Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 06-08-2011

 

Bogdan Musiał

Brudne odcienie granatu

 

Trudno uznać działalność policji granatowej w całości za dobrowolną formę kolaboracji. Nie oznacza to oczywiście, że pozostając w służbie okupanta, policjanci nie popełniali przestępstw

 

Niemcy, podbijając kolejne państwa i terytoria, byli skazani na współpracę z podbitą ludnością. Stopień i mechanizmy tej współpracy, wymuszonej czy dobrowolnej, były bardzo różne. Podbita Polska stanowiła szczególny przypadek, stopień kolaboracji instytucjonalnej był tam bowiem najniższy w całej okupowanej przez Niemców Europie.

Mimo to problem polskiej kolaboracji z okupantem niemieckim należy do najczęściej i najbardziej emocjonalnie dyskutowanych tematów i to nie tylko w Polsce (co jest zrozumiałe), lecz także na Zachodzie. Jednocześnie problem "polskiej" kolaboracji nie jest tylko i wyłącznie tematem sztucznie rozdmuchanym. W Polsce nie było ani rządu marionetkowego, ani polskich oddziałów SS czy innych ochotniczych formacji kolaboracyjnych. Ma to jednak związek bardziej z polityką ówczesnych Niemiec wobec Polaków niż z brakiem chętnych do takiej współpracy. Hitler po prostu nie przewidywał takich form kolaboracji dla Polski.

Tereny zachodniej Polski zostały włączone do Rzeszy, zlikwidowano tam wszystkie polskie instytucje i konsekwentnie niszczono wszelkie objawy polskości. W przeciągu kilku lat miała nastąpić całkowita germanizacja tego obszaru. Natomiast na ziemiach Polski centralnej Hitler utworzył Generalne Gubernatorstwo na podstawie dekretu z 12 października 1939 roku. GG miało stanowić rezerwat dla Polaków. Warstwy przywódcze miały zostać fizycznie zlikwidowane, a pozostali Polacy zdegradowani do roli helotów i pozbawieni wszelkich praw.

Niebawem okazało się jednak, że do funkcjonowania tego tworu polityczno-administracyjnego nieodzowny jest pewien poziom współpracy instytucjonalnej. Niemcy np. nie mieli wystarczającej ilości urzędników, sędziów czy policjantów, którymi mogliby obsadzić wszystkie urzędy i zapewnić porządek okupacyjny w GG. Niemcom nie pozostawało zatem nic innego jak sięgnąć po byłych polskich urzędników i policjantów, którzy po odpowiedniej weryfikacji oraz pod ścisłą kontrolą pracowali na rzecz okupanta. W wielu innych obszarach życia działo się podobnie.

Reaktywizacja policji

Problem braku sił porządkowych w GG należał od samego początku do najbardziej palących z powodu plagi bandytyzmu, jaka tam panowała. Zawirowania wojenne, łatwy dostęp do broni palnej, upadek gospodarczy, liczne wysiedlenia i przesiedlenia spowodowały radykalne zubożenie i tak już biednej ludności. Do tego dochodziła demoralizacja wojenna i rozkład dotychczasowego porządku publicznego. Wszystko to powodowało szerzenie się bandytyzmu na niespotykaną dotąd skalę, w tym szczególnie na prowincji.

Niemieccy okupanci nie byli w stanie własnymi siłami zaprowadzić porządku. Stosunkowo skromne siły policyjne okupanta miały przede wszystkim za zadanie zwalczanie polskiego ruchu oporu oraz zapobieganie wszelkiej konspiracyjnej działalności Polaków. Nic dziwnego zatem, że wkrótce zaczęto przyjmować do służby byłych funkcjonariuszy polskiej Policji Państwowej. Nabór nie odbywał się jednak na zasadzie dobrowolności. Już 30 października 1939 roku dowódca SS i policji w GG Friedrich-Wilhelm Krüger wydał odezwę wzywającą byłych policjantów pod groźbą surowych kar do zgłaszania się i podejmowania służby.

W dniu 8 listopada 1939 roku na posiedzeniu "rządu" GG Krüger przekonywał, że powołanie do służby byłych policjantów polskich jest niezmiernie ważne dla zachowania bezpieczeństwa na tym obszarze. W tym czasie w samej tylko Warszawie służyło już 3 tys. byłych polskich funkcjonariuszy, a w całej GG - 5 tys. Krüger podkreślił jednak, że warunkiem przyjęcia Polaka do służby jest jego dokładna weryfikacja.

Kilka tygodni później, 18 grudnia 1939 roku, Hans Frank jako namiestnik Führera w GG ogłosił oficjalnie reaktywizację Policji Państwowej pod nazwą Policji Polskiej Generalnego Gubernatorstwa. Wydany w związku z tym dekret wprowadzał obowiązek zgłaszania się policjantów do nowej formacji pod karą śmierci. Policja Polska GG zwana była potocznie od koloru mundurów policją granatową.

W styczniu 1940 roku jej stan osobowy wynosił 8805 (w tym 175 oficerów), w kwietniu 1942 roku 11 500 (w tym 209 oficerów), a w maju 1944 roku - około 12 500. Ogółem służyło w tej formacji od 16 do 18 tys. osób, przede wszystkim Polaków. Byli to w większości przedwojenni policjanci, w tym m.in. deportowani z terenów zaanektowanych oraz osoby z naboru  dokonanego podczas okupacji (około 3000).

Fluktuacja osobowa w policji granatowej była stosunkowo duża, między innymi z powodu wysokiej śmiertelności. W roku 1942 zginęło na służbie 84 policjantów, a 90 zostało rannych, o czym informował Krüger na posiedzeniu "rządu" GG 21 stycznia 1943 roku. W latach 1943 - 1944 straty były dużo większe, np. tylko w dystrykcie radomskim od stycznia do maja 1943 roku zginęło 26 policjantów, podczas gdy w całym 1942 roku śmierć poniosło 16 funkcjonariuszy.

Także niemieckie aresztowania pustoszyły szeregi policji granatowej. Ich powodem była najczęściej współpraca policjantów z ruchem oporu lub podejrzenie o działalność konspiracyjną. Szacuje się, że nawet 30 proc. policjantów mogło w jakiś sposób współpracować z polskim podziemiem.

Nie dziwi zatem fakt, że niemieccy okupanci nie darzyli polskich policjantów zaufaniem i sprawowali ścisły nadzór i kontrolę nad ich służbą. W dniu 15 maja 1940 roku szef Ordnungspolizei (policja porządkowa), której podlegała policja granatowa, pisał w swoim raporcie: "część polskich policjantów wykonuje służbę leniwie i niedbale, a często nawet w sposób, który ociera się o sabotaż". Ci funkcjonariusze "wierzą w odrodzenie państwa polskiego", a "nawet uprawiają antyniemiecką propagandę", dotyczy to także oficerów; "wspierają oni również Żydów i inne wrogie Niemcom elementy". Dlatego "rozpoczęto aresztowania w ramach czystki w szeregach Polskiej Policji". Na przykład 7 maja 1940 roku gestapo aresztowało w samym tylko dystrykcie warszawskim 69 oficerów policji granatowej.

Aresztowania te spowodowały częściowe rozbicie podziemnych struktur  policji granatowej i uczyniły z niej bardziej skuteczne narzędzie w rękach okupantów. W dniu 7 czerwca 1940 Krüger pisał w swoim rządowym sprawozdaniu: "Okazało się, że wszędzie tam, gdzie był niemiecki nadzór, polscy policjanci wykonywali swoją służbę dobrze. W sytuacji braku nadzoru polscy policjanci zawodzili". Aby ukrócić ten proceder, stosowano surowe kary. Za samowolne zejście ze służby, niewykonanie rozkazu, utratę broni czy munduru policjantowi groziło zesłanie do obozu koncentracyjnego, a nawet kara śmierci.

Zła sława wśród Polaków i Żydów

Wobec powyższych faktów trudno uznać działalność policji granatowej in toto za dobrowolną formę kolaboracji (wyjątkiem byli funkcjonariusze z naboru wojennego). Nie oznacza to oczywiście, że granatowi policjanci, pozostając w służbie okupanta, nie popełniali przestępstw. Owszem, popełniali.

Zakres działania granatowej policji obejmował nadzór nad Polakami i Żydami znajdującymi się poza gettami. Wewnętrzną służbę w gettach pełniła Żydowska Służba Porządkowa. W przypadku Niemców i Volksdeutschów policjanci granatowi mogli interweniować jedynie w wyjątkowych sytuacjach. Do zadań policji granatowej należały między innymi: służba patrolowa, nakładanie mandatów karnych, areszty tymczasowe, legitymowanie osób, przeszukiwania lokali, służba wartownicza, nadzór nad ruchem ulicznym, zwalczanie "czarnego handlu", przestępstw kryminalnych i politycznych. Policjanci ścigali ukrywających się przed wywozem na roboty przymusowe Polaków, Żydów, którzy nie przestrzegali zakazu poruszania się poza gettem; pomagali przy ściąganiu kontyngentów, asystowali przy różnorakich akcjach przesiedleńczych wewnątrz GG, jak np. przy tworzeniu gett.

Działania te były prowadzone z rozkazu i pod nadzorem  przełożonych niemieckich, czyli niemieckiej policji, i odbywały się przeważnie w asyście niemieckich policjantów. Struktury organizacyjne policji granatowej sięgały tylko poziomu powiatu.

Z czasem policja granatowa stała się ważnym organem pomocniczym niemieckich okupantów i nie bez powodu zyskała złą sławę wśród ludności polskiej i żydowskiej. A ponieważ policjanci byli do tego słabo opłacani, kwitła w ich szeregach korupcja i szerzyły się inne nadużycia, których ofiarami padali zarówno Polacy, jak i Żydzi.

Calek Perechodnik, były policjant żydowski z getta w Otwocku, tak pisał w roku 1943: "Przez trzy lata okupacji policja polska ssała krew Żydów. Pobierali oni stały haracz od rzeźników, piekarzy, szmuglerów i od każdego bogatego Żyda, który czymś handlował czy też miał ukryty towar sprzed wojny. [...] Nie zapomnijmy, że przecież całe życie Żydów w wojnie było nielegalne, bo można było się przyczepić do wszystkiego".

Lecz nie wszyscy policjanci polscy w Otwocku zachowywali się w ten sposób, na co Perechodnik także zwraca uwagę i podaje konkretne przykłady przyzwoitych zachowań "granatowych".

Faktem jest jednak, że wyjęci spod prawa Żydzi byli bardzo łatwą ofiarą nie tylko dla pospolitych bandytów, ale także polskich policjantów. Nierzadko także w stosunku do Polaków funkcjonariusze policji granatowej zachowywali się brutalnie: brali udział w obławach i łapankach na robotników przymusowych, na osoby uchylające się od Służby Budowlanej (forma pracy przymusowej w GG). Często przeprowadzali takie akcje samodzielnie.

Nic dziwnego zatem, że polskie podziemie wydawało wyroki śmierci na najbardziej gorliwych policjantów. Wiele z nich wykonano, w samym tylko powiecie Dąbrowa Tarnowska zlikwidowano w ten sposób co najmniej czterech funkcjonariuszy, w tym dwóch komendantów posterunku.

Równocześnie policja granatowa odgrywała jednak ważną rolę w zwalczaniu bandytyzmu. Ponadto policjanci związani z polskim podziemiem lub też starający się działać w granicach przyzwoitości mieli możliwość łagodzenia skutków niemieckiego terroru stosowanego wobec ludności. I nie były to pojedyncze przypadki. Na przykład ostrzegali przed planowanymi łapankami i obławami, przejmowali donosy, uprzedzali członków podziemia czy inne zagrożone osoby o planowanych aresztowaniach.

Mordować nie musieli

Kompetencje policjantów granatowych formalnie nie sięgały ludności żydowskiej zamkniętej w gettach. Polscy policjanci zapewniali gettom jedynie "ochronę" zewnętrzną, czyli stali na straży lub patrolowali okolicę na zewnątrz getta (często w asyście niemieckich żandarmów, którzy naturalnie sprawowali dowództwo), wyłapywali żydowskich uciekinierów po stronie "aryjskiej", ścigali handel i przemytników zarówno polskich, jak i żydowskich itd. Lecz najbardziej dramatyczną i niechlubną rolę policjanci polscy mieli odegrać dopiero w czasie zagłady Żydów.

Większe getta Niemcy likwidowali przy pomocy specjalnego "komanda ewakuacyjnego" (Umsiedlungskommando) oraz lokalnych niemieckich sił policyjnych i funkcjonariuszy Ghetto-Polizei. To oni spędzali na place mieszkańców gett przeznaczonych do deportacji i ładowali ich do wagonów oraz "ochraniali" transporty w drodze do fabryk śmierci. W dużych tego typu akcjach brała udział także policja granatowa. Ich zadaniem było pilnowanie getta z zewnątrz w celu zapobieżenia ucieczkom ofiar żydowskich na stronę "aryjską" lub też grabieży getta przez polskich rabusiów.

W Otwocku policjanci polscy dostali rozkaz stawienia się na służbę 19 sierpnia 1942 roku, aby wziąć udział w akcji "wysiedleńczej". W samej akcji polscy policjanci odgrywali raczej podrzędną rolę; w spędzaniu mieszkańców getta polscy policjanci nie brali udziału, za to pilnowali ludzi już zebranych na placu. Kluczową rolę odgrywała policja niemiecka oraz specjalne komando "ewakuacyjne", które spędzały mieszkańców getta na plac. Tam pilnowali ich również polscy policjanci.

Polscy policjanci otrzymali bardziej kluczowe zadanie dopiero po "ewakuacji" getta, kiedy mieli wyłapywać tych, którym udało się ukryć w dniu deportacji. Osoby te były stopniowo odnajdywane lub same zgłaszały się do policji żydowskiej. Co parę dni przyjeżdżała do getta żandarmeria niemiecka w towarzystwie polskich policjantów, którzy wspólnie z policją żydowską przeszukiwali getto. Schwytane ofiary rozstrzeliwali żandarmi niemieccy, a polscy policjanci zabezpieczali akcję. W ciągu około czterech tygodni rozstrzelano w ten sposób około 4 tysięcy osób.

Mniejsze getta na prowincji niemieccy okupanci likwidowali przeważnie siłami miejscowej policji. I tu rola policji polskiej była znacznie większa. Brali oni wówczas bezpośredni udział w akcjach, czyli m.in. wspólnie z innymi formacjami spędzali ofiary na plac, skąd następnie ruszał transport do obozów. Oczywiście w każdym przypadku albo lokalna żandarmeria, albo administracja niemiecka kierowała tymi akcjami. Tak było na przykład w Hrubieszowie, Biłgoraju, Zwierzyńcu i w dziesiątkach innych mniejszych  miejscowości w GG.

Nierzadko także polscy policjanci dopuszczali się podczas takich akcji okrucieństwa np. bicia i maltretowania ofiar, a nawet mordów. W lecie 1942 roku miało miejsce wysiedlenie z miejscowości Charsznica w powiecie miechowskim. Miejscowych Żydów załadowano na furmanki i powieziono do Miechowa. Gdy kawalkada mijała wioskę Chodów, na wysokości jednej z zagród z furmanki zeskoczyła starsza Żydówka z butelką w ręku, aby nabrać wody dla swoich wnuków. Podbiegła do studni znajdującej się na podwórzu zagrody, przy której stał wówczas 16-letni Adolf Szczepka. Gdy kobieta nabrała wody i odwróciła się, żeby wrócić, siedzący na wozie policjant granatowy oddał strzał w jej kierunku. Kobieta zginęła na miejscu, a kula rozerwała butelkę, którą trzymała przyciśniętą do piersi. Kawalkada nawet się nie zatrzymała, tylko dzieci krzyczały przerażone: "Babciu, babciu".

Niestety, nie były to wcale odosobnione przypadki. Odmówić rozkazom udziału w takich akcjach policjanci polscy nie mogli, lecz dokonywać takich mordów zapewne nie musieli. Jednocześnie polscy policjanci, którzy wiedzieli o zbliżającej się akcji, często ostrzegali Żydów przed planowanymi deportacjami. A w trakcie samej akcji niestarannie przeszukiwali domy żydowskie lub ułatwiali ucieczkę ofiarom.

Także tu  spektrum zachowań policjantów polskich jest bardzo szerokie i nie pozwala na proste uogólnienia. Faktem jest, że brali oni udział w tej zbrodni, wykonując rozkazy niemieckich sprawców, czyli działali pod wpływem przymusu, co oczywiście nie usprawiedliwia w żaden sposób przytoczonych powyżej skrajnych zachowań.

W obliczu zagłady Żydzi usiłowali ratować się na różne sposoby, budując kryjówki na terenie getta lub szukając schronienia poza nim. W GG nie było dużych kompleksów leśnych, które mogłyby zapewnić schronienie większej liczbie uciekinierów. Zbiedzy błąkali się więc w pobliżu wiosek, ukrywali się w lasach czy nawet zagajnikach. Wielu usiłowało znaleźć schronienie u znajomych gospodarzy.

Polowanie na Żydów było niestety niezwykle skuteczne. Niewielu uciekinierom udało się przetrwać. W tym polowaniu policja granatowa odgrywała również istotną rolę. Jej funkcjonariusze brali udział w obławach na uciekinierów oraz przeszukiwaniach domostw. Przeważnie asystowali jedynie niemieckim żandarmom, nierzadko jednak działali samodzielnie.

W czerwcu 1944 roku doniesiono policji, że w pobliżu miejscowości Otfinów w powiecie Dąbrowa Tarnowska ukrywa się rodzina żydowska. Policjanci z posterunku w Otfinowie udali się na miejsce i znaleźli w kryjówce kobietę w zaawansowanej ciąży, Eugeniusz Niechciał, jeden z policjantów, zaczął kopać i bić ciężarną, aby wydała męża, tak że nawet Wilhelm Stein, żandarm niemiecki, który dowodził tą "akcją", musiał przywołać go do porządku.

Mąż kobiety ukrywający się w ziemniakach w odległości około 500 metrów wstał i rzucił się do ucieczki. Niechciał rozpoczął pościg najpierw pieszo. Opodal tego miejsca chłop pracował w polu, Niechciał wyprzągł jego konia i pognał konno za uciekinierem, którego wkrótce dopadł. Ciężarną kobietę zabito na miejscu, męża policjanci zaprowadzili do wsi Marcinkowice, gdzie zaczęli się raczyć alkoholem. Po libacji policjanci wywieźli swoją ofiarę nieopodal wioski, gdzie Niechciał dokonał egzekucji. W tej akcji brał udział także policjant będący członkiem ruchu oporu, który nie był w stanie zapobiec tej zbrodni. Niechciał dopuszczał się podobnych czynów także w stosunku do Polaków.

Ta zbrodnia nie jest jednostkowym wybrykiem granatowych policjantów. Takich zbrodni było wiele w czasie okupacji. Byli jednak także policjanci, którzy ostrzegali Żydów i ich polskich opiekunów przed planowanymi obławami i rewizjami i czynnie pomagali w szukaniu schronienia. Na pewno nie wszyscy wykazywali się gorliwością w łapaniu uciekinierów. Perechodnik opisuje historię swojego znajomego, niejakiego Buchhaltera, uciekiniera z getta, z 1943 roku: "Widząc, jak niebezpiecznie jest chodzić po ulicach, wsiadł Buchhalter do tramwaju. Z pomostu wszedł do środka i od razu natknął się na większą grupę policjantów polskich z oficerem na czele. Byli to ludzie starsi wiekiem, jeden do drugiego się uśmiechnął, po czym własnymi osobami zakryli Buchhaltera przed widokiem dwóch Niemców, którzy siedzieli na przodzie wagonu. Doradzili mu też, na jakim przystanku ma wysiąść, żeby być bezpieczniejszym".

Takich przypadków było oczywiście dużo więcej. Jednak stan wiedzy i badań na temat roli policji granatowej jako organu pomocniczego niemieckich okupantów oraz jej udziału w zagładzie Żydów jest w dalszym ciągu niezadowalający. Istnieje zatem paląca potrzeba prowadzenia systematycznych, bezstronnych badań nad rolą tej formacji z uwzględnieniem wszystkich jej odcieni.

 

Autor jest historykiem, profesorem Uniwersytetu Kard. Stefana Wyszyńskiego