Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 26/05/1995

 

 

MICHAŁ CICHY

1945 - KONIEC I POCZĄTEK

 

 

Gdy uciekli Niemcy i przyszli Rosjanie, nie martwiliśmy się tak bardzo, jak twierdzą dzisiaj politycy. Owszem, setki tysięcy odczuły terror NKWD i UB, ale miliony doznały ulgi po koszmarze okupacji. Z radości, że już nie ma Niemców, piliśmy więcej niż zwykle, kochaliśmy się intensywniej niż zwykle i bardziej niż o polityce myśleliśmy o tym, jak na nowo ułożyć zrujnowane przez wojnę życie.

Co się w 1945 roku w Polsce skończyło - wiadomo. Trudniej nam już uzgodnić, co się wtedy zaczęło. Polska, choć nie w pełni suwerenna, czy raczej "sowiecka okupacja"? Właściwie jaką rocznicę obchodziliśmy: wyzwolenia czy zniewolenia?

Rywalizują dziś ze sobą dwie wizje historii roku 1945. Jedna - wywodząca się z czasów PRL, kiedy należało mówić, jeśli nie o "heroizmie okresu utrwalania władzy ludowej", to przynajmniej o "entuzjazmie odbudowy". Druga - emigracyjna - słowo "wyzwolenie" brała zawsze w cudzysłów, a bez cudzysłowu pisała o "okupacji". Nieprawomyślne w kraju słowo "sowiecki" - znak firmowy tej wizji - dziś się repatriowało. A wraz ze słowem wróciła z emigracji cała wizja.

Te dwie wizje są sprzeczne. Albo-albo. Bo czy da się pomyśleć "entuzjazm odbudowy w zonie sowieckiej okupacji"?

Może kłopot bierze się stąd, że najnowsza przeszłość jest w Polsce wciąż uwikłana w teraźniejszość; a przeszłość widziana okiem polityka wygląda zupełnie inaczej niż oglądana okiem historyka. Polityk ocenia historię z aktualnego punktu widzenia. Interesują go raczej konsekwencje przeszłości niż przeszłość sama. Oglądana z politycznego punktu widzenia Polska A.D. 1945 była "sowiecką okupacją", bo konsekwencją tego, co się wtedy stało, było ubezwłasnowolnienie Polski.

Najwyraźniejszym znakiem zniewolenia było porwanie przed moskiewski sąd 16 przywódców Polski Podziemnej. Publicysta emigracyjny Ignacy Matuszewski przenikliwie dostrzegł konsekwencje tego, co się wówczas stało: "Zbrodnia dokonywana w tej chwili w Moskwie nad Rządem podziemnym Państwa Polskiego jest zbrodnią straszliwszą w swoich skutkach niż wszystko, czego świadkami byliśmy dotychczas. (...) W ciągu tych pięciu lat widzieliśmy więcej zapewne rzeczy straszliwych niż w ciągu pięciu poprzednich wieków. Zabito miliony bezbronnych i niewinnych. (...) Ale (...) tamte morderstwa świat potępiał, temu ma przyklasnąć; tamtych zabójców nazywał zbrodniarzami, z tymi ma żyć w przyjaźni".

Myślę jednak, że tylko nieliczni byli wówczas w stanie - jak Matuszewski - zajrzeć za zasłonę przyszłości. Kiedy czytam wspomnienia i dzienniki z tamtych lat, widzę, że ludzi przede wszystkim absorbowała proza teraźniejszości (trzeba było w końcu gdzieś mieszkać i z czegoś żyć, każdy musiał układać sobie życie od nowa), a nowe czasy oceniano raczej w porównaniu z przeszłością niż ze względu na niejasną przyszłość, którą zwiastowały.

Najbardziej więc interesuje mnie codzienność roku 1945. Nie polityczne stanowiska, tylko ludzkie doświadczenia tamtego czasu.

Odwołuję się często do pamiętników, ale oczywiście każda pamięć jest inna, każdy miał inne doświadczenia. Dlatego mam do Czytelników, którzy tamten czas pamiętają, serdeczną prośbę: napiszcie o swoich doświadczeniach, dobrych i złych, wielkich i małych. Niech pamięć nie będzie tylko narzędziem w ręku polityków.

Ci, tak ostatnio liczni, którzy mówią o "drugiej okupacji", skłonni są zacierać różnice między wojną i pierwszymi latami powojennymi. Rekord pobił niedawno publicysta Andrzej Urbański: "Jednym z takich błędów, które popełniamy wszyscy, bo tak jest łatwiej, prościej, jest traktowanie epoki 39-56 jako wewnętrznie rozbitej na 39-44, 44-48, 48-56. Nie zgadzam się z tym. Jest tylko okres 39-56".

Czyżby więc w ogóle nie było kwestii, czyżby tylko zmienił się kolor munduru okupanta?

Leszek Kołakowski pisał: "Nie byliśmy krajem suwerennym, oczywiście, ale jeśli założyć, jak chce Jan Nowak-Jeziorański, że suwerenność nie ma stopni, to jednak z całą pewnością są stopnie niesuwerenności. Chociaż dawny reżym nie miał społecznej legitymizacji, nie jest też prawdą, by PRL od początku do końca żadnego nie miał poparcia i że naród nieprzerwanie dzielił się na garstkę sprzedawczyków i agentów KGB oraz do boju się rwących patriotów, jak należało wnosić czasami z propagandy emigracyjnej.

Kiedy przyszła Armia Czerwona 15 stycznia 1945 (po lewej stronie Wisły, trzeba zaznaczyć), było to wyzwolenie naprawdę, nie tylko dla mnie, podówczas 17 lat mającego i o mądrości politycznej nie imponującej, ale dla ogromnej większości. Po latach okupacji, łapanek, mordów, rozstrzeliwań, wysiedleń, ucieczek, Oświęcimia i Treblinki, nie była to po prostu »druga okupacja«, ale powrót do Polski, choćby okrojonej: natychmiast były polskie szkoły, polskie uniwersytety, teatry, czasopisma, życie nienormalne na pewno, ale dla ogromnej większości nieporównywalne z koszmarem okupacyjnym.

Wiem, choć nie wiedziałem wtedy, że inaczej to odbierali ludzie, którzy poprzednie pół roku żyli na prawym brzegu, a zwłaszcza AK-owcy wysyłani do łagrów i nieraz zabijani. Dziś już nikt nie dojdzie do dobrego opisu ówczesnej percepcji wydarzeń, nie było przecież sondaży opinii publicznej. Większość ówczesnego podziemia zbrojnego byli to ludzie wepchnięci w beznadziejną walkę przez stalinowską politykę; części jego jednakowoż wyrodniały, poparcie społeczne było nieporównanie słabsze niż za okupacji niemieckiej i słabło coraz bardziej. (...)

Ogromna większość żyła w poczuciu normalności chwilami tylko przerywanej; ludzie chodzili do szkół i na uniwersytety, wybijali się na rozmaite stanowiska w administracji, żenili się i rozwodzili, nie mając poczucia obcości w stosunku do kraju, gdzie żyli. (...) Nie ma wielkiego sensu rzutowanie wstecz ideologicznych percepcji dzisiejszych w tę stronę albo drugą, tj. w sensie »był wielki postęp i wielka nadzieja« albo »siedzieliśmy wszyscy w lochach Łubianki«, bo nieprawdziwe jest jedno i drugie".

Pięć tez o okupacji

Andrzejowi Urbańskiemu dedykuję kilka uwag o tym, czym była w Polsce okupacja.

Przede wszystkim, jak to ujął Franciszek Ryszka, była "wielkim umieraniem". Liczba zabitych szła w miliony. Wprawdzie podawana przez dziesięciolecia liczba 6 mln 28 tys. ofiar bywa ostatnio uważana za zawyżoną (np. Lucjan Dobroszycki opowiada się raczej za liczbą ok. 4,5 mln ofiar, z czego ok. 2,5 mln to Żydzi), jedno jest pewne: nigdy ludzie nie ginęli w Polsce tak masowo.

Po drugie - okupacja była dla Polaków okresem całkowitego zduszenia życia publicznego. Nie było polskich uniwersytetów ani szkół średnich, inteligenci (poza lekarzami i aptekarzami) skazani byli na, jak to nazwał Kazimierz Wyka, "życie na niby". Na terenach wcielonych do Rzeszy odezwanie się na ulicy po polsku groziło wywózką do obozu koncentracyjnego. Praca była, zwłaszcza w Reichu, niewolnicza. Mój ojciec spędził wojnę w Poznaniu. Kiedy w roku 1943 skończył 13 lat, musiał siedem razy w tygodniu, po 12 godzin dziennie, pracować w niemieckich warsztatach wojskowych. Nie da się ukryć, że dla niego zamiana takiej pracy na naukę w gimnazjum była zamianą korzystną.

Po trzecie - okupacja wywołała największą w naszych dziejach wędrówkę ludów. Liczbę wysiedlonych z terenów włączonych do Rzeszy i wywiezionych na roboty oblicza się na ponad 3 mln, na terenach okupowanych przez ZSRR 780 tys. Polaków wywieziono w 1940 roku w głąb Rosji. Wszystkim tym ludziom rok 1945 dawał szansę powrotu do domu - nawet jeśli nie znajdował się on już we Lwowie, tylko we Wrocławiu.

Po czwarte - okupacja całkowicie zmieniła strukturę polskiego społeczeństwa. 79 proc. zabitych w czasie wojny to byli u nas mieszkańcy miast, tylko 21 proc. - wsi. To głównie wojna, a nie komunistyczna władza, "wprowadziła lud do śródmieścia". Tuż po wojnie chłopi stanowili np. 45 proc. mieszkańców Wrocławia. Dla nich był to niewątpliwy awans socjalny.

Po piąte - dla wielu wojna była całkowitą ruiną materialną. "Pan sobie sprawy nie zdaje, jak skomplikowaną rzeczą jest szklanka herbaty - mówił we wrześniu 1944 roku Kazimierzowi Wyce, który mieszkał w Krzeszowicach pod Krakowem, przybyły z Warszawy Wilam Horzyca: - Trzeba mieć czystą, nie cuchnącą wodę, dużo tej wody, a trupi cuch przesiąka nawet pod ziemią; piec, w którym jest czym zapalić; komin, który nie został przetrącony w połowie i zasypany gruzem, i ciągnie dym; trzeba mieć szklankę, a w czasie obstrzału szkło najpierw się tłucze; trzeba mieć osobny imbryczek na esencję, a łyżeczka, a spodek. Dopiero kiedy człowiek nie ma nic, absolutnie nic, nawet własnej łyżeczki, zaczyna oceniać, jak skomplikowaną sprawą jest szklanka herbaty".

Ludzie, którym wojna zabrała wszystko, naprawdę nie wymagali wiele od pokoju.

Herosi i szumowiny

"Myśmy wiedzieli, czym jest braterstwo - pisał Jan Strzelecki w tomie wspomnień poświęconych pamięci Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. - Braterstwo oznacza utożsamienie się z kimś drugim, nieoddzielanie jego losu od swojego; więcej nawet - widzenie jego niebezpieczeństwa wyraźniej niż swego, doznanie, że jego śmierć jest trudniejsza do przeżycia niż własna". W imię tej bohaterskiej solidarności Baczyński i jego jakże liczni towarzysze poświęcili życie. Prawda Baczyńskiego to jest wielka prawda o konspiracji, o okupacji; ale jest też prawda mała, prawda życiowej prozy, prawda Tadeusza Borowskiego z "Pożegnania z Marią".

Ta nieheroiczna prawda mówi, że nawet ci, którzy konspirowali, też w końcu musieli z czegoś żyć. Coś mówi o tym Borowski, coś - Kazimierz Wyka w "Życiu na niby". Nie da się zrozumieć prozy życia w roku 1945, szabru, bimbrownictwa, czarnego rynku - jeśli zapomni się o nienormalnym życiu gospodarczym pod okupacją. A jak pisał tuż po wojnie Kazimierz Wyka, wojna oznaczała wprawdzie dla jednych nędzę i upadek, ale dla innych "fantastyczne kariery finansowe i łatwość zarobku".

Wyka ukuł pojęcie "gospodarki wyłączonej" - wyłączonej od jakiejkolwiek moralnej odpowiedzialności, bo pracowało się przecież "na cudzym", a nawet "na wrogim". (Ta moralność pracy przetrwała zresztą wojnę).

W "gospodarce wyłączonej" lenistwo, przemyt i złodziejstwo mogły awansować do rangi patriotycznych cnót. Oczywiście, za przewóz rąbanki czy handel walutą groziły srogie kary, ale to jeszcze nie powód do pisania, że "»czarny rynek« dewizami był jedną z form walki z najeźdźcą" - jak to uczynił niedawno historyk okupacji Czesław Łuczak.

Jednym z przejawów demoralizacji wojennej, którym szczególnie martwił się Wyka, była łatwość w sięganiu po cudze. Owszem, "robotnik kradł i musiał kraść", bo gdyby jadł tylko kartkowy przydział, to najzwyczajniej umarłby z głodu. Ale były w czasie okupacji okoliczności demoralizujące szczególnie - zwłaszcza łatwy dostęp do majątku mordowanych. I korzystano z niego, niestety, pełną garścią.

"Formy, jakimi Niemcy likwidowali Żydów, spadają na ich sumienie. Reakcja na te formy spada jednak na nasze sumienie. Złoty ząb wydarty trupowi będzie zawsze krwawił, choćby już nikt nie pamiętał jego pochodzenia" - pisał tuż po wojnie Wyka. Ale musiało minąć aż 40 lat, żeby Jan Błoński podjął jego myśl w słynnym artykule "Biedni Polacy patrzą na getto" (1987). Stanowczo woleliśmy myśleć o złu, którego doznaliśmy, niż o tym, któreśmy sami nauczyli się zadawać.

Narodziny szabru

Uczeni nie są pewni, kiedy słowo "szaber" weszło do powszechnego użytku w polszczyźnie. Językoznawca Witold Doroszewski pisał, że w czasie powstania warszawskiego. Historyk Tomasz Szarota, specjalista od okupacyjnego życia codziennego, uważa, że wcześniej - w czasie plądrowania likwidowanych żydowskich gett.

Pewne jest tylko to, że słowo pochodzi z gwary warszawskiej. Przedwojenni rzemieślnicy nazywali szabrem rodzaj pilnika, a złodzieje - dłuto, którego używało się do włamań. Stąd "szabrować" - notowano już przed wojną - znaczyło w złodziejskiej gwarze "włamywać się, otwierać".

Daruję sobie opis powojennej eksplozji szabru, bo zrobił to niedawno Mariusz Urbanek w "Polityce", przypomnę tylko jego okupacyjną prehistorię. 18 września 1942 roku organ AK "Biuletyn Informacyjny" pisał, że polska ludność Otwocka, Rembertowa i Miedzeszyna "w pamiętnym dniu likwidacji getta w Otwocku w parę godzin po tym barbarzyńskim fakcie, w nocy zaraz zjechała furmankami i rozpoczęła grabież pozostałego mienia żydowskiego. Wywożono wszystko, co pod rękę popadło, wyłamywano drzwi i okna, półki, deski z podłóg, nie mówiąc o meblach, ubraniach i bieliźnie, które pierwsze padły ofiarą rabunku. (...) W imię najszczytniejszych haseł Boskich i ludzkich zaklinamy was rodacy, byście nie poniżali się do roli szakali".

Wielki szaber powojenny zaczął się natychmiast po ucieczce Niemców. Niemcy sami dali przykład, kiedy uciekając w 1944 roku z Generalnej Guberni ogołocili ją ze wszystkiego, co tylko mogło im się w Rzeszy przydać. Wywozili bydło, zboże, a nawet złom i makulaturę (kilkadziesiąt tysięcy ton!).

"Rychło zaczął się rabunek, zrazu nieśmiało, później coraz odważniej - pisał Wyka o pałacu w Krzeszowicach, który w czasie wojny był siedzibą gubernatora Hansa Franka. - Czynili go miejscowi. Dobrze pamiętam tę kobietę, która z dywanu (...), wziąwszy najpierw u siebie dokładną miarę, taką szerokość i długość wycinała po bordiurze, jaka jej była potrzebna do sionki. Nic nie pomagało. (...) Świeżo tegoż dnia upieczeni »milicjanci«, mundurów oni nie mieli, sami pomagali w grabieży".

Irena Krzywicka (znakomicie wychowana dama z literackich salonów, trzeba tu przypomnieć), którą wyzwolenie zastało w Siedlisku pod Zalesiem, tak wspominała chwilę ucieczki Niemców: "Pobiegłyśmy i przyciągnęłyśmy jakieś dziwne rzeczy. Łóżko żelazne z metalowym materacem, jakąś puszkę marmolady. Zresztą już było w tym składzie sporo ludzi ze wsi, grabili, co się dało. Uważałam, że mają świętą rację, bo wszyscy byli ograbieni w jakiś sposób przez Niemców".

Zęby Bermana

Grabież nie ustała z przejściem frontu. Rosjanie wywozili całe fabryki, nie tylko zresztą z ziem należących przed wojną do Niemiec, ale i np. z Łodzi i Poznania; jak opowiadał mi ojciec, u Cegielskiego doszło nawet do strzelaniny z polską milicją.

Aleksander Jackowski, obecnie redaktor naczelny kwartalnika "Polska Sztuka Ludowa - Konteksty", w roku 1945 urzędnik MSZ, opisuje w nie opublikowanych jeszcze wspomnieniach co się działo, kiedy wysłał protest w sprawie tych rekwizycji do radzieckiego ambasadora. Wezwał go Jakub Berman, wiceminister spraw zagranicznych i szara eminencja PPR, i powiedział tylko: "Coś ty narobił...". Ambasador już do Bermana dzwonił, kazał list "w zębach zabrać z powrotem". "Berman wrócił, sponiewierany, ze spuszczoną głową. Nie mógł nam spojrzeć w oczy. - Wiecie - powiedział - on mi to naprawdę kazał zabrać w zębach".

Teatrolog Zbigniew Raszewski notuje we wspomnieniach, co odpowiedział mu znajomy na pytanie, jak jednym słowem określiłby żołnierzy radzieckich: "No, rabuśnicy to oni są...".

"Biblioteki trzeba było wciąż przed nimi bronić - wspominał późniejszy kolega Raszewskiego z "Pamiętnika Teatralnego", historyk teatru Bohdan Korzeniewski, który w styczniu 1945 roku pilnował Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie. - Co pewien czas we framudze, pozbawionej nawet ram okiennych, ukazywały się ogromne walonki, potem zadarte poły waciaka, a potem na korytarz z rzędami półek spadał ciężko woźnica w czapce z nausznikami. Prostował się z powolną ostrożnością, ale w chwilę później zadziwiająco lekkim, myśliwskim krokiem biegł między półki, wyciągał pierwszą z brzegu książkę, wyrywał ze środka garść kartek, pstrykał zapalniczką i świecąc sobie dymiącym płomykiem przeglądał półki. W razie podejrzenia, że coś może być ukryte za książkami, zrzucał całe rzędy na kraty podłogi. Przyłapany na rabunku, nigdy nie tracił sennego spokoju. Rozmowa miała zawsze ten sam przebieg, niemal rytualny.

- Wy tu czego - pytałem rzeczowo, gdyż to działało znacznie skuteczniej niż wybuchy gniewu, do których uciekałem się na początku moich utarczek.

- A niczego - odpowiadał zagadnięty. - Tak sobie, popatrzeć. (...)

- Że też wam nie wstyd...

- Wstydzić się nie ma czego, jak kto jest niewinny. Myślicie może, że my nie wiemy, co to jest kultura? Bez kultury w ogóle żyć się nie da. To, jak powiadają, artykuł pierwszej potrzeby.

(...) Na tym jednak nie kończyły się nasze kłopoty. Zdarzały się zupełnie nieoczekiwane.

- Bardzo pana przepraszam - dopadł mnie zdyszany [woźny] - ale napytają nam jeszcze jakiej biedy. W Szkole Głównej, w tej dużej sali na pierwszym piętrze, dobrali się do eksponatów w formalinie. Jeszcze się potrują!

W ogromnej pustej sali róg długiego stołu obsiadło pięciu żołnierzy. (...) W chwili, kiedy wszedłem, jeden z nich w samym środku trzymał uniesioną nad stołem wielką mątwę ociekającą płynem i przyglądał się jej z badawczą uwagą. Drugi przychylał do ust oburącz szklane naczynie, w którym ten okaz był zakonserwowany. Inni patrzyli na pijącego z pytaniem w oczach. Wszystko to robili z powolnością, jaką czasami widuje się we śnie. Moje wejście ledwo zechcieli dostrzec, chociaż wbiegłem gwałtownie.

- Co ty robisz, człowieku? - krzyknąłem podbiegając do stołu. - Otrujesz się. Przecież to formalina.

Żołnierz ostrożnie postawił naczynie, jakby to była miska z zupą, otarł wierzchem dłoni obfity zarost i niedbale sięgnął po karabin leżący tuż pod ręką. Nawet go nie podniósł. Przesunął tylko lufę w moją stronę.

- Poszoł won, durak - powiedział z tą cierpliwą wyrozumiałością, z jaką traktuje się dzieci albo idiotów. - To nie żadna formalina. To spirytus.

Wtedy wszyscy zwrócili do mnie twarze zupełnie pozbawione wyrazu, jakby byli zaprzątnięci jakąś żmudną myślą, która odgradza od rzeczywistości. W niczyich oczach nie pojawił się błysk świadczący, że mnie widzą. Zasnuwała je zaduma trudna do nazwania. Była w niej nuda, cierpliwość i tęsknota do czegoś, co nie jest z tego świata. (...)

Brodacz trzymający wciąż mątwę w podniesionej ręce wolno zbliżył ją do nosa, powąchał i z westchnieniem zawodu położył na stole.

- Lepiej dla ciebie będzie, człowieku - powiedział życzliwie w moim kierunku, nie obdarzając mnie nawet spojrzeniem - jeżeli sobie zwyczajnie stąd pójdziesz. Pewnie wiesz, że jest wojna i nikt nie musi się tłumaczyć, jak strzeli, i nawet, jak kogo zabije. Po co ci to?"

Akcja Korzeniewskiego na nic się nie zdała. Nazajutrz na dziedzińcu biblioteki przybyła rosyjska mogiłka - z napisem "Poległ za ojczyznę".

Pijani wolnością

Pito wtedy, oj, zdrowo. Nie tylko Rosjanie. Wolność, czymkolwiek miała dla nas się okazać, powitaliśmy toastem.

Warszawski mechanik Tadeusz Kuraszkiewicz, autor bardzo ciekawych, nie opublikowanych niestety pamiętników, z Powstania wyniósł pierzynę, poduszkę, garnek - i litrową flaszkę wódki. "Przechowywałem ją przez całą okupację. Była to wyborowa z białą główką i posiadała stempel jeszcze przedwojenny. Przyrzekłem sobie, że nie ruszę jej, aż w wolnej Polsce. Z tym litrem wróciliśmy z wygnania i dopiero w roku 1946, gdy zrobiliśmy rodzinny zjazd czworga rodzeństwa z przyległościami, wypiliśmy".

Przeważnie nie czekano jednak na rodzinne zjazdy. Znany z "Tygodnika Powszechnego" ks. Andrzej Bardecki, który w chwili wyzwolenia był w niemieckim mieście Arnstadt, wspomina, że w tamtejszym obozie pracy pijatyka zaczęła się nawet na kilka dni przed wejściem Amerykanów, a Niemcy bali się już sprzeciwiać: "Tłum pijanych rodaków, powszechna euforia, głośne polskie śpiewy. Już od paru dni nie chodzili do pracy. Dobrali się do miejscowych magazynów niemieckich i stałe zaopatrzenie w jedzenie i napoje było wręcz znakomite".

W sąsiedztwie Krzeszowic splądrowano browar z wielkimi esesmańskimi składami win i spirytualiów. Kazimierz Wyka wspominał: "Rowy drogi wiodącej w tym kierunku były aż do wiosny, naprawdę, z poziomem szosy wyrównane butelkami. Zdarzało się w życiu pić bimber oddzielnie, szampana oddzielnie, ale tylko w te dni napojem zwycięstwa dla całej okolicy był bimber z szampanem wspólnie".

Napój zwycięstwa był też pierwszą walutą. Wszystko kosztowało pół litra - futro (jak zaświadcza Monika Żeromska) i jazda rosyjską ciężarówką (jak pisze Irena Krzywicka, zatrzymywani kierowcy pytali tylko: "Wodka jest!?").

Wyzwoliciele

Rosjan witano na ogół z sympatią, niekiedy ze strachem podszytym ciekawością. "Wchodzili do mieszkań i prosili o kipiatok - wspominała Monika Żeromska. - Były to istotnie jakieś czukcze czy kamczadały, małe i żółte. Rozglądali się po kuchni, przedpokoju, kiedy weszli do salonu zajmowanego do niedawna przez Niemca oficera - wpadali w zdumienie i zachwyt przed wielkim lustrem wiszącym nad kominkiem. Zaglądali w nie z boku, wyciągali ostrożnie rękę i kiedy odbicie ukazywało się zza ramy, wybuchali szalonym dziecinnym śmiechem, robili to jeden przez drugiego, wołali następnych".

U moich dziadków w Poznaniu krasnoarmiejcy bawili się włączaniem i wyłączaniem światła (Poznań to Poznań - prąd i kanalizację naprawiono od razu, jeszcze trwały walki). Śmiali się do rozpuku, nie mogli się nadziwić, że gaśnie bez dmuchania.

Rabunek był dla nich ekonomiczną koniecznością. Armia Radziecka "prawie nie była zaopatrywana w żywność i w zasadzie żyła z tego, co znajdowała po drodze - notował Raszewski. - Poszczególni żołnierze rabowali, co się dało. Oficerów nie raziło to zupełnie".

"Pierwszym zdaniem rosyjskim, jakiego się Polacy w Bydgoszczy nauczyli, było przypuszczalnie: »Dawaj czasy«" - pisał Raszewski. Rosjanie "przejawiali szczególną pasję do zegarków, które zabierali po prostu każdemu Polakowi spotkanemu na ulicy i przypinali sobie wzdłuż całego ramienia. Chętnie chwalili się nimi, zakasując rękawy" - wspominał kompozytor Andrzej Panufnik. "Wysokie uznanie zdobywali kolekcjonerzy, którym nie starczało już obu ramion na wystawę eksponatów" - notował Bohdan Korzeniewski.

Korzeniewski widział wiosną 1945 roku cały rosyjski pociąg załadowany zrabowanymi w Niemczech zegarami.

"Z nikim się nie liczyli, obojętne: swój czy wróg - opowiadał mi ojciec. - Niczego nie szanowali. Widziałem - jechali na furmankach zaprzężonych w wielbłądy, z nudów strzelali do izolatorów na słupach telegraficznych. A latem, kiedy wracali z Niemiec, na czołgach leżały wyrwane z korzeniami drzewa czereśniowe; objadali z pancerza".

Z nikim się nie liczyli, ale i z nimi się nie liczono. "W Starym Sączu topił się żołnierz rosyjski; Polacy chcieli go ratować; powstrzymali ich inni Moskale; »po co się moczyć; u nas ludzi mnoho!«" - notował Hugo Steinhaus.

Dużo zależało od tego, na jaką rosyjską jednostkę miało się szczęście (albo pecha) trafić. Moja mama, którą wyzwolenie zastało na wsi pod Łowiczem, z Rosjanami ma związane tylko dobre wspomnienia. "Mówiono, żeby wieczorem lepiej nie wychodzić z domu, ale chodziłam, przyglądałam się, jak oni tańczyli przy harmoszce, jak pięknie śpiewali... Pamiętam tę ich niesamowitą radość, że przeżyli, że udało im się... I jakoś u nas nikogo nie obrabowali".

Bywało jednak i dramatycznie: w Poznaniu pogrzeb zgwałconej przez Rosjan uczennicy przerodził się w rozruchy. Ojciec opowiadał mi, jak to było: studenci i gimnazjaliści na przemian krzyczeli "Precz z Ruskimi!" i domagali się darmowych biletów tramwajowych.

- Dlaczego tam poszedłeś, tato? - zapytałem. - Z powodów politycznych? - Nie - odpowiedział. - Z powodów rozrywkowych.

Śmiech epoki

Polityka potrafiła wtedy dostarczyć aż zbyt wielu rozrywek. Oto pewnego razu Bohdan Korzeniewski został aresztowany przez rosyjski patrol na rynku w Krakowie. Dwóch kolegów, z którymi się przechadzał, puścili, jego zabrali. Okazało się, że został aresztowany "za udział w zbiegowisku w liczbie trzech". W gmachu dowództwa jakiś oficer spisał protokół i zwolnił go.

" - Ale za co zostałem zatrzymany?

- Komendant patrolu to wam wyjaśnił: za udział w zbiegowisku.

- W jakim zbiegowisku? Szliśmy we trzech.

- Tak to i jest. Zarządzenie wojennego komendanta głosi, że gromadzenie się w liczbie więcej niż dwóch osób stanowi zbiegowisko. (...)

- To dlaczego moich towarzyszy puszczono wolno?

- Bo dwóch nie stanowi zbiegowiska i może chodzić swobodnie, jeśli nie zakłócą porządku publicznego. (...) Nie możecie chyba powiedzieć, żebyśmy się z wami obeszli nieregularnie, co?

- Nie, tego nie mogę powiedzieć.

- Tak to i jest. Ale to tylko za pierwszym razem. Naprzód trzeba wychowywać, a potem karać. Teraz to już wszystko rozumiecie?

- Jeszcze nie wszystko.

- Nie wszystko? Ciekawe. A czego jeszcze nie rozumiecie?

- Szliśmy razem od początku we trzech (...).

- No to co?

- Nie rozumiem, dlaczego to ja byłem ten trzeci?

Popatrzył na mnie z politowaniem, jak na człowieka, który nie umie pojąć najprostszych rzeczy. (...)

- O to to już nie możecie mieć do nas pretensji. Ktoś przecież musiał być trzeci. Jasne?

Zgodziłem się, że teraz to już wszystko jest jasne.

- No, to w porządku. Macie tu przepustkę na wyjście. Ale uważajcie. Na drugi raz już wam tak gładko nie pójdzie. Jesteście u nas notowani".

Lec powiada - "tragizm epoki oddaje jej śmiech".

"Radość, że żyjemy"

Gdybym miał wskazać cytat najlepiej oddający atmosferę roku 1945, wybrałbym ten fragment ze wspomnień Moniki Żeromskiej: "Życie zmieniło się nam o tyle, że nikt nie zabija nas na ślepo, nikt nie poluje na nas na ulicach, noce mijają spokojnie, nie wiem, czy dla wszystkich, ale raczej dla większości tak. Nie ustaje w nas zdziwienie i radość, oczywiście, że żyjemy, tylko co ma być dalej, nie wiemy".

"Radość, że żyjemy". Radość, a nawet euforia, była naprawdę. Nie ma się co wstydzić; to przecież nie "radość, że żyjemy w Polsce Ludowej". Dziś obraz Polaków witających wyzwolicieli kwiatami został zapomniany jako propagandowy wymysł. Ale tak było. "Tłum dookoła szalał z radości, wiwatował, obsypywał żołnierzy kwiatami, śmiał się i płakał... Tak było przez cały dzień. W mieście zabrakło kwiatów - wspominał lekarz ze Szczebrzeszyna Zygmunt Klukowski. - Tak silnych wzruszeń nie doznawałem jeszcze nigdy w życiu. Chwilami całkowicie traciłem panowanie nad sobą. Na nic się zdały zażywane krople walerianowe".

We wzruszeniu zażywano, jak pisałem, nie tylko walerianę. I nawet nie tylko wódkę. Wyzwoleniu spod okupacji towarzyszyło także wielkie wyzwolenie erotyczne.

"Wszyscy byliśmy ciągle niesyci - wspominał pierwsze powojenne wakacje w Sopocie Jan Kott. - I gwałtowni w niezaspokojonych apetytach. Przyjechało wiele dziewczyn. »Nowe sztuki«, jak wtedy zaczęto mówić. Porywano je po dwie albo po trzy z wykopanych dołków, wrzucano do wody albo od razu ciągnięto w krzaki. Nie opierały się".

I zaczęliśmy się w ekspresowym tempie mnożyć. Do połowy lat 50. w prokreacji byliśmy drudzy w Europie, tuż za Albanią. Aż 16,5 proc. dzieci urodzonych w 1946 roku (dane z Wrocławia) to dzieci nieślubne. W 1947 roku - nawet 18,2 proc.

Ale małżeństwa też zawierano łatwiej niż przedtem. Kiedy 15-letnia wówczas Helena Birenbaum wróciła z obozu do Warszawy i spytała o drogę do Komitetu Żydowskiego pierwszego napotkanego Żyda, on drogę pokazał - i z miejsca spytał, czy nie wyszłaby za niego. "Zrozumiałam niebawem, że w ten sposób wielu ludzi zawierało wówczas małżeństwa. Byle tylko wyrwać się czym prędzej z osamotnienia i sieroctwa, podzielić się z kimś koszmarnymi wspomnieniami".

Aleksander Jackowski opowiada zaś, jak pewnego dnia jego szef w MSZ Wiktor Grosz egzaminował kandydatkę na attache kulturalnego w Rio de Janeiro. Widział ją pierwszy raz, ale nazajutrz "doszedł do wniosku, że »to jest to«, żyć bez niej nie może, uzyskał zgodę ministra, poleciał samolotem, zdaje się do Wiednia, tam piękną panią zatrzymano, i już z Groszem wróciła, jako jego żona. Na attache wyznaczono kogoś innego".

Chciało się ludziom żyć. Boom małżeński i demograficzny jest tego najlepszym dowodem. Demografowie wiedzą, że w czasie wszystkich wojen i okupacji spada stopa urodzeń, a zaległości są odrabiane po wyzwoleniu. Tak było też w Polsce: w latach 1946-50 urodziło się aż o milion dzieci więcej niż w latach 1941-45.

Stopa urodzeń dużo mówi o ówczesnych nastrojach społecznych. Bo urodzić dziecko - to znaczy wierzyć, że ma ono przyszłość. Stanowczo większość Polaków widziała różnicę między "nową" a "starą" okupacją.

Okupacja z uniwersytetem

Historycy i publicyści często nie doceniają wpływu przyziemnych, codziennych okoliczności na ludzkie życie. Liczą się rządy, policje, partie. Jakub Karpiński napisał np., że "dla zrozumienia PRL nie tyle jest ważne, jak działała oświata i służba zdrowia, ale przede wszystkim kto i dlaczego rządził krajem". Jestem dokładnie przeciwnego zdania. Właśnie otwarcie szkół i uniwersytetów było dla inteligentów głównym powodem, by uznać nową Polskę za swoją. "Okupacji z czynnymi uniwersytetami nikt sobie nie umiał wyobrazić" - pisał Raszewski.

Gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego, do którego mój ojciec został przyjęty po nieskomplikowanym egzaminie ("Powiedzcie co wiecie. - Może być coś o Kazimierzu Wielkim? - Proszę bardzo"), otwarto, kiedy jeszcze w części Poznania trwały walki. W "Marcinku" uczono według przedwojennych programów. Nauczyciele też byli przedwojenni. Była religia. To nie była szkoła "sowiecka".

"Kiedy przyjechałem do Krakowa wczesną wiosną 1945 roku, żeby zapisać się na uniwersytet, (...) w kwesturze urzędował ten sam co przed wojną kwestor, tylko posiwiały - wspomina Andrzej Klominek, późniejszy sekretarz redakcji »Przekroju«. - Ten sam był rektor, ci sami profesorowie - z wyjątkiem wyniszczonych w Sachsenhausen zaraz pierwszej okupacyjnej zimy. Ten sam portier objął portiernię w domu akademickim (...). Z niedalekiej kwatery żołnierzy (...) po wieczornym apelu dochodził chóralny śpiew Roty z kończącym »Tak nam dopomóż Bóg«. Pierwsze przedstawienie teatralne, jakie po wojnie w Krakowie zobaczyłem, to był »Mąż doskonały« Zawieyskiego, o biblijnym Hiobie, który wierząc niezłomnie przetrzymał wszystkie okrutne próby, którymi go Pan doświadczył i został przez Pana w końcu nagrodzony: przejrzysta aluzja do losu Polski. (...) Pierwszy maja był dniem świątecznym, także na uniwersytecie, ale zaraz potem poszliśmy znowu na pochód, równie oficjalny, trzeciomajowy.

I to miała być ta nowa okupacja, właściwie nie różniąca się od niemieckiej? Tej, w czasie której całe polskie życie było zakazane, a w szkołach, wedle gubernatora Franka, podludzie mieli uczyć się tylko czytać i rachować do pięciuset? (...)

Nie, to nie była »właściwie tylko inna okupacja«, ani siedemnasta republika, której się powszechnie obawiano - ja też. Wraz z falą wysiedlonych ze Wschodu (nazywano ich eufemistycznie repatriantami) napływały wiadomości o tym, jak wygląda życie w republice sowieckiej. Życie w Polsce demokratycznej, jak ją oficjalnie nazywano, to było coś innego, nowego, coś, co się dopiero stawało, i wcale jeszcze nie było wiadome, jaki przybierze kształt".

"Wolność" i "demokracja"

Polska A.D. 1944-45, choć bardziej "moskiewska" niż "londyńska", różniła się jednak zasadniczo od ZSRR. Kiedy Jerzy Putrament w lipcu 1944 roku przybył do Lublina, uderzyło go "coś wielkomiejskiego". "Myślę - notował we wspomnieniach - że sporą rolę w tym odegrał tak prozaiczny moment jak sklepy czy restauracje. W Wilnie nic takiego nie było: tylko stołówki".

W Polsce 1945 roku istniał prywatny handel, knajpy, w których grano jazz, rzemiosło, drobny przemysł. Rolnictwa jeszcze nie próbowano kolektywizować. Kościołów nie zamieniano na muzea ateizmu, a życie kulturalne było względnie swobodne. Czy w siedemnastej republice mógłby wychodzić "Przekrój" albo "Tygodnik Powszechny"?

Nowe władze jak ognia unikały wtedy rewolucyjnej frazeologii, co dla milionów Polaków, pamiętających zarówno wojnę polsko-bolszewicką, jak i okupację radziecką lat 1939-41, musiało być miłym zaskoczeniem. Była w tym oczywiście polityczna taktyka, ale jej nieuniknionym kosztem było utrwalenie się przekonania, że Polska nie będzie dokładną kopią ZSRR. Nawet za oszukańcze obietnice zawsze trzeba zapłacić: późniejsze bunty społeczne mogły się dzięki temu powoływać na "polską drogę do socjalizmu", co w efekcie chcąc nie chcąc przyspieszyło "polską drogę od socjalizmu".

Dziś mało kto mówi o tym, że program społeczny PKWN nie zanadto różnił się od programu Rady Jedności Narodowej (podziemnego parlamentu związanego z Londynem). W ogłoszonej 15 marca 1944 roku deklaracji RJN "O co walczy Naród Polski?" zapowiadana była gospodarka planowa, pełne zatrudnienie, upaństwowienie gospodarstw powyżej 50 ha. "Celem polityki społecznej - głosiła RJN - będzie pełne wyzwolenie człowieka pracy".

Zasadnicze punkty programu społecznego w ogłoszonym cztery miesiące później Manifeście Lipcowym PKWN są takie same jak w deklaracji RJN. W PPR-owskiej propagandzie roku 1944 i 1945 nie eksponowano słów "rewolucja" czy "marksizm", a o "socjalizmie" mówili wtedy tylko PPS-owcy. "Unikanie wyrazów komunizm, bolszewizm, bezbożnictwo" - zauważył 9 lutego 1945 roku Hugo Steinhaus po przeczytaniu gazety "Głos Ludu". Komentował: "Kto by nie znał wilka, myślałby, że to babcia".

Hasłami, którymi "babcia" szermowała najchętniej, były "demokracja" i "wolność".

Słowa "demokracja" używano w znaczeniu osobliwym, jako przeciwieństwa "reakcji". W ustach PPR-owców "demokracja" znaczyła więc to, co później (jeszcze nie wtedy!) określano mianem "władzy ludowej". Dlatego Jakub Berman na odprawie w MBP w lutym 1946 roku mógł z dumą powiedzieć: "Organy Bezpieczeństwa stały się symbolem polskiej demokracji"...

"Wyraz »demokracja« obrzydł wszystkim przez ciągłe branie go do ust przez oszustów politycznych" - notował 17 maja 1945 roku Hugo Steinhaus. "Ta »demokracja« w wydaniu azjatyckim - irytował się - ten monopol na sól, zapałki, poglądy polityczne i historię...". Ironiczny lud polski mianem "demokratek" zaraz ochrzcił samochody marki Chevrolet, którymi jeździła nowa władza.

Drugim wszechobecnym słowem była "wolność". "Administracja hojnie szafowała tą magiczną etykietą - wspominał Andrzej Panufnik - plac, w pobliżu którego mieszkałem, nazwano placem Wolności. Było kino »Wolność«, papierosy »Wolność«, czekoladki »Wolność« (namiastka bez smaku), mydło »Wolność« itd. Nie istniał tylko papier toaletowy »Wolność« - nieosiągalny bez względu na nazwę".

Była i gazeta »Wolność«, wydawana po polsku przez Armię Czerwoną. Mój ojciec pamięta, jak poznańscy gazeciarze wykrzykiwali na mieście: "»Wolności« nie ma, »Rzeczpospolita« sprzedana!"

"Wolność i wspaniałe nazwy służą za pretekst, i nikt jeszcze nie zapragnął niewoli dla drugich, panowania dla siebie, by się przy tym nie posługiwał wyrazami tego rodzaju" - nieprzypadkowo ten fragment "Dziejów" Tacyta zapisał 3 lipca 1945 roku w swym dzienniku filozof Henryk Elzenberg.

AK - opluty "karzeł"

Była jedna wielka grupa Polaków, dla której lata 1944-45 na pewno nie miały nic wspólnego z wyzwoleniem: żołnierze podziemia. Jeśli przypomni się to, co o konspiracyjnym braterstwie pisał Strzelecki, nie będzie wydawało się dziwne, że dla niektórych akowców nowy czas był nawet gorszy od niemieckiej okupacji: "Te pięć lat odcisnęło na mnie niewymazalne piętno - wspominał Stanisław Likiernik, powstaniec warszawski. - Odkryłem niejedno: przyjaźń, solidarność, moc zgranej ekipy. (...) Paradoksalnie, ów czas [niemieckiej] niewoli, który nam narzucono, dla wielu z nas był czasem wolności, względnej wprawdzie, ale odczuwalnej bardzo mocno w pewnych chwilach".

NKWD, a wkrótce i UB, urządzały od 1944 roku prawdziwe polowanie na AK. Było tak, jak pisał Kołakowski: akowcy rzeczywiście zostali wepchnięci w beznadziejną walkę przez stalinowską politykę.

Stalin nie chciał z AK rozmawiać. Nie dał też żadnej szansy na negocjacje powołanemu przez siebie PKWN-owi. Na kilka dni przed jego utworzeniem, 14 lipca 1944 roku, Stalin zakazał swoim oddziałom jakichkolwiek rozmów z AK: "Rozbrajać, internować". Do pierwszej wielkiej akcji, która odbyła się w Wilnie, rzucono prócz oddziałów kontrwywiadu (SMIERSZ) całą dywizję NKWD.

"Terror rozpętany przez władze bezpieczeństwa nie dawał szans włączenia się w nurt legalnego życia - pisze historyk podziemia Andrzej Chmielarz. - Akowcy byli (...) poszukiwani, więzieni i wywożeni w głąb ZSRR. Od lipca 1944 r. do kwietnia 1945 r. ponad 10 tys. żołnierzy AK znalazło się w łagrach NKWD. Ponad 150 od października 1944 r. do maja 1945 r. zostało skazanych przez wojskowe sądy specjalne na karę śmierci. Wielu nie wyszło z podziemia".

W październiku 1944 roku zaczęto rozlepiać słynne plakaty "AK - zapluty karzeł reakcji". Wstrząs, jaki wywoływał ich widok, zapisano w wielu pamiętnikach. "To, co zrobiono z Polską przechodzi wszystko, co znane jest w dziejach jako cynizm i narzucenie narodowi obcej woli przemocą. I pomyśleć, że ten nieszczęsny naród po pięciu latach tak straszliwych ofiar, tak niezłomnej walki i pracy podziemnej przeciw Niemcom nie ma nawet tej satysfakcji, żeby historię tej cudownej walki, pracy, ofiar, ujawnić i laurem uwieńczyć. Bo tę naszą krew i walkę opluto, zbezczeszczono, przekreślono" - pisała 27 lutego 1945 roku w dzienniku Maria Dąbrowska.

Akowców sądzono z tych samych paragrafów co kolaborantów gestapo; nie można nawet ustalić, ilu z 23 tys. straconych w latach 1944-56 z powodów politycznych to żołnierze podziemia. Nikt też nie zdołał dotąd policzyć, ilu akowców więziono po wojnie.

Etapy stalinizmu

Na przykładzie losów AK najdobitniej widać, jak stopniowo, nierównomiernie, narastał w Polsce stalinizm. Dla akowców zaczął się najwcześniej - w 1944 roku, dla inteligencji - dopiero cztery, pięć lat później, wraz z proklamowaniem socrealizmu, podobnie - dla chłopów, których zaczęto skłaniać do kolektywnej gospodarki. "Bitwa o handel", ogłoszona przez Hilarego Minca w 1947 roku, była początkiem stalinizmu dla szczególnie dotkniętego przez wojnę mieszczaństwa polskiego.

Ale w 1945 roku jeszcze nie wszyscy oddychali więziennym powietrzem. W cieniu niewątpliwej "sowieckiej okupacji" miliony ludzi żyły względnie swobodnym życiem.

Oczywiście, pamięć zbiorowa nie jest demokratyczna. Jedne grupy mają na nią wpływ większy niż inne. 380 tys. akowców stanowiło w Polsce 1944-45 roku niespełna 2 proc. ludności, ale w naszej pamięci zbiorowej tradycja akowska zajmuje znacznie więcej niż dwa procent. Przystoi nam uszanować tę pamięć; wiedzmy jednocześnie, że nie jest to pamięć jedyna.



Depresja i boom

rok | urodzenia na 1000 mieszk. | zgony na 1000 mieszk. | przyrost naturalny

1938 | 24,6 | 13,9 | 10,7

1939 | 23,2 | 14,9 | 8,3

1940 | 20,0 | 15,7 | 4,3

1941 | 17,6 | 18,2 | -0,6

1942 | 18,6 | 22,5 | -3,9

1946 | 26,2 | 13,9 | 10,7

1947 | 28,7 | 10,2 | 17,8

1948 | 29,4 | 11,2 | 18,2

Dane za lata 1939-42 dotyczą Generalnej Guberni, cytuję za książką Edwarda Rosseta "Demografia Polski", 1975; dane za rok 1938 i lata 1946-48 - za "Rocznikiem demograficznym 1945-66"