Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Bogdana Gasińskiego przypadki czyli Klewki atakują

 

 

 

 

 

PAP - 2005-08-09

 

Lepper skazany przed sąd za pomówienie polityków PO i SLD

 

Rok i trzy miesiące więzienia w zawieszeniu na 5 lat, 20 tys. zł grzywny, pokrycie prawie 5 tys. zł kosztów sądowych i 50 tys. zł zadośćuczynienia dla Andrzeja Olechowskiego - na taką karę skazał stołeczny sąd okręgowy Andrzeja Leppera, za pomówienie w 2001 r. z sejmowej trybuny polityków PO i SLD.

Lepper oskarżał polityków o branie łapówek i kontakty ze światem przestępczym, nie mając na to dowodów, a wręcz tworząc je po fakcie; wykorzystał trybunę sejmową dla własnych celów - uznał sąd. Obrońca Leppera mec. Henryk Dzido zapowiedział już, że złoży apelację od tego nieprawomocnego wyroku. Lepper nie stawił się w sądzie.

Oskarżony ewidentnie naruszył prawa osób trzecich, a Sejm uchylił mu immunitet - stwierdziła w ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Barbara Sierpińska. Według sędziów, Lepper swymi oskarżeniami bez pokrycia wykroczył poza zakres wykonywania mandatu poselskiego, bo posługiwanie się fałszem, by naruszać prawa innych jest "niegodnym sprawowaniem mandatu". Sąd podkreślił, że ten wyrok nie narusza wolności słowa, lecz przypomina o jej granicach - są nimi prawa innych.

W listopadzie 2001 r. Lepper - podczas wystąpienia w Sejmie w sprawie wniosku o odwołanie go z funkcji wicemarszałka - zadawał pytania, czy politycy SLD (szef MON Jerzy Szmajdziński i ówczesny szef MSZ, obecnie marszałek Sejmu Włodzimierz Cimoszewicz) oraz PO (wicemarszałek Sejmu Donald Tusk, Paweł Piskorski i Andrzej Olechowski) otrzymywali pieniądze od biznesmenów i gangsterów. Dwa dni później w wywiadzie dla lokalnego radia z Olsztyna znieważył Cimoszewicza, nazywając go "kanalią", użył też zniesławiających sformułowań pod adresem ojca polityka. Potem za to ostatnie przepraszał.

Andrzej Lepper zabiegał o to, by jego wystąpienie było "przed kamerami". Dysponował informacjami niesprawdzonymi, których - jak mówi jego obrona - nie miał możliwości zweryfikować. Co go więc nagliło, by upubliczniać informacje od nieznanej mu osoby? - pytała retorycznie sędzia Sierpińska.

"Informatorem" Leppera był Bogdan Gasiński, który - jak ustalił sąd - przyszedł do biura Samoobrony dwa dni wcześniej i do tego czasu był tam osobą nieznaną. Miał przekazać Lepperowi informacje o łapówkach, a także - jak zeznawał Gasiński w sądzie - notatki o zabójstwach: Marka Papały i Jacka Dębskiego oraz planach zamachów terrorystycznych w Polsce.

Czemu tego Lepper nie ujawnił? Czy było niewiarygodne, a informacje o łapówkach polityków wiarygodne? - pytała znów sędzia. Samego Gasińskiego sąd określił mianem "manipulatora, który do swej gry wciąga inne osoby", a jego zeznania były "kłamliwe, wykrętne i nieprawdziwe".

Gasiński twierdził, że uczestniczył we wręczaniu pieniędzy wspomnianym politykom. Później Gasiński mówił też, że w gospodarstwie PGR w Klewkach byli afgańscy talibowie i że Polacy handlowali z nimi bronią. Przesłuchiwany na procesie Leppera, dostarczył wielu innych podobnych "rewelacji". Sąd zbadał, że ten świadek jest już skazany za wyłudzenia i oszustwa.

Sąd stwierdził w konkluzji, że Lepper w istocie oskarżając polityków, nie miał żadnych dowodów, więc nadużył swego mandatu poselskiego do rozgłaszania nieprawdziwych opinii. Świadczy o tym zaś samo zachowanie Leppera tuż po zdarzeniu - gdy prokuratura zwróciła się do "Samoobrony" po dowody, którymi Lepper - jak zapewniał z sejmowej mównicy - dysponował, otrzymała w odpowiedzi stenogram z jego wystąpienia.

Inny dowód to kaseta video, na której Gasiński potwierdza przed Lepperem, że prawdą jest to, co powiedział mu wcześniej podczas "przypadkowego spotkania". Kaseta była nagrana tydzień po wystąpieniu Leppera, co - według sądu - dowodzi, że Lepper "wręcz tworzył dowody" i że w czasie pierwszej, "przypadkowej" rozmowy z Gasińskim, nie było żadnych dokumentów, podczas gdy Lepper mówił w Sejmie, że je ma i że jego życie jest zagrożone.

Ten wyrok jest dość surowy, dotkliwy finansowo dla pana Leppera, ale pokazuje granice debaty publicznej - ocenił po wyroku obecny w sądzie Andrzej Olechowski. Prokurator Andrzej Michalski dodawał, że wyrok, który ocenił jako słuszny, udowodnił, że z takimi informacjami należało się udać do policji lub prokuratury, a nie rozgłaszać je w Sejmie bez sprawdzenia.

Przebywający w Pułtusku Szef PO Donald Tusk powiedział dziennikarzom, że nawet przez chwilę nie miał wątpliwości, jaki będzie werdykt sądu w tej sprawie. Nie sądzi on jednak, aby Lepper wyciągnął z tego wnioski - spodziewa się raczej kolejnych ataków i pomówień ze strony szefa Samoobrony pod adresem jego konkurentów.

Prokurator zażądał dla Leppera kary półtora roku więzienia w zawieszeniu na maksymalny okres pięciu lat oraz 36 tys. zł grzywny. Olechowski dodał do tego żądania powództwo cywilne - domagał się od Leppera 100 tys. zł zadośćuczynienia za doznaną krzywdę moralną.

 

 

 

Rzeczpospolita - 12.12.2001

 

Iwona Trusewicz

Uzdrowiciel z Klewek

 

W gospodarstwie Bogdan Gasiński terroryzował ludzi i w bestialski sposób znęcał się nad bydłem

 

Zootechnik Bogdan Gasiński, na podstawie zeznań którego Andrzej Lepper oskarżył polityków o korupcję, półtora roku kierował gospodarstwem w Klewkach pod Olsztynem. Uciekł z Klewek w kwietniu. Pozostawił po sobie okradzionych właścicieli, zastraszonych ludzi i doły z prawie dwoma setkami pośpiesznie zakopanych, padłych zwierząt.

 

- To wszystko jeży włos na głowie. Prowadzę firmę dwanaście lat, ale coś takiego zdarzyło mi się pierwszy raz - przyznaje Rudolf Skowroński, właściciel i szef warszawskiego Inter Commerce, do którego należy zakład w Klewkach.

Waldemar Kruk, na nazwisko którego kupione zostało gospodarstwo Klewki, szacuje na 700 tysięcy zł straty, które firma poniosła z tytułu działalności Gasińskiego. Prezes Kruk jest członkiem zarządu spółki Inter Commerce i prezesem spółki Mazurscy Producenci Rolni (dawniej pod nazwą Inter Commerce for Shops) w Sorkwitach, która kontroluje kilka zakładów rolnych, m.in. Klewki.

- Rozmawiałem z nim może pół godziny. Mówił kompetentnie i fachowo. Słał nam sprawozdania, informował, że zwalnia pijaków i leni. Prawda była inna - dodaje prezes Skowroński.

Zootechnik Gasiński miał handlować lekami, których nie podawał bydłu, zamawiać pasze, za które nie płacił. Nie było ewidencji padniętych zwierząt. Nie wiadomo, co się stało z dwustoma krowami przejętymi po poprzednim właścicielu Klewek. Za rządów Bogdana Gasińskiego wyginęło całe, sprowadzone przez Inter Commerce z Francji, bydło rasy mięsnej limusine.

We wrześniu olsztyńska Prokuratura Rejonowa przesłała do sądu akt oskarżenia przeciwko Gasińskiemu. Postawiła mu pięć zarzutów, m.in. przywłaszczenia mienia Inter Commerce w kwocie 360 tys. zł, wyłudzenia leków na 36 tys. zł oraz grożenia śmiercią pracownikowi Inter Commerce.

- Do tego dochodzą olbrzymie straty hodowlane. Eksperci przygotowują ekspertyzę. Odtworzenie w Klewkach rasowego stada potrwa lata - wyjaśnia Waldemar Kruk.

Sparaliżowani strachem

Na zootechniku z Jeleniej Góry szybko poznawali się pracownicy gospodarstw, którymi kierował. Milczeli, bo grzeczny i układny na zewnątrz mężczyzna potrafił ich sparaliżować strachem.

- Ten pan ma w sobie coś takiego, co powoduje u ludzi paranoiczny strach - opowiada zootechnik Joanna Kowalska.

Prezesi i szefowie w cudowny sposób pozostawali ślepi i głusi na wyczyny swojego protegowanego.

Jan Olekowski, długoletni pracownik zakładu w Klewkach, opowiada jak bardzo zachwycony był Gasińskim Jerzy Nagraba, prokurent gospodarstwa w Sorkwitach. Nowy kierownik dostał służbowego daewoo musso (terenowy wóz za ponad 90 tys. zł), pensję ponad 5000 zł brutto, dwa służbowe mieszkania i nieograniczone kompetencje. Pryncypał z Sorkwit odwiedził Klewki kilka razy, zawsze towarzysząc Rudolfowi Skowrońskiemu.

- Jerzy Nagraba publicznie chwalił się, że Bóg mu zesłał takiego człowieka jak Gasiński i że to jest uzdrowiciel - opowiada Jan Olekowski.

Wdzięczny Bogdan Gasiński oskarżył Jerzego Nagrabę o wręczenie, w imieniu Rudolfa Skowrońskiego, łapówki 50 tys. dolarów Jerzemu Szmajdzińskiemu z SLD. Swoje oświadczenie zaniósł do Andrzeja Leppera.

Tuptuś w maluchu

Klewki dzieli od Olsztyna jedenaście kilometrów. Wieś ma dwa oblicza - warmińskie z kamiennym kościołem zdobnym drewnianą wieżą i typowo popegeerowskie z rzędami betonowych bloków i poniemieckim folwarkiem, do którego przylega zapuszczony dworek i piękny park. Miejscowy PGR słynął w Olsztyńskiem z hodowli bydła. Na rozległych pastwiskach położonych pięknie nad Jeziorem Linowskim pasły się tysiące krów. Po 1990 roku PGR kupiła spółka Alczes, a kiedy zbankrutowała, do Klewek wszedł Inter Commerce z Warszawy. Produkcja się rozwijała. Firma dokupiła mleczne krowy z Niemiec, sprowadziła drogie bydło mięsne z Francji

Bogdan Gasiński pojawił się w gospodarstwie z początkiem września 1999 roku.

- Przyjechał taki tuptuś w maluchu całym oklejonym nalepkami firmy Energopol. W środku miał swój dobytek i dwa wilczury. Psy strasznie cuchnęły, chyba nie były myte od tygodni - opowiada Jan Olekowski.

Pamięta, że miłośnik psów zostawiał swoje czworonogi zamknięte tydzień i dłużej w pokoju. Zwierzęta tam się załatwiały, więc po powrocie właściciel przenosił się do kolejnego pokoju, a ten, który zostawiał "nie nadawał się już do zamieszkania".

Krowy w jaskiniach

Olsztynianka Tamara Jesionowska miała okazję zobaczyć wiosną, w jakim stanie znajdowały się mleczne krowy rasy holsztyńsko-frygijskiej sprowadzone z Niemiec przez Inter Commerce i oddane Gasińskiemu pod opiekę:

- Przed oborą zobaczyłam sterty sprasowanych kostek słomy, będących jedynym schronieniem dla jedenastu sztuk brązowego bydła ras mięsnych. Przed zimnem i deszczem kryjówkę miało tylko sześć zwierząt, a gdy słoma zgniła i się zapadła już tylko trzy. Deszczówkę piły z rynny. Były bardzo chude. Jeszcze gorsze warunki miały krowy mleczne trzymane w oborze z częściowo zawalonym dachem. Były uwiązane na krótkich, uniemożliwiających ruchy głowy łańcuchach. Aby zjeść rzuconą na posadzkę karmę, musiały klęczeć, przez co miały bardzo spuchnięte kolana. Gdy wstawały, uderzały w metalową barierkę.

Powiadomione o sytuacji Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w Olsztynie wysłało do Klewek inspektorów.

- Kontrola potwierdziła złe, niehumanitarne warunki przetrzymywania bydła. Rozmawiałam o tym z panem Nagrabą. Obiecał, że warunki się poprawią. Potem zaczęłam odbierać w domu anonimowe telefony z pogróżkami. Męski głos mówił, żebym zostawiła w spokoju Klewki, bo inaczej stanie mi się krzywda - opowiada Genowefa Serkowska, inspektor TOZ.

Pracownicy nazywali jaskiniami postawione przez Gasińskiego schronienia dla bydła mięsnego. Zwierzęta stały tam we własnych odchodach, grzały się na rzuconej do jedzenia kiszonce; na niej spały i załatwiały się. Po zimie zamiast normalnej dla rasy wagi 400 kg, każda sztuka ważyła o połowę mniej.

Waldemar Kruk wie od pracowników o innych, odbiegających od normy, zachowaniach Bogdana Gasińskiego:

- Nosił ze sobą paralizator, którym raził ciężarne krowy. Zwierzęta roniły i w męczarniach padały. Niestety nic o tym nie wiedziałem - opowiada prezes Kruk.

Joanna Kowalska, zootechniczka pracująca przy klewskich krowach jeszcze w pegeerze, po trzech tygodniach pracy z Gasińskim złożyła wymówienie:

- Zgłosiłam, że cielęta nam chorują. Powiedział, że weterynarze mają tu zakaz wstępu i on sam będzie cielaki leczył. Kiedy zobaczyłam, co po jego "leczeniu" dzieje się z bydłem, odeszłam. Nie mogłam znieść widoku ich cierpień - skóra im się rozchodziła, miały ogromne ropnie - opisuje.

- Dlaczego nikomu pani o tym nie powiedziała?

- Bałam się. Zaczął przyjeżdżać pod mój dom, wystawać pod oknami, sprawdzać, co robię.

Wąglik z przeciągu

Pracownicy potwierdzają, że kierownik Gasiński zaprowadził w Klewkach terror.

- Panował strach. On codziennie musiał kogoś zwolnić - opowiada Janusz Winierski, przyjęty do pracy przy cielakach i zwolniony po żniwach 2000 roku.

To właśnie padłe - najczęściej na zapalenie płuc - cielaki lądowały w wykopanych na terenie gospodarstwa dołach. Bogdan Gasiński twierdzi, że Inter Commerce prowadził w Klewkach eksperymenty z bakteriami wąglika (najgroźniejsza płucna forma choroby objawia się śmiertelnym zapaleniem płuc).

- Jakie eksperymenty? - dziwi się Janusz Winierski. - Te cielaki padały z zimna, wilgoci i zagrzybienia. Gasiński kazał nam wstawić je do starej zagrzybionej, zapleśniałej chlewni. Stały w wiecznych przeciągach. Nie dostawały żadnych leków, bo kierownik ich nie wydawał. To był facet nieobliczalny. Codziennie zgłaszałem, że ze zwierzętami jest źle, ale odpowiedzi nie było. Padało trzy, pięć sztuk dziennie. Koparka kopała dół i zwierzęta tam lądowały.

W ten sposób w kilku dołach leży, zdaniem pracowników, ponad dwieście zwierząt - cieląt, krów, macior, prosiąt. Prezes Kruk nie daje wiary tym opowieściom. Jego zdaniem w dołach zakopano "tylko" trzydzieści krów.

Nie wszyscy wytrzymywali pracę przy zakopywaniu martwego bydła. Adam Pakowski z Brzydowa sam zwolnił się z pracy. Miał dość umieralni zwanej Klewki. Oborowa Anna Parska do dziś ma przed oczyma umierającą krowę, której kierownik Gasiński osobiście zaaplikował dożylnie dwa litry płynu do czyszczenia rur. Długo trwało zanim krowie "popłynęło serce". Długo też, zanim trafiła do dołu. Martwe zwierzę często leżało w oborze, dopóki nie zaczęło śmierdzieć.

Dzięki takim zabiegom gospodarstwo oszczędzało na weterynarzach, którzy bardzo rzadko odwiedzali Klewki. Firma im nie płaciła, a kiedy już wzywała, to starali się nie oglądać na boki. Nie interesował się zakładem także powiatowy inspektor sanitarny w Olsztynie.

Talibowie nadlatują

Rudolf Skowroński prowadzi rozległe interesy. Oprócz gospodarstw na Mazurach, pięknych apartamentów wybudowanych w Mikołajkach, ma także sieć sklepów jubilerskich w Warszawie. Szlachetne kamienie do produkcji biżuterii sprowadza m.in. z Afganistanu, w którym to kraju dzierżawi kopalnię szmaragdów. Publicznie mówi o swojej fascynacji tym krajem i wrażeniu, jakie pozostawiły na nim spotkania z nieżyjącym już Ahmadem Shahem Massudem.

- Kilka razy pan Skowroński przylatywał do Klewek z naszymi partnerami biznesowymi, m.in. z Francji. Nie pamiętam, może byli też wśród nich ludzie o śniadej cerze. Oglądali gospodarstwo, stadninę - opowiada Waldemar Kruk.

Bogdan Gasiński słyszał afgańskie historie, widział lądujący helikopter. Po ucieczce z Klewek zootechnik pojawił się jesienią w olsztyńskiej prokuraturze. Było to tydzień po ataku na USA. Zeznał: "do Klewek przyleciał w nocy helikopter z Talibami po bakterie wąglika".

- Mam do ludzi żal, że nic mi nie mówili o tym, co Gasiński wyrabia w Klewkach i jaki to człowiek - przyznaje prezes Kruk.

Jerzy Nagraba, który zatrudniał Gasińskiego, do końca pozostawał pod jego urokiem.

- Przyjechał człowiek rzeczowy. Bardzo mądrze mówił. Jak się słuchało, to widać było w tym jakąś rację. Teraz wydaje mi się, że to dużej klasy hochsztapler - przyznaje.

Miesiąc czy dwa po przyjęciu do pracy Gasińskiego Rudolf Skowroński dostał od prezesa Energopolu Trade z Odryt list.

- Pisał, że Gasiński to łobuz i złodziej, że okradł ich firmę. Kazałem panu Nagrabie to wyjaśnić. Potem zadzwonił Gasiński. Opowiedział, że to prezesi kradli, a on jest ofiarą zmowy. Mówił tak przekonująco, że uwierzyłem - przyznaje Rudolf Skowroński.

Mienie przywłaszczał, dokumenty fałszował

Zanim trafił do Klewek, zootechnik Gasiński pracował w należącym do Energopolu Trade gospodarstwie w Odrytach. Działał podobnie: ludzi wyrzucał, zastraszał, tuczniki sprzedawał bez ewidencji.

- Po dwóch tygodniach chciałem go wyrzucić - przyznaje kierujący teraz firmą Adam Koniuta - ale prezes Mieczysław Murawski nie pozwolił.

W kwietniu Bogdan Gasiński został skazany w Olsztynie na dwa lata więzienia w zawieszeniu na cztery lata za przywłaszczenia mienia i fałszowanie dokumentów na szkodę Energopolu Trade. Zasądzonej grzywny 5,7 tys. zł nie zapłacił.

Dwa, trzy miesiące po przyjęciu zootechnika do pracy, Jerzy Nagraba wiedział, z kim ma do czynienia. Adam Koniuta rozmawiał z nim szczerze:

- Pan Nagraba zadzwonił do mnie, pytał o Gasińskiego. Powiedziałem mu, co u nas wyczyniał, ile ukradł, że sprawa w prokuraturze, ostrzegałem. Nie chciał tego przyjąć do wiadomości. Stwierdził, że pan Gasiński to człowiek idealny.

- Coś mnie tknęło dopiero w kwietniu, kiedy dostałem anonim ze zdjęciem Gasińskiego jako nabywcy malucha od Orkiestry Świątecznej Pomocy. Przedstawił się tam jako przedsiębiorca z Klewek. Zarządziłem remanent. Ale było już za późno. Gasiński uciekł - opowiada prezes Inter Commerce.

W poniedziałek Rudolf Skowroński wniósł do warszawskiej Prokuratury Okręgowej doniesienie o popełnieniu przestępstwa pomówienia przez Bogdana Gasińskiego. Wniesienie pozwu do sądu zapowiedział też Jerzy Nagraba. Skowroński podsumowuje:

- To groteskowe, ale z konfabulacji pana Gasińskiego wynika, że to nie on był moją prawą ręką, ale ja jako skromny prezes byłem prawą ręką pana zootechnika.

 

Imiona i nazwiska pracowników z Klewek zostały zmienione na ich prośbę

 

 

 

 

 

Polityka - 2001-12-22

 

Piotr Pytlakowski

Piękne mocne raporty

 

Klewki wyrosły na stolicę terroryzmu

Talibowie spadli na Klewki z zaskoczenia. Kiedy dokładnie, tego ludność nie wie. Ilu tych talibów, też nie wiadomo. Podobno przylecieli helikopterem, ale w to miejscowi wątpią. Na pewno, jak upiera się jeden z tubylców, do Klewek przybył samotny talib. Przyjechał małym Fiatem, w którym zmieścił cały swój dobytek i dwa psy. Ów gość, dzisiaj to już powszechnie znane, zwał się Gasiński.

Bogdan Gasiński, zanim dostarczył Andrzejowi Lepperowi niezbitych dowodów świadczących o skorumpowaniu pięciu polityków oraz o polskim wątku ataku na Nowy Jork, zatrudnił się w Klewkach jako zootechnik. - Ja go przyjmowałem do pracy - przyznaje Jerzy Nagraba, zarządca gospodarstw rolnych na Warmii i Mazurach należących do firmy Inter Commerce. - Sprawiał poważne wrażenie, człowiek osadzony w realiach, skromny, wyciszony i rzeczowy.

Skromny człowiek oświadczył, że jest zootechnikiem i pan Nagraba natychmiast mu uwierzył. Co prawda Gasiński nie miał dyplomu ukończenia wyższych studiów, ale twierdził, że zaliczył technikum rolnicze i aktualnie studiuje zaocznie. Na jakim kierunku i gdzie, tego Nagraba nie jest pewien. - Wydaje mi się, że wspominał o weterynarii - mówi. Jakby nie było, we wrześniu 1999 r. Gasiński został najęty jako kierownik gospodarstwa rolnego w Klewkach - 1 tys. ha, kilkaset krów mlecznych i 12 osób załogi. Firma wyposażyła nowego kierownika w pokój służbowy, samochód terenowy Daewoo Musso, laptopa, telefon komórkowy i ok. 3,5 tys. zł pensji. - Pisał piękne raporty, mocne - wspomina pan Nagraba. - Wynikało z nich, że wszystko w Klewkach idzie na dobre. Nie było żadnych sygnałów, że tam jest coś nie tak.

Miejscowi twierdzą jednak, że wszystko było nie tak i sygnały wysyłali. - Przecież na pierwszy rzut oka było widać, że ten człowiek nie miał pojęcia o rolnictwie - twierdzi pracownica gospodarstwa (prosi o niepodawanie nazwiska). - Krowy chorowały, padały jak muchy, a on zrezygnował z weterynarzy, panią zootechnik wygonił z Klewek do odległej fermy świń. Nie chciał mieć przy sobie świadków, fachowców, którzy od razu by go rozszyfrowali.

Paralizator na krowy

Gasiński twierdził, że sam zna się na leczeniu zwierząt, ale chorym krowom nie podawał żadnych leków. - Nosił ze sobą wielki paralizator, dobijał nim konające sztuki - opowiada pracownica. - Dla ludzi też nie lepszy. Arogancki, wulgarny, nie znosił słowa sprzeciwu. Opornych wyrzucał z roboty. Najgorsze, że nie było się komu poskarżyć.

Jerzy Nagraba: - Owszem, zwalniał niektórych, ale zawsze tłumaczył, że usuwa leni i pijaków. Nie było powodu, aby mu nie wierzyć.

Darzył Gasińskiego zaufaniem, nie kontrolował go. Ten zaś, dzisiaj to już wiadomo, czuł się jak na własnym. Sprzedawał bydło na lewo, przehandlował nawet rasowe konie należące do Rudolfa Skowrońskiego, właściciela Inter Commerce. Przez półtora roku rujnował majątek firmy. Szacunek strat przekracza 700 tys. zł. Z Klewek zniknął dopiero w kwietniu 2001 r. Uciekł, bo zapowiedziano spis stanu posiadania. - Niedługo przed jego ucieczką dostałem telefon z informacją, że pan Gasiński zginął w wypadku samochodowym - przypomina sobie Jerzy Nagraba. - Ale policja tego nie potwierdziła. Sprawdzono bilingi i okazało się, że telefonowano z jego komórki. Tłumaczył, że ktoś zrobił mu głupi kawał, kiedy pozostawił telefon bez opieki.

Z Klewek odjechał służbowym Musso (o wartości ok. 90 tys. zł), zabrał ze sobą laptopa i komórkę. Auto odnaleziono na parkingu na lotnisku Okęcie. Zbieg prawdopodobnie udał się do Grecji, bo do firmy nadchodziły później rachunki za rozmowy telefoniczne stamtąd prowadzone. - Kiedy przyszedł do pracy, twierdził, że zna język grecki - mówi Jerzy Nagraba. - W ogóle był poliglotą. Podawał, że zna też angielski, niemiecki, rosyjski i hiszpański. Nie wiem czy to prawda, bo kiedy przyjeżdżali do nas kontrahenci z zagranicy, zawsze towarzyszył im tłumacz.

Życiorys Bogdana Gasińskiego jest już znany: pracował m.in. w PKS jako kontroler biletów i w gospodarstwie rolnym Energopolu. Odchodził zawsze w atmosferze skandalu, kradł, oszukiwał, narażał macierzyste firmy na poważne straty. Jerzy Nagraba przyznaje, że ostrzegano go wcześniej przed Gasińskim, ale zlekceważył te alarmy. - Zadzwonił kiedyś prezes Murawski z Energopolu, mówił, że to kręt, narobi bałaganu - opowiada. - Ale trudno było uwierzyć, bo Gasiński był taki wiarygodny, tak umiał do siebie przekonać.

Ksywka artystyczna

Dlatego Nagraba rozumie trochę Leppera, że dał się podejść hochsztaplerowi. - Bo Lepper to taki sam narwaniec jak ja. Mam do niego tylko jeden żal. Publicznie podał mnie jako międzynarodowego przestępcę. Nawet przydzielił mi mafijny pseudonim - Dzięcioł. Mógł wcześniej zadzwonić, spytać, jak się rzeczy mają.

Gdyby szef Samoobrony spytał, Nagraba wyjaśniłby, że Dzięcioł to ksywka artystyczna z dawnych czasów. Mieszkał wtedy w Warszawie, bywał w winiarni u Hopfera i w Klubie Filmowców. - Znałem bohemę, Jasia Himilsbacha, Maklakiewicza, Śliwonika. Kiedy na ekranach pojawił się film "Dzięcioł" z Gołasem, u Filmowców na Trębackiej ktoś powiedział, że ja byłbym lepszy do tej roli - opowiada. - I tak zostałem Dzięciołem. Wtedy poznałem też Rudolfa Skowrońskiego, pijaliśmy winko u Hopfera, zaprzyjaźniliśmy się. I kiedy on zarobił duże pieniądze, zaproponował: co tu będziesz siedział, jedź do mnie na Mazury. Stąd się tu wziąłem.

Klewki trwają w szoku. - Za czasów PGR takie rzeczy by się nie trafiły - zauważa były robotnik rolny. Państwowe rolnictwo padło na początku lat 90. i zaraz gospodarstwo przejął Inter Commerce. - U nas pracowała cała wieś, 400 ludzi - wspomina pegeerowiec. - A teraz? Zaledwie garstka. Nędza nas dopadła. Ale na oko nędzy w Klewkach nie widać. Osada licząca ok. tysiąca mieszkańców podzieliła się na część bogatą (domki jednorodzinne) i ubogą (bloki). Ci z bogatych Klewek zaśmiewają się: - A to im ten Gasiński nawywijał. Bogate Klewki pracują w pobliskim Olsztynie i nieźle wiążą koniec z końcem. Klewki ubogie tęsknią za PGR, pracują dorywczo, korzystają z zasiłków, ale niechętnie dorabiają na boku. - To sieroty po ludowej ojczyźnie - twierdzi mieszkaniec bogatych Klewek, rolny przedsiębiorca. - Szukałem ludzi do pracy, 5 zł za godzinę i nie było chętnych.

Nie ufać? Ufać!

Ubogie Klewki z rewelacji Gasińskiego wcale się nie śmieją. - A kto go tam wie, może i nie kłamał - zastanawia się pan Kazimierz, rencista. - Może tu byli ci talibowie, ale ja ich nie widziałem. Może i tego wąglika tu hodowali.

- Wierzyć można - dopowiada pan Jan, inkasent od opłat za wodę. - Weźmy takiego Olechowskiego. Jaki był czujny, Lepper podał daty, kiedy brał łapówki, a ten pokazał paszport z pieczątkami i bilety na samoloty, że go tu niby nie było. Kto by trzymał w pogotowiu bilety? Chyba ten, kto alibi szuka.

Więc pan Jan, inkasent, zaufania do Leppera nie utracił, a nawet przeciwnie. - Więcej nam takich potrzeba. Może wtedy lżej byłoby żyć nam, biednym ludziom.

Był w Klewkach niejaki Gasiński, zniknął - nawet go nie zauważono. Ale teraz, kiedy Klewki wyrosły na stolicę polskiego terroryzmu, ludziom otworzyły się oczy. I cieszą się, że pan Lepper wszystko im tam na górze wygarnął. Co tam, że Gasiński to oszust i kryminalny typek - bez znaczenia. Ważne, że ktoś spojrzy na ich Klewki, pomyśli o ludziach zapomnianych, Polakach z gorszej półki. - To zasługa Leppera, no i trochę tego wariata, co krowy mordował - puentuje mieszkaniec ubogiej części Klewek.

Świadkowie Leppera

Do Andrzeja Leppera jak do sekty zawsze lgnął pewien typ ludzi. Bogdan Gasiński, hochsztapler z Klewek, nie stanowi więc wyjątku. Wcześniej przy boku szefa Samoobrony widywano m.in. Leszka Bubla, czołowego przedstawiciela grupy tzw. prawdziwych Polaków, oskarżanego przez kilka prokuratur o oszustwa. Bubel, jak twierdzą osoby z ówczesnego otoczenia Leppera, miał na wodza duży wpływ, podsuwał mu pomysły na polityczne decyzje. - To Leszek Bubel sprowadził do Samoobrony mecenasa Dzido, dzisiejszego senatora - przypomina były działacz tej organizacji. - Bubel opłacał wówczas koszty obrony Leppera przed sądami. Z Lepperem widywano też Andrzeja Pastwę, tego samego, który założył kiedyś fałszywy komitet zbierający pieniądze na kampanię prezydencką Lecha Wałęsy. Pastwa wywiódł wtedy w pole nawet komendanta warszawskiej policji Arnolda Superczyńskiego - wyłudził od niego "koguta" na samochód. Kiedy rzecz się wydała, Superczyńskiego zdymisjonowano, a Pastwa ukrył się bodajże w Rosji. Po powrocie został aresztowany i skazany za oszustwa. Kiedy odzyskał wolność, postanowił pomóc wodzowi Samoobrony. - Żalił mi się później - opowiada były współpracownik Leppera - że szef był cwańszy nawet od niego. Razem jeździli po kraju i, jak to nazywał Pastwa, pozyskiwali pieniądze. I o te pieniądze potem się pokłócili, Lepper odsunął Pastwę. Inny były członek władz Samoobrony twierdzi, że Pastwa był, jak to się mówi, uciążliwy, domagał się sprawiedliwego podziału gotówki. - Wyciszył się dopiero, jak gdzieś pod Zamościem dopadli go jacyś goście i tak pobili, że trafił do szpitala.

Tenże Andrzej Pastwa kilka tygodni temu poinformował reportera "Polityki", że posiada nagraną na magnetofon rozmowę Leppera ze Stanisławem Łyżwińskim, dzisiejszym posłem Samoobrony. Twierdził, że na kasecie zarejestrował, jak obaj panowie dogadywali się w sprawie załatwienia niejakiego B., ówczesnego wspólnika Łyżwińskiego. - Chodziło o usunięcie tego człowieka - podkreślał Pastwa. Dokładnie określał datę i miejsce nagrania. Używając chwytu mistrza Leppera można więc zadać mu pytanie: czy to prawda, że 28 kwietnia 2001 r. na stacji benzynowej w Ostródzie razem z panem Ł. planował załatwienie niejakiego B.? Ostatnio Pastwa znów telefonował, tym razem z informacją, że w obawie przed grożącą mu zemstą ukrywa się za granicą.

Jeszcze raz za mistrzem Lepperem możemy zapytać, ile jest prawdy w opowieściach byłych działaczy Samoobrony. - Lepper był prowadzony przez służby specjalne. - Jaki był cel? To przecież jasne, miał katalizować złe nastroje na polskiej wsi. Tworzyć ślepy kanał dla odruchów buntu społecznego. W zamian zapewniano mu bezkarność.

Piotr Trznadel, były szef Samoobrony w Wielkopolsce, twierdzi, że kiedy w grudniu 1996 r. padł ofiarą zamachu dokonanego na zlecenie Leppera, doniósł o tym fakcie do prokuratury. Sprawie nie nadano jednak biegu. - Wezwano mnie natomiast do pilskiej siedziby UOP - wspomina. - Tam przez 3,5 godz. spisywano i nagrywano moje zeznania o kryminalnych przestępstwach Leppera. Na koniec kazali mi podpisać protokół, gdzie stało jak wół, że o wszystkim co tu opowiedziałem mam milczeć, bo inaczej będę odpowiadał za złamanie tajemnicy państwowej. Przez kilka lat milczał, teraz jednak postanowił fakty ujawnić. Ponownie złożył w prokuraturze doniesienie na Leppera, czeka na odpowiedź. - Lepperem sterowano, ale w sposób ograniczony - uważa były działacz związku. - On jest kuty na cztery nogi, więc na koniec zawsze im się wymykał, sam sterował służbami.

Jednym z najbliższych współpracowników Leppera jest teraz Janusz Maksymiuk, były szef Kółek Rolniczych, dawniej działacz PZPR i poseł SLD. Według naszego rozmówcy Maksymiuka oddelegowano do opieki nad Lepperem. - Miał go ucywilizować, wprowadzić na salony polityczne i zapewnić ze strony Samoobrony poparcie dla SLD. Początkowo to się nawet udawało. Ale Lepper znów urwał się ze smyczy.

Świadczą o tym ostatnie wydarzenia. Ale niech nikogo nie zwiodą szaleńcze poczynania Andrzeja Leppera, oskarżenia miotane wobec czołowych polityków, doniesienia do ambasady amerykańskiej - wszystko na podstawie rzekomych dowodów dostarczonych przez oszusta Bogdana Gasińskiego. Lepper, to pewne, wszystko dobrze przemyślał. To nic, że w oczach elit skompromitował się po raz kolejny. To bez znaczenia, że wielu twierdzi, iż wódz Samoobrony po prostu zwariował - takie opinie mogą się zresztą przydać, "wariackie papiery" pomagają przed sądem. Za to wyborcy z tzw. gorszej Polski, bezrobotni, handlarze z targowisk, byli pegeerowcy - oni wciąż Andrzejowi Lepperowi wierzą.

 

 

 

 

 

lewica.pl - 2001-12-11

 

Andrzej Rutkowski

Lepper dzwoni do Bin Ladena

 

"Trybuna" ujawnia, że już od piątku jest w posiadaniu kopii kilku stron kalendarza na rok 2002 głównego świadka Andrzeja Leppera, Bogdana Gasińskiego.

Dziennikarze "Trybuny" nie zdecydowali się jednak na ich druk w sobotę ze względu na dość specyficzną zawartość.

Ponieważ jednak w sobotę Gasiński sam zgłosił się do Prokuratury Okręgowej w Warszawie w celu złożenia zeznań, które prokurator Zygmunt Kapusta określił jako "nieprawdopodobne i mało wiarygodne", "Trybuna" zdecydowała się na ich upublicznienie.

Z opublikowanych przez dziennik zapisków wynika między innymi, że Gasiński ma numer telefoniczny najbardziej poszukiwanego i znanego terrorysty na świecie: "OSAMA BEN LADEN - KANDAHAR - 2103-4202-602" oraz adresy i telefony jego najbliższych współpracowników, z których kilku już nie żyje, jak choćby Mohamed Ali Atta.

Na kolejnych kartkach kalendarza z pierwszych dni stycznia przyszłego roku Gasiński zapisał szczegółowy plan zamachów terrorystycznych w Niemczech, Stanach Zjednoczonych i Polsce, w tym na wiele samolotów, a także między innymi na Sejm lub Belweder, Komendę Główną Policji, jeden z warszawskich mostów i jeden ze szczecińskich hoteli.

Bogdan Gasiński planuje też odebranie długów między innymi od Marka Kolasińskiego, Pawła Piskorskiego, Andrzeja Olechowskiego i Jerzego Szmajdzińskiego.

Jako "pilne" zadanie ma też zapisane zabicie Kaczyńskiego, niestety, nie podaje jego imienia.

Pod datą 1 stycznia np. Gasiński zapisał miasta i numery, najprawdopodobniej rejsów samolotów i współrzędne geograficzne. Wymienia Kabul, Tel Aviv, Pragę, Berlin, Szczecin - relacjonuje "Trybuna".

Właściciel kalendarza wpisał też nazwiska: Ryszarda Niemczyka, Andrzeja Zielińskiego "Słowika" oraz pseudonim innego przestępcy "Chińczyka". Przy nim widnieją nazwy trzech miast i kolejne cyferki.

Jak można domniemywać - pisze "Trybuna" - właśnie tam miał przebywać "Chińczyk". Rzecz w tym jednak, że od około trzech tygodni siedzi w więzieniu - dodaje dziennik.

Zeznania pana Gasińskiego są stekiem bzdur i idiotyzmów - oświadczył na antenie radiowej Trójki Rudolf Skowroński. Andrzej Lepper swe zarzuty pod adresem grupy polityków oparł na twierdzeniach Bogdana Gasińskiego, który oświadczył, iż to biznesmen Rudolf S. - czyli Skowroński - miał wręczać łapówki oskarżonym przez szefa Samoobrony osobom.

Gość Polskiego Radia powiedział, że Gasiński był zatrudniony w jego firmie na Mazurach, gdzie w gospodarstwie we wsi Klewki jako zootechnik zajmował się bydłem. W firmie dokonał poważnych finansowych nadużyć, został z pracy wyrzucony, a jego sprawa trafiła do prokuratury.

Talenty pana Gasińskiego może ocenić tylko psychiatra - oświadczył Rudolf Skowroński. Podkreślił przy tym, że wbrew twierdzeniom Bogdana Gasińskiego nie uczestniczył wspólnie z nim w spotkaniach z politykami z pierwszych stron gazet. Żadnego z tych polityków po prostu nie znam - dodał gość Trójki.

Rudolf Skowroński przyznał, że znał osobiście zabitego w zamachu przywódcę afgańskiej zbrojnej opozycji Ahmeda Szacha Masuda i był u niego 6 razy w Afganistanie.

"Cieszyłem się jego przyjaźnią, planowaliśmy nawet wspólne interesy, chodziło o kamienie szlachetne" - powiedział gość Polskiego Radia.

Jego zdaniem, być może na bazie tego pan Gasiński - jak to ujął - urodził wątek afgański, narkotyków, wąglika i tych wszystkich idiotyzmów.

 

 

 

 

Polityka - 2002-12-21

 

Sojusznik Osamy i Saddama

Zootechnik Bogdan Gasiński, znany w całej Polsce jako ten, który ujawnił pobyt afgańskich talibów w podolsztyńskich Klewkach i czołowy informator Andrzeja Leppera w kwestii łapówek branych przez polityków, widywany jest ostatnio w Mikołajkach. Olsztyńscy dziennikarze ustalili, że mieszka tam w domu należącym do Rudolfa Skowrońskiego, właściciela firmy Inter Commerce, w której Gasiński był do niedawna zatrudniony i która skierowała przeciwko niemu kilka wniosków o ściganie za spowodowane szkody. Prokuratura natomiast kompletuje akta dotyczące wyłudzenia na szkodę Inter Commerce prawie 400 tys. zł.

W Mikołajkach krążą wieści, że Gasiński z nieznanych powodów powrócił do łask Rudolfa Skowrońskiego. Sprawa jest o tyle ciekawa, że jeszcze niedawno obrzucał byłego pryncypała obelgami, donosił, że ten handluje z talibami. Oskarżał też zarządcę jednego z gospodarstw należących do Inter Commerce, prywatnie przyjaciela Skowrońskiego, Jerzego N. Twierdził m.in., że Jerzy N., ps. Dzięcioł, polecił mu przekazać paczkę z pieniędzmi Ryszardowi Niemczykowi, zabójcy słynnego Pershinga. Uznano, że to kolejne urojenie Gasińskiego. Sam Rudolf Skowroński jest ostatnio nieuchwytny, telefony w jego firmie milczą. Gasiński zaś rozsyła do różnych redakcji e-maile, w których deklaruje solidarność z Osamą ibn Ladenem i Saddamem Husajnem. Wciąż zatem jest w dobrej formie i można spodziewać się kolejnych rewelacji.

 

 

 

 

 

Polityka - 2003-12-13

 

Piotr Pytlakowski

Jak Pruszków dał się oszukać

 

Słynny autor rewelacji z Klewek (o talibach i rzekomo produkowanym w byłym PGR wągliku) i innych sensacji wykorzystywanych z trybuny sejmowej przez Andrzeja Leppera Bogdan Gasiński znów o sobie przypomniał. W liście do redakcji poinformował: "Siedzę sobie w areszcie w Warszawie na Służewcu. Jak zwykle w coś się wpakuję, ale i tak wyjdę. Kiedyś!!!".

Został aresztowany na początku listopada przez Sąd Rejonowy w Pruszkowie pod zarzutem dokonania oszustw. Tym razem już żartów nie ma, bo Gasiński naciął się na groźnego członka gangu pruszkowskiego Marka D., którego syn siedzi w więzieniu. D. senior znany był z wymuszeń haraczy od restauratorów w podwarszawskim Komorowie.

Według prokuratora Piotra Romaniuka z Prokuratury Rejonowej w Pruszkowie, nasz bohater najpierw zaproponował Markowi D., że załatwi przeniesienie syna z oddziału dla niebezpiecznych na zwykły oddział więzienny, gdzie panuje mniejszy rygor. Wartość przysługi wycenił na 3 tys. zł i tyle dostał. Następnie obiecał zwolnienie młodego D. z kryminału. Tym razem zażyczył sobie zaledwie 1 tys. zł. Pokazał nawet decyzję o wypuszczeniu chłopaka na wolność podpisaną nazwiskiem Marka Celeja, przewodniczącego VIII wydziału karnego Sądu Okręgowego. - Wszystko rzecz jasna dość nieudolnie sfałszowane - mówi prok. Romaniuk. Marek D. wraz z żoną uwierzyli w obietnice i we wskazanym dniu pojechali pod zakład karny na warszawskiej Białołęce, aby przywitać latorośl. Rozczarowali się jednak, syn wcale nie wyszedł i nadal siedział na oddziale "N".

Całej historii pikanterii dodaje fakt, że Gasiński przedstawił się państwu D. jako Waldemar Milewicz, znany reporter telewizyjny. Miał nawet odpowiednią plakietkę opatrzoną imieniem i nazwiskiem dziennikarza, ale z własnym zdjęciem. Trochę dziwi łatwość, z jaką członek gangu pruszkowskiego uwierzył w fakt, że Dziennikarz Roku 2001 (w plebiscycie miesięcznika "Press") zajmuje się pośrednictwem w uwalnianiu skazanych i do tego za tak marne stawki. Przy okazji wyszło też na jaw, że pruszkowiacy słabo się orientują w wizerunkach gwiazd małego ekranu.

Redaktor Milewicz, wezwany na przesłuchanie, poinformował prokuratora, że nie zna Gasińskiego, natomiast dzięki tej historii wreszcie rozwikłał sprawę tajemniczych esemesów, jakie dostawał, kiedy jako korespondent TVP przebywał na wojnie w Iraku. Brzmiały mniej więcej tak: "Panie Waldemarze! Jadę do Iraku walczyć za Saddama. Bogdan Gasiński". Do Iraku nasz bohater nie dojechał, ale, jak mówi prokurator, sporo podróżował pociągami po Polsce na gapę. Konduktorom przedstawiał się jako Waldemar Milewicz i na to nazwisko polecał wypisywać bilety kredytowe, co oznacza, że redaktora z telewizji mogą czekać kolejne niemiłe niespodzianki.

W życiu słynnego zootechnika z Klewek złe przeplata się z dobrym. W Pruszkowie narozrabiał, za to w Olsztynie umorzono mu część zarzutów dotyczących niegospodarności i kradzieży w Klewkach na szkodę firmy Inter Commerce. "Tak więc nie jestem wobec prawa złodziejem i hochsztaplerem" - napisał Gasiński w liście do redakcji. Prokurator Romaniuk ma jednak na ten temat zupełnie inną opinię. Informuje, że zgłaszają się do niego koledzy z różnych prokuratur w kraju (na razie pięć) z zarzutami przeciwko panu Gasińskiemu. Aresztant nie ułatwia mu wcale zadania. Do naciągnięcia pruszkowskiego gangstera nie przyznaje się, natomiast napisał do prokuratora list, w którym wziął na siebie winę za osiem zabójstw. - To wszystko znane i opisywane przez media historie - mówi prok. Romaniuk. - Na przykład śmierć Jacka K. ps. Klepak w Mikołajkach. Sprawa jest dziwna, bo Gasiński najpierw twierdził, że jest w tej sprawie świadkiem koronnym, a kiedy okazało się to bzdurą, przypisał sobie dokonanie zabójstwa. Prokurator tych samooskarżeń nie bierze na razie poważnie.

Trzeba przyznać, że sprawca afery z talibami nadal jest w formie i pakuje się w coraz to nowe kłopoty. Tym razem mogą być rzeczywiście poważne, bo chociaż z kodeksowego punktu widzenia oszustwo dokonane w Pruszkowie wydaje się błahe, to urażeni ludzie gangu tak łatwo mogą zniewagi nie zapomnieć.

 

 

 

 

 

Polityka - 2009-03-07

 

Piotr Pytlakowski

Jak Gasiński posady załatwiał

 

Kiedy Bogdan Gasiński, o którym świat usłyszał z okazji lądowania talibów w Klewkach, a potem zarzucano mu liczne przestępstwa: oszustwa, wyłudzenia, a nawet udział w przestępczości zorganizowanej, dowiedział się, że dyrektorem oddziału TVP w Katowicach został mianowany Tomasz D., przypomniał sobie, że spotkał go kilka lat temu w więzieniu. Mieszkali nawet w jednej celi. Tomasz D., warszawski działacz UPR, siedział z Gasińskim dokładnie 13 dni. Sąd w Mławie skazał go za jazdę po pijanemu na 2 tys. zł grzywny. Część spłacił ratami, a na resztę (ok. 900 zł) już nie było go stać, więc poszedł grzywnę odsiedzieć.

Gasiński zadzwonił do sekretariatu wiceprezesa TVP Tomasza Rudomino, aby go ostrzec, że mianował dyrektorem faceta po wyroku. Wiedział, że występując jako Bogdan Gasiński posłuchu nie znajdzie, więc przedstawił się jako Wojciech Czuchnowski, dziennikarz "Gazety Wyborczej". Opowiedział wszystko sekretarce i oczekiwał, że już następnego dnia zarząd telewizji zdymisjonuje dyrektora z Katowic. Ale nic takiego się nie stało. Gasiński postanowił więc działać energiczniej. Zdobył numer komórki Rudomino i zaczął negocjować. Z Tomaszem D. sprawa poszła po jego myśli, w końcu go odwołano. Teraz Gasiński postanowił sprawdzić, jaka jest siła mediów. Wysłał do Rudomino esemesa, że jest osobą godną, aby dyrektorować w Katowicach. Ten odpowiedział: "Proszę się podpisać, bo nie pamiętam telefonu". Gasiński konsekwentnie podpisał się jako Wojciech Czuchnowski. Jego esemes brzmiał następująco: "Panie Prezesie, na stanowisko dyrektora w Katowicach proponuję p. Wiernikowską" (znaną dziennikarkę - przyp. aut.).

Wiceprezes odpowiedział: "Ok. zaraz zapiszę telefon. A Wiernikowska czego miałaby być dyr. Ona nie nadaje się na papiery chyba? TR". Na to Gasiński: "Ona się nadaje i na papiery. Od tego zresztą jest księgowość. Ona i tak wycierpiała wiele więc coś się jej też należy". I tak sobie negocjowali jak prezes z dziennikarzem, przy czym tylko ten pierwszy był prawdziwy. W końcu to nie Maria Wiernikowska, niemająca zresztą pojęcia, że jej awans był tak blisko, została szefem TVP Katowice. Gasiński zaś porażką się nie zmartwił. - Gdybym był bardziej stanowczy, załatwiłbym Wiernikowskiej tę posadę - przekonuje.

 

 

 

 

 

Dziennik - 9 lipca 2009

 

Bogdan Gasiński aresztowany za kradzieże

Wypatrzył talibów, kradł na konto TVN

 

Bogdan Gasiński, słynny z doniesień o lądowaniach talibów w Klewkach, wziął odwet na dziennikarzach. Na celowniku dawnego współpracownika Andrzeja Leppera znalazł się reporter TVN Jacek Gasiński. Informator szefa Samoobrony jeździł po całym kraju, podszywając się pod dziennikarza. Kradł sprzęt rtv, jadł i nocował za darmo. W końcu wpadł. Przez TVN.

"Bogdan Jacek Gasiński" - taką wizytówką chwalił się w całym kraju Bogdan Gasiński. Wystarczyło, że dopisał do swojego imienia Jacek, dodał logo TVN i już mógł wyruszyć na tournee po kraju. 

Mechanizm działania był prosty. Gasiński pojawiał się w hotelu i przedstawiał wizytówkę. Często przy okazji wypytywał o zabezpieczenia pokoju. Tłumaczył, że jako dziennikarz TVN, ma przy sobie drogi sprzęt, którego nie chce stracić. 

Naprawdę jednak chodziło o coś zupełnie innego, by sprzęt wynieść. Jeśli zabezpieczenia były słabe, to właściciele żegnali się z telewizorami i radiami. Gdy były dobre, to Gasiński nabijał rachunek alkoholami. Potem znikał. Najczęściej mówił, że wychodzi na miasto kręcić reportaż. W torbie miał mieć kamerę, a najczęściej miał telewizor ze swojego pokoju. 

W końcu jednak do Jacka Gasińskiego z TVN zaczęli dzwonić hotelarze. Więc i on zadzwonił - na policję. Krótko potem na ręce Bogdana Gasińskiego trafiły kajdanki. Oczywiście w świetle kamer TVN. 

Dlaczego wziął na celownik dziennikarza tej stacji? "To jest zemsta moja na was, za to że w sprawie Klewek zrobiliście ze mnie durnia, wariata" - mówił. Twierdzi, że po Klewkach nie może już znaleźć pracy. 

Bogdan Gasiński zasłynął w 2001 r., kiedy to Andrzej Lepper, powołując się na niego, ogłosił w Sejmie, że politycy SLD i Platformy Obywatelskiej rozdawali łapówki. Ale na tym nie koniec. Największą "sławę" zdobył opowieściami o tym, że we wsi Klewki lądowali talibowie i trzymali tam bakterie wąglika. Teraz Andrzej Lepper twierdzi, że to od biznesmena Rudolfa Skowrońskiego dowiedział się o talibach. Gasiński miał tylko przynieść mu wiadomość. 

Ale to na nim odbiła się afera. Potem był wielokrotnie łapany za kradzieże. Kilka lat temu groził też w SMS-ach śmiercią Andrzejowi Lepperowi.

 

 

 

 

Polska The Times - 2009-05-03

 

Łukasz Cieśla 

Bogdan Gasiński złożył donos na Stokłosę

 

Henryk Stokłosa, były senator i właściciel firmy rolniczo-przemysłowej Farmutil, za pieniądze nakłaniał do składania fałszywych zeznań w procesie, w którym jest oskarżony - twierdzi Bogdan Gasiński, znajomy Stokłosy.


To oskarżenie poparte doniesieniem do warszawskiej prokuratury mają m.in. uwiarygodnić materiały z akt, które Gasiński podobno dostał od Stokłosy, i mejle od pracowników Farmutilu. - Gasiński jest chory - mówi Stokłosa, odrzucając te zarzuty.

Oskarżenie Stokłosy to medialny come back Gasińskiego, o którym ostatnio było cicho. W 2001 r. zasłynął odkryciem w mazurskiej wsi Klewki talibów, którzy mieli tam hodować zarazki wąglika. Dwa lata temu pod zarzutem kradzieży dwóch komputerów trafił do aresztu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Tam właśnie miał poznać Stokłosę, zatrzymanego pod koniec 2007 r. w Niemczech w związku z podejrzeniem o przestępstwa korupcyjne. Siedzieli osobno.

- W marcu 2007 r. przez trzy dni byli na jednym oddziale, ale nie siedzieli w tej samej celi i jest mało prawdopodobne, by nawiązali kontakt - twierdzi Luiza Sałapa, rzecznik Centralnego Zarządu Służby Więziennej. Ale i Gasiński, i Stokłosa twierdzą, że kontakt nawiązali.

Gasiński wyszedł z aresztu latem 2008 r. W grudniu, po wpłaceniu 3 mln zł kaucji, wolność odzyskał także Stokłosa. Dwa miesiące później, w lutym 2009 r., Stokłosa miał w telefonicznej rozmowie zaprosić Gasińskiego do swej posiadłości w Śmiłowie. Pełną kurtuazji wizytę były senator miał zwieńczyć złożeniem propozycji, by Gasiński został świadkiem w procesie Stokłosy. Według aktu oskarżenia właściciel Farmutilu w latach 1989-2005 miał uzyskiwać nienależne wielomilionowe umorzenia podatkowe dzięki powiązaniom ze skorumpowanymi urzędnikami Ministerstwa Finansów.

W oddzielnym procesie przeciw tym urzędnikom resortu finansów Gasiński jest jednym ze świadków. Z wypowiedzi Gasińskiego wynika, że przed laty, jako pracownik firmy Inter Commerce, także pojawiał się w ministerstwie. Ta okoliczność miała uwiarygodnić zeznania Gasińskiego przeciw Marianowi J., byłemu dyrektorowi izby skarbowej w Pile i dawnemu doradcy podatkowemu Farmutilu. To właśnie zeznania J. zaprowadziły Stokłosę przed sąd. Z oskarżenia wynika, że J. pośredniczył w przekazaniu łapówek od Stokłosy dyrektorom departamentów w resorcie finansów, którzy wydawali korzystne decyzje dotyczące umorzeń podatków.

- Na procesie Stokłosy miałem skłamać, że w tamtym okresie poznałem Mariana J. i słyszałem, jak domagał się od Stokłosy łapówek dla kolegów z ministerstwa - mówi dziś Gasiński.

- Według tej wersji Stokłosa odmówił wchodzenia w korupcyjny układ i dlatego Marian J. postanowił się na nim zemścić - dodaje. Z opowieści Gasińskiego wynika, że nigdy nie spotkał się z J. Nie wiedział więc, jak wygląda człowiek, który pogrąża Stokłosę.

- Stokłosa dał mi zdjęcie Mariana J., które jest w aktach. By dobrze przygotować się do rozprawy, od Stokłosy dostałem także inne materiały ze śledztwa - mówi Gasiński. Na potwierdzenie pokazuje tablice poglądowe ze zdjęciami osób przewijających się w śledztwie. Na fotografiach widać Stokłosę i właśnie Mariana J.

Gasiński dysponuje też częścią aktu oskarżenia przeciw Stokłosie oraz kopią wniosku o wydanie listu żelaznego, podpisanego przez Zbigniewa Ćwiąkalskiego, jego dawnego obrońcę. Adwokaci senatora zabiegali o wydanie listu w 2007 r., gdy ich klient ukrywał się za granicą. Co ciekawe, w tym dokumencie znalazły się stwierdzenia podważające wiarygodność Mariana J. "Groził doprowadzeniem do upadku Farmutilu oraz skompromitowaniem Henryka Stokłosy. Materiały, które posłużyły do sformułowania zarzutów pod adresem Stokłosy, zostały w znakomitej mierze przygotowane w drodze prowokacji przez Mariana J." - pisał Zbigniew Ćwiąkalski, powołując się na zeznania Anny Stokłosy.

Ale pomoc Gasińskiego dla Stokłosy nie miała się ograniczać tylko do składania fałszywych zeznań. Były senator miał też płacić Gasińskiemu za budowanie jego dobrego wizerunku. Gasiński twierdzi, że dostał od Stokłosów pieniądze na założenie strony internetowej henrykstoklosa.rox.pl.
Taka strona istnieje i przedstawia Stokłosę jako więźnia politycznego oraz "ofiarę gier dyspozycyjnych organów ścigania".

Gasiński udostępnił nam 17 mejli, które miał dostać od osób z otoczenia Stokłosy. To na ich podstawie miał pisać korzystne dla Stokłosy artykuły do internetu. Mejle zawierają m.in. żądanie pilskich biznesmenów wydania listu żelaznego dla Stokłosy. Jeden z tych mejli nadano ze skrzynki Marka Barabasza, rzecznika Farmutilu.

- Ja miałem coś do niego wysłać? - dziwił się Barabasz. - Może jakiegoś mejla mu wysłałem, ale to mitoman - dodał.

Część wynagrodzenia za pracę nad wizerunkiem Stokłosy miała przekazać Gasińskiemu w Warszawie Anna Stokłosa. Żona biznesmena zaprzecza, ale nie potrafi jednoznacznie przyznać, czy spotkała się z Gasińskim.

- Tylu ludzi się przewija... Nie wiem, czy był u nas w domu, nie bardzo go kojarzę po nazwisku - mówi Anna Stokłosa. Po chwili dodaje, że Gasiński "chyba do niej dzwonił i chodziło o jakiś wywiad".

Sam Stokłosa niechętnie rozmawia o swym rzekomym PR-owcu. - Gasiński to chory i nieodpowiedzialny człowiek. Nikt mu niczego nie kazał. Wstyd w ogóle o nim rozmawiać - mówi Stokłosa. - Poznaliśmy się w areszcie. Różne osoby przychodziły tam do mnie po pomoc. Ale ja od takich ludzi jak Gasiński trzymam się z daleka.

- Gościł pan go w Śmiłowie? - zapytaliśmy.

- Nie chcę o tym rozmawiać. Niech on idzie swoją drogą, a ja swoją - odpowiedział.

Ekscentryk Mohammed Gasiński

Bogdan, a właściwie Bogdan Mohammed Hassan Gasiński (arabskie imiona są podobno skutkiem przejścia Gasińskiego na islam) ma 38 lat.

Przed laty był związany z firmą Inter Commerce, która prowadziła interesy m.in. w Afganistanie (jej prezesem jest poszukiwany obecnie przez organy ścigania Rudolf Skowroński). Został zapamiętany jako autor odkrycia z 2001 r., jakoby we wsi Klewki na Mazurach talibowie hodowali zarazki wąglika.

Ogłoszenie tej sensacji skompromitowało Andrzeja Leppera, którego doradcą był wówczas Gasiński.
Dziś Gasiński twierdzi, że w Klewkach rzeczywiście gościli Afgańczycy, ale byli to przeciwnicy talibów. Wśród nich miał się pojawić nieżyjący już gen. Ahmad szach Massud, dowódca wojsk Sojuszu Północnego, oraz syn innego afgańskiego komendanta, gen. Raszida Dostuma. Afgańczycy mieli pojawić się w Polsce, by rozmawiać o handlu szmaragdami.

 

 

 

 

 

Tygodnik Nowy - 2009-08-18

 

Przychodzi Gasiński do Stokłosy...

 

Warszawska prokuratura znalazła kolejnego sprzymierzeńca przeciwko Henrykowi Stokłosie. Jest nim aresztowany przed kilkunastu dniami znany aferzysta Bogdan Gasiński. Ten sam, który przekazał Andrzejowi Lepperowi "kwity" dokumentujące korupcję wśród znanych polityków oraz informacje o Talibach lądujących w Klewkach.

Bogdan Gasiński w ostatnich latach był negatywnym bohaterem wielu publikacji prasowych. W kilku sprawach został skazany prawomocnymi wyrokami. Również korzystający z jego informacji szef Samoobrony usłyszał skazujący wyrok za pomówienia. Dzięki współpracy z Gasińskim nie może już kandydować do parlamentu.

"To jest niezły artysta"

Gasiński karierę rozpoczął w PKS-ie w rodzinnej Jeleniej Górze. Pracował tam przez kilka lat jako rewident - sprawdzał bilety. Porzucił pracę, gdy firma wykryła, że nie rozlicza się z zaliczek na delegacje. Wszczęto postępowanie prokuratorskie. Dopiero trzy lata później Gasińskiego zatrzymała jeleniogórska policja. Jednak PKS zgodził się wówczas na polubowne załatwienie sprawy. Gasiński zobowiązał się zwrócić pieniądze. Do dziś tego jednak nie uczynił.

- Straciliśmy przez niego kilkanaście tysięcy złotych - mówi Jerzy Wróbel, ówczesny prezes jeleniogórskiego PKS.

Ryszard Matusiak, przewodniczący zarządu regionu NSZZ "Solidarność" w Jeleniej Górze pamięta Gasińskiego z pracy w PKS-ie: - To jest niezły artysta - mówi krótko.

Specjalista od trzody

W 1998 roku, po odejściu z PKS-u, Gasiński trafił do olsztyńskiej firmy Energopol. Pracował w niej kilka miesięcy, ponownie robiąc długi. - Był zatrudniony w gospodarstwie w Prejłowie i sprzedawał na lewo świnie, o które miał dbać - mówi rolnik z pobliskiej wsi. - Firma straciła kilkanaście tysięcy, ale sprawę zatuszowano i nikt nie powiadomił prokuratury. Chyba się go bali, bo zawsze starał się sprawiać wrażenie osoby, która dużo wie.

We wrześniu 1999 r. Gasiński znalazł kolejną pracę, tym razem jako zootechnik i zarządca gospodarstwa w podolsztyńskich Klewkach, należącego do spółki Inter Commerce. Uciekł stamtąd w kwietniu 2001 r. w atmosferze skandalu. Okazało się, że na własną rękę wyprzedał należące do firmy krowy. Nie wypłacił również pensji pracownikom. Spółka straciła przez to 700 tys. zł.

Jerzy Nagraba, osoba, która zdaniem Leppera, miała dać łapówkę ministrowi obrony Jerzemu Szmajdzińskiemu, był przełożonym Gasińskiego w gospodarstwie: - Gdy go zatrudniałem ostrzegano mnie, że nie jest uczciwy, ale dałem mu szansę. Okazało się jednak, że ludzie mieli rację. Po aferze z krowami groził, wysyłając SMS-y, że jest cena za moją głowę. Poskarżyłem się policji, ale SMS-y były wysyłane z różnych numerów, bo Gasiński często zmienia telefony, i nic nie udało się mu udowodnić.

Ważniak z ministerstwa

Gasiński po ucieczce z Inter Commerce wrócił w swoje rodzinne strony. Pojawił się wiosną tego roku w kopalni surowców skalnych w Zarębie koło Jeleniej Góry.

Mieczysław Mazur, wicedyrektor kopalni wspomina: - Przyjechał do nas, podając się za kontrolera z Ministerstwa Skarbu. Siedział przez jakieś półtora miesiąca. W jakiś sposób naciągnął na blisko 4 tys. zł poprzedniego dyrektora kopalni. Żadnej kontroli nie zrobił i uciekł. Sprawa trafiła do prokuratury, ale później byłe kierownictwo firmy ją wycofało. Z tego co wiem, to szukała go policja, bo nie zapłacił za hotele w Lubaniu, w których wówczas mieszkał.

Wpuścił Leppera w maliny

W 2001 r. zasłynął jako autor informacji, na podstawie których szef Samoobrony oskarżył w Sejmie posłów SLD i PO o branie łapówek. Skończyło się to skazaniem Andrzeja Leppera za pomówienia. W trakcie procesu przed Sądem Okręgowym w Warszawie Gasiński zeznał, iż jako dyrektor w firmie Inter Commerce był świadkiem wręczania łapówek, lub wręczał je osobiście Donaldowi Tuskowi, Włodzimierzowi Cimoszewiczowi, Pawłowi Piskorskiemu, Andrzejowi Olechowskiemu i Jerzemu Szmajdzińskiemu. Usługi, jakie mieli świadczyć politycy w zamian za korzyści majątkowe wręczane przez Gasińskiego oraz prezesa Inter Commerce Rudolfa Skowrońskiego, dotyczyły "załatwienia" zgody na wykup gruntów pod budowy supermarketów na terenie całego kraju.

Opowiadając o kontaktach wymienionych polityków ze światem przestępczym, Gasiński szczegółowo zrelacjonował spotkanie Donalda Tuska z przedstawicielami pruszkowskiej mafii, w tym z gangsterem Andrzejem Kolikowskim ps. "Pershing". Gasiński zeznał też, że w zamian za wycofanie zeznań obciążających polityków oraz złożenie fałszywych zeznań obciążających Andrzeja Leppera, prokuratura zobowiązała się do wycofania wszelkich zarzutów pod jego adresem.

Talibowie w Klewkach

Gasiński odpowiadał też przed sądem za takie przestępstwa jak podrabianie dokumentów i podszywanie się pod inne osoby, w tym zastrzelonego w Iraku znanego dziennikarza - Waldemara Milewicza, czy znęcanie się nad zwierzętami (brutalne zabicie krowy). Inspektorzy ochrony środowiska, którzy przeprowadzili badania padłych zwierząt usłyszeli od byłych pracowników gospodarstwa w którym pracował Gasiński, że zwierzęta często były rażone prądem, miały też styczność z niebezpiecznymi chemikaliami.

Gasiński, za pośrednictwem Andrzeja Leppera, skutecznie rozpowszechnił informację jakoby w Klewkach pod Olsztynem lądowali Talibowie i rozmnażali bakterie śmiercionośnego wąglika. To miało być też przyczyną pomoru bydła. Jednak, jak ustaliła inspekcja ochrony środowiska, to nie próby z zarodnikami wąglika lecz niehumanitarne traktowanie zwierząt było przyczyną masowego padania bydła w Klewkach. Jak potwierdzili miejscowi mieszkańcy, w Klewkach faktycznie lądował śmigłowiec z Afgańczykami (w charakterystycznych turbanach), którzy prawdopodobnie dostarczali szmaragdy dla firmy Inter Commerce. Ten przykład potwierdza, że Gasiński wyjątkowo umiejętnie potrafił łączyć fakty z fikcją, a broniąc się przed zarzutami pod własnym adresem, jest w stanie wykreować aferę o ogólnopolskim zasięgu.

Wyskoczył z pierwszego piętra

Gasiński udowodnił też, że potrafi świetnie wykorzystywać nadarzające się okazje w konfrontacji z prokuraturą i policją. Organy ścigania nie miały z nim łatwego życia, bo potrafi posunąć się do desperackich czynów.

Na początku 2007 roku "zasłynął" spektakularną ucieczką z aresztu. Sąd wydał nakaz jego zatrzymania za wysyłanie do Andrzeja Leppera sms-ów z groźbami karalnymi oraz za nadużycia finansowe w Inter Commerce. Gasiński uciekł z budynku Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga wykorzystując nieuwagę policjantów, którzy dowieźli go na przesłuchanie. Wyskoczył z okna łazienki na pierwszym piętrze budynku. Miał wtedy składać wyjaśnienia w sprawie kradzieży dwóch laptopów.

Ukrywał się przez kilka tygodni. Został zatrzymany we Wrocławiu przez funkcjonariuszy CBŚ na podstawie listu gończego. W chwili zatrzymania posługiwał się paszportem Królestwa Brytyjskiego, miał też inne fałszywe dokumenty, w tym legitymację dziennikarza i legitymacje studenckie.

Odwet na dziennikarzach

Na jego celowniku znalazł się reporter TVN. "Bogdan Jacek Gasiński" - taką wizytówką chwalił się w całym kraju Bogdan Gasiński podszywając się pod znanego dziennikarza. Wystarczyło, że dopisał do swojego imienia Jacek i dodał logo TVN.

Mechanizm działania był prosty. Gasiński pojawiał się w hotelu i przedstawiał wizytówkę. Często przy okazji wypytywał o zabezpieczenia pokoju. Tłumaczył, że jako dziennikarz telewizyjny ma przy sobie drogi sprzęt, którego nie chce stracić. Faktycznie jednak chodziło mu o to, aby sprzęt wynieść. Jeśli zabezpieczenia były słabe, to właściciele żegnali się z telewizorami i radiami. Gdy były dobre, Gasiński nabijał rachunek alkoholami. Potem znikał mówiąc np., że wychodzi na miasto kręcić reportaż. W torbie, w której miał mieć kamerę, najczęściej wynosił telewizor ze swojego pokoju.

W końcu jednak do Jacka Gasińskiego z TVN zaczęli dzwonić hotelarze. Więc i on zadzwonił - na policję. Krótko potem na ręce Bogdana Gasińskiego trafiły kajdanki. I to w świetle kamer TVN.

Dlaczego wziął na celownik dziennikarza tej stacji? "To jest moja zemsta na was, za to że w sprawie Klewek zrobiliście ze mnie durnia, wariata" - mówił. Twierdzi, że po Klewkach nie może już znaleźć pracy.

Kiełek chwyta się Gasińskiego

Okazuje się, że ani ostatnie zatrzymanie, ani kryminalna przeszłość Gasińskiego, nie przeszkadzają prokuratorowi Robertowi Kiełkowi, który przygotowywał akt oskarżenia przeciwko Henrykowi Stokłosie. Podczas ostatniego posiedzenia poznańskiego sądu Gasiński został zawnioskowany przez prokuraturę na świadka. Najprawdopodobniej ma potwierdzić, że Henryk Stokłosa i jego współpracownicy nakłaniali go do składania fałszywych zeznań.

Henryk Stokłosa poznał Gasińskiego w okresie pobytu w Areszcie Śledczym w Warszawie, podczas czynności zapoznawania się z aktami swojej sprawy. Gasiński poinformował go wówczas, że posiada informacje, iż prokuratura nakłania świadków do zeznawania przeciwko niemu. W styczniu br. poparł to pisemnymi oświadczeniami, do których udało nam się dotrzeć.

Informował też o kontaktach prokuratora Kiełka z sędziną Sądu Rejonowego dla Warszawy Praga Północ, która przewodniczyła składowi orzekającemu o przedłużeniu aresztu dla Henryka Stokłosy. Twierdził, że prokurator wiedział o przedłużeniu aresztu zanim sąd wydał w tej sprawie postanowienie.

Pomogę wam w mediach

Gasiński nalegał na osobiste spotkanie z byłym senatorem. Do spotkania doszło w lutym br. Uczestniczył w nim rzecznik Farmutilu Marek Barabasz, który relacjonuje swoje kontakty z Gasińskim:

- W czasie spotkania Gasiński chwalił się rozległymi kontaktami z dziennikarzami ogólnopolskich mediów. Twierdził, że jest w stanie sprawić, aby media prezentowały osobę Henryka Stokłosy w korzystniejszym niż do tej pory świetle.

"Z TVN-em nie będziecie mieli już żadnych problemów. Zaraz dzwonię do mojego brata Jacka Gasińskiego, który jest tam dziennikarzem, i sprawa jest załatwiona" - stwierdził na spotkaniu. Wydał mi się osobą z silnymi skłonnościami do naciągania faktów. Przekazał mi np. wizytówkę, z której wynikało, że jest dziennikarzem Telewizji Polskiej.

"Mogę sobie przypomnieć co tylko chcecie"

- Twierdził też, że w przeszłości pracował m.in. na stanowisku wiceministra transportu, co - jak później sprawdziłem - było nieprawdą - relacjonuje dalej Barabasz. - Chwalił się, że dysponuje specjelnym aparatem telefonicznym, którego "nie można namierzyć". Zaproponował, że wykaże w jaki sposób dziennikarze zbierają materiały o Henryku Stokłosie. W tym celu poprosił o numer telefonu do stowarzyszenia ekologicznego, które jest w konflikcie z firmą Henryka Stokłosy. Ja ten numer ustaliłem i przekazałem. Bogdan Gasiński przedzwonił do siedziby tego stowarzyszenia podając się za prokuratora Wojciecha Skórę z warszawskiej prokuratury. Tam uzyskał numer telefonu komórkowego do Ireny Sienkiewicz pełniącej funkcję prezesa tegoż stowarzyszenia. Następnie zatelefonował do tej kobiety i podając się za prokuratora Skórę, poinformował, iż posiada informacje, że Henryk Stokłosa w ostatnim czasie złamał warunki zwolnienia z aresztu. Miało to polegać na kontaktowaniu się ze świadkami, mataczeniu i opuszczaniu kraju. Spytał, czy mogłaby to potwierdzić i umówił się z nią na spotkanie. Na prośbę Gasińskiego rozmowa ta została nagrana na mój dyktafon. Na czas rozmowy przestawił swój telefon na tryb głośnomówiący.

Po jakimś czasie poprosił Henryka Stokłosę o pożyczenie pieniędzy. Wówczas motywy jego działania stały się dla nas jasne. W kolejnych tygodniach Bogdan Gasiński kontaktował się ze mną telefonicznie i poprzez pocztę elektroniczną. Nalegał, abym wysłał mu fotokopię aktu oskarżenia Henryka Stokłosy. Założył na jakimś zagranicznym serwerze stronę internetową, na której zamieszczał treści dyskredytujące prokuratora Kiełka. Nie miał na to naszej zgody. Twierdził też, że zna zagranicznego dziennikarza, który interesuje się sprawą i chciałby ją rzetelnie opisać i opublikować we francuskim dzienniku "Le Figaro", i że w związku z tym potrzebuje dokumentów, na których mógłby się oprzeć. Twierdził również, że dokumenty te są mu potrzebne, gdyż chciałby pomóc Henrykowi Stokłosie bronić się przed działaniami prokuratury - jego zdaniem - niezgodnymi z prawem.

Po przeanalizowaniu informacji medialnych dotyczących wcześniejszych afer z jego udziałem, zaprzestałem kontaktów z Gasińskim. Utwierdziłem się w przekonaniu, że jest oszustem, naciągaczem i mitomanem, a utrzymywanie kontaktów z tą osobą odbije się niekorzystnie na wizerunku Henryka Stokłosy.

Podczas jednej z rozmów telefonicznych B. Gasiński oświadczył, że przypomniał sobie, iż Marian Janowiak, korumpował urzędników Ministerstwa Finansów w imieniu właściciela firmy Inter Commerce Rudolfa Skowrońskiego, i że chciałby to potwierdzić przed sądem.

Starałem się nie odbierać od niego telefonów, jednak on często zmieniał numery, a ponadto dzwonił z numerów zastrzeżonych. Wielokrotnie wysyłał też do mnie sms-y oraz e-maile. Z treści tych e-maili wynika, że przybrał sobie pseudonim "Adam Kowalski" i informował media o nadużyciach prokuratury w sprawie Henryka Stokłosy, wysyłając wiadomości do różnych redakcji. Jako rzecznik prasowy odebrałem w tej sprawie kilka telefonów od dziennikarzy, jednak nie udzielałem żadnych komentarzy. Informowałem tylko, że osoba która rozsyła tego typu materiały, czyni to na własną rękę i nikt żadnej osoby do tego nie upoważniał.

"Pokaże ci Heniu, jak cię niszczą"

Do Śmiłowa Bogdan Gasiński przyjechał najprawdopodobniej po to, aby uwiarygodnić się przed Henrykiem Stokłosą. Pozostawił po sobie własnoręcznie napisane oświadczenia mówiące, że Marian Janowiak musiał obciążyć fałszywymi zeznaniami Henryka Stokłosę, po to, aby uniknąć aresztu, oraz, że sam był nakłaniany przez prokuratora Kiełka do podobnego działania.

Innym śladem wizyty Gasińskiego w Śmiłowie jest dyktafon rzecznika Farmutilu. Podczas spotkania Gasiński poprosił o kontakty do osób, które mają powody, by "nie przepadać" za Stokłosą. - Pokażę ci Heniu, jak można cię pięknie załatwić i jak to robią dziennikarze - mówił. Podając się za dziennikarza Gazety Wyborczej Wojciecha Czuchnowskiego, przedzwonił z zastrzeżonego numeru do dziennikarza Piotra Gadzinowskiego (aktualnie TVN, niegdyś TV Asta), słynącego z nieskrywanej wrogości wobec Stokłosy.

Gadzinowski ochoczo podjął rozmowę. Stwierdził, że chce napisać książkę o Stokłosie. Gasiński poinformował, że dysponuje dowodami potwierdzającymi złamanie przez Henryka Stokłosę warunków zwolnienia: - Wie pan, że ten ch... był niedawno w Berlinie i spotkał się ze świadkami. (...) Mam swoje powody, żeby go upier... pan jest w TVN-ie i możemy to zrobić wspólnie - Gasiński sprawiał wrażenie, że jest wrogiem Stokłosy, wyrażał się o nim w sposób pogardliwy. Gadzinowski, nie kryjąc zadowolenia, wyraził chęć szybkiego spotkania z "Czuchnowskim" i zrobienia materiału.

Pod osobę Wojciecha Czuchnowskiego Gasiński podszył się również w rozmowie z byłym dziennikarzem TN Mariuszem Szalbierzem, który w trakcie rozmowy przypomniał sobie nawet, że niedawno rozmawiał z prawdziwym Wojciechem Czuchnowskim. - Pamięta pan, niedawno się spotkaliśmy. Niedosłyszałem nazwiska i nie poznałem pana po głosie - stwierdził. Ale nawet to nie zniechęciło Gasińskiego: - Bardzo przepraszam, rozmowa może być niewyraźna, bo jadę samochodem.

Bardzo owocną, kilkunastominutową rozmowę Gasiński przeprowadził z szefową SEPZN Ireną Sienkiewicz. W tym przypadku przedstawił się jako prokurator Prokuratury Warszawa Praga Wojciech Skóra. Irena Sienkiewicz nawet nie starała ukryć radości, słysząc od "prokuratora", że Stokłosa wpływa na zeznania świadków i wyjeżdża za granicę, naruszając tym samym warunki zwolnienia z aresztu. - Wie Pan, podejrzewamy, że tak jest, tutaj się o tym głośno mówi - mówiła podekscytowana, dodając, że wysłała niedawno do prokuratury kolejne pismo w sprawie Stokłosy.

- Tak, tak, widziałem, tak trzymajcie, musimy działać wspólnie. Nie ukrywam, że Stokłosa jest dla nas trudnym przeciwnikiem - stwierdził "prokurator", po czym podjął wątek rzekomego pobytu w Śmiłowie ministra Ćwiąkalskiego.

- My słyszeliśmy, że pan Ćwiąkalski był u Stokłosy na imieninach. Wie pan, tutaj wszyscy o tym wiedzą, ale listę osób, które go widziały ma pani Bożena Dunat z "NIE". Mamy z nią kontakt w sprawach Stokłosy - mówiła szefowa ekologów.

- Niech pani trzyma rękę na pulsie. (...) W przyszłym tygodniu będę w Prokuraturze Apelacyjnej w Poznaniu to pofatyguję się do pani osobiście. Przedzwonię do Pani z Poznania.

- Zapraszam serdecznie, jest wiele spraw do omówienia. Do zobaczenia.

Zdumiewający jest fakt, że osoba pełniąca funkcję prezesa stowarzyszenia ekologicznego nawet nie starała się potwierdzić tożsamości swojego rozmówcy. Sprawiała wrażenie osoby podnieconej tym co słyszy. Najprawdopodobniej z niecierpliwością oczekiwała obiecanego telefonu od "prokuratora". Nie wiadomo jakie kroki podjęła, gdy w umówionym czasie "prokurator" nie zadzwonił.

Jedynie Waldemar Piątek, do którego Gasiński dzwonił jako prokurator Skóra, nie dał się ponieść emocjom: - To jakaś pomyłka, wykręcił pan zły numer - odparł pytany przez "prokuratora" o pobyt Ćwiąkalskiego w Śmiłowie.

As z prokuratorskiego rękawa

Rozmówcy Gasińskiego w zadziwiająco łatwy sposób podejmowali rozmowę na temat Stokłosy, potwierdzając przy okazji mnóstwo nieprawdziwych faktów. Czy prokuratora mogła zbierać dowody przeciwko Stokłosie w podobny sposób?

Czy motywem działań Gasińskiego była wyłącznie chęć uzyskania od Henryka Stokłosy korzyści w postaci pożyczek pieniędzy? Podczas spotkania stwierdził, że potrzebuje środków na wynajem jakiegoś mieszkania. Wyglądał na człowieka, który ma kłopoty finansowe. Prawdopodobnie nie ma żadnego stałego źródła dochodu. Sprawiał bardzo niekorzystne wrażenie, chodził w podartych spodniach, wyglądał nieestetycznie, jakby nie brał kąpieli od dłuższego czasu. Niewykluczone jednak, że przyjechał do Śmiłowa nie tylko z własnej woli. Fakt, iż - dla wielu niespodziewanie - został świadkiem prokuratury, rzuca na całą sprawę zupełnie inne światło.

 

 

 

 

CIĄG DALSZY NIEWĄTPLIWIE NASTĄPI...