Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Teresa Hołówka

Delicje ciotki Dee

1990

 

(...)

 

Są to zapiski z trzydziestu miesięcy spędzonych w Stanach Zjednoczonych. Lecz nie będzie w nich mowy o kampaniach wyborczych, knowaniach "jastrzębi", trendach społecznych, nowych pomysłach lewicowców i prawicowców, slumsach i bezrobociu. Nie będzie też w nich opinii kół intelektualnych, problemu rasowego i chicagoskiej Polonii, kontestatorów, milionerów, sekt religijnych, Indian i mafii. Los bowiem zrządził, że miesiące te upłynęły mi głównie - najpierw jako stypendystce, później jako żonie towarzyszącej wraz z dziećmi "zakontraktowanemu" mężowi - w niewielkim mieście Midwestu, Środkowego Zachodu, gdzie zdyszana atmosfera nowojorskich nowinek wydaje się nie mniej odległa niż dżungle Afryki. Gdzie nie ma etnicznych enklaw, a ludność - przetopiona w tyglu od paru pokoleń - nie szuka żadnych "korzeni". Gdzie mieszkaniec, właściciel pralni, księgowy czy szlifierz w malej fabryczce, chwali sobie rdzennie amerykański styl życia i nie wzdycha do przepychu Florydy, drapieżnego Teksasu ani będącej Mekką wszelkich nonkonformistów Kalifornii. Gdzie wszyscy myślą, że znajdują się dokładnie w miarowo, nieprzerwanie bijącym sercu swego kraju i że są solą tej ziemi.

Midwest uchodzi za najmniej efektowną część Stanów Zjednoczonych. Zawsze jednak sądziłam, że gdy kogoś ciekawi mentalność takich na przykład Polaków, winien udać się raczej do Radomska czy Gostynina niż do Krakowa, Warszawy, Chałup na Helu lub Bohonik w Białostockiem. I zakosztować tego, z czego składa się ich dzień powszedni - pojechać gdzieś PKS-em, zamówić hydraulika, zjeść posiłek w barze mlecznym, udać się z bolącym uchem do lekarza, popracować w sklepie warzywnym albo w zarządzie spółdzielni, pójść na wywiadówkę, wystać kawałek czegoś na niedzielny obiad. Bo różnice kulturowe w niczym nie wyrażają się tak bezpośrednio jak w smaku codzienności.

Codzienność na Midweście okazała się bardzo egzotyczna, a żyjący nią ludzie - równie chwilami niepojęci jak Papuasi. Rola komentatora przypadnie więc często w niniejszych zapiskach nie autorce, lecz "tłumaczom" - owym licznym osobom pici obojga, które uprzystępniały jej wszystkie rzeczy niezrozumiałe, zaskakujące i na pozór absurdalne.

 

PŁACIĆ FRYCOWE

Przed pierwszą wyprawą na Midwest słucham opowieści Globtroterki: - Tematu i tak nie wyczerpię, ze trzy doby można by prawić, i zresztą cudów nie ma, tak czy owak na początku będziesz robić z siebie idiotkę. Zrozum, to jest naprawdę Nowy Świat. Niesłychanie rozwinięta cywilizacja materialna, w której co drugi przedmiot - dla tubylców oczywisty - przerastać musi wyobraźnię kogoś stąd. Na przykład klucz. Służy wyłącznie do otwierania. Ich zamki samoczynnie się zatrzaskują. Przesiedziałam kiedyś całe popołudnie w laboratorium, bo nie wiedziałam, jak zamknąć. Wkładam toto do dziurki, ani w tę, ani we w tę, a wokoło sprzęt wart miliony, ktoś coś łupnie, będzie na mnie. Dopiero dozorca, wystraszony światłem, wyjaśnił sprawę. I turlał się chłop ze śmiechu. A propos drzwi. W sklepach i urzędach są na fotokomórkę i otwierają się w ostatniej chwili. Wal śmiało, ale zakarbuj sobie - nie pomyl tych dla wchodzących z tymi dla wychodzących. Jak pchniesz niewłaściwe, ani drgną, więc zaczniesz szarpać, znam ja Słowian, i ściągniesz sobie na kark cały personel. To samo w autobusie. Wsiadaj tylko przodem. Jak spróbujesz środkiem, facet przytnie ci nos i jeszcze obruga. Tam jest porządek i nikomu, ale to dosłownie nikomu, nie przyjdzie do głowy, żeby się wyłamać. Aha, to bardzo ważne - ubikacja! Pamiętaj, sedes napełnia się wodą aż po brzegi, tak jest podobno higieniczniej, no a oni mają na tle higieny kompletnego hopla. Żebym tak o tym wiedziała przed swoją pierwszą nocą w hotelu! Horror z tego wyszedł. Wchodzę, dywan po kostki, łóżko z wodnym materacem, papier toaletowy w różyczki, same szykany - i nagle zatkany pikuś. Siądę, spuszczę, to się przeleje. Jakoś głupio iść z tym do recepcji. No więc pognałam na stację benzynową. Ale i tu to samo, wszędzie wody po brzegi, ha, trudno, pewnie jakaś awaria czy co, posuwam chyłkiem, ciszkiem w chaszcze za stację. Podpatrzył mnie chłopak od nalewania benzyny, leci z wrzaskiem: złodziejka, ludzie łapcie! To ja z powrotem do hotelu, recepcjonista rozstawia szeroko ręce, przytrzymuje, obaj strasznie podekscytowani, chcą zaraz dzwonić na policję, ja klaruję, tłumaczę, jak mogę, z tego strachu angielski chachmęci mi się z francuskim, tobie też by się pochachmęcił, co chcesz, pierwsza noc w obcym kraju, w końcu w bek. Idą za mną do numeru. Pokazuję ten nieszczęsny pikuś, klaruję jeszcze raz od początku, wytrzeszczają oczy jak cielęta. Co tu niby zepsute? No, zatkane, powiadam, pewnie coś siedzi w rurze. Facet naciska pedał, woda spływa do imentu i znów bezszmerowo się napełnia. Coś się pani przywidziało, może lekarza? Zostaw, mówi chłopak od benzyny, ona nie jest crazy. Przyjechała skądś, gdzie na te rzeczy chodzą na świeże powietrze. Będziesz miała takich sytuacji tysiąc. Wcale ci nie zazdroszczę. Poobijasz się na początku wśród tych wszystkich ułatwiaczy życia jak pijane dziecko we mgle. Brr, nie chciałabym tego znów przeżywać!

W pierwszych chwilach po przyjeździe diabeł zdaje się nie tak straszny, jak go Globtroterka malowała. Hotel jak to hotel, winda jak to winda, w Pałacu Kultury też taką mają. A gdy wrzucimy coś na ząb, to wszystkiemu śmiało stawimy czoła. Gdzie tu, proszę pana, można zjeść śniadanie? Gdzie można zjeść śniadanie? O co mi chodzi? No, o śniadanie. Tak jest, ś-n-i-a-d-a-n-i-e. Jakiego rodzaju? No, zwykłe, normalne śniadanie. Czy mam pieniądze? Pewnie, że mam. Więc gdzie tu można by coś zjeść?

Nie odpowiada, przygłup jakiś czy co? Trudno, poszukam sama. Tu lepiej nie włazić, restauracja, czort wie, jacy tu kelnerzy. Szukajmy dalej, napisane "cafeteria", ale w środku bar samoobsługowy, szwedzki ciąg, metalowe tacki, dobra nasza, nawet kolejkę mamy. Same sandwicze. Co też mają w środku, podobno niektóre rzeczy są zupełnie niejadalne, żadnego napisu, a pieczywa bez dodatków jakoś nie widać, tak, tak, proszę pana, już się przesuwam. A co tu w tych garnkach? Jakieś paciagi - i znów żadnego napisu ani nie wiadomo co w środku, ani za ile, tak, tak, już się przesuwam, to ja poproszę kawałek tego mięsa. Ile? Nie wiem ile (uncję, pół funta?), ile się ukroi, no, jedną porcję. Przepraszam, nie rozumiem. Co do mięsa? Chyba sałatę. Jakiego rodzaju? No, zwykłą, normalną sałatę, czego on tak wytrzeszcza oczy, cudzoziemki w życiu nie widział, przepraszam, znów nie rozumiem. Tysiąc Wysp? Francuskie Przybranie? Niebieski Ser? Nie, nie. Czego sobie życzę? No, niczego, tak, tak, już się przesuwam, o, są napoje, to poproszę kawę. Tak, kawę, proszę pani. K-a-w-ę. Ta też wybałusza oczy, co za cholera? Może to hotel mormonów czy co, oni podobno żadnych używek nie uznają... Czy nie ma tu kawy? No więc, jak jest, to gdzie stoi? Głucha czy co? Wszystko jedno, bierzmy jakiś płyn i aby do kasy. O Boże, osiem dolarów, za co to, za kawałek wołowego z kością i trzy listki zielonego? Dlaczego nie daje reszty, na co czeka? Aha, płaci się przy wyjściu. Jedzmy więc prędko. No tak, mieli rację rodacy, tu wszystko niejadalne, mięso nie dopieczone, sałata bez krztyny czegokolwiek, a płyn śmierdzi apteką. Byle zapłacić i wio stąd. Ta znów reszty nie wydaje, co oni, na wytrzeszcz wszyscy chorzy? Może tu daje się napiwek kasjerce? No niech jej tam będzie! Chryste Panie, ale wyje! Co to wyje? I czemu wszyscy lecą w moją stronę? Ogień? Jaki ogień? Ludzie, przecież ja nic nie podpaliłam!

Po paru miesiącach śmieję się z samej siebie, oglądając ten film w prywatnym kinie retrospekcji. Niezły byłby z tego instruktaż dla przybyszów, którym nie dane dotąd było zetknąć się z tutejszą organizacją życia.

Więc od początku: w kraju, gdzie każde dobro i każda usługa występuje w niezliczonych wariantach, gdzie od obfitości ofert dostaje się zawrotu głowy, pytanie: "Gdzie można coś zjeść?", postawione w recepcji dużego hotelu, brzmi całkowicie absurdalnie. To tak jakby na dworcu zapytać: "Gdzie tu można przejechać się pociągiem?" Nie widziała nigdy kolei? Niewidoma? Analfabetka? Kpiny sobie stroi? Hotel bez kilku restauracji, barów, automatów z przekąskami i napojami, bez znajdującego się nie opodal centrum handlowego z wszędobylską gastronomią (Macdonald, pizzeria, meksykańszczyzna, ruszt) - taki hotel jest czymś niewyobrażalnym. Tubylec pyta przeto: "Którędy do tańszej restauracji?" Albo: "Gdzie mogę szybko dostać śniadanie za trzy dolary?" Albo: "Chcielibyśmy zjeść elegancki, lunch wegetariański. Co może nam pan polecić?" Albo też: "Na którym piętrze mógłbym się w ciszy napić kawy z ekspresu?"

A dalej: potrawy leżą w barach bez napisów i cen dlatego właśnie, że za ladą stoją osoby w białych kitlach, którym płaci się za to, by wyczerpująco i uprzejmie informowały: ten sandwicz jest z indykiem, a tamten z żółtym serem i marynowaną kukurydzą, tu ma pan twaróg na słodko, z melonem, ananasem i szczyptą anżeliki, a tam - szynkę z makaronem, bazylią, tymiankiem, tylko 200 kalorii za trzy pięćdziesiąt. Po podjęciu decyzji obsługa proponuje długą listę dodatków. Bowiem jeść to nie tyle zaspokajać głód, ile raczej oddawać się jednej z najbardziej wyszukanych rozrywek, której integralnym składnikiem jest indywidualny, nieskrępowany wybór. Konsument nie wdający się w konsultację z ludźmi w białych kitlach profanuje ceremoniał posiłku, lekceważy starania firmy i uniemożliwia jej pracownikom wykazanie się gotowością, słusznie tedy traktuje się go jak grubianina i intruza - to jest raczy niewzruszonym milczeniem.

Casus "wołowego z kością" to zwykły błąd, polegający na trzymaniu się przywiezionych skądinąd wyobrażeń o cenach. Komplet guzików do bluzki może kosztować połowę tego co nowa bluzka - w przeciwnym razie nikomu nie opłacałoby się dostarczanie guzików na rynek. Pomarańcze tańsze od kartofli - ależ tak, szybciej się psują, kto by je kupował, gdyby nie stać na nie było każdego. Algierski sikacz za te same pięć dolarów co średniej klasy whisky - oczywiste, im mniejszy zbyt, tym większa marża za trzymanie rzadkiego towaru na półkach. Koszula nocna z "kory" czterokrotnie droższa od przezroczystej piżamy "baby-doll" - logiczne, czysta bawełna to nie to co nylon. Przypieczone zaś wołowe z kością zowie się tu marynowany rostbef, uchodzi za potrawę luksusową (czyste białko zwierzęce, chude i pożywne) i kosztuje tyle co kilka gigantycznych hamburgerów, podczas gdy karkówka i schab (cholesterol!) poniewierają się po supermarketach wraz z flakami, podrobami i innym niezdrowym świństwem, wykupywanym przez biedotę. Natomiast "Tysiąc Wysp", "Francuskie Przybranie", "Niebieski Ser" - to popularne sosy do sałaty, bez której nie może się obejść żaden posiłek. Tubylcy sądzą, że używa się tego w każdym zakątku kuli ziemskiej.

Teraz o kawie: cienką lurę, będącą narodowym napojem (konia z rzędem ternu, kto wypatrzy w sklepie imbryk do herbaty), prawie wszędzie nalewa się samemu z automatu. Niklowane pudło na ladzie, które uznałam za pojemnik na serwetki, było właśnie maszynką do kawy. Sięga się pod spód, naciska dźwignię, wydobywa jednorazowy kubeczek, przekręca kurek (nie majdrować nim, wyłączy się sam po nalaniu porcji!), doprawia cukrem lub sacharyną i śmietanką, zwykłą lub odtłuszczoną, wszystko w jednorazowych opakowaniach. Pannica za ladą wybałuszyła oczy, bo nie mogło się jej pomieścić w głowie, że ktoś nie zna tak standardowego przedmiotu. Nie mówiła przy tym nic, bo tutejszy savoir-vivre nie dopuszcza komentowania czyichkolwiek zachowań w miejscu publicznym. Tym bardziej nie dopuszcza tak lubianych gdzie indziej lekcji wychowawczych. To, co robimy, jest naszą prywatną sprawą.

Rachunek w lokalu płaci się przy wyjściu. Mogło nam przecież nie smakować i wtedy mamy prawo do natychmiastowej reklamacji. Gdyby się człowiek uparł, mógłby wziąć szklankę z aptecznym świństwem (piwem imbirowym, Amerykanie kochają się w korzennych napojach i "Doktor Pieprz" idzie nie gorzej niż coca-cola), oświadczyć, że czuć je stęchlizną, i zażądać skasowania tej pozycji z rachunku. Firma woli zawsze ponieść raczej niewielką stratę, niż narazić się na niezadowolenie klienta. Napiwek kładzie się kelnerowi na stole, a po resztę - nadstawia szeroko otwartą dłoń (chyba że przy kasie zainstalowany jest automat, wypluwający bilon). Niewykonanie tego gestu oznacza, że kwestionujemy rachunek.

I finał: każde większe pomieszczenie publiczne ma dodatkowe wyjście na wypadek pożaru. Ponieważ wszelkie napisy są tu bezwzględnie respektowane i żadnemu tubylcowi nie strzeli do łba posłużyć się takim wyjściem w zwykłych okolicznościach, popchnięcie drzwi włącza donośną syrenę alarmową...

Senny koszmar trwa przez dni następne. Z poręczeniem w garści wędruję do banku, by zaciągnąć pożyczkę na pierwsze potrzeby. Ki diabeł, nikt nie umie powiedzieć, gdzie ten bank jest. Jeden wzrusza ramionami, drugi zachowuje się jak głuchoniemy, trzeci radzi skontaktować się z policją. Dwie panie zza szybki samochodu słyszały, że to gdzieś w północnej dzielnicy. A przecież jest to mieścina wielkości Siedlec. Z poobijanymi piętami, skołowana do szczętu, ląduję w jakimś drugstorze, by napić się czegoś zimnego. Sprzedawca też nic nie wie. Związek Kredytowy? Pierwszy raz słyszę. Ale dzień to mamy dziś piękny, prawda? Znów rozedrgana z upału ulica. Hej, czy mi się w oczach nie troi? Związek Kredytowy jak byk, trzy domy dalej. Ślepy czy złośliwy ten z drugstore'u?

- Ani ślepy, ani złośliwy - wyjaśnia potem ubawiona Kaśka. - Normalny obywatel. Co go obchodzi jakiś bank, jeśli nie jest jego klientem. Facet pilnuje swego biznesu, to znaczy drugstore'u. Pewnie nawet nie spostrzegł, że ma bank pod nosem. Trzeba było od razu zaopatrzyć się w plan, a adres wziąć z książki telefonicznej. Tu nikt nie zna się na topografii. Moi sąsiedzi mieszkają dwadzieścia lat w Detroit i nigdy nie byli w śródmieściu. Wszystko jest zorganizowane tak, że nikt nie musi się nigdzie patałętać. Rano do roboty, o piątej po południu tą samą trasą do domu. Raz w tygodniu na zakupy do swojego supermarketu, raz w miesiącu na piknik na swój camping albo na fun do swojego kina, raz na kilka miesięcy do swojego lekarza, dentysty, adwokata. Reszta przez telefon. Więc nie pytaj przechodniów o drogę, bo to bez sensu. Nie mówiąc już o tym, że jak się wleczesz ulicami w upał na piechotę, jesteś osobą podejrzaną. Nie masz samochodu i nie masz na taksówkę. Kto wie, co za jedna. Jeszcze się przyczepi.

Pożyczka bankowa przydaje się natychmiast. Pensja płatna z dołu, a mieszkanie wraz z utilities (prąd, woda) z góry. Zarządca budynku wpuszcza do mikroskopijnej kawalerki: kanapka, biurko z krzesłem, ogromna szafa w ścianie, kuchenka i brodzik z prysznicem. Podsuwa jakąś bumagę - jak się okazuje w pół roku później, podpisałam oświadczenie o objęciu lokalu bez usterek, co kosztować będzie pięćdziesiąt przy wyjeździe: za starą jak świat dziurę w dywanie, ruszt zepsuty przez poprzednika i brak dwóch szuflad w biurku. Prędko teraz do sklepów. Potrzebny jakiś talerz, kubek, czajnik, widelec, lampa, bo oświetlenie wyłącznie boczne, a żarówki nie ma w co wkręcić, no i, do licha, coś na kolację. Proszę, proszę, sklep pod samym bokiem, wszystko mają, sztućce, koce, żarcie, lekarstwa, nawet kwiaty w doniczkach, nie ma to jak kapitalizm, klient nasz pan, żadnej kolejki, choć to początek semestru, Chryste Panie, to niemożliwe, trzydzieści dolarów za takie duperelki?

Globtroterka upominała nieraz: niech cię Bóg broni przed małymi sklepikami! Są najdroższe. Nie dodała jednak, że "mały sklepik" może mieć rozmiary osiedlowego samu. I że zdziera skórę czasem za specjalizację - żywność orientalna, lody ręcznie nakładane, kostiumy do joggingu - a czasem za zlokalizowanie. Jeśli ktoś wykupuje grunt i stawia placówkę typu "śledź, mydło i powidło" tuż pod bokiem olbrzymiego wieżowca z pokojami do wynajęcia, nie może liczyć na duży ruch. Tubylcy wiedzą, że w dużych centrach handlowych za miastem te same artykuły kosztują dwa razy taniej. Właściciel musi więc wyjść na swoje na okazjach: zdezorientowanych cudzoziemcach, nowo przybyłych, którzy jeszcze nie kupili samochodu, zapominalskich, którym nagle skończyła się sól, papierosy czy prezerwatywy, dzieciach, które zawsze mają ochotę napić się czegoś orzeźwiającego. Niewielkie obroty, wysokie ceny, sprawa prosta jak drut.

Do północy wojuję z przedmiotami. Kanapka nie daje się nijak rozłożyć, zepsuta, prześpimy się na dywanie. Jak tu, u diabła, otworzyć okno? Duszno nie do wytrzymania, ani jednej klamki, na pych też nie idzie, może tu trzeba mieć klimatyzację i okien się wcale nie otwiera? No to chociaż się umyjmy. Boże, ależ wali, co to za natrysk, pewnie wysiadł, no tak, wali jeszcze mocniej, wali na cały pokój, jak to się zakręca? Nie w lewo, nie w prawo, aha, tą dźwignią do tyłu, no pewnie, w końcu i tu może się coś zepsuć, z czego by żyli hydraulicy, spróbujmy w zlewie kuchennym, byle go tylko zatkać, co ten korek taki duży i wcale nieszczelny, dociśnijmy mocniej, może będzie trzymał, o cholera, co to tak wyje, ryczy coraz głośniej, pewnie jakaś piekielna uszczelka, rury mają szerokie, to i uszczelki pewnie ogromniaste, lepiej tego nie tykać, jeszcze będzie na mnie, byle teraz zasnąć, jak ja tu sobie dam radę, pod Twoją obronę uciekamy się... byle tylko nie sfiksować, jak jest po angielsku uszczelka... święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami...

- W moim pokoju, proszę pana, wszystko jest zepsute. Najgorzej z prysznicem, zlewem, i...

Rudy zarządca budynku krztusi się poranną kawą. Zobaczymy. Pokręca, odkręca i - rzecz jasna - wytrzeszcza oczy jak cielę.

- O co chodzi z tym prysznicem?

- No jak to, za silne ciśnienie, wali na cały pokój, zalewa podłogę...

- Ciśnienie normalne. Czy tam, skąd jesteś, nie ma pryszniców? To jest urządzenie do wodnego masażu ciała, więc nie może z niego kapać!

- Ja tam nie chcę masażu. Proszę go przykręcić. Podłoga zgnije.

- Powiem ci coś, mała. Matka nauczyła mnie jednej rzeczy: pomyśl dwa razy, zanim ludziom zawracasz głowę. Taaa, matka wiedziała, co mówiła...

- Że niby jak?

- Taaa, matka wiedziała, co mówiła. Byle jak najdalej od cudzoziemców, też mówiła. Ja stąd w przyszłym tygodniu odchodzę, dom wariatów, co jeden to wariat. Psują telefony, nie potrafią użyć prysznica, rozwalają śmiecie, wszystkiego się można spodziewać. A w tym zlewie to co? Pewnie diabeł siedzi?

- Zlew warczy, to pewnie ta... no, jak to się nazywa, takie małe coś, gumowe, jak się zepsuje, to ryczy...

- Diabeł, diabeł, nic innego. Wiesz co, mała, dzwoń sobie do właściciela. Nie mój biznes, ja stąd odchodzę, matka mądra była, miała rację, przyjeżdża to nie wiadomo skąd, łazienki nie widziało, zlewu nie widziało, kto i po co ich tu naspraszał...

Korytarzem sunie Hinduska.

- Masz kłopoty? Zaraz ci wszystko wyjaśnię. Prysznic? Musisz sobie do niego kupić zasłonę, shower curtain, leży w sklepie obok nylonowych obrusów. Żaluzję spuszcza się tym sznurkiem, okno otwiera przesuwając szybkę. Kanapkę ciągniesz do siebie za dolny brzeg. Ach, zlew. Też się go przestraszyłam. On tu ma w środku młynek, który miele to, co do niego wrzucisz, obierki od kartofli, resztki jedzenia. Młynek włączasz ustawiając korek na trzy czwarte i odkręcając kran. A śmieci wynosi się do ogólnego pieca w dużych, plastykowych worach, nazywają się garbage bags, dostaniesz w każdym drugstorze. W ogóle, jak masz problemy, pytaj cudzoziemców. Ten tutaj rudy pewnie wyjeżdżał tylko raz w życiu, do stolicy stanu z wycieczką szkolną. Więc uważa, że na świecie jest albo dokładnie tak jak w jego kraju, albo od razu kompletny prymityw, śpią na ziemi, nie umieją czytać, leczą się u czarownika. Jedzie potem taki na przykład do Paryża - jak się wreszcie dorobi na swoim sklepiku albo stacji benzynowej - i zamawia w restauracji z trzema gwiazdkami hamburgera. Albo wścieka się, że pieczywo po jednym dniu czerstwieje - kto wymyślił coś tak niepraktycznego? Albo szuka w hotelu automatycznej pralni, zamiast dać koszulę pokojowej, a jak się dowie, nie może się nadziwić, jak Francuzi mogą znieść tak niedemokratyczne stosunki. Ty robisz ten sam błąd. Powodujesz się nietutejszymi nawykami. Zrozum, w tym kraju nie jest możliwe, żeby coś było zepsute, źle wymyślone, skomplikowane w obsłudze, nie zorganizowane. Tak dzieje się gdzie indziej - gdzie ludzie nie wytworzyli jeszcze tylu rzeczy lub też gdzie nie przywiązują do nich tak wielkiej wagi. Tu wszystko musi być gładkie, wygodne, niekłopotliwe. Tu żyje się po to, żeby było coraz przyjemniej, coraz łatwiej, coraz bezpieczniej. To jest motor napędowy tego społeczeństwa, jego imperatyw - komfort. Zwiedzałam raz z nimi stary kościół w Andach. Ach, wspaniała budowla! Ach, co za widok! Czyż jednak ci wieśniacy nie są pożałowania godni? Siedzieć w lepiankach obok kapiącej złotem świątyni! Cierpieć głód i fundować wota! Nie mieć kanalizacji, ale hodować w ogródkach kwiaty na ołtarz! Oni nigdy by się na to nie zgodzili. Więc nie podejrzewaj, że zgodziliby się na zepsute prysznice - zaraz podnieśliby alarm, i to taki, jakby chodziło o bombę w piwnicy, o zagrożenie życia.

Hinduska nie przesadziła. Pod koniec miesiąca z kranów wydobywa się skąpa, brunatna ciecz. Po pięciu - z zegarkiem w ręku - minutach od telefonu zarządcy pod nasz wieżowiec zajeżdża na syrenach cały orszak: szeryf, policja, beczkowóz, straż pożarna (?), zdenerwowany właściciel, ekipa hydraulików w furgonetce i przenośna koparka. Po kwadransie na trawniku wyrasta wykop, hydraulicy przystępują do wymiany rury. Po półgodzinie ani śladu awarii, darń na trawniku przyklepana, krzaki wsadzone w ziemię. Każdy lokator otrzymuje druczek z przeprosinami.

Rzeczy powoli przestają być groźne. Obłaskawiam maszynę w blokowej pralni, automaty telefoniczne, kuchenkę o trzydziestu chyba pokrętłach, piec do spalania śmieci. Rezygnuję z beznadziejnych poszukiwań otwieracza do konserw - przedmiotu znanego ze słyszenia tylko starszym sprzedawcom. Nie pytam już o rozkład jazdy autobusu - stają co sto metrów, a trasy zgodne są po prostu z kierunkami geograficznymi. Uczę się, że nie wolno w lecie wychodzić z domu bez swetra; we wszystkich miejscach publicznych działa klimatyzacja i łatwo o anginę. Większość towarów trzeba kupować w olbrzymich porcjach; wychodzi o wiele taniej. Lepiej nie zapuszczać się poza centrum na piechotę; na peryferiach nie ma chodników, kierowcy trąbią, a pobocza jezdni obrasta gęsty żywopłot. Metalowe uchwyty na drzwiach to po prostu kołatki, ale jeśli nie jesteśmy umówieni, nikt nie otworzy; boją się napadów. Time i Newsweek są do nabycia wyłącznie w hotelu; wszyscy czytają lokalną prasę. Nie próbuję więcej nastawiać mleka na zsiadłe - ma dwutygodniowy termin ważności i oczywiście nie może zawierać żadnych bakterii. Nie miotam się po mieście, nie latam jak kot z pęcherzem to tu, to tam, bo wszystko albo prawie wszystko da się załatwić przez telefon, a widok interesanta fatygującego się osobiście budzi wręcz niebotyczne zdumienie (czy coś się stało, proszę pani?). Nie boję się już chodzić po trawnikach (wszystko dla człowieka, a nie odwrotnie), nosić zakupów w papierowych torbach (wytrzymują i 10 kilogramów), grzebać w stosach odzieży i grymasić, zakładać w upał szortów (które wraz z bawełnianym podkoszulkiem są powszechnym letnim uniformem bez względu na wiek i tuszę), zamawiać o dwunastej w nocy przekąsek z dostawą do domu.

Codzienne funkcjonowanie robi się rutynowe i łatwe. Tak łatwe, że aż nieswojo. Chyba podobnie czuje się Eskimos przeflancowany nagle na Hawaje. Okazuje się nagłe, że wszystkie nasze dotychczasowe umiejętności są kompletnie bezużyteczne. Nie trzeba nigdzie kłusować: transport miejski kursuje z dokładnością do trzydziestu sekund. Nie trzeba do niczego się przepychać: kolejki nie istnieją, bo są błyskawicznie rozładowywane. Jest rzeczą nie do pomyślenia, by urzędniczka czy sprzedawczyni siedziała bezczynnie, gdy tuż obok tworzy się ogon; zwolnienie z pracy murowane. Jeżeli gdziekolwiek zdarzy się krótkotrwały "korek", stojący wykazują anglosaskie zdyscyplinowanie, nie wyłączając starców, inwalidów i kobiet w ciąży (upośledzenie fizyczne nie stanowi w tym społeczeństwie podstawy do jakichkolwiek roszczeń). Nie trzeba "główkować", "wydeptywać", "załatwiać", "zabezpieczać", "wytargowywać" - wszelkie przepisy, zarządzenia, pragmatyki służbowe są precyzyjne i przez tubylców rygorystycznie przestrzegane. Nie trzeba też przedstawiać żadnych "papierów" czy "podkładek" - w większości spraw wystarcza podpis lub ustne oświadczenie. Co więcej, nie jest się odsyłanym od Annasza do Kajfasza - osoby niekompetentne nie zagrzewają stołków. Jeśli więc na przykład kantyna na terenie instytutu wydaje zniżkowe posiłki pracownikom, to wykluczone, by "podczepiła się" pod nie siostrzenica kucharki lub żona dyrektora (korupcja dotyczy zawsze przedsięwzięć na znacznie większą skalę i nigdy nie przybiera form półjawnych), wątpliwości zaś - jest czy nie jest uprawniona do takich posiłków zatrudniona dorywczo cudzoziemka - rozstrzyga się od ręki, i to na szczeblu kelnera.

Nie jest się również narażonym na "całowanie klamki" i straty czasu wywołane czyjąś niesolidnością. Dentysta sam przypomina o terminie wizyty, a pacjentów przyjmuje dokładnie tylu, ilu może obsłużyć bez kolizji. Biblioteka zawiadamia telefonicznie, że, niestety, zamówiona książka jeszcze nie nadeszła; skontaktują się z nami za tydzień. Firma zamknięta z tytułu remontu czy "choroby personelu" - to coś całkowicie niewyobrażalnego. Każda przerwa oznacza wymierną stratę, jeśli więc chory nie może utrzymać się na nogach, za ladą czy w okienku staje ktoś z rodziny lub osoba "z doskoku". Remonty zaś rzadko trwają dłużej niż tydzień i zawsze poprzedza je wielokrotne obwieszczanie; w sklepach dokonuje się przy tej okazji globalnej wyprzedaży towaru, co kalkuluje się taniej niż dwukrotne przepakowywanie i magazynowanie. Drugie śniadanie, zwane tu lunchem, spożywa się w czasie godzinnej południowej przerwy w pracy, a panienkę, której przyszłoby do głowy użyć służbowego telefonu do rozmów prywatnych, koleżanki same odwiozłyby do psychiatry - instytucja, do której nie sposób się dodzwonić, przestaje być instytucją, i wszystkie, kochana, możemy znaleźć się na bruku.

W tym gładkim biegu codziennych rzeczy przybysz z innego systemu ma często wrażenie, że działa jak silnik na pustych obrotach. Ale. tylko dopóki jest stypendystą lub siedzi u krewnych, którzy zapewniają wikt, kąt do spania i jakieś ugadane z góry, nielegalne zarobki. Frycowe, jakie zaczyna płacić żyjąc samodzielnie, bardzo prędko uprzytamnia mu, że chcąc tu przetrwać musi wyrobić w sobie całkiem inne umiejętności. Na przykład stały odruch bezczelnej autoreklamy, bez której jest się tu zwyczajnie nie dostrzeganym.

Świeża imigrantka z Filipin wydzwania pod numery podane w miejscowej gazecie przez ludzi, których stać na stałą gosposię do wszystkiego. Wydzwania tydzień, wydzwania drugi, wydzwania czwarty. Kompletna klapa. Żaden potencjalny chlebodawca nie życzy sobie obejrzeć kandydatki. Żaden nie proponuje nawet, że oddzwoni (odpowiednik brydżowego "półnegatu"). Co jest grane? Obcy akcent? Odpada, wszak gosposiami są zawsze cudzoziemki, bez kwalifikacji i prawa pracy. Referencje? Ależ nawet nie pytali. Wiek? Trzydzieści to chyba optimum, zresztą też nie pytali. To o co pytali? O nic.

- No właśnie - wtrąca się do dialogu Bywała - bo to ty masz się wyczerpująco przedstawić, wygłosić cały referat na własny temat, i to taki, żeby zrobić z siebie propozycję nie do odrzucenia. Inaczej z miejsca szufladkują cię jako osobę niepewną siebie, jako niedojdę. A takiej tu nikt nie chce, nawet do garów i odkurzacza. Mów tak: Halo, nazywam się Ega, mój telefon 337-5423, mam lat trzydzieści, przyjemną powierzchowność, nie jestem obarczona żadną rodziną, cieszę się dobrym zdrowiem, siłą fizyczną i zaradnością. Dobrze gotuję, znam amerykańską kuchnię (nic takiego nie istnieje), pracowałam sześć lat w restauracji (kto tam sprawdzi), jestem oszczędna, tolerancyjna i ciepła dla dzieci. Umiem pisać na maszynie (nauczysz się), strzyc trawę (nic trudnego), artystycznie cerować i łatać (one tu nie cerują już od paru pokoleń i szalenie im to imponuje). I tak dalej, im więcej i przesadniej, tym lepiej. No jasne, każdy wie, że szukający pracy koloryzują, ale zrozum - to właśnie jest miarą zaangażowania, chęci dostania posady, energii, gorliwości. To jest jak bilet wstępu - bez tego nikt nie zechce z tobą gadać.

Trzeba też jak najprędzej przeistoczyć się w ślepego i głuchego konformistę, i to nie dlatego nawet, że bycie oryginałem naraża na społeczny ostracyzm - jeśli założymy jednoosobową sektę, zaczniemy nosić kółko w nozdrzach i wysyłać memoriały do rządu, sąsiedzi najwyżej wzruszą ramionami; to wolny kraj. Rzecz raczej w tym, że każde odstępstwo od rutyny, od tego, co czynią wszyscy, oznacza cały ciąg całkiem prozaicznych komplikacji, które potrafią kompletnie zatruć życie. Teoretycznie można na przykład nie mieć samochodu, nie zrobić nigdy prawa jazdy i do pracy dojeżdżać rowerem z ogromnym napisem: "Precz z motoryzacją". Czym jednak wówczas udowadniać swą tożsamość w czasie transakcji - sklepowych chociażby - w których wymaga się dwu poręczeń? Jednym jest z reguły legitymacja służbowa, drugim - wobec braku dowodów osobistych - prawo jazdy wraz z numerem rejestracyjnym. Nie ma wozu? Dziwne. A skoro dziwne, to podejrzane. A skoro podejrzane... to bardzo pana przepraszamy, musimy skontaktować się z dyrekcją. Można nie mieć ochoty na posiadanie telefonu. Dosięga toto człowieka o każdej porze dnia i nocy, a automaty są zainstalowane wszędzie, nawet na leśnych campingach. Ale z automatu nie da się zamówić biletów do kina, odwołać wizyty u lekarza czy ściągnąć hydraulika - a nuż się ktoś podszywa? Jest przy tym wiele instytucji i firm, które odmawiają swych usług osobom nie podającym własnego numeru. Bowiem czy można wypożyczyć książkę, jeśli w przypadku, gdy będzie pilnie potrzebna komuś innemu, bibliotekarz musiałby pisać list do abonenta, adresować kopertę, naklejać znaczek, czekać na odpowiedź, zamiast zwyczajnie zadzwonić? Albo czyż jest rzeczą racjonalną zapisywać na strzyżenie klientkę, która nie mając telefonu nie pozwala zapisu potwierdzić (tj. upewnić się, że nie nawali) i która wobec tego przedstawia sobą pewne ryzyko daremnej straty czasu. No, a czas - wiadomo - to pieniądz. Sprawne funkcjonowanie polega między innymi na szybkim kontakcie w razie potrzeby. Kto tego nie chce zrozumieć, nie zasługuje na żadne względy. Można nie mieć konta w banku. Ale nawet dorywcze zarobki wypłacane są czekami. Ich zrealizowanie wymaga uprzedniego dokonania przelewu, a do przelewu - musi istnieć jakiś rachunek. Jeśli cudzy, rzecz wymaga uwierzytelnienia podpisów, interwencji prezesa i wypełniania rozmaitych druczków. Nie mówiąc już o tym, że mało kto odważy się przyjąć zapłatę za cokolwiek w gotówce - widmo facetów z pończochą na twarzy dobierających się do kasy sprawiło, że pieniądz w postaci namacalnej pojawia się tylko w automatach.

Jeszcze innym warunkiem bezbolesnego poruszania się po codzienności jest nawyk szybkiego reagowania na ponaglenia i groźby, które należy traktować bardzo serio, oraz powściągliwości zapału wobec zachęt i obietnic, które należy traktować z dużą rezerwą, jeśli nie wręcz z przymrużeniem oka. Gdy wypożyczalnia telewizorów przypomina o upływie terminu, w jakim zobowiązaliśmy się oddać sprzęt, trzeba to zrobić natychmiast; za zwłokę leci potężna dopłata. Gdy właściciel domu, czy to zbiorowy, czy pojedynczy, upomina się o zaległe komorne, warto zaciągnąć błyskawiczną pożyczkę - inaczej zwali się nam na kark, i to już za trzy dni, pogodny sekwestrator, który opieczętuje co cenniejsze sprzęty, a w razie dalszego niewywiązywania się z umowy z uśmiechem odetnie dopływ wody i prądu. Gdy na zarośniętym chaszczami nieużytku widnieje napis "nie wkraczać", lepiej natychmiast wycofać się; może się zdarzyć, że farmer powita nas z dubeltówką lub nie mieszkając zawezwie policję. I nie pomogą wtedy tłumaczenia, że chcieliśmy po prostu pospacerować po terenie, który najwyraźniej niczemu nie służy. Każdy ma święte prawo nie życzyć sobie, by ktoś chodził po jego nieużytku.

I odwrotnie, gdy pocztą przychodzi zawiadomienie, że wygraliśmy właśnie jedną z trzech głównych nagród ufundowanych przez firmę taką a taką (antyczny zegar, serwis stołowy lub tysiąc dolarów), możemy spokojnie wrzucić druczek do kosza na śmieci. To po prostu jakieś chytrusy skombinowały sobie przez swych ludzi nazwiska i adresy cudzoziemców (tubylcy już się na to nie nabiorą), którzy legalnie zarobkują i w związku z tym mają pewne możliwości finansowe. Firma oczywiście nie odpowiada na żadne zapytania, proszą nas jedynie, by stawić się gdzieś - zwykle gdzie diabeł mówi dobranoc - a sprawa się wyjaśni. Jedziemy sto czy sto pięćdziesiąt mil, wita nas jegomość lub grupa jegomościów, którzy bezzwłocznie wskakują in medias res: firma nasza ma tu właśnie niesłychanie tanie parcele. Albo intratną uprawę egzotycznej rośliny, wystarczy niewielki wkład, by po roku... Albo magazyn jabłek wyprodukowanych biodynamicznie, w każdym mieście odsprzedasz je z dużym zyskiem. Częstują drinkami, oprowadzają, ględzą, ciągną za ręce. Jako że ordynarne oszustwa zdarzają się tu znacznie rzadziej, niżby to wynikało z powieści Chandlerów i Hammetów (parcele są prawdopodobnie nieco tańsze niż pod miastem, egzotyczna roślina zrobi może na kimś wrażenie, a jabłka zapewne da się gdzieś opylić), niektórzy ryzykują niewielkie kwoty - co mi szkodzi, jechałem taki kawał - i przystępują do biznesu. Większość przybyłych, chcąc po prostu opędzić się od natrętów, prosi o folder (proszę bardzo, trzy dolary), kosztuje jabłek (funt dwa i pół dolara), ogląda próbki produktów z egzotycznej rośliny (zaczniemy od mydła, tylko dziewięćdziesiąt centów za kawałek). A nagroda? Ach, tak. Wygrali państwo zegar. Wręczają nam plastykową kopię. Wygrali państwo serwis. Wręczają nam zwykły komplet talerzy, jaki można nabyć w pierwszym lepszym supermarkecie. A kto wygrał gotówkę? Właśnie przed chwilą odjechała rodzina z główną nagrodą. Może i państwu poszczęści się bardziej następnym razem. I jeszcze prosimy zapłacić za informacje, drinki oraz przejazd po terenie, razem siedem dwadzieścia.

Jeśli podliczyć z ołówkiem w ręku, każdy nadjeżdżający to kilka zielonych (zegary i talerze kupuje się hurtowo od bankrutów). Mało? Wcale niemało, jeśli zważyć, że zwabiają naiwnych z całego stanu. Tak zresztą właśnie wygląda - wbrew mniemaniom pilnego czytelnika Chandlera i Hammeta - typowy interes na Midweście. O zbijaniu bajecznych fortun tubylcy też czytają w książkach. Ciułają cierpliwie tą czy inną metodą ziarnko do ziarnka, a gdy na stare lata zafundują sobie wycieczkę w inne strony (na przykład do Starego Kraju), nie mogą się nadziwić, że są miejsca, w których nikt nie chce prowadzić składu z używaną odzieżą, bo się to nie opłaca - w których każdy czeka na swój wielki dzień, gdy w rękę wpadnie prawdziwa okazja, a tymczasem żyje sobie na luzie i kwęka.

Umiarkowane nabijanie w butelkę jest czymś nie tylko dozwolonym, ale i całkowicie zrozumiałym - bez trików nie ma przecież żadnego zysku. Każda więc szanująca się firma rozsyła pocztą prospekty, zawiadomienia, foldery, reklamy, kupony uprawniające do zniżek, losy na loterię, a uwolnić się od ton papieru znajdowanego codziennie w skrzynce na listy można jedynie poprzez specjalną agencję, która zadba o to, by nasze nazwisko i adres zostały wymazane z rejestrów lokalnych instytucji dochodowych. Ponieważ jednak winszuje sobie za to dwieście dolarów rocznie, zadomowieni - którym udało się nie połknąć bakcyla kupowania - wyrzucają całą pocztę bez mrugnięcia okiem: jeśli ktoś ma naprawdę pilną sprawę, zadzwoni. I jest to zachowanie racjonalne. Bo cóż dzieje się, gdy otworzymy którąś z kopert, zaadresowanych nagłówkiem: "Lokator mieszkania numer taki a taki w budynku takim a takim"? Oto myśliwski sklep Natana Graubera, założony w 1912 roku, zaprasza nas w najbliższą sobotę między godziną dziesiątą a dwunastą na wielką wyprzedaż butów z prawdziwej skóry oraz szetlandzkich swetrów. Kolorowa fotografia mokasynów za jedne trzynaście dziewięćdziesiąt pięć (normalnie sześćdziesiąt) i grubego półgolfa w stylu "samodział" za jedne osiem dziewięćdziesiąt dziewięć (normalnie około trzydziestu). Niniejszy kupon uprawnia ponadto (ale tylko przez dwie godziny) do następującej transakcji: jedna para sztruksaków Levi za gotówkę, druga za darmo.

Zapuszczamy wóz, przed Natanem Grauberem cały sznur - wyprzedaże są tu narodowym sportem i zresztą co na dobrą sprawę można robić w niewielkim mieście w sobotnie przedpołudnie? Mokasyny są, owszem, lecz wyłącznie w bardzo małych rozmiarach, kto przyjechał z dzieckiem, ten wygrał. Półgolfy wyprodukowano w Hongkongu; noszą wprawdzie napis "shetland", lecz każdy wie, że wyroby stamtąd filcują się i rozłażą już po pierwszym praniu. Do Levisów za gotówkę dodają za darmo portki tej samej firmy, tyle że nie bawełniane, domieszka tworzywa sztucznego zaś to różnica dwunastu dolarów w cenie. Jakaś Wietnamka bierze mokasyny. Rodzina farmerska szybko spostrzega, że swetry kosztują jednak taniej niż w zimie, więc nabywa cztery pary, by mieć to z głowy. Facet w średnim wieku wbija się w sztruksaki; darmowa para będzie dla syna nastolatka, który tak czy owak zedrze każde spodnie w kilka tygodni. Reszta łazi po sklepie. Tu komuś spodobał się breloczek, tam panience wpadły w oko skarpetki. Czyjeś dzieci chcą pić; napój firmowy (dwadzieścia centów) rozchodzi się w pół godziny. Inni rzucają się na automaty do gier. Nikt nie rozczarowany, normalka. Natan Grauber zaś upłynnia pewną część towaru, którą musiałby przechować do jesieni, płacąc składowe. Powtórzy za jakiś czas imprezę i będzie mógł spać spokojnie.

Kolejną sztuką, którą trzeba koniecznie opanować, jest opędzanie się od domokrążców i różnego rodzaju agentów, wciskających się drzwiami, oknami i przez telefon. Metoda prosta, choć niektórym (z europejską kindersztubą zwłaszcza) przychodzi z trudnością: ludziom tym należy odpowiadać: "Nie interesuje mnie to. Do widzenia!" - i natychmiast zamykać drzwi przed nosem lub odłożyć słuchawkę. W przeciwnym razie nie wypłaczemy się.

- Halo, czy to pani Tyreza E. Holouka?

- Tak jest, a kto mówi?

- Jak się masz, Tyreza. Cieszę się, że mogę z tobą pomówić. Wiem, że jesteś tu od niedawna i że pracujesz w instytucie profesora S.

- Zgadza się, ale kto mówi? (FBI czy co?)

- Na pewno nie orientujesz się, jak wypełniać formularze podatkowe w naszym stanie. Reprezentuję zespół ludzi, którzy zdejmą ci ten kłopot z głowy za bardzo, ale to bardzo umiarkowaną opłatą. Na przykład...

- Ja nie płacę podatku. Jestem od niego zwolniona.

- Na przykład zespół przy Trzeciej Wschodniej bierze za to dwadzieścia dolarów. U nas zapłacisz szesnaście, a jeśli uda ci się znaleźć...

- Halo, czy pan mnie słyszy? Nie płacę podatku!

- Jeśli uda ci się znaleźć kogoś, kto też skorzysta z naszych usług, płacisz tylko dwanaście. Nasze prawo podatkowe nie przewiduje zwolnienia od podatku, ktoś cię źle poinformował. Wpadnij do nas jutro, podaję adres...

- Nikt mnie źle nie poinformował. To jest na podstawie umowy o wymianie i na własne oczy widziałam odpowiedni przepis.

- Rozumiem, ale przecież na pewno pracujesz z kimś, kto ma z podatkiem problemy. Wiesz co, wpadnę jutro do ciebie do pracy i się trochę rozejrzę. Tobie mogę zaproponować prowizję, trzydzieści procent od każdego klienta, albo zniżkowe kupony do sklepu Elijaha Fiska, który z nami współpracuje. To co wybierasz?

- Nic nie wybieram. Do widzenia!

- Halo, halo, nie rozłączaj się, to bardzo ważne! Na pewno nie wiesz, co ci przysługuje, jako cudzoziemce, na wypadek konfliktu z prawem...

- Wyjeżdżam za tydzień i do tego czasu konfliktu z prawem nie przewiduję...

- Nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć. Czy wiesz na przykład, że możesz mieć kłopoty na lotnisku? Są rzeczy, których nie wolno stąd wywozić...

I tak w koło Macieju przez dobry jeszcze kwadrans. Za drugim pobytem na Midweście umie się już bezbłędnie poznawać agentów po "telewizyjnej" intonacji oraz bardzo szybkim tempie wymowy. Aliści Strup Na Głowę przybiera postać sąsiadki, miłej kobieciny z trójką maluchów, spotykanej czasem w pralni, z bardzo starym modelem samochodu i mężem - byłym wojskowym, któremu armia funduje teraz bezpłatne studia w School of Business. W naszym okienku na mleko prospekt i odręczny bilecik: "Cześć! Nazywam się Sally, mieszkam pod numerem 1126 i jestem twoją reprezentantką firmy Avon. Obejrzyj dokładnie prospekt. Wpadnę do ciebie jutro o czwartej po południu. Jeśli nie możesz być w tym czasie w domu, zadzwoń do mnie, uzgodnimy inny termin". Telefon nie odpowiada. Ach, co tam! Niech sobie wpada. Dziury w niebie nie będzie.

- Cześć! Jakie masz ładne meble! A co tu stoi na stole? To wy w to ubieracie choinkę na Christmas? Bardzo interesujące. Niech twoja Maryshia wpadnie kiedy do mojej Vicky, to Vicky jej pokaże nasze ozdoby na choinkę. I pograją razem w nową grę telewizyjną, niedawno kupiliśmy. Czy obejrzałaś dokładnie prospekt? Wspaniałe, prawda?

- Wiesz, nie oglądałam, bo ja się nie maluję.

- Zauważyłam to już dawno i dlatego właśnie przyszłam do ciebie. Tak dłużej być nie może, trzeba coś z tym zrobić. Lata lecą, skóra wiotczeje, zaczniemy od dobrego kremu nawilżającego. Mogę ci zaproponować "Anielską Twarz", w sam raz dla ciebie, tylko trzy za słoik, mamy właśnie wiosenną zniżkę cen, a jak zamówisz pięć pudełek, to szóste za darmo. No i koniecznie specjalna emulsja na noc, bez tego cała kuracja na nic, z jojoby, to taka meksykańska roślina, nadaje cerze niezwykłą miękkość, likwiduje zmarszczki, trzeba zużyć co najmniej dziesięć opakowań, inaczej nie będzie efektu. A dalej maść na piegi i inne przebarwienia, w razie nieskuteczności gwarantujemy zwrot pieniędzy, i...

- Nie, wiesz, nie skorzystam. Krem nawilżający już mam, do piegów się przyzwyczaiłam, a w lekarstwo na zmarszczki to ja nie wierzę...

- Kiedyś ludzie nie wierzyli w lekarstwo na gruźlicę. We wszystkim jest postęp. No a firma "Avon" bez wątpienia oferuje to, co najlepsze. Proszę, tu masz zdjęcia tej samej kobiety przed kuracją i po kuracji.

- Nie, dziękuję bardzo, wiesz... jak by ci to powiedzieć, no, ja myślę, że. niestety, każdy wygląda tak, jak wygląda, a jak chce się za wszelką cenę wyglądać na co innego, tak jak wy tutaj, to człowiek naraża się na śmieszność...

- Pierwszy raz słyszę taką bzdurę! Jak ty myślisz na przykład dostać pracę wyznając taką filozofię życiową? (Sally ma rację - kobieta po trzydziestce, bez starannej - koniecznie blond - fryzury, bez pastelowych szmatek, grubego makijażu nie ma szans w wyścigu o posadę ekspedientki, sekretarki, recepcjonistki).

- Nie, dziękuję ci bardzo, nie skorzystam, wiesz... jak by ci to powiedzieć... no, ja mam usposobienie raczej konserwatywne, i...

- Wspaniale! Czemu nie mówisz od razu? Mam tu dla ciebie specjalną, staromodną kolekcję biżuterii, "Klejnoty Babuni", popatrz tylko, ten naszyjnik wygląda zupełnie jak z pereł, do tego kolia i bransoletka, w komplecie o wiele taniej, wypisz tylko czek, a ja...

- Kiedy ja nie mam pieniędzy na takie rzeczy.

- Stałym klientom udzielamy specjalnego kredytu, do spłacenia w dziesięciu miesięcznych ratach...

- Wyjeżdżamy za osiem miesięcy, nie ma o czym mówić, i w ogóle to jest już późno, muszę dać dzieciom obiad, miło mi było, Sally, ale...

- Chodź tu, Maryshia, mama nic nie chce kupić, ale ty jesteś młoda, masz inne spojrzenie na świat, musisz się podobać, popatrz, mam tu specjalne kosmetyki dla dziewczynek, niedrogie, a jak chcesz, to dam ci trochę rzeczy, żebyś rozprowadziła między koleżankami, dostaniesz za to prowizję i nawet, wiesz, możesz zostać reprezentantką firmy "Avon" w swojej szkole!

- Bardzo cię przepraszam, Sally, ale absolutnie nie życzę sobie, żebyś wciągała w to dziesięcioletnie dziecko. Bardzo proszę, idź już sobie! I więcej z czymś takim nie przychodź!

Przez kilka dni drąży mnie poczucie winy. Jakbym odpędziła głodnego kota czy inne skamlące stworzenie. No bo wszystkie znaki wskazują, że Sally desperacko walczy o byt. Jej kosmetyki na pewno nie są firmy "Avon", szmatki - przesiąknięte zapachem naftaliny - pochodzą na pewno z jakiegoś składu odzieży "z drugiej ręki". Wóz stoi od miesiąca na parkingu, a mąż student biega na wykłady w wełnianych skarpetkach na rękach ("nie zdążyłem kupić rękawiczek, ale mróz, prawda?"). Inne sąsiadki nie mają skrupułów. Oddają Sally prospekt i zdecydowanym ruchem zamykają drzwi przed nosem. Na drugi dzień gawędzą z nią w pralni jak gdyby nigdy nic. Więc pewnie tak właśnie trzeba. W ogóle trzeba tu - rezonuję na głos domownikom - robić dokładnie to co otoczenie, nie pytając dlaczego. Tubylcy wiedzą swoje. Tubylcy robią to, co społecznie najbardziej racjonalne.

Co innego sformułować praktyczną maksymę - co innego przekształcić ją w trwały odruch. Już nazajutrz płacimy całą czwórką kolejne frycowe, którego dałoby się uniknąć, gdybyśmy nie mądrząc się zaufali wyczuciu tubylców. W jednym z kin idzie najnowszy szlagier. Ustawiamy się w ogonku, sprzedaż toczy się wartko, nabywcy biletów przechodzą prosto od kasy na salę (miejsca nie są tu numerowane, każdy siada, gdzie może, wedle kolejności przybycia). Wtem kilkanaście stojących przed nami osób bez słowa przemieszcza się do kasy sprzedającej na następny seans. Nie ma biletów? Ależ skąd, okienko dalej działa. To pewnie jakaś zbiorowa wycieczka, chcą wejść wszyscy razem. Albo się rozmyślili, wolą późniejszą godzinę. Nie wiesz zresztą -przytwierdza mąż - że tu wystarczy, by ktoś jeden wpadł na jakiś pomysł, reszta zaraz papuguje? Czy są, proszę pani, bilety na szóstą? To poprosimy cztery.

Ekran zasłonięty jeszcze kotarą, wolne już tylko trzy pierwsze rzędy. Siadamy w pierwszym razem z jakąś parą w powłóczystych szatach, popijamy "Seven Up" z puszki, przegryzamy batonikami. Kotara wolno się rozsuwa i... filmu nie sposób oglądać. Ekran mieści się nie dalej niż metr od nosa, a że ma około siedmiu metrów długości, przed oczami migają tylko barwne plamy, impresjonizm z bliska. Przechodzimy do trzeciego rzędu, wychylamy się maksymalnie do tyłu. Nic nie lepiej. Para w szatach wychodzi, my siadamy w przejściu kolo piątego rzędu, od którego zaczyna się wyraźne wzniesienie. Wyciągamy torebki z kukurydzą i... W ciemności pojawia się cerber. Przepisy przeciwpożarowe naszego stanu nie pozwalają siedzieć w przejściu, proszę natychmiast zająć normalne miejsca. Nie możemy, bo przecież stamtąd nic nie widać. Nie wie pan czy co? Tu jednak siedzieć nie możecie, przepisy naszego stanu... No, to chcemy się widzieć z właścicielem. Ja nim jestem. To prosimy o zwrot pieniędzy. Nie ma pan prawa sprzedawać biletów w ilości większej niż ilość miejsc, z których da się cokolwiek zobaczyć. Zgodnie z przepisami naszego stanu pieniądze za bilety kinowe podlegają refundacji tylko w przypadku, gdy seans nie doszedł do skutku. To nie ruszymy się stąd. To ja dzwonię po policję. To niech pan dzwoni, zaraz się okaże... Wolnego, wolnego. To nie jest film zalecany dla dzieci, nie czytaliście na afiszu? Więc nie wiadomo, kto tu będzie miał problemy, wy czy ja.

- Chodź, chodź - powiada mąż. - Jeszcze nas oskarżą o deprawację nieletnich. Albo przyjdzie sierżant, który nie lubi cudzoziemców. Pewnie facet na początku nie miał szerokiego ekranu, a potem żal mu było forsy na usuwanie tych trzech pierwszych rzędów i tak już zostało. Miejscowi wiedzą o tym, nietrudno zorientować się na oko, przecież to sala na jakie czterdzieści miejsc, a przyjezdnych zawsze jest tu tylu, że coraz to trafia się paru jeleni, takich jak my. Jak ty to sobie zresztą wyobrażasz? Wywiesić przy kasie napis: "Uwaga, z trzech pierwszych rzędów nic nie widać?" Działać wyraźnie wbrew własnym interesom? Czemu tu się dziwić? Że gość nie daje sobie wyszarpnąć ekstra zarobku?

Że ci, co nagle odeszli od kasy, nie ostrzegli tych, co do niej podchodzili?

Hm, może. Ale ludzie mają takie zapędy tam, gdzie myślą w kategoriach "my - oni". A tu nie ma "ich"; jest tylko facet w średnim wieku, który jak każdy zarabia sobie małym biznesem na życie.

 

NA PARTY

Lecz najdotkliwsze frycowe płaci przybysz, zanim nauczy się z tubylcami i obcować werbalnie. Rzecz kryje w sobie wiele aspektów: najpierw konieczność wsłuchania się w miejscowy dialekt, który kultywuje się nawet w radio i w TV, i który ma się tak do angielskiego z różnych "Wspólnych Spraw" czy "Lingwistów", jak "wiech" czy może nawet język górali do polszczyzny literackiej. Następnie - niełatwa do udźwignięcia rola Obcego, który nie budzi tu automatycznie - jak bywa to gdzie indziej - dreszczyku zaciekawienia ani życzliwości należnej gościowi. Jeżeli nie ma instytucjonalnych powodów do uprzejmości wobec cudzoziemca, jeżeli nie jest on klientem - postrzega się go jako przybłędę, który tylko czyha na to, by uszczknąć dla siebie coś, co nie zostało wypracowane trudem jego przodków. Recepcjonista w hotelu potrafi wprost czytać z ust przyjezdnego z dalekiego świata. Sprzedawczyni w sklepie chwyta w lot życzenia kupującego, nawet gdy mówi z ogromnym mozołem i musi pomagać sobie groteskowymi gestami. Lekarz w izbie przyjęć wie już po paru słowach, co dolega zbolałej postaci w burnusie, w sari czy w siermiężnym kożuchu. Człowiek nabiera mylnego wrażenia, że z językiem daje sobie radę całkiem nieźle. Wystarczy jednak znaleźć się na ulicy i spytać przechodnia o drogę do kościoła lub poprosić przygodną osobę o poinstruowanie, jak posługiwać się maszynką inkasującą opłaty za parking. Lub, nie daj Boże, zagadnąć kogoś pod "pośredniakiem". Tubylcy przestają rozumieć cokolwiek. Angielski z egzotyczną intonacją i wymową staje się natychmiast czystym bełkotem. Nie pomaga nawet przeliterowywanie. Nie wydaje się, by udawali. Nie rozumieją naprawdę. Skoro nastawienie, emocjonalne może - jak pouczają liczne eksperymenty psychologów - zniekształcić kompletnie odbiór wzrokowy, czemużby nie miało wpływać i na Percepcję słuchową? Rzecz jasna, z wyjątkiem dla tych, którym się udało. Którzy się przebili. Prezes spółki handlowej mówi "strasznie zabawnie, ja nawet czasem nie bardzo wiem, o co mu chodzi. No, ale przecież on przyjechał tu z Japonii dopiero sześć lat temu, co chcesz, moja droga, nawet Henry Kissinger ma wyraźny niemiecki akcent". Natomiast dozorca w tej samej firmie "po prostu bulgocze. Podobno ma wyższe wykształcenie. No to mógłby się przynajmniej języka porządnie nauczyć".

Wszystko to jest fraszką w porównaniu z niespodziankami, jakie czekają przybysza w mniej uchwytnej sferze funkcjonowania wypowiedzi. Upływa zwykle wiele wody w okolicznych rzekach, zanim rozszyfrujemy główną zasadę: dialog dwóch ludzi może tu być albo tzw. "business talk", to jest rzeczową wymianą informacji, z których wykluwa się (lub nie wykluwa) jakieś wspólne przedsięwzięcie, albo tzw. "small talk", tj. gładką wymianą rytuałów konwersacyjnych, służących wzajemnemu utwierdzaniu się w dobrym samopoczuciu. Innych wariantów rozmowy kultura ta nie przewiduje.

Pierwszy z nich razi nietutejsze ucho (i psyche) swą obcesowością, instrumentalizmem oraz całkowitym brakiem tak drogich nieanglosaskiemu sercu ozdóbek, owijań w bawełnę, dygresji i ceremoniałów. Wszelkie zresztą bardziej wyrafinowane użycia mowy są niemal nieobecne nie tylko w codziennych kontaktach, ale również w publicystyce, literaturze, filmie. Tak na przykład tubylcom zupełnie nie znana jest sztuka posługiwania się ironią, aluzją, sugestiami, milczeniem. Toteż przybysz przebywa czasem istną drogę cierniową, zanim wyuczy się elementarnego prawidła: jeśli chcemy poprosić kogoś o jakąś przysługę, musimy to zrobić wprost, choćby wydawało się to nam nie wiadomo jak niegrzeczne. Inaczej tubylec autentycznie nie wie, czego od niego chcemy.

- Ależ ludzie tu nieuczynni!

- A co ci się przytrafiło?

- Zemdlałam nad probówkami. Wiesz przecież, jak oni straszliwie przegrzewają się w zimie. Trzydzieści stopni w pomieszczeniach! Pracuję w końcu z szóstką facetów. Robię razem z nimi dobrą robotę, na której ukończeniu wszystkim nam zależy. I wyobraź sobie, żaden z nich nie zastąpił mnie ani na chwilę przy doświadczeniu. Ocknęłam się, wzdycham, piję krople, ocieram pot z czoła, narzekam na duszność. I nic. Żadnej reakcji.

- Trzeba było zwyczajnie powiedzieć: słuchajcie, niech któryś z was na chwilę tu stanie, bo muszę dojść do siebie. Jeśli rzecz nie dzieje się na ulicy i nie trzeba wzywać na czyjś koszt ambulansu, to oni chcą pomóc. Tyle tylko, że dobre wychowanie nie pozwala im wtrącać się w czyjąś prywatność. Bo może wcale nie życzysz sobie pomocy, skoro nie mówisz, że jej sobie życzysz...

Pouczam Jadwigę jak stara, doświadczona sowa, ale wnet przekonuję się, że i moja edukacja w tej dziedzinie nie jest jeszcze wystarczająca. Muszę pojechać do Nowego Jorku nocnym pociągiem ze stolicy stanu, a niestety ostatni autobus z naszego miasta (oddalonego o czterdzieści minut jazdy) dociera tam o szóstej wieczorem. W perspektywie parę ładnych godzin na dworcu, co rzeczywiście stanowi jedną z najbardziej niebezpiecznych sytuacji dla osoby podróżującej samotnie. Dzwonię tedy do Lou - ma pistolet na gaz - i jako że przygarnęłam ją kiedyś na kwaterę, przystępuję od razu do sedna bez większych zahamowań:

- Cześć, wiesz co, zawieź mnie w sobotę w nocy na dworzec. Przenocujesz u Marka, już go o to pytałam. Cała paczka się ucieszy, dawno cię nie widzieli.

- Czy to konieczne?

- Nooo... niekoniecznie konieczne, ale...

- Będę rano niewyspana.

- Nie prosiłabym cię o to, ale boję się siedzieć sama na dworcu.

- I masz rację, to paskudna pora na dworzec. Weź inny pociąg.

- No, skoro nie możesz... to ja... to ja poszukam jakiegoś innego rozwiązania, tylko że...

- Powodzenia. Trzymaj się!

Po powrocie opowiadam Lou, gdzie jeździłam i po co. Twarz Lou wyraża niekłamane oburzenie: jak można! Przecież trzeba mi było od razu powiedzieć! Pojęcia nie miałam! No jasne, do Nowego Jorku nie ma innego pociągu. No to byłabym niewyspana, nic by mi się nie stało! Nigdy nie wyglądałaś na nieśmiałą, co cię, u licha, nagle napadło?

Lou jest absolutnie szczera. Naprawdę chciała wiedzieć, w jakim stopniu nocny rajd był rzeczą nieodzowną. Naprawdę sądziła, że ma do czynienia z jakimś nie przemyślanym pomysłem, i usiłowała doradzić coś rozsądniejszego. To tylko nietutejsze nawyki sprawiły, że mechanicznie zinterpretowałam jej słowa jako odmowę. Oczywisty idiotyzm: tubylec istotnie odmawia pomocy częściej, niż dzieje się to w społecznościach, gdzie wzajemną usłużność dyktuje niski standard życia. Ale tubylec czyni to zawsze otwarcie, bez skrępowania i bez żadnych usprawiedliwień.

Nawyki - jak wiadomo - trudno wykorzenić nawet wówczas, gdy jest się ich świadomym. Szczególnie oporni okazują się dalekowschodni Azjaci, których wyobrażenia o dobrych manierach najostrzej kłócą się z miejscowym etosem nie kamuflowanej niczym przepychanki. Francuz z firmy elektronicznej przekonywać musiał przez całe miesiące nowo przyjętego Wietnamczyka o tym, że: - ...samochwalstwo i tupet, to główna cnota, a nie przywara. Popatrz sobie do gazety. Co czytasz? Poszukujemy agresywnego, wykwalifikowanego młodzieńca. Agresywnego, a nie cioty! Musisz walić prosto z mostu, a nie brzęczeć coś pod nosem, inaczej będziesz tkwić w tym magazynie do końca życia. Masz być cały czas swą własną agencją reklamową. Nie mów: może ja bym to zrobił. Mów: ja zrobię to znacznie lepiej. Nie mów: czy nie uważa pan, że ta idea jest trochę chybiona? Mów: do chrzanu. Nie milcz wymownie, przewracając oczami, gdy boss pyta, który z was dwóch pokpił sprawę, tylko od razu powiedz, że to twój kumpel. Tu ludzie nie chcą być domyślni, nie mają na to czasu. A skromność wydaje się czymś wysoce podejrzanym. Umniejsza siebie? Hipokryta albo wariat. Musisz nauczyć się normalnie porozumiewać z ludźmi. Brak kultury? Może i brak. Ale nie jesteś u siebie i to ty musisz się dostosować.

Na szczęście dla nich, dalekowschodnim Azjatom niezupełnie obcy jest drugi wariant dialogu, "small talk", czyli przyjemna pogawędka. Tych bowiem, którzy mieli pecha wyssać z mlekiem matki przeświadczenie, że język winien służyć zbliżeniu dwóch istot, "small talk" doprowadza do rozpaczy swą bezprzedmiotowością i kompletnym skonwencjonalizowaniem. Wysłuchując konwersacji w autobusie (wszyscy się znają, bo miasto jest niewielkie i z transportu publicznego korzysta może pół procent mieszkańców), przybysze zadają sobie pytanie: po co oni właściwie mówią? Dlaczego nie poprzestaną na uśmiechu lub pozdrowieniu, skoro nie mają sobie nic do powiedzenia?

I dlaczego - jeśli już otwierają usta - wkładają tyle wysiłku w imitowanie rozmowy?

- Cześć, Mike. Miło mi cię znów spotkać.

- Cześć, Jerry, ty znowu tu. Dość zimno, prawda?

- Masz rację, zimno. No, ale nie traćmy nadziei, może będzie cieplej.

- Nie traćmy. Jak tam Bobsie, widziałem ją wczoraj.

- W porządku. Powiem jej cześć od ciebie.

- Powiedz jej cześć ode mnie.

- Jak tam ostatnia wyprzedaż?

- W porządku. Zawsze się coś trafi.

- Taaa, zawsze się coś trafi. Takie jest życie.

- Jedziesz w tym roku na urlop?

- Trzeba odpocząć. Bez odpoczynku ciężko pracować.

- Nie ma to jak odpoczynek. No, a jak się udały urodziny?

- W porządku. Była cała paczka.

- Powiedz im cześć ode mnie. No to cześć.

- Cześć, do miłego.

Co gorsza, są sytuacje, w których "smali talk" bezwzględnie obowiązuje. Nie można nie rozmawiać: z kelnerem w restauracji, dentystą, sprzedawcą w pustym sklepie, kolegą z pracy przy zdejmowaniu płaszczy, osobą czekającą razem z nami na taksówkę, interesantem odprowadzanym do windy, współżałobnikiem, etc. Ktoś, kto chroni się w milczenie, jest nie tylko źle wychowany - jest "wyniosły", "nietowarzyski", "nieprzystępny". A tubylcy niczego nie tolerują tak źle, jak pretensji do bycia innym niż wszyscy. Niektórych przybyszów konieczność odbębniania tego społecznego rytuału po kilkanaście razy dziennie przyprawia o siódme poty. O czym mówić, jeśli "smali talk" stanowczo wyklucza wszystko, co niebanalne, co osobliwe, co kontrowersyjne. Próby wtargnięcia w "smali talk" z jakimkolwiek problemem - czy będzie to religia, polityka czy też zwykła, smakowita plotka - budzą konsternację i natychmiastową zmianę tematu. A już nie daj Bóg wyskoczyć - uwaga, Słowianie! - ze zwierzeniem, żalem, rozterką, z szeroką opowieścią o naszych perypetiach czy z monologiem o naszym życiu wewnętrznym. Tubylca wpędza to - nawet wtedy, gdy jedziemy z nim kilkanaście godzin koleją lub dzielimy z nim wspólny pokój - w stan bliski paniki. Zwariował czy co? Nie ma to żony, kochanki, matki, księdza, psychoanalityka?

Nigdzie przybyszowi nie jest tak nieswojo jak na typowym, amerykańskim party: dwadzieścia-trzydzieści osób na stojąco, po dwa drinki na twarz, symboliczne zakąski, czas trwania (podany na zaproszeniu) około dwu godzin. Nie sposób stanąć sobie z kieliszkiem w ręku i słuchać. Instytucja party zakłada jak najwięcej kontaktów z jak największą liczbą osób. Wnet- ktoś podchodzi i zaczyna się przeplatanka obu dopuszczalnych wariantów dialogu:

- Pozwól. Tyreza, że ci przedstawię moją przyjaciółkę Sahny.

- Jestem Sahny Johnson, miło mi cię poznać, Tyreza, jak się czujesz?

- Trochę za dużo tu ludzi i jakby za gorąco. Ja...

- Ja też doskonale. Jak masz na nazwisko? Nie możesz przeliterować? Houuuu... nie, tego się wprost nie da wymówić. Czy to francuskie? Ach, tak. Gdzie leży ten kraj? No, no. Kto by powiedział. Czy studiujesz u nas?

- Nie wyglądam chyba na studentkę. Ja...

- Racja, racja, nigdy nie ma złej pory na zdobycie wykształcenia. Nasza stanowa uczelnia jest znakomita, prawda?

- Skończyłam już studia. Jestem tu z mężem i z dziećmi. No i właśnie...

- To wspaniale. Czy dzieci chodzą do szkoły? Nasze szkolnictwo jest znakomite. Jak ci się podoba ten kraj?

- Są oczywiście duże różnice. Na przykład...

- Tak, to jasne. Do wielu rzeczy trzeba się przyzwyczaić.

- Nie ma życia bez zmian (przypominam sobie tytuł szkolnej czytanki).

- Nie ma, właśnie. Miło mi cię było poznać. Mam nadzieję, że znów się zobaczymy.

- Cześć, nazywam się Brendan. A ty?

- Tyreza Holouka. Jak się masz, Brendan.

- Mam się świetnie. Ta szynka jest przerażająco dobra, prawda?

- Przerażająco.

- Czy studiujesz? I skąd jesteś?

- Przyjechałam z Polski, z mężem i dziećmi, on jest na wymianie, one chodzą do szkoły. Wasza szkoła jest znakomita, chociaż...

- Nie przeżyłaś szoku kulturowego?

- Szoku to nie, w końcu...

- Ja właśnie piszę o tym rozprawę. Każdy tu znajdzie, co chce: Włoch swoją pizzę, Meksykanin taco; Chińczyk pędy bambusa. Ty też będziesz miała tę swoją... jak to się nazywa... no... kielibasy. Jako gospodyni domowa pewnie lepiej się na tym znasz ode mnie, prawda?

- Niespecjalnie, ja...

- Masz jakieś hobby? Czym wypełniasz sobie czas?

- Właściwie niczym szczególnym. Głównie się przyglądam, bo mam wrażenie, że...

- Coś sobie znajdziesz. Trzeba mieć jakiś pomysł na życie. Czy pozwolisz, że zadzwonię do ciebie któregoś dnia w sprawie polskiej kuchni? Miło mi było. Do zobaczenia!

- Cześć, mam na imię Rosie, jestem żoną Brendana.

- Cześć, mam na imię Tyreza, przyjechałam tu z mężem i z dziećmi. Ta szynka jest przerażająca...

- Przerażająca. Bez szynki nie ma dobrego przyjęcia. Co jest twoim hobby?

- Nie nazwałabym tego "hobby". Próbuję...

- No. to ja cię zaraz w coś wciągnę. A skąd znasz angielski? Czy chodziłaś na kursy YMCA? Prawda, jak wspaniale uczą? Parę miesięcy i zaczynasz mówić.

- Angielskiego uczyłam się w kraju, z którego przyjechałam.

- Niesłychane! To wy uczycie się języków obcych? W szkole?

- Tak. Ja akurat uczyłam się angielskiego na kursach. W szkole mieliśmy rosyjski i...

- Hej, Vivian! Tu jest Tyreza, która zna rosyjski! Pierwszy raz widzę kogoś, kto zna rosyjski. To musi być ekscytujące, prawda? Czy bardzo podobny do angielskiego? Poznaj Vivian, ona jest prezeską Stowarzyszenia Ambitnych Pań Domu.

- Jak się masz, Tyreza. Na imię mi Vivian.

- Mam się świetnie i szukam jakiegoś zajęcia. Na przykład znam rosyjski...

- Proszę cię bardzo. Mamy dla ciebie kursy układania bukietów, hodowli roślin doniczkowych, ekonomii gospodarstwa domowego, pierwszej pomocy medycznej. Wpłaty dokonujesz do Zjednoczonego Banku Kredytowego, numer konta...

- Nie zrozumiałaś mnie. Ja szukam jakiegoś płatnego zajęcia.

- W naszym biurze pośrednictwa pracy są bardzo życzliwi i ofiarni ludzie. To jest na rogu Trzeciej Zachodniej i Dwunastej Północnej. Ta sałatka jest przerażająca. Muszę zapytać Lindę, jak się ją robi. Mam nadzieję, że się znów spotkamy.

- Na imię mi Ella. Rosie mówiła właśnie, że znasz rosyjski. Czy mogłabyś mi w przyszłym roku udzielić paru lekcji? Chcemy wybrać się z mężem na Węgry, no i właśnie szukamy taniego nauczyciela, bo...

- W przyszłym roku wracamy już do Polski. Niestety, nie będę mogła.

- Wracacie? Do Polski? Do tej Polski, co to o niej tyle ostatnio mówili w telewizji? Hej, Judy, tu jest Tyreza, przyjechała z Polski i chce wracać!

- Na imię mi Judy. Jestem wykwalifikowanym psychoterapeutą. W czym mogę ci pomóc?

- Mnie? W niczym. Czuję się świetnie.

- Przeżywasz normalne kłopoty z adaptacją. Ale możemy je razem przezwyciężyć. Prowadzę specjalną grupę dla cudzoziemców i osiągamy wspaniałe wyniki. Uwierz tylko we własne siły. Tu masz mój numer telefonu. Jak się zdecydujesz, możesz dzwonić codziennie między piątą a ósmą. Jeżeli nie stać cię na opłatę jednorazową, możemy rozłożyć na raty. Na początek...

- Dziękuję ci bardzo, ale nie skorzystam. Powiedz mi jednak, jak to robisz? Przecież są to ludzie o tak różnym zapleczu...

- Stosuję najnowocześniejsze metody. Czy byłaś już we Wschodnim Pasażu Handlowym? Znakomite sklepy, prawda?

- Znakomite. No, mam nadzieję, że się znów zobaczymy.

- Cześć, nazywam się Keith. Trochę za ciepło jak na kwiecień, prawda?

- Nazywam się Tyreza. Rzeczywiście za ciepło.

- Czy byłaś już na ostatnim meczu naszych? Wspaniałe chłopaki!

- Nie byłam, ale z pewnością wspaniałe chłopaki. Wygrali?

- Albo wygrywasz, albo przegrywasz. Innego wyjścia nie ma.

- Nie ma. Studiujesz, Keith, czy pracujesz?

- Pracuję w sklepie Eisnera. Wyciągam na razie rocznie osiem patyków, ale za parę miesięcy spodziewam się podwyżki. Mam też spłacony domek przy Czwartej Południowej. Linda wspaniale gotuje, prawda?

- Wspaniale, ta szynka jest...

- Ja najbardziej lubię spaghetti, a ty?

- Chyba smażone kurczęta.

- Też mogą być dobre, jak je porządnie przypiec. Jakie jest twoje hobby?

- Przyglądanie się ludziom, a twoje?

- Znaczy, fotografujesz. A jakiego sprzętu używasz?

- Całkiem zwyczajnego. Uśmiałbyś się, gdybym ci powiedziała.

- Masz rację, zwyczajne jest często najlepsze. No a śmiech to zdrowie!

- Ta szynka jest przerażająca. Na imię mi Stan, a tobie?

- Tyreza. Jak się masz, Stan. Czy studiujesz?

- Nie, zrobiłem już doktorat i teraz biorę udział w specjalnym projekcie federalnym, za dwa miesiące kończymy. Fantastyczne! A ty co porabiasz?

- Jestem tu z mężem, on uczy na uniwersytecie. Moje hobby to socjologia stosowana.

- O! Czy chodzisz na pogadanki?

- Nie, raczej bawię się we własne obserwacje.

- O! I nie wzięłaś żadnego kursu?

- Kursów to ja miałam w życiu aż nadto. Raczej, jak by to powiedzieć...

- Mmmmm... a tego, jak ci się tu podoba?

- Zachwycona jestem. Mmmm... a tego, a jak ci smakuje to ciasto?

- Fantastyczne. A tobie jak?

- Fantastyczne.

- Słuchaj, a tego... o, już wiem, czy ty jesteś z Ameryki Południowej? Masz przecież katolickie imię. Skąd wiem? No, wiem. Święta Teresa z Avila i święta Teresa od Dzieciątka Jezus. Która jest twoją patronką? Skąd przyjechałem, pytasz? Z Polski, to taki kraj w Europie. Rany boskie, czemu od razu nie mówisz? Staszek jestem. Cholera, jak tu nudno. Żarcie niejadalne. Żadnego przytomnego alkoholu. Ta cała Linda to, proszę ciebie, nimfomanka. Ten facet pod regałem jest jej aktualnym, siedemnaście lat dopiero, kazała mu zapuścić brodę. Moja szefowa w Krakowie też robiła podobne numery. Ten projekt? Pic na wodę, dobrze płacą i tyle. Jak leci? Obleci?

- Obleci. Żeby tylko człowiek nie musiał chodzić na te cholerne parties.

- Święte słowa, dziewczyno. Głowa boli od ich ględzenia.

Oboje czujemy się jak ktoś, kto wreszcie zdjął przyciasne lakierki i z ulgą wpakował stopy w stare, rozczłapane kapcie.

 

O WIDOKACH ZWYKŁYCH I NIEZWYKŁYCH ORAZ ICH INTERPRETACJI

Midwest jest raczej brzydki i monotonny. Zamieszkują go ludzie średnio zamożni; nie ma tu ani malowniczej nędzy, ani architektonicznych ekstrawagancji milionerów i artystów, przyrodę zaś już dawno rozparcelowano. Oko pasażera samochodu spoczywa najczęściej na ciągnących się milami skupiskach parterowych domków z drewna, pomalowanych na biało, tkwiących w sterylnej pustce. Każdy ma żwirowany podjazd i śmieszną skrzynkę pocztową na słupku. Obok kilka wiecznie zielonych krzewów, idealnie wystrzyżony trawnik, czasem żelazna huśtawka dla dzieci, wsparta na drążkach i na tym koniec. Bez płotu (odgradzanie się od sąsiadów uchodzi za antyspołeczne), bez furtki, ogródka, drzew, psiej budy, sadzawki, dzikiego wina, czegokolwiek, co zdołałoby przykuć wzrok. Dzieci pytają: a gdzie tu jest wieś? Bo jeśli nie spostrzec położonych z dala od drogi pastwisk i łanów kukurydzy, nic nie świadczy o tym, że wjeżdżamy w okolicę rolniczą. Te same domki, te same centra handlowe i gastronomiczne, stacje benzynowe, płaskie kościoły i urzędy. Zabudowania gospodarcze gdzieś w polu. Ni sadu, ni kota czy kury wałęsającej się przy szosie, ni ludzi w gumiakach, fartuchach, kufajkach, zgiętych nad ziemią lub odpoczywających na przyzbach. No tak, mechanizacja robi swoje, po co komu kufajka i zgięty grzbiet. Zapachów też trudno oczekiwać, skoro chudoba - licząca się na stada, a nie na sztuki - przebywa gdzieś hen od ludzkich siedzib. Kury pracują pilnie w fabrykach jaj, kota zastąpił preparat na gryzonie, zamiast psa ma się strzelbę i telefon, pod którym czuwają chłopcy szeryfa. Ale dlaczego brak w tym pejzażu ogrodów i sadów?

- Właśnie - podpytuję znajomych, którzy kończą podlewać zasadzone za garażem pomidory - jesteście pierwszymi ludźmi, u których widzę koło domu coś więcej niż trawnik. Wszyscy narzekacie, że jarzyny z supermarketu są sztucznie pędzone, racja, ja tam z zamkniętymi oczami nie umiem zgadnąć co jem, ogórek czy marchew, czy cukinię. Dlaczego nie hodujecie własnych?

Klimat wspaniały, ziemia tłusta, długi okres wegetacji, toż nawet w październiku słońce zdrowo przypieka, tylko siać i zbierać. No i dlaczego trzymacie te pomidory za garażem? Przecież tam jest cień.

- One właściwie nie są pędzone - odpowiadają - tylko uprawiane hydroponicznie. Uprawiane przemysłowo. Rozpina się olbrzymią siatkę, zanurzoną w wodzie. Do wody wsypuje się wszystkie potrzebne sole mineralne, nakrywa dachem, żeby zabezpieczyć plantację przed ryzykiem ulewy, gradu, wichury. Na siatce wyrastają z nasion piwniczne warzywa, bez smaku, bez zapachu, bez witamin. To dlatego musimy zażywać tyle pastylek. Ale co zrobić? Nie ma powrotu do dawnych, dobrych czasów, do żywności wartościowej, lecz drogiej. A my sami? Przecież nie ma kiedy. Jesteśmy dobrze po szóstej w domu. Weekendy? No jak to, przecież zakupy i odpocząć trzeba, człowiek, który nie odpoczywa, zaczyna chorować i może stracić pracę, i wreszcie jakieś życie towarzyskie, musi się je mieć, inaczej się dziwaczeje. A poza tym na ogrodnictwie trzeba się dobrze znać. Jean sadzi pomidory, bo jej tato zrobił pieniądze na pomidorach. A że z tyłu? No wiesz, jakby to wyglądało? Pomidory na front yard?

O kwiaty już nie pytam. Tutejsi kochają je na sukienkach, pocztówkach, podkoszulkach, a nawet krawatach i papierze toaletowym, ale w naszym mieście nie ma ani jednej kwiaciarni. Kto idzie z wizytą do chorego w szpitalu, kupuje kilka hydroponicznych róż w supermarkecie. Przemijająca, krucha uroda kwiatów z grządki najwyraźniej do nikogo nie przemawia. Co innego - na obrazku lub plastykowe. Nie śmiecą, nie trzeba zmieniać wody. Jeśli już coś w doniczce (lekarze właśnie odkryli, że rośliny pokojowe zmniejszają zużycie układu krwionośnego), nabywa się trzykrotkę lub "żelazne liście". Coś niewymagającego. Kwiaty zaś na trawniku - to chwasty, to intruzy kalające wypieszczoną starannie zieleń.

Oglądamy w gronie rodaków dziennik. Między morderstwem na dyskotece a relacją z meczu hokejowego (wiadomości z zagranicy podaje się na samym końcu), wyskakuje nowa reklama: drewniany, biały domek, a przed nim soczysta, wiosenna murawa, poprzetykana pękami jaskrów, kaczeńców, stokrotek, fiołków.

- Ty - szturcham Zosię - popatrz, skąd oni wzięli taki widoczek? Widziałaś kiedy, żeby na ich trawniku cokolwiek rosło?

- Pewnie - zgaduje Lidka - zaraz się na tym kobiercu rozłoży blondyna i rozsmaruje sobie po cielsku balsam "Łąka".

Zamiast oczekiwanej blondyny zębaty gość w farmerkach. Spryskuje trawnik jakby gaśnicą. Kwiaty zwieszają główki, liście zwijają się w spiralę, łodygi wiotczeją. I głos z ekranu: "Co za skuteczność! Co za wybiórczość! Nowy preparat Szmaragd firmy Mac Dusky likwiduje chwasty w dwie minuty nie uszkadzając trawy!" Jedno z dzieci uderza w bek, co oni robią kwiatkom? Andrzej wzdycha i robi się liryczny: a u nas na Stegnach to spychacz wyrównuje, ale ludziska zaraz coś sieją pod oknami na parterze. I na balkonach. A jak wieczorem pachnie maciejka! Wzdychają wszyscy.

Wzdycham i ja, gdy w pół roku później Ann każe mi przejechać kosiarką po trawniku. Ann przyjechała z Kalifornii, jest naturalistką. Za duże pieniądze kupiła starą farmę, żeby - jak powiada - zacząć żyć inaczej niż te "cholerne świnie". Kocha wolność (nie zdecydowałaby się nigdy zamieszkać z kimś na stałe), kocha zwierzęta, rośliny i proste bytowanie. Zaczyna od poszukiwania w sąsiedztwie kogoś, kto pomógłby uporać się z terenem: powyrywał krzaki jeżyn, skopał porządnie nie ruszaną od paru lat ziemię, rozwalił do końca murszejący garaż, wywiózł kamienie. No i żeby znał się na ogrodnictwie, bo Ann dotychczas była pielęgniarką na reanimacji. Uczynna dusza doradza: jest tu jedna cudzoziemka, nie dostała pozwolenia na pracę. Będziesz jej mogła zapłacić mniej, nawet poniżej minimum. Ona mówi, że u nich wszyscy znają się na ogrodnictwie. U mnie zresztą przycinała krzaki. Nie, nie bój się! Sąsiadom powiesz, że to twoja kuzynka, ja też tak zrobiłam (zakaz nielegalnego zatrudniania dotyczy - rzecz jasna - także prac dorywczych). Pierwszego dnia Ann marszczy się podejrzliwie. Pracowała na uczelni, co to za robotnik z takiej będzie? Czy można zaufać osobie, która przyjechała od Czerwonych? Jeszcze zagada do sąsiadki i wyda się, że mówi z akcentem. I w ogóle lepiej mieć się na baczności. Kolo południa Ann się odpręża. Obca kopie sprawnie, nie przysiada. Może nawet nie trzeba będzie pożyczać traktora. Chłopakowi stąd trzeba by dać co najmniej piątkę za godzinę, ta się zgodziła za trzy. I proszę, nawet lunch ze sobą wzięła. Ciekawe, co Czerwoni jedzą? Właściwie to co i my, sandwicz z sałatą. Nie, nie, dziękuję ci, Tyreza. Nie jadam szynki. Z powodów etycznych. Tłuczenie niewinnych zwierząt po to tylko, by dogadzać swemu podniebieniu, jest taką samą zbrodnią jak wywoływanie wojen. Czy ty wiesz, co robią ludzie w rzeźni? Ja nawet skórzanych pasków nie noszę.

Na lunch przychodzą do towarzystwa cztery koty. Jedzą "Purinę" - wysokokaloryczny, witaminizowany preparat z soi.

- Dlaczego one są takie spasione? - pytam. - Czy nigdzie nie chodzą, nie polują?

- Oszalałaś - wybucha Ann - ja miałabym pozwolić, żeby koło mego domu odbywały się morderstwa? A grube są, no bo dałam je wykastrować.

Wszyscy tak robią. Inaczej w kółko miałabym z którymś problemy. To jedyna rada na rozmnażanie. Ja sama też dałam sobie podwiązać jajowody. Dlaczego? No, jak to dlaczego, nie wiesz o tym, że wtedy komórka jajowa nie zagnieżdża się w macicy? U nas co druga kobieta w moim wieku jest po takim zabiegu. Nie rozumiem, czemu nie wprowadzą tego w tych wszystkich biednych krajach, przecież to jedyne wyjście. Stuprocentowa gwarancja. Co mówisz? Nie bardzo rozumiem. Że jedynym bogactwem biednego człowieka są jego dzieci? To pewnie jakaś metafora. Trzeba mieć praktyczne podejście do życia.

Po kilku tygodniach jest już kilka gotowych grządek. Sieję za domem kalafiory, melony i białą rzepę (najwięcej mikroelementów), zaczynają wschodzić. Konewka, wąż gumowy?

- No coś ty, Tyreza. Ja nie mam czasu podlewać, przecież pracuję. Natura sama sobie poradzi, deszcze padają. Główna rzecz to nie zakłócać rytmów przyrody. W roślinach nie powstają wtedy żadne szkodliwe substancje. Gdybyś jeszcze na zakończenie mogła zrobić coś na front yard, żeby było inaczej niż wszędzie. Niedługo chcę zaprosić na garden party moich przyjaciół ze szpitala, dobrze byłoby do tej pory mieć na przykład... no ten, wiesz, taki staroświecki klomb, widziałam to w magazynie "Przyjaciel roślin".

Wertuję więc katalog nasion i sporządzam szkic (tu nasturcja, tam balsamina, na obrzeżach szałwia, w środku groszek pachnący i petunie) wraz z kosztorysem. Ann ze złością zgniata papier w kulkę: za drogo! Piętnaście dolarów za same nasiona, co ty sobie wyobrażasz? I ile problemów - w kółko pielić, przesadzać, doglądać, podlewać! Wysyła zamówienie na rozchodnik ("sam się krzewi, dobrze znosi suszę, niekłopotliwy w uprawie") i kilka wiecznie zielonych krzewów.

- I nie zapomnij, Tyreza, wystrzyc dziś trawnika, znów podrósł i do poniedziałku zrobi się na nim nie wiadomo co.

Robi mi się żal stokrotek i koniczyny. Nie wytrzymuję.

- Słuchaj, Ann. Przecież lubisz kwiaty. A te tutaj same rosną. Co jest ładnego w wystrzyżonym trawniku? Przecież tak jest zgodnie z naturą. I bardziej kolorowo. I inaczej niż u wszystkich.

- Tak - mówi Ann powoli - widziałam to kiedyś, jak byłam we Włoszech. I może rzeczywiście tak byłoby ładniej. Ale przecież ja zapłacę mandat. No, jak to za co? Za to, że narażam sąsiadów na przeniesienie się chwastów na ich teren. Takie są przepisy. A co o nich myślę? A co można myśleć o przepisach? Są i musi się ich przestrzegać.

Opatrując wieczorem bąble na dłoniach uprzytomniam sobie, że podejście tubylców do kwestii trawnika jest rzadkim przypadkiem przedkładania swoiście pojętej estetyki nad wygodę: idealny, zielony dywan wymaga cotygodniowych zabiegów, które potrafią pochłonąć panom domu całe sobotnie przedpołudnie. Ileż to widoków szokuje przybysza ze stron, gdzie względy pozautylitarne odgrywają znaczniejszą niż tu rolę. Starcy na Midweście paradują w szortach, obnażających nieapetyczne uda i obwisłe pośladki - trzeba maskować wiek, jasne, ale przecież nie wtedy, gdy jest ciepło i ciało powinno swobodnie "transpirować". Dzieci i nastolatki noszą metalowe koronki ortodontyczne - pewnie, że mało komu w nich do twarzy, lecz zgryz ulega w ten sposób szybszej korekcie niż w tradycyjnych aparatach, zakładanych na noc. Zakłady fryzjerskie są zwykle obupłciowe i żony robią sobie "trwałe" tuż obok farbujących wąsy mężów - razem jadą, razem wracają, płacą jednym czekiem. Nawet mania odchudzania się wypływa raczej z przesłanek medyczno-ekonomicznych niż z respektu dla przyjętych kanonów urody i elegancji.

- Kto by tam - wyprowadzają mnie z błędu koledzy w instytucie - umartwiał się po to tylko, żeby wyglądać jak gwiazda filmowa? To dobre dla dorastających panienek. Poczytaj sobie, co mówią lekarze, czy doprawdy nigdy o tym nie słyszałaś? Każdy kilogram nadwagi to zwiększone prawdopodobieństwo cukrzycy, artretyzmu, dyskopatii, to łatwe męczenie się i gorsza sprawność fizyczna. Jedz sobie tak dalej, jedz (buła z kotletem, ciachem i osłodzoną kawą wywołuje zgrozę), zobaczysz za parę lat, jak ci podskoczy stawka ubezpieczeniowa!

W takim razie skąd tu tyle grubasów? A właściwie nie grubasów, lecz potworów męskich, żeńskich i dziecięcych; przelewających się tołubów o zapuchniętych twarzach i potężnych zadach, o rozdętych brzuchach i nogach grubości czterech normalnych kończyn. Tołubów rzucających się w oczy na tle populacji, w której osoby w średnim wieku mają młodzieńcze figury, niemowlaki są drobne, żwawe i "niemordziaste", a najczęściej spotykany damski rozmiar odpowiada naszej "czwórce". Chorzy na tarczycę?

- Chorzy, chorzy, ale na biedę - tłumaczy zacierając ręce lewicowiec Hal (zaraz jej tu pokażę, jakie mamy olbrzymie problemy socjalne). - Żremy wszyscy, żremy w nocy i w dzień, trzeba mieć masę hartu ducha, żeby nie żreć, żarcie jest wszędzie, nie ma nawet zebrań parafialnych bez małej przekąski. Wiesz, po czym najłatwiej poznać cudzoziemca? To taki, co idzie pasażem handlowym albo siedzi w kinie i nie rusza bez przerwy gębą. To taki, co jak pojedzie do lasu, nie zaczyna od rozstawiania rusztu i wyciągania przenośnej lodówki. Żremy wszyscy, kochana, tylko nie wszyscy to samo. Bogatsi żrą białko zwierzęce, jarzyny, soki, owoce, biedni żrą junky food, zapchajgębę, te wszystkie batoniki, prażynki, sałatki, zapiekanki, gazowane oranżady, tanie, puste kalorie. Przejedź się kiedy do Zachodniej Dzielnicy, w każdym domu znajdziesz parę grubasów i trójkę albo czwórkę grubasiąt. Albo zajrzyj do sklepów z używaną odzieżą - jest tam ich na pęczki. Nie dlatego, że szukają odpowiednich rozmiarów; są przecież specjalne magazyny dla otyłych. Oni szukają po prostu czegokolwiek na grzbiet. Nasza nędza nie jest szara i chuda, jest spasiona i pstra. Jeśli żyjesz z zasiłku albo jesteś dozorcą czy pakowaczem, musisz obsprawiać się tym, co popadnie - bierzesz seledynowe spodnie, pomarańczowy kapelusz, koszulę w kwiatki i na wierzch błyszczący płaszcz przeciwdeszczowy. Wszystko z jakiegoś "Zakątka Okazji" czy składu Armii Zbawienia. Pewnie, że mogliby jeść tych paskudztw mniej. Ale czy ty sama - jak masz problemy - nie cwałujesz zaraz do kuchni? I nie wyciągasz czegoś słodkiego? Czym niby ma się pocieszyć biedny człowiek, jeśli nie jedzeniem? Papierosy, alkohol, narkotyki nie na jego kieszeń. Włącza więc TV i co widzi? Co dziesięć minut reklama. A na co drugiej reklamie ktoś opycha się mrożonym syropem na patyku. Albo makaronikami o smaku orzechowym. Albo jakimś biszkoptem z kremem. To są produkty za grosze - syrop z sacharyny, makaroniki z jakichś wytłoków, a krem z Bóg wie czego, lepiej nie pytać. No to wali biedny człowiek do spiżarki - ach, ileż to rzeczy robimy po prostu przez naśladownictwo - i wyciąga swój syrop na patyku, i choć przez chwilę przestaje myśleć o tym, czym będzie jeździł do pośredniaka, jak mu się rozsypie stary Buick...

Przybysz ze stron, gdzie samochód nie jest jeszcze dobrem powszechnym, dziwi się z początku owym rozłożystym Buickom, Dodge'om i Fordom, zaparkowanym przy barakowozach i ruderach przeznaczonych do szybkiej rozbiórki. Ale tylko z początku. Za parę tygodni sam kupuje jakąś landarę z lat pięćdziesiątych, która pochłania masę paliwa i wymaga wiecznych napraw, i dlatego właśnie jest do nabycia już za kilkaset dolarów. Bo samochód na Midweście musi się mieć. Można mieszkać byle jak i byle gdzie. Można chodzić w gumowych japonkach oraz wdzianku z ręcznika i zajadać junky food, można nie leczyć się i zrezygnować z posiadania potomstwa (sterylizacja - tłumaczy Nancy - kosztuje w końcu połowę tego co opieka nad ciężarną i poród). Byle tylko mieć własny środek lokomocji.

Dążenie wszystkich do jednorodzinnego domku z trawnikiem - tej oazy indywidualnej wolności - sprawia, że z wyjątkiem wielkomiejskich centrów dominuje zabudowa parterowa. Mieszkańcy tutejszej Białej Podlaskiej czy Wałcza zajmują w związku z tym powierzchnię, na której pomieściłyby się bloki z półmilionem ludzi. Chodzenie na piechotę nie wchodzi więc w grę - do najbliższego sklepu, kościoła, banku, apteki jest zwykle ładne parę mil. Transport publiczny zaś (jeśli w ogóle istnieje) ogranicza się do paru linii, po których autobusy kursują wprawdzie co do minuty, ale nie częściej niż raz na pół godziny; w święta i weekendy komunikacja zostaje zawieszona. Gdyby się bardzo uprzeć, można by żyć bez wozu - wynająć lokum gdzieś obok miejsca pracy, a sobotnie zakupy i życie towarzyskie załatwiać za pomocą taksówek, które są zawsze na telefonicznym podorędziu i używane na skromną skalę nie rujnują przeciętnego portfela. Jednak już posiadanie rodziny sprawę mocno komplikuje. Jak tu na przykład skazać nie pracującą żonę na wieczne zamknięcie w czterech ścianach? Czym dowozić dziecko do przedszkola i na kinderbale? Jakim sposobem wyeliminować z rodzinnego bytowania element niespodzianki - konieczność nagłego zakupu, chorobę (lekarze nie jeżdżą do pacjentów nawet w przypadku wysokiej gorączki), zwołaną znienacka zbiórkę skautów, przyjazd teściowej na lotnisko, wyczerpanie się książeczki czekowej, awarię telewizora (trzeba odwieźć do naprawy), rozpadnięcie się świeżo zakupionej pary butów lub plamę ze smaru na wyjściowym garniturze (pralnic chemiczne nie świadczą usług w domu klienta). Brak czterech kółek w garażu - gdy organizacja codzienności zakłada je jako coś oczywistego - prowadzi w praktyce do masochizmu. A jeżeli się jest biednym - do całkowitej bezradności. Najtańsze supermarkety plasują się zawsze na najtańszych gruntach: na odległych peryferiach miast i osiedli. Tamże znaleźć można lombardy, korzystające z dotacji stanowych przychodnie lekarskie, bezpłatne punkty opieki nad małymi dziećmi, szkoły i kursy dla dorosłych, niemrawe banki, które nie stawiają klientom żadnych warunków i których konta rzadko miewają cztery cyfry. A także różnorakie placówki charytatywne, wypożyczalnie używanego sprzętu i inne instytucje, z jakimi musi się nieuchronnie zetknąć ktoś, komu powinęła się noga.

A powija się dużo łatwiej niż gdzie indziej i wtedy - o ile nie chce się pójść na samo dno - trzeba dać popis nie lada ruchliwości.

- Muszę znów zaciągnąć pożyczkę - mruczy gniewnie Lois, sekretarka medyczna - i kupić samochód. Nie cierpię tej sterty żelastwa, ale właściciele mojej kliniki dorobili się wreszcie i chcą wszystko skomputeryzować. Wiadomo, takie jak ja odejdą pierwsze. Znów trzeba się będzie tłuc od szpitala do szpitala, od domu starców do zakładu dla upośledzonych, po całej okolicy, i to w dobrym tempie, żeby wyprzedzić innych, co też szukają roboty. Jak nie wyjdzie - a może nie wyjść, prawie każda dziewczyna zostaje u nas sekretarką - trzeba będzie zmienić zawód. Podobno Stowarzyszenie Emerytowanych Nauczycieli ma zorganizować tani kurs dla tych, którzy chcieliby uczyć żony Arabów angielskiego. Pomysł dobry, Arabów z roku na rok coraz więcej, tyle że to daleko, bo aż w Północnej Dzielnicy. Albo przeniosę się do sąsiedniego hrabstwa, przyjaciółka mówiła mi, że w Nashville budują gigantyczny hotel dla narciarzy. Czy ty sobie wyobrażasz, co ja się najeżdżę po garage sales, zanim się w tym Nashville jakoś urządzę. Bez żelastwa ani rusz...

- Gdzie też oni wszyscy gnają? - daję upust irytacji w długim ogonie przed skrzyżowaniem. - Przecież w tę stronę nic nie ma. Ani stadionu, ani lasu, ani jeziora. Może gdzieś tu będzie jakiś festyn ludowy?

- Ciepło, ciepło - poucza mąż. - Pomyśl jeszcze chwilę. Pogoda piękna, gdzie mają ludziska walić, jak nie na garage sales?

- Tutaj? - nie ustępuję. - Chyba zwariowałeś! Przecież to dzielnica bogaczy, bankierów, lekarzy, właścicieli sklepów.

Po markach wozów sądząc, walą nie ludziska, tylko upper class. Wyprzedaże w garażach (w istocie odbywają się zwykle na trawnikach przed domem) u bogaczy dla bogaczy? To jest przecież instytucja dla takich wędrowców jak Lois, poszukujących pracy lub lepszych zarobków! Zanim Lois ruszy do Nashville, z pewnością wyłoży swój skromny dobytek przed dom - transport jest bardzo drogi i klamotów po prostu nie opłaca się brać. Część z nich znajdzie nabywców (zawsze trafi się ktoś, komu przyda się używana patelnia za pół dolara albo lekko porysowany stolik za dwa dolary), reszta powędruje na śmietnik. W Nashville Lois skombinuje sobie nowe klamoty; na wyprzedażach u innych wędrowców. Lecz po co pędzą na wyprzedaże ci, którzy prowadzą życie osiadłe, mieszkają w domach wybudowanych przez ojców, wśród przedmiotów zakupionych z namysłem i ze smakiem? I co mogą wystawiać przed dom bogacze? Komplet mebli, który się opatrzył? Niemodne futro? Kinkiet nie pasujący do salonu? Jeśli tak, to może rzeczywiście zajrzyjmy...

Nie, tranty przed domami takie same jak wszędzie. Stosy spranych dziecięcych podkoszulków. Połamane zabawki. Krzesełka ogrodowe bez nóg. Kapelusze z lat czterdziestych, porysowane płyty. Tu parasolka przeciwsłoneczna bez szprychy, tam obłupany mikser. Jakieś zaczytane na śmierć komiksy, talerze z różnych kompletów. Po godzinie myszkowania wśród trawników wyławiam mało sfilcowany męski golf i parę nieznacznie sfatygowanych łyżew, za dwa lata będą w sam raz na Marysię. Ćwierć dolara, no, no!

- A widzisz - chichocze któryś z rodaków - już połknęłaś bakcyla! To nic, że swetrem pewnie zaczniesz kurze ścierać, a łyżwy powędrują na dno szafy. Ważne jest poczucie, że zrobiłaś interes, że złapałaś okazję. Rodzi się nadzieja - ta zawsze matką głupich - że jeżdżąc wytrwale po garage sales zaoszczędzisz swojej rodzinie masę pieniąchów. W następną sobotę zaczniesz dzień od lektury ogłoszeń o wyprzedażach, a potem... potem już się od tego nie opędzisz, jak od narkotyku.

- No dobrze, ja to ja. Tych studentów też rozumiem, kompletują gospodarstwo. Ale tamto towarzystwo z Cadillaków czego tu szuka? Trawią całe przedpołudnie na szperaniu w szmatach i trantach zamiast jeździć na nartach wodnych albo opalać się na leżakach. Czy taki babus w łachach od Gucciego naprawdę potrzebuje bluzki z flaneli za dziesięć centów?

- Babus - poucza rodak - chce pewnie kupić podkoszulki dla swojego dziecka, które wszystko drze i ze wszystkiego wyrasta. A bluzką z flaneli też nie pogardzi - przyda się do sprzątania, a nawet jak się nie przyda, jest dowodem, ba, symbolem zgoła, zapobiegliwości babusa. Zrozum, tu każdemu od pieluszek kładzie się do głowy: ziarnko do ziarnka. I to jest święta prawda - czy widziałaś kiedyś kogoś, kto by się dorobił nie ciułając? W realnym życiu, nie na filmie. Jeżeli kładziesz się na leżaku wiedząc dobrze, że niedaleko można coś tanio nabyć, po prostu grzeszysz. Babusy walą na garage sales, bo inaczej miałyby potworne poczucie winy.

- No, a sprzedający? Przecież i tak trzy czwarte tych trantów wyląduje w śmietniku. Albo zawiozą je do Armii Zbawienia czy schroniska dla ubogich. Co za sens marnować cały dzień i rozwalać pół domu po to tylko, żeby zarobić pół dolara? I że też nie wstyd eksponować takie barachło...

- Wstyd byłby - słyszę znów - przekreślać z góry szansę, nawet bardzo znikomą, odzyskania jakiejś części pieniędzy, które się niegdyś w te tranty włożyło. Człowiek pozbywający się lekką ręką czegoś, co inni, być może, zechcą kupić, daje świadectwo najstraszniejszej z przywar: rozrzutności. Daje dowód, że jest konikiem polnym, istotą, która nie kalkuluje, mamonę waży sobie lekce i nie chce jej pomnażać. A nie pomnażać, to trwonić. Zapamiętaj - żadne dziwactwo obyczajowe, żadna dewiacja moralna nie gorszy ich w tym stopniu, co bycie nieoszczędnym!

Przenikliwy rodak ma rację. Bo jeśli miarą zgorszenia tubylców jest nagła, lodowata cisza, to w instytucie profesora S. zapadła ona nie wtedy, gdym wtoczyła się do pracy w stanie nieważkości (któż mógł przypuszczać, że koktajl na czczo działa nie gorzej od dwustu gram?). I nie wtedy, gdy zaczęłam buntować główną sekretarkę przeciw feudalnym - jak mi się zdawało - zapędom bossa ("Powiedz mu, żeby cię pocałował wiesz gdzie. Nie jesteś jego niewolnicą, tylko pracownikiem"), które wnet okazały się powszechnie tu przyjętym sposobem traktowania personelu. 1 nie wtedy nawet, gdy nie chcąc wdawać się w zawiłe wyjaśnienia (przecież oni nigdy nie zrozumieją, co to spółdzielnia mieszkaniowa, twarda waluta i paszport służbowy), oświadczyłam ciekawskim, że zostawiłam na drugiej półkuli męża z parą drobnych dzieci dlatego po prostu, że tak mi się spodobało. Nie, cisza zapadła innego dnia. Mark chciał wiedzieć, czemu nie chodzę wraz z wszystkimi na lunch do meksykańskiej garkuchni. Przecież tam jest o wiele taniej.

- Czy jadasz jakieś specjalne potrawy, wy, katolicy, podobno pościcie?

- Jadam w pobliżu, bo nie chce mi się w upały ganiać taki kawał po to tylko, żeby zaoszczędzić dwadzieścia centów...

Przestali odtąd pytać o cokolwiek i już do końca się nie uśmiechali. Albo kiedyż to właściwie obraziła się Fanny, sąsiadka z poprzedniej kwatery? W geście przyjaźni Fanny przyniosła garść "kuponów" - druczków uprawniających do nabywania z rabatem różnych (zwykle mało chodliwych) dóbr sklepowych. Każda porządna pani domu pracowicie je gromadzi: czasem wycina z gazet, czasem otrzymuje pocztą wraz z reklamami, czasem wydobywa z opakowania po użyciu zawartości. Nie używasz tego, Tyreza? Naprawdę? A dlaczego? Kupujesz bez kuponów? I twój mąż ci na to pozwala? Słuchaj, a może wy nie wiecie, czemu one służą? Dowiedziawszy się, że szkoda mi zawracać sobie głowę groszowymi zabiegami, pomilczała chwilę. I nigdy już więcej nie przyszła. Później opowiadała w pralni o Polakach.

- Oni wcale nie są tacy głupi jak w Polish jokes, tylko kompletnie nieodpowiedzialni. I krótkowzroczni. Mojej sąsiadce - pomyślcie tylko - szkoda czasu na zbieranie kuponów! W drugi dzień Christmas pojechali całą rodziną na łyżwy. Tłumaczę im, że właśnie zaczyna się największa w całym roku wyprzedaż, że mogą sobie kupić za pół ceny tyle wspaniałych rzeczy - zabawki na choinkę, kartki z życzeniami, brytfannę do indyka, wszystko, czego przecież będą potrzebować na następne Boże Narodzenie. Więc niech lepiej wybiorą się z nami do pasażu. A oni na to, że ich to nie interesuje. W ogóle - jedzą nożem i widelcem, a dzieci wychować nie potrafią: postrojone na co dzień, jakby szły do konfirmacji. I wyobraźcie sobie: kupują ciągle książki. Mówią, że po to, żeby mieć.

Kobiety w pralni musiały być bardzo poruszone. Bo zgodnie z tutejszą - wyznawaną niezależnie od warstwy społecznej - hierarchią wartości, najpierw materialne bezpieczeństwo, wygoda i zdrowie, potem ozdóbki. Ktoś, kto mieszka w wynajętych pokojach, ktoś bez domowego lekarza, porządnego wozu, oprocentowanego konta, winien zakasać rękawy i porządnie się zwijać. Tak jak Fanny (skądinąd historyk sztuki). Jeździć do pracy o godzinę wcześniej, razem z mężem, żeby niepotrzebnie nie palić benzyny. Nosić starą kurtkę wuja Eliasza i getry nie do pary; ubiór przecież nie jest najważniejszy. W niedzielę pilnować za pieniądze bliźniaków szefowej, w piątki pomagać w sklepie kolonialnym razem ze starszą córką (niech się uczy życia). I odkładać, odkładać, odkładać. I za parę lat dobić się tego, co mieć się musi. Siedziby, solidnych mebli, dwóch wehikułów, stałej opieki medycznej, szacunku w okienku bankowym. Wtedy będzie można pomyśleć o głupstwach. O rzeczach niekoniecznych.

Książki wszakże są mniej niż niekonieczne. Przestronne wnętrza białych domeczków na Midweście (trzy sypialnie, duża kuchnia, garderoba, łazienka i olbrzymi living room) wypełnia się rozmaitymi przedmiotami. Jedni kolekcjonują muszle morskie i kamienie, inni puszki po piwie i pseudoniemieckie kufle. Jeszcze inni - wypchane ptaki, stare zegary, hafty, bombonierki, narzędzia rolnicze. Nikt nie kolekcjonuje książek. W pokoju dziecinnym poniewierają się oczywiście jakieś komiksy. Pani domu ma zwykle "Kuchnię włoską", "Twojego kota" i magazyny kobiece. W salonie leży na kominku kilka albumów. No i jeszcze podręczny, wąskospecjalistyczny księgozbiór pana domu, o ile para się on pracą umysłową. Nigdzie jednak - chyba u świeżych emigrantów - biblioteki z prawdziwego zdarzenia.

- Gdybyś żył w moim kraju - podpuszczam Geoffa, literaturoznawcę - to miałbyś półki aż pod sam sufit, a na nich wszystkich klasyków, nie tylko tę twoją Jane Austen. I po trochu z każdej przyległej dziedziny - z socjologii, historii, semiotyki, językoznawstwa. I jeszcze najświeższe pozycje, o których się myśli, że powinien je znać każdy humanista; pozycje, które uchodzą za wydarzenie. Przyjaciele pędziliby najpierw zobaczyć, co masz. Niejeden by zaraz coś pożyczył. Wiesz, u naszych jajogłowych półki z książkami to główna ozdoba salonu, a... raczej czegoś (salon w M-4?), co pełni podobne funkcje.

- Po co? - w oczach Geoffa bezbrzeżne zdumienie - przecież jeśli się potrzebuje jakiegoś cytatu, można zrobić odbitkę. Jeśli musi się przeczytać jakąś pracę, sprowadza sieją przez bibliotekę. Nie ma przecież sensu kupować wszystkiego, co powinno się znać. Nie mówiąc już o tym, że książki straszliwie gromadzą kurz.

- No, a jak przychodzi ci ochota poczytać sobie, ot tak, dla przyjemności? Ja na przykład biorę wtedy Flannery O'Connor. Tak by pewnie pisała współczesna Jane Austen. Wiesz, dziwię się bardzo, że tu nikt jej nie zna. Przecież to amerykańska pisarka...

- Oszalałaś, kiedy ja miałbym mieć czas na czytanie dla przyjemności? Bez publikacji nie przedłużą mi kontraktu. I w ogóle, czy ty sobie wyobrażasz, ile godzin dziennie przygotowuję się do zajęć? Jak studenci przestaną mi chodzić na wykład, pojadę do jakiegoś Kokomo albo innej pięciorzędnej uczelni. Albo mając trzydzieści pięć lat będę się musiał wziąć do komiwojażerstwa. Ja nawet w niedzielę zasuwam.

- Słuchaj - zaczynam w parę dni później z Donną - ty przecież nie zabierasz żadnej roboty do domu? No, to co właściwie robisz popołudniami? Mówiłaś, że nie znosisz telewizji. Dlaczego nie czytasz książek? Dlaczego tu u was łatwiej znaleźć w salonie oswojoną małpę niż cokolwiek zadrukowanego?

- Moi rodzice jeszcze czytali. A nas już wychowano na komiksach. Czytać... to zbyt męczące po całym dniu pracy. Trochę szydełkuję. Czasem wychodzę z kimś do restauracji albo sama robię coś smacznego. Człowiek musi się zrelaksować, to bardzo ważne dla zdrowia. A literatura przecież nie jest relaksem. Po co mi jeszcze cudze problemy? I zresztą książki są tak obłędnie drogie...

Brak czasu i drożyznę wymieniają wszyscy nagabywani. Istotnie, książki kosztują, choć... są przecież miejsca na świecie, gdzie na przykład nabywa się je kosztem obiadów. Tu chyba cena jest względem przeważającym, myślę, obserwując duży ruch w bibliotece publicznej. Ciekawe: pożyczają nie emeryci i nie młodzież szkolna, lecz mocno zaaferowane jednostki w sile wieku. Wszyscy gromadzą się najpierw wokół komputera, wskazującego sygnaturę; wystarczy znać tylko tytuł (nawet niedokładnie) lub tylko nazwisko autora, maszynka sama wydrukuje resztę danych. Na życzenie, za dodatkową opłatą, ekran rozbłyska pełną bibliografią na dowolny temat. I czegóż tu nie mają! Podręczniki frenologii, architektura Bliskiego Wschodu, inżynieria genetyczna, gramatyki wszelkich możliwych języków świata. Dostęp do półek wolny: w grzbiecie każdej książki tkwi jakiś cud technologii, który uniemożliwia wyniesienie jej ukradkiem - jeśli nie zostanie "odczarowana" przez dyżurnego bibliotekarza, włącza się hałaśliwa syrena przy wyjściu. Nikt jednak nie wystaje pod regałami. Nie przewraca, nie szpera, nie podczytuje. Sięgają po wybraną pozycję, podają ją siwowłosej damie za kontuarem, która wpycha wolumin do urządzenia odczarowującego, i spiesznym krokiem oddalają się ze zdobyczą. Co pewien czas sprawny korowód pożyczających przystaje na chwilę: to zabrakło czegoś na półce. Inny komputer błyskawicznie ustala, kto ma książkę, i drukuje monit; interesant zaś podaje swój numer telefonu - za parę dni książka będzie do jego dyspozycji.

Przedstawiam się siwowłosej jako socjolog piszący pracę z czytelnictwa porównawczego. Spróbujmy zgadnąć, co stanowi tu osłodę szarzyzny. Kto jest tutejszą Rodziewiczówna, Kraszewskim, Sienkiewiczem?

- Pewnie - zagajam ostrożnie - dużą popularnością cieszy się "Przeminęło z wiatrem"? Coraz to pojawia się w TV, no a przecież ekranizacja...

- Chodzi pani o tę powieść Margaret Mitchell? Zaraz pani powiem. Ostatnio wypożyczaliśmy ją osiem lat temu.

- No, a na przykład "Na wschód od Edenu"?

- To, zdaje się, Steinbecka? Chwileczkę. Tak, w zeszłym roku. Pożyczali członkowie kółka dramatycznego, w wersji scenicznej. I zresztą zgubili oba egzemplarze.

- To czy jest jakaś powieść, którą można by nazwać... no, przebojem wszystkich sezonów?

- Nie bardzo rozumiem, co pani ma na myśli. Listę aktualnych bestsellerów podaje zawsze Time. Niech pani zadzwoni do redakcji, na pewno ktoś panią wyczerpująco poinformuje.

- Chodzi mi o statystykę biblioteczną. Które powieści są w stałym ruchu?

- Doprawdy, trudno mi powiedzieć. Przecież to nie jest biblioteka uniwersytecka. Ani szkolna. Literaturę piękną mamy, oczywiście, ale... właściwie mało kto z niej korzysta. Ludziom brak na to czasu, tempo życia jest zawrotnie szybkie i... powiedzmy sobie szczerze, kogo stać, by zajmował się rzeczami zupełnie fikcyjnymi?

- No, ale istnieją przecież ludzie starsi, chorzy przykuci do łóżek i foteli, bo ja wiem, bezdzietne panie domu. Zdarzają się też urlopy z deszczem non stop, jakieś dalsze podróże...

- Ach, rozumiem, chodzi pani o książki dla zabicia czasu. No więc, w tym miesiącu mieliśmy dużo chętnych na "Zakop mnie głęboko" i "Wszystko, czego o niej nie wiedziałem" Jamesa Scharde, wie pani, tego, co prowadzi audycję "Detektyw amator". Ale w zasadzie takie rzeczy kupuje się w drugstorze. Dwa- trzy dolary, a jak się trochę tego w domu uzbiera, sprzedaje się za jednym zamachem handlarzowi czy na jakiejś garage sale, sama tak robię.

- W takim razie co właściwie ci wszyscy ludzie wypożyczają?

- Głównie poradniki. Proszę, tu ma pani listę pozycji najczęściej cyrkulujących: "Jak wyremontować dom", "Postaw sobie horoskop", "Co robić z dzieckiem chorowitym", "Proste naprawy w łazience i kuchni", "Biodynamiczne uwalnianie się od stresów", "Podatki, które może płacisz niepotrzebnie..."

Nie ma podobno zjawisk jednoczynnikowych. Więc po pierwsze, zwykła, tylekroć komentowana przez smutnych socjologów przegrana druku z gadającym obrazkiem. Ciekawe tylko, że aż tak doszczętna. Po drugie, tu powstałe i stąd na świat promieniujące traktowanie wszelkiej sztuki jako rozrywki. Pustawe kina zapełniają się w każdy sobotni wieczór: po pięciu dniach pracy człowiekowi należy się jakiś fun. Tubylcy nie chodzą na reżysera ani na określony film - chodzą na odprężenie. Jeśli więc zamiast zapowiadanych "Wszystkich ludzi prezydenta" (zaginęła kopia) wyświetlony zostaje romans baseballowy, nikt nie protestuje, nie zawraca do domu ani nie ma rozczarowanej miny. Z pewnością natomiast wybuchłaby awantura, gdyby właściciel kina nie przewidział niczego w zamian - każdy ma niepodważalne prawo do uregulowanego trybu życia, którego stałym punktem jest zasłużona przyjemność podczas weekendu. Jeżeli trafiliśmy na jeden z filmów nakręconych przez facetów, którzy lubią problemy - nie ma sprawy, zawsze znajdzie się coś, z czego można się pośmiać (stąd szokujące przybyszów wybuchy śmiechu w najbardziej dramatycznych momentach) albo coś, czego można się porządnie przestraszyć (widownia reaguje na trupy, gwałty i zmory entuzjastycznym przytupywaniem; na dialogi natomiast, pejzaże i sceny, w których nic się nie dzieje - zniecierpliwionym syczeniem).

Podobnie w miejscowym teatrze, muzeum i sali koncertowej; nawiedzane na co dzień wyłącznie przez profesjonalistów, zaczynają kipieć życiem w ostatni dzień tygodnia bez względu na repertuar. W środę zespół z Broadwayu gra "Amadeusza" Schaffera przy dwu rzędach krzeseł (to studenci teatrologii), w sobotę nie sposób dopchać się na "Kopciuszka" w wykonaniu amatorskiej trupy z sąsiedniego hrabstwa. Charakterystyczny szczegół: w placówkach świadczących usługi kulturalne nie ma zwykle szatni; siedzi się wraz z okryciem i "przekąską", tj. prażoną kukurydzą i kubkiem coli. Nic z klimatu misterium. Choć nie ma tu instytucji zbiorowych wycieczek, organizowanych przez szkoły i zakłady pracy, trudno nieraz zorientować się, czy jesteśmy w filharmonii, czy na wiecu przedwyborczym.

Nie da się zaprzeczyć, że beletrystyka w małym stopniu wychodzi naprzeciw tym zapotrzebowaniom. I wreszcie po trzecie, człowiek z Midwestu zdaje się nie mieć żadnej skłonności do refleksji. Zwłaszcza nad własną dolą - nad tym, co go spotkało, co mogło spotkać, i co nie spotka nigdy. Człowiek z Midwestu nie jest istotą medytująco-przeżuwającą. Bezustannie działa, nawet w wolnym czasie. Jeśli wyjeżdża na piknik, przygotowuje posiłek, gra z dziećmi w kometkę, uprawia jogging. Na basenie wskakuje nie oglądając się na nikogo do wody, przepływa zaleconą przez lekarza porcję i wziąwszy prysznic udaje się natychmiast do domu. W czasie podróży koleją czy samolotem czyta dwudolarowe horrory; w poczekalniach wertuje magazyny, szydełkuje, czyści paznokcie, oblicza coś, robi porządek w teczce lub torbie. Na przyjęciach konwersuje lub załatwia interesy. Kiedy spotkamy kogoś, kto spaceruje bez celu albo siedzi gapiąc się w wodę, albo milcząc obserwuje otoczenie - jest prawie pewne, że to cudzoziemiec lub emigrant z pierwszej generacji. Człowiek z Midwestu chyba... boi się zostać ze swymi myślami. I chyba boi się także, by inni go do tego nie nakłonili. Unika tak cenionych gdzie indziej "ogólnych rozmów o życiu", ilustrowanych osobistymi przykładami. A czy literatura piękna nie jest właściwie taką "rozmową o życiu?"

 

ROZBITKOWIE

Rozbitka Numer Dwa potrąciłam w bibliotece uniwersyteckiej, w przejściu między regałami. Przeprosił, poprawiając przy tym krawat. Dopiero po chwili olśnienie: zaraz, zaraz, przecież oni tu nie poprawiają krawatów na widok kobiety. I wyraźnie się ukłonił, połową tułowia. Nie widziałam tego od dwóch lat. No i garnitur. Tubylcy wkładają go tylko do ślubu i do trumny, a tak dżinsy, sweterek, flanelowa koszula, im dalej w lata, tym bardziej musowo, byle nie odstać od młodych. I jeszcze włosy: ani na jeża, ani wyleniały Paderewski (po którym rozpoznaje się jajogłowych). Średniej długości, zaczesane do tyłu. Nie ma cudów, jakiś swojak.

Za kilka dni szedł sobie niespiesznym krokiem wokół ratusza, gapiąc się na chmury i wróble w kałużach. Widok tu równie niesłychany, jak gospodyni domowa uprawiająca jogging w Bodzentynie czy Trzciance. Uchylił kapelusza, swojak, tylko kto on, jak tu zagadać: Węgier, Czech, Bałt, Polak, a może Austriak? Zagadnął sam po angielsku, prędko przeszedł na polski.

- Pani też spaceruje, od razu poznałem, że to ktoś od nas. A wczoraj się pani zarumieniła, one tu się nie rumienią. Powinniśmy pójść teraz na dworzec. No, jak to, nie pamięta pani Erenburga? Jak to Aleksiej Spirydonowicz zaciągnął wszystkich do pustego wagonu, żeby im opowiedzieć swoje życie, bo w wielkiej literaturze robi się to zawsze w pociągu. Albo w dyliżansie. A tu ani dworca, ani kawiarni, ani parku z ławeczkami - stare, europejskie wynalazki. My wszyscy stamtąd lubimy życie swoje opowiadać. Jak by to powiedzieć... wierzymy gorąco, liczymy na to, że za którymś razem sens wyskoczy sam z naszych perypetii, jak diabeł z pudełka. Bo dla nas życie jest niepojęte, mamy wrażenie, że tkwi w nim jakaś tajemnica, którą kiedyś wreszcie rozszyfrujemy. Tak, ja też pracowałem w tej bibliotece, a teraz na emeryturze. Czego to się przedtem nie robiło! I dozorca nocny, i fabryka konserw, i malowanie rur. Co to dla nich magisterium z jakiegoś Jana Kazimierza we Lwowie. Dzieci dwoje i żona jak raz na raka zachorowała. Tom poszedł do cerkwi Bogu modlić się, żeby z niej to cierpienie zdjął i na mnie położył. I patrz pani - wyszedłem z cerkwi na ulicę, w Detroit to było, buch, samochód nadjechał, obie nogi połamało. A jej zrobili operację i wyzdrowiała.

I tak to szło przez dziesięć może lat. Dopiero jeden taki mówi: wykształcenie to sam, Maksym, wiesz, że tu niewiele znaczy. Ale znasz języki, to jest coś warte. I faktycznie: niech pani powie, niby biorą tu sobie po college'ach francuski albo hiszpański, a potem ani be, ani me, nawet gazety nie potrafią przeczytać czy afisza w Paryżu. Myślenie mocarstwowe zabija motywację do nauki cudzej mowy. No a u mnie przecież i niemiecki, i rosyjski, i francuski, i ta łacina z greką... no nie, ja jestem Ukraińcem, ale po polsku sama pani widzi, biegle mówię, z pisaniem tylko gorzej. U nas w Stanisławowie to jednej mowy by nie starczyło, kto zresztą zna tylko jedną mowę, ma tylko jedną duszę, a tak dusz kilka na raz, każda w inną stronę ciągnie, czasem kłopot, człowiek nie wie, co począć. Ot, matka moja, pamiętam, zawsze na katolicką wigilię obiadu nie gotowała, nam pościć kazała, siadała w kącie i do nas: kto tam wie, kto ma rację, Polacy czy my? Może my, a może rzymski papa?

Więc ten jeden powiada wtedy do mnie: idź do biblioteki przy jakimś uniwersytecie, biblioteka to zawsze przechowalnia dla humanistów, przydadzą się, Maksym, twoje języki. Pokiwali w bibliotece głowami, ale że oni tu nie wierzą, że gdzieś indziej też istnieje normalne szkolnictwo, wysłali najpierw na dwuletni kurs, no co pani, pewnie że płatny. Za własne pieniądze wysłuchiwał człowiek oczywistości: a to, że w Europie znaczą periodyki - nie wiedzieć czemu - rzymskimi cyframi i że cyfry te trzeba wykuć na pamięć. A to, że na świecie używa się różnych alfabetów, co prawda mniej funkcjonalnych niż nasz (wynaleźli go czy jak, u licha?). A to, że trzeba w bibliotece znać geografię i że Azja nie leży za Atlantykiem. A to, że niektóre książki mają więcej niż dwieście lat i trzeba się z nimi delikatnie obchodzić. No i tak to szło, rano do fabryki, wieczorem kurs, żona zmarła w końcu, chłopaki na ulicy. Jak skończyłem, wysłali tu. Najpierw roznosiłem książki, tak jak pani, a potem...

- ... Jak on został kierownikiem działu słowiańskiego - mówi Rozbitek Numer Trzy - to i mnie tu ściągnął. Aż z Michigan, w rzeźni tam stoły myłem. Zrobiliśmy razem porządek, katalogi, bibliografię i zaczęliśmy gromadzić zbiory. A przed wojną? No, w Przemyślu, w gimnazjum historii uczyłem. Po waszemu uczyłem: Chmielnicki drań, kozactwo czerń. Inaczej byście mi uczyć nie dali. I tak inspektor nieraz do porządku przywoływał. A za różne takie. Że poprawiałem uczniów: nie Rzeczpospolita Dwojga, lecz Trojga Narodów. Zresztą wyście nawet Litwinów za naród nie uważali. Im się też własny uniwersytet z własnym językiem we Wilnie należał. Może jakbyśmy i my mieli, i oni, to wszystko by się inaczej potoczyło? Pan Bóg nie tylko ludziom, ale i całym narodom rozum odbiera, jak chce pokarać. Mamy teraz wszyscy za swoje. Pewnie jeszcze nieraz sobie wzajem krwi utoczymy, nim będzie spokój. Tylko... wie pani, co? Nieraz myślę, jaki to będzie w tym przyszłym świecie spokój. Żeby nie spokój cmentarza. Takiego jak tutaj: grób żaden wyróżniać się nie może, kubek w kubek mają być, i równo z ziemią. Też miele się odrębności, tylko innymi metodami. Patrz pani: póki my z Maksymem wschodnią Europą się zajmowali, listy pisało się do każdego w odpowiednim języku - do wydawnictw w Pradze po czesku, do "Russkowo Słowa" po rosyjsku, do Vilniusa po litewsku. A teraz co? Stara maszyna z cyrylicą w magazynie leży, a ten nowy kierownik działu, choć po czeskiej filologii i żonaty z Czeszką, wali do wszystkich po angielsku, nawet jak do uniwersytetu Jana Karola pisze. Znaczy się niby: do diabła z różnorodnością, tylko przez nią kłopoty. Na pewno sama pani nieraz słyszała, jak te Jankesy narzekają, że jak się pojedzie do Europy, to co sto mil inny język, inna kuchnia, inne zwyczaje. I że, co gorsza, co sto mil upierają się przy swoim. Prawdę mówiąc i wyście nie byli lepsi. A i teraz... No, niech pani powie - czytała pani coś Szewczenki? A my wszyscy znamy Mickiewicza. I czy jakiś uczeń w waszej szkole to wie chociaż, dlaczego ten ksiądz w "Dziadach" jest wdowcem i ma potomstwo? Czy mu wasz nauczyciel co o unitach powie? To przecież zwykły wstyd. My tu mamy dobre szkolnictwo, i podstawowe, i średnie, tylko coraz ciężej nauczycieli znaleźć, uczą dziadki, babki, bo młodzież się wypiera, daje się zemleć, a nowa nie dopływa. Więc Szkolna Rada Ukraińska w Toronto wydrukowała we wszystkich waszych gazetach ogłoszenie: tak i tak, nauczycieli potrzebujemy, zapewniamy pracę dobrze płatną, prosimy o zgłoszenia na kurs języka, kultury i historii ukraińskiej, z utrzymaniem i mieszkaniem. I co? Nie zgłosiła się ani jedna osoba. A przecież tylu waszych zostało tu po grudniu. Biedują, żebrzą, a do pobratymca nie pójdą. Choćby z czystej ciekawości. Pani pracuje w naszej bibliotece. No to na pewno pani wie, że było w niej - i jeszcze w jakimś stopniu jest nadal - takie lobby węgiersko-bałtycko-ukraińskie. Kto pani pomógł dostać pracę, czy nie ktoś z naszych? No a gdyby tu było lobby polskie, to jak pani myśli, czy ktoś by pomyślał o takim na przykład Łotyszu?

Rozbitek Numer Jeden, Łotyszka, podeszła pod uniwersyteckim pośredniakiem. Właśnie wychodziłam, strapiona, że od ośmiu miesięcy to samo: bardzo nam przykro, ale do sprzątania kampusu przyjmujemy tylko naszych studentów. A w biurach to trzeba szybko pisać na maszynie. Jakby coś było, zadzwonimy. I nagle miły głos: skąd pani jest, bo widzę z wszystkiego, że nietutejsza.

- Moje dziecko, pewnie nawet nie wiesz, jak u nich trzeba wypełniać formularze. Przepraszam, ja nie znam polskiego, mówmy więc po angielsku i chodźmy do mnie do domu, bo tak stać na ulicy to bardzo niegrzecznie.

- ...Patrzysz, dziecko, na te stare fotografie. To dom moich dziadków nad zatoką, a tu się urodziłam. A to z ekspedycji. Zanim wojna zaczęła się przez świat przewalać, byłam folklorystką, badałam zwyczaje pogrzebowe, u was też, na Polesiu zwłaszcza, tylko tam stawiali świece nie w głowach, a w nogach zmarłego. Niech pani sobie nie żartuje, gdzie bym to miała robić, w domu pogrzebowym Allena? Dzieci nie mieliśmy, to i wnuków też nie, przecież pani chyba rozumie, że nie sposób mieć je tam, gdzie się samemu nigdy nie zapuści korzeni, a patrzeć na to, jak się nas wstydzą, to zbyt bolesne...

...Ale do rzeczy. Przede wszystkim: tu wiedza oznacza zupełnie coś innego niż u nas. Nie pisz nigdy, moje dziecko, w rubryce "kwalifikacje" swoich tytułów naukowych; im one nic nie mówią. Trzeba pisać: znajomość wielu języków obcych. Znać niemiecki tutaj to nie - jak u nas - mówić biegle po niemiecku, tylko zrozumieć coś z tekstu piąte przez dziesiąte. Tłumaczy oni nie potrzebują - każdy przecież musi znać angielski, a jak nie zna, niech głowy nie zawraca. A teraz wyszczególnimy: rosyjski miała pani w szkole podstawowej i średniej. Piszmy więc: siedmioletni kurs rosyjskiego, oni tu mają najwyżej dwuletni. I co jeszcze było w liceum? Piszmy więc: cztery lata łaciny, może być pani pewna, że drugiej takiej nie znajdą. A na studiach? Dwa lata francuskiego. I lektorat z greki? Jeszcze lepiej. Czy przeczyta pani z jakim takim zrozumieniem po czesku, ukraińsku? Dodajmy i to. Oraz pewne obeznanie z niemieckim. I oczywiście polski. A na koniec, niech pani pisze, duża praktyka przy książkach i księgozbiorach z racji poprzedniego zawodu. Znajomość kultury, historii i geografii europejskiej. Tak, kochanie, tu człowiek, który wie, jak nazywa się teraz Dorpat, gdzie leży Wersal i co napisał Goethe, to człowiek na wagę złota. Akurat są trzy wolne miejsca w naszej bibliotece, w dziale czasopism. Niech pani nie będzie naiwna. Ogłaszają w gazecie, że jest praca do wzięcia, żeby ich ktoś nie zaskarżył doi sądu, że uniemożliwiają wolną konkurencję. Ale zanim ogłoszą, mają już swojego kandydata i te interviews z pozostałymi to czysta fikcja. Przyjmą panią na pewno. Szefowa działu ma głowę na karku i woli zawsze cudzoziemca niż tutejszego niedouka. Tylko muszę panią uprzedzić. Na początku będzie pani murzynem. Bo tu trzeba na pracowniku zrobić jakiś interes. W pani przypadku interes sam się prosi - pani nie ma pozwolenia na pracę i obywatelstwa, a więc żadnych praw. I niech mnie pani odwiedza, siedzę na piątym piętrze, w drukach zwartych, i już bardzo dawno nie widziałam kogoś z moich stron. Zauważyła pani - jak bardzo się tu "nasze strony" rozciągają?

Szefowa działu miała głowę na karku. Odchodził właśnie na emeryturę tubylec katalogujący słowiańskie periodyki. Wziąć nowego tubylca - specjalistę, trzeba będzie mu płacić osiemset miesięcznie. Znacznie lepiej wziąć niby-studentkę. Każdy student może starać się o "work-study position" - zatrudnienie na terenie uczelni, zgodne z kierunkiem studiów. Przyszły biolog zmywa probówki, historyk pomaga w archiwum, rusycysta rozkłada na półkach książki i gazety słowiańskie. Zabiera to piętnaście godzin tygodniowo. Dostaje się około stu dolarów miesięcznie - równowartość opłaty za wspólny pokój w akademiku. Polka jest specjalistką eo ipso, da sobie radę z katalogowaniem szybciej niż tubylec... na przykład w piętnaście godzin tygodniowo. I jeszcze porozkłada na półkach. Dostanie tyle co student (kto tam sprawdzi, czy studiuje), a etat przy katalogu zlikwiduje się po prostu. Dział zaoszczędzi w ten sposób siedemset miesięcznie, zaś w skali rocznej... Cóż to zresztą będzie za doping dla Charlesa, głównego slawisty w czasopismach - będzie musiał się zwijać, żeby Polka nie okazała się lepsza. A za parę lat może się rzeczywiście Charlesa wymieni...

Charles odegrał komedię do końca. Mając już przydzieloną "studentkę", wywiesił ogłoszenia na kampusie i odbywał interviews z kandydatami do "work-study position". Tylko dwa lata rosyjskiego, wielka szkoda, zadzwonimy do pana. Zna pani chorwacki i co jeszcze? Ach, tak, no, niestety, my tu mamy rzeczy głównie rosyjskie i polskie, zadzwonimy do pani. Niech pan przetranskrybuje z cyrylicy... no, zabrało to panu aż trzy minuty, tu jest biblioteka, liczy się szybkość, zadzwonimy.

Podobnie musiało być w każdym dziale: sekcją arabską zawiaduje Betty, "studentką" jest Mahnaz, prawniczka z Iranu. W dalekowschodniej Ron i "studentka" Kim, bezrobotna muzykolożka. Tylko w romańskiej siedzi rodowity Francuz i on jeden nie boi się, że jak "student" zdobędzie obywatelstwo czy choćby prawo jazdy, to trzeba będzie pójść na zieloną trawkę. Podobnie jest w wielu instytucjach. Staszek w swoim szpitalu na wschodnim wybrzeżu sprząta laboratoria, ale skomplikowane przypadki konsultuje, rzecz jasna - nieodpłatnie. Marianna rysuje projekty domków; ktoś tam przedstawia je jako własne, póki Mariannie nie nostryfikują dyplomu, a pewnie i długo potem. Erzsebet pisze profesorowi L. referaty o współczesnej literaturze węgierskiej, dostaje dwa dolary od strony, mniej niż wykwalifikowana miejscowa maszynistka. Lepiej murzynować, powiada - niż gdyby w ogóle miało być o nas głucho. Jirik karmi psy w schronisku, a w wolnych chwilach sporządza analizy rynku dla doradcy ekonomicznego Ważnej Firmy. Ciekawe, ile potencjału technologicznego i intelektualnego zawdzięcza ten kraj nie tyle importowi głośnych sprawdzonych mózgów, co bezimiennej pracy rozbitków?

- Musisz się od razu dobrze ustawić - peroruje Mahnaz z sekcji arabskiej. - Jak Charles się zorientuje, że umiesz więcej od niego, poleci do szefowej. I powie na przykład, że nie znasz dość dobrze angielskiego albo dziesiętnego systemu katalogowania. Albo że rozmawiasz ze swojakami w czytelni słowiańskiej. Moja Betty to idiotka. Nawet nie próbuję jej tłumaczyć, że Persowie nie są Arabami. Udaję głupszą, niż jestem. Ale co mam zrobić? Mój mąż zbija skrzynki na owoce, w poprzednim życiu był poetą. Sypia tu z jedną starą babą, daje mu prezenty pieniężne. Przecież nie wrócę do Iranu. Nie zniosłabym tego, żeby straż rewolucyjna sprawdzała, czy aby człowiek, z którym idę ulicą, jest moim ojcem, mężem lub bratem. Te sto dolarów starcza mi na komorne, mieszkam z dwiema dziewczynami. A na resztę wyciągam sprzątaniem. U Charlesa też.

Niestety, Charlesowi podpadam już po dwóch tygodniach. Żona Charlesa rodzi przedwcześnie bliźnięta, na biurku rosną stosy "nie odprawionych" woluminów. Wróci niedospany, skołowany - co mi szkodzi, machnę to za niego! Po powrocie z trzydniowego urlopu Charles robi awanturę: to nie twój biznes, jak śmiałaś! Mahnaz wyjaśnia:

- Przecież to tak, jakbyś na głos powiedziała: ludzie, a ja bez żadnych kursów doszkalających potrafię zrobić to wszystko co specjalista! Zrozum, dziewczyno - tu nikt ci nie wierzy, że naprawdę wracasz do siebie za dziesięć miesięcy, że nie czyhasz wcale na stołek tego bubka. Oni nie pojmują zupełnie powodów, dla których ludzie nie chcą żyć tam, gdzie się urodzili. Ale tak samo nie pojmują, jak można z własnej, nieprzymuszonej woli chcieć opuścić Ziemię Obiecaną. Jakże to - wracać do jakiegoś małego kraju, gdzie jest bieda, gdzie nie ma tylu wspaniałych rzeczy, gdzie wojna wisi nad karkiem, gdzie nigdy nie zreformowano religii, gdzie musi się mieszkać i jeździć do pracy w tłoku?

Tubylczy personel nie pojmuje też, jak można wdawać się w rozmowy z nawiedzonymi. Rozbitek Numer Dwa często nie może się doczekać, aż na półkach pojawi się najświeższe "Vil'ne Słovo", "Svoboda" i "Suczasnist". Zagląda przez drzwi, dopytuje, pomaga nieść.

- On jest kompletnie crazy - surowo nadmienia personalna - i możemy ci, Tyreza, pomóc, bo przecież nie ma powodu, żeby cię tu ciągle nachodził.

- Wyobraź sobie - dodaje Charles - w starym katalogu ten facet pozaznaczał przy autorach, który hrabia, który książę, który duchowny, a teraz - ha, ha - pisze jakieś dzieło. Pewnie z alchemii albo heraldyki. W ogóle to całe towarzystwo, co przesiaduje w czytelni czasopism, to istny dom wariatów. Czekają od rana na swoją porcję gazet, jakby od tego zależały losy świata. Całe szczęście, że już są na emeryturze. Czy ty sobie wyobrażasz, co myśmy tu z nimi mieli, dopóki pracowali? Ciągle się kłócili o jakichś generałów, o jakieś przedpotopowe sprawy. Pouczali czytelników. Nie umieli rozwiązać żadnego konfliktu z podwładnymi. I zamiast robić swoje, wpychali nos w książki. W czasie godzin służbowych!

- Czekamy na gazety od rana - mówi Rozbitek Numer Cztery - bo niby co mamy ze sobą począć. Andrij pisze bibliografię wołyńską, ja artykuł o Sołowiowie na sympozjum w Paryżu. Nie pojadę tam zresztą, bo nie mam za co. Na sympozja to stać profesorów. Ktoś tam za mnie tego Sołowiowa przeczyta. Takich jednak zajęć na cały dzień nie wystarczy. Tu nie ma nic dla ducha poza biblioteką. A rezerwaty są tylko dla Indian. I tak nie można narzekać, o, tam pod oknem, widzi pani, to nasz Żydek z Leningradu. Syn go ściągnął dwa lata temu. Ten dopiero miejsca nie może sobie znaleźć, wszystko mu dziwne, nawet synagoga. W domu nie może się z nikim dogadać - powiada. Synowa woła: "Zakrojtie windowuszki, a to czildreniata zasykujut", po jakiemu to, pyta mnie. Rozumie pani, zamknijcie okna, bo dzieci zachorują, wasi też pewnie mówią takim koszmarnym żargonem, pół po swojemu, pół po angielsku. Płacze, no ale wrócić nie może. A tamten obok to Hungar - widzi pani, i mnie to nie omija - z żoną Słowaczką, córki im uciekły do Kalifornii, do takiej sekty, scjentologia się nazywa. Oni piszą traktat o odrestaurowaniu monarchii habsburskiej. Coś jednak w tym jest. Czy nie uważa pani, że w naszych stronach było to jednak historycznie najlepsze rozwiązanie? I tak życie biegnie. Kościół? Raz w miesiącu przyjeżdża Pop ze stolicy stanu, to mamy nabożeństwa u Karola Boromeusza. Swoją drogą, jakie to dziwne - jak byłem mały, chodziłem tłuc szyby katolikom. Przejechałem tyle kilometrów i teraz się u nich modlę. Jak pani myśli, czy te różnice doktrynalne są nieważne? Czy może tylko tutaj wszystko wydaje się nieważne?

Z rozbitkami można o wszystkim. O Habsburgach i Romanowych, o narkotykach i ajatollahu, o ostatnim przemówieniu Reagana i wpływach jezuitów na szkolnictwo. Żadnej "small talk", nawet jeśli kontakt trwa parę minut, Niegasnąca ciekawość świata i uparte poszukiwanie w nim sensu, stąd tak irytująca tubylców skłonność do uogólnień:

- Słyszałem, że studiowała pani w Vassar College?

- Taaa, studiowałam. Jednakże zimno dziś, prawda?

- I jakie pani odniosła wrażenia?

- W porządku.

- Ale to przecież dość niezwykła uczelnia?

- Taaa, tak mówią. Czy próbował pan nowej restauracji koreańskiej?

- Czy naprawdę ekskluzywna? Czym się różniła - od naszej na przykład?

- Nie wiem, przecież tu nie studiowałam.

- Wie pani, stopień rozziewu między szkołą przeciętną a elitarną jest miarą demokratyzacji, dlatego mnie to interesuje.

- To pan jest socjologiem, politologiem?

- Nie, biochemikiem. Ale...

- Ach, rozumiem, takie hobby. Prześlę panu kiedyś biuletyn Vassaru. Czy nie uważa pan, że w tym drinku jest trochę za dużo cytryny?

- Zawsze się zastanawiam, dlaczego wy, Amerykanie, nie umiecie. niczego opowiedzieć. Czy to może wpływ telewizji, czy...

- Bardzo przepraszam, ale mój mąż już wychodzi. Proszę pójść do Instytutu Rozwoju Mowy, mają tam dobrych specjalistów i ktoś zapewne panu to wyjaśni...

Syn Rozbitka Piątego irytuje się wraz z absolwentką Vassaru. Ojciec zawsze tak się kogoś uczepi. Trzeba wreszcie umieć się dostosować, no ale on nie potrafi. Matka też.

- Czy ty wiesz, co oni robią całymi nocami? Prowadzą dyskusje O polityce. I kłócą się. Co za bzdury! Ich świat przeminął i nie wróci, powinni to w końcu zrozumieć. Co to ma za znaczenie, z kim należało trzymać i przeciw komu? I mnie, i mojemu rodzeństwu wszystko jedno, czy to Witold był bohaterem, a Władysław zdrajcą, czy odwrotnie, i czy to wy, Polacy, nas wynarodowiliście, czy my sami żeśmy się wynarodowili. Albo ta heca z kapeluszem kardynalskim - jest się czym ekscytować? Czysty gest, no a liczą się przecież tylko fakty. No jasne, oni też tak mówią - że starych drzew się nie przesadza. To wymyślił jakiś niewolnik dla innych niewolników. Powinni się cieszyć, że znaleźli się w miejscu, gdzie możesz wszystko, gdzie nic i nikt nie może ci powiedzieć: dotąd tak, a dalej nie. Że co? Dostosowanie jako forma niewolnictwa? Nie rozumiem. To jakieś abstrakcje, ja, wiesz, lekarz jestem i znam się tylko na sprawach konkretnych. Nie, moich dzieci litewskiego nie uczyłem, nie chcę, żeby miały garba, wystarczy, że ja miałem...

Na warszawski bruk spadają dwa listy bożonarodzeniowe. Od syna Rozbitków barwna pocztówka z ostrokrzewem i powielony arkusik: Drogi przyjacielu rodziny Bradunasów. Składamy ci serdeczne życzenia Wesołych Świąt i donosimy, co zdarzyło się w ciągu minionego roku. Jurys zakończył staż specjalizacyjny i rozpoczął pracę w nowo otwartej klinice geriatrycznej. Na wiosnę wygłaszał swój referat na kongresie w Szwajcarii, co pozwoliło mu na krótki odpoczynek i jazdę na nartach. Ponieważ George poszedł już do szkoły, Maryte próbuje swych sił (z wielkim powodzeniem) jako dziennikarka, nie zarzucając jednak starych zajęć: dwa razy w tygodniu prowadzi drużynę skautek. Linda bardzo wyrosła. Wybrano ją w szkole Dziewczyną Roku. Za pieniądze zebrane w ciągu lata wyjeżdża wkrótce na obóz do Maine. Na zakończenie informujemy, że od lipca przeprowadziliśmy się do nowej siedziby. W następnym liście przekażemy jej fotografię. Nasz obecny adres... Od ojca - Rozbitka wcale nie obszerniej. Ale inaczej: Droga Pani. Ludzki komputer czasem migawką przesunie znajome postaci minionego czasu. Czasem wyłapię taką migawkę, na której widzę Panią. W moim osobistym życiu nic nie zaszło. Czytam teraz reportaże z procesu w Toruniu. Pamiętam to miasto z 39 roku. Na fortach stał starszy sierżant i głośno wołał: poszliśmy na całym froncie naprzód! Kiedy spytałem, dlaczego tak dużo niemieckich samolotów w powietrzu, powiedział: zbombardowaliśmy wszystkie niemieckie lotniska i nie mają gdzie usiąść. Ciężko mi pisać po polsku. Pewnie dostałby dwojaka z ortografii. Z okazji Bożego Narodzenia życzę waszej rodzinie wszelkich błogosławieństw. A Jagiełło Władysław jednak zdrajcą był. Niech Pani to jeszcze raz przemyśli, obiektywnie i nie czyta opracowania Wielhorskiego. Po owocach ich poznacie je, napisano w Biblii. Inaczej myślimy ahistorycznie.

 

U ŚWIĘTEGO PAWŁA

Protestanta - pisze Werner Stark - dzieli od katolika przepaść; przepaść odruchów emocjonalnych i intelektualnych, których nie da się wywieść z realnie istniejących różnic w doktrynach. U jednych - atomistyczna wizja świata i społeczeństwa (każdy sobie rzepkę skrobie), pragmatyzm, ewangeliczna Marta jako wzorzec postępowania. A także brak szacunku dla tych, którym się nie udaje. Optymizm. Silna wiara w niewyczerpane możliwości człowieka. Nieufność wobec wszelkich autorytetów. U drugich zaś - koncepcja organicznej wspólnoty, która jest czymś więcej niż sumą jednostkowych wysiłków. Uduchowiona Maria i cnoty pozautylitarne. Skłonność do mistycyzmu oraz kontemplacji, zwłaszcza przyrody jako niewątpliwego dzieła Boga (cywilizację stworzyły istoty immanentnie ułomne). A także pełna podziwu bojaźń wobec szalonych i ubogich (res sacra miser), która hamuje zapędy dobroczynne. Przekonanie o przyrodzonej nierówności talentów. I skłonność do ulegania charyzmatycznym przywódcom - nie przypadkiem najbardziej oporne na wszelkie totalne ideologie okazały się kraje, w których w porę zreformowano religię.

Czy Stark był kiedykolwiek na Midweście? Ciekawe, jak nazwałby to, czym raczą wiernych tutejsze parafie rzymskie. Sprotestantyzowany katolicyzm? Podkatoliczony protestantyzm? Czy wynika to z entuzjastycznej adaptacji do wskazań przełomowego soboru? Czy też odwrotnie, to sobór wyrósł z nacisku Midwestów? Parafia nasza mieści się w płaskim, niewysokim budynku (skąd to jest - "strzeliste wieże symbolem wzniosłości"?) otoczonym potężnym parkingiem. Gdyby nie skromny krzyż nad wejściem, można by go łacno wziąć za bank, biuro notarialne czy zarząd spółki akcyjnej. Nosi miano Katolickiego Centrum Świętego Pawła. I rzeczywiście, jest bardziej ośrodkiem ożywionej działalności społecznej niż świątynią. Nie może przecież pozostać w tyle za metodystami, luteranami, anglikanami, adwentystami Dnia Siódmego, Pierwszym Zjednoczonym Kościołem Chrystusowym, Wspólnotą Agape, Apostolskim Przylądkiem Dusz, baptystami, Wiarą Pięcioksiągu, Drugim Zreformowanym Kościołem Chrystusowym - i kto by tam jeszcze zliczył. Oficjalnie w naszym mieście - dwadzieścia tysięcy mieszkańców - zarejestrowano czterdzieści dwa wyznania.

Każdej niedzieli wierni zbierają się po mszy przy kawie i pączkach w przestronnej parafialnej świetlicy. Proboszcz ż wikarym promenują od grupki do grupki, ściskając ręce, prawiąc żarciki, komplementując, zachęcając. W przyległej sali dzieci grają w bilard i gry elektroniczne. Co chwila przypomina się zgromadzonym o najbliższych imprezach, choć każdy i tak dzierży w ręku ulotkę (rozdawaną przy wejściu wraz z programem mszy) o przewidzianych na dany tydzień "aktywnościach". Zebranie Rycerzy Kolumba, wtorek szósta wieczorem. Obiad parafialny, sobota wieczór w małej świetlicy. Menu: smażone kurczęta, spaghetti z klopsikami, ciastka orzechowe. Dochód przeznaczony na Stowarzyszenie Prawa Do Życia. Bilety przy wejściu, dorośli 4 dolary, dzieci 1 dolar. Zniżka o połowę, jeżeli dokona się rezerwacji u Kitty Lanfus, telefon 335-2365. Koncert muzyki religijnej w wykonaniu grupy studenckiej Ciało Chrystusa, środa o ósmej wieczorem. Dochód na stanowy Dom Weteranów, wstęp 2 dolary. Czwartek, dziesiąta rano, sprzedaż domowych wypieków na fisharmonię do sali katechetycznej. Czwartek po południu, aukcja odzieży i sprzętu domowego, zapewniamy babysitterów dla najmłodszych. Dochód na wyrównanie inflacji katechetom. Piątek, szósta wieczorem, prelekcja pastora Bowersa o misjach w Zimbabwe. Wspieraj ducha ekumenicznego, zamów bilety już dzisiaj. Zebranie założycielskie zespołu koszykówki, termin do ustalenia. Zadzwoń do Steve'a Evansa, telefon 337-5481. Spotkanie Grupy Modlitewnej, sobota, czwarta po południu. Dołącz do nas, dziel z nami prawdziwie chrześcijańską radość. Po modlitwie jednoczymy się przy napojach i biszkopcie.

I jeszcze trzeba wypełnić Kartę Czasu i Uzdolnień. Imię, nazwisko, adres, imiona rodziców, data urodzenia, miejsce pracy, imiona i wiek dzieci, zainteresowania, wykształcenie. Zakreśl odpowiednią rubrykę: chcę być sponsorem kogoś, kto zamierza przystąpić do naszego kościoła. Chcę śpiewać lub grać na instrumencie w czasie liturgii. Chcę być łącznikiem między chórem parafialnym a szkołą muzyczną. Chcę być katechetą. Chcę zbierać pieniądze na tacę. Chcę być ministrantem. Chcę pomagać w nadzwyczajnych nabożeństwach. Chcę pomagać w sprawach socjalnych (kawa i pączki). Chcę należeć do Komitetu Sztuki i Dekoracji. Chcę przygotowywać narzeczonych do małżeństwa. Chcę witać wiernych w przedsionku. Chcę pobierać opłaty za parking. Czasem wolnym dysponuję w godzinach..., w każdy... i... Własnoręczny podpis, telefon.

Nie inaczej wygląda to w innych parafiach. Jeżeli się czymś święty Paweł wyróżnia, to jakby nieco mniejszą troską o publicity. Rzadko trafia do miejscowej gazety. W sobotnim wydaniu - bite 16 stron - dwie zajmuje "Religia". Poszczególne wyznania zamieszczają tam... obwieszczenia? inseraty? reklamy? Na przykład: Witaj w Pierwszym Zjednoczonym Kościele Chrystusowym! Duch współuczestnictwa. Entuzjastyczne studia nad Biblią. Bezpłatny transport na nabożeństwa. Albo: Baptyści zapraszają do wewnętrznego odrodzenia w świeżo odnowionej kaplicy. Odczyty wielebnego Ryana Bidwella, doktora psychologii z Uniwersytetu Cornell.

Może proboszczowi od świętego Pawła celibat stoi na zawadzie? Bo obowiązkowo musi być fotografia pastora z pastorową, oboje młodzi, uśmiechnięci, tacy sami jak inni. Czy starsi duchowni pracują tylko po wsiach? Czy może fotografują się tylko wikarzy? Dzieci, przeglądając gazetę, zapytały raz: a z jakiego to serialu? Bo pani pastorowa była w mocno wydekoltowanej sukni.

Czekało się kiedyś na przystanku autobusowym na grupę "zaangażowanego laikatu", jadącego na rekolekcje do podwarszawskich Lasek. Małgorzata powiedziała: To na pewno te kobiety pod wiatą. Zaraz można je rozpoznać. Ta ostentacyjna szarość i schludność ubioru. Ciemne kostiumy i wypucowane półbuciki na płaskim obcasie. Te okularki i proste włosy u panienek, koczki u pań. Te twarze, jakby wyszorowane ługiem, jasne, przejrzyste, bez cienia szminki. Niezawodne znaki.

Midwestowy laikat, znacznie prężniejszy i liczniejszy - przy mszach asystuje co najmniej kilkunastu świeckich, nie licząc chóru - nosi się bez ascezy. Albo kompletny luz (imperatyw wygody), albo: błyszcząca, odświętna barwność. Jedni młodzi ludzie czytają więc lekcję w dresach, inni w koszulach z żabotem i plisami. Katechetkami są (ostatnią zakonnicę widziano tu dwa lata temu; przyjechała z Marylandu kwestować na zgromadzenie) hoże, trzydziestoparoletnie matki i żony. W dżinsach i flanelowym wdzianku. Albo w tafcie, prunelkach, loczkach. Przed kamerami telewizyjnymi - audycja "Społeczne role kobiety" - prezentują uśmiechy aktorek estrady. Wśród studentów i studentek rozdających komunię zdarzają się szorty z podkoszulkiem. Zdarza się i kwiecista spódnica do ziemi.

Poprzedni pleban, zesłany po trzydziestu latach pracy do małej osady za opór wobec zmian, zwykł był podobno jeszcze nosić w świątyni sutannę. Jego następca, ojciec Sim, sprawuje Ofiarę w ornacie z bawełny w kratę, spod którego wystają czerwone adidasy. To już nie importowany, przesądny Irlandczyk, lecz - jak dowiadujemy się w kazaniu inauguracyjnym - "miejscowy chłopak". Nie ma życia bez tolerancji, jak sami dobrze wiecie. W sprawie seksu przedślubnego, rozwodów i tak dalej różnimy się nieco od naszego biskupa. I nasze Centrum otwarte jest dla wszystkich, którzy zechcą się przyłączyć!

- U świętego Karola Boromeusza i u świętego Jana jest jeszcze bardziej postępowo - informuje szeptem w czasie mszy zaprzyjaźniony Japończyk.

W domu otwieramy Miłosza, gdzie smętny cytat z Eatona: "duchowni... wyobrażają sobie, że chrześcijaństwu wolno będzie przetrwać, jeśli okaże się pożyteczne społeczeństwu, to jest, jeżeli będzie wychowywać wiernych na lepszych obywateli, rzetelniejszych podatników, i gotowi są wyrzec się wszystkiego, co trąci zaświatowością, metafizyką i zabobonem".

Toteż u świętego Pawła nie ma zabobonów. Procesji, pasterek, nabożeństw różańcowych. Święcenia jajek i gromnic, wianków, obrazków, medalików. Nikt nie posypuje głów popiołem, nie macha z zapałem kadzidłem, nie dzwoni na Anioł Pański. Nie pali świec, nie wywiesza świętych obrazów. Drogę Krzyżową zdjęto jeszcze za starego proboszcza; nie pasowała do odnowionych ścian. Duszpasterz zaś odgrywa na zmianę dwie role: już to energicznego menażera swej gromady, już to wykonawcy jednoosobowego show. Nie straszy, nie grzmi. Tu dowcip, tam anegdota, ówdzie statystyka, dla okrasy element autobiograficzny:

- W dzisiejszym Słowie Bożym przeczytaliśmy, bracia i siostry: bo któryż większym jest? Ten, co siedzi, czy ten, co służy? Wszyscy znamy odpowiedź. Mnie udzielił jej tata, gdy brałem w skórę za wylegiwanie się na kozetce. Można by rzec, odpowiedź na miarę pytającego (salwa śmiechu). Tak, wszyscy wiemy, jaka jest odpowiedź. Ale co z tego? W zeszłym miesiącu Rada Miejska wystosowała apel o ratowanie śródmieścia. I czy okazaliśmy się gotowi służyć? Gdybym był Radą Miejską, choć na szczęście nie jestem (salwa śmiechu), wziąłbym się na sposób mojego taty (salwa śmiechu). Uszy nasze słyszą, ale serca nie. To dobrze, że mamy nowy, wspaniały pasaż handlowy we Wschodniej Dzielnicy. Cóż jednak powiemy, gdy wokół ratusza zrobi się pusto? Gdy znikną małe sklepiki tych, którzy w naszym mieście osiedlili się najwcześniej? Gdy stare budynki rozwali spychacz? Trzeba ratować nasze historyczne tradycje. Pomyślmy o tym już teraz, zanim oddamy się zasłużonemu, niedzielnemu lenistwu (salwa śmiechu). Złóżmy ofiarę na tacę, zastanówmy się nad projektem jej pomnożenia. Wszelkie pomysły zbierać będzie Ron Schmidt, telefon 334-8929. A teraz módlmy się za naszych braci ze śródmieścia. I za nas samych, byśmy znaleźli siłę do służby.

Parafianie radośnie wymieniają "znak pokoju" - uścisk ręki, rodziny i młodzież całują się. Cały kościół rusza do komunii. Chór intonuje "America the Beautiful", dziękczynny hymn mieszkańców Ziemi Obiecanej. Tylko w ostatnich rzędach nikt nie kwapi się do sakramentu. Są tam jeszcze zgięte kolana, książeczki z obrazkami, różańce, bicie się w piersi, czarne chusty na głowach kobiet. To ci, co jeszcze noszą medaliki i ubierają dziewczynki do Pierwszej Komunii w białe sukienki. Meksykanie, Włosi, Portorykańczycy, Polacy, Filipińczycy - pierwsza generacja emigrancka. Ich dzieci będą się już czuły pełnoprawnymi obywatelami.

Co zrobić ma tu ktoś, kto czuje się grzeszny i niegodny?

- Gdzie oni się tu spowiadają? - pytam smagłego staruszka z ostatniego rzędu.

- Zaraz przy wejściu, moje dziecko, są konfesyjne boksy. Musisz najpierw zamówić się telefonicznie u wikarego. Ale... - staruszek chce coś jeszcze powiedzieć. Chwilę porusza bezradnie wargami, w końcu macha ręką.- Sama zobaczysz, moje dziecko, co ja ci będę mówił.

Konfesyjny boks okazuje się maleńkim pokoikiem. Pośrodku stół z dwoma krzesłami i ojciec Pat w cywilu, może stułę trzyma w szufladzie?

- Witam, witam parafiankę. Wspaniały dziś dzień, prawda? Jak się nazywasz? Czy byłaś na ostatnim obiedzie parafialnym, Tyreza? No i jakie masz wrażenia? Widzę, że coś cię trapi (przyklękam). Ależ nie, nie, siadaj proszę. Skąd przyjechałaś? Czy studiujesz? Aha, no to zapraszamy cię do jakiejś aktywności, może zechciałabyś pomóc przy rozdawaniu chleba i wina? No, to może w Radzie Pomocy Samotnym i Rozwiedzionym? Trzeba przecież mieć jakiś pomysł na życie (który już raz to słyszę; czy tu nie da się po prostu żyć?), bierność wypacza charakter. No a teraz, gdy pierwsze lody zostały już przełamane, powiedz mi, czy to jakieś przestępstwo? Pamiętaj, rozmawiasz z przyjacielem. Jestem tu po to, żeby ci pomóc. Więc czym zgrzeszyłaś (przyklękam ponownie)? Ależ nie, siadaj, pewnie nie zetknęłaś się dotąd z nowym rytem konfesyjnym. Więc czy to jakiś ciężki problem z mężem? Wszyscy jesteśmy słabi i każdy może zboczyć z drogi. Każdy ma kłopoty. A ja jestem tu po to, żeby ci pomóc. Ach, to. Drobiazg zupełny. Módl się do naszego Pana (przyklękam po raz kolejny), ależ nie, wstań, proszę! Na drugi raz wyznaj to na początku mszy po cichu, wystarczy. Czy naprawdę nie mogłabyś partycypować w pracach rady? No to do zobaczenia. I trzymaj się!

Więc to dlatego państwo N-scy jeżdżą ze swymi grzechami aż do Chicago, do polskiej parafii. Ale gdzie jeździ reszta z tylnych ławek? I czym właściwie kierują się owi dojrzali ludzie, których tak często przedstawia się na początku mszy w następujący sposób: to taki a taki, studiuje to a to, pracuje w firmie takiej a takiej. Zdecydował się przyjąć chrzest katolicki. Rodzicami chrzestnymi będą tacy a tacy. Po mszy taki a taki przyjmować będzie gratulacje w świetlicy, dołączamy się do jego radości! Co oznacza dla nich katolicyzm? Może religię wybiera się tu tak jak gatunek płatków śniadaniowych czy proszku do prania - żadnych istotnych różnic, decyduje opakowanie?

Ciekawe, że nawet te szczątkowe znamiona rzymskokatolickości, jakie ostały się na Midweście, nie mają "dobrej prasy". Obecny papież uchodzi za uosobienie "konserwatyzmu" i "prowincjonalizmu". Coraz to ktoś dziwuje się publicznie -. podobno każe wracać do noszenia sutanny! I mycia nóg starcom! Lepiej by rozdał skarby watykańskie. I założył porządny przytułek. Fanatykiem religijnym w filmach jest zawsze osoba modląca się pod krucyfiksem (protestanckie krzyże są - jak wiadomo - pozbawione postaci Chrystusa). Magazyny kobiece drukują uparcie żale teolożek feministek, złośliwie odsuwanych od kapłaństwa. Proponują one, by zmienić święte teksty - nie: "Ojcze Nasz", lecz "Ojcze lub Matko Nasza"; nie: "Niech będzie pochwalone imię Jego", lecz "imię Jego lub Jej". Niektóre panie same odprawiają msze - módlmy się teraz za nasze siostry, które właśnie przeżywają poród, menstruację i poronienie - i reportaże z tych obrządków zatytułowane są "Złamanie zmurszałej bariery". Albo "Promień światła w lamusie". Gazety codzienne gustują w opisach samowoli biskupów. Jeden ośmielił się przenieść proboszcza na nową placówkę wbrew opinii wiernych. Inny nakazał parafii, by przyjęła do siebie zgromadzenie zakonne, które nie cieszy się popularnością. Jak gdyby hierarchie istniały tylko u katolików. Co jeszcze ciekawsze, choć to "wolny kraj", nie podaje się nigdy argumentów strony przeciwnej. I nigdy przedmiotem nieżyczliwych komentarzy nie są osobliwości innych wyznań, z islamem włącznie.

Ostatnim przebojem prasowo-telewizyjnym stała się sprawa zakonnicy, która w społecznikowskim zapale przystąpiła do Charytatywnej Rady Stanowej, dokonującej między innymi podziału funduszy na bezpłatne aborcje. Przełożeni duchowni zażądali od niej zrezygnowania z pełnionej funkcji. Siostra rozwodzi się szeroko nad wolnością sumienia, prawami konstytucyjnymi, sytuacją kobiety. Szczególnie gniewa ją dodatkowy nakaz noszenia habitu.

Smażymy z Alicją list do naszej popołudniówki: to zupełnie zrozumiałe, że Iksińska ma ochotę pracować społecznie, że współczuje kobietom, uważa sztuczne poronienie za mniejsze zło, habit za strój średniowieczny i niewygodny, a decyzję przełożonych za oburzającą. Nie rozumiemy tylko jednej rzeczy - dlaczego Iksińska ma jednocześnie ochotę być katolicką zakonnicą?

Listu oczywiście nie drukują.

 

ZŁOTA JESIEŃ

Ciotka Jadzia, siostra babki, wyprawiła pochówek trzeciemu mężowi w Kalifornii i wsiadła do "Kopernika". Wylądowała u siostrzenicy, w tej samej podbiałostockiej wsi, którą opuściła via Hamburg w parę lat po pierwszej wojnie światowej. Zbiera teraz chrust, rżnie zielsko dla świń i chwali sobie. Rodzinną młodzież z pokolenia wnuków, wybierającą się na saksy za ocean, obserwuje nie bez pewnego rozbawienia. My tam, a ciocia tu. Dlaczego? Nie wytłumaczę wam, dlaczego, moi drodzy. Sami zobaczycie. Boże broń spędzać tam stare lata.

Po paru miesiącach pobytu na Midweście oglądamy w TV serial "Wiatry wojny". Obecny odcinek dzieje się gdzieś na "peryferiach" Europy. Kowal w łapciach reperuje zepsuty samochód bohatera. Spragnionemu czyjeś ręce podsuwają kubek z mlekiem od krowy; przez chwilę miga na ekranie pomarszczona twarz w chustce.

- A gdzie tu w Ameryce są babcie? - pyta Młodsze.

Rzeczywiście, na Midweście nie ma babć. Są tylko starsze panie, które dotrzymują kroku: spodnium, kunsztowna fryzura, staranny makijaż. Nie prowadzą nigdy nikogo małego za rękę i nikogo o nic nie proszą. Nie widać ich pod szkołą ani pod przedszkolem, ani pod żadnym z kościołów. Podjeżdżają za to masowo wozami pod "Centrum Seniora", gdzie pod kierunkiem instruktorów można wprawiać się w "twórczym pisaniu" (każdy może być poetą), w ekonomii i algebrze (na naukę nigdy nie jest za późno), w sztuce i rzemiośle (dochód z kiermaszu wyrobów na cele municypalne), a także w relaksacji, gimnastyce szwedzkiej, grze na pianinie, tańcach ludowych i gotowaniu (poznaj kuchnię libańską).

Gdzie znikają po zajęciach? W wieżowcach ani jednej osoby powyżej lat pięćdziesięciu, no ale to są przecież hotele dla wędrowników, dla małych rodzin z nieletnim potomstwem. W znajomych domach jakoś nie mówi się o trzeciej generacji. Zajrzyjmy do nekrologów w gazecie: jedynie jakieś 20 procent tubylców w wieku poprodukcyjnym umiera we "własnej rezydencji". Reszta dożywa swej statystycznej osiemdziesiątki w różnorakich placówkach opiekuńczych. Na przykład: John Calabrese, urodzony w 1899 roku w Lorraine, Ohio, zmarł w czwartek rano w zakładzie "Przyjazne Serce" w Ellestville. Emeryt U.S. Steel Corporation, weteran wojenny. Pożegnanie odbędzie się w poniedziałek o piątej po południu w domu pogrzebowym Harrisa. Celebrować będzie Clive Newton ze Zreformowanego Kościoła Zielonoświątkowców. O czym zawiadamiają synowie Ralph z Elletsville, David z Rain Fali, Idaho, James z Lorraine, córki Robertowa Simons z Elletsville, Frankowa Rogers ze Spencer, wnuki, prawnuki. Przyjaciele rodziny mogą dzwonić między dziesiątą rano a południem do domu pogrzebowego.

Starców nie "wsadza" się tu do przytułku; w stosownej chwili sami decydują się na jakieś "Babie Lato", "Spokojne Schronienie", "Przystań" czy "Gościnne Ognisko". Bo jeśli wierzyć reklamom, jest to "koniec kłopotów. Bez zmiatania liści i uprzątania śniegu przed domem. Bez schodów i śliskich podłóg. Pełna, kwalifikowana opieka medyczna i psychologiczna. Rozległy teren, możliwość rekreacji fizycznej. Dobra, domowa kuchnia. Oddzielne pokoje dla samotnych i małżeństw". Czemu jednak John Calabrese nie umiera w "rezydencji" syna lub córki?

Nancy, sekretarka w dużej, babskiej instytucji, ma poważne zmartwienie. Musi odesłać ojca z powrotem na Florydę. Podczas dorocznej wizyty rozchorował się, trzeba było operować. Przewiezienie taty karetką na lotnisko (jest dopiero dziesięć dni po zabiegu) to prawie jedna trzecia pensji, a przecież są jeszcze raty za dom, samochód, no i babysitter dla małego. Koleżanki współczują, któraś inicjuje natychmiast składkę, dorzucam i ja parę groszy do pudełka po pinezkach. Ile macie pokojów, Nancy? Pięć na troje to przecież sporo... A ojciec ma żonę czy jest wdowcem? Wdowcem? No to właściwie dlaczego nie zostanie u was?

- No, coś ty. Przecież każdy wie, że rodzice zawsze, chcąc nie chcąc, psują małżeństwa swoich dzieci. I rozpuszczają wnuki. Czy ty nigdy nie czytałaś nic z psychologii?

Rayowi skończyło się stypendium doktoranckie. Zabrać się do mycia okien czy sprzątania, to tracić bezcenny czas. Co za pech! Lektury zaliczone, cała koncepcja w głowie, tylko siadać i pisać, a tu nie ma na komorne. Jechać do matki w Iowa?

- Z byka spadłaś, Tyreza. Co mnie łączy z matką? Absolutnie nic. Ma do mnie pretensje, że nie przyjechałem na pogrzeb dziadka. To był dla mnie kompletnie obcy człowiek. Nawet nie wiem, czy gadałem z nim choć raz, odkąd poszedłem do szkoły. On nigdy nie nauczył się języka, coś tam mamrotał po swojemu pod nosem. Matka prowadzi sklep, a ja chcę pisać książkę. I będzie mnie chciała zdominować. Skąd ja to wiem? No, nie żartuj sobie. Takie są wszystkie matki. Czyście wy tam w tej Polsce nigdy nie słyszeli o normalnym rozwoju osobowości, o tym, że musi się wyrosnąć z rodziców? Syn rozwódki Ewy idzie do college'u w sąsiednim stanie. Czy nie lepiej, żeby studiował tu, na miejscu, przecież wypadłoby to taniej?

- No, wiesz, toby się dopiero z niego śmiali koledzy. Przecież on ma już szesnaście lat! Nie wypada, żeby chłopak w tym wieku trzymał się maminej spódnicy. To u was nianczy się dzieci w nieskończoność? Poczytaj trochę specjalistów, to zrozumiesz, jak bardzo jest to szkodliwe. Nie mówiąc już o tym, że mieszkać z dorosłym synem to krępujące.

Bożonarodzeniowy obiad u dyrektora szpitala. Po deserze teściowie zamawiają taksówkę.

- Widzi pani, mąż ma jaskrę i nie może już prowadzić, a Gene ma przecież prawo napić się trochę przy święcie. 1 tak płaci za nas jedną trzecią kosztów pobytu. Córka nie pracuje, tak, ale... my jesteśmy kłopotliwi, mąż niedowidzi, a ja choruję na żołądek. Pani nie jest stąd, no tak, widzi pani, u nas nie jest przyjęte mieszkać razem z dziećmi. Niech pani poczyta sobie o potrzebie prywatności; to bardzo ważna potrzeba.

Czytajmy więc, co mówią specjaliści. Z rubryki "Serce w rozterce": Droga Anny Landers. Mam problem, który ogromnie mnie stresuje. Skończyłam właśnie osiemnaście lat. Rodzeństwo już dawno wyszło z domu i ja bym też chętnie to zrobiła, ale nie mogę. Wszystko przez ojca. Przestał kochać mamę i szuka emocjonalnego wsparcia u mnie. Próbowałam wszystkiego, żeby czuł się lepiej, i teraz wpadłam w pułapkę. Matka złości się na mnie i uważa, że jestem winna ich złemu pożyciu. Poznałam człowieka, który mnie kocha. Ojciec lamentuje i prosi, żebym z nim zerwała, bo czuje się samotny. Upiera się, że mam także jakieś obowiązki wobec niego. Co robić? Droga Amy. Musisz natychmiast wynieść się z domu, żeby to nawet miało oznaczać noclegi na kanapce u znajomych. To, co robi twój ojciec, nazywa się po prostu "szantażem". Potrzebujesz oparcia w swoich problemach. Zajrzyj do książki telefonicznej pod "Zdrowie psychiczne". Albo może twój lekarz wskaże ci kogoś odpowiedniego. W każdym razie pakuj natychmiast manatki. Żadnych pożegnań. Zostaw karteczkę i w drogę!

Na sąsiedniej szpalcie doradza doktor Lamb: Drogi doktorze. Oboje z żoną mamy po siedemdziesiąt lat. Pomimo leczenia Dorothy czuje się źle. Cierpi na egzemę, kołatania serca i infekcję pęcherza. Opiekuję się nią sam i nie wiem dokładnie, jak podawać "Imenit". Dotty uważa, że powinna zażywać go stale, ja zaś nie umiem zdecydować. Drogi panie Hunt. "Imenit" ma działanie bezpośrednie, najsilniejsze po dziesięciu minutach. Wolno go stosować jedynie sporadycznie. Potrzebuje pan pomocy, jest to sytuacja zbyt ciężka, by borykać się z nią w pojedynkę. Radzę porozmawiać z krewnymi i asystentem społecznym. Stan żony wymaga starannej opieki, jaką mogą zagwarantować jedynie stosowne instytucje.

"Potrzebować pomocy" znaczy tu: potrzebować fachowca, który zdejmie sprawę z głowy. Zdumiewające, jak doszczętnie zaawansowany podział pracy odebrał tym potomkom pionierów chęć radzenia sobie własnymi siłami. Oto na przykład grupa studentów zamarza w górach 600 metrów od hotelu. Dlaczego nie próbowali wrócić? Bo czekali na helikopter. Niemowlę sąsiadów dostaje drgawek wskutek wysokiej gorączki. Dlaczego nie przyłożycie mu chłodnych kompresów? Czekamy, aż zadzwoni nasz pediatra. Louanna ma pewność, że mąż ją zdradza. Dlaczego milczy? Musi poradzić się swego psychoanalityka, który jeszcze nie wrócił z urlopu. W salonie Nugentów trzeba wymienić meble. Co stoi na przeszkodzie? Zbieramy pieniądze na specjalistę od wnętrz.

Kto z przybyszów nie zorientował się jeszcze, jak ochoczo ceduje się tu nawet najbłahsze kwestie na fachowców, i jak dalece coś (co?) wyparło tu z ludzkich kontaktów zwykłe ciepło (być może nawet, że będące gdzie indziej ciepłem zatłoczonej obory), ten obcując z miejscowymi grzęźnie w tasiemcowe qui pro quo:

- Nie rozumiem, dlaczego musisz już jechać.

- Moja koleżanka Bożena ma kiepski dzień. Nie dostała od dawna listu z domu i niepokoi się bardzo, że coś się tam stało. W dodatku spotkała ją przykrość w pracy. Jak wychodziłam, siedziała z ponurą miną w pokoju...

- To jej problem, a nie twój. Czy znasz ją od dawna?

- Noo, od miesiąca może. Ona dopiero tu przyjechała.

- Więc to nie jest twoja przyjaciółka i nie ma powodu, żebyś przeżywała jej problemy. Higiena psychiczna polega na tym, żeby się wyłączyć. To śmieszne, wiesz, przejmować się cudzą sprawą tylko dlatego, że jest to ktoś tej samej narodowości.

- Ale ona naprawdę kiepsko wygląda. Czuję, że powinnam z nią być...

- To jadę z tobą.

- A po co?

- No, jak to po co, przecież jesteś cudzoziemką i nie wiesz na pewno, jak wezwać ambulans, mogą cię za to obciążyć finansowo i...

- Ambulans? Jaki ambulans?

- No, do tej Bosheny.

- Kiedy ona nie jest chora, tylko smutna, ja pewnie się źle wyraziłam.

- Smutek to też choroba. To depresja. To często się zdarza samotnym kobietom. Przyjdzie lekarz i pomoże jej. Da zastrzyk albo pigułkę.

- Bożena nie ma depresji, tylko (mój Boże, jak jest po ichniemu "chandra") tylko ten... no, spleen. Trzeba ją pocieszyć.

- No właśnie, spleen to stare określenie depresji. Może popełnić samobójstwo i ty będziesz miała problem. A psychiatra...

- To, że coś się nie udało, nie jest powodem, żeby popełniać samobójstwo (dla nich może jest?). Jej na pewno wystarczy, jak ja z nią...

- Spytaj lekarza, to powie ci, jak często ludzie w depresji popełniają samobójstwa. Nie można jej tak zostawić, ona potrzebuje pomocy. Jadę z tobą, chodźmy na parking.

- Ale ona na pewno nie zechce ambulansu.

- To właśnie świadczy o tym, jak głęboka jest jej depresja. Trzeba wezwać ambulans!

- Nie mogę tego zrobić, bo wiesz... (i tu nachodzi mnie olśnienie) my mamy taki narodowy zwyczaj, że jak ktoś ma depresję, to nie wzywamy lekarza, tylko siedzimy z tym kimś w jednym pokoju.

Rada nierada, Cindy ustępuje natychmiast. Skończyła przecież kurs antropologii kulturowej. Narodowy zwyczaj - rzecz święta. Każdy ma prawo do swych dziwactw, nawet jeśli są szkodliwe. Niech Arabowie mają trzy żony na raz, choć to niesprawiedliwe wobec kobiet, Polacy swoją kiełbasę z kapustą, choć niezdrowa, a Brytyjczycy swoją dziwną wymowę, choć niewygodna. Byleby tylko nie próbowali niczego narzucać tu, gdzie wszystko od początku zostało zorganizowane racjonalnie. Bez przesądów.

Mark, wykładowca Cindy, oburza się: wartościować poszczególne kultury ze względu na stosunek do słabszych i starszych? Pierwszy raz słyszę! Dla słabszych jest świetna opieka społeczna. A starcy?

- Moja droga, myślenie utopijne. W dzisiejszych czasach, gdy doświadczenie życiowe odchodzącej generacji jest generacji wstępującej do niczego niepotrzebne, bo wszystko zmienia się w zawrotnym tempie? Wielopokoleniowa rodzina to antykwariat. Do tego nie ma powrotu. Jest niemobilna. I tłumi aspiracje członków. Znam ten wasz europejski sentymentalizm. Oddać Indianom ziemię, niech sobie hasają na koniach. Posadzić dziadka przy kominku, niech prawi wnukom o dawnych, dobrych latach. Czy ty na przykład rozmawiasz ze swoją babką? Stary człowiek potrzebuje pomocy i opieki, zgoda. Ale przecież nie masz do tego kwalifikacji. Nie jesteś geriatrą ani pielęgniarką, ani psychologiem. Nie mówiąc już o tym, że tracisz swój cenny czas na coś, co inni potrafią zrobić sprawniej i szybciej.

Masz rację, ciociu Jadziu. Dobrze jest wrócić umrzeć do plemienia, w którym nie wszyscy jeszcze myślą, że życie to tylko ciągły ruch do przodu. Dobrze jest móc założyć chustkę na głowę i nie musieć więcej niczego udawać. Być sobie tym, czym się jest - "starą babą", a nie "seniorką", której każe się w jakiejś "Złotej Jesieni" zażywać witaminy, uprawiać jogę i patrzeć jasno w przyszłość.

 

ZGŁOŚ SIĘ DO SWEGO DOKTORA

Absencja chorobowa jest na Midweście rzadkim ptakiem. Przez siedem miesięcy w instytucji skupiającej około tysiąca osób naliczyłam dwa przypadki: kierowniczki działu, która wzięła zwolnienie w przeddzień porodu i w dwanaście dni później normalnie funkcjonowała (Ruch Wyzwolenia Kobiet ma dopiero nadzieję wywalczyć urlopy macierzyńskie) oraz gońca, który złapał świnkę i oczywiście nie mógł narażać na nią kolegów. Papierka od lekarza nie wymaga się: wystarczy ustne oświadczenie pracownika przez telefon. Pracownikowi jednak do tego nieśpieszno i zostaje w łóżku tylko w ostateczności. Choroba wali mocno po kieszeni.

Pracodawcy płacą za efektywne dni pracy plus dwa tygodnie urlopu wypoczynkowego. W branżach o dużej sile przebicia istnieją prócz tego umowy zbiorowe, gwarantujące na przykład osiem dni płatnego chorobowego rocznie. Przeważająca statystycznie reszta może otrzymać zasiłek z Ubezpieczeń Społecznych - kwotę rozmaicie wyliczaną i niekoniecznie równą normalnej dniówce. Tu już trzeba mieć "podkładkę", a wizyta u lekarza kosztuje. Nie mówiąc o tym, że nieobecność - jeśli się nie jest wybitnym specjalistą lub zasłużonym fachowcem - oznacza zawsze poważną kreskę u bossa. Nieczynne okienko na poczcie, nieruchoma taśma produkcyjna, a nawet basen zamknięty z braku ratownika - to rzeczy nie do pomyślenia. Boss musi znaleźć zastępstwo i środki na dodatkowe wynagrodzenie. Nie ma więc zwyczaju pieścić się z kwękającym podwładnym: daje mu przy pierwszej okazji wymówienie z powodu "redukcji personelu", "modernizacji zakładu" czy co mu tam jeszcze przyjdzie do głowy.

Jeśli tedy schorzenie wygląda na banalne, nie grozi czymś nieodwracalnym i nie rozsiewa się (zarażeni mogą wystąpić o odszkodowanie!), człowiek z Midwestu zwyczajnie "przetrzymuje". Zaopatrzywszy się w pobliskim drugstorze w furę pigułek przeciwgorączkowych, przeciwbólowych, w inhalator, zestaw witamin i któryś z masowo konsumowanych "wzmacniaczy energii" (opartych na kofeinie), idzie do roboty ze swym czyrakiem, migreną, zwichniętą nogą, podrażnionym woreczkiem, bronchitem. I starannie ukrywa złe samopoczucie. Tak lubiane i celebrowane gdzie indziej rozmowy o dolegliwościach, a także manifestowanie niedyspozycji, budziłyby jawny niesmak: wszelka słabość nie jest tu ani ozdobą, ani usprawiedliwieniem. O tym zresztą,, co nieprzyjemne a realne, lepiej milczeć - gadaniem i tak niczego się nie; rozwiąże; stękając zaś jedynie psujemy innym humor, a siebie samych, demobilizujemy.

Mimo poważnych racji ekonomicznych - ciało stanowi podstawowy: czynnik w ostrej walce o byt i trzeba weń inwestować - dbałość tubylców o zdrowie przybiera rozmiary, które przybyszom wydają się groteskowe.

I vice versa zresztą - stykając się z przywiezionym skądinąd stylem życia, w którym sprawy higieniczno-profilaktyczne nie odgrywają tak znacznej roli, ludzie z Midwestu załamują ręce nad "ciemnotą" i "lekkomyślnością" obcych.

- I czemuż wy zjadacie po kilkanaście pigułek dziennie? Nie wyglądacie wcale na chorych - pyta Arabka nauczycielkę angielskiego.

- To nie są lekarstwa, tylko witaminy i mikroelementy. To takie substancje, które utrzymują organizm w dobrej...

- Wiem, co to są witaminy. Ale przecież wystarczy to, co się je, a jecie dobrze.

- Nigdy nie ma pewności, czy te substancje nie zostały wygotowane czy w inny sposób zniszczone. Witamina C ulatnia się błyskawicznie, a jej brak może spowodować infekcję, przeziębienie, a nawet szkorbut.

- No, to przecież można ją zażyć wtedy, gdy coś zaczyna być nie w porządku.

- Wtedy już za późno, wtedy już jesteś chora.

- Co komu pisane i tak go nie minie, z witaminami czy bez.

- Chyba nie zrozumiałaś tego, co ci tłumaczyłam. Witaminy są to substancje, które...

- Powiedz mi, Tyreza, czy u was w Polsce są dentyści?

- Są, a dlaczego pytasz?

- Ile razy spotykam jakąś Polkę, brak jej połowy zębów, nawet jak ma koło trzydziestki.

- Jak by ci to powiedzieć... ("wybili, panie, wybili" - coś jest w tym cytacie z Mrożka) bezpłatni dentyści leczą byle jak, a płatni są bardzo drodzy, nie każdego na to stać.

- Ale przecież te kobiety noszą futra. I kożuchy. Z prawdziwych zwierząt. Czy u was te rzeczy są tanie?

- Nie są tanie, wręcz przeciwne, w stosunku do przeciętnej pensji może nawet droższe niż tu, tylko... jak by ci to powiedzieć... niektórzy myślą, że dla wyglądu ważniejsze jest futro niż zęby.

- O! To czy one nie wiedzą, że jak się nieprawidłowo żuje, przewód pokarmowy zaczyna źle funkcjonować, a z dziur rozsiewają się straszne bakterie, które mogą spowodować wiele chorób? Czy wy nie macie lekcji higieny w szkole?

- Mamy, tylko... jak by ci to powiedzieć... mało kto się nimi przejmuje...

- Słuchaj, czy ty uważasz, że taki lunch jest smaczny: sałata bez soli, nie dopieczony kotlet, bezkofeinowa kawa, sacharyna, odtłuszczona śmietanka? U nas, we Francji, takie coś jadłby staruszek, a nie chłop w sile wieku!

- Taaa, smaczne to to nie jest, ale co zrobić? Moja matka zmarła na zator wskutek arteriosklerozy, a ojciec miał wysokie ciśnienie.

- Każdy ojciec i matka na coś umarli albo umrą. Przecież nie ma sensu odmawiać sobie z tego powodu przyjemności. Tym bardziej że z wszystkiego, co widzę, nikt tu u was nie gustuje w wyrzeczeniach.

- Lepiej się czegoś wyrzec, niż umrzeć przedwcześnie. I tak strasznie ryzykujemy. Czy wiesz, ile pyłu spada na nas z elektrowni? Czy wiesz, że w naszym stanie słońce operuje bardzo silnie i rak skóry zdarza się dwa razy częściej niż na północy? Kup sobie specjalny krem na twarz i ręce, jeśli zostajesz tu na dłużej. I używaj jodu - jesteśmy z dala od morza, możesz dostać niedoczynności tarczycy.

- Cześć, nie wiedziałem, że ty też trenujesz rankami. Ale zaraz... w takim stroju to na nic. Musisz kupić sobie specjalny, ciężki dres, wtedy ciało się poci i tracisz więcej na wadze.

- Kiedy ja nie po to, żeby się odchudzić...

- Ach, chodzi ci o krążenie! W takim razie musisz więcej biegać, co najmniej dwie mile dziennie. Lekarze ustalili właśnie dokładnie, że...

- Ja nie z powodu zaleceń lekarza. Lubię biegać. Lubiłem to jako chłopiec i cieszę się, że znalazłem się w kraju, w którym facet w średnim wieku może założyć spodenki gimnastyczne i nikogo to nie bulwersuje. Nie rozumiem tylko jednej rzeczy. Dlaczego wy biegacie skrajami szos? Smród, warkot. A wokół tyle trawników, drzew z ptakami, rosy...

- Na trawie grunt jest nierówny i bardzo łatwo można zwichnąć nogę. Jogging nie daje żadnych efektów, jeżeli nie robi się go w szybkim tempie. Najlepiej biegaj razem ze mną, to ci pokażę, jak to ma prawidłowo wyglądać.

- Kiedy ja nie oczekuję żadnych efektów. Po prostu lubię trochę poruszać się od czasu do czasu...

- Głupstwa mówisz. Każdy człowiek po czterdziestce musi ćwiczyć, Inaczej dostaje choroby wieńcowej, różnych schorzeń kręgosłupa, rozedmy. Nie czytałeś statystyk?

- Co tu się dzieje? Ewakuują nasz wieżowiec?

- Nie czytałaś gazety, nie słuchałaś radia? Mamy epidemię odry!

- Gdzie? Tu u nas?

- W sąsiednim wieżowcu. Zachorowało dziecko Brazylijczyków. Teraz ma się lepiej, ale wczoraj sytuacja była niebezpieczna. Matka powiedziała reporterom, że mogło to przywlec z podwórka.

- I kto jeszcze zachorował?

- Na razie nikt. Za chwilę będą nas wszystkich szczepić i rozdawać środki dezynfekcyjne. Zwieź małą windą, im prędzej, tym lepiej. I na wszelki wypadek kup pigułki przeciwgorączkowe. Dorośli mają często silny odczyn poszczepienny, jutro możesz się gorzej czuć.

- Zwariowałaś, po co miałabym się szczepić? Chorowałam już na odrę, Sophia chyba też.

- Chyba czy na pewno? To bardzo ważne!

- Nie pamiętam. Przechodziła różne dziecięce choroby z wysypką, kto by tam się w nie zagłębiał...

- Ależ to znaczy, że jest nieodporna. Musisz ją natychmiast przyprowadzić. Sama też nie ryzykuj. Czasem nawet...

- Jakie tu ryzyko? Tak się trzęsiecie, jak przed dżumą.

- Ty chyba nie wiesz, co mówisz. Odra może spowodować bardzo groźne powikłania, dwa lata temu, podawali w dzienniku, w Minneapolis jedno dziecko...

Nic nie uprzytamnia lepiej wysiłku, jaki wkładają tubylcy w zapobieganie chorobom ( i najstraszniejszej z nich - starości) niż inspekcja w przeciętnej łazience. Wypucowana jak lustro wanna (niedomycie to grzybica), z uchwytami i szorstką wkładką na dnie (można się przecież pośliznąć). Komplet soli kąpielowych: pobudzających krążenie, nasennych, bakteriobójczych, rozmiękczających naskórek, relaksowych. Specjalna dostawka do prysznica, za pomocą której można sobie zrobić masaż wibracyjny. Dywanik z kładzionym na wierzch płatem ligniny - mokre stopy łatwo ulegają wyprzeniom. Takąż samą ligniną obkłada się sedes, zwłaszcza przed wizytą gości - herpes, czyli opryszczka weneryczna, może w pewnych warunkach przenosić się także drogą pozapłciową. A dalej aparatura stomatologiczna: szybkoobrotowa szczoteczka, płyn do kontroli osadu nazębnego (zabarwia zaatakowane miejsca na różowo), płyn do płukania ust po posiłkach, dental floss (nawoskowana nić do usuwania resztek pokarmu), papka z sody i wody utlenionej, która "stymuluje" ukrwienie dziąseł, fluoryzowana pasta do smarowania obnażonych "szyjek", lusterko na patyku z powiększaczem. Stosy dezodorantów: pod pachy, na stopy i dłonie, do jamy ustnej, a także nosowej. Damski irygator - jak głosi napis, "przeszkadza mnożyć się bakteriom, przywraca równowagę kwasowo-zasadową, nadaje delikatny zapach fiołkowy". I coś dla panów, "pojędrnia naskórek; pomaga poradzić sobie z wydzieliną pod napletkiem, likwiduje skutki noszenia obcisłych slipów i spodni". Kremy obupłciowe, nawilżające, wysuszające, lecznicze, depilujące (zbędne owłosienie siedliskiem szczególnie złośliwych mikrobów), przed goleniem, po goleniu, na noc, na dzień, na dwór, do pracy, w podróż. Balsamy na ciało i włosy, które trzeba koniecznie wetrzeć po kąpieli - woda zmywa naturalną osłonkę, która chroni nas przed inwazją szkodliwych wpływów środowiska. Maseczki kolagenowe, przeciwzmarszczkowe, do usuwania wągrów, na grypę (zmniejszają wypieki) i złe trawienie. Prawdziwe szaleństwo w apteczce - oprócz soli mineralnych, witamin, trankwilizatorów, aspiryn, opatrunków obowiązkowo musi się mieć: środki rozwalniające i "konstypujące" (prawidłowy stolec podstawą zdrowia), płyn osłaniający śluzówkę żołądka przed alkoholem oraz wodę selcerską w pastylkach na kaca, inhalator (stale stosując oczyszczasz drogi oddechowe z pyłów i kurzu), krople profilaktyczne do oczu (zapalenie spojówek może prowadzić do utraty wzroku!), proszki uzdatniające krążenie, aparat ułatwiający relaksację (sygnalizuje wzmożone napięcie mięśni tykaniem), zestaw wątrobowo-trzustkowy, bez którego nie siada się do obiadu, mieszaninę błonnika z czymś brzydko pachnącym na pobudzenie ruchów jelit, aparat wibracyjny, wkładki do gimnastyki podbicia stóp. I czego tam jeszcze kto potrzebuje, w zależności od schorzeń. Ufff! A wszystko - jak zapewniają gospodarze i świadectwo własnych zmysłów - jest regularnie używane. Nic dziwnego, że skarżą się na ciągły brak czasu.

Według mnie tkwi w tym bardzo głęboki podkład lęku, bo czyż - pytam zaczepionego na jakimś party psychoterapeutę - zachowania takie nie mają wyraźnych cech kompulsywnych?

- Oczywiście, że się boimy. A czego? Tego, czego człowiek bał się zawsze, cierpienia. Tylko widzisz - psychoterapeuta spędził osiem lat w Europie i umie rozmawiać nie konwersując - to jest tak. Ciemność w lesie znacznie mniej przeraża, gdy idziesz bez światła. Oswajasz się z nią po jakimś czasie. A jak idziesz z latarką, to, co znajduje się poza jej kręgiem, natychmiast zaludnia się upiorami. Im więcej kontrolujemy, tym bardziej boimy się tego, czego nie kontrolujemy. Im wygodniej i bezpieczniej się nam żyje, tym trudniej znosimy udręki, nawet bardzo drobne.

- Jesteście kompletnie nieodporni na frustrację - wtrąca ktoś z Peru. Widziałem wczoraj, jak stateczny facet w średnim wieku skopał automat telefoniczny. Bo ośmielił się być zepsuty. Dzieci wyrzucają na śmietnik lalkę, której odpadła szmaciana noga, a kobiety - bluzkę, w której właśnie oderwał się guzik. U nas taki bachor dostałby lanie, a kobieta powędrowałaby z powrotem do matki.

- I na ból - przytakuje ktoś z Dalekiego Wschodu. - Jak poprosiłem dentystę, żeby plombował bez znieczulenia, bo nie lubię chodzić potem pół dnia ze sparaliżowaną szczęką, to zleciała się cała klinika. Oglądali mnie niczym zielonego tygrysa. I co pięć minut pytali, czy na pewno dobrze się czuję. No bo przecież - mówili - mogę dostać szoku, zemdleć. Ale nic dziwnego. Od małego zaprawiacie się w tchórzostwie. Mój syn musiał się zaszczepić na coś tam, bez tego nie wpuściliby go do szkoły. Co za heca, tato, mówi potem. Najpierw pani psycholog długo mi tłumaczyła, za zastrzyk to tylko ukłucie. I że inaczej mogę dostać strasznej wysypki. Później pokazywali mi zajączki na ścianie i bajkę na wideokasecie. A reszta beczała i wcale się nie wstydziła. Wy nawet zwykłego ćmienia w głowie nie umiecie znieść. Poddajecie się od razu i sięgacie po sterty proszków. Jakby ćmienie takie nie sygnalizowało po prostu, że jest się przeciążonym. Jakby gorączka nie była oznaką walki organizmu, a bezsenność dowodem jakiegoś konfliktu wewnętrznego.

- A jakże łatwo ten drzemiący strach - nie wytrzymuje socjolożka stypendystka - przeradza się w zbiorowy obłęd! Gdzieś tam pedofile porwali kilkoro dzieci. Mój Boże, cóż to znaczy - cztery wypadki na tak olbrzymim kontynencie! I już: kursy samoobrony po szkołach i przedszkolach, rozdawanie instrukcji, masowe czytanie o zboczeniach seksualnych, warty rodzicielskie. Tornado zaledwie prawdopodobne, ale każdy słucha komunikatów co minuta, ćwiczy ewakuację, straż i pogotowie w pełnym rynsztunku na skrzyżowaniach szos, lekcje odwołane. I tak co dwa tygodnie. Raz nikt nie je ogórków, bo ktoś tam wykrył, że wywołują egzemę u białych myszek; kiedy indziej kto żyw rzuca się na ogórki, bo w jakimś instytucie wykurowano nimi podagrę u staruszków. To cholesterol, to kawa i herbata, to sól i cukier, to papierosy (nawet dwa dziennie), to rośliny Jonizujące dodatnio", to płytki z winylu - co sezon to nowy Wróg Ludzkości Numer Jeden. Jak gdyby nie było oczywiste, że samo życie człowiekowi szkodzi. I w odwrotną stronę - to kąpcie się w słońcu na golasa, to raczcie się witaminą E w dużych dawkach, to biegajcie minimum dwie mile dziennie, to spożywajcie rzeżuchę. Coraz to nowe panaceum. Wieści rozchodzą się po całym świecie, tylko na szczęście gdzie indziej ludzie mają inne problemy. Nie to mnie dziwi, że się takie rzeczy lansuje - bez tego umarlibyście z nudów. Dziwi mnie tylko ta stadność i całkowity brak sceptycyzmu.

Skonfundowana pani domu podsuwa dietetyczną sałatkę z alfą-alfą, pan domu otwiera barek i serwuje po dodatkowym drinku. Zawstydzeni, wracamy szybko do smali talk. O ile ludzie z Midwestu potrafią śmiać się z polityków, nie brać serio zaleceń pastora i lekceważyć sobie apele rozmaitych reformatorów, o tyle słowa lekarza są dla nich święte. Dadzą się natychmiast zastosować w praktyce - a nic nie uśmierza niepokoju w tym stopniu, co sprężyste działanie. Dotyczą własnego, bezcennego organizmu. I są poparte nie kwestionowanym autorytetem nauki - wiedzy opartej na rzetelnych liczbach. Choć więc pojawiają się tu i ówdzie pierwsze sklepiki kalifornijskich zielarzy (oferujące głównie niesamowicie drogie kosmetyki na "osnowie naturalnej"), tubylcom zupełnie nie znana jest sztuka ludowo-domowego kurowania się z błahych dolegliwości. Ze zgrozą obserwują Hinduski, Arabki i Meksykanki zbierające coś po przydrożnych rowach - widzicie, dzieci, to są właśnie znachorki, w niektórych krajach jeszcze... Otwierają szeroko oczy, gdy mówić im o dobroczynnym działaniu czosnku, kompresów czy przecieru z marchwi dla niemowląt. Rzeczy, których nie rekomendują lekarze! Których nie ma w drugstore'ach!

Potęga specjalisty jest tak wielka, że nikt tu jak zdarza się to gdzie indziej nie wątpi w jego wyroki, nie dopytuje o szczegóły kuracji, nie szuka porady u innych konsyliarzy, nie sugeruje diagnozy. Komentujemy w swojskim gronie przywiezioną przez kogoś historyjkę z Buffalo: ginekolog za kratkami. Wyciął kilkunastu pacjentkom "wszystko", zapewniając je o zaawansowanej chorobie nowotworowej. Dopiero ostatnia - cudzoziemka - poprosiła o analizę wycinka na papierze. Łaziła dwa lata, zanim dopięła swego. Nikt jej nie wierzył.

- Jeśli nawet nieprawdziwe - powiada Zdzichu - to dobrze wymyślone. Ich imponująca kultura medyczna kończy się na profilaktyce; na tym, co eskulapy raczą podrzucić na żer. Każdy potrafi wyrecytować, jakie mikroelementy siedzą w dyni, co powoduje cholesterol, jakim ruchem trzeba czyścić zęby trzonowe i ile kalorii winien dziennie spożywać człowiek wykonujący umiarkowaną pracę fizyczną. No, potrafią sobie jeszcze nakupić tych różnych "wytłumiaczy objawów" - tych wszystkich Tylenoli, Buffedrin, Nervin, Dramamin i innego paskudztwa bez recept, którego wszędzie pełno, nawet w automatach. Ale jeśli burczenie w brzuchu nie przechodzi po czyniącej cuda uniwersalnej tabletce, robią się kompletnie bezradni. Żadnego wyobrażenia o tym, co może być źródłem dolegliwości - tu można mieć wyższe wykształcenie i nie wiedzieć, po której stronie leży wątroba; od tego są fachowcy. Żadnych reakcji w rodzaju: każę sobie zbadać mocz, może to znów nerki. Od tego też są fachowcy. I zresztą nikt nie da pacjentowi wyników do ręki. Żadnych konsultacji po znajomych, prób z kleikiem lub gorącą herbatą z cytryną. Nie obnoszą się z chorobą, fakt. Ale jednocześnie nie są w stanie uwierzyć, że z większością niedyspozycji - z wyjątkiem tej ostatniej - organizm potrafi poradzić sobie sam. Od razu panika i wizyta u rodzinnego omnibusa. Wielki Szaman zarządza dziesiątki testów, z których nic nie rozumieją. I co orzeknie, to kupią bez mrugnięcia okiem.

Przyznać trzeba, że Szamani starają się bardzo, by ktoś nie wziął ich za zwykłych śmiertelników. Praktykę lekarską inauguruje się nabyciem lokalu w jak najdroższej dzielnicy. Urządziwszy go antykami, dywanami i jak najnowocześniejszą aparaturą, konsyliarz kompletuje natychmiast co najmniej dwuosobowy personel: asystentkę i recepcjonistkę. Obie muszą być jak najmłodsze i jak najładniejsze. Podają błyszczące rekwizyty, przeprowadzają wywiad z pacjentem, pomagają mu rozbierać się, przyjmują zapisy i czeki. Lecz przede wszystkim - i tego się od nich oczekuje - stwarzają klimat celebry, klimat dworu, na którym nie każdy, nie od razu i nie z byle czym zostanie dopuszczony przez sam majestat:

- Czy jest pani stałą pacjentką doktora Murraya? Ach tak, żałuję bardzo, ale pan doktor Murray jest niezwykle zajęty, proszę skorzystać z usług innego lekarza.

- Ból brzucha i wymioty? Proszę poczekać, doktor Murray zorientuje się, co może dla pana zrobić, zadzwonię za dziesięć minut.

- Proszę usiąść, doktor Murray bada właśnie wyjątkowo skomplikowany przypadek i... Czy sądzicie państwo, że stać będzie państwa na kurację? Pan doktor Murray ma dyplom pierwszego stopnia.

- Proszę mi wszystko opowiedzieć, pan doktor Murray podejmie decyzję, jak pomóc, dopiero gdy będzie mógł mieć jakiś pogląd na całość problemu. Rozumie pani chyba, że jego czas jest bardzo cenny.

Pan doktor Murray może w tym czasie leżeć na kanapie i nerwowo obliczać mizerne wpływy od nielicznych na razie pacjentów (na reklamę w gazecie trzeba dopiero zarobić). Ale inaczej mu nie wolno. Prestiż to kwestia podstawowa. W trosce o prestiż Amerykańskie Stowarzyszenie Lekarzy (gangsterów - poprawia zawsze Hal lewicowiec: jedyny, jakiego widzieliśmy w ciągu trzydziestu miesięcy) kontroluje limity przyjęć na uczelnie medyczne tak, by nie przekraczały liczby optymalnej dla interesów grupy. Duża liczba lekarzy oznacza spadek honorariów, pauperyzację i degrengoladę - argumentuje się otwarcie. Stowarzyszenie popiera też "dziedziczenie" zawodu (syn lekarza może z góry liczyć na sowite stypendium), stawia twardy opór jego feminizacji (w naszym mieście na czterdziestu kilku "ogólnych praktyków" przypada tylko jedna "praktyczka", zresztą córka ordynatora szpitala), dyktuje najsurowsze na świecie warunki przy nostryfikacji dyplomu. I oczywiście skutecznie blokuje ponawiane wciąż próby okiełznania opieki medycznej przez państwo. Gdy lekarzowi zacznie płacić nie sam pacjent, lecz anonimowy, zbiurokratyzowany urząd, załamie się poziom świadczonych usług. Nic przecież nie pobudza tak do pracy, inwencji i troski, jak bezpośrednia transakcja z klientem i pełna niezależność. Że niektórych, mimo wprowadzenia ubezpieczeń, nie stać na leczenie? Lepsze normalne prawa ekonomiczne, być może nawet bezwzględne, niż równomierny podział byle-jakości. Istnieją zresztą specjalne placówki dla ubogich, dotowane przez władze stanowe i różne instytucje filantropijne. Że jest tam tłoczno, brudno, mało humanitarnie, a lekarze jakby mniej kompetentni? Otóż właśnie, czy trzeba lepszego dowodu na to, do czego prowadzą zakusy na profesję, której - jak żadnej innej - należy się nieskrępowany rozwój?

Stowarzyszenie Lekarzy dba również o to, by nauki medyczne otaczał nadal opar wiedzy tajemnej. W klinikach - nawet dla ubogich - nie rozdaje się żadnych broszur ani nie wylepia ich dydaktycznymi plakatami. O symptomach chorób wenerycznych, sposobach zapobiegania ciąży, gimnastyce przedporodowej, postępowaniu z obłożnie chorym, diecie, etc. eksperci informują indywidualnie, ustnie i odpłatnie. Wśród powodzi periodyków dla filatelistów, hodowców krokodyli, melomanów, domorosłych astronomów, iluzjonistów, religioznawców, zwolenników monarchii - nie ma ani jednego, który zajmowałby się ludzkim ciałem. Kąciki "medyczne" w magazynach i niedzielnych dodatkach do dzienników lansują wprawdzie kolejne przeboje - choroba Alzheimera, nowy lek na łysinę, ostatnie doniesienia w sprawie etiologii grypy - ale rzadko kiedy zagłębiają się w szczegóły diagnozy i terapii. Wiodąca "story" jest zwykle opowieścią z dreszczykiem, której happy end polega na ufnym oddaniu się w ręce wszechwiedzących i wszechmocnych specjalistów: pani X jadła właśnie śniadanie w towarzystwie męża i dwóch córek, gdy uprzytomniła sobie, że ma dreszcze. Pewnie to przeziębienie, pomyślała. Dreszcze jednak nie przeszły, a w parę dni później dołączyło się do nich osłabienie, senność i bóle w kończynach. Lekarz rodzinny od razu skierował ją do szpitala, gdzie przeprowadzono wszystkie niezbędne badania. Po wyniki pojechałam z siostrą - wspomina pani X. Wybierałyśmy się razem po zakupy. I wtedy właśnie lekarze powiedzieli mi, że jestem chora na Y.

W tym miejscu następuje wykład, zdobiony tabelami i planszami. Y jest schorzeniem atakującym głównie to a to. Objawia się przeważnie tym a tym, choć zarazem są to symptomy towarzyszące także grypie, zatruciu pokarmowemu i podagrze. Rozstrzygające znaczenie ma test taki a taki, który wykonać może jedynie specjalista. Y bardzo często przebiega skrycie, dlatego jest rzeczą niesłychanie ważną zgłosić się do specjalisty po ukończeniu trzydziestego (lub pięćdziesiątego) roku życia. Zespół profesora Owakiego stwierdził korelację pomiędzy Y a częstym lub nadmiernym tym i tym. Profesor Zet natomiast powiedział naszemu specjalnemu wysłannikowi, że na Y tylko sporadycznie zapadają osoby, które nigdy nie paliły (piły alkoholu, opalały się na słońcu, używały papryki) i które zawsze uprawiały bieganie (jogę, medytację transcendentalną, surfing). Oto statystyka. Jeszcze dwadzieścia lat temu Y była chorobą nieuleczalną. Kładziono ją na karb "starzenia się" lub "przedwczesnej sklerozy". Obecnie pani X ma ponad 50 procent szans na długotrwałą remisję. Na zakończenie zdjęcie pacjentki, uśmiechającej się pod aparaturą, choćby nawet był to uśmiech obciągniętego skórą szkieleciku, otulonego w druty i rureczki.

W podobnym tonie utrzymywane są "Poradniki zawałowca", "Choroby zakaźne wieku dziecięcego" i inne wydawnictwa popularyzatorskie. Niezbyt klarowna symptomatologia, krzepiące zapewnienia o postępie, liczne przestrogi i obecna na każdej stronie zachęta do jak najczęstszych odwiedzin u człowieka w białym kitlu. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, zgłoś się do swego doktora. Jeśli mimo przepisanej kuracji nie czujesz się lepiej, zgłoś się do swego doktora. Jeśli dokucza ci jedna z następujących rzeczy, zgłoś się do swego doktora. Jeśli potrzeba ci dokładniejszych wskazówek, zgłoś się do swego doktora. Jeśli nie jesteś pewien, czy twój niepokój ustąpił, zgłoś się do swego doktora.

- Nawet szkoła napędza im klientów - śmieje się Lidka - popatrz, co dzieciaki przyniosły dzisiaj: Droga matko naszego ucznia. Komitet rodzicielski i dyrektor informują, że w naszej placówce pojawiły się wypadki wszawicy.

to małe owady, znoszące jajka na włosach, wywołujące dokuczliwe swędzenie. Mogą również przenosić różne niebezpieczne choroby, jak tyfus i czerwonka. Skontroluj głowę swojego dziecka. Jeśli znajdziesz coś, co przypomina to (rysunek) lub to (rysunek), zgłoś się natychmiast do swego doktora. Chodźmy, może gdzieś tu da się dostać naftę, tylko nikomu nie mów, znów nas wezmą za czarownice. No bo płyn na wszawicę to możesz być pewna, że tylko na receptę. Albo w gabinecie lekarskim.

Jestem pewna. Nie tak dawno próbowałam - o święta naiwności - spełnić prośbę znajomej i kupić jakiś niedostępny nad Wisłą środek przeciw paradentozie. Zbrojna w szwajcarską ulotkę wkroczyłam do największego w mieście drugstore'u:

- Czy macie państwo Rifadur?

- Przepraszam, nie zrozumiałem.

- Czy macie państwo R-i-f-a-d-u-r?

- Pierwszy raz słyszę...

- No to może występuje tu pod inną nazwą. To lek przeciw paradentozie.

- Przeciw czemu?

- Paradentozie.

- Pierwszy raz słyszę. Proszę się zgłosić do swego doktora.

- Nie mam swego doktora. Chcę to kupić dla kogoś. Proszę poszukać w lekospisie. Przeciw paradentozie.

- Proszę zgłosić się do swego doktora. On zaleci odpowiednie lekarstwo, wypisze receptę i wtedy chętnie pani pomożemy.

- Recepta chyba nie jest potrzebna. To lek profilaktyczny, do smarowania dziąseł. O, tu jest ulotka, nawet po angielsku.

- Proszę się zgłosić do swego doktora.

Obszedłszy z podobnym skutkiem wszystkie drugstore'y w naszym mieście, a następnie w centrum stolicy stanu, walę wprost do najstarszego z nas stażem Czecha (jest już w zarządzie korporacji). No pewnie, że pierwszy raz słyszą. Tu prawie nie ma importowanych medykamentów, też dzięki Stowarzyszeniu Lekarzy. A faceci w drugstore'ach to najczęściej nie farmaceuci, tylko sprzedawcy. Musisz zajrzeć do spisu, porównać skład chemiczny, i...

- Czy dostanę spis leków?

- Przepraszam?

- Szukam spisu leków, chcę w nim coś sprawdzić.

- Przepraszam, ale to jest księgarnia.

- Więc gdzie mogę dostać spis leków?

- Wydawnictwa dla lekarzy są rozprowadzane na ich adresy. No, oczywiście, są także w bibliotece uniwersyteckiej.

Ustaliwszy sygnaturę - dział encyklopedii i leksykonów - przemierzam półki. Nie ma. A przecież jest to księgozbiór podręczny, stąd nie wolno wypożyczać. Pewnie ktoś właśnie czyta. Albo odłożył nie na swoje miejsce.

- Proszę pani, nie mogę znaleźć na półce spisu leków. - Poproszę o licencję lekarską.

- Ależ dlaczego? Chodzi mi o sprawdzenie czegoś...

- Zgodnie z zarządzeniem Stowarzyszenia Lekarzy tego rodzaju publikacje mogą być udostępniane tylko fachowcom. Są to sprawy wysoce specjalistyczne i nie wolno nam...

- Niech pani posłucha. Chcę kupić dla kogoś lek, a nie wiem, pod jaką nazwą występuje tu na rynku.

- Proszę zgłosić się do swojego lekarza. Tak będzie dla pani najlepiej. Nie ma rady, trzeba wybrać się do Donny, asystentki medycznej.

- Słuchaj, czy twój boss ma spis leków?

- Oczywiście, a jaki masz problem?

- Poproś go, żeby w nim sprawdził, jak się u was nazywa o to, tu masz ulotkę po angielsku, u nas tego nie ma i ktoś mnie prosił...

- Czemu ten ktoś nie pójdzie do swego doktora?

- Nie potrafię ci tego dokładnie wytłumaczyć, no, u nas medycyna jest... jakby w innym stadium, nie ma lekarstw na pewne choroby albo jest ich za mało, no, ja muszę to kupić, wiesz, może zajrzysz sama, bo...

- Tego zrobić nie mogę. Ale poproszę doktora: Powiem mu, że to dla mojej kuzynki ze Szwajcarii.

Z amerykańską nazwą na karteczce, przeklinając znajomą znad Wisły, zaczynam znów odyseję po drugstore'ach. Nie mają, nie prowadzą. Piszę więc list do fabryki w Ohio. Odpowiedź zjawia się błyskawicznie. Droga pani Holowka. Foulestin jest specyfikiem produkowanym wyłącznie dla potrzeb stomatologów i rozprowadzanym na indywidualne zamówienie. Radzimy zgłosić się do swego doktora. Z szacunkiem Ian Grim, prezes.

- Czy mogę widzieć się z doktorem Jakobsem?

- Czy jest pani jego stałą pacjentką? Ach, tak. A kto panią do nas skierował?

- Donna Doughten, asystentka doktora Perelmana. Z Drugiej Wschodniej.

- Miło mi panią widzieć. Proszę mi podać nazwisko, adres, telefon. Więc jaki jest twój problem, Tyreza?

- Ja nie... nie mam problemu. Szukam leku o nazwie Foulestin i właśnie...

- Rozumiem, chodzi o ogólny przegląd, nie masz bólu ani innych dolegliwości. Wypełnimy teraz kwestionariusz. Przebyte choroby? Grupa krwi? Czy nie cierpisz na hemofilię? Jak reagujesz na narkozę? Czy jesteś uczulona na jakieś leki?

- To nie ja jestem pacjentką, to znaczy ja, ale chodzi mi o lek, a nie o badanie, to nie ma nic wspólnego ze mną, to znaczy ma, ale...

- Panie doktorze, to nasza nowa pacjentka, Tyreza, ja nie bardzo umiem ustalić, na czym polega jej problem...

- Proszę otworzyć szeroko usta, dwójka plomba amalgamaty trójka do natychmiastowego wypełnienia, pęknięte szkliwo na lewej szóstce, teraz dół, lewa czwórka wymyta plomba, prawa szóstka odsłonięta szyjka, obfity kamień nazębny. Na razie cztery plomby plus czyszczenie, razem dwieście osiemdziesiąt, radziłbym też położyć szybko koronę na górną dwójkę, to martwy ząb, może się rozlecieć. A teraz proszę przejść na rentgen, sto dwadzieścia, i jak prześwietlimy wszystkie zęby, będę mógł powiedzieć coś definitywnego. Nie wiem, czy się orientujesz, że najbardziej niebezpieczne ubytki są niewidoczne gołym okiem. Promienie pozwolą nam je zobaczyć. I niezależnie od tego, konieczna jest korekta zgryzu. Nieprawidłowy zgryz powoduje wypadanie plomb i różne inne...

- Chwileczkę, ja nie chcę się leczyć! Tu zaszło nieporozumienie. Nie chcę sobie leczyć zębów ani zgryzu. Poszukuję leku na paradentozę, który...

- Paradentoza? Po skończeniu leczenia dam ci, Tyreza, skierowanie do doktora Weinreicha, specjalisty od chorób dziąseł i śluzówki. Doktor Weinreich przyjmuje we wtorki i piątki, Ursula poda ci numer telefonu. A teraz podaj nam rodzaj twojego ubezpieczenia. Blue Cross? Ursula wyśle im rachunek, dostaniesz część zwrotu kosztów. Płacisz razem trzydzieści pięć, ogólne koszty kuracji oceniałbym w granicach czterystu.

- Za co płacę? Przecież ja...

- Za przeprowadzenie wywiadu i ogólną egzaminację. Czy tam, skąd jesteś, nie ma lekarzy?

- Nie rozumiem, o co ci chodzi - martwi się Donna - przecież jeśli to lekarstwo można dostać tylko od stomatologa, no to doktor Jakobs jest bardzo dobrym stomatologiem. Sama do niego chodzę, i Jack, i dzieci.

- Kiedy widzisz, ja... ja nie wiedziałam, że u was kto inny jest od plomb, a kto inny od dziąseł.

- No, to chyba oczywiste. Jeśli masz kłopoty z dziąsłami, musisz iść do specjalisty.

- Ale przecież mówiłam ci, że to nie ja mam kłopoty, tylko moja znajoma. Jak pójdę do tego Weinreicha, znów bulnę za wywiad i przegląd...

- No, to chyba oczywiste. Żaden lekarz nie może zacząć kuracji, jeśli nie wie, z kim ma do czynienia i nie orientuje się w ogólnym stanie.

- Kiedy jeszcze raz ci mówię, to nie o mój stan chodzi!

- To ja nie wiem, co zrobić. Żaden lekarz nie może wziąć na siebie odpowiedzialności za czyjeś rozpoznanie, bez dokładnego zbadania. Przecież jeśli zapisze receptę, która nie pomoże albo zaszkodzi, zawsze są różne uboczne skutki, na przykład lek na jaskrę potrafi zaszkodzić na serce, zdarzają się nawet zapaści, to jego zaskarży się o odszkodowanie.

- Gdzie zaskarży? Z drugiego końca świata? J jakie to skutki uboczne może mieć mazidło na dziąsła przeciw paradentozie?

- Nie jesteś lekarzem, więc nie wiesz. I on nie wie, w co może się wplątać...

Ale znajoma tak bardzo prosiła. I zawsze potrafiła wytrzasnąć skądś czytelnikowską serię "Panorama". Układam chytry - jak mi się zdaje - plan i po przeglądzie u doktora Weinreicha przystępuję do rzeczy:

- Niedługo wracam do kraju, w którym leczenie paradentozy znajduje się na etapie mniej zaawansowanym. Widzę, że mam tego początki. I wszystkie kobiety w mojej rodzinie na to zapadały. Jest bardzo prawdopodobne, że za kilka lat, gdy nie będę mogła tu przyjechać, choroba się rozwinie. Bardzo bym prosiła, żeby zapisał mi pan Foulestin, słyszałam, że to najlepszy środek, a będę panu bardzo wdzięczna za pomoc.

- Widzę, że ktoś cię, Tyreza, źle poinformował. Rzeczywiście, masz początki paradentozy, jak każdy człowiek w twoim wieku. Ale paradentoza występuje w kilku odmianach i musimy dokładnie ustalić, co jest jej tłem w twoim przypadku. Musimy zacząć od skorygowania zgryzu i poprawienia kształtu plomb. Bez tego nie ma mowy o skutecznym podejściu do jamy ustnej. Zgryz to sprawa absolutnie podstawowa! A potem musimy zrobić wszystkie badania. Rentgen zębów, posiew bakteryjny, równowagę kwasowo-zasadową, analizę krwi i moczu. I dopiero wtedy będę mógł podjąć decyzję, czy zastosujemy Foulestin czy inny środek.

- Ale czy nie można by... jakoś tego obejść. Ja wezmę na siebie ryzyko, podpiszę oświadczenie. Poproszę tylko o Foulestin. Tego... zalecił mi go mój dentysta. Jedyny kłopot w tym, że u nas nie produkuje się Foulestinu.

- Wszelkie leczenie rozpoczyna się dokładnym postawieniem diagnozy.

Każda choroba przebiega inaczej w zależności od indywidualnych cech organizmu. A zwłaszcza paradentoza, którą warunkuje wiele czynników, przesądzających o kierunku terapii.

Gadaj zdrów, jak dotąd nikt nie wie, skąd się paradentoza bierze. Telefon do wuja w Chicago pozwala uporać się ze sprawą w kilka minut. Wypisuję czek na adres firmy polonijnej, która wysyła do kraju dowolny lek z wyjątkiem narkotyków. Bez pytań, recept i strachu o odszkodowanie. Ha, mądry Polak po szkodzie. Gdybym od początku była w Chicago... Albo w Buffalo czy Cleveland. Tam łatwiej ze wszystkim. Dążenie do skupisk etnicznych jest zdrowym odruchem zarobkiewiczów i świeżych emigrantów. W zwartej terytorialnie, wielkomiejskiej enklawie Włoch, Litwin, Polak, Meksykanin, Ukrainiec przetrwa między swoimi. Znajdzie pracę "na lewo" - istnieją całe agencje, trudniące się dostarczaniem taniej, nielegalnej i zawziętej siły roboczej. Przemieszka się i przeżywi w jakimś rodzinnym kołchozie. Może posługiwać się od rana do wieczora ojczystym językiem, kupować żywność, do jakiej przywykł, chodzić do własnej parafii. Może iść do "oswojonego" przez krewniaków i znajomych adwokata, pośrednika, kupca, lekarza, który, rzecz jasna, policzy sobie, ale tak całkiem w maliny nie wpuści. Przymknie oko na przepisy, zrozumie od razu, w czym rzecz. W enklawie człowiek nie zginie, choć zarazem się nie wychyli. Zakosztuje tego, czym jest Ameryka, zza osłabiającej impet bariery. I albo zostanie już do końca w jej zasięgu, albo odważy się i przekroczywszy ją ruszy między obcych, albo też - z oszczędnościami, z których poza enklawą przeżyłby może rok, a które w Starym Kraju czynią go osobą zamożną - wróci, skąd przyjechał, dając kolejne świadectwo mitowi. Mitowi o drugiej stronie rzeki, gdzie trawa jest bardziej zielona i nigdy nie pada deszcz.

Po swoich pobytach na stypendium wiemy już, że trawa okazuje się czasem grzęzawiskiem, a deszcz nie tylko pada, ale nawet potrafi zlać od stóp do głów z najmniej spodziewanej strony. Więc jadąc tym razem całą rodziną staramy się być zapobiegliwi. Główna sprawa to dobrze zaopatrzona apteczka, nie pamiętasz, jak to wtedy poleciała mi jedna trzecia pensji na komplikacje pogrypowe? Zapakuj banki, sulfamidy, antybiotyki. No i "Krótki zarys chorób wewnętrznych", tam nie dostaniesz. Trzeba też zrobić wszelkie możliwe badania, a nuż jakaś nadkwasota albo stan zapalny, tam przecież rujnuje najbardziej nie chirurgia, tylko schorzenia przewlekłe, w których bez przerwy coś się dzieje. Nitecki zbierał na cztery kółka i wszystko poszło w miesiąc, jak na zaciętym palcu zrobił się zastrzał, od zastrzału zakażenie, a od zakażenia niedowład palca. I wiesz, ubezpieczmy się. Roczna składka na Blue Cross jest dość wysoka, ale czort wie, jest nas czworo, tobie często wysiada serce i w ogóle to przecież dwa lata...

Pewnego dnia Starsze przelewa się przez ręce, czterdzieści stopni, chyba angina, tylko czemu tak strasznie boli go tył głowy? I kark jakby... jakby trochę sztywny... zapalenie opon? Co robić? Nie mamy swego doktora. Blue Cross zwraca część kosztów opieki medycznej wedle zasad, których nie umiemy ani rozgryźć, ani spamiętać. Połowę za plomby, ale nic za przegląd stomatologiczny i wywiad, i to podobno pod warunkiem, że nie przekroczyło się w danym roku jakiegoś łatwego do osiągnięcia pułapu zabiegów dentystycznych. Inaczej refunduje się