Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 31-12-2008

 

Danuta Walewska

Cudowny kryzys milionerów

 

 

Wielu zarabiających fortuny pracowników amerykańskich i brytyjskich banków, mimo krachu finansowego nadal ma się znakomicie. Stali się tylko znacznie bardziej dyskretni w wydawaniu pieniędzy

 

Nierealny świat niebotycznych zarobków stworzył równie nierealny świat usług i towarów. Kolacje dobroczynne, na które wstęp kosztował czasami nawet po kilkaset tysięcy dolarów, a menu było takie sobie. Kreacje za setki tysięcy dolarów, buty po dwa tysiące, torebki po kilkanaście. Wakacje kosztowały po kilka tysięcy dolarów, jeśli nie więcej, za noc w luksusowym kurorcie. Często do ceny tej nie doliczano posiłków, nawet śniadania, „bo goście niekoniecznie będą chcieli stołować się na miejscu”. Na remont kuchni 200 tys. dolarów? A dlaczego tak mało?

Wyznaczniki statusu

Banki płaciły, ale i nadal płacą miliony dolarów swoim prezesom i największym gwiazdom dilerskim. W zeszłym roku lista płac (było na niej 26 tys. nazwisk) u Goldmana Sachsa opiewała na 16,5 mld dolarów, o 40 proc. więcej niż rok wcześniej. Najlepsi dostawali bonusy o jedną trzecią wyższe niż rok wcześniej. Pracownik średniego szczebla w City dostaje na konto 320 tys. funtów. Naturalnie wielkie gwiazdy, jak słynny Marokańczyk Ben-Brahim, wielokrotnie więcej. Kiedy banki wyprawiały swoje przyjęcia bożonarodzeniowe, opanowywały najdroższe restauracje. Centre for Economics Research szacuje, że jeszcze w tym roku 4,2 tys. pracowników londyńskiego City otrzyma premię w wysokości co najmniej miliona funtów.Na pierwszy rzut oka wyznacznikiem ich statusu jest koszula z monogramem na mankiecie rękawa z Jermeen Street, garnitur z Saville Row i co najmniej porsche.

W Nowym Jorku mniej liczy się ubranie oraz to, czym i dokąd jeździsz. - To były wspaniałe czasy - wspomina 35-letni dzisiaj diler z Wall Street. - Miałem 20 lat, dopiero co skończyłem Harvard, specjalnie się nie przemęczając, i na początek dostałem posadę w jednym z głównych banków za 100 tys. dolarów rocznie. Myślałem, że jestem ustawiony na całe życie, chociaż byłem tylko praktykantem. A to był dopiero początek. Kiedy miałem 30 lat, przewalałem ogromne transakcje długami, a moje zarobki stale rosły. Ożeniłem się z dziewczyną z bogatego domu, razem jeździliśmy na turnieje golfa do Callaway. Mieliśmy dom w Palm Beach, na weekend w zimie zdarzyło się wyskoczyć nawet do St. Moritz. Za wyjście z psami „wyprowadzaczowi” płaciłem 80 dolarów dziennie.

Kryzys przyniósł cięcia wydatków, bo w tym roku bonus się nie pojawił. Na początek odeszła niania, z której łatwo można było zrezygnować, bo dzieci bardzo lubią sprzątaczkę. Jednocześnie okazało się, że sprzątaczka bardzo dobrze gotuje, musiała więc odejść kucharka. „Wyprowadzacz” zgodził się podlewać ogródek i strzyc trawę, ogrodnik stał się zbędny. Pani domu z ostrych cięć budżetu zdołała jednak uchronić jedno: na zastrzyki botoksu, od których mimo młodego wieku jest już uzależniona.

Opracowanie Uniwersytetu Harvarda dowodzi, że zatrudnieni w amerykańskim sektorze finansowym zarabiają nadal trzy - cztery razy więcej niż ich koledzy zatrudnieni w innych branżach. W roku 2000 ich zarobki były tylko dwukrotnie wyższe.

Miła brązowa koperta

Ale o ile o bonusach i gigantycznych zarobkach mówią wszyscy, o tyle jednak jest szczytem niedelikatności zapytać: ile dostałeś? - To jest tabu. Nigdy nie można się domyślić, komu w tym roku przypadł gigantyczny bonus, a kto nie dostał nic. Wszyscy zresztą i tak mają poczucie, że zostali ograbieni, bo te wszystkie miliony, jakie dostajemy, to tylko niewielki ułamek zarobku, jaki przynosimy bankowi - mówi londyński diler.Dzień wypłaty bonusów zawsze był najpiękniejszym dniem w roku. Pracownicy zazwyczaj wzywani są do gabinetu szefa, gdzie dostają do ręki brązową kopertę. Nie zawsze jest to czek czy okrągła kwota gotówką. Często wysokość takiej gratyfikacji zaciemniona jest przez najróżniejsze dodatki - opcje na akcje, akcje, do których dopiero dochodzi czek lub gotówka. Wszystko razem ma przekonać najlepszych, że nie opłaca się odchodzić do konkurencji.

- Ludzie już przyzwyczaili się do tego, że zarabiają krocie. Zastanawiałem się, co to jest, że kiedy już ktoś znajdzie w kopercie kwotę, która po podsumowaniu ma sześć pięknych zer, nie bierze tych pieniędzy i nie wieje gdziekolwiek. Ale to wciąga. Sam tak robiłem przez pięć lat. Pracowałem od 7.30 rano do 9 wieczorem z niedzielami włącznie. I nie chodzi o zwyczajne siedzenie w pracy i tępe wpatrywanie się w monitor, po którym przeskakują cyferki. To oznacza również śniadania w biegu, zapinanie koszuli w windzie, lunch na biurku, kolację na biurku. Filmy o świecie banków z reguły nie są przesadzone. Dopiero jak przychodziły bonusy, wiadomo było, po co to wszystko się robi - wspomina jeden ze zwolnionych dilerów z City.

Jak jeść i pić

Do legendy przeszedł już bajkowy styl życia bankowych ekspatów w Azji. Żona bankiera z Wall Street Monica Wong zapłaciła za lekcje salsy ponad 15 mln dolarów, ale nie była zadowolona z efektów i sprawa skończyła się w sądzie. Pani Wong przegrała i wynajęła droższego nauczyciela. Kiedy jej mąż kończył zyskowną transakcję, zawsze wyprawiał w którejś z restauracji na hongkońskiej Causway Bay fetę dla wszystkich, którzy tam przypadkowo się znaleźli.

Kiedy zarobił netto 3 mln dolarów, pojechał z żoną do Londynu, rzucił na kontuar baru w luksusowym hotelu Baglioni czarną kartę American Express i zakazał płacenia komukolwiek. Rachunek wyniósł prawie 6 tys. funtów. Wong uznał, że to śmiesznie mało, zamówił dodatkowo sześć butelek magnum Dom Perignon i Cristalu Roederera po 1800 funtów za sztukę, dodatkowo butelkę wódki za 120 funtów. Uczestniczący w libacji pamiętają, że Wong prosił kelnerów, aby go powiadamiali, kiedy rachunek przekracza każdy kolejny tysiąc funtów. Także i napiwki były tego dnia wyjątkowe - jedna z kelnerek dostała za uprzejmą obsługę 3 tys. funtów.

Fortuna wydawana na alkohol nie jest w City czy w Nowym Jorku wyjątkowym wybrykiem. W hotelu Argyll w Londynie zapamiętano finansistę z Monako, który na szampana wydał 26 tys. funtów. W rachunku zmieściło się 49 butelek, w tym sześć magnum Cristala, 13 Dom Perignon i kilkanaście puszek napojów bezalkoholowych. Do rachunku doliczony został VAT i koszty zdemolowania jednej z sal restauracji.

Do historii jednak przejdzie lunch za ponad 44 tys. funtów, jaki zapłaciło pięciu bankierów z Barclays Capital, którzy wybrali się na kolację do słynnego Petrusa, gdzie gotuje słynny chef Gordon Ramsay.Rachunek wyglądał tak:

1992 Montrachet- 1400 funtów

1945 Petrus- 11 600 funtów

1946 Petrus- 9400 funtów

1947 Petrus- 12 300 funtów

1900 Chateau d'Yquem - 9200 funtów

Woda, szampan, soki owocowe, 2 piwa - 102 funty

Razem - 44 002 funty

Restauracja nie skasowała już 400 funtów za jedzenie, bo uznano, że przy tak trafionym wyborze win potrawy powinny być za darmo.

Kiedy informacja o tej uczcie przedostała się do prasy, dwóch z nich - Dayananda Kumar i Mahish Chandra - straciło pracę. Ich pakistański kolega Iftikhar Hyder z londyńskiego biura Barclay został przeniesiony do Nowego Jorku, towarzysząca im Ruth Cove piła bardzo ostrożnie i ukarana naganą mogła zostać w pracy, ale zabroniono jej rozmów z prasą. Piąty, nieujawniony z nazwiska, mógł zostać. Dayananda Kumar jeszcze przed odejściem zapłacił swoją część rachunku - 9 tys. funtów - mimo że nie wypił ani kropli.

Zdaniem Toma Forresta, eksperta londyńskiego muzeum wina Vinopolis, bankierzy mieli dobry gust. Kombinacja gliniastego podłoża i wysublimowane metody produkcji powodują, że wina Petrusa są najlepsze na świecie. - A rok 1945 był wyjątkowo dobry dla regionu Bordeaux, bo w lecie były wtedy optymalne temperatury, a opadów tyle ile trzeba - dodał Forrest.

Azjatyccy bankierzy mają także słabość na punkcie białych trufli. To w Hongkongu rokrocznie pada rekord cenowy importowanego z Francji specjału. W tym akurat Chińczycy, którzy od kilku już lat uprawiają trufle i mają całkiem spore osiągnięcia, jeszcze nie są w stanie Europie zagrozić. 95 tys. euro za truflę z Włoch? Czemu nie. Nawet w czasach kryzysu. Harris i jego żona Lori wyposażyli luksusowo swoje mieszkanie w Manili na Filipinach, ale na każdy weekend latali na rajską wyspę Borocay, na Boże Narodzenie do Four Seasons Resort na Bali, każde urodziny Lori spędzali we Włoszech, ale wcześniej Lori sama latała do Hongkongu do fryzjera, bo na Filipinach nikt nie potrafił jej porządnie podciąć włosów... Jeśli urządzali party, to co najmniej na 400 osób. Lori nawet nie wiedziała dokładnie, czym mąż się zajmuje, ale podobało jej się, że zainwestował 200 tys. dolarów w ośrodek sportów wodnych na Borocay i 85 tys. w hinduską restaurację w pobliskim Subic Bay. Żony bankierów wręcz ubezpieczały się od rozwodu, a w tej chwili w londyńskim City pojawiła się fala rozwodów, bo panie się spieszą, aby podzielić majątek, dopóki jeszcze istnieje.

Zestaw bonusowy

W londyńskiej restauracji Vivat Bacchus, gdzie najchętniej stołowali się bankierzy z City, można skorzystać ze specjalnej oferty „bonus tasting menu” za tysiąc funtów od osoby. W skład menu wchodzi kawior sievruga, homar z Bahamów i ręcznie krojona szynka Joselito. Danie główne to stek z waguy - wołowiny kiedyś produkowanej wyłącznie w Japonii, dzisiaj tylko w Australii. Dodatki to konfitura z czerwonej cebuli, fois gras i zielona fasolka. Ten posiłek można popić butelką Chateau Lafitte Rothschild dobrego rocznika. Na deser talerz z 15 gatunkami sera z galaretką z pigwy, owoce i herbatniki. Do picia Taylor Port z 1963 r. Drugi deser to suflet czekoladowy z bitą gęstą śmietaną popity Chateau d'Yquem uznawanym za najlepsze wino do deserów.

Jeśli to menu wydaje się zbyt skromne, można dopłacić i wybrać inne składniki. - Kryzys - no może i jest kryzys. Ale szczerze mówiąc, kiedykolwiek gospodarka miała kłopoty, nie widziałem, aby finansiści nagle tracili apetyt - mówi Neleen Strauss, współwłaścicielka Vivat Bacchusa. Wspomina, jak dziesięć lat temu otwierała swoją restaurację, gdzie założeniem było, że posiłek miał kosztować tysiąc funtów, wróżono jej błyskawiczną klapę. Tymczasem nawet dzisiaj o wolny stolik jest trudno. - Ludzie w City zawsze lubili sobie dogodzić, czasami się porozpieszczać. Bankier musi gdzieś się wyluzować - dodaje Strauss.

Domy, samoloty, jachty

Bonusy stały za gigantyczną bańką spekulacyjną na londyńskim rynku nieruchomości - mówi Lucien Cook z agencji nieruchomości Savills. Jego zdaniem po spadku cen pieniądze nadal będą napływały. Bo w co je ulokują? Kupią akcje? Obligacje? A rynek zawsze kiedyś odbija. To prawda, w Londynie jest spadek zainteresowania, a co za nim idzie, i cen. Niższe ceny widać zwłaszcza przy ofertach posiadłości za 1 - 4 mln funtów. Tutaj jest taniej o jedną czwartą. Są i tacy, którzy przez te wszystkie lata majątku nie roztrwonili, ale mało prawdopodobne wydaje się, aby teraz rzucili się nagle na rynek nieruchomości. Popyt jest nadal na wiejskie posiadłości w Szkocji, we wschodniej części wyspy i na południowym wschodzie. Tam jest w tej chwili dwukrotnie drożej niż w 2004 r. Ale już w Stanach Zjednoczonych i Azji posiadłości tanieją.

Najszybszy spadek cen jest na Florydzie.

Na rolls-royce’a z ceną podstawową 307 tys. funtów nadal trzeba czekać półtora roku. Phantom za 260 tys. funtów jest wyprzedany jeszcze na cały przyszły rok. Lista oczekujących na prywatne samoloty również bardzo długa - liczba zamówień na nie wciąż nie spada

Kryzys skróci z pewnością czas oczekiwania na ferrari w Wielkiej Brytanii, który rok temu wynosił co najmniej trzy i pół roku. Na rolls-royce’a z ceną podstawową 307 tys. funtów nadal trzeba czekać półtora roku. Phantom za 260 tys. funtów jest wyprzedany jeszcze na cały przyszły rok. Lista oczekujących u Astona Martina to dziewięć miesięcy, ale bankierzy rzadko czekali tak długo. Kilka tysięcy dodatkowych funtów i miejsce na czele kolejki gwarantowane. - Ludzie, którzy zarabiają takie pieniądze, są niecierpliwi. Nie są przyzwyczajeni do tego, aby latami czekać na swoje auto - tłumaczy rzeczniczka Astona Martina.- Ten rynek jest odporny na recesję - mówi Jonathan Beckett, szef Burgessa, amerykańskiej agencji pośredniczącej w handlu luksusowymi jachtami. Na wyjątkową łódź za ponad 50 mln dolarów za sztukę trzeba poczekać nawet pięć lat. Efekty kryzysu są już natomiast zauważalne na rynku łodzi po 1 - 15 mln funtów.

Nie zmalały zamówienia na prywatne samoloty. A jest to wydatek od 20 mln dolarów w górę za maszynę. - Diana Jenkins, żona jednego z bankierów z nowojorskiej Wall Street, tuż przed odlotem z Nowego Jorku do Aspen tak tłumaczyła konieczność korzystania z tego właśnie środka transportu: - To wciąga. Polecisz raz i natychmiast chcesz to robić znowu. Jej mąż Roger nadal zarabia 60 mln dolarów rocznie. W londyńskim City znany jest jako specjalista od „podwójnego triku” pozwalającego bogatym ludziom na dwukrotne odpisanie sobie podatku. Metoda jest całkowicie legalna. A przy tym umożliwiła Jenkinsom kupno domu na londyńskim Mayfair i kalifornijskim Malibu.

Pani Jenkins zresztą rozkręciła już własny biznes. Kupiła 49 proc. udziałów producenta kostiumów kąpielowych Melissa Odabash. Do pierwszej kolekcji jej przyjaciółka Cindy Crawford wypożyczyła jej jako modelkę swoją śliczną pięcioletnią córeczkę Kaię. - To o wiele lepszy pomysł, niż gdyby bikini miała nosić Pamela Anderson - tłumaczy Diana Jenkins, której kariera do złudzenia przypomina historię Kopciuszka. 35 lat temu urodziła się w Bośni. Pracujący w Barclays Capital Jenkins poznał ją, kiedy uciekła od wojny, aby w Londynie studiować na City University. Dzisiaj Diana znalazła się na 50. miejscu na liście 100 najchętniej zapraszanych w Nowym Jorku. A miliony dalej lecą.

Niektóre pensje nadal są bardzo wysokie. Bob Dimond, szefujący działowi inwestycyjnemu w Barclays Bank, za ubiegły rok dostał wypłatę w wysokości 22 mln funtów. Prezes sieci handlowej Tesco dostał 4 mln funtów. Ale już Philip Green, właściciel jednej z największych brytyjskich sieci handlowych Top Shop (niedawno otworzył swój pierwszy sklep w Polsce z kolekcją, w której projektowaniu miała swój udział supermodelka Kate Moss), zarabia rocznie 460 mln funtów.

Dzisiaj w amerykańskim kurorcie Aspen mimo kryzysu nie sposób jest zarezerwować w kultowym hotelu Little Nell apartament kosztujący 5 tys. dolarów za noc. Nie ma miejsc na wycieczkę dookoła świata za 38 tys. dolarów organizowaną przez Tavca World Tours w Nowym Jorku. I nadal sprzedaż luksusowych aut to 12 proc. rynku.

- Ludzie nadal wydają pieniądze, choć może robią to nie tak ostentacyjnie jak dotychczas, a poza tym jednak straszne opowieści o tym, że kolejny bank zapowiedział zwolnienia, nie nastrajają optymistycznie - mówi anonimowo pracownik Bank of America.

Skończyła się zdecydowanie era zamawiania torebek u Hermesa z wielkim wyprzedzeniem, zwłaszcza Birkin Bag ze skóry strusia za 10 tys. euro, ale nadal w dobrym tonie są zakupy w butikach w okolicach Oxford Street, na Bond Street czy nowojorskiej Madison.

Bogaty cierpi mniej

Prawdziwy kryzys dotknął na razie tylko średni i niższy personel bankowy. Inwestycyjni guru, prezesi nadal zarabiają krocie. Nawet ci, którzy stoją na czele banków i instytucji finansowych, które poniosły miliardowe straty albo zostały przejęte przez konkurencję, nadal zarabiają krocie albo otrzymali gigantyczne odprawy. Angelo R. Mozilo, prezes Countrywide, zanim jego firmę wsparło państwo, dostał na rękę 362 mln dolarów. James Cayne tuż przed przejęciem jego banku przez JP Morgan uszczknął z kasy firmy 42 mln dolarów. Washington-Mutual - inny bank przejęty również przez JP Morgana po stracie 19 mld dolarów - wypłacił na pożegnanie swojemu prezesowi Kery’emu Killingerowi 36 mln dolarów, a Richard Fuld, prezes Lehman Brothers, od którego upadku wzięła początek główna fala obecnego kryzysu, wypłacił sobie 186,5 mln dolarów, natomiast Martin Sullivan, prezes AIG, uratowanej przez Fed kosztem 85 mld dolarów, uznał za zadowalające wynagrodzenie w wysokości 25,4 mln dolarów. Sowite wynagrodzenie na odchodnym - po odpisaniu na straty 57 mld dolarów - odebrał także Charles Prince z Citigroup. To wszystko odbywało się w tym samym czasie, kiedy Kongres i Biały Dom nie widziały żadnych możliwości wsparcia amerykańskiej motoryzacji kwotą nieporównywalnie mniejszą niż gigantyczne sumy utopione w rynku finansowym. Tyle że amerykański sektor finansowy jest tradycyjnie republikański, podczas gdy motoryzacja to zatwardziali demokraci.

Wielkie banki i wielcy bankierzy nie zostaną ukarani za szkolne błędy, jakie popełnili w ocenie ryzyka kredytowego, narażając klientów na bankructwo, firmy na upadłość, a gospodarki wielu państw na recesję. Gigantyczne bonusy zachęcały do coraz większej agresji i podejmowania coraz wyższego ryzyka. Jakimś cudem śmieciowe obligacje otrzymywały najwyższe oceny wiarygodności kredytowej. Nagle się okazywało, że zysk sięga 20 i więcej proc. Działała adrenalina, aż wreszcie doszło do zapaści. Ale co oznacza ta zapaść? Podatnicy łatają dziury w bankowych bilansach. Państwo troszczy się o banki, bo ich kondycja jest podstawą do gospodarczej odbudowy. Dlatego najlepiej zarabiający dostają teraz tylko trochę mniej pieniędzy. I przetrwają najtrudniejsze lata, często w znacznie lepszej kondycji niż ci, którzy ich ratowali.

Joga lepsza niż psycholog

A jeśli kogoś nie stać na życie, jakie wcześniej prowadził? To bolesne, ale mniejszym kosztem można sobie zapewnić jego namiastkę. Ferrari nie trzeba kupować. Za wynajęcie najnowszego modelu 360 Spider w londyńskiej wypożyczalni trzeba zapłacić 575 funtów plus VAT. Obiad w Petrusie to zbyt duży wydatek? Można zamiast tego wybrać się na równie kultowy podwieczorek u Ritza. A to jest wydatek jedynie 37 funtów. Na stres pomoże kurs jogi - 100 funtów za godzinę w jednym z klubów fitness na Kensington. Bo teraz najważniejszy jest spokój i dystans do otoczenia. Także do samego siebie. Terapia u psychologa trwa zbyt długo, zanim da efekty. A przy tym jest znacznie bardziej kosztowna. Godzinna sesja u specjalisty, który sprawdził się już w świecie bankowym, to w Londynie 200 funtów, a w Nowym Jorku nie mniej niż 800 dolarów.