Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Kir Bułyczow

Jak zostać pisarzem fantastą

 

(...)

 

Fałszywe biografie

Autor, znany także jako Igor Wsiewołodowicz Możejko, urodził się w Moskwie, w Zaułku Bankowskim, niedaleko Czystych Prudów, osiemnastego października 1934 roku, w rodzinie proletariackiej - ślusarza Wsiewołoda Nikołajewicza Możejko i pracownicy fabryki Hammera, Marii Michajłowny Bułyczowej.

W ten sposób zrobiłem pierwszy krok ku fantastyce, albowiem trudno wymyślić bardziej kłamliwą informację, zwłaszcza że trzeba ją składać z maleńkich kawałeczków.

Należę do tej kategorii rosyjskich poddanych, których rodziny tworzyła rewolucja, a genealogie były niszczone.

W normalnych warunkach moim rodzicom nie udałoby się spotkać, za to znałbym biografie babć i dziadków, cioć i wujków.

Na szczęście żyje w Kałudze moja ulubiona kuzynka Swietłana (która jeszcze nieraz pojawi się na tych stronach) - o pewnych fantastycznych wydarzeniach z życia naszej rodziny dowiedziałem się od niej. Swietłana jest z zawodu prawnikiem, z powołania historykiem, a z wyboru "zbieraczem i kustoszem ziem ruskich". To ona zbiera i przechowuje żałosne okruchy informacji o rodzie Możejków. Nawet podróżowała w poszukiwaniu krewnych i ich odnajdywała.

Pamiętam, jak kiedyś, wiele lat temu, zadzwoniła do mnie kobieta z Leningradu, która przeczytała moją książkę o cudach świata i chciała się dowiedzieć, czy nie jestem przypadkiem krewnym Wsiewołoda Możejki. Przyznałem się, że to mój ojciec, a wtedy ona powiedziała, że jest moją ciocią, a dokładniej - kuzynką ojca.

Przekazałem cioci telefon ojca i zapomniałem o całej sprawie. A Swietłana, już po śmierci mojego ojca, wyruszyła do Leningradu i odszukała ciocię, Ninę Lwownę.

Opowiedziała mi również o innych członkach rodziny Możejków oraz rodziny swojego ojca, Nowikowa.

W dwóch słowach streszczę historię losów tych ludzi.

Mój dziad Mikołaj miał dwóch braci, Lwa i Michaiła. I dwie siostry, Maszę i Nataszę.

Duża, szczęśliwa, zamożna rodzina.

Wszyscy bracia ukończyli uniwersytet w Petersburgu. Lew ożenił się z Polką, Walerią Bonifatiewną, był matematykiem i liberałem, co doprowadziło go do szkoły niedzielnej, gdzie wygłaszał wykłady razem z Nadieńką Krupską, z którą się zaprzyjaźnił. Potem poznał również jej męża, Uljanowa, niemniej nie został socjaldemokratą. Jako profesor matematyki otrzymał szlachectwo, a w czasie wojny utworzył towarzystwo zaopatrywania armii w spirytus. Po rewolucji wykładał matematykę w szkole w Leningradzie, z Nadieżdą Konstantynowną utrzymywał dobre kontakty i możliwe, że to uratowało go przed aresztowaniem. Ale nie przed gorzką śmiercią - zimą 1942 roku zmarł z głodu. Walerię Bonifatiewnę z córeczką Agnieją ewakuowano do Wołogdy, ale za późno - tam umarły na dystrofię. Z całej rodziny została jedynie starsza córka Nina. Jej pierwszy mąż, Archangielski, kompozytor cerkiewny, został rozstrzelany w 1937 roku jako element niebezpieczny społecznie. Została po nim córka Ludmiła, która na początku wojny miała szesnaście lat. Drugi mąż Niny Lwowny zginął na froncie. Obie z Ludmiłą przez całą blokadę Leningradu pracowały jako sanitariuszki, po wojnie Ludmiła wstąpiła na uniwersytet i została przyjęta do partii. Ale w 1949 roku Ninę aresztowano jako żonę kompozytora cerkiewnego, rozstrzelanego dwanaście lat wcześniej, i zesłano do Pot'my. Gdy Ludmiłę wykluczono z partii, a ukochany człowiek publicznie się jej wyparł, przyszła do domu i otruła się gazem. Następnego dnia do domu wróciła jej matka - przez przypadek ją wypuszczono. I właśnie ta ciocia odnalazła mnie, a potem ojca. Żyła całkiem sama i zmarła dwadzieścia lat temu. Kochała malarstwo i muzykę, i według słów Swietłany, była dumna ze swojej przynależności do rodu Możejków.

Michaił Możejko, starszy z braci, urodzony w 1865 roku, był urzędnikiem akcyzowym, najpierw w Mitawie, potem w Petersburgu. Pod koniec wojny domowej przeprowadził się do brata Mikołaja do Taganrogu, potem do Smoleńska, gdzie pracował jako księgowy w przedszkolu. Mieszkali wówczas całą rodziną w jednym pokoju w mieszkaniu komunalnym. Sąsiad chciał dostać ich pokój, więc napisał na Michaiła Możejkę donos. W lutym 1938 roku dziadka aresztowano. Jego córka wspominała, jak stał pomiędzy dwoma czekistami, bez binokli, przytrzymywał spodnie rękami i szeptał dzieciom: "Do widzenia, moje dzieci". Zmarł w więzieniu kilka dni później. Serce nie wytrzymało bicia na przesłuchaniach - Michaił miał ponad siedemdziesiąt lat. W świadectwie zgonu napisano: "Rozstrzelanie w więzieniu". Rzadka diagnoza. Nie lubili pisać w ten sposób.

Jego syn, Eugeniusz, był geologiem; gdy ojca aresztowano, był w ekspedycji. Został aresztowany w czasie wojny, wyszedł z więzienia w czterdziestym siódmym.

Siostra Eugeniusza, Nina Michajłowna, pracowała jako maszynistka, ale została zwolniona w 1938 jako córka wroga narodu. Przetrwała okupację Smoleńska, później pracowała jako bibliotekarka, ale została zwolniona, jako że "przeżyła okupację". Na starość często mawiała Swietłanie: "Nienawidzę ich obu - Hitlera i Stalina, ale Stalina bardziej".

Moja babcia, Lidia Nikołajewna, urodziła się w 1879 roku w Libawie, w rodzinie oficera. Jej ojca przeniesiono do Smoleńska, spadł tam z konia i zmarł. Synów oddano na koszt państwa do korpusu kadetów. Oni również zostali oficerami. Wiktor został ranny na froncie i gdy żołnierze nieśli go na noszach do szpitala, trafił ich pocisk. Leonid po rewolucji służył w Armii Czerwonej, był dowódcą kursów cakaemowych, służył razem z Woroszyłowem. Wkrótce po zakończeniu wojny domowej zdemobilizował się, osiadł w Taganrogu, ożenił się z Greczynką i został aresztowany w 1937 roku. Przed zsyłką otrzymał widzenie z żoną. Wczepił się dłońmi w siatkę i szeptał żonie: "Patrz na moje ręce!". Na palcach nie było paznokci. Babcia pisała, gdzie tylko mogła, błagając, by Leonida zwolnili. Wreszcie w 1939 roku otrzymała telegram od Woroszyłowa: "Pani brat jest wolny". Następnego dnia przyszedł kolejny telegram: "Pani brat zmarł". Babcia zawsze pocieszała się, że on umarł z radości na wieść, że pomógł mu Woroszyłow. Ale w informacji o rehabilitacji napisano, że zmarł na rok przed tymi wydarzeniami, w łagrze.

Jeszcze w gimnazjum Lidoczka Dergaczowa poznała Kolę Możejko, który przyjeżdżał do Smoleńska w interesach. Rodzice zabronili jej wychodzić za mieszczanina. Lida rzuciła gimnazjum, ogłosiła głodówkę. Rodzice się poddali. Lida wysłała Mikołajowi telegram i wyszła go witać na wzgórze, pod zegar z trzema cyferblatami. Kola wszedł na wzgórze, rozpoznał ją z daleka, padł na kolana i czołgał się w jej stronę, powtarzając, że będzie ją kochał do końca życia.

Młodzi przenieśli się do Petersburga. W 1902 urodził im się syn, którego nazwali Wsiewołod. W wieku dwóch lat dziecku zrobiono operację wyrostka, ale dano za dużą dawkę chloroformu i chłopczyk się nie obudził. Babcia wpadła w taką depresję, że bano się o jej życie. Dziadek zawiózł ją do świętego Jana Kronsztadzkiego.

Kapłan długo gładził ją po głowie, w końcu zaczął namawiać:

- Płacz, proszę cię, płacz!

Wtedy babcia po raz pierwszy od śmierci synka zapłakała.

Jak przepowiedział Jan, wkrótce urodził się mój ojciec. Uparta babcia nazwała go imieniem pierworodnego. Rozpieszczali go wszyscy, do dobrego tonu należało zachwycanie się jego urodą, talentami i wróżenie mu wielkiej przyszłości.

Jestem kolekcjonerem i trafiła kiedyś w moje ręce górka dyplomów. Wśród nich był również dyplom o nadaniu orderu Świętej Anny pierwszego stopnia protojerejowi Siergiejewowi - to świeckie nazwisko świętego Jana Kronsztadzkiego. Od tamtej pory leży u mnie dyplom, który święty nieraz trzymał w ręku. Widocznie nawet on nie był pozbawiony ludzkich słabości. Pamiętam portret, na którym na piersi Jana widniało sporo odznaczeń.

W 1920 roku Mikołaj Możejko postanowił wywieźć głodującą rodzinę na południe.

Wziął swoje dzieci, dzieci Michaiła oraz swoją kochankę. To, że miał kochankę, nie przeszkadzało mu do końca swoich dni szczerze kochać żony.

Po przyjeździe do Taganrogu kupił wszystkim Możejkom dom, mniejszy domek dla ukochanej. Zaopatrzeni byli całkiem przyzwoicie, bo dziad Mikołaj zdołał wywieźć wiele kosztowności.

Żyli wystawnie, nie zawracając uwagi na to, jaki jest rok i jaki kraj za oknem. Żona dziadka Miszy, z domu baronówna Taube, była zawodową pianistką i w dniu jej urodzin w 1921 roku Mikołaj zjawił się na uroczystości w towarzystwie brygady tragarzy - przyniesiono jej w prezencie fortepian.

Wreszcie władza radziecka dziadka aresztowała - przez pomyłkę wzięła go za imperatora Mikołaja, który jakoby uniknął sprawiedliwej kary. Jakiś czas dziadek siedział w więzieniu, a gdy stało się jasne, że prawdziwego Mikołaja jednak rozstrzelano, dziadkowi zmieniono artykuł i oskarżono o służbę dla białych. Co było prawdą, ponieważ dziadek pracował jako księgowy we wszystkich reżymach.

Mój partyjny ojciec bał się spotkań z dziadkiem. Staruszkowie żyli w Taganrogu i podczas nieczęstych wizyt dziadka w Moskwie witała go mama. Dziadek zmarł w połowie lat trzydziestych, a babcia przeniosła się do Moskwy. Słabo ją pamiętam. Dożyła do wojny.

Zatrzymajmy się na minutkę i wyobraźmy sobie normalną, dużą rodzinę. Wszyscy Możejkowie byli niebieskookimi blondynami, skłonnymi do nadwagi i miłostek, co nie przeszkadzało im kochać żon. Przed rewolucją dziadek i jego bracia może nawet nie byli bardzo bogaci, ale w każdym razie zamożni, pozwalało im to żyć wystawnie i nawet wesoło.

Po rewolucji bolszewicy niszczyli Możejków, jak tylko mogli. O losach wielu z nich nie wiem nic, ale z tych, o których coś wiem, jedni zmarli w obozie, inni na dystrofię, a jeszcze innych doprowadzono do samobójstwa.

Ród - ani znamienity, ani szlachecki - został unicestwiony.

Spróbujcie zrozumieć, dlaczego nigdy nie mogłem wstąpić do ich partii ani do ich Związku Pisarzy.

Powiecie: Wśród pana krewnych byli tacy, którzy doskonale się przystosowali; nie tylko ofiary, ale i ci, którzy przystali do możnych radzieckiego świata.

Owszem. To było ich życie, ich droga. Nikogo nie osądzam - piszę jedynie o epoce i jej regułach.

 

Wspomniana wcześniej kuzynka Swietłana to córka siostry mego ojca. Ta siostra nazywała się Ksenia. Wszyscy mówili, że ciocia Ksenia jest bardzo ładna. Moim zdaniem wcale nie była ładna, była gruba i stale coś żuła.

Oboje z ojcem byli do siebie podobni - grubi, wysocy, o wąskich twarzach i blond włosach.

Tata był częścią szalonego świata i niczym się w tym świecie nie wyróżniał. Za to od cioci Kseni dosłownie biła fantastyka - socjalna oczywiście. Nic bardziej interesującego od jej życia nie mógłbym wymyślić.

Gruba, ładna ciocia Ksenia wyszła za mąż za dowódcę brygady, Woronowa. Dowódca Woronow miał dwóch braci Woronowych, też dowódców brygad. Ksenia urodziła Woronowowi córkę Swietłanę. Wtedy Swietłana było imieniem znaczącym, dzięki niemu dziewczynka jakby przynależała do rodziny Stalina.

W trzydziestym siódmym ciocia Ksenia, nadal ładna i coraz grubsza, przyjechała do domu wczasowego Armii Czerwonej nad Morzem Czarnym, gdzie zobaczył ją i zakochał się do szaleństwa Piotr Sikorski, pilot porucznik. Ponoć był krewnym konstruktora samolotu "Ilia Muromiec" i wynalazcy helikoptera, który uciekł do USA, ale porucznik nie bał się tego pokrewieństwa i nie ukrywał go.

Ciocia Ksenia pokochała odważnego pilota.

Spacerowali pod wielkimi gwiazdami Krymu i rozmawiali o rzeczach wzniosłych. Ale rozstać się z dowódcą brygady ciocia Ksenia nie chciała.

Po powrocie do jednostki młody pilot zaczął się zastanawiać, jak zdobyć ukochaną. Zresztą, być może, jego nazwisko brzmiało nie Sikorski, tylko - powiedzmy - Wasilienko, i nie był pilotem, tylko siedział w zaopatrzeniu.

Pietia pseudo-Sikorski znalazł sposób, by zdobyć serce Julii.

Napisał do odpowiednich organów list powiadamiający, że trzech braci Woronowych przygotowuje spisek za niemieckie pieniądze. I dalej w tym guście. Wszystko zgodnie z regułami tamtych czasów. Braci aresztowano i rozstrzelano, Swietłana została sierotą, a ciocia Ksenia pogrążoną w żalu wdową bez środków do życia. I wtedy przyjechał Pietia Sikorski i pocieszył nieszczęsną kobietę. Nie powiedział, do czego pchnęła go szalona miłość. Powie jej po wojnie.

Miodowy miesiąc małżeństwo Wasilienko spędziło w jednostce, a w roku czterdziestym zawojowało kraje nadbałtyckie.

Wtedy zobaczyłem ich po raz pierwszy.

Gdy Wasilienkowie byli "na koniu i przy zdobyczy", zatrzymywali się u taty, który podówczas porzucił już mnie i mamę, a gdy znaleźli się "pod wozem", mieszkali u nas. Ale to będzie w przyszłości.

Pierwsze moje wrażenie, jeśli chodzi o wujka Pietię: jasne, krótko obcięte włosy i lśniące, skrzypiące buty. Podbój krajów nadbałtyckich bardzo mnie cieszył - Wasilienkowie przywieźli stamtąd mnóstwo cukierków w kolorowych papierkach i ja też dostałem kilka sztuk.

 

Kończę dygresję o cioci Kseni i wujku Pieti, choć powrócę do nich jeszcze nieraz, w przyszłości, by potwierdzić teorię Maksyma Gorkiego (jeśli dobrze pamiętam): "Wszystko, co we mnie złe, zawdzięczam ludziom".

Teraz przyszła pora na wspomnienia o moich rodzicach.

Ojciec białogwardyjski księgowy i matka szlachcianka wisieli niczym kula u nogi młodego Wsiewołoda Nikołajewicza Możejki. Z takim pochodzeniem nie zajdziesz wysoko. Nic więc dziwnego, że mój tata postanowił zostać proletariuszem. W tym celu w wieku piętnastu lat opuścił dom, zatrudnił się jako uczeń w fabryce i przeniósł się z uczelni do zawodówki.

W 1923 roku, mając lat siedemnaście, przybył do Petersburga (to nie błąd w druku - był taki okres za czasów władzy radzieckiej, gdy Piotrogrodowi czasowo przywrócono przedwojenną nazwę). Tata miał już wtedy porządną proletariacką biografię. Wstąpił na uniwersytet na wydział prawa i jednocześnie został działaczem w związku zawodowym.

Broniąc praw robotników, bywał w fabryce amerykańskiego kapitalisty Hammera, gdzie produkowano ołówki i guziki. Tam właśnie poznał młodziutką Maszę Bułyczową, również sierotę z rodziny robotniczej...

Przynajmniej tak myślałem do końca lat pięćdziesiątych.

To znaczy wiedziałem, że mój dziadek po kądzieli mieszkał i pracował w miasteczku Opoczko, zmarł przed rewolucją, a babcia biedowała i zmarła wkrótce po zakończeniu wojny domowej. Mama została sierotą, pracowała w fabryce, grała w tenisa i poszła się uczyć na kierowcę.

I jeśli wiedziałem, że biografia ojca jest fałszywa, albowiem z prawdziwą miałby zamkniętą drogę w naszym wspaniałym, demokratycznym państwie, to mamy o taki spryt nie podejrzewałem.

Okazało się, że los mamy był znacznie bardziej fantastyczny, niż mógłbym przypuszczać.

Gdy ukończyłem studia i rozpocząłem życie człowieka pracy, mama wyjęła ze szkatułki, stojącej zawsze w bieliźniarce, plik starych dokumentów. Było tam około tuzina listów z początku wieku i kilka pożółkłych fotografii.

Jak ona nie bała się trzymać ich w domu przez całe życie, nie mam pojęcia.

Teraz ja je przechowuję. Moja córka Alicja odnosi się do tajemnicy pochodzenia mojej mamy bez wewnętrznego drżenia. Czasy się zmieniły.

Okazało się, że moja babcia nazywała się Maria Iwanowna Becker i była córką kapitana pierwszego stopnia, Iwana Beckera, jak sądzę, zniszczonego Niemca w rosyjskiej służbie.

Maria Iwanowna wyszła za mąż za kupca pierwszej gildii, mieszkającego w Nowogrodzie. Miała z nim dwóch synów.

W jakiś niepojęty dla mnie sposób w pamięci mamy pozostał taki strzęp: w czasie wojny synowie ci uczyli się w nowoczerkaskiej szkole wojskowej.

Ale jak się nazywali, nie wiedziała.

Zapewne Europejczykowi podobne stwierdzenie wyda się dziwne. U nas to niemal norma. Nie mam zdjęć mojego dziadka, mojej babci, nie znam imion swoich kuzynów i kuzynek, nie mam pojęcia, jak żył, gdzie uczył się i co robił mój ojczym, zanim poznał mamę. A życie mojego ojca postrzegam jako oddzielne kadry wycięte z długiego filmu. Miałem wielu krewnych w trzech ostatnich pokoleniach. I nic o nich nie wiem.

Sto lat, odkąd jestem sam - sto lat szczególnej, rosyjskiej samotności.

Znam niewielu Rosjan, którzy mogą zajrzeć w przeszłość swojego rodu głębiej niż do trzeciego pokolenia. Babcię pamiętamy, prowadzała nas do przedszkola, dziadek zginął na froncie albo w łagrze, a dalej - pustka...

Z jakiegoś powodu w domu kupca Tichonowa zapanował chaos. Skończyło się na tym, że w porywie patriotyzmu bądź determinacji babcia wyruszyła do Port Arthur jako siostra miłosierdzia. Była tam wystarczająco długo, by poznać i pokochać pewnego młodego człowieka. Znajomość z nim skończyła się ciążą - miała przyjść na świat moja mama. Wtedy babcia wróciła do Nowogrodu.

Kupiec nie wpuścił Marii Iwanowny do domu - możliwe, że byli już po rozwodzie. Babcia klepała biedę i gdy urodziła moją mamę, jak w nędznym powieścidle porzuciła maleństwo w porodówce i uciekła do Petersburga. To znaczy, nie do końca porzuciła. Czasy jeszcze nie były radzieckie, a babcia, kobieta nieszczęsna i marnotrawna, pochodziła przecież z dobrej rodziny - zostawiła dziecko na wychowanie sanitariuszce w szpitalu. Sanitariuszka za umiarkowaną opłatą opiekowała się takimi dziećmi, póki los nie zdecydował, co zrobić z maluchem.

Z podjęciem decyzji odnośnie małej Marusi los się nie spieszył. Mijał drugi rok życia w rodzinie sanitariuszki, a rodzice adopcyjni nie chcieli się znaleźć. Interesujący się losem małej Marusi nowogrodzcy inteligenci, a w szczególności stare małżeństwo nauczycieli muzyki, szukali godnego zastępstwa dla Marii Iwanowny, która mieszkała w Petersburgu i korespondowała z sanitariuszką. Maria była nieuprzejma, wyliczała wydatki na utrzymanie maleństwa, groziła sanitariuszce i skarżyła się na brak pieniędzy. Mój dziadek, to znaczy ojciec mamy z Port Arthur, z rzadka pisywał do niej listy, w których opowiadał o swoich kłopotach finansowych, obiecywał przysłać jej i dziecku pieniądze na drogę, żeby rodzina mogła się wreszcie połączyć. W ostatnim z zachowanych listów o pieniądzach nie było już mowy.

W końcu do mojej mamy uśmiechnął się los. W Petersburgu znaleziono bezdzietną rodzinę wykładowcy fechtunku w Pierwszym Korpusie Kadetów, pułkownika Bułyczowa. Nauczycielka muzyki pisała im wzruszające listy i słała zdjęcia dziewczynki. W końcu Jelizawieta Gawryłowna Bułyczowa wsiadła do pociągu i przyjechała do Nowogrodu, gdzie na dworcu powitała ją nauczycielka z moją dwuletnią mamą, żeby madame Bułyczowa mogła przekonać się na własne oczy, że dziecko jest ładne, dobrze wychowane i ciche.

Madame Bułyczowa nic nie powiedziała i wróciła do Petersburga.

Ale dwa tygodnie później muzycy otrzymali od niej list, w którym oznajmiła, że dziecko się jej spodobało.

W ten sposób moja mama dostała nazwisko Bułyczowa. Żyła szczęśliwie sześć lat. Swoją mamę widziała tylko - raz, gdy Maria Iwanowna przyszła podpisać jakieś dokumenty związane z adopcją. Mama nie pamięta, o czym była mowa, ale jest pewna, że moja babcia była piękną damą. Dalsze jej ślady giną i nie ma żadnych szans na odnalezienie ich - nie wiem nawet, pod jakim nazwiskiem występowała.

Przekazując mi dokumenty, mama kazała mi dać słowo, że nigdy i nikomu nie powiem o jej prawdziwym pochodzeniu.

Prawdę zna tylko Kira, Alicja oraz moja kuzynka Swietłana.

Kilka lat temu Alicja była w mieście, z którego pochodził dziadek. Poszła do domu wskazanego w liście. Ale mieszkali tam już zupełnie inni ludzie. Wtedy wyruszyła do cerkwi, w nadziei że znajdzie księgi parafialne. I rzeczywiście znalazła zapisek o urodzinach dziadka i notatkę o tym, że jego rodzina opuściła miasto w 1911 roku, nie zostawiwszy nowego adresu.

Ja też tam byłem, dwa lata temu. Nie wiem po co. Jakaś sentymentalna ciekawość. Dom stoi, ma tylko inny numer. Pospacerowałem po tej peryferyjnej dzielnicy, cerkiew była zamknięta, w sąsiednim domu zagadnąłem staruszka - a nuż coś pamięta? Ale staruszek był pijany i podejrzewał mnie o chuligańskie wybryki.

W 1910 roku, gdy mama miała pięć lat, Bułyczow został dowódcą i wyjechał do Opoczki. Trzy lata później przeniesiono go na identyczne stanowisko do Mohylewa.

I na trzy dni przed wyjazdem zmarł na atak ślepej kiszki.

Może to zresztą dobrze, że nie zdążył przyjąć nowego stanowiska. Rozstrzelano by go - i przy okazji mamę - w siedemnastym razem z Duchowinem. Mohylew był złym miejscem, carską kwaterą.

Wdowa Bułyczowa wraz z moją mamą wróciła do Petersburga. Dwa lata później udało się jej umieścić Marusię na koszt państwa w Instytucie Kseninskim dla panien z dobrego domu, jako córkę sztab-oficera. Wynika z tego, że Bułyczowowie żyli niebogato.

Mama spędziła w instytucie dwa lata. Zaczęły się rewolucje. Po drugiej rewolucji, w ramach zwalczania szlacheckich przywilejów, instytut połączono z korpusem kadetów. Całą jesień i zimę przełomu 1917/18 kadeci i panienki z instytutu spędzili razem. Mama wspominała (oczywiście, dopiero po 1957 roku), że młodsze dziewczynki nosiły drwa i wodę, gotowały kaszę, a nawet prały, ponieważ niemal cała obsługa zajmowała się sprawami rewolucji i nie mogła się od nich odrywać w imię niedobitych resztek przeszłości.

Maluchy nosiły wodę i strasznie zazdrościły starszym rocznikom - w zimnych dortuarach płonęły namiętności, powstawały i umierały romanse, kwitły zdrady i tragedie. Wyobraźcie sobie szesnastoletnie dzieciaki, wychowane w klasztornych zasadach zakładów zamkniętych, gdzie istoty płci przeciwnej nie były wpuszczane. I te dzieciaki nagle na kilka miesięcy znalazły się w sąsiednich pokojach i klasach, w pustych korytarzach - bez żadnej kontroli i niemal bez dorosłych wokół. To było królestwo wolnej miłości dziesiątków Romeo i Julii, głodnych i marznących po nocach.

Wiosną osiemnastego roku idyllę przerwano - przestronny budynek instytutu stał się nagle potrzebny jakiemuś rewolucyjnemu urzędowi.

Nie od razu wymyślono, co zrobić z dziewczętami i kadetami. Rozstrzeliwania dzieci jeszcze się wtedy nie nauczono, ale dalsze karmienie pomiotów caratu byłoby niezręczne. Rodzicom zaproponowano zabranie dzieci do domów. Tych była mniejszość - w korpusie i instytucie uczyło się sporo sierot, a rodziców niektórych dzieci niedawno aresztowano lub rozstrzelano.

Kilkaset dzieci postanowiono wysłać do Rostowa. W tym celu wydzielono specjalny skład i suchy prowiant na kilka dni. W towarzystwie plutonu żołnierzy i kilku wiernych swoim obowiązkom wykładowców "dziecięcy pociąg" wyruszył na południe.

I znikł po drodze.

Moja mama, którą macocha zabrała do domu, przychodziła potem do instytutu i dowiedziała się, że żadnych wieści o dzieciach nie ma. Jedni mówili, że zabili je bandyci, inni, że bolszewicy wyrzucili je z pociągu.

Nikt nic nie wiedział na pewno.

Wyobraźcie sobie pociąg. Zakochani chłopcy i dziewczęta, głodne maluchy, wiosenne pola za oknami... nagle ktoś wchodzi do pociągu...

Tak straszną historię trudno nawet wymyślić.

Marusia i macocha we dwie biedowały. W dwudziestym pierwszym macocha umarła, a moja mama poszła do szkoły wieczorowej. Zaczęła pracować w fabryce. Zarabiała na staż i "klasową tożsamość". A w wolnym czasie wraz z przyjaciółmi, w przyszłości naszymi słynnymi tenisistami, grała na kortach jako partnerka sparringowa. Jak twierdziła, wystarczało jej nie tylko na chleb, ale nawet na ciastka. Nastał NEP.

W 1922 roku spotkali się ślusarz z Taganrogu i robotnica obsługująca tokarkę w fabryce Hammera. A w 1925 roku Wsiewołod i Marusia wzięli ślub.

Mama porzuciła fabrykę, wstąpiła do Instytutu Drogowego i pracowała jednocześnie jako kierowca. Tata kończył uniwersytet i zaczął pracować jako adwokat.

Mama skończyła swój instytut, a tata, jako młody partyjniak z przeszłością sierocą bez zarzutu, został przewodniczącym Leningradzkiego Kolegium Adwokatów. Miał wtedy dwadzieścia dwa lata.

Liczni adwokaci nepowskiego Leningradu należeli do carskiej przeszłości - byli to ludzie niemłodzi, ale z ambicjami. I wątpliwy proletariusz w osobie mojego ojca im się nie podobał.

Prawdziwa powieść.

Nie fantastyczna, ale społeczna, może nawet historyczna. Innymi słowy - urodziłem się w rodzinie kłamców.

Zdemaskowanie było tuż-tuż.

Ale na razie moja mama po otrzymaniu dyplomu inżyniera mechanika postanowiła zrobić karierę i odpowiedziała na wezwanie partii - by zasilić młodymi, wykształconymi proletariuszami i proletariuszkami wyższe kadry Armii Czerwonej. Wstąpiła do Wojskowej Akademii Obrony Chemicznej imienia towarzysza Woroszyłowa i ukończyła ją wiosną 1933 roku, otrzymując tytuł inżyniera wojskowego trzeciego stopnia.

W akademii mamy nie zdemaskowano i mianowano ją komendantem twierdzy w Szlisselburgu.

Przyznacie sami - mama komendant Twierdzy Szlisselburskiej jest ważnym atutem przyszłego fantasty.

Niemniej muszę z żalem wyznać, że ani Wiery Figner, ani Morozowa, ani ofiar bolszewickiego terroru w Szlisselburgu wówczas nie było - twierdza była składem pocisków, a moja mama chemikiem wojskowym.

Wszystkie dokumenty i większość fotografii z tamtego okresu mama zniszczyła. Żaden z jej wykładowców, dowódców czy po prostu starszych towarzyszy nie przeżył. Przechowywanie w domu ich podpisów czy zdjęć było niebezpieczne.

A gdzie był ojciec?

Ojciec w tym czasie opuścił już Leningrad. Dlaczego? Pod koniec lat dwudziestych adwokackie wilki, będące w stałym konflikcie z partyjnym przewodniczącym, zaczęły kopać pod nim dołki i szukać kompromitujących materiałów. Jako że mieli odpowiednie powiązania i umiejętności, udało im się wreszcie wykopać dziadka - tak zwanego Mikołaja n.

A po wykopaniu ukuli wspaniałą partyjną sprawę. Mojego tatę zwolniono z pracy z surową naganą "za ukrywanie biało - gwardyjskiej przeszłości ojca".

Nieźle wymyślone, prawda? Przecież nie zniszczysz nielubianego przewodniczącego, oznajmiając, że jego tata jest imperatorem Wszechrosji. A tak - wszystko w porządku. Albowiem każdy rosyjski imperator był białogwardzistą.

Tata uznał za stosowne zbiec na prowincję.

W Saratowie, w prokuraturze, pracował kolega ojca z uniwersytetu. Przyhołubił upadłego anioła partyjnego, zrobił z niego kancelistę.

I co się dzieje?

Ojciec znowu zaczyna robić karierę.

Wokół leciały głowy. Nastała kolektywizacja, industrializacja i czystki. A tata to absolwent uniwersytetu i swój chłop.

Ktoś w końcu musiał pracować, prawda?

W 1932 roku tata został prokuratorem miasta Saratowa, a w 1933 głównym prokuratorem Kraju Środkowo-Wołżańskiego. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia siedem lat. Ale był partyjniakiem i proletariuszem.

W tym samym roku zaczęła się kolejna likwidacja partyjniaków i proletariuszy na głodującym Powołżu.

Jakiś ptaszek szepnął tacie, że rano go wezmą. Tata nie wrócił do domu, wsiadł do pociągu i znalazł się w Moskwie. Nie wiem, gdzie mieszkał, ale wiem, że przyjeżdżała do niego pani komendant Twierdzy Szlisselburskiej, Maria Bułyczowa. Zostałem poczęty zimą, a jesienią w 1934 roku przyszedłem na świat. Do tego czasu mama przeszła do rezerwy, ponieważ drzwi w Szlisselburgu były za wąskie na jej duży brzuch. Tata został konsultantem prawniczym w jakiejś spółdzielni pracy i zaczął kolejną partyjną karierę. Nie miał nawet trzydziestu lat.

Przypadki i reguły, które chciały zniszczyć moich rodziców, spiętrzały się z takim uporem, że szczelina prawdopodobieństwa, przez którą zdołałem przecisnąć się na ten świat w październiku 1934 roku, praktycznie nie istniała. Zresztą mama i tata niezbyt się tym kłopotali.

Mieliśmy pokój na Czystych Prudach, w Zaułku Bankowskim. Tu właśnie przywieziono mnie ze szpitala imienia Grauermana.

W tym czasie wszyscy szanowani mieszkańcy Moskwy rodzili się w szpitalu imienia Grauermana na placu Arbackim.

Jeszcze niedawno przez wąskie okna drugiego piętra świeżo upieczone mamy krzyczały do swoich mężów stojących na szerokim chodniku. Teraz w tym szpitalu siedzi jakaś struktura finansowa i nikt się tam nie rodzi.

Potem kupiono mi czerwoną kołderkę. Bardzo się przydała.

Na początku grudnia 1934 miał miejsce mój debiut w życiu światowym. Zawinięto mnie w ową kołderkę i zaniesiono na Miasnicką.

Przez Miasnicką szła procesja pogrzebowa. Żegnano niewinnie zabitego wodza Siergieja Mironowicza Kirowa. Mama podniosła mnie wyżej, żebym mógł dojrzeć wąsatego wujaszka Stalina, który, pogrążony w smutku, szedł za trumną.

W 1939 roku tata został głównym sędzią Ludowego Komisariatu Przemysłu Ciężkiego, potem zastępcą Głównego Sędziego Związku Radzieckiego, a kilka miesięcy później wystosował groźny list do Malenkowa (zachowałem go na pamiątkę ojcowskiej pomysłowości). Ojciec oznajmiał w nim", że ZSRR już od pół roku pozostaje bez Głównego Sędziego, i prosił, by jak najszybciej wyznaczyć kogoś na to miejsce, albowiem nie sposób dłużej pracować bez kierownictwa. Nalegał przy tym stanowczo, by jego kandydatury absolutnie nie brać pod uwagę, jako że jest absolutnie niegodzien tak wysokiego stanowiska.

Miesiąc później Malenkow podpisał ustawę o mianowaniu taty Głównym Sędzią ZSRR. Tata na długo zapanował w domu naprzeciwko GUM-u, co ma spore znaczenie dla dalszej opowieści.

Tymczasem w naszej rodzinie też zaszły zmiany. Tata został moskiewskim lwem salonowym, pokochał wyścigi, aktorki i tenis, a mama pracowała w cywilu, jako chemik w Instytucie Medycyny Eksperymentalnej. Tata zainteresował się początkującą aktorką Galiną Turżańską, która porzuciła kino, i się z nią ożenił. Mama została ze mną sama, ale nie rozpaczała. Rok później poznała cudownego człowieka - Jakowa Isaakowicza Bokinika z Odessy (dokładna kopia Ilji Ilfa*), doktora nauk, utalentowanego uczonego. Jaków ożenił się z mamą i zaprzyjaźnił ze mną, urodziła się moja siostra Natasza. Potem zaczęła się wojna i wujek Jasza pierwszego dnia poszedł na ochotnika jako szeregowiec. Przeżył całą wojnę i zginął ósmego maja 1945 roku, gdy czekaliśmy już na niego w domu. Do tego czasu został dowódcą chemicznej służby armii. Ponieważ na swoje nieszczęście znał wszystkie europejskie języki i jeździł przesłuchiwać jeńców z rzadkimi językami, ósmego maja w kurlandzkim kotle pojechał przesłuchiwać hiszpańskiego generała...

Leżałem wtedy na kanapie i czytałem "Czapajewa".

Nie skończyłem tej książki i nie skończę nigdy. Pamiętam, jak do drzwi zadzwonił listonosz. Zdziwiłem się, godzina była nietypowa, przestałem czytać, leżałem i przysłuchiwałem się rozmowie na korytarzu. . W pewnym momencie mama zaczęła krzyczeć.

Krzyczała tak, że od razu wszystko zrozumiałem, rzuciłem książkę i wybiegłem na korytarz. Wyrwałem mamie zawiadomienie o śmierci i zacząłem drzeć na kawałeczki, jakby mogło to coś zmienić.

 

Szkolne kartki

Dokładnie pamiętam okoliczności powstania pierwszego w moim życiu utworu literackiego. Był to poemat.

Niektórzy wielcy poeci piszą pierwsze linijki, ponieważ zakochują się w swojej rówieśnicy albo jej cioci. Mnie do twórczości popchnęły chore migdałki.

Gdy skończyłem trzynaście lat, w celu uniknięcia częstych angin, źle wpływających na serce, lekarze zalecili mi wyciąć migdałki. To była najprawdziwsza operacja. Leżałem na oddziale chirurgii, sam jeden w sali i czekałem na ranek i na śmierć pod nożem chirurga. Śmiejcie się, śmiejcie. Mnie wcale nie było do śmiechu.

Nie mogłem zasnąć. I nagle, w środku nocy uświadomiłem sobie, że jest sposób, by uratować się przed zapomnieniem. Trzeba stworzyć coś genialnego.

W efekcie powstała krótka, niedokończona (w końcu jednak zasnąłem!) bajka, rozmiarem i stosunkiem do bohaterów bardzo przypominająca "Rusłana i Ludmiłę". Tylko gorzej napisana.

Nic więcej o tym poemacie powiedzieć nie mogę.

Pamiętam, jak pisałem, pamiętam, jak się bałem, ale o czym pisałem - nie pamiętam.

Migdałki mi wycięli - to było ohydne i bolesne. Czekałem, że po operacji będą mnie karmić wyłącznie lodami (legenda żyjąca wśród moich kolegów), ale dostawałem kaszę i bulion.

Wtedy poprosiłem, żeby mama przyniosła mi papier i ołówek. I postanowiłem zostać malarzem. Siedziałem przy oknie i rysowałem wszystko, co widziałem.

Od tamtej pory po dziś dzień marzę o tym, żeby zostać malarzem. Jestem pewien, że byłby ze mnie całkiem znośny malarz i byłbym szczęśliwy. Ale los uśmiechnął się do mnie na ułamek sekundy i odwrócił wzrok.

Po wyjściu ze szpitala poprosiłem mamę, żeby posłała mnie do szkoły rysunku. Mama po zastanowieniu zgodziła się ze mną. Była przekonana, że inteligentne dzieci powinny mieć dodatkowe zajęcia po szkole. I dlatego kupiła nam fortepian, który zajął dokładnie połowę pokoju, my gnieździliśmy się wokół niego. Trzy razy w tygodniu przychodziła do nas przemiła babcia i graliśmy gamy. Nie wyszedłem poza gamę chromatyczną. Co ranka budziłem się z nadzieją, że miła babcia wpadnie pod tramwaj. Rok później babcia, mimo że bardzo potrzebowała pieniędzy, powiedziała, że nie ma sensu tak się poświęcać materialnie i uczyć mnie tego, do czego nie mam predyspozycji.

Za to do szkoły rysunków przy metrze Park Kultury chodziłem z radością. Uwielbiałem nawet zapachy tej szkoły. Uczyłem się w niej cały rok, skończyłem pierwszą klasę, a potem mama zdobyła dla mnie skierowanie do Kisłowodska do sanatorium dla dzieci chorych na serce.

Skierowanie było na wrzesień. Karmili nas tam słoniną i gotowanymi burakami - dreszcz mnie przeszywa na samo wspomnienie. Za to można było kąpać się w wannach z łaskoczącą wodą mineralną, a wieczorami uczyli nas tańców balowych. Tańczyłem pas-de-grasse i pas-de-patiner ze Swietą Asmołową i zakochałem się niej. W kinie pocałowałem ją w policzek, a ona się na mnie nie obraziła. Na tym romans się zakończył. My, dzieci z sanatorium, weszliśmy w konflikt z dzieciakami z domu dziecka. Przyszli, żeby dać nam łupnia, a my wyciągnęliśmy żelazne pręty, którymi na schodach był przyciśnięty dywan. Przeciwko ich pałkom i pewności siebie pojawiła się broń nowego pokolenia. Wychowankowie domu dziecka odeszli.

Remis, zero do zera.

No i w efekcie spóźniłem się miesiąc na rozpoczęcie zajęć w szkole rysunku i już nie odważyłem się tam pójść. Nie wiem, czego się bałem - może tego, że będą się śmiać, a może, że będą krzyczeć.

Prosiłem mamę, żeby zaprowadziła mnie do szkoły.

Mama roześmiała się i tym śmiechem, sama nie zdając sobie z tego sprawy, złamała mi życie.

Wyśmiała się i powiedziała:

- Niedługo skończysz czternaście lat i chcesz, żebym cię prowadziła za rączkę do szkoły? Jeśli naprawdę pragniesz zostać malarzem i masz talent, to pójdziesz sam i poprosisz, żeby przyjęli cię z powrotem.

Mama znała mnie dobrze, a jednak niewystarczająco.

Jestem człowiekiem o słabej woli, niezdecydowanym i z tego powodu bywam bardzo uparty. To zapewne kompensacja niedostatków charakteru. Absolutnie nie umiem mówić "nie", ale jeśli czegoś naprawdę nie chcę, to nikt nic na to nie poradzi. Dlatego czasem jestem dla samego siebie najstraszniejszym wrogiem. Jak w przypadku tej szkoły rysunków. No i dobrze! - powiedziałem sobie. Nie chcesz, żeby twój syn został malarzem, to na złość tobie malarzem nie zostanę!

Czujecie żelazną logikę silnej natury?

Oto ja.

Oczywiście do głowy mi nie przyszło, że mama jest śmiertelnie zmęczona, że dopiero wróciła z pracy, wystała się w kilometrowych kolejkach, zaraz da nam kolację i weźmie się za pranie. A w nocy będzie farbować chusteczki... Nie miała nawet czterdziestu pięciu lat, jeszcze całe życie i miłość przed sobą, a zdążała najwyżej przespać się pięć godzin i mknęła karmić swoje pisklęta. Dwoje dzieci i oboje bez ojca.

A co ja i Nataszka z tego rozumieliśmy? Rośliśmy i żądaliśmy: jeszcze!

Dopiero teraz jest mi wstyd, a przecież nie da się przekazać tego doświadczenia następnemu pokoleniu. Mama na starość chorowała, miała problemy z chodzeniem, potem złamała szyjkę kości biodrowej i męczyło ją, że z gospodyni domu otwartego dla przyjaciół i znajomych przemieniła się w staruszkę mieszkającą w domu niezbyt lubianego zięcia. Nie chciała się przeprowadzać, ale sytuacja była bez wyjścia. Mama nie mogła chodzić, nie mogła zostać bez opieki, a my byśmy ją najwyżej odwiedzali, żadne z nas nie mogło zamieszkać u niej na stałe. Nataszka zabrała mamę do siebie.

A ja ciągle się spieszyłem. Przyjeżdżałem ze dwa razy w miesiącu, wychodziłem z mamą na spacer, załatwiałem jej raz i drugi miejsce w domu wczasowym. Mnie czas mknął, mamie się dłużył. Zawsze na mnie czekała. I oczywiście, kochała mnie znacznie bardziej niż Nataszkę i swoją wnuczkę Julkę, nie mówiąc już o mężu Nataszki, Wołodii. Przecież oni byli pod bokiem - a to zupy nie podgrzeją, a to łazienkę zajmą nie w porę. A ja przybiegałem z bukiecikiem kwiatów i torcikiem. Spoglądałem na zegarek, siadałem obok łóżka i tak naprawdę nie obchodziły mnie mamine kłótnie z Julka czy zawartość czasopisma "Nowyj mir". Cmokałem mamę w policzek i pędziłem dalej. W poczuciu spełnionego obowiązku.

Mama umarła. Julka po skończeniu aspirantury na wydziale fizyki Uniwersytetu Moskiewskiego pojechała na staż do Niemiec, gdzie wyszła szczęśliwie za mąż. Kiedyś zadzwoniła do mnie i - co się zdarza - nie wytrzymała, wygarnęła mi wszystko. Nie pamiętam dokładnie słów, ale sens był taki: "Dobrze było być ukochanym syneczkiem Igoreczkiem! Wspaniale się urządziłeś, nie ma co! A wynoszenie nocników, mycie jej w wannie, takiej ciężkiej i nieruchomej, wysłuchiwanie jej kaprysów i przesiadywanie po nocach, gdy chorowała, to wszystko zostało dla mnie i mamy! Do tej pory cię za to nienawidzę!".

Jak ja się wtedy obraziłem!

Ponieważ wiedziałem, że Julka ma absolutną rację.

Bóg dał mi wspaniałą, niezwykłą matkę, której zawdzięczam wszystko. A ja traktowałem ją jak coś stałego, wiecznego. Dlaczego miałem jej być wdzięczny? To przecież matczyny obowiązek. Przyjmowałem jej miłość jak coś oczywistego...

W czasie wojny i zaraz po mama brała pracę do domu - farbowała jedwabne chusteczki albo kolorowała diapozytywy na tematy higieniczne, które potem wisiały w korytarzach przychodni rejonowych.

Tata trochę nam pomagał.

Właśnie z jego pomocą związana jest jedyna w moim życiu utrata przytomności.

W czasie wojny ojciec wydzielał nam część swojej kartki żywnościowej B.

Kraj wypracował skomplikowany system przywilejów i ulg, które istniały do początku lat dziewięćdziesiątych. A ponieważ tata znajdował się na bardzo wysokim szczeblu drabiny społecznej, zostawały mu pewne zbędne produkty.

Sklep spożywczy, w którym zaopatrywali się wielmoże drugiego gatunku, mieścił się na placu Dzierżyńskiego, na początku ulicy 25 Października, obok metra. Stoi tam do dziś, nawet stiuki na suficie pozostały takie same. Niewiele się zmieniło.

Mama kupowała w tym sklepie smalec i cukier - artykuły bardzo potrzebne. Kiedyś wzięła mnie ze sobą. Gdy ona stała w niewielkiej, uprzejmej kolejce żon odpowiedzialnych towarzyszy, którym nie powinno z powodu jakiejś tam wojny niczego zabraknąć, ja wędrowałem od wystawy do wystawy. Patrzyłem na kiełbasy i sery z pewną zawiścią, lecz jasno rozumiejąc, że nie zasłużyłem na nie. Ale przed wystawą z tortami i ciastami straciłem duchową równowagę.

W roku czterdziestym trzecim, na placu imienia człowieka troszczącego się o dzieci ulicy, które on sam wraz ze współbojownikami uczynił sierotami, w sklepie ze starannie zasłoniętymi oknami była cała wystawa tortów, ciast i wyrobów czekoladowych.

Czemu w żadnej antyutopii nie znalazło się miejsce dla takiego kadru?... Czytelnik by nie uwierzył?

Miałem przyjaciela, numizmatyka, którego żona pracowała w KC KPZR jako sekretarka. Bardzo mili ludzie, w czasie niektórych świąt dzielili się z nami zamówieniem. Działo się to w latach osiemdziesiątych, gdy z artykułami spożywczymi było tak źle, że czasem po pracy sterczało się kilka godzin w kolejce po wątpliwą kiełbasę. Zamówienia cukiernicze - tort, ciasto berlińskie, migdałowe i jakieś porządne czekoladowe cukierki - odbierało się w budynku KC, w ich stołówce.

Kira nie chciała tam chodzić, czując wrogość do tej KC-publiki, ale ja chodziłem. Człowiek miał ochotę na coś słodkiego. I zawsze czułem lęk. Byłem tam jedynym brodatym odbiorcą dóbr. Bałem się, że mnie zdemaskują i wyprowadzą z tej błyszczącej, piętrowej stołówki.

Ale jakoś się udawało.

Z zamówieniem kiełbasowo-serowo-mięsnym było prościej. Wydawano je w GUM-ie, na lewo od wejścia. Przy drzwiach stał bardzo uprzejmy milicjant, a sprzedawczynie w wykrochmalonych fartuchach biegały pomiędzy półkami, wyciągając ładnie zapakowane paczki.

Sześćdziesiąt lat przeżyłem w antyutopii, tak nudnej, realistycznej i nużącej, że nikt nie miał ochoty jej opisać.

A przecież to wszystko zaczęło się od list zaopatrzenia w artykuły spożywcze towarzyszy żyjących na Krymie w 1918 roku. I od zdjęcia "Wręczenie ciastka - nagrody przodownikom na budowie kanału Białomorsko-Bałtyckiego" w specjalnej eleganckiej książce poświęconej tej budowie, napisanej przez cały sztab radzieckich pisarzy, z Katajewem i Zoszczenką na czele.

...W sklepie wszystko się dobrze skończyło, przyniesiono mi szklankę wody. W drodze powrotnej mama przez cały czas powtarzała, jak strasznie się bała, czy te damy nie pomyślą sobie, że chłopiec zemdlał z głodu. A przecież to nieprawda! Jej dzieci nigdy nie głodowały!

Oczywiście. Ani ja, ani Nataszka nie głodowaliśmy. Ale zdarzało się, że głodowała mama i na długo zachowała nawyki czasów głodu. Kiedyś, jak już żyliśmy normalnie, mama kupiła pomarańcze i Nataszka spytała: "A ty czemu nie jesz?". Na co mama: "Przecież wiecie, że nie lubię pomarańczy".

I tak już zostało - mama nie lubi pomarańczy.

A ja nawet w czasach największego głodu nie mogłem jeść sufletu. Trudno wyjaśnić, co to właściwie było - coś w rodzaju słodzonego mleka sojowego. Nie cierpiałem też masła kokosowego, które czasem dawali na kartki. Za to nie znałem nic wspanialszego od amerykańskiej kiełbasy konserwowanej.

No a w szkole dawali rogaliki z powidłami. I herbatę.

Innym było trudniej. Ale jeść chciało się zawsze.

Jak już mówiłem, mój tata był radzieckim wielmożą czasów wojny, który znał smak życia, jeździł na wyścigi i do restauracji, utrzymywał stosunki z magnatami szarej strefy, którzy już wtedy istnieli. Pamiętam jednego z nich. Jego sklep deficytowych towarów sportowych mieścił się dokładnie pod biurem taty - na ulicy 25 Października. Jeśli się nie mylę, nazwisko tego radosnego grubasa brzmiało Maas.

W tym powojennym okresie bogaci byli również ciocia Ksenia i wujek Pietia.

 

Kiedyś zatrzymali się w nowym mieszkaniu ojca na ulicy Worowskiego.

Tata wezwał mnie do siebie. Wszedłem po eleganckich schodach, a drzwi otworzył mój młodszy brat Siergiej, któremu błyszczały oczy od zdumiewającego widowiska.

Zaprowadził mnie do kuchni.

Kuchnia była wąska i długa, chyba na osiem metrów.

W jednym końcu kuchni stał wujek Pietia w wojskowych bryczesach, podkoszulku i lśniących butach. Mam wrażenie, że nigdy tych butów nie zdejmował.

W drugim końcu stała ciocia Ksenia.

Każde z nich miało pod ręką skrzynkę.

Wyjmowali z niej filiżanki, talerze i rzucali w siebie. Podłoga była usłana różnokolorowymi odłamkami.

Jak rozumiem, przywieźli te naczynia z krajów nadbałtyckich, które udało im się wyzwolić po raz drugi w ciągu pięciu lat.

Wkrótce potem wujek Pietia pojechał służyć w Polsce, a ciocia Ksenia z dziećmi została w Kałudze, gdzie pracowała w sieci zbiorowego żywienia, żeby móc jeść ciastka.

To był dopiero początek tej niewiarygodnej historii.

Gdybym nie został fantastą, po tym jak ją poznałem, nie byłbym godzien żyć w Kraju Rad.

Wujek Pietia w randze pułkownika i z tytułem specjalisty od aprowizacji wybył do Warszawy. Żyło mu się tam dobrze, stanowisko na to pozwalało. Głodne polskie kobiety były przychylnie usposobione do pułkownika Sikorskiego, pochodzącego z porządnej polskiej rodziny.

Zakochał się w pięknej pani Ożydowskiej, zrujnowanej przez wojnę młodej wdowie po prezesie banku. Pokochał ją namiętnie i wszystkie nielegalne dochody rzucał do jej stóp, obiecywał, że się z nią ożeni, i kompletnie zapomniał o cioci Kseni i potomkach. A ciocia Ksenia, która od dawna nie otrzymywała wieści z Polski, wyczuła śmiertelne zagrożenie i zaczęła prosić, by pozwolono jej jechać do męża. Nikt nie chciał jej puścić, ale szła jak czołg, przebiła się do starosty narodowego, dziadka Kalinina, wdarła się do jego gabinetu z pięciorgiem czy sześciorgiem dzieci i padła mu do nóg! Staruszek nie wytrzymał presji.

Cioci wydzielono przedział w pociągu pasażerskim i ona, niczym grad, spadła na głowę zakochanego Pietii.

Co miał człowiek zrobić, skoro dowództwo zostało poinformowane?

Wujek Pietia udał, że pogodził się z losem, a w tajemnicy uciekał pod wagonami, żeby Ksenia straciła trop, wsiadał do pociągu podmiejskiego i gnał do pani Ożydowskiej.

Ciocia Ksenia nie wytrzymała. Wyśledziła go pod wagonami i napisała, gdzie trzeba.

Wujka Pietię, rozeźlonego na żonę, odesłano z Polski do Lwowa. Tam osiadł na rok czy dwa.

Ale miłość nie wygasła.

W czterdziestym dziewiątym roku trzecia kariera taty zakończyła się katastrofą.

Trwała walka z syjonizmem.

Wszyscy zastępcy taty i większość sędziów byli Żydami.

Przeprowadzono rewizję w biurze, którego okna wychodziły na Mauzoleum Lenina. W piwnicy, jak opowiadał potem jeden z przyjaciół ojca, którzy wtedy ucierpieli, znaleziono "dyżurną" łopatę. Tą łopatą sędziowie Żydzi robili podkop pod Kreml, żeby zabić towarzysza Stalina. Wcześniej łopaty używali trockiści i zinowjewowcy.

Wszystkich spiskowców aresztowano, ojca zaś zwolniono z pracy i tymczasowo usunięto z partii za utratę czujności.

A mój tata zaczął wykładać "prawo i państwo". Pod koniec życia nawet obronił w końcu doktorat i wezwał mnie, żebym powitał na dworcu oponentów, którzy przyjechali do niego z innych miast (miało to związek z kolejnymi intrygami w świecie prawników). Ja niosłem ich walizki, a ojciec mówił: "To mój syn Igor, kandydat nauk".

Zacząłem już wtedy pisać fantastykę, ale ten rodzaj literatury nie mieścił się w wyobraźni taty. Ojciec nigdy się nie domyślił, że jestem prawie prawdziwym pisarzem.

Tata był wysokim, potężnym mężczyzną przy tuszy i mówił głębokim basem, którego nie odziedziczyłem. Lubił śpiewać w czasie biesiad. Wstawał i śpiewał basem: "Jakby mi tu zdobyć cześć i na Putywlu kniaziem siąść". Zawsze miał młode kochanki, chociaż ostatnie lata przeżył w biedzie. W jego mieszkaniu były kosztowne i ekskluzywne przedmioty, odbiornik Telefunken, eleganckie meble i ubrania, ale to wszystko pochodziło sprzed 1949 roku. W przeszłości był tam nawet samochód Horch - potwornie długi, należący uprzednio do jakiegoś hitlerowskiego działacza partyjnego.

Będąc człowiekiem zdrowym, choć grubym, tata umiał i lubił się leczyć. Najpierw w "Kremlówce", potem w zwykłych szpitalach. Pamiętam go ze szpitali. Ciocia Gala, jego żona, też wiecznie chorowała, mój brat Siergiej również, chyba nawet szkoły średniej nie skończył. A gdy tata zachorował po raz ostatni i nie wstawał już z kanapy, akurat zaczęła się wymiana legitymacji partyjnych. Tata wezwał mnie, żebym znalazł fotografa, który zrobiłby mu zdjęcie w domu. Strasznie się bał, że nie wydadzą mu nowej legitymacji i partia odejdzie w świetlaną przyszłość bez niego.

Zawsze się gniewał na mnie za to, że nie chcę wstąpić do partii i nie kocham Lenina. Ale sądził, że z wiekiem się poprawię.

Sam nie był konsekwentny w swoich partyjnych namiętnościach. Kiedyś przyszedłem do niego z wizytą i zobaczyłem nad biurkiem, za plecami ojca wielki portret Stalina. Takiego portretu nie widziałem nigdy wcześniej ani nigdy później. To było bardzo duże zdjęcie: Stalin siedział w swobodnej pozie, odwrócony od biurka i serdecznie uśmiechnięty. Niewymuszona poza, portret do pasa.

- Skąd go masz? - spytałem.

Tata zamyślił się i powiedział jakby bez związku:

- W ostatnim czasie dużo czytam Stalina i zrozumiałem, że on jest znacznie lepszym stylistą niż Włodzimierz Iljicz. Pisze bardziej przystępnie, bardziej bezpośrednio. Rzecz jasna to, co ci właśnie powiedziałem, musi pozostać między nami. Niech ci do głowy nie przyjdzie opowiadać o moich poglądach w szkole.

Zapewne tymi wrażeniami ojciec dzielił się nie tylko ze mną i być może, za każdym razem dodawał prośbę o zachowanie tajemnicy, choć nie sądzę, by akurat ta fronda mogła mu w jakiś sposób zaszkodzić.

Przypomniałem sobie to rytualne zachowanie ojca w anty - utopii, gdy - już w naszych latach - zobaczyłem w gabinecie przewodniczącej komisji do spraw nagród wielkie, kolorowe zdjęcie Jelcyna.

Jelcyn siedzi, zwrócony w stronę widza, na pieńku w lesie. Ma na sobie biały sweter, wygląda swojsko i dobrodusznie.

Rozsądna i mądra przewodnicząca komisji nie chciała oficjalnej fizjonomii, przypominającej zdjęcie legitymacyjne. Gdy zmienił się prezydent, pozostawiła portret Jelcyna za swoimi plecami, u szczytu długiego stołu, obok flagi naszego państwa. Najlepszy dowód, jak bardzo zmieniły się czasy!

Po śmierci taty i śmierci cioci Gali, która zmarła zaraz po ojcu (ciocia przez całe życie znosiła eskapady ojca i cierpliwie czekała na niego w kuchni, bo żyć bez niego nie mogła), przeglądałem papiery ojca w biurku. Znalazłem tam dokument o surowej naganie w Leningradzie, materiały o zdjęciu nagany, ankiety, życiorysy, zaświadczenia i nieskończoną mnogość zaproszeń na plac Czerwony na uroczystości siódmego listopada, na tuszyńskie parady powietrzne, na zjazdy rad i partii. I książkę "Umowa gospodarcza w ZSRR", napisaną na podstawie rozprawy habilitacyjnej, którą ojciec przepisywał cztery razy, ponieważ w tych latach przynajmniej czterokrotnie zmieniło się pojęcie umowy gospodarczej w ZSRR.

 

Ostatnia katastrofa w karierze taty miała wpływ na nasze życie.

Jak już mówiłem, po rozwodzie rodziców jeden pokój w naszym mieszkaniu oddano współpracownikowi ojca, wujkowi Saszy Sokołowowi.

Był to poczciwy pijaczyna, wobec którego mam straszne poczucie winy.

Wujek przechowywał na antresoli kuferek z przedrewolucyjnymi papierami. I ja w tym kuferku grzebałem. Wyciągnąłem dyplomy nadania odznaczeń i stopni jego przodkom. Zachwycałem się nimi, nikomu nie pokazywałem i miałem szczery zamiar odłożyć je na miejsce. Na dyplomach były lakowe pieczęcie zaklejone kwadracikami papieru, tekst był wydrukowany, ale podpisy imperatorów i urzędników wysokiej rangi autentyczne, odręczne - można było dotknąć.

Wujka Saszkę aresztowano w czasie ataku na zastępców ojca. Przespałem tę tragedię. Obudziłem się, a mama mówi (z tym pokazowym spokojem, z jakim wypowiadano podobne zdania w tamtych czasach):

- Igorku, w nocy przyszli po wujka Saszkę.

- Za co?! - krzyknąłem, bo jeszcze wtedy brakowało mi odporności na takie informacje.

- Zapewne - wymyśliła na poczekaniu mama - za jego związki z młodymi ludźmi. Rozumiesz mnie?

- Rozumiem.

- Szczerze mówiąc, zawsze się bałam - mówiła dalej mama. - Wydawało mi się, że on spróbuje cię w to wciągnąć.

O koszyku na antresoli mama nic nie powiedziała czekistom. W końcu miała prawo o nim nie wiedzieć! Ale następnego dnia zadzwoniła do siostry wujka Saszy, która zaraz wywiozła pleciony kosz. Nie zdążyłem odłożyć dyplomów na miejsce, zresztą nie jestem pewien, czy zrobiłbym to, gdybym miał taką możliwość.

Stamtąd się nie wracało.

Ale gdy jakiś czas później sięgnąłem do swojej skrytki, żeby znowu przesunąć palcem po podpisie imperatora Pawła, nic tam nie znalazłem. Mama wszystko wyniosła na śmietnik. Miała doskonale rozwiniętą wyobraźnię.

Jestem kolekcjonerem. Ludzie dzielą się na kolekcjonerów i tych, którzy nic nie zbierają. To cecha genetyczna. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent kolekcjonerów to mężczyźni, kobiety co najwyżej zbierają niezbyt kosztowne przedmioty. Wśród numizmatyków ich nie ma, bo żadna kobieta nie pozwoli sobie na wyrzucenie wielkich pieniędzy za kawałek metalu.

Ja zawsze coś zbierałem. Początkowo znaczki i naklejki z pudełek od zapałek, potem medale, potem ordery, hełmy i czako, epolety i dystynkcje. Z czasem zbieractwo zaczęło ustępować miejsca pisaniu o dystynkcjach czy orderach.

Tamtych dyplomów nie opłakiwałem zbyt długo. Byłem dzieciakiem. Ale teraz żałuję. Bardzo żałuję.

Tragedia Rosji polega na tym, że wszystkie pamiątki - dokumenty, ordery, epolety, dystynkcje, wszystko było konsekwentnie i nieustannie niszczone.

Anglik tego nie rozumie, dla Francuza czy Niemca, którzy też przeżyli ciężkie czasy to nonsens. A w naszym kraju walczono nie tylko z ludźmi, ale również z rzeczami. I jeszcze jak walczono!

Wojna domowa i rewolucja uniosły ze sobą masę cennych rzeczy i dokumentów. A to, co nie zostało zniszczone, wywożono za granicę.

W latach dwudziestych pojawił się Torgsin (sklepy komisyjne), taka Bieriozka* czasów NEP-u. Tam oddawano złote przedmioty (w tym ordery) na przetopienie. Zdający otrzymywał bony.

A rok trzydziesty, trzydziesty siódmy i inne lata? A wojna z faszystami i okupacja połowy europejskiej części kraju? A pragnienie wyprzedania wszystkiego, co się tylko ma, w ostatnich latach? Po order Świętego Andrzeja Pierwszego Powołania* lepiej pojechać do Paryża. Tam kupicie. Tak właśnie robią bogaci kolekcjonerzy.

A rękopisy - jak wiadomo - płoną.

 

Wkrótce po aresztowaniu wujka Saszy jego pokój oddano niewysokiej rangi czekistom - szoferowi Borysowi i jego żonie Katerinie. I zaczęło się dla nas życie w prawdziwej komunałce. Współlokatorzy stale grozili mamie donosami, bo bardzo chcieli zagarnąć całe mieszkanie, ale na nasze szczęście, większy metraż im nie przysługiwał. Nasze mieszkanie przemieniło się w komunałkę gorszego typu - z podziałem palników i krzykami w kuchni. Zresztą wszyscy moi przyjaciele i koledzy z klasy, którzy też mieszkali w komunałkach, twierdzili, że nasz wariant jeszcze nie jest taki zły.

Mieszkaliśmy w domu numer 21 na ulicy Siwcew Wrażek, w mieszkaniu numer 21, które znajdowało się na wysokim parterze, co oznaczało, że okna zaczynały się dwa metry nad ziemią. Z nastaniem wiosny aż do późnej jesieni okno w pokoju było otwarte - wychodzono i wchodzono tylko przez nie, stół zaś przez cały dzień był rozstawiony - wygodniej grało się w ping-ponga. Nataszka, rocznik 1939, zawsze była z nami, kochali się w niej (z poprawką na różnicę wieku) chłopaki z naszej męskiej szkoły, a potem jej szkoła (numer 70, na Gagarińskim) stała się jakby partnerem naszej szkoły. I my przyjaźniliśmy się z tamtejszymi dziewczętami. Powiem szczerze, że rozdzielenie dziewcząt i chłopców było jednym z głupszych pomysłów towarzysza Stalina. Zapewne wódz wspominał z udręką własne seminarium, gdzie przyjmowano, jak wiadomo, wyłącznie chłopców i ubierano ich w mundurki, tak samo jak nas.

W dziewiątej i dziesiątej klasie ja, duchowy spadkobierca Wołogdina, nie miałem wątpliwości, że wstąpię do Instytutu Geologicznego i zostanę paleontologiem. W naszej klasie uczył się Wołodia Rusinow, jego ojciec był geologiem i zabierał mnie i Wołodię na niewielkie wyprawy po skamienieliny. Nie wiedzieć czemu, szczególnie zapamiętałem wycieczkę na brzegi Pachry. Wysiedliśmy w Górkach i przez cały dzień szliśmy brzegiem rzeki, gdzie trafialiśmy na głębokie jaskinie.

 

Kilka lat później los znowu rzucił kości - tym razem same szóstki - i zobaczyłem najprawdziwszego Aleksandra Kazancewa.

Miałem piętnaście lat. Ósma klasa.

Trafiłem wtedy do górskiego obozu sportowego w Osetii, w Wąwozie Cejskim, o którym już wspominałem. To był cudowny miesiąc - wchodziliśmy na Adaj-hoh, byliśmy w pogańskiej kaplicy Osetyńczyków wędrowaliśmy po górskim lesie, w którym pomiędzy kamieniami połyskiwały niemal czarne liście rododendronów. My, moskwianie i Osetyńczycy, żyliśmy w wielkiej przyjaźni. A potem zbuntowaliśmy się w obronie sprawiedliwości. Przed nocą wyruszyliśmy z obozu do lasu. Dziewczyny zostały - w lesie było zimno, około zera, a my wytrzymaliśmy i odnieśliśmy moralne zwycięstwo nad kierownictwem obozu. Ja miałem ze sobą bochenek chleba zamiast poduszki. Nigdy potem nie było mi już tak zimno.

Właśnie na tym obozie nauczyłem się palić. Człowiek z papierosem mógł uważać się za niemal prawdziwego mężczyznę.

Od tamtej pory paliłem przez czterdzieści lat i nie miałem zamiaru rzucić, chociaż na starość dorobiłem się chronicznego bronchitu i zupełnie straciłem węch. Dwie paczki primy dziennie było normą.

Przeszedłem zawał i lekarz powiedział: "Może pan palić dalej, ale gwarantuję, że za rok spotkamy się znowu". Stchórzyłem. Nie tyle głową, ile wnętrznościami.

Wyszedłem ze szpitala i nie czułem już ochoty na papierosa.

A zacząłem palić w Wąwozie Cejskim na Kaukazie.

Tam poznałem Olega Kazancewa. Oleg nie chwalił się swoim ojcem i o tym, że jest synem pisarza, dowiedziałem się tej zimnej nocy, gdy drżeliśmy, opierając się karkami o czerstwe bochenki.

Po powrocie do Moskwy byłem raz u Olega.

Teraz mi się wydaje, że widziałem samego Kazancewa i że był podobny do swoich portretów. Ale może Kazancewa w ogóle nie było w domu i tylko mi się zdaje, że go widziałem, a on mnie błogosławił? Co byłoby już zupełnie nieprawdopodobne, ponieważ wtedy nie miałem pojęcia o swojej literackiej przyszłości i całkowitym odrzuceniu Kazancewa jako zjawiska radzieckiej utopii.

 

Wróćmy po raz ostatni do wujka Pietii.

We Lwowie wujek urządził się całkiem nieźle - ni mniej, ni więcej tylko jako naczelnik więzienia. Ciocia Ksenia dobrze go karmiła i sama też nieźle się odżywiała. Urodziło im się jeszcze jedno, a może nawet dwoje dzieci.

Wujek Pietia utrzymywał dobre oficjalne stosunki z kolegami z organów, co było nie bez znaczenia, ponieważ w tamtych dniach było się we Lwowie czym pożywić. Polscy okupanci uciekli, porzucając domy, kosztowne przedmioty i tajemnice.

Wujek Pietia nie znosił swojej pasierbicy Swietłany, ponieważ była córką wroga narodu, Woronowa. Zabraniał jej chodzić do szkoły i żeby nie złamała zakazu, zabierał jej buty. Swietłana chodziła do szkoły boso. Wstrząśnięci nauczyciele przysłali delegację. Wujek Pietia, cały w orderach, skrzypiąc błyszczącymi butami, powitał delegację na schodach. Wysłuchał nauczycieli i powiedział:

- Kroki zostaną podjęte, winni będą ukarani.

Pobił Swietłanę, tak żeby nie było śladów, ale buty oddał. Więcej nawet! Po jakimś czasie powiedział jej:

- Z tobą przynajmniej można porozmawiać, ale twoja matka nadaje się wyłącznie do łóżka i poza nim nie może być interesująca dla inteligencji.

I zaprowadził Swietłanę do pewnego tajemnego miejsca. Tajemne miejsce było willą zarekwirowaną sługusowi polskich imperialistów. Jakimś cudem wujkowi udało się ją chapnąć.

Swietłana zapamiętała długą amfiladę pokoi z wysokimi sufitami. Pokoje były zastawione meblami ściągniętymi z innych bogatych domów.

- To dom pani Ożydowskiej - oznajmił wujek Pietia. - Kocham ją. Gdy już pokonamy wszystkie przeciwności, pobierzemy się. W tym celu będę musiał przejść na katolicyzm.

W każdym pokoju na widocznym miejscu wisiał portret pani Ożydowskiej. Metr na dwa, w złoconej ramie... powiększony z legitymacyjnego zdjęcia.

Przygotowania do wspólnego szczęścia zakończyły się tragicznie.

Stęskniony za panią Ożydowską wujek Pietia zdecydował się popełnić przestępstwo, choć oczywiście, sam tego za przestępstwo nie uważał.

Dogadał się z pilotami samolotu transportowego, którzy wozili kontrabandę do Polski i z powrotem, żeby zawieźli go do pani Ożydowskiej.

Piloci się zgodzili. Może nawet bezinteresownie, w końcu naczelnik więzienia był dość ważną postacią w powojennym Lwowie.

Polecieli.

I zgodnie z prawem podłości, właśnie tego dnia zmieniło się zwierzchnictwo. Samolot został zmuszony do lądowania, wyciągnięto z niego grupę przestępców. Wszyscy dostali wysokie wyroki. Nic dziwnego - kolektywna zdrada ojczyzny i porwanie supertajnego samolotu. Generalnie groziło im rozstrzelanie i gdyby wujek Pietia nie był naczelnikiem więzienia, źle by z nim było.

Ale wszyscy rozumieli, że człowiekowi zwyczajnie powinęła się noga, nic więcej. Porządny gość, swojak, tyle wódki razem wypili!

O ile wiem, w więzieniu wujek Pietia miał się dobrze.

Nie odesłali go nawet do żadnego odległego łagru. Dawni przyjaciele nie pozwolili skrzywdzić porządnego człowieka.

A ciocia Ksenia i jej dzieci żyły w biedzie. Wujek Pietia nie kochał jej i nie dbał o nią.

Ciocia Ksenia przebijała się w sieci żywienia zbiorowego.

Dzieci rosły, Swietłana bez żadnych przeszkód chodziła do szkoły i nawet zdobyła średnie wykształcenie, na co, jako córka wroga narodu, nie zasłużyła. Jej moskiewski wujek Wsiewołod, który nie był bynajmniej zadowolony z istnienia wujka Pietii, załatwił internat i w drugiej połowie lat czterdziestych moja cioteczna siostra wstąpiła na wydział prawa. Wujek Pietia był oburzony. Ale dokąd można napisać z więzienia?

Nie przydał właściwego znaczenia losowi pasierbicy, a gdy znalazł się na wolności, po odsiedzeniu w sumie trzech lat, ona już wyfrunęła spod jego potężnych skrzydeł.

Po odsiadce wujek Pietia stracił stanowisko, ordery i współ - bojowników, musiał opuścić organy. Cała jego rodzina pociągnęła na południe, do "ciepłych krajów", gdzie można się było nieźle urządzić.

Osiedli w Izmailu.

Żyło się tam ciężko i wujek Pietia był głęboko rozczarowany. Ale do Lwowa nie mógł już wrócić - willa pani Ożydowskiej przeszła do kogoś innego, kto wyciął ze złotych ram powiększone fotografie. Sama pani również znikła - podobno uciekła do Niemiec Zachodnich. Nie wiodło się wujkowi Pietii w życiu osobistym.

Gdy ciocia Ksenia znowu zaszła w ciążę, oświadczył, że ona w ten sposób chce pozbawić go ostatniego kawałka chleba. Pchnął żonę na podłogę i kopał ją w brzuch, licząc, że poroni. Ale ciocia Ksenia okazała się mocną kobietą, przeżyła i urodziła kolejnego potomka wujka Pieti.

Postanowiła zemścić się okrutnie na mężu za poniżenia i zmarnowane życie. Powiedziała, że napisze, gdzie trzeba, o zawartości skrzyneczki, której nie ruszyli w czasie aresztowania. Był to kuferek z orderami, skonfiskowanymi w więzieniu zdrajcom ojczyzny.

Wujek Pietia przestraszył się i zaniósł kuferek nad Dunaj. Było lato, Swietłana przyjechała do matki na wakacje. Pogodzony z sukcesami pasierbicy wujek Pietia zawołał ją, żeby poszli razem.

Nad brzegiem Dunaju wujek Pietia otworzył kuferek pełen cudzych orderów.

Wyjmował z kuferka order Lenina, całował go i mówił:

- Ten dostałem za bohaterskie czyny podczas obrony Stalingradu.

Potem wzdychał i rzucał jak najdalej od brzegu. Całował następny order.

- A ten jak forsowałem Dniepr. Co za ogień prowadzili faszyści!

I tak wrzucił do rzeki pół setki orderów. Gdy skończył, twarz miał zalaną łzami. Powiedział Swietłanie:

- Oto do czego doprowadzili mnie wrogowie. Nie przestawał płakać aż do samego domu. W tych miesiącach zaczął pisać wspomnienia. Fantaści, trzymajcie się!

Pamiętniki nosiły tytuł: "Marsz dinozaurów".

Mieszkał w Izmailu do połowy lat pięćdziesiątych. Co robił, jak żył, nie wiem, Swietłana nie opowiadała. Widocznie jego życie nie było zbyt pasjonujące.

W końcu opuścił ciocię Ksenię na zawsze. Uciekł, zabierając ze sobą ostatnie cenne rzeczy. I zjawił się we Lwowie.

Okazuje się, że jeszcze z Izmaiła nawiązał korespondencję z byłą lekarką więzienną, z którą kiedyś miał romans bądź zażyłość innego rodzaju. Lekarka zgodziła się przyjąć go do domu.

Ostatnie wiadomości o nim Swietłana miała w latach osiemdziesiątych. Był już stary, miał prawie osiemdziesiąt lat, ale żyło mu się dobrze, miał gospodarstwo i hodował boksery na sprzedaż.

Trudno wymyślić takie zakończenie tej historii, prawda?

A może on nadal żyje? Nie miałby nawet stu lat. Tylko teraz nie hoduje bokserów, lecz rottweilery i inne psy bojowe dla lwowskich milionerów.

Podjeżdża na swoim dżipie, wychodzi i skrzypi błyszczącymi butami.

 

Kierownik działu gospodarczego na budowie

Wiosną 1957 roku ja i Kira wzięliśmy ślub.

Początkowo nie mogliśmy się zdecydować, gdzie będziemy mieszkać, czy w jednopokojowym mieszkaniu jej rodziców na Pietrowce, czy w naszej komunałce w Zaułku Ostrowskiego, razem z neolamarkistą Aleksiejewem i jego sympatyczną rodziną. W końcu sprowadziliśmy się do mojej mamy. Z rzadka przyjeżdżał Prezent i teraz, gdy byliśmy już w różnych obozach, on z uśmiechem tłumaczył moją ewolucję wpływem ogólnoświatowego syjonizmu.

Kończyłem instytut i nie podejrzewałem jeszcze, że małżeństwo przesunęło mnie do kategorii osób "pewnych". Przede mną, jako człowiekiem żonatym, otwierały się nieoczekiwane perspektywy.

Był rok 1957 i nagle okazało się, że nasz kraj nie jest bynajmniej jedyny na Ziemi, że jest jeszcze wiele innych państw, z którymi można być nie tylko we wrogich, ale także przyjacielskich stosunkach. Namnożyło się byłych kolonii, pracowitych, postępowych i miłujących wolność, którym nie zaszkodziłoby pomóc i w zamian za to wciągnąć je do walki z międzynarodowym imperializmem. W tym celu potrzebni byli tłumacze. Ale jak tu wysłać za granicę nieżonatego tłumacza, którego pierwsza lepsza amerykańska szpiegówka może skusić i skłonić do zdrady na tle seksualnym?

Kira też tego nie podejrzewała i wysłuchiwała pełnych współczucia monologów przyjaciółek, że zmarnowała młodość. Przecież jej wybraniec nie miał ani dobrego zawodu, ani nawet wykształcenia muzycznego, podczas gdy Kira całe dzieciństwo i młodość spędziła ze skrzypcami w ręku.

Mój wydział był męski, na roku sześciu żonatych "anglików".

Dwóch skusiła wysoka pensja w KGB, reszta poleciała do Birmy na budowę obiektów "podarunkowych".

Co to oznaczało?

My budowaliśmy w Birmie politechnikę, nowoczesny hotel, szpital w górach, w Taundżi. A Birma dawała nam adekwatną ilość ryżu.

Dla nas było to wielkie przedsięwzięcie, jedna z pierwszych budów tego rodzaju poza granicami obozu socjalistycznego.

Do samolotu wsiadłem sam (Kira nadal studiowała architekturę) i poleciałem długą, okrężną drogą przez Mongolię i Chiny do Zatoki Bengalskiej, nie mając o tych krajach bladego pojęcia.

Opuściłem radziecką antyutopię w jej wydaniu domowym, żeby uważnie przestudiować jej wersję zagraniczną.

Co było bardzo pożyteczną rzeczą dla przyszłego fantasty.

W Pekinie, jak już mówiłem, zobaczyłem czasopismo, z którego dowiedziałem się, że jestem pisarzem. Potem znalazłem się w Kunmingu, gdzie czekałem na samolot do ziem dalekich i nikomu nieznanych.

Wreszcie nadeszła chwila wejścia w tropiki.

Niewielki, stary samolot wylądował na lotnisku w stolicy Birmy, Rangunie.

Popołudnie. Tropikalne powietrze uderzyło mnie w twarz i powstrzymało ruch do przodu. Było gęste nie tylko z powodu czterdziestu stopni Celsjusza i stuprocentowej wilgotności, ale również z powodu aromatów równikowego świata.

Zapragnąłem schować się w chłodzie kadłuba samolotu, ale nikt by mi na to nie pozwolił. Tym bardziej że z naprzeciwka biegł już w moją stronę Kirył Szangin, kolega z roku, który przyleciał do Rangunu wcześniej.

Czekaliśmy na bagaż w przestronnej klimatyzowanej sali lotniska Mingaladon. Na jednej ze ścian widniał ogromny militarno-historyczny fresk. Fotele były miękkie i obszerne, kelnerzy w białych strojach roznosili sok pomarańczowy z lodem - wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to po prostu nazywa się orange. Młodzi ludzie w kraciastych spódnicach chodzili parami, trzymając się za ręce, młode sprzedawczynie w kioskach wyglądały, jakby wymazano im twarze wapnem, we włosy miały wplecione girlandy malutkich białych kwiatuszków, które słodko pachniały na kilka metrów. Kirył czuł się swobodnie i popisywał się birmańskimi zwrotami, wywołując szczere rozbawienie słuchaczy.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że pokocham ten kraj i tych ludzi, ale już w pierwszych minutach pochwyciło mnie dziwne uczucie niecierpliwości - chciałem szybko jechać dalej, patrzeć i słuchać, wchłaniać w siebie ten świat nie mający pojęcia o swojej egzotyce.

Dostałem swój bagaż i poszliśmy do wyjścia, gdzie czekał na nas gazik, z którego wyskoczył kierowca. Miał wściekły wyraz twarzy i nazywał się Maun Szwe, potocznie - Misza.

Rosjanie nie uczą się języków obcych i nie interesują się cudzymi zwyczajami. Są zdania, że wystarczy przekręcać imiona tubylców, klepać wszystkich po ramieniu, aby wzbudzić szczerą miłość do Związku Radzieckiego. Teoretycznie wystarczy pokazać Afrykańczykom czy Malezyjczykom portret Lenina, by łzy same napłynęły do czarnych oczu.

Pokazowa komunalna demokracja, która nie ma nic wspólnego z prawdziwą demokracją, przypominała poufałe stosunki panujące w izbie lokajskiej. "Panowie" w podobnie poufały sposób traktują plebejuszy, licząc, że stojący wyżej bonzowie będą ich traktować w ten sam sposób.

Owej komunalnej demokracji obowiązkowo towarzyszyła dwustopniowa bieda. Pierwszy stopień to bieda zagraniczna, gdy radziecki specjalista otrzymywał dziesięć razy mniej od swojego kolegi z Anglii i żył w dziesięć razy gorszych warunkach. Praktyczny rozum tubylca dokonywał szybkiej analizy: skoro radziecki specjalista zgadza się pracować za znacznie mniejsze pieniądze i żyć w znaczne gorszych warunkach, to znaczy, że jako specjalista jest dziesięć razy gorszy od Anglika. Co za tym idzie, radziecki specjalista był znacznie gorzej traktowany.

Drugi stopień biedy brał swoje źródło z biedy ojczystej. Radziecki inżynier bądź tłumacz, pochodzący z Moskwy czy Permu, żył biedniej niż Birmańczyk czy Indonezyjczyk, którego przyjechał obsypać dobrodziejstwami. Za granicą Rosjanin rozpaczliwie oszczędzał, żeby kupić samochód, marzenie każdego radzieckiego specjalisty. Jeśli z tego względu przychodziło głodować, to nic, jakoś wytrzymamy, za to będziemy mieli moskwicza. A jak byłeś kierownikiem, to nawet wołgę. Będziemy głodować, ale wrócimy samochodem! Ileż było za tym komedii, ile tragedii! A najważniejsze, żeby cię za wcześnie nie wyrzucili - to znaczy, zanim uskładasz pieniądze.

Stale mieszkający i pracujący za granicą specjaliści, przy całej swojej biedzie i chciwości, mimo wszystko wiedzieli, że to ich życie i dlatego najnormalniejsi z nich (a takich jest znacznie więcej na budowach niż w innych organizacjach) chodzili do kina, jeździli popływać, robili zwykłe codzienne rzeczy.

Najstraszniejsi byli ci, których wysyłano na krótkoterminową delegację. Mogę o tym zaświadczyć jako tłumacz.

Często gęsto przydzielano mnie takim wielmożom, którzy, dochrapawszy się wreszcie wycieczki do Azji, wpadali w amok. Musieli zadowolić wszystkich - od żony po kadrową w ministerstwie. W bardziej odległych krajach, na przykład w Indiach, które musiały się z nami zawzięcie przyjaźnić, pojawiały się ulice, gdzie otwarcie kpiąc z nędzarzy-dobroczyńców z kraju zwycięskiego socjalizmu, handlarze krzyczeli od progu swoich sklepików: "Ruski - charaszo, madam very big, Wania, kup!".

Kirył zawiózł mnie do Railway Hotel, czyli do hotelu Kolejowego. W ciągu swojego życia zdarzyło mi się mieszkać w stu, a może dwustu hotelach. Hotel Kolejowy w Rangunie był jednym z najbardziej egzotycznych.

Zbudowano go przy dworcu kolejowym pod koniec ubiegłego wieku i zapewne był w Birmie ostatnim tego typu. W droższych hotelach pojawiały się już ślady postępu. W Kolejowym przez sto lat nie zmieniło się absolutnie nic. Gigantyczne pokoje, pięć metrów wysokości, pięćdziesiąt metrów kwadratowych powierzchni. Pod sufitem poskrzypywały ogromne wiktoriańskie wentylatory (świt elektryczności), leniwie mieszając powietrze. Na środku każdego pokoju stały dwa albo trzy łóżka. Każde prawie kwadratowe i każde z tiulowym baldachimem chroniącym przed moskitami. Nie mogę nazwać tych baldachimów moskitierami - tyle gazy zużyto na każde z tych arcydzieł.

Okna wychodziły nie na ulice, lecz na perony dworca, rówieśnika hotelu. Wszystkie hałasy i zapachy peronu przenikały do pokoju.

W takich właśnie pokojach mieszkaliśmy.

W naszym - inżynier Witia Mołdawanow, Kirył Szangin, i wasz pokorny sługa.

Przyzwyczajeni do biedy w Moskwie, nie odczuliśmy niewygód birmańskiego życia. Natomiast zwierzchnictwo, czyli Jurij Iwanowicz Alichanow i naczelny inżynier Mekriukow mieszkali w hotelu Strand na nabrzeżu, w którym niegdyś zatrzymywali się kolonizatorzy, a obecnie - ważne delegacje. Tam już szumiała klimatyzacja, moskitier nie było. Zazdrościłem mieszkańcom Strandu, bo ich okna wychodziły na port - za szerokim nabrzeżem płynęła mętna ruda rzeka usiana statkami różnego rodzaju i rozmiaru.

Mam ogromną ochotę opowiedzieć wam o Birmie i udowodnić, że to najcudowniejszy kraj na świecie, choć nieszczęśliwy, ale niestety, nie ma tu miejsca na taką opowieść, zwłaszcza że planuję napisanie monografii "Birma dwudziestego wieku".

Tutaj opowiem o tych aspektach birmańskiego życia, które związane są z kształtowaniem się waszego bohatera, czyli bardziej z życiem człowieka radzieckiego w Birmie, niż z Birmą i Birmańczykami.

Przez pierwsze miesiące mieszkaliśmy w hotelu oddalonym o pół godziny drogi od budowy, która wtedy była dopiero placem z długimi barakami. W nich mieściło się biuro budowy i projektanci.

Żeby lepiej zrozumieć dalsze poczynania postaci dramatu, trzeba uświadomić sobie, czym jest Rangun.

W tym czasie mieszkało w nim nieco ponad pół miliona ludzi (teraz cztery razy więcej). Miasto zaczynało się na południu nad rzeką Rangun, wzdłuż której ciągnęły się cywilizowane nabrzeża, im dalej od centrum, tym bardziej prymitywne były cumowiska.

Na północy mieściło się dobrze rozplanowane przez Anglików centrum, składające się z trzy- i czteropiętrowych domów. Tam znajdowały się sklepy, restauracje, kina i inne atrybuty stolicy.

Kolej oddzielała stołeczne miasto od miasta wschodniego, tropikalnego. Za torami ciągnęły się proste i krzywe ulice, zabudowane willami, chatami i monastyrami, otoczone bujną roślinnością. Ta część Rangunu, pod względem ilości mieszkańców trzy razy mniejsza od centrum, zajmowała obszar dziesięć razy większy. Niektóre części tego Rangunu, szczególnie okolice wokół jezior, uważano za prestiżowe. Tam mieszkali ludzie bogaci, tam mieściły się ambasady i domy różnych zagranicznych specjalistów, w tym radzieckich.

Dalej, w miarę jak domy stawały się mniejsze i biedniejsze, Rangun stopniowo przechodził w przedmieścia, kończąc się lotniskiem Mingaladon. Na północ od niego zaczynała się Birma "właściwa" - kraina wsi, lasów, pól ryżowych i gór, przemieniających się na północy w potężne, sześciokilometrowe szczyty. Za nimi leżą Chiny (bardziej na wschód) i Indie (bardziej na zachód).

Ponieważ wkrótce z tłumacza stałem się drugim kierownikiem działu gospodarczego, zyskałem pewną swobodę. Jeśli Misza z naszym gazikiem był zajęty, czasami jeździłem do miasta autobusem, "kobrą", przerobioną, jak wszystkie birmańskie autobusy, z wojskowej ciężarówki.

Do moich obowiązków należało wynajmowanie domów dla budowniczych, zdobywanie mebli na składach brygady rehabilitacyjnej (dziwnej instytucji zawiadującej oddającymi się do niewoli powstańcami, przeciwnikami rządu w permanentnej w Birmie wojnie domowej), oraz zdobywanie na cle wszelkiego rodzaju towarów przeznaczonych dla budowy oraz budowniczych.

Z jednej strony praca była interesująca - nie trzeba było siedzieć na zakurzonym placu budowy, ale z drugiej męcząca i prowadząca do najróżniejszych konfliktów. Nawet w czasie świąt nie mogłem się spokojnie bawić, bo do tańca prosiły mnie młode żony młodych operatorów buldożerów czy dźwigów i po kilkunastu taktach Masza albo Zina zaczynały namiętnie szeptać mi do ucha: "Igor, stół nam się kołysze - nie znalazłby się w magazynie taki z drzewa tekowego?". Albo inaczej: "Nie wpadłbyś do nas jutro wieczorkiem? Znowu widmo chodzi po strychu, oszaleć można. Albo je przegonisz, albo będziemy nocować na ulicy!".

Z widmami i różnego rodzaju cudami było ciężko. W Birmie po prostu nie było ludzi niezabobonnych - oprócz mnie. Każdy Birmańczyk doskonale wie, że człowiek, który zginął śmiercią nienaturalną, przemieni się w nata, złego ducha i będzie prześladował zabójcę, potomków zabójcy oraz wszystkich, którzy nie przypadną mu do gustu. W każdym dużym drzewie mieszka nat, a nawet kilka. I gdy w porze deszczowej gigantyczne drzewa z trzaskiem i łoskotem przewracają się, niszcząc dachy domów albo zgniatając na placek przejeżdżające nie w porę samochody, wszyscy wiedzą, że to postępki złego nata.

Widziałem kiedyś takie upadające drzewo. Straszny widok.

Pewnego wieczoru, tuż przed rozpoczęciem pokazu filmu w ambasadzie, setka ludzi zebrała się na trawniku, na tyłach głównego budynku. Był cichy, bezwietrzny dzień.

Nagle zobaczyłem, jak w odległej stronie trawnika jeden ze stumetrowych olbrzymów powoli zaczyna się przechylać. To było nierealne, patrzyłem na drzewo jak zahipnotyzowany, nie wierząc własnym oczom. Wszyscy ludzie, którzy stali na trawie, zastygli.

Rozległ się lekki trzask. Rozrywały się stare, przegniłe korzenie martwego giganta.

W miejscu, na które, nabierając rozpędu, miało upaść drzewo, bawiły się dzieci.

Ich matki też to widziały. Jedna z nich powoli, niczym w koszmarnym śnie, zaczęła iść do dziecka, wyciągając ręce.

Wtedy drzewo zdecydowało się wreszcie - runęło na ziemię niemal błyskawicznie. Runęło, walnęło, uderzyło tak, że ziemia zadrżała.

Jedna z dziewczynek znalazła się pod gałęziami. Zginęła w okamgnieniu.

A dzień wcześniej była u nas w domu, Kira uczyła ją grać na skrzypcach.

 

Jeśli w danym kraju wszyscy wierzą w widma, widma muszą się pojawiać. Wszyscy nasi budowniczowie wierzyli w nie święcie.

Przyjeżdżasz do domu, który właściciele wcisnęli nam za pół ceny (bo nikt nie chciał w nim mieszkać), siedzisz na werandzie, pijesz herbatę i słyszysz, jak coś tupie po suficie, zapala i gasi światło. I wtedy musisz rozstrzygnąć kwestię taktyczną: który z naszych operatorów buldożera zgodzi się zamienić z przerażonym Czuwpiłłą, jeśli zaproponujemy mu dwa pokoje zamiast jednego? Jeśli uda się znaleźć odpowiedniego kandydata, widmo, zaufajcie mojemu doświadczeniu, ze wstydem opuszcza zaczarowany, przeklęty dom.

Względy ekonomiczne zmuszały mnie do odnoszenia kolejnych zwycięstw nad widmami. Oszczędzaliśmy na wszystkim. Niemiecki czy angielski inżynier zajmował willę, a my w takim domu umieszczaliśmy cztery rodziny, po jednej w każdym pokoju, żeby kolektywnie składały się na kucharza i ogrodnika. Chcesz czy nie, musisz mieć ogrodnika, w przeciwnym razie dżungla wchłonie cię razem z domem w ciągu pól roku.

 

Dzień pracy kierownika działu gospodarczego zaczynał się wcześnie.

Rano jechałem do miasta i udawałem się do urzędu celnego, gdzie grałem w szachy z chłopakami w białych mundurach, szortach i czarnych getrach. Celnicy wiedzieli, że na Rosjanach się nie pożywią, ale za to Rosjanie nie ośmielą się przewieźć rzeczy niedozwolonych. To sprzyja umocnieniu przyjaźni.

Po załatwieniu spraw wyruszałem na ulicę Aung Sana (wodza birmańskiej rewolucji) do księgarni mister Bowna, niewysokiego, łysiejącego, przygarbionego dżentelmena około pięćdziesiątki, żonatego z Birmanką, który to fakt zmusił go do pozostania w niepodległej Birmie.

Zawsze odnosiłem wrażenie, że jestem jego jedynym klientem. Niektóre książki, najlepsze i najdroższe, Bown dawał mi w prezencie.

Dopiero kilka lat później zrozumiałem, że Bown był niczym bohaterowie późnych powieści Grahama Greene'a. Dumny, lecz zagubiony Anglik, odłamek dawnego imperium, niepotrzebny ani jednym, ani drugim.

Siedziałem u Bowna godzinami, rozmawialiśmy o wszystkim.

Później birmańskie władze zrujnowały Bowna i księgarnia została zamknięta. Ale to już działo się beze mnie, w czasie junty wojskowej.

Bown pomógł mi zrobić kolejny, bardzo ważny krok ku mojej pisarskiej przyszłości.

 

Oto siedzę sobie w księgarni, palę angielskiego papierosa, a Bown nastawił na maszynce spirytusowej wodę na kawę.

W księgarni, zajmującej obszerne pomieszczenie w bardzo starym budynku o grubych murach, zawsze panuje chłód i pachnie książkową pleśnią. Niczym znudzone żołnierzyki, na półkach stoją pocketbooks. Pomarańczowe to proza, zielone - kryminały, błękitne - książki popularnonaukowe. Nie pamiętam koloru fantastyki. A może nie miała swojego koloru i zadowalała się pomarańczowym?

Bown podarował mi książkę nieznanego autora, Orwella. Książka nosiła tytuł "Rok 1984" i rozłożyła mnie na łopatki. Wkrótce potem zauważyłem powieść Huxleya "Nowy, wspaniały świat".

Mnie też udało się sprawić Bownowi przyjemność. W sklepiku z książkami radzieckimi, otwartym w przybudówce do pagody Suly, kupiłem Paustowskiego po angielsku. Bown zaczytał do dziur "Złotą różę", szkice o roli i pracy pisarza, choć mnie wydawało się dziwne, że Anglik może zrozumieć i docenić Paustowskiego, tym bardziej w przekładzie.

Każdego miesiąca Bown otrzymywał nowe numery "Galaxy" i "Astounding". Do dziś mam kilka numerów. To była moja przepustka do świata anglojęzycznej fantastyki, jej złotego wieku, gdy Asimov, Clarke, Sidmak, Pohl, Bradbury, Shekley byli młodzi i pełni sił - mgławicowi mieszkańcy niebios. Nie marzyłem wówczas o pisaniu fantastyki i w ogóle nie dopuszczałem myśli, że oni mogą być żywymi ludźmi. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, w tym malutkim sklepiku przy ulicy Aung Sana, że dwadzieścia lat później będę pił wódkę z Gordy Dicksonem i dyskutował z Frederickiem Pohlem, w ogóle bym z takim kłamcą nie rozmawiał.

Księgarnia Bowna nie mogła uczynić ze mnie pisarza, ale zrobiła ze mnie czytelnika amerykańskiej fantastyki.

Mieszkałem w Birmie dwa lata i skompletowałem pokaźną bibliotekę fantastyki. Nie napisałem ani linijki, lecz gromadziłem w sobie pisarstwo jak brzemię, od którego wcześniej czy później będę się musiał uwolnić.

Pod koniec lat pięćdziesiątych byłem jednym z najbardziej oczytanych w amerykańskiej fantastyce czytelników rosyjskich.

Jesienią Kira wzięła urlop dziekański i przyjechała do mnie. W tym czasie przenieśliśmy się już z hotelu Kolejowego do domu przy ulicy Uniwersyteckiej, na brzegu jeziora Inia w dzielnicy willowej. Dostała mi się mansarda, za to z oddzielnym wejściem. Na dole mieszkał Szarygin z żoną, główny inżynier Mekriukow oraz wujek Gosia, jego zastępca. Moi sąsiedzi, jak przystało na ludzi radzieckich, przyjechali z żonami, więc nasz stosunkowo nieduży i obliczony na jedną rodzinę dom stał się zwykłą radziecką komunałką, tylko z własnym ogrodnikiem i magnoliami na kwietniku.

Nim przyjechała Kira, mieszkałem w Birmie dwa miesiące i już na drugi dzień po przyjeździe młodej żony mogłem zrobić jej prezent, który umiała docenić tylko ona, i o którym nikomu nie opowiadaliśmy.

Pojechaliśmy do znanego mi szewca.

Szewc pokazał Kirze, jakie pantofle umie robić, i zaproponował klientce, aby zdecydowała, czego sobie życzy.

Jeśli, drodzy czytelnicy, jesteście ludźmi niemłodymi, możecie sobie wyobrazić, jak zabrzmiały te słowa dla radzieckiej studentki pod koniec 1957 roku. Kira miała jedną parę pantofli, której strzegła jak źrenicy oka, ponieważ jechała w niej do "prawdziwej" zagranicy.

Wiedziała, że to wszystko żart, kawał, ale nie chciała się do tego przyznać nawet przed sobą.

- Ile par chciałabyś dzisiaj zamówić? - spytałem niedbale, wiedząc, że nawet zarabiając dwadzieścia razy mniej niż Anglik, mogę sobie pozwolić na kupno pięćdziesięciu par w miesiącu.

- Jedną? - spytała Kira szeptem.

Nie otrzymując odpowiedzi, wyszeptała:

- Dwie, tak?

- Wybieraj - powiedziałem - potem zobaczymy.

I wyszedłem zapalić.

Nie ma słodszego uczucia niż dawanie prezentów. Potrójną słodyczą jest dawanie prezentów leżących poza granicami ludzkiego wyobrażenia.

Tego dnia Kira zamówiła sobie trzy pary pantofli i przez następne dwa dni, nim rowerzysta je przywiózł, nie mogła spać.

Nie śmiejcie się. Antyutopia wychowała sobie posłuszne córki.

Nie kupiliśmy samochodu, ale nie przesadzę, jeśli powiem, że Kira przywiozła sobie z Birmy dwa tuziny pantofli. Jakże trudno było się powstrzymać!

Mój swobodny tryb życia budził niepokój w pewnych radzieckich organizacjach w Birmie.

Nie zabraniano mi wprawdzie szwendać się po mieście samemu, ale w końcu zaczęto mnie pilnować. W tym celu przydzielono mi pracownika przedstawicielstwa handlowego. Miał na imię Pietia, cienkie, prostopadłe do czaszki czerwone uszy i chudą szyjkę. Jeśli teraz widzę gdzieś taką szyjkę i takie uszy, mam ochotę ukręcić temu człowiekowi łeb. Pietia nie ukrywał, że jestem podejrzany o określone zamiary, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo. Żebym to pojął, musiało dojść do kryzysu.

Pietia wiedział, że w niedzielę zwykle rysuję. Oznajmił, że lubi patrzeć, jak ludzie rysują, i będzie mnie zawoził, gdzie zechcę, ponieważ ma samochód.

Kiedyś zaspałem i obudziłem się, czując czyjąś obecność w pokoju. Nie ruszając się, uchyliłem powieki i zobaczyłem, że Pietia siedzi przy moim biurku nad otwartą szufladą.

Niespodziewanie odwrócił się do mnie i powiedział:

- Nie udawaj, że śpisz. Wiem, że udajesz. Nie chciałem cię budzić. Pomyślałem, niech sobie pośpi. A ja w tym czasie poczytam, co on tu pisze. Muszę ci powiedzieć, że wierszyki masz podejrzane, ale poniżej poziomu.

Wiersze podarłem jeszcze tego samego dnia. Nie dlatego, że się przestraszyłem, po prostu było mi wstyd, jakby on zobaczył mnie nago.

Nigdy nie miałem szczęścia do wierszy. Pisałem, jak należy, od czternastego roku życia. Potem zaczęliśmy wydawać czasopismo "Arka" - czterech nastolatków i moja siostra Nataszka. Ja byłem redaktorem. Nasz kolektyw nazwaliśmy "Współtowarzysze". Na szczęście, nie było wśród nas donosiciela, a my z nikim nie dzieliliśmy się tajemnicą - jedynie z dwoma czy trzema dziewczynkami ze szkoły Nataszki.

W tym czasopiśmie byłem sam sobie sterem, dlatego nie oparłem się pokusie i zacząłem umieszczać w nim wiersze liryczne. Zresztą wszyscy, włączając dziesięcioletnią Nataszkę, pisaliśmy wiersze.

Pisałem je również na studiach, ale coraz bardziej wstydziłem się je komukolwiek pokazać. Jak się okazało, słusznie. Gorzką prawdę poznałem wiele lat później, gdy w 1996 roku mój kolega z instytutu, Andriej Siergiejew opublikował powieść "Klaser". W tej powieści moja poezja został podsumowana wprost i bez ogródek: "Najwcześniejszy przyjaciel w instytucie - Igor Możejko. Sympatyczny człowiek, jakieś tam wiersze...".

W radzieckim światku za granicą wszyscy byli doskonale zorientowani, kto dla kogo i jako kto pracuje. Ale jeśli wiedziałeś, że ten czy inny major albo kapitan zawiera kontakty z postępową miejscową społecznością, mogłeś być spokojny, że on (jeśli tylko nie jest bydlęciem z natury) nie będzie na ciebie donosił. W jego towarzystwie czułeś się bezpieczniej niż wśród amatorów.

Pamiętam, że później, gdy pracowałem w Birmie jako redaktor APN (Agencji Prasowej "Nowosti"), pojechaliśmy z szefem biura, Lwem Iwanowiczem (reprezentował w Birmie wojsko) przez cały kraj do miasta Taundżi, gdzie w państwie szanskim był szpital i pracowali nasi lekarze. Po drodze mieliśmy przyjrzeć się pracy wydziałów Związku Towarzystw Przyjaźni i dowiedzieć się, na ile energicznie Birmańczycy czytają radziecką literaturę propagandową.

Jechaliśmy szeroką szosą. Po obu jej stronach od czasu do czasu pojawiały się tablice z nazwami jednostek wojskowych, do których prowadziły wąskie dróżki.

Lowa był na kacu, kończyny nie chciały go słuchać, więc poprosił mnie, żebym pomógł wywiadowi wojskowemu i zapisywał numery jednostek. Każdego dnia przynajmniej jedna linijka!

Nie miałem ochoty zawracać sobie tym głowy w taki upał i przekazałem zadanie kierowcy Nureddinowi, który nie ukrywał, że pracuje w birmańskim kontrwywiadzie i cały czas nas obserwuje. Ja o tym wiedziałem i Lowa o tym wiedział, ale musiał napisać raport. Nureddin też musiał napisać raport. Tylko ja mogłem beztrosko próżnować.

Dotarliśmy do górskiego Taundżi. Mieszkaliśmy w hotelu, w sąsiednich pokojach. Siedzieliśmy sobie właśnie wieczorem, trochę piliśmy, gdy nagle rozległo się stukanie do drzwi. Na progu stała żona jednego z lekarzy. Powiedziała, że musi koniecznie porozmawiać z Lową w cztery oczy. Wyszedłem. Dwadzieścia minut później Lowa wpadł do mojego pokoju.

Wściekły.

- Ta... przyniosła mi to! - rzucił na łóżko zeszyt zapisany drobnym pismem wzorowej uczennicy. - Co ona powypisywała! Zresztą Bóg z tym! Tylko dlaczego na męża?! - miotał się Lew. - Kogo ci nasi werbują!

Do zwierzchnictwa Lowa miał stosunek krytyczny.

Ale zeszyt z donosami zawiózł rezydentowi.

Żona lekarza była niebezpiecznym typem amatora, pochłoniętego namiętnością pchania się pod cudze kołdry - uważała to za swój obowiązek. Gdy zabiorą męża, zawsze będzie mogła znaleźć nowego. Przecież to nie jej wina, wobec organów jest tylko ofiarą wierności wspólnej sprawie.

Gdy mój szef upijał się wieczorami w lokalach, ja albo Kola Nowikow musieliśmy go szukać i pijanego w trupa ciągnąć do domu. Tam czekała na niego mocna, posępna małżonka, nieszczęsna zresztą kobieta, i gdy już zataszczyliśmy szefa i położyliśmy na łóżku, ona zaczynała go bić. Wtedy wychodziliśmy.

Rano szef zjawiał się w pracy punktualnie - plastry, bandaże i przypudrowane siniaki - i oznajmiał nam:

- Będę myślał. Do dwunastej nie przeszkadzać.

Początkowo to zdanie mną wstrząsnęło: okazuje się, że można wydzielić myślenie w oddzielny proces. Ja na przykład chodzę i myślę, jem i myślę, szef natomiast oddzielnie myśli od ósmej do dwunastej, a oddzielnie je i pracuje.

Taki stan rzeczy trwał dość długo, aż do dnia kiedy mój szef z konsulem upili się na statku, który przypłynął do Rangunu, i to upili tak, że zgubili teczkę z paszportami kurierów dyplomatycznych. Kto bywał za granicą, ten wie, co to oznacza.

Sytuację komplikował fakt, że późnym wieczorem do bramy naszej ambasady podeszło dwóch Hindusów i oznajmiło, że przypadkiem znaleźli w porcie teczkę i mogą oddać ją radzieckim przyjaciołom za umiarkowaną nagrodą. Dyżurujący w bramie komendant, odznaczający się bystrością umysłu ptaka goworuna, chytrze mrugnął do Hindusów i powiedział:

- Pokażcie mi jeden paszport, zobaczę, czy jest prawdziwy.

Hindusi naradzili się pod latarnią przy bramie i podali paszport przez kratę. Komendant chwycił paszport, wsunął za pas, cofnął się na bezpieczną odległość i krzyknął:

- A teraz, łajdaki, dawać drugi paszport, bo jak nie, to zadzwonię na milicję!

Hindusi splunęli w żółty pył drogi i poszli sprzedawać drugi paszport Amerykanom.

Tymczasem trwała energiczna praca: biegły zaszyfrowane meldunki, zwierzchnicy mielili językami w dźwiękoszczelnych pokojach. W końcu ktoś gdzieś podjął decyzję, żeby ograniczyć się do surowej nagany.

Całkiem zrozumiałe.

Pijaństwo za granicą uważane było (a może nadal jest) za najmniejszy z grzechów. Mało tego, niepijący człowiek od razu stawał się podejrzany i zazwyczaj go odrzucano. No, upili się chłopaki, no, zawinili. Ale ojczyzny nie zdradzili? Nie zdradzili.

Ta kompletnie fantastyczna historia, podobnie jak cały fantastyczny obraz mojego łysego szefa, podświadomie pchał mnie do tworzenia utworów literatury irracjonalnej i fantastycznej.

Ale do przesycenia roztworu i wytrącenia się osadu jeszcze nie doszło. Poziom idiotyzmu musiał się jeszcze podnieść.

Los mi w tym względzie sprzyjał. Chciał uczynić ze mnie kronikarza epoki w całej jej krasie.

Wewnątrz mnie rodziło się, powstawało, dojrzewało miasto Wielki Guslar. I poczciwy los uprzejmie skomplikował sytuację w naszej ambasadzie.

 

Nieszczęścia chodzą...

Najpierw był incydent z moskwiczem.

W Birmie pracowało dwóch techników z fabryki imienia Leninowskiego Komsomołu, która dostarczała Birmie (bądź miała taki zamiar) swoje samochody.

Technicy prezentowali unikatowy egzemplarz stojący na podwórku przed domem przedstawicielstwa handlowego - starej, piętrowej budowli z werandą, która obiegała budynek wokół pierwszego piętra. Tam, ściśnięci jak śledzie w beczce, mieszkali pracownicy tegoż urzędu oraz dwóch techników.

Ci dwaj byli prostymi chłopakami i nudzili się. Samochodu nikt nie kupował, nie było nawet chętnych do oglądania.

Technicy pili dużo tanich i mocnych birmańskich napojów, blisko spokrewnionych z bimbrem.

I kiedyś zdarzyło się tak, że wypili wszystko, co było w domu.

Chcieli jeszcze.

Dość mocno pijani, wsiedli do samochodu i pojechali na lotnisko Mingaladon, bo tam był całodobowy bufet z alkoholem.

Na lotnisko dojechali szczęśliwie, jedną butelkę wypili, jedną wzięli ze sobą, żeby wypić na dobranoc.

Szosa z Mingadalonu była niezbyt szeroka i dość kręta. Ciemno jak w jaskini. Chłopaki byli już w takim stanie, że nie zauważyli jadącego poboczem policyjnego patrolu na rowerach.

Samochód zahaczył jednego z policjantów. Policjantowi oderwało ucho.

Chłopaki zatrzymali moskwicza, by, jak utrzymywali później, zawieźć policjanta do szpitala. Ale drugi zaczął coś groźnie mamrotać, a nawet krzyczeć w swoim dzikim języku. On czegoś żądał, a nasi nie rozumieli. Wtedy powiedzieli policjantowi:

- A pójdziesz ty w...!

Wsiedli do samochodu i pojechali. Jak twierdzili - żeby poszukać dobrego lekarza.

Oburzony policjant nie wymyślił innego sposobu zatrzymania samochodu, jak tylko otworzenie do niego ognia. Zdążył dać kilka serii.

Pół godziny później ambasadora Związku Radzieckiego obudził telefon z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Birmy. Ministerstwo wyrażało zdumienie, dlaczego radzieccy specjaliści samochodem o takim to a takim numerze rejestracyjnym prowadzą po pijanemu i rozjeżdżają policjantów.

Ambasador obiecał zająć się tą sprawą.

Obudził sekretarza, który zadzwonił do domu przedstawicielstwa handlowego, zrywając ze snu któregoś z mieszkańców.

Na polecenie ambasadora mieszkaniec wyjrzał przez okno. Podwórko było dobrze oświetlone. Samochód techników stał na miejscu. Mieszkaniec oznajmił ambasadorowi, że oświadczenie ministerstwa to oszczerstwo i prowokacja. Ambasador przekazał to ministerstwu.

Ministerstwo nie pozwoliło ambasadorowi pospać. Zadzwoniono ponownie i ponowiono oszczerstwo. Dyktując numer samochodu i rysopisy techników.

Ambasadorowi znudziła się telefoniczna walka z oszczercami, widocznie było mu ciężko na duszy. Ubrał się, wezwał samochód i osobiście pojechał do przedstawicielstwa handlowego.

Była głęboka noc. Nawet ptaki spały.

Tylko czasem - groźnie i bezszelestnie - przelatywały latające lisy.

Ambasador zatrzymał samochód na podwórku, wysiadł i podszedł do moskwicza. Bez trudu dostrzegł, że samochód jest podziurawiony kulami.

Drzwi nie były zamknięte.

Ambasador pociągnął je na siebie. Otworzyły się. Siedzenia moskwicza były zalane krwią. Ambasadora tknęło straszliwe przeczucie.

Wbiegł na pierwsze piętro i bez stukania wszedł do pokoju techników.

Technicy spali tak mocno, że nie zwrócili uwagi na zapalenie światła. Obaj mieli nogi owinięte prześcieradłami, żeby krew nie kapała. Prześcieradła były czerwone i mokre.

Ambasador wezwał lekarza.

Do przyjazdu karetki nie budzono zuchów z fabryki Leninowskiego Komsomołu.

Lekarka na ich widok straciła przytomność. Ocucono ją. Następnie obudzono techników, zaczęto im prawić kazania i opatrywać rany.

Sprawę jakoś zatuszowano. Doradca do spraw kultury i jednocześnie specjalista do spraw bezpieczeństwa wymyślił sprytne posunięcie. Jeden z techników nosił, jeśli się nie mylę, nazwisko Orłow. Takie samo nazwisko nosił jeden z radców ambasady.

Jeszcze tego samego dnia ambasada ZSRR wystosowała do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Birmy notę, w której stwierdzano, że zeszłej nocy, w okolicy lotniska Mingaladon, patrol policyjny ostrzelał samochód. Samochodem tym jechał radca ambasady Orłow, człowiek absolutnie nietykalny. Ambasada Kraju Rad prosi o natychmiastowe podjęcie odpowiednich kroków oraz o pozwolenie na natychmiastowe odesłanie radcy i jego kierowcy, również ranionego przez policjantów, do ZSRR.

Odesłano, rzecz jasna, techników. Ich rany goiły się w try miga, pewnie na skutek silnego zdezynfekowania spirytusem.

Birmańczycy zdawali sobie sprawę, że Rosjanie zastosowali wybieg, ale nikt nie miał ochoty kłócić się z powodu policyjnego ucha. To był czas dobrych stosunków i umiarkowanej współpracy. Toteż na oficjalnych przyjęciach nikt nie pozwolił sobie na nietaktowne zdumienie, dlaczegóż to pan Orłow, który rzekomo wyjechał do ZSRR, tak szybko powrócił.

Oczywiście, w niewielkim hierarchicznym, podrzędnie złożonym światku radzieckiej kolonii w Birmie nikt nie odebrał historii dzielnych techników jako dzwonka alarmowego, początku tragedii prowadzącej do haniebnej śmierci tegoż światka. Przeciwnie, wyczyny techników były świadectwem szczególnej fizycznej i moralnej siły człowieka radzieckiego.

- Tylko popatrzcie! - głosili nasi wysoko postawieni obywatele. - Nawet kule się ich nie imają!

- Co oni tam mają za kule! - odpowiadali inni. - Nas taki kulami z drogi nie zbijesz.

Co to za słodycz, takie przekonanie o własnej niezłomności!

Przeświadczenie o tej szczególnej, rosyjskiej drodze, charakterystyczne dla urzędników, przybierało czasem przedziwne formy.

Pamiętam, jak główny inżynier budowy Mekriukow, słuchając opowieści tłumacza Zielonki, że teraz w Birmie, za przykładem Anglii, daje się rodzącym kobietom znieczulenie, zerwał się i zaczął krzyczeć, wyrzucając przed siebie rękę niczym Lenin:

- Nie pozwolimy! Tysiące lat rosyjskie baby rodziły mołojców w słusznych cierpieniach! I jeszcze przez tysiąc tak będziemy rodzić!

Można by pomyśleć, że za chwilę on sam zacznie się wić w bólach porodowych.

W Ministerstwie Zdrowia w latach siedemdziesiątych omawiano kwestię wprowadzenia znieczuleń w Związku Radzieckim. Odrzucono ten pomysł pod pretekstem, że rodząca w bólach kobieta tym samym pomaga sobie urodzić, co przyszłemu dziecku może wyjść tylko na dobre. Gdy kapitaliści się zorientują, ile zła narobili swoim znieczuleniem, będzie już za późno.

Jednocześnie podjęto uchwałę odbierającą kobietom prawo do tajemnicy aborcji. Gdy kobieta przerwała ciążę, przy wypisie ze szpitala otrzymywała w książeczce zdrowia dokładną diagnozę. Takie zaświadczenie należało zanieść do kadr.

Niektóre kobiety nie wyobrażały sobie dalszej pracy w miejscu, w którym wszyscy wiedzą, co jest napisane na doniesionym do kadr świstku.

Ale ministerstwo żądało prawdy i tylko prawdy! A decyzję podejmowały matrony od dawna pozbawione możliwości i sposobności grzeszenia i popełniania błędów życiowych.

Widząc dziś marsze przeciwników aborcji w USA albo plakaty propagandowe w naszym metrze, na myśl przychodzą mi kobiety mszczące się za swoją nieudaną młodość.

Jakiś czas po incydencie z technikami oszalał attache wojskowy.

Zbyt długo pracował, za bardzo się denerwował i nie chciał odejść na emeryturę - pragnął zostać generałem. Dużo myślał i zamartwiał się. Pewnego dnia zajrzał do gabinetu ambasadora i oznajmił mu w tajemnicy (ambasador był człowiekiem dobrym, inteligentnym i aż chciało się poskarżyć mu na życie), że jest amerykańskim szpiegiem. Nie pamiętam szczegółów - albo ambasador gdzieś się oddalił, a ktoś czegoś nie zrozumiał, w każdym razie naszego pułkownika zawieziono karetką do centralnego szpitala wojskowego na oddział chorób nerwowych.

Tam attache poczekał do wschodu księżyca, następnie wyszedł na balkon, zeskoczył do ogrodu, gdzie zaczął biegać w poszukiwaniu wyjścia i mówić wszystkim po angielsku, że wcale nie jest amerykańskim szpiegiem, jak myślą wszyscy, tylko prawdziwym radzieckim patriotą.

W centralnym szpitalu Rangunu zawsze dyżurowali reporterzy głównych gazet, by móc jako pierwsi dowiedzieć się, skąd przywieziono rannego czy samobójcę, i zrobić reportaż.

Zobaczyli biegającego po ogrodzie człowieka w szlafroku. Człowiek ten nie krył przed nimi prawdy o swych przekonaniach.

W końcu sanitariusze zdjęli go z palmy, związali i przekazali naszym zuchom z ambasady.

Rano we wszystkich gazetach Birmy na pierwszej stronie widniał ogromny tytuł: "Rosyjski attache wojskowy wybrał wolności Zbiry z ambasady rosyjskiej trzymają uczciwego człowieka w niewoli!".

W tych dniach miało miejsce ochłodzenie w stosunkach Birma-ZSRR, chyba z powodu chińskich ruchów na północy. Historia z attache była bardzo a propos.

Dziennikarze pewni, że ambasada będzie przewozić nieszczęsnego bojownika o prawdę do rosyjskiego więzienia, w liczbie pięćdziesięciu dyżurowali w porcie, gdzie stał w pogotowiu nasz statek. Druga pięćdziesiątka dziennikarzy wyruszyła na lotnisko, żeby przechwycić attache tam.

I rzeczywiście. Po energicznych naradach i wymianie zaszyfrowanych dokumentów z Moskwą, z bramy ambasady wyjechał kordon samochodów.

Dziennikarze spod ambasady pojechali za kordonem do portu.

Wkrótce potem z ambasady wyjechał drugi orszak i pomknął do Mingaladonu. Na lotnisku pułkownika przeprowadzono przez szpaler dziennikarzy, którzy proponowali mu wolność. Komendanci i młodsi rangą czekiści machali gazetami przed twarzami fotoreporterów, podobno rozbili nawet kilka aparatów. A pułkownik (prawdopodobnie naszpikowany tabletkami) niczego nie rozumiał i sądząc, że odprowadzają go wielbiciele, machał ręką i wołał:

- Dziękuję, towarzysze!

Po czym znikł w samolocie.

W tym wypadku mieliśmy do czynienia z wyolbrzymionym patriotyzmem na tle nerwowym, a bynajmniej nie z pragnieniem ucieczki na Zachód. W przeciwnym razie po co pułkownik biegałby w koszuli nocnej po szpitalnym ogrodzie i krzyczał, że jest uczciwym leninowcem?

W ambasadzie narastała atmosfera psychozy, szczególnej, radzieckiej psychozy, zajadłej i niezwyciężonej.

Wtedy oszalał nasz Narcyssow.

Mieszkał nad moim przyjacielem Kiryłem Szanginem i pracował na budowie jako projektant. Był to cichy, nieśmiały człowiek o eleganckich gestach i zwrotach. Lubił mawiać: "Nie umarłem jako niemowlę i całe życie muszę się męczyć". Nie kładł się spać bez buteleczki miejscowego, mandalajskiego ginu, napoju topornego, acz bliskiego rosyjskiej duszy.

Kirył opowiadał, że właśnie siedzieli sobie wieczorem i pili herbatę, gdy nagle usłyszeli na górze potworny łoskot. Wbiegli na górę, zobaczyli, że Narcyssow leży pod żeliwną wanną - wcisnął się pod nią, podnosząc tonę metalu własnym ciałem.

Wyciągnęli go i zapytali, czemu to zrobił.

Narcyssow wyjaśnił, że do sąsiedniego domu wprowadziła się angielska rodzina, która otrzymała zadanie puszczenia w Narcyssowa znaczonego atomu. Atom będzie krążył po jego naczyniach i komórkach, w ten sposób Anglicy poznają wszystkie myśli Narcyssowa. Dlatego musiał wejść pod wannę - promieniowanie nie przeniknie przez żeliwo.

Zawieziono go do ambasady, zamknięto w punkcie medycznym i zaczęto czekać na samolot, który latał raz w tygodniu.

Pierwszy dzień Narcyssow spędził spokojnie, ale drugiego zaczęło mu się nudzić. Oznajmił swoim strażnikom, że nie ma po co żyć - nikt w Moskwie nie uwierzy, że on jest patriotą, wszyscy już wiedzą, że zaprzedał się międzynarodowemu imperializmowi. Życie nie ma sensu.

W roli strażników występowało dwóch stażystów ambasady, którzy grali w szachy na stoliczku przy łóżku.

W pewnym momencie Narcyssow niespiesznie podszedł do ściany, oparł się o nią plecami, niespodziewanie odepchnął się od niej i skoczył prosto na wystający kant przeciwległej ściany. Rozbił sobie głowę.

Przeżył. Ale do chwili wylotu leżał w łóżku, a do samolotu szedł z zabandażowaną głową. Za nim biegli birmańscy fotoreporterzy.

Reportaże nosiły tytuł: "Kolejna ofiara komunistów".

Proszę zwrócić uwagę: to już druga "ofiara", pragnąca udowodnić, że jest patriotą i komunistą.

Dalsza opowieść zapozna nas z ludźmi o innych poglądach.

Do ambasady przyjechał stażysta, znawca Birmy. Przez cały rok czekał na tę podróż, denerwował się i przeżywał, nie wierząc, że uda mu się trafić do ukochanej, niedosięgłej Birmy. Był tak szczęśliwy, że przez pierwszy tydzień w ogóle nie mógł spać.

Jak przystało na komsomolskiego idealistę, od razu zgodził się nieść pół setki społecznych obciążeń, które ochoczo przerzucili na niego "weterani". Został redaktorem gazetki ściennej, członkiem komitetu, bramkarzem w drużynie piłkarskiej... Nocami zaś czytał birmańskie gazety, słuchał radia, szlifował język...

W drugim tygodniu przyszedł do stołówki mieszczącej się na terenie ambasady, wziął talerz zupy i korzystając z tego, że po obiedzie życie zamierało od upału i sytości, wszedł do głównego budynku, wkroczył do gabinetu ambasadora i postawił zupę na biurku kierownika ambasady.

- Proszę jeść - poprosił łagodnie. - Musi się pan wzmocnić. Zaraz weźmiemy pański samochód i pojedziemy do Bangkoku. A stamtąd promem do USA. Postanowiłem zdradzić ojczyznę...

Słyszycie? Te same nuty! Zmienia się melodia, lecz sens pozostaje ten sam - osobiste relacje bohatera i ojczyzny! Orwell, Zamiatin, Huxley!

Ambasador udał, że się zgadza, posłusznie zjadł zupę, zastanawiając się, jak by tu stażystę pochwycić i związać. Myślał jednocześnie, jak ohydną zupę gotują kucharze dla oszczędnych pracowników ambasady. Ambasador miał własnego kucharza.

Nic nie wymyśliwszy, ambasador dojadł zupę i wtedy do gabinetu wszedł sekretarz ambasady, Sasza Razwin. We dwóch związali stażystę.

To jeszcze nie koniec tej historii.

Stażysta odleciał na pokładzie samolotu Aerofłotu. Towarzyszył mu pewien attache, który wybierał się na urlop. Samolot przeleciał nad granicą ZSRR, znalazł się nad Syberią. Attache rozluźnił się nieco i zdrzemnął. Stażysta grzecznie i spokojnie zapytał, czy może pójść do toalety, attache pozwolił. Pięć minut później przez pokład samolotu przetoczyła się fala zdumionych szeptów. Czując, że coś się święci, attache ocknął się i zerwał z miejsca.

Przejściem szedł absolutnie nagi stażysta i niósł zwinięte w kłębek ubranie.

- Co ty robisz? - zapytał attache.

- Cicho! - syknął stażysta. - Nikt nie może mnie rozpoznać.

 

Ostatnimi akordami tej szalonej serii były dwie udane ucieczki...

 

Ja i Sasza Kaznaczejew mieliśmy urodziny w tym samym miesiącu. Wprawdzie on był attache, a ja pracowałem na budowie, ale obaj należeliśmy do młodych i, że tak powiem, inteligentnych ludzi naszej kolonii. Dlatego postanowiliśmy obchodzić urodziny wspólnie.

W dniu jego urodzin jeszcze nikt się niczego nie domyślał.

A kilka dni później Sasza po prostu wyszedł z ambasady, zostawiając tam nawet swój służbowy samochód, żeby nikt nie mógł oskarżyć go o kradzież, przyszedł do ambasady amerykańskiej i poprosił o azyl polityczny. Wprawdzie wtedy była to jeszcze nowość, ale zdrada ojczyzny przeszła gładko. Sasza nawet spotykał się - na żądanie ambasady ZSRR - z naszym ambasadorem i rezydentem, czyli jednym z radców, i potwierdził, że uciekł świadomie i nikt go nie porwał. Wówczas zarzucili mu kradzież.

Później Sasza żył w Ameryce, napisał dość banalną książkę i podobno zginął w wypadku samochodowym. Nie wiem, jak było naprawdę.

Jego czyn miał spory wpływ na moje losy.

Po ucieczce Kaznaczejewa kierownictwo ambasady i innych organizacji zaczęło tworzyć - w ścisłym kontakcie z Moskwą - listy ludzi pewnych, niezbyt pewnych i całkiem niepewnych.

Okazuje się, że ostatnią listę otwierałem ja. Oto palec losu!

Po pierwsze, miałem naganę z wychowania fizycznego (kryptonim organizacji komsomolskiej). Druga nagana była cicha, a dostałem ją za to, że moja żona uciekła ode mnie z Wołodią Wasiliewem. Wołodia był pracownikiem naukowym Instytutu Orientalistyki, żył według własnych reguł, ignorował ambasadę i jej zasady, jeździł wynajętym dżipem, którego siedzenie pokryte było dywanem, i miał czelność przesłuchiwać naczelnika budowy Alichanowa:

- Przepraszam, czy w czasie pańskiej wizyty w Pompejach nie był pan w lunaparku?

Tak naprawdę Kira po prostu leciała do Moskwy jednym samolotem z Wołodią. Ona mnie nie porzucała, a Wołodia, którego ambasadorska sfora nie znosiła, nie miał pojęcia o swoich wyczynach Don Juana. A już na pewno nie podejrzewał, do czego mnie one pchną.

A pchnęły mnie ni mniej, ni więcej, tylko do zdrady ojczyzny. Co może zrobić tłumacz bez żony? To oczywiste - zdradzić ojczyznę!

Ponadto, jak się okazało, czytałem książki po angielsku, spędzałem sporo czasu w sklepie pewnego Anglika i piłem tam kawę w godzinach pracy. Co gorsza - urządzałem urodziny razem z Kaznaczejewem!

No i kierownictwo ambasady, zebrawszy się i omówiwszy wszystkich potencjalnych kandydatów do zdrady, doszło do wniosku: jako następny ucieknie Możejko.

A Możejko nic o tym nie wiedział i dalej żył w tej fantastycznej powieści, tak rzeczywistej, że mógł ją napisać jedynie Siergiej Dowłatow.

Tego dnia wybierałem się do urzędu celnego. Kierowcy Miszy nie było, pojechał naszym gazikiem do dentysty. Czekałem na niego dość długo, moi pozostali współlokatorzy, główny inżynier Mekriukow, wujek Gosia i Szarygin, pojechali na budowę, więc poszedłem na przystanek autobusowy. Korzystanie z autobusów nie było dobrze widziane przez naszych zwierzchników. Gorsze mogły być tylko ryksze - podróżowanie nimi było porównywalne do wizyty w domu publicznym.

Wszedłem do "kobry", na szczęście niezbyt zatłoczonej, udało mi się przycupnąć na drewnianej ławce i pojechaliśmy.

W porcie poszedłem do znajomych celników, którzy szybko załatwili formalności związane z ładunkiem dla budowniczych. Zakończyłem wszystkie sprawy przed obiadem i wyszedłem na ulicę. Jak na złość lunął deszcz. Był listopad, najwyższa pora, by deszcze wreszcie się skończyły, ale ogon monsunu nie mógł się uspokoić. Parasola oczywiście nie wziąłem, więc dobiegłem do kawiarni, wziąłem tam "Guardiana" i zacząłem czytać. Deszcz, jak to zwykle w tropikach, lał jak z cebra i gdy wreszcie przestał, znad asfaltu w promieniach słońca unosiła się para.

Kolejna ulewa dopadła mnie już przy dworcu. Nie pozostawało mi nic innego, jak korzystając z daszków nad kinami na ulicy Aung Sana, dobiec do sklepu Bowna.

Bown ucieszył się na mój widok - tego dnia byłem jego pierwszym klientem. Pogawędziliśmy do szóstej i ruszyłem do domu.

Jednym słowem, wróciłem dopiero wieczorem.

Wysiadłem z autobusu przed naszym domem numer 9 i spostrzegłem, że na okrągłym asfaltowym podjeździe do domu stoi kilkanaście samochodów - z ambasady, z przedstawicielstwa i naszych, budowlanych.

Co się mogło stać? Chciałoby się powiedzieć - serce ścisnęła trwoga.

Ostrożnie podszedłem do domu i zajrzałem do środka. Pusto. Tylko z gabinetu głównego inżyniera dobiegają głosy. Leciutko uchyliłem drzwi.

W gabinecie, na krzesłach przyniesionych ze wszystkich pokoi siedzieli liderzy radzieckiej kolonii. Siedzieli, zdaje się, od dawna. Właśnie występował Pietia, czekista, którego mi przydzielono.

- Mówiłem o tym nieraz - grzmiał Pietia - ale nikt mnie nie słuchał. A przecież wszystko wyraźnie zmierzało...

Poczułem ulgę. Chwała Bogu, nic strasznego! Znowu gadają o Kaznaczejewie. Najlepiej zrobię, jak usiądę sobie cichutko na tamtym krześle przy drzwiach i udam, że siedzę tu już od dawna...

Usiadłem. Mojego pojawienia się nie zauważył nikt prócz oratora.

Pietia przerwał swoją przemowę w pół słowa, zaczął się jąkać: "Aa... aaa..." i wskazywać mnie palcem.

Wtedy przeżyłem nieprzyjemną chwilę. Wszystkie głowy siedzących w pokoju ludzi zaczęły odwracać się w stronę wskazaną palcem czekisty. W moją stronę. Ich oczy się zaszkliły.

W końcu Pietia głośno, z przekonaniem, wykrzyknął:

- Prowokacja! Towarzysze, przecież uprzedzałem, że trzeba być gotowym do prowokacji!

Ludzie zaczęli wstawać, niektórzy, przechodząc obok mnie, rzucali mi pogardliwe spojrzenia, inni wychodzili, nie patrząc.

Gdy wszyscy się już rozeszli, moi koledzy opowiedzieli mi, co zaszło.

O jedenastej rano z jakiegoś powodu szukał mnie Alichanow.

- Gdzie Możejko?

- Chyba wybierał się do miasta - powiedział Szarygin.

- Jakim samochodem?

- Nie było samochodu. Misza nie przyjechał.

- "Kobrą"?

- "Kobrą".

- Cholera jasna! Jak przyjedzie na obiad - natychmiast do mnie! Ile razy można powtarzać, żebyście nie jeździli komunikacją miejską?

Na obiad Możejko nie wrócił.

O piątej po południu Alichanow wbrew sobie, acz zgodnie z instrukcją, zameldował o nadzwyczajnym wydarzeniu ambasadorowi.

W ambasadzie niczego innego się po mnie nie spodziewali.

W tym czasie, gdy ja piłem u Bowna herbatę z mlekiem, do naszego domu zaczęli zjeżdżać się zmęczeni, źli i wystraszeni członkowie radzieckiej kolonii.

O siódmej wszystko było jasne. Oratorzy starali się wybić ponad innych w spóźnionej czujności. Niestety nie było tam magnetofonu ani stenografistki. Sasza Razwin był szczerze wzruszony, słysząc, w jak wczesnym dzieciństwie zostałem zwerbowany przez amerykański wywiad. Muszę jednak przyznać, że moi rówieśnicy i koledzy nie brali udziału w tej grze. Szło nowe pokolenie, pokolenie lat sześćdziesiątych. Niestety, oni również zestarzeją się i zmienią...

Możecie sobie wyobrazić, jaki popłoch wywołał mój powrót. Ale żaden z "demaskatorów" nie czuł się niezręcznie. Żyliśmy w antyutopii.

Wieczorem miałem bardzo nieprzyjemną rozmowę z Alichanowem, pod koniec której Jurij Iwanowicz oznajmił, że w ciągu dwudziestu czterech godzin odeśle mnie do ojczyzny, której omal nie zdradziłem. Rano wezwano mnie do ambasadora, potem nie wiadomo po co do sekretarza partyjnego ambasady... Każdy z nich walił pięścią w meble i groził mi powrotem do Moskwy - to była najstraszniejsza kara!

Zarówno ja, jak i moi rozmówcy wiedzieliśmy, że to tylko gra. Człowiek wścieka się, klnie, obraża mnie, a w oczach ma błysk satysfakcji: "Przeklęty łajdak, inteligent parszywy, zabić go to mało! Ale przecież nie uciekł!".

Kilka lat później od jednego z radców ambasady w Waszyngtonie uciekła młoda żona z dwojgiem małych dzieci. Próbowała namówić męża, żeby poszedł za jej przykładem, ale on nie chciał zostawić ojczyzny. Był z pokolenia lat sześćdziesiątych i doktorem filozofii. Gdy żona znikła, mąż dwa dni siedział w prostracji, mając nadzieję, że ona opamięta się i wróci. Kiedy ambasada dowiedziała się o tej stracie, było już za późno. Mąż wrócił do Moskwy. Długo nie mógł znaleźć pracy. Pamiętam słowa jednego z urzędników (jak sądzę, typowe): "Nie umiał zatrzymać żony, to trzeba było z nią uciec. Taki nam niepotrzebny".

Moja żona jakoby uciekła ode mnie do ojczyzny. Więc cała rodzina uciekała we właściwym kierunku.

Zostałem wtedy w Birmie, ale, co charakterystyczne, odesłano mnie do domu dokładnie w dniu wygaśnięcia mojego kontraktu. Byłem jedynym tłumaczem czy specjalistą, z którym nie przedłużono umowy choćby na pół roku. Mimo że pracowałem nie lepiej, ale i nie gorzej od innych...

Za to zostałem fantastą.

Sądzę, że na moim miejscu każdy zostałby fantastą.

Teraz, gdy wszystko się już dokonało, myślę, że źródła mojej biografii twórczej leżą właśnie w tych dwóch birmańskich latach.

Tylko wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem.

Myślałem, że to właśnie jest normalne życie.

 

Przestępczy "mumizmatycy"

Chciałbym opowiedzieć o historii, bez której zarówno moja biografia, jak i biografia antyutopii byłaby niepełnowartościowa.

Słyszeliście o sprawie numizmatyków?

Nie sądzę. Zaczęła się pod koniec 1969 roku i ciągnęła przez kilka lat. Stopniowo ucichała, robiąc krok wstecz.

Nadciągał rok siedemdziesiąty, setna rocznica urodzin proroka Lenina. Żyliśmy w prawie demokratycznym państwie, w którym dobiegły końca liberalne lata sześćdziesiąte i nastały konserwatywne siedemdziesiąte. Na stojących rzędem tronach zasiadali starzejący się wodzowie i łamali sobie głowy, jak wykorzenić zarazę wniesioną przez Nikitę Chruszczowa w partyjne szeregi.

Do tego momentu żyłem sobie a muzom, nie zwracając szczególnej uwagi na działania władz. Byłem zwykłym mieszkańcem obłąkanego państwa, który sądzi, podobnie jak zamiatiński "numer", że sądzone mu będzie żyć i umrzeć w ZSRR, mimo że inne kraje podobają mu się znacznie bardziej. W końcu pracowałem jako tłumacz, czytałem angielskie książki, a Głos Ameryki był dla mnie chlebem powszednim - do tej pory brzmi mi w uszach melodia z "muzycznej godziny". Poza tym czytałem "Kontynent", znałem niektórych dysydentów i chociaż nie byłem bojownikiem, miałem swoje stanowisko, nie zdradzałem go i nawet uważałem się za nieco bardziej konsekwentnego niż inni bojownicy o szczęście narodu.

Jak już deklarowałem, sam sobie określiłem, wprawdzie bardzo umowne, ale jednak jakieś granice swojego istnienia w naszym państwie. Pracuję, przyjmuję jedzenie z rąk tresera, ale nie wychodzę na arenę. To nie było takie proste (przypomnijmy sobie Birmę), ale do pierwszych szeregów się nie pchałem, więc jakoś się udawało.

Nigdy nie podzielałem stanowiska naszych działaczy literatury i sztuki, którzy korzystali ze sporych łask ofiarowywanych pisarzom i artystom przez organa partyjne, jeździli do domów pracy twórczej na seminaria, dostawali wille w Pieriediełkinie i piękne mieszkania, a za granicę jeździli co roku, żeby pokazać się i popatrzeć na innych.

Nie sposób ich za to osądzać. To było powszechne zjawisko. Dlaczego nie wykorzystać przychylnego stosunku partii i rządu?

Ale dalej zaczynało się coś, co po dziś dzień jest dla mnie niezrozumiałe.

Pisarz pisze umiarkowanie odważne dzieło. Zaczynają go krytykować różni tam Bułharinowie. Pisarz chodzi po Moskwie albo Leningradzie, a postępowa inteligencja strasznie mu współczuje - przecież mogą go pozbawić specjalnych racji!

Nie przesadzam i nie pragnę nikogo obrazić. Ale chcę przypomnieć, że ktoś, kto nie należał do Związku Pisarzy, nie miał prawa wydać więcej niż jedną książkę rocznie, otrzymywał niższe stawki niż członek czy przewodniczący związku, nie mógł też liczyć na żadne łaski. A już willa w Pieriediełkinie była stanowczo poza granicami jego marzeń.

Zdarzały się sytuacje, a w latach siedemdziesiątych było ich coraz więcej, gdy postępowemu pisarzowi mogło grozić wykluczenie ze związku. Wtedy zaczynała się walka o pozostanie.

Nawet dziś mam ochotę zapytać tych nieszczęsnych i obiektywnie szlachetnych ludzi, którzy przeżywali te osądzenia i wykluczenia: Po jakie licho czepialiście się tego związku? I po jakie licho do niego wstępowaliście?

Ja nie mogłem należeć do grona radzieckich pisarzy, ponieważ nigdy nie podzielałem przekonania o partyjności literatury, nie uznawałem metod realizmu socjalistycznego i konieczności odwiedzania gabinetu pracownika KGB, który mógł mnie wychłostać na oczach innych.

Oczywiście, nie wszyscy pisarze martwili się jedynie sposobem zdobycia futrzanej czapki czy samochodu bez kolejki, ale strach odsunięcia od koryta był tak powszechny, że gdy jedni szlachetni pisarze błagali, by nie wyganiać ich z tego cuchnącego związku, inni, płacząc rzewnymi łzami, głosowali tak, jak należało. Nie mogli wszyscy razem opuścić związku? Być może, dzięki temu cały system komunistyczny runąłby znacznie wcześniej.

Ale do niczego takiego nie doszło.

Najlepsi przyjaciele Pasternaka czy Sołżenicyna za przejaw wielkiej odwagi uważali ogłoszenie choroby bądź wyjście z sali w czasie głosowania. A przecież było jasne, że rozstrzelanie im nie grozi.

I teraz we wspomnieniach ci szlachetni ludzie chwalą się swoją śmiałością!

Znacznie bardziej zrozumiałe i konsekwentne jest, moim zdaniem, stanowisko tych, którzy będąc członkami Związku Pisarzy, bronili jego pozycji ideologicznych i żądali wygonienia wątpiących.

Pod tym względem najdalej posunął się nasz klasyk fantastyki Aleksander Kazancew, który (jak czytałem w stenogramie) żądał wsadzenia Pasternaka do więzienia. Jako jedyny pisarz w kraju!

Fantastyka przebijała sobie drogę do literatury partyjnej.

Wkrótce Kazancew otrzymał kolejny order.

U progu lat siedemdziesiątych zacząłem już pisać fantastykę, obroniłem pracę doktorską o średniowiecznej Birmie, wszystko układało się zrozumiale i rozsądnie.

Co niedzielę chodziłem do klubu numizmatyków, ponieważ zbierałem wtedy rosyjskie medale pamiątkowe. Ciężkie, brązowe krążki z portretami imperatorów.

Gdy pewnej niedzieli przyszedłem do klubu, usłyszałem, że kilku numizmatyków aresztowano. Handlowali mongolskimi tugrikami, a może zaszło coś innego.

Działo się to pod koniec 1969 roku, w przededniu jubileuszowego roku leninowskiego. System rozchybotał się na tyle, że głównym zajęciem jego obywateli było opowiadanie anegdot o wodzu. Wszyscy wylewali uczucia w dowcipach.

Lenin pyta Stalina:

- Czy moglibyście, Józefie Wissarionowiczu, zabić człowieka?

Stalin pali fajkę i odpowiada z ciężkim akcentem:

- Mogę.

- A moglibyście, ojczulku, zabić dziesięciu ludzi?

- Mogę.

- A moglibyście zabić i zamęczyć dziesięć milionów ludzi?

- Mogę.

- O, to wtedy my, ojczulku, będziemy was ostro, ale to bardzo ostro krytykować.

Tego rodzaju żarty opowiadano dość otwarcie. Gdy dzierżący władzę zostawali sami, puszczali taśmę z pieśniami Okudzawy czy Galicza, a potem opowiadali właśnie takie anegdoty.

Wszystkie organizacje i urzędy ojczyzny spieszyły, by uradować ducha Lenina wyjątkowymi osiągnięciami na niwie zawodowej oraz różnego rodzaju prezentami i dokonaniami. Prokuratura też nie chciała zostać w tyle.

Pamiętam nawet nazwisko inicjatora.

Polakow, prokurator miasta Kijowa.

Miasto Kijów leży wprawdzie na Ukrainie, ale w tamtych latach nie miało to większego znaczenia. Bez względu na położenie geograficzne, pochwały za zasługi otrzymywało się w centrali. Kopniaki też rozdawano w centrali.

Towarzysz Polakow wymyślił, jak można ucieszyć nieboszczyka Lenina.

Trzeba podskubać numizmatyków.

Może podpowiedział mu to wnuk bądź syn, a może gdzieś przeczytał o konfiskatach, zasilających skarb państwa, w każdym razie rozkazał aresztować w Kijowie dziesięciu miejscowych numizmatyków. Zaczęto przesłuchiwanie na okoliczność wrogich zamiarów i przestępczej działalności.

Zakładam, że sprawa numizmatyków nie była wyłącznym dziełem prokuratora Polakowa. Niewykluczone, że gdzieś zachowały się jakieś dokumenty. W każdym razie gdy sprawa dotarła do Moskwy, wyglądała już bardzo groźnie.

Jeśli w praworządnym Związku Radzieckim aresztowano podejrzanego, można go było trzymać w więzieniu trzy doby, nie przedstawiając zarzutu.

Potem się zobaczy.

Tak też zrobiono.

Numizmatyków wsadzono do więzienia i przesłuchiwano przez okrągłą dobę. Śledczych nie interesowały związki podejrzanego z wrogami czy innymi państwami, pytania były znacznie skromniejsze: Kiedy i co sprzedawałeś bądź kupowałeś? Kiedy i jaką monetę wymieniłeś bądź kupiłeś?

A ponieważ numizmatycy okazali się ludźmi nieobeznanymi z kodeksem karnym i chcieli jak najszybciej wrócić do domu, do mamy albo wnuków, jak obiecywał wujaszek śledczy, to ochoczo opowiadali o działalności swojej i znajomych.

Pod koniec trzeciej doby stało się jasne, że natrafiono na złotą żyłę. Zapachniało milionami. A wszystko odbywało się zgodnie z prawem.

Był wtedy w kodeksie karnym (niewykluczone, że w jakiejś postaci istnieje po dziś dzień) artykuł o operacjach walutowych. Brzmiał następująco: "Każda transakcja, związana z nabywaniem, odstępowaniem bądź wymianą drogocennych metali (włączając srebro) bądź wyrobami z tychże, dokonana poza bankiem państwowym, jest działalnością przestępczą i grozi karą pozbawienia wolności do lat ośmiu".

Wszyscy aresztowani, ludzie rozmowni i posłuszni, podpadali pod ten artykuł, albowiem nie sposób zbierać monet czy medali, nie dokonując podobnej przestępczej transakcji.

Zeznania wszystkich numizmatyków miasta Kijowa zawierały informacje o numizmatykach z innych miast. Przede wszystkim z Moskwy i Leningradu.

Towarzysz Polakow, po skonfiskowaniu kolekcji swoich ofiar, wyruszył do Moskwy z radosnym meldunkiem - chyba uda nam się zrobić wspaniały prezent Iljiczowi!

W Moskwie Polakow został zrozumiany i doceniony.

Na podstawie przywiezionej przez niego listy od razu aresztowano ponad tuzin ludzi. Śmietankę rosyjskiej numizmatyki.

Wszystkich wsadzono do więzienia.

To tak jakby los, nie mogąc ofiarować mi trzydziestego siódmego roku z jego strachami i terrorem, stworzył specjalną sytuację, bym mógł na własnej skórze poczuć, co to znaczy - czekać na rewizję i areszt, siedzieć godzinami na przesłuchaniach, nie wiedząc, czemu jesteś winien, i rozumiejąc, że twój los nie zależy od prawa, lecz humoru śledczych czy prokuratora.

Przyszedłem do klubu kolekcjonerów - nawet w czasie potopu ludzie handlowali obwarzankami - gdzie pozornie toczyło się zwyczajne życie. Przy stolikach siedzieli sprzedawcy monet czy medali, pomiędzy nimi krążyli kupcy i tylko w holu, gdzie tłoczyli się weterani, paląc w kółko papierosy, mówiło się, że... Mitina wzięli, u Butorowa byli, a w Leningradzie ponoć zamknęli dwadzieścia osób.

Warto by napisać zamiatinowską powieść o życiu na statku kosmicznym, który nieuchronnie zbliża się do katastrofy. Przebywający na nim ludzie znają co do sekundy moment swojej śmierci, ale będą jeść, leczyć się, zdradzać, kłócić, a nawet na siebie donosić.

Potęga fantastyki może, a nawet powinna polegać na przedstawieniu życia zwykłych ludzi w nieprawdopodobnych sytuacjach. Gdy człowiek nie potrafi przeskoczyć samego siebie.

Pisarze wymyślają wielkie uczucia obywatela.

Najlepiej wiedział o tym Wells i dlatego napisał "Wojnę światów", którą dzisiaj czyta się tak samo jak sto lat temu. Można powiedzieć, że współczesna fantastyka wyszła z tej książki i nie udało jej się odejść zbyt daleko...

Minęło kilka dni.

Ja o niczym nie wiedziałem. Śledczy się nie spieszyli, byli pewni, że przerażone króliki poczekają, aż wąż do nich podpełznie.

Wzięli na przykład mojego przyjaciela Jurę Mitina, aspiranta Akademii Nauk Społecznych, zakładu naukowego samego Komitetu Centralnego KPZR, przygotowującego urzędników partyjnych wysokiego lotu. Ale prokurator miasta Kijowa i jego koledzy działali z rozmachem. Pragnęli pokazać, że na tę straszną zarazę, otwierającą serca radzieckich ludzi zagranicznym wywiadom, chorują także ludzie, którzy wydają się solidni.

W Kijowie już siedzieli w więzieniu wszyscy czołowi numizmatycy, w Moskwie trwały aresztowania, do Leningradu poszła depesza - brać!

O ile wiem, spośród wszystkich wielkich centrów, posiadających kluby numizmatyczne, uchował się jedynie Leningrad, a i to dzięki szczęśliwemu, czysto radzieckiemu przypadkowi. Okazuje się, że referent leningradzkiego "gospodarza" Tołstiakowa był filatelistą i zachował w sercu korporacyjne uczucia. Zrozumiał, że następny krok grozi śmiercią filatelistom. Jego obawy nie były bezpodstawne - przypomnę, że w latach trzydziestych aresztowano i zamęczono wszystkich jako tako znanych filatelistów Kraju Rad, a ich kolekcje albo trafiły do skarbu państwa, albo zostały rozkradzione.

Przy okazji, to właśnie radziecki fenomen. Niemieccy faszyści przeprowadzali konfiskaty z taką samą gorliwością co nasi rodzimi czekiści, ale wszystko było rejestrowane i składane gdzie należy. A u nas nawet w czasach najstraszniejszego terroru przynajmniej połowę skonfiskowanego dobra rozkradli strażnicy rewolucji.

Referent położył dokument z Moskwy z żądaniem wydania głów dwudziestu kolekcjonerów na stół Tołstiakowa w odpowiednim momencie - gdy zwierzchnik miał odpowiedni humor. Wyjaśnił, że to tylko intrygi Moskwy, którym nie warto przyklaskiwać. Tołstiakow nie podpisał dokumentu.

Drodzy czytelnicy, spytacie, co tu ma do rzeczy sekretarz komitetu okręgowego?

A to, że grupowe aresztowania można było przeprowadzać jedynie z sankcji tegoż komitetu. Jeśli działało się z pominięciem sekretarza, sekretarz mógł to uznać za akt nieufności i miałby rację.

Z Leningradu kolekcjonerów ciągnięto na przesłuchania w trybie indywidualnym. Na przykład, Henrich Sudnik został przywieziony do stolicy przymusowo, jako świadek. Śledczy mieli nadzieję, że uda się go aresztować.

Ale nie wyszło - wszyscy mądrzeliśmy w oczach i już wkrótce zrozumieliśmy, że nie ma przymusu pisania donosów na siebie i towarzyszy, i że współpraca ze śledczym w niczym nam nie pomoże. Szczere wyznanie wykorzystają przeciwko niewinnemu!

Ja też czekałem na przyjście czekistów.

Dlatego przeprowadziłem w swoim domu staranną autorewizję.

Po pierwsze, wywiozłem do siostry i mamy książki, których żal było wyrzucać i trudno zniszczyć: roczniki "Kontynentu", książki Sołżenicyna, Alilujewej, Siniawskiego i inne zakazane tomy.

Następnie sprawdziłem swoją twórczość pod kątem działalności antyradzieckiej, coś od razu zniszczyłem, coś dałem Kirze, żeby schowała poza domem. Teraz niektórych opowiadań mi żal, przepadły bez śladu. Jedno zachowało się przypadkiem. Mam na myśli "Wpadkę '67", będzie o tym niżej.

Na numizmatyczną czystkę nie starczyło mi już czasu.

Gdy siedziałem wieczorem u mamy, zadzwoniła Kira.

- Przyszli.

- Gdzie są?

- Czekają gdzieś na zewnątrz. Nie wpuściłam ich.

Od razu przestałem się bać. Zazwyczaj człowiek boi się niewiadomego. A teraz diagnoza została już postawiona.

Poza tym nie były to już lata trzydzieste. Była ogromna różnica pomiędzy państwem masowo likwidującym poddanych i tym, które zajęło się mną i innymi numizmatykami.

Byłoby nieprawdopodobieństwem, by w trzydziestym siódmym roku żona przestępcy państwowego powiedziała czekistom: "Męża nie ma w domu, a ja was nie wpuszczę", i żeby czekiści czekali na schodach.

Mieszkaliśmy na ostatnim, ósmym piętrze.

Zatrzymała się winda.

Jeszcze z windy zobaczyłem sylwetki ludzi stojących pół piętra wyżej, przy strychu.

Pokornie podszedłem do swoich drzwi.

Oni szli z tyłu - czułem ich kroki.

Kira otworzyła.

Weszli za mną i okazali legitymacje.

Dalej to już było antyklimakterium.

Zamiast pokazać przede wszystkim nakaz rewizji czy aresztu, oni rozebrali się, wytarli buty, zapytali, do którego pokoju mają przejść. Pokoi było półtora, usiedli we trzech na kanapie i fotelu. Potem główny czekista, surowy i mocny jak szafa, z głębokimi bruzdami na topornej twarzy, podał mi kartkę.

To był zapisek od Mitina: "Igor, oddaj im moje medale okolicznościowe".

Przed aresztowaniem Jura przywiózł do mnie kolekcję (około sześćdziesięciu) medali okolicznościowych. Myślał, że nigdy się nie przyzna. Ale jak sam potem mówił, już na drugi dzień przesłuchań poczuł tak przemożne pragnienie wyznania wszystkiego, że marzył tylko o jednym - oddać wszystko, może wtedy go wypuszczą.

To był błąd. Nigdy nie wypuszczają za szczerość.

Jego zapisek dał im doskonałą możliwość popracowania również ze mną.

Że dążyli do tego od jakiegoś czasu, dowiedziałem się nieco później.

Jak się okazało, gdy zaczęto wypytywać zatrzymanych o przyjaciół i znajomych (czyli o to, o co przede wszystkim pytają na sprawie grupowej), niemal cała dwunastka moskiewskich numizmatyków w pierwszej kolejności wymieniła moje nazwisko. Byli przekonani, że lepiej wydać mnie niż człowieka, który może ucierpieć. Przecież Możejko to kandydat nauk, pisarz i w sumie zwykły człowiek.

Sądzili, że podając moje nazwisko, uratują innych.

Kolejny błąd. Nikogo nie można było uratować.

Podobną sytuację nieraz odgrywano w filmach wojennych. Bohater bierze na siebie winę za podpalenie stajni czy wybuch w sztabie niemieckim, sądząc, że wtedy faszyści wypuszczą na wolność wszystkich niewinnie aresztowanych.

Nigdy nic dobrego z tego nie wychodziło. Kat najpierw karze przestępcę, szczerą ofiarę własnej szlachetności, a potem z tą samą gorliwością karze niewinnych, już przygotowanych do kaźni.

Zadanie śledczych i prokuratury u wrót roku leninowskiego polegało na zdemaskowaniu wszystkich numizmatyków i zwróceniu ojczyźnie pudów złota i srebra. W nadziei na to, że część tego bogactwa osiądzie na ich łapach.

Każdy szlachetny czyn podejrzanych czy też po prostu schwytanych odbierany był jako słabość. Zachowywali się niczym palestyńscy terroryści i żona rybaka (tego od złotej rybki) - każde zaspokojenie swoich żądań i próśb śledczy traktowali jako przejaw słabości i robili kolejny krok w kierunku zostania "wszechwładną morza cesarzową".

Śledczych, którzy spędzili wtedy u mnie wieczór i część nocy, było trzech.

Zapewne trudno wam w to uwierzyć, ale ja, przeżywszy pół życia w antyutopii, nie miałem żadnego doświadczenia w kontaktach z władzami w takiej sytuacji. Teraz przechodziłem tę szkołę z opóźnieniem, skróconym programem.

Pierwszy i najstarszy śledczy był surowy i nie ukrywał, że gdy skończymy rozmowę, zabiorą mnie ze sobą i więcej do tego domu nie wrócę. Drugi śledczy, przypominający ślusarza, był reprezentantem narodu zdumionego skalą naszych przestępstw i głębią upadku.

- Jakże to tak - mówił, a jego oczy rozszerzały się ze zdumienia - taki powszechnie szanowany człowiek, kandydat nauk, pisarz, że tak powiem, i nagle w takim towarzystwie? Natychmiast oczyść się, przyjacielu, od takich znajomości! To my jesteśmy twoimi prawdziwymi przyjaciółmi!

Trzeci był czarującym inteligentem, delikatnym i wrażliwym. Dręczyło go pragnienie, więc co rusz chodził do kuchni, prosił Kirę, żeby nalała mu wody. Mówił, że wszystko rozumie, że jest mu wstyd za kolegów i jeśli trzeba cokolwiek schować albo wynieść - on pomoże.

Po tej przydługiej wizycie byłem wielokrotnie wzywany na przesłuchanie do prokuratury, do Wydziału do spraw Walki z Kradzieżą Własności Socjalistycznej i Spekulacją i do KGB. Wszyscy zajmowali się tą sprawą, wszystko niepokoiło ich żywe umysły.

Pamiętam pokój na Pietrowce - sztab operacyjny sprawy numizmatyków. Tam zwożono zagarnięte dobro, tam zbierały się grupy operacyjne, tam pospiesznie przesłuchiwano wrogich świadków. Pamiętam skrzynki pełne taśm do orderów. Gdzieś udało im się dopaść babcię, wdowę po przedrewolucyjnym producencie wspaniałych morowych taśm, od szerokich naramiennych do wąskich na naszywki. Taśmy wypadły ze skrzynek, barwne rulony rozwijały się jak serpentyny. Wyglądało to odświętnie i denerwowało śledczych, którzy uwalniali się z taśm niczym synowie Laokoona z objęć węży.

Ich nieuctwo było absolutne, żenujące i banalne. Major, prowadzący całą tę kampanię, nazywał nas "mumizmatykami". Poważnie. A ponieważ atmosfera tajemnic i zagadek panowała również na Pietrowce, to poziom plotek i pogłosek, wypełniających ten budynek, również był fantastyczny. Śledczy z zapartym tchem opowiadali sobie o kilogramach złota znalezionych pod kanapą u Chidekela albo o worku z platynowymi główkami Lenina, które Mitin odrywał od licznych, zniszczonych przez niego odznaczeń.

Wszystkich nas nazywano dywersantami gospodarczymi.

Na przesłuchaniach siedziało się bardzo długo. Śledczy szedł na obiad, wychodził napić się herbaty albo zapalić, a ty mogłeś wyjść z gabinetu najwyżej do toalety. I wszyscy cię straszyli. Nigdy nie byłem pewien, czy tym razem wrócę z przesłuchania do domu. Każdy kolejny śledczy twierdził, że on osobiście bardzo w to wątpi.

W miarę zbliżania się dnia pierwszej rozprawy sądowej - a miało być ich sporo, bo w Moskwie i Kijowie znalazło się wielu oskarżonych - działalność narodowych mścicieli stawała się coraz bardziej gorączkowa. Pomysł przetopienia łupu zagarniętego w domach kolekcjonerów (niemal wszystkie największe numizmatyczne kolekcje kraju) podchwycili wszyscy śledczy i oficerowie operacyjni. Jedynie cudem Muzeum Historycznemu udało się powstrzymać tę szlachetną akcję, przekonując bardzo wysokie zwierzchnictwo, że korzystniej będzie sprzedać to dobro za granicą. Chwała pracownikom muzeum za to, że nie mogąc pomóc ludziom, ratowali przynajmniej unikatowe rzeczy.

W tym samym czasie do wiadomości publicznej doszła inicjatywa towarzysza Krenkiela i kierownictwa WOF.

WOF - Wszechzwiązkowe Towarzystwo Filatelistów, organizacja niegdyś potężna, zostało praktyczne unicestwione w latach trzydziestych, gdy wyszło na jaw, że filateliści to zagraniczni szpiedzy.

W naszych latach WOF było już organizacją biurokratyczną. Należenie do jej "górki" oznaczało masę przywilejów, od otrzymywania dobrych znaczków i dostępu do skrytek począwszy, na podróżach na międzynarodowe zjazdy i wystawy (wraz z czekistami przydzielonymi do WOF) skończywszy. Formalnie towarzystwem kierował przewodniczący, radiotelegrafista Krenkiel.

Tym, którzy zapomnieli, kim był Krenkiel, przypominam - to jeden z czterech bohaterskich polarników, którzy spędzili kilka miesięcy na dryfującej krze w 1938 roku. Na czele tej czwórki stał towarzysz Papanin, były czekista (czekista zawsze będzie czekistą), który rozstrzeliwał białogwardzistów na Krymie. Krenkiel był tam radiotelegrafistą.

Na starość został wciągnięty do Towarzystwa Filatelistów.

W jego imieniu wydrukowano, a następnie naklejono na drzwiach wszystkich filatelistycznych i numizmatycznych klubów naszego kraju następujące oświadczenie:

"Filatelistyka uczy naszą młodzież ideałów komunistycznych, numizmatyka zaś propaguje retrospektywne spojrzenie na historię, czym wyrządza młodzieży ogromną szkodę. Z tego względu wszystkie numizmatyczne kluby w ZSRR zostają zamknięte, a kolekcjonowanie monet, odznaczeń itd. zabronione".

To nie dom wariatów. To oświadczenie zostało opublikowane, między innymi, w "Litieraturnej gazietie" (Gazecie literackiej) i nikt się nie śmiał.

Jak niewiele zmienił się dzielny polarnik od czasu dryfowania na krze! Wtedy we trzech zasiadali w namiocie i na zebraniu komórki partyjnej omawiali kwestię skazania bądź ułaskawienia trockistowsko-zinowjewowskich dwulicowców. Doszli do jednogłośnego postanowienia - skazać, o czym powiadomili Moskwę. Czwarty członek ekspedycji, hydrolog Fiodorow, w czasie głosowania znajdował się poza namiotem, na mrozie, w towarzystwie psa Wesołego. Fiodorow był bezpartyjny i dopóki nie przyjęto go do partii na tejże krze, męczył się jako odszczepieniec. Krenkiel był w namiocie.

Publikacja w "Litieraturnej gazietie", ówczesnym megafonie liberalnej inteligencji, naszym małym hyde parku, stała się przyczyną dwóch publikacji. Jedna z nich to wielki artykuł w amerykańskim czasopiśmie "Coins" (Monety). Były w nim nuty współczucia dla numizmatyków oraz jawna drwina z radzieckich władz. Kontynuacją nieprzyjemnych dla nas amerykańskich słów, które rozprzestrzeniły się po świecie, był nowy artykuł w "Litieraturnej gazietie", zatytułowany. "Sprawa numizmatyków". Po raz pierwszy stwierdzono w nim, że cała ta "sprawa" jest sztucznie rozdmuchana, a zabranianie numizmatyki nie przyszło do głowy nawet Hitlerowi.

W tak zwanym międzyczasie dobiegł końca pierwszy proces.

Proces ohydny i pouczający. Ponieważ ja byłem świadkiem, a sądzono moich towarzyszy, byłem obecny na rozprawie i nawet zostałem usunięty z sali za to, że dałem wyraz swojemu oburzeniu.

Adwokatów z urzędu nikt nawet nie słuchał. Z podsądnymi rozmawiano jak z wrogami narodu, ze świadkami jak z ich pomocnikami.

Mój przyjaciel Jura Mitin dostał pięć lat łagrów na podstawie oskarżenia składającego się z sześćdziesięciu dwóch punktów. W punkcie takim to a takim mówiono: "przestępczo wymienił medal na medal", "przestępczo kupił monetę" i tak dalej. Sześćdziesiąt dwa razy. Pięć lat.

Pozostali podsądni również zostali przykładnie ukarani.

Po artykułach w amerykańskiej prasie i wystąpieniu w "Litieraturnej gazietie", za którym bez wątpienia stał ktoś wpływowy, uważający sprawę numizmatyków za haniebną, drugi proces przebiegał już inaczej. Przydzielony został prokurator Demin, słynny ze swojego liberalizmu, w czasie rozprawy na oskarżonych i świadków nikt nie krzyczał, wyroki nie tylko były umiarkowane, ale przeważnie równoznaczne z czasem spędzonym przez pod - sądnego w areszcie.

Ani śledczy, ani sąd nie mogą przeprosić niewinnie oskarżonego. W najlepszym przypadku podciągną go pod amnestię albo zaliczą mu spędzone w areszcie miesiące i lata. I niech się cieszy, że uszedł z życiem.

W taki oto sposób antyutopia rozprawiła się z numizmatyką i numizmatykami.

Efekt był opłakany. Skonfiskowano kilka ogromnych kolekcji, żadnej z nich nie zwrócono. Dwóch ludzi zmarło w więzieniu, a kilku innych wkrótce po wyjściu. Jeden skończył ze sobą. Epoka stalinowska dawno minęła, ale czasy i tak były znacznie okrutniejsze i straszniejsze od normalnych.

Jura Mitin powrócił do domu przed skończeniem wyroku. W tym była tragikomedia.

Gdy odsiedział w łagrze trzy i pół roku, okazało się, że sprawy numizmatyków są po cichu powtórnie rozpatrywane, a wyroki więźniów zmniejszane do już odsiedzianych.

Jurze dali wówczas nowy wyrok - trzy lata, żeby od razu wypuścić go na wolność. Ale póki liczyli, póki papiery krążyły tam i z powrotem, on przesiedział zbędne trzy miesiące.

Wyobraźcie sobie naczelnika łagru, do którego w tym momencie przychodzi papier - wypuścić Mitina w związku ze skończeniem wyroku.

Nie lubimy takich pomyłek.

Naczelnik łagru zaczął myśleć. Zapewne był to normalny człowiek, a nie sadysta, poza tym Jurę w łagrze ceniono. Z dwoma ukończonymi fakultetami i wrodzoną energią umysłową, on nie mógł tak po prostu odsiadywać wyroku. W łagrze zdołał ukończyć dwie szkoły zawodowe - elektryczną i stolarską. Został przodownikiem pracy.

Naczelnik łagru wymyślił niestandardowe posunięcie.

Wezwał do siebie więźnia Mitina i oznajmił mu, żeby zbierał się do domu. Ale ponieważ Jura odsiedział niepotrzebnie trzy miesiące, a nasz antyutopijny sąd jest najlepszy na świecie, w ramach rekompensaty Jura otrzymał "czysty dowód".

To był iście królewski podarunek. Artykuł dotyczący przestępstw walutowych przewidywał również karę po odsiadce wyroku - "minus osiem". To znaczy, zakaz mieszkania w ośmiu najlepszych miastach imperium.

Jura wrócił do Moskwy z czystym dowodem i czystym sumieniem, ale i tak nie mógł znaleźć pracy. Ani jako redaktor, ani jako nauczyciel, ani nawet jako przewodnik wycieczek. W końcu zaczął pracować jako elektryk. To tak jakby przedłużono mu karę do samej emerytury.

Dla mnie cała ta sprawa - prócz zamknięcia mi na jakiś czas granic - miała dwie dziwne kontynuacje.

Pierwsza nastąpiła, gdy jeden z figurantów procesu wrócił z łagru do Moskwy. Zamiast pędzić do domu, on zrobił łuk i przyjechał do mnie. I powiedział coś w rodzaju:

- Gdybyś miał, Igor, nieprzyjemności, nie miej do mnie żalu. W tym miesiącu przyjechał do mnie człowiek z Moskwy i powiedział, że w czasie śledztwa źle się o mnie wyraziłeś i teraz ja mam możliwość zemścić się na tobie. Muszę napisać na ciebie donos, że dawałeś mi do czytania Sołżenicyna i czasopismo "Kontynent". Powiedział, że tobie i tak nic nie zrobią, a on musi mieć możliwość przedłużenia okresu cichego nadzoru nad twoją przestępczą działalnością. Oni teraz we wszystkim muszą mieć porządek i żeby dostać prolongatę śledztwa, musi mieć donos. No i przyjechał do mnie z donosem na ciebie. Jeszcze powiedział, że jak odmówię, to mnie nie wypuszczą na sześć miesięcy przed końcem wyroku i przez ciebie będę siedzieć od gwizdka do gwizdka. Myślę sobie, co oni ci tam zrobią? I podpisałem.

Monolog ten usłyszałem dwa i pół roku po ostatnich aresztowaniach.

Po nieoczekiwanej podróży do Indii z reżyserem Zguridim znowu zostałem pozbawiony zaufania ojczyzny i straciłem możliwość wyjazdu. Gdy tworzono delegację na jakąś zagraniczną konferencję, nawet nie próbowałem się przebić. I tak ostatniego dnia grupę zmniejszą o moją osobę. Donos urażonego kolegi był gwoździem do trumny.

Minęło kilka lat. I w siedemdziesiątym szóstym roku zadzwoniono do mnie i uprzejmie poproszono, żebym odwiedził Komitet Bezpieczeństwa Państwowego na ulicy Dzierżyńskiego. Ich moskiewskie biuro.

Powitał mnie tam pułkownik i oznajmił, że od obywatela Kraszeninnikowa kupiłem sztabkę złota o wadze stu gram. Przeciw temu złemu człowiekowi toczyło się śledztwo, ale niestety termin śledztwa upłynął. Należy je przedłużyć i dlatego proszony jestem o drobiazg - napisanie donosu, że obywatel Kraszeninnikow sprzedał mi sztabkę złota. Tym bardziej że podczas śledztwa obywatel Kraszeninnikow źle się o mnie wyrażał.

Świat się obracał niczym barwne szkiełka w dziecięcym kalejdoskopie. Teraz to ja miałem napisać donos...

- Po pierwsze - powiedziałem pułkownikowi - nie kupowałem żadnej sztabki od obywatela Kraszeninnikowa; po drugie, w ogóle nie skupuję złota, bo żaden normalny kolekcjoner się tym nie zajmuje. A po trzecie, jeśli podpiszę ten papier, wykorzystacie go przeciwko Kraszeninnikowowi, a jak zajdzie potrzeba - przeciwko mnie.

- Co też pan mówi! Jak pan mógł coś takiego pomyśleć! - oburzył się pułkownik. - Przecież jesteśmy znani jako ludzie o zimnych rękach i gorącym sercu.

- Nie da rady - powiedziałem. - Mam tak mało zasad, że muszę się ich trzymać.

Pułkownik bynajmniej nie był urażony.

- Spójrzmy na sytuację inaczej - zaproponował spokojnie jak człowiek, który dobrze przygotował zapasowe lotnisko. - Wiem, że w związku z pewnymi smutnymi wydarzeniami, w szczególności ze sprawą numizmatyków, nie może pan wyjechać z kraju. A przecież nie zaszkodziłoby panu pojechać za granicę, już choćby z powodów zawodowych. Otóż mam taką propozycję: pan podpisuje oświadczenie o kupieniu sztabki od Kraszeninnikowa, a ja gwarantuję, że włączą pana w skład delegacji na konferencję na Węgrzech, która właśnie tworzy się w pańskim instytucie. Najpierw kraje demokracji, a za jakieś dwa lata kapitalizm.

Pułkownik uśmiechał się serdecznie, tylko jego czarne oczy były poważne i czujne. On był w pracy i nie rozmawiał ze mną dla rozrywki.

Nie uświadamiałem pułkownika, że właśnie dwa tygodnie temu wróciłem z Ameryki, dokąd jeździłem z ramienia WAAP - agencji praw autorskich - na kongres towarzystwa bibliotek w celu prezentacji serii "Fantastyka Radziecka" wydawnictwu Macmillan. Wszystko załatwiał WAAP, gdzie wiedziano o moich problemach z wyjazdem i gdzie byli waapowscy czekiści, a nie czekiści Akademii Nauk, która życzyła sobie, bym nie opuszczał granic Alma Mater.

Ale dlaczego miałbym obrażać pułkownika? Na pewno byłoby mu przykro na wieść, że moje akta po linii Akademii Nauk mu dali, ale zapomnieli włożyć do nich notkę z Biura Centralnego, które wyraziło zgodę na mój wyjazd do USA.

Nie przyznałem się do tego pułkownikowi i nie wziąłem na siebie sztabki.

Pułkownik odprowadził mnie do wyjścia. Po drodze zapytał, czy nie mam możliwości zdobycia dwóch kół do żyguli, bo jest straszny deficyt. Nie miałem. Wtedy pułkownik spytał, czy nie mam znajomości w przedszkolach - musi gdzieś umieścić dziecko. Pod tym względem też nie mogłem mu pomóc. Doszliśmy do wyjścia i pułkownik pomachał mi na pożegnanie.

Wtedy ostatecznie przekonałem się, że "oni wiedzą o nas tylko to, co sami im powiedzieliśmy". Znalazło to potwierdzenie zarówno w sprawie numizmatyków, jak i w mojej małej zagranicznej epopei.

O ile wiem, prokurator Polakow, który rozpoczął sprawę numizmatyków, został później zwolniony z pracy, majora zaś, który nazywał nas "mumizmatykami", wsadzono. Nic dziwnego - zetknęli się z wielkimi bogactwami, trudno było im się powstrzymać i nie skorzystać.

Obecnie numizmatyka jest w naszym kraju dozwolona. Ale o ile wiem, artykułu o przestępstwach walutowych nikt nie odwoływał. Więc gdyby ktoś bardzo chciał zająć się numizmatyką w trybie sądowym, droga wolna.