Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

Kazimierz Dejmek i "Dziady"

 

 

 

 

Rzeczpospolita - 23-01-2008

 

Jacek Cieślak

"Dziady" Dejmka i moje

 

- "Wielka Improwizacja" minęła w spokoju, powiedziałem ją w kompletnej ciszy. Do tego stopnia dojmującej, że miałem obawy, czy jestem słyszany. Ale potem był aplauz, a po przerwie, podczas widzenia Senatora i balu, każde zdanie było kwitowane owacją, przerywane okrzykami - Gustaw Holoubek wspomina "Dziady" w reż. Kazimierza Dejmka.

 

Jacek Cieślak: Kazimierz Dejmek wpisał "Dziady" do programu swojej dyrekcji w Teatrze Narodowym, ale zwlekał z ich wystawieniem kilka lat, aż do 1967 r. Wcześniej, w jednym z wywiadów, powiedział: "Z trwogą myślę o "Dziadach" i owych wszystkich mszach i tajnych obrządkach narodowych, do których w tragicznych chwilach dziejów odwołuje się Polak". A może Dejmek nie chciał wystawiać arcydramatu Mickiewicza?

Gustaw Holoubek: Chciał na pewno. Jego wahania brały się stąd, że o tym, co robił, lubił wiedzieć wszystko, wyjaśnić najmniejsze wątpliwości. W drugiej kolejności szło o aktorów - czy zespół Teatru Narodowego może sprostać przedsięwzięciu. Długo zastanawiał się nad obsadą roli Gustawa-Konrada. Podjął decyzję po nieudanej inscenizacji "Kordiana". Grałem tam epizodyczną rolę Szatana w "Przygotowaniu".

Dodajmy, że pana specjalnością było aktorstwo oparte na dystansie wobec postaci. Czy Dejmek miał nadzieję, że znajdzie to wyraz w interpretacji Gustawa-Konrada?

- Bardzo polegał na opinii współpracowników z profesorem Zbigniewem Raszewskim na czele, który był zdania - co wyjawił potem w "Raptularzu" - że nie nadaję się do ról romantycznych, wprost objawiających treści i emocje. Wedle jego opinii byłem osobnikiem dosyć pokrętnym. Krytykował bardzo mojego Króla Leara. Decyzja Dejmka, żebym zagrał Gustawa-Konrada, bardzo zaskoczyła Raszewskiego, napełniła go obawą.

A co sam Dejmek mówił o interpretacji roli Gustawa-Konrada?

- Powiem coś, co zabrzmi jak herezja, ale prawda jest taka, że w ogóle na ten temat nie rozmawialiśmy. Nie przekazał mi ani jednej wskazówki. Powiedział tylko: "A panu nic nie powiem, bo i tak pan będzie wiedział więcej ode mnie".

I nie mieliście żadnych prób stolikowych, na których, przed rozpoczęciem pracy na scenie omawia się zazwyczaj szczegóły sztuki?

- Były takie próby, ale od początku do końca tylko podawałem tekst, nie interpretując go. Pierwsza próba całości odbyła się trzy dni przed premierą. Skończyła się moim triumfem. Nikt się nie spodziewał, że tak będzie wygląda moja interpretacja.

Ale czy Dejmek mógł oczekiwać, iż zdystansuje się pan od romantycznego Konrada? Właściwie czym się kierował?

- Przede wszystkim znajomością teatru i aktorów. Musiał zobaczyć we mnie coś niejednoznacznego, co pozwoliło mu podjąć decyzję.

Był zadowolony z pana gry, czy czuł pan, że mija się z jego intencjami?

- Chciałbym powiedzieć, skąd się wzięła odmienność mojej interpretacji. Obcowałem z tekstem niemal od dzieciństwa. W czasie wojny byłem w konspiracyjnym zespole, który grał "Dziady". Panuje opinia o monumentalności "Wielkiej Improwizacji". Tymczasem, przystępując do jej interpretacji, czułem, a dziś mam takie samo wrażenie, że nie można w naszej literaturze znaleźć czegoś bardziej prostego i zwykłego. Mój wysiłek polegał na tym, żeby nie być intelektualistą, tylko sprostać tekstowi intelektualnie i inteligencji tych, którzy mnie słuchają. Przypuszczam, że mi się udało.

Kiedy wchodził pan na scenę i rozpoczynał monolog słowami "Nocy cicha", spektakl zmieniał ton, stawał się potoczysty, liryczny, a zaraz potem pełen emocji i drapieżności. Bardzo naturalnie zabrzmiały w pana ustach słowa, że "nawet człowiek więziony może myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony".

- Opowiem, jak było na premierze. Pierwszy akt kończyła "Wielka Improwizacja". Podczas przerwy byłem w garderobie sam. Pochyliłem się nad lustrem, szukałem czegoś na stoliku. Nagle dostałem kopa, tak mocnego, że na chwilę mnie sparaliżowało. Najwyraźniej było to uderzenie kolanem, a nie stopą. Odwróciłem się... i zobaczyłem Dejmka. Powiedział: "Tak dalej trzymać!". I poszedł sobie.

Może zrozumiał, że przegrał z panem walkę o rząd dusz widowni. Jego polityczna kalkulacja przegrała z pana romantyzmem.

- Być może. Ale jestem pewien, że mimo wściekłości akceptował to, co zrobiłem.

A jak pan przyjął sposób, w jaki to wyraził?

- Znaliśmy Dejmka z nietypowych reakcji, ale w taki sposób rzeczywiście rzadko się zachowywał.

Czy już wtedy potrafił powiedzieć aktorowi, że "dupa jest do srania, a aktor jest do grania"?

- Tak, ale był otoczony przychylnością aktorów, ponieważ upatrywali w nim wielkiego człowieka teatru i obdarzali pełnym zaufaniem. Jego słynne brutalne - dla postronnych - opinie, były myślowymi skrótami. Był człowiekiem niesamowicie wrażliwym, o wielkiej delikatności i subtelności uczuć, bardzo nieśmiałym. Imponował wielkim intelektem. Jego wiedza i ocena innych dzieł była zawsze niesłychanie trafna, choć często brutalna. Kiedy przychodził na próby generalne sztuk, których nie reżyserował - by jako dyrektor "odebrać" premierę - wychodził zazwyczaj bez słowa. Wtedy ktoś go zatrzymywał i pytał o zdanie, a jego stałym powiedzeniem było: "Panowie, ja was pierdolę". To była jego typowa reakcja - reakcja pozytywna. Kiedy spektakl mu się nie podobał, zaczynał zachowywać się jak dostojny profesor pełen wątpliwości. To była jego krytyczna reakcja. Tego właśnie aktorzy bardzo się obawiali.

Jego zachowanie wobec pana w garderobie też było skrótem myślowym. Ale mimo wszystko - nie był pan oburzony?

- Byłem zadowolony, chociaż bolał mnie kręgosłup. Jednocześnie nabrałem lekkiego podejrzenia, że przemawia przez niego coś w rodzaju "Hasse Liebe", jak mówią Niemcy, czyli nienawiści połączonej z miłością.

Ta reakcja mogła oznaczać również, że pana romantyczna interpretacja była wbrew intencjom Dejmka, który chciał wystawić "Dziady" dla uczczenia 50. rocznicy rewolucji październikowej - "Dziady" nie antyrosyjskie, lecz antycarskie: rewolucyjne. Ale nie chodziło mu o rewolucję narodową, lecz społeczną. Pan odwrócił akcenty.

- Myślę, że z tą rocznicą to była prowokacja.

Ze strony Dejmka?

- Nie, Ministerstwa Kultury i jego dyrektora generalnego Stanisława Witolda Balickiego, który bał się tej premiery i próbował znaleźć formułę dla jej usprawiedliwienia.

W "Pamiętniku Teatralnym" poświęconym "Dziadom" mocno podkreślone jest, że wyboru rewolucyjnej dedykacji dokonał sam Dejmek.

- Balicki był zbyt wielkim znawcą literatury i teatru. Wiedział, czym grozi wystawienie "Dziadów".

To co w takim razie znaczą słowa Dejmka, który pisał: "Jako materialista przesunąłem chrystianizm i mistycyzm autora ze sfery dewocyjnej na grunt ludowej obrzędowości, akcentując rewolucyjność i patriotyczność utworu"?

- To prawda, że bał się narodowych obrządków i mszy. Na próbach obrzucił biednego Mickiewicza obelgami.

Na przykład?

- Mówił o nim jako o starcu pokrytym łupieżem. Pytał: co on chciał powiedzieć? Zatrzymywał się zwłaszcza przy fragmentach, które do dziś budzą pewną wątpliwość, na przykład przy widzeniu księdza Piotra. To jest przecież grafomania. Z tego nic nie można wydobyć - mówił. Rzeczywiście, tępił otoczkę dewocyjną, religianctwo.

Jakie to mogło mieć znaczenie w czasach, kiedy Polska obchodziła millennium chrztu i trwała otwarta wojna pomiędzy partią a Kościołem?

- Wydawało mi się, że przewidywał przesilenie. Gdy pojawiła się kwestia zakończenia III części, próbował rozegrać ją w różny sposób, w końcu poprosił mnie, żebym powiedział "Do przyjaciół Moskali". Powiedziałem to na próbie

... podobno bardzo sceptycznie.

- ... tak, dlatego zapytał: "Panie, pan chce, żeby mnie na Sybir zesłali?". Miał pewne obawy i przypuszczenia, ale mimo to jego również zaskoczyła premiera i to, co działo się na widowni. To był pożar, inaczej nie da się tego nazwać. Po podniesieniu kurtyny z widowni buchnął na scenę żar. Na pewno mogło wywołać niepokój Dejmka to, że publiczność była nastawiona - jakby to powiedział - na polityczną sensację. Już na początku Kazimierz Opaliński mówił dedykację do "Dziadów" i popłakał się, biedny.

Dedykację poświęconą Polakom zesłanym na Sybir.

- Nie dokończył jej i musiałem wcześniej wejść na scenę. Ale z mojego punktu widzenia "Wielka Improwizacja" minęła w spokoju, powiedziałem ją w kompletnej ciszy. Do tego stopnia dojmującej, że miałem obawy, czy jestem słyszany. Ale potem był aplauz, a po przerwie, podczas widzenia Senatora i balu, każde zdanie było kwitowane owacją, przerywane okrzykami.

Kiedy Dejmek zrezygnował z odegrania w finale "Do przyjaciół Moskali", wychodził pan na scenę w kajdanach, prowadzony przez dwóch sołdatów na Syberię.

- Towarzysz Kliszko mówił, że szedłem sobie z kajdanami na proscenium, żeby je pokazać ambasadorowi Związku Radzieckiego. Oczywiście nic takiego do głowy nam nie przyszło. Zagraliśmy tylko tragiczny finał, nic więcej.

W "Pamiętniku Teatralnym" można przeczytać, ze Irena Eichlerówna zrezygnowała z roli Pani Rollinsonowej, bo nie mogła wytrzymać szamotaniny Dejmka, który, nie wiedząc, jak zagrać część tekstu, do ostatniej chwili zwlekał z próbami.

- Zapamiętałem to zupełnie inaczej, a powód rezygnacji pani Eichlerówny nie najlepiej o niej świadczył. Przyszła na pierwszą próbę, otworzyła torebkę i wyjęła z niej kajecik. I z tego kajecika odczytała swoją rolę. Połowa tekstu nie była Mickiewicza. Dejmek wysłuchał tego z najwyższym zdumieniem i zapytał: "A co pani czyta, pani Leno, bo to nie jest tekst Mickiewicza?" Eichlerówna powiedziała, że jest, i dodała, że korzysta z wydania - dziś dokładnie już nie pamiętam - z połowy XIX wieku. Dejmek na to: "Proszę pani, ale ja dysponuję wydaniem Ossolineum, najbardziej wiarygodnym, w którym nie ma tego, co pani napisała w kajeciku". Po tej rozmówce ogłosił przerwę. Szedłem z panią Leną do bufetu, kiedy zapytała: "Co ten parobek ode mnie chciał?". Już było wiadomo, że następnego dnia nie przyjdzie na próbę. Tak się też stało. I to jest skomplikowany obraz naszej gwiazdy, która żyła przedwojenną sławą i zapachem ciała reżysera Aleksandra Węgierki. Na antypodach Dejmka.

Gomułka powiedział, że spektakl wbił nóż w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej, tymczasem radziecki literat Aleksiej Arbuzow bardzo się nim zachwycił.

- Myślę, że "Dziady" były spektaklem uczciwie zrobionym, zgodnym z duchem tekstu, a to, że wywołały chmurę nienawiści do Związku Radzieckiego, nie do cara i Rosjan, było kwestią ówczesnych politycznych realiów.

Teatr wyrażał zbiorowe emocje, bo poza nim nie było to możliwe?

- Naturalnie. Biedny Gomułka w swoim przemówieniu cytował Mickiewicza i pytał, jak aktor mógł takie rzeczy powiedzieć.

Dejmek uznał pomysł zdjęcia spektaklu z afisza za "antynarodowy i antyradziecki". Dla większości Polaków zrównanie kwestii narodowej i radzieckiej było absurdalne. Co mógł mieć na myśli?

- Żeby to zrozumieć, trzeba przypomnieć jego późniejsze zachowanie w stanie wojennym, kiedy zdumiał potępieniem bojkotu aktorskiego. Oskarżył nas, opowiedział się po stronie władzy, a jeszcze później mówił o geście kabotyna. Wydaje mi się, że był głęboko przekonany do idei socjalizmu.

Wbrew temu, co się działo w PRL, a i po jej upadku, nie mógł zerwać ze swoją młodzieńczą, zaślepioną miłością do socjalizmu.

- Ma pan rację. Nie był w stanie zdradzić mitu własnej młodości. Przypominam sobie nocne rozmowy po spektaklach "Dziadów", u niego w domu. Omawialiśmy sytuację. Bronił przed nami partyjnej racji. Może nie bronił, ale z nami się nie zgadzał. Myślę, że kierowała nim obawa przed Związkiem Radzieckim. Mówił: konspirujcie, a jak przyjdą, jak was w łeb palną - to sami zobaczycie.

Może odzywały się wojenne doświadczenia. Urodził się na Wołyniu, w Kowlu. Najpierw był w oddziale partyzanckim związanym z ruchem ludowym, a potem w AK.

- To były tereny, które ucierpiały od Związku Radzieckiego. Myślę, że wtedy poznał rządzące nim mechanizmy. Tu dygresja. Kiedy Konwicki robił "Lawę", skreślił mi w "Wielkiej Improwizacji" wszystko, co najważniejsze. Poprzeplatał mój monolog zdjęciami z Katynia i Pałacu Nauki i Kultury. Buntowałem się przeciwko temu, ale byłem bezradny. Konwicki w wielu wypadkach myślał podobnie jak Dejmek.

Też był w akowskiej partyzantce i czuł oddech radzieckich przyjaciół na plecach.

- O, tak. Mój przyjaciel Konwicki jest wspaniałym człowiekiem, ale do dzisiejszego dnia nie może się uwolnić od obaw przed niszczącą siłą Wschodu. Miałem sposobność zrozumieć, o co chodzi, kiedy w stanie wojennym reżyserowałem w Genewie "Zemstę". Na spotkaniu z widownią pani Ola Watowa poprosiła mnie o wspólne wystąpienie. Opowiedziała o całej swojej martyrologii na Wschodzie, od początku wojny, poprzez zesłanie, aż do repatriacji. Nie znałem radzieckiej okupacji, tylko niemiecką.

Jak pan reagował na patriotyczne manifestacje podczas spektaklu?

- Pobudzały mnie do gry, w czym nie byłem odosobniony. Reakcje widzów ożywiały uczucia, które zaszczepili w nas nauczyciele. Mentalność naszego pokolenia wzięła się z "Trylogii" Sienkiewicza, która przypominała mocarstwowość Polski. Z takim stanem umysłów zaczęliśmy wojnę. A Dejmek był przeciwko takiemu myśleniu i romantycznym gestom.

A może miały znaczenie jego czeskie korzenie?

- Niewątpliwie to też mogło dawać mu inną perspektywę, dystans do naszych romantycznych gestów. O ile znam Czechów, a przecież powinienem. Ale w moim życiorysie czeski genotyp dał znać o sobie później. Sam siebie na tym przyłapałem.

Kiedy dostał pan zapalenia gardła i dyrekcja Narodowego musiała odwołać spektakle, publiczność przyjęła jej tłumaczenia z niedowierzaniem. Po Warszawie krążyła anegdota, że Gustaw Holoubek choruje na zapalenie Związku Radzieckiego.

- Pamiętam. Czułem się obarczony patriotyczną misją. Miałem swoich ubeków, ale i ochroniarzy, którzy mnie odprowadzali lub odwozili do domu, żeby broń Boże nic mi się nie stało. Opiekował się mną m.in. Andrzej Seweryn.

Ilu ubeków chodziło za panem?

- Nie pamiętam, ale wiem, ilu było w Teatrze Narodowym - trzech. To byli mierni aktorzy, nie powiem kto, nie będziemy im robić przyjemności.

Jak zapamiętał pan ostatni spektakl z 30 stycznia, kiedy milicja zablokowała wejście do teatru przed napierającym tłumem?

- Porucznik milicji kazał otworzyć drzwi i wpuścić wszystkich, bo podobno inaczej nie można było. W drzwiach pękały szyby. To była jedna wielka patriotyczna awantura.

Mówi pan teraz jak Dejmek. Nie akceptował pan tej sytuacji?

- Nie, dlaczego? Chociaż to nie sprzyjało graniu. Trzeba było sprostać patriotycznym wyzwaniom. Decyzję o zdjęciu spektaklu odczułem podobnie jak wszyscy koledzy. Była to dla nas katastrofa.

Teatr przegrał z polityką?

- Nie tyle przegrał, co wygrał. I tego władza nie mogła mu darować.

Co pan czuł, kiedy w czasie studenckiej demonstracji idącej do pomnika Adama Mickiewicza aresztowano m.in. Andrzeja Seweryna i Jana Lityńskiego?

- Myślałem o geście rozpaczliwego tchórzostwa władzy.

Znowu aresztowali studentów, jak za czasów Nowosilcowa?

- Może nie do tego stopnia, ale monolog Sobolewskiego z "Dziadów" znowu stał się aktualny, to był stosowny opis sytuacji.

Na przełomie maja i czerwca odbyły się trzy zamknięte pokazy dla aktywu PZPR. Jak je pan pamięta?

- To było zdumiewające doświadczenie. My, aktorzy byliśmy pełni obaw, jak spektakl zostanie przyjęty. Wszystkie trzy przedstawienia były przyjmowane w śmiertelnej ciszy, ale po każdym akcie następowały owacje. Ogromne, tak zwane gęste brawa. Niczym nie różniły się od tych na wcześniejszych spektaklach. To wyglądało jak prośba o wybaczenie. Byliśmy pewni, że takie reakcje spowodują rewizję decyzji władz. Tymczasem okazało się, że w specjalnej ankiecie aktyw, chwaląc spektakl, jednocześnie opowiedział się za jego zdjęciem.

Tak głosowało 70 - 80 procent ankietowanych aktywistów. Reszta była przeciw.

- To i tak dużo jak na tamte czasy. Część osób ze środowiska teatralnego, z których zdaniem należy się liczyć, twierdzi, że spektakl nie był najlepszy, że dobre były "Wielka Improwizacja" i sceny z Senatorem.

Słuchając zapisu dźwiękowego, miałem podobne wrażenie. A jak Dejmek żegnał się zespołem, kiedy w lipcu 1968 r. przyjęto jego, trzecią już, prośbę o dymisję.

- W ogóle się nie żegnaliśmy. Nie zgadzał się z zespołem. Kiedy w 1971 r. zostałem dyrektorem Teatru Dramatycznego, zaprosiłem go w pierwszej kolejności do współpracy, dając mu teatr do dyspozycji. Mógł być dyrektorem artystycznym, a nie tylko reżyserem. Nie zgodził się, ale zrobił dwie premiery. Obie nieudane - "Sułkowskiego" i "Elektrę" Giraudoux.

Co pan grał po odejściu z Narodowego, kiedy dyrekcję objął Adam Hanuszkiewicz.

- Zagrałem tytułową rolę w "Wujaszku Wani" w Ateneum w reżyserii Dejmka.

To wyglądało jak zemsta za rewolucyjny finał w "Dziadach". Pan, jeszcze niedawno zbuntowany Konrad, musiał się wziąć w finale do pracy.

- Musiałem. To było dobre przedstawienie. Grałem ze Śląską, Świderskim i Chamcem.

A kiedy się panowie spotkali w Ateneum, mówił coś o wydarzeniach w Narodowym?

- Nie rozmawialiśmy na ten temat.

Do ponownego spotkania doszło w Teatrze Polskim na początku lat 80.

- Kiedy wyrzucili mnie z dyrekcji w Dramatycznym, zwróciłem się do Dejmka, czy by mnie nie przyjął do zespołu. Śmiał się, ale mnie przyjął. Nie był to najlepszy okres w moim zawodowym życiu.

Panów wieloletnia współpraca była polemiką dwóch różnych osobowości i wizji świata?

- Myślę, że całkiem przeciwnie. Wbrew temu, co sobie powiedzieliśmy, akceptowałem go do końca, mimo że w końcu obraziłem się na niego, gdy wyrzucił mnie z Teatru Polskiego za to, że rzekomo odmawiałem grania proponowanych mi ról. To była nieprawda. Zaważyły sprawy artystyczne, miałem kłopot z reżyserami. Po raz drugi, kiedy Tadeusz Minc zaproponował mi "Kupca weneckiego", zadzwoniłem do Dejmka i powiedziałem: "Panie dyrektorze, nic nie zrozumiałem z tego, co mówił do mnie Minc przez godzinę. Czy on jest normalny?". Odpowiedział: "Aha, to znaczy, że pan znowu odmawia?". "Nie odmawiam, tylko może byśmy porozmawiali na ten temat? Mogę pana jutro odwiedzić?" "Bardzo proszę, jutro będę na pana czekał o 10 rano". Przyszedłem do teatru, a na tablicy ogłoszeń była już wywieszona informacja, że "z powodu odmowy zagrania kolejnej roli wymawiam panu Gustawowi Holoubkowi pracę". Podpisano - Kazimierz Dejmek. Obróciłem się na pięcie i wyszedłem z teatru. Przestałem kłaniać się Dejmkowi. Kiedy umarł, w Teatrze Polskim, wystawiono go w trumnie. Poszedłem. Zbliżałem się do wdowy z kondolencjami, bardzo nieśmiało, nie wiedząc, jak zostanę przyjęty. Pochyliłem się, żeby ją ucałować, a ona mnie przytuliła. Całowała mnie bardzo długo. Rozstaliśmy się bez słowa. Ale przekazała uczucia swoje i prawdopodobnie Dejmka wobec mojej osoby. To spotkanie mnie pocieszyło, bo wcześniej słyszałem, że nie był zadowolony z tego, że zerwałem nasze stosunki.

Jakie "Dziady" chciałby teraz pan zobaczyć?

- Proszę sobie wyobrazić, że zbliża się 80-lecie Ateneum, i mimo mojej choroby koledzy z Ateneum namawiają mnie, żebym zrobił "Dziady", kameralne, konwersacyjne - bez szczególnych rozwiązań reżyserskich i popisów aktorskich. To moje myślenie o "Dziadach" jest spadkiem po Dejmku.

Będzie pan reżyserował?

- Jeszcze nie wiem. Ale powinienem. Myślę, ze znam się trochę na materii słowa. Mógłbym to zrobić, nie ruszając się z fotela.

Domowego, w którym pan teraz siedzi?

- Tak mi się zdaję. Zgłosił się chłopiec, młody aktor do zaangażowania. Z pierwszej rozmowy wyniosłem pozytywne wrażenie - jest inteligentny, dobrze wychowany, wymawia każdą literę, co już jest dużym osiągnięciem, a do tego jest jeszcze przystojny. Nazywa się Dariusz Wnuk. Nadałby się na Konrada.

Powinien pan wziąć do serca finał z "Wujaszka Wani". Dejmek by panu powiedział: pracować, pracować.

- Dejmek powiedziałby: do roboty, kurwa mać!  

 

 

 

 

Rzeczpospolita - 02-02-2008

 

Jacek Cieślak

Dowód na istnienie teatralnego Pana Boga

 

- Nie ubiegałem się i nie ubiegam o jakąkolwiek schedę po Dejmku. Ale jest inna sprawa: poczucie elementarnej uczciwości wobec KAZIMIERZA DEJMKA, jego dzieła i pamięci o nim. "Dziady" widziałem 14 razy. Widziałem również fragmenty prób. Sporo z tamtego czasu pamiętam. I dlatego między innymi nie mogę zaakceptować arbitralnego twierdzenia panów, że ojciec był komunistą. Bo nie był - mówi PIOTR DEJMEK, syn reżysera.

Z Piotrem Dejmkiem rozmawia Jacek Cieślak

 

Rz: Chciałby pan skomentować wspomnienia Gustawa Holoubka o "Dziadach" Kazimierza Dejmka oraz mój tekst oparty na materiałach z "Pamiętnika Teatralnego".

- Uważam, że obie publikacje mocno deformują biografię Kazimierza Dejmka.

Ale kiedy rozmawialiśmy w 2003 r. po jego śmierci, nie chciał pan mówić o "Dziadach".

- Bo inny był kontekst naszej rozmowy. Mam bardzo krytyczny stosunek do własnej pamięci, chcę jednak powiedzieć prawdę o tamtym czasie i tamtym Dejmku, jak ją zapamiętałem. Jak w starym czeskim żarcie: "Ja se nie boim, ja mam rakovinku!", i nawet jeżeli wygram z chorobą - nie mam żadnego interesu, żeby kłamać. Moje relacje z ojcem przez ostatnich 20 były tak skomplikowane, że nie mam powodu, by ubiegać się o rolę strażnika świętego ognia u jego grobu. Nie ubiegałem się też i nie ubiegam o jakąkolwiek schedę po Dejmku. Jedyna rzecz materialna, którą po nim mam, to krawat, który udało mi się ukraść. Zwykły krawat. Ale jest inna sprawa: poczucie elementarnej uczciwości wobec Kazimierza Dejmka, jego dzieła i pamięci o nim. "Dziady" widziałem 14 razy. Widziałem również fragmenty prób. Sporo z tamtego czasu pamiętam. I dlatego między innymi nie mogę zaakceptować arbitralnego twierdzenia panów, że ojciec był komunistą. Bo nie był.

Ale w wywiadzie z Holoubkiem stwierdziliśmy co innego: że do końca życia nie potrafił zerwać z zaślepioną miłością do socjalizmu, mitem jego młodości.

- W obu tekstach jest mowa o tym, że był związany z ideologią komunistyczną. Tymczasem mój ojciec był lewicowcem, socjalistą i nigdy się tego nie wypierał, ale z komunizmem, szczególnie z tym "realkomunizmem", w którym żyliśmy, nie miało to wiele wspólnego. Dwa lata temu skontaktował się ze mną człowiek, który pracował z ojcem u pewnego ogrodnika w Rzeszowie w 1944 r. Ogrodnik ten był przedwojennym socjalistą. Obserwując poczynania Sowietów i ich polskich sojuszników, mówił do chłopaczków sadzących pomidory, w tym do mojego ojca: "Nie przejmujcie się. Narobią wiele złego, ale nauczą was czytać i pisać, a wy wtedy zrobicie prawdziwą rewolucję". Myślę, że jeżeli możemy mówić o kluczu do życia Kazimierza Dejmka - to ten jest najwłaściwszy. W rozmowach ze mną ojciec podkreślał, że on i jemu podobni wiedzieli, co się dzieje w Polsce. "I byliśmy w stu procentach pewni, że tak trzeba, bo dokonuje się akt dziejowej sprawiedliwości. Z trwogą myślę, że gdyby z nas sformowano pluton egzekucyjny, prawdopodobnie byśmy strzelali" - opowiadał. Mówienie, że on i jego rówieśnicy nie wiedzieli nic o torturach i rozstrzeliwaniach, uważał za zwykłe tchórzostwo. Jako dyrektor Teatru Nowego chyba raz w miesiącu składał wizytę w łódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa i zdawał relację z tego, co się dzieje w zespole. Pewnego razu, w 1954 roku, był tam po raz kolejny. W wyniku bałaganu czy też pomyłki poprowadzono go innym niż zwykle korytarzem. Doszło do "spotkania" ojca z więźniem, który właśnie został wyprowadzony z pokoju przesłuchań. Miał zdeformowaną od bicia twarz, cały był zakrwawiony. Wzrok owego więźnia i wzrok ojca spotkały się na ułamek sekundy. To był moment, w którym kiełkujące od pewnego czasu wątpliwości przerodziły się u ojca w pewność: władza, masakrując ludzi, masakruje ideę socjalizmu. Dręczenie, torturowanie i mordowanie ludzi pod pretekstem walki klasowej przestało być problemem ideologicznym, stało się dla niego niewyobrażalną, niewypowiedzianą tragedią tysięcy ludzi. Zobaczył to na własne oczy. I zrozumiał.

Podczas mojego ostatniego spotkania z Kazimierzem Dejmkiem, gdy pytałem go o socjalizm i komunizm, opowiedział mi tę historię, po czym gwałtownie przerwał rozmowę i się pożegnał.

- Jak pan widzi, nie kłamię. A po 1954 r. zrobił "Łaźnię", "Kuglarzy", cykl, który zakończył spektakl "Ciemności kryją ziemię".

Cykl o kłamstwie ideologii.

- Nic nie działo się przypadkiem. Ojciec nigdy nie próbował zaprzeczać, że miał udział w tym gównie. Miał cywilną odwagę mówić: przyznaję się, ale swoje odkupiłem, odpracowałem.

Ale skąd się wzięło dedykowanie "Dziadów" rewolucji październikowej?

- Pamiętam jego spory i przepychanki z władzami ministerialnymi i partyjnymi. Miał dość bliskie relacje z ówczesnym wiceministrem kultury Kazimierzem Rusinkiem, dawnym pepeesiakiem, jednym z najbliższych przyjaciół premiera Józefa Cyrankiewicza. Rusinek powiedział ojcu, że idea wystawiania "Dziadów" na 50. rocznicę rewolucji świadczy o tym, że albo jest wyjątkowym cynikiem, albo wyjątkowo naiwnym głupcem. Na to ojciec odpowiedział, żeby "na roboczo" przyjąć, że jest naiwnym głupcem. Rusinek uśmiechnął się dziwacznie. I obiecał "przepchnąć" sprawę w ministerstwie.

Kazimierz Dejmek, mówiąc po latach o "Dziadach", tłumaczył, że nie można pomijać znaczenia rewolucji październikowej.

- Bo nie można! Ale to nie wyklucza jego obsesji na punkcie rosyjskiego imperializmu i polityki systematycznej rusyfikacji realizowanej wtedy w Polsce. Raz na jakiś czas poświęcał cały dzień, żeby jeździć po księgarniach - pytał o "Pana Tadeusza" i inne lektury z kanonu literatury polskiej. Oczywiście w dobie powszechnych niedoborów książek brakowało również, tym bardziej że papier był potrzebny do druku dzieł Żiwkowa, Ulbricha i im podobnych. W domu mówił: "To groźniejsze od tego, jakby w naszym osiedlowym sklepiku zabrakło chleba. To świadoma robota wielkorusów i ich małych agenciaków!". Śmiałem się z tego. Uważałam, że to przesada. Mama kupiła kiedyś grzejniki. Ojciec zobaczył, że są radzieckie, i kazał się ich pozbyć. Była wielka awantura, bo grzejniki były towarem deficytowym. Chciałem kupić samochód Łada - nie pozwolił mi. I tak dalej, i tak dalej.

Holoubek twierdzi, że Kazimierz Dejmek obawiał się, że przy najmniejszej próbie oporu Sowieci zgniotą Polskę do końca.

- Tak, to prawda. Choć użyłbym zwrotu: "pod byle pretekstem".

Może dlatego próbował się zachowywać pragmatycznie?

- Ojciec nigdy nie poddawał się emocjom w życiu publicznym. Lubił przytaczać wspomnienie pewnego przedwojennego krytyka teatralnego, który był na premierze jakiejś romantycznej sztuki. Tak nim wstrząsnęła, że do rana nieprzytomny z zachwytu chodził po Warszawie. A kiedy wrócił do domu, napisał recenzję dyskwalifikującą ten spektakl. Wzruszenie minęło, zorientował się, że nie był dobry. Ojciec potrafił się wzruszać, ale potem, jak mówił, jest czas na zapalenie papierosa, żeby wszystko przemyśleć, zracjonalizować i dopiero wtedy wydać swój osąd.

Wróćmy jednak do dedykacji rewolucji. Oczywiście było to wielkie wydarzenie, ale właśnie stosunek do rewolucji dzielił polską lewicę, z grubsza - na komunistów i socjalistów.

- Niech pan nie zapomina o kontekście. Była druga połowa lat 60., do świadomości ludzi zaangażowanych w życie publiczne zaczęły dochodzić sygnały o trwających antyżydowskich czystkach w wojsku, a Mieczysław Moczar i, jak ich tata nazywał, endeko-komuniści przejmowali kontrolę nad kolejnymi sferami życia publicznego. Myślę, że jednym z motywów działania ojca była walka z nimi, niezgoda na to, na co się zanosi. Jak pamiętam, jedną z osób, które często odwiedzały mojego ojca w tym gorącym okresie, był Henryk Korotyński, ówczesny redaktor naczelny "Życia Warszawy", otoczony aurą intelektualisty i Europejczyka, a jednak zdeklarowany moczarowiec. W mojej przytomności w imieniu towarzysza Mieczysława oferował ojcu wiele przywilejów w zamian za poparcie i przystąpienie do jego grupy. Propozycje takiego mariażu przedkładał ojcu również jeden z wybitnych aktorów. Mówił: "Kaziu, nie wygłupiaj się, bądź z nami".

To były spotkania z podtekstem - jesteś z nami czy przeciwko nam?

- Dokładnie tak. Nie wierzę w przypadki, a w pamięci mam kwiaty od Stanisława Witolda Balickiego, ówczesnego dyrektora generalnego Ministerstwa Kultury, kolegi ojca. Do kwiatów dołączył wizytówkę z podpisem: "Przed moim zajściem na Dziady". Słowo "zajście" było podkreślone dwukrotnie. Zwróciłem na to ojcu uwagę, powiedziałem: "Tata, zaczyna się układać", bo już było wiadomo, że coś się dzieje na mieście.

Ale jak dokładnie Kazimierz Dejmek rozumiał dedykację rewolucji październikowej?

- Że trzeba się dogadywać ponad głowami władzy, że przeciętny Rosjanin i Polak potrafią żyć w zgodzie, ale gdy obracamy się w kręgu wielkiej polityki, nie ma takiej możliwości. Stąd nacisk położony na scenę w celi Gustawa i dekabrystów. Ojciec nie chciał się mieszać do polityki. Proponowano mu członkostwo w KC. Ojciec ironizował: tylko KC? A dlaczego nie mógłbym być od razu sekretarzem KC? Rozmówcy ojca deklarowali otwartość w rozmowach i na ten temat A ojciec mi mówił: "Mógłbym robić karierę polityczną, tylko po co? Szkoda mi czasu".

Ani po jednej, ani po drugiej stronie?

- Generalnie. Parę lat po wydarzeniach marcowych Adam Michnik prosił mnie, żebym skontaktował go z ojcem. Ojciec w dość brutalnych słowach odmówił. Ostatnio byłem na wieczorku rocznicowym w siedzibie "Gazety Wyborczej". Siedziałem koło jednego z "dejmkowskich" aktorów. Po jednej z kolejnych "intelektualnych" wypowiedzi dyskutantów, którzy wiedzą wszystko i oczywiście wiedzą najlepiej, powiedziałem mu: "Wiesz co, i śmiać mi się chce, i rzygać. Jednocześnie". Niestety, sporo ludzi odczuwa potrzebę, by ogrzewając się przy cudzej legendzie, tworzyć własną. Najczęściej polityczną. Niech się pan rozejrzy dokoła: wszędzie kombatanci, wszędzie byli opozycjoniści. A prawda jest taka, że prawdziwa opozycja, która uruchomiła zmiany w Polsce i tej części Europy, to było raptem kilkaset osób w skali kraju, no, może kilka tysięcy. W książce "Zdążyć przez Panem Bogiem" Hanny Krall o Marku Edelmanie jest fragment, jak Edelman, bodaj w Nowym Jorku, wspominając czasy sprzed wojny, opowiedział, że matka Mordechaja Anielewicza farbowała skrzela nieświeżych ryb, by je nieco "odświeżyć". Zareagowano świętym oburzeniem. Przecież nie kala się świętości! Edelman zareagował spokojnie: "Skoro nie chcecie przyjąć do wiadomości, że farbowała, to nie farbowała Jakie ma to dzisiaj znaczenie".

Uczestnikom Marca '68 lewicowość Kazimierza Dejmka i ich własna ułożyła się we wspomnieniach w logiczną całość, ale wtedy nie było między nimi związku?

- Osobą, która powiedziała pięknie o "Dziadach", jest Seweryn Blumsztajn. Wspominał, że poszedł na ostatni spektakl, żeby robić sobie polityczne jaja, ale w pewnym momencie zorientował się, że po prostu chce oglądać przedstawienie, dlatego zrugał siedzącego obok Karola Modzelewskiego, który dalej robił polityczną hecę. To dla mnie najuczciwsza, najbardziej rzetelna recenzja jednego z najwybitniejszych spektakli Kazimierza Dejmka. To było wielkie misterium. I na początku nie było politycznej hecy. Ludzie słuchali w ciszy, jak Holoubek mówił Wielką Improwizację przez pół godziny. Dorabianie politycznej gęby "Dziadom" jest największą krzywdą, jaką można wyrządzić legendzie tego przedstawienia. Ojciec robił wszystko, żeby ograniczyć wikłanie "Dziadów" w politykę. Był świadomym artystą, wiedział, że stworzył teatralne arcydzieło. Próbował się dogadywać z władzami, proponował, żeby grać spektakl dwa, trzy razy w miesiącu do końca sezonu, a potem zdjąć go z afisza. Jednak władzy zależało na tym, żeby podpalić lont. Było już oczywiste, że towarzysz Moczar ze swoimi partyzantami rozpoczął szeroką ofensywę przeciwko Gomułce. Wszystko wskazuje na to, że prawdziwą bombą, która miała zdetonować niepokoje społeczne, miał być przygotowywany w Teatrze Klasycznym spektakl "Dziś do ciebie przyjść nie mogę", na który składały się pieśni partyzanckie, w tym AK-owskie, po raz pierwszy po wojnie dopuszczone do rozpowszechniania przez cenzurę. A "Dziady" pojawiły się wcześniej i niejako przypadkiem. Towarzysze postanowili ten "przypadek" wykorzystać. Ot, cała tajemnica jak sądzę.

Ciekawe, że w "Pamiętniku Teatralnym" argument dotyczący ograniczania liczby spektakli jest dowodem na cenzurowanie teatru. Ale wróćmy jeszcze do Adama Michnika, który powiedział, że "Dziady" przed spektaklem Dejmka były dla niego zwykłą lekturą, a w teatrze spodobał mu się brak mesjanizmu i religianctwa - laickość.

- Mówienie, że spektakl był religiancki czy antyreligiancki, laicki - nielaicki, jest kompletnie bez sensu. Jeśli Michnik dzięki Dejmkowi i Holoubkowi "odkrył" "Dziady", to świadczy to albo wielkości Dejmka i Holoubka, albo o katastrofalnym poziomie języka polskiego w szkole, do której Michnik chodził, albo o obu tych okolicznościach jednocześnie.

A jaki był stosunek Kazimierza Dejmka do Kościoła?

- Powinien pan porozmawiać z panem Tadeuszem Mazowieckim. Ojciec niezbyt często, ale regularnie spotykał się z nim w domu Jerzego Zawieyskiego i Stanisława Trębaczkiewicza. Z reguły były to spotkania zakrapiane alkoholem. Ojciec wadził się wtedy z Panem Bogiem, nie mogąc pogodzić się z II wojną światową, z Koreą, z Biafrą I tak dalej. W Biafrze miało wtedy miejsce regularne ludobójstwo. Ojciec pytał Mazowieckiego: "I gdzie jest ten twój dobry Pan Bóg z długą, siwą brodą? Jak On może to znieść?". Wtedy Mazowiecki odpowiadał: "A jednak trzeba wziąć pod uwagę, że jest w tym wszystkim jakiś sens i Bóg go zna...", i dalej w tym stylu. Ojciec nie miał dobrego stosunku do instytucji Kościoła. Został zaatakowany przez hierarchię w 1962 r. po wystawieniu "Historyi o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim", w kościołach odczytywany był list przeciwko niemu. Kompletnie nie rozumiał, czym zasłużył sobie na tak bezpardonowy, prostacki i niesprawiedliwy atak. Pamiętam, że Jerzy Zawieyski interweniował w sprawie ojca u prymasa Wyszyńskiego.

A dlaczego, już po latach, wystawił w Teatrze Narodowym "Dialogus de passione" na Boże Narodzenie, a nie na Wielkanoc?

- Nie mam pojęcia. Jeśli mnie pamięć nie myli, przygotowując "Dialogus", nie był dyrektorem Teatru Narodowego i nie on podejmował decyzję o terminie premiery. Nie mogę też wykluczyć, że mógł być w kwestii roku liturgicznego mało taktowny. Ojciec uważał, że teatr jest aterytorialny i ponadczasowy. Jest tylko widownia i scena. To wynikało z hierarchii wartości, której przestrzegał.

Czy dlatego w pracy nad "Dziadami" pomijał "Widzenie księdza Piotra"?

- W wypowiedzi pana Gustawa Holoubka zdumiał mnie lekceważący stosunek do tej części spektaklu.

Ale relacje o tym, że Kazimierz Dejmek odkładał pracę nad "Widzeniem księdza Piotra" na ostatnią chwilę, znalazły się w "Pamiętniku Teatralnym".

- Mam z tym kłopot, bo nie pamiętam. Ale muszę odpowiedzieć na słowa Holoubka, który wspomina, że nie miał prób z ojcem. A ja wiem, że były i że ojciec dostawał szału, bo Holoubek dość długo nie umiał tekstu. Któregoś dnia ojciec wrócił do domu, jedliśmy obiad. Nagle powiedział: "Ten Holoubek to jednak rzadki skurwysyn!". W ustach ojca była to najwyższa forma uznania. Cisza. Mama pyta: "Co zrobił?". Tata: "Jeszcze wczoraj nie był w stanie powiedzieć ani jednego słowa, ani jednej frazy, a dziś, jak powiedział Wielką Improwizację, to się popłakałem. Genialnie!". To było niedługo przed premierą.

Może Gustaw Holoubek ukrywał do ostatniej chwili swoją interpretację, chciał mieć do powiedzenia w tej sprawie ostatnie słowo?

- Może, ale nieprawdą jest, że ojciec nie pracował z Holoubkiem. Pracował, i to sporo. Przecież Holoubek nie grał tylko Wielkiej Improwizacji. A i ona była wynikiem kilkumiesięcznych prób. Dlatego mówienie, że Holoubek ukradł Dejmkowi spektakl, jest niedorzeczne. Nie byłoby dejmkowskich "Dziadów" bez Holoubka, tak jak nie byłoby Holoubka - Gustawa-Konrada - bez "Dziadów" Dejmka. Rzecz złożyła się genialnie. To był dowód na istnienie teatralnego Pana Boga.

Jak wytłumaczyć jego obecność w rządach PSL - SLD i słowa o "geście kabotyna" na temat bojkotu aktorów? To była reakcja na błędy obozu postsolidarnościowego?

- Nie sądzę. Myślę, że cała, dla wielu niezrozumiała, droga ojca po 1981 r. była konsekwencją splotu najróżniejszych zdarzeń, w tym rodzinnych, prywatnych. Dość radykalnie przemeblował swoje życie i postanowił coś jeszcze udowodnić najbliższym. Na własne uszy słyszałem jego: "Ja wam jeszcze, kurwa, pokażę!". Mniejsza o okoliczności. 10 lutego 1982 r., po wprowadzeniu stanu wojennego, spotkałem się z ojcem i odbyłem z nim dramatyczną dla mnie, a pewnie i dla niego, rozmowę. "Czy zdajesz sobie sprawę, że nie dajesz mi żadnej szansy? Załatw pewne sprawy tak, żeby wszystko miało ręce i nogi". Usłyszałem: "Nie". Miał wtedy imperatyw, żeby być przeciwko wszystkim i wszystkiemu, bo miał poczucie wielkiej krzywdy. I w życiu prywatnym, i w zawodowym. Rozmawiałem o tym z wieloma kolegami, że bojkot może i miał jakiś krótkotrwały sens, ale nie miał większego znaczenia. Był mało efektywnym, choć spektakularnym, iście teatralnym gestem.

Ale gesty w naszej historii wielokrotnie miały znaczenie.

- Koledzy, z którymi po latach rozmawiałem, mówili mi: "Piotrek, gdyby Dejmek nas nie obrażał, nami nie pomiatał, nie poniżał nas, trwalibyśmy przy nim". Ale to był czas, kiedy on chciał być arogancki, chamski, chciał być odrzucony. Zastanawiam się też, czy dziwna postawa ojca po 1982 r. nie miała źródeł w jego doświadczeniach z okresu "Dziadów", kiedy środowisko również się podzieliło, a ojciec miał poczucie zwykłej ludzkiej krzywdy. Jak wiadomo, ostatni spektakl "Dziadów" był 30 stycznia 1968 r., a już 8 lutego w Ministerstwie Kultury odbyła się narada pod przewodnictwem Kazimierza Rusinka. Niech pan zgadnie, kto się zgłosił, żeby uspokoić publiczność Teatru Narodowego?

Adam Hanuszkiewicz?

- Oczywiście. Ojcu powiedziano o tym dzień czy dwa później. Nie uwierzył. Mówił: "Czyście oszaleli? Adam jest za sprytny, za cwany, żeby się na coś takiego zdecydować". Do ostatniej chwili nie wierzył, że jego przyjaciel z młodości złamie solidarną postawę środowiska. Nie mieliśmy w domu telefonu, dlatego Hanuszkiewicz, chcąc z ojcem odbyć rozmowę, przysłał telegram o treści: "Kaziu, muszę się z tobą koniecznie zobaczyć". Ojciec odtelegrafował: "Uprzejmie informuję, że spotkanie jest nieaktualne".

Czy Kazimierz Dejmek wystawiał w Polsce po Marcu tak mało dlatego, że nabrał obrzydzenia do kraju czy też otrzymał zakaz?

- Była między nim a życzliwymi ojcu towarzyszami umowa, że on nie będzie za granicą prowadził antysocjalistycznej działalności, a władza ludowa nie będzie go atakować. Po przejęciu władzy przez Gierka i zesłaniu Moczara do NIK-u zaproszono ojca do Polski i rozpoczęły się na nowo pertraktacje na temat jego dalszych losów.

Kazimierz Dejmek wbrew pozorom był niezwykle delikatny. Raniony, chował się za skorupą brutalności, żeby nie przeżywać kolejnego zawodu.

- To wysoce prawdopodobne.

To brało się chyba również z nieśmiałości.

- Oj, tak. Pamiętam, jak w sierpniu 1968 r. spędzaliśmy wakacje na Gubałówce u Opalińskich. Panowała ciężka atmosfera po inwazji na Czechosłowację, ale wieczór był oczyszczający. Oczywiście gorzała lała się strumieniami. Kazimierz Opaliński, cudowny staruszek zaczął recytować wiersze Słonimskiego, Lechonia, Wierzyńskiego, a nie były to utwory wtedy powszechnie znane. Były to wiersze pisane z myślą o dzieciach. Kiedy Opaliński recytował wiersz o żyrafie, wzruszył się, że żyrafa ma taką długą szyję i nie można jej spojrzeć w oczy. Zaczął płakać. Mój ojciec też. Tak się rozszlochali, że musieli wyjść z domu i wrócili dopiero, gdy się uspokoili.

Dejmek też był taką żyrafą, której nie można było zajrzeć w oczy. Nie lubił tego. Odwracał głowę albo zasłaniał się chmurą tytoniowego dymu.

- Pewne rzeczy w teatrze, ale i w życiu robił z przekory, w myśl powiedzenia: "Na złość mamie odmrożę sobie uszy". Tak powstało "Wesele" bez muzyki, nieśmieszna "Zemsta". A przecież te przedstawienia wyszły spod tej samej ręki, która zaledwie parę lat wcześniej firmowała "Operetkę", "Garbusa", "Vatzlava" czy "Uciechy staropolskie"

I to była koronkowa robota.

- Z niesamowitym poczuciem humoru. Nagle pojawiły się niestrawne gnioty. Dlaczego? W jego stylu było pokazywanie, że potrafi iść pod prąd niezależnie od kosztów, jakie przy okazji poniesie.

Dlaczego Kazimierz Dejmek wybrał na pożegnanie "Hamleta"?

- Mam pewne podejrzenie związane, przepraszam za brak skromności, ze mną. Jedną z najbardziej przejmujących scen w spektaklu była rozmowa Hamleta z Duchem Ojca. Dostrzegłem pewne przesłanie skierowane być może do mnie

Rozmawiał z panem już zza grobu.

- Byłem na premierze, miesiąc po jego śmierci, po półrocznych, konspiracyjnych niemal, wizytach w szpitalach, w których leżał, i nie miałem żadnych wątpliwości, że to jest rozmowa ze mną. Gdy na koniec sceny Hamlet kulił się i obejmował Ducha Ojca za nogi, pomyślałem: "Jesteśmy w domu. Skąd wiedziałeś, że tak będzie? Że będę klęczał i wtulał się w twoje nogi?". Już wtedy bardziej podejrzewałem, niż wiedziałem, że złe wspomnienia ulecą w niebyt. Chciałbym mieć pewność, jestem pewien - nie na sto, lecz na tysiąc procent, że tę scenę ojciec zrobił dla mnie.

 

Piotr Dejmek (ur. 1953), producent filmowy i telewizyjny. Ukończył łódzką PWSTiF. Jako aktor wystąpił w kilkunastu filmach fabularnych. Był wicedyrektorem TVP 1 odpowiedzialnym za teatr, widowiska, film, dokument. Wicedyrektor Teatru Żydowskiego w Warszawie.