcybiskup Kazimierz Nycz. Cofnąłem się. Trwały negocjacje w sprawie archikatedry. Po południu do prezesa udała się delegacja. Przekonała go, że Powązki nie, i poinformowała, że prowadzą rozmowy o Wawelu i archikatedrze. Jarosław się zgodził i postawił warunek: gdziekolwiek to będzie, musi być miejsce dla dwojga. Dostaliśmy informację z negocjacji z arcybiskupem Nyczem, że w archikatedrze jest miejsce tylko dla jednej osoby, czyli dla prezydenta, a w świątyni Opatrzności dwa. Jemu bardzo zależało, żeby prezydent został pochowany w świątyni. Prawdopodobnie nie brał pod uwagę, że jednocześnie toczyły się rozmowy w sprawie Wawelu.

Teresa Torańska: Nie wiedział?

Adam Bielan: Mógł nie wiedzieć.

Teresa Torańska: Kardynał Dziwisz go nie poinformował?

Adam Bielan: Nie musiał. W poniedziałek po południu dziennikarki z dodatku krakowskiego "Gazety Wyborczej" napisały w Gazeta.pl, iż wiedzą z kurii krakowskiej, że będzie Wawel. Dopiero wtedy Jarosław zadzwonił po raz pierwszy do kardynała Dziwisza. Pytał, czy będzie tam możliwość pochowania Leszka z Marylką. Kardynał poprosił o czas do namysłu. Po jakimś czasie Jarosław zadzwonił po raz drugi i otrzymał odpowiedź twierdzącą. Spotkał się z Martą i podjęli decyzję, że Wawel.

Teresa Torańska: "We wtorek - napisał pan na swoim blogu - cały dzień siedzę z JK i Martą".

Adam Bielan: Nie cały. W nocy z poniedziałku na wtorek Leszka poddano zabiegom plastycznym, potem przekładano go do innej trumny. Jarosław asystował przy tym do rana. Potem pojechał do domu się przebrać i do matki do szpitala, a później na Nowogrodzką i do Sejmu. Podziwiałem go. Nie spał ani minuty. To był dzień pożegnalnych uroczystości w Sejmie. Maciek Łopiński z samego rana spotkał się z kardynałem Dziwiszem. Kardynał publicznie oznajmił, że zgadza się na Wawel, trwała burza medialna. Po południu Jarosław wezwał nas na Nowogrodzką. Była Marta i 10, może 12 osób. Poinformował, że jest propozycja, aby odwołać Wawel i wrócić do Warszawy, ale nie do świątyni Opatrzności, tylko na Powązki lub do archikatedry, jeśli arcybiskup Nycz zmieni zdanie i znajdzie się miejsce dla prezydentowej. Jarosław zapytał nas, czy odwołać Wawel. Spotkanie trwało około półtorej godziny. Wszyscy, poza jedną osobą, nie z PiS zresztą, wypowiedzieli się za utrzymaniem Wawelu.

Teresa Torańska: Barbarą Fedyszak-Radziejowską?

Adam Bielan: Tak, chodzi o nią. Sama dotarła do Jarosława i została na to zebranie przez niego zaproszona. Optowała za Warszawą, ale nie z powodów, o których pani myśli. Argumentowała, że Leszek był warszawiakiem, prezydentem Warszawy, Warszawa wspaniale zareagowała, jest wielkie poruszenie i możemy to stracić, bo Warszawa - jeśli pogrzeb odbędzie się w Krakowie - obrazi się. Uznaliśmy, że to żaden argument, bo Leszek był prezydentem całej Polski, Wawel jest miejscem szczególnym i skoro kardynał publicznie już powiedział, że jest możliwość pochówku na Wawelu, wycofanie się teraz pod wpływem opinii publicznej byłoby błędem. Doradzaliśmy Jarosławowi, żeby utrzymał Wawel. Wysłuchał nas, wyszliśmy, zamknął się z Martą i po półgodzinie poinformował, że podtrzymuje decyzję o Wawelu.

Teresa Torańska: Słusznie?

Adam Bielan: Generalnie tak. Ale z politycznego punktu widzenia był to pewnie błąd, bo gdyby nie Wawel, Jarosław - być może - wygrałby wybory prezydenckie. Decyzja o Wawelu została źle przyjęta przez znaczną część społeczeństwa i zaczęła podmywać atmosferę jedności. Pod pałacem stała kolejka oczekujących. Stali godzinami. Przyjechali z całej Polski. Ciągnęła się aż do placu Zamkowego. Żeby się dostać do pałacu, trzeba było stać kilkanaście godzin. Byłem tym zafascynowany. Stałem i liczyłem, ile osób mogło pokłonić się parze prezydenckiej. Policzyłem ludzi przechodzących koło katafalku w ciągu minuty, przeliczyłem to na godziny i wreszcie na dni.

Teresa Torańska: A wyznawców ojca Rydzyka pod Ministerstwem Kultury ilu stało?

Adam Bielan: Nie widziałem ich. Chodziłem po Krakowskim Przedmieściu. Ludzie czekali w kolejce do pałacu. Nie molestowali mnie, byli życzliwi.

Teresa Torańska: Stali z krzyżykami i wierszykiem Marcina Wolskiego o łajdakach, którzy nie kochali prezydenta.

Adam Bielan: Że oni tam są, nie wiedziałem - aż do afery z krzyżem. Szedłem na podest, gdzie ustawione były kamery telewizyjne, udzielałem wywiadu i jechałem na kolejny pogrzeb. W życiu nie byłem na tylu pogrzebach, co w ciągu sześciu-siedmiu dni po katastrofie. Chowałem przyjaciół. Nie mogłem się z ich odejściem pogodzić.
W siedzibie PiS doszło do spotkania w sprawie wyborów.

Teresa Torańska: Był Zbigniew Ziobro?

Adam Bielan: Nie było. W tamtym czasie w ogóle go nie widziałem. Na Nowogrodzkiej - ani razu. Uważałem, że Jarosław powinien startować, ale widziałem też wiele przeciwwskazań. Przyszedłem uzbrojony w argumenty za i przeciw. Uczciwie chciałem je zaprezentować. Wszyscy na mnie dziwnie popatrzyli.

Teresa Torańska: Bo?

Adam Bielan: Nie chodziło o dyskusję "czy", tylko "jak". Okazało się, że wszyscy uważali, że powinien startować ze względu na sytuację w partii i swoją osobistą. Bo jeżeli nie będzie uczestniczyć w kampanii, która go zajmie w całości, popadnie w kryzys. Startowaliśmy w sytuacji, kiedy nikt nie wierzył, że Jarosław ma jakiekolwiek szanse. A wiele osób mówiło nam, że przegra w pierwszej turze.

Teresa Torańska: "Fakt" to sugerował. I w dwa dni po katastrofie zaczął na prezydenta lansować Zytę Gilowską, a w zapasie miał Zbigniewa Ziobrę.

Adam Bielan: To były akcje własne redaktora Janeckiego, z nami nieuzgodnione. Paradoksem jest, że dziennikarze, tacy jak Janecki, którzy przed kampanią prezydencką uważali, że Jarosław nie ma szans, po wyborach twierdzili, że wygrałby, gdyby miał lepszych sztabowców. A potem firma Janeckiego podpisała kontrakt z klubem parlamentarnym PiS, by doradzać Jarosławowi w sprawie jego wizerunku.

Teresa Torańska: Kto wymyślił Joannę Kluzik-Rostkowską na szefa kampanii?

Adam Bielan: Ja. Uważałem, że szef kampanii będzie miał trudne zadanie, żeby przekonać prezesa do różnych rzeczy. A obserwując go przez lata, wiem, że ma trudność w odmawianiu kobietom, stąd bardzo mocna pozycja Zyty Gilowskiej, która miała z nim unikalne relacje, bardzo ją lubił, mimo dużej różnicy w poglądach.

Teresa Torańska: Zaakceptował?

Adam Bielan: Do Asi miał słabość. Dla niego było ważne, że kiedy po odejściu Mazowieckiego na szefa rządu Wałęsa mianował go redaktorem naczelnym "Tygodnika Solidarność" i w zespole wybuchł konflikt, Asia opowiedziała się po jego stronie. Mimo że jej środowisko poparło Dworaka wyznaczonego przez Mazowieckiego.

Teresa Torańska: Wierzyliście, że prezes się zmienił?

Adam Bielan: Ja tak. To, jak zachowywał się prywatnie, niewiele różniło się od tego, co prezentował publicznie. To nie było tak, że kończył orędzie do Rosjan, trzaskał drzwiami, klął, wieszał psy na Komorowskim, Tusku i kopał w drzwi.

Teresa Torańska: Był na proszkach?

Adam Bielan: Nie.

Teresa Torańska: Razem z Bronisławem Komorowskim przeszedł do drugiej tury.

Adam Bielan: I trzeba było zdobyć 50 procent wyborców lewicy. Musieliśmy ich czymś skusić.

Teresa Torańska: Wymyśliliście więc Gierka?

Adam Bielan: To był jego pomysł. Nieuzgodniony ze sztabem.

Teresa Torańska: Powiedział, że Gierek był całkiem miłym facetem i dobrym patriotą.

Adam Bielan: Sztab dowiedział się o tym z mediów. Zadzwoniłem do rzecznika Jarosława z pytaniem, skąd wzięła się ta wypowiedź. Porozmawiał z nim i oddzwonił, że Jarosław był przekonany, iż pójdzie ona tylko w lokalnej telewizji w Sosnowcu. Ale tam - mówię - stały wszystkie kamery telewizyjne, ta konferencja była transmitowana na żywo na całą Polskę, nie widzieliście? Prezes - odpowiedział - nie zdawał sobie z tego sprawy. Następnego dnia Jarosław pociągnął ten wątek, mówiąc o Oleksym, że "jest lewicowym politykiem średniostarszego pokolenia". To też było nieuzgodnione ze sztabem. I per saldo mu zaszkodziło.

Teresa Torańska: Jest bardzo dobrym mówcą.

Adam Bielan: Ale, jak Leszek, nie umie czytać z kartki i potrzebuje wielu godzin na przygotowanie się. Stosuje jednak inną metodę. Kiedy dawaliśmy mu gotowy tekst przemówienia lub tezy, on go przepisywał i w ten sposób się ich uczył. W kampanii często jednak było tak, że dostawał tekst do samochodu pół godziny przed wiecem. Byliśmy przerażeni, jak mu pójdzie, włączaliśmy telewizor i z zaskoczeniem widzieliśmy, że on prawie w stu procentach je powtarzał. Ma doskonałą pamięć. Myślałem, że byłby lepszym prezydentem niż Leszek. Bo jako doświadczony polityk wie, że prezydentura wymaga ponadpartyjności. Leszek nie mógł wyzwolić się z PiS, bo był uzależniony od brata. Jarosław nie miałby tego balastu. Kogokolwiek zrobiłby liderem PiS, osoba ta byłaby podporządkowana jemu, a nie na odwrót, jak w przypadku Leszka. Byłby więc - paradoksalnie - mniej partyjny.

Teresa Torańska: A to, że nie lubi ludzi, nie przeszkadza?

Adam Bielan: To jest inna sprawa.

Teresa Torańska: Że szukałby zemsty.

Adam Bielan: Nie mówię, że nie. Gdyby został prezydentem, podjąłby - myślał już o tym - bardzo energiczne działania zmierzające do zmiany rządu. Dla niego pozbawienie stanowiska Tuska byłoby ważniejsze niż kwestie merytoryczne. Być może zrobiłby to jeszcze przed wyborami parlamentarnymi. I gdyby się na to zdecydował, następny rząd mógłby stworzyć tylko w koalicji z PSL i SLD, Pawlaka na przykład powołując na premiera. Zobaczyłem się z nim tydzień po wyborach. Sukces wyborczy - powiedzieliśmy z Michałem - należy wykorzystać. Zaproponowaliśmy utworzenie wielkiego ruchu społecznego. W Polsce - mówiliśmy - jest duża bariera psychologiczna do wstępowania do partii, ruch może być sposobem na przyciągnięcie nowych ludzi. Myślałem o lekarzach, nauczycielach, inżynierach niezaangażowanych dotąd w życie partyjne. Zakładaliśmy, że jeśli z prawie 2 milionów osób, które podpisały się pod jego kandydaturą w wyborach prezydenckich, namówimy do ruchu co 20., będziemy mieć 100 tysięcy członków.

Ten ruch - tłumaczyłem - powinien być budowany obok PiS i nie przez działaczy PiS. Bo PiS stało się partią zamkniętą. Lokalni liderzy, obawiając się konkurencji, nie wpuszczają nowych członków. Trzeba więc w terenie wywołać rywalizację między PiS a ruchem. I ludzie z ruchu powinni zaistnieć już w wyborach samorządowych. A w wyborach parlamentarnych być może nawet zastąpić PiS. Bo miałem też pomysł na - mówiąc po angielsku: rebranding - zmianę szyldu. Szyld PiS - oceniałem - był już mocno zużyty. Namawialiśmy więc Jarosława, żeby szybko zwołał ogromny wiec, na którym ogłosi powstanie ruchu o nazwie Polska Jest Najważniejsza. Jarosław miał wcześniej dwa ważne wiece. Pierwszy na placu Teatralnym, przekształcony ze względu na powódź w imprezę charytatywną, na który przyszli głównie słuchacze Radia Maryja. I drugi w piątek przed drugą turą wyborów przed Hotelem Europejskim, tu przyszło mnóstwo młodych osób, których bym nawet nie podejrzewał, że rozważaliby głosowanie na PiS, a więc pozyskanych w trakcie kampanii.

Jarosław przyznał nam rację, koncepcję przyjął, bardzo mu się spodobała. Nagle powiedział, że wreszcie musi ujawnić prawdę o Smoleńsku. Ale jak zobaczył, że zrobiłem przestraszoną minę, dodał, żebym się nie bał. Powie tylko kilka zdań, spokojnie, bez histerii, nic złego w nich nie będzie. Potem zaczął swoje rozważania. Nie chcę - mówił, co rozumiałem i nigdy go do tego nie namawiałem - rządzić w koalicji z SLD. Musi więc w wyborach parlamentarnych zdobyć samodzielną większość.

Nie jest to wykluczone - powiedziałem - ale mało prawdopodobne. Dlatego trzeba pomyśleć o innym koalicjancie niż SLD. I on wtedy oświadczył - czego sens dotarł do mnie dopiero później - że nawet gdyby zdobył samodzielną większość, nie chce w Polsce rządzić, nie mając pałacu 
prezydenckiego. Powiedziałem, że maksymalistyczne podejście do polityki: wszystko albo nic, jest błędne ze względów taktycznych, bo polityka to sztuka układania się i zdobywania tego, co w danym momencie możliwe. I że to jest nie fair wobec wyborców, bo nie można z jednej strony głosić, że rząd Tuska jest najgorszy z dotychczasowych, a z drugiej - nie chcieć go zmienić, bo nie mamy swojego prezydenta.

Teresa Torańska: Doszło do spięcia?

Adam Bielan: Między nami nigdy nie doszło do spięcia. Była to nasza ostatnia polityczna rozmowa. Wydawało mi się, że udana. Zrozumiałem z niej, że Jarosław podjął decyzję, iż abdykuje z realnej polityki bieżącej i na razie nie chce przejąć władzy w Polsce. Planuje przeczekać pięć lat w opozycji do 2015 roku, czyli do roku wyborów parlamentarnych i prezydenckich. I liczy na to, że po czterech kolejnych latach rząd Platformy się zużyje i on zdobędzie pałac prezydencki i Aleje Ujazdowskie, czyli premiera.

Teresa Torańska: Zdobędzie?

Adam Bielan: Ma taki plan.

Teresa Torańska: Realny?

Adam Bielan: Mało. Wyjechaliśmy z Michałem na urlop i z przerażeniem czytaliśmy coraz bardziej radykalne jego wypowiedzi, a kulminacyjną dla mnie była ta, że w czasie kampanii był na tabletkach. Później ukazał się wywiad Ziobry atakujący nasz sztab wyborczy, a potem kolejny wywiad Jarosława, w którym przyznał się, że Ziobrę do tego ataku na sztab sam zainspirował. Jarosław więc - uznaliśmy - podjął decyzję o zmianie kursu o 180 stopni, popełniając duży błąd polityczny, i nie mamy już po co do niego chodzić. Michał jeszcze próbował, ale mu się nie udało. A ja nawet 
nie próbowałem.

Teresa Torańska: Prezes przystąpił do czystki, szykując się do wielkiego skoku?

Adam Bielan: Zawsze kierował się zasadą: dziel i rządź oraz zawsze utrzymywał balans między grupkami w PiS, bo trudno je nazwać frakcjami. Wiem, bo od wielu lat go obserwowałem. Polegało to na tym, że kiedy jedna grupka w partii była silniejsza, stawiał na drugą, a jak osłabła, przywracał do łask.

Na początku, sądzę, nie chciał Asi Kluzik-Rostkowskiej wyrzucać, tylko pokazać jej miejsce w szeregu. Asia była szefem kampanii wyborczej, zebrała za nią bardzo dobre recenzje, więc uznała, że to jej sukces i uwierzyła w siebie. A Jarosław uznał, że może to być dla niego groźne.

Teresa Torańska: Że go wygryzie?

Adam Bielan: Przestraszył się jej ambicji politycznych. A że jest bardzo podejrzliwy, najmniejsze symptomy wyolbrzymia. Asia nie dała się zmarginalizować, to ją wyrzucił. Wyrzucona została Asia, Ela, Poncyljusz, zmuszony został do odejścia Paweł Kowal. Bo sam by nie odszedł.

Teresa Torańska: Jak zmuszony?

Adam Bielan: Prosto. Prezes opowiadał półpublicznie złe i nieprawdziwe rzeczy o nim. Paweł napisał ostry list do Jarosława, a ten mu nie odpowiedział, więc Paweł wyszedł z PiS. On nie wierzył, że my z Michałem także opuścimy PiS. Myślał, że będziemy się trzymać mandatów w europarlamencie. Z punktu widzenia naszych interesów lepiej było zostać, elekcję kolejną mielibyśmy zapewnioną i on by nas z list nie skreślił, bo mieliśmy mocne okręgi PiS-owskie za sobą. On by nas trzymał i co jakiś czas wyciągał, żeby nami poszczuć Ziobrę.

Teresa Torańska: Na zasadzie jo-jo? Góra - dół.

Adam Bielan: Uwielbia takie rozgrywki wewnątrzpartyjne, one go fascynują. Niech pani zapyta o to Pawła Kowala. Paweł najlepiej pani opowie o jego fascynacjach rozgrywkami w partii bolszewickiej.

 

Autorka przez kilka tygodni próbowała bezskutecznie autoryzować wywiad. Mimo licznych prób Teresy Torańskiej Adam Bielan unikał odpowiedzi i nigdy nie wskazał, co chciałby zmienić w tekście. Dopiero kiedy redakcja "Newsweeka" zdecydowała się na publikację wywiadu, zakwestionował cały tekst i zasypał autorkę oraz redakcję oświadczeniami zakazującymi publikacji i pismami, w których grożono nam procesami.