Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Gazeta Wyborcza - 16-04-1994




Jacek Żakowski

Coś w Polsce pękło, coś się skończyło






 

 

Przeraża mnie to, czego się nie spodziewałem: osłabienie etycznej wrażliwości w samym jądrze państwa; szczególna, mętniejąca atmosfera, której pozornie niewinnych wykwitów coraz więcej widać na publicznej scenie.

1

Parę tygodni temu europejska prasa opisywała tragedię niemieckiego polityka, który popełnił samobójstwo, kiedy dziennikarze stwierdzili, że gotów był podjąć rozmowy na temat wyprania w Polsce dużej kwoty brudnych pieniędzy. A przecież "na nasze" nic się jeszcze nie stało. Niczego mu nie udowodniono. I zapewne w żadnym kraju nie dałoby się go skazać na podstawie dziennikarskich rewelacji. Więc co? Wariat? Dziwak? Pruderyjny niewolnik zawodowego etosu?

Adam Bień, człowiek innego, nie istniejącego już świata, przypomniał mi niedawno trochę zakurzone słówko "honor". Polacy uważali się kiedyś za ludzi honoru, a polskie elity miały na tym punkcie lekkiego szmergla. Punktem honoru elit było zaś przede wszystkim pierwszeństwo racji publicznej przed osobistym interesem.

Było - bo zdaje mi się, że właśnie na naszych oczach już przestaje być.

Nie szokują mnie zdarzające się wszędzie złodziejstwo, korupcja, malwersacje i przestępcze nadużycia. Nie deprymowały mnie afery w rodzaju FOZZ i ["Art B" s- ka]. Musieliśmy zapłacić frycowe wolnorynkowych nuworyszy. Przeraża mnie to, czego się nie spodziewałem: osłabienie etycznej wrażliwości w samym jądrze państwa; szczególna, mętniejąca atmosfera, której pozornie niewinnych wykwitów coraz więcej widać na publicznej scenie.

2

Próbuję zrozumieć, co w moim kraju pękło. Szukam odpowiedzi na dziecięco naiwne pytania. Co się skończyło, że osoba najwyższej klasy, jako premier odwołanego rządu skarżącego się wciąż na dziury w budżecie i hucznie wstrzymującego podwyżki dla urzędników, pobrała stumilionową premię uznaniową, a były szef URM próbował nas przekonywać, że nic się nie stało, bo wszystko było "zgodne z obowiązującym prawem"? Dlaczego wciąż trwa takie prawo? Dlaczego milczało na ten temat kierownictwo chętnie odwołującej się do etosu partii?

Co się stało, że kryształowy człowiek z piękną opozycyjną kartą po paru latach urzędowania w gabinecie wiceministra faktycznie sam siebie mianował prezesem rady nadzorczej, brał drugą pensję i kontrolował siebie, występując jako jednoosobowe walne zgromadzenie, do którego jako minister delegował się w imieniu skarbu państwa? I dlaczego ten piękny człowiek, który przez lata w imię zasad buntował się przeciw peerelowskiemu prawu, płacąc za to osobistą cenę, dziś mówi mi po prostu: "To jest w porządku, bo prawo na to pozwala"?

Dlaczego szef państwowej telewizji uznał, że nie ma nic złego w robieniu interesów z firmą własnej żony? Dlaczego na ten temat milczał premier, który go powołał i sam pan prezydent, właściciel słynnej wyborczej siekiery?

Dlaczego prezes wielkiego banku za naturalne uważa spekulacyjne wyzbywanie się akcji swojej firmy? Dlaczego nie zająknął się w tej sprawie związek polskich banków?

Dlaczego wicepremier uważał za całkiem w porządku, żeby w ostatnich dniach urzędowania mianować kolegę na lukratywną posadę w państwowym konsorcjum i samemu z rąk tego kolegi przyjąć równie lukratywną nominację? Dlaczego na ten temat milczeli jego ożywiani chrześcijańską wrażliwością partyjni koledzy?

Co sprawiło, że żaden wysoki państwowy urzędnik nie czuje się winny powstania systemu policyjnego sponsoringu, który setki polskich policjantów poddał działaniu legalnego nacisku korupcyjnego?

I dlaczego prezes rządowej agencji w randze wiceministra, który najpierw tworzył państwowe spółki, a potem mianował się członkiem ich rad, za co wyznaczał sobie wielomilionowe pensje, nie "strzelił sobie w łeb", kiedy prasa ujawniła jego operacje?

Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Dlaczego przez przeszło cztery lata żaden polski polityk ani wysoki urzędnik nie zwołał konferencji prasowej po to tylko, żeby powiedzieć: "Pogubiłem się, przekroczyłem granicę błędu, naruszyłem normę przyzwoitości - odchodzę"?

Dlaczego tak często słyszę, że "przecież prawo nie zostało złamane"? Tak jakby w życiu publicznym nie istniały poza prawem żadne inne normy - wyższe niż kodeks karny, ważniejsze od ustawowych zakazów.

Rok temu przypuszczałbym jeszcze, że to tylko kolejne "aferki", polityczne "wypadki przy pracy". Dziś mam poczucie, że ilość przeszła w jakość, że niepostrzeżenie wytworzył się jakiś nowy standard, fatalna norma sankcjonująca istnienie szarej strefy oplatającej świat polityki i obezwładniająca państwowy aparat.

Aż strach napisać wprost to, co czuję chyba nie tylko ja jeden: pięć lat po Okrągłym Stole, w Polsce, mimo wszystko będącej przecież krajem wielkiego sukcesu, fiasko poniosła rewolucja etyczna, która dla wielu z nas wydawała się być oczywistą konsekwencją końca realsocjalizmu.

3

Dla ludzi, wśród których się przez lata obracałem, sprzeciw wobec Peerelu nie ograniczał się tylko do braku kiełbasy i niedostatków wolności. "Smak" i "przyzwoitość" dzieliły strefę władzy od świata choćby najbardziej pasywnej "odmowy". W wielkiej mierze szło właśnie o zasady - jasne, zgodne z poczuciem rozsądku i moralności. I to one stanowić miały istotę wymarzonej zmiany.

Kiedy ta zmiana przyszła, w spadku po tamtej Polsce dostaliśmy nie tylko cywilizacyjne zacofanie i gospodarczą katastrofę. Także nieraz opisany wielki system legalnego lub półlegalnego korumpowania ludzi. Stępienie moralnej odpowiedzialności zastąpionej przez obyczaj "załatwiania", "kombinowania" i "wzajemnej pomocy".

Dzisiejszy prezes wielkiego centralnego urzędu i podobno jeden z kandydatów na urząd ministra finansów nie tak dawno tłumaczył publicznie, że nie było nic złego w tym, iż będąc peerelowskim wicepremierem załatwił sobie za psi grosz luksusowe państwowe mieszkanie na najbardziej nobliwej ulicy Warszawy, "bo prawo na to pozwalało". Co więcej, "było to słuszne, bo wysocy urzędnicy niewiele zarabiali". Nie było dla niego sprawą honoru wykorzystanie publicznego stanowiska dla prywatnych celów.

Generał i bardzo ważny minister peerelowskiego rządu, człowiek niewątpliwie zasłużony w procesie pokojowego przekazania władzy, nie widział nic niestosownego w tym, że budowę prywatnego domku zlecił jednostce wojskowej. Po latach z podniesionym czołem pokazywał dziennikarzom komplety rachunków mówiąc, że jeśli nawet były zaniżone, to w każdym razie nie on je zaniżał, ale ci, którzy je wystawiali. Skrzyżowanie prywatnych interesów i służbowej zależności nie szkodziło oficerskiemu honorowi.

Nie ma już sensu pastwienie się nad tamtym światem systemowo zakodowanych moralnych kompromisów, światem właścicieli PRL, prących do władzy, którą wielu z nich rozumiało jako miejsce przy żłobie. Ale muszę tamten świat pamiętać, jeśli chcę zrozumieć to, co się później stało. Następstwa tamtej choroby znajduję u funkcjonariuszy demokratyczego państwa, które uważam za moje, u ludzi, których uważałem za mniej czy bardziej mi bliskich. To nie tylko sprawa poznańskich policjantów czy spekulującego akcjami prezesa Banku Śląskiego - to także premia premiera i druga pensja ministra.

4

Kiedy w 1989 roku dokonywał się przełom, na żądzę rewanżu i zemsty odpowiadaliśmy, że w Polsce zmieniać trzeba przede wszystkim system - nie ludzi, bo złu tego świata winne są destrukcyjne mechanizmy, wzmacniające gorszą stronę ułomnej człowieczej natury. Wciąż sądzę, że była to myśl realistyczna, mądra oraz piękna, wszakże pod warunkiem, że realizm i chrześcijańska łagodność występowałyby łącznie z pryncypialnym tworzeniem absolutnie jasnych reguł życia społecznego.

Dziś widzę, że te zmiany - choć przecież rozległe - nie poszły dość daleko i duża część "nowych, zdrowych ludzi" dała się wessać w świat reguł poprzedniego systemu, w którym polityczna władza i żłób były ze sobą półtajemnie zrośnięte.

Kiedy po kilku miesiącach pracy pierwszy "solidarnościowy" dyrektor zrujnowanej państwowej instytucji postanowił nie przyznawać sobie premii, życzliwi, bardziej doświadczeni koledzy przekonywali go, że źle robi, łamiąc uświęconą tradycją peerelowską zasadę, iż szef bierze pierwszy i zawsze najwięcej - "jak przy rodzinnym stole: pan domu najpierw, a dla kajtków resztki". Kiedy uparł się płacić za prywatne wykorzystywanie służbowego samochodu, potraktowano to jako rodzaj nieszkodliwej obsesji. Kiedy swemu poprzednikowi zaproponował honorową rezygnację z przysługującej za część roku premii, usłyszał, że "honor i pieniądze nijak się nie mają".

Były wysoki urzędnik, który w 1989 r. jako jeden z pierwszych ludzi "Solidarności" wszedł w tryby starej władzy, a potem też jako jeden z pierwszych z nich wyszedł, opowiada mi, że przez cały rok urzędowania czuł się "jak w slalomie" między zasadzkami mniejszych i większych niejasnych ofert i możliwości. Łapówek mu nie proponowano, ale "tańsze" meble owszem, "okazyjne" garnitury "z odrzutu", "atrakcyjne wakacje" i półsłużbowe podróże: "Chętnie zaproszą pana razem z żoną".

Przypadkiem znam ten mechanizm. Poznałem go na własnej skórze. I znam te miłe dla ucha, lecz złowieszcze słowa: "To się panu należy". Gdy się dostaje od losu jakiś okruch władzy, wciąż trzeba się mieć na baczności i każde "to się panu należy" pieczołowicie filtrować przez sito własnej wrażliwości. Wciąż trzeba być gotowym powiedzieć "nie" tym niebezpiecznym dobrym ludziom, którzy - może z najlepszych pobudek - zawsze powiedzą, że "to jest normalne", "oczywiście, to się panu należy". "I to. I to. I to jeszcze." I "ja to panu załatwię, bo pan ma ważniejsze sprawy...".

Jak długo zwykły człowiek może się opierać dobrym radom życzliwych, którzy "znają życie". Miesiąc, rok, cztery lata? A im wyżej wędruje, tym jest tych dobrych ludzi więcej, i lepiej są wyszkoleni w usidlaniu kolejnych lokatorów dużego gabinetu.

Prezydent, zapewne przy ich wydatnej pomocy, z dnia na dzień uwierzył, że należą mu się cudownie rozmnożone pieniądze na partię i rządowy samolot do Gdańska, a potem operetkowy pancerny mercedes i wielki pałac w śródmieściu. Premierowi, który nie zdołał sformować gabinetu, w parę dni wmówili, że mu się od państwa należą służbowe skarpetki. Szefowi rządu, że premia; wiceministrom, że druga i trzecia pensja. Zresztą nie wszystkim trzeba to było tłumaczyć. Czasem starczył przykład. Nie wypowiedziany sygnał z nieco wyższego szczebla. Widok otoczenia, w którym "wszyscy tak robią".

5

Kiedy przed trzema laty w jednej z państwowych spółek tworzono radę nadzorczą, pewien profesor oświadczył, iż przyjmie tę funkcję tylko pod warunkiem, że będzie miała charakter honorowy, bo on już od państwa jedną pensję dostaje. I cała rada - aż do odwołania przez rząd Olszewskiego - działała społecznie. Potem, pod nieobecność profesora, wprowadzono dietę. Milion złotych za posiedzenie odbywające się średnio raz na dwa miesiące. Komu się opłacało naruszyć zasadę dla paruset tysięcy miesięcznie? Dziś waży się decyzja, czy członkowie Rady, w większości wysocy urzędnicy państwowi, spotykający się co kilka tygodni, powinni z tego tytułu dostawać dwie czy trzy "średnie krajowe" na miesiąc.

W świecie niejasnych reguł dokonywała się próba charakterów, mozolne zacieranie granic. Niektórzy bronili się długo. Wiceminister, kryształowy człowiek, wziął drugą pensję po trzech latach urzędowania.

Coś w krysztale pękło, coś się skończyło.

6

W roku 1989 nowi ludzie przychodzili do władzy z etosem Sierpnia '80. Na ogół już wcześniej pokazali, że potrafią się zdobyć na odruch moralnego sprzeciwu, i że umieją stawiać zasady ponad osobiste korzyści. W imię tych zasad, a nie z żądzy zemsty wobec starego aparatu państwa, nowa władza likwidowała odziedziczone po poprzednikach przywileje oraz tropiła nomenklaturowe spółki. Ale nigdy nie udało się stworzyć systemu jasnych reguł. Jednoznacznie określić minimum przyzwoitości dla sfery publicznej.

Dziś parę osób stojących wówczas "na czele" mówi mi w gruncie rzeczy to samo - "nie starczało czasu", "rozsypał się etos", "były ważniejsze sprawy", "myśmy nie mieli ludzi", "nie można było naraz wywracać wszystkiego", a ktoś stojący nieco z boku dorzuca, że może także nie starczyło wyobraźni, żeby zrozumieć wagę pozornie niegroźnych taktycznych kompromisów.

Minister pierwszego niekomunistycznego rządu przypomina mi "stały konflikt pilnego z ważnym, a pilne zawsze wygrywało". Z czasem coraz mocniej brzmiał argument, że przecież ktoś musi w urzędach pracować.

W imię jasności reguł Tadeusz Mazowiecki zakazał przynajmniej udziału wyższych urzędników w spółkach, określając na piśmie, jakiego rodzaju etycznych kwalifikacji oczekuje od funkcjonariuszy państwa. Wysoki urzędnik URM, który przetrwał kilku peerelowskich i "solidarnościowych" premierów, uważa, że w odróżnieniu od swoich następców Mazowiecki wniósł powiew purytańskiej atmosfery, chociaż to nie on zajmował się wtedy polowaniem na nomenklaturowe spółki i znikający majątek starych partii.

Osoba, która współtworząc po 1989 r. koncepcję polskiej służby cywilnej szczególną wagę przykładała do kwestii etycznych, usłyszała od doświadczonego urzędnika: "Jak ruszycie ten temat, połowę kadry stracicie". Wtedy przypomniała sobie szczere pytanie naczelnika izby skarbowej, uczestnika kursu dla wyższych urzędników: "Niech mi pani tak prywatnie powie: to chyba nie jest nic złego, że ja sobie tu czy tam dorobię jako doradca?"

Jeden z ówczesnych "zauszników" Mazowieckiego pamięta, że właśnie instrukcja etyczna wywołała najzacieklejszy opór URM-owskiej biurokracji. Chcąc doprowadzić do jej opracowania jedyny raz w swojej ministerialnej karierze krzyczał do podległego mu urzędnika: "Ja panu każę i proszę to wykonać!". Atmosfera końca lat 80. była bowiem z grubsza taka, że w urzędzie dostaje się pensję, a zarabia każdy, jak może. Z mieszanymi uczuciami "zausznik" wspomina swój ówczesny, dziś brzmiący naiwnie, pomysł, żeby rzucić hasło: "W roku 1990 nosi się przyzwoitość".

7

W planie prac rządu Mazowieckiego na późną wiosnę roku 1991 przewidywano uchwalenie ustawy o służbie cywilnej, która miała rozstrzygnąć i kwestie etyczne. Późno, jak na kraj, w którym odbywała się "wielka zmiana", ale "zausznik" mi mówi, że oprócz nawału spraw "granicą zamiarów było poczucie bezsilności". Ludzie Mazowieckiego dość długo czuli się "więźniami biurokracji, bezpieki i wojska, które dysponują niewidzialnymi sprężynami destabilizacji". Do dziś mój rozmówca ma w uszach słowa [Aleksanderra] Halla: "Ciągle mam wrażenie, że on tu podejdzie i powie koniec chłopcy, s...ć!" wypowiedziane, kiedy spacerując z premierem po rządowym parku zauważyli dyskretnie obstawiającego ich majora bezpieki.

Woleli zanadto nie drażnić odziedziczonego aparatu, który i tak z oporami przekonywał się do nowej władzy. A to znaczyło, że "zasady" - przynajmniej niektóre - musiały na razie poczekać. Najważniejsze były przecież demokracja, niepodległość i plan Balcerowicza.

Ówczesny szef URM-u marzył o służbie cywilnej, w której urzędnik bierze tylko jedną pensję. Ale państwo płaciło psie grosze, a nastroje społeczne były takie, że "najlepiej darmozjadom nie dać ani złotówki", więc uznali, że o oficjalnych podwyżkach mowy być nie może. "Nagrodami się to dość bezboleśnie łatało, bo wprawdzie nie były tajne, ale też nie trzeba było o nich głośno mówić. Zresztą wtedy te nagrody nie były takie jak za Rokity". Bardzo wysoki urzędnik mówi mi, że wypłacenie premierowi 20 średnich krajowych było wtedy nie do pomyślenia, choć również nie do pomyślenia była likwidacja przepisów, które to dopuszczały.

Nie ruszali więc wprowadzonych w 1982 roku premii dla rządu, sprawę etyki urzędniczej ledwie nadgryźli okólnikiem, wielki skok w administracji odkładali na później, ale uruchomili samorząd lokalny i zamierzyli [Szkoła Administracji] na wzór francuskiej ENA, w której widzieli zalążek zdrowej biurokracji na popeerelowskim ugorze.

Ugór był przerażający. Twórczyni i dyrektor Szkoły Maria Gintowt-Jankowicz, z zakłopotaniem obserwowała reakcje zagranicznych wykładowców, kiedy pod koniec 1991 r. młodzi ludzie pytali ich, co by było, gdyby student ENA chciał jednocześnie prowadzić własne przedsiębiorstwo i czy powinien je wówczas przepisać na żonę. Goście zazwyczaj prosili tłumacza o powtórzenie pytania, a potem ujawniali całkowitą bezradność, nie mogąc zrozumieć, jakim cudem przedsiębiorca może być urzędnikiem państwowym.

Studenci ze zdumieniem dowiadywali się, że np. w Bawarii urzędnicy mogą przyjmować tylko prezenty warte nie więcej niż 20 marek, że nawet tam, gdzie prawo tego wprost nie zabrania, prowadzenie przez żonę urzędnika państwowego firmy mającej cokolwiek wspólnego z zakresem jego służbowych kompetencji jest nie do pomyślenia, a już zawieranie z taką firmą kontraktów w ogóle nie mieści się w głowie. Przyszła elita polskiej biurokracji, mając za sobą kilkuletnie doświadczenie w służbie państwowej, często dopiero od spotkanych w Szkole zachodnich urzędników po raz pierwszy słyszała: "tego się nie robi", "nie wypada", "to nie do pomyślenia". Uczenie dorosłych ludzi podstaw przyzwoitości było żenujące, ale nieodzowne.

8

W 1991 roku ekipie Bieleckiego ważniejsze od zakazów wydawało się wydłużenie wałęsowskiej ławki. Wprowadzone przez Mazowieckiego ograniczenia zostały cofnięte, a w rządzie liberałów, ZChN-u oraz Porozumienia Centrum znaleźli się czynni ludzie biznesu. Po paru latach ze zdumieniem słucham wyjaśnień ówczesnego premiera, że nie ma sensu zabraniać, bo Polacy i tak wszystkie zakazy obejdą, a dużo bardziej skuteczny może być system deklaracji majątkowych pozwalających stwierdzić, jak się urzędnicy bogacą. Tak, jakby deklaracji już obejść się nie dało.

To, co wtedy mogło wyglądać na polityczną nieostrożność, z perspektywy paru lat wydaje mi się czymś nieporównanie poważniejszym. Nie tylko dlatego, że niejednoznaczność ról i nierozwaga niektórych liberalnych ministrów dała obfitą pożywkę późniejszej politycznej kampanii podejrzeń i oszczerstw, której ofiarą padli czołowi politycy Kongresu.

Znacznie groźniejszy był efekt odbity. Jakiekolwiek były wtedy intencje premiera (który podobno już w roku 1990 opracował raport o zapobieganiu konfliktowi ról w administracji i którego rząd stworzył ustawę antykorupcyjną), dla wielkiej rzeszy stosunkowo słabo opłacanych urzędników stanowisko nowej ekipy zabrzmiało jak powrót do filozofii dominującej w czasach ministra Wilczka i wicepremiera Sekuły: - "Płacimy niewiele, a wy jakoś sobie radźcie". Tylko że teraz otwierały się niewyobrażalne wcześniej możliwości, bo ruszał rynek, prywatyzacja, komercjalizacja.

Stawianie skuteczności ponad zasadami nie było jednak specjalnością gdańskich liberałów. Bulwersujące dzieje cudownego rozkwitu związanych z Porozumieniem Centrum Fundacji Prasowej "Solidarności" i spółki Telegraf, nad którymi unosił się duch wałęsowskiego Belwederu, sugerowały, że reszta ówczesnego obozu prezydenckiego jest jeszcze mniej zainteresowana wdrażaniem jasnych zasad na styku polityki i biznesu.

To właśnie wtedy, w pierwszych miesiącach [rząd Bieleckiego], kiedy w gabinecie ministra budownictwa sekretarz stanu z prezydenckiej kancelarii, występując jako prywatny przedsiębiorca, podpisywał z włoską firmą kontrakt przewidujący życzliwość polskich władz, w prasie pojawił się termin "spółka neonomenklaturowa". Jednak i minister, i sekretarz stanu dalej urzędowali i mimo oburzenia prasy wciąż mieli się dobrze, bo przecież "prawo nie zostało złamane".

Po trzech latach Bielecki tłumaczy mi, że usuwając ministra budownictwa zablokowałby możliwość powstania koalicji UD-PC-KLD, którą chciał stworzyć po zbliżających się wyborach. Koalicja nigdy nie powstała, a skutek zaniechanej reakcji przekroczył oczekiwania.

Dziś mam wrażenie, że to właśnie ówczesne milczenie świeżo wybranego prezydenta i ledwo powołanego premiera wobec dość oczywistego nadużywania stanowisk przez najwyższych urzędników państwowych oznaczało postawienie krzyżyka na etosie, który - jak mówi jeden z twórców koncepcji służby cywilnej - "wałęsowska trzecia liga" zastąpiła modę na cwaniaka. Na oko było widać, że w tym sezonie przyzwoitość już się nie nosiła".

Z powstającego obozu prawicowo-belwederskiego zdawało się emanować przekonanie, że liczy się tylko jedna zasada: "Rób tak, żeby cię nie złapali". I prokuratorzy bezradnie odbijali się od "Telegrafistów" korzystających z najwyraźniej akceptowanej na najwyższym szczeblu, choć prawnie mocno niejasnej, życzliwości państwowych banków i instytucji. Formująca się centroprawica dysponowała już polityczną siłą, ale pilnie potrzebowała pieniędzy na zbliżające się wybory.

Miejsce nobliwych, nieco szkolnych garniturków i chłopięcych sweterków dawnych opozycjonistów zajmowały w świecie polityki pstrokate kaszmiry i jedwabie nowej elity, a nudne posapywanie o państwie, służbie i etosie zostało radykalnie wyparte przez kult biznesowej skuteczności urozmaicany werbalną nagonką na komunę i nomenklaturę.

W następnym rządzie kierowanym przez Jana [rząd Olszewskiego] nie było już liberałów, ale był forsowany przez PC poprzedni minister budownictwa - tropiciel nomenklatury nakazowo-rozdzielczej i zarazem król koncesyjnego imperium Ministerstwa Współpracy Gospodarczej z Zagranicą. Dwa lata później szef tego rządu powie mi, że żadne służby nie informowały go, jakoby kandydat na nowego szefa MWGzZ popełnił przestępstwo, więc nie widział powodu, aby się sprzeciwiać jego powołaniu.

9

Niezwykle popularny polityk uważa, że w gruncie rzeczy sprawa rypła się wcześniej. Przypomina mi, że każdy społeczny przewrót odwołuje się do ideologii, która wnosi etykę życia publicznego. "Myśmy ideologii nie mieli, ale mieliśmy 'solidarność' - nie jako ruch czy związek, ale jako ideę. Ona się skończyła wraz z 'wojną na górze<' która w gruncie rzeczy była wojną na dole - starciem świata zasad ze światem jednej tylko zasady, że wolno wszystko, na co nie ma kary. Walka o władzę stała się ważniejsza od 'solidarności'. A to znaczyło, że 'wolno' nie tylko kłamać, opluskwiać i insynuować, ale też doić państwo, ile się da - byle cię tylko na tym nie drapnęli."

Kiedy mówię o nagrodzie premiera i drugiej pensji ministra, siedzący z tyłu mojego "malucha" były "solidarnościowy" minister stwierdza, iż "wciąż brakuje politycznej odwagi, żeby publicznie powiedzieć, że niektórzy urzędnicy muszą dobrze zarabiać". Przez blisko pięć lat niezależności żaden polski gabinet nie zdobył się na odrzucenie odziedziczonej po starym systemie populistycznej pruderii, a kolejne kampanie wyborcze jeszcze ją podsycały.

Każdy rząd boi się dobrze zapłacić urzędnikom, bo żyje przekonaniem, że w społecznym odczuciu urzędnik to pasożyt, który ssie krew anemicznego budżetu. Ale na ten strach nakłada się świadomość, że jednak niektórym dobrze płacić trzeba, bo inaczej odejdą i będzie katastrofa. A w końcu żaden premier nie chce, by do służby państwowej trafiali sami - jak mawia Jacek Fedorowicz - "inteligentni inaczej".

Żeby nie drażnić wyborców, trzeba więc było znaleźć kompromis między jawnością władzy, której domagano się w Sierpniu '80 a rynkiem pracy nowego ustroju. Więc aparat państwowy, jak pani Dulska, obnosi siermiężne ubóstwo i zarazem "jakoś sobie radzi".

Premiera za dwadzieścia parę milionów da się od biedy znaleźć, ministra za dwadzieścia też na ogół można, chociaż lepiej go wzmocnić obietnicą premii. Ale już wiceminister odpowiedzialny za funkcjonowanie gospodarczego sektora - jeśli ma to być człowiek, który wie, co robi - nie może zarabiać mniej niż prezes średniej państwowej spółki. Dyrektor departamentu nie chce być dużo gorszy od dyrektora w fabryce. A to się w oficjalnych widełkach nijak nie daje zmieścić. Skoro zaś ze strachu przed ludźmi widełek podnieść nie można, trzeba zakombinować.

Więc państwo kombinuje. Dyrektor departamentu, właśnie przyjęty do pracy, mówi mi: "Dostałem dwanaście i trzy rady nadzorcze". Razem zarobi trochę więcej niż premier. Lekko kręci nosem, bo mógł trafić lepiej.

Podsekretarza stanu minister potraktował życzliwiej. Od razu dostał radę, która płaci mu więcej niż Rzeczpospolita. Do tego druga rada. Już ma przeszło dwa razy więcej niż wynika z ustawy. Prawie dwa razy więcej niż premier.

Rady są bardzo różne. Skromniejsze w Ministerstwie Przekształceń, gdzie członek dostaje około 5 mln, a przewodniczący - 7. (W zasadzie ustalono, że jeden urzędnik nie może zasiadać w więcej niż dwóch podległych resortowi radach). Tłustsze posady są w radach podległych Ministerstwu Finansów, bo banki płacą trzy razy więcej od spółek skarbu państwa. O podlegających ministrowi przemysłu radach spółek węglowych krążą po Polsce legendy, a rzecznik resortu nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia. Polecono mu mówić, że jest to tajemnica handlowa, choć przecież składami rad nadzorczych skarb państwa nie handluje.

Czy to jest sprawiedliwe, że zasiadający w paru radach podsekretarz stanu zarabia dwa razy więcej od premiera? Oczywiście nie jest i któryś szef URM-u musiał wreszcie uznać, że tę niesprawiedliwość chociaż na odchodnym trzeba sobie i premierowi wyrównać podwyższoną nagrodą.

10

Raz zdradzone zasady mszczą się bezlitośnie. W politycznej skali dużego kraju drobne kompromisy na wysokim szczeblu pociągają za sobą nieprzewidywalne fale. Żeby nie ruszać trudnego problemu ministerialnych pensji, gabinet [rząd Mazowieckiego] zachował system cichych premii, konserwując polityczne wnyki, w które bezwiednie wpadł premier ostatniego "solidarnościowego" rządu.

Żeby umocnić słabą prawą nogę, prezydent przymykał oczy na sprawki "Telegrafistów", otwierając drogę do powrotu Sekuły. Biorąc do rządu byłego ministra budownictwa, Jan Olszewski otworzył ministerstwo przed [Leszek] Millerem, bo przecież żadnemu z nich niczego nie udowodniono.

Żeby dla dobra liberalnych reform utrzymać w administracji wartościowych fachowców - nie ryzykując rozniecenia populistycznych emocji - mechanizm właścicielskiego nadzoru podporządkowano doraźnym finansowym potrzebom aparatu państwa. Dziś to znaczy tyle, że posady w radach stały się politycznym łupem tych, którzy przejmują władzę. W 40 krajowych spółkach, w których skarb państwa reprezentuje minister [Lesław] Podkański, przez pierwsze cztery miesiące działania rządu premiera Pawlaka uwolniono dla nowych ludzi przeszło 20 stanowisk [rząd Pawlaka]. Kompromis mający służyć liberalnej reformie zaowocował powrotem logiki "swoich ludzi", partyjnych zasług i "nomenklatury".

Władze Unii Demokratycznej milczały na temat premii dla rządu. Gdy pytam, dlaczego, słyszę: "Byliśmy w bardzo niezręcznej sytuacji". Dla mnie to milczenie było prawdziwym końcem etosu.

11

Po latach komunizmu i bez "solidarności" wylądowaliśmy wszyscy w wielkiej czarnej dziurze, którą mogła zapełnić jakakolwiek reguła: bezwstyd, naga siła, potęga pieniądza. I tak się w jakiejś mierze stało.

Władza psuje ludzi, którzy ją sprawują, i trzeba wielkiej mocy, by temu nie ulec. Władza źle zamyślona psuje ich w dwójnasób. Władza pruderyjna i pozbawiona politycznej odwagi może zepsuć państwo, bo łączy rygoryzm słów z permisywizmem działań. Czy siekiera Wałęsy nie zginęła w Telegrafie, a pryncypialność Unii Demokratycznej w milczeniu na temat premii?

Hipokryzja podtrzymuje fałszywe stereotypy, z którymi obawia się polemizować, niszczy mechanizmy społecznego dialogu, bo odbiera sens słowom mówionym publicznie, stawia uczciwych ludzi wobec fałszywych wyborów i zbyt silnych pokus. Władza pruderyjna i przyzwalająca zarazem może łatwiej przetrwać, ale może także wytworzyć fałszywą moralność budującą świat jeszcze gorszy niż ten, którego się bała.

Nikogo nie oceniam. Staram się tylko zrozumieć mechanizm etycznej erozji. Próbuję nie moralizować, bo kto moralizuje, ujawnia bezradność, a w naszym, polskim przypadku o bezradności jeszcze nie może być mowy. Ale także nie wierzę, kiedy bardzo popularny polityk przywołując słowa Papieża mówi mi ze smutkiem, że zanik zasad nie jest problemem specyficznie polskim ani nawet specjalnością krajów byłego "obozu" komunistycznego, bo takie jest signum temporis zachodniej cywilizacji.

Ja w polskim zamieszaniu nie dostrzegam cywilizacyjnego fatum. Widzę pasmo kompromisów między wciąż dominującym "niedzisiejszym" moralnym oczekiwaniem i najoczywistszymi zasadami życia państwowego a jednodniowym politycznym interesem i nieustannie komplikującą się rzeczywistością, w której wierność zasadom ma osobistą albo polityczną cenę. I widzę wciąż rosnącą cenę krótkowzrocznej niewierności elit.

12

Wybitny intelektualista i polityk, z którym dzielę się moimi obawami cytując Maxa Webera, przestrzega mnie przed uprawianiem moralizatorstwa w polityce. "Tak, to jest nasza porażka. Ale kiedy pan mi to opowiada, nie słyszę Jacka Ż. z Warszawy. To mówi Amerykanin przypadkiem tu zbłąkany. W Ameryce etyka rządzi polityką, ale nie tu - w Europie. Tu proszę pana afery, malwersacje, nadużycia. Tylko prawo i demokratyczne instytucje mogą temu zapobiec. Nie moralizowanie".

Jednak jeden ze współautorów koncepcji służby cywilnej mówi mi, że "to jest narodowa klęska, kiedy zasady prostej przyzwoitości trzeba zapisywać w ustawach i wymuszać karami". I szczerze mówiąc ten pogląd jest znacznie bliższy mojej prawdy o świecie.

Zgoda. Niedoskonałe prawo, które nigdy nie nadąża za życiem, trzeba bez końca poprawiać i udoskonalać. Prosta prawna zasada, że państwowy urzędnik ma tylko jedną pracę, mogła tysiące ludzi uchronić przed konfliktem sumienia. Jasny zakaz łączenia biznesu z państwową posadą i prosty wymóg, by urzędnicy przekazywali cały swój kapitał w powierniczy zarząd, pozwoliłyby uchronić wiele osób przed trudnym wyborem między wartościami i własnym interesem. Jednak by nie zniszczyć państwa, trzeba zarazem urzędnikowi zapłacić godziwe pobory i mieć odwagę powiedzieć publicznie, ile musi kosztować sprawna biurokracja.

Ale skuteczność prawa ma swoje granice. Rozumiał to były premier, który mi powiedział, że Polacy i tak każdy zakaz obejdą. Prócz prawa demokracja potrzebuje po pierwsze zasad, których w ustawie zapisać się nie da, po drugie przynajmniej elit skłonnych tych zasad rygorystycznie przestrzegać.

W krajach, w których demokracja trwa dłużej niż sezon, rygoryzm etyczny elit osiąga czasem granice absurdu. Nieraz już cień podejrzenia o skłonność do nadużywania władzy potrafi złamać najlepiej się zapowiadającą polityczną karierę. Nieraz wystarczy nieostrożny dobór podwładnych, przyjaciół lub współpracowników, by zostać z klasy politycznej wyplutym bez prawa apelacji.

Przez pięć lat demokracji w Polsce żadna z rozdrobnionych politycznych elit nie zdobyła się na to, by rygoryzm przyjąć. Niemal zawsze znajdują się jakieś poważne powody, żeby usprawiedliwić partyjnego kolegę lub przemilczać jego kolejne potknięcia, dopóki prokurator nie udowodni mu winy.

Na tym świecie, a już zwłaszcza na wschód od dawnej żelaznej kurtyny, nie ma idealnych elit. Ale elita, dla której wewnętrzna lojalność staje się ważniejsza od głoszonych zasad i która w imię takiej lojalności osłania ministra, dyrektora, premiera, niszczy demokrację, bo podważa sens publicznej krytyki i obywatelskiej kontroli; nabiera cech mafijnych i zwraca się przeciw państwu.

Elita, która nie ma dość siły, by w sprawach publicznych narzucić sobie etyczny rygoryzm, podcina własne osadzone w demokracji korzenie. Nie tylko dlatego, że przykład idzie z góry, a bezkarność ministra deprawuje portiera. Przede wszystkim dlatego, że wytwarza groźne dla demokracji społeczne poczucie wyobcowania legalnie wybieranej władzy.

13

Chcę uniknąć wrażenia, że za całe zło świata winię jakąś enigmatyczną "polityczną elitę". W postkomunistycznej Polsce osłabienie etycznej wrażliwości nie jest wyłączną domeną elit. Każda elita jest funkcją tego społeczeństwa, które ją wydało, i które zarazem kształtuje.

A skoro tak, każdy z nas ma swój skromny udział w tym, że wielu pięknych ludzi, którzy nie tak dawno wracali z więzień i wychodzili z podziemia, w zawierusze nowych czasów zgubiło niesioną latami etyczną wrażliwość. Ma w tym swój udział każdy, kto w lustracyjnym szale niesprawiedliwie oskarżał, kto pochopnie mówił, że to wszystko jest tylko "nowa nomenklatura", a "władza to złodzieje". I ten, kto się zawahał, czy warto powiedzieć, że to nie jest prawda. Kto pomawiał i kto się nie sprzeciwiał. Kto dawał słowo honoru, że da się przyspieszyć to, czego się przyspieszyć nie dało, kto stanął obok, żeby "się załapać" i ten, kto milczał, żeby się nie narazić.

Kubły najgorszych pomyj, którymi oblano niemal każdego, kto tylko się pojawił na publicznej scenie, z pewnością nie służyły rozważaniu etycznych niuansów i surowości wobec drobnych przewinień politycznych przyjaciół. Zresztą z rwącego potoku oszczerstw, "afer" i "lustracji" niełatwo było odcedzać zarzuty prawdziwe.

14

Polska nie jest pierwszym krajem, który przeżywa etyczny kryzys państwa. I nie jest to jeszcze żaden koniec świata. Ten świat, który odszedł, już nigdy nie wróci, ale też nie musimy się stoczyć w otchłań, w której znalazła się Rosja, w której trwa wielka część Trzeciego Świata i z której próbują się wyrywać Włochy.

Na kryzys etyczny państwa nie wymyślono żadnego prostego lekarstwa. Są takie miejsca na świecie, gdzie od lat korupcja władzy, nepotyzm ani rozkradanie publicznego majątku nikogo już nie oburzają, bo stały się normą. Ale są też kraje, gdzie narastający kryzys budzi fale sprzeciwu wynoszące do władzy kolejne elity.

Polskie doświadczenia nie są tu zbyt dobre. W pierwszej Rzeczypospolitej próba uzdrowienia przyszła na tyle późno, że zanim przyniosła owoce, państwa już nie było. Sto pięćdziesiąt lat później fiaskiem skończyła się sanacyjna próba Piłsudskiego.

Wirus fałszywych zasad raz wpuszczony w społeczny krwiobieg nie daje się z niego operacyjnie usunąć. Żeby go zwalczyć, trzeba nie tylko prawa, ale i etycznego wzorca z Sevres, opoki, na której całe leczenie się oprze. W walce z postkomunistycznym wirusem Polska takie wzorce miała - Wałęsa, Mazowiecki, Bujak, Geremek, Kuroń to byli ludzie-opoki razem niosący w sobie kapitał ledwie zaczętej etycznej rewolucji, która się skończyła z wielką wojną na górze.

W tej wojnie zniszczyliśmy nie wykorzystany etyczny potencjał byłej opozycji. Więc teraz zwalczać wirus jest już dużo trudniej. Dziś na polskiej scenie nie widać autorytetu prawdziwie prezydenckiej miary, zdolnego narzucić wysokie standardy swemu otoczeniu i metodą kręgów na wodzie zaszczepić je dalej.

Ale w każdej chwili może się pojawić kolejny "człowiek znikąd". Tymiński, Żyrynowski, Peron, który tani kapitał zbije na potępieniu władzy i w cuglach wygra prezydenckie wybory. A potem: orzeł czy reszka - zbawca albo bandyta.

Jest też prawdopodobny, ale bardzo trudny, scenariusz odrodzenia politycznych elit. Wewnętrznej metamorfozy, która może stopniowo oczyścić mętną atmosferę. Umocnić normy, stworzyć lepsze prawa. Ale to, jak mówi mi wybitny socjolog, "wymaga potężnego wstrząsu, którym nie stały się wrześniowe wybory".

Może by wstrząs odczuć, trzeba mieć za sobą boleśnie szczerą rozmowę o tym, co się stało.

Coś przecież w polskim państwie pękło i coś się musi wydarzyć.