Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 20/02/1998

 

 

Włodzimierz Kalicki

CHINY CZ. 1

LEKCJA PRAWDZIWEJ GRZECZNOŚCI

 

 

Znajomy Chińczyk z Berlina, Bu Yefeng, wręczając mi listy polecające do rodziny i przyjaciół w Chinach, prosił i zaklinał: - Pamiętaj, idź według moich szkiców, nigdy nie pytaj nikogo o drogę i zawsze przychodź w odwiedziny po zmierzchu.

Śmieci zaścielały rozległy, betonowy plac przed dworcem. Pośród odpadków stały taksówki: kilkanaście poobijanych, pordzewiałych mikrobusików, niewiele większych od małego fiata, sfatygowana biała wołga i polonez.

Wsiadłem do mikrobusu. Wydawało mi się, że wybrać na zaśmieconym placu przed dworcem poloneza to tak, jakby głośno krzyczeć:

- Hej, jestem Polakiem!

A ja bardzo chciałem się zamaskować, skryć, roztopić w tłumie.

Obcokrajowcom nie wolno mieszkać u Chińczyków. By przenocować w prywatnym mieszkaniu, trzeba mieć zgodę lokalnych władz. Starać się o nią muszą gospodarze. Podanie, załączniki, tygodnie wyjaśnień, uzgodnień, zabiegów o rozmaite opinie. Tygodnie, czasem miesiące czekania na decyzję.

Na prowincji władza lokalna w sprawie tak nietypowej, jak przenocowanie białego turysty przez Chińczyka, może wydać zgodę, może odmówić. Może rozpatrywać podanie gruntownie, długo, tak długo, aż turysta przyjedzie i z braku urzędowej decyzji o noclegu będzie musiał zamieszkać w przeznaczonym dla obcokrajowców hotelu. Ale władza dzielnicowa może też poprosić o opinię władzę zwierzchnią, przez co ranga sprawy automatycznie wzrośnie i podejmowanie decyzji trwać będzie jeszcze dłużej.

Nie miałem na to czasu ani ochoty. Nie miałem zamiaru zwracać na siebie uwagi nietypowymi podaniami. Przyleciałem do Pekinu i ruszałem w wędrówkę po Chinach jako zwykły turysta z Zachodu, marzący tylko o zobaczeniu pekińskiego pałacu cesarskiego, o spacerze po Wielkim Murze i o wycieczce do eleganckiej chińskiej restauracji.

Krewnym Bu, do których jechałem, pisanie podań w sprawie ugoszczenia obcokrajowca nawet nie przyszło do głowy.

- Takich podań nie wolno pisać, one zostają w urzędzie, w naszej osobistej dokumentacji. Z tego mogą być tylko kłopoty, nawet po latach - tłumaczył mi Bu jeszcze przed wyjazdem do Chin.

Pod osłoną zmierzchu, przesiadając się z taksówek maleńkich do coraz mniejszych, z japońskich mikrobusików do riksz motocyklowych, z riksz motocyklowych na rowerowe, dotarłem do nowego domu jednorodzinnego na przedmieściu. Tam czekali na mnie moi pierwsi chińscy gospodarze, kolacja, pokoik z dużym tapczanem.

Oboje pracowali. Hua był architektem, Jun nauczycielką. Wychodzili, gdy jeszcze spałem. Wracali wczesnym popołudniem. Jedliśmy obiad, potem oboje ucinali sobie godzinną drzemkę i znów szli do pracy.

Najpierw właściwie nie wychodziłem z domu. Po tygodniu zacząłem się wymykać do miasta, zawsze pilnując, by nikt nie zobaczył mnie wykradającego się z bramy podwórka. Włóczyłem się po sklepikach, zaułkach, knajpkach. Po kilku dniach sprzedawcy uśmiechali się na mój widok, częstowali papierosem, podsuwali moje ulubione piwo Qingdao.

Dom ożywiał się dopiero o siódmej wieczorem. Gospodyni niespiesznie przygotowywała kolację, przychodzili znajomi. Po ósmej wpadał Cheng, trzydziestoletni urzędnik w wydziale kultury i imprez masowych urzędu miejskiego, który mówił trochę po niemiecku. Mój tłumacz.

Po dwóch dniach nauczyłem się jeść pałeczkami, dzielić nimi na kęsy rybę i kurczaka. Po tygodniu dziwiłem się, dlaczego w Europie przyjęły się tak mało praktyczne widelce zamiast uniwersalnych pałeczek.

Przywykłem do kleiku ryżowego, marynowanych buraków i ogórków na śniadanie, do jajecznicy na zimno i do zalewania przez cały dzień wrzątkiem kilku listków zielonej herbaty na dnie kubka. Podobały mi się telewizyjne seriale historyczne, w których chińscy herosi nieustannie marszczyli oblicza i wymachiwali mieczami. Rozumiałem wszystko. Gdy krzyczeli i marszczyli brwi, znaczyło to, że są zagniewani. Gdy krzyczeli i przewracali oczami, był to znak, że są śmiertelnie zakochani. Przed walką na miecze obowiązkowo podskakiwali na wysokość trzeciego piętra. Po liczbie wywiniętych w czasie skoku fikołków poznawałem bezbłędnie rangę bohatera.

Wieczorami przymykałem oczy w czasie picia herbaty i słuchałem Chenga tłumaczącego po niemiecku pogaduszki przy stole. Miałem wrażenie, że jestem u znajomych w Niemczech, w Austrii. Córka uczy się dobrze, ale ciągle nie jest najlepsza w klasie. Sąsiedzi kupili nowy japoński motocykl, ciekawe za co? Ile trzeba odkładać, żeby kupić samochód? Nie damy rady, chyba że uda się znaleźć jeszcze jakieś dodatkowe zlecenia. Podobno mają budować nowy hotel, gdyby tak znaleźć dojście i włączyć się do projektowania...

Gdy po dwóch tygodniach ruszyłem dalej, do prowincji Jiangsu, na wieś, poczułem się już całkiem jak u siebie. Głowa rodziny, pan Deng, krzepki jeszcze emerytowany nauczyciel, który po rosyjsku objaśniał mi ciekawostki z życia wsi i tłumaczył rozmowy z sąsiadami, po obiedzie zwykł siadać przed domem na zydelku i pomału, starannie, zapalać papierosa. Dokładnie tak, jak mój wujek Eugeniusz w dolnośląskim Trzebieniu. I tak jak wujka, właśnie w takiej chwili najlepiej było wyciągnąć go na pogwarki. Jego żona i synowa pomagały przy żniwach, karmiły kury i kaczki, gotowały. Jak u wujostwa. Gdy jedliśmy z Chengiem obiad i - tak jak w kuchni w Trzebieniu - zachęcałem je, by siadły z nami do stołu, wykręcały się ze śmiechem i pytały, czy raczej nie dołożyć jakiegoś smakołyka.

Pod wieczór, po dniu siania pszenicy, po kolacji, gdy z gospodarzy parowało zmęczenie, zaczynał się znany z naszej wsi rytuał. Powoli, z kubkiem herbaty i papierosem, domownicy rozsiadali się przed telewizorem. Po dzienniku pogaduszki nagle kończyły się, moje pytania od tej pory zbywano niecierpliwym sykiem. Zaczynała się telenowela. Jak w Polsce - o nieszczęściach miłości. I jak w Polsce, już na pierwszy rzut oka niezbyt mądra.

Chińska prowincja, dziwnie znajoma, swojska - tak sobie wtedy pomyślałem - nie ukryje przede mną żadnych tajemnic.

A potem dowiedziałem się, że nie mogę nie pójść na obiad wydawany w restauracji przez znajomego Chenga, bo w czasie ostatniego spotkania znajomy dał mi twarz.

- Gdybyś teraz nie przyszedł, on straciłby twarz - Cheng tłumaczył mi tę oczywistość cierpliwie, jak niezbyt rozgarniętemu dziecku.

Na obiedzie usłyszałem, że pewnej mojej prośby Cheng nie jest w stanie spełnić.

- Mówiłeś, że zobaczysz, co da się zrobić?

- Nawet moje guanxi nie może.

Im więcej dopytywałem się wieczorem o twarz, którą dostałem przedwczoraj w restauracji, i o guanxi Chenga, które nie wiedzieć czemu nie może załatwić mojej prośby, tym mniej rozumiałem z jego wyjaśnień. Dowiedziałem się za to przy okazji, że strajki chłopów się zdarzają, choć przed kilku dniami Cheng zapewniał, że strajki chłopów są niemożliwością, że obowiązkowe dostawy ziarna dla państwa są dla rolników bardzo korzystne, choć wcześniej opowiadał, że chińska wieś odżyła dopiero po zniesieniu dostaw obowiązkowych. Pytałem dalej. Wszystko, co już zdawało mi się wyjaśnione i zrozumiałe, nagle ukazywało zupełnie nowe oblicze. Można mieć tylko jedno dziecko, to prawda, ale można mieć ich nawet czworo. Fabryka w gminie splajtowała, nie ma grosza na wypłaty, to prawda, ale buduje luksusowy dom.

Z każdą godziną rozumiałem coraz mniej.

Nazajutrz w desperacji zadzwoniłem do Pekinu do znajomego handlowca, który w Chinach spędził w sumie ponad dwadzieścia lat.

Śmiał się.

- Każdemu, kto jest pierwszy raz w Chinach, po miesiącu wydaje się, że rozumie już wszystko. I każdy po miesiącu odkrywa, że tu rzeczy proste, znajome i oczywiste mają drugie dno.

Po paru tygodniach trzeba zacząć naukę Chin od początku.

Prawdziwa egzotyka skryta jest w zwyczajnej codzienności, na pozór niczym nie różniącej się od naszej. A rzeczy dziwaczne mają swój sens.

Kiosk

Osiedle naprawdę mogło się podobać. Wybudowano je kilka lat temu na obrzeżach Pekinu: ciekawie zaprojektowane wieżowce, znacznie ładniejsze od polskiej wielkiej płyty. Podobno nowa dzielnica miała być wioską olimpijską, ale kiedy widoki na olimpiadę w Pekinie rozwiały się, mieszkania po części przydzielono krewnym i znajomym ludzi władzy, po części sprzedano. Sprzedawano drogo, po niemal 1000 dolarów za metr kwadratowy. Osiedle było luksusowe nie tylko z powodu cen.

Przy drzwiach wejściowych do bloku, w którym mieszkałem u pana Wei (miał kłopoty finansowe i wynajął mi po cichu pokój na kilka dni), był malutki kiosk. Starsza pani sprzedawała papierosy, gazety, drobiazgi. Za drobną opłatą można było zatelefonować do miasta.

Potem odkryłem, że malutkie kioski przy drzwiach wejściowych, z papierosami i telefonami, są i w innych domach osiedla. Nigdy nie zdarzyło mi się zobaczyć kiosku zamkniętego.

Nie było to jedyne udogodnienie. Mieszkańcy nie musieli nawet wciskać guzików w windzie. W każdej z samoobsługowych, wyglądających na zachodnie wind w tym osiedlu stały pod ścianą malutki stołeczek i pulpit, pod pulpitem zaś przenośny elektryczny kaloryfer. Windziarki były starsze i całkiem młode, jedne siedziały za pulpitami i czekały, inne lubiły wyskoczyć do kioskarki na pogawędkę. Trzeba było na nie cierpliwie poczekać. Bez windziarki jechać nie można. Każda miała klucz, który uroczyście wyjmowała ze stacyjki windy, gdy choć na chwilę wychodziła na korytarz. Nikt nie wchodził bez przywitania się i choć paru uprzejmych zdań do pani kioskarki. Nikt też nie jechał na górę bez uśmiechu i krótkiej pogawędki z panią windziarką.

Kiedyś wróciłem wieczorem spóźniony, po dziewiątej. Na skwerku nie było już pana Wei, który codziennie od siódmej do ósmej wieczorem ćwiczył tam tai chi.

W kiosku siedziała pani, którą widziałem pierwszy raz. Drzwi były zamknięte. Im bardziej je szarpałem, tym głośniej kioskarka na mnie pokrzykiwała. Po kilku minutach szarpaniny przyszedł któryś z mieszkańców, coś jej wyjaśnił i drzwi nagle otworzyły się. W windzie zagapiłem się i chciałem wysiąść już na czwartym piętrze, razem z Chińczykiem, który sprawił, że wszedłem do domu. Kioskarka przytrzymała mnie za rękaw i pokazała przycisk z numerem piętra, na którym mieszkał pan Wei.

W mieszkaniu czekał pan Wei z wyrzutami:

- Dzwoniła kobieta z kiosku. Nie wolno przychodzić tak późno beze mnie, bo ona pilnuje mieszkańców i bez wyjaśnienia nikogo nie wpuści do domu. Nie wolno wysiadać na innym piętrze, bo kobieta w windzie wszystko zapisuje w specjalnym zeszycie i potem będę miał nieprzyjemności.

Uprzejmość

Bardzo się bałem, żeby nie spóźnić się i nie sprawić kłopotów panu Wei, ale nic z tego nie wyszło. W mroku pogubiłem się w gąszczu handlowych uliczek obok placu Tiananmen, wyszedłem nie tam, gdzie miałem wyjść, pojechałem na skróty innym autobusem. Wysiadłem za wcześnie. Nie wiedziałem, jak znaleźć linię autobusową, którą mógłbym dojechać do innej linii łączącej centrum z dzielnicą pana Wei. Zbliżała się dziewiąta, spanikowany co chwila podświetlałem tarczę zegarka.

- W czym mogę pomóc?

Nieporadną, szkolną angielszczyzną zagadnął mnie schludny dwudziestolatek w czarnej kurtce. Pokazałem mu naszkicowany przez pana Wei plan połączeń autobusowych, w których całkiem się pogubiłem.

- To całkiem proste. Proszę ze mną, jadę w tym samym kierunku.

Po pięciu przystankach zapytałem go, z której strony jest następny przystanek.

- Pokażę ci, bo właśnie idę w tamtą stronę.

Na przystanku okazało się, że miły nieznajomy szczęśliwie jedzie w kierunku dzielnicy, w której mieszka mój gospodarz, pan Wei. Przez ponad godzinę przyglądałem się mu w tłoku autobusu. Czasem uśmiechał się do mnie promiennie. Opowiadał, że studiuje na uniwersytecie i jest mu miło, że może porozmawiać z Amerykaninem.

- Nie jestem Amerykaninem.

- A skąd jesteś?

- Z Europy.

- Hm.

Gdy dojeżdżałem do mojego przystanku, zapytałem, czy wysiada.

- Nie, jadę dalej.

Podziękowałem, wyskoczyłem. Było po jedenastej. O tej porze zamiast kolacji czekała mnie niemiła rozmowa na głodno z panem Wei, wstąpiłem więc do jadłodajni na pierożki z ziołami. Przed północą wyszedłem na poszukiwanie toalety, luksusu w restauracji nieobecnego. Ulica była jasno oświetlona, w pobliżu wyjścia sprzątacz w pomarańczowym, wspaniale szamerowanym mundurze służb oczyszczania miasta, ze srebrymi galonami, srebrnym sznurem, opięty białym pasem z koalicyjką, zamiatał trotuar ogromną miotłą.

Naglony potrzebą skoczyłem w najbliższą przerwę między domami, z której mroku wysypywały się śmieci.

Stał tam mój uprzejmy znajomy w czarnej kurtce. Dzwonił z telefonu komórkowego.

Obowiązek

W prowincji Jiangsu, na wsi u pana Denga, dzieciaki nie dawały spokoju, dokładnie tak samo jak w mieście, w którym poprzednio mieszkałem, i jak w Pekinie. Gdziekolwiek się pojawiłem, radośnie wrzeszczały "Halo!". Każda wycieczka po rozległej wsi była występem solisty przed liczną widownią. Gdy tylko zbliżałem się, dzieci i kobiety wychodziły przed obejścia. Mężczyźni udawali zwykle, że ich nie obchodzę. Wychodzili na drogę, gdy już mijałem ich domostwa.

Zapytałem Zhou, dorosłego syna pana Denga, czy nie boi się, że skoro cała wieś wie o moim przyjeździe, to dowie się i władza w gminie. A dowiedzieć się nie powinna, bo mieszkam u nich właściwie nielegalnie, bez oficjalnej zgody.

- Skoro u nas mieszkasz, chodzisz z nami w odwiedziny do szefa wsi, jeździsz do gminy, to wszyscy myślą, że masz prawo tu być.

- Każdy biały mógłby przyjechać na wieś i mieszkać bez zgody władz?

- Gdyby ostentacyjnie przyjechał tak jak ty, do kogoś, kto we wsi mieszka, to pewnie by mu się udało. Ale gdyby tylko zaczął się rozpytywać, co i jak, to już ktoś ze wsi zawiadomiłby władze.

- Dlaczego?

- Bo trzeba, to jest przecież obowiązek.

Zhou trochę zdenerwował się, gdy usłyszał, że wszedłem na teren punktu skupu zboża, patrzyłem z bliska, jak działają silosy, robiłem zdjęcia, a na dobitkę poszedłem do wiejskiego domu spotkań w czasie, gdy obradowała tam komisja poborowa.

- To bardzo niedobrze!

- Ale dlaczego niedobrze, wszyscy byli dla mnie bardzo mili.

- Z tobą byli mili, a potem mogli zawiadomić władze.

Władze trzeba zawiadomić o wszystkim, co nietypowe, podejrzane, szkodliwe. Tak było za cesarzy, tak jest i dziś. To obowiązek każdego Chińczyka. Trzeba zawiadomić o przyjeździe białego turysty, o książce z Hongkongu, Tajwanu lub Singapuru, którą zobaczyło się u znajomych, o dowcipach politycznych opowiadanych w pracy, o romansie żonatego sąsiada z zamężną sąsiadką, o nocnych odwiedzinach chińskiego studenta w pokoju studentek.

Do nielicznych białych wykładowców na uniwersytecie Sun Yat-sena w Kantonie przychodzą po zajęciach chińscy geje i lesbijki.

- Chcą się wyżalić, poradzić, chcą wreszcie z kimś szczerze porozmawiać - opowiadała lektorka angielskiego Carolyn Parker. - Tylko z nami, obcymi, mogą rozmawiać szczerze i bezpiecznie. Znam trzy wypadki, gdy student-gej zwierzył się chińskiemu wykładowcy, a ten doniósł na niego. Wszystkich trzech gejów wyrzucono z uczelni.

Tylko o podejrzanie szybkim i wielkim wzbogaceniu się innych Chińczyków donosi się niechętnie. Wielkie pieniądze to wielkie wpływy u władz. Lepiej nie wyzywać losu.

Klatka

Ding Boyan po raz drugi uważnie przeczytał list polecający, który przywiozłem z Niemiec od Bu Yefenga, jego przyjaciela ze szkoły. Niski, leciutko łysiejący (to rzadkość wśród Chińczyków) mężczyzna koło czterdziestki przyglądał mi się spokojnie, z namysłem. Długo nie odpowiadał na moje nerwowe pytania. Denerwowałem się, bo Bu zapowiedział, że to może być mój najciekawszy rozmówca - jeśli zechce cokolwiek powiedzieć.

Ding doskonale mówił po angielsku i niemiecku.

- Opowiem ci o urzędzie, w którym pracowałem przez cztery lata - zaczął. - Czy dzwoniłeś już z poczty za granicę?

- Kilka razy.

- Długo czekałeś?

- Za każdym razem ładnych kilka minut.

- Wiesz dlaczego?

- Kłopoty z połączeniem.

- Tych minut potrzeba, żeby podjąć decyzję, czy rozmowa ma być odsłuchiwana, nagrywana czy też nikt się nią nie będzie zajmował. Za granicę można dzwonić tylko z wybranych aparatów. Za każdy z nich odpowiada jedna, obsługująca go osoba, która z centrali dostaje zgodę na połączenie.

- To niemożliwe, żeby odsłuchać wszystkie rozmowy zagraniczne obcokrajowców z całego świata.

- Pracowałem w urzędzie w mieście liczącym dwa miliony mieszkańców. Przy odsłuchach pracowało nas prawie czterystu. Kilkunastu kolegów znało nawet różne narzecza z Afryki. W każdym większym mieście jest taki urząd.

Nie powinieneś też pisać nic lekkomyślnego w listach. Listami zajmują się ci, którzy filologie skończyli gorzej od słuchających rozmowy, ale czytanie jest łatwiejsze niż słuchanie.

- Władze śledzą każdego obcokrajowca, sprawdzają, dokąd idzie, z kim rozmawia?

- Nie muszą. Turyści z Zachodu sami zamykają się w klatce. Część podróżuje z urzędowymi opiekunami, a ci, którzy zwiedzają kraj sami, prawie wszyscy jeżdżą z przewodnikiem Lonely Planet, dokładnie według zalecanej w nim marszruty. Od hotelu dla obcych do hotelu dla obcych, od zabytku do zabytku. Nawet jeśli podróżują bardzo dużo, nic nie wiedzą o kraju.

- A ci, którzy uciekają ze szlaku, jadą na prowincję, na wieś, zagadują Chińczyków?

- Takich władza ma na oku. Zawsze ktoś spełni swój obowiązek i zawiadomi, że w okolicy kręcą się długonose białasy.

Grzeczność

Pan Huang Yaobang zaprosił mnie na rozmowę do domu. Kogoś, kto przez telefon prosi o rozmowę i powołuje się na znajomego z dawnych, studenckich lat, powinno się zaprosić do restauracji, na obiad lub raczej na kolację.

Pan Huang Yaobang, kierownik jednego z niezliczonych wydziałów administracji Uniwersytetu Sun Yat-sena w Kantonie, okazał mi jednak szczególną grzeczność i gdy w malutkim saloniku piliśmy herbatę, jego żona pośpiesznie kończyła gotowanie i smażenie kolacji.

Widząc, jak bardzo zostałem uhonorowany, także postanowiłem okazać gospodarzowi szczególną grzeczność.

Wręczyłem swoją, wydrukowaną po chińsku, wizytówkę.

Gdy weszła żona pana Huanga, natychmiast wstałem. Prosiła mnie, żebym usiadł, ale najpierw wskazałem jej miejsce obok i zaczekałem, aż usiądzie pierwsza. Gdy tylko gospodarze zrobili krótką przerwę w posiłku, natychmiast podniosłem się zza stołu i poczęstowałem oboje oryginalnymi, aromatycznymi camelami ze sklepu wolnocłowego na lotnisku.

Pan Huang przez dłuższą chwilę sapał, marszczył nos, aż wreszcie, gdy żona wyszła do kuchni, zapytał mnie, czy wiem, jak bardzo go obraziłem.

- Najpierw podałeś wizytówkę jedną ręką - wyliczał. - Potem jedną ręką wskazałeś żonie miejsce przy stole. A jakby tego było mało, to jeszcze poczęstowałeś nas papierosami trzymając paczkę w jednej ręce.

A przecież wszystko, co podaje się innej osobie i co odbiera się od niej, podaje się i odbiera obydwiema rękami. Wszystkie gesty dotyczące tej osoby, takie jak powitanie, wskazanie miejsca, wręczenie wizytówki czy czegokolwiek innego, pożegnanie wreszcie, wszystko to robić trzeba obydwiema rękami. To elementarz dobrego wychowania. Użycie jednej ręki jest ostentacyjną obrazą.

- W czasie jedzenia popijałeś piwo - wyliczał dalej. - Popijałeś, kiedy miałeś na to ochotę, i nawet na nas nie popatrzyłeś. A przecież tak pić nie wolno. Grzeczność wymaga, by wziąć kieliszek albo szklankę w obie ręce, popatrzeć na kogoś, z kim powinieneś się napić, ukłonić się i poczekać, aż on też weźmie swoje naczynie w dłonie. Pije się we dwóch, zawsze do dna, i zawsze ten, kto wznosi toast, po wypiciu pokazuje wszystkim przy stole dno swojego kieliszka. Kieliszek trzyma wtedy oburącz, to oczywiste. I trzeba też pamiętać, że toast pije się w ten sposób z wybraną osobą zawsze dwa razy z rzędu. Tego wymaga szacunek dla niej.

Pan Huang nadal był bardzo grzeczny i wyraźnie zakłopotany. Przepraszał, że mi to wszystko mówi, prosił, bym traktował te uwagi jako poradę, a nie afront. No bo i skąd biały człowiek ma znać zasady dobrego wychowania?

Ale ja nie byłem już taki grzeczny.

- W Chinach gest szacunku wymaga użycia obu rąk, w Europie - tylko jednej. Wy macie swoje obyczaje, my mamy swoje i trzeba to uszanować.

Pan Huang uśmiechnął się wyrozumiale:

- Gesty chińskie doskonale rozumieją ludzie w Japonii, w Indiach, w Afryce i w Europie. Gestów europejskich ludzie w Chinach nie rozumieją. Grzeczność chińska jest uniwersalna, jest grzecznością każdego kulturalnego człowieka. A europejska...

Stół

Grzeczność wymaga, by zapraszający oczekiwał na gościa nie przy stole, lecz przed restauracją.

Panowie Wang i Li stali na trzech schodkach prowadzących do restauracji Złoty Smok, nieco z lewej strony drzwi. Po prawej stronie stał szef restauracji z kelnerką. Gościowi z Europy i jego tłumaczowi gospodarze wieczoru okazali specjalne względy.

Wcześniej przez kilka dni prosiłem pana Hua i pana Chenga, by poznali mnie z chińskim biznesmenem. Prawdziwym biznesmenem, który karierę i majątek zawdzięcza tylko sobie, swoim pomysłom i swoim talentom. Takimi ludźmi sukcesu, według pana Chenga, byli panowie Wang i Li. Po dłuższych namowach zgodzili się porozmawiać ze mną. Na spotkanie zaprosili mnie z panem Chengiem i panem Hua do Złotego Smoka. Porozmawiamy i coś zjemy, wyjaśnił Cheng.

W restauracji szef zaprowadził nas na piętro, do osobnego pokoju z dużym, okrągłym stołem. Kelnerka tradycyjnie, nawet nie pytając, czy chcemy, nalała nam słabej herbaty, panowie zapalili. Szef dał znak, że można przynosić potrawy, każdą na osobnej, wielkiej paterze, i wyjaśniło się, że coś do jedzenia dla kilku osób to kaczka po pekińsku, którą zawijać trzeba było w cieniutkie naleśniki i maczać w sosie, pieczone kawałki kurczaka, pieczone chrabąszcze, krewetki, biała galaretka z łap kaczek, kilka pater rozmaitych warzyw, lekko tylko sparzonych, orzechy, potrawka z czosnku i chińskich grzybów, pieczarki z warzywami, zupa z kurczaka, zupa ze słodkich owoców, zupa z węgorza, pokrojonego na sążniste talarki, zupa z żółwia oraz tofu, czyli sojowy serek. Do picia podano piwo Qingdao, znakomite, z browaru zbudowanego w roku 1903 przez Niemców, i baijiu, przedziwnie ohydną wódkę chińską ze zboża i prosa.

Stół, jak zawsze w osobnych gabinetach chińskich restauracji, był obrotowy. Co jakiś czas pan Wang poruszał nim i podsuwał gościom inne patery. Każdy mógł brać pałeczkami, co chciał i ile chciał, każdy mógł swobodnie komponować kolejność smakołyków. Nietaktem było tylko wymigiwanie się od jedzenia. Po godzinie biesiadnicy przypominali głębinowe ryby, nagle wyszarpnięte z dna oceanu na piasek plaży. Brzuchy wydęły się nam, twarze grały soczystymi odcieniami czerwieni, purpury i fioletu, wytrzeszczone oczy spozierały z tępą udręką. Co jakiś czas słabsi spośród nas zastygali bezradnie, ale po chwili odpoczynku pan Wang albo szef restauracji namawiali, zachęcali, prosili i pałeczki znów leniwie zagłębiały się w stosach jadła. Trymalchion mógłby być dumny z takiej uczty.

Nie potrafiłem dociec, dlaczego przytrafiło mi się takie wspaniałe i szaleńcze zarazem obżarstwo. Dwaj bogaci przedsiębiorcy postanowili olśnić białego, pokazać mu, że kudy tam przyjemnościom życia w Europie do rozkoszy życia w Chinach? Pan Cheng przedstawił mnie jako człowieka interesu podróżującego po Chinach, może więc wystawną biesiadą przygotowywali rozmowę serio, o pieniądzach?

Niespiesznie podskubując żółwia pławiącego się w zupie, byłem przekonany, że przy tak wspaniale, po cesarsku zastawionym stole siedzę ostatni raz w życiu. Bardzo się myliłem.

Każde następne spotkanie z Chińczykami, godzinna choćby rozmowa, zawsze było okazją do kolejnych uczt w restauracjach. W zależności od rozmówcy i prowincji, zmieniały się tylko przysmaki. Smażone macki ośmiornic zastępowały pieczone chrabąszcze, zamiast solidnych, europejskich z wyglądu węgorzy pojawiały się węgorzyki miniaturowe, wielkości długopisu, znikała biała galaretka z łap kaczek, a jej miejsce zajmowała krew z kaczek zagęszczona w galaretę czerwoną. Zamiast banalnych krewetek gotowanych, łykać trzeba było krewetki żywe, żwawo przebierające łapkami po języku i podniebieniu. Czasem można było samemu bawić się w kucharza - w środku stołu tkwiły metalowe kociołki, od spodu podgrzewane palnikami gazowymi. We wrzącym rosole lub oleju podgotowywać można było surowe warzywa i mięso.

Grigorij Slimszyn z Saratowa, student uniwersytetu w Fu-zhou, opowiedział mi o swoim wyjeździe na wielką wyspę Hainan u południowego brzegu Chin. Przed kilkunastu laty Hainan zasłynął z gigantycznej afery korupcyjnej, w którą zamieszani byli wysocy chińscy urzędnicy. Od niedawna jest chińską Florydą, miejscem wypoczynku najbogatszych Chińczyków.

Chińscy znajomi, z którymi Grigorij prowadził niejasne interesy, zaprosili go ze sobą na tydzień do jednego z mnóstwa hainańskich luksusowych ośrodków wypoczynkowych. Doba hotelowa kosztowała tam równowartość 180 dolarów. Przepiękne plaże, baseny, korty tenisowe od rana do wieczora stały nieomal puste. Goście przesiadywali w restauracjach. Od południa do północy trwał nieustanny bankiet, festiwal obżarstwa i opilstwa. Zdrowy, sportowy tryb życia i kontakt z naturą polegał tam na przeniesieniu bankietów z klimatyzowanych sal restauracji na stojące wokół basenów stoliki z wielkimi parasolami.

Na południu i na północy, w restauracjach tanich i luksusowych, w salach dla pospólstwa i dyskretnych gabinetach, wszędzie chiński stół był stołem gościnnym. W trakcie biesiady zwykle przysiadali się przyjaciele i znajomi któregokolwiek z jedzących, którzy akurat przypadkiem zajrzeli do restauracji. Gospodarze zawsze serdecznie witali kolejnych biesiadników i od stołu zwykle wstawało dwa razy więcej gości, niż doń zasiadło.

- To największa przyjemność dla Chińczyka, jeść i rozmawiać z przyjaciółmi - tłumaczył mi Jiang Laoshe, profesor historii z uniwersytetu w Fuzhou. - Dla Chińczyka najważniejszymi rozkoszami są rozkosze stołu.

W Państwie Środka stół jest nie tylko źródłem największych przyjemności - to także sprawa śmiertelnie poważna.

Bogato zastawiony stół to zdrowie. Według chińskiej tradycji filozoficznej pożywienie jest jednocześnie sposobem chronienia ciała przed chorobami i skutecznym lekarstwem w przypadku większości chorób. Chińczycy uważają, że każdy element pożywienia reprezentuje sobą jedną z dwóch podstawowych, przeciwstawnych sił: yin albo yang. Potrawy, którym przypisany jest element yin, uchodzą za zimne, chłodzące ciało, zaś reprezentujące siłę yang są uznawane za gorące. Kultywowana przez tysiąclecia sztuka misternego, niesłychanie zawiłego komponowania posiłków, tak by podstawowe, przeciwstawne elementy zharmonizować, poszła po wojnie w znacznej mierze w zapomnienie, ale elementarne zasady tradycyjnego, filozoficznego pojmowania kuchni są dla każdego Chińczyka oczywistością.

W tej kwestii nie ma różnicy poglądów między rolnikiem a profesorem uniwersytetu. Gdy zachorowałem na zapalenie oskrzeli, z wysoką, zbijającą z nóg gorączką, pan Deng, goszczący mnie w swoim wiejskim gospodarstwie, polecił mi pić jak najwięcej zielonej herbaty, by obniżyć temperaturę. To nic, że pić miałem herbatę gorącą. Najważniejsze, że herbata była zielona, reprezentowała zatem element yin, schładzający.

Dwa tygodnie później, gdy dotarłem do Kantonu, choroba przeszła w stadium chroniczne. Męczył mnie kaszel i miałem dreszcze. W czasie rozmowy profesor Li, matematyk z uniwersytetu Sun Jatsena przyglądał mi się z troską, a potem poradził, bym zamiast herbaty zielonej pił jedynie czarną, której yang rozgrzeje mnie. Przede wszystkim zaś jak najprędzej powinienem zacząć regularnie jadać zupę z psa, potrawę, która ma najwięcej siły yang i rozgrzewa jak nic innego w świecie.

- To cię wyleczy, a zachodnie pigułki tylko zatrują ci ciało - przekonywał.

Bogato zastawiony stół w Chinach to nie tylko zdrowie - to odegnany precz odwieczny strach przed koszmarną śmiercią głodową. W roku 1930 historycy odkryli w cesarskich archiwach ewidencję, z której wynikało, że od 1008 roku p.n.e. aż do końca cesarstwa w roku 1911 w Chinach wybuchło co najmniej 1828 wielkich klęsk głodu. Rozmiary tych tragedii przekraczają wyobraźnię Europejczyków. Bodaj tylko wielki głód, który zdziesiątkował Irlandię, da się porównać z głodami w Chinach - tam jednak takie tragedie zdarzały się od tysiącleci niemal rok po roku.

W 1876 roku wskutek trzyletniej suszy w północnych Chinach zmarło z głodu 13 mln ludzi, dziesięć lat później zaś, gdy Żółta Rzeka przerwała brzegi i zniszczyła pola z zasiewami, zmarły z głodu 2 miliony. W 1927 roku w północno-zachodnich Chinach głodowało ponad 60 mln, zmarło ponad 6 mln. W 1924 roku Amerykanin M.H. Hutton zanotował w czasie podróży z Syczuanu do Guizhou: "Psy ucztują na ciałach ludzkich, wszędzie widać tysiące szkieletów. Kiedy podróżowaliśmy, nasi lektykowi ciągle nieśli nas pomiędzy ciałami ludzi, którzy umarli na drodze". Cień męczarni głodowych i kanibalizmu towarzyszył Chińczykom od kolebki po grób. W 1877 roku, w czasie jednej z największych klęsk głodowych, rzymskokatolicki biskup Szanghaju Louis Monagata alarmował: "Teraz zabijają żyjących, aby mieć ich na pożywienie. Mężowie jedzą swoje żony, rodzice jedzą swoich synów i córki, a dzieci jedzą swoich rodziców".

W 1927 roku w południowo-zachodnich Chinach podczas kolejnej klęski na targach handlowano ludzkim mięsem. Rodzice sprzedawali na targowiskach dzieci, nie pytając nawet, jaki czeka je los. Według raportów liczba sprzedanych wówczas małych dzieci w każdym z obwodów szła w tysiące. Dorośli usiłowali przetrwać, żywiąc się mąką z liści, ziemi i kory drzew. Wiosną 1943 roku w Henanie, w czasie wielkiej ucieczki ludności cywilnej przed wojskami japońskimi, zmarło z głodu 5 milionów ludzi. Prawdziwa głodowa apokalipsa zdziesiątkowała Chiny w latach 1958-61. Szaleństwo polityki Wielkiego Skoku sprawiło, że po raz pierwszy w historii głodował cały kraj. Wcześniej wielkie głody wybuchały jedynie w regionach dotkniętych klęskami żywiołowymi. W 1960 roku wymierały całe wsie. Znów trudno było przejechać chińskimi drogami, zasłanymi ciałami zmarłych, znów doprowadzeni do ostateczności chłopi w różnych częściach Chin jedli zmarłych i własne dzieci. Tylko w okręgu Gushi w południowym Henanie, liczącym niespełna 900 tys. mieszkańców, komunistyczni urzędnicy odnotowali ponad 200 przypadków kanibalizmu. W 1960 roku co dwudziesty piąty Chińczyk zmarł z głodu. Według chińskich szacunków w czasie Wielkiego Skoku zmarło 46 milionów ludzi. Większość badaczy zachodnich liczbę ofiar szacuje na 55-60 milionów.

- Głód wpisany jest w historię i tradycję chińską. Każdy z nas strach przed głodem wysysa z mlekiem matki - wyjaśniał mi prof. Li. - Wystawna uczta to nie tylko rozkosz smakowa i przyjemność rozmów z przyjaciółmi. To odegnanie demona strachu, który tkwi głęboko w każdym z nas, to podświadome delektowanie się poczuciem, że choć nie jesteśmy bogaczami, to jednak żyjemy lepiej niż ktokolwiek z naszych przodków.

Kot

Pies biegał po niedużym podwórku domu pana Hua. Czasem wpadał do saloniku, wskakiwał na fotel. Zwinięty w kłębek wygrzewał się i drzemał do chwili, aż nie przyuważył go jego pan.

Kot siedział w małej budzie pod ścianą podwórka. Miał piękne, jasne futerko. Zawołałem kici, kici - nie zrozumiał. Zamruczałem - podszedł. Uwiązany był na dwumetrowym łańcuchu. Małe ogniwka połyskiwały w słońcu, gdy rozczarowany mną wrócił do budy i wskoczył na dach. Z drzewa zleciał suchy liść, kot skoczył, ale nie sięgnął. Łańcuch poderwał go do tyłu w połowie skoku.

Zapytałem pana Hua, dlaczego ma w domu łańcuchowego kota.

- Chcę go cały czas widzieć - odparł po namyśle.

- A jak on łapie myszy?

- Nie łapie, on jest dla ozdoby, jest bardzo ładny.

Kilka tygodni później, w Kantonie na południu Chin, zagadnąłem znajomego Chińczyka o łańcuchowego kota pana Hua.

- To bardzo rozsądne trzymać kota na łańcuchu - odparł.

- Czemu?

- Bo pies nie przeskoczy przez mur, a kot przeskoczy i nieszczęście gotowe.

- Jakie nieszczęście?

- A jakie miał futro: długie czy krótkie?

- Krótkie.

- Toby go ukradli i zjedli.

- A gdyby miał długie futro?

- Toby go ukradli i sprzedali dla ozdoby.

Bo koty w Chinach, wyjaśniał dalej, dzielą się na długowłose, obowiązkowo z jednym okiem szafirowym, a drugim pomarańczowym, i na pozostałe. Długowłose z oczami w dwóch czystych, mocnych kolorach są cenną maskotką, kosztują około 800 juanów, więcej niż dwie pensje nauczyciela. Krótkowłose zaś to ciekawe danie dla smakoszy.

Sądziłem, że kpi, ale zaprowadził mnie do restauracji i zamówił danie z kota. Kelner poprosił nas do przejścia. Po jednej stronie, w niewielkich akwariach, niesamowicie stłoczone, stały małe i wielkie ryby, kłębiły się węże, kraby, krewetki, gigantyczne dżdżownice, wielkie jak włoskie orzechy wodne żuki i jakieś czarne robaki. W klatkach jedne na drugich leżały rozmaite żółwie, ciasno zbite stały kaczki, chińskie kurczaki o czarnej skórze pokrytej białym puchem, dziwne zwierzaki podobne do borsuków, psy i koty. Przerażone, osowiałe koty z krótką sierścią.

- Czemu te koty są takie smutne? - zapytałem.

- One nie są smutne, one są bardzo świeże - zaprotestował kelner.

- Nie mówię, że są nieświeże, mówię, że są bardzo smutne.

- Ależ skądże, one są bardzo wesołe. One się cieszą, że pan zaraz wybierze któregoś z nich.

Widok klatek przed restauracją to nic w porównaniu ze scenami w klatkach i akwariach na Qingping, największym targu w Kantonie. Rano, gdy największy ruch, a zachodni turyści śpią jeszcze w hotelach, klatki są przepełnione. Psy leżą jedne na drugich, koty przypominają jeden, opięty metalową siatką, kłąb futra. Żółwie i duże kraby, powiązane sznurem, by nie sprawiały kłopotu, godzinami leżą bez ruchu. Większym zwierzętom, kozom, psom, sprzedawcy często łamią przednie nogi, żeby nie uciekły. Cierpienie zwierząt nie liczy się, ważne jest tylko to, by w wilgotnym upale Kantonu mięso trafiło na stół świeże.

Za dużo ludzi, za dużo biedy, żeby kogoś obchodziło cierpienie zwierząt.

Kaleka

Przesiadka wypadła mi wieczorem w dużym mieście na szlaku Pekin-Kanton. Pocztę przy głównym placu już zamknięto, ale w bocznej uliczce, dziesięć minut spacerkiem od dworca, otwarta była poczta prywatna: malutki pokoik, w nim mikroskopijna lada, na niej trzy aparaty telefoniczne, za nią obsługujący. Siedział w podkoszulku, rozparty w foteliku, pięknie zbudowany, przystojny. Zagadnął mnie po angielsku, pieniądze za połączenie przyjął nonszalancko, lewą rękę trzymając pod pledem przykrywającym nogi.

Pomyślałem, że taka mała poczta musi być świetnym interesem. Znajomość języka angielskiego to w Chinach wielki skarb. Uczą się go wszyscy młodzi z ambicjami, ale mówić po angielsku nie umie prawie nikt. Kto mówi dobrze, ma zapewnioną świetną pracę w zagranicznych firmach.

Nie śpieszyłem się donikąd, pogadywaliśmy. Zapytał, czy napiję się herbaty. Sięgając po czajnik, odrzucił pled. Nie miał obu nóg i czterech palców u lewej ręki.

- Studiowałem i biegałem na 800 metrów w reprezentacji prowincji - opowiadał nieśpiesznie, dokładnie, bez zakłopotania. - Gdy wpadłem na motocyklu pod autobus, wszyscy się ode mnie odwrócili. Nie dostałem odszkodowania, zamiast renty dali mi ochłapy. Nawet dla rodziny byłem tylko darmozjadem bez przyszłości. A teraz mam pracę i w domu znowu wszyscy mnie szanują.

- Dużo zarabiasz?

- Tylko dwieście juanów, ale i tak musiałbym gdzieś siedzieć, w domu albo w pracy.

- Ile godzin dziennie pracujesz?

- Jestem tu od ósmej rano do jedenastej wieczorem, ale i tak musiałbym gdzieś siedzieć, więc lepiej, żebym siedział tutaj.

Za dużo ludzi, za dużo biedy, żeby kogoś obchodziło cierpienie człowieka.

Patronka

Czekaliśmy z Chengiem przy drodze na autobus, gdy zatrzymał się koło nas wytwórca popiersi. Cały warsztat miał przytroczony do roweru. Rozłożył go błyskawicznie: dwie gazety, miskę na wodę, pojemniczek z gipsem, szpachelkę do gipsu, osiem gumowych form i kilkanaście spinaczy do bielizny, których używał do spinania z boku form wypełnionych wilgotną gipsową masą.

Zanim przyniósł wodę w misce, warsztat otoczył tłumek kilkunastu wieśniaków.

Popiersia są dwojakiego rodzaju, wyjaśniał uroczyście.

Popiersia nowoczesne to dwa rodzaje europejskich krasnali, Królewna Śnieżka i romantyczna dziewczyna (potem, gdy już wydobył romantyczną dziewczynę z gumowego płaszcza, okazało się, że jest to wielka na łokieć panna w powłóczystych szatach leciutko zsuwających się z biustu). Popiersia nowoczesne były tanie, po dwa juany. Tylko romantyczna dziewczyna kosztowała trzy. Droższe były popiersia tradycyjne. Bohater wojny z Japonią i Kuomintangiem, marszałek Zhou Te, kosztował dwa juany. Ulubiony polityk chińskiego ludu premier Zhou Enlaj - trzy.

Najdroższe, po cztery juany, była duża, stojąca sylwetka Mao Zedonga w płaszczu i znacznie mniejsze popiersie Juli Furen czytającej książkę.

- Juli Furen? Kto to?

- Jak to kto, przecież to ta najsławniejsza w świecie Polka! Przecież jej portret jest prawie w każdej chińskiej szkole!

Gdy Cheng zadziwiony patrzył na Polaka, który nie poznaje swej najsłynniejszej rodaczki, posypały się zamówienia: jedna romantyczna dziewczyna, jeden Zhou Enlaj, dwóch Mao, dwie Juli Furen.

- Nobel! - wykrzyknął Cheng i już wiedziałem.

Juli Furen to Maria Skłodowska-Curie. Ale czemu jest tak popularna w Chinach?

- Bo jest najlepszym symbolem i patronem dla chińskich uczniów - wyjaśnił z powagą wytwórca popiersi. - Była na samym dnie, bo była kobietą i nie miała żadnych zdolności, żadnych talentów. A mimo to samą tylko ciężką pracą zdobyła dwie nagrody Nobla.

 

 

 

 

Gazeta Wyborcza - 06/03/1998

 

 

Włodzimierz Kalicki

CHINY cz. 2

Dostać twarz w Fuzhou

 

 

Do szczęścia w Chinach potrzebna jest duża twarz i dobre guanxi. Pieniądze też są ważne, ale nie najważniejsze. Gdy ma się dużą twarz i dobre guanxi, ma się też pieniądze. A jeśli nawet się ich nie ma, to zaraz się pojawią.

Życie codzienne w Chinach niewiele ma wspólnego z orientalną egzotyką. Amerykanie i Europejczycy, którzy w chińskim dniu powszednim widzą upajającą inność Orientu, tak naprawdę po wylądowaniu w Pekinie czy Hongkongu nie zdjęli literackich okularów. Dostrzegają przede wszystkim to, o czym wcześniej czytali: wszechobecność egzotycznej chińskiej duchowości, pomniki sztuki i historii.

Prawdziwa egzotyka i dziwność skrywa się w okruchach zwyczajnego życia. Oczywistości miewają tu ukryty sens, dziwactwa bywają koniecznością.

Termos

Prawem człowieka, którego w Chinach na pewno się nie łamie, jest prawo do wrzątku. Termosy z wrzątkiem stoją w każdym mieszkaniu, w eleganckich apartamentach hotelowych dla obcokrajowców i w obskurnych, najtańszych noclegowniach za 60 juanów (8 dolarów). W specjalnych uchwytach tkwią obok łóżek w wagonach sypialnych i pod stolikami lekarzy w miejskiej przychodni. Wrzątkiem zalewa się po kilkanaście razy kilka listków herbaty na dnie kubka. Czasem pija się samą gorącą wodę.

Wrzątek to w Chinach pojęcie umowne. Wodzie z termosu zwykle brakuje kilku stopni do temperatury wrzenia. Herbata zalana gorącą wodą z termosu smakuje kiepsko. Czemu nie można zagotować wody i porządnie zaparzyć herbaty?

- Termos oszczędza pieniądze, czas i zdrowie - wyliczał mój tłumacz, pan Cheng. - Gotowanie wody co pół godziny jest o wiele droższe, no i komu by się chciało biegać bez przerwy do kuchni?

- A zdrowie?

- Na południu nawet gotowanie wody przez kilka minut nie zawsze zabija zarazki. Żadna bakteria i żadna ameba nie przetrzyma jednak godziny czy dwóch w temperaturze niemal stu stopni. To dlatego nikomu nie przeszkadza picie podstygłej wody, która w termosie stoi nawet kilka godzin.

Podłoga

Zastawiony jadłem chiński stół jest dla skłonnego do gastronomicznych eksperymentów Europejczyka niebem. Piekłem jest podłoga. Posiłek przypomina jako żywo naszą średniowieczną rycerską ucztę. Tyle że obok ogryzionych kości i ości wyłuskanych z ryb, pod stół trafiają pancerzyki frutti di mare, przeżute warzywa i łuski chrabąszczy.

W przydrożnych jadłodajniach i drogich restauracjach, gdzie obiad kosztuje od 300 do 450 juanów (40-55 dolarów), przyzwoitą miesięczną pensję nauczyciela, miejsce resztek jest na podłodze. Pod koniec obfitej kolacji trzeba uważać, by wstając od stołu nie poślizgnąć się na kożuchu tłustych odpadków zalegającym pod butami.

W czasie eleganckiego, wystawnego obiadu z szefem jednej z gmin w prowincji Shanxi przeżywałem prawdziwe katusze. Był to pierwszy tak elegancki obiad w chińskiej restauracji i bardzo starałem się, by nie urazić gospodarza. Nie chcąc strzelić gafy, powtarzałem po prostu jego ruchy. Nie mogłem jednak przemóc się i rzucać odpadków pod stół. Najpierw chowałem resztki w dłoni, w końcu jednak zakłopotany wytłumaczyłem gospodarzowi swoje opory. Z uśmiechem zrozumienia zamówił dla mnie jeden jedyny, pusty talerzyk - na odpadki. Gdy jednak na talerzyku urosła spora górka ogryzków i bezradnie rozglądałem się za następnym naczyniem, gospodarz wyrzucił odpadki z talerzyka pod stół i wspaniałomyślnie wybawił dziwacznego białego gościa z opresji. Chce składać kości i ości na talerzyku? A niech sobie składa.

Na południu, w prowincji Guang-dong, w której tropikalnym, wilgotnym klimacie bardzo trudno utrzymać czystość, ludowy zwyczaj każe najpierw nalewać do miseczki gorącą herbatę, myć w niej pałeczki i filiżankę, a następnie wylewać ją pod stół. Dopiero wtedy można nalać herbaty do filiżanek i napić się.

W czasie udanej biesiady piekło podłogi niepostrzeżenie wdziera się w raj stołu. Chińczycy, zajęci rozmową i jedzeniem, resztki rzucają między talerze, herbatę rozlewają szerokim gestem, zalewając pół blatu. Żaden z biesiadników nie zwraca na to uwagi. Zachowują się jak zahipnotyzowani, patrzą wyłącznie w talerz ze smakołykami i w oczy rozmówcy.

Przybytek

Musiałem iść do toalety. Pan Cheng przytrzymał mnie za rękaw:

- Nie możesz iść sam, bo nie trafisz z powrotem.

Biesiadnicy pozwolili mi wyjść dopiero z szefem restauracji. Najpierw kluczyliśmy na piętrze restauracji, potem na parterze, wyszliśmy przez kuchnię na zaplecze, potem przez chaszcze, wzdłuż muru z cegły, doszliśmy do niewielkiego rowu, przeskoczyliśmy go i stanęliśmy pod kolejnym murem. Szef pokazał mi na migi, że siusiu mam zrobić tu, pod murem, a z większą potrzebą wędrować musimy dalej, w mrok przedmieścia.

Cztery dni później z uroczystego przyjęcia w restauracji w prowincji Shan-dong trafiłem do ogródka przed małymi domkami. Wraz z przewodnikiem zza stołu najpierw przedzieraliśmy się przez chaszcze, potem sforsowaliśmy dwa płotki i gdy wreszcie z ulgą parę metrów przed wejściami zaczęliśmy się rozpinać, w oknach rozbłysły światła.

- Oni tam nie widzieli nigdy, jak biały załatwia swoją potrzebę - wyjaśnił mi później, przy stole, Cheng.

- Dlaczego, do diabła, w waszych restauracjach nie ma toalet?

- Przecież restauracje służą do jedzenia - odparł szczerze zdziwiony.

Na wsi, w podmiejskich domach jednorodzinnych, w tradycyjnych parterowych domach miejskich czy w tańszych hotelach toaletą jest dziura wykopana w ziemi.

Najtrudniejsze chwile czekają białego człowieka w toaletach publicznych. Nawet nie dlatego, że są one niewiarygodnie brudne; tak brudne, że w końcu w trosce o rozwój turystyki władze zorganizowały wielką, ogólnopaństwową akcję odnawiania publicznych szaletów (w ciągu roku wyremontowano ich ponad 80 tysięcy).

Chińskie toalety publiczne są bowiem zdecydowanie zbyt publiczne. Te w centrum powiatowego miasta w prowincji Shanxi w ogóle nie miały drzwi. Po załatwieniu swoich potrzeb Chińczycy zapalali papierosy i przystawali przed moją kabiną, by sprawdzić, jak prezentuje się anatomia białasa. W toalecie na zapleczu restauracji w Tai'an przegródki między kabinami sięgały raptem do kolan. Można było załatwiać potrzeby fizjologiczne nie przerywając pogaduszek. Najdziwniejszą toaletę ujrzałem na dworcu autobusowym w Henanie. Spore, wykładane jasną terakotą pomieszczenie było puste. Jedynie pod ścianą ciągnęło się przez całą salę wyłożone tą samą terakotą podwyższenie, wysokie na stopę, szerokie na półtora metra. W środku podwyższenia znajdował się głęboki i szeroki na stopę, także wyłożony terakotą, kanał, w którym żwawo płynęła czysta woda. Jedni nad kanałem stali, inni kucali. Nikt nie wyglądał na zakłopotanego. Czasem tylko ktoś ze śmiechem komentował wygląd przepływających pod nogami obiektów.

Cheng, którego wypytywałem później, dlaczego toalety są tak brudne i pozbawione intymności, nie ukrywał zdziwienia:

- A jakie to ma znaczenie? Przecież to nie jest miejsce, w którym szuka się przyjemności. Wchodzisz tam na chwilę i zaraz zapominasz o wszystkim.

Spluwaczka

Gdy pierwszego dnia po przylocie Chińczyk zamaszyście splunął mi pod nogi na pekińskiej ulicy, pomyślałem, że ani chybi musiałem mu w czymś podpaść. Ale pluli wszyscy. Długo, dramatycznie charczeli i pluli pod nogi przechodnie na ulicy i goście w restauracji, pasażerowie w autobusach i pacjenci w szpitalnej przychodni. Pluli chłopi, robotnicy, urzędnicy i nauczyciele. W czasie jazdy autobusem na południu Jiangsu słychać było każdy krok pasażera. Buty odklejały się od pokrytej zgęstniałymi plwocinami podłogi z głośnym, głuchym mlaśnięciem.

Ludzie prości pluli głośno, energicznie, charcząc jak piekielni potępieńcy. Dwaj starzy chłopi, z którymi siedziałem na końcu autobusu na południu Shandongu, pluli, rzucając głowami do przodu jak dziwaczne, wielkie dzięcioły. Z plwocin układali wokół moich butów dość misterne wzory.

Ludzie kulturalni, plując w restauracji, starali się robić to możliwie cicho. Plucie kulturalne polegało na schyleniu głowy i poczekaniu, aż ślina sama odklei się od ust. Plucie eleganckie wymagało dodatkowo przysłonienia ust dłonią i rozmazania natychmiast plwociny butem.

W prowincji Sandong w dniu święta osób starszych wspinałem się na górę Tainshan, jedną z pięciu świętych gór Chińczyków. Tylko tego dnia ludzie, którzy skończyli 60 lat, mogli wejść na 1500-metrowy szczyt bez kupowania drogiego biletu. Tłum staruszków, dziarsko wspinających się w upale i kurzu, na szczycie czekała szokująca niespodzianka: znaki zakazu plucia. W trosce o samopoczucie zachodnich turystów strażnicy bezwzględnie egzekwowali zakaz, pokrzykując na popluwających starców. Ci patrzyli na mundurowych z bezbrzeżnym zdziwieniem: patrzcie no, czego oni chcą, plucia chcą zakazać, porządkowi od upału zwariowali!

W Rosji rewolucja sowiecka w życiu codziennym objawiła się, jak świadczą niezliczone wspomnienia, wkroczeniem na scenę dziejów ludu nieustannie gryzącego nasiona słoneczników. Wolność okazała się tam w roku 1918 wolnością plucia słonecznikowymi skorupkami gdzie popadło. Chodniki, dworce, knajpy, urzędy, wszystko pokrywała szarobrunatna ławica rozgryzionych nasion. Może więc w Chinach, z braku słonecznika, rewolucyjna wolność i społeczny postęp objawiły się po prostu powszechnym pluciem?

Do czasu wizyty w rodzinnym mieście premiera Zhou Enlaia, w gigantycznym mauzoleum poświęconym jego pamięci, sądziłem, że publicznie plują ludzie całkiem prości i ci jeszcze nieobyci, z awansu społecznego. W betonowym mauzoleum oprócz dewocjonaliów rewolucyjnego kultu, wojskowej bluzy Zhou, kamizelki, ręcznika, prochowca w kolorze liliowym i skrzynki na papiery, były też archiwalne zdjęcia. Na jednym z nich uwieczniono oficjalną rozmowę Zhou Enlaia z dyktatorem Korei Północnej, Kim Ir Senem. Obaj siedzieli we wspaniałej sali starego, cesarskiego pałacu w Pekinie, przy stoliku z laki, na tle starego, misternego malowidła. Między nogami obu mężów stanu tkwił wielki, białawy nocnik.

- Co to?

- Jak to co? - opiekun sali był zdziwiony. - To przecież zabytkowa, porcelanowa spluwaczka! Bardzo cenna.

Cztery dni przed odlotem do Warszawy całkiem przypadkowo trafiłem w Pekinie do europejskiego lekarza, od kilkunastu lat regularnie odwiedzającego Chiny. Miałem szczęście. Gnębił mnie przewlekły, duszący nieżyt oskrzeli, a lekarz był laryngologiem. Miałem szczęście podwójne - choć był w Pekinie prywatnie, zgodził się mnie zbadać.

Gwarzyliśmy już dobre pół godziny, gdy nagle zaniepokoił się: - A czemu pan nie pluje? Co się stało?

- ???

- Trzeba pluć! Tu trzeba charczeć i pluć! Niech pan spojrzy na starych Chińczyków. Charczą tak długo zanim zaczną się dusić z braku powietrza, potrafią oczyścić z wydzieliny najdalsze zakątki płuc. Młodzi już tak nie potrafią, stara, klasyczna chińska sztuka plucia ginie w narodzie.

Bo bez plucia, opowiadał dalej doktor, Chińczycy w północnej części kraju powymieraliby na choroby płuc i oskrzeli. Od tysięcy lat silne, zimne wiatry nawiewają na północne Chiny znad pustkowi Mongolii lessowy pył. Między Żółtą Rzeką a miastem Xi'an, starą cesarską stolicą, grubość lessowych ziem nawianych z północy w okresie lodowcowym, dochodzi do stu metrów. Zimne, północne wiatry wieją dziś tak samo, jak przed tysiącami lat.

W miastach i na wsi dniem i nocą unosi się mgiełka pyłu. Najpierw wydawało mi się, że to kurz nieszkodliwy, niewarty uwagi. Lessowy pył jest jednak szczególnie zjadliwy, podrażnia płuca, zatyka oskrzela, wysusza śluzówki. Trzeba oczyszczać drogi oddechowe. Obroną przed wszechobecnym lessowym pyłem jest też obyczaj nieustannego popijania wody przez Chińczyków, obyczaj, który długo wydawał mi się manią. Trzeba popijać, by nie wyschły śluzówki. To dlatego w restauracjach kelnerki, zanim jeszcze zamówi się cokolwiek, nie pytając nalewają wszystkim gościom słabą herbatę. To dlatego wielu Chińczyków w miastach, a na wsi niemal każdy, zawsze ma przy sobie coś w rodzaju podłużnego słoiczka z wodą i co chwila popija dwa, trzy łyki.

Trzej niemieccy inżynierowie z koncernu Volkswagena, którzy po kilku miesiącach kontraktu w Pekinie ruszyli zwiedzać chiński interior, w wagonie sypialnym przywitali się ze mną, usiedli i zaraz wyciągnęli z toreb małe, chińskie słoiczki na wodę. Już wiedzieli, że tak trzeba.

Świat

Długo męczyłem pana Chenga pytaniami, dlaczego jego rodaków tak mało obchodzi estetyka otoczenia. Dlaczego bardzo drogie, wystawne obiady jedzą w obskurnych, brudnawych salach restauracji, oświetlonych neonówkami jak garaże, nierzadko z powybijanymi szybami. Dlaczego obojętnie rozlewają herbatę na blatach stylowego stołu z laki, a na podłogę rzucają odpadki, dlaczego plują gdzie popadnie i bez protestu korzystają z prymitywnych, niebywale brudnych toalet.

Pan Cheng, pracujący w urzędzie miejskim, człowiek wykształcony i kulturalny, starannie szukał wyjaśnień.

Może to kwestia biedy? Może to kwestia pewnego szczególnego rysu natury Chińczyków? Chińczycy bowiem to lud niebywale praktyczny, nieskory do idealistycznych uniesień i zaczadzeń, ale i jakoś w tej praktyczności przyziemny. Od kwiatków nie przybędzie jedzenia.

Gawędząc tak z panem Chengiem, wymyśliłem sobie estetyczną teorię Chińczyka. Przecież człowiek żyjący w tłumie, w tłoku, coraz to popychany, poszturchiwany przez obcych, przez władzę, nie ma żadnego wpływu na swe otoczenie, dalekie i bliskie. Nie ma sensu sadzić ozdobnego drzewa na trawniku przed domem, nie ma sensu zawieszać na ścianie drogich, wytwornych rysunków na papierze - władza, tłum mogą to zdeptać w najmniej spodziewanym momencie.

Świat, nad którym może zapanować przeciętny Chińczyk, jest tak mały, że właściwie niewiele większy od niego samego. Jest jak wnętrze skafandra kosmonauty albo nurka. W życiu Chińczyka naprawdę liczy się tylko to, co niepodzielnie mieści się w tym malutkim, prywatnym świecie. Spokój płynący z poczucia, że jest się bogatym, zdrowie, dobry sen, smaczne jedzenie, miła rozmowa, szczęście najbliższych. Reszta nie ma znaczenia.

Nieważna jest paskudna sala w restauracji, ona jest nie z mojego świata. Ważne jest, czy smażone macki ośmiornicy są należycie chrupkie, czy przyjaciel opowiada przy stole ciekawe historie, czy ojciec jest zadowolony z rodzinnej kolacji.

- To bardzo ładna teoria, ale nieprawdziwa.

- Dlaczego?

- Bo sam zobaczysz, że kiedy Chiny już będą bardzo bogate, to będą bardzo piękne.

Karaoke

Wystawna kolacja z panem Wangiem i panem Li, biznesmenami handlującymi kwiatami, miała się ku końcowi. W osobnym gabinecie restauracji Złoty Smok uprzejmość wobec gospodarzy walczyła z sennością biesiadników. Szef Złotego Smoka wezwał najładniejszą kelnerkę i oznajmił, że teraz się zabawimy. Niecnie się ożywiłem, na krótko jednak.

Najpiękniejsza z kelnerek ukłoniła się, włączyła wielkie, japońskie wideo w końcu salki i podała mikrofon panu Wangowi.

Pan Wang, człowiek po pięćdziesiątce, który w czasie rozmowy wydał mi się poważnym biznesmenem, teraz ze sztubackim uśmiechem, słodziutkim, łamiącym się głosem usiłował zaśpiewać popularny chiński przebój. Zaczął się wieczór słynnego karaoke.

Po panu Wangu ochoczo występowali wszyscy obecni na kolacji Chińczycy. Nikt nie dał się prosić, nawet pan Czang. Karaoke każdy śpiewać może. W luksusowej wersji karaoke w Złotym Smoku teledysk piosenki wyświetlany był na wideo. Na ekranie w stosownych momentach pojawiały się też słowa przeboju. Gdy któryś ze śpiewających tracił głos, natychmiast pomagała mu najpiękniejsza z kelnerek, stojąca obok z drugim mikrofonem. Na specjalne życzenie można było zaśpiewać z nią w duecie.

Gdy pan Czang przetłumaczył słowa piosenek śpiewanych przez gości w znajomym rytmie słodkiego disco polo ("kocham cię, bardzo cię kocham, moja ukochana" albo "moja miłość jest ogromna, bardzo za tobą tęsknię, zawsze cię będę kochał"), zupełnie przestałem rozumieć pasje i emocje, wyzwalane w Chińczykach przez karaoke.

W Qufu spacerując nocą po starej dzielnicy niewielkich domków, natknąłem się w zaułku na sześciu młodzieńców, z zapałem ćwiczących karaoke przy starym radiomagnetofonie. Wracałem do hotelu o drugiej w nocy, a oni dalej po cichutku słodko podśpiewywali.

W restauracjach i na ulicach za swój występ trzeba zapłacić właścicielowi sprzętu co najmniej tyle, ile kosztuje solidna przekąska w restauracji. Chętnych do śpiewania nigdy nie brakuje, na ulicach nie brakuje też nigdy słuchaczy.

Co w śpiewaniu karaoke tak pociąga ogół Chińczyków?

To samo, co i Japończyków, opowiadał mi pekiński antropolog dr Wei Xiao, który przed dwoma laty po wielu staraniach uzyskał zgodę władz swojej uczelni na zmianę profilu badań. Zamiast studiowania obyczajów mniejszości narodowościowych na południu Chin, rozpoczął badania nad przemianami obyczajów mieszkańców dużych miast.

- Chińczycy i Japończycy są społeczeństwami silnie zhierarchizowanymi. W miastach ludziom doskwiera brak prywatności. W pracy poddani są kontroli kolektywu pracowniczego, w domu kontrolują ich najrozmaitsze, po części ochotnicze komitety blokowe, komisje społeczne. To nie przypadek, że na świecie karaoke zawrotną karierę zrobiło tylko w Japonii i u nas. Karaoke jest formą wyzwolenia z kolektywu, próbą wyrażenia indywidualności przez człowieka niepewnego swej wartości, zdominowanego przez zbiorowość, szukającego łatwego samopotwierdzenia. Miliony powtarzają cudze przeboje, nikt nie śpiewa piosenek oryginalnych. W ten sposób nikt nie ryzykuje, że komuś nie spodoba się piosenka, że ktoś jej nie zrozumie. Gdy się pomylisz, zapomnisz słów, słuchacze zawsze dośpiewają za ciebie.

- Miliony wyrażają swą indywidualność naśladowaniem innych?

- To tylko jedna strona generalnej postawy wobec życia. W istocie tym samym jest przecież skłonność japońskiego i naszego przemysłu do doskonałego imitowania zagranicznych towarów, brak patentów, wielkich innowacji cywilizacyjnych.

Mędrca szkiełko i oko nie wszystko jednak dostrzega. W Dang, dwustutysięcznym mieście w prowincji Shandong, późnym wieczorem wstąpiłem do dużego karaoke nad popularną restauracją. Tłum młodych ludzi rzeczywiście szukał ucieczki przed społeczną kontrolą, ale najwyraźniej nie tylko w celu samopotwierdzenia się. W półmroku dziesiątki par tuliły się namiętnie. Słodkie melodie i beznadziejnie sztampowe słowa o miłości tu miały sens. W Dang całować się z dziewczyną można było tylko w zasypanych gnijącymi śmieciami zaułkach albo w salce karaoke.

Same występy na scenie przypominały godowy turniej bażantów. Wystrojeni młodzieńcy, biorąc wysokie "c", bacznie obserwowali, jak na ich popisy reagują najładniejsze dziewczęta w pierwszych rzędach.

Po chwili podszedł do mnie chłopiec z obsługi. - On pyta, czy życzysz sobie osobny gabinet do śpiewania dla dwóch osób - przetłumaczył niezawodny pan Cheng.

Słowniczek

Długo prosiłem pana Chenga, by w sobotę i niedzielę pojechał ze mną do wsi, w której mieszkał wujek mojego gospodarza, pana Hua. To był jednak kawał drogi, prawie czterysta kilometrów, dwie przesiadki, z pociągu na autobus dalekobieżny i jeszcze na autobus podmiejski. Ale warto było go męczyć. Wujek okazał się miłym staruszkiem, dla którego najwyraźniej nie było tematów tabu. Opowiadał o kolektywizacji wsi, o Wielkim Skoku i o wielkim głodzie.

Opowiadał z namysłem, długo, ale pożytek z jego opowieści miałem niewielki. Tłumacząc na niemiecki pan Cheng krzywił się, zastanawiał, parominutowe kwestie wujka pana Hua skracał do dwóch, trzech zdań.

Gdy wreszcie zapytałem wprost, dlaczego cenzuruje opowieść wujka pana Hua, co chce przede mną ukryć, przyznał się:

- Ja go nie bardzo rozumiem.

- Jak to nie rozumiesz?

- On mówi trochę innym chińskim.

Czterysta kilometrów odległości wystarczyło, by dwóch rdzennych Chińczyków (mówi się o nich Han ren), miało trudności z porozumieniem się. Nie należeli do żadnej z kilkudziesięciu mniejszości narodowych - te posługują się zupełnie innymi językami.

Dwa tygodnie później, w Kantonie, byłem świadkiem rozmowy mieszkańca Pekinu z kantończykiem. Wyglądało na to, że gdyby nie kartka papieru, na której co i rusz wypisywali jakieś znaki, w ogóle nie potrafiliby się dogadać.

- Nic dziwnego, z Pekinu do Kantonu są trzy tysiące kilometrów. Między dialektem mandaryńskim, czyli językiem ludowym z rejonu Pekinu, który w XIX wieku wprowadzono do literatury, a który dziś jest oficjalnym jezykiem w Chinach, a dialektem kantońskim jest dużo większa różnica niż między językiem niemieckim a angielskim. Tylko pisownia znaków jest w Pekinie i Kantonie dokładnie taka sama - wyjaśniał mi później profesor Li, matematyk.

To dlatego w kantońskich restauracjach kelnerki nie przyjmują ustnych zamówień. Nalewają herbatę i wręczają jadłospis, kartkę papieru, ołówek. Zamówienie każdy wypisuje sam.

Po rozmowie profesor. Li zaprowadził mnie do dużej księgarni naukowej. Na półce ze słownikami pokazał mi słowniczki pekińsko-kantoński i szanghajsko-pekiński.

Guanxi

Do pana Hua co wieczór przyjeżdża na sfatygowanym motocyklu pan Bao. W wytartej marynarce, byle jakiej koszuli, workowatych portkach i koślawych, zawsze zakurzonych czarnych mokasynach nie różni się niczym od przechodniów. Nie wyróżnia go też twarz, poorana, poszarzała twarz pięćdziesięciolatka zmęczonego codzienną walką o przetrwanie. Pan Bao jest zwykłym, szeregowym urzędnikiem w wydziale finansowym urzędu miejskiego. Jednym z kilkudziesięciu.

Pan Hua za każdym razem przyjmuje pana Bao z niezwykłą atencją. Pan Hua należy bowiem do guanxi pana Bao. Pan Bao zaś ma jedno z najpotężniejszych guanxi w mieście.

Socjologowie, profesor Lu Xun i profesor Wang Guo, z którymi rozmawiałem o guanxi, mieli niemały kłopot. Jak komuś, kto nie jest Chińczykiem, wytłumaczyć, co to jest guanxi?

Guanxi to krąg znajomych, ale nie taki zwykły krąg i nie takich zwykłych znajomych. To krąg znajomych, na których zawsze możesz liczyć. Człowiek, który jest w twoim guanxi, właściwie nie może odmówić żadnej twojej prośbie, choćby była nie wiadomo jak kłopotliwa i niebezpieczna. To twój człowiek. Możesz na nim polegać. Nawet gdy stracisz pracę, przejdziesz na emeryturę, opuści cię żona, aresztuje się policja - guanxi cię nie opuści. Zrobi wszystko, aby ci pomóc.

Ale ty też masz obowiązki wobec guanxi. Nie wolno ci odmówić, gdy ktoś z twego guanxi poprosi cię o przysługę. I nie wolno, pod żadnym pozorem, zbiednieć. Mieć guanxi, to znaczy także nieustannie dbać o ludzi z guanxi, zapraszać ich na wystawne obiady i kolacje w restauracji, odwiedzać, dawać upominki.

- Guanxi jest jak pracująca dzień i noc maszyna, nie wolno przestać dolewać oleju, bo maszyna się zepsuje - opowiadał profesor Wang Guo.

Dlatego pan Bao zawsze miał obrzękłą, niezdrowo nalaną twarz i ciągle skarżył się na wątrobę. Codziennie zapraszał kogoś do restauracji, kilka razy w tygodniu bywał na kolację zapraszany. Był przecież w guanxi innych, bardzo wpływowych ludzi. Codziennie bankiet, codziennie dużo, bardzo dużo wódki baijiu. A najgorsze z tego, opowiadał pan Hua, że pan Bao nie może przestać. Nieustannie spotyka się z ważnymi ludźmi, załatwia im jakieś sprawy albo prosi o załatwienie czegoś, zwykle dla kogoś innego. Jest jak pływak w rwącej rzece - jeśli choć przez chwilę zechce odpocząć, przestać płynąć, zginie w wartkim nurcie. Załatwił już tyle rzeczy, za które można wpaść w wielkie kłopoty, że musi załatwiać dalej, bez przerwy, żeby nie wyszło na jaw to, co załatwił wcześniej.

Gdy tylko rozmowa przy stole zamiera, pan Bao opuszcza głowę i zapada w drzemkę.

- Marzę o tym, żeby kiedyś spać tyle, ile tylko bym chciał - westchnął kiedyś z rezygnacją.

Ale ze swego guanxi nie zrezygnuje. Dzięki guanxi pan Bao załatwił mi kupno biletu na pociąg sypialny, choć w kasie nie było biletów od dwóch tygodni.

Dzięki guanxi ma jawnie, oficjalnie, pięcioro dzieci i za żadne nie zapłacił juana kary, choć powinien zapłacić więcej, niż wart jest nowy, wygodny dom.

Dzięki guanxi jego dzieci mieszkają i uczą się w mieście, ale oprócz miejskich dowodów osobistych mają, nielegalnie, dowody wiejskie, uprawniające do otrzymania od państwa przydziału darmowej ziemi. I już mają na wsi, w innej prowincji, tę ziemię.

- Każdy Chińczyk ma swoje guanxi. I każdy wart jest tyle, ile warte jest jego guanxi - tłumaczył profesor Lu Xun.

Bez guanxi nie da się żyć i Chińczyk nie wyobraża sobie życia bez niego. Guanxi biednego chłopa może załatwić głupstwo, sąsiedzką przysługę.

Guanxi wielkiego polityka pozwala mu rządzić całymi Chinami.

Hua Guofeng, następca Mao Zedonga, miał więcej oficjalnych stanowisk partyjnych i państwowych niż sam Mao, opowiadał profesor Wang Guo. A jednak wszyscy od początku wiedzieli, że jest niemal marionetką, że dni jego władzy są policzone. Miał marne guanxi.

Deng Xiaoping pod koniec życia był schorowanym emerytem, a przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wątpił, że do śmierci to on rządził Chinami. Nikt w Chinach nie miał potężniejszego guanxi niż Deng.

- Jestem biednym człowiekiem, nie mam pieniędzy, a mogę więcej niż niejeden milioner - opowiadał z dumą pan Bao. - Gdy władze zmienią przepisy, bogacze pieniądze stracić mogą w jeden dzień, a guanxi nie zabierze mi nikt.

Guanxi buduje się misternie i mozolnie. Przez całe życie. Guanxi jest dorobkiem życia, więc przekazuje się je z pokolenia na pokolenie. Bywa, zwłaszcza na wsi, w niewielkich miastach, że w guanxi czyjegoś praprapradziadka byli praprzodkowie kogoś, kto dziś jest w jego guanxi.

Guanxi po prostu się dziedziczy. Dziedziczy je zawsze syn, tyle tylko, że nawet nie wie, kiedy je dziedziczy.

- Ojciec zwykle nie przedstawia synowi ludzi ze swego guanxi, o nic ich dla syna nie prosi. Rozumie się samo przez się, że gdy syn zaczyna dorastać, guanxi ojca otacza go dyskretną, niewidzialną opieką. To dlatego dorastający syn ojca z silnym guanxi nazywany jest "cesarskim jajkiem" - śmiał się profesor Lu Xun.

Gdy ojciec umrze, guanxi samo trafi do syna. Pod warunkiem że syn jest prawdziwym, pełnowartościowym mężczyzną.

W czasie rewolucji kulturalnej jedynego syna Deng Xiaopinga wyrzucono z okna na ulicę. Przeżył, ale ma uszkodzony kręgosłup, nie chodzi.

- Guanxi Denga nie przeszło na syna, bo jest kaleką. Takie wspaniałe guanxi rozsypało się - nie mógł odżałować profesor Wang Guo.

Syn Denga jest ministrem do spraw inwalidów. Dla syna kogoś tak potężnego - właściwie policzek.

Twarz

Po rozmowie o guanxi profesor Wang Guo ucieszył się z pomysłu wypicia drinka. Szybkiego, niezobowiązującego, po europejsku. Łyk wódki najwyraźniej przywrócił go do życia:

- Mam strasznego kaca, bo przed trzema dniami byłem w rodzinnej wiosce w prowincji Anhui i okropnie się upiłem ze znajomym. Dopiero przedwczoraj wróciła mi przytomność. Podróż powrotna z Anhui do Fuzhou była koszmarem.

- Nie trzeba tyle pić, to niezdrowo.

- Ba, musiałem dać mu twarz.

Na wsi gość musi dać się gospodarzowi upić. Do nieprzytomności. To nic, że nie lubi wódki baijiou, że jest słabego zdrowia, że nazajutrz musi jechać. Jeśliby się nie upił, gospodarz straciłby twarz.

Utrata twarzy to prawdziwe nieszczęście, to kompromitacja, właściwie to nieledwie utrata zdolności honorowej. Ktoś, kto stracił twarz, bardziej zasługuje na wzgardę niż na współczucie. Musi milczeć, bo jego słowa nie mają już wagi. Nie powinien się dziwić, że znajomi nie zaproszą go do restauracji, a całkiem obcy ludzie, którzy byli świadkami utraty twarzy, będą się z niego podśmiewać.

Stracić twarz jest łatwo. Wystarczy zachować się niestosownie albo tylko znaleźć się w niestosownej sytuacji. Na przykład okazać niemęską słabość. Albo popełnić wykroczenie. Albo doznać despektu od kogoś, kto ma dużą twarz. Albo zostać zmuszonym do przyznania się do popełnienia błędu.

Na szczęście twarz można też dostać. Twarz daje drugiemu ten, kto ceremonialnie okazuje mu szacunek. Profesor Wang Guo u znajomego w swej rodzinnej wiosce nie upił się do nieprzytomności - on tylko okazał mu szacunek.

Twarze można dawać małe i duże. Gdyby profesor Wang Guo przedstawiłby obcym ludziom znajomego z rodzinnej wsi jako człowieka ze wszech miar godnego szacunku - dałby mu małą twarz. Dał mu się upić, stracił zdrowie, dał mu tym samym dużą twarz.

Arytmetyka dawania i tracenia twarzy chyba nie jest częścią znanej nam arytmetyki liczb rzeczywistych. Ktoś stracił twarz, dostał dwa razy twarz, ale jeszcze nie ma twarzy. Ktoś z małą twarzą dostał dużą twarz od kogoś z dużą twarzą, ale dalej ma małą twarz. Jednak ktoś, kto stracił twarz, a dostał później dużą twarz od kogoś z dużą twarzą, już nie jest człowiekiem, który nie ma twarzy.

- Biały tego nie zrozumie, ale każdy Chińczyk świetnie się w tym wyznaje - pocieszał mnie profesor Wang Guo.

Wieczorem, po rozmowie z profesorami socjologii, spotkałem się z profesorem Jiang Zhangquien. Podziękowałem mu za zorganizowanie bardzo ciekawego spotkania z kolegami z uczelni. - To świetnie, że rozmowa się udała, bo nie było łatwo przekonać ich do spotkania z białym dziennikarzem. Musiałem dać ci naprawdę dużą twarz.

 

 

 

 

Gazeta Wyborcza - 03/04/1998

 

 

Włodzimierz Kalicki

CHINY cz. 3

MY, PROFESOROWIE

 

 

Po piętnastu godzinach stania w fekaliach po kostki, z chińskim żołnierzem i trzema chłopami, zobaczyłem, że na dnie nie ma subtelności kulturowych. Pół gotowanego jajka ofiarowano mi nie dwiema rękami, jak każe uprzejmość, lecz jedną, szarą od brudu. Smakowało lepiej od wymyślnych, słonych jaj, które przed podaniem na stół zakopuje się na pół roku w ziemi.

 

Z pekińskiego lotniska do centrum jedzie się płatną autostradą. Niezbyt szeroką jezdnią sennie wloką się autobusy i mikrobusy, czasem przemknie osobowa limuzyna. Autobus trzęsie się na kostropatej nawierzchni.

Jeśli to jest reprezentacyjna autostrada, to drogi w interiorze muszą wyglądać całkiem nieszczególnie, pomyślałem u wrót Pekinu.

Droga

A w interiorze - zaskoczenie. Wokół metropolii i największych specjalnych stref ekonomicznych od kilku lat gęstnieje sieć płatnych autostrad. Rząd centralny i rządy prowincji inwestują w programy budowy autostrad miliardy dolarów. Przedmieścia Szanghaju przypominają pejzaże amerykańskie: krzyżujące się nitki dróg szybkiego ruchu, gąszcz poplątanych estakad, korki samochodowe, a tuż obok zwały ziemi, buldożery, dźwigi - wielkie wykopki pod następne pasma autostrad.

Najbardziej zaskakują jednak drogi na prowincji. We wschodnich prowincjach, niezbyt odległych od mórz, drogi są całkiem niezłe.

W Chinach tylko niewielka część ziemi nadaje się do uprawy. Dobre, żyzne ziemie we wschodnich i południowych prowincjach władze chronią za wszelką cenę; niechętnie wydają zgodę na budowę nowych domów, nie pozwalają zakładać cmentarzy i nakazują spalanie zmarłych.

Najwyraźniej tylko na drogi ziemi nie może zabraknąć. Szerokie, z dwoma pasami ruchu, czasem nawet trzypasmowe, z przyzwoitą nawierzchnią, wygodnymi poboczami.

W trakcie podróży sfatygowane autobusy czasem podskakiwały na złączach wielkich betonowych płyt, czasem spokojnie sunęły po asfaltowej nawierzchni. Nawet na zupełnym pustkowiu, daleko za miastami, na przecięciach większości twardych dróg zbudowano wielkie ronda z ruchem okrężnym i obowiązkowym kwietnikiem w środku.

- Dobre drogi to sprawa strategiczna, to jeden z najważniejszych instrumentów rządzenia Chinami. Od początku państwa chińskiego drogi były przedmiotem szczególnej troski cesarzy. Zajrzyj do którejś ze starych kronik, przekonasz się - przekonywał mnie socjolog, profesor Wang Guo.

Nie zajrzałem do polecanych przez profesora starych kronik. Zajrzałem do trzynastowiecznego "Opisania świata" wenecjanina Marco Polo.

"Musicie wiedzieć, że z miasta Kambałuk [czyli z Pekinu - przyp. W.K.] rozchodzą się liczne drogi do rozmaitych prowincji: to znaczy, że ta wiedzie do takiej, owa do innej. I wszystkie te drogi noszą nazwę prowincji, do której prowadzą, jest to rzecz bardzo mądra. Wielki Chan tak wszystko urządził, aby gońcy jego podróżujący tymi drogami znachodzili po drodze wszystko, czego im potrzeba".

Cesarscy gońcy i zamożni podróżni w każdym zakątku cesarstwa co dwadzieścia pięć mil znajdowali luksusowe gospody, w nich zaś pełne spiżarnie i wygodne łoża nakryte jedwabiem. Marco Polo: "Po obu stronach gościńca co dwa kroki każe sadzić drzewa z gatunków, które rozrastają się wielkie i wysokie. Wielki Chan czyni to, aby każdy drogę widział, mógł odpocząć w cieniu i nie zabłądził".

Przy drogach nie ma dziś rozkosznych cesarskich gościńców. Gdzieniegdzie tylko obskurny barek w przydrożnym domu, czasem na blacie z desek stoi kilka butelek z wodą mineralną, parę puszek coli, kilka paczek papierosów.

Przydrożne drzewa ostały się tylko przy bocznych, wąskich drogach. Przy drogach głównych nie wolno sadzić gęstych szpalerów, zakazuje tego ponoć wojsko.

- Drogi w Chinach mają znaczenie szczególne, bo mamy za mało kolei - wyjaśniał profesor Wang Guo.

W XIX wieku cesarze chińscy zabraniali budowania linii kolejowych. Wobec pustki w cesarskich skarbcach budować mogły je tylko spółki zachodnie, to zaś oznaczało wdarcie się obcych w głąb Państwa Środka. Cesarze woleli tolerować kolejne klęski głodu, przybierające apokaliptyczne rozmiary wskutek niemożności dowiezienia ryżu do głodujących prowincji, niż umożliwić białym kolonizatorom usadowienie się we wnętrzu kraju. Dopiero po stłumieniu w roku 1900, przez połączone wojska angielsko-francusko-japońsko-niemieckie, tak zwanego Powstania Bokserów, Pekin musiał ustąpić. Cesarstwo straciło resztki niebiańskiego autorytetu, zrzekło się na wiele lat naprzód wszystkich dochodów z ceł i podatków.

Zachodnie spółki kolejowe po roku 1900 zaczęły budować tory z nadmorskich enklaw kolonialnych w głąb Chin. Jeszcze dziś przy liniach kolejowych budowanych przez inżynierów niemieckich zaskakują zaprojektowane przez nich dworce; kamienne, trochę chińskie, trochę gotyckie. Tak jak dworzec w Jinanie w prowincji Shandong.

Kolonizatorzy nie zdążyli zbudować zbyt wiele. W latach dwudziestych i trzydziestych, latach zamętu i politycznego rozbicia Chin na niemal samodzielne państewka rządzone przez chińskich generałów, nikt nie myślał serio o inwestowaniu w koleje. Komuniści nie zdołali zlikwidować tych opóźnień i dziś do olbrzymich połaci kraju, zwłaszcza na zachodzie, koleją dojechać nie można. Zresztą i na wschodzie sieć torów jest nader rzadka. Często, podróżując koleją z milionowego miasta do podobnego miasta w innej prowincji, jedzie się kilkusetkilometrowymi zakosami; połączeń bezpośrednich nie ma.

Na nowych, szerokich drogach nie widać pośpiechu. Najwolniej jeździ jesienią. Jesienią trzeba przecież wymłócić ryż, pszenicę, proso. Oszczędni chińscy chłopi nie marnują juanów na wynajęcie przenośnej młockarni wielkości niewielkiej lodówki. Na północy w początkach września wynoszą snopki ściętego zboża na szosy i pracowicie zaścielają jezdnie ryżowym dywanem. W prowincjach Shanxi i Shandong drogi łączące miasta powiatowe wyglądają wtedy jak bezkresne, złociste tasiemki. Tylko gdzieniegdzie spod źdźbeł wyziera czarny asfalt. Samochody młócą zboże kołami. Tam gdzie chłop położył nieco grubszą wiązkę ryżu, auto podskakuje, jęczą amortyzatory, skrzypi cała karoseria. Ale kierowcy nie klną, nie złoszczą się. Zwalniają i tak manewrują samochodami, by koła szły dokładnie po kłosach chłopskiego zboża, zapobiegliwie ułożonych w jednej linii.

Po młócce przychodzi jeszcze trudniejszy czas dla kierowców. Czas suszenia ziarna. Nie ma lepszej suszarni niż rozgrzany jesiennym słońcem asfalt. Pod koniec września drogi zalewa ziarno. Prowincjonalne szosy zamieniają się w złociste trakty, na drogach szybkiego ruchu żółte wysepki suszącego się ziarna powoli, nieśmiało zajmują skrajny, lewy pas ruchu. Gdy pojawia się policja, chłopi nieśpiesznie, posłusznie kiwają głowami i zmiatają ziarno na pobocze. Gdy drogówka odjeżdża, żółte plamy znów wypełzają na asfalt, łączą się w długie ławice, wreszcie zalewają drogę. Ziarno pryska na boki spod kół szybciej jadących samochodów, chłopi regulują więc prędkość samochodów według własnych potrzeb. Z cegieł i kamieni układają w poprzek drogi garby, w ławice ryżu wsuwają drągi i przysypują je ziarnem. Biada kierowcy, który chce pędzić szybciej niż 40 kilometrów na godzinę.

- To skandal, co chłopi wyrabiają na drogach - zagaduję pana Honga, z którym jadę do odległej gminy w prowincji Shanxi. Pan Hong, urzędnik administracji dużego miasta, prowadzi służbową santanę. Co chwila koła uderzają w cegłę lub ukryty w ziarnie drąg.

- Dlaczego skandal? - zdziwił się. - Moi rodzice też tak suszą ryż. Tak przecież jest najtaniej.

Co chwila pan Hong włącza wycieraczki, by zetrzeć z szyb kurz ryżowych łusek. Chłopi w tradycyjnych, stożkowych kapeluszach wielkimi szuflami podrzucają ziarno wysoko w górę, by wiatr wywiał zanieczyszczenia i łuski. Im bliżej wsi, do której jedziemy, tym wolniej toczy się santana pana Honga. Stary chłop postanawia przejść na drugą stronę drogi i rusza pod koła, nie zważając na rozpaczliwe trąbienie klaksonu. Chinka z czarnym prosiakiem na postronku idzie sobie środkiem drogi i ani myśli nam ustąpić. A w czym to santana jest lepsza od czarnego prosiaka?

We wsi jechać się nie da. Na środku drogi dziesiątki chłopów i wędrownych sprzedawców rozłożyło swe kramiki. Tłum kupujących z rowerami przy boku szczelnie zapełnia każdy skrawek asfaltu. Pan Hong trąbi, prosi, żąda, krzyczy, ale sprzedawcy są nieugięci. Spozierają na samochód i kierowcę z łagodnymi uśmiechami i ani myślą usunąć się z kramikami na bok. Tu jest droga, tu się handluje, a nie jeździ!

Rower

Światło zmienia się na zielone, rusza rzeka rowerów. Chińczycy nie spieszą się, bo i śpieszyć się nie można. Rower sunie przy rowerze, kierownica niemal dotyka kierownicy sąsiada, przednie koło co chwila ociera się o tylne koło roweru jadącego przed nosem. Wszyscy pedałują w cichym skupieniu, w tej ciżbie nie słychać ostrzegawczych okrzyków ani rowerowych dzwonków. Dzwonków nie ma zresztą prawie nikt. Luksus to całkiem zbędny, gdyż na rowerowe dzwonki nikt nie zważa. Nikt też nie pokazuje ręką, że chce skręcić. Po prostu skręca się w bok, tyle że bardzo powoli. Sąsiedzi jakoś wyczuwają zamiary skręcającego. Z boku wygląda to tak, jakby poznawali je telepatycznie. Ci z przodu wcale się nie oglądają, tylko, nie wiedzieć właściwie czemu, troszkę przyspieszają, ci z tyłu zaś nieco zwalniają i już z boku skręcającego tworzy się mała rowerowa nisza, w którą można się powoli wsunąć i dalej drążyć bok rowerowego węża.

Tabun rowerzystów na ulicy sporego prowincjonalnego miasta sprawia bowiem wrażenie wielkiego, żywego węża. Gdy zapala się zielone światło i wąż sunie do przodu, ci, którzy już jadą, zostawiają na chwilę za sobą tych, którzy dopiero ruszają. Przez rowerowego stwora przebiega skurcz jak przez cielsko pełznącego, prawdziwego boa. Nagle wąż się wygina, jego bok otwiera się na podobieństwo rany. Rowerzyści kłębią się, potrącają, usiłują zahamować i w końcu zeskakują na ziemię. To ja skręcam w boczną uliczkę, skręcam za szybko, zbyt gwałtownie. Dziwaczny białas, który zachowuje się jak dziecko. Zamiast delikatnie wsuwać się w tkankę rowerowego potwora i nie dając żadnego znaku dawać przecież całym sobą znać, że chce się przesunąć - on wyciąga rękę w bok i najwyraźniej myśli sobie, że pedałujący obok sąsiedzi nagle się rozstąpią!

Nawet wtedy jednak żaden z potrąconych ani wysadzonych z siodła rowerzystów nie krzyknie, nie rzuci nawet jednego słowa. To nie wypadek, nawet nie incydent, tu najczęściej hamuje się zeskakując z roweru i chwilę biegnąc obok niego. Zwyczajne hamulce nie działają. Nikt nie dba o nie, wytarte gumki nie chwytają obręczy kół. Tu w ogóle nie dba się o rowery. Rower profesora Wanga ma raptem półtora roku, a wygląda tak, jakby pamiętał epokę przewodniczącego Mao. Zakurzony, poobijany, z boku siodełka sterczą dwa pokręcone druty.

- Rower musi wyglądać na stary i zniszczony, bo go ukradną - wyjaśnia profesor.

Stracić w Chinach rower to tak, jak rzucić kamyk do oceanu. Więcej się go już nie zobaczy. A nawet jeśli się zobaczy, to nie sposób go poznać pośród setek podobnych rowerów. Chińczycy, nie chcąc wyzywać losu i kusić złodziei, jeżdżą brudnymi, poobijanymi gratami. Każdy ma przykręconych kilka zameczków, a to blokujących koła, a to pozwalających przykuć ramę do latarni. Przed restauracjami, sklepami, targowiskami kwitnie rynek nowych usług - pilnowanie rowerów. Cała inwestycja to zespawany z kilku prętów stelaż, ustawiany na chodniku, tuż przy krawężniku. Emeryt wstawia w stelaż rower i za dwadzieścia ciao, mniej więcej nasze pięćdziesiąt groszy, pilnuje go przez dwie godziny.

Interes kwitnie, bo w Chinach rower jest tak samo niezbędny do życia, jak buty, koszula, ciepła kurtka. Rower to wygoda, oszczędność, namiastka wolności. Nawet niezamożna jak na chińskie realia rodzina na wsi i w mieście ma rower. W przeciętnym domostwie są dwa, nawet trzy rowery. W domu pana Hua każdy ma swój rower. Żona dojeżdża do szkoły swoim, córka swoim. W dwustutysięcznym mieście pana Hua w ogóle nie ma komunikacji publicznej. Prywatne mikrobusy jeżdżą rzadko i nieregularnie. Do szkoły, na bazar czy do dzielnicy handlowej - kawał drogi.

- Jeszcze niedawno w miejscu, gdzie mieszkam, była wioska, a miedzy naszą wioską i miastem leżała jeszcze jedna wieś - wyjaśnia pan Hua.

Pan Hua obok trzyletniego motocykla trzyma duży, męski rower. Brudny, poobijany, oczywiście. Na wieczorną bibkę z przyjaciółmi zawsze jedzie rowerem. Chińskich policjantów z drogówki trzeźwość rowerzystów nie interesuje.

Raz tylko zobaczyłem rowery luksusowe. W Kantonie dwóch młodzieńców w firmowych dresach Adidasa jechało nieopodal uniwersytetu na nowych, błyszczących rowerach górskich.

Zagadnąłem o markę.

- Tajwańskie, ale przerzutki japońskie, oryginalne Shimano - wyjaśnili chętnie.

- A nie boicie się, że jeśli zostawicie je choć na chwilkę, to wam ukradną?

- Dlatego zawsze jeździmy we dwóch. Gdy jeden coś załatwia, drugi pilnuje.

Pojazdy

W większych miastach główne arterie mają po bokach oddzielne, szerokie jezdnie dla rowerów. Tamtędy w godzinach szczytu pełzną rowerowe węże. Środek należy do pojazdów zmechanizowanych.

Królują motocykle. Jeszcze parę lat temu były tym, czym dla nas samochody. Obiektem namiętnych marzeń, znakiem powodzenia, środkiem komunikacji w mieście i, co w Chinach ważne, najlepszym środkiem podtrzymania więzi z rodziną na wsi. Kiedyś wszyscy wzdychali do oryginalnych, importowanych motocykli japońskich, uprzywilejowani jeździli zaś ich licencyjnymi kopiami. Teraz motocykl spowszedniał. Na używany stać nawet średnio sytuowaną rodzinę w mieście.

Prawdziwym szykiem są dziś zachodnie nowinki. Na targ w powiatowym mieście w prowincji Shanxi eleganckie panie w średnim wieku zajeżdżały na małych, zgrabnych skuterach. Tylko jeden był japoński; pozostałe, licencyjne, na oko niewiele się od niego różniły.

W Kantonie, na wyspie Shamian, niegdyś kolonialnej, francusko-brytyjskiej enklawie, dziś nostalgicznej dzielnicy konsulatów, niespodziewanie przemknął mi przed nosem młody Chińczyk na harleyu. Pyzatą twarz zdobiła mu rzadka, cokolwiek kozia bródka, nagi tors opinał czarny, skórzany bezrękawnik z wyhaftowanym złotą nitką napisem "Hell Angels".

- Jest ich tu jeszcze kilku, tych z harleyami, mają nawet na przedmieściu swój bar - opowiadał mi później profesor Lu Xun. W barze chińscy harleyowcy raz w tygodniu, w sobotę, piją piwo, grają w bilard, przy barze robią marsowe miny i bardzo głośno klną łamaną angielszczyzną.

Nowy harley davidson jest w Chinach z powodu wysokich ceł niebywale drogi. Kantoński taksówkarz wyliczał mi, że kosztuje tyle, ile dwie nieduże taksówki na licencji japońskiego Daihatsu. Jeździć harleyem to tak, jakby krzyczeć:

- Mam wszystko, jestem królem życia!

Ale Chińczycy, nawet ci, którzy chcą być królami życia, nie marzą o harleyach. Chińczycy tak naprawdę marzą o samochodzie. Do końca lat osiemdziesiątych nie wolno było mieć prywatnego samochodu, wszystkie auta były państwowe. Samochód był wnukiem mandaryńskiej lektyki, nie tyle nawet udogodnieniem, co znakiem władzy. Wielkiej władzy przysługiwały wielkie znaki: sowieckie czajki, czechosłowackie tatry, chińskie przeróbki czajek i tatr, z czasem mercedesy. Władzy średniej przysługiwały średnie znaki: sowieckie łady, polskie polonezy i chińskie volkswageny passaty starszych typów, montowane na niemieckiej licencji w wielkich zakładach w Szanghaju pod nazwą Santana.

Władzę małą zaś symbolizowały dacie i wartburgi, wysłużone sowieckie pobiedy i ich późne chińskie wnuki.

Kiedy w latach osiemdziesiątych pojawiły się prywatne firmy, pojawiły się także prywatne samochody. Rejestrowano je w firmach jako auta służbowe. To się opłacało z powodu niższych opłat, ale też i nikt nie miał odwagi, by rejestrować je na siebie.

- Dawne czasy - uśmiecha się pan Sun.

Pan Sun jest dyrektorem w sporej firmie sprzedającej telefony komórkowe. Codziennie dojeżdża do pracy najpopularniejszą dziś limuzyną chińską, santaną 2000. Codziennie rano przez dziesięć minut próbuje wcisnąć się z osiedlowej uliczki w sześciopasmową, przelotową arterię w kierunku centrum Pekinu. Potem w gigantycznym korku pan Sun przesuwa się najwyżej z prędkością 40 km na godzinę. Przez dwie godziny. Santana pana Suna formalnie jest samochodem służbowym, ale pan Sun kończy już spłacać ją w swojej firmie. Za rok będzie miał własny samochód.

- W Pekinie już co trzeci samochód jest prywatny - wyjaśnia. - Koledzy z Szanghaju mówili mi, że tam prywatna jest ponad połowa.

Odkąd władze zniosły ograniczenia importowe, kraj zalały setki zagranicznych samochodów. W Szanghaju tak zagapiłem się na małego fiata dziarsko pędzącego z piątką młodych Chińczyków, że o mało nie rozjechał mnie grafitowy mercedes 500 z czarnymi szybami. W wielkich miastach trafiałem co krok na prastare polskie fiaty w wersji kombi, na wysłużone, poobijane polonezy, starsze peugeoty, małe citroeny AX, wszelkiej maści fiaty i całe mrowie znanych i nie znanych mi odmian samochodów japońskich.

Im mniejsze miasto, tym więcej widać na ulicach mikrobusów - pojazdów praktycznych.

W miastach małych i bardzo malutkich całkowicie już królowały pojazdy praktyczne. Ale jakie pojazdy!

Czasem czułem się jak bohater Spielbergowskiego "Parku Jurajskiego", który dotknąć może niebywałych fanaberii ewolucji, z bliska obejrzeć może gatunki, które na zdrowy rozum istnieć nie powinny.

Rumuńska dacia w wersji pikap wydawała się pośród nich czymś oczywistym i dobrze znajomym.

W prowincji Shanxi zobaczyłem wąski, długi mikrobus, w którym trzech pasażerów siedziało jeden za drugim, za kierowcą rzecz jasna. Zamiast kierownicy samochodowej jamnikobus miał kierownicę motocyklową. W Jiangsu natknąłem się na mikrobus trzyosobowy. Był krótki, pękaty. Pasażerowie siedzieli po obu stronach kierowcy, troszkę tylko cofnięci. Ten mikrobus też miał kierownicę od motocykla.

Najtańszymi taksówkami na prowincji były motocyklobusy. Wyglądały jak mityczne centaury: do przedniej połówki motocykla dospawano w fabryce dwukołowy, maleńki wózek z brezentowym daszkiem. Dwie deski wzdłuż wózka zastępowały ławki. Czwórka pasażerów, nawet mikrego wzrostu, musiała misternie przeplatać kolana, gdyż ławeczki dzieliło raptem pół metra.

Na chińskiej wsi zmaterializował się sen szalonego mechanika. W olbrzymie motocyklowe kierownice wyposażono całkiem niemałe rolnicze traktory. Prymitywne, jednocylindrowe diesle półciężarówek dostawczych terkotały ogłuszająco, z otwartych chłodnic waliły kłęby pary, a drobni kierowcy jak ukrzyżowani leżeli na rozłożystych kierownicach. Mniejsze od małego fiata jednoosobowe czterokołowe wywrotki ze zwyczajną kierownicą mijały się z trzykrotnie większymi od nich motocyklo-wywrotkami.

Wytwórcy pojazdów praktycznych ukochali motocyklowe kierownice ponad wszystko. W prowincji Jiangsu zobaczyłem motocyklokarawan przybrany kirem. Obok trumny miał miejsca dla sześciu żałobników.

Zbójcy

Niektóre duże miasta dzieli kilka dni jazdy pociągiem. Jeśli jest się zamożnym, lepiej kupić bilet na miękkie miejsca leżące. Takie eleganckie, sypialne miejsce w przedziale dla czterech osób na dłuższej trasie może kosztować i pół pensji urzędnika.

Średnio zamożni Chińczycy wolą twarde kuszetki w otwartych na przestrzał wagonach. Pociąga cena, cieszy wagonowe życie w trasie. Z sąsiadami można zagrać w karty, można jeść, pić piwo, opowiadać o rodzinie, można palić i słuchać głośnej muzyki.

- Trzeba tylko uważać na muzułmanów z Xinjiangu - przestrzega pan Cheng, mój tłumacz.

Chińczycy uważają. Pewnego razu jechałem w jednym kojcu kuszetek z dwoma muzułmanami. Mieli zniszczone, poorane twarze, białe czapeczki, których nigdy nie zdejmowali, i niewyobrażalną ilość worków, którymi zatarasowali przejście.

Gdy tylko siedli, zapalili wodne fajki zmajstrowane z półtoralitrowych plastikowych butelek po coca-coli. Po kwadransie wagon wypełnił dławiący smród. Rozmowy ścichły, ale nikt nie powiedział palącym nawet słowa.

Po następnym kwadransie pojawił się konduktor. Władczy i butny wobec rodowitych Chińczyków, obu muzułmanów grzecznie poprosił o zrobienie przejścia. Nawet nie spojrzeli w jego stronę. Chwilę postał i wściekły poszedł dalej.

- Stracił twarz? - spytałem potem w Kantonie profesora Li.

- Stracił, ale tylko przez własną głupotę. Z muzułmanami nie ma co rozmawiać. Oni nie szanują swego życia jak my. Gdy się obrażą, to mogą po prostu wyjąć nóż i zabić. Nie obchodzi ich, co stanie się z nimi potem.

Profesor Li nie dodał, że większość muzułmanów z Xinjiangu uważa Chińczyków za okupantów, a swą krainę za terytorium bezprawnie przyłączone do państwa chińskiego. W Xinjiangu wybuchają bomby podkładane przez tamtejszych separatystów, a senni, nieobecni podróżni w białych czapeczkach mają być może i inne powody do arogancji i nienawiści niż tylko dziką tradycję swego obyczaju.

Ubogi Chińczyk, który jechać musi, kupuje twarde siedzące. Nawet w dalekobieżnych pociągach nie ma miejsc numerowanych, więc twarde siedzące bywa czasem twardym stojącym. Taniej i wygodniej jest jednak jechać autobusem.

Państwowych linii autobusowych jest coraz mniej. Wspaniałe dworce autobusowe z obowiązkowymi patriotycznymi freskami na ścianach zwykle świecą pustkami.

Najtaniej i dosłownie wszędzie dojechać można autobusami prywatnymi. Kłopot tylko w tym, że najczęściej nie wiadomo, gdzie się zatrzymują i skąd odjeżdżają. Są jak ryby - jeśli nie biorą, znaczy to, że po prostu czatuje się na nie w złym miejscu. Pracownicy dworców państwowych odpędzają prywaciarzy, więc ci zatrzymują się przy głównych ulicach, przy drogach wylotowych z miast.

Przy przelotowych ulicach wszędzie obowiązują zakazy postoju, kierowcy zatem najpierw bacznie sprawdzają, czy w pobliżu nie ma policjanta. Jeśli jest, jadą w miejsce rezerwowe. Gdzie? A to już podróżni sami muszą wiedzieć. Gdy i tam nie jest bezpiecznie, autobus zatrzymuje się na kolejnym, poufnym przystanku rezerwowym.

Stare, niemożebnie rozklekotane autobusy najrozmaitszych typów i rozmiarów jeżdżą z trudem, bardzo powoli. Dalsza podróż może trwać i kilka dni.

Zmiennik zwykle drzemie na pryczy obok kierownicy, bileter nalewa herbatę, zapala kierowcy papierosy, bawi go rozmową. A pasażer musi walczyć z mdłościami wywołanymi wszechobecnym dymem papierosowym zmieszanym z oparami benzyny, to znów kulić się za oparciem, gdy zniecierpliwieni zaduchem podróżni pootwierają sobie wszystkie okna. I musi się bać nocy.

Przed siedmiu wiekami podróżny mógł czuć się na chińskim gościńcu równie bezpiecznie jak w swojej sypialni. W rozmieszczonych co dwadzieścia pięć mil gospodach wędrowiec zastawał nie tylko zasłane jedwabiem łóżka. W gospodach stacjonowali cesarscy gońcy i strażnicy, nie licząc obowiązkowych czterystu zapasowych koni. Gdy posłańcy wieźli ważne wiadomości, bandażowali sobie mocno brzuchy i głowy i pędzili bez ustanku, zmieniając jedynie konie. Noc nie była przeszkodą. Pędzili dalej pośród gęstych szpalerów drzew sadzonych z cesarskiego rozkazu. Marco Polo: "A gdy nie ma księżyca, ludzie z postoju towarzyszą im z pochodniami, biegnąc aż do następnej stacji". Napaść na każdego wędrowca była bardzo ciężkim przestępstwem, napaść na urzędowego gońca zbrodnią państwową.

Siedzę w studenckiej stołówce uniwersytetu Sun Yatsena w Kantonie z amerykańską lektorką Carolyn Parker i chińską studentką. Piję zieloną herbatę i jestem tu zupełnie niepotrzebny.

Yungao, cichutko popłakując, zwierza się Amerykance ze swych kłopotów: ojciec źle traktuje matkę, ale nie chce odejść z domu, narzeczony, którego bardzo kocha, spotyka się z nią coraz rzadziej. - Dlaczego wszyscy mężczyźni są tak beznadziejni? - pyta Amerykankę zapłakana Yungao.

Na domiar złego okradziono ją. Jechała autobusem z Kantonu do rodzinnego miasteczka w prowincji Guandong. Było już ciemno, gdy autobus zatrzymał się na parkingu i jacyś mężczyźni z nożami i pałkami kazali wszystkim wychodzić.

Zrewidowali podróżnych i zrabowali ich portfele. Yungao straciła dodatkowo kurtkę, którą zabrali jej napastnicy. Po półgodzinie autobus pojechał dalej.

Gdy Carolyn tłumaczyła mi opowieść Yungao, zrozumiałem wreszcie sens swej tajemniczej dotąd przygody w prowincji Anhui.

Jechałem sam, bez tłumacza. Był zmrok, gdy autobus zjechał w boczną drogę. Stanął w polu, rozległy się krzyki. Ktoś drapał się na dach, tupał po nim, zrzucał na ziemię tobołki i worki podróżnych. Jacyś Chińczycy powoli szli wzdłuż siedzeń, świecili latarkami w twarze pasażerów. Jeden stanął na moim nowiutkim plecaku Alpinusa. Wściekły wrzasnąłem na niego. Gdy zaświecił mi w twarz, zerwałem się z siedzenia i klnąc jak górnik dołowy odepchnąłem latarkę. Chwilę jeszcze trwała bieganina, tupanina. Potem ucichło. Pojechaliśmy dalej. Było tak, jakby nic się nie stało. Tylko siedzący z przodu ciągle się na mnie oglądali, a ci z tyłu uparli się nagle, by częstować mnie okropnymi, drapiącymi w gardle papierosami.

- Przestraszyłeś bandytów - powiedziała Carolyn.

- Jakich bandytów? I czym, na Boga?

- Sobą. Rabunki autobusów zdarzają się dość często. Jeśli bandyci nikogo nie zabiją, nie poranią, to chińską policję mało takie rabunki obchodzą. Ciebie przestraszyli się, bo jesteś biały. Pobity Chińczyk ledwie zainteresuje policję. Bandytów, którzy pobiliby Amerykanina lub Niemca, ścigałaby policja bezpieczeństwa połowy prowincji. Gdyby ich złapali, dostaliby wyrok śmierci. Tak jak bandyci, którzy przed dwoma laty napadali na międzynarodowe pociągi Moskwa-Pekin. Bili i rabowali podróżnych, gwałcili kobiety. W końcu złapano ich i wszyscy poszli pod ścianę.

Dno

Chciałem, musiałem jechać do Kantonu. Miałem grypę, wracała gorączka. Sposób był tylko jeden - pociąg z Pekinu do Kantonu. Ale wsiąść do niego na głuchej prowincji, o dzień drogi od Pekinu, wcale nie było łatwo. W kasie prowincjonalnego dworca dostałem tylko bilet na miejsca twarde siedzące. Tym razem tak naprawdę były to miejsca twarde stojące. Na jednej nodze.

Po obowiązkowej kontroli biletów przed wyjściem z poczekalni biegiem ruszyłem na peron. Odszukałem wagon sypialny, pokazałem konduktorowi, że chcę kupić bilet na miejsce leżące. Śmiech. Nie ma miejsc. Pobiegłem do następnego wagonu. Śmiech. Nie ma miejsc i nie będzie. Przebiegłem wzdłuż wagonów. Z każdych drzwi zwisało paru Chińczyków, którzy nie byli w stanie wcisnąć się do środka. Odnalazłem konduktora przed drzwiami do wagonu z miejscami siedzącymi. Obejrzał mój bilet i w śmiech. Zawołał dwóch kolegów. Oglądają bilet, pokazują mnie palcami, śmieją się: białas będzie jechał na stojąco w tym tłoku!

Każdy z konduktorów zapraszał mnie do swego wagonu. Wybrałem tego, który uśmiechał się najszerzej. Pomógł mi się wspiąć po schodkach z trzydziestokilogramowym plecakiem, dopchnął mnie z pomocą ludzi z peronu i zatrzasnął drzwi. Stałem na jednej nodze, bo na drugi but nie było już miejsca. Plecak ciążył mi, ale zdjąć go nie mogłem. Musiałbym postawić go na nogach sąsiada. Bagaże Chińczyków ułożone były w dwumetrowej wysokości kolumny. Tak zajmowały mniej przestrzeni, ale ja nie miałem siły ani miejsca, by wrzucić plecak na taką wysokość. Sąsiedzi, dwaj młodzi Chińczycy, wbici we mnie stali jak bociany; jedną stopę opierali na drugiej. Więc stałem i ja. Z plecakiem. Kto mógł wykręcić głowę, patrzył na mnie i uśmiechał się pogardliwie. Białas stoi na jednej nodze, białas stracił twarz!

Po trzech godzinach poczułem się jak żaglowiec wyrzucony w czasie odpływu na mieliznę. Białas znudził się podróżnym. Zaczęło się wielkie oczu przymykanie, przydrzemywanie, pochrapywanie, ciał wiotczenie i osuwanie się. Zbity tłum zapadł w sen i pod własnym ciężarem zaczął opadać na podłogę. Jeszcze pół godziny i stałem samotnie pośród grubego na metr kożucha przedziwnie poplątanych, pochrapujących ciał.

Gdy w środku nocy na jakimś dworcu otworzyły się drzwi i z zewnątrz zaczęli się wspinać kolejni pasażerowie, zrozumiałem, że na korytarzu dłużej już nie wytrzymam. Depcząc i tratując kucających jak nosorożec, wdarłem się do toalety, zrzuciłem plecak na podłogę. Za otworem higienicznym w podłodze piętrzył się aż po sufit stos bagaży. Wokół płytkiej, niklowanej niecki staliśmy mocno, na obu nogach, pięciu szczęśliwych: młody żołnierz, trzech starych chłopów i ja.

Po godzinie wcisnął się między nas pierwszy nieproszony gość. Opuścił spodnie, kucnął nad niecką. Pociąg szarpał nim, więc jedną ręką chwycił się lewej nogi żołnierza, drugą mojej prawej nogi i szczęśliwy załatwił swą potrzebę.

I tak było do rana. Wtedy niecka zatkała się. Szambo najpierw sączyło się, gdy pociąg przyhamowywał, potem wylewało się na wszystkie strony, a kolejni zdesperowani Chińczycy bez przerwy wciskali się do toalety. Czasem miałem wrażenie, że przeciskali się aż z sąsiedniego wagonu, by mieć przyjemność załatwienia się pod nogami białasa. Chłopi stanęli tak, że butami obstawili nieckę, dołączył do nich żołnierz. Ale wał z butów miał ponad półmetrową lukę. Stanąłem w niej. Moje wielkie trekkingowe buciska numer 47 domknęły zaporę. Chińczycy po raz pierwszy spojrzeli na mnie życzliwie: wielkie stopy białasa, które zabierały tyle drogocennego miejsca na podłodze, do czegoś się jednak przydają.

Koło południa zajrzała do toalety wycieczka konduktorów. Prowadził ich mój konduktor, który w nocy pomagał mi wsiąść. Pokazywał mnie palcem, śmiał się. Byłem jego prywatnym okazem zoologicznym, a toaleta jego prywatnym zoo, gabinetem osobliwości. Łamaną angielszczyzną zapytał mnie, czy jest OK.

Uśmiechnąłem się szeroko i pokazałem, że jest bardzo OK, tylko że czegoś w zalanej odchodami toalecie brakuje:

- Mejo kaj szłej, nie ma wrzątku.

A przecież wrzątek w pociągu należy się zawsze. O wrzątek powinien zadbać konduktor.

Najpierw zaśmiał się żołnierz, potem najmłodszy chłop, a potem wszyscy dookoła. Nie śmiali się ze mnie, śmiali się ze mną. Nie śmiało się już tylko trzech konduktorów. Poszli sobie. Stracili twarz.

Wczesnym popołudniem wstałem ze swego ustawionego na sztorc plecaka i pokazałem żołnierzowi, żeby na nim przysiadł. Wzbraniał się, ale po dobie stania w toalecie był za słaby, by oprzeć się pokusie. Po kwadransie jednak wstał i pokazał, żebym siadł z powrotem. Wtedy szturchnąłem najstarszego chłopa. I tak po kolei przysiadywaliśmy sobie na wielkim alpinusie po dziesięć minutek.

Pod wieczór głód zwyciężył fetor chlupiącego pod butami bagniska. Chłopi zaczęli jeść. Odwróciłem od nich wzrok. Nie ze wstrętu; byłem głodny, a nie zdążyłem kupić nic do jedzenia. Najstarszy chłop szarymi od brudu palcami obrał gotowane jajko i podał mi je. Udawałem, że nie wiem, o co chodzi, więc uśmiechał się, coś tam mówił i w końcu demonstracyjnie odgryzł kawałek i mlaszcząc zjadł. Kręciło mi się z głodu i smrodu w głowie, nogi i plecy łapały kurcze, byłem rozżalony i wściekły na siebie, chińskie koleje, Chiny w ogóle i na cały świat. Było mi wszystko jedno. Wziąłem nadgryzione jajko i zjadłem. Najsmaczniejsze jajko na twardo od wielu, wielu lat.

W nocy kelnerzy zamknęli przylegający do naszego wagonu wagon restauracyjny. Nie było gości. Pokazałem trzem chłopom, żołnierzowi i sąsiadom z korytarza, że mają iść za mną. Zapukałem do drzwi restauracji, pokazałem, że chcę jeść. Senny kelner otworzył drzwi. Wepchnąłem do środka tuzin Chińczyków. Wzbraniali się, więc popychałem ich ręką, na siłę sadzałem za stolikami. Pusty wagon restauracyjny wypełnił się do połowy. Kelnerzy chcieli nas wyrzucić, ale wrzasnąłem na nich, a Chińczykom kazałem siedzieć dalej. Po kwadransie przybiegł ktoś ważny i zaczął krzyczeć, szarpać za kołnierze Chińczyków. Moich Chińczyków. Szarpnąłem za kołnierz i jego. Popchnął mnie, zerwałem się i pchnąłem go tak, że aż zatoczył się na okno. Kelnerzy i ich szef krzycząc wycofali się na zaplecze. W śmiertelnej ciszy co jakiś czas któryś z moich Chińczyków chyłkiem podnosił się i wracał do naszego wagonu. Po kwadransie byłem sam. Zza progu moi chłopi i żołnierz pokazywali mi, żebym wyszedł. A niby dlaczego? Ostatecznie mogę zamówić coś do jedzenia. Wyszedłem, gdy żołnierz uniwersalnym gestem pokazał mi ręce skute z przodu kajdankami. Moje ręce. Chwilę po tym, gdy wróciłem na korytarz, do restauracji wpadło trzech chińskich policjantów z czerwonymi opaskami. Pokrzykiwali, przepychali się przez tłum. Żołnierz wcisnął mnie do naszej toalety, w której zagnieździło się już czterech intruzów, pokazał, żebym ją zamknął, a sam z chłopami stanął przed drzwiami. Po kwadransie chłopi wyciągnęli mnie na korytarz.

Cóż to była za podróż! Znalazły się papierosy, mandarynki, gotowany ryż w plastikowym pudełeczku i nawet trochę miejsca. Dwóch stojących na korytarzu Chińczyków zrobiło mi z wielkiego pudła prawdziwy tron. Siedziałem, jadłem, paliłem.

Wszyscy gadali i wszyscy uśmiechali się. Do mnie.

Profesorowie

Przed dworcem w Kantonie, gdy chwiejąc się pod ciężarem plecaka szukałem właściwego przystanku autobusowego, zaczepił mnie schludny Chińczyk w średnim wieku. Miał marynarkę, krawat, elegancką teczkę. Zagadnął po angielsku, czy nie potrzebuję pomocy. Podziękowałem.

- Miałeś rację, że usiadłeś z ludźmi w wagonie restauracyjnym. Wszyscy męczyliśmy się, a wagon był całą noc pusty. Ale dobrze, że wyszedłeś, bo miałbyś kłopoty z policją.

Nieznajomy pokazał właściwy przystanek, odpędził chmarę taksówkarzy wyczuwających we mnie łatwy żer i zaprowadził do dworcowej toalety. Pomógł zdjąć plecak, przyniósł skądś papierowe ręczniki i pojemnik z mydłem w płynie.

- Tu jest czyściej niż tam, w wagonie - uśmiechnął się.

Uśmiechnąłem się i ja.

- Tam w wagonie miałeś rację i byłeś odważny. Jesteś profesorem? - zapytał.

- Nie.

- Nie? To kim jesteś?

- Nauczycielem - zełgałem.

- No tak, uczysz, jasne. Czyli jednak jesteś profesorem?

- No, jestem - zełgałem po raz wtóry.

- Wiedziałem. Ja też jestem profesorem, ale teraz pracuję w angielskiej firmie. Zarabiam na mieszkanie. Widzisz, od razu poznałem, że jesteś profesorem. My, profesorowie, musimy sobie zawsze pomagać. Powodzenia.

 

 

 

 

Gazeta Wyborcza - 15/05/1998

 

 

Włodzimierz Kalicki

CHINY cz. 4

MAŁY CESARZ

 

 

Dzwoneczki ucichły. Yun i teściowa zastygły w bezruchu. Po chwili wyczekiwania teściowa krzyknęła wysokim, przenikliwym głosem. Cisza. Kobiety krzyknęły jeszcze raz, zerwały się znad miednicy z warzywami na obiad i co sił pobiegły w stronę kanału.

Nie, nie stało się nic złego. Mały Boyan zażartował sobie z mamy i z babci. Przeszedł przez furtkę z badyli, którą przed chwilą zapomniałem zamknąć zmyślną pętelką ze sznurka, i przycupnął za kupą fasolowych łętów na skraju miniaturowego warzywnika. Trzy metry dalej zaczynał się kanał nawadniający.

System wczesnego ostrzegania zadziałał bezbłędnie. Tu, w prowincji Jiangsu, gdzie ziemia poszatkowana jest gęstą siecią kanałów, których odnogi dochodzą do gospodarstw, naprawdę trudno upilnować małe dzieci. Matki przyszywają więc do ich spodenek, tuż nad kostką, nieduże, ale głośne dzwoneczki. Prawo do życia w ciszy dzieciaki zyskują po skończeniu ośmiu lat. Każdy malec ma inne dzwoneczki. Wytrawne ucho matki poznaje, z kim bawi się jej pociecha na ścieżce między domami. Dzwonem na alarm jest cisza. - Nie nasłuchuję dzwonków, nie myślę o nich. Cisza sama zrywa mnie na równe nogi - opowiada Yun.

Początek

Małemu Boyanowi czarne oczka aż błyszczą z radości, że tak wystraszył mamę i babcię. Boyan nic sobie nie robi z kazania. Gadać to mogą. Najważniejsze, że nie pacną po pupie. Gołej pupie. Chińczycy uwielbiają zachodnie gadżety, z jednym jednak wyjątkiem. Od niepamiętnych czasów bowiem skośnookie maluchy przyodziane są w spodenki z wielką dziurą w kroku. Wystarczy przykucnąć i po kłopocie.

Trzeba by małemu trochę przylać, był tuż nad wodą, judzę Yun, sam pełen winy, że nie domknąłem furtki. Matka patrzy na mnie jak na potwora. Dać klapsa? Jedynakowi? Przecież Boyan to największy skarb w domu, ba, w całym rodzie dziadka, pana Denga. Takiego skarbu się nie bije, nie krzyczy się nań. Nawet gdy trzeba go zbesztać, nie podnosi się głosu. Owszem, na Yun teściowa potrafi wrzasnąć, aż mnie, stojącemu z boku, ciarki przechodziły po plecach. Ale Yun to tylko synowa, a Boyan to przecież skarb.

Stare, wiejskie porzekadła mówiły wprost, że "dla obrony przed starością trzeba rodzić synów". Do czasu, gdy komuniści skolektywizowali wieś, w biednych rodzinach wyrobników synowie byli największym skarbem rodziców. Od najmłodszych lat rodzice wynajmowali ich do pracy u bogatszych. To oni w znacznym stopniu utrzymywali dom. A było kogo utrzymywać. Wierność konfucjańskiemu ideałowi rodowego siedliska, w którym pod jednym dachem żyje pięć generacji rodu, sprawiała, że w wiejskiej chałupce zwykle mieszkało co najmniej kilkanaście osób.

Jeśli chiński chłop wzbogacił się, przede wszystkim dokupywał ziemię. Im więcej ziemi, tym dalej za progiem pozostać miało widmo głodu i głodowej śmierci. Im więcej ziemi, tym bardziej synowie byli potrzebni do pomocy. Im więcej synów zaś, tym większa była szansa, że choć jednego z nich nie zabiorą w młodości choroby i głód. - Starość bez syna jest gorzka i niewiele warta. Tak było i tak będzie zawsze - powiada pan Deng.

Gdy przychodzi starość, gdy najstarszy syn przejmie ziemię i większość rodowej schedy, rodzice skazani są już tylko na opiekę synów. Córki wyszły za mąż, przeniosły się do innych rodów, innych wsi.

- Córka to strata dla rodu - śmieje się syn pana Denga, szczęśliwy ojciec Boyana.

Gdy po ojca przychodzi śmierć, najstarszy syn ma do spełnienia swą najważniejszą rolę. W tradycji chińskiej tylko on może czcić ducha swego ojca i tym samym zapewnić metafizyczną ciągłość rodu w odwiecznym marszu pokoleń. Tu, we wsi pana Denga, ciągłość pokoleń znaczy co innego niż gdzie indziej w świecie. Ta wieś ma ponad dwa tysiące lat.

- Większość rodów od co najmniej ośmiuset lat buduje kolejne domy na fundamentach domów dziadków - mówi pan Deng.

Wszyscy mieszkańcy wsi, a jest ich dwa tysiące, noszą to samo nazwisko. Tylko tam, gdzie głowa domostwa doczekała się jedynie wnuczki, tylko tam, gdzie wnuczka wyszła za kogoś z innej wsi, tam domem rządzi ktoś z obcym nazwiskiem. Nieszczęście.

Mały Boyan jest więc największym skarbem rodu pana Denga. Gdy okazało się, że Yun urodziła chłopca, w domu wręcz zapanował szał radości. Udało się! Ród nie zginie! Udało się - Boyan jest bowiem jedynym dzieckiem Zhou i Yun.

Dwuzmianowi

Jeszcze w latach pięćdziesiątych chińscy komuniści popierali konfucjański model rodziny wielopokoleniowej i wielodzietnej. Nie widzieli nic zdrożnego w dużym przyroście naturalnym. Przeciwnie, masy ludzkie jawiły się im takim samym dobrem, jak pokłady węgla, złoża rud żelaza, chmary fabryk, zastygłe w spichrzach rzeki ryżowego ziarna. Więcej dzieci w rodzinie, to w przyszłości więcej rąk do pracy i więcej żołnierzy w szeregach Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. W ostatecznym rachunku zaś - światowy triumf chińskiego komunizmu. Tylko nieliczni spośród komunistycznych ideologów i intelektualistów w połowie lat pięćdziesiątych ostrzegali, że przyrost naturalny pożera przyrost produkcji, że bez kontroli urodzin także nowe, komunistyczne Chiny nie wyrwą się z odwiecznej spirali ekstensywnej produkcji, cywilizacyjnego zacofania i głodu.

Ale Mao Zedong odmówił zgody na kontrolę urodzin. W roku 1958 na polecenie Mao zwolniono ze stanowiska Ma Yinchu, rektora uniwersytetu pekińskiego, najbardziej wpływowego zwolennika ograniczenia przyrostu naturalnego. Napiętnowano go publicznie jako maltuzjanistę. Po Wielkim Skoku i wielkim głodzie na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Mao zgodził się na ograniczenie przyrostu naturalnego. Zaczęły się oficjalne kampanie kontroli urodzeń. Zaczęły się niewinnie, od przekonywania, że rodzina idealna ma dwoje dzieci.

- Na początku nie było żadnego przymusu. Na zebrania przychodzili różni ludzie z władz i mówili, że lepiej dla państwa i dla rodziny jest mieć dwoje dzieci, syna i córkę - opowiada pan Deng.

Agitatorzy zachwalali małą rodzinę, ale zdaje się, że przewodniczący Mao jeszcze w latach 70. był pogodzony z perspektywą nieustannego, niepohamowanego wzrostu liczby ludności. Emerytowany dyplomata z MSZ opowiadał mi kiedyś w Warszawie, jak w latach 50. przebiegała rozmowa Piotra Jaroszewicza z Mao Zedongiem.

- Trochę dyskutowali o światowym ruchu komunistycznym, o polityce międzynarodowej, sprawy gospodarcze po paru zdaniach odesłali do uzgodnienia przez ekspertów. Rozmowa była formalna i zdawkowa do chwili, gdy Mao nie zaczął wypytywać Jaroszewicza o jego wizję przyszłości Polski - relacjonował dyplomata.

Wkrótce przecież także i w Polsce liczba ludności podwoi się, a potem potroi, mówił Mao Zedong. Nadejdzie moment, w którym mieszkańcy świata nie będą mogli naraz wyjść na ulice. Jak się do tego przygotowujecie, pytał przewodniczący, czy też zamierzacie zorganizować życie narodu na dwie zmiany, nocną i dzienną, które egzystować będą w przeciwstawnych rytmach? A jak przekonacie ludzi do dwuzmianowych domostw, w których jedna zmiana mieszkańców będzie spać, podczas gdy ich zmiennicy będą pracować? Życie dwuzmianowego narodu będzie bardzo efektywne, zastanawiał się Mao, ale jakże trudne do zorganizowania. Co ma na przykład robić nocna zmiana rolników?

Jaroszewicz, opowiadał mój rozmówca, patrzył na Mao Zedonga oniemiały. Bez wątpienia węszył w monologu przewodniczącego obrazę albo prowokację. A Mao tymczasem rozmawiał serio i szczerze. Nie wierzył w możliwość ani celowość regulacji urodzeń. Snuł więc wizje społeczeństwa przyszłości, które, według niego, musiało być społeczeństwem skrajnie przeludnionym.

Legalni

Następcy Mao wizję przyszłości Chin mieli całkiem inną. W roku 1979, w trzy lata po śmierci Mao Zedonga, Pekin rozpoczął bezkompromisową kampanię kontroli urodzeń. Skończyło się zachęcanie do rodzenia tylko dwojga dzieci. Odtąd przeciętna chińska rodzina miała prawo do jednego potomka. Początkowo władze tolerowały drugie dziecko jedynie w rejonach wiejskich, nie poddających się systematycznej kontroli, i wśród mniejszości narodowych.

Najpierw rozdawano za darmo, potem sprzedawano niemal za bezcen środki antykoncepcyjne. Ale gdy chińskie małżeństwa przekonały się do nich, okazało się, że prezerwatyw i pigułek jest za mało, nie starcza ich nawet w dużych miastach. Na wieś zresztą władze i tak nie potrafiły regularnie ich dostarczać. Prościej było zakazywać.

W połowie lat siedemdziesiątych, u schyłku rewolucji kulturalnej, ostatecznie zorganizowano system kontroli urodzeń. Wszyscy dorośli musieli wypełniać co miesiąc szczegółowe formularze. Obywatel musiał wyjaśniać, czy jako środek kontroli urodzin stosuje: "sterylizację/aborcję/pigułki antykoncepcyjne/zastrzyki/spiralę domaciczną/inne". Poza tym regularnie, co najmniej cztery razy w roku, winien był uzyskać pisemną "opinię kierownika małej grupy produkcyjnej", "krytyczną opinię mas" oraz opinię sezonowej inspekcji medycznej na temat swego stosunku do antykoncepcji. W miastach kobiety pracujące były regularnie i przymusowo badane przez lekarzy w zakładach pracy, czy aby nie zaszły w ciążę. Na wsi brakowało lekarzy i pielęgniarzy, władze zorganizowały zatem system kobiet zaufania partii, które miały obowiązek śledzenia, czy ich sąsiadki mają okres w terminie. Ostatecznie za najpewniejszy uznano system kobiecych grup wzajemnej kontroli - zamężne Chinki w kilkunastoosobowych grupach miały wspólnie badać terminowość swych okresów i prowadzić stosowną dokumentację oraz sprawozdawczość.

- Władze chciały najpierw sprawdzać okres także u niezamężnych dziewcząt, ale na wsi ludzie buntowali się. Z takimi pannami chłopcy nie chcieli się już żenić, na wsi uważano je za niegodne szacunku - opowiada dr Wei Xiao, który właśnie w tamtych latach skończył studia i zaczął prowadzić na wsi badania antropologiczne.

Od seksu bezpiecznego jeszcze bezpieczniejszy jest brak seksu. W latach sześćdziesiątych władze zrobiły niemało, by seks poddać urzędowej kontroli.

W wielu komunach wiejskich całkowicie odizolowano mężczyzn od kobiet. Mężowie i żony osobno pracowali i osobno byli skoszarowani. Zgodę na wspólne spędzenie przez małżonków nocy wydawał w takiej komunie sekretarz partii. Władzom rozwiązanie takie bardzo odpowiadało, gdyż wydawaniem przez partię "przepustek do łóżka" można było mobilizować wieśniaków do dodatkowej pracy. Gdyby mały Boyan miał się urodzić na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, Zhou i Yun musieliby uzyskać na niego urzędową zgodę. W miastach i na wsi grupy pracownicze dostawały wówczas limity urodzeń. Małżeństwa składały u sekretarzy partii podania o dziecko i raz do roku na zebraniach całej wsi podania te szczegółowo omawiano i rozdzielano limit noworodków. Pierwszeństwo miały oczywiście bezdzietne pary wyróżniające się w pracy i aktywności ideologicznej. Czasami zezwalano im na urodzenie drugiego dziecka, zwłaszcza gdy pierwszym była dziewczynka.

Biada kobietom, które zaszły w ciążę bez zezwolenia, niezgodnie z przepisami. Jeśli była to ciąża, której nie przyznała komuna, albo, co gorsza, ciąża u matki z dwójką dzieci, kolejność zdarzeń była taka: kontrola sąsiadki, wiejskie zebranie, potępienie, samokrytyka, usunięcie ciąży.

Partyzantki

- Czasem jednak kobiety chciały urodzić za wszelką cenę, zwłaszcza gdy miały już dwie córki, a mąż i rodzice ciągle chcieli syna - wspomina pan Deng, dziadek małego Boyana.

Wtedy ciężarna po cichu wyjeżdżała do rodziny na zapadłą wieś i tam rodziła nielegalne dziecko. Takie kobiety już przed dwudziestu laty zaczęto nazywać w Chinach partyzantkami.

Urodzone dziecko partyzantki mogło żyć, ale jego rodziców czekały wielkie wyrzeczenia. Mniejsza już o kary finansowe i publiczne upokarzanie rodziców na wiecach. Nielegalnie urodzone dziecko przez wiele lat pozostawało nielegalnym Chińczykiem. Na wsi - do końca życia. Władze odmawiały zarejestrowania noworodka. Rodzice musieli karmić go swoimi, ledwie starczającymi im na przeżycie, przydziałami kartkowymi. W latach siedemdziesiątych na kartki było wszystko: ziarno zbóż i olej, mięso i ryby, cukier i jajka, kurczęta i sojowy ser tofu, mleko w proszku (tylko na świadectwo legalnego urodzenia dziecka) i orzechy (tylko raz w roku, przed chińskim Nowym Rokiem). Na kartki sprzedawano także mydło i papier toaletowy, tkaniny i maszyny do szycia, węgiel i drewno na podpałkę, zegarki i buty, papierosy i wódkę baiju, gwoździe i drut (tylko po zaakceptowaniu podania, bo to towary strategiczne), żarówki (po zwróceniu przepalonych) i pastę do zębów (po oddaniu pustych tubek). Nielegalne dziecko nie miało prawa do leczenia, prawa do chodzenia do szkoły, nie miało szans dostania pracy.

Rodzice decydowali się na to wszystko, byle ród doczekał się męskiego potomka.

- Dzisiaj już nie jest tak źle, mało który z rodów w mojej wsi nie ma syna - opowiada Zhou, syn pana Denga.

W ich wsi w większości domostw mieszkają tradycyjne rodziny wielopokoleniowe, to znaczy wraz z dziadkiem, babcią, ojcem i matką mieszkają żonaci synowie. Jeśli obu synom przydarzy się wielkie nieszczęście, jeśli obu urodzą się córki, to wtedy dziadek córek, jako głowa rodu, może wystąpić do urzędu gminnego o pozwolenie na jeszcze jedną ciążę, czyli, jak tu się mówi - próbę.

- To są czasem straszne chwile w rodzinie, gdy każdy z synów prosi ojca, by to jemu właśnie przyznał prawo do tej próby. Z tego wynikają czasem bardzo niedobre kłótnie, zło zostaje w rodzinie na wiele, wiele lat - opowiada pan Deng, poważny, mroczny, choć los oszczędził mu takich wyborów.

Gdy próba się nie uda, gdy urodzi się trzecia dziewczynka, następnego legalnego dziecka ród już nie będzie miał.

- Czy wszystkie takie dziewczynki rodzą się i rosną cało i zdrowo? - pytam.

- Tak, tak.

- Nie zdarzają się takim dziewczynkom nagłe choroby, nieszczęśliwe wypadki? - pytam wprost.

- Kiedyś zdarzało się, bardzo rzadko, że rozczarowani rodzice zabijali dziewczynki zaraz po urodzeniu. To było przed kilkunastu laty, gdy władze w ogóle nie chciały dawać zgody na drugą próbę - wyjaśnia pan Deng.

Ale z danych opublikowanych w piśmie "Renkou Yanjiu" ("Studia Demograficzne") wynika, że w roku 1964 na sto dziewczynek rodziło się w Chinach przeciętnie 103,5 chłopczyków, a w roku 1992 na sto nowo narodzonych dziewczynek przypadało już 118,5 chłopczyków. Wiele wskazuje na to, opowiada mi kantoński socjolog prof. Lu Xun, że na wsi dysproporcja ta jest o wiele większa i może sięgać nawet 130 chłopczyków na sto dziewczynek. Zresztą i Pekin oficjalnie przyznaje, że ostatnio na wsi w niektórych prowincjach rodzi się ponad 120 chłopców na sto dziewczynek.

- Wytłumaczenie jest tylko jedno: na wsi rodzice ciągle jeszcze zabijają noworodki, jeśli nie są wymarzonym synem - mówi profesor Lu.

Władze starają się temu przeciwdziałać. Ponad 330 tys. specjalistów od kontroli urodzeń i propagowania zdrowego rodzenia stara się, tak jak przed dwudziestu laty, co miesiąc skontrolować okres każdej Chinki. Kontrolerzy fatygują się do domów obłożnie chorych kobiet, wzywają policję, by doprowadziła na badania kobiety unikające kontroli. Od pewnego jednak czasu armia specjalistów od kontroli urodzin stara się także pilnować przebiegu legalnych ciąż i porodów. W prowincji Guangdong, na południowym krańcu Chin, tym lekarzom, którzy podejmują się przeprowadzenia badań prenatalnych w celu ustalenia płci noworodka, grozi kara do dwóch lat więzienia.

W sprawie ograniczania przyrostu naturalnego Pekin idzie ostatnio z duchem czasu. W wielu miastach Chin widziałem wielkie nowoczesne reklamy krajowych i importowanych dóbr konsumpcyjnych: szczęśliwymi konsumentkami są matka i mała córeczka na słodkiej fotografii. Profesor Lu opowiadał mi, że reklamodawcy dostają od władz finansowe ulgi za wykorzystanie motywu szczęśliwej matki i córki.

Także w gminie i w wiosce pana Denga lokalne władze, chcąc kontrolować liczbę urodzeń, idą z duchem czasu: karzą i nagradzają pieniędzmi.

- Od 14 lat w naszej gminie obowiązuje żelazna zasada: jedno małżeństwo - jedno dziecko. Od 14 lat każde małżeństwo, które ma tylko jedno dziecko, dostaje od urzędu gminy 100 juanów nagrody rocznie - opowiada pan Deng.

To raptem 12 dolarów, ale dla przeciętnego rolnika - niemało.

Co jednak robić, gdy przydarzy się drugie, nielegalne dziecko? Można rodzić je po partyzancku. Ale można też zalegalizować je. Trzeba tylko zapłacić.

- Jednorazowa kara za pierwsze nielegalne dziecko wynosi 10 tys. juanów, a za każde następne o 10 tys. juanów więcej - wyjaśnia syn pana Denga, Zhou. Piętrowy, prywatny segment w niedużym mieście w ich prowincji kosztuje 60 tys. juanów.

Dziatecznik

Takich dylematów nie mają mieszkańcy wioski w prowincji Shandong, niedaleko Żółtej Rzeki. Dotarłem tam z tłumaczem, panem Chengiem, z niejakim trudem. Najpierw musieliśmy zjechać z szosy na węższą, asfaltową drogę między gminnymi miasteczkami. Potem zjechaliśmy na drogę szutrową, z niej na drogi gruntowe. Te drogi stawały się coraz węższe, wreszcie przeciskaliśmy się pożłobioną głębokimi deszczowymi koleinami, szeroką na półtora metra przecinką w gąszczu olbrzymiej kukurydzy. Gdy z naprzeciwka pojawił się motocyklista, kierowca naszej santany musiał, soczyście klnąc, wjechać bokiem w suche kukurydziane badyle. Gdy kilkaset metrów dalej ujrzeliśmy rowerzystę z niedużą przyczepką, w której tkwił czarny jak smoła prosiak, nie było wyjścia - samochód na wstecznym biegu cofnął się dwieście metrów, do krzyżówki z jeszcze węższą dróżką, w którą mógł skręcić rowerzysta z piekielnym prosiakiem, by przepuścić samochód.

Wieś malutka, ulepiona jest po prostu z ziemi, nawet nie wypalanej. Na polu trzyosobowa rodzina pracowicie ciągnie bronę skonstruowaną z gałęzi. Obok miedzy widzę zielone jeszcze krzaki z gałęziami powykrzywianymi systemem zmyślnie powiązanych sznurków - to rosną części do kolejnej brony, a może tylko do wielkich wideł. Między malutkimi, ulepionymi z ziemi chałupkami stoją nieliczne topole, suszą się snopki ryżu i kukurydzy, wałęsają się stada gęsi, wszędobylskich malutkich kóz i wszędobylskich malutkich dzieci. Ha, dzieci? Szybko liczę włóczącą się za mną gromadkę. Dwadzieścia dwa dzieciaki, chałup zaś w zasięgu wzroku - tuzin.

Mija godzina, dwie. Powszednieję. Dzieciaki wracają na swe podwóreczka. Zaglądam przez niskie płotki ze stwardniałej od słońca ziemi i w niemal każdym obejściu widzę troje, czasem czworo obdartych maluchów.

- Tu nie dojeżdżają urzędnicy, tu nikt nie sprawdza naszych żon, czy są w ciąży. Żyjemy tak, jak chcemy - wyjaśnia nieustannie uśmiechnięty pan Yizi, który mieszka w niedużym obejściu swoich rodziców i w tej zapadłej głuszy prowadzi firmę ceramiczną. Trzydziestoletni pan Yizi nie jest zahukanym chłopem, który nigdy nie ruszył się ze swego matecznika. Najpierw w mieście skończył kurs wykuwania maleńkim dłutem i młoteczkiem rysunków na porcelanie, ale po kilku latach pracy dla innych odkrył, że najlepiej być przedsiębiorcą. Według rysunków ze starej książki o chińskim garncarstwie zbudował we wsi piec, w którym wypala wazy i figurki formowane z tutejszej tłustej, brązowawej ziemi. Pan Yizi potrafi zyskać w swej firmie: dwanaście dziewcząt zatrudnił jako uczennice zawodu, a firmę zarejestrował jako szkołę garncarską, dzięki czemu praktycznie nie płaci podatków. Pan Yizi potrafi zyskać w swym domu: w obejściu bawią się dwie córeczki i syn.

- Gdzie indziej straciłbym majątek na kary za dzieci, ale tu nie - powiada z radosnym uśmiechem. Stać go zresztą na zapłacenie najsroższych nawet kar. Swoją ceramikę zawozi do dużych miast i tam sprzedaje właścicielom sklepów w eleganckich hotelach. Rocznie zarabia na czysto ponad 200 tysięcy juanów, sumę ogromną na tej zapadłej wsi, gdzie chiński diabeł mówi dobranoc. Przy takich dochodach nie ma już znaczenia, które dziecko jest legalne, które nie, które ma dowód osobisty, a któremu dowód nie przysługuje. Guansi (krąg przyjaciół zobowiązany do udzielania sobie pomocy) pana Yizi załatwi wszystko. Nielegalną zgodę lokalnego urzędu kontroli urodzeń na jeszcze jedną próbę. Rejestrację dzieci. Dowody osobiste. Zameldowanie.

Nikt nie wierzy w oficjalne dane o liczbie ludności Chin. "Wiedzcie, że wszyscy obywatele tego miasta, a także i innych miast, mają następujący zwyczaj: każdy na drzwiach swego domu wypisane ma swoje imię i nazwisko, swojej żony, swoich synów oraz synowych, swoich niewolników oraz całej swojaciny, a nawet wypisuje, ile trzyma koni. A jeśli zdarzy się, że ktoś umrze, imię jego skreślają, jeśli zaś kto się narodzi, dorzucają. I w ten sposób naczelnicy miasta każdego wiedzą o wszystkich ludziach, jakich mają w swym mieście. I taki sam zwyczaj zachowywany jest w całej prowincji". Tak było jednak siedemset lat temu, w czasach chińskich peregrynacji Marca Polo.

- Może jest nas miliard i dwieście pięćdziesiąt milionów, może już miliard i trzysta milionów, a może i więcej. Tego nikt nie wie - tłumaczy mi dziś z uśmiechem profesor Lu. Wsie takie jak matecznik pana Yizi spędzają sen z powiek planistów w Pekinie. W większości prowincji jest całe mrowie takich zapomnianych miejsc. Doktor Xiao opowiada mi o wsiach tak biednych, że w wielu domostwach na kilkunastoosobową rodzinę przypadało jedno kompletne ubranie: - Na co dzień dorośli i dzieci chodzili boso, okręceni jakimiś starymi gałganami.

No i po cóż mieliby przedzierać się tam w trudzie eleganccy urzędnicy?

Pekin narzuca prowincjom limity wzrostu liczby ludności, władze prowincji zaś przekazują je, stosownie podzielone, rejonom, powiatom, gminom. Urzędnicy są karani, gdy liczba ludności na ich terenie przekroczy wyznaczony odgórnie limit, więc tam, gdzie kobiety można łatwo skontrolować, srogo badają regularność ich okresów, solennie deliberują, komu można przyznać prawo do dodatkowej ciąży. A zapadła wieś, do której dotrzeć trudno, żyje pozostawiona sama sobie. Poza urzędowymi statystykami. Biedna, dzieciata, szczęśliwa.

Dom

W bogatej, nadmorskiej prowincji Jiangsu, którą Chińczycy lubią nazywać jednym ze spichlerzy swego kraju, w wiosce pana Denga i malutkiego Boyana, nie ma co liczyć na opieszałość urzędników. Wieś jest wielka i dostatnia, łatwo dojechać do niej z gminy przyzwoitą, asfaltową drogą. Ba, nawet większość wąskich dróżek między gospodarstwami brukowana jest cegłami - na chińskiej wsi to cywilizacyjny luksus.

Gdyby Yun i Zhou doczekali się zdrowej dziewczynki, mogliby starać się o szansę prawdziwego przedłużenia rodu dopiero za sześć lat. Dlatego ciąża Yun była dla wszystkich w domostwie czasem oczekiwania, skrywanych obaw i jawnie okazywanej nadziei. Dla samej Yun zaś - czasem rozkosznym. Wszyscy na wyprzódki dbali o nią, podsuwali jej smakołyki, pilnowali, by się nie przemęczała i nie denerwowała.

- Kobieta w ciąży jest obiektem szczególnej opieki obu rodzin, męża i własnej. Wszyscy niemal noszą ją na rękach. Ale tylko do czasu porodu. Ona jest jedynie naczyniem, w którym rośnie drogocenny skarb, syn - komentował później los chińskich żon doktor Xiao.

Żona syna bowiem zawsze była na ostatnim, najgorszym miejscu w hierarchii wiejskiego domostwa. Dziś zmieniło się niewiele. Synowa jest obca, gdyż zwyczaj wymaga, by młodzieńcy szukali narzeczonych z innej wsi. W rodzinie męża traci oparcie swoich bliskich, nie zyskuje zaś oparcia u nikogo. Nawet u męża. - Tradycyjnie powinności żony wobec rodu męża są ważniejsze niż wobec męża - opowiada profesor Lu. - Przede wszystkim synowa musi podporządkować się woli teścia, głowy rodu. Ale, co gorsza, musi też podporządkować się teściowej.

Jednym z klasycznych wątków literatury chińskiej jest temat wykorzystywania i poniżania młodej synowej przez teściową. Dobrze wychowany, szanujący rodziców syn w ich sporach z jego żoną zawsze powinien brać stronę ojca i matki. Niezależnie od tego, kto naprawdę ma rację. Dopiero z czasem, w miarę starzenia się, niedołężnienia i wymierania mężczyzn, stare Chinki, które znacznie lepiej od nich znoszą upływ czasu, zaczynają rządzić domostwem. Starzejący się ojciec powinien stopniowo przekazywać autorytet i władzę najstarszemu synowi, ale często, bardzo często matka bierze w swe ręce całą władzę głowy rodu. I los młodej synowej, na której szuka teraz rewanżu za upokorzenia własnej młodości. Przed tysiącami lat Chińczycy wynaleźli nie tylko proch, papier i papierowe pieniądze. Także żołnierską "falę" i udrękę "kotów".

Podły los młodych żon poruszył ongiś Mao Zedonga, który w swych wczesnych pismach krytykował ich wyzysk w tradycyjnych rodzinach. Ulżenie losowi młodych mężatek chińscy komuniści uważają dziś za sukces równie istotny, jak uprzemysłowienie kraju, upowszechnienie oświaty czy ograniczenie liczby urodzeń, opowiada doktor Xiao. Obcy obserwator, na dobitkę nie znający języka, nie widzi w domu spokojnego, kulturalnego, dobrotliwego wręcz pana Denga dawnych, niechlubnych tradycji. No, jakieś okruchy. Dostrzegam je zresztą dopiero od kilku dni. Władczy ton teściowej, gdy zwraca się do Yun. Jej zmarszczone brwi, gdy kontroluje, jak Yun obiera warzywa. Gardłowe pohukiwanie, gdy się jej coś w pracy synowej nie podoba. I jeszcze te krótkie chwile, gdy Zhou jest świadkiem spięć swojej matki ze swoją żoną. Nie, nie bierze ostentacyjnie strony matki, nie gani Yun, tak jak wymaga od niego konfucjańska tradycja. Znika.

W domu pana Denga trafiam najwyraźniej na moment, o którym opowiadał mi chiński socjolog, na chwilę, w której głową rodu staje się stara matka. Znużony latami ciężkiej pracy pan Deng już tylko łagodnie, z uśmiechem pogaduje z domownikami. Gdy mówi o sprawach domowych, zawsze badawczo spoziera na żonę, szukając w jej oczach aprobaty. I nie zawsze ją znajduje. Gwałtowne, głośne wymówki matki co jakiś czas smagają każdego z cichych, najwyraźniej uchylających się od kłótni domowników.

Tylko jeden z nich nigdy nie zasłuży sobie na słowo przygany. Mały, pobrzękujący dzwoneczkami Boyan. Dziedzic nazwiska. Przedłużenie rodu. Wielki skarb. Mały cesarz.

 

 

 

 

Gazeta Wyborcza - 22/05/1998

 

 

Włodzimierz Kalicki

CHINY cz. 5

Ziarnko do ziarnka

 

 

Trzech siedziało na dachu, trzech stało pod niskim okapem. Ci na górze wyrywali ozdobne dachówki i rzucali je tym na dole. Gdy po godzinie wracałem z porannej wyprawy do wiejskiego punktu skupu ziarna, dwóch trzecich dachu już nie było.

Po obiedzie zaszedłem jeszcze raz na mostek, obok którego stał rozbierany chłopski dom; resztka dachu zniknęła. Zniknął też potężny kawał muru od strony kanału. Dom wyglądał teraz jak wielkie, nadgryzione ciastko.

Po kolacji została zeń już tylko bezładna kupa cegieł.

Trzeciego dnia zamiast ławicy cegieł zaścielających małe podwórko ujrzałem za kanałem cztery wielkie pryzmy oczyszczonych już cegieł. Obok stała starannie ułożona pryzma dachówek.

- Cegłę czyści się tu szybko, bo cała zaprawa to ziemia zmieszana z odrobiną cementu - pan Deng nie kryje, że zaprawa sprzed kilkunastu lat niewiele jest warta. Ba, ale jaka ma być stara zaprawa, skoro na początku lat osiemdziesiątych gmina przydzielała chłopom cement na kilogramy?

Cenna jest cegła. Nie z powodu surowca - dookoła pełno jest przecież tłustej, glinkowatej ziemi. Cegłę trzeba wypalić, a to kosztuje. Za wsią, nad kanałem, stoi obsypany w dwóch trzecich ziemią, okopcony u góry, okrągły piec garncarski. Właściciel uruchamia go tylko w zimie, gdy ma paliwo - słomę ryżową z ostatniego zbioru. Węgiel jest za drogi, o drewnie nie ma co marzyć; w Jiangsu, podobnie jak w innych prowincjach rolniczych, drewno to prawdziwy skarb. Na jednego Chińczyka przypada dziesięć razy mniej drzew niż na statystycznego mieszkańca świata.

Wypalanie cegieł trwa krótko, bo i słomy ryżowej nie ma we wsi zbyt wiele. Każdy potrzebuje jej do palenia w kuchennym piecu. Małych, okrągłych brykietów z miału węglowego używa się na wsi tylko do gotowania wody. We wsi pana Denga cegła jest czymś w rodzaju lokaty kapitałowej. W każdym obejściu stoi jej spora pryzma. Pokazuję panu Dengowi, że w niektórych obejściach ceglane pryzmy porosły już zielonym mchem.

- Tańsza w przyszłości na pewno nie będzie - spokojnie odpowiada pan Deng.

Piątego dnia po rozpoczęciu rozbiórki niedaleko mostka sześciu chłopów wykopało fundamenty pod nowy dom. Po tygodniu z ziemi wychynęły nowe mury.

Dom

Pan Deng na budowę koło mostka popatruje z melancholią. Przypomina mu, że czas zacząć budowę własnego domu.

Nie, nie, pan Deng ma gdzie mieszkać. Jego parterowe domostwo z szarej cegły nie jest wcale takie małe: szerokie co prawda raptem na cztery metry, ale długie za to na szesnaście. Dłuższa ściana domyka podwórko porośnięte drzewami podobnymi do tui. Bez nich kury marnie by się chowały. Tutejsze kury bowiem najchętniej przesiadują wysoko na gałęziach, na ziemię fatygują się tylko w sprawie ziarna.

Z przeciwnej strony podwórko ogranicza ściana następnego domu. Zwyczaj każe, by ściana domu od strony podwórka sąsiada była ślepa; okienka wielkości dwóch szkolnych zeszytów wymurowano wysoko, pod sufitem niemal.

Okienka są pojedyncze, kiepsko, nieszczelnie spasowane. Jeszcze bardziej koślawe są drzwi. W jesienne popołudnie w domu robi się chłodno.

Co będzie w zimie? - Jeszcze zimniej - odpowiada pogodnie pan Zhou, syn pana Denga. Nieszczelne okna i drzwi nikogo nie peszą, choć w srogie zimy w Jiangsu czasem pojawia się nawet lekki mróz. W chłopskim domu zimą musi być zimno, powiada pan Zhou. Chłód wślizgnie się zawsze. Przez tęgie szpary w oknach i drzwiach. Przez nie ocieplony dach, pod którym nie ma stropu (domownicy nad głową mają zamiast sufitu dachówki). Przez wilgotną, betonową podłogę, wylaną na ziemi bez izolacji. Chłód dotkliwy, przejmujący z powodu wszechobecnej wilgoci. Woda jest w kanale za rogiem chałupy, jest w ziemi, trzydzieści centymetrów pod podłogą.

Wczesny jesienny wieczór. Jak zawsze o zmroku siedzimy wszyscy przed telewizorem Panda. Opatuleni po uszy. Dla rozgrzewki nieustannie popijam słabiutką, za to bardzo gorącą herbatę. Nie potrafię rozgrzać się przygodami uczciwego oficera chińskiej policji, który z determinacją zwalcza przeżartą korupcją elitę swego miasta. Zdemoralizowany burmistrz, bezwzględni szantażyści, wynajęci mordercy, wszystkie czarne charaktery sprzysięgły się przeciw bohaterowi. Na szczęście sekretarz partii i szef policji ufają mu, a kocha go ładna i uczciwa pani oficer. Gdy ona rzuca mu tęskne, powłóczyste spojrzenie, domownicy wzdychają i ocierają pot z czoła. Ja siedzę w czapce, wełnianym swetrze, ocieplanej kurtce trekkingowej i marudzę, że chłodno.

- Domów się nie ogrzewa - bezradnie rozkłada ręce pan Deng.

Nie ogrzewa się nawet jednego pomieszczenia, bo kuchnia jest w osobnej, malutkiej komórce za rogiem domu. Chłopa nie stać na ogrzewanie domu. Zresztą - po co grzać? Ciepło i tak uleciałoby przez rozklekotane drzwi, przez dach, wsiąkłoby w wilgotny beton podłogi. Jedyne wyjście - ubrać się naprawdę ciepło. Im bliżej zimy, tym bardziej zaokrąglają się sylwetki wieśniaków. Dorośli na podkoszulek wdziewają drugi, potem dochodzi jeszcze jedna koszula, sweterek niknie pod ciepłym, dużym swetrem, na który dopiero wdziewana jest kurtka. Gdy zrobi się bardzo zimno, zawsze można jeszcze gdzieś między sweterki i koszule wcisnąć marynarkę.

- Dobrze jest niektóre rzeczy kupować o numer za duże - zdradza tajniki wiejskiej garderoby synowa pana Denga.

Tak samo ubiera się małe dzieci. Z nadejściem chłodów biegają opatulone, okrągłe jak kulki. I, jak w lecie, świecą gołymi pupami. Patrząc na fioletową z zimna pupę rodzinnego skarbu, małego Boyana, ostrożnie dopytywałem się jego ojca, czy nie boi się o ciągłość rodu.

- Chińscy chłopcy na północy od tysięcy lat biegają z siusiakami na mrozie i jakoś nas nie ubywa - uśmiechnął się pan Zhou.

Ubywa za to zdrowia. Jego rodzice, tak jak i inni starzy chłopi we wsi, pokasłują, skarżą się na nieustanne bóle stawów.

Gdy mały Boyan dorośnie, najpewniej tak jak teraz dziadek Deng będzie zimą marzł we własnym łóżku i łykał tajemne mikstury na kaszel i na artretyzm. W jego wsi, tak jak i w całej prowincji Jiangsu, w połowie lat 80. wszystkich ogarnęła gorączka budowlana. Nigdy chłopi nie byli tak bogaci, jak teraz, mówi pan Deng. Kolejne stare domy znikają w ciągu kilku dni, a na ich miejscu rosną nowe, większe, bardziej reprezentacyjne. W każdym jednak za podłogę wystarczyć musi wilgotna betonowa płyta, w żadnym nie ma ogrzewania.

Najbogatszych chłopów stać już na piętrowe domy. W chińskiej tradycji rzeczą ważną jest fizyczny kontakt człowieka z ziemią. Z tego powodu w dawnych Chinach, nawet w wielkich miastach, gdzie grunt był bardzo drogi, najchętniej budowano domy parterowe, opowiadał mi później profesor Lu Xun, socjolog. Dawnymi laty chęć stąpania po ziemi była przemożna; często także bogaci Chińczycy zamiast podłogi pozostawiali w domach zwykłe klepisko.

Dziś wiejscy krezusi, tak jak i polscy chłopi przed kilkunastu laty, łamią tradycję, ale sami przełamać się nie potrafią. Budują domostwa piętrowe, mieszkają w nich jednak tylko na parterze. Kupują nowe motocykle, duże kolorowe telewizory, lodówki i zamrażarki, ale luksusy te nieodmiennie stawiają na klepisku lub wilgotnej podłodze z betonu.

Stoimy z panem Dengiem na mostku nieopodal wiejskiej budowy. Pytam, czy w przyszłym domu pana Denga będzie ogrzewanie i drewniana podłoga. Nie będzie. To po co budować nowy dom?

- Żeby był większy. Kiedy przed piętnastu laty budowałem swój obecny, to był pierwszy nowy dom we wsi od końca wojny. Najlepszy, najładniejszy. A teraz co drugi dom w sąsiedztwie wygląda lepiej.

Woda

Siedzę nad kanałem. Przed kwadransem w jego mętnej toni skończyła wielkie pranie sąsiadka pana Denga. Potem jeszcze przepłukała dwa niemożebnie brudne kociołki. Siedzę, gapię się na opalizujące plamki tłuszczu na powierzchni wody i medytuję, gdzie by tu uprać koszule.

- W kanale! - zachęca mnie Zhou.

Z ciężkim sercem wkraczam na przybrzeżny kamień służący do prania. W słońcu bielizna schnie błyskawicznie. Po kwadransie nie mogę uwierzyć w nieskazitelną biel koszuli płukanej w mętnej, ciemnoszarej wodzie.

- Kanał jest wszystkim, wszystko z niego wychodzi i wszystko do niego wraca. Kanał zawsze jest czysty - tryumfuje Zhou.

Cała tajemnica w tym, by w każdej, najmniejszej nawet odnodze był choćby niewielki, nawet niezauważalny dla oka przepływ, tłumaczy Zhou. To oczyszcza wodę. Gdyby woda gdzieś stała, nawet na krótkim odcinku, kanał zaraz zacząłby cuchnąć.

To bardzo wielka sztuka kopać kanały tak, by zawsze w każdym, najmniejszym nawet wiejskim rowie płynęła woda. Szeroki, obramowany ochronnymi nasypami kanał główny rozgałęzia się na dziesiątki kanałów podrzędnych, te zaś obrastają dziesiątkami pomniejszych odnóg. Licząca ponad dwa tysiące mieszkańców wieś pana Denga przypomina Wenecję; kanał podchodzi pod próg każdego domu i w pobliże każdego pola. Kanały krzyżują się, zataczają wielkie pętle. Ba, rozmnażają się. Gdy ktoś dostaje zgodę na zbudowanie nowego domu, dostaje też zgodę na doprowadzenie do niego kanału. Jakże bowiem żyć bez kanału? Gdzie zrobić pranie, jak dowieźć z pola do obejścia słomę, jeśli nie kanałem? Siedmiometrowa, płaskodenna łódź to obowiązkowe wyposażenie nawet bardzo biednego gospodarstwa. Na szczęście wioskowi szkutnicy nie budują już łodzi z drewna, które jest drogie. Nauczyli się majstrować tradycyjne krypy z betonu.

Sieć kanałów to niemal żywa istota, ze swoimi obyczajami, tajemnicami, fanaberiami nawet, tłumaczy mi Zhou. Trzeba wielkiej wiedzy i doświadczenia w konstruowaniu tej sieci, by przez wszystkie jej arterie nieustannie toczyła się woda, by ujarzmić ją w czasie wielkich deszczów.

W lecie, gdy się zaczynają ulewy, wody w kanałach wzbierają, podtapiają domy. Wtedy włącza się główna pompa odprowadzająca wodę z kanałów wiejskich do wyżej położonego kanału głównego, którym spłynie do morza. Ale sprawna pompa, za której utrzymanie płaci państwo, niewiele by pomogła, gdyby odnogi w wiosce nie były konserwowane i naprawiane.

Każdej zimy, gdy wody nie ma, wszyscy dorośli mieszkańcy wsi przez dwa tygodnie obowiązkowo, bezpłatnie oczyszczają i umacniają stare kanały i kopią nowe. Tak było przed tysiącem lat, tak jest, i tak będzie. Nikt nie buntuje się, nie uchyla od tego iście średniowiecznego szarwarku.

- Bez kanału przed progiem chłop nie przeżyłby, bez wielkich budowli wodnych nie przetrwałoby państwo chińskie - mówi profesor Lu Xun.

Chińska cywilizacja nazywana jest przez niektórych zachodnich socjologów "cywilizacją hydrotechniczną", gdyż materialna pomyślność, bezpieczeństwo i organizacja społeczna zależały w niej zawsze od budowania i konserwowania wielkich systemów wodnych. W ciągu trzech tysięcy lat Chińczycy doszli w tej sztuce do niebywałej biegłości. Dzięki wielkim i małym tamom, sztucznym jeziorom i kanałom opanowali gigantyczne, wyniszczające powodzie, nawodnili olbrzymie połacie żyznych, lecz suchych jak pieprz ziem i byli w stanie przewozić wodą olbrzymie ilości ziarna, by zapobiegać lokalnym klęskom głodu.

Każdy cesarz miał ambicję i obowiązek prowadzenia budów wodnych. Przez trzy tysiące lat zbudowano w Chinach ponad 150 tys. kilometrów spławnych kanałów. Najdłuższym śródlądowym szlakiem wodnym na świecie jest liczący ponad 1500 km Kanał Cesarski łączący Hangzhou z Pekinem. Zbudowano go w latach 587-608 n.e. Dekret cesarski głosił, że na jego budowę stawić się musi każdy Chińczyk w wieku od 15 do 50 lat. Każda rodzina miała obowiązek dostarczyć jedno dziecko do pracy w kuchniach. Uchylający się od kopania skazywani byli na śmierć przez ścięcie głowy. Na budowie Kanału Cesarskiego pracowało jednocześnie ponad 4,8 miliona ludzi. Według oficjalnych cesarskich spisów w czasie budowy zginęło 2,5 miliona.

Straty ludzkie nie przerażały jednak Chińczyków. Nieodmiennie dzielili cesarzy na dobrych, którzy podobnym przecież kosztem remontowali budowle wodne i wznosili nowe, oraz złych, którzy dzieła tego zaniechali. Cesarz rządził z woli Nieba, ale, według konfucjańskiej myśli politycznej, władzę mógł utracić, gdy nie wywiązywał się ze swych obowiązków wobec ludu. Bunt ludu był sprawiedliwy, gdy władca niegodziwie dzielił ziemię, nakładał zbyt wysokie ciężary lub zaniedbywał budowę tam i kanałów. W Europie chłopi buntowali się, chcąc obalić stary, niesprawiedliwy porządek; w Chinach chłopi chwytali za broń, by wymusić na władcach wypełnianie przez nich odwiecznych powinności.

Uzurpatorscy założyciele nowych dynastii chętnie i skutecznie legitymizowali je, rozpoczynając wielkie prace hydrotechniczne. Kangxi, jeden z pierwszych cesarzy mandżurskiej dynastii Qing, która w połowie XVII wieku zastąpiła rdzennie chińską dynastię Ming, na początku panowania polecił odbudować zaniedbane, zniszczone systemy wodne. Do historii przeszedł jako bohater narodowy.

Ten sam pomysł mieli chińscy komuniści zaraz po zdobyciu władzy. W Jiangsu rozpoczęli budowę sieci nowych, dużych kanałów oraz odbudowę zaniedbanego, zasypanego Kanału Cesarskiego. - Poszliśmy na budowę z wielkim entuzjazmem. Nareszcie ktoś zajął się sprawą kanałów, ktoś o tym pomyślał, ktoś dobrze rządził, tak jak dawni cesarze. Przed wojną był chaos i bałagan, rząd nie zajmował się kanałami - wspomina pan Deng.

Nieustannie grały wojskowe orkiestry, nad budową powiewały setki czerwonych flag. Robotnicy zorganizowani po wojskowemu, w plutony, kompanie i bataliony, kopali ziemię najprostszymi motykami i wynosili ją z wykopu na plecach, w bambusowych nosiłkach. - Wszystko robiono ręcznie - mówi pan Deng i pyta, czy zwróciłem uwagę na ten kanał. Zwróciłem. Jadąc autobusem do miasta gapiłem się na ciągnącą się kilometrami obok drogi taflę wody - szeroką na kilkadziesiąt, czasem kilkaset metrów. Swobodnie mijały się na niej wielkie barki ze zbożem i węglem, gdzieniegdzie starczało miejsca na postój kilkudziesięciu sczepionych ze sobą stateczków.

Komuniści zarządzili wtedy budowę kanałów i tam dosłownie wszędzie, w każdym okręgu. Kopanie kanałów powiodło się, niektóre tylko później przerabiano. Gorzej było z tamami. Brakowało cementu, stali, maszyn i fachowców. Świetnie prosperowali szarlatani, obiecujący władzom zbudowanie zapór wodnych bez użycia deficytowych surowców. Po trzech latach większość z nich, źle zaprojektowana przez partyjnych dyletantów i zbudowana z byle czego, zawaliła się lub uległa zamuleniu.

W sierpniu 1975 roku runęły zbudowane wtedy zapory w Banguiao i Shimantan. Zginęło 240 tys. ludzi.

Zaraz po wojnie komuniści rozpoczęli wielkie budowy wodne, według ludu zatem byli spadkobiercami najlepszych cesarskich tradycji.

- Ale na budowach ginęli przecież ludzie? - pytam.

- To były czasy powojenne, życie ludzkie nie było cenne. Ludzie byli zresztą przekonani, że każda wielka budowa wymaga wielkich ofiar - odpowiada pan Deng.

- Ale tamy po paru latach waliły się?

- Waliły się, ale to były tylko konkretne błędy. Liczyło się, że nowa władza chce budować, że troszczy się o kraj. A poza wszystkim, kanały były udane, służą do dziś. Komuniści mieli wielki kredyt zaufania. To dzięki temu kilka lat później chłopi nie protestowali mocno przeciwko komunom ludowym na wsi. Naprawdę wierzyli, że komuniści chcą dobrze.

Ziemia

Siedzę nad kanałem. Dziwna to chwila, gdy na końcu świata oglądam sierpniową wieś mojego dzieciństwa. Wszędzie unosi się duch Chełmońskiego. Żniwa. Kanały zasypane są żółtymi źdźbłami ryżowymi. Po rżysku roztropnie maszeruje sznur kaczek. Hen, gdzieś dalej, chłopi wypalają trawę w rowach. Jasny dym leniwie snuje się nad horyzontem. A trochę z boku trzy kanały obramiają klepisko wielkości boiska do piłki nożnej. To jedyny kawałek nie obsianej ziemi w tej części wsi. Poza nim tylko kanały i ryż.

Na klepisku wre gorączkowa praca. Gwar, ruch, ścisk. Perkoczą malutkie, przenośne młockarnie, kobiety podają młócącym mężczyznom ryżowe wiązki. Jedni podmiatają ziarno, inni szuflują je i podrzucają w powietrze. Kobiety wielkimi, długimi widłami podają snopki wymłóconej ryżowej słomy na spore, płaskodenne łódki zacumowane w kanałach przy brzegu klepiska. Mężczyźni układają na łódkach olbrzymie stogi siana i powoli, odpychając się drągami od dna, płyną w stronę swoich domostw. Słomę wozi się łódkami, ale worki ziarna chłopi noszą sami, przerzucone przez ramię. Siedzę nad kanałem na chybotliwym mostku skleconym z byle jakich desek i widzę wyraźnie, jak mijającym mnie chłopom ciążą worki z ryżem, jak ciemnieją im z wysiłku twarze, występują na skroniach żyły. Ale ryż noszą sami.

Jest późno, słońce gaśnie, klepisko szarzeje, nikt nie przerywa jednak pracy. Wracam do domu pana Denga z mocnym postanowieniem, że jutro wczesnym rankiem wrócę na klepisko i sfotografuję żniwiarzy przy młócce w ostrym, porannym słońcu.

Jest ranek, jest mocne światło, nie ma klepiska. Po ciemku mężczyźni znieśli młockarnie i worki z ryżem, kobiety wielkimi miotłami wygarnęły ze spękań ziemi pojedyncze nawet ziarenka. Teraz chłopi ciężkimi motykami rozbijają skorupę ziemi, roztłukują twarde, glinowate bryły. Ich żony skrapiają spulchnioną ziemię wodą z kanału i sadzą flance warzyw. Wczoraj klepisko, dziś warzywnik. Nie można marnować czasu, trzeba zdążyć ze zbiorem warzyw przed jesiennymi chłodami. Nie można marnować ziemi, trzeba wykorzystać każdy spłachetek.

- Ziemi mamy za mało, żeby mogła nie rodzić choć przez jeden dzień - mówi pan Deng.

Gdy pod koniec lat 70. władze postanowiły zlikwidować komuny wiejskie i zreformować rolnictwo, zdecydowały się robić to stopniowo. W roku 1980 Komitet Centralny KPCh ogłosił dokument nr 75, który oznaczał początek agonii komun wiejskich. Chłopskie rodziny dostały w używanie kawałki ziemi, z których nadwyżki ziarna i warzyw oddawać musiały komunie w zamian za tak zwane punkty pracy. Punkty pracy zaś przeliczano na przydziały deficytowego mięsa, tłuszczu, marynarek, butów, rowerów. Potem ostrożni planiści w Pekinie zezwolili chłopom sprzedawać na wolnym rynku nadwyżki zbiorów, ale po cenach wyznaczanych przez państwo. Po trzech latach eksperymentowania władze zrobiły następny krok: dokument nr 1 Komitetu Centralnego z 1983 r. zezwalał na swobodne sprzedawanie nadwyżek zbiorów, nawet w innej prowincji, co wcześniej było surowo zakazane jako niebezpieczna spekulacja. Odtąd też chińscy chłopi mogli kupować na własność maszyny rolnicze, a nawet wynajmować do pomocy na roli innych chłopów. I co najważniejsze - skończyło się coroczne przedłużanie dzierżawy działek. Rolnicy mogli je dzierżawić od państwa na 15 lat.

- Już po dwóch latach wieś zmieniła się nie do poznania. Wszyscy zaczęli sadzić zakazane dotąd warzywa, hodowaliśmy kury, prosiaki. Po trzech latach zaczęliśmy jeść do syta, po sześciu, siedmiu zaczęto we wsi budować nowe domy - wspomina pan Deng.

Likwidacja komun wiejskich była prawdziwym wielkim skokiem w Chinach. Ekonomiści pekińscy oszacowali, że po sześciu latach nowego systemu w rolnictwie chłopi zarabiali przeciętnie o dwie trzecie więcej niż w komunach. Między rokiem 1978 a 1984 produkcja rolnicza rosła co roku o dziewięć procent, a oszczędności chłopów zwiększyły się siedmiokrotnie.

- Nic dziwnego, że żywności było dosyć. Na całym świecie chłop naprawdę dobrze pracuje tylko na swojej ziemi i tylko wtedy, gdy sam może sprzedawać zbiory - mówię panu Dengowi. Nie rozumie.

- No, w komunach, na wspólnej ziemi, nikomu nie chciało się dobrze pracować - podpowiadam.

- Skądże znowu, w komunach wszyscy chcieli pracować jak najlepiej, ale władze nie pozwalały - protestuje pan Deng.

Najpierw zapisywano chłopów do komun. Mao Zedong zalecił, by chłopów nie zmuszać, lecz przekonywać - do komun mieli wstępować dobrowolnie, całkowicie świadomie. Spędzano zatem wszystkich na wiec i pytano: kto wstępuje?

Ci, którzy podpisali akces, wracali do domu. A do nie przekonanych przemawiali aktywiści partyjni. Godzina po godzinie, dzień, noc i dzień. I jeszcze noc, i jeszcze dzień. Najoporniejsi chłopi słuchali na stojąco wykładów o wyższości komun nad gospodarstwami rodzinnymi nieustannie tygodniami, dwadzieścia cztery godziny na dobę. No i w końcu dali się przekonać.

Gdy przewodniczący Mao w roku 1956 zamknął już 400 milionów chłopów w wiejskich komunach, zarządził wprowadzenie paszportów wewnętrznych, wzorowanych na paszportach stalinowskich. Odtąd chłopi nie mogli już uciec z komun ani nawet dorabiać w miastach. Zlikwidowanie rodzinnych gospodarstw z wielosetletnią tradycją zniszczyło gospodarkę wsi. W roku 1956 zbiory w Chinach spadły o 40 procent. Chłopi musieli oddać państwu zapasy ziarna i wszystkie zwierzęta hodowlane. Chowania przy domu prosiąt i drobiu surowo zakazano. - U nas, w prowincji Jiangsu, nie było jeszcze tak strasznie jak w innych prowincjach. W naszym okręgu działacze partyjni byli tutejsi, nie nasyłano nam nikogo z zewnątrz, więc dzięki naszym guansi (krąg przyjaciół zobowiązany do udzielania sobie pomocy) dawało się jakoś przeżyć. Hodowaliśmy w domu trochę kur, ale zawsze uprzedzano nas o kontrolach i mieliśmy czas schować je w schowku wykopanym w ziemi - wspomina pan Deng.

Na spadek zbiorów władze odpowiedziały kampanią uświadamiającą. Mniej ziarna - więcej mityngów i wieców. Ale ziarna z roku na rok było coraz mniej. Władze zaczęło ogarniać szaleństwo. Wszędzie węszyły chłopskie spiski. Teoria nie mogła być zła, komuny musiały produkować więcej ziarna niż przedtem indywidualni chłopi. Skoro jednak ziarna było coraz mniej, znaczyło to, że chłopi je chowają.

- Musimy uznać, że istnieje wielki problem, ponieważ zespoły produkcyjne ukrywają i dzielą zboże - stwierdził z ciężkim sercem przewodniczący Mao. Ekipy śledcze krążyły po komunach i domagały się wydania ukrytego ziarna. Chłopów i najniższych rangą działaczy partyjnych bito, torturowano. Władze nie kryły się z tym. Przeciwnie, przesłuchania i tortury zamieniano w publiczne spektakle. W Xinyangu na przykład władze zorganizowały uroczysty pokaz klasycznej opery chińskiej, na który zaproszono dziesięć tysięcy gości. Po spektaklu tamtejszy sekretarz partii osobiście bił na scenie chłopów posądzanych o chowanie ziarna. Od bicia chłopów nie przybywało jednak ziarna. Przybywało tysięcy ofiar tortur i milionów ofiar powszechnego na chińskiej wsi straszliwego głodu.

Mój rówieśnik, wesoły antropolog, niziutki doktor Wei Xiao po paru wspólnych drinkach przypatrywał się mojej zwalistej sylwetce:

- Jesteś duży, bo gdy miałeś kilka lat, nie byłeś głodny. Myśmy w prowincji Anhui jedli wtedy ciasto z kory, ziemi i żołędzi, czasem zupę z liści i traw. Nie umarłem, ale i nie urosłem.

Mimo kolejnych nieurodzajów, po roku 1956 Mao Zedonga nie opuszczała obsesja Wielkiego Skoku w produkcji rolniczej. Nagły postęp dokonać się miał dzięki teoriom sowieckiego szarlatana, nadwornego agronoma stalinizmu Trofima Łysenki. W roku 1958 przewodniczący Mao osobiście napisał ośmiopunktowy program przebudowy chińskiego rolnictwa, oparty na przedziwnych naukach Łysenki. Gdy przewodniczący pociągnięciami pędzelka wywracał na nice tysiące lat doświadczeń i mądrości chińskich chłopów, po wsiach maszerowali już pod czerwonymi sztandarami aktywiści partii i śpiewali hymn o wielkim reformatorze Mao, który twardym krokiem kroczy ścieżką Miczurina.

Najpierw Mao i jego poplecznicy wpadli na genialny w swej prostocie, a przy tym świetnie pasujący do teorii Łysenki, pomysł gęstego sadzenia - jeśli siać ziarno gęściej, to gęściej wyrośnie zboże i większe będą zbiory. W wielu prowincjach rozkazano chłopom w komunach siać ziarno ryżu, pszenicy, bawełny dwa razy gęściej, niż siało się dotychczas. Zasiewy zgniły, ale to tylko upewniło Pekin, że reakcyjni chłopi sabotują rewolucyjny program gęstego siania. Chłopi z roku na rok dostawali polecenia, by siać jeszcze gęściej. W końcu obłęd sięgnął zenitu: w sytuacji wielkiego głodu i braku ziarna partia kazała komunom wysiewać dziesięć razy więcej ziarna niż siać się powinno. Wątpiących miały przekonać fotografie w partyjnych gazetach: na polu pszenicy wysianej tak gęsto, jak zalecał przewodniczący, wylegiwały się dzieci i nie spadały na ziemię. Po latach niektórzy z fotografów przyznali się, że w zboże wstawiano ławki i podpierano dzieci kijami.

Mao zafascynowany był doświadczeniami stalinowskiej Rosji. Skoro tam władze zalecały kołchoźnikom oranie głębsze niż stosowane normalnie w rolnictwie, przewodniczący polecił orać w Chinach jeszcze głębiej, do 80 centymetrów, a nawet do metra. Szaleństwo głębokiego orania szybko przerosło obłęd gęstego sadzenia: w prowincji Liaoning jej szef Huang Oudong rozkazał pięciu milionom chłopów głębokie zaoranie w ciągu 45 dni trzech milionów hektarów pól. Gdy warstwa ziemi była zbyt płytka na głęboką orkę, chłopi mieli znosić ziemię wykopaną z innych pól. Absurdalna teoria głębokiej orki doprowadziła do długotrwałej dewastacji gleby i spadku zbiorów.

Do głowy Mao coraz to wpadały nowe pomysły. Jeden z nich kosztował chińskich chłopów utratę podłóg. Przewodniczący zadekretował otóż pewnego dnia, że zwykła ziemia po dodaniu do niej 10 procent nawozu sama błyskawicznie przemienia się w nawóz. Specjalne ekipy nawozowe chodziły zatem od chałupy do chałupy i zrywały gliniane podłogi. Zabrudzona kuchennymi odpadkami glina - to miał być ten nawóz, który z kolei zwykłą ziemię zamieni w dziesięć razy więcej nawozu. Nadgorliwi lokalni sekretarze partii na własną rękę eksperymentowali z rewolucyjnymi metodami wytwarzania nawozu. Po latach okazało się, że w jednej z komun sekretarz partii polecić miał gotowanie ciał zmarłych chłopów i wytwarzanie z nich nawozu.

Jakby nie dość było chłopom stania na nie kończących się wiecach, gęstego siania, głębokiego orania i zamieniania cudownym sposobem ziemi w nawóz, Mao polecił im wytapiać stal.

- W naszej gminie też zbudowano piec hutniczy. Każda rodzina w gminie miała miesięczny limit dostawy złomu. Stare żelastwo szybko się skończyło i wtedy zaczęły się rewizje w poszukiwaniu złomu. Brali wszystko: garnki, narzędzia rolnicze, klamki, wyrywali okucia okien i gwoździe z mebli. Niektórzy znajomi rodziny musieli pracować przy wytopie i gdy coś się nie udawało, byli surowo karani - wspomina pan Deng.

Według oficjalnych danych przetopiono wtedy ponad 700 tys. sprawnych pługów. Na chińskiej wsi pojawił się nowy, a właściwie dawno zapomniany fach: budowniczy drewnianych narzędzi rolniczych.

Mao Zedong rzucał kolejne pomysły i wymagał, by meldowano mu wyłącznie o sukcesach jego koncepcji. Biada temu, kto ośmieliłby się opowiadać przewodniczącemu, co naprawdę dzieje się na wsi i jaka jest prawdziwa wielkość zbiorów.

Wysokość zbiorów wyznaczał Mao i on też planował ich wykorzystanie. Ponieważ naturę miał optymistyczną, dekretował zbiory coraz wyższe. Skoro zaś ziarna było na papierze w bród, zakazał importu żywności, podwoił eksport zbóż, a Albanię, Koreę Północną i Wietnam Północny obdzielał darmowymi dostawami ryżu.

W tym czasie, w latach 1958-1961, z głodu zmarło w Chinach, według różnych szacunków, od 45 do 60 milionów ludzi.

Siedzę z panem Dengiem na zydelku przed domem. Pijemy poobiednią herbatę. Jeszcze długo czuję smak i zapach ryżu z pola pana Denga, niesamowity, intensywny, upajający. To, co jemy w Europie, wszystkie te ryże wyborowe i błyskawiczne, luksusowe i specjalnie preparowane, "by nie sklejały się ziarenka", jest tylko bladym cieniem ryżu prawdziwego, odsypanego z wielkiego worka wiszącego pod stropem wiejskiej chałupy w Jiangsu i uwarzonego w okopconym kociołku nad płomieniem z palonej ryżowej słomy. Obok ryżu pojawiła się na stole gotowana, posiekana na malutkie kawałeczki kura, placuszki ze smażonych jajek, obgotowane warzywo.

Gospodarz kończy opowiadać o swoich przeżyciach z czasów Wielkiego Skoku. Przez skórę czuję, że nie opowiedział mi wszystkiego, co widział i co słyszał. Pytam o to.

Pan Deng chwilę milczy.

- To już tyle lat.

I po chwili, spoglądając na buszującego wśród drzew wnuka:

- Kto tamtego nie przeżył, nie zrozumie, jak dobrze jest dziś na wsi. Nie zrozumie, ile mamy dziś szczęścia i bogactwa.

 

 

 

 

Gazeta Wyborcza - 29/05/1998

 

 

Włodzimierz Kalicki

CHINY cz. 6

Sześciu z teczką w kukurydzy

 

 

Pan Li ugina się pod ciężarem worka ryżu. Niepewnie wkracza na teren wiejskiego punktu skupu. Wzrok przyciągają wielkie, żółte piramidy ziarna. Chłopska zmora w totalitarnym państwie - dostawa obowiązkowa. Jednak pół godziny później pan Li, sąsiad pana Denga, wychodzi wesoło uśmiechnięty. Niezły interes, cieszy się i zapala papierosa drapiącego gardło jak papier ścierny.

Pan Li, jak każdy chiński rolnik, musi odsprzedać państwu część ziarna po cenach urzędowych.

- Kilkanaście lat temu w skupie płacili o jedną trzecią mniej niż na rynku - wspomina.

W tym roku za pół kilograma suchego ziarna państwo zapłaciło mu juana. Na rynku dostałby najwyżej osiem ciao, o dwa ciao mniej. Chłopi w gminie pana Denga chętnie odstawiliby niemal cały zbiór ryżu do państwowego punktu skupu, ale w tym roku limit dostawy wynosi mniej więcej 12-15 procent zbiorów.

Ziemia

Dostawa obowiązkowa w gminie pana Denga jest zatem ostatnio dotacją dla chłopa. Jak wielką? Pan Deng uśmiecha się zadowolony i wylicza: w tym roku zobowiązany był odsprzedać państwu 60 kg ryżu, czyli w stosunku do cen wolnorynkowych zarobił 24 juany. Trzy dolary. Skromny obiad w małomiasteczkowej jadłodajni.

Patrzę osłupiały na mojego gospodarza: a więc tyle radości z powodu tak marnych groszy? Pan Deng kręci głową: to nie takie znowu grosze. W jego domostwie nie tylko on uprawia ziemię.

Od likwidacji wiejskich komun na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w Chinach wprowadzono powszechnie zasadę, że każdy mieszkaniec wsi ma prawo dzierżawić kawałek ziemi. Ziemia, jak w czasach cesarstwa, należy do państwa, a chłopi mają jedynie prawo uprawiania jej.

Każda gmina przydziela swoim mieszkańcom poletka o identycznej powierzchni. W niektórych gminach, gdzie ziemi jest mało, a ludzi dużo, pole jest niewielkie, mniejsze od 1 mu, czyli piętnastej części hektara. W innych gminach, zasobniejszych w ziemię, na głowę przypada nieco ponad mu, a bywa nawet, że i po półtora mu gruntu. W gminie pana Denga na głowę przypada 1,3 mu. Dużo. Z jednego mu przyzwoitej ziemi rolnik zbiera tu mniej więcej 500 kg ryżu.

Działka jest czymś w rodzaju państwowej wyprawki na życie. Każdy noworodek powinien niezwłocznie dostać swoją ziemię.

- Czasami dostaje ją bardzo szybko, ale w niektórych gminach, gdzie nie ma wolnej ziemi, na działkę czekają i kilkuletnie dzieci - opowiada pan Deng. Na szczęście w jego gminie jest zapas ziemi i mały Boyan już dostał swoją działkę.

Prawo do identycznych działek mają wszyscy mieszkańcy wsi nie zatrudnieni na państwowych etatach. Jeśli ktoś znajdzie pracę w szkole, w lokalnym urzędzie albo zacznie dorabiać w pobliskiej fabryce, musi swoje pole zwrócić gminie. Ziemię przydziela się także małym dziewczynkom. Gdy dorosną i wyjdą za mąż za chłopca z innej wsi, nie mogą zamienić pola dzierżawionego od państwa na działkę we wsi męża. Ziemia panny młodej zostaje w jej rodzinie.

Głowa rodu uprawia nie tylko własne pole, ale i pole żony, dziecka i swych rodziców.

Rzadko kiedy jeden ród dzierżawi mniej niż trzy czy cztery działki.

- Mamy w sumie trzy działki, prawie cztery mu ziemi, czyli w tym roku na dostawie ziarna do skupu zarabiamy niemal sto juanów - wylicza z satysfakcją pan Deng.

Ale ja ciągle patrzę na niego osłupiały: dla kilkuosobowej rodziny to przecież tylko oszczędność dwunastu dolarów!

Teraz pan Deng przygląda mi się z niedowierzaniem: to są przecież spore pieniądze, wyjaśnia dość kwaśno. Proszę go zatem, by obliczył, ile jego rodzina wydaje gotówki w ciągu roku. Hm, zastanawia się pan Deng. Każdy chłop w gminie musi zapłacić za dzierżawioną przez siebie działkę około 40 juanów podatku. To już jest dla rodziny pana Denga 160 juanów. Trzeba opłacić młockarnię w czasie żniw, trzeba kupić trochę nawozu. Ryż, warzywa, kury jada się własne, ale kupić trzeba sojowy serek tofu i kiełki soi, czasem rybę, czasem mięso wieprzowe, przyprawę. Trzeba kupić coś do ubrania, gdy zniszczy się stara odzież, trzeba kupić żarówki, mydło, proszek do prania i rozmaite drobiazgi.

- No, musimy wydać 2 tys. juanów, czyli 250 dolarów - wylicza w końcu pan Deng. Tyle wydaje w sumie rocznie jego kilkuosobowa, nieźle sytuowana rodzina, w jednej z najbogatszych rolniczych prowincji Chin. Chińscy chłopi jedzą do syta, ale cierpią na dotkliwy brak gotówki. Z większości wiejskich domostw zatem młodzi wysyłani są do miast, by zarobili trochę wymarzonych juanów. Pracują na czarno, by nie stracić dzierżawy ziemi, którą w tym czasie uprawiają ich rodzice.

- Nikt nie wie, ilu młodych wieśniaków nielegalnie pracuje w miastach, by dorobić dla swej rodziny. Myślę, że co najmniej kilkadziesiąt milionów - mówi profesor Wang Guo, socjolog.

Państwo wydzierżawiało działki chłopom najpierw na rok, potem, w latach osiemdziesiątych, na więcej lat. Dziś w niektórych prowincjach chłopi dzierżawią ziemię przez 15 lat, w niektórych - dożywotnio. We wsi pana Denga chłopi uznali, że dożywotnia dzierżawa działek byłaby niesprawiedliwa. Nie ma przecież dwóch takich samych działek. Jedno pole jest bardziej żyzne od drugiego, inne znów leży dalej od chałupy czy od kanału, a to oznacza więcej pracy przy nawadnianiu, przy zwożeniu do domu ziarna i słomy. Więc co osiem lat rolnicy zmieniają pola.

- Po prostu losujemy - opowiada pan Deng.

W praktyce losowanie nie jest jednak wcale takie proste. Ziemię losuje się w poszczególnych częściach wsi, tak by każdy miał w miarę blisko do swego pola. Wszyscy schodzą się na losowanie do domu wiejskiej wspólnoty. Zwinięte karteczki z numerami wszystkich pól wrzuca się do zwykłej szklanki i potem wszyscy po kolei wyjmują jedną. Ale los bywa niesprawiedliwy. Bywa, że jednemu rodowi przypadną i trzy doskonałe kawałki ziemi. To naprawdę wielka niesprawiedliwość, więc sąsiedzi domagają się wtedy, by szczęśliwcy wzięli na koniec i marną działkę. Ba, kłopot w tym jednak, że każdy chce ziemi jak najlepszej, nikt nie ma zamiaru poświęcać się dla innych. Zaczyna się wtedy wielkie przekonywanie pechowców przez szczęśliwców, że wylosowana przez nich ziemia nie jest wcale taka dobra. Słabiej rodzi, niż się sąsiadowi zdaje. I brzeg jest wysoki, oj wysoki, trudno słomę na barkę ładować. I ziemia tu niedobra, mało urodzajna.

Ale we wsi każdy wie swoje. Zaczyna się wielka kłótnia.

- Te kłótnie były takie zajadłe, że dziesięć lat temu urzędnicy z gminy powiedzieli, że w ogóle ich nie obchodzi losowanie ziemi, że sami mamy to sobie załatwiać, i w ogóle przestali przychodzić - opowiada pan Deng.

Chłopom pozostało więc głosowanie. Ach, głosowanie, wzdycha pan Deng. W jego domostwie prawo do ziemi mają tylko trzy osoby, więc pan Deng w głosowaniu zawsze przegrywać musi z liczniejszymi rodzinami sąsiadów.

- To są uroki demokracji - powiadam złośliwie.

- Ach, chyba nigdy na świecie nie będzie naprawdę sprawiedliwie - wzdycha znowu pan Deng. A powinno być. Każdy, zdaniem pana Denga, powinien mieć równe szanse, by utrzymać swoją rodzinę przy życiu. Każdy powinien mieć prawo do dzierżawienia od państwa takiej samej ilości ziemi. Nie powinno być tak, jak przed wojną, gdy wielcy właściciele ziemscy i handlarze zbożem mieli trzy czwarte ziemi, a chłop dzierżawca musiał za darmo oddawać połowę zbiorów.

- Czyli komuniści mieli rację, że po wojnie zabrali ziemię bogatym? - pytam.

- Wielu ludziom wyrządzono wtedy wiele krzywd - odpowiada dyplomatycznie pan Deng.

- Ale teraz jest sprawiedliwiej?

- Jest sprawiedliwiej.

Po chwili zadumy pan Deng zrywa się z ławeczki. Niebo nagle ciemnieje, wiatr wzmaga się i pierwsze krople deszczu uderzają o wyschniętą, zeskorupiałą ziemię. Niedobrze, mogą zamoknąć schnące na słońcu nieduże snopki ryżowej słomy. Kto żyw wybiega na wiejską ścieżkę, znosi snopki, rzuca na kopiec obok kuchni. Noszę i ja. Po dwóch godzinach cały zapas słomy piętrzy się w obejściu, a ja, obolały i z dłońmi pociętymi przez ostre źdźbła, przeklinam nagły deszczyk. Wieśniacy przyglądają mi się cokolwiek zdziwieni. Na deszcz nie ma co się obrażać, zwłaszcza że dzięki niemu nie trzeba będzie pompować na pola tyle wody z kanałów.

Po zbiorze ryżu czas bowiem na sianie pszenicy. Na polach pojawiają się dziwne maszyny, coś w rodzaju dwukołowego traktorka, podobnego do wielkiej taczki, za którym chłop chadza piechotą. Traktorek wyrzyna w glebie kanalik szeroki na stopę, głęboki na stopy półtorej. Po godzinie poletko wielkości 1,3 mu pokryte jest już dość gęstą siecią takich kanalików, a chłopi kończą montować nad kanałem spalinową pompę. Jeszcze chwila i pompa perkocze, krztusi się, ale wypluwa do najbliższego kanałowi nacięcia w ziemi szeroki strumień wody. Ziemia musi rodzić bez przerwy, powtarzają chłopi. I rodzi.

Od końca lat siedemdziesiątych na wsi w zamożniejszych, lepiej rozwiniętych prowincjach wiele się zmieniło. Chłopi mogą wreszcie kupić tyle nawozów sztucznych, ile tylko zechcą. Pojawiły się nowe odmiany roślin. Dziś we wsi pana Denga próżno już szukać widoków ze starych chińskich rycin i banknotów. Chłopi nie sadzą już ryżowych flanc, brodząc w wodzie sięgającej niemal do kolan. Nowe odmiany ryżu obywają się bez zalewania wodą pól, rosną jak pszenica. U schyłku lat osiemdziesiątych na wsi pojawiły się malutkie, zmyślne, wzorowane na japońskich maszyny rolnicze. W ciągu ostatnich dwudziestu lat dzięki tym zmianom zbiory zwiększyły się nawet i dwukrotnie. Dziś w Jiangsu z jednego mu przyzwoitej ziemi porządny gospodarz zbiera 500 kg ryżu.

- Niektórzy dochodzą nawet do 600 kg, ale zysk z tych stu kilogramów ziarna nie jest duży, bo trzeba sypać o wiele więcej nawozów - mówi pan Deng.

Władze zaczynają się niepokoić, że nadmiernie eksploatowana ziemia wyjałowieje. Chłopi nie potrafią już wycisnąć z pól więcej plonów, próbują wyciskać je z samych kanałów. Co kilkadziesiąt kroków przegradzają je cienkie sieci. Rolnicy hodują w swoich kawałkach kanału małe, cokolwiek bagienne w smaku rybki. Pewnego popołudnia poczułem się jak w muzeum. W maleńkiej, chybotliwej łódeczce stary, zgarbiony chłop pochylał się nad przymocowaną do bambusowej żerdzi siatką do odławiania ryb. Wypisz, wymaluj - stary rybak z obrazu Puvisa de Chavanne'a. Ale z boku czaiła się współczesność. Dorosły syn rybaka kończył właśnie łączyć trzy samochodowe akumulatory w baterię i po chwili wrzucił do kanału przewody pod napięciem. Stary rybak miał tylko wyciągać ogłuszone, zabite prądem elektrycznym ryby.

Na skraju wsi bogatsi chłopi zamienili kawał swego pola w staw. Ogrodzili go starannie siatką, postawili malutką budkę, w której na zmianę dyżurują. Jest czego pilnować. Kilogram wielce w Chinach cenionego przysmaku, słodkowodnych krabów, które czasem ostrożnie wychylają szczypce z brudnoszarej wody stawu, kosztuje aż 300 juanów.

Z ziemi więcej już wycisnąć się nie da. Ale można wycisnąć więcej ziemi.

Państwo co prawda chętnie i skrupulatnie zabiera pola po zmarłych chłopach, ale mimo to we wsi niemało jest ziemi czekającej na nowego gospodarza. Młodzi ruszają do miast, znajdują pracę, zaczepiają się na dłużej. Wtedy ci, którzy mają pieniądze i guansi, mogą wydzierżawić ich działki. Legalnie, za zgodą gminy. Ba, jeśli gmina ma zapas ziemi, to mogą wydzierżawić też dodatkową ziemię bezpośrednio od gminy.

Pan Deng opowiada, że w sąsiedniej wsi rekordzista dzierżawi już niemal 100 mu ziemi.

- Zdążył się tak wzbogacić, że kupił kombajn za 70 tys. juanów. To tyle, ile wart jest mieszkalny segment w średnim mieście - opowiada pan Deng. We wsi mówią, że bogacz na sprzedaży ziarna zarabia co najmniej 50 tys. juanów rocznie.

Gdy zauważam, że taka inwestycja jest wielkim ryzykiem, jeśli ów bogacz jest tylko dzierżawcą, pan Deng macha ręką. Skoro ktoś ma tyle ziemi, to znaczy, że ma wielkie guansi. A skoro ma wielkie guansi, to nie ma znowu tak wielkiego znaczenia, że ziemię tylko dzierżawi.

- To tak, jakby już ją miał na własność.

Władza

Siedzę w saloniku architekta, pana Hua, i bezmyślnie gapię się w telewizor. Pan Hua rozmawia o interesach z moim tłumaczem, panem Chengiem, a do mnie zaczyna dobierać się wieczorna senność. Gapię się w telewizor, trę opadające powieki, zrezygnowany wypatruję sensu w telewizyjnych obrazkach.

I nagle - eureka! Rozumiem! Rozumiem wszystko!

Zaczyna się lokalny dziennik telewizyjny. Pierwsza, najważniejsza wiadomość: gdzieś w polu zatrzymują się dwie limuzyny santana 2000, wysiada z nich sześciu zażywnych panów w garniturach i dostojnie, gęsiego ruszają w pole. Ostatni pan niesie czarną, skórzaną teczkę. Sześciu panów wkroczyło na pole dojrzewającej kukurydzy. Ustawili się przed kamerą w zwartą tyralierkę, wyrwali kukurydzianą łodygę. Oglądają ją w skupieniu, jak rybacy wielkiego szczupaka, pokazują sobie ramionami jej wielkość. Pan stojący w środku pokazuje coś palcem na kolbie. Zbliżenie. Ziarno pokazuje pan stojący w środku. Po chwili sześciu panów wkracza na pole, gdzie chłop orze. Chłop orze, a oni stoją w szeregu pół kroku od bruzdy i patrzą, czy chłop dobrze orze. Pochylają się nad chłopską bruzdą, przyglądają się chłopskiej bruździe, mierzą dłońmi jej głębokość i z uznaniem kiwają głowami. Dobrze chłop bruzdę wyorał.

W końcu dziesięciominutowej relacji dziennika telewizyjnego sześciu panów stanęło przed drzewkiem jabłoni, z którego inny chłop zrywa owoce. Patrzą uważnie, jak chłop rwie owoce, kiwają poważnie głowami. Dobrze rwie. Najważniejszy z sześciu panów bierze od chłopa jabłko, zwraca się do kamery i coś mówi.

- Co on mówi?

- On mówi, że to jest dobre jabłko, bo ma dobry kolor i dobrą wielkość - tłumaczy pan Cheng. Pan Cheng nie musi mi tłumaczyć nic więcej. Ja już to znam. Władza wizytuje rolników. Sprawdza, czy pracują należycie. Wspiera ich swym doświadczeniem.

Ale w Polsce przed dwudziestu laty dobra władza zajeżdżała z gospodarską wizytą do podległych jej pegeerów. W Chinach zaś najwyraźniej partyjni sekretarze składają gospodarskie wizyty indywidualnym chłopom.

- Chłopi są indywidualni, ale ziemia państwowa - wyjaśnia pan Cheng. Urzędnicy mają obowiązek sprawdzać, jak pracują chłopi, bo ziemię powierza im państwo. Od dziesięciu lat w 60 procentach z ponad miliona chińskich wsi chłopi w bezpośrednich wyborach wyłaniają komitety wiejskie, najniższe ogniwo władzy terenowej. Pekin z reformy tej jest bardzo dumny - po raz pierwszy urzędnicy najniższego szczebla nie są po prostu wyznaczani przez władze zwierzchnie. Dla partyjnych teoretyków to widomy znak demokratyzacji Chin. W teorii wiejskie komitety decydować mają o wszystkich żywotnych sprawach wsi.

- W praktyce bywa inaczej, bo władze zwierzchnie większość kwestii uważają za niezwykle żywotne i same podejmują decyzje - opowiadał mi profesor Lu Xun.

Tydzień później: wycieczka nad Żółtą Rzekę. Wysłużoną santaną szefa gminy jedziemy lokalnymi szosami, przeciskamy się coraz węższymi drogami gruntowymi.

Mijani chłopi zsiadają z rowerów, uśmiechają się uprzejmie, nisko kłaniają się szefowi. Gdy mijamy ich, z szacunkiem oglądają się za naszym samochodem.

- A czemuż oni tak nisko się kłaniają? - pytam pana Chenga.

- Bo bardzo szanują szefa.

Pan Cheng zna szefa gminy, więc może opowiedzieć, jak zaskarbił on sobie szacunek mieszkańców. Parę lat temu w regionie, do którego należy gmina szefa, dyrektorem wydziału rolnictwa, potężnego i wpływowego w chińskiej strukturze władzy, został młody działacz z Pekinu. Owładnięty był misją reformowania i unowocześniania prowincji. Od razu po przyjeździe zażądał, by w regionie chłopi zaprzestali tradycyjnego siania zbóż i zaczęli uprawiać warzywa. Warzywa, przemawiał na zebraniach, są w Pekinie bardzo poszukiwane i bardzo drogie, zrobicie na nich majątek. Warzywa to przyszłość.

Ale chłopi, jak to chłopi, istoty postępu nie zrozumieli i woleli dalej siać kukurydzę. Młody dyrektor jeździł więc od wsi do wsi i osobiście nadzorował sadzenie papryki zamiast siania kukurydzy. Papryka urosła wspaniale, zbiory były imponujące, ale cóż - zawiodła rzeczywistość. Znad Żółtej Rzeki do Pekinu jest daleko, transport tak drogi, że wozić papryki do stolicy się nie opłaca. W pobliżu nie ma innych wielkich miast, chłopi w sąsiednich gminach nie mieli zamiaru zwiększyć spożycia papryki. Na polach nad Żółtą Rzeką zdesperowani wieśniacy sprzedawali ją po osiem juanów, potem po pięć, a w końcu po juanie za pół kilograma. A na samym końcu zbiory zgniły.

Dyrektor nie zraził się jednak i w następnym roku znów zażądał powszechnego sadzenia papryki. Chłopi jeździli do miasta okręgowego, jeździł i szef gminy. Prosili, przekonywali, ale dyrektor uparł się. A kudy szefowi gminy do dyrektora wydziału rolnego w okręgu!

Wtedy szef gminy zwołał zebranie wsi i powiedział, że chłopi mogą na brzegach pól od strony dróg sadzić paprykę, jak przykazał dyrektor, ale w głębi, pod osłoną papryki, wolno im już siać kukurydzę. I wszyscy byli szczęśliwi. Dyrektor z satysfakcją wizytował gminę porośniętą papryką. Miał tę wymarzoną nowoczesność, która nawet nie zgniła, bo jej było niewiele. Chłopi mieli swoją kukurydzę, a i papryki pod dostatkiem. A szef gminy zbierał pochwały od dyrektora i niskie ukłony od chłopów.

- A to mieli ludzie szczęście, puściłby ich ten dyrektor z torbami - mówię.

Ale pan Cheng kiwa głową. Nie. Gdyby nie pomysł szefa gminy, chłopi poszliby strajkować. Gdzie by poszli? Jak to gdzie, do miasta, dziwi się pan Cheng, jak wszędzie w Chinach, gdzie strajkują chłopi. A gdzie konkretnie strajkują? No wszędzie, mówi pan Cheng, w moim mieście strajkowali przed urzędem miejskim nie dalej jak dwa tygodnie temu.

Widząc, jak zmartwiłem się, że ominęła mnie o włos okazja zobaczenia strajku, pan Cheng pociesza:

- Nie masz czego żałować, nawet nie zauważyłbyś, że strajkują.

Bo chłopski strajk to raptem kilku, kilkunastu wieśniaków siedzących w kucki przed urzędem. Nie ma flag, transparentów, okrzyków, haseł, nie ma policji i nie ma widzów. Są tylko plastikowe pudełeczka z ryżem, słoiczki z zieloną herbatą i wielka cierpliwość. Chłopi siedzą. Godzinami, dniami, tygodniami. Pierwszego dnia któryś z chłopów idzie do urzędu i opowiada, o co proszą strajkujący. Nie domagają się, nie żądają, lecz właśnie proszą. A potem trzeba już tylko siedzieć.

Władza zaś milczy. Władza nie może tak po prostu, od razu odpowiedzieć strajkującym wieśniakom, bo straciłaby twarz. A poza tym nie wie, co ma odpowiedzieć. Władza musi mieć czas na odpowiedź, bo w chińskiej tradycji ktoś, kto w ważnej kwestii od razu udziela odpowiedzi lub podejmuje decyzję - traci twarz. Władza musi mieć czas, bo musi zdecydować się, co powiedzieć strajkującym.

- Jeśli można poprawić coś w ich wsi lub gminie, władze wyższe poprawiają. Jeśli mało istotne błędy popełnił niższej rangi urzędnik, zwierzchność napomina go. Jeśli błędy są dotkliwe - winnego przenosi się. Ale nie od razu, bo władza straciłaby twarz. Przenosi się go po paru miesiącach, najlepiej po pół roku - wyjaśniał mi później profesor Lu Xun.

Nie ma represji, nie ma aresztowań, rozpędzania strajków?

Nie ma, wyjaśniał dalej profesor. Strajk naprawdę groźny to strajk polityczny. Chłopi jak ognia wystrzegają się drażliwych, politycznych właśnie kwestii. Powtarzają jak litanię, że bardzo szanują władzę, że chcą tylko, żeby urzędnicy, którzy ich skrzywdzili, zaczęli wreszcie dobrze nimi rządzić. Protestują przeciw zbyt wysokiemu wymiarowi obowiązkowej, praktycznie darmowej pracy przy remontach i budowie dróg, przeciw nieprawidłowościom w wymierzaniu podatków, przeciw zbyt niskim rekompensatom za zabierane na budowę dróg pola. Władza nie może represjonować wieśniaków, bo strajkujący nigdy nie doprowadzają do sytuacji, w której władza mogłaby stracić twarz. A poza tym - siedzący w kurzu pod drzwiami urzędu wieśniacy mają za sobą setki i tysiące lat politycznej myśli i tradycji Chin.

"Jeżeli tyrania, którą książę gnębi swój naród, jest nadzwyczajna, wówczas władca skazany jest na śmierć, a państwo jego na ruinę" - pisał największy z uczniów Konfucjusza, Mencjusz. Uważał on wręcz, że poddany zabijający władcę szczególnie niesprawiedliwego winien być uwolniony od winy.

Te i podobne myśli pozostawiły w psychice Chińczyków trwały ślad. Władcy rządzą z mandatu Niebios, ale sprzeniewierzając się swym powinnościom mogą mandat Niebios utracić. Przywódcy i uczestnicy licznych w dziejach Chin, niebywale krwawych powstań chłopskich wcale nie mieli poczucia, że burzą naturalny porządek rzeczy. Przeciwnie, rozlewali morza krwi w przekonaniu, że przywracają ład utracony wskutek nieprawości władców i ich popleczników.

Dla prostych Chińczyków utrata mandatu Niebios to nie tylko abstrakcyjna koncepcja, to fakt realny, dostrzegalny gołym okiem, opowiadał profesor. W latach siedemdziesiątych Chinami wstrząsnęło wielkie trzęsienie ziemi. Zły znak, Niebiosa są niezadowolone, szeptali ludzie. Wkrótce potem zmarł przewodniczący Mao, a jeszcze później upadła słynna "banda czworga" jego popleczników. Przed dwoma laty ogromne trzęsienie ziemi zdewastowało południowy Yunnan i lud nabrał przekonania, że Deng Xiaoping musi upaść. Po roku Deng zmarł i Chińczycy tylko kiwali głowami - nie mogło być inaczej. A wkrótce po trzęsieniu ziemi w Yunnanie ziemia zadrżała w prowincji Xinjiang i zaraz zaczęły się tam rozruchy walczących o niezależność muzułmanów.

Także najświeższa, komunistyczna tradycja każe władzom obchodzić się z wieśniakami szczególnie ostrożnie. Rewolucja komunistyczna była w Chinach rewolucją chłopską. W miastach komuniści ponosili krwawe porażki, wygrali na wsi i dzięki wsi. To wieś była w koncepcjach Mao Zedonga źródłem siły rewolucji. I właśnie wieś postanowił Mao złamać w czasie Wielkiego Skoku, właśnie chłopom chciał przekuć dusze.

Nie udało się. Chłopi marli milionami, ale nie zmienili się. Mao piętnował ich jako dziedzicznych kapitalistów, dla których żądza posiadania była instynktem. W końcu przewodniczący uznał, że lepiej nie wciągać ich w walkę o władzę. Szaleństwa rewolucji kulturalnej starał się aplikować wyłącznie miastu.

Mao odszedł, komuniści odeszli od jego doktryn, pozostała jednak zasada, że politycznym filarem Pekinu jest wieś. Dostawy obowiązkowe są symboliczne, ceny urzędowe na ziarno bardzo korzystne, podatki niskie; niechaj w całym świecie wojna, byle chińska wieś spokojna.

- Władze centralne robią wszystko, by wieś dalej była zadowolona z wczorajszych reform i dzisiejszej stabilizacji, starają się, by nie utracić jej poparcia - uważa profesor Lu Xun.

Pekin hamuje zapędy władz prowincji, by powiększać najdotkliwsze ciężary dla chłopów: obowiązkowe, darmowe prace przy budowie i konserwacji kanałów, zapór, dróg, mostów.

Nie jedyny to obrońca chłopów. W czasie jazdy nad Żółtą Rzekę, szef gminy, który pozwolił chłopom maskować papryką poletka kukurydzy, coraz to zatrzymywał swoją santanę. Pogadywał z chłopami suszącymi na drodze ziarno, uśmiechał się i zagadywał jadące na rowerach chłopki. Dwa razy wysiadł i uciął przyjazną pogawędkę z traktorzystą i starszym chłopem stojącym przy mostku. Nie był wyjątkiem. Wcześniej w sąsiedniej gminie podejmował mnie także jej szef. Przekonany, że sprowadzają mnie interesy, zachęcał do kupna ram do obrazków, warzyw, kur, ziarna, owoców, wszystkiego, co tylko było w jego gminie do sprzedania. Zawiózł mnie do wzorowego hodowcy kur, wychwalał przy nim najlepszych w gminie rolników. Z dumą opowiadał, że jeździ na większość targów w Chinach. Pomaga rolnikom sprzedać zbiory, szuka inwestorów. I znajduje - Tajwańczycy inwestują w drobne warsztaty. W końcu szef gminy z dumą pokazał mi prywatną fabryczkę dywanów uruchomioną dzięki swoim staraniom: w zapyziałym, ciemnym baraku, będącym własnością gminy, czterdziestka dziewcząt w wieku od trzynastu do piętnastu lat siedząc w kucki tkała ręcznie wielkie kobierce z jedwabiu i wełny. Na eksport.

- Dzięki nam mają pracę - powiedział z dumą szef gminy.

- Dziś ideologia liczy się coraz mniej, coraz więcej zaś pieniądze. Na dole władza zaczyna już rozumieć, że w coraz mniejszym stopniu zależy od poparcia z góry, a w coraz większym - od poparcia prostych ludzi. I zaczyna zabiegać o to poparcie - skomentował moje obserwacje profesor Wang Guo.

Wiara

- Życie na wsi to praca od świtu do nocy, chwila wytchnienia podczas obiadu i małe święto wieczornego serialu w telewizji. Przez czterdzieści lat komunizm wykorzenił z chłopów potrzeby duchowe, zniszczył tradycyjne ceremonie i rytuały, które nadawały codziennym chłopskim czynnościom sens duchowy - mówi doktor Wei Xiao, antropolog. Siedzimy w restauracji nad szklaneczką hemijiu, słodkiego wina z czarnego ryżu, i próbujemy podsumować chłopski żywot. Doktor Xiao nie ma złudzeń: po roku 1949 życie duchowe na wsi zostało zamordowane. Partia w ciągu paru lat zamknęła świątynie, klasztory, kapliczki. Kapłani i szamani trafili do więzień i obozów. Mieli szczęście, jeśli po latach uznano ich za zreedukowanych i wypuszczono na wolność.

- Chodź, to dwa kroki! - ciągnie mnie doktor znad hemijiu.

Za rogiem ciasnej, wielkomiejskiej uliczki, w uliczce jeszcze ciaśniejszej, wrzynającej się niczym kanion w kilkupiętrowe kamieniczki, pokazuje mi sklep z materiałami budowlanymi. Robotnicy wynoszą worki cementu, dwóch Chińczyków w białych koszulach wyciąga przez drzwi wejściowe długi pręt zbrojeniowy.

- Widzisz?

Nic szczególnego nie widzę - poza tym, że sklep jest jedynym niskim budyneczkiem wklejonym w szereg wysokich domów. - To świątynia buddyjska. Ocalała, bo jest schowana w wielkim mieście. Te na wsi spalono przed trzydziestu laty.

Wracamy do restauracji, pijemy słabiutkie hemijiu. Doktor Xiao tłumaczy, że największym zagrożeniem dla przyszłości Chin nie są betonowi komuniści w Pekinie, nie jest ukryte, rosnące bezrobocie w miastach, nie są długi państwa i korupcja urzędników, nie jest nawet nadmiar rąk do pracy na wsi. Zagrożeniem jest brak wiary, obcość tradycyjnych rytuałów, erozja autorytetów. Przede wszystkim w mieście, ale też w ostoi tradycji - na wsi.

- Skoro duchowo łączy chłopa z tradycją tak mało, to co stoi na przeszkodzie, by załamał się dawny system wartości i wynikający z niego ład społeczny, na którym bez różnicy wspierały się Chiny cesarskie i komunistyczne? Jak ma współżyć półtora miliarda ludzi, dla których liczy się tylko pieniądz? - pyta.

Przypominam sobie radość Zhou, syna pana Denga, gdy opowiadał, że jego syn, mały Boyan, w przyszłości będzie mógł oddawać cześć zmarłemu ojcu i ocali duchową ciągłość rodu. Ale zaraz przypominam sobie też jedną z wieczornych pogawędek z panem Dengiem. Opowiadał mi, że zaprosił do domu trzech mnichów buddyjskich z pobliskiej wsi, by za parę miesięcy odprawili w największym pokoju, tym z telewizorem, tradycyjne nabożeństwo w intencji zmarłej siostry gospodarza.

- Jesteś buddystą? - spytałem wtedy.

- Nie, skądże.

- Wierzyła siostra?

- Nie.

- To dlaczego zaprosiłeś mnichów?

- Odprawiają bardzo dobre nabożeństwo i są niedrodzy.

- Ale skoro nie wierzysz...

- Nie zaszkodzi. Kto wie, może siostrze na coś się to przyda. A mnisi byli już u mnie kilka miesięcy wcześniej i bardzo nam się to podobało. To bardzo ładne i naprawdę niedrogie nabożeństwo.

Starość

Wygląda na to, że doktor Wei Xiao ma jednak rację. Dawne zwyczaje kruszą się, rozsypują. Czy przed wojną ktoś mógł sobie wyobrazić starość inną niż starość godna i spokojna, we własnym domu, w otoczeniu synów i synowych, troszczących się o sytość i resztki zdrowia, w otoczeniu wnuków i prawnuków, dających dumę i radość?

A teraz mój tłumacz, pan Cheng, z dumą pokazuje mi gminny dom starców i przekłada na niemiecki słowa dyrektora domu, informującego mnie, że w gminie "praktycznie rozwiązano problem starców". No, rozwiązano. Zgrabnie rozwiązano. Stareńcy, pomarszczeni, przygięci pracą do ziemi pensjonariusze stoją w rogu schludnej, przytulnej świetlicy. Niektórzy nawet w maoistowskich mundurkach, dawno już nieobecnych na chińskich ulicach. Na stole świeże kwiaty, na ścianach kilkanaście dyplomów dla dyrekcji za wzorową opiekę nad weteranami. Starcy z rutyną słuchają przemowy powitalnej dyrektora, oglądają dziwactwo natury, czyli mnie, i pomalutku drepcą do swoich schludnych, dwuosobowych pokoików, do swoich wspomnień i do ukochanej telewizji.

Dyrektor, żwawy 65-latek, nie ukrywa, że wzorowy dom starców jest przedsięwzięciem propagandowym. Na wsi chłopi ciągle chcą mieć wielu synów, by opiekowali się nimi na starość. Jeden syn nie da przecież rady. Luksusowe gminne domy starców dla chłopów mają udowodnić, że z pomocą państwa władza gminna zafunduje dzisiejszym dwudziestolatkom starość lepszą, niż zapewnią im, dziś jeszcze nie narodzone, dzieci.

- A skoro tak, to po co ich tyle rodzić? - pyta promiennie dyrektor.

Na ścianie świetlicy wisi wielka tablica. Na niej - mniej więcej trzysta fotografii starych ludzi. Pod każdą - krótki tekst. Pan Cheng wyjaśnia mi, że na tablicę trafia każdy mieszkaniec gminy po skończeniu 75 lat - nawet jeśli pozostaje u rodziny. Te parę zdań pod zdjęciem to adres, informacja o rodzinie i stanie majątku.

- Mamy ich tu wszystkich pod kontrolą, co do jednego - promienieje dumą dyrektor. - Fotografie i informacje są aktualne. Gdyby władze chciały zorganizować jakąś akcję z udziałem starców, to wykonamy ją w parę godzin.

Śmierć

Kiedyś wszystko było proste. Przed stu laty Chińczycy mawiali: "Żeby być szczęśliwym na ziemi, trzeba się urodzić w Suzhou, mieszkać w Kantonie, a umrzeć w Lianzhou".

W pierwszym z tych miast mieszkańcy od wieków słynęli z urody, drugie zawsze sławne było ze zbytku i najlepszej kuchni, w trzecim zaś wyrabiano najlepsze w Chinach trumny.

Dziś nie ma już sławnych trumien z Lianzhou. Władze zakazały uprawy pewnego gatunku drzewa o szczególnie twardym drewnie, z którego wyrabiano najlepsze trumny. Po co trumny, skoro od trzydziestu lat nie wolno grzebać zmarłych? Nie ma miejsca. W miastach ziemia potrzebna pod budowę kolejnych wieżowców, na wsi - pod uprawę. Jeśli widzimy karawan z żałobnikami, którzy czoła przewiązali białymi, szerokimi szarfami, możemy być pewni, że zmierza do najbliższego krematorium.

- To bardzo boli, bo przecież człowiek powinien spocząć tam, gdzie leżą jego przodkowie, powinien wrócić do ziemi, skąd jest jego ród - mówi pan Cheng.

W jego wsi cmentarz to stojący na uboczu spory, ozdobny dom wypełniony niszami na urny z prochami zmarłych. Ale nie wszyscy tam leżą. W zeszłym roku zmarła babcia pana Chenga. Babcia bardzo prosiła, by ją pochować w rodzinnej ziemi, więc pan Cheng uruchomił swoje guansi i załatwił fikcyjne zaświadczenie o urzędowym spaleniu ciała. W nocy najbliżsi przenieśli owiniętą w prześcieradło babcię na pole, przy świetle latarek wykopali głęboki grób i pochowali ją. Rano zatarli ślady, nad grobem wykopali mały kanalik nawadniający. Do domu zmarłych zanieśli pustą urnę. - I nikt we wsi nie wiedział o tajnym, nocnym pogrzebie? Nie doniósł do władz? - dopytuję się.

Pewnie, że niektórzy sąsiedzi wiedzieli, przyznaje pan Cheng. Ale nikt nie chce być po śmierci spalony, wszyscy czują, że miejsce zmarłych jest w ziemi przodków. Po co donosić, kiedy tak naprawdę samemu marzy się o takim pogrzebie, choćby i w ciemną noc, w świetle latarek?

Dwa tygodnie później, południe Chin. Z doktorem Wei patrzymy na małego, pulchnego chłopczyka, który pod okiem matki na malutkim ołtarzyku na skraju miasta, do niedawna jeszcze wsi, pali papierowe modele czarnego chińskiego prosiaka, mercedesa i telefonu komórkowego.

To zaopatrzenie dla zmarłego.

Marco Polo przed siedmioma wiekami zanotował, że "wszyscy krewni, mężczyźni i kobiety, wkładają zgrzebne, konopne szaty na znak żałoby. Z papieru wycinają konie i niewolników, mężczyzn i kobiety, i wielbłądy, i tkaniny pozłociste, pieniądze, wszystko w wielkiej ilości [...] I mówią, że na drugim świecie zmarły mieć będzie to wszystko żywe z ciałem i kośćmi, a pieniądze będą złote".

Widzi pan, doktorze, nic się nie zmienia, wszystko jest takie, jak przed wiekami, zmieniają się tylko rekwizyty, gadam.

Nie, nie, powtarza nad szklaneczką hemijiu doktor Wei, w Chinach nic już nie będzie takie jak kiedyś. 

 

 

 

 

Gazeta Wyborcza - 05/06/1998

 

 

Włodzimierz Kalicki

CHINY cz. 7

NA PIASKU

 

 

Głowy leżały równo, pół metra od ścieżki. Niektórzy nakryci byli po samą szyję gazetami, inni kawałkami dykty i kartonu. Zacinał deszcz. Spali ciasno przytuleni do siebie.

Ruch zaczął się po piątej. Zesztywniali z zimna powoli zgarniali z siebie zawilgłe gazety. Rolowali derki i szmaty, którymi opatulali się pod gazetami, upychali je pod betonową ścianą wieżowca. Niewielki plac budowy zaroił się. Wypełzali spod rumowiska starego, splątanego żelastwa, spod kawałków sklejki leżących przy chodniku, spomiędzy niskich pryzm białych cegieł.

Któryś z przebudzonych rozdmuchał żar w palenisku między cegłami. Po kwadransie kucali w sześcioro wokół malutkiego ogniska. Wyszarzali, ponurzy, skurczeni w sobie. Popijali wrzątek, pogryzali zimne placuszki i ryż z plastikowych pudełeczek.

Robotnicy

Stałem na przystanku w nowoczesnej dzielnicy niedaleko centrum Pekinu. Przez ocieplaną kurtkę przenikał dotkliwy, poranny chłód. Mijały kwadranse, autobus nie nadjeżdżał, taksówki nie zatrzymywały się. Miałem dużo czasu, mogłem przyglądać się życiu robotników budowlanych po drugiej stronie ulicy.

Pod eternitowym daszkiem składowano worki z cementem. Spali w miejscu, skąd wybrano worki. Usypali sobie wysokie na parę centymetrów łóżka z piasku. Nocna zmiana zeszła z rusztowań potężnego wieżowca i rozpoczęła przygotowania do snu. Wyglądało to jak zabawa w piasku: podsypywanie, dosypywanie, uklepywanie. Gdy odjeżdżałem, przestało siąpić, wyszło słońce. Mościli się wyraźnie zadowoleni, przykrywali twarze gazetami. Pół metra obok rządka ich głów skrzypiały taczki popychane przez tych, którzy właśnie wstali.

- Dlaczego oni śpią na ziemi, przecież jest bardzo zimno? - zapytałem tłumacza, pana Chenga.

- Jeszcze nie jest tak źle, naprawdę ciężko będzie im w zimie - odparł.

W zimie, na tej i tysiącach innych budów w Pekinie nic się nie zmieni. Robotnicy, których oglądałem, zjedzą po pracy ryż z odrobiną warzyw, trochę placuszków z ziołami, wypiją herbatę i położą się na ziemi, by dospać do następnej zmiany. Pechowcy spać będą pod gołym niebem, szczęśliwcy pod jakimś daszkiem. Zarabiać będą 400, czasem 600 juanów miesięcznie (od 50 do 75 dolarów). Nie będą tracić pieniędzy na normalny nocleg. Przyjechali do Pekinu, by zaoszczędzić jak najwięcej. Po roku harówki odłożą pewnie dwa, może i trzy tysiące juanów. W Pekinie - przyzwoity grosz. Na wsi, w odległych, wschodnich prowincjach, z których pochodzi większość robotników - majątek.

Łatwo rozpoznać ich w wielkomiejskim zgiełku. Chodzą w najtańszych, wymiętych, zwykle przydużych garniturach. Na lewym rękawie marynarki, parę centymetrów nad mankietem, chińscy producenci obowiązkowo naszywają dużą, prostokątną metkę. Prowincjusze nie odpruwają jej, obnoszą metkę z dumą, nie bacząc na szydercze spojrzenia rodowitych mieszkańców Pekinu. W autobusie widziałem starszego robotnika, który ślinił palec i starannie czyścił metkę na rękawie. Reszta pobrudzonego rękawa nie interesowała go.

Eleganci spośród prowincjuszy naszywają sobie dodatkową metkę. Rekordzista, na którego natknąłem się w Pekinie, miał trzy. Do garnituru najchętniej noszą chińskie kopie adidasów lub trampki. Kilka razy widziałem robotników w garniturach i młodzieżowych płóciennych korkach do piłki nożnej.

- A cóż to za dziwna moda?

- To bardzo praktyczne buty, są tanie, a w zimie prawie nie marzną w nich stopy, bo nie ciągnie od ziemi - objaśnił mnie pan Cheng.

Robotnicy ze wsi nie mają w miastach praktycznie żadnych praw. Są tam nielegalnie.

- Mają kiepski hukou - mówi pan Cheng.

Kiepski hukou to kiepski, czyli wiejski meldunek. Hukou jest formą przypisania Chińczyka do ziemi, sposobem władz na ukrócenie migracji ludzi ze wsi do miast, na zatrzymanie ich na prowincji. Jeśli masz hukou na wsi - to znaczy, że do końca życia masz pozostać na tej wsi. Masz hukou w małym miasteczku - to znaczy, że nie masz prawa szukać szczęścia w wielkim mieście, nie mówiąc o największych, zamkniętych metropoliach w rodzaju Pekinu, Szanghaju czy Kantonu.

Do niedawna pochodząca ze wsi żona mieszkańca wielkiego miasta nawet kilkanaście lat po ślubie nie miała szans na zameldowanie w mieszkaniu męża. Ich dzieci - też. Hukou bowiem dziedziczy się po matce.

Kiepski hukou to kiepskie życie. Bez zameldowania nie można legalnie pracować, nawet w firmach prywatnych i zagranicznych.

Ale nie tylko hukou ma przywiązać Chińczyka do ziemi. Każdy Chińczyk jest przypisany do danwei, jednostki pracy. Danwei to nie tylko firma, to zamknięty mikrokosmos, z którego pracownik nie powinien samowolnie się wychylać.

Danwei daje pracę i mieszkanie, wypłaca pensję, prowadzi żłobek, przedszkole, stołówkę, przychodnię lekarską, ośrodek wypoczynkowy. Danwei organizuje zbiorowe zabawy pracownicze i kontroluje okres pracownic, by podstępnie nie zaszły w nielegalną ciążę. Danwei wyraża zgodę na awans i na dokształcanie się, na małżeństwo swojego członka i na jego rozwód. Nie tak dawno jeszcze, w czasach kartek i przydziałów, danwei dostarczał wszystkiego, czego nie było w sklepach. A nie było w nich nic.

Idąc do pierwszej w życiu państwowej pracy, jednocześnie trafia się do swego danwei. Jeśli za jego zgodą pracownik przechodzi do innej firmy państwowej lub do urzędu - nowe miejsce pracy staje się jego nowym danwei. Jeśli pracownik przechodzi do firmy prywatnej, pozostaje w państwowym danwei.

Wszystkie urzędowe dokumenty dotyczące życia i pracy Chińczyka znajdują się w tych dwóch miejscach - hukou i danwei. Państwowe firmy z trudem utrzymują się dziś na rynku, nie są w stanie wypłacać przyzwoitych pensji, często stoją na skraju bankructwa, ale ciągle mają wielką władzę nad swoimi pracownikami. Choćby hukou i danwei Chińczyka były dwa albo i trzy tysiące kilometrów od rzeczywistego miejsca jego zamieszkania i pracy, ciągle jeszcze bez ich opinii nie może on ożenić się ani rozwieść, nie może dostać paszportu ani pożyczki w banku.

- Danwei to byt pojedynczy albo zbiorowy - opowiada doktor Wei Xiao, antropolog.

Inżynierowie, technicy, panie urzędniczki mają w danwei papiery indywidualne. Prości robotnicy nawet w biurokratycznej dokumentacji najczęściej pozostają bezimienną masą. Ich życie zapisywane jest w papierach zbiorowych wspólnie z losami innych robotników, których akurat tego samego dnia przyjmowano do pracy w danwei.

- To są prawdziwi niewolnicy, przykuci do gromady innych niewolników - mówi doktor Wei.

Papierów takich nie można bowiem rozpisać na dokumenty indywidualne, nie sposób więc wyciągnąć swoją dokumentację i przesłać ją do nowego danwei.

Szczególnie skrupulatnej kontroli podlegają mieszkańcy wsi. Wiejska komuna była przecież przed laty zarówno miejscem zameldowania, jak i pracy.

- Komuny zniknęły, ale na wsi w systemie hukou i danwei nic się nie zmieniło. Indywidualny chłop jest przecież w sensie prawnym pracownikiem państwowym, pracuje na państwowej ziemi, przez państwo udostępnionej mu do użytkowania - wyjaśnia doktor Wei.

Pod koniec pobytu we wsi pana Denga dowiedziałem się, że rozpoczął się pobór rekrutów do Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.

- Gdzie jest komisja poborowa? - spytałem syna pana Denga, pana Zhou.

- We wsi, w domu spotkań.

- To chodźmy ją obejrzeć.

Ale on się wykręcał. Mówił, że to niebezpieczne, że obcy w pobliżu komisji obudzi czujność wiejskich notabli. Skoro już tu jestem, obnoszę się ostentacyjnie, zaglądam w wiejskie zakamarki i zagaduję obcych, skoro zatem najwyraźniej nie ukrywam się, to znaczy, że wolno mi być we wsi i zachowywać się tak, jak się zachowuję. Ale chodzenie do komisji poborowej? Nie, to ryzykowne.

Upierałem się i dopiero pan Deng przekonał mnie, że nie warto:

- Tam nie ma nic do oglądania. Na wyznaczoną godzinę kolejno, pojedynczo przychodzą chętni i rozmawiają z komisją. To trwa parę dni, bo chętnych jest zawsze kilkudziesięciu, w niektórych latach nawet stu. Potem komisja radzi i wybiera zwykle dwóch szczęśliwców, którzy mogą napisać listy do komisji poborowej w gminie. Gminna komisja rozpatruje podania ze wszystkich wsi w gminie i wybiera jednego lub dwóch najlepszych kandydatów, których podania przesyła wyżej, do komisji powiatowej. Może do któregoś z nich uśmiechnie się szczęście i zostanie żołnierzem?

Na koniec pan Deng wykonał ręką płynny, mgławicowy ruch, który nie pozostawiał wątpliwości: do armii i tak nie pójdą naprawdę najlepsi z ubiegających się, ale ci, którzy mają wystarczająco mocne guansi.

Dlaczego jednak wszyscy chłopcy we wsi chcą być żołnierzami?

- Jeśli będą mieli szczęście, zrobią tam kursy kierowców ciężarówek albo koparek. Taki kurs kosztuje w mieście majątek, prawie trzy tysiące juanów. A przede wszystkim po odsłużeniu wojska dostaną prawo do zameldowania się w mieście - wyjaśnia pan Deng.

Wojsko to szansa na nowy, dobry hukou, to tak naprawdę jedyna droga legalnego wyrwania się ze wsi do miasta. Trudno przecież liczyć na to, że przeciętny chłopski syn zdobędzie indeks wyższej uczelni, a po studiach szczęście dopisze mu jeszcze raz i władze nie dadzą mu nakazu pracy na wsi.

Jeśli ma się kiepski, wiejski hukou, do pracy w dużym mieście jedzie się nielegalnie. Ostatnio nie jest to tak trudne, jak przed kilkunastu laty. Szef wiejskiego czy małomiasteczkowego danwei chętnie przymknie oko na zniknięcie pracownika, który w dokumentacji staje się martwą duszą. Wtedy można wziąć sobie jego pensję, premię, można na jego nazwisko przyznać sobie wczasy. Nielegalnych pracowników powinna ścigać w miastach policja, ujawniać powinny władze. Nic łatwiejszego: gnieżdżą się na zapleczach restauracji i szwalni, śpią na budowach. Mimo gromkich zapowiedzi centralnych władz w telewizji i w gazetach - nikt ich nie kontroluje, nie łapie, nie karze. Czasami policja zorganizuje akcję sprawdzania pozwoleń na pracę kelnerek czy szwaczek. Widocznych na każdym kroku nielegalnych robotników budowlanych, zatrudnianych zresztą często przez państwowe firmy, władze niższego szczebla zostawiły w spokoju. No, bo kto zbuduje nowe Chiny?

Chiny to gigantyczny plac budowy. W miasteczkach gminnych i powiatowych, w miastach dużych i małych, w największych metropoliach, trwa festiwal, orgia, szał budowania. Znikają stare, niskie domy, na ich miejscu wyrastają fantazyjnie zaprojektowane betonowe pudła, wieże, rotundy, pojawiają się bryły rozbuchane, asymetryczne, wylewające się z regularnej formy jak ciasto z dzieży, bryły udające okręty na oceanie lub płatki kwiatu. Niektóre budowle zdobione są gigantycznymi, betonowymi ni to ogonami, ni to grzebieniami, niczym niektóre z domów Antonia Gaudiego, inne przykryte są wieżyczkami rodem z kreskówek Disneya. Wariacje wokół klasyki Bauhausu sąsiadują z fasadami prezentującymi się jak pastisz filmowej inscenizacji Gotham City. Rzadko, bardzo rzadko architekci dokładają do betonowych gigantów imitacje klasycznych detali, jak gięty tradycyjny daszek. Nowa chińska architektura nie ma żadnych kompleksów estetycznych i jest bezlitośnie żarłoczna - stare domy wyburza się jeden po drugim. W Chinach jest miejsce tylko dla betonowej nowoczesności. W gminach ma ona trzy piętra, w większych miastach zwykle jest o piętro czy dwa wyższa, w miastach dużych wybujała bez ograniczeń, na pięter kilkanaście, kilkadziesiąt. W Pekinie gigantyczne wieżowce banków i firm ubezpieczeniowych, biurowce i hotele dosłownie pożerają hutungi, stare dzielnice mieszkaniowe. Nazajutrz po przylocie z Polski włóczyłem się trochę po jednym z nich. Blisko placu Tiananmen, w samym centrum Pekinu, wystarczyło skręcić z szerokiej, handlowej ulicy ze starą, trzypiętrową zabudową, w którąś z wąskich, mrocznych bram, by znaleźć się w innym świecie. W świecie uliczek szerokich na metr, góra półtora, z rynsztokiem pośrodku, splątanych w niepokojący labirynt. W świecie małych parterowych domków z nie otynkowanej cegły, w których każdą izbę zamieszkuje po kilkanaście osób. W świecie mikroskopijnych, otoczonych ceglanym murem podwóreczek, z obowiązkowym starym drzewem i prymitywną ubikacją.

Po dwóch miesiącach zaszedłem tam, szukając drewnianych szczypczyków do tradycyjnego parzenia chińskiej herbaty. Nie było herbacianego sklepiku, nie było hutungu. Było kilka dźwigów i robotnicy zalewający betonem strop pierwszego piętra wielkiego centrum handlowego.

Później w Kantonie z bezsilną złością patrzyłem na śliczne fasady kolonialnych domów w okolicach wyspy Shamian, dziewiętnastowiecznej angielsko-francuskiej enklawy kolonialnej. Na fasadach wielu z nich zapisany był już wyrok; charakterystyczny hieroglif malowany czarną farbą na tynku informował, że piękne, nieźle zachowane domy przeznaczone są do rozbiórki. Nad ich dachami błyszczały już zielonkawe hełmy szklanych wieżowców.

Jest w tej wszechobecnej inwazji betonu, na prowincji, nie wiedzieć czemu, wykładanego z maniakalnym uporem niewielkimi, białymi płytkami ceramicznymi, w metropoliach zaś inkrustowanego szkłem, jest w tej inwazji siła, fantazja, pieniądz i determinacja, by dogonić i przegonić świat w jego postmodernistycznym dziwactwie.

Nie ma tylko tradycji. Nie ma Chin. Tych dawnych Chin, których z zapałem szukają biali entuzjaści.

Nowe Chiny budują uciekinierzy ze wsi. Robotnicy doskonali. Pracują bez wytchnienia, w nadgodzinach, nie żądają ubezpieczeń, nie domagają się podwyżek, nie strajkują. Skrajnie wymęczeni pracą nie biorą urlopu, wracają na wieś.

- Nikt nie wie, ilu ich pracuje w miastach. Władze szacują, że 15 proc. ludności miast to nielegalni uciekinierzy ze wsi, ale w wielkich miastach jest ich znacznie więcej. W Pekinie szacuje się, że jest ich pięć milionów. U nas, w całej prowincji Guangdong, jest ich podobno niemal 12 milionów. To znaczy, że co szósty mieszkaniec prowincji przyjechał ostatnio ze wsi, z innych prowincji, i nie ma u nas hukou. W samym Kantonie co drugi robotnik pracuje na czarno - mówi profesor socjologii, pan Lu Xun.

Starzy robotnicy przestają patrzyć na przybyszów z prowincji z pogardą i wyższością.

Jeszcze niedawno zarabiali przynajmniej dwa razy więcej od pracujących na czarno i zasypiali we własnych łóżkach z błogą świadomością, że tak już będzie zawsze, aż do emerytury. Dziś państwowe zakłady zagrożone niewypłacalnością i upadkiem ratują się wszelkimi sposobami. W fabryce części do ciągników rolniczych w prowincji Anhui pracuje brat doktora Wei. Rolnicy wolą kupować inne ciągniki; zamówienia i produkcja części spadają. Dyrektor zarządził więc, że robotnicy mają przychodzić do pracy tylko wtedy, gdy nadejdzie zamówienie na nowe części. Ostatnio brat doktora pracuje już tylko dwa razy w tygodniu i dostaje wypłatę jedynie za osiem dni przepracowanych w ciągu miesiąca. Sto sześćdziesiąt juanów z trudem starcza na domowe opłaty.

W wielu fabrykach na południu dyrekcje usiłują obniżyć koszty. Zawyżają normy, wprowadzają wewnętrzne regulaminy płac. Są one tak pomyślane, że robotnicy nie są w stanie zdobyć premii, bez przerwy za to karani są potrąceniami. Za stanie przy maszynie w nieprawidłowej pozie, za niedostatek ogólnego entuzjazmu, za nieuprzejmą odpowiedź szefowi, za cokolwiek.

- Robotnik może przekroczyć plan produkcji i dostać połowę pensji, gdyż przekroczył go nieuprzejmie, w dodatku stojąc w nieprawidłowej pozycji - śmieje się gorzko profesor Lu Xun. Nikt nie broni robotników. Działacze związkowi w zakładach pracy, władze miast i prowincji milczą, bo boją się, że wyższe płace spowodować mogą bankructwo i upadłość fabryk.

- Od paru lat coraz mniej wiemy, co się dzieje w fabrykach. Dyrekcje często zabraniają robotnikom rozmawiać z kimkolwiek o wewnętrznych regulaminach pracy i o zarobkach, a sami robotnicy boją się nas, bo myślą, że tak naprawdę jesteśmy policją pracy i pod pozorem badań naukowych szukamy zatrudnionych na czarno - skarżył się doktorowi Wei jeden z kilku socjologów tworzących komórkę badań społecznych przy zarządzie związków zawodowych w Kantonie.

Więcej badacze mogą się dowiedzieć dopiero w czasie strajku, kiedy robotnicy stają się nieco rozmowniejsi.

Strajkują tak jak chłopi: delegaci spokojnie, rozważnie sadowią się przed dyrekcją lub urzędem i zgłaszają swe postulaty, dbając o to, by władza nie straciła twarzy, bo dopiero wtedy będzie musiała sięgnąć po represje.

Strajki są nielegalne, więc władze mówią o spotkaniach robotników, o wiecach pracowników, o dyskusji w kolektywie pracowniczym. I dają strajkującym kilka dni urlopu. Strajk zamienia się w wypoczynek, który kolektyw dobrowolnie przeznaczył na dyskusję nad doskonaleniem organizacji pracy w swoim zakładzie.

Władze nie mogą prześladować strajkujących, skoro domagają się oni rzeczy słusznych: by partia zadbała o dobrą organizację pracy w zakładzie, by robotników nie zwalniano z pracy, by za pensję można było wyżyć do pierwszego. Ale partia akurat tego zagwarantować już nie może. Ponad 70 proc. państwowych firm jest deficytowych i egzystuje dzięki gigantycznym dotacjom państwa. Partia wskazuje zatem na dyrekcje - to one odpowiadają za pracowników.

Dyrekcje także rozkładają ręce: nie ma pieniędzy, dotacje się kończą, grozi bankructwo. Dyrekcje płacą coraz mniej. Wysyłają na przymusowe urlopy. Zwalniają.

Bezrobotni

Zachodni ekonomiści szacują, że co piąty ze stu kilkunastu milionów robotników w miastach stracił pracę.

Pekin robi wszystko, by bezrobotnych było jak najmniej. Przynajmniej na papierze. Dyrekcjom fabryk zaleca się, by zamiast zwalniać z pracy, wysyłały zbędnych robotników na przymusowe, bezterminowe urlopy. A tych, którzy pracę stracili nieodwołalnie, nie nazywa się bezrobotnymi. "Oczekujący na pracę", "przesunięty ze stanowiska produkcyjnego" - to brzmi lepiej. Brzmi lepiej, ale nie zmienia faktu, że nie ma za co żyć.

Trzeci raz mam jechać do centrum rowerową rikszą i znów wybieram rikszę prowadzoną przez starszą, zniszczoną kobietę po czterdziestce. Gdy ulica lekko idzie w górę, kobieta pedałuje z najwyższym trudem, stając na pedałach. Jedziemy wolniutko, przechodnie na chodniku poruszają się szybciej. Chcę wysiąść na chwilę, ulżyć rikszarce, ale ona wpada w popłoch i pedałuje z rozpaczliwą zaciętością. Pan Cheng powstrzymuje mnie:

- Nie denerwuj jej, ona się boi, że źle pracuje i straci zarobek.

Płacę sześć juanów, grosze. Proszę pana Chenga, by wypytał rikszarkę, jak jej się to opłaca.

Marnie, opowiada, mało klientów chce z nią jechać. Wolą rikszarzy, silniejszych, z którymi jedzie się szybciej. Musi dla zachęty wykrzykiwać niższą cenę, a wtedy rikszarze są na nią źli, że psuje im interes. Trzysta juanów - to dobry miesiąc. W fabryce części elektronicznych brak zamówień, urlop i 80 juanów na miesiąc. Na razie musi się utrzymać z rikszy, opowiada panu Chengowi, a potem otwiera przenośne stoisko z ciuchami. Nie ma wyjścia, jej mąż też wkrótce zostanie bez pracy.

Biznesmeni

Lekcję prawdziwego robienia interesów odebrałem na dworcu autobusowym w Tai'an. Siedziałem sam na końcu niedużego autobusu, czekałem na odjazd. Tam zauważyła mnie sprzedawczyni wody mineralnej. Weszła, pokazała butelkę za cztery juany. Odmówiłem - w kiosku trzydzieści metrów dalej ta sama woda kosztowała trzy juany. Poprosiła, bym jednak kupił. Ja - nie. Poprosiła głośniej. Nie. Pobiegła do kiosku, wymieniła butelkę na wodę innej marki. Nie. Położyła mi ją na kolanach. Odłożyłem na sąsiednie siedzenie, bo nie chciała wziąć z powrotem. Wyszła, odetchnąłem. Na dworze zakradła się pod uchylone okienko, wsadziła flaszkę do bocznej kieszeni mego plecaka i już po chwili stała w środku i żądała czterech juanów. Odłożyłem butelkę na sąsiednie siedzenie. Krzyknęła. Odwróciłem się w drugą stronę. Popatrzyła na mnie prosząco, na migi pokazała, że jest biedna. Opuściłem głowę. Usiadła obok, flaszkę w wyciągniętej ręce wycelowała we mnie jak pistolet. Po pięciu minutach złamałem się, kupiłem. Nawet się nie uśmiechnęła. Usiadła na krawężniku, stara, zmęczona, jakby dwa razy mniejsza. Gdy wreszcie pojawił się następny pasażer, zerwała się i po chwili stanęła przed nim z uśmiechem i nową butelką kupioną w kiosku.

- Tak się robi interesy, gdy nie ma kapitału ani guansi. Komu zabraknie sił, ten przepadnie - skomentował później doktor Wei Xiao. O sukces walczyć trzeba z potopem konkurentów. W każdym mieście wzdłuż trotuarów ciągną się setki, tysiące stoisk z konfekcją. W całych Chinach zarejestrowanych jest bodaj 1,8 miliona restauracji i jadłodajni.

Pierwszym krokiem do szczęścia jest przydrożna, opalana węglem beczka do smażenia placuszków, stragan do handlu dżinsami i podkoszulkami, riksza rowerowa.

Gdy pracuje się dwanaście, czternaście godzin dziennie, z dwiema półgodzinnymi przerwami na posiłki, gdy odkłada się każdego juana, gdy uśmiechnie się los - wtedy można pomyśleć o większym szczęściu: o małej restauracji, o rikszy motocyklowej, o sklepiku spożywczym.

Jeśli nie dostanie się zawrotu głowy od sukcesu, jeśli dalej każdy juan trafiać będzie do skarpetki, przyjdzie czas na duże szczęście: porządną restaurację, duży sklep, taksówkę, zdezelowany autobus podmiejski.

- A wtedy już rośnie samo, ludzie pracują, trzeba tylko ich pilnować - mówi syn właściciela kantońskiej restauracyjki, w której zwykle jadałem kolację: fantastycznie usmażone, kruche macki ośmiornic z solą i ostrym sosem. Wie, co mówi. Jego rodzice od kilku lat nie mogą przeskoczyć tej magicznej granicy dochodów, powyżej której dochody rosną same.

- Prostym ludziom, którzy u nas jedzą, zaczyna już brakować pieniędzy, chociaż cen w ogóle nie zmieniamy - mówi ze smutkiem. Inflacja w Chinach jest minimalna, juan traci rocznie na wartości raptem parę procent, ale wszyscy zgodnie narzekają, że coraz trudniej go zarobić.

Ci, którzy przeskoczyli magiczną granicę, za którą juan sam rodzi następnego juana, są milionerami. Przed pięciu laty chiński Ośrodek Badań i Rozwoju ogłosił, że w Chinach jest ponad milion milionerów. Milion juanów to około 125 tys. dolarów.

Gdy opowiadam o tych rewelacjach architektowi, panu Hua, ten wybucha głośnym śmiechem. Milion dolarowych chińskich milionerów - to już lepiej, to bliżej prawdy, choć ciągle za mało. W Chinach jest już mnóstwo dolarowych miliarderów, zapewnia.

- W moim mieście jest 200 tys. mieszkańców, a ja sam wiem o kilkunastu prawdziwych, dolarowych milionerach - mówi. Gdzie ich znaleźć, jak z nimi porozmawiać? Ba, kłopot w tym, że są niewidoczni. Tylko w Pekinie i Szanghaju nowi bogacze jeżdżą wielkimi, importowanymi samochodami terenowymi albo limuzynami BMW i Mercedesa, zadają szyku najdroższymi garniturami włoskich mistrzów mody i nie rozstają się z młodymi, ładnymi sekretarkami (jest już zresztą taka modna gra słów, pod dźwięki oznaczające "mała, ładna sekretarka" można podłożyć trochę inne hieroglify i wychodzi "mała, młoda, słodka", tłumaczy, mrużąc oko, pan Hua).

Na prowincji milionerzy są ostrożni. Ci, którzy współpracują z państwowymi fabrykami lub urzędami, starają się wyglądać skromniej od dyrektorów i urzędników. Po co drażnić smoka? Dwaj mężczyźni koło czterdziestki, którzy wczesnym rankiem witają mnie w ozdobnej bramie wielkiego gospodarstwa ogrodniczego w prowincji Zhejiang, prezentują się niewiele lepiej od ulicznych sprzedawców łakoci. Niedrogie, wymięte garnitury, zadeptane mokasyny, zmęczone, poszarzałe twarze, zniszczone zęby. Tylko japońskie, pozłacane zegarki zdradzają, że do obu panów uśmiechnęła się fortuna. Niepozorni panowie zarządzają wzorowym ogrodnictwem należącym do gminy. Ich podwładni pielęgnują rosnące na kilkudziesięciu hektarach hibiskusy, preparują ich sadzonki i przygotowują je do wysłania do Niemiec i Holandii. Eksport hibiskusów do Europy to prawdziwa żyła złota, ale dwaj szefowie ogrodnictwa wyciskają juany ze wszystkiego, z czego się tylko da. Wiosną, na przełomie kwietnia i maja, gdy hibiskusowe pola zakwitają, organizują wycieczki mieszkańców z pobliskiego miasta. Za przyjemność podziwiania bezkresnych połaci hibiskusowych kwiatów każą płacić słono, bo aż 20 juanów.

Obu panom udało się zdobyć duże kontrakty eksportowe i w ciągu paru lat stali się jednymi z bogatszych ludzi w gminie.

- Zarabiają po 3 miliony juanów rocznie - powiedział z uznaniem pan Cheng.

Na rozmowy o hibiskusach i biznesie umówiliśmy się wieczorem w restauracji. Przyjechali w tych samych wymiętych garniturach, na starym, zdezelowanym motocyklu. Prowincjonalni milionerzy ubierają się byle jak, jeżdżą santanami, takimi samymi, jakie przysługują urzędnikom, mieszkają w nowych osiedlach niepozornych, małych domków z nie otynkowanej cegły, budowanych na przedmieściach na wzór starych hutungów. Ale w środku, opowiada architekt, w środku lśnią włoskie marmury, złote armatury łazienkowe, najdroższe europejskie meble i japońskie luksusowe telewizory.

W tym niewielkim mieście, zapewnia pan Hua, w obskurnych domach w starym centrum, poukrywane są luksusowe kluby, w których można zjeść bajkowe potrawy z dawnych cesarskich jadłospisów, spędzić wieczór z pięknymi dziewczętami, dopieszczać swoje guansi i omawiać naprawdę wielkie interesy.

Bo juanów nigdy nie jest dość, mówi syn właściciela kantońskiej knajpki z najlepszymi mackami ośmiornic na krucho. Nigdy.

Jest młody, skończył niedawno dobre kantońskie liceum, świetnie mówi po angielsku. Razem z siostrą pomaga rodzicom prowadzić knajpkę, żyje sobie wygodnie i wesoło, co chwilę znika z knajpki wraz z kolegami, ale ciągle myśli o dużym interesie i dużych pieniądzach. Półtora roku temu oszczędzone przy rodzicach pięć tysięcy juanów zainwestował w giełdę w specjalnej strefie ekonomicznej Shenzen.

- Nie znałem się na giełdzie, kupowałem akcje spółek komputerowych i firm związanych z telekomunikacją, bo informatyka i łączność rozwijają się najszybciej - opowiada.

Szybko zarobił 20 tysięcy juanów, zaczął inwestować pożyczone pieniądze. A potem przyszła bessa, ceny spadły, pieniądze przepadły.

- Akcje to oszustwo, bezpieczny jest tylko własny interes - powtarza. Tak, tak, dodaje, zaraz trzeba będzie wziąć się do interesów na serio, bo ma już dwadzieścia lat, a jeszcze nie jest bogaty.

- Moje pokolenie to już ostatnie pokolenie Chińczyków, któremu chodzi w życiu o coś więcej niż pieniądze, które chce w świecie zostawić po sobie dobry ślad - mówi z goryczą doktor Wei Xiao, trzydziestolatek.

Teraz, tłumaczy pan doktor, nawet studenci uczą się, bo chcą być bogaci. Wiedza daje spełnienie, poczucie harmonii i sensu już tylko bardzo nielicznym.

- Wszyscy uważają intelektualistów za nieudaczników, którzy się wymądrzają, bo nie potrafią zarabiać - narzeka doktor Wei i opowiada, że za generalissimusa Chiang Kai-sheka wykładowca uniwersytetu mógł ze swej pensji utrzymać dziesięcioosobową rodzinę, zaś pensja profesora wystarczała, by dostatnie życie zapewnić ponad 40 osobom.

A dziś? Dziś rektor i profesorowie wydziału ekonomicznego jeżdżą najdroższymi mercedesami, bo większość swego czasu spędzają poza uczelnią, jako doradcy i członkowie zarządów wielkich firm, a profesorowie historii dojeżdżają do pracy na rowerach. Na ekonomię, prawo, anglistykę nie sposób dostać się bez poparcia silnego guansi, bo dyplomy tych wydziałów są przepustkami do wielkich pieniędzy. Humanistami nawet na uczelni pogardza się. Biedni. Doszło do tego, że w zamożniejszych rodzinach ojcowie nie chcą słyszeć o małżeństwie córki z antropologiem albo historykiem, narzeka doktor Wei.

Gryzę ośmiorniczą łapę i tak całkiem obojętnie pytam syna właściciela knajpki o trzy najważniejsze rzeczy w życiu.

Najważniejsze są pieniądze, odpowiada szybko. Potem, mruczy z namysłem, potem zdrowie, no ale zdrowie można mieć za pieniądze, czyli znowu - pieniądze. A na trzecim miejscu, uśmiecha się, miłość, prawdziwa miłość. Ale, mruczy, bez pieniędzy nie ma miłości, wielka miłość to wielkie pieniądze.

Naprawdę wielkie pieniądze dają szansę na miłość, na bezpieczeństwo, na zbudowanie potężnego guansi i na to, by żyć nie jak mandaryn, ale jak cesarz. - W Pekinie, w Szanghaju, w Kantonie są kluby, w których potrawy posypuje się proszkiem ze złota i z najlepszych pereł, żeby były wielokrotnie droższe. Tam za wielkie pieniądze można zamówić sobie najładniejsze dziewczęta z całego świata albo znane chińskie modelki i aktorki. Tam można zażyć rozkoszy, o jakich biali nawet nie słyszeli.

- Tak, Chiny to najpiękniejszy kraj na ziemi - mówi spoglądając na zapyziałą restaurację, w której siedzimy, na handlarzy ciuchami na chodniku i dalej jeszcze, na dławiący spalinami kłąb motorynek i motocykli. - Trzeba tylko mieć bardzo, bardzo dużo juanów.

 

 

 

 

Gazeta Wyborcza - 12/06/1998

 

 

Włodzimierz Kalicki

CHINY 8

Czas złotej ryby

 

 

Była dziwna. Coś niepokoiło mnie w jej twarzy. Im dłużej się w nią wpatrywałem, tym bardziej wydawała mi się nie na miejscu. Pot ściekał mi z czoła, plecy gięły się pod plecakiem, a ja stałem na środku chodnika i ponad głowami przechodniów wpijałem wzrok w jej oczy.

Oczy! Jak mogłem nie zauważyć od razu - oczy miała proste, europejskiego kroju. Przeszedłem kilka kroków, popatrzyłem w oczy jej sąsiadki. Miała proste. Parę kroków dalej, sąsiadka - też proste. Jeszcze trochę w bok, następna - proste. Po drugiej stronie ulicy - to samo.

Zdjąłem plecak, wszedłem do środka. Delikatnie obmacałem nóżkę prostookiej ślicznotki, ale nie znalazłem żadnego znaku. Nie obchodziło mnie napięte milczenie obsługi i klientów. Podniosłem spódniczkę i znalazłem to, czego szukałem. Hieroglif chińskiego producenta.

Wszystkie damskie manekiny przy długiej, handlowej ulicy z butikami, takiej Chmielnej Kantonu, miały europejskie oczy. I wszystkie wyprodukowano w Chinach.

Żyrafy

Trzy tysiące kilometrów na północ, w Pekinie, damskie manekiny także miały proste oczy. I w wielkim mieście Tai'an, i w dwustutysięcznym, cokolwiek zapyziałym H. w prowincji Zhejiang - to samo.

- Nie ma się czemu dziwić, Chinki marzą o prostych oczach, to znak światowego szyku - wzrusza ramionami tłumacz, pan Cheng.

- Cóż, jak to kobiety, marzą zawsze o tym, czego poskąpiła im natura - mruczę sentencjonalnie. - Europejki znowu dałyby dużo, by mieć skośne, chińskie oczka.

- Na południu Chinki chcą mieć proste oczy, bo naoglądały się białych aktorek w telewizji - twierdzi pan Cheng.

Tu, w Kantonie, oglądanie telewizji z Hongkongu nie było żadnym problemem, opowiada pan Cheng. Młode Chinki patrzyły na zachodnie filmy i nauczyły się, że w życiu kobiety cztery rzeczy są najważniejsze: pieniądze, miłość, proste oczy i duży biust. A tak naprawdę ważne są tylko proste oczy i duże piersi, bo dzięki nim dziewczyna zazna i wielkiej miłości, i wielkiego bogactwa.

Natura poskąpiła im jednak wymarzonego kształtu oka i wyśnionej wielkości biustu. W Kantonie chłopcy z zapartym tchem oglądali w "Słonecznym patrolu" Pamelę Anderson, więc żółte dziewczęta o chłopięcej sylwetce gnębi dotkliwy stres.

- Już zatem kształty chińskich dziewcząt nie odpowiadają chińskim chłopcom? - dopytuję doktora Wei Xiao, antropologa z Fujian. A doktor, antropolog i zasłużony kawaler w jednej osobie, uśmiecha się przebiegle i powiada, że nie są mu znane porządne badania w tej kwestii, ale, na jego wyczucie, oczekiwania chińskich młodzieńców, zwłaszcza w największych miastach, rosną.

Nie trzeba być naukowcem, by dostrzec, że w Kantonie, z racji sąsiedztwa z Hongkongiem, od dawna najbardziej otwartym na Zachód mieście Chin, tradycyjny kanon urody odchodzi w przeszłość. Okrągła buzia, regularne rysy, nosek tak ukształtowany, by nozdrza nie były widoczne - to już dziś za mało. W kantońskich butikach oszałamia wybór powiększających biustonoszy. O dwa, trzy numery. Drogie kliniki oferują operacje powiększania biustu i prostowania oczu.

Kobiety błyskawicznie zmieniają tradycyjne gusta i marzenia, mówi doktor Wei. Kantońskie studentki, z ostrym makijażem, w dżinsach, w butach na grubej podeszwie i z kolorowymi plecaczkami wyglądają tak samo, jak dziewczęta na Krakowskim Przedmieściu. W czasie ślubu Chinki chcą być ognistymi Hiszpankami, Cygankami lub przynajmniej europejskimi hrabinami. W dziesiątkach wypożyczalni sukien ślubnych królują ogniście czerwone suknie z falbankami, cygańskie kiecki okraszone morzem cekinów, białe i słodkoróżowe kreacje z woalką i europejskim kapelusikiem. Tradycyjne kimona są w odwrocie, zepchnięte na boki witryn.

Coraz częściej Chinki wymuszają na swych zamożnych mężach, by kupowali zachodnie meble. W dużym supermarkecie sprzedawca opowiadał mi, że błyskawicznie rośnie sprzedaż damskiego sprzętu do fitnessu.

Telewizyjny świat chińskiej reklamy niczym nie różni się od teleświatka kobiet w Europie. W prowincjonalnym programie telewizyjnym co godzina, przez kilka minut, nadobne Chinki potrząsały lśniącymi włosami i zapewniały mnie, że to zasługa szamponu Head and Shoulders. Nastolatki cieszyły się, że nie mają już łupieżu na połowie głowy. Jedne panie szarpały policzki, twierdząc, że skórę mają gładką dzięki kremom z liposomami, inne skórę miały gładką, bo wcierały w nią ceramidy. Skośnooki, zatroskany pan doktor stukał łyżeczką w jajko, do połowy wyszorowane nową, rewelacyjną pastą do zębów znanej i u nas marki.

W tym światowym towarzystwie chińskie były jedynie ziołowe pigułki na kaszel.

Chinki patrzą i kupują. W Szanghaju firmowe salony pospiesznie otwierają wszyscy wielcy świata mody i kosmetyków.

Panowie zachłystują się światem we własnym, męskim towarzystwie. Trzeba mieć naprawdę dobre guansi, by dostać się do klubu golfowego, mówi profesor socjologii Lu Xun. Za dużo chętnych. Nie zniechęcają ich astronomiczne ceny kart członkowskich. Podczas turniejów golfowych widzowie płacą za karty wstępu ponad 1000 juanów, więcej niż nie najgorszą miesięczną pensję. Trybuny są pełne.

Prawdziwym szaleństwem, które od paru lat zawładnęło zamożniejszymi Chińczykami, są kręgle. Zaczęło się na południu, w prowincjach Guandong i Fujian. Moda na kręgle przywędrowała tam z Hongkongu i Tajwanu, ale błyskawicznie dotarła do większości miast. Dziś w Chinach czynnych jest niemal 10 tysięcy kręgielni, a co tydzień przybywa parę nowych. Światowi kręglarscy potentaci, Brunswick i AMF, budują gigantyczne centra, kuszą fosforyzowanymi, błyszczącymi kulami i torami, które zachwycają Chińczyków. I Chińczycy płacą 30 juanów za jedną grę. Ci, dla których to za drogo, czekają do późna w nocy, gdy ceny spadają o połowę.

- Kręgielnia stała się salonem naszej klasy średniej - zauważa z ironią profesor Lu Xun. I rzeczywiście: przed elegancką kręgielnią w Qufu w prowincji Shandong zatrzymują się jedynie licencyjne jeepy cherokee, mitsubishi pajero i santany.

Ubożsi zachłystują się światami nierealnymi. W dziesiątkach malutkich, otwartych na ulicę salek w Kantonie można rozegrać partię najnowszej gry komputerowej lub, włączywszy się do cyberprzestrzeni, przejrzeć chińskie biuletyny komputerowe.

Kwitnie rynek science fiction. Sztandarowy chiński magazyn "Świat s.f." przekroczył 220 tys. egzemplarzy nakładu, ale ukazują się też dziesiątki lokalnych fanzinów s.f.

- Na naszych oczach powstaje chińska klasa średnia, wyzbyta jakichkolwiek aspiracji politycznych, bezgranicznie zafascynowana pieniądzem i zachodnim stylem życia - mówi profesor Lu Xun.

Wykształceni, miejscy Chińczycy patrzą na Japonię i USA. Zachwyceni świeżym dobrobytem, pragmatyczni, nie oglądają się za siebie. Tradycyjne wartości i obyczaje chętnie pozostawiają cieniom przodków, sami rozkoszują się urokami zachodniej cywilizacji. Kruszeją prawdy i hierarchie wartości ojców.

- Dawniej ojciec miał autorytet, gdyż miał do zaoferowania synom swoje pieniądze, swoje guansi i swoje doświadczenie życiowe. Ojciec naprawdę wiedział lepiej, jak żyć, bez różnicy, na wsi i w mieście. Im dłużej żył, tym więcej wiedział i tym więcej miał pożytecznych znajomości. A dziś? Dziś syn uczy się angielskiego, klika myszką komputera, a ojciec nie rozumie z tego nic. W dużym mieście wykształcony syn weźmie pieniądze ojca, skorzysta z jego guansi, by zbudować własne, i staruszek przestaje mu być potrzebny - mówi doktor Wei.

Prawdziwa, bo skuteczna, rewolucja kulturalna rozgrywa się dopiero teraz. Dusz Chińczyków nie przekuli hunwejbini przewodniczącego Mao, przekuwa je telewizja.

Pan Cheng, gdy to słyszy, krzywi się. Pomrukuje coś o uogólnieniach i uproszczeniach. Prowadzi mnie do księgarni w centrum Pekinu, bym przekonał się, że młodzi, zamożni Chińczycy nie odwracają się od literatury pięknej.

Na parkingu stoją dwa jeepy cherokee, santana, nowe audi i mercedes. W środku, na dwóch piętrach - tłok. Aura ta sama, jak w warszawskim "Prusie": miłe, inteligentne, skupione twarze, nieśpieszne kartkowanie, wyciszone rozmowy. Chłonę tę aurę, rozglądam się. Pytam pana Chenga, co kartkują starsi, skromnie ubrani, kulturalni panowie w końcu sali. Klasykę. Co interesuje ostentacyjnie dostatnio odziane młode Chinki i ich dzieciaki, poznaję bez pomocy: tłumaczenia disneyowskich komiksów i chińskie ilustrowane bajki. A co przeglądają ich mężowie? Pan Cheng gdzieś się zapodział, zaglądam więc przez ramiona kilku z nich. Wśród okładek rozpoznaję fotografię szefa Microsoftu, Billa Gatesa, spoglądają na mnie ze zdjęć: były szef Chryslera Lee Iaccocca i szef Sony Akiro Morita. To dział biografii milionerów, którzy zaczynali z paroma dolarami w kieszeni, i poradników, jak szybko zdobyć majątek.

Nie potrafię jakoś dogadać się z panem Chengiem w kwestii odrodzenia tradycji, nie wierzę mu, gdy opowiada o rosnącym zainteresowaniu nowych bogaczy dawną kulturą. Idziemy do warsztatu kamieniarskiego, jednego z wielu powstałych w ciągu ostatnich kilku lat. - Mamy coraz więcej zamówień, państwowych i prywatnych - mówi żona właściciela.

Firmy państwowe i prywatne zamawiają wielkie rzeźby lwów. Para sporych lwów ze sztucznego kamienia kosztuje 6 tysięcy juanów, dwa lwy z porządnego kamienia kosztują 10 tysięcy. Niewiele, skoro ustawione przed wejściem firmy odpędzają skutecznie złe duchy. Tak jak inne kamienne lwy czyniły to sto, pięćset i tysiąc lat temu. Lwy strzegą powodzenia większości państwowych firm i bodaj wszystkich interesów prywatnych.

Ale biznesmeni chętnie dokupują do pary lwów także rzeźby ptaków lub dzieci obejmujących ryby. To tradycyjne symbole pomyślności, dostatku i bogactwa, wyjaśnia żona kamieniarza. A niezbyt zamożni właściciele domków kupują coraz częściej kamienne tablice ze starymi sentencjami sprowadzającymi na domostwo dobre spojrzenie Niebios. Wmurowują je nad drzwiami wejściowymi, tak jak czynili ich dziadowie.

A te wielkie żyrafy, czule obejmujące się szyjami, poważnie zaglądające sobie w oczy albo karmiące z pyszczka do pyszczka młode żyrafiątka? - O, żyrafy są coraz popularniejsze, sprzedajemy ich coraz więcej. Tylko lwów sprzedajemy więcej od żyraf - wyjaśnia żona kamieniarza.

- Ale co symbolizują?

- Nic. One są tylko ładne.

Władza

Klasa średnia jeszcze jest w powijakach, a już zwyciężyła. Rząd dusz należy do niej, choć ona sama nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy, powiada doktor Wei Xiao. Partia ma armię, policję, administrację, ale nie ma przyszłości. I wszyscy świetnie to wiedzą. Przed piętnastu laty droga do partii była drogą przez mękę: tłumy kandydatów prześcigały się w zdobywaniu rekomendacji, w wykazywaniu się aktywnością i rewolucyjną czujnością. Na przyjęcie czekało się kilka, nierzadko nawet kilkanaście lat.

- Dziś, by zdobyć legitymację, wystarczy zadeklarować chęć i do podania załączyć parę zaświadczeń od partyjnych znajomych. Staże skracane są do minimum, ale i tak od kilku lat liczba członków Komunistycznej Partii Chin spada - opowiada doktor Wei.

W połowie lat 80. partia miała ponad 57 milionów członków, dziś ma już tylko 53 miliony. Od paru lat szeregowi członkowie występują z partii i - rzecz przed dziesięciu laty nie do pomyślenia - nie spotykają ich za to żadne represje.

Ale ci, którzy są w partyjnej nomenklaturze, mają czego bronić. Na wsi pana Denga partia okopała się za jego płotem. Sąsiad pana Denga jest szefem partii i zarazem administracji w niewielkiej części gminy obejmującej troszkę ponad dwa tysiące mieszkańców. Ma swoją działkę, tak jak inni chłopi uprawia ryż, a pod wieczór sekretarzuje. Polecenia i wytyczne schodzą z gminy do niego i on właśnie organizuje ich wykonanie w terenie. Ale nie osobiście. W strukturze władzy ma pod sobą jeszcze kilku partyjnych aktywistów, którzy odpowiadają za części jego rejonu.

Sąsiad pana Denga jest najniższym ogniwem szacowanej na ponad piętnaście milionów członków partyjnej nomenklatury. Na pozór nie ma różnicy między nim a jego partyjnymi podwładnymi. Wszyscy dzierżawią pólka ryżowe identycznych rozmiarów, żaden z nich nie ma partyjnej pensji. Ale sąsiad pana Denga urzęduje w niewielkim domku, własności partii, ma też przyznany skromny budżet na wydatki biurowe i reprezentacyjne. - Rozlicza lewe rachunki, delegacje, bankiety - opowiada pan Deng. - Ma z tego więcej pieniędzy niż z uprawy ziemi.

To niepozorne, ale intratne stanowisko. Dlatego kandydaturę sąsiada na lokalnego szefa partii zaakceptować musiał nawet nie komitet gminny, ale komitet okręgowy KPCh.

Piętnaście kilometrów od wsi pana Denga, w gminie, urzęduje znajomy syna pana Denga, pan Pei. Ma niespełna czterdzieści lat, ale trudy służbowych bankietów podniszczyły jego twarz. Pan Pei jest dyrektorem fabryczki należącej do gminy. Nalewa herbaty, uprzejmie opowiada o zakładzie: trzydziestu pracowników, trzy drewniane hale, nowoczesne maszyny i produkcja - patyczki do lodów - w całości eksportowana do Szwajcarii. Pan Pei pokazuje z dumą najnowsze inwestycje: czteropiętrowy, elegancki biurowiec, jeszcze pusty, tchnący wilgocią świeżych tynków, oraz dwie pozłacane ryby, symbole pomyślności. Wysokie na dwa metry ryby stoją z boku, przykryte folią, ale wkrótce trafią na środek dziedzińca, gdzie po podłączeniu będą elegancko tryskać wodą na środku zakładowej fontanny.

- Kosztowały sporo, 10 tysięcy juanów, ale warto było, bo są piękne. Sam je wybrałem - mówi dyrektor z ojcowską dumą.

Wieczorem, przy kolacji, siedzę obok syna pana Denga. Piję ohydną wódkę baijiu, więc zebrało mi się na uprzejmość: chwalę złote ryby i biurowiec pana Pei. Syn pana Denga pije baijiu jeszcze chętniej, więc zebrało mu się na szczerość: opowiada prawdę o fabryce pana Pei.

- Od roku 1993 ponosi straty, bo dyrektor podpisał złą umowę ze Szwajcarami. Tylko w zeszłym roku było 600 tysięcy juanów strat. Dyrektor obniża pensje, ale to nie pomaga, długi fabryki rosną.

- To skąd ma pieniądze na nowy biurowiec?

- Dyrektor jest jednocześnie pierwszym sekretarzem partii w gminie. Wszystko buduje na kredyt. Dyrektor Pei pisze wniosek o kredyt, a sekretarz partii Pei wniosek zatwierdza.

- A bank nie wie nic o stratach?

- Wie, ale to bank państwowy, a dyrektor oddziału banku jest w guansi pana Pei.

- A załoga nie buntuje się?

- Robotnicy boją się, że stracą pracę, więc godzą się na niższe pensje. A poza tym, co można zrobić dyrektorowi? Formalnie ma pensję niewiele większą od pensji robotnika. Tak naprawdę to żyje jak cesarz. Kombinuje z rachunkami tak, że fabryka płaci mu za wszystko, od opłat za naukę dzieci w szkole po leczenie żony w prywatnej klinice. Wszyscy o tym wiedzą, ale jak mu to udowodnić?

Nazajutrz pan Deng słucha opowieści o wizycie w fabryce i tylko kiwa głową. Tak, tak, ci z partii nigdy nie zginą. Okopali się w swoich guansi, mają dobre posady. A ci na najwyższych szczeblach mają dobre posady i wielkie pieniądze.

- Dzieci, żony, krewni wszystkich ważniejszych działaczy partyjnych dawno już otworzyli swoje firmy. Korzystają z guansi działaczy, mają tanie kredyty, tanie surowce, nie nachodzą ich kontrole. Często ważni działacze partyjni potajemnie dają swoim bliskim i zaufanym wielkie pieniądze z kont organizacji partyjnych, wielkich fabryk, nawet z wojska. Po jakimś czasie oddają pieniądze na konta, a to, co zarobili, pozostaje w guansi wielkiego działacza. Partia to najlepsze miejsce do zarabiania naprawdę wielkich pieniędzy - opowiada doktor Wei.

W domu pana Hua, architekta, pytam pana Bao, partyjnego urzędnika rady miejskiej, czy on sam i jego partyjni koledzy nie boją się zmian, czy nie lękają się utraty władzy przez partię?

Pan Bao śmieje się:

- Nie zginiemy! Wszyscy działacze partyjni otwierają swoim żonom jakieś interesy. Nie boimy się niczego, nawet zniknięcia partii. Ktoś musi przecież rządzić krajem, a rządzić umiemy tylko my.

Nie wszyscy ludzie władzy są jednak takimi optymistami jak pan Bao.

- Boją się ci, którzy odpowiadają za kraj - mówi socjolog, profesor Wang Guo. - Tam w Pekinie, na górze, naprawdę się boją.

Ale czego się boją konkretnie?

Strajków tak naprawdę władza na razie się nie boi, mówi prof. Wang. Jest ich coraz więcej, ciągle ktoś gdzieś w Chinach strajkuje, ale Chiny to wielki kraj, kontynent właściwie, a robotnicy strajkują samorzutnie, w każdym mieście, w każdej fabryce osobno. Robotnicy chcą jedynie podwyżki albo pracy. A ci, którzy nie siedzą wśród protestujących, raczej cieszą się, że na nich nie padło, że nie mają tak źle.

Strajkujący nie chcą zmieniać Chin. Gdzieś w zbiorowej pamięci ciągle tkwi mroczny cień masakry na placu Tiananmen.

- Dziewięć lat temu nauczyliśmy się, że władza jest silniejsza, że trzeba myśleć tylko o sobie, o rodzinie - mówi doktor Wei Xiao, przed dziewięciu laty student uniwersytetu. Tych, którzy wtedy strajkowali w Pekinie i w dziesiątkach innych, uniwersyteckich miast, są tysiące. Milczą, pracują. Tak jak doktor Wei.

Czegóż więc boją się ci na górze? Telewizji? Nie wolno samemu instalować anten satelitarnych, wzrusza ramionami pan profesor.

Telewizja z Hongkongu, ongiś główny rozsadnik obyczajowej i politycznej zarazy, od czasu przyłączenia brytyjskiej enklawy jest pod delikatną kontrolą Pekinu. Swoboda obyczajowa zresztą już nie przeraża szefów partii komunistycznej. W zachodnich serialach pekińscy cenzorzy wycinają coraz mniej ze scen erotycznych. W chińskiej telewizji dłonie białych bohaterów zapuszczają się już pod bluzeczki ukochanych, w kinach zobaczyć można nagie plecy i biusty - przed dwoma laty rzecz nie do pomyślenia.

Poza telewizją ogólnochińską istnieje gęsta sieć wewnętrznej telewizji satelitarnej. Każda prowincja ma swój program i przez satelitę nadaje go na kraj.

Władza telewizję uwielbia i trzyma wszystkie stacje żelazną ręką. Oglądanie dzienników telewizyjnych przez trzy dni z rzędu osłabiło mnie bardziej niż choroba. Na świecie - straszno. Piątek; na Filipinach gigantyczne pożary dżungli i załamanie waluty, w Singapurze i Indonezji krach finansowy, w Japonii stagnacja i pesymizm, w Ameryce Południowej deszcze, powodzie, choroby, głód, w Afryce dziesięć ofiar katastrofy kolejowej, w Indiach zamieszki, ofiary, w Rosji sytuacja wielce niepewna, prezydent Jelcyn bardzo chory, w Ameryce pozycja prezydenta Clintona uległa znów osłabieniu, w Europie sekretarz NATO Solana przyznał, że trudne rozmowy z Moskwą nie zażegnały kryzysu. I nic więcej na tym nieszczęsnym świecie w październikowy piątek się nie zdarzyło. Czyż w tej sytuacji można się dziwić, że znów, jak co dzień, chmara przywódców i polityków z całego globu przybyła do Pekinu na spotkanie z generalnym sekretarzem KC, Jiangiem Zeminem? Mnóstwo ich przybyło - pokazanie gości chińskiego przywódcy zajęło w dzienniku całe sześć minut.

Gdyby nie konsekwentnie polepszająca się sytuacja w Chinach, można by sobie strzelić w łeb z rozpaczy. Na szczęście w Szanghaju postępuje rozbudowa stadionu, z Niemiec przyjechała delegacja, by podpisać kontrakt na budowę wielkiej fabryki, w sklepach całego kraju mnóstwo towarów, pracownicy kombinatu Great Wall na ławkach w parku uczą się wytycznych ostatniego zjazdu partii, a sportowcy biją rekordy na ogólnokrajowej spartakiadzie. Przed dziennikiem codziennie odcinek serialu o życiu i miłości w chińskiej koedukacyjnej akademii wojskowej, po dzienniku serial cywilny, o oficerze. Oficer po wyjściu z wojska założył firmę i dał dobrą pracę swym kolegom, którzy później skończyli służbę wojskową. Późnym wieczorem gwóźdź programu - opera mydlana o uczciwych, zakochanych policjantach zwalczających raka korupcji.

Pan Hua, prowincjonalny architekt, przysypia w piątej minucie dziennika, budzi się na początku wieczornego serialu: - W dziennikach nie ma nic ciekawego, gadają swoje i gadają.

A może władza boi się literatury? Bała się, trochę, na przykład przed dwudziestu laty, gdy zbuntowani pisarze w fantastycznych, futurologicznych dekoracjach science fiction krytycznie opisywali chińską rzeczywistość. W 1983 roku policja rozprawiła się z niepokornymi fantastami, przywołała ich do porządku przesłuchaniami i zakazami druku. Dziś rząd finansuje zjazd pisarzy s.f., na którym obok literatów i naukowców zasiadają oficerowie lotnictwa, najpewniej miłośnicy gatunku.

Istnieje samizdat, ciągle przemycane są zakazane książki z Hongkongu, ale w Pekinie, niedaleko placu Tiananmen, nielegalną literaturą handluje się niemal jawnie. Na moją prośbę pan Cheng późnym wieczorem kupił mi od pokątnego sprzedawcy, stojącego pośród handlarzy skarpetkami i lornetkami, trzy zakazane książki o korupcji w partyjnym aparacie władzy i o majątkach zebranych przez rodziny najważniejszych funkcjonariuszy KPCh. Nazajutrz handlarz samizdatem stał w tym samym miejscu, z tymi samymi książkami.

Czego więc boi się władza, pytam profesora Wanga. Internetu?

- Prywatna osoba nie ma do niego dostępu, a w firmach dostęp jest ściśle kontrolowany przez specsłużby.

- Buntu chłopów?

Profesor śmieje się:

- Wieś w bogatszych prowincjach to dziś podpora władzy, chłopi nigdy nie mieli tak dobrze jak teraz. A wieś biedna, na zachodzie kraju, nie liczy się.

Nawet nie muszę pytać, czy władza naprawdę boi się tych, którzy mówią o wolnych wyborach i zachodniej demokracji.

Parę dni wcześniej do knajpki, w której jadłem śniadanie, przyszedł mój drugi tłumacz, pan Li. Przyszedł z nieznajomym Chińczykiem, usiadł i powiedział: "Możemy iść". Więc poszliśmy. Przez ciasne zaułki, przez malutkie placyki, klucząc i gubiąc się, dotarliśmy tam, gdzie białasów się nie widuje. W wymiętych spodniach, zniszczonej ciemnej marynarce, w przydużych okularach stał skupiony, poważny.

Przysiedliśmy w obskurnej restauracyjce. Tylko parę razy łyknął słabej, zielonej herbaty. Opowiadał.

"Uniwersytet skończyłem w 1988 roku i poszedłem do pracy w fabryce. Rok później, gdy w Pekinie studenci wyszli na plac Tiananmen, w naszym mieście studenci i młodzież też zgromadzili się na największym placu. Na szczęście w mojej prowincji władze były mądre, nie pozwoliły wojsku wyjść na plac. Gdy w Pekinie wojsko zaatakowało studentów, u nas szef partii prosił manifestujących bez przerwy na miejskim placu, żeby się rozeszli, bo stanie się coś strasznego. Rozeszliśmy się i ofiar u nas nie było. Od tego czasu wszyscy moi koledzy milczeli, ale ja często mówiłem w fabryce, że w Chinach potrzebna jest demokracja, że każdy człowiek powinien mieć jeden głos w uczciwych, wolnych wyborach. Każdy, z kim rozmawiałem, odpowiadał mi, że polityka go nie interesuje. Ale oni nie byli przeciwko mnie. Uważam, że myśleli podobnie, tylko bali się mówić.

Szefem mojego wydziału był człowiek partii, bez wykształcenia, zły organizator, ale z dobrym guansi. Żądałem, by lepiej organizował naszą pracę. Koledzy po cichu potakiwali mi, ale nikt mnie nie poparł.

Czułem, że ktoś za mną chodzi, ktoś mnie kontroluje. Uważam, że donosili na mnie sąsiedzi.

Po trzech latach dwóch cywili wzięło mnie z ulicy. Zawieźli mnie mikrobusem do szpitala. Mówiłem lekarzom, że potrzebuję prawnika, ale nie dali mi prawnika. Dali mi zastrzyk.

To był szpital psychiatryczny. Na wielkiej sali leżało ponad sto osób. Niektórzy byli bardzo chorzy. Z nikim nie można było sensownie porozmawiać.

Leżałem tam prawie rok. O wpół do siódmej budzili mnie, dawali śniadanie, prawie zawsze pyzy. Potem bardzo dużo leków, po których spałem cały dzień. Nie mogłem zebrać myśli, byłem słaby i rozbity. W południe salę obchodził lekarz. Co kilka dni jacyś ludzie rozmawiali ze mną. Pytali, jak się czuję, czy nadal uważam, że ktoś mnie pilnuje, i tłumaczyli, że muszę przestać mówić to, co mówiłem, bo nigdy ze szpitala nie wyjdę.

Ale wypuścili mnie do domu. Codziennie musiałem brać bardzo dużo leków psychotropowych, po których czułem się źle.

Nikt nie pilnował, czy je biorę, tylko raz w miesiącu musiałem iść do szpitala.

Badali mi wtedy krew i mówili, że jeśli badania pokażą, że nie biorę leków, to zamkną mnie znowu w szpitalu. Więc brałem je, jak kazali.

Od trzech lat nie każą mi brać leków. Nie mam pracy, bo w moim danwei powiedzieli mi, że nie ma dla mnie pozycji pracującej, czyli wolnego stanowiska. Dostaję 200 juanów z danwei, dorabiam u ślusarza".

- Co myślisz o ostatnich zmianach w Chinach? - zapytałem na koniec.

- Nie ma najważniejszego, wolnych wyborów. Bez wolnych wyborów nic naprawdę się nie zmieni - odpowiedział. Po chwili spytał, czy może wrócić do ślusarni. To prywatna firma, szef nie lubi nieobecności.

Kończyłem herbatę z tłumaczem, panem Li. Martwiłem się, czy nasza rozmowa nie zaszkodzi rozmówcy. Pan Li pokręcił głową:

- Przecież władza wie, co on mówi. On stara się o paszport, chce emigrować. Nie aresztują go, ale nie chcą wypuścić za granicę. Tu nie jest groźny. Ma etykietkę chorego na umyśle, robotnicy nie słuchają go. Nie chcą wolnych wyborów, chcą więcej juanów.

Sączę słodkie, słabiutkie wino ryżowe z profesorem Wang Guo. Władza nie boi się strajkujących, nie boi się telewizji, nie boi się książek, nie boi się opozycjonistów. Więc czego, u licha, się boi?

Władza, wyjaśnia profesor, tak naprawdę nie boi się czegoś z osobna. Ona boi się utraty harmonii.

Ład

Profesor Wang Guo jest cenionym socjologiem. Zna wielu doradców rządu i partii.

- To są mądrzy ludzie, wiedzą i rozumieją naprawdę wiele. Opowiadają mi, że w wewnętrznych dyskusjach w najwyższym kręgu władzy nie ma żadnych ideologicznych ograniczeń. Władza i doradcy rozważają wszystkie warianty decyzji i ich skutki, nawet takie, które z powodów ideologicznych są nie do przyjęcia.

Profesor Wang uśmiecha się tajemniczo i mówi, że warto umieć czytać to, co w dokumentach chińskiego KC naprawdę jest napisane. Choćby taki referat Jiang Zemina o dwunastu sprzecznościach, nawiązujący do słynnego dokumentu KC chińskiej partii sprzed 30 lat o dziesięciu sprzecznościach. - To bardzo mądra diagnoza wpływu systemu rynkowego na kryzys ideologiczny. Są tylko trzy kryteria skuteczności socjalizmu: musi podnosić stopę życiową społeczeństwa, zapewnić rozwój, czyli stałe zwiększanie wydajności pracy i pomnażać siłę państwa. U nas dwóch pierwszych kryteriów socjalizm nie spełnił, więc trzeba go zmienić.

Ale socjalizm nie skompromitował się, dodaje profesor. Ani w oczach władzy, ani w oczach społeczeństwa. Nie skompromitował się, bo w czasach socjalizmu Chiny stały się wielkim mocarstwem. To dlatego na szaleństwa kolektywizacji, wielkiego skoku i rewolucji kulturalnej chętnie spuszcza się zasłonę milczenia, to dlatego Pekin podkreśla ciągłość władzy. Po odzyskaniu Hongkongu z większą pewnością siebie i energią weźmie się do eksperymentowania.

Władza nie działa na oślep, doktrynersko, stara się nie ryzykować, opowiada profesor Wang. Władza uważnie przygląda się, jak funkcjonuje szwedzki i niemiecki kapitalizm z ludzką twarzą, jak Rosja daje sobie radę z konfliktami narodowościowymi, jak Polacy, Węgrzy i Czesi w czasie transformacji gospodarki zmagają się z bezrobociem i napięciami politycznymi. Władza eksperymentuje. W typowych regionach, miastach, fabrykach robi się modelowe eksperymenty, likwiduje się administracyjne ograniczenia, dotacje dla państwowych przedsiębiorstw, prywatyzuje się fabryki, egzekwuje się długi i ogłasza upadłość nierentownych przedsiębiorstw. A wszystko to - ostrożnie, powoli, na niewielką skalę. Bo władza boi się utraty harmonii, powtarza profesor Wang Guo.

Boi się, że nieuchronne zwolnienie co trzeciego ze 130 milionów ludzi pracujących w niewydolnych przedsiębiorstwach państwowych spowoduje chaos, strajki i bunty. Boi się, że właśnie wtedy państwowe związki zawodowe przestaną być posłuszne, że nagle pojawi się jakiś chiński Wałęsa. A jakby tego było mało, w chwili gdy zaczną się kłopoty z robotnikami, załamie się juan i cały system finansowy - wszak ekonomiści oceniają, że ponad 230 mld dolarów wpompowanych ostatnimi laty w chińską gospodarkę to pieniądze wyrzucone w błoto, nie przynoszące żadnego zysku. Kryzys jest świetną okazją dla przestępców i aferzystów. Do pełni nieszczęścia brakuje wtedy tylko powodzi albo trzęsienia ziemi, które lud odczyta jako znak utraty przychylności Niebios.

Ład, porządek, dyscyplina, kontrola. To lekarstwo rządzących na wszystkie zagrożenia.

- Władze liberalizują gospodarkę, ale zacieśniły kontrolę nad wojskiem, policją i telewizją, z pomocą emerytów i etatowych konfidentów próbują umocnić system kontroli społeczeństwa. To nie potrwa jednak długo. Nie można modernizować kraju w izolacji. Świat wymusza zmiany. W marcu 1978 roku ówczesny przewodniczący chińskiego parlamentu, przedstawiając konstytucję, stwierdził, że partia nigdy nie pozwoli, by prawo wiązało ręce i nogi rewolucji. A dziś mamy już w Chinach nie najgorszy kodeks cywilny. Pekin musiał go stworzyć, bo bez prawa nie ma nowoczesnej gospodarki - mówi prof. Wang.

- Będzie jeszcze wiele zwrotów, wiele liberalizacji i dokręcań śruby, ale Chiny z drogi ku kapitalizmowi nie zejdą. Nomenklatura uwłaszcza się na dziko, nieoficjalnie, ale chce zalegalizować swe zdobycze, więc musi w końcu stworzyć porządne prawo własności - dodaje doktor Wei.

Rośnie w liczbę, bogaci się klasa średnia. Profesor i doktor spierają się o jej definicję, o to, ile milionów Chińczyków do niej już należy, ale w jednym zgadzają się: jeśli nie w tym, to w następnym pokoleniu już dziś bezgranicznie zafascynowana Zachodem klasa średnia odezwie się, zażąda dokończenia modernizacji kraju, może i udziału we władzy.

- Wymiera ostatnie pokolenie przywódców, które urodziło się przed powstaniem ChRL, dla którego punktem odniesienia są ciągle niesamowicie zacofane, biedne Chiny sprzed czasów kolektywizacji, Wielkiego Skoku. To wspomnienie skłania do konserwatyzmu, nawet do komunistycznej ortodoksji - mówi profesor.

Wkrótce dojdzie do głosu następne pokolenie, pokolenie wnuków dzisiejszych przywódców, pokolenie dzisiejszych dwudziestoparolatków, którzy studiują na zachodnich uniwersytetach. Wezmą władzę szybciej, niż ktokolwiek się dziś spodziewa, prorokuje profesor Wang.

Rewolucja przewodniczącego Mao dobiegnie końca, dodaje.

Kolejna rewolucja chińskich chłopów wyniesie do władzy kolejne dynastie elit. Domknie się jeszcze jeden krąg chińskich dziejów. Nowy ład znów okaże się tym starym ładem, odwiecznym.





Niektóre nazwiska i okoliczności zostały zmienione.

 

W cyklu tekstów wykorzystano m.in. monografie i opracowania R. Randle Edwardsa, Jamesa Harrisona, Louisa Henkina, Katarine Hsiao, Andrew Nathana, Williama Parisha, Jacka Pottera, Carla Riskina, Witolda Rodzińskiego, Juliana Adolfa Święcickiego, Roxane Witke, Martina Whyte, Margery Wolf.