Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

ROMAN BRATNY

cdn

1989

 

 

 

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

"Pomożecie? - Pomożemy!" - przecież taki tytuł, cytat z przemówienia pierwszego, wyświechtany przez dziesiątki dziennikarskich przytoczeń, wyglądałby na kpinę.

Redaktor Wieluń cisnął długopis na szklany blat długiego konferencyjnego stołu, podniósł się i podszedł do okna. Mocował się przez chwilę z klamką. Ostre, zimowe powietrze owionęło mu twarz. Zaczerpnął tchu. Jak dobrze, że istnieje coś takiego jak powietrze. Spojrzał na swój redaktorski pokój, na stół zastawiony filiżankami po kawie, na spodeczki z czarnymi zaciekami, na góry niedopałków pozostawione w popielniczkach, poodsuwane krzesła... Dyskusja o roli i pozycji dziennikarza w okresie odnowy. Zawsze żyjemy w okresie lub przed okresem odnowy. Ile to już razy? Ktoś zaproponował nawet tytuł: "Trzecia nadzieja".

- Pierwsza to czterdziesty piąty? - zapytał ostrożnie, zaproszony na dyskusję, nowy warszawski sekretarz, Teofil Haładaj.

- Druga pięćdziesiąty szósty - taktownie wtrącił młody Artek Pasiecki, jakby nie chcąc wymienić tak bolesnej mu daty sześćdziesiąt osiem.

Że sekretarz przybył na dyskusję, to dobrze, ale nie jest całkiem pewne, czy dobrze, że został w ogóle zaproszony, za wiele padło tu słów drastycznych. Cały początek zdominował ten uzdolniony szczeniak Pasiecki. Był na fali. I to wysokiej, skoro sam Wańkowicz (kolejny sukces: do redakcji przybył Stary Mistrz) przed rozpoczęciem stenografowanej rozmowy złożył mu gratulacje za drukowany w ostatnim numerze "Tygodnika" reportaż "Któryś tam". Rzecz dotyczyła sekretarza jednego z północno-wschodnich województw. Satrapa do tej pory utrzymał się jakimś cudem na wichrach personalnych przemian. Pasiecki zwał go w reportażu Gubernatorem...

Muszę odpocząć - zdecydował redaktor Wieluń, ale to oznaczało tylko tyle, że znów znalazł się przy otwartym oknie. - Żebym się tylko nie zaziębił - zmartwił się o siebie, choć wiedział, że nie o to chodzi. Potrzeba powietrza nie wróżyła nic dobrego: serce.

Patrzył z wysokości drugiego piętra na snujących się ulicą przechodniów.

Czy nie lepiej znaleźć się tam, na dole, wśród ludzi zajętych swoimi zwykłymi sprawami? Czemu za moje uznałem to wszystko tutaj? - pomyślał bezradnie, oglądając się znów na pokój, jakby kłęby papierosowego dymu symbolizować miały pożary krwawych grudniowych dni.

Usłyszał ciche pukanie i nim się odezwał, w progu stanął Artek Pasiecki.

- Jeszcze panu mało? - mruknął niechętnie na widok swego pupila.

- Redaktorze, jeszcze raz apeluję: wróćmy do tytułu mego pierwszego grudniowego reportażu: "Drugie śniadanie poległych". Pasuje, jak ulał. Przecież reportaż nie poszedł, a dziś w dyskusji mówiłem znowu o wrażeniu, jakie na mnie zrobiła chwila, gdy byłem w Gdańsku świadkiem zwracania rodzinom zawiniątek znalezionych przy poległych. Ten suchy chleb na drugie śniadanie... Wtedy nie przeszło, ale skoro w naszej dzisiejszej dyskusji brał udział nowy warszawski sekretarz, cenzura będzie musiała uważać...

- Nie muszę panu przypominać całej historii. Klęska zaczęła się właśnie od tytułu - naczelny przywołał młodzika do porządku.

O Boże, skończyć z tym wszystkim - westchnął w myślach i ostentacyjnie otworzył szerzej okno. - Niepoprawny smarkacz. Ile z tym zatrzymanym reportażem było kramu! Na początku okazało się, że niestosowny jest tytuł. Dyskutowano nad słowem "polegli". Zaproponowałem "zamordowani", co uznano za prowokację. .. Już byliśmy blisko zweryfikowania "zabitych" ("zabici to jest kompromis" - wyraził się cenzor), aż przyszła z centrali decyzja, że cały tekst zdejmujemy...

Artur wyjął z kieszeni papierosy.

- O nie! - krzyknął panicznie Wieluń.

- Nie, to nie - mruknął nonszalancko Artur, biorąc okrzyk szefa za decyzję definitywnie odrzucającą jego tytuł, i wsadził papierosa w zęby.

- Powiedziałem, niech pan tu nie pali! - krzyknął histerycznie Wieluń. - Co się ze mną dzieje? - dodał w myślach. - Panie Arturze - mruknął pojednawczo - jestem piekielnie zmęczony. Przecież był pan świadkiem, jak stary Melchior wycofał tę część swojej wypowiedzi, w której mówił o nie wyjaśnionych jego zdaniem okolicznościach zajść w Gdańsku i Szczecinie, o dziwnej symetrii spontanicznych ponoć reakcji tłumów w obu miastach, o tych pożarach... Niech się pan uczy od Mistrza.

- Dobrze, dobrze, historia się dziś nie kończy. "Drugie śniadanie poległych" może poczekać. Do widzenia!

Wieluń został sam. Dotknął ręką czoła. O Boże, co ten szczeniak powiedział? Historia się dziś nie kończy?

 

Redaktor Wieluń był zbyt zmordowany wielogodzinną dyskusją, by szukać czyjegokolwiek towarzystwa, ale przymusowa samotność, na jaką skazała go niedawna śmierć żony, była jeszcze gorsza. Pozostawała, jak zawsze, praca. Już od paru dni leżał na biurku list od nowego sekretarza. Towarzysz Edward zwrócił się do kilkuset naukowców, publicystów z prośbą o radę. Jak uzdrowić schorowaną socjalistyczną ojczyznę. Powstały już komisje ekspertów. Mikrosejmy specjalistów. Taki list to oczywiste wyróżnienie - i redaktor potrafił to docenić. Ale wciąż jeszcze nie mógł zabrać się do odpowiedzi, a w dzisiejszej dyskusji ten okropny staruch wypruł z niego resztki energii. Jak to powiedział w pewnej chwili? "Wasza generacja jest nie do uratowania. Wszystko, co jest wyższe nad depresyjny próg stalinizmu, jest dla was szansą, nadzieją..." "Trzecia nadzieja". Nieźle byśmy się wygłupili z tym tytułem. Przecież to jawny sceptycyzm. Bo ileż razy można?

Ani się spostrzegł, jak zaczął pisać.

"Ten list jest świadectwem powagi sytuacji i powagi człowieka, który podjął się za nią odpowiedzialności. Ale skoro ten Człowiek (Duża litera? Tak, duża.) uznał, że trzeba się zwrócić do ludzi spoza instytucji przedstawicielskich, to dowód, że system ich doboru jest fałszywy, że zostawia na marginesie ogromną część intelektualistów, których kraj potrzebuje..."

Przerwał pisanie. Czy to ma sens? Czy on to w ogóle przeczyta? Właściwie po cholerę to wszystko?! - poczuł złość do samego siebie. - Mam pięćdziesiąt lat, a czuję się starcem, zwłaszcza gdy patrzę na takiego omszałego przez lata Wańkowicza. Kiedy nagliłem, żeby zacząć dyskusję, przerwał mi: "Jeszcze trochę, przecież ja chcę też prywatnie pogadać z młodzieżą". Dla niego nawet Haładaj to młodzież... A może On ma rację? Jest się młodym, dopóki się wierzy. Że jest nadzieja. Choćby ta trzecia...

Poczuł, że nie wróci już do przerwanego pisania. Musi odpocząć. Wyciągnął się na tapczanie. Do dziennika telewizyjnego było jeszcze pół godziny.

Niebieskie anioły lecące nad miastem... Czarne płaty sadzy niczym skrzydła bijące niespokojnie na wietrze. Nie, to nie powstanie. Płonie gmach... Wyobraźnia 'rekonstruowała sytuacje skreślane przez redaktorski cenzorujący ołówek w niedawnym reportażu Pasieckiego z Gdańska... "Drugie śniadanie poległych"... Nad gmachem płonącego komitetu wojewódzkiego helikopter ewakuujący przez dach obrońców budynku. Falangi lecących przez granatowe niebo helikopterów, u każdego uczepiony milicjant, jak dziwaczny groteskowy anioł nad potępieńczą czeluścią... I ten gęsty, uparty dzwonek ...

Ocknął się nareszcie. Zdążył dopaść telefonicznej słuchawki. Sekretarka ważnej osobistości bardzo oschle zapraszała go do gmachu:

- Towarzysz czeka już od ósmej...

 

Profesor Eustachy Pasiecki obudził się wstrząsany dreszczem wyniesionego ze snu przerażenia. Co to było? Wrócił w ten sen jak we wspomnienie sprzed lat dwudziestu, trzydziestu. To było jak mechaniczne cofnięcie tajemniczego zapisu pamięci, jak powrót w długą noc podróży, oddalającej od miejsc, gdzie zna cię każdy, jak ty znasz każdy kamień i cegłę rozwalonej kamienicy... Sen odtwarzał nawet pejzaż za oknem wlokącego się pociągu: piaszczyste laski, przycupnięta wieś. czerwień dachówek, podkreślająca, że on nie stąd, że przyjechał tu schronić się przed wypaloną warszawską ojczyzną... Ale dlaczego nie widzi twarzy tej starej kobiety, płaczącej nad jego niepotrzebną, niewiarygodną opowieścią? Bo wyznał to najstraszniejsze obcej, starej kobiecie, gdy dopytywała się o syna," który walczył na Woli. Ale teraz we śnie pojawiła się na jej miejscu matka z twarzą wykrzywioną wstrętem. Siedział wsparty o poduszki, wpatrzony w ciemność, przerażony, że zamknięcie powiek przyniesie znów obraz jej twarzy - tak kochanej, a tak przerażającej.

Nigdy się nie dowiedziała... Żadne echo tamtego powstańczego sierpniowego dnia nie wróciło do niej, nie wiedziała nic poza tym, co jej powiedział. Ona jedna nie mogła wiedzieć i ona jedna nie uwierzyłaby z pewnością, bo gdyby uwierzyła, straciłaby w tej samej chwili nie tylko Jurka, ale i jego, drugiego, ostatniego syna. Nie mogła wiedzieć. On sam właściwie zapomniał, że powierzył swoją tajemnicę przypadkowej starej kobiecie.

Wstał z łóżka, podszedł do okna. Po odsłonięciu firanki do wnętrza wemknęło się światło latarni. Poczuł się znośniej, chociaż straszyły ciemnością szeroko otwarte rozsuwane drzwi do sąsiedniego pokoju. Ile uporu ich matki! Pomyślał: naszej matki. Ile indiańskich podstępów z meldowaniem kuzynów i przypadkowych znajomych!... Ale obroniła dla nich to wielkie mieszkanie, cudem ocalone w mieście-pustyni. Najpierw on z matką w jednym pokoju. Potem żona, dwóch synów... Najpierw Artur... W dwa lata po wojnie przyjście na świat tego syna było... Oddalało jakoś śmierć Jurka, pozwalało o niej zapomnieć w ojcowskich, nieprzytomnych zabiegach... Studia... Ojcowie przy szkolnej tablicy... A matka... Jej ciągłe wycieczki do Czerwonego Krzyża. "Skoro Jurek nie został odnaleziony, skoro musiałeś go zostawić..." Powiedział: "śmiertelnie rannego" - i to była nadzieja. Potem się poprawił: "był konający",.. Przez jakiś czas żył w obsesyjnym lęku, że spotka gdzieś tę kobietę, że ona będzie o tym mówić. Dla matki wszystko, co teraz robił, było zdradą Jurka i sprawy, dla której zginął lub zaginął. Gdy raz czy drugi powiedział brutalnie coś na temat tych w Londynie, gdy zacytował czyjś wiersz: "raczej z diabłem niż z nimi", wiedział, że sprawia jej ból, że ona wierność tamtej sprawie, a więc i tamtym ludziom, uważała za gwarancję życia lub bodaj pamięci po Jurku. Więc nie mówił. A zaczęło się wtedy to upokarzające ujawnianie, spis, "kolczykowanie" - jak mawiali jego akowscy towarzysze broni... Chciał wierzyć, że tak trzeba. I wtedy szok. Dowódca, człowiek, który prowadził tę akcję ujawniania, usłyszawszy jego nazwisko, podniósł oczy. dotąd wbite w blat długiego stołu, przy którym oficerowie bezpieczeństwa wypełniali ewidencyjne arkusze...

- Brat Jerzego? - zapytał niespodziewanie.

Gwałtowny przypływ wzruszenia, jakby ktoś, wymawiając to imię, zmaterializował cień, sprowadził jakąś nadzieję.

- Tak jest! - odparł prostując się po żołniersku.

Wtedy pułkownik podniósł się, obszedł długi stół i nic nie mówiąc do osłupiałych oficerów, wziął go pod rękę...

- Co z nim? - spytał półgłosem, gdy był już pewien, że go nie słyszą.

- Poległ. Poległ - powtórzył czując w gardle spazm, jakby tym słowem zabijał go ponownie...

Twarz pułkownika ani drgnęła.

- Musiałeś tu przyjść?

Nie zrozumiał pytania.

- Już cię mieli? - pułkownik gestem głowy wskazał tamtych za stołem.

- Czytałem wezwanie... - wyjąkał, czując, że coś jest nie w porządku.

- No, trudno - odsapnął pułkownik i bez słowa zawrócił w stronę stołu.

Pasiecki znów poczuł się tym dwudziestoletnim, który nie rozumie gry.

Obejrzał się na swego dowódcę, siadającego pomiędzy dwoma młodymi oficerami bezpieczeństwa, i poczuł nagle uderzenie nienawiści: to są mordercy jego brata! Pojednani w nowej grze.

Strażnicy nowego porządku i ten stary pułkownik pytający: "Musiałeś tu przyjść?" Znów robi coś wbrew historii. To ja, głupi podchorążak. wiedziałem, że powstanie nie ma sensu, wiedziałem, a on, a oni...

Już nigdy! - powtarzał sobie z jakimś spazmatycznym poczuciem upokorzenia, składając na pół zaświadczenie o dokonanym ujawnieniu się.

Ale czy to była granica, po której przestąpieniu już nigdy nie miał uwierzyć? Przecież powoli zaczął włączać się do pochodu. Może ten żywioł nienawistnej pamięci dotykał brutalniej dowódców jego młodości, nie jego? Oglądał potem tę polską wojnę domową, w której po drugiej stronie strzelali jego koledzy, nie dość sparzeni w czterdziestym czwartym. I nienawidził ich w imię swojej nienawiści do tamtych, do wodzów w Londynie. Byli jeszcze tacy, co słuchali stamtąd radiostacji, której sygnał był kiedyś dla nich jak dzwon na podniesienie, teraz zaś przypominał poszczekiwanie brytana. Pierwsze takty V Symfonii. "Symfonią losu" zwał ją Beethoven, a ci złodzieje ukradli motyw tego dobijania się do bram przeznaczenia, by ich zaprowadzić i zamknąć za więziennymi kratami.

Uratował go Artur. Dziecko. Nie miłość. To było już przeżyte. Jak wszystko w powstaniu. A potem już tylko dożywanie... Tacy oni byli, ci wypaleni, ale żywi. Więc przyszedł na świat... Dlaczego taki ważny jest ten pierwszy syn? Świadomość przetrwania? Nadzieja, że jeszcze będzie inaczej? Bo ta nadzieja już nieśmiało daje znać o sobie. Drażnią triumfalne bębny propagandy, ale z radością haruje się przy odbudowie miasta. Boże, Trasa W - Z! Ten tunelik, że spluniesz z jednego końca na drugi. Co za triumf! Niekłamany, prawdziwy. Coś się buduje. Coraz głupsi stają się ci nieprzejednani. Zaczyna tracić powstańczych kolegów, tych, co mają mu za złe, że jest w ZWM, że w dyskusji powiedział coś o "nieśmiertelnych dziejach romantycznej głupoty w Polsce". Oczywiście, jest na dobrej drodze, ale też i błądzi nadal. Romantyzm jest nam potrzebny. Socjalistyczny. Czyta pisarzy, do których czytania wprawiał go kiedyś ojciec. I oni się zmienili. Zamiast dramatów katolickiego sumienia - rachunki z historią. Każdy oczywiście po swojemu prowadzi te rachunki... Jak gospodyni domowa - tu bochenek chleba, rzodkiewki, buraczki. Poległy brat, majątek, z którego wypędzili, awans niepiśmiennego na dyrektora... Te prywatne zyski i koszty. Ale każdy bilansuje po swojemu.

Koniec studiów. Przychodzi na świat Rudolf. Co za imię! To babcia, czyli matka, przypomniała sobie, że stryj nosił to imię. Niech będzie Rudolf. Ile decyzji podejmował przeciw sobie, przeciw swoim duchowym ojcom, przeciw otoczeniu swej młodości?! Podobnie było, gdy wstępował do partii. Ale to był gest wobec państwa. Może jeszcze byle jakiego, ale własnego. "Własne" brał wówczas w cudzysłów, ale w tym właśnie była państwa tego bylejakość, zasługująca na pomoc. Chciał tę bylejakość przezwyciężyć, zmienić, ograniczyć. "Towarzyszu" - mówiła do niego matka. Tak, to był czas ostatecznego wyboru. A także wybór wrażliwości na czas. Trzeba być kamieniem, aby nie płynąć z prądem. A dziś prąd niesie w inną stronę... Ale czy ta inna, nowa strona musi być rehabilitacją starych zaułków bez wyjścia? Artur! Skąd on się wziął? Może właśnie z mego konformizmu - z niezgody na swego ojca? Chciałem mu przekazać własne posłanie: żyć przyzwoicie, być sobą, bo historia zawsze człowieka oszuka. I byłem sobą - wbrew wszystkiemu, co mnie pchało w życie publiczne. Z niewiary. Ze strachu, że zawsze, gdy zaufam historii, natrafię na zrozpaczone oczy mego brata i jego rozkaz: "Dobij! Zrób to! Na miłość ojczyzny!" Tacy wtedy byliśmy. Takie padały słowa. Chociaż ostatnie brzmiały: "Słyszysz, kurwa? To rozkaz!..."

Nikomu o tym nie mówił. A gdyby mówił, i tak nikt by nie uwierzył.

Minął rok. I oto siedzi w gabinecie z zakratowanym oknem. Naprzeciw niego pułkownik. Pułkownik kaleczy polskie słowa. Chce tylko wiedzieć, gdzie jest jego brat. To wynik tej nieostrożności dowódcy, który odprowadził go na bok od stołu, przy którym przybijali pieczęć na akowską przeszłość. Wyniuchali gdzieś - ktoś zeznał czy doniósł? - że było dwóch braci o tym samym nazwisku. Z jednym rozmawiał dowódca. Może przekazał instrukcje dla drugiego? Ten drugi jest ważniejszy - był w powstaniu przez parę dni adiutantem dowódcy, który teraz "robił ujawnienie".

- Więc gdzie ty brata schował? - trzeci raz pada pytanie, a ciemne, źle ogolone szczęki pułkownika zaczynają chodzić pod skórą.

- Brat poległ - powtarza po raz trzeci.

- Ale my wiemy, że był ranny i tylko ty sam z nim został...

Powiedział to ktoś z jego drużyny? Kto? I po co to mówił? Przecież nikt nie wie... Tylko starej kobiecie wyznał, że Jerzego zasypało, przywaliło gruzem jak odłupaną od rzeźby głowę. Został na piętrze pasażu Simonsa, gdy inni zeskakiwali z piętra w dół... Może to któryś z nich zeznał?... Zeznał, bo oni tego chcieli...

Pojął, że już nie zaśnie. Był biały, letni dzień, w którym miasto miało swój najlepszy czas ciszy, spokoju, odpoczynku. Za oknem panoszyło się zielonością wspaniałe drzewo. Jako dziesięciolatek siadał na parapecie i patrzył z uwagą w dół, żeby zobaczyć, czy obrodziły kasztany. Przestraszył się. Od tamtego czasu minęło prawie pięćdziesiąt lat! Połowa życia drzewa, bo przecież stuletnie leśnicy skazują do wyrębu. Niewiele miał już przed sobą od śmierci żony, samotność paraliżowała go, wyganiała za próg mieszkania. Niedawno jeden z przyjaciół zapytał z troską: "Czy to prawda, że zaglądasz do kieliszka?" Jak czujna jest plotka. Stercząc przy oknie, uświadomił sobie przyczynę, dla której wstał z łóżka. Bał się, że sen powróci. Zaczął łazić w piżamie po mieszkaniu. Nastawił maszynkę z kawą. Tak, spać nie będzie. Weźmie się za te papierzyska przygotowane do wykładu.

Boże, dziś przecież wychodzi "Tygodnik" z listami czytelników w sprawie reportażu Artura "Któryś tam", reportażu, o którym mówi cała Polska!

Ogolił się spiesznie. Wyjrzał przez okno, przed kioskiem uformowała się już kolejka po gazety. Na pewno jest i "Tygodnik". Ilekroć wybucha kryzys, nadzieja otwiera zainteresowanie prasą, dyskusją...

"Tygodnik" leżał grubą ławicą egzemplarzy. Porwał jeden z wciąż ubywającej sterty i zawrócił na schody.

Nie ma co, dobry ze mnie tatuś - zażartował sam z siebie.

Po chwili stał z otwartymi ustami, łapiąc powietrze, jakby się dusił. Na stronie, gdzie spodziewał się kolumny listów o reportażu Artura, było tylko krótkie oświadczenie redakcji.

Tygodnik informował, że wobec bezprzykładnego ataku na zasłużonego towarzysza X, jakiego w reportażu pt. "Któryś tam" dopuścił się redaktor Artur Pasiecki, redakcja rezygnuje z jego współpracy i zamyka na przyszłość swe łamy przed kalumniatorem.

 

- Przyszło paręset listów - powiedział Artur.

- Mizerna pociecha... - mruknął Rudolf, jego młodszy brat.

Bardzo rzadko profesor Eustachy Pasiecki widział obu synów razem. Od młodości chodzili własnymi drogami. Co gorsza, obie te drogi odwiodły ich od ojca. Nie ma podlejszej uroczystości niż urodziny, gdy już dawno przekroczyło się pół wieku, ale ta okoliczność posadziła ich razem za stołem przy parzonej przez ojca kawie i kieliszku wina...

Rozmowa jednak nie miała okazjonalnego charakteru. Artur był już może nieco wystudzony, ale ten właśnie chłód i pozorny dystans, gdy mówił o swojej sprawie, najmniej się ojcu podobały. Odpowiedział, że zbiera odpisy listów, jakie przychodzą do redakcji: "To jest dopiero dokument na temat nastrojów społecznych..."

- Ja bym temu twojemu Wieluniowi po prostu zbił mordę - Rudolf tym razem był z bratem.

- Ofiara systemu - wzruszył ramionami Artur. - Ale wiesz, ojcze, z tych listów wynika, że pozorne rozhuśtanie nadziei jest bardzo złudne. Reakcja opinii o tym właśnie świadczy. Wiele listów wrzucano poza terenem województwa tego satrapy. Ich autorzy piszą wręcz, że Gubernator może kontrolować pocztę. Wiele listów oczywiście nie podpisanych. Wszyscy odsłaniają brudne tło jego rządów, ale też wszyscy mówią, że cała odnowa jest lipą, skoro ze mną tak postąpili... Choć społecznie może się to okazać opłacalne.

- Co ty mówisz? - jęknął ojciec.

- No tak. Bo ja przestanę się wygłupiać i wezmę się serio do roboty, a ludzie nie pozwolą się nabierać.

- Cóż to za robota serio? - bąknął naraz nieprzyjaźnie Rudolf.

- Trzeba ludziom otwierać oczy. Ten system nie nadaje się do naprawy. Kto mówi o odnowie, to albo łże, albo jest głupi.

- Synu, pozwól ludziom żyć nadzieją...

- I marzyć... - szyderczo mruknął Artur.

- Właśnie.

- W tym sensie prawo do marzenia jest w porządku. Twój Lenin o tym nauczał.

- Mój? - zdziwił się profesor Pasiecki.

- No tak. Twój. A raczej, przepraszam, ty jesteś jego, trzeba mieć poczucie proporcji. Ty możesz należeć do Lenina. Nigdy odwrotnie. A skoro umarł, to do jego następców. Tak jest! Z woli historii. Często o tym piszesz. Zresztą zgoda. Będziemy marzyć. O innej ojczyźnie. W której jakiś tam Gubernator będzie w kryminale, a moje o nim teksty w wypisach szkolnych...

- Artur, wierz mi, w historii płaci się nieraz koszty, które takie marzenia czynią przekleństwem...

- Nie ucz mnie oportunizmu. Całe wasze pokolenie... - nagle urwał. Zaczerwienił się, poderwał z krzesła i złapawszy w rękę kieliszek z winem, obszedł stół.

- Tato! Nie mówmy o tym, przecież to są twoje urodziny.

- Tak, skończmy z pryncypiami! Zresztą, mój bracie - zawołał Rudek - może propaganda czy kultura dostaną teraz w dupę, ale za to gospodarka ruszy! Ruszy na pewno. To jest ekipa ludzi nowoczesnych.

- Oczywiście. A ty, Rudek, na pewno nie wiesz, że nowy premier w czasie pożegnalnego bankietu dla Cyrankiewicza zwrócił się do niego z toastem: "Zawsze uważałeś mnie za półinteligenta. A ja teraz jestem premierem. To ja ciebie żegnam..."

- Może nowy premier to nie Spinoza. Ale gospodarka ruszy na pewno - powtórzył Rudolf.

- I ty będziesz szczęśliwy, jeśli nie będziesz musiał myśleć, ale będziesz mógł kupić sobie opony... - wzruszył ramionami Artur.

- Synowie! Za przyszłość waszego pokolenia...

Rozdział drugi

"Redaktorze!

Dowód wysokiej kultury dała redakcja «Tygodnika» przepraszając obrażonych czytelników artykułu «Któryś tam» pióra red. Pasieckiego. Z niecierpliwością należałoby oczekiwać teraz przeprosin za zniewagi wywołane bajkami Krasickiego lub Kryłowa, które również w sposób metaforyczny piętnują przywary ludzkie. Lecz nie o wyimaginowane słabości i przywary ludzkie chodziło w tym artykule. Tam podane były fakty! I odczytane, jak należy: i przez napiętnowanych, i przez krzywdzonych bohaterów tego reportażu, i przez bacznych, acz niemych obserwatorów tej przeraźliwej sceny.

Wrażliwość redakcji okazała się jednak jednostronna. Zamieszczając oświadczenie, że rezygnuje ze współpracy z red. Pasieckim, redakcja wymierzyła policzek ludziom znającym opisaną prawdę i hołdującym jeszcze naiwnemu przeświadczeniu, że:

- jest prawo do krytyki,

- krytyka jest rzeczą społecznie cenną,

- draństwo powinno być piętnowane,

- krytykujący nie może być represjonowany! oraz że

- teraz, właśnie teraz, rozpoczął się czas odnowy.

Tymczasem dłuższe ręce miał «Któryś» niż zasięg obecnych przemian. Te ręce nie tylko kierowały piórem redaktorskim w «Tygodniku», nie tylko zmusiły do napisania takiego oświadczenia. Te ręce zacisnęły się na gardłach innych niesubordynowanych, którzy by zapragnęli mówić i oceniać. Te ręce zacięły batem! To jest dławienie krytyki, to jest urąganie oczywistym faktom!

Redakcja nie będzie chyba zaskoczona, że list ten pozostanie nie podpisany. Niestety, za cenę własnego chleba, który łaskawie rozdzielają lub odbierają bohaterowie artykułu Pasieckiego i im podobni, nie można zdobyć się na odwagę. Prawda nie żywi, prawda boli. Wobec wysokiej «kultury», wykazanej w rozprawianiu się z red. Pasieckim, można przewidywać również «kulturalne załatwienie» autora listu podpisanego. A wiec jeszcze jeden policzek: zniżanie się do anonimów".

 

Redaktor Wieluń zdawał sobie sprawę, że gra o grubą stawkę. Niewątpliwie ten jego pomysł z "białą księgą" w sprawie Artura Pasieckiego mógł się okazać zbawienny. Ale i niósł spore ryzyko. Od paru dni wyczuwał wokół siebie pustkę. Na odprawie prasowej nikt do niego nie podszedł. A przecież zrobił wszystko, czego od niego wymagano! Wydrukował oświadczenie, wylał Pasieckiego. A straty? Nie tylko setki wymyślających listów, odsyłanie obelżywe odcinków z opłaconym abonamentem pisma. "Któryś tam" był przecież jednym z ostatnich broniących się sekretarzy wojewódzkich, jaki sens miało angażowanie się kierownictwa w taką sprawę? Wymyślił więc, że sporządzi zwarty meldunek o reakcji opinii publicznej na to wszystko - taką właśnie "białą księgę": powieloną na maszynie, którą rozda wszystkim znanym sobie członkom Biura Politycznego. Musi ich przekonać, że jego redaktorska decyzja o puszczeniu tego tekstu nie była fanaberią dziennikarską, lecz odpowiadała pilnej potrzebie... Już drugi dzień panie z hali maszyn tupały w klawiaturę, nawet dopuszczona do redaktorskiego łoża sekretarka, pani Basia, siedziała przy przepisywaniu.

Telefon rządowy też milczał groźnie i dwuznacznie... Jaka to była kiedyś satysfakcja, gdy "Tygodnik" dostał rządówkę, wszedł w specjalną sieć telekomunikacji... Sieć tych, którzy decydują. A teraz stoi ta czarna trumienka bez żadnych oznak życia... Przecież wydrukowałem oświadczenie, nie jestem spalony...

Sięgnął ręką do sterty uporządkowanych kartek. "Biała księga" też wymagała redakcji, umiejętnego stopniowania efektu, podkreślania point...

Nagle zadźwięczał telefon.

- Wieluń - rzucił do słuchawki swoim specjalnym, telefonicznym tenorem, który tak śmiesznie naśladowała czasem Basia w łóżku, gdy leżał zmęczony pieszczotą...

A w słuchawce mruknął niedbale swoje nazwisko Haładaj. Naczelny się sprężył. Niczego dobrego z tej strony nie oczekiwał. Był już po rozmowie ze Starym Mistrzem, który oznajmił, że wobec "haniebnego wykruszenia się grona dyskutantów" wycofuje swój głos... Teraz Haładaj. Może to i lepiej, że sam sekretarz się wycofa. Zostanie z przekonaniem, że to jego decyzja "ukarała" dodatkowo będącego w niełasce redaktora. Tamten wybrnął zręcznie. Że wobec rezygnacji takiego dyskutanta, cała dyskusja jest chybiona. A co sądzi redaktor? Uprzejmie, z rodzajem spłoszonej ulgi przyznał rację rozmówcy i nagle, w pół zdania, usłyszał: "Wiecie już? Generał Korczyński nie żyje. Mówią o samobójstwie..."

Jeszcze coś mówił. Jakieś sekundy, bezcenne, świadczące, że Haładaj nie zrywa, że podtrzymuje "stosunki partnerskie"...

No tak. Więc nie wytrzymują ciśnienia ci. co strzelali w Gdańsku, a równocześnie propaganda osłania jednego z tych, którzy...

Nieco uspokojony, wrócił do rękopiśmiennych listów.

 

"Redaktorze!

Nie domagajcie się, by ludzie czytający prasę społeczno-polityczno-kulturalną i ciut-ciut myślący krytykowali pewne sprawy otwarcie, bo stanie się z nimi to, co z Arturem Pasieckim. Ludzie, bądźcie czujni i nie dajcie się zwariować!"

 

Tak. To trzeba koniecznie dorzucić, i to nie na koniec, ale w pierwszej części. Podniósł się zza biurka ze spłachetka papieru w dłoni, gdy w progu zatrzymał go charakterystyczny sygnał rządówki.

A jednak - pomyślał z satysfakcją, podnosząc słuchawkę. Odezwała się sekretarka generała Mecha.

- Szef do pana...

Odczuł niemiłą sensację. Żebyś nie wiem jak był w porządku, ludzie z tego resortu budzą w człowieku niepokój. A tu sam wiceminister! Generał był bardzo miły. Jowialnie pytał o zdrowie, pomruczał też o znanych mu kłopotach redaktora, wreszcie zapytał znienacka, czy nie przeszkodziłby nikomu, gdyby wpadł zaraz do redakcji "na kawkę".

 

Rozmowa zaczęła się sympatycznie. Generał - oczywiście po cywilnemu - zapytał, czy może zdjąć marynarkę.

- Grzeją nam na przedwiośniu! Nic dziwnego, rośnie wydobycie... - zażartował chyba, ale licho go wie. - Nie słodzę - odsunął cukierniczkę i nawiązał do ich dawnego pierwszego spotkania: - Byłem wtedy porucznikiem, pamiętacie?

- Gdzie te czasy? - westchnął Wieluń z uśmiechem. Zaczął się uspokajać.

- Tak wam za nimi tęskno? - zażartował dygnitarz. - Choć wiecie... Miałem przyjaciela, co przesiedział parę lat na Kołymie. Zawsze mawiał, że tak pięknej wiosny, jak tam, nigdy już nie przeżył. To młodość tak nam się podoba. Czasy były nie dla ludzi - uczynił dziwaczną uwagę. - Ale nasze dzieci tego nie rozumieją. Żyją w innym, lepszym świecie... No cóż... A jak wam idzie robota nad waszą "białą księgą"? *

Wieluń zdębiał. Komu mówił dotychczas o swoim pomyśle? Basi... No tak. Przecież kieruje przepisywaniem i sama przepisuje. Poza tym maszynistki. Dwie. Wspomniał też sekretarzowi redakcji. I... już wiedzą. Ale co to Mecha może obchodzić? To niechybnie ręka "Któregoś tam". Długa ręka.

Mech roześmiał się, zadowolony z wrażenia, jakie wywołał.

- No cóż, nic takiego. Musimy wiedzieć. Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś. Może to zresztą i dobry pomysł: dać ten materiał towarzyszom z Biura... Tak, to całkiem dorzeczny pomysł...

Naczelny, wytrącony z równowagi, bąknął coś na temat może zbyt ostrej, ale przecież spontanicznej, nie organizowanej przez nikogo reakcji czytelników.

- Otóż to: nie organizowanej przez nikogo! Macie rację, tak jest. Ale nie w każdym wypadku. Bo rzecz się rozniosła. Słyszeliście: wczoraj bębniła o tym Pasieckim Wolna Europa. A ja z kolei wiem, że wśród skierowanych do waszego "Tygodnika" listów jest jeden podpisany pseudonimem Wera Weredycka! Weredycka, że niby jak weredyk mówi prawdę w oczy... Jest taki list? No, widzicie. A moja córka ma na imię Weronika. Jasne? Ostatni rok dziennikarki. Ten, kto dziewczynę napuścił, może narobić nieco bigosu. I komu to potrzebne?...

Teraz jesteśmy w domu - odetchnął Wieluń. To, co wyglądało tak groźnie, nagle ujawniło się jak uśmiech losu. Podaruje generałowi list jego córki i zyska sporą zasługę na swym koncie...

- Widzicie. Teraz wy możecie umorzyć sprawę... - roześmiał się, choć nieco na siłę, generał.

- Załatwione. Odszukam i odeślę...

- Serdecznie dziękuję. Same kłopoty z tymi gówniarzami. Ale wolałbym teraz poczekać...

- Jak to? Na co? - zgubił się znowu redaktor.

- Na ten list. Mówiłem wam, że mam trochę czasu...

Naczelny wstał od biurka. Wyprostowany, sięgał niemal lampy wiszącej nisko nad biurkiem.

- Chwileczkę - obiecał konfidencjonalnie i ruszył do drzwi na swoich bocianich nogach.

Wygląda, jakby się źle związał jeszcze w łonie matki... - pomyślał Mech. Nie lubił sytuacji, w których był petentem.

Naczelny wkroczył do pokoju maszynistek. Jego Basia biegle uderzała cienkimi palcami w litery na klawiaturze maszyny do pisania. Spojrzała na niego tym swoim kosym, konspiracyjnym spojrzeniem, które go zawsze tak zachęcało. Ale teraz był wyniosłym i chłodnym szefem.

- Proszę mi odnaleźć wśród listów jeden podpisany przez Werę Weredycką i zaraz przynieść do gabinetu.

Wycofał się od progu, zauważając u Basi oznaki pewnego popłochu. Już zamknął drzwi, gdy zdał sobie sprawę, że mógł to sprawić oficjalny ton i nie odwzajemnione spojrzenie...

Ledwo redaktor usiadł za biurkiem, gość wyciągnął rękę...

- Poleciłem odszukać.

Grymas przebiegł przez twarz generała.

- Takie rzeczy załatwia się osobiście, nie przez gońców - syknął niecierpliwie. - No nic, nic, poczekam - spróbował załagodzić gniewną reakcję.

 

"Ciekawi mnie, kiedy redakcja «Tygodnika» przeprosi chuliganów, przestępców i wszystkich im podobnych za to, że na łamach swego pisma pisaliście o nich źle. Przecież «Któryś tam» jest postacią w publikacji anonimową. Chodzi jednak o to, że z paru podanych przez świetnego reportera faktów przejrzała rzeczywistość i obudził się regionalny satrapa. Teraz jesteśmy niemymi obserwatorami haniebnej sceny, jak redakcja wywala na bruk pracownika za słowa prawdy. Jedyną zasługą «Tygodnika» jest to, że tekst o Pasieckim po prostu ostrzega. Ludzie, nie dajcie się zwariować, nie wierzcie w żadną odnowę! A listu do was nie podpiszę nazwiskiem, muszę zniżyć się do anonimu. To wam zawdzięczam. Podpisuję zatem pseudonimem

Wera Weredycka

P.S. Kto mnie zna, będzie wiedział, kto to napisał..."

 

- Jeszcze ten dopisek... - generał Mech złożył kartkę w ósemkę i wsunął do kieszeni wiszącej na poręczy marynarki.

- Nie zrobiłem wam chyba szkody, macie takich listów wiele...

- Setki - podchwycił redaktor. - A swoją drogą, przysługa za przysługę. Macie u nas swojego człowieka, który wam to powiedział?

- Co by się w tym kraju działo, gdybyśmy nie wiedzieli o wszystkim? - roześmiał się generał. - A prawdę mówiąc, o liście mojej Weroniki wiem od niej samej. Pochwaliła się. A o "białej księdze", no cóż... Musimy wiedzieć...

Rozdział trzeci

Miła mgiełka zapachu dobrej wody kwiatowej, ładna szczupła dłoń, mieszcząca się czule w jego ręce - w takich okolicznościach Rudolf Pasiecki zniósł łatwo degradację służbową, związaną z wprowadzeniem do pokoju dodatkowego biurka dla nowej pracownicy jego skromnego działu. Młoda absolwentka uczelni oprócz urody i wdzięku wniosła sporo umiejętności manewrowania wśród biurowych wirów. Z początku nieco go drażniła delikatna apodyktyczność, z jaką niedostrzegalnie przemeblowała pokój. W końcu przyzwyczaił się do tego, "a nawet nie raził go przyklejony na drzwiach jego szafy plakat z Humphreyem Bogartem, intronizowanym tu wraz z komentarzem, że dla niej istnieje naprawdę tylko świat retro. Pisałaby to słowo z dużej litery.

Jak miał jej nie lubić, skoro z wdziękiem spławiała natarczywych interesantów, a potem mówiła do niego z przymrużeniem oka: "My tu mamy nasz intymny świat biurowy, i byle kto nie będzie nam przeszkadzał".

To piękne, że tak rychło poznała główną zasadę wszelkiej biurokracji: każdy z zewnątrz to wróg.

- Czego taki tu chce? Przychodzi nie proszony i jeszcze mówi, że interesant. A to gbur...

Rudolf powoli przyzwyczaił się do nowej lokatorki, strzegąc się bacznie, aby nie włączyć w to swej niespokojnej natury.

- Niech jej pani nie prowokuje - ostrzegał.

- Ona jest taka groźna? - I od tej pory każde instynktowne próby Rudolfa kontrowała groźnym ostrzeżeniem: - Ona się odzywa.

Zdanie to, wypowiedziane w obliczu kierownika kadr, gdy w dniu kobiet przytaszczył na jej biurko spory bukiet kwiatów, wywołało tak spontaniczny wybuch śmiechu Rudolfa, że aż kadrowiec nieco się obraził.

W tym też czasie Artur, jego starszy brat, stał się bohaterem szeroko kolportowanych plotek. Afera z "Którymś tam" była publiczną tajemnicą. Coraz częściej ten i ów z biurowych kolegów sadzał Rudolfa na okiennym parapecie na korytarzu i tocząc ostrożnym okiem wokoło wypytywał szeptem o sprawy, które od niego były zawsze daleko.

- Kochany, to mój brat, nie ja... Idź do niego - spławiał narzucających się rozmówców.

Aż któregoś dnia zaprzyjaźniony z nim sekretarz organizacji partyjnej złapał go za guzik.

- Stary, uprzedzam, żeby mi w biurze nic z tych rzeczy. No wiesz, twój brat i tak dalej... Nasz szef jest z tym "Którymś tam" po imieniu.

- Co ja mam wspólnego z bratem? - żachnął się. - Tylko nazwisko.

- Nazwisko to bardzo dużo. Dobra, rób, co chcesz, tylko bez głupiej ostentacji.

- O czym ty znowu?

- Kadrowiec mi powiedział, że u ciebie w pokoju wisi antykomunistyczny plakat czy coś takiego. Jakiś Yves Montand z antykomunistycznego afisza...

- Stary, błagam, postaraj się, żeby on to rozrobił.

- Co znowu?...

- Ten... plakat...

Rudolf galopem pognał do swego pokoju. Dziewczyna stała za uchylonymi drzwiami szafy, w której szukała papierów. Humphrey Bogart z filmu o latach maccartyzmu - wymierzonego przeciw dramatycznemu paleniu komunistycznych czarownic w USA - z melancholijnym uśmiechem zapewniał: "I'm not a communist". Dziewczyna uchyliła drzwi i napotkała tkliwy wzrok Rudolfa.

- No, no - pogroziła mu palcem. - Ona znów daje o sobie znać.

- Chyba żem pedał. Ja patrzyłem w oczy pani bożyszcza - więcej nie tłumaczył. - Od dziś jest pani dla mnie Humprejką.

 

Kacper Janas nie odnalazł w aktorstwie swego powołania. Nie to, żeby nie miał zawodowych sukcesów. Odwrotnie. Może przyszły za łatwo, może akceptacja ról, do których się nie przykładał, kreowanie postaci, w które nie wierzył, po prostu uczyniły go zobojętniałym. To nie było prawdziwe życie. A gdzie jest to prawdziwe? Wstąpił do partii kierowany odruchem dziwnej lojalności wobec nieżyjącego ojca: zaakceptował "własnym życiorysem" jego wczorajsze wybory. Lecz jakie moralne satysfakcje mógł czerpać z tego powodu?

Wybrano go sekretarzem partyjnej organizacji w teatrze. Miał tam paru elektryków i stolarzy, dwóch starych aktorów o lewicowych przekonaniach i paru karierowiczów.

Kobiety? Kilka szybko likwidowanych romansów przysporzyło mu sławy kobieciarza i autentyczną łatwość kolejnych podbojów. Choć wszystkie koleżanki-aktorki wydawały mu się fabryczkami min i gestów.

Ostatnio coś zaczęło się zmieniać w tej nudzie. W teatrze trafił na rolę, która ,go zajęła, i spotkał dziewczynę... Ale po kolei. Teatr postanowił wystawić "śmiałą" sztukę. Autor przypominał aferę z początków naszego wieku. Mnich zakonu paulinów z częstochowskiego klasztoru popełnia morderstwo. Morduje człowieka, za którego wydał swoją kochankę, a potem cierpi męki zazdrości. To było interesujące. Do uwierzenia. Mnich Sykstus kiedyś naprawdę istniał. I teraz on, Kacper Janas, miał mu dać drugie życie. Spiętrzenie konfliktu tego, co wieczne w wierze religijnej, z tym, co przemijające, jak każda namiętność. I ten bluźnierczy splot namiętności z dogmatem wiary, który zbrodniarz gwałci każdym dniem bez Boga, każdą nocą z kobietą. Po raz pierwszy od czasów debiutu Kacper uwierzył, że oto w teatrze może się coś stać, że on może coś naprawdę zrobić.

Dziewczynę poznał w tym nudnym lokalu aktorów, gdzie ciągną seksualne snobki jak muchy na słodki lep. Była w towarzystwie Artura Pasieckiego. Ten, po wylaniu z redakcji "Tygodnika", zajął się teraz, pod pseudonimem, krytyką teatralną. Cud wszechstronności. Leonardo da Vinci. O sekretarzu "Którymś" kto napisze najmocniej? On. A o Szekspirze nowe słowo? Też on. Wszystko potrafi. A dziewczyna? Zabawna szczeniara z krótką, burzliwą czuprynką. Wysmukła, na granicy chudości, ale z "dobrze zaznaczoną piersią", jak mruknął mu, gratulując, któryś ze starszych kolegów, gdy przechodził koło stolika... Potrząsała tą swoją grzywą, gdy odchylała głowę do tyłu, pokazując w uśmiechu piękne zęby... I ten charakterystyczny koloryt. Byłaby ruda, ale stwórca się rozmyślił - skonstatował w pewnej chwili, rozbawiony. Była studentką ostatniego roku dziennikarki. I to Leonardo, dyskryminowany przez władze, był dla niej kimś ważnym, autorytetem. Nie on. Aktor. Dla Janasa to było jak wyzwanie. Zaczął tokować. Wszystko mu wychodziło. Aż w końcu ważny Leonardo raczył się zaniepokoić. A Janas postanowił wyrwać mu dziewczynę od razu. Zaproponował, że odwiezie ją do domu. Zgodziła się i ta łatwość z miejsca go ochłodziła. Ale wtedy okazało się, że i Leonardo-Pasiecki ,już ma dosyć". Wpakował się na tylne siedzenie starego volkswagena Kacpra. Usłyszał z jej ust jakiś adres, wyraźnie sformułowany na zgubienie śladu. "Wysadzi mnie pan na rogu..." Spytał, jaki ma numer telefonu.

- Nie mam... - zaśmiała się drwiąco. Oczywiście kłamała.

- Na miły Bóg, jak się pani nazywa?... - nalegał szeptem, widząc w szoferskim lusterku czujne oko Pasieckiego.

- Szczeniara... - zrewanżowała mu się cytatem z jego pierwszego niegrzecznego odezwania.

- Nie da mi pani adresu?

- Nie.

- Zaraz, zaraz...

Zobaczył obok zaparkowanych samochodów nudzącego się na chodniku milicjanta. Zboczył z jezdni, wolno podjechał do najbliższego samochodu, nie hamował, póki nie stuknął zderzakiem o zderzak.

Dziewczyna podskoczyła.

- Co pan wyprawia?

- Nic, nic... - wyjaśnił. - Zaraz będziemy wszyscy wylegitymowani i koniec z tajemnicą.

Wrzucił wsteczny bieg. Zatrzymał. Wrzucił pierwszy bieg... Milicjant ruszył w ich stronę. Kacper ruszył do przodu...

- Wera!... - krzyknęła dziewczyna.

Wóz stanął "na nosie".

- Nazwisko!

- Wera Mech... - śmiała się wybaczająco.

- Córka generała? To jak kochać się z tygrysem?... I śmieszno, i straszno... - jęknął Kacper słuchając jej śmiechu.

Niewiele z nią zwojował przez najbliższy tydzień, dzielący teatr od premiery, ale w końcu przyjęła zaproszenie na próbę generalną.

 

Zbuntowany przez ziemską namiętność mnich Sykstus, w którego wcielił się Janas, przeżył ziemską konfrontację z kościołem. Oto w dzień poprzedzający próbę generalną dyrektor dowiedział się, że przedstawienie się nie odbędzie. Interwencja władz kościelnych... Kierownik teatru runął do kontrakcji. Zmusił też swego Janasa do interwencji "po linii partyjnej". Słyszał o dawniejszych koneksjach jego ojca z sekretarzem Haładajem. Kacper z trudem umówił się na dzień następny, ale okazało się, że uzyskano jakimiś chodami odblokowanie decyzji. Próba generalna odbędzie się. W dodatku na oczach delegacji kościoła, która zjawi się ramię w ramię z urzędnikami pełniącymi cenzorskie obowiązki.

Wera przybyła o umówionej porze przed boczne wejście teatru. Janas uznał, że cały bałagan, związany z wizytą jakiejś nie znanej nikomu co do składu i charakteru delegacji, ułatwi mu ukrycie dziewczyny na widowni. Usadził ją na balkonie, sam już w kostiumie mnicha. Spróbował "na szczęście" pierwszego pocałunku. Była chętna i uległa.

- To bardzo podniecające... Ten kostium mam na myśli - zauważyła. - Szkoda, że już musisz iść...

Pomyślał, że panienka niejedno już ma za sobą, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Było jasne, że dzisiaj...

Odwołał go głos reżysera z widowni na dole. Dopominał się o Sykstusa, kazał go przywołać z garderoby. Janas pogłaskał zwieźlutkie piersi tej małej i wycofał się z balkonu.

- Towarzyszu Sykstusie - zagaił szeptem dyrektor reżyserujący sztukę. - Może będzie nie od rzeczy, jeśli pan razem z naszym dyrektorem administracyjnym przywita tę piekielną delegację. Mnie powiedziano, że mam o niczym nie wiedzieć, prowadzę próbę i tyle... Ale przecież trzeba zrobić jakiś życzliwy nastrój.

Wkroczył zdenerwowany woźny.

- Są samochody!

Już liczba mnoga była zatrważająca, ale to, co się z nich wysypało... Dwóch księży, dwóch cywilnych i... gromadka starszych pań.

Janas, obleczony w zakonne szaty, lustrował przybyłych. Kogo, u licha, reprezentują cywile, a kogo tajemnicze panie?

Spostrzegł, że grawitują one w stronę strojów kościelnych, zwrócił się więc szeptem do jednego z cywilów.

- Towarzyszu... - zaczął.

- Towarzyszem jest ten pan - zwrócił mu uwagę zagadnięty, wskazując na drugiego.

- Przepraszam, księże prałacie... - bąknął towarzysz z cenzury do kościelnego dygnitarza, ubranego po cywilnemu, i wziął Janasa pod rękę.

Kacper wysłuchał szeptanej informacji, że wszyscy pozostali reprezentują kościół. "Panie to ósemka kardynała" - usłyszał kryptonimowaną informację. Usadowił gości na widowni...

W połowie drugiego aktu, w trakcie swego zmagania się z Bogiem, ujrzał nagle ustawiony tuż za boczną kulisą mikrofon. Gdy łamiąc ustaloną sytuację sceniczną zrobił dwa kroki w tę stronę, ujrzał magnetofon z kręcącą się szpulą... Spektakl był nagrywany. Przez kogo. do cholery?! Dla kogo, do diabła?!

Zaalarmowała go cisza. Potem szept. To zdenerwowana suflerka podrzucała mu kwestię...

 

Kacper podźwignął się na łokciu i po omacku poszukał przycisku lampy. Wera leżała pod nim nieruchoma, patrzyła półprzytomnymi oczami z dziwnym, ni to drwiącym, ni to tajemniczym, uśmieszkiem.

- Zgaś - powiedziała.

Zgasił posłusznie.

Zwlókł się z tapczanu i ruszył na poszukiwanie papierosów. Zapalił światło w sąsiednim pokoju. Rozrzucone ciuszki. Rozbierała się sama. Biustonosz. Francuski - stwierdził ze znawstwem. Ostatecznie żyło się na poziomie "z importu".

Nie znoszę kobiet, które same zdejmują majtki - pomyślał. - W takiej sytuacji czuję, że nie ja tu rządzę...

Roześmiał się. Przecież ona jest świetna! Nareszcie mi się ktoś podoba. Słyszał, jak krząta się w łazience. Do licha, czy ona teraz bierze prysznic?! Co za brak romantyzmu! A parę minut wcześniej szeptała:

- Wcale nie wiem, czy by ci się udało, gdyby nie ten twój Sykstus.

- Dlaczego akurat Sykstus?

- No, byłeś taki namiętny, szalony... Na scenie. A przecież nigdy byś tego nie potrafił zrobić dla kobiety w życiu...

 

Haładaj wrócił z gmachu Sejmu na dwie godziny przed zapowiedzianym czasem. Zezłościło go na dodatek pytanie sekretarki: "Co się stało?"

Znał już sejmowe obyczaje, zwłaszcza przed zbliżającym się końcem kadencji. Skoro był członkiem komisji, która miała dziś w trybie nagłym rozpatrzyć wniesiony przez premiera projekt uchwały, mógł się spodziewać, że zabierze to parę godzin. Niemal codziennie przewodniczył gremium, które młóciło sprawy dziesięciorzędne przez cały dzień, a tu chodziło przecież o ustawę! W chwili, gdy przewodniczący komisji, nieco skrępowany, oznajmił, że sprawa jest tak pilna, iż "wyznaczono im" piętnaście minut na zapoznanie się z projektem, na który czeka już sekretarz premiera - osłupiał.

Spojrzał na spory plik kart maszynopisu, leżący przed prowadzącym zebranie, i spytał, czy to znaczy, że w ciągu kwadransa mają się z tym zapoznać, przedyskutować, zgłosić ewentualne poprawki i przyjąć lub odrzucić.

W tej samej chwili, gdy kończył to zdanie, pojął, co powiedział: "Odrzucić". Przewodniczący, osłupiały, zająknął się na temat "rzeczywiście nieco nagłego trybu załatwiania", ale wspomniał zaraz o wyższej konieczności. Zapewnił też, że sam "miał czas" zapoznać się z projektem, więc może będzie najkorzystniej, jeśli w sposób nieco uproszczony rzecz całą zreferuje. Haładaj pozwolił sobie na wstrzymanie się od głosu "wobec braku kompetencji". W końcu, do cholery, było to raczej samokrytyczne niż krytyczne wobec wnioskowanej ustawy... - pocieszał się później.

Po powrocie do siebie nie mógł się skupić na papierkowej robocie, a ludzie mieli pojawić się dopiero za trzy godziny. Rzucił okiem na kalendarz. Wśród nazwisk - Kacper Janas. Dwadzieścia minut między trzecią a czwartą. Gdyby się udało ściągnąć go wcześniej, pogadałby z nim trochę dłużej. W końcu to syn zmarłego tragicznie przyjaciela. I korona z głowy mu nie spadnie, jeśli "w trybie nagłym" ściągnie go z próby.

Sama sprawa, z którą przychodził Janas, nie należała do przyjemnych. Spłoszone przez kościelną interwencję Ministerstwo Kultury wydało kompromitująco ustępliwą decyzję o wstrzymaniu próby generalnej bez żadnej z nim konsultacji. Jakby to nie on był gospodarzem w tym mieście!

Jedna sprawa z premierem, druga z Panem Bogiem. Może za wysokie dla mnie progi? - pomyślał i nareszcie się roześmiał.

- No i patrzcie, jak to nas obu przyniosło do stolicy! - zawołał serdecznie na widok młodego człowieka. Udało mu się to powitanie. Było skromne i ciepłe. W nowym stylu. Ale Kacper, którego pamiętał jeszcze w krótkich spodenkach, siedział nadęty. Jakby to on, jako sekretarz organizacji podstawowej przy teatrze, był tutaj najważniejszy! Bardzo zasadniczo zaczął rozmowę: jeśli współpraca kościoła z państwem ma polegać na tym, żeby z obu stron trzymać krótko środowiska intelektualne, to trudno się z taką polityką pogodzić.

- Co znaczy: trzymać krótko? - gospodarz próbował osadzić młodzianka.

- Mówiąc potocznie: krótko, czyli za mordę - oznajmił młody człowiek. Oto co znaczy niewczesna poufałość.

Ale Haładaj umiał się znaleźć.

- Słuchajcie - to "wy" miało tutaj wymowę jak żołnierskie "baczność". - Wasz ojciec kiedyś w rozmowie ze mną powiedział o podzielonych racjach. Że niby zawsze trzeba pomyśleć i o drugiej stronie...

- Znam, znam. Ale on to mówił w nieco innym sensie. Bo chociaż racje są podzielone, człowiek musi znaleźć w sobie energię wyboru i za którąś z tych racji się opowiedzieć. Myśmy się opowiedzieli za inną niż kościelna kruchta...

I tu przedstawił sekretarzowi relację z przedwczorajszej próby. Wspomniał też o tajemniczej damskiej delegacji...

Sekretarz uśmiechnął się.

- To ósemka kardynała. Nie wiecie, co to takiego? Otóż kardynał jeszcze w czasie wojny miał taką swoją konspiracyjną komórkę wywiadowczą. Nie wojskową oczywiście. Chodziło o nastroje społeczne. Psychiczna gotowość do znoszenia cierpienia, odporność na wrogą dywersję propagandową... Składała się ta komórka głównie z pań. I została do dziś jako zupełnie nieoficjalne towarzystwo damskiego wywiadu społecznego. Oto cała tajemnica...

Nie udobruchał młodego człowieka. Janas, podenerwowany - swoją drogą była to jakaś jego wielka premiera w roli sekretarza POP - oświadczył, że w gruncie rzeczy po tej przygodzie uważa teatr za niedorzeczną budę, w której ciekawe rzeczy dzieją się nie na scenie, ale za kulisami lub na widowni.

- Czy wiecie, że w czasie próby cały spektakl był nagrywany?

- A czy mam wam puścić jakiś fragment? Uważam, że w roli Sykstusa wypadliście świetnie...

- Myślałem, że to oni... - bąknął zaskoczony.

- Oni swoją drogą... - oznajmił spokojnie sekretarz.

 

No i odbyła się premiera. Mimo pisemnych protestów ze strony paulinów, którzy grozili nawet demonstracjami na widowni. W końcu obie władze się dogadały. W napięciu i przy lekkim popłochu aktorów przedstawienie zakończyło się triumfalną owacją. Sykstusa wywołano pięć razy przed kurtynę. Mogło mu się przewrócić w głowie. Ale dyrektor zapobiegł temu już w pierwszej rozmowie.

- Za kogo mnie masz, młody człowieku? Ja bym sobie nie poradził z publicznością?

Janas był na tyle bystry, że nie pytał o szczegóły. Przypomniał sobie młode twarze na widowni. No tak, dyrektor wykładał przecież reżyserię w szkole teatralnej. Więc to kadra klakierów zadecydowała tak naprawdę o roli Sykstusa?

 

Rudolf Pasiecki pewnego dnia zaproponował Humprejce:

- Wybrałaby się pani ze mną do "Forum"? Rok temu było otwarcie, a nas tam jeszcze nie było.

- Dokąd?

- No, nie do hotelu, na miły Bóg! Na bankiet. Dostałem zaproszenie na dwie osoby__

- Z firmy?

- Można tak powiedzieć.

- A co to za okazja?

- Oficjalna.

- A stroje?

- Ja będę bez fraka.

- W smokingu? - ni to pytała, ni żartowała.

- Nic takiego. Chędogo, lecz skromnie. Pójdziemy? No, Humprejko, zdecyduj się...

 

Humprejka, zupełnie zdezorientowana, szeroko otwartymi oczami oglądała towarzystwo zgromadzone przy długim stole w sali bankietowej międzynarodowego hotelu.

Panią przyjęcia była wspaniale zakonserwowana czterdziestka, w gustownym stroju z zagranicznych salonów mody, nieco przedobrzonym bezlikiem świecidełek - jak to określiła Humprejka. Zbladła, gdy Rudolf wyjaśnił jej szeptem, że to Antwerpia, nie Jablonec. Nic sztucznego na niej nie ma.

- A biust? - parsknęła Humprejka. - Może dlatego nazywa ją pan Holenderką? A ten szpakowaty, to kto?

- Dziewczyno! Nie znasz Simonka?

- A któż to jest Simonek?

- Żadna elegancka pani nie zadałaby takiego pytania. Simonek to najmodniejszy fryzjer.

- Nic nie rozumiem! Gdzie my jesteśmy?

Ale nie doczekała się odpowiedzi. Jakaś pani, równolatka Holenderki, mówiła o latach wspólnej pracy, zwracając się ciągle: "Pamiętasz przecież, Franiu"..,

Snuli się wyfraczeni kelnerzy, obsługując baterię butelek, pełnych trunków znanych jej tylko ze słyszenia. Przemawiająca dama mówiła o walce, o prawie do pracy...

- Kto to jest? - spytała szeptem.

- To przewodnicząca związku zawodowego dokerów... - szeptem poinformował ją Rudek.

Humprejka parsknęła tak głośno, że wszystkie twarze zwróciły się ku nim z wyrazem zgorszenia, ale jeden przepraszający gest Rudka i wszyscy rozjaśnili się w tolerancyjnym uśmiechu.

Wstał człowiek dość młody, kędzierzawy, ujął kieliszek.

- Skoro to wieczór wspomnień, pozwolisz, Franiu - zwrócił się do bohaterki wieczoru - że wypijemy zdrowie pana Rudolfa, twórcy twojego zwycięstwa.

Sąsiedzi podnosili się z miejsc, by trącić się z nim kieliszkiem.

Humprejka odczekała chwilę i gdy zostali sami, zapowiedziała, że wychodzi.

- Ależ nie możemy im tego zrobić!

- No dobrze, ale komu, na Boga? Kto to jest? Co to za okazja i co ja tu robię?

- Ty jesteś damą...

- Panie Rudolfie...

I wtenczas przeszli na "ty".

- Żadnego całowania. W tym miejscu... - dodała po sekundzie, wprawiając go w radosne rozbawienie.

Teraz mógł jej wyjaśnić. Byli na bankiecie zorganizowanym przez osobę, która po paroletniej nieobecności pojawiła się znowu w kraju. Frania-Holenderka należała do "damskiej obsługi" "Forum". I dnia pewnego - jak elegancko wyraził się Rudolf - trafiła na kupca. Bogaty Holender, z którym to właśnie on, Rudolf, poznał ją, zapłonął do niej miłością. Do dziś jest przekonany, że poślubił wielką damę. Ą towarzystwo? Widzisz sama. Fryzjer Simonek. To on przed laty strzygł pierwszy "na Simonę", stąd jego imię. Ten pan, co wzniósł toast na moją cześć, to barman. Panie... No, panie, sama rozumiesz...

Bawił się jej zgorszeniem. Ale Humprejka była pryncypialna. W ciągu paru minut byli już na zewnątrz.

- To jest paskudztwo!

- Nie masz poczucia humoru. Zresztą trzeba oglądać życie.

- Oglądać życie! Pana brat - wróciło to wstrętne "pan" - angażuje się po stronie ludzi, robotników, których sądzi się za to, że bronili swego prawa do życia, a pan... a ty bawisz się z takimi ludźmi!

Rudek szedł za nią pół kroku i czuł, jak ogarnia go nieprzytomna radość. Ona się wścieka na niego! Zależy jej na nim.

- Mój brat! Daj spokój rodzinie. Jeżeli sobie życzysz walki politycznej, to mogę zaraz tego gliniarza rozbroić i na plecach zanieść na posterunek - ruszył w poprzek ulicy na drugą stronę, gdzie spacerował senny milicjant.

Dopadła go na jezdni.

- Stój, idioto!

Oswobodził się delikatnie. Szamotali się na środku ulicy.

Milicjant przyglądał się im przez chwilę, wreszcie niezdecydowanie ruszył w ich stronę.

- Wiejmy! - zaproponował Rudek.

- Nie będziemy uciekali - powiedziała i objęła go za szyję. Całowała głębokim pocałunkiem, udając, że zapomniała o całym świecie.

- Obywatele! - rozległ się surowy głos władzy.

Rozdział czwarty

Jeszcze przed ukończeniem studiów Wera dostała się do "Tygodnika". Napisała swój pierwszy tekst pchnięta odruchem gniewu i współczucia. W czasie, gdy bez przerwy drukowano reportaże z kręgu wielkiego sukcesu, gdy odmieniano przez wszystkie przypadki nowo narodzonego "malucha", gdy ona sama uganiała się po sklepach w poszukiwaniu nowych importowanych łaszków, na które wyszarpywała spore kęsy z ministerialnego uposażenia ojca, w tym czasie zdarzyła się tragedia. Matka jej koleżanki zmarła w szpitalu, trzecim już, do którego ją odesłano w czasie ponad godzinę trwającej "rejestracji chorego".

- Popatrz, jak losem ludzkim rządzi przypadek - mówiła do Kacpra. - Żebym wówczas nie leżała z tobą w łóżku, może by ta kobieta żyła. Moja koleżanka cały czas dzwoniła do mnie, i kretynka, nie ośmieliła się poprosić o pomoc mego ojca...

- A nie zastanawia cię, że to jest osobliwy system, w którym o życiu człowieka decyduje taki przypadek?

- Przypadek decyduje zawsze ó wszystkim.

- Ja myślę o tym przypadku, że ty masz ojca generała. Bo sama nic nie możesz pomóc, żeby człowiek dostał, co mu się należy.

- Nieprawda! Jako dziennikarka...

Wzruszył ramionami.

Może ten gest tak ją przejął. "Wściekłam się" - powiedziała pełna cichego triumfu, gdy jej gwałtowny, świetnie napisany tekst ukazał się w "Tygodniku".

Starsi koledzy zaczęli ją zauważać. Któryś zapytał, co teraz pisze. Do redakcji przyszło nawet parę listów. Na jej nazwisko. A wśród nich znalazł się list przedziwny.

Pisał jakiś chłopak, który przerwał studia... "W rzadkiej ostatnio chwili, gdy moje władze umysłowe są na tyle sprawne, bym mógł sformułować swoje myśli, zwracam się do pani. Po przeczytaniu w «Tygodniku»..."

Narkoman. Z bezwzględną szczerością, na paru kartkach, wypełnionych mało czytelnymi gryzmołami, opisał piekło sponiewieranych przez nałóg.

Oczywiście Wera "odnalazła powołanie", jak szydził z niej Kacper, wysłuchując coraz częstszych usprawiedliwień, że "dziś to niemożliwe". Z tym właśnie swoim narkomanem odbywała tajemnicze wędrówki, uczestniczyła "tylko jako widz, przysięgam na to, w co wierzę"...

- A w co wierzysz?

- To moja sprawa.

W rozmowach coraz częściej pojawiał się kompot, paczka, działka... Epatowała go fachowością słownictwa. I pisała. "W narkotycznym upojeniu" - drwił z niej niezadowolony kochanek. Co gorsza, coraz częściej w rozmowach występował ów nieszczęsny Krzyś, eksstudent zniewolony przez nałóg...

Janas z ulgą dowiedział się nareszcie, że tekst reportażu jest gotowy. Czytali koledzy. Gratulują. Po dwóch dniach Wera zrobiła się nerwowa. Wieluń trzyma reportaż i wciąż nie wydaje decyzji. Potem triumf. Skierowany do druku! Potem niepokój: cenzura marudzi. Wreszcie klęska. Tekst odesłano do gmachu. Towarzysz Ryniewicz wezwał naczelnego.

Mianowanie "Któregoś tam" - satrapy odwołanego z dalekiego województwa - szefem wydziału prasy podziałało na środowisko dziennikarskie jak grom z jasnego nieba. Jego zwycięska rozgrywka z "Tygodnikiem" o wyrzucenie Pasieckiego była traktowana jako przestroga, że nadchodzą ciężkie czasy. Nie tylko dla Wielunia. Choć nowy szef na razie nie ujawniał swoich intencji.

 

Wieluń mijał wolno ogromny marmurowy hol. Ileż razy tu bywał! Szedł wysoki, tyczkowaty, na swoich długich, uginających się nogach. Od czasu do czasu skłaniał głowę przed tym czy innym instruktorem, kierownikiem... Byli to wciąż sami swoi. Na górnych piętrach władzy ruch, ale solidny fundament średniego aparatu tkwił nieporuszony. Wieluń był uprzejmy dla wszystkich. Wiedział, że ruch windy do góry bywa błyskawiczny i życzliwość należy kupować, gdy czyjeś akcje stoją niewysoko. Oto przytrzymał w serdecznym uścisku dłoń drugiego zastępcy kierownika wydziału, z którym jako redaktor i szef pisma nigdy nie będzie miał do czynienia. Ale czy to wiadomo? Wejście Ryniewicza na tak wysokie piętro władzy było najlepszym dowodem, że nic nie jest z góry przesądzone. Już stał przy windzie. Rozsunęły się bezszelestnie drzwi i wstąpił do ogromnej, eleganckiej klatki, która mogła pomieścić sześć, a nawet dziesięć osób. Był sam. Nacisnął guzik. Trzecie piętro. I nagle, na wysokości drugiego, ogarnął go lęk. Lęk wysokości - pomyślał z pozoru absurdalnie. Winda stanęła. W panice nacisnął inny guzik. Wyżej! Jeszcze nie. Za chwilę. Na najwyższym piętrze wyskoczył, jakby podłoga stanowiła błogosławiony, stały grunt. Miał jeszcze parę minut do wyznaczonej godziny. Powoli schodził schodami w dół.

Reportaż o narkomanii pisała przecież Wera Mech. Niemożliwe, by pozycja generała miała się zachwiać. Więc Ryniewicz będzie ostrożny... Bez paniki! Na podeście czwartego piętra przystanął na chwilę. Poprawił krawat. Był mężczyzną naprawdę eleganckim. Nie dbał o siebie do przesady, ale zawsze miał w ubraniu ten nieuchwytny styl, o którym często mówiły panie, choć z reguły zniechęcały się potem szybko, widząc jego męsko-damską niekomunikatywność.

Z drugiej strony nie sposób nie pamiętać o "Którymś tam". Pasiecki. W końcu zrobiłem to, czego ode mnie wymagali. A może od tego zacząć?... Stałem się bohaterem nagonki w dziennikarskim środowisku. Tak... Właściwie to broniłem towarzysza Ryniewicza... No, no, ostrożnie, to na pewno gracz kuty na cztery nogi. Poza tym będzie z nim rozmawiał już nie jako "Któryś tam", ale jako szef propagandy. Będzie, co być musi... Nacisnął klamkę...

Sekretarka - ta sama, po poprzednim sekretarzu, jeszcze Ryniewicz nie ma tu swoich? - przyjęła go z uśmiechem. Widocznie jego akcje nie stoją tak całkiem źle. Spytała nawet: "Kawa czy herbata?" Zatem wizyta zanosi się na dłuższą, skoro gospodarz jej polecił... Wieluń lekko się odprężył.

- Już - uśmiechnęła się sekretarka, patrząc w magiczne oczko na telefonicznej tablicy...

Towarzysz Ryniewicz miał twarz nieco obrzękłą, oczka mało widoczne spod przymrużonych powiek, jakby go przed chwilą ktoś obudził w środku nocy. Był sztywny, ale grzeczny.

- Chyba siądziemy sobie tutaj... - wskazał na stolik, przy którym stały ogromne skórzane fotele. - Towarzysz pierwszy sekretarz polecił mi podziękować za wasze pismo, za wasz list... na temat ciał przedstawicielskich. Bardzo znaczący. Tak się sam wyraził...

Tym zdaniem obaj rozmówcy zostali nobilitowani na wysoki szczebel godności. Oto jednemu się dziękuje, a drugi dziękuje w imieniu...

Wieluń odetchnął swobodniej. Powiedział, że nie śmiał nawet oczekiwać...

- Ale ja mam dla was coś więcej, towarzyszu Wieluń. Chcę wam zakomunikować, że będziecie posłem, to jest, chciałem powiedzieć, będziecie kandydować...

No tak, to jeszcze ta prowincja. Oni tak zawsze mawiali w gabinecie "Któregoś tam" w województwie, ale mimo to serce Wielunia przepełniło poczucie bezpieczeństwa i szczęścia. Rozmowa potoczyła się gładko. Szybko dowiedział się, że wobec czekających go nowych poselskich obowiązków powinien mieć więcej wolnego czasu do swojej dyspozycji...

- Trzeba by was w redakcji wzmocnić. Co byście powiedzieli, gdyby przyszedł do "Tygodnika" na waszego zastępcę Jerycki? Niczego nie narzucamy, nie przesądzamy, tylko proponujemy...

Wieluń rozpaczliwie starał się skojarzyć osobę z tym nazwiskiem. Ach tak! Spotkanie redaktorów naczelnych z czasów jeszcze przedgrudniowych. Oczywiście' To redaktor terenowej gazety z "guberni" Jakisia. Rewanż za Pasieckiego, ale czy taki facet, zupełnie nie zakorzeniony w stolicy, może być groźny?

Rozpromienił twarz życzliwym uśmiechem. Tylko ktoś, kto go dobrze znał, dostrzegłby drganie górnej wargi, przesłoniętej przystrzyżonym po angielsku wąsem.

- W końcu praca w Sejmie jest absorbująca... A u was przecież etat się znajdzie. Choćby po Pasieckim...

Umilkł nagle, jakby czekał na reakcję Wielunia, i po dłuższej pauzie roześmiał się równie nagle, jak ktoś, kto bardzo późno zrozumiał dowcip.

- Żartuję, żartuję - uspokoił naczelnego. - Pasiecki to pismaczek-reporter, a tu chodzi o zastępcę. Damy etat. Nie będziecie mieli ze mną kłopotów... I mam nadzieję, że wzajemnie...

Umilkł ponownie i teraz spłoszony Wieluń wiedział, że nie doczeka się rozładowującego sytuację wybuchu śmiechu. Bąknął więc, że nigdy żadne kierownictwo nie miało z nim kłopotów, ale gospodarz wciąż milczał. Na szczęście weszła sekretarka z kawą. Cisza trwała. Została przedłużona gestem, jakim gospodarz podsunął mu cukiernicę. O co chodzi? "Biała księga"? Nie. Niemożliwe. Przecież na szczęście wstrzymał się z rozesłaniem egzemplarzy i nikt nie powinien... Mech? No nie, w żadnym wypadku. Jemu na tym najmniej zależy, przecież list Wery Weredyckiej istnieje w odpisie. A więc to nie "biała księga". Aby przerwać tę ciężką ciszę, raz jeszcze zapewnił...

Ryniewicz poruszył się niecierpliwie w fotelu. Potem wstał i ruszył w stronę biurka. Wrócił ze szczotkową odbitką tekstu. Oczywiście, narkomania!

- Takich rzeczy obecnie w prasie nie będzie - powiedział cicho, jakby poufnie zdradzał mu tajemnicę. - Rozumiem, że tatuś generał, ale takich rzeczy nie puścimy. Wiecie, co powiedział pierwszy, gdy mnie tu przenosił? Nie wiecie? No to posłuchajcie... Poznaliście na własnej skórze, co oni mogą. Teraz pokażcie im, co my możemy...

Roześmiał się nagle i serdecznie położył ciężką dłoń na chudym kolanie Wielunia.

- Ale ja do was jak ojciec. Choć wy jesteście starsi, ale ja jak ojciec. Żadnych rewanżów... A powiedzcie, co tam z tym Pasieckim? Rozrabia? Podobno zaczął pod pseudonimem pisywać o teatrze? Dobrze, że nie u was... A swoją drogą, wszystko to całkiem niepotrzebne. Te zawiści, podchody, jakieś "białe księgi".

A więc jednak! Padło to słowo! Skąd wie? Skąd wiedział Mech? Ale tym razem to na pewno nie on. Wera go blokuje. Nie on. Więc kto? No właśnie. Basia?.... Nie, Basia to wykluczone. Przecież wszystkie egzemplarze leżą u niego w domu. Oryginały... Boże, gdzie są oryginały listów? Basia będzie wiedziała...

- Jestem za tym, żeby zamknąć raz na zawsze stare rachunki. Taki już jestem. Nawet z tym Pasieckim. Trzeba znaleźć wyjście. To nie pora, żeby łazili po Warszawie męczennicy. Naród powiedział "pomożemy" i teraz naszą rzeczą, rzeczą prasy, rzeczą propagandy, jest, towarzyszu Wieluń, żebyśmy to słowo przekuli w czyn... Więc z tym Pasieckim... On, zdaje się, jeszcze formalnie ma u was okres wypowiedzenia?...

- Nie bywa w redakcji. Zabroniłem. Kategorycznie zabroniłem!...

- Bywa, nie bywa, nie w tym rzecz. Myślę, że on w ogóle nie jest potrzebny w Warszawie...

Wieluniowi mimo popłochu, a może właśnie na skutek popłochu, wpadła do głowy absurdalna myśl, że Ryniewicz zechce zesłać Pasieckiego na miejsce, z którego wywlókł tego Jeryckiego, i omal nie parsknął śmiechem.

- Nie trzeba mnożyć męczenników. Ja myślę, że gdyby tak wysłać go na korespondenta gdzieś w Trzeci Świat, byłby z nim spokój. Co o tym sądzicie, towarzyszu Wieluń? A te wszystkie papiery, plotki, jakieś korespondencje wokół zwolnienia gówniarza z redakcji - do pieca, po prostu do pieca. A wybory, towarzyszu pośle, już za parę tygodni... Chyba doszliśmy do porozumienia, towarzyszu redaktorze? W pełnej zgodzie, co? W pełnej zgodzie.

- Ku obopólnemu zadowoleniu - uzupełnił naczelny "Tygodnika".

 

Redaktor Wieluń znów kroczył przez korytarz gmachu. Jego chuda, charakterystyczna sylwetka tym razem, gdy gorliwie wymachiwał ramionami prowadząc wewnętrzny monolog, sprawiała wrażenie jakby dopiero naszkicowanej cienką, ołówkową kreską. Wesoły i odprężony, bawił się niespodziewaną obserwacją, że wszyscy mijani na korytarzu pracownicy aparatu stanowią jakiś jeden typ fizyczny... Widać nabór nowej chłopskiej elity.

Wszystko takie ziemniaki - nasunęło mu się porównanie i aż przystanął, gdy dopadło go to skojarzenie. - A ja? Tacy jak ja? W końcu są i takie ostatnie ziemiańskie dzieci. Ja. my - to łęty nad kartofliskiem... Niby bez pożytku, ale bez tego kartofel nie wyrośnie...

Rozdział piąty

Po raz pierwszy w swym dziennikarskim doświadczeniu Artek Pasiecki stanął wobec ogromnego tematu i odczuł pokusę, by go nie dotykać. Był onieśmielony ogromem niepoznanego. Świadomość, że cokolwiek o Indiach napisze, będzie świadczyło tylko, że nic o nich nie wie, działała paraliżująco. Żył w ustawicznym zdumieniu: od upodlenia obrazem degradującej nędzy do oczarowania szaleństwem piękna i urody.

Pierwszy dzień w Delhi. To już nie czytane łapczywie przed odlotem z Warszawy książki, informacje, statystyki. To naoczny obraz deformacji ludzkiego kształtu przez nędzę. Co innego czytać, że statystyczny Hindus spożywa nikły procent europejskiej normy białka czy tłuszczu, że je niemal wyłącznie proso i ryż, a co innego zobaczyć, że niemowlę ma wielkość kociaka...

Ten pierwszy dzień, gdy trafił na rynek w Delhi. Zupełnie jakbyś w Warszawie na placyku wokół Sejmu stłoczył komplet widzów Stadionu Dziesięciolecia i kazał ludziom handlować, żebrać, produkować. W sklepach wielkości budki "Ruchu" handlowali wszystkim. W kurzu i łajnie dwunastoletni najemnicy szyli kołdry, obok mechanik naprawiał rowerowe dętki, jeszcze dalej w rozpalonym na krowim łajnie ognisku ktoś coś lutował... Artek zauważył tego pierwszego dnia, że mimo upału cały czas trzymał ręce w kieszeniach, samozachowawczy odruch kazał mu chronić w ten sposób odsłoniętą powierzchnię ciała. A poza tym ci mali żebracy. Nie można było wyjąć ręki, by nie uwiesił się na niej któryś z nich, zwłaszcza ten jeden, z nogą zrośniętą po złamaniu w dziwaczny kształt. Jeszcze nie wiedział, że tutaj, przysposabiając do zawodu żebraka, łamie się umyślnie ręce i nogi, by, nieprawidłowo zrośnięte, budziły litość, zwracały uwagę takich jak on przybyszów.

Groźny to był spacer przydzielonym przez polską placówkę "ambasadorem". Potem powrót przez miasto, pejzaż wychudzonych nóg obracających rowerowe przekładnie. Odczuwał rodzaj przerażenia, jak człowiek wstępujący na teren grzęzawiska. Jakże inaczej to wyglądało niż zapamiętana cyfra informacji, że w czasie, gdy ludność Europy zwiększyła się o sto milionów, w Azji przybyło miliard.

Wieczorem pierwszego dnia czytał w wydawanym po angielsku "Times of India" gorącą polemikę na temat ofiar głodu w Radżastanie. Było ich 48 tysięcy zdaniem pisma opozycyjnego, a zaledwie 30 tysięcy zdaniem organu kół prorządowych. Bo i głód był taki sobie, niewielki. Tak naprawdę to oni zmarli wcale nie z głodu, a tylko z wycieńczenia - komentował optymistyczny publicysta.

Po miesiącu obejrzał Indie na tyle, by w dalszym ciągu wiedzieć, że nic o nich nie wie. Posługując się swoim angielskim, który tu, wśród ludzi mówiących swoistym slangiem, mógł uchodzić za "Oxford", on, Artek Pasiecki, słynny redakcyjny pracuś, oglądał kraj, którego zrozumienie wciąż przekraczało jego możliwości ...

Pod koniec miesiąca wybrał się do Bombaju, gdzie czekało go dziwne spotkanie - przywracające krajowi, a raczej jego zamierzchłej, wczesnopowojennej przeszłości. Gdy pierwszego dnia pobytu zameldował się u konsula, trafił na moment, gdy ten żegnał jakiegoś interesanta, mężczyznę, jak to się mówi, w sile wieku, ubranego z zasobną cudzoziemską elegancją. Usłyszawszy nazwisko Artka, wymówione przez konsula, jegomość drgnął i zaczął się mu przypatrywać z nie ukrywaną ostentacją...

- Widać podobieństwo do ojca... Czy pan jest synem Eustachego Pasieckiego? Przepraszam - zwrócił się do konsula - ale to niezwykłe spotkanie...

Facet nie robił miłego wrażenia, toteż Artek mruknął dość niegrzecznie:

- Ja sobie pana nie przypominam.

- Bo widzimy się po raz pierwszy - roześmiał się kordialnie. - Pozwoli pan, konsulu, że się przedstawię redaktorowi, jak słyszę, Pasieckiemu. Moje nazwisko Walczyński - wyciągnął pulchną, owłosioną łapę. - Każdy człowiek ze starego kraju bardzo mnie interesuje... - tą formułą ostentacyjnie podkreślił swój niezależny status...

Skończyło się na tym, że Artek przyjął zaproszenie na wspólny obiad.

 

Mężczyźni w białych kurtkach i turbanach kręcili się bezszelestnie wokół ich stolika. Nie pasowało do nich określenie "kelner". Może dawniej na oznaczenie ich funkcji użyto by określenia "służący". Im więcej tego, co oznacza delikatne, poufałe poddaństwo, tym bliżej będziemy prawdy. Jeden z nich postawił przed Artkiem tak nie lubiany przez niego pudding. Oni twierdzą, że podbój angielski pozbawił ich - czego to ich pozbawił? - aha, wszystkiego. Może to prawda, że w zamian dostali niewiele: pudding.

- Lubię bioderka obleczone w sari! - huknął niespodziewanie siedzący naprzeciw Walczyński. - Proszę spojrzeć, jak się to cudownie na nich opina.

Artek, ze wzrokiem wbitym w znienawidzony pudding, ścierpły, słuchał delikatnego stąpania sandałów po posadzce.

- Jeszcze się nie przyzwyczaiłeś, że można swobodnie. Mogę cię zapewnić, że ani jeden z nich nie zna narzecza Polan.

Zanim się obejrzał, wypili bruderszaft. Prohibicja nie obowiązywała białego człowieka w hotelowych restauracjach.

- Co ty właściwie tutaj robisz? - wyrwało się Pasieckiemu.

Walczyński przyjrzał mu się uważnie.

- Ja? Służę cioci.

Wziął kieliszek, pociągnął łyk koniaku, obejrzał pod światło, pociągnął znowu.

- Są pytania?

Artek skinął głową.

- Niejasno się wyraziłem?

Milczał.

- No?

Skinął głową.

- Więc jeśli to niejasne, powiem więcej: handluję prochami ojców, a właściwie stryja.

- Możesz nie mówić - wzruszył ramionami Pasiecki.

- No, wiesz?! Obraził się za prawdę. Jestem tu na prośbę mojej mieszkającej w Ameryce ciotki, która delegowała mnie z misją ekshumowania, jak to się mówi, prochów małżonka. W istocie zapewne liczy na kości.

- W Indiach?

- A dlaczego tutaj ma nie być naszych prochów? Co to, Indie gorsze? Bez żartów. Był tu, po wędrówce Andersa do Iranu, obóz cywilnych uchodźców, ewakuowany przez Anglików. No i facetowi się zmarło. A ja, mój drogi, tu w Indiach, w Bombaju, pracuję na chleb.

- Dziwne, przyznaj, zajęcie.

- A to czemu? Miewałem dziwniejsze.

Zapatrzył się w swój pusty kieliszek. Człowiek w białym turbanie już był obok. Drugi stał z przygotowaną flaszką. Artek mechanicznie skinął głową.

- Widzisz, jak się tutaj żyje... - przerwał ciszę Walczyński.

- Komu? - ocknął się młody człowiek.

- No, białym. Kolonizatorom. Patrz i ucz się. Bo zawsze, jak długo będzie świat stał czy się kręcił dookoła słońca, będą kolonizatorzy. I ja chcę być kolonizatorem. Zwłaszcza że mam ciotkę. Jej zdrowie!

Pomilczał dłuższą chwilę.

- A ty pewnie myślisz, że nie byłeś i nie będziesz kolonizatorem. I masz rację. Ty jesteś kolonia... - zakrztusił się koniakiem. - Was zawsze kolonizują... W Polsce byłem aż do sześćdziesiątego roku. Z resortu wylali mnie w pięćdziesiątym szóstym, jeśli chcesz wiedzieć. Bo ja chciałem być kolonizatorem. Wtenczas, w czterdziestym piątym, także. I dlatego znalazłem się w resorcie...

- Wtenczas mówiono ube... - przypomniał mu Artek coś, czego sam nie pamiętał. - No i kolonizacja nie wyszła... - dokuczył rozmówcy.

- Ano, nie wyszła - zgodził się pogodnie Walczyński. - Ale zostały wspomnienia. Widzisz, rozpracowywałem twojego ojca... - znów sięgnął po kieliszek, choć był już mocno wstawiony. - Nie będę się przechwalał. Nie ja prowadziłem całe śledztwo. Od tego byli bruneci - roześmiał się, ukazując popsute zęby. - Ale był czas, że miałem twego starego pod opieką. Choć to właściwie nie chodziło o niego, lecz o jego brata. Miałeś stryja? - zapytał nagle, jakby żądał, by Artek przyznał się do jakiegoś przestępstwa. - Ha, ha! No, przyznaj się, miałeś stryja! I gdzież to się podziewa ten twój brat?...

W tym nagłym przejęzyczeniu Artek odczytał cały groźny sens monologu. Eks-funkcjonariusz przesłuchiwał w jego osobie ojca sprzed lat trzydziestu. Odczuł dreszcz spływający mu po plecach. O stryju wiedział tylko tyle, że zginął w powstaniu. "Zaginął" - jak mawiała babcia...

I teraz Artek powiedział, że stryj zginął w powstaniu.

- Widzisz! - triumfalnie wyciągniętym palcem Walczyński pokiwał mu przed nosem. - Zginął w powstaniu! Ale zanim w to poszło uwierzyć... - tak powiedział: poszło uwierzyć. - Trzymaliśmy twego ojca chyba ze dwa miesiące. Bo wyszło, że w trakcie ujawniania się na boku o czymś gadał z pułkownikiem... No, mniejsza, za młody jesteś, żeby zrozumieć. Dość, że myśmy wiedzieli, iż organizują nową siatkę dywersji. Tu ujawnianie się, a tam dalsza konspiracja... I z różnych zeznań wychodziło, że w tej całej robocie twój stary jest kimś ważnym... Stary sposób: skierować uwagę na trupa, obciążyć trupa.. I daliśmy się na to nabrać.

Kelner nie musiał już krążyć z butelką koniaku, zostawił ją na stoliku. Walczyński dolewał coraz częściej, zostawiając plamy na obrusie.

Artek starał się powiązać wątki.

- Twój ojciec mówił, że brat zginął, i nic więcej. Kto to może potwierdzić? Nie wymieniał nazwisk kolegów, bo nie mógł, nie wiedział, czy się ujawnili, czy ukrywają swój udział w szeregach Armii Krajowej. I wreszcie po miesiącu kazał się zawieźć do ruin w pasażu Simonsa... Powiedział mi: "Sam go zabiłem" - i zapłakał... - wystękał Walczyński, siąknął nosem i nagle zaczął obcierać oczy rękawem eleganckiej, tropikalnej marynarki... - I wtedy ja mu uwierzyłem i powiedziałem: "Wierze ci, człowieku". I jeszcze: "Przepraszam". On patrzył na mnie długo i usłyszałem, jak mówi: "Wszystkim nam trudno"... Rozumiesz? On mi współczuł. A ja powiedziałem, że nie mam się czego wstydzić mojej roboty, i on wtedy, że wie, że rozumie, że w końcu nam też chodzi o Polskę. On jeden okazał mi zrozumienie... A potem, po pięćdziesiątym szóstym, kiedy wymieniali aparat, wycisnęli mnie jak... Bo byłem "zamieszany w niepraworządne procesy przeciw Armii Krajowej". A on jeden... I jak usłyszałem, że ty jesteś jego syn, to po prostu chciałem ci to powiedzieć. Jeśli go zobaczysz... Albo lepiej nic nie mów...

 

Było już późno, gdy wyszli na ulicę. Miły, nieśmiały chłodek. nad dachami wyostrzony nów.

- Zupełna Europa - powiedział Artek. - Ani świętych krów, nawet ludzie nie śpią na chodnikach - plątał mu się język.

- A gdzieś ty widział Indie? - zażartował dobrodusznie Walczyński. - Ja ci pokażę Indie w Bombaju! Idziemy do ósemki.

- Gdzie?

- Zobaczysz. Może byśmy coś zaśpiewali ? W Polsce by już się śpiewało.

- Nie będzie żadnego "góralu..." - zaprotestował Artek.

Weszli na ludniejszą ulicę. Przed kinem James Bond na afiszu zapewniał, że "żyje się po dwakroć". Kłębiło się przed wejściem sporo ludzi.

- Sami mężczyźni - skonstatował z nieukontentowaniem.

Walczyński zachichotał i, nic nie mówiąc, skręcił w najbliższą ulicę. Krążył po niej zwarty tłum samych mężczyzn. Bosi, w niezgrabnych dhoti, tym paskudnym męskim sari, w koszulach wypuszczonych na spodnie lub w jakimś kocu na ramionach, z rzadka ktoś ubrany po europejsku...

Mijając pierwsze drzwi, zdziwił się. Dziewczyna w ciemnym sari, trzymając ręce na drewnianej kratownicy, patrzyła na niego ogromnymi ślepiami. Następna, w mini tak krótkiej, jakby przegonić chciała europejską modę, powiedziała coś szeptem i nagle pojął, gdzie się znajduje. Spojrzał na drugą stronę ulicy: ogromnym rzędem ciągnęła się wystawa. Dom obok domu, niczym w staromiejskich dzielnicach dalekiej Europy, okna, a za tymi oknami, niedbale zasłoniętymi, kręcili się, ruszali i nieruchomieli ludzie. Walczyński pchnął go do przodu.

- Idź, wybieraj, bo jak staniesz, wepchną cię do środka. Rupia, najwyżej dwie - poinformował sardonicznie. - Zastanów się, to nie więcej niż dziesięć, dwadzieścia centów.

Artek szedł, czując, że trzeźwieje z każdą sekundą. Już chciał, wspinając się na palce, zobaczyć koniec tej ulicy, ale końca nie było.

- Po co te kraty? - zająknął się pytaniem.

- Kraty wszędzie znaczą to samo - poinformował uspokajająco Walczyński.

Rozległ się okropny krzyk. Krzyczała czy może coś wołała cierpiąca kobieta.

- Co się stało? - Artek chwycił towarzysza za rękę, zawstydził się, puścił.

- To kosztuje drożej. Nawet pięć rupii - uśmiechnął się jego przewodnik. - Kraty są po prostu po to, żeby móc obejrzeć, ale i żeby one stąd nie uciekły. Często są młode, kupione od rodziny, mogłaby któraś mieć ochotę zwiać... A tu rotacja jest duża. Po dzieciństwie od razu starość.

- Chodźmy stąd - poprosił Artur.

- Na drugą stronę chodnika i z powrotem. Ale patrz na nie, udawaj, że wybieramy - Walczyński był wyraźnie rozbawiony, też prawie wytrzeźwiał.

- Jezus Maria! - wystękał Artek prosto w twarz dziecka, które trzymało jedną ręką kratę, a drugą przywoływało go do siebie.

- Uwaga, to może kosztować i pół dolara - ostrzegł dobrodusznie Walczyński. - Bo widzę w twoich oczach coś ojcowskiego...

- Przestań! - poprosił Artek przyspieszając kroku.

- Słabo ci? - zatroszczył się Walczyński. - Widzisz, ja zawsze wierzyłem w efekty psychologiczne. Spytaj ojca. Żadne tam kopanie po krzyżach i przycinanie szufladą jąder. Ale o czym ja mówię! Więc naprawdę nie chcesz? Nie interesują cię? Masz rację, to nie dla nas, przyjacielu. Ale jeśli chcesz coś godnego kolonizatora, musisz się liczyć z kosztami. I sto rupii przyjdzie wysupłać. Nie wiem, jak byś z dietek służbowych uciułał, ale masz przyjaciela, a przyjaciel ma prochy stryja, więc wystarczy na dwóch. Coś mi źle wyglądasz, może do bramy? Wyrzygaj się, zaraz ci będzie lepiej.

 

- Dokąd idziemy? - dopytywał się Artek, drobiąc za idącym przodem Walczyńskim.

- Zobaczysz, oko ci zbieleje, obiecuję - obejrzał się przez ramię. Był w doskonałym humorze. Zatrzymali się przy postoju taksówek.

- Hotel Grand - rzucił do szofera. - Na pewno nie byłeś w Indiach w eleganckim night clubie. Przed Benares to ci się należy.

Przejechali Marine Drive w oprawie neonów, latarni, plaży i morza, palm i tarasów, skręcili w lewo. stanęli.

Dziennikarz rozejrzał się. Byli w pobliżu wielkiego gmachu o nowoczesnym wystroju. Walczyński ruszył w stronę podjazdu. Zaraz zjawił się obok nich stary, niski Hindus, który spiesznie i wyraźnie przedstawił jakąś propozycję.

- Ile? - usłyszał Artek pytanie Walczyńskiego.

- Co takiego? - spytał.

- Family girl - wyjaśnił mu.

- Więc ile? Sto rupii?! - wykrzyknął zgorszony Walczyński.

- Jest bardzo piękna - zapewniał Hindus.

- Ale czy zdrowa? - niepokoił się.

- To moja córka - podkreśli! Hindus.

- Ale nas jest dwóch.

- Nothing. Mogą być dwie - uspokoił go Hindus.

- Ale my chcemy, żeby obie miały po piętnaście lat, nie więcej.

- Mogą mieć po piętnaście.

- Ile ty masz córek? - spoufalił się już Walczyński.

- Zupełnie wystarczy.

- Okay! - Walczyński zdecydował się, ku nie skrywanej satysfakcji Hindusa.

- Idziemy do night clubu? - zapytał Artek, gdy już minęli hotel.

- Możesz to tak nazwać - roześmiał się Walczyński i znów ruszył na postój taksówek.

Nie jechali dłużej niż dwie, trzy minuty, nim stanęli przed jakąś kamienicą. Dom był porządny, wielopiętrowy, cofnięty nawet z szeregu i otoczony mikroskopijnym ogródkiem. Mama w haftowanym sari, wychudzona, żylasta i pełna godności. Uzgadniała warunki w imieniu jej "sweet daughter" jeszcze przed jej pokazaniem. Nakreśliła pokrótce trudną sytuację rodziny, drożyznę... Walczyński słuchał uprzejmie, choć było widoczne, że zna ten rytuał na pamięć. Weszły córki. Spokojne, choć jakby nieco skrępowane. Obie ubrane w sari. Walczyński skinieniem głowy wyraził aprobatę i gestem zaprosił starą memsab w kąt pokoju. Rozmawiali przez chwilę, po czym ona, nie przeliczając, elegancko wzięła od niego pieniądze, a on, uśmiechnięty jak wodzirej w kotylionowym walcu, ujął jedną z dziewcząt za rękę. Artek złożył dłonie na piersiach w ceremonialnym ukłonie przed tą, którą mu Walczyński wybrał, jakby przeczuwając jego chęci, chociaż o chęciach trudno było mówić w tej chwili wypełnionej strachem, zdziwieniem, ale i gdzieś tam, głębiej, odrobiną pragnienia.

W taksówce Artek usiadł na przednim siedzeniu, obok szofera. Walczyński między dziewczętami. Z tyłu panowała cisza. W pewnej chwili obejrzał się.

- Ucz się, chłopcze, oto chwyt Walczyńskiego - demonstrował swoje mocne łapy, ulokowane na nagim ciele dziewcząt, tam, gdzie sari zostawia pas ciemnej, nie zakrytej skóry nad biodrem.

Artek, obróciwszy się, miał głowę tak blisko twarzy dziewczyny siedzącej po jego stronie, że aż się przestraszył. Ale ona patrzyła mu w oczy tak smutnym, dojmującym spojrzeniem, że mężnie nie cofnął oczu. Czuł, jak niepokojąca stałość ogarnia jego miłosny mięsień, a nozdrza drażni zapach dziwnego olejku. Ona opuściła powieki; wysokie brwi, czarny płotek wygiętych rzęs, nozdrza wykrojone jak na rysunkowym portrecie.

- Jedziemy do mnie! - wyjaśnił Walczyński, kiedy samochód już stanął.

- Ale przecież...

- Mój hotel jest mniej krępujący - przerwał mu, gramoląc się na zewnątrz. Dłoń z żalem zsunął z nagiej skóry.

 

Przez dwa dni selekcjonował materiał do pierwszej korespondencji. Postanowił zacząć od zrelacjonowania koszmaru systemu kastowego. Nie miał trudności z gromadzeniem faktów i anegdot. Każdy, nawet najmniej rozgarnięty urzędnik konsulatu był istną kopalnią wiadomości.

Pasiecki uwziął się, że w tej pierwszej relacji obnaży haracz, jaki zapomniana kultura każe płacić w kosztach strat cywilizacyjnych, jak zabija godność pracy... Poczuł, że obecność tutaj uczy go czegoś więcej niż poznania egzotycznej prawdy o obcym świecie.

Gdy wrócił z kolejnej wyprawy do jednego z bengalskich miasteczek, zastał w hotelu kartkę od Walczyńskiego. Wyznaczał mu spotkanie poi Wieżą Parsów.

 

Szedł z wolna najszerszą aleją Bombaju, zwaną Queen's Necklace, okrążającą zatokę, wzdłuż szerokiego pasa złotej plaży, na której gdzieniegdzie wylegiwały się wielbłądy, a obok sunęły pobłyskujące odblaskiem morza importowane limuzyny i krępe, czarne "ambasadory". Czekał, aż nad wielkim, odległym meczetem, stojącym teraz, w porze przypływu, po fundamenty w morzu, rozpali się bladobłękitny neon. Odpoczywał w dostatnim pięknie tego miejsca od przygnębiających obrazów innych Indii i od siebie, rozdeptanego w kraju między dziesiątkami spraw, ludzi, rzeczy. Od morza przyniósł się wieczorny powiew, poprawił się wśród palmowych liści, osiadł i znów rozłożył pióropusze wierzchołków palm. Jeszcze nie zapalono świateł. Pomyślał, że zaczeka na ten moment w ogromnym parku Wiszących Ogrodów, gdzie mieści się Wieża Parsów.

Walczyńskiego jeszcze nie było. Czekał pod niebem powoli wstępującym w granat, wśród szalejącej zieleni trawników i drzew przystrzyżonych w kształty zwierząt czy bóstw, wśród kobiet ubranych w długie, powiewne kolory.

Ruszył w stronę balustrady, skąd grupka Hindusów patrzyła na panoramę miasta. Pomyślał, że nazwa Wiszące Ogrody pasuje do tego wyniesionego nad miasto masywu ziemi. Spojrzał w dół. Szlachetny łuk Queen's Necklace prowadził wzrok obok czarnego o tym czasie morza, błyskiem zapalonych świateł dodając bogactwa swej szlachetności.

Drgnął nagle, czując na ramieniu rękę. Za nim stał Walczyński. Był w towarzystwie starszego pana, którego przedstawił jako stałego wysłannika paryskiego "Le Monde"....

- Będziesz mógł wiele się od niego dowiedzieć... A może i on od ciebie - dodał enigmatycznie.

- Bardzo tu pięknie - Artek przeszedł na swój nie najlepszy angielski.

- Możemy chwilę posiedzieć - zgodził się Walczyński, mówił po angielsku płynnie i swobodnie.

Francuz nieśmiało zaprotestował. Podniósł rękę, wskazując gromadę sępów unoszącą się nad nieodległym szczytem...

Walczyński zaśmiał się krótko.

- Zaraz ci powie - znów mówił po polsku - że jak był tu ostatnim razem, ludzkie oko spadło mu na kolana...

- Co takiego?

- Przecież to Wieża Milczenia. Partowie wykładają tu swoich zmarłych sępom na pożarcie.

- Ach tak, słyszałem - Artek wzdrygnął się, gdy nad głową przeleciał mu czarny ptak. - On ma rację, chodźmy stąd...

 

Na dobrą sprawę, kiedy już w kraju czytał wywiad w "Le Monde", nie umiał sobie przypomnieć okoliczności, w jakich to wszystko powiedział. Francuz może ubarwił czy przeakcentował w niejednym miejscu, ale nie on wymyślił opowieść o Gubernatorze czy cytaty z listów czytelników. Potem, po amnestii i latach od skandalu, który był wywołał przez swoją nieostrożność, utwierdził się w przekonaniu, że to Walczyński był w jakimś stopniu świadomym reżyserem całej sprawy.

O wiele lepiej utrwaliło się w pamięci Artka to, co nastąpiło potem, gdy już pożegnali Francuza. Był wprawdzie senny, ale z przyjemnością i nadzieją myślał, że znów odwiedzą family girl. Jego troskliwy gospodarz miał jednak inny plan na koniec tego wieczoru.

- Pojedziemy do mnie - oznajmił.

 

Mały, nieporządny hotelik. Walczyński zdjął klucz z tablicy i poprowadził gościa na piętro. Wyszli na patio i gospodarz otworzył pierwsze drzwi.

- Całe życie trzynastka przynosiła mi szczęście - powiedział. - A ten pokój też ma numer trzynasty. Możesz się umyć w łazience. Uważaj tylko z prysznicem: woda nie spływa, pozostaje na podłodze.

Walczyński wyjął z szalki indyjską fajkę ze zbiornikiem na wodę.

- Skosztujesz coś pięknego - powiedział.

 

Przez prześwietlone błękitem powietrze zobaczył nagle świat odzyskany, który stanął dęba i dał się wciągnąć do środka jednym haustem. Widział pod powiekami kolory tego świata, barwy życia i lecące ku ziemi krople dziwnego, wiosennego deszczu, niosącego samą zieleń - krople rozpryskiwały się o czerwoną mgłę i grały wilgotnym szmaragdem.

- Świat przestał być przysadkowaty - powiedział albo tylko chciał powiedzieć do człowieka, który siedział na łóżku, oparty o ścianę. Potem uśmiechnął się do swego odbicia w lustrze i zdumiał się, że ono odpowiedziało mu uśmiechem. Patrząc na tego w lustrze, zobaczył siebie siedzącego naprzeciwko. Jakby opuścił swoje ciało, ale nie stracił go z oczu. Przemienił się cały w nierealne odbicie, chroniąc się weń jak w szlachetniejszy kształt. Ten nowy on miał szlachetność w rysach, widać było, że dźwiga w sobie strzelistą, a nie przysadkowatą duszę. Patrzył na siebie siedzącego w fotelu jak na dalekiego, ubogiego krewniaka, a potem raz jeszcze zwrócił się do Walczyńskiego:

- Ecce homo - i zapadł w bezpieczną, piękną pustkę.

Rozdział szósty

Eustachy Pasiecki obudził się senny. Długo w noc siedział nad esejem związanym z wydarzeniami poprzedzającymi rok 1863. Ledwo odsunął okienne zasłony, pojął, po słońcu kładącym promienie na przeciwległej stronie ulicy, że jest już późno. Ruszył w stronę łazienki. Po drodze nacisnął wyłącznik radia. Wczoraj przed wieczorem słuchał Londynu. Jakie to śmieszne! Po czterdziestu latach znowu nauczył się słuchać Londynu. Wyrzucił z siebie wszystko, co było stamtąd, a teraz znowu zaczyna słuchać. Już nie rozkazów, po prostu, żeby wiedzieć...

Stanął w łazience przed lustrem i nagle, zdumiony, usłyszał swoje nazwisko.

Spiker streszczał wywiad Artura wydrukowany w "Le Monde". Chłopak siedzi w Indiach i nagle odzywa się nie z Delhi, lecz z Paryża? Chyba jakaś pomyłka czy prowokacja - wróciło dawno zapomniane słowo. Ale nie, w wywiadzie jest mowa o dławieniu prasy, o sztucznym oddychaniu stosowanym opinii publicznej przez propagandę kierowaną przez... Cała historia "guberni wschodniej" i Ryniewicza. Ten Artur to samobójca! Potem wysłuchał jeszcze teorii politycznych swego syna, jako "ambitnego, niezależnego dziennikarza", i krytyki wadliwego systemu wyborów do "ciała przedstawicielskiego, dumnie i na wyrost zwanego Sejmem"...

Słuchał tego z namydlonymi policzkami, świadomy swej absolutnej bezsiły. Nic z dziesiątków rozmów prowadzonych z synem nie zostawiło śladu na jego sposobie myślenia. Do cholery, gówniarz! Nie jest w stanie zrozumieć, że skoro jest państwo, choćby i kulawe, to ono jest dobrem nadrzędnym...

Skończył golenie. Wytarł twarz i nagle pomyślał, że musi pogadać z Rudolfem. Dlaczego akurat z Rudolfem? Może chciał odpocząć przy synu, który zawsze był mu bliższy... Wykręcił biurowy numer jego telefonu, cały czas zastanawiając się, kiedy i jak się dowie, że Artka odwołano z Delhi... Dowiedział się tylko, że Rudolf jest zajęty, dołączono go bowiem jako jednego z ekspertów do delegacji handlowej, na której czele stoi minister. Do Paryża. Lecą rano...

Ojciec ucieszył się za syna.

- To bardzo ciekawy wyjazd. Na cały tydzień? Ale syn był jakiś skwaszony. Gderał, że wolałby zostać. Nie bardzo się pali...

- Palić to się możesz do dziewczyny. Urzędnik się nie pali, urzędnik urzęduje.

- A właśnie... - bąknął Rudolf.

- Co właśnie?

- Wolałbym się tutaj palić do dziewczyny...

Ojciec wyczuł, że mówi to do słuchawki, ale adresuje do kogoś obecnego w pokoju.

- Oj, źle mi się, synu, prowadzisz! - zażartował.

- Wręcz przeciwnie. Grozi mi, że będę się nareszcie dobrze prowadził...

- Brzmi to jak staropolska prośba o ojcowskie błogosławieństwo...

- I do tego dojść może... No cóż, zobaczymy się za tydzień...

- No, dobrze - postanowił nic nie mówić o wyczynie brata. Niech leci spokojnie.

 

Kacper Janas miał kiepskie dni. Harował przez dwa tygodnie, nagrywając w telewizji współczesną sztukę, w której dostał pierwszoplanową rolę, a okazało się, że męczył się tylko po to, by się dowiedzieć, iż rzecz się nie ukaże. Nowe kierownictwo telewizji okazało się bardzo "pryncypialne". Z czasem mieli się do tego wszyscy przyzwyczaić. Powstało nawet potoczne pojęcie "półkownik" - na określenie filmu odłożonego bez projekcji na półkę. W teatrze Sykstus, w wyniku kościelno-państwowej cichej umowy, pojawiał się tylko raz na tydzień, teraz telewizyjna sztuka, w której był młodym, zbuntowanym przeciw szablonom życia ojców, okazała się "za trudna". "Zostaje mi tylko papkinada" - użalał się dziewczynie.

A Wera, znów pełna entuzjazmu, tropiła następną aferę. Okazało się, że jakiś spryciarz zawarł z Ministerstwem Budownictwa umowę o usuwaniu ziemi z wykopów wszystkich wznoszonych budowli i ziemię tę, zapakowaną w plastykowe worki, dostarczał do centrali ogrodniczej jako ziemię do kwiatów. Podobno wielkie pieniądze. "Czuję, że jest w to umaczany ktoś dość wysoko". Z góry ucieszyła się, choć przypuszczenie takie nakazywało ostrożność w traktowaniu sprawy.

Janas, choć wściekły, wiózł Werę do krawcowej. Coś absurdalnego! Ubierająca się sportowo, szczeniakowata Wera - u krawcowej! Ale okazało się, że nie ma "ani jednego kostiumu z prawdziwego zdarzenia" na jesień. Więc ją wiózł. A na tylnym siedzeniu ten jej Krzyś. Narkomański półpedałek. Ni to przyjaciel, ni to fagas. Figura, o którą już nieraz robił jej wymówki, ale ta awanturnica, jakby właśnie na skutek tego, przywlokła go i teraz.

Na pewno w jej głowie zrodziła się myśl, że ten gówniarz mnie do siebie przekona, kiedy wspólnie będziemy czekać, aż ona przymierzy łachy... A nie zanosi się na to, żebyśmy się mieli polubić... Wczoraj dialog na jego temat wyglądał w ten sposób:

- O co ci chodzi? Może on jest pedałem?

- Dlaczego?

- Albo to my możemy wiedzieć, dlaczego ktoś zostaje pedałem? - leżeli na tapczanie. Trudno się było nie roześmiać.

- Ale czemu tak sądzisz?... Że jest.

- Bo nigdy ze mną nie próbował...

- A gdyby próbował?

I ten jej cholerny, drażniący uśmieszek. Znaczył: "To byśmy zobaczyli". Albo: "Taki jesteś zazdrosny". Albo: "Jeszcze się dowiesz".

Został więc z tym wstrętnym gówniarzem. Oczy miał maślane. Pocił się. Kacper postanowił mocno zagrać.

- Wyglądasz, człowieku, jakbyś był na głodzie...

Tamten przez chwilę milczał. Potem pochylił się do przodu, oparł nie ogoloną brodę o poręcz fotela, na którym przed chwilą siedziała Wera, i powiedział cicho:

- A swoją drogą, mógłby mi pan odpalić ze dwa patyki...

Kacper się żachnął. W pierwszej chwili chciał wyciągnąć pieniądze i powiedzieć: masz i spierdalaj... - ale w sekundę zreflektował się, że tamten może w przyszłości stać się jeszcze bardziej nachalny.

- Słyszałem, że ludzie na głodzie zawsze zdobędą pieniądze...

- Niby jak? - stęknął chłopak. .

- Pieniądze leżą na ulicy - zadrwił Kacper.

- Szanowny pan raczy żartować - powiedział gnojek i cofnął się w głąb siedzenia, zostawiając na ceracie poręczy mokrą plamę, odciśniętą przez zapocony podbródek. Kacper ostentacyjnie irchową szmatką wytarł to miejsce. Wera już biegła w stronę samochodu...

 

Znał te wyjazdy. Całodzienna szarpanina z kontrahentami, głowa łomocząca nawet w nocy angielskimi słowami, jakby myśl jechała po kocich łbach nierównego bruku, kiepskie, hałaśliwe hoteliki, propozycje mniej oblatanych kolegów, aby koniecznie zabawić się "po parysku".

W tym roku szczególnie dokuczliwe wydały mu się same pertraktacje. Załatwiali kompleksowy zakup kosztownych licencji, minister wyjątkowo apodyktyczny, członkowie delegacji dobrani dość niefortunnie, zaledwie dwóch dukało po francusku, jeden rozumiał angielski. Zwalili mu na głowę kłopoty wynikające ze zwykłego niezrozumienia i przejęzyczeń.

Na szczęście wśród cudzoziemskich kontrahentów znalazł się przedstawiciel "wielkiej chemii", człowiek po pięćdziesiątce, świetnie mówiący po polsku. Stanowił dzięki swej życzliwości niezastąpioną pomoc dla Rudolfa. Już pierwszego dnia Rudolf dowiedział się, że Francuz brał udział w powstaniu warszawskim.

- O Boże, to jest pan kolegą ojca! Może nawet się znacie?

- Było nas wielu - uśmiechnął się starszy pan.

- Ale ja spytam ojca... - upierał się Rudolf. - Jak się pan właściwie nazywa?

- W tamtych czasach używało się pseudonimów, więc "Zagórny".

Rudolf przyjrzał mu się uważnie.

- No tak. Pańska fotografia jest w książce o akcjach zbrojnych podziemia warszawskiego, chyba nawet na tej stronie co zdjęcie ojca. Proszę sobie wyobrazić, że mój stary nie chce o tamtych czasach z nami rozmawiać...

- Artur to pana brat?

- Tak - potwierdził, roztargniony, i nie zapytał, skąd on wie o Arturze. - Po przeczytaniu tej książki poprosiłem kiedyś ojca, żeby nam opowiedział coś o sobie... Ale wie pan, co mi odrzekł? Lepiej powiedz, co ciekawego w biurze...

Siwy człowiek uśmiechnął się, poprawił okulary.

- Tak. Teraz każdy jest kimś innym. Nawet ci, co zostali w kraju. A może przede wszystkim oni.

 

Wieczorem wyszli razem z gmachu, gdzie toczyły się pertraktacje. Rudolf zapytał półżartem, czy jako paryżanin nie zechciałby mu pomóc w wyborze prezentu dla młodej dziewczyny... damy - poprawił się po sekundowym namyśle.

- Proszę bardzo. Wolę szukać kosmetyków niż uczyć moich francuskich kolegów, jak wymawiać Wszoła czy Kościuszko.

- A to co za zagadka? - zdziwił się Rudolf.

- Tak wyglądają przygotowania naszych urzędników, wyznaczonych do pertraktacji z Polakami. Radzimy im, by członków delegacji przyjmowali prywatnie, w rodzinnym nastroju, by unikali rozmów merytorycznych, a objawiali dużo życzliwości dla Polski. Nazwiska polskich piłkarzy. Penderecki. Dwa nazwiska tłumaczonych na francuski pisarzy... Wszystkie te rodzinne przyjęcia pokrywają oczywiście firmy. Ale stworzenie nastroju familiarności tak potem krępuje Polaków przy pertraktacjach, że opłaca się to tysiąckrotnie.

Rudolf szedł skrzywiony, jakby go bolały zęby.

- Nie potrzebuję panu mówić, że oni doskonale wiedzą, że w składzie każdej grupy jest nominalny kierownik, często figurant, oraz eminencja, od której zależą decyzje.

- To niemożliwe... - powiedział Rudolf stając nieruchomo.

- Pan tego wszystkiego nie wiedział?... - mężczyzna pogłaskał się po skroni. - Właściwie nie powinienem tego panu mówić, ale... zanim wejdziemy do królestwa pięknych zapachów, niech pan posłucha: podkładają wam tu bardzo śmierdzący interes...

I tak oto, stojąc przed witryną ogromnej perfumerii, Rudolf Pasiecki dowiedział się o podejmowanych, fatalnych dla strony polskiej, decyzjach, dla których pozyskano już "właściwych" ludzi z delegacji.

- Nie wierzę. Nie wszyscy dadzą się kupić...

"Zagórny" uśmiechnął się smutno.

- Podejrzewam, że teraz, podczas kolacji, wasz szef omawia szczegóły.

- O, nie! - oznajmił Rudolf Pasiecki, jakby to on był ową eminencją, od której zależą decyzje.

 

Delegacja wracała samolotem. Minister siedział ze swoim sekretarzem. Rudolf sam. Jakoś nikt nie zajął sąsiedniego fotela. Wiedział, co to znaczy. Był tym, który odmówił podpisania dodatkowego protokołu, twierdząc, że są w nim niejasności, a ponadto klauzula, na którą się godzić nie wolno. Zrozumiał lepiej od innych członków delegacji, co oznacza paragraf dotyczący umowy importowej na "nie wyeksploatowane izotopy", co do którego przewidywano nowe ustalenia...

Półsenne zamyślenie przerwało nagłe dotkniecie. Ktoś położył mu dłoń na ramieniu. Pochylał się nad nim sekretarz.

- Pan minister pana prosi.

Miejsce obok ministra było wolne, sekretarz został na fotelu Rudolfa. Dostojnik siedział swobodnie, czarna teka, dokładnie zapięta, stała u jego stóp.

- Niech pan siada. Więc tak... Chciałbym zapytać, czy się pan namyślił. W sprawie tego protokołu. Ostatecznie to śmieszne, żeby na załączniku brakowało jednego podpisu. Chociaż, jak pan wie. Polska Ludowa od tego się nie zawali.

- Tak, panie ministrze.

- No to świetnie, zaraz poprosimy sekretarza.

- Nie, panie ministrze, ja tylko się zgadzam, że od braku jednego podpisu Polska Ludowa się nie zawali. Prędzej się zawali od tych podpisów, które tam figurują - nie zdołał się opanować.

Trwało milczenie wypełnione równym, uchwytnym drżeniem samolotowego kadłuba.

- Nie podpisze pan? - zaszeptał minister.

- Nie podpiszę, panie ministrze. Bo podpisuję się swoim nazwiskiem...

Minister wyjął z kieszeni "Le Monde". Rozłożył na wewnętrznej stronie. Wyjrzała z niej twarz Artura.

- Nie sądzę, aby właśnie pan, panie Pasiecki, miał swoje nazwisko. Pana nazwisko należy do pańskiego brata. I będę o tym pamiętał. To panu obiecuję...

Rozdział siódmy

Przyszedł dzień, w którym, jak we śnie szaleńca, całe życie Kacpra Janasa wywrócone zostało do góry nogami.

A zaczęło się tak banalnie. Wera objawiła mu się w teatralnej garderobie jak natchniona furia. Odwalono jej reportaż o cwaniaku handlującym ziemią.

- To jakiś szwagier kolejnego ministra. Powiedziałam Wieluniowi, co o nim myślę, chyba mnie wywali z "Tygodnika". Tak, musi mnie wywalić... Chociaż Jerycki bardzo mnie bronił.

Okazało się, że - jak to zazwyczaj bywa - wrzucony Wieluniowi na siłę zastępca zawsze i w każdej sprawie ma inne zdanie niż szef.

Wera wyraźnie była już na gazie. Oznajmiła, że czeka na niego przy barze w "Forum" i żeby się nie gniewał, że jest z Krzysiem... "Przecież nie mogę jak kurwa siedzieć tam sama przy barze, chyba że chcesz..."

Sypał się w tym ostatnim akcie co chwila, jak nigdy w życiu. Po spuszczeniu kurtyny nie dał się zatrzymać "na oklaski". Gnał do tego przeklętego hotelu, nie żałując sygnału, mrugając ostrzegawczo długimi światłami.

Siedziała z Krzysiem w barowej salce, ale już przy bocznym stoliczku. Maślane oczy gówniarza powiedziały mu, że niejeden raz zmieniano przed nimi szklaneczkę whisky. Janas nie był skąpcem. Wśród kolegów uchodził za narwanego, zawsze gotowego fundatora, ale teraz na myśl, że będzie jeszcze płacił rachunek za tego pętaka, ogarnęła go wściekłość.

- Dobry wieczór - powiedział ujmując małą, zawsze go wzruszającą dłoń Wery, w której wyczuwał głęboko ukrywaną kruchość całej jej istoty. - Dobranoc! - mocnym chwytem, bolesnym zaciskiem dłoni niemal uniósł pętaka nad krzesło i obróciwszy drugą ręką wokół osi pchnął ku wyjściu.

Co za awantura! Musiał ją gonić po holu, zabiegać drogę, blokować w drzwiach, nim wreszcie szlochającą ze złości usadowił z powrotem przy stoliku. I teraz właśnie dowiedział się wszystkiego. Owszem, wąchała z nim parę razy... "Przecież ja chcę i muszę doświadczyć... Muszę wszystkiego pokosztować..." - chlipała swoje wyznania, sącząc łzę do kolejnej szklaneczki whisky. Kochał ją. Wierzył jej. Był i będzie z nią, nie opuści. Pijacka ekstaza jej miłosnych wyznań. A potem gorzkie żale...

- Popatrz, ten mój pierwszy reportaż. Cała sprawa umorzona. Nic nikomu nie będzie. Tylko ja... A ziemia do kwiatów? Po co pisać? Wszędzie to samo. Wielkie żarcie tych bydlaków. Nienawidzę! Tylko ty, tylko ciebie, Kacperku...

Kacper, widząc ją w tym stanie, już wybaczający, już przekonany, nawet nie powąchał alkoholu. Ani przez moment nie zapomniał, że musi przecież ją stąd zabrać swoim samochodem. A w Werę, jak zawsze kiedy sobie popiła, wstąpił babski diablik.

- Jedziemy do ciebie. Już! Będziemy się kochać...

A potem bezładna szarpanina koło samochodu. Usiłował jej wyrwać kluczyki, które podstępnie zabrała.

- Przecież nie masz prawa jazdy...

- Ale świetnie prowadzę. Chcę być z tobą. Już, zaraz... Jedziemy. Jak z ojcem jechałam do Gdańska, prowadziłam, naprawdę...

- Daj spokój!...

Wreszcie unieruchomił ją mocnym objęciem, zataszczył na miejsce dla pasażera. W tej chwili znieruchomiał. Poczuł na ramieniu delikatne dotknięcie.

- Zapomniał pan uregulować rachunek... - uprzejmość kelnera w tej sytuacji oznaczała bez wątpienia, że poznał popularnego aktora.

Kacper speszył się niezmiernie.

- Poczekaj chwilę - szepnął do ucha Wery, muskając je ustami.

Zostawił ją na miejscu dla pasażera, ale gdy po minucie wrócił, siedziała za kierownicą.

- Wyłaź! - zawołał już rozgniewany. Stał w otwartych drzwiach samochodu, gdy wóz ruszył. Wera sprawnie wycofała samochód...

- Wsiadasz? - zapytała ruszając do przodu. Ledwo zdążył zwalić się na siedzenie. Byli na szerokiej, pustej o tej porze jezdni.

- Weruszka, stań, proszę - powtarzał, wiedząc, że szarpanie się z nią do niczego innego niż do katastrofy doprowadzić nie może. A ona gnała coraz szybciej.

- Uważaj! - krzyknął widząc światła zmieniające się na żółte na rogu Kruczej.

- Zdążymy. Ja się spieszę - rękę położyła mu na kolanie.

Widział w przekrzywionym lusterku jej uśmieszek i oczy! To przerażenie, które zwróciło jego wzrok na jezdnię: młody człowiek biegł prosto na spotkanie ze śmiercią. Zaparł się jeszcze rękami o maskę rozpędzonego samochodu, wyrzuciło go w powietrze... Zginął mu z oczu gdzieś nad dachem samochodu.

Wera gnała nieprzytomnie.

- Co robisz! Co zrobiłaś?! - krzyczał. - Hamuj!...

Ale ona uciekała. W szoku, w przerażeniu, bez rozumu!

Skręciła w Nowy Świat. Tu zmusił ją do zahamowania. Wywlókł z samochodu, postawił na ziemi i gdy czepiała się go, gdy siadał za kierownicą, opanowany i przytomny, wydawał już rozkazy: "Do domu! Nie masz prawa jazdy. Jesteś pijana. Może nic mu się nie stało..." Nie słuchając jej krzyku, poderwał samochód, biegła za nim przez chwilę, wymachując torebką i krzycząc... Widział jej sylwetkę w lusterku... Nie miał pojęcia, że traci ją na zawsze. Wracał na miejsce wypadku.

 

- Kto tam, do cholery?! - usłyszała za drzwiami wściekły, zaspany głos ojca.

Dobiegła tu, zataczając się na pustych ulicach, bez tchu, zmęczona jak maratończyk. I ten głos nagle ją uspokoił. Tatuś! On może wszystko.

- Wera! Otwórz! Prędko...

Najpierw poił ją wodą. Potem przemywał pod kranem w łazience spoconą, nieprzytomną twarz. Cały czas powtarzał to słowo najważniejsze: dziecko...

- Dziecko, pomożemy, nie płacz. Teraz mi spokojnie wszystko opowiedz. Ale najpierw zrób herbatę, tak jak ty potrafisz. Tylko ty, córeczko... No, dobrze już, dobrze, zaraz mi wszystko opowiesz.

Nienawistna siła, z którą walczyła daremnie, trafiając zawsze na tajemniczy parasol władzy roztaczany nad ludzkimi nieprawościami, teraz pokazała swoją ludzką twarz: oto ojciec, który może, który ocali niewinnego człowieka.

 

- Dobrze zrobił, że zawrócił. Jest w porządku. Ale ty! Bez prawa jazdy, pijana! Jak on mógł ci pozwolić...

- Przecież go nie pytałam...

Generał roześmiał się. Zaczynał się odprężać.

- Mówisz, że on nie pił...

- Przysięgam! Więc dzwoń, tatusiu...

- Nie ucz mnie, co mam robić!

- Ale chociaż dowiedz się, czy... No, wiesz, co się właściwie stało...

- Zostaw to mnie. Nie mogę przecież zdradzić, że chodzi o ciebie. Bo co to znaczy, że o czwartej rano generał Mech interesuje się jakimś wypadkiem drogowym?...

- Tatusiu, ostrzegam cię.

- Przed czym to mnie ostrzegasz?

- Jeśli myślisz, że wsadzisz sprawę po waszemu na żółwia, że niewinny człowiek będzie przeze mnie siedział choć jeden dzień w więzieniu...

- No więc co się stanie, jeśli nawet posiedzi nie jeden dzień, ale dwa, możesz mi powiedzieć?

Patrzyła w osłupieniu na twarz ojca. Potem rozejrzała się po pokoju, jakby chciała się upewnić, czy na pewno trafiła na właściwe miejsce. Że to tu, na tej ogromnej kanapie układała do snu swoje lalki, a przy stole ojciec pomagał jej odrabiać znienawidzoną matematykę...

- Przecież ja po prostu... Jeżeli jego do jutra nie będzie, wszyscy będą wiedzieli, co się stało naprawdę. Pojadę do prokuratora.

- Zapewniam cię, że prokurator widział wiele zakochanych, niezrównoważonych kobiet, które chciały brać na siebie zbrodnie kochanków.

- Co powiedziałeś? Zbrodnie? A więc jesteś taki, jak mówią w Wolnej Europie. Tacy wy jesteście...

Pierwszy raz widział ją w ataku histerii.

 

Od pierwszej chwili wiedziała, że nic z tego nie będzie. Uprzedzająco grzeczny pan w średnim wieku...

- Na razie nic nie wiem. Skontaktuję się z prokuraturą rejonową. Ściągniemy akta. Ależ oczywiście, znam, ta świetna rola Sykstusa...

Już wiedziała: człowiek został zabity. To, że ona to zrobiła, że zabiła człowieka, jeszcze do niej nie dotarło. Wszystko przesłoniła druga sprawa: Kacper musi wyjść! Natychmiast! Choćby ona miała go zastąpić. Mogłaby pójść za kraty prosto stąd, od tego stolika, na którym stoi filiżanka czarnej kawy.

Boże, to ojciec go uprzedził! - poraziło ją nagłe jak błyskawica olśnienie. I zaraz panika, że odetnie ją od sprawy. Poczuła się jak zbieg dążący do celu, gdy słyszy za sobą oddech pogoni. Tylko że ona nie uciekła zza krat, a chciała się tam dostać, tam dobiec.

- Czy mogę, panie prokuratorze, zadzwonić do towarzysza Haładaja?

 

Sekretarz wyznaczył jej spotkanie na następny dzień. Poznała go kiedyś, będąc z rodzicami na przyjęciu w ambasadzie, i wiedziała od Kacpra, że jego ojca łączyła z nim jakaś zażyłość. W swoim krótkim życiu, zarówno z racji koneksji rodzinnych, jak i awanturniczego życia zawodowego jako reporterka "Tygodnika", miała dość często okazję spotykać się z ludźmi "na świeczniku" i nie miała do "tych typów" żadnego nabożeństwa. Ale teraz, siedząc w sekretariacie, czekając, aż otworzą się drzwi gabinetu, odczuwała nerwowe mrowienie. Kolejną noc przemęczyła nieomal bezsennie i teraz była zdecydowana zmusić sekretarza do zaangażowania się w sprawę. Jak - tego nie, wiedziała. Ale że jest to konieczne - wiedziała na pewno. Ojciec zdołał jej przekazać wiadomość, że "sprawa nie wygląda najlepiej". "Co gorsza, ten zabity chłopak chodził do szkoły, do której uczęszcza syn wicepremiera". Wiedziała, co to ma do rzeczy. Może ofiara jej szalonej jazdy grywała z synem wicepremiera w siatkówkę? Siedziała bezmyślna i czujna, daremnie usiłując ułożyć w myślach jakieś "zagajenie".

Sekretarz Haładaj był jeszcze młody, ale jego ociężała sylwetka i przygarbione plecy dodawały mu lat. Wymuszony nieco uśmiech, z jakim ją przywitał, zgasł bardzo szybko. Po grzecznościowym pytaniu: "Kawa? Herbata?" - zapadła cisza.

- Co by pan powiedział, gdyby się okazało, że zabiłam człowieka? - zapytała nagle, chcąc nabrać rozpędu.

Uśmiech wrócił na twarz.

- Ach, to byłaby w sam raz sprawa dla pani taty. Resortowo - roześmiał się półgłosem. - Ale słucham, teraz serio, o co chodzi.

- Chodzi o Kacpra Janasa...

- Słyszałem - sekretarz zesztywniał. Wyjął chusteczkę. Obtarł wilgotny policzek.

W tej chwili zabrzęczał rządowy telefon.

- Przepraszam - Haładaj podniósł słuchawkę. Powiem teraz: "Jestem jego kochanką". Nie, lepiej tak: "To ja przejechałam tego człowieka". Nie, to bez sensu.

Nagle zaczęła słuchać. Zmęczenie i prosty strach powoli opuściły ją.

Sekretarz, czerwony z gniewu, rzucał jakieś urywane słowa protestu. Znowu wytarł twarz chusteczką. Chwilami podrywał się z fotela, wykrzykując, że nie będzie firmować takich idiotycznych decyzji. Z treści rozmowy wynikało, że mówi z szefem resortu budownictwa. Coraz wyraźniejsza stawała się treść rozmowy, przeradzająca się, mimo jej obecności, w kłótnię... Nawet przeprosił ją gestem i spojrzeniem, ale było jasne, że jest całkowicie pochłonięty sprawą, przeciwko której się buntuje.

Oto sekretarza informowano o konieczności przerobienia wszystkich przygotowanych do przekazania mieszkań M-5 na M-2 i M-l. Wówczas sprawozdanie na koniec roku wykaże, że obietnica podwojenia budownictwa mieszkaniowego została dotrzymana.

Haładaj miotał się jak wieloryb trafiony harpunem. W pewnej chwili Wera drgnęła. Padło nazwisko wicepremiera, którego syn uczęszczał razem z...

- Możecie mnie zdjąć. Podporządkuję się dopiero poleceniom pierwszego sekretarza. Nie wierzę, żeby on aprobował takie... - długa cisza. Słuchawka z trzaskiem wylądowała na widełkach.

Teofil Haładaj z wysiłkiem rozpinał kołnierzyk koszuli. Wera wstała, nalała wody do szklanki... Napił się.

- Przepraszam. Raz jeszcze przepraszam... A co do Janasa... Dowiem się, jak sprawa wygląda. Naprawdę lubię tego chłopca...

 

- Coś ty, idiotko, narobiła?! - wrzeszczał ojciec. - Jak tyś trafiła z tym do Haładaja? Przecież ja teraz jestem kompletnie sparaliżowany! Co ci przyszło do głowy? Jak ci to, dziecko - złagodniał - wytłumaczyć?... Haładaj to człowiek, który reprezentuje tam, na górze, ludzi, z którymi... - nie mógł się wyplątać...

- No, wykrztuś, tatusiu, że to nie twoja sitwa, nie twoja frakcja, jak mawiają specjaliści od tego wszystkiego, co nas prowadzi, co nas prowadzi, prowadzi... - Wera się rozpłakała.

Rozdział ósmy

Eustachy Pasiecki odebrał telefon Artka z rodzajem ulgi. Dopiero gdy skończył rozmowę, zdał sobie sprawę, że bardziej niż jego odwołania z Delhi obawiał się czegoś, do czego sam w końcu nie chciał się przyznać. Widocznie nie znał swego syna i nie rozumiał, skoro ten jest w Warszawie. A przecież do końca nie przyznawał się przed sobą do lęku, że on może nie wrócić. I tak impetycznie zażądał spotkania już, zaraz, że syn, choć narzekał, ile to spraw zwaliło się na niego po powrocie, obiecał, że wpadnie przed wieczorem.

I oto siedział, jakby nieco skrępowany...

- Przyjmujesz mnie jak wielkiego pana, a wiem, że na pewno masz mi za złe... - zaczął kosztując z niedowierzaniem wyłożony na talerzyku kawior. - Jezus Maria, i cytryna pokrojona w kostki?! Ojcze, wielki świat, co się dzieje?...

Eustachy patrzył na jego twarz. Do licha, ten chłopak jest taki podobny do własnego ojca! Takie same czoło, głęboko osadzone oczy, mocny zarys szczęki.

Powiedział coś na ten temat. W odpowiedzi usłyszał pytanie:

- Tato, gdzie jest właściwie grób stryja?

Eustachy drgnął, zaskoczony.

Syn patrzył na niego dziwnym, nieruchomym wzrokiem, nagle odłożył widelec i pogłaskał go po ręce. Ojciec sapnął, wzruszony i niespokojny...

- Nie ma grobu twego stryja.

- Jak to?

- Ten dom, w którym zginął przywalony gruzami, został po powstaniu wysadzony raz jeszcze przez Niemców. Nic nie znaleziono...

Syn milczał przez dłuższą chwilę.

- Jak Nehru - powiedział cicho.

- Dlaczego jak Nehru? - zdziwił się profesor Pasiecki.

- On kazał swoje prochy rozsypać z samolotu nad Indiami...

- My nie mieliśmy samolotów... Ale zgoda, nie ma jego grobu, więc jest wszędzie... Skąd ci to nagle przyszło do głowy?

- Tato, ja wiem!

- Co znowu?

- Znam śmierć... Jego śmierć... Wiem, jak zginął...

- Do licha, o czym my rozmawiamy? Wracasz z Indii, i to po takim skandalu, a mówisz...

- Ja to wszystko rozumiem. I może teraz będzie nam łatwiej.

- Co łatwiej?

- Jakoś się porozumieć. Poznałem w Indiach Walczyńskiego.

- Kogo?

- Walczyńskiego. Z ube. Był twoim śledczym.

- Był tam jakiś Walczyński.

- Dlaczegoś ty nam nigdy nie powiedział?

Stary Pasiecki nalał sobie kieliszek wódki i wypił. Odstawił, lecz za chwilę napełnił go ponownie.

- Ratowałem życie - powiedział ochryple.

Artek patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, przestał żuć i robiło to wrażenie, że zaraz się udławi. Przełknął.

- Ratowałeś mu życie? - spytał, niczego nie rozumiejąc.

- Sobie, sobie ratowałem życie, wyznając, a właściwie zeznając porucznikowi Walczyńskiemu, że zabiłem brata. Że nie żyje ktoś, kto rzekomo miał ożywiać powojenną konspirację. Tak. To było właśnie tak.

Profesor Pasiecki milczał dłuższą chwilę.

- Bo chodziło nam o to samo - zacytował zdanie ojca ze wspomnień Walczyńskiego.

- Nie rozumiem...

- Wiesz, ten twój oprawca, mój kompan z Bombaju, twierdzi, że mu coś takiego powiedziałeś. Zdaje się, że to były jedyne wyrazy uznania, jakie wyniósł we wspomnieniach z kraju, z którego słusznie musiał uciekać...

- No widzisz.

- Co widzę?

- Ja zostałem... I wcale mu nie kłamałem...

- Myślę, że jednak teraz będzie mi jeszcze trudniej ciebie zrozumieć... - Artek wrócił do jedzenia. - A wiesz, to Walczyński skontaktował mnie z dziennikarzem "Le Monde".

- Może pracuje dla Francuzów. A może dla CIA. Na pewno nie pracuje w ten sposób dla Polski.

I zaczęła się awantura.

Więc tak wygląda rzeczywistość w oczach profesora historyka Eustachego Pasieckiego? Jego oprawca stał się patriotą, emisariuszem prawdy dziejowej, gdy maltretował powstańca, bohatera w jego własnym kraju, a gdy stąd uciekł, stał się najmitą wywiadów...

Gdy w nocy leżał już na swoim tapczanie, ta scena powracała nieustannie, nie pozwalała zasnąć, choć chwilami wywoływała i uśmiech... Jak u dentysty otwiera usta i pokazuje mostek w zębach - "Prawa góra! - woła do syna. - Cała prawa góra!" - i demonstruje ubytki ze śledztwa prowadzonego przez Walczyńskiego. Potem wrzeszczy o sklerozie starej polskiej inteligencji, która niczego się nie nauczyła, i o głupocie tej nowej, prosto spod miedzy. O tych magistrach spod krowiego ogona, którzy po schowaniu za pazuchę uniwersyteckiego dyplomu od razu zapominają, skąd się wzięli - że urodziła ich, i te ich dyplomy, autentyczna rewolucja, którą teraz gardzą... "Mogą się zdarzyć w ojczyźnie parszywe dni, lata, ale przecież to ona, Polska. Innej nie będzie, tylko taka, jaką tu razem zrobimy. A ty, mój synu, nie umiesz dochować jej wierności..." I wówczas eksplodował Artek. "Wiernością jest podporządkowanie się partyjnemu barbarzyństwu takich Ryniewiczów? Wiernością jest zgoda na rolę pariasów - haridżan - niedotykalnych? To my, dziennikarze, mamy wybierać - jak nędzarze - ziarenka jęczmienia z krowiego łajna? Ziarenka prawdy, których nie przetrawi machina tępej propagandy? Tym mamy siebie karmić? A jeśli powiem to tam, gdzie mogę się odezwać, bo nie dają mi wydrukować wywiadu u nas, to nie tylko, że ściąga mnie do kraju taki Ryniewicz, ale jeszcze mój ojciec opowiada bzdury, że dałem się sprowokować! CIA! Ha, ha, porucznik Walczyński! Koń by się uśmiał!" .

Dużo było tych słów, nim się obaj uspokoili. Już później, gdy popatrując po kątach zasiedli znowu do stołu, gromko się roześmiali, spotkawszy się oczami... Artek wyskoczył z krzesła i porwał podnoszącego się ojca w ramiona.

- Tatusiu! Ty mój nieszczęsny bohaterze... - bełkotał wzruszony.

- Daj spokój, daj spokój, bo porozlewasz... - ojciec trzymając w ręku butelkę wyrywał się do kieliszka jak nałogowy pijak.

A potem, już spokojnie, powiedział mu o kłopotach Rudolfa.

- Żebyś rozumiał, że to nie ma nic wspólnego z moimi ogólnymi ocenami. Kiedy przegrywam ja czy moi synowie, mogę uznać, że to są koszty, które trzeba płacić. Żadne nie są za wysokie, jeśli sprawa słuszna. Ale nie uważam, żeby wynoszenie naszych spraw do obcych było słuszne. Po prostu odbiera to skuteczność naszej argumentacji, daje im do ręki argumenty...

- No, nareszcie powiedziałeś.

- Co takiego?

- Im. A więc są oni. Otóż to! Ja im nie dam spokoju. Choćbym miał płacić nie wiem ile.

 

- Ile czasu można się rozglądać? - zniecierpliwiła się Humprejka, gdy Rudolf odpowiadał na pytanie, co teraz robi.

Był wykończony. Najwidoczniej miał za sobą ciężką pijatykę. Traciła już cierpliwość. W pierwszej chwili, gdy wyleciał z pracy po konflikcie z ministrem, była okropnie przejęta. Próbowała nawet rozrabiać, jak to określił ktoś z organizacji partyjnej, gdzie szukała ratunku. Potem gorączkowo zaczęła się rozglądać za "czymś sensownym". Ale niczego sensownego jakoś nie było widać. Centrale handlu zagranicznego, gdzie Rudolf mógłby pracować, odpowiadały monotonnie o ograniczeniach kadrowych. "Jak długo ten gnój - krzyczał o ministrze - będzie siedział na swoim fotelu, ja będę szukał roboty!..."

Kiedy spytała go w końcu, z czego zamierza żyć, odparł łagodnie, że Frania-Holenderka, do której napisał przyciśnięty potrzebą, przysłała mu pożyczkę. Humprejka osłupiała.

- Chyba nie mówisz serio?

Jego obojętne skinienie głową przyjęła jak obrazę.

- Kto może traktować cię poważnie?... - zaczęła szeptem, oglądając się na boki.

Siedzieli w zatłoczonej kawiarni, było duszno, bez sensu, nie miał ochoty na nic, nawet na Humprejkę.

- Co twój brat na to powie?... - westchnęła w pewnej chwili i to wyzwoliło jego furię.

- Mój brat znajdzie własne kurwy, które będą go utrzymywać!... Humprejko! - biegł za nią, potykając się w natłoku krzeseł, stolików, ludzi.

 

Rudolf Pasiecki z wiązanką kwiatów kroczył przez korytarze biura, które opuścił z hukiem przed miesiącem. Z satysfakcją stwierdził, że ludny korytarz z chwilą jego pojawienia się opustoszał. Ludzie bali się chwili bratania z napiętnowaną czarną owcą nawet przez zdawkowe powitanie. Ale był w dobrym humorze - natknął się na kadrowca i zdążył zadeklarować, że idzie złożyć kwiaty przed antykomunistycznym plakatem.

Wkroczył do pokoju Humprejki, z rozmachem rozwijając opakowanie, i nagle stanął jak idiota z bukietem w ręku przed jakimś młodym człowiekiem, który przyglądał mu się w osłupieniu. Dopiero rumor gwałtownie odsuwanego krzesła zwrócił jego uwagę na sąsiednie biurko, przy którym do niedawna sam urzędował. Stamtąd właśnie podrywała się w pośpiechu Humprejka.

- Szefowo! - wyjąkał i bezwładnie opadł na krzesło dla interesantów, na wprost biurka młodego nieznajomego.

- Jesteś pijany! - syknęła ze złością. Wzięła róże jak chłop kłonicę, by się zamachnąć na wroga.

- No proszę, zajęłaś moje miejsce. Gratuluję. Zasłużony awans.

Zostawiła bukiet na biurku młodego człowieka, wytaszczyła go na korytarz.

- Chciałem cię przeprosić, bo wczoraj...

- Dziękuję - powiedziała ze złością, ale troskliwie podparła ramieniem jego chwiejne kroki.

- Przepraszam, że cię kompromituję, szefowo, poważne stanowisko, a tu pijane wypędki się kręcą... Przepraszam - znowu był obrażony.

Szedł sam w kierunku schodów. Pomyślał, że zostawi go złażącego tak nieodwołalnie w dół, i wiedział, że już nigdy jej nie zobaczy. Ale gdy potknął się na drugim stopniu, była już obok.

- Jak tu przyjechałeś? - spytała podejrzliwie.

- Swoim... - odpowiedział połykając wstydliwie słowo "maluch". Ona teraz na pewno ma służbowego poloneza.

- Idiota! - usłyszał, ale głos był pełen rozbawionej troski.

Na dole odebrała mu kluczyki i usadowiła w fotelu w portierni. Słyszał, jak dzwoni do siebie na górę... Do siebie - to był przecież jego wewnętrzny telefon. Powiedziała temu bubkowi, że wróci za godzinę...

Dał się posadzić na miejscu pasażera. W błogim poczuciu bezpieczeństwa widział, jak fachowo uruchamia jego parszywy wózek... Wiedział, że powinna siedzieć za kierownicą nie byle czego, że uroda zbłądziła w taką bidę przez nieoceniony, błogosławiony przypadek. W pewnej chwili przestraszył się, co jej powie, gdy ona zapyta, gdzie ma go odwieźć. Za żadną cenę nie zgodzi się wrócić do swojej kawalerki, gdzie już nawet nic ma niczego do wypicia.

Ale ona o nic nie pytała. W pewnej chwili zjechała na chodnik. Wygramolił się ze swego miejsca i oszołomiony spostrzegł, że stoi przed bramą jej domu. Spojrzała na niego uważnie i bez słowa ruszyła w stronę schodów. Szedł za nią. Coraz pewniej. Już nawet nie trzymał się poręczy. Otwarła drzwi i weszła pierwsza. Więc jest tu, gdzie tyle razy chciał się włamać...

- W samo południe - powiedział ze zdumieniem.

Zaśmiała się.

- Wolałbyś o północy, mój bohaterze?

Stała przy gazowej kuchence. Szykowała mu kawę. Przeraził się, że zaraz doprowadzi go do porządku i każe wyjść. Patrzył na jej profil, na cień rzucony przez smugę włosów spływających z czoła i chciał znaleźć się obok niej, objąć ramieniem, powiedzieć, że to nie ma sensu, że dłużej bez niej nie może...

Ale milczał, sparaliżowany przeczuciem, że to zaraz się skończy haniebnym piciem kawy i wypędzeniem za próg.

Spojrzała na zegarek. Widział, jak się niecierpliwi...

- Nie chcę ci przeszkadzać - powiedział jakby nieswoim głosem.

Wzruszyła ramionami.

- Kawa gotowa. Wypijesz sam. I możesz się przespać na tapczanie. Pozwolisz, że wezmę twój samochód? Muszę wracać do biura... Będę o czwartej.

Wzięła samochód... Wzięła samochód... Chce, żebym tu został...

 

Humprejka wróciła pod drzwi swojego mieszkania kwadrans przed czwartą. Urwała się pod koniec urzędowania. Miała wobec siebie usprawiedliwienie - musiała zrobić zakupy, aby przygotować obiad dla mamy. Matka mieszkała nie opodal, na tej samej ulicy. Za dobrodziejstwo własnego, samodzielnego mieszkania musiała co drugi dzień gotować obiady dla tej kapryśnej starszej pani, co miesiąc nieomal poszukującej od nowa właściwej pomocy domowej. Tak, ten koszyk z kalafiorem będzie wobec Rudolfa usprawiedliwieniem, a raczej wyjaśnieniem jej wcześniejszego powrotu... Postawiła koszyk przed progiem, przełożyła bukiet do lewej ręki, prawą otworzyła drzwi. Stanęła nieruchomo, drzwi do pokoju były otwarte, ale panowała tam zupełna cisza.

Zrobiła dwa kroki - w pokoju nie było nikogo. Na stole stały dwa kieliszki... Mój Boże, skąd on wytrzasnął alkohol? Cały pokój był zadymiony, wzięła do ręki popielniczkę pełną petów i skamieniała. Na kilku niedopałkach czerwona obrączka damskiej szminki. Z rozmachem rzuciła na ziemię okropne kwiaty od tego idioty, trzepnęła w nie popielniczką pełną tej kurewskiej, zadymionej, spopielonej podłości... Nagle obejrzała się za siebie. W progu sypialni stał Rudek: był rozczochrany, z początku nie zrozumiała, co mu się stało, i nagle wybuchnęła śmiechem.

On, z rozanielonym uśmiechem na pociągniętych szminką wargach, lazł ku niej jak somnambulik,

- Nie śmiej się - wytarł usta ręką. - To wcale nie z wódy. Po prostu chciałem sobie przypomnieć, jak smakujesz.

- Boże, za co mnie karzesz?! - zawołała gniewnie, ale była już związana jego uściskiem. Przez chwilę się szamotali, aż wreszcie pozwoliła mu zanieść się na tapczan.

- To przecież być musiało - pocieszał ją potem, pełen samczej dumy i jakiegoś dziwnego, zupełnie do tej pory nie znanego onieśmielenia. Ona leżała, przyglądając mu się, jakby chciała się upewnić, czy to na pewno jest on, i pojąć, dlaczego to się właściwie stało.

- Słuchaj, ja się nie wygłupiam. Nie mogłem tu wytrzymać. Wszystko tobą pachniało. I pomyślałem, że zrobię ci kawał z tym uszminkowanym papierosem...

- Przestań gadać! - skarciła go serdecznie. Cały czas miał wrażenie, że zastanawia się, co z nim dalej począć. - Kwiaty! - krzyknęła nagle. - Daj mi zaraz moje kwiaty!

Zerwał się z tapczanu, zapominając, że jest bez spodni, a może uważając, że to najwłaściwszy w tej chwili strój...

- Jesteś niewychowany! - zaśmiała się. - No nie, przestań... Nie, nie...

- Mój Boże, obiad dla mamy - użaliła się sennie, ocknąwszy się z półsnu. Za oknem było już ciemno.

- Co takiego?

- Miałam dziś zrobić obiad dla mamy - przypomniała rzeczowo.

- Świetnie. Zrobimy kolację. I zawieziemy razem ... - Nie zamierzał rezygnować ze zdobytych pozycji.

- A ty w jakim charakterze?

- Narzeczonego.

- Wariat! - powiedziała i przyciągnęła jego głowę do nagich piersi.

 

To był świat nieznany. Świat nieprzeczuwalny i niewyobrażalny. Dobrodziejstwu swej popularności, jak mniemał z początku, zawdzięczał, że pierwsze dni w areszcie śledczym zostawiły go niejako poza granicą piekła. Miał celę, o której luksusowym charakterze miał się przekonać dopiero, gdy ją opuścił. Umywalka, dwie prycze, sedes... Tylko zgrzyt klucza, gdy po spacerze zamykały się za nim drzwi, tylko dzwonki na apel i posiłki łączyły go z tamtym groźnym światem z korytarza, który miał poznać wkrótce w okolicznościach dość dramatycznych.

W trzecim dniu pobytu, gdy już złożył zeznania, porozmawiał z adwokatem, usłyszał "proszę siadać" z ust oficera śledczego, uderzył głową o mur innej więziennej rzeczywistości. Oto w godzinie zupełnie nietypowej znalazł się sam, tylko ze strażnikiem, na więziennym spacerniaku. Nie rozumiał, czemu zawdzięcza to wyróżnienie, kręcił się po wydeptanym kółku na oczach ziewającej asysty. Wreszcie po dwudziestu minutach niespodziewany spacer się zakończył.

Kacper ruszył posłusznie przodem w stronę bramy budynku. Gdy stanął w progu swojej celi, zdążył zobaczyć człowieka z rękami przykutymi kajdankami do kaloryferów i strażnika rozebranego do koszuli. Łomot razów zagłuszył otwieranie drzwi. Janas w jednej chwili już był w środku. Złapał za rękę tego w koszuli, dostał w zęby, wykręcił mu rękę na plecy, dostał w tył czaszki od drugiego, padając uderzył głową o kaloryfery, tuż obok siebie zobaczył zakrwawioną głowę człowieka z krótko ostrzyżonymi włosami i w tej samej chwili stracił przytomność.

Obudził się w celi karniaka. Jak mu powiedział wieczorem jego strażnik, wsuwając kawałek chleba i kubek wody, zarobił siedem dni twardego łoża.

Już rano okazało się, że jego śledczy wpadł w szał na wiadomość o incydencie. Dopiero później Janas skojarzył to sobie z telefonem Wery, która, powołując się na ojca, zażądała widzenia ze swoim kochankiem. Kacper nie umiał mówić o niczym innym, tylko o sprawie, którą nazywał bezwstydnym samosądem... Zażądał, by Wera załatwiła mu widzenie z naczelnikiem więzienia i na drugi dzień zameldował się do raportu. Obecność córki generała sprawiła, że naczelnik przyjął oficjalną skargę więźnia oburzonego na bezprawie. Choć Janas ani słowem nie wspomniał o tym, że i jego przy okazji pobito.

Po licznych perypetiach i konfrontacjach ustalono, że jeden strażnik udostępnił drugiemu celę Janasa, jako że leżała na końcu korytarza, z dala od innych, przedzielona pomieszczeniem służbowym. Miała odpowiednie warunki akustyczne - jak się później wyraził oficer śledczy.

Naczelnik "wszystko rozumiał", ale oznajmił sceptycznie, że choć wdroży natychmiast postępowanie dyscyplinarne, to recydywie i tak nic i nikt nie pomoże. "Zresztą jak pan będzie tu dłużej, to sam się przekona" - oznajmił z dwuznacznym współczuciem, które mogło być pogróżką.

 

Z widzenia z Kacprem Wera wyszła roztrzęsiona. "Więzień śledczy Kacper Janas, syn Jerzego" - jak zameldował się żartem w progu rozmównicy - był jakby kimś obcym. Nie, nie chodzi o to, że obsesjonalnie czepiał się sprawy pobicia jakiegoś więźnia, że kazał jej interweniować u ojca. Był kimś, przeciw komu ona się buntowała. Znała tę swoją cholerną potrzebę niezależności, dominowania i teraz, idąc ulicą, zdała sobie nagle sprawę, że przez ten kretyński wypadek on będzie nią rządzić. Kryje jej zbrodnię. Jakbym ja tego potrzebowała! On mnie uczy: "Szanuj pozycję swego ojca. Wykończysz go". Dbałość o teścia. Na wiadomość o wizycie u Haładaja wybuchnął: "Napytasz biedy ojcu, a mnie i tak nie pomożesz. Mam adwokata..."

Rządzi. Udaje świętego Franciszka... Dobrze, ale ja sama mogę odpowiadać - powtarzała. Wymachiwała torebką. Spostrzegła to dopiero, gdy zwróciła jej uwagę uderzona paniusia. Przeprosiła. Torebka pod pachę...

Pojęła, że zaczyna odczuwać do niego jakąś zbrzydzoną niechęć i się przestraszyła.

- Jestem potworem...

Fakt, że tchórzowsko ustąpiła jego niepotrzebnym, ofiarnym racjom, zjeżył ją wewnętrznie. Odbierała to nie jako ofiarę z własnej wolności, ale jako zamach na jej wolność.

- Jestem świnia...

Mogła sto razy nazywać siebie świnią, ale odczuwała ulgę, że widzenie ma za sobą, i zdawała sobie sprawę, że upłynie trochę czasu, nim zdobędzie się na następne.

 

Już otwierając drzwi, usłyszała sygnał telefonu. Zdążyła dopaść słuchawki.

- Tu Haładaj - usłyszała głos sekretarza...

- Tak, jestem, słucham - rzuciła zdyszana. Haładaj pytał, jak się czuje. Uspokajał, że już rozmawiał, ma rozeznanie, cała sprawa nie wygląda tak groźnie.

A ona wiedziała, że gdyby nie to, że właśnie wraca z widzenia, spytałaby na pewno: Jaka sprawa? To on, nie ona, wydawał się bardziej przejęty dolą Kacpra. Odczuła jakieś upokorzenie, ale naprawdę wdzięczna i wzruszona, podziękowała niezgrabnie "za wszystko".

Odłożyła słuchawkę i wtedy zastanowiło ją, czemu to sekretarz dzwonił do niej, sam nakręcając numer, z pominięciem sekretarki, która z reguły zajmuje się łączeniem szefa.

Sprawa nie wygląda tak groźnie, ale woli się nie odkrywać - pomyślała z wrodzoną złośliwością i wtedy ogarnął ją wstyd. Facet po prostu jest delikatny i chce zachować prywatność swojej interwencji.

Poczuła pełne szacunku zdziwienie: Czy to jest możliwe?

Następnego dnia czekała ją niespodzianka: list z redakcji "Tygodnika". Zastępca naczelnego, redaktor Jerycki, prosi o jak najrychlejsze skontaktowanie się w sprawie jej "błyskotliwego felietonu".

Przed paru dniami w fazie otępienia po katastrofie samochodowej, która pozostawała wciąż poza jej świadomością, łaziła nieswoja, często nabuzowana pospiesznie łykanym "po drodze" kieliszkiem koniaku, aż trafiła po babsku do Domów Centrum. I tutaj, stercząc przy jakichś fatałaszkach sprowadzonych z Paryża, zaczepiła wzrokiem o stoisko rozkwiecone perfumami Diora, Chanel, Madame Rubinstein, i ujrzała sterty kolorowych rolek importowanego papieru toaletowego... I wtedy przyszła jej na myśl wysłuchana niedawno dyskusja w Towarzystwie Ekonomicznym, w której jakiś sceptyczny starzec zakwestionował kult wielkiej konsumpcji, wielkiego żarcia - jak się wyraził - jako trendu, którego koszty spłacać będą następne pokolenia.

I z obrazka tego stoiska, ze wspomnienia tamtego odczytu, z szumiącego pod czaszką koniaku, z tej szatańskiej kawy, którą sobie zaparzyła po przyjściu do domu, ze strachu, że trzeba będzie znowu myśleć o tym żywym Janasie i tym "zamordowanym" gówniarzu, z tego wszystkiego nagle, z miejsca wystukała felieton: "Papiery drugiej Polski".

Sam pomysł tytułu bluźnierczy... Przecież wobec pierwszej osoby, która ów termin "druga Polska" wymyśliła, a może tylko lansowała, nazwanie papierami wartościowymi drugiej Polski owych zwałów importowanego do niechlujnego "kraju bez sraczy" papieru toaletowego było, jak sądziła, pomysłem samobójczym. I tylko na złość Wieluniowi (niech się pomartwi stary asekurant) wysłała tekst do "Tygodnika"...

I teraz - proszę. Uprzejme pisemko. Podpis z zakrętasem, okrągły jak cały Jerycki. I już nie ma Janasa i sprawy, jest kwestia druku. W końcu przede wszystkim to ja jestem dziennikarką, a nie dziewczyną jakiegoś aktora.

 

Jerycki zaczął od gratulacji. Ale nie gratulował jej felietonu, tylko "zasłużonego awansu tatusia". A ona nawet do ojca nie zadzwoniła, gdy wyczytała wczoraj, że został powołany na zastępcę członka Biura Politycznego! Nagle już nalana kawa z dużego redakcyjnego dzbana, parzona z okazji tylko znaczniejszych gości, straciła aromat. Jerycki, gładki, przystojny blondyn, z okrągłą, inteligentną gębusią, wydał się jej obmierzłym prasowym aparatczykiem. Dość niegrzecznie sama przystąpiła do rzeczy. Że dziękuje za objaw zainteresowania się jej skromnym felietonem i ciekawa jest, a nawet mile zaskoczona, że się tekstu nie przestraszyli.

- Nie mogę używać liczby mnogiej, ale ja się nie przestraszyłem - oznajmił. - Pani pali?

- Wystarczy chyba, że przestraszył się naczelny - odburknęła niegrzecznie.

- Teraz kolega Wieluń ma szansę bać się obu stron: Ryniewicza i Mecha... - roześmiał się kładąc palec na ustach. Miał swój wdzięk. Może był za gładki, ale nie pozbawiony męskości. - Tylko ten tytuł. W zasadzie moje obawy ograniczają się do tytułu.

- "Papiery drugiej Polski" to przecież pointa całej sprawy. Nie sądzi pan chyba, że chciałoby mi się pisać o papierze toaletowym, a waszemu pismu to drukować...

Sięgnęła po kawę. A może on chce, żebym to ja sama uniemożliwiła druk? No, nie pójdzie mu tak łatwo.

- A w tekście? Jeżeli ten tytuł ukryjemy jako zdanie w tekście? Niewielka operacja...

Miał to widocznie przemyślane.

- O, tutaj. W tym miejscu.

Płynnie odczytał uzupełniony fragment.

- A tytuł?

- "Róbmy to na miarę naszych czasów..."

Roześmiała się. Naprawdę był dowcipny. W jakiejś chwili, gdy czekali na przepisanie uzgodnionego tekstu, pojawiła się utajona w biurku zastępcy butelka koniaku. Po drugim kieliszku Wera wspomniała o swoim konfliktowym starym reportażu "Ziemia do kwiatów". Jerycki znał go. Powiedział nawet, że kto wie, może obecnie, gdyby udało się rzecz nieco uaktualnić, można by do reportażu wrócić. Ona nie wiedziała, że wiceminister, w którego godził ów reportaż, poszedł już na zieloną trawkę, ale wiedziała, że ten Jerycki, rzekomo nadany przez Ryniewicza, jest całkiem do rzeczy.

 

Mech był bardzo rad z wizyty córki. Trzeba przyznać, że dobrze znosił awanse. Im bardziej się umacniał, tym był spokojniejszy i grzeczniejszy. Może ważniał, ale w miarę. Teraz nie chciał mówić o swojej nowej sytuacji, wypytywał, jak sobie radzi. Przez dłuższy czas tłumaczył, żeby się nie przejmowała swoim chłopakiem. Wkrótce zobaczy go z powrotem... Rozmawiał nawet z prezesem telewizji w sprawie tej zatrzymanej sztuki. "No, mówiłaś mi, że odłożyli na półkę sztukę, w której grał główną rolę... Prezes obiecał się przyjrzeć. To mu dobrze zrobi, temu twojemu Janasowi, jak komplet sędziowski obejrzy go sobie w telewizji na parę dni przed sprawą..." Potem zapytał ją, czy zamierza na stałe związać się z "Tygodnikiem".

- Ten felieton... Ale swoją drogą, czy to warto, żebyś ty zajmowała się takimi duperelkami: import papieru toaletowego?...

- Ależ, tato, tu nie chodzi o papier...

Powiedziała, jaki jej tekst nosił tytuł. Stary nieco zesztywniał. Siedział w niskim fotelu przy otwartym oknie, w białej, rozpiętej na piersi koszuli, z zawiniętymi rękawami. Spostrzegła, jak komar wylądował na jego przedramieniu i wbił łakome żądełko. Uśmiechnęła się do siebie: zupełnie jakby stawał na palcach - pomyślała, spostrzegłszy, jak owadzi maleńki odwłok wędruje do góry.

Palnęła ojca po ręce. Niedokładnie obtarł rozpłaszczonego komara.

- Wytrzyj dobrze tę krew - zwróciła mu uwagę.

 

Wera, wróciwszy do domu, raz jeszcze przeczytała swój felieton. No tak, ojciec miał rację. A swoją drogą, to chyba nie tylko tytuł... Spostrzegła, że z tekstu wykreślono parę znaczących zdań.

- O nie! - powiedziała do siebie, ruszając w stronę telefonu.

 

Sama nie wie, jak to się stało, że po pierwszym wybuchu od razu zmiękła. Jerycki złożył samokrytykę. Nie mógł jej odnaleźć, gdy cenzura zgłosiła swoje uwagi, i dla dobra sprawy sam podjął, może niefortunnie, decyzję. Za to ma dla niej dobrą wiadomość. W obecnej wersji "Ziemia do kwiatów" może iść.

I zaproponował, żeby "dla świętego spokoju" u niego w domu omówić pewne nieistotne już szczegóły jej reportażu. Nie chciał, żeby uszy Wielunia - jak nazywał niektórych pracowników - kręciły się przy omawianiu spraw drażliwych. No, drażliwych, skoro sam osobiście ten tekst odrzucił... Przyjęła zaproszenie.

 

Poszła do Jeryckiego przygotowana na głupie męskie zabiegi, a zamiast tego, ni stąd, ni zowąd, sprawnie załatwiła sprawę reportażu. Była czujna. Teraz numer z "Papierami drugiej Polski" nie przejdzie! Ale jego uwagi były rzeczowe, pozbawione tendencji asekuracyjnych. Raczej ją tylko ostrzegał, że pewne zdania w obecnej formie mogą być zakwestionowane w liście, jakim niechybnie bohater reportażu zechce się bronić, a inne znów stanowią dla niej zagrożenie, gdyby zechciał wytoczyć w sądzie sprawę o zniesławienie, bo i tego nie można wykluczyć. Nie było koniaczku ani dwuznacznych sytuacji. A kiedy redaktor Jerycki zaprowadził ją do swej tajnej pracowni, doznała olśnienia. Znała mężczyzn - jak jej ojciec - uprawiających polowanie czy - jak kochanek - bawiących się samochodami, marzących o rajdach... Redaktor Jerycki łapał motyle. Jego ogromna kolekcja zajmowała pół ściany "gabinetu entomologicznego". Pokazywał jej siatki. W pewnym momencie nakrył nawet jej rudawą głowę zieloną siecią i krzyknął triumfalnie łacińską nazwę jakiegoś monstrualnie wielkiego południowoamerykańskiego motyla, którego portret zaraz jej pokazał na stronie ogromnego atlasu. A kiedy wyplątywał ją z tej sieci, uczuła parę razy delikatne muśnięcie męskich palców na karku, przeszedł ją nawet miły dreszczyk, ale nic ponad to. No i zakończenie wizyty. Nagle spojrzał na zegarek i oznajmił stanowczo:

- Albo, albo. Za dziesięć minut mecz Polska- Argentyna. Albo półtorej godziny nabożnej ciszy, to może pani posiedzieć, albo, niestety, pora się pożegnać.

 

Mistrzostwa świata w piłce nożnej, rozgrywane w Monachium, były dla mężczyzn prawdziwym szaleństwem. Wiedziała już, że wobec magii, jaką przeżywają jako kibice, byłaby absolutnie "bezpieczna", ale cóż ją, u licha, obchodzą ci kopacze?

- No to już sobie pójdę... - pożegnała niegościnnego gospodarza.

Przy tym wszystkim nie był niegrzeczny. Mój Boże, taki spontaniczny, bezpośredni chłopak chodzi po mieście ostemplowany przez nasze głupie środowisko jako agent Ryniewicza...

 

Dostała parę telefonów. Były listy do redakcji. Reportaż "Ziemia do kwiatów" zrobił furorę. Nie chodziło w końcu o spryciarza, który zawarł z Ministerstwem Budownictwa umowę o usuwaniu ziemi z wykopów. Reportaż wskazywał palcem na ludzi wysoko ulokowanych w aparacie państwowym, którzy "mają coś z tego".

Była wdzięczna Jeryckiemu. Do tego stopnia, że zaraz po telefonie ojca zadzwoniła do redakcji. Wiedziała, że zastępca bardzo się ucieszy. I rzeczywiście, Jerycki się ucieszył. Nazwał ją brazylijskim motylem na polskiej ziemi do kwiatów, żartował, że awansował ją tak wysoko, i gdyby wiedział, że się nie obrazi, zaproponowałby jej wspólne obejrzenie meczu Polska - Włochy bez żadnych warunków wstępnych...

- Mogę być maskotką. Nie pana, redaktorze, ale piłkarzy...

Dowiedziała się, o której ma przyjść.

- Ach, to dopiero jutro?...- zdradziła się, że ma ochotę na to spotkanie.

 

Miała kiepską noc. Wieczorem przegnała Krzysia, swego niefortunnego kolesia z narkotycznych patroli, jak nazywała te spotkania w czasie, gdy kusił ją temat narkomanii. Ciekawe było nie to, że miała go dość, wbrew podejrzeniom Janasa nic jej nigdy z nim nie łączyło, ale fakt, że nie znosiła go właśnie, w związku z Kacprem. W jakiś sposób była - jak to się mówi - uwarunkowana wobec swego kochanka, ale uwarunkowana a rebours. W perspektywie miała widzenie przed samą rozprawą i już teraz robiło jej się słabo na samą myśl o tym spotkaniu. Nawet ten gówniarz Krzyś stał się obrzydliwy przez to, że przecież miał z tym coś wspólnego. Wypadek zdarzył się przecież tuż po awanturze, jaką urządził mu Kacper.

Więc kiedy ten nachałek, niewątpliwie gnany głodem narkotycznym, znów poprosił ją o pożyczkę, przegnała go niegrzecznie "raz na zawsze". Cała rozmowa zdenerwowała ją do tego stopnia, że ani rusz nie mogła zasnąć. Wzięła w końcu proszek i zapadła w sen dokuczliwy, pełen majaków i niemal dotykalnych zwidów. Przyszedł Kacper. Ucharakteryzowany na mnicha Sykstusa. Tym razem nie mordował rywala, tylko ją. potem niósł nieprzytomną do jakiegoś bajora, trzymał głowę pod wodą. Wyrwała się ostatkiem sił, z krzykiem usiadła na łóżku...

Ilekroć przytuliła głowę do poduszki, sen wracał, twarde paluchy mnicha wgniatały ją w grząski muł, odbierając ostatni oddech...

Gdy obudziła się po raz kolejny, żeby się uspokoić, żeby myśleć o czymkolwiek innym, bezpiecznym i pięknym, zaczęła przywoływać w pamięci oglądane u Jeryckiego motyle.

Tym razem w mieszkaniu redaktora Jeryckiego wyraźnie były poczynione przygotowania do zbiorowego oglądania piłkarskiej rzeczywistości na szklanym ekranie. Na małym stoliczku przed telewizorem trzymały wartę honorową butelka whisky, a obok druga - koniaku.

Mimo to w zachowaniu gospodarza nie wyczuwało się najmniejszej zmiany.

Ustawił obok siebie dwa głębokie fotele, napełnił kieliszki i oznajmił twardo: warunki nie zmienione. Oglądamy. Komentarze tylko rzeczowe. Pytania dopuszczalne.

Był miły. Można było przy nim zapomnieć o tym, o czym zapomnieć należało. Jednak w trakcie meczu okazało się, że ma uwagę dość podzielną. Raz i drugi uwolniła się od jego dłoni, gdy poczuła ją na karku.

- Dziś nie ma żadnej siatki, z której musiałby mnie pan uwolnić.

- O Boże, spalony! - jęknął Jerycki i wrócił wzrokiem na boisko.

Ale wnet przyszła bramka. Wypili toast. Pocałunek w policzek - euforyczny i naturalny... Ale była jeszcze druga bramka. 1 toast podwójny.

W czasie przerwy stał się nieco agresywny.

- Zaraz druga część meczu - usuwała jego ręce.

- Mogę wyłączyć.

Zerwała się z fotela i przełączyła na drugi program. Przystanęła, unieruchomiona przejmującym zdumieniem: Kacper Janas. Teraz, gdy cała Polska śledzi mecz, ostrożny prezes puścił "kontrowersyjną" sztukę. Kacper z dobrze granym przejęciem mówił o ideowych potrzebach młodości, a patrzył z ekranu zagubionym spojrzeniem. Nowy James Dean czy następca Maćka Chełmickiego?... Wróciły w pamięci pochwalne recenzje. A on mówił... Przestała przyjmować słowa, patrzyła i czuła w sobie narastającą panikę i protest. Czego on chce? Czego on ode mnie chce? Ja nie potrzebuję jego łaski. Dlaczego mnie zmusił, żebym ją przyjęła?

Ze zdumieniem poczuła na swoich piersiach ręce Jeryckiego.

- Nie chcę, nie chcę! - szeptała, dając mu się prowadzić, bierna...

Leżąc pod nim. poruszając się rytmicznie, odbierając jego umiejętnie przedłużaną pieszczotę, pojękiwała coraz głośniej w narastającej rozkoszy, tłumiąc tamten głos. W pewnej chwili wykręciła spazmatycznie głowę w stronę Kacpra, chcąc go mieć w oczach, tego durnia. Zemścić się! Za co?

Rozdział dziewiąty

- Nigdy nie chciałem pełnić żadnych funkcji, bo to naukowcowi przeszkadza być sobą - powiedział profesor Eustachy Pasiecki, broniąc się przed wyborem do Komisji Historycznej Akademii Nauk. Nie wiedział jeszcze wówczas, jak dalece miał rację. Nie chodziło nawet o nawał zajęć, ale zdarzały się sytuacje, których wolałby uniknąć. Oto staruszek historyk przynosi książkę znanego literata, jednego z partyjnych "namaszczonych". Margines połowy kart upiększony grubą, czerwoną krechą, drobniutkie cyferki stanowią odwołanie do załączonego dzieła profesora. Plagiat. Literat postanowił kosztem profesora, którego przedwcześnie uznał za zmarłego, zabawić się w eseistę historycznego. Telefony, porady prawne, ale nikt nie spieszył się do działania. Na placu został Pasiecki. Pomaga starszemu koledze zredagować protestacyjny list i postanawia załatwić jego druk w "Tygodniku". W końcu są z Wieluniem na stopie niemal przyjacielskiej, znają się z praczasów powstania warszawskiego. Ale taka zażyłość ma i swoje kłopotliwe strony. Wieluń od tego jest redaktorem, aby nie przepuścić koło nosa okazji wydrukowania znanego nazwiska samego Pasieckiego. Wie o jego nowej książce. Nalega. Jeśli już nie któryś z rozdziałów, to wstęp. Słyszał, że Eustachy upomina się o likwidację białych plam w naszej historii najnowszej.

- Biorę w ciemno. Wiem, co mówię, wydrukuję...

Historia tej książki to niemal historia życiorysu naukowego Pasieckiego.

Przyszedł po powstaniu, po klęsce, taki czas, że wszystko, z czego się ta klęska zrodziła, było przeklęte. "Straszni ojcowie" - napisał kiedyś artykuł w zetempowskiej gazecie. Podejrzane było wszystko, co stanowiło treść tak iluzorycznej i krótkotrwałej wolności, której był rówieśnikiem. Urodził się przecież w 1918 roku, a już w roku swej pełnoletności był znowu w niewoli. Musieli być winni. Przecież nie oni - pokolenie, dla którego tamta niepodległość była dopiero kolebką - a więc ojcowie. "Straszni ojcowie".

Pasiecki nie należał do ludzi wędrujących po ideowych polach tam i na powrót. Mierziły go kolejne iluminacje i nawrócenia kolegów, po prostu w miarę upływu lat obiektywizował swoje sądy, z coraz większego dystansu patrzył na siebie samego. I w tym właśnie lustrze własnej osobowości - był człowiekiem świadomym, jak wiele psychologicznych uwarunkowań określa poglądy na przeszłość - ujrzał swoją misję historyka. Było to w okresie, gdy obsesjonalnie jął ścigać swoją publicystyką owe białe plamy w historii najnowszej. Miewał kłopoty z publikacją kolejnych artykułów, teraz obawiał się o los swej najnowszej książki. Bo w jakimś poczuciu winy wobec ojca i jego legionowej młodości napisał wielki szkic historyczny: "Piłsudczycy". Umyślnie wziął tytuł ze współczesnej legionowemu czynowi broszury Kadena-Bandrowskiego. Twierdził we wstępie, że w ten sposób pragnie spłacić dług milczenia ze strony historii.

Dziś właśnie, po rozmowie z Wieluniem, zdecydował, że da mu do druku słowo wstępne, które rozrosło się do rozmiarów dużego artykułu.

 

Zawiadomiony przez sekretarkę o przybyciu Pasieckiego, redaktor Wieluń wyszedł na próg swego gabinetu. Nawet w tych trzech, czterech krokach, które zrobił w jego stronę, widać było, że się nie zmienił. Ten sam Wieluń, przestraszony i entuzjastyczny, rzekomo obłudny, a przecież szczery, tyle że zmienny, bo uwarunkowany przez humory władzy i własną niestabilną naturę. Była kawa, było poklepywanie tekstu i deklaracje, że wstęp do "Piłsudczyków" pójdzie z całą pewnością, że on bierze to na siebie. "W końcu to i owo jeszcze mogę..."

- A to, co przyniosłem, musisz przeczytać już przy mnie... - Pasiecki podsunął mu list w sprawie plagiatu dokonanego przez towarzysza literata - jak się wyraził.

Od połowy czytanej stroniczki Wieluń jął poruszać bezgłośnie wargami, jak dziecko uczące się dopiero czytać, wyraz jego twarzy też się zmienił. To już nie był pewny siebie redaktor Wieluń.

- Taak - przeciągnął. - Taak... Sprawa niejasna...

- Ależ najzupełniej jasna. Przeprowadziłem porównawczą analizę tekstu. Aż dziwne, że ktoś mógł być tak nieostrożny. On zapewne przypuszczał, że profesor nie żyje... Wiesz, nie sądził, że brat prezydenta "Polski sanacyjnej" chodzi żywy wśród nas...

- To jest brat prezydenta?... - spłoszył się Wieluń. - No racja, to samo nazwisko...

Wieluń był najzupełniej niepewny, co ma zrobić.

- Ależ list do redakcji jest mój - powiedział uspokajająco Pasiecki. - Przecież ten historyk należy do Komisji Historycznej Akademii Nauk - usiłował natchnąć Wielunia odwagą. Znał go jednak na tyle, by wiedzieć, że sprawa dobrze nie wygląda.

- No wiesz, nie mogę decydować sam...

- To wezwij zastępcę. Chętnie poznam redaktora Jeryckiego - profesor postanowił zagrać na ambicji naczelnego.

Ale ten niespodziewanie się ucieszył i z ulgą przyjął zaoferowaną pomoc.

Jerycki zrobił na Eustachym dobre wrażenie. Tekst przeczytał uważnie, bez żadnych objawów zaskoczenia czy paniki.

- No cóż, sprawa jest prosta. To nasz obowiązek - oznajmił Wieluniowi.

Pasiecki spostrzegł, że młody człowiek całkowicie swego szefa zaskoczył.

- Ach, skoro tak... Tyle że chyba nie zdążymy w najbliższym numerze...

Jerycki otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale tylko uśmiechnął się do Pasieckiego. Właśnie tak: uśmiechnął się do niego. Bez żadnego przymrużenia oka. Ale ten uśmiech był z całą pewnością związany z ostatnim oświadczeniem naczelnego.

 

Z rozmowy z towarzyszem Ryniewiczem Jerycki wrócił w nastroju triumfującym.

- Mamy zgodę na Pasieckiego! - oznajmił wkraczając do gabinetu i ciskając maszynopis na biurko Wielunia. - Mówiłem ci, że załatwię. W gmachu nie lubią wielbłądów dwugarbnych. Moja teoria się sprawdza. Skoro jest dwóch zatrzymanych Pasieckich, to jeden przejdzie. I przeszedł ważniejszy. Chyba Piłsudski jest ważniejszy od listu w sprawie towarzysza literata, co? No, widzisz. List w sprawie plagiatu nie pójdzie, ale mamy "Piłsudczyków". Zmieniamy tylko tytuł.

- "Belwederczycy" - przeczytał zdumiony Wieluń słowo nabazgrane czerwonym ołówkiem.

- Były kłopoty... No, wiesz. Białe plamy Pasieckiego to nie jest idea w gmachu popularna. Ryniewicz się wahał. "I ta ostentacja z tytułem" - westchnął w pewnej chwili. A ja na to: "Racja, tytuł trzeba zmienić"... "Belwederczyków" sam wymyśliłem. Przecież tak się ich określało... Unikniemy w ten sposób Piłsudskiego. Takiej ostentacji towarzysze nie lubią...

- Ciekawe, co na to powie autor - warknął Wieluń.

Poczuł się upokorzony. Wprawdzie pójdzie "śmiały" tekst, w końcu sprawę załatwił ten gówniarz, ale jemu pozostanie świecić oczami przed autorem za zmianę tytułu...

 

O nie, redakcja "Tygodnika" nie była dla Jeryckiego ziemią mlekiem i miodem płynącą. Owszem, z Wieluniem radził sobie bez trudu. Zwłaszcza od kiedy Ryniewicz ulokował go w jakiejś komisji sejmowej. Naczelny, który traktował z powagą wszystko, co, - jak mniemał - dodawało mu powagi, coraz mniej czasu przesiadywał w redakcji. Wątpliwe jednak były rozkosze samodzielnego rządzenia. Zastępca nie mógł teraz, w razie masażu w gabinecie towarzysza Ryniewicza, zasłaniać się swoim przełożonym. Nie mógł się wymigać od odpowiedzialności za "model naszej opinii publicznej" (ulubione sformułowanie Ryniewicza). Ten dziwny człowiek, uchodzący w stolicy za nie dobitego przez młodego Pasłeckiego prowincjonalnego satrapę i sztywniaka, zadziwiał nieraz swego podopiecznego. Oto on, wytrwały rzecznik propagandy sukcesu, w rozmowach w swym gabinecie chętnie używał pojęć, które przy Jeryckim wypowiadała od czasu do czasu Wera. Coraz częściej pojawiało się w ustach szefa "wielkie żarcie" na oznaczenie zuchwałego panoszenia się "partyjnego dorobkiewiczostwa". Ostatnio Ryniewicz dał mu do zrozumienia, że można by w sposób nie bezpośredni, "wiecie, rozumiecie", dotknąć tej gangreny. A dzisiaj wysłuchał opowieści szefa, jak to "ktoś z najważniejszych" chciał go "wrobić w willę". Potem z takich rozmów Jerycki zwykł był robić zapisy. Po co? Sam tego dokładnie nie wiedział...

Ryniewicz w trakcie wizyty przyjaźni w Moskwie odebrał telefon od swojej sekretarki, która pytała go. co ma zrobić, bo z Komendy Głównej milicji przyszło zapytanie, ile ton cementu polecił zawieźć na teren budowy swojej willi. A ona o żadnej willi nie słyszała. Zatrzymano kierowcę bez stosownej delegacji i papierów, który oznajmił, dla kogo jego przedsiębiorstwo wykonuje zakwestionowaną "usługę transportową".

- Rozumiecie? Moja willa! - Ryniewicz wychylił się z fotela. - A ja niczego nie mam, nie buduję!... Może się domyślacie, kto to pod moją nieobecność chciał mnie wywianować? No, mniejsza z tym, może lepiej, żebyście się nie domyślali... Ostatnio na posiedzeniu Biura poruszyłem sprawę, że za dużo tej ostentacji...

Po co on mi to mówi? Poróżnił się z premierem? No dobrze, ale co ja mam do tego? Przecież nie poleca mi, żebym... - O nie, nawet w myśli nie dokończył zdania...

- Poparł mnie Haładaj... - usłyszał.

Znał swego szefa. Jeśli cos mówi, to tylko to, co chce. żeby było powiedziane. Czyli po pierwsze: mam popierać Haładaja. Po drugie: należałoby jakoś - delikatnie, delikatnie! - ruszyć któregoś z rządowych "rwaczy". Nikogo z tych największych. Wiedział, że nie ma co pytać. Każde pytanie świadczyłoby o jego niedojrzałości. Nie po to go Ryniewicz postawił, żeby pytał, tylko żeby sam, "na własną odpowiedzialność", wiedział, co ma robić. Oczywiście to, co sobie szef życzy, ale czego powiedzieć wprost nie chce i nie może...

 

Gdy wieczorem zadzwoniła Wera, aż jęknął w nagłym olśnieniu. Tak. Wera. Temat, który ustawia Haładaja... A jeśli się go poprowadzi dyskretnie we właściwą stronę, może troszeczkę zaniepokoić tych od wielkiego żarcia, których wskazał, nie mówiąc nic konkretnego, szef.

Jerycki przypomniał sobie jej opowieść o rozmowie przed paroma miesiącami wysłuchanej przypadkiem u sekretarza, na którego nalegano, aby wykonał plan ilościowy budownictwa dzieląc mieszkania M-5 na dwa mniejsze. Któż to mógł naciskać, jeśli nie... No tak, ale o tym nie trzeba nawet wspominać...

Zaproponował dziewczynie spotkanie.

- W dodatku - nie precyzował, do czego był ów dodatek, ale na samą myśl o głównym daniu przebiegły go radosne ciarki - będę miał dla ciebie temat. Twój temat. Twój własny temat, który ci się wydawał nie do ruszenia. Zobaczysz. Głowa pracuje. Więc przyjdziesz?

Przerabiał ten tekst trzy razy. Jak zawsze u Jeryckiego - retusze, poprawki. Mniej konkretu, więcej myśli. Czytaj: mniej prawdy, więcej wody! - krzyczała na niego. No i sukces! Jest druk.

 

W tym właśnie tygodniu zerwała z Jeryckim. Gdy wrócił porażony z rozmowy z Ryniewiczem. Jej tekst okazał się "ideowym niewypałem". Co z tego, że sekretarz walczy o prawdę, skoro wygląda na to, że musi o nią walczyć z "kimś jeszcze ważniejszym"?

- A czyż ten ktoś może być spoza partii, skoro jest taki ważny?! - krzyczał do niej słowami Ryniewicza, których musiał wysłuchać parę godzin wcześniej.

Nie mógł jej powiedzieć wszystkiego. Zwłaszcza tego, że zdaniem Ryniewicza fakt, że tekst wyszedł spod pióra córeczki, świadczy o jakimś szerszym spisku, wymierzonym... Przeciw komu - tego się nie mówiło. Szef ryczał. W pewnej chwili Jerycki usłyszał, że ktoś zrobił uwagę, że on, Ryniewicz, nie radzi sobie widocznie zbyt dobrze "na odcinku propagandy" i może powinien wrócić "bliżej klasy robotniczej". Czyli pójść "na CRZZ".

- Ja, do tej trupiarni?!

Redaktor wiedział, że sytuacja jest groźna, ale był na tyle sprytny, by zrozumieć, że jego osobista sytuacja nie jest najgorsza, skoro wysłuchuje takich wynurzeń szefa.

- Trudno. Wieluń będzie musiał odejść. W dodatku ci "Belwederczycy". To przecież jego pomysł - upewnił się Ryniewicz. patrząc wyraźnie w oczy swego protegowanego.

Dzień, który przyniósł wyrok w sprawie Kacpra Janasa, był dla Wery bardzo trudny. Oczywistej uldze, że jest zawieszenie, towarzyszyło dotkliwe uczucie upokorzenia: oto uciekła przed odpowiedzialnością, której nikły wymiar jeszcze bardziej ją upokarzał... W dniu rozprawy wyjechała, a gdy po paru dniach usłyszała od ojca: "Chyba już widziałaś swojego bohatera?" - burknęła coś opryskliwie, z czego wynikało, że wcale nie jest go ciekawa. A Kacper nie odezwał się. nie zatelefonował. Nie wiedziała nawet, czy wrócił do teatru. Z poczuciem upokarzającego niesmaku i niepokoju przerzucała "Warszawski Informator Kulturalny", oczekując mimo woli, że natrafi na jego nazwisko.

Po zerwaniu z "Tygodnikiem" drukowała raz i drugi w prasie codziennej, ale nie przynosiło jej to najmniejszej satysfakcji. Trudno było umieścić cokolwiek sensownego. Rozdźwięk między rzeczywistością a obrazem kraju, który wyglądał z palety prasowej, był coraz bardziej oczywisty. Coraz częściej rzeczy ciekawe można było usłyszeć w czasie przypadkowych spotkań towarzyskich, gdy ludzie ze środowiska dziennikarskiego rozmawiali swobodnie między sobą. Przy jakiejś takiej okazji znów spotkała Artura Pasieckiego. Dawniej podobał się jej ten chłopak o fanatycznej twarzy starszego mężczyzny, kolidującej z wysportowaną sylwetką i energicznymi ruchami. Przytrzymał jej dłoń w swojej i powiedział półgłosem, tak by tylko ona słyszała:

- Ileż to czasu minęło!... - Westchnął przy tym błazeńsko. Nawiązywał wyraźnie do nie spełnionego flirtu.

Szarpnęła rękę, ale jego chwyt był mocny.

- No nic. Teraz porozumiemy się. Na pewno... - Czy jesteśmy nadal po imieniu z moją obrończynią?

Spojrzała zdziwiona.

- Nie pamiętasz listu do "Tygodnika", gdy wylano mnie z redakcji?

- Gdzie te czasy? - westchnęła. - Gdzie jest Wera Weredycka?

- Wiesz, mam u siebie egzemplarz maszynopisu "białej księgi", choć Wieluń myśli, że spalił wszystkie - roześmiał się i wówczas, w jednej chwili, stał się młodym chłopcem, który zrobił kawał nie lubianemu nauczycielowi.

Czemu by nie ten Artek? - pomyślała sobie po kobiecemu i poczuła, że się czerwieni.

Jak to się stało, że już dobrze po północy znalazła się w windzie z Artkiem Pasieckim? Przysięgłaby, że najzupełniej przypadkowo. Ale oczywiście sama nie uwierzyłaby tej przysiędze. Nie pamiętała, jak to w rozmowie ustalili, ale przed bramą domu, który opuszczali, wiedziała, że jedzie do niego, by poczytać "białą księgę" redaktora Wielunia.

Pocałował ją już w korytarzu, ledwo zamknął za sobą drzwi. Od razu też, trzymając jedną ręką za kark, jął gładzić pośladki pieszczącym, okrężnym, powolnym ruchem, aż sama pociągnęła go do pokoju. Oboje byli po alkoholu i wypadło to znakomicie - była rozluźniona, a on pewny siebie... Kochali się długo. Umiejętnie przedłużał jej rozkosz i gdy wreszcie leżała syta i nieruchoma, robiła wrażenie, że zapada w sen. Wszystko odbyło się przy świetle, w bezczelnym bezwstydzie z obu stron.

- Zgaś światło! - poprosiła teraz cicho.

Roześmiał się, gładząc jej piersi. Robił wrażenie, że zaraz będzie chciał powtórzyć pieszczotę. Przyjęła to z leniwym zdumieniem. Sama przekręciła się na bok i wychyliła, by sięgnąć do kontaktu stojącej przy wezgłowiu lampy. Poczuła jego dłonie na pośladkach i usłyszała:

- Zobaczysz, że im to tak łatwo nie przejdzie.

- Komu? O czym mówisz? - spytała zdumiona.

- Jak to o czym? Mówię, że im ta podwyżka bezkarnie nie przejdzie...

Wera zesztywniała. Nagle odczuła przemożną chęć, by zeskoczyć z tego łóżka, ubrać się i bez słowa wyjść...

- Och. nie chce mi się teraz o tym mówić. Ja teraz zajmuję się zadupczaniem mego sumienia...

- Zagłuszaniem sumienia? - zdziwił się.

- Zadupczaniem... Nie udawaj, że nie słyszałeś. Ale to ciebie nie obchodzi, możemy porozmawiać o cenach, tylko się ubiorę...

 

Rozstali się tej pierwszej nocy właściwie niedobrze. Ale potem, gdy ją żegnał na schodach, patrzył w jej twarz tak długo.

Wlepiła wzrok we fryzjerskie lustro, jakby chciała udokumentować sobie, co też on w niej widział. Rzęsy krótkie, ale jakie gęste! "Niezwyczajne" - tak kiedyś powiedział Kacper. Oko dobre. Ni to fiołkowe... A może nawet granatowe? Ktoś mówił, że jak jest zła, ma granatowe spojrzenie. Poprawiła włosy. Palce bez lakieru. Jak on się śmiał, gdy zobaczył, że ma pomalowane paznokcie u nóg. "Jesteś wyrafinowana". Włosy. No tak. Jest w tym kolorze coś banalnego. Artek powiedział: "Jakbyś miała być ruda, ale się rozmyśliłaś". "Rude mają białą cerę" - powiedziała, wiedząc, że jej smagła twarz zawsze budziła w chłopach entuzjazm. "No właśnie, to by dopiero było wspaniałe - ruda i smagła!" I oto siedzi jak idiotka u fryzjera. Oczywiście, chodzi o kawał, o dowcip, nie o żadną tam próbę przypodobania się chłopu...

Ubrany w biały kitel, mistrz paryskiej szkoły fryzjerskiej pochylił się nad jej głową.

 

To na pewno było bez sensu, ale ta dwudziestoparoletnia baba popłakała się przed lustrem z powodu: "Gdzie moje włosy?!" Może mistrz przesadził z tą rudzizną, ale przecież nie można wykluczyć, że jej z tym dobrze. Tak powiedziała jej bliska koleżanka. Ale coś zbyt szybko się na to zdobyła, jakby wiedziała, że ona musi mieć zastrzeżenia. W podnieconej atmosferze tego dnia żaden z mężczyzn nie zwrócił uwagi na to, "co się z nią stało". Tak. na pewno cały jej popłoch jest bez sensu. Biegła do Artka. upominając się w myślach, by, broń Boże, nie zagaić jakimś głupim pytaniem na temat fryzury. Szczerze mówiąc, była na tyle przytomna, że nawet się zastanowiła, czy on na pewno jest w domu. Wiedziała już przed wieczorem, że coś się ruszyło w Radomiu i Ursusie. Mógł przecież, zafascynowany wydarzeniami, pognać gdzieś na plotki.

Otworzył jej drzwi i bez powitania rzucił się z powrotem do pokoju.

- Zdejm płaszcz, przepraszam! - zawołał przekrzykując głos radiowego spikera. Nie zauważył, że jest bez płaszcza.

Siedział nad aparatem, ruchem gałki przywołując zanikający w eterze głos. Były to informacje o Ursusie i Radomiu.

- Na razie nie ma trupów - powiedział podnosząc na nią wzrok.

- Mój Boże, płakałaś? Ależ zrozum, to tworzy nową sytuacje. Rewolucyjną sytuację w tym kraju. Może nareszcie coś drgnie. Ruszyły się masy. Musimy się cieszyć. My, ludzie pragnący zmiany, musimy się cieszyć... - urwał nagle, w obawie, że pominie jakieś istotne słowo w słuchanej właśnie audycji radia Wolna Europa.

Nie zauważył. Nie zauważył - płakała Wera...

Rozdział dziesiąty

Dzień zaczął się fatalnie. Paniczne wieści o strajkach i demonstracjach w Radomiu i Ursusie. Wieczorem przemówienie telewizyjne premiera, w którym odwoływał decyzje o regulacji cen - tak nazywało się podwyżki. To już nie była tylko obywatelska frustracja, ale poczucie osobistego zagrożenia. Taki człowiek ogłasza, że nieważne jest to, do czego sam doprowadził, i pozostaje na tym samym stanowisku. Ciekawe, czy nie trzeba będzie pisać o "męskiej, rozsądnej decyzji"... No nie, tego już nikt nie może ode mnie wymagać...

Redaktor Jerycki miał trudności z goleniem. Zazwyczaj, gdy jakaś niezwykle ważna myśl przychodziła mu do głowy, poruszał wargami, niemo artykułując słowa... A teraz zaciął się fatalnie. Za pół godziny zebranie. Jak spojrzeć w oczy tym smarkaczom rozpierającym się za redakcyjnym stołem? Odmłodził redakcję i co z tego ma? Sforę niechętnych, ukrytych opozycjonistów. Jak im spojrzeć w oczy, gdy na stole leży, jako materiał do omawiania, poprzedni numer "Tygodnika" z jego wstępniakiem chwalącym decyzję rozwiązującą nareszcie gordyjski węzeł cen żywności w naszym kraju? Pisał to z całym przekonaniem. I to im właśnie powie. Skoro tak - oni na to - to obecnie powinien polemizować z kolejną decyzją premiera. Nic nie pomogło pozbycie się tej narwanej Wery Mech. Zespół pozostał obcy. Należałoby powiedzieć: obcy ideowo, ale jakoś do dziś próbował się bronić przed zdawkowością takich zbitek pojęciowych.

W końcu ałun podziałał. Warga przestała krwawić.

 

Zebranie było gorsze, niż można było przypuszczać. Mały reporterek z działu ekonomicznego pozwolił sobie przytoczyć wypowiedź Wolnej Europy na temat "bestialstw milicji w czasie tłumienia rozruchów". Chwała Bogu: Jerycki w niebezpieczeństwie stawał się agresywny i łatwo nie sprzedawał swojej skóry. Nie polemizując z chłopakiem, oznajmił, że deleguje go na zapowiedziany na godziny popołudniowe wiec przeciw wichrzycielom na Stadionie Dziesięciolecia.

- Sprawozdanie, tylko proszę nie potraktować tego zdawkowo, musi być gotowe na jutro.

Wykorzystał ten moment, nie dopuścił do dyskusji nad rozłożonym na stole numerem i przeszedł do redagowania następnego.

Z furią zakwestionował propozycję działu reportażu. Wyraził opinię, że widocznie niektórzy koledzy chcą śladami koleżanki Mech gdzie indziej szukać pracy. Zespół uznał, że szef ma swój dzień, i wszyscy spasowali.

Dobre i to - pomyślał zamykając się w gabinecie. Wiedział, że lada moment zadzwoni rządówka i usłyszy zwięzłe instrukcje Ryniewicza.

Wracając z pracy Jerycki czuł się fatalnie. Pomyślał nawet, czy by nie pojechać do znajomego lekarza. Wciąż słyszało się o zawałach wśród znajomych dziennikarzy... W końcu zdecydował się jednak na powrót do domu. Musi odpocząć.

Jutro przecież znowu spotka się z tymi agresywnymi, bezkompromisowymi, nie znającymi życia moralizatorami z redakcji. Tę świadomość odczuł jak dodatkową krzywdę. Nagle, na schodach, przypomniał sobie, że zaczął się już dziennik telewizyjny. Chciał zobaczyć relację z wiecu w stolicy.

Telewizor zamigotał i nim jeszcze zajaśniał obraz, Jerycki usłyszał słowa Haładaja. Nie wyszedł poza stereotypy dzisiejszych artykułów wstępnych. Ale zaraz inny głos i oto obraz ujawnia "naszego pisarza", który - wsparty nieomal o sekretarza - deklaruje swe ostateczne i niezłomne oddanie klasie robotniczej i socjalizmowi.

Co za karierę robi plagiator, o którym mówił stary Pasiecki. Jakie szczęście, że udało się wtedy Wieluniowi wyperswadować wydrukowanie jego listu. Ładnie bym dzisiaj wyglądał.

Lita kość - pomyślał patrząc na pomarszczone czoło mówcy i zdał sobie sprawę, że nasunęło mu się określenie któregoś z jego redakcyjnych gówniarzy, który tak ocenił głowę jednego z centralnych działaczy.

Reportaż potępiający wichrzycieli z Radomia i Ursusa dobiegł końca. Jakiś górnik mówił o rekordowym wydobyciu. Wyłączył telewizor. Pokój wypełniła szlachetna, wieloznaczna cisza...

 

Rudek wciąż uporczywie poszukiwał pracy, ale bez rezultatu. Którejś niedzieli Humprejka uznała, że "jej chłopu" należy się tak modna ścieżka zdrowia i wywiozła go do lasku w Konstancinie. Zachowywała się jak siksa. Skakała przez przeszkody, ganiała po równoważni, koziołkowała na umieszczonych wysoko przęsłach do przewrotek, demonstrując wszystko, co miała pod kusą sukienką. W końcu i on dał się rozruszać. Zrobili parokilometrowy bieg i Rudolf, zziajany, zwalił się pierwszy. Leżeli obok siebie, gapiąc się na obłoki, z rękami pod głową. Oddech się uspokoił, przyszedł spokój dobrego zmęczenia.

- Cisza taka, że słychać, jak oddychają ptaki - powiedziała Humprejka i omal nie wyskoczyła w powietrze: ogromny płowy pies stał nad nimi szczekając, ziając czerwonym pyskiem. Rudek zachował się jak bohater. Jeszcze leżąc zerwał but z nogi i zamierzył się na potwora.

- Co pan robi?... - usłyszał za sobą głos.

Uniósł się na łokciu i ujrzał dwóch ludzi.

- To pan, do cholery, niech weźmie na smycz tego bydlaka. Nie wolno psów puszczać w lesie, bo zwierzyna...

Nagle osłupiał. Przed nim stał Władysław Gomułka. Poczerwieniała mu czaszka.

- Tu nie jest miejsce do wylegiwania się. Proszę się stąd zabierać.

- A kto pan jest, leśniczy? - palnęła siadając Humprejka.

- Poskarżę się ministrowi leśnictwa - krzyknął, po czym odwrócił się i zniknął wraz z psem na zakręcie drogi.

- To był Gomułka - wystękał Rudolf, jakby niepewny, czy cała scena mu się nie przyśniła.

- Nie poznałam. Ale co z tego? Co on ma do gadania? - Humprejka nie traciła głowy.

- Może i szkoda, że nie ma - powiedział Rudolf patrząc w stronę, gdzie zniknęli dwaj mężczyźni i pies.

 

Odkąd stracił pracę, dawał się Humprejce mocno we znaki. Dzień w dzień biegał po mieście. Załatwiał nową. Stale miało to być już jutro i stale ktoś jeszcze czegoś nie podpisał, kogoś lub czegoś brakowało...

Na drugi dzień po epizodzie w konstancińskim lasku nie zastała go w mieszkaniu. Nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Nic nie pomogło tłumaczenie sobie, że właśnie dziś na pewno coś konkretnego załatwia. Zaczęła pitrasić obiad dla matki. Trochę ją to zajęło, zwłaszcza że wróciła myślami do "narzeczeńskiej" wizyty Rudolfa u starszej pani. Okazał się nie lada strategiem. Mama, wbrew swej nieufnej naturze, zaakceptowała go w pełni. Niemal się zaprzyjaźnili. Humprejka uśmiechała się, gdy w pamięci odtwarzała dialogi, w których Rudolf odcinał się od młodych lekkoduchów... Ale delektacja minioną sielanką nie trwała długo. Złapała się raz i drugi na tym, że nadsłuchuje jego kroków. Wreszcie zostawiła cały bałagan w kuchni i usiadła z papierosem przy telefonie. Jeśli go coś zatrzymało, zaraz zadzwoni.

Ale telefon milczał. Odezwały się kroki na korytarzu. Ktoś szedł wolno. To nie był Rudek, ale jednak przestała oddychać, nasłuchując. Kroki ustały. Nikt nie zadzwonił. Podniosła się, zdenerwowana, zgasiła papierosa i ruszyła ku drzwiom.

Stał z łbem opartym o framugę. Bełkocząc jakieś przeprosiny władował się przez próg. Zataszczyła go na tapczan. Trzymała mu głowę, gdy targały nim torsje.

- Zupełnie bez sensu, zupełnie bez sensu... - zaczął chaotyczne usprawiedliwienia, gdy napojony kawą siedział sztywno, z podłożonymi pod plecy poduszkami. Opowiadał, że umówił się na obiedzie z przyjacielem, który miał go przesterować na nową posadę w jednej z central handlu zagranicznego. I okazało się, że nic z tego nie wyjdzie. Jakby miał wilczy bilet - skarżył się bełkotliwie. Zniósł to jakoś. Ale gdy przyjaciel mu oznajmił, że ma nowy pomysł, to już nie wytrzymał i upił się jak świnia. Bo nowy pomysł był taki, że skoro ma zginąć jako brat Pasieckiego, który coraz wyraźniej przewodzi opozycji... Znów ukazał się we francuskiej prasie jego wywiad na temat operacji cenowej i odprawy, jaką rząd otrzymał w Radomiu i Ursusie... Więc skoro po pierwszym wywiadzie chciano, by zginął jako brat, teraz, po drugim, jako brat zostanie uratowany. Przyjaciel nawiązał już rozmowy. Ktoś, "kto myśli na długi dystans", oznajmił, że Rudka kupi.

- Zawsze to Pasiecki, kupić warto, gdy kurs stoi najlepiej. Bo nie znamy dnia ani godziny, kiedy się może wszystko odkręcić do góry nogami. Jednym słowem, dostanę robotę właśnie jako brat Pasieckiego u jednego z tych, co jednym okiem patrzą na opozycję. Rozumiesz? Pan minister powiedział: "Pan nie ma swego nazwiska, to nazwisko należy do pańskiego brata" - i pan minister miał rację...

- Twój brat jest wspaniałym człowiekiem, ale to nie znaczy, że masz mieć kompleksy...

- To idź. daj mu dupy! - zaczął się gramolić niezdarnie z tapczana, głupi, zapluty, obrzydliwy.

Najgorsze jednak zdarzyło się nazajutrz. Przyszła z biura wcześniej niż zazwyczaj. Wymyśliła, że pójdzie z Rudolfem do matki. To go zmobilizuje, żeby się wziął w garść, żeby się obyło bez pijackiego klina.

Z początku nic nie zwiastowało klęski. Był ogolony, porządny, jakby nieco senny. Pełna nadziei, zaczęła się krzątać po kuchni. Zajrzała w jedno, w drugie miejsce.

- Obiad zjemy u mamy. Tylko gdzie są te klopsiki, które wczoraj naszykowałam...

Rudek odchrząknął.

- Klopsiki? Wiem coś o tym - powiedział jakby niechętnie.

- Co takiego?

W tym momencie zastygła. W kącie kuchennego kredensu natknęła się na pustą półlitrówkę.

- Klopsiki poszły na zagrychę. Mamusia się przegłodzi. To jej dobrze zrobi. Ostatnio przytyła...

Ten dowcip był niski, arogancki, jak jego mina, jak cały on, zaczadziały od wódy, ociężały, godny litości.

Coś takiego powiedziała i potem z tępym osłupieniem patrzyła, jak chowa do kieszeni swoją maszynkę do golenia... Idzie ku drzwiom...

Pół nocy przepłakała w jego rzuconą na poduszkę piżamę, której nie zdążył zabrać.

 

Wiadomość o chorobie ojca Rudolf przyjął jak uderzenie.

- Dzwonię już trzeci dzień - powiedziała pielęgniarka z kliniki. - Nie mogłam pana zastać, a chory wciąż się dopytuje...

Już wiedział, że zawał. Nawet przyjął uspokajającą informację, że płytki.

- A brata nie było?

- Nic nie wiem o żadnym bracie, chory czeka na pana - usłyszał.

- Już jadę.

Dowiedział się, że w żadnym wypadku, że dopiero w godzinach odwiedzin, jutro po szesnastej. Wrócił do Humprejki.

- A twój brat wie?

- Mój brat nie ma czasu na głupstwa. On zbawia ojczyznę - powiedział złośliwie i dodał z nie ukrywaną satysfakcją: - Zresztą ojciec wcale go nie prosi...

Wyprawiła go na drugi dzień, jakby szedł do matki prosić o jej rękę, nie do własnego ojca. Zmieniła krawat, kazała się jeszcze raz ogolić...

Więc był ogolony, szczęśliwy, że łaskawy los pozwolił mu pokazać twarz wygładzoną, bez piętna rezygnacji i pijackiego zmęczenia. Nie powie staremu ani słowa o własnych kłopotach, wspomni, że ma się zamiar żenić. Nagle zrozumiał, że to prawda, i omal nie przejechał najbliższego skrzyżowania na czerwonych światłach. Rozmawiał już telefonicznie z lekarzem, który miał ojca pod opieką: "Miesiąc sanatorium i wyjdzie jak nowy". Jechał w stronę szpitala z pewnym zażenowaniem. Starego położyli w klinice MSW. Może dlatego nie zawiadomił Artura? Zrobiło mu się przykro. Albo wstydził się przed synem tego miejsca, albo wstydził się w tym miejscu swego syna. Że też wszędzie to gówno musi się wepchnąć - pomyślał o polityce.

Ojciec leżał w separatce. Na widok Rudolfa instynktownie chciał się unieść na łokciu, przez twarz przemknął grymas bólu i na ułamek sekundy znieruchomiał, nim zapytał normalnym, opanowanym głosem, gdzie to się włóczył nocami, jakby to on, Rudolf, był w tych okolicznościach najważniejszy.

- Mówią, że nie jest źle... - wrócił do choroby ojca.

- A co mają mówić?... Zresztą rzeczywiście nie narzekam. Mogło być gorzej... Przecież rozmawiam. I to w dobrym nastroju. A co u ciebie?

- Trzymaj się mocno. Kto wie, czy nie przerobię cię na dziadka.

- Coś nowego! - ucieszył się chory. - Kiedy się wreszcie żenisz?

- Nie wiem jeszcze.

- A kto ma wiedzieć?

- Ona jeszcze o tym nie wie...

- A wiesz, że chce?

- Cholera wie?...

Teraz roześmieli się obaj, jak w latach poprzedzających maturę Rudolfa, gdy zwierzał się ojcu ze swoich miłosnych perypetii. Byli swobodni. Stary opowiedział, jakie są objawy przy zawale.

- Może ci się przyda za trzydzieści lat...

- A jak się tu znalazłeś?

Ojciec nagle się roześmiał.

- Popraw mi poduszkę. Będę wyżej.

- A wolno.

- Człowiekowi, którego leczą w takim miejscu, wiele wolno, powiedziałby twój brat, bojownik o nową Polskę... Ale opowiem ci pewną historię. Trzeciego dnia przywędrował do mnie ktoś z działu ewidencji chorych. Wiesz, czego chciał? Żebym podał przebieg służby. Więc zacząłem: Szare Szeregi, Kedyw... Tak się rozfiglowałem, że powiedziałem: a potem WiN. Wtedy się wyniósł.

- Co to za WiN? - spytał Rudolf.

- Może Artur ma rację, że wyrastacie bez historii ... - zaczerpnął głęboko powietrza. - Więc WiN - "Wolność i Niezawisłość" - to nielegalna organizacja, utworzona tuż po wojnie, rekrutowana z niedobitków - odetchnął znów głęboko i podniósł rękę do gardła. Rudolf patrzył przestraszony. Właśnie wtedy pojawiła się pielęgniarka.

- Niech pan powie synowi, żeby częściej nocował w domu... - zagaiła figlarnie.

- Nie mam zamiaru częściej dostawać zawału.

Może ojciec nie czuje się aż tak źle, skoro, jak zawsze, widząc ładną kobietę, oko ma żywe... A ona wygoniła wizytującego: dziesięć minut na pierwsze spotkanie wystarczy...

 

Generał Mech był w nie najlepszym humorze. Wprawdzie powołanie go w skład oficjalnej delegacji rządowej do Rumunii, gdzie pojechał w świcie pierwszego sekretarza, było niewątpliwym wyróżnieniem, ale też narobiło wiele złej krwi.

Niby zaszczyt, ale pewne szczegóły wcale go nie cieszyły. Chociażby polowanie na niedźwiedzia. Zrozumiałe, że centralne ambonki zajęli obaj sekretarze. Zabawne, jak dalece posunięte są u nich środki bezpieczeństwa nawet przy takiej niepolitycznej okazji. Ambonki na wysokości dwóch metrów, ale pod każdą stali dwaj strzelcy wyborowi. Na wypadek pudła myśliwego. Przecież taka bestia nie wdrapie się po szczeblach! No, ale to już ich sprawa... Więc. że centralne ambonki dla tamtych, to w porządku. Powiedzmy, że najbliższą z tych uświęconych zajął wicepremier, też w porządku. Ale czemu on dostał tę najpodlejszą na flance?! Mniejsza z tym, że ominął go strzał do niedźwiedzia, ale uznał za afront, że ze swego miejsca mógł obserwować krzątaninę na szczycie wąwozu, którego dno obstawiali. Widział ludzi kręcących się wokół olbrzymich klatek. Że robią to polowanie, ich sprawa. Ale że się nie krępują jego obecnością? Mieli go za hetkę-pętelkę. Gratulował potem wylewnie dwóch niedźwiedzi pierwszemu, ale w sercu czuł żal...

A teraz, ledwo przekroczył próg gabinetu, ta nieobliczalna rozrabiaczka Wera. Jakby wyczuła, że o niej myśli...

Sekretarka spytała:

- Czy łączyć z córką? Przez cały tydzień dzwoniła...

- Tak, tak - warknął do słuchawki. - Cóż tam, córeczko? - postanowił na razie schować urazy.

- Cześć, papo. Cały tydzień cię goniłam.

- Byłem w składzie delegacji państwowej - zabrzmiało to głupio, patetycznie. Widział niemal, jak Weronka się uśmiecha.

- Wiem, wiem, a ja cierpiałam na naradzie aktywu organizacji młodzieżowych. Te wasze partyjne brojlery to jedna rozpacz. Chciałabym z tobą pogadać na różne tematy.

Czy ta dziewczyna nie nauczy się rozmawiać?! Przez telefon nie ma potrzeby mówić, wszystkiego! I czy długo będzie się jeszcze włóczyć z tym całym Arturem Pasieckim? To się może źle skończyć!

Bąknął coś, że przecież mogła zabrać głos krytycznie.

- Nikt krytyki nie tłumi - wydukał.

- Ty w każdym razie nie. Czytałam parę nielegalnych wydawnictw. A co do zabierania głosu, owszem, zabierałam. Pewnie wpłynie do ciebie stosowna notatka. Ale tak, ogólnie biorąc, nas kobiet się nie słucha. Nie wystarczy nawet, że się ma o milion szarych komórek więcej, żeby przeważyć na szali społecznej wartości te wasze głupie jaja...

- O Boże! - jęknął towarzysz Mech. - Żeby to słyszała twoja matka!

- Bóg ją ustrzegł. Tatusiu, co będzie z naszym spotkaniem?

W końcu powiedział, kiedy ma przyjść. Z ulgą odłożył słuchawkę i zapowiedział sekretarce, żeby przez pół godziny nikogo nie łączyła. Chyba że... No wie pani. Jak każda sekretarka, wiedziała, dla kogo musi być zawsze. Otworzył biurko, wyjął butelkę koniaku i nalał sobie duży kieliszek. Jak ta dziewczyna się zachowuje? Ten jej język! Ciekawe, czy z innymi też tak rozmawia. Miliony szarych komórek, żeby przeważyć te wasze jaja! Dostałoby mi się od żony, gdyby to usłyszała. Przypomniał sobie straszną awanturę... Ha, ileż to lat! Był majorem, zastępcą szefa wojewódzkiego. Żona zobaczyła go, jak przystanął w ogródku pod drzewem i spokojnie, trzymając małą Werkę za rączkę, ulżył swemu pęcherzowi. Wyzwała go od prostaków. Ba, chamów. Cóż, dawno temu. I może sprawiedliwie - ocenił się z poziomu aktualnego bywalca rządowych rautów. Przypomniał sobie niedawną wizytę w pałacu w Nieborowie, w towarzystwie ministra spraw wewnętrznych Francji, Michela Poniatowskiego. Myśl generała zasępiło znowu mroczne wspomnienie ich dialogu. Gdy półgłosem poinformował ministra, że w mijanej sali widzieli cały kwiat zaangażowanej w opozycyjne działania inteligencji artystycznej, Francuz się skrzywił.

- Prawa człowieka? - zacytował z kpiną formułę prezydenta Cartera. - Wiecie, kolego, kiepsko wyglądałaby przyszłość mego rządu, gdybym tak pieścił za pożyczane dolary naszą opozycję. A popatrzmy tu. C'est la Pologne!

A gdyby wiedział, jak blisko owej opozycji jest jego córka! Generał nalał sobie drugi kieliszek.

 

Przed tygodniem Rudolf zaczepił się o jakąś posadkę, lecz wczoraj wrócił z wieścią, że rozwiązano z nim umowę. Trzeźwy. Prawie się przestraszyła, że odcięła mu jakiś naturalny upust frustracji, prześladując go za picie. Nawet nieporadnie zaproponowała, żeby się wybrali gdzieś na zakrapianą kolacyjkę.

- Litość? Oczywiście, już tylko litość! - skwitował tę propozycję, kładąc się na tapczanie.

- Rudek, przecież i tak z nich śladu nie zostanie... - mruknęła przepraszająco, wyciągając się obok niego.

- To jest pociecha!

Tym razem usłyszał, jak się personalny usprawiedliwia przed dyrektorem: "Myślałem, że to przypadkowa zbieżność nazwisk..."

Jechał do Kołobrzegu, gdzie umieszczono ojca w sanatorium, jak skrzywdzone dziecko, które pragnie schronić się pod skrzydłami rodziców. A przecież nic ojcu nie powie. Po co ma go zatruwać swoimi zmartwieniami? Podróż przywróciła mu równowagę. Była długa na miarę jego małego fiata. Równe rzężenie słabego silnika, drętwienie w niewygodnej pozycji za kierownicą przyjmował jako atrakcyjną ucieczkę od innej fatalnej dolegliwości. Zatrzymał się po drodze raz i drugi. W mizernym przydrożnym lasku złapał się na tym, że idzie przed siebie, oddalając się od szosy, na której zostawił nie zamknięty samochód, i ku swemu zdziwieniu, zawróciwszy, zamiast siąść za kierownicą zamknął drzwiczki i ruszył z powrotem... Nigdy nie był specjalnie wrażliwy na przyrodę, ale teraz odkrywał ze zdumieniem piękną ciszę, łagodne zamyślenie trącanych przez lekki wiatr sosnowych igieł. Położył się na przesiece w wysokich trawach i założywszy ręce pod głowę, zagapił się na wędrujące po niebie obłoki. Trwał tak długo, bez myśli, w błogim pojednaniu ze światem, aż zapadł w drzemkę. Ocknął się. gdy dosięgnęły jego twarzy promienie słońca. Usiadł, przeciągnął się i teraz bardziej pogodzony ze światem zawrócił w stronę szosy.

Łazili z ojcem cały dzień po plaży i nadmorskich spacerowych laskach. Owo chodzenie robiło dobrze nie tylko na serce. Rudolf też poczuł się lepiej. Tematem numer jeden ich rozmowy okazała się Humprejka. Stary domagał się daty ślubu. Zaskoczył go propozycją, by zamienili się mieszkaniami. Jemu kawalerka w zupełności wystarczy... "Będziesz tylko musiał zatrzymać moją bibliotekę".

Rudolf, wzruszony, nie wiedział, czy się wzbraniać, czy dziękować. Zdał sobie sprawę, że przecież "w razie czego" będą mogli sprzedać mieszkanie Humprejki... Że nie może tak ojca rabować... Usłyszał, że oni - w myśl oficjalnej nomenklatury - są małżeństwem przyszłościowym i z tego tytułu... Ile to spraw żywota ich rodziny kojarzy się z tym mieszkaniem! I że takie dziedziczenie jest właśnie w porządku. Opowiadał, że gdy był chłopcem, oglądał kasztan z góry, a dziś konary zasłaniają światło. Potem Rudolf musiał się usprawiedliwiać, czemu dziewczyny nie przywiózł. Był zaniepokojony tym spiesznym urządzaniem go, jakby się ojciec gdzieś wybierał. Kiedy przed wieczorem się żegnali - Rudolf kłamał, że następnego dnia musi być w pracy - ojciec dał mu klucze do mieszkania.

- Zaproś ją, niech się rozejrzy. Razem musicie zdecydować. Nie zawracaj głowy, bierz! To rozkaz! - zażartował. - Zresztą chcę cię prosić, byś mi tu przysłał parę książek z mojej biblioteki - podał tytuły na kartce. - Zadzwoń przedtem do Artura, bo jemu zostawiłem drugie klucze. On też potrzebował moich książek. Zresztą sam wiesz, depczą mu po piętach, może potrzebować...

Nagle to zdanie, przypomniane w drodze, gdy w reflektorach miał tylko pustą szosę, skojarzyło mu się z tym wszystkim, co ojciec mówił o sobie. O tym, że człowieka ma określić jego własne życie, a nie próby pomieszczenia się w historii. Teraz dopiero Rudolf zdał sobie sprawę, że ojciec cały czas myślał o Arturze. Ogarnęło go rozgoryczenie. Znów ten zasrany zbawca ojczyzny pęta się przy nim, gdzie się tylko pojawi. Pogada z Humprejką. "Trzeba się zarejestrować" - powie. Albo: "Dość życia na kocią łapę". Trzeba jakoś dowcipniej: "Chciałbym prosić cię o rękę..."

Roześmiał się i nacisnął pedał gazu do deski.

Jak prawiczek szykujący się na pierwszą randkę obmyślał wszystkie szczegóły. Kwiaty kupił na targowisku pod miastem i z wielkim wiechciem drapał się na piętro do mieszkania ojca. Urządzi stół na dwie osoby, świece... I nie zdradzając się z niczym przed Humprejką, zaprosi ją na kolację. A wtedy złoży ofertę małżeńską: "Oto nasze mieszkanie".

Manipulując kluczem uśmiechał się do siebie na myśl o jej zaskoczeniu. Już na progu, w korytarzu, potknął się o przewrócone krzesło. Podniósł je mechanicznie, zdziwiony, skąd tu się wzięło, i wtedy spostrzegł na podłodze szkło. Podniósł wzrok i zobaczył wybitą szybę w oszklonych drzwiach do pokoju. Wieszak wisiał na jednym haku, ojca płaszcze poniewierały się po podłodze. Wciąż jeszcze nic nie rozumiejąc, wszedł do pokoju. Tutaj było podobnie, stół odsunięty pod okno, krzesła poprzewracane.

Arturek! - pomyślał. Przecież nikt inny nie ma kluczy, a drzwi były pedantycznie zamknięte na wszystkie zamki. Stary z reguły zamykał na jeden. Arturek! Pewnie jakaś polityczna debata zakończona różnicą poglądów. Nie pasuje to do braciszka, ale kto zna temperamenty jego współpracowników czy oponentów?

Wrócił do przedpokoju. Troskliwie podniósł położony na podłodze bukiet. Znalazł trochę tylko wyszczerbiony, zaczepiony skrzydłem huraganu, duży dzban, nalał wody, umieścił kwiaty i dopiero wtedy wziął się za porządki. Dziś jeszcze zmieni zamki. W żadnym wypadku ten bęcwał nie ma prawa przekroczyć progu mieszkania. W końcu to jego mieszkanie! A jeśli Humprejka powie: tak - będzie to ich mieszkanie.

Nie mógł sobie poradzić z hakiem wyrwanym ze ściany wraz z wieszakiem, więc pochował płaszcze ojca do szafy, a wieszak wepchnął na pawlacz. Stał właśnie ze szczotką w ręku, gdy usłyszał, że ktoś, nie wiedząc, że drzwi są otwarte, bezradnie walczy z zamkiem.

Podszedł do drzwi i szarpnął je ku sobie. Artur.

- Witam szanownego brata w samym środku burdelu. Przez niego prowadzonym burdelu...

Rudolf źle panował nad sobą.

- "Dziewiętnastowieczne formy eksterminacji narodowej w polityce zaborcy", taki obgadywaliśmy temat... - uśmiechnął się powściągliwie starszy.

- Czyś ty zwariował?! Co to wszystko znaczy?! - jak głupia mieszczka w fartuszku wskazał patetycznie na szkło zebrane na śmietniczkę.

- No, Murawjow-Wieszatiel, zsyłki, cały pakiet eksterminacyjnych pociągnięć caratu... - Artur kpił niewątpliwie. Nagle, spojrzawszy w twarz Rudolfa, dodał szybko: - Daj spokój, nie będziemy się chyba bili, tego już było za dużo wczoraj - gestem wskazał naderwany kołnierzyk... - Pomogę ci sprzątać...

- Żebyś wiedział, że jutro zmieniam zamki.

- Przecież nie urządziłem pijackiej bibki. Może słyszałeś coś o "latającym uniwersytecie"? Wykład z historii. Tyle że mieliśmy wizytę aktywistów, którzy przybyli nie zaproszeni na dyskusję...

Chciał postawić krzesło, które podniósł z podłogi, ale przewróciło się z trzaskiem: brakowało jednej nogi.

- Tutaj - powiedział rzeczowo Rudolf, podnosząc brakujący szczątek mebla. Wściekłość w nim rosła, rosło upokorzenie, które szykował mu, bezmyślnemu konformiście, urzędniczkowi, jego bohaterski, sławny brat. - Chcę ci powiedzieć, że ojciec zaproponował mi zamianę mieszkania. Bo się żenię. I ja się zgodziłem. Zamki będą zmienione, a wykłady będziesz musiał organizować we własnym domu. Tylko jedno ci mogę obiecać, że ze względu na chorobę ojca zachowam tę sprawę w tajemnicy. Nigdy się nie dowie, jak wykorzystałeś jego... - zaciął się szukając słowa - dobroć, życzliwość - bełkotał coraz bardziej upokorzony.

- Myślisz, że taka wiadomość by mu zaszkodziła?

- Zapewniam cię, jeśli sam tego nie wiesz.

- Dużo ty o nim wiesz! - powiedział pogardliwie Artur.

- O kurwa mać! - nie wytrzymał Rudolf. - Gdzieś jakiś kretyn o jakimś kretynie - ty będziesz wiedział, który, kiedy, o którym - powiedział, że nic, co ludzkie nie jest mu obce. Otóż ja, Rudolf, mówię o tobie, Arturze, że wszystko, co ludzkie, jest ci obce...

W tym krzyku były miesiące łażenia bez pracy, upokorzenia: "Myślałem, że to przypadkowa zbieżność nazwisk"...

Całą siłą chciał zatrzymać ogarniającą go histerię, czuł obłąkaną śmieszność tego, co się zaraz mogło stać, że będą się tarzać na podłodze jak kiedyś, jako kilkunastoletnie pętaki.

- No nic, przepraszam, zmień zamki. Zajdź do ślusarza na rogu... Polak potrafi - usłyszał jeszcze zza drzwi.

 

Zorganizowany ośrodek opozycji rozpoczął działalność "opiniotwórczą". Powstawały powielaczowe pisma. Jeszcze dość rzadko używano pojęcia "obieg nieoficjalny", ale coraz częściej Warszawę przebiegały dreszcze kolportowanych w druku sensacji. Nieustanne akcje zbierania protestacyjnych podpisów ekscytowały opinię. Tylko w sytuacji Rudolfa nic się nie zmieniało.

Coraz częściej bywał pijany. Wreszcie oznajmił Humprejce, żeby się nie martwiła jego stanem. Frania-Holenderka nie da mu zginąć. Któregoś dnia, gdy znów nie pojawił się o umówionej porze, wstąpiło w nią furiackie zdecydowanie. Pójdzie tam... Już wiedziała, że elita tych pań przeniosła się do "Victorii"... Pójdzie tam i jeśli go zastanie, wyprowadzi jak robotnica pijanego męża z gospody...

Ubrała się starannie, wmawiając w siebie, że przecież tam nie może wyglądać jak przestraszona urzędniczka. Wbrew swoim obyczajom kwadrans poświeciła na makijaż...

I miała szczęście. W chwili gdy nieco spłoszona i niepewna siebie zajęła miejsce, rozpoznała w barmanie jednego z biesiadników Frani-Holenderki. Zamówiła koniak. Młody człowiek, nalewając jej kieliszek, zdradził pełną orientację, z kim mówi, i sam zapytał o Rudolfa. Mogła więc, pociągając pierwszy łyk, wymruczeć, że dawno go nie widziała i nawet ma do niego pewną sprawę.

- Proszę zapytać Frani, będzie za kilka minut... - uśmiechnął się i odszedł do nowego klienta.

Frania nadciągnęła majestatycznie, w nowym kostiumie "co najmniej od Diora". Radośnie zamachała do niej ręką, jakby spotkała kogoś, na kogo czekała od dawna. Przysiadła się, a po paru minutach zgarnęła oba kieliszki i przeniosły się do wygodnych foteli przy stoliku. Humprejka nie wiedziała, jak to się stało - może sprawił to wypity alkohol - ale zaczęła sama mówić o Rudku. "Co z nim wyprawiają. Ambitny mężczyzna i taki pracownik nie może przecież... - tu ugryzła się w język, bo chciała powiedzieć: być na czyimś utrzymaniu, ale wybrnęła - żyć bez pracy. Wygląda na to, że wyrok tego bezdusznego ministra po prostu go zabija..."

Frania słuchała jej uważnie, niczym matka wyznań spłoszonego podlotka.

- Nie przejmuj się, dziecko, ministrami. Oni się zmieniają, my pozostajemy - wzrokiem ogarnęła liczne już o tej porze panie, ściągające do swej łatwej pracy. - Trzeba tylko trafić do właściwej osoby, żeby temu ministrowi utrzeć nosa. To wszystko.

- Przecież to niemożliwe...

- Nie ma rzeczy niemożliwych, mówi ci to, dziecko, Frania-Holenderka. Obywatelka zagraniczna i, jak tutaj mówią, milionerka. Trzeba tylko trafić do... - zniżyła głos wymieniając nazwisko.

- Niemożliwe! Rudek to przecież zwykły urzędnik.

- Słuchaj, dziecko, o moim człowieku różnie mówią, ale my wiemy, że on nie jest taka świnia jak inni. Czy ty wiesz, że jak przed laty przyleciał do Warszawy Sukarno, na noc zażyczył sobie dwóch kurew z Paryża. Podał nazwiska. 1 poleciał specjalny samolot... - I widzisz, Sukarno się skończył, a ja jestem. Wracając do faceta... - nagle zerwała się z miejsca i niespodziewanie lekkim krokiem ruszyła w stronę drzwi, w których stanęła prześliczna dziewczyna. Ogromne usta, fascynujące oczy, piękne, naturalne rzęsy.

- Poznajcie się, to jest dziewczyna naszego Rudzia - powiedziała Frania pieszczotliwie i Humprejka wyczuła, że ta rekomendacja jakoś ją ustawia.

 

Z samego dna wyniesienie. Rudolf ma prywatny paszport! Wybiera się do Francji! Twierdzi, że człowiek, z którym się zaprzyjaźnił w Paryżu w czasie ostatniej delegacji, znalazł mu pracę. "Będę doradcą do spraw handlu ze Wschodem w bardzo sensownej firmie" - tak rekomendował sprawę Humprejce. Przy okazji wspomniał o "ślubnej rejestracji", ale wyśmiała go, że nie zamierza zostać słomianą wdową ani tym bardziej uczyć się francuskiego, aby zostać ekspedientką. Wydawało się, że to już koniec. I wtenczas odebrała telefon od Frani...

Rudek, niczego nie rozumiejąc, poszedł do ministerstwa i wrócił stamtąd cały w skowronkach.

- Przyjmują mnie z powrotem! W dodatku na wyższe stanowisko. Jesteś znowu moją koleżanką biurową...

Umówiła się z Franią, że nie powiedzą mu ani słowa o interwencji. Gotów byłby się obrazić... Na co, nie było jasne. Na Polskę, na kurewską protekcję czy na nie obydwie, skoro zaaranżowały całą sprawę?

To był ich ostatni tydzień.

Nieostrożnie, nie zaglądając nawet do środka, dała mu do ręki po powrocie z pracy jedno z nielegalnych pisemek.

- Demoralizujesz urzędnika państwowego wysokiego szczebla - zażartował kładąc się na tapczanie.

Kręciła się po kuchni, gdy uderzyła ją nagła cisza. Podeszła do drzwi. Zobaczyła go, jak leży nieruchomo, w zaciśniętej dłoni trzyma spłachetek tego pisemka.

- Co się stało? - spytała spłoszona.

Wyciągnął do niej rękę i odwrócił się twarzą do ściany. Wzięła druk i od razu rzuciło się jej w oczy jego nazwisko. I jego imię. Ktoś pisał o skandalach w sferze międzynarodowych kontaktów gospodarczych. O proteście Rudolfa, który należąc do składu delegacji nie zgodził się podpisać kontraktu... Ba, wydrukowano nawet dialog z ministrem.

"- Nie podpiszę, bo podpisuję się swoim nazwiskiem.

- Nie sądzę, aby właśnie pan miał swoje nazwisko. Pana nazwisko należy do pańskiego brata".

Czytała oszołomiona, już czując narastające niebezpieczeństwo, choć najzupełniej nie przygotowana na jego przyjęcie...

- Sam Artur to na pewno napisał. Albo któryś z jego adiutantów, żeby mu się podlizać. Że jego nazwisko należy już do historii, że żadne ludzkie gówno, jak brat urzędniczek, nie ma do niego prawa. Ale skąd oni, na miłość boską, to wygrzebali?!

- Ja opowiedziałam...

- Komu, do licha?!

- Werze. Wera Mech jest moją starą znajomą... A ona teraz jest z twoim bratem, chyba o tym wiesz.

Rudek wstał z fotela.

- Jak wiesz, dostałam propozycję. Poważną. Z Francji. Opowiadałem ci o tym człowieku, którego poznałem w trakcie tych nieszczęsnych pertraktacji. Wyjeżdżam.

- Co takiego?

- Wyjeżdżam do Francji. Tu dla mnie nie ma miejsca.

 

Janas wyszedł z więzienia zewnętrznie nie odmieniony. W stosunkach towarzyskich zachował nawet dawny wdzięk. Koleżanki widziały, że dzięki nowym doświadczeniom stał się jeszcze bardziej interesujący. Tyle że na scenie dźwigał halabardę, jak określał drugorzędne role, ogony, w których obsadzał go dyrektor, sprzeciwiając się zbyt wczesnemu eksponowaniu "po skandalu". Chodziło oczywiście nie tyle o sam wypadek, ile o krążące na ten temat plotki. Trochę nudy domieszało się do uczucia zawodu, jakie dominowało w nastroju tych miesięcy, gdy okazało się, że nic nie mają sobie z Werą do powiedzenia. Trudno to było nawet nazwać zawodem. Raczej zdziwieniem. Z początku nie umiał sobie tego wytłumaczyć, a potem doszedł do wniosku, że jej tchórzliwa rezygnacja z niego, gdy poszedł za jej winy pod celę, jak mawiali więźniowie, stanowiła główny motyw tej nigdy w pełni nie uświadomionej, ale nieuchronnej rezygnacji... Trochę zabawy dostarczali mu ci nowi towarzysze życia. Tak, już po wyjściu z więzienia. Został z tamtej strony muru cichym bohaterem. Ujął się przecież za pobitym więźniem. Sprawa, na której zeznawał jako świadek, przysporzyła mu legendy. Nie wchodząc w środowisko grypsery, został uznany za swojego. "Ludzie" podawali mu rękę. A trzeba wiedzieć, o czym nie wie "świat z tej strony", że zakon ludzi grypsujących jest zakonem o rygorystycznym regulaminie. Kopnięcie wity, czyli podanie ręki komuś spoza zakonu, grozi przecweleniem, a cwel taki, którego można brać pod siebie dla homoseksualnych praktyk, to już kategoria półczłowieka. Janas natomiast został uznany i ta adopcja zapewniła mu nie tylko łatwiejsze przetrwanie krótkiego w końcu okresu śledztwa, ale też - o dziwo - czasu, gdy musiał z powrotem zaadaptować się w teatrze. W tym opuszczeniu z ulgą przyjął bowiem kontakty z dawnymi współwięźniami.

 

Wera otworzyła cicho drzwi. Lubiła wkradać się do mieszkania Artka, by go zaskoczyć siedzącego przy biurku, gdy bazgrał pospiesznie lub robił jakieś notatki z lektury. Ale teraz zastygła w bezruchu. Usłyszała głos kobiety. Mówiła