Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Paweł Piotr Wieczorkiewicz

Kampania 1939 roku

2001

 

(...)

 

BILANS KAMPANII

Spór o adekwatną nazwę wojny polsko-niemieckiej i polsko-sowieckiej trwa niemal od jej zakończenia. Niemcy ukuli slogan, że działania trwały 18 dni, co po 1945 r. z radością podchwyciła propaganda i historiografia PRL, gdyż dokumentował wyraziście, w duchu ocen Mołotowa, "bankructwo burżuazyjnego państwa polskiego". Z czasem rozpoczęto używać terminu "kampania wrześniowa", także nośnego propagandowo, odwracał bowiem uwagę od walk Grupy Operacyjnej "Polesie" przeciwko obydwu najeźdźcom. Zastąpiono go potem określeniem "wojna obronna", zgodnym z tzw. marksistowską metodologią historii. Wydaje się, że pierwszy do historycznej prawdy zbliżył się Leszek Moczulski, który swą znakomitą, wydaną w 1972 r. i wycofaną natychmiast potem ze sprzedaży monografię zatytułował Wojna Polska.

Wraz z kapitulacją ostatniego walczącego polskiego zgrupowania operacyjnego - grupy gen. Kleeberga - kampania 1939 r. dobiegła końca. W ciągu 5 tygodni, czyli 35 dni, armia, broniąca niepodległości i suwerenności Rzeczypospolitej, została doszczętnie rozbita. W walkach z Niemcami straty wyniosły ok. 70 000 poległych, w tym 3300 oficerów (z tego 67 177 mogił udało się zewidencjonować na terenie Polski w jej obecnych granicach). Rannych zostało 133 000 żołnierzy, w tym 6700 oficerów. Tak wielka liczba zabitych wynikała po części z braku elementarnej pomocy medycznej, której udzielić mógł ewentualnie tylko przeciwnik. Do niewoli niemieckiej dostało się ok. 420 000 ludzi, z tego ok. 10 000 zmarło lub zostało zamordowanych.

Wedle szacunkowych danych opór przeciwko bolszewikom kosztował ok. 6000-7000 zabitych i zamordowanych, oraz - jak podawały zawyżone sprawozdania RKKA - 575 000 jeńców (w tym 240 000-250 000 z formacji regularnych). Rozróżnienie to jest o tyle istotne, że Sowieci brali do niewoli junaków Przysposobienia Obronnego, a także wszystkich umundurowanych funkcjonariuszy państwowych: policjantów, strażaków, kolejarzy, pracowników poczty, a nawet harcerzy. Część z nich, zwłaszcza Ukraińców, Białorusinów i innych mieszkańców Kresów, po uprzedniej filtracji zwolniono na mocy decyzji Biura Politycznego KC WKP/b/, a ponad 40 000 przekazano Niemcom; pozostałych oddano pod czujną opiekę NKWD. Jak wiadomo, co najmniej 22 000 jeńców, przede wszystkim oficerów, trafiło później przez obozy w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku do Katynia, Miednoje, Charkowa i innych miejsc masowego ludobójstwa. 

Na polu walki, od kul niemieckich, padło czterech generałów: Bołtuć, Grzmot-Skotnicki, Kustroń i Wład; piąty, Olszyna-Wilczyński, zginął z rąk Sowietów. Wielu wyższych oficerów, jak płk Dąbek czy kpt Raginis, po wyczerpaniu wszystkich możliwości obrony, przedłożyło samobójczą kulę nad niewolę. Obóz jeniecki, zwłaszcza sowiecki, nie dawał jednak wcale szansy przeżycia. W katyńskiej hekatombie zginęli m.in. dowódcy Wielkich Jednostek i samodzielnych grup: generałowie Kazimierz Orlik-Łukoski (Grupa Operacyjna "Jasło"), Konstanty Plisowski, Franciszek Sikorski, Skuratowicz i Smorawiński oraz pułkownicy Schwarzenberg-Czerny, Szafran, Alojzy Wir-Konas (38. DPRez.) i Kazimierz Żelisławski (dowódca Nowogródzkiej BK po Andersie). Nie oszczędzono również ciężko rannych, zagarniętych w szpitalach pułkowników Druckiego-Lubeckiego i Kosseckiego. Dalecy od przestrzegania konwencji międzynarodowych byli także Niemcy. Płk Stanisław Kalabiński, dowódca doskonale bijącej się w kampanii 55. DPRez., został oskarżony o rzekome zbrodnie wojenne, wywieziony z oflagu w Rotenburgu do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, a później wydany Gestapo i stracony. Pretekstem stał się incydent, jaki wydarzył się 9 września w Stopnicy, gdzie zniszczono w obustronnej walce autobus niemiecki z orkiestrą pułkową 5. Dywizji Pancernej. Płk. Morawski, były referent Wydziału "Niemcy" II Oddziału Sztabu Głównego, który trafił do obozu jenieckiego II D Gross Born, za udział w tajnej organizacji konspiracyjnej został zgładzony w 1944 r. Z kolei płk. Furgalskiego, zwolnionego zgodnie z podpisaną konwencją z niewoli po kapitulacji twierdzy Modlin, uwięziono i osadzono, jako rannego, w szpitalu w Tworkach, gdzie zmarł w niespełna miesiąc po zakończeniu kampanii.

Z pogromu ocalało ok. 80 000 oficerów i żołnierzy, którzy przeszli, najczęściej z myślą o dalszej walce, do krajów neutralnych, przede wszystkim na Węgry i do Rumunii oraz na Litwę i Łotwę. Większości udało się później przedrzeć na Zachód bądź, po okupacji krajów nadbałtyckich przez Sowietów, trafić do Armii Polskiej w ZSRS.

Z użytych w walkach ok. 450 samolotów (w trakcie kampanii nadeszły niewielkie uzupełnienia z zapasów) ponad 100 udało się ewakuować do Rumunii i kilkanaście na Węgry i Litwę, stracono zatem ok. 330 maszyn (z tego ok. 100 w powietrzu, część od ognia własnych jednostek). W podobny sposób uratowano ok. 100 z ponad 500 czołgów (wiele zostało porzuconych z braku paliwa). Marynarka utraciła wszystkie okręty (z wyjątkiem podwodnych) użyte w obronie wybrzeża.

Straty przeciwników, choć o wiele niższe, były również poważne. Niemcy okupili zwycięstwo nad Polską 16 343 poległymi, 5058 zaginionymi i 27 640 rannymi oficerami i żołnierzami, Sowieci zaś - od 2500 do 3000 poległymi (według oficjalnych, zaniżonych danych - 996 zabitych i 2002 rannych). Agresorzy utracili także znaczne ilości sprzętu bojowego: Wehrmacht - łącznie 674 czołgi, 319 samochodów pancernych (z tego część została następnie wyremontowana), Luftwaffe - 521 samolotów zniszczonych i ciężko uszkodzonych (z tego 330 bezpowrotnie), w tym w akcji - ponad 230, czyli po 27% stanu wyjściowego, Kriegsmarine - 1 trałowiec i pewną liczbę samolotów, natomiast Armia Czerwona - ok. 150 wozów bojowych wszystkich typów i do 20 samolotów.

Wrażenie, jakie w społeczeństwie, ponoszącym skutki nieznanej wcześniej wojny totalnej, wywołał jej przebieg i finał, było porażające. Poczucie klęski i skrajny pesymizm co do własnej przyszłości pogłębiała zarówno dobrze zapamiętana optymistyczno-patriotyczna propaganda, uprawiana jeszcze w sytuacji bezpośredniego wojennego zagrożenia, jak pospieszna ewakuacja naczelnych władz państwowych z Warszawy, a następnie z kraju, czego ogół nie pojmował, wreszcie przemyślana działalność obydwu okupantów, którzy w kontrolowanych przez siebie prasie i specjalnych okolicznościowych publikacjach polskojęzycznych jątrzyli świeże rany, licząc, że piętnowanie prawdziwych i przede wszystkim rzekomych błędów i przewin II Rzeczypospolitej osłabi wśród Polaków ducha potencjalnego oporu. Rangę ponurego epitafium zyskały wyrwane z kontekstu słowa marszałka Rydza-Śmigłego, który w obliczu zbliżającej się wojny oświadczył: "Nie oddamy guzika". Ponieważ w ślad za prezydentem, premierem i marszałkiem do Rumunii i na Węgry podążyły tysiące wojskowych rozbitków i cywilnych uciekinierów, w rozgoryczonym, we własnym przeświadczeniu wydanym na łup Niemców i Sowietów społeczeństwie narodził się - jako fałszywy symbol ucieczki politycznych elit - mit "szosy zaleszczyckiej", którą do zbawczej granicy podążały rzekomo tysiące rządowych limuzyn. Hołubiła go przez lata komunistyczna propaganda, pragnąc uwiarygodnić tezę Mołotowa o rzekomym "rozpadzie" polskiej państwowości i zakwestionować ciągłość jej legalnych władz.

 

Fragment listu pożegnalnego oficera II Oddziału (wywiadowczego) sztabu Grupy Operacyjnej "Piotrków", mjr. dypl. Cezarego Niewęgłowskiego, który 7.09. popełnił samobójstwo:

Byłem żołnierzem z zamiłowania, nie dla kawałka chleba, byłem patriotą, może gwałtownym w swej ambicji, ale szczerym. Wierzyłem w swych wodzów, ale głęboko się zawiodłem. Przegranie wojny w pięć dni przez państwo o 34 mln ludzi - to klęska, nie wojenna, lecz moralna. [...] Wykazała naszą nieudolność organizacyjną, brak przewidywania, a przy tym pyszałkowatość i bezdenną pewność siebie [...]. Przez te kilka dni byłem na froncie świadkiem bohaterstwa i waleczności naszego żołnierza i nieudolności dowódców. Czy znowu mamy prosić francuskich dowódców batalionów, żeby nas uczyli dowodzenia?...

(Cyt. P. Stawecki, Oficerowie dyplomowani wojska Drugiej Rzeczypospolitej, Wrocław 1977, s. 192)

 

Wojna, zgodnie z definicją wielkiego pruskiego teoretyka wojskowości, gen. Karla von Clausewitza, jest kontynuacją polityki innymi środkami. Wrześniowa klęska w 1939 r. była zatem skutkiem nie tyle słabości militarnej II Rzeczypospolitej, ile wynikiem prowadzonej przez nią polityki zagranicznej, i jeśli w ogóle popełniono błąd, to tkwił on właśnie w tej sferze. Jerzy Łojek w 1979 r. w swej Agresji 17 września 1939, a ostatnio Grzegorz Górski w pracy Wrzesień 1939. Rozważania alternatywne, postawili tezę o wyborze konkurencyjnej koncepcji politycznej, sprowadzającej się do przyjęcia warunków Hitlera, regulujących na nowych zasadach stosunki polsko-niemieckie. Wielu historyków podnosi często argument, że na takie rozwiązanie nie zezwoliłaby opinia publiczna. Jako dowód przytaczana bywa chętnie opinia ambasadora Łukasiewicza, który stwierdził w rozmowie z Szembekiem: "gdybyśmy w marcu byli oddali Gdańsk i autostradę [...] przy nastrojach, jakie w kraju panowały, Rząd upadał, a powstałby Rząd obecny [gen. Sikorskiego]. Byłyby w kraju rozruchy, po czym weszliby Niemcy i Sowieci". Pogląd to fatalistyczny i nie mający wiele wspólnego z ówczesną rzeczywistością. W państwie autorytarnym, jakim była II Rzeczypospolita, głos społeczeństwa nie był i nie mógł być czynnikiem decydującym. Ponadto na stosunki polsko-niemieckie nie można patrzeć z perspektywy resentymentów 1945 r. Należy też pamiętać, że w analogicznej sytuacji władze państwowe Węgier, Rumunii czy Finlandii potrafiły w odpowiednim czasie przyjąć w swojej polityce opcję niemiecką. Sojusz Warszawy i Berlina niewątpliwie odmieniłby diametralnie sytuację międzynarodową, zapewne bardziej niż pakt Ribbentrop-Mołotow. Paradoksalne, ale odrzucenie niemieckich propozycji uratowało od podporządkowania III Rzeszy nie tylko Europę, ale w pierwszym rzędzie Związek Sowiecki.

Przyjęcie gwarancji brytyjskich pozbawiło politykę polską swobody manewru i spowodowało otwarty konflikt z Niemcami, jednak - do momentu uzyskania przez nie reasekuracji w Moskwie - niekoniecznie zbrojny. Po 23 sierpnia, gdy wojna stała się nieuchronna, losy Polski zależały od wypełnienia przez aliantów zobowiązań sojuszniczych. Zażarta walka miała jednak sens strategiczny i polityczny. Niemcy, z powodu przeciągnięcia się kampanii, a także konieczności odnowienia zapasów i remontów zużytego i uszkodzonego sprzętu, zmuszeni zostali do poniechania planowanej przez Hitlera jesiennej ofensywy na Zachodzie. Polacy wypełnili tym samym zobowiązania sojusznicze - wygrali dla swoich sprzymierzeńców bezcenny czas. To, że nie został on należycie wykorzystany, obciąża sumienia francuskich i brytyjskich polityków i wojskowych. Ofiarę Polski zaprzepaszczono wiosną 1940 r. podczas kampanii na Zachodzie. Nie stała się jednak całkowicie bezcelowa, Brytyjczycy bowiem wytrwali w oporze, stwarzając szansę odwrócenia biegu wojny.

Wojsko Polskie nie miało w narzuconej konfiguracji strategicznej szans na zwycięskie odparcie niemieckiej napaści. O wyniku kampanii zadecydował ostatecznie 17 września. Można domniemywać, w jakim stopniu przystąpienie ZSRS do wojny przesądziło o biernej postawie aliantów. W sferze hipotez pozostaje pogląd wyrażony przed laty implicite przez Leszka Moczulskiego w jego Wojnie Polskiej, że możliwa byłaby dłuższa obrona na "przedmościu rumuńskim", gdyby nie nastąpiła agresja sowiecka. Utrzymanie go do wiosny wydaje się o tyle wątpliwe - nawet zakładając dostawy sprzętu z Zachodu - że Niemcy dołożyliby z pewnością starań, aby za wszelką cenę zdławić opór. Jednak przedłużenie kampanii, nawet o kilka tygodni, przyniosłoby podwójny skutek: jeszcze większe straty i zniszczenia, ale i o wiele bardziej uporządkowany charakter odwrotu do Rumunii i na Węgry.

Decyzja o faktycznym zaniechaniu walki z bolszewikami i nie wypowiedzeniu wojny Związkowi Sowieckiemu, poza doniosłymi konsekwencjami politycznymi, prawnymi i propagandowymi - gdy w 1941 r., w zmienionych warunkach, doszło do rokowań, postawiło to stronę polską na niedogodnej płaszczyźnie, czego oczywiście Sowieci nie omieszkali wykorzystać - miała i skutki praktyczne. Zorganizowana obrona, nawet za cenę większych strat, osłoniłaby ewakuację Kresów Wschodnich i oznaczałaby ocalenie, w biologicznym tego słowa znaczeniu, nie tyle przed niemiecką okupacją, co przed Katyniem, Łubianką i Sybirem dziesiątków, a może i setek tysięcy obywateli RP. O tym, że miała szanse powodzenia, świadczy przebieg działań wojennych, który obnażył wszystkie braki RKKA. Zawiodła mobilizacja, zarówno ludzi, jak i sprzętu, kulał transport i logistyka, a źle dowodzone wojska sowieckie wszędzie tam, gdzie napotykały przeciwdziałanie, biły się wręcz bojaźliwie. Tym niemniej samorzutny, desperacki opór na Wschodzie, zwłaszcza że w walkach brali udział liczni ochotnicy cywilni, i tak zadał kłam sowieckiej propagandzie o "wyzwolicielskim marszu Armii Czerwonej" i zaświadczył niezbywalne polskie prawa do Kresów.

Z tego, że armia polska wygrać kampanii przeciwko całej potędze niemieckiej nie może, zdawał sobie sprawę Naczelny Wódz i szef sztabu. Marszałek Śmigły w rozmowie z prymasem kardynałem Augustem Hlondem jesienią 1938 r. był pełen głębokiego pesymizmu: "Wobec ogromnej przewagi armii niemieckiej i jej środków technicznych, będziemy w wojnie regularnej pobici i walkę dłuższą będziemy mogli prowadzić tylko w formie partyzantki". Ponieważ "Francja jest nieprzygotowana do wojny wskutek tego będzie także pobita". Nadmiernych złudzeń nie żywili również najbliżsi współpracownicy marszałka, świadomi dysproporcji sil i wojskowej potęgi III Rzeszy. Płk Jaklicz wyraził swą opinię co do losów przyszłej wojny z żołnierską lakonicznością: "dostaniemy w dupę!".

Polemiki wokół przebiegu działań dotyczą zatem nie tyle powodów klęski, ta bowiem w zaistniałych warunkach geopolitycznych była nieuchronna, ile okoliczności, w jakich do niej doszło. Kanwą podejmowanych od 1939 r. dyskusji w tej płaszczyźnie jest pytanie, czy można było drożej sprzedać krew żołnierską, jak określił to lapidarnie kpt dypl. Felicjan Majorkiewicz. Do poglądu tego przychylił się po skrupulatnej analizie kampanii, jej najwybitniejszy, niekwestionowany znawca i analityk, płk Marian Porwit, stwierdzając, że wojna 1939 r. "została przegrana nie na miarę sił zbrojnych państwa o trzydziestopięciomilionowej ludności, zwłaszcza jeśli idzie o charakter i rozmiar walk".

Bardziej satysfakcjonujący wynik wymagał, oprócz przyjęcia najbardziej racjonalnego planu obrony, spełnienia przez stronę polską kardynalnego warunku - perfekcyjnego dowodzenia. Panowanie niemieckie w powietrzu paraliżowało możliwości, jakie stwarzało manewrowanie po liniach wewnętrznych, a użycie na znacznie szerszą skalę transportu motorowego dawało przeciwnikowi możność szybszego przemieszczania i skupiania swych sił. Innymi słowy, w tych warunkach dowódcy polscy nie mogli sobie pozwolić na jakikolwiek błąd, gdyż nie tylko nie dawało się go już naprawić, ale, co gorsza, pociągał za sobą kaskadowe skutki w czasie i przestrzeni.

Dowodzenie na wysokim szczeblu po stronie polskiej stało tymczasem na relatywnie niskim poziomie i okazało się bodaj najsłabszym elementem wojska. Zwracali na to uwagę już przed wojną Francuzi. Potwierdziła się też, niestety, ich trafna diagnoza co do osoby Naczelnego Wodza, który na pewno wykazał w kampanii większe przymioty charakteru - przede wszystkim bezgraniczny spokój i opanowanie - niż intelektu. Była już mowa o błędach popełnionych przez marszałka Rydza-Śmigłego w sposobie organizacji dowodzenia, przede wszystkim zaś nadmiernej centralizacji i tendencji do ingerencji w rozkazodawstwo na poziomie dywizji i brygad, niemal zawsze spóźnione i nieadekwatne do sytuacji. Stało się tak, ponieważ - jak zauważył płk Porwit - marszałek "wziął na siebie obowiązki ponad siły, i to bez prawidłowej pomocy sztabu".

Jeśli trudno mieć do Naczelnego Wodza pretensje o taką, a nie inną obsadę wyższych dowództw w chwili rozpoczęcia kampanii, ponieważ opinie z czasu pokoju nie muszą sprawdzać się na wojnie, to jego dalsze decyzje personalne były wprost zadziwiające. Niewykorzystanie w żadnym określonym charakterze aż do 10 września gen. Sosnkowskiego, pomimo jego natarczywych próśb, wręcz zdumiewa, oburza zaś powierzenie Dębowi-Biernackiemu, skompromitowanemu doszczętnie jako dowódca i oficer w początkowym etapie kampanii, kluczowego stanowiska w kolejnej jej fazie. W bitwie pod Tomaszowem Lubelskim, gdy jego chaotyczne dowodzenie doprowadziło do kryzysu, ponownie zbiegł z pola walki, dając dowód me tylko braku kompetencji, ale i tchórzostwa. Podobnie rzecz miała się z gen. Fabrycym, który, zasłaniając się rzekomą chorobą, nie tylko porzucił swe wojska, ale i faktycznie oddał dowodzenie. Nic dziwnego, że obarczenie go funkcją koordynatora obrony na "przedmościu rumuńskim" wywołało niedowierzanie oficerów sztabu Naczelnego Wodza, wprowadzonych nieco w wydarzenia na froncie. Zarzut zbytniej pobłażliwości, a właściwie nieumiejętności oceny ludzi, dotyczy także gen. Stachiewicza, który wiedząc o karygodnym, kwalifikującym się wręcz do rozpatrzenia przez sąd wojenny, postępku gen. Rómmla, powierzył mu kolejne zadanie, i to pierwszorzędnej wagi: dowodzenie Grupą Armii "Warszawa".

 

Uwagi gen. Tadeusza Kutrzeby o dowodzeniu w czasie kampanii 1939 r:

Trudności dowodzenia niedozbrojonego w wojnie z nowocześnie uzbrojonym przeciwnikiem są tak wielkie, że zmuszają wszystkich dowódców operacyjnych do działań prymitywnych, ordynarnych. Każda bowiem bardziej złożona operacja może utknąć na nie dających się usunąć brakach w technice dowodzenia. Trudności te są tym większe, jeżeli między Naczelnym Dowództwem a armiami i między dowództwami armii a dywizjami piechoty nie ma dowództw pośrednich. [...] Wszelkie przegrupowania, planowe odwroty, zwroty manewrowe, rekoncentracje były dla nas - prymitywnie uzbrojonych - za trudne. Tam, gdzie operowaliśmy prymitywnie, jak np. w obronie przygotowanej, albo nawet tylko zaimprowizowanej, rozmieszczonej w masywnych osiedlach, jak Warszawa, Modlin, Hel, czy Westerplatte, podołaliśmy zadaniu mimo ognia, którego w innych warunkach nie potrafiliśmy znieść przez czas dłuższy.

(T. Kutrzeba, Wojna bez walnej bitwy [w:] Wrzesień 1939 w relacjach i wspomnieniach, [Warszawa 1989], s. 372 i 365)

 

Niezbyt pochlebnie wygląda również ocena stylu dowodzenia na szczeblu związków operacyjnych. Do Dęba i Rómmla, zasługujących na sąd polowy, i nieco tylko mniej obciążonego Fabrycego, należałoby dodać jeszcze gen. Bortnowskiego, winnego klęski w dwóch wielkich bitwach. Nie sprawdził się też Młot-Fijałkowski, a na ocenę najwyżej dostateczną zasłużył Piskor. Co ciekawe, wszyscy oni, z wyjątkiem Rómmla, byli legionistami, przez lata faworyzowanymi ponad swe możliwości intelektualne, a często i predyspozycje charakterologiczne. Honoru podkomendnych Piłsudskiego bronił w kampanii na najwyższych szczeblach jedynie gen. Sosnkowski, dowodzący - jak na warunki, w których przyszło mu działać - przytomnie i potrafiący samemu iść do bitwy, a nie od niej uciekać.

O wiele lepiej wypadli oficerowie byłych armii zaborczych, którzy zostali żołnierzami nie ze szlachetnego odruchu patriotycznego, a drogą normalnej kariery zawodowej, wspartej ukończeniem szkół oficerskich i wojskowych akademii. Kontradmirał Unrug, choć można mieć zastrzeżenia do niektórych jego decyzji w kwestii operacyjnego użycia floty, sprawował dowództwo nad całością obrony wybrzeża nad wyraz poprawnie. Gen. Przedrzymirski nie ustrzegł się błędów, ale też najdłużej potrafił utrzymać i prowadzić swoje kilkakrotnie rozpraszane wojska. Gen. Kutrzeba stał się jednym z symboli wojny 1939 r. dzięki "zwrotowi zaczepnemu" nad Bzurą, w związku z czym ocena jego dowodzenia bywa zwykle przesadnie optymistyczna. Tymczasem potwierdziły się wszystkie opinie podkreślające nad podziw zgodnie wielkie walory intelektu i wybitny zmysł operacyjny generała, i kwestionujące równie ważne dla dowódcy wysokiego szczebla cechy osobowe. Miękki i ustępliwy, nie potrafił z całą konsekwencją przeprowadzić swego planu, co doprowadziło do największej klęski w kampanii, której rozmiary mogły być o wiele mniejsze, a pośrednie z niej korzyści dla strony polskiej - większe. Gen. Kleeberg zasłużył na miejsce w narodowym panteonie nie tyle dzięki sukcesom na polu walki, bitwa pod Kockiem bowiem miała znaczenie li tylko symboliczne, co determinacją w realizacji przedsięwziętego zadania, w czym okazał to, czego zabrakło Kutrzebie - charakter. Jego dowody, i to najwyższej próby, dali dwaj generałowie wywodzący się z armii rosyjskiej - Szylling i Thommee. Dowódca Armii "Kraków" dowodził wojskiem z wielką rozwagą, unikając rozwiązań ryzykanckich, a wybierając optymalne. Dzięki temu, tylko kilkakrotnie oskrzydlany i otaczany, zdołał przeprowadzić swe wojska - bez efektownych, ale przegranych wielkich bitew - znad granicy aż na Lubelszczyznę, wypełniając w ten sposób najskrupulatniej instrukcje Naczelnego Wodza. Gen. Thommee dokonał sztuki równie wielkiej: zebrał w garść rozbite moralnie dywizje, wydobył je z katastrofalnego położenia i natchnął takim duchem, że nie ustąpiły przeciwnikowi do końca kampanii.

Dowodzenie grupami operacyjnymi było nad wyraz trudne. Generałowie, którym je powierzono, nie posiadając odpowiednich sztabów, a często obejmując doraźnie zebrane oddziały podczas trwania kampanii, nie mieli ani niezbędnego wsparcia, ani wiedzy na temat stanu i możliwości swych wojsk. Gen. Skwarczyński w pierwszych dniach wojny był dowódcą Korpusu Interwencyjnego, następnie Grupy "Wyszków" i Grupy Operacyjnej w Armii "Prusy". Skutki podobnej improwizacji okazały się fatalne. O podobnym przypadku pisał płk Prugar-Ketling, komentując rozkazy swego zwierzchnika, gen. Orlika-Łukoskiego: "Bezsilna wściekłość ogarnęła mnie w pierwszym rzędzie na dowództwo grupy operacyjnej, które już po raz trzeci w tej kampanii przez swoje niedołęstwo wpakowało mnie w bardzo głupią i ciężką sytuację". Najlepiej na tym tle wypadł gen. Stanisław Jagmin-Sadowski, choć pełen temperamentu nie zawsze zgadzał się z gen. Szyllingiem; dobrze - generałowie Abraham, który jednak zapisał się w historię kampanii przede wszystkim jako bojowy dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii i Wincenty Kowalski, który musiał łączyć obowiązki dowódcy grupy i 1. Dywizji Piechoty Legionów. Na uznanie zasłużył też dowódca obrony Warszawy gen. Czuma, który w jej trakcie miewał do czynienia nie tylko z Niemcami, ale i gen. Rómmlem. Wbrew lansowanym ostatnio hagiograficznym opiniom, gen. Anders nie może natomiast wpisać swego dowodzenia w 1939 r. w poczet szczególnych osiągnięć, gdyż stało poniżej średniej. Podobnie plasował się Grzmot-Skotnicki (Grupa Operacyjna "Czersk") i kilku innych.

Z dowódców Wielkich Jednostek godnymi najwyższych laurów okazali się pułkownicy: Maczek, jeden z nielicznych, który nie dał się do końca rozbić przeciwnikowi, Prugar-Ketling, który odniósł jedno z najpiękniejszych zwycięstw w kampanii, Epler, bijący i bolszewików, i Niemców, gen. Podhorski, walczący nieprzerwanie od 1 września do 5 października, oraz ci dowódcy, którzy dzielili los swych żołnierzy do ostatniego naboju, jak polegli generałowie Kustroń i Wład oraz pułkownicy Klaczyński i Dąbek. Żołnierską powinność w obronie Warszawy powyżej przeciętnej spełnili gen. Juliusz Zulauf (5. DP) i płk Porwit. Szczególnie piękną, a mało znaną kartę, zapisał gen. Orlik-Rückemann, jedyny dowódca polski, który potrafił wziąć na siebie cały ciężar symbolicznej walki z Sowietami.

Wyjątkowo trudne warunki dowodzenia powodowały, że ci, którzy potrafili z najwyższym kunsztem odeprzeć pierwsze ataki niemieckie - jak pułkownicy Filipowicz, Gaładyk czy Lawicz-Liszka - w dalszych odwrotowych fazach działań nie umieli już wydobyć ze swych wojsk równie wielkiego poświęcenia. Świadczyć to może też o tym, że zarówno bitwa pod Mokrą i w lesie Ostrowy, jak walki nad południową granicą czy wreszcie obrona Mławy były wyczynami ponad możliwości fizyczne wykrwawionego żołnierza i odporność psychiczną jego najwyższych przełożonych.

Charakterystyczne, że przykład - dobry i zły -szedł z góry. W armiach generałów Szyllinga i Thommeego, generałowie Leopold Cehak (dowódca 30. DP, Słoweniec z pochodzenia, źle mówiący po polsku), Mond i Zygmunt Piasecki oraz pułkownicy Kalabiński, Władysław Powierza (23. DP) i Antoni Staich (następca Dojana-Surówki w 2. DPLeg.), wypełniając swe obowiązki na miarę środków i możliwości, pozostali ze swymi żołnierzami do końca. Na odnotowanie zasługują również i ci dowódcy, którzy w katastrofie nad Bzurą potrafili zachować zorganizowany charakter swych jednostek i wyprowadzić je z kotła. Byli to, oczywiście poza wspomnianym już Abrahamem, generałowie Franciszek Alter (25. DP), Zygmunt Przyjałkowski (15. DP) i płk Ludwik Strzelecki (Podolska BK).

Odmiennie niż w Armii "Kraków" było u Rómmla, Dęba-Biernackiego i Bortnowskiego. W Armii "Łódź" wojska opuściło aż trzech dowódców: wspominani już generał Bończa-Uzdowski oraz pułkownicy Hanka-Kulesza i Dojan-Surówka. Dowódca 28. Dywizji Piechoty, "który drapnął do Warszawy", odnalazł się po kilku dniach w Modlinie, gdzie z łaski gen. Thommeego został przywrócony, jedynie nominalnie, na dawne stanowisko. Opamiętał się także Hanka-Kulesza, oficer o świetnej tradycji z Legionów (był uczestnikiem legendarnego "patrolu Beliny" w 1914 r.), zapisując ładną kartę w końcowym etapie kampanii. Dojan-Surówka, który, choć miał "przeszłość bojowo dobrą", uchodził za człowieka "wygodnego", któremu "nic się nie chce robić", odznaczający się do tego "lenistwem pracy, a nawet myślenia", nie okazał się, jak spodziewał się płk Rowecki, dobrym dowódcą dywizji; przeciwnie - był jednym z pierwszych wojskowych, którzy znaleźli się poza granicami RP, i to jeszcze przed uderzeniem sowieckim. Zagubili się w większości również podkomendni Dęba-Biernackiego, bijąc się źle i bez przekonania, jak gen. Paszkiewicz i płk Oziewicz, pierwszy skarżący się na niedomagania sercowe, drugi lekko draśnięty, zdradzali chęć jak najszybszego oderwania się nie tylko od przeciwnika, ale i swoich, pozostawionych samopas żołnierzy. Błędy w dowodzeniu popełniali też za przykładem swego dowódcy - a w wypadku osobiście dzielnego gen. Bołtucia, niejako wbrew niemu - niemal wszyscy wyżsi oficerowie Armii "Pomorze": generałowie Juliusz Drapella (27. DP) i Grzmot-Skotnicki oraz pułkownicy Tadeusz Lubicz-Niezabitowski (4. DP) i Świtalski.

Oceny oficerów i żołnierzy Września nie sposób ująć w jednoznacznej alternatywie: bohaterowie i tchórze. O wiele częściej prawda o kampanii mieści się w dramacie konieczności podejmowania niewykonalnych zadań i próbach wypełniania nierealnych rozkazów. Żołnierz, gdy był właściwie dowodzony i miał szansę stawienia skutecznego oporu, bił się dobrze, a nawet świetnie. W ekstremalnie trudnych warunkach zdarzały się przypadki graniczącego z fanatyzmem bohaterstwa: walka obsad Węgierskiej Górki, Borowej Góry, Wizny i Tynnego, obrona Warszawy, Lwowa i Wybrzeża, postawa Wołyńskiej BK w pierwszych dwóch dniach wojny, szaleńcza odwaga kawalerzystów gen. Abrahama w odwrocie znad Bzury, bitność 11. DPK w Lasach Janowskich, odporność 1. DPLeg., zwanej przez Niemców z szacunkiem "żelazną", na jej długim wojennym szlaku od Wilna po Tarnawatkę i Krasnobród, odyseja zgrupowania KOP i GO "Polesie" oraz oczywiście niezmiennie nieugięta postawa 10. BKZmot. Były też równie liczne przykłady niezrozumiałego pozornie załamania całych jednostek, takich jak klęska 8. i 20. DP w odwrocie spod Mławy, rozsypanie się Wileńskiej Brygady Kawalerii na przeprawach przez Wisłę czy 3. DPLeg. pod Iłżą. Wiele zależało od dwóch czynników: umiejętności i woli walki dowódców oraz momentu, w którym nadchodził kryzys. Rozprzężenie i dezorganizacja zdarzały się bowiem częściej w pierwszym etapie kampanii, gdy mimo wszystko szanse były bardziej wyrównane, niż w ciężkich walkach odwrotowych pod jej koniec, kiedy zwykle bito się - nawet bez żadnych szans na sukces - aż do wyczerpania wszystkich możliwości, dla honoru. Tłumaczyć to trzeba okrzepnięciem wojska, które mniej nerwowo reagowało już i na nieprzyjacielskie samoloty nad głowami, i na czołgi za plecami czy przed sobą.

Hitler, oceniając wnioski płynące z kampanii, stwierdził, że "gdyby Polska miała broń przeciwpancerną, zwycięski pochód nie byłby możliwy". Istotnie, kliny czołgowe, a także lotnictwo, odegrały w niej rolę decydującą. O druzgocącej przewadze materiałowej Wehrmachtu, tak bardzo niedocenianej przez polskie Naczelne Dowództwo, stanowiła nie tyle jakość posiadanego sprzętu (jednostki niemieckich czołgów składały się w lwiej części z lekkich modeli typów PzKpfw I i II, które ustępowały 7 TP), ile jego ilość i doktryna zmasowanego użycia. Warto podkreślić także inny, pomijany często czynnik. Głównym środkiem walki po stronie, polskiej musiała być w warunkach obrony przeciwpancernej artyleria, używana zresztą często do bezpośredniego zwalczania czołgów. Tymczasem przedwojenne regulaminy zakładały prowadzenie głównie ognia obserwowanego, co w warunkach kampanii 1939 r. było zazwyczaj niemożliwe. Tak więc bardzo często - konkluduje gen. Kutrzeba - duża część naszej artylerii nie działała, jeżeli chciała działać, jak ją uczono i jak wynikało z naszego materialnego położenia. Szybko dające się odczuć braki w koniach - głównej sile pociągowej - powodowały, że działa, bombardowane z powietrza, były często zagarniane przez nieprzyjaciela lub porzucane. Tym niemniej artyleria jako broń sprawdzała się w ogólnej ocenie dobrze. Polskie lotnictwo - według opinii swego dowódcy - także "spełniło zaszczytnie swą skromną rolę"; bez zarzutu wykonywała swe obowiązki niewielka flota wojenna. W szczególnych warunkach kampanii chlubną kartę zapisała polska kawaleria, która nie okazała się bynajmniej anachronizmem, i to nie tyle dzięki spektakularnym szarżom, ale niedocenianym walorom zaporowym. Mobilna i nieźle wyposażona w działka przeciwpancerne, była w istocie najbardziej skutecznym środkiem hamowania postępów niemieckich czołgów. Jednostki kawalerii potrafiły w późniejszych etapach kampanii skuteczniej i dłużej wymykać się przeciwnikowi, niż o wiele bardziej znużona fizycznie odwrotowymi marszami piechota. To na niej jednak spoczywał główny wysiłek wojenny. Gen. Faury w sporządzonej po zakończeniu kampanii analizie podkreślał, że w przypadkach, gdy "piechota niemiecka nacierała bez wsparcia czołgów i lotnictwa, piechota polska dowiodła przewagi swego wyszkolenia i morale, zadając przeciwnikowi ciężkie straty". Niestety! Przypadki takie należały do rzadkości.







PAWEŁ PIOTR WIECZORKIEWICZ - WRZESIEŃ 1939 - PRÓBA NOWEGO SPOJRZENIA