Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

NIE - 14/2013

 

MACIEJ MIKOŁAJCZYK

JEZU wstydź się

 

Kościelna dobroczynność to czynienie dobra. Sobie!

 

Rok 2007. Prowadzona przez krakowskich kapucynów charytatywna fundacja Dzieło św. Ojca Pio to uboga organizacja pożytku publicznego (opp). Budżet nie przekracza kilkudziesięciu tysięcy złotych, wpływy z 1-procentowego odpisu podatkowego zerowe, a szczytowym osiągnięciem zakonników w dziele pomagania bliźnim jest zakup za 1,5 patyka saksofonu tenorowego dla orkiestry Ochotniczej Straży Pożarnej. Rok później bracia mniejsi są krezusami. Bo udaje im się przekonać twórcę programu komputerowego do rozliczania PIT-ów, żeby uwzględnił wołanie fundacji o wsparcie. I gdy podatnik wypełnia zeznanie za pomocą komputera, w rubryce określającej beneficjenta odpisu podatkowego na działalność dobroczynną automatycznie wyskakuje fundacja. Na konto zakonu żebraczego wpływa ponad 17 mln zł.

Kapucyni trzepią mamonę

Wydaje się, że dzięki takiej górze forsy zakonnicy okażą pełnię miłości miłosiernej, nisko pochylą się nad potrzebującymi i zamiast saksofonu sprawią im milion chlebów i niezliczone tony kaszanki. Ale na wsparcie rzeczowe i finansowe podopiecznych wydają raptem 335 tys. zł. Do tego można doliczyć współpracę z podmiotami realizującymi program "Droga do samodzielności" - to wydatek 282 tys. zł. Razem: 617 tys. Na odsetkach od 17 baniek zakonnicy zarobili ponad milion. Kapitał wyssany z procentu pozostaje więc nietknięty.

Biznes pod przykrywką filantropii kręci się do dziś: kapucyni co roku dostają z tytułu 1 procentu kilka milionów złotych, na działalność dobroczynną wydają odsetki i ciągle na koncie mają gruby szmal. W 2011 r. fundację skontrolował Małopolski Urząd Wojewódzki. Nieprawidłowości nie wykrył i Dzieło św. Ojca Pio w 2012 r. figurowało na liście organizacji pożytku publicznego uprawnionych do otrzymywania naszych podatków, dzięki czemu zakonnicy wzbogacili się o kolejne miliony.

Fundację skontrolował także urząd skarbowy. Z identycznym skutkiem. Fundacja ponownie znajduje się w obowiązującym w tym roku rejestrze organizacji dobroczynnych mających prawo do 1 procentu i pewnie znowu się obłowi.

Szmal na jedną kartę

A przecież fundacja ta powinna figurować na liście podmiotów gospodarczych prowadzących działalność finansową. Zwłaszcza że bracia mniejsi forsę lokują nie tylko na kontach bankowych, ale także w funduszach inwestycyjnych. Np. w 2010 r. za 12 mln zł kupili 64 tys. jednostek uczestnictwa w Funduszu Inwestycyjnym Gamma (przeznaczonym dla bogatych, chcących dobrze zarządzać nadwyżkami finansowymi). Zapobiegliwi kapucyni z pewnością postępują wbrew nauce swego patrona, który głosił takie kawałki: Nie martw się o jutro. Myśl o tym, żeby dobrym być już dziś. Ale działają zgodnie z prawem. Przepisy nie precyzują bowiem, co obdarowana organizacja ma robić z pieniędzmi. W ustawie o działalności organizacji pożytku publicznego i wolontariacie zapisano jedynie, że otrzymane przez organizację pożytku publicznego środki finansowe pochodzące z 1 proc. podatku dochodowego od osób fizycznych mogą być wykorzystane wyłącznie na prowadzenie działalności pożytku publicznego. To ogólnik i kapucyni, twierdząc, że pieniądze gromadzą, bo chcą zbudować nowoczesne i kosztowne Centrum Pomocy, aby realizować tam postulat miłości bliźniego, z łatwością dowiodą przed każdym sądem - może z wyjątkiem ostatecznego - że nie grzeszą.

Ładowanie forsy w fundusze inwestycyjne, choć może się zakończyć klapą, nie jest nadmiernie ryzykowne, ale nie ma żadnych przeszkód, aby beneficjent forsą otrzymaną od podatników grał na giełdzie, a na parkiecie o wpadkę nietrudno. W środowisku opp przyjęto co prawda zasadę, że kapitał żelazny, czyli wyjściowy, jest nienaruszalny i inwestować można tylko wyciągnięte z niego odsetki, ale nie istnieje przepis, który zakazałby kapucynowi postawienia wszystkiego na jedną kartę.

Nawet jeśli przerżnie, włos mu z głowy nie spadnie, bo najstraszniejszą sankcją przewidzianą przez przepisy jest wykreślenie fundacji lub stowarzyszenia z rejestru opp i utrata uprawnień do wpływów z odpisu podatkowego.

Takiej karze łatwo się poddać, zwłaszcza z pełnym kontem.

Czarne żarłacze

Figurowanie na liście opp zapewnia liczne profity: oprócz prawa do 1 procentu w grę wchodzi zwolnienie z podatku dochodowego od osób prawnych, podatku od nieruchomości, opłat sądowych i skarbowych.

Nic dziwnego, że Kościół szybko zwietrzył interes i wdział płaszczyk organizacji pożytku publicznego. Status ten mają Caritas Polska oraz niemal wszystkie Caritas archidiecezjalne i diecezjalne.

I tak organizacja o nazwie Caritas Archidiecezji Katowickiej w statucie zapisała, że jej celem jest szerzenie ewangelicznej zasady służenia bliźniemu będącemu w potrzebie. W 2011 na jej konto wpłynęło 51 mln zł, z czego 44 bańki to dotacje od samorządów, a forsa z 1 procentu to zaledwie 250 tys. To norma.

Polska jest bowiem krajem katolickim, dlatego prywatni katolicy niechętnie dokarmiają Kościół podatkami, wiedząc, że zrobią to za nich instytucje państwowe i samorządowe.

Wróćmy jednak na Śląsk. Otóż aż 95 proc. wpływów katowickiej organizacji pochłonęły koszty administracyjne, przy czym najkosztowniejszą pozycję stanowiły płace. Poszło na nie prawie 48 mln zł, na działalność charytatywną zostało więc tyle, co kot napłakał. Stosunek forsy wydanej na dobroczynność do szmalu zjedzonego przez organizację to absolutny rekord świata! Przyjmuje się bowiem, że koszty administracyjne nie powinny przekraczać 10 proc. Znaczne przekraczanie tej wartości to drugie przykazanie kościelne.

Caritas Archidiecezji Katowickiej regularnie nie wykorzystuje całości wpływów z 1 procentu. W 2011 r. na koncie zostało jej z poprzednich okresów rozliczeniowych ponad pół miliona złotych, jak gdyby w Polsce nie było głodnych, chorych i garbatych wymagających niezwłocznego wsparcia materialnego. Bo w to, że Kościół zapewnia wsparcie duchowe, nie tylko Gowin nie wątpi.

Kasa, ojcze, kasa

Magazynowanie pieniędzy pochodzących z odpisu podatkowego i zarabianie na odsetkach to trzecia powszechna norma w organizacjach pożytku publicznego Kościoła powszechnego.

Nie inaczej jest w Caritas Archidiecezji Warszawskiej: w 2010 r. zostało w kasie nietkniętych 210 tys. zł. Rok później organizacja zarobiła 20 mln, z czego 7 przeznaczyła na wynagrodzenia w ramach umów o pracę, a drugie tyle wydała na śmieciarzy, czyli zatrudnionych w ramach umów cywilno-prawnych. Wysokość przeciętnego wynagrodzenia wypłaconego członkom organu zarządzającego wyniosła 6,3 tys. zł, przy czym ksiądz dyrektor otrzymał 12,5 patyka. Średnia szaraka to 1,5 tys. zł. Oto słowo pańskie.

Caritas Archidiecezji Warmińsko-Mazurskiej zanotowała wpływ blisko 6 mln zł, z czego 4,5 mln to forsa pochodząca z budżetów samorządów i państwa. Nawet gdyby na działalność charytatywną Caritas wydała całość przychodów, byłoby to podejrzane, bo co to za dobroczynność, gdy wydaje się pieniądze niemających nic do powiedzenia podatników? Ale na filantropię organizacja przeznaczyła tylko resztki. Albowiem 3,8 mln zł pożarła sama w ramach kosztów administracyjnych, z tego 2,8 bańki poszło na wypłaty dla pracowników.

Caritas Archidiecezji Gdańskiej zarobiła blisko 4 mln zł, z tego 378 tys. wycisnęła z 1 procentu. Na działalność charytatywną wydała tylko 190 tys., wspierając działalność świetlic terapeutycznych. A przeżarła 3,75 mln zł. (93%) Kurwa mać! - w żołnierskim stylu powinien zawołać generał Głódź. Lecz nikt nie woła.

Cud wydawania

Na tym tle wyróżnia się Caritas Archidiecezji Łódzkiej. Łączny przychód tej organizacji pożytku publicznego wyniósł bowiem 300 tys. zł - najmniej ze wszystkich archidiecezji. Wydatki na cele dobroczynne pochłonęły połowę, a reszta spoczęła na koncie. Koszty funkcjonowania łódzkiej Caritas wyniosły zaledwie 1,5 patyka, a na wynagrodzenia nie wydano nawet złotówki. Tyle że trudno stawiać tę fundację za wzór, bo niewielkie wydatki na siebie wynikają z nicnierobienia, co w Łodzi, mieście wolnym od biedy i patologii, jest w pełni zrozumiałe.

Te same numerki stosują Caritas diecezjalne. Np. Caritas Diecezji Tarnowskiej, najbardziej religijnej w Polsce, a prawdopodobnie i na świecie, w 2011 r. zarobiła 20 mln zł, a na płace dla swoich wydała 7,5 bańki. Caritas Diecezji Bydgoskiej to taka organizacja pożytku publicznego, która zgromadziła prawie 3 mln zł, na działalność pożytku publicznego wydała 560 tys., a na koszty administracyjne ponad 800 tys. Ciekawe rozwiązanie zastosowała Caritas Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej. Z 9,5 mln zł przychodów na filantropię wydała niecałe 500 patyków, w tym 300 na pomoc w sytuacjach kryzysowych, 6 na sprzęt rehabilitacyjny, a 139 tys. na wynagrodzenia wolontariuszy. Ci, inkasując szmal, przestali być sobą, bo wolontariusz to ktoś, kto tyra za free.

Maciuś zabił

Ale media jako przykład wyjątkowego zwyrodnienia organizacji dobroczynnych nie podają kościelnych Caritas, lecz fundację Maciuś. "Maciusia" obwołano wręcz sprawcą zabicia w Polakach filantropii, a zwłaszcza chęci do przeznaczania 1 procentu podatku na organizacje pożytku publicznego. Tymczasem w 2011 r. fundacja zarobiła 4,5 mln zł, głównie dzięki darowiznom od osób fizycznych, bo z odpisu od podatku zgromadziła tylko 270 tys. i kwotę tę w całości przeznaczyła na dożywianie dzieci. Koszty administracyjne fundacji to raptem 170 tys. zł, z czego zaledwie 35 tys. przeznaczono na roczne wynagrodzenie jedynego pracownika. Można się czepiać, że kilka milionów, zamiast wydać na głodujących, "Maciuś" zamroził na koncie z zamiarem sfinansowania akcji autopromocyjnej. Ale i tak w porównaniu z księżymi organizacjami pożytku publicznego fundacja ta to godny propagowania ideał. Np. Caritas Polska co roku zostawia na kontach kilkadziesiąt niewykorzystanych milionów - w 2011 r. ponad 45 - i nikt nie wszczyna z tego powodu rabanu.

Papież zbłądził

Rację mają ci, którzy domagają się wzmocnienia nadzoru nad organizacjami pożytku publicznego. Teoretycznie sprawuje go Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, ale w praktyce sprowadza się on do wyłapania opp, które nie złożyły sprawozdań finansowych.

Resort ma co prawda możliwość przeprowadzenia kontroli, ale korzysta z niej nader rzadko. W latach 2010-2011 przetrzepał zaledwie 8 spośród 7 tysięcy opp, dodatkowo 77 kontroli na zlecenie ministerstwa przeprowadzili wojewodowie. Oznacza to, że w ciągu dwóch lat sprawdzono ok. 1 proc. wszystkich organizacji.

To najlepszy dowód, że nadzór państwa nad wyposażonymi w liczne przywileje fundacjami i stowarzyszeniami to kompletna fikcja.
Ale nawet tak nieliczne kontrole ujawniły paskudne chwasty.

Wydatkowanie przez organizacje środków z 1 procentu podatków za pośrednictwem podmiotu, którego prezesem jest prezes organizacji, dokonywanie wypłat dla wolontariuszy wykonujących świadczenia na rzecz organizacji, nieprowadzenie ksiąg rachunkowych i polityki rachunkowości, prowadzenie działalności gospodarczej pod przykrywką działalności pożytku publicznego - to najczęściej wykrywane nieprawidłowości. Znaczy to tyle, że fundacje i stowarzyszenia mające pomagać biednym i chorym stały się pozostającymi poza wszelkim nadzorem przedsiębiorstwami. Żeby zwalczyć tę patologię, wzmożenie nadzoru nie wystarczy. Trzeba zmienić przepisy. Nawet zakonnicy nie powinni w majestacie prawa zabawiać się w rentierów za pieniądze przeznaczone na dobroczynność.

To, że kościelne organizacje wykorzystują mętną wodę, aż tak wielką sensacją nie jest, bo bulimia czarnych znana jest od dawna. Ale poczucie bezkarności zwiodło również Jerzego Owsiaka, do niedawna uchodzącego w środowiskach organizacji pozarządowych za papieża dobroczynności bez skazy. Przeznaczając na budowę okazałej siedziby 4 mln zł uzyskane z 1-procentowego odpisu, dowiódł że nawet papieżowi trzeba patrzeć na ręce, gdy błogosławi.