Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

Fra Dolcino i sekta braci apostolskich

 

 

 

 

Herve Masson

Słownik herezji w Kościele Katolickim

 

APOSTOLICY. Nazwę tę nosiły dwie sekty inspirujące się życiem pierwszych apostołów. Pierwsza, której członkowie zwani byli również apotaktykami, zakazywała spożywania wina i mięsa i potępiała małżeństwo. Do pewnego stopnia jej doktryna była pokrewna gnostyckiej. Sekta nie odegrała większej roli. 

O drugiej natomiast wiele mówiono w XIII w. Założył ją słynny Gerard Segarelli z Parmy. Ogłosił się jedynym autentycznym spadkobiercą misji apostolskiej, którą Jezus powierzył Piotrowi. Twierdził, że papież i Kościół rzymski już dawno misję ową zdradzili i nie mają prawa powoływać się na Chrystusa, niebawem zresztą czeka ich zagłada. Zastąpi ich Segarelli i jego nowy Kościół, który nazywał Kongregacją Ducha. Segarelli nakazywał swoim zwolennikom wędrować od miasta do miasta w białych szatach, z długimi brodami, z odkrytą głową pod słońcem Italii. W towarzystwie kobiet, które nazywali swoimi siostrami, mieli w ten sposób nauczać narody na wzór pierwszych apostołów. Apostolicy wyrzekli się wszelkiej własności i głosili pokutę. Jak utrzymywał Segarelli, żony mogły opuszczać mężów, a mężowie żony i wstępować do jego kongregacji, ponieważ tylko w ten sposób można uzyskać zbawienie. Nie trzeba kościołów ani służby Bożej, gdyż Bóg jest wszędzie. Wstąpienie do kongregacji w pełni rozgrzeszało grzesznika, który nie musiał już odprawiać pokuty za złe uczynki. Uwięziony i osądzony, Segarelli spłonął na stosie w Parmie w 1300 r.

Kongregacja nie umarła wraz nim, na czele sekty bowiem stanął niejaki Dolcino z Novary. Zauroczeni pismami Joachima z Fiore, Dolcino i jego zwolennicy twierdzili, że panowanie Ojca trwało od początku świata, panowanie Syna zakończyło się w roku 1300, a wraz z Dolcinem zaczęło się panowanie Parakleta (Pocieszyciela, Ducha Świętego), którego Niebiosa zesłały, aby głosił miłosierdzie i umiłowanie bliźniego. Dolcino zapowiedział, że papież Bonifacy VIII, kapłani i mnisi polegną od miecza cesarza Fryderyka II, a na biskupi tron Rzymu wyniesiony zostanie nowy papież - niewątpliwie miał na myśli siebie. Na koniec, aby dowieść prawdziwości swoich przepowiedni, jako mąż zesłany przez Niebiosa zebrał armię swoich zwolenników i przez dwa lata walczył, aż pokonał go i pojmał nieprzejednany wróg, Reynier, biskup Vercelli, który skazał go na śmierć. Wraz z Dolcinem na stosie spłonęła Małgorzata, jego siostra duchowa.

 

 

 

 

Religie świata. Encyklopedia

 

bracia apostolscy, herezja łącząca cechy 2 typów herezji średniowiecznych: herezji dobrowolnego ubóstwa i herezji millenarystycznych. Rozwijała się głównie w Lombardii od ok. 1259 do ok. 1400. W pierwszym okresie istnienia (ok. 1259-1300) przywódcą wspólnoty braci apostolskich był Gerard Segarelli, który podobnie jak św. Franciszek z Asyżu sprzedał swój majątek, a pieniądze rozdał ubogim, naśladując życie apostolskie. Segarelli i jego zwolennicy utrzymywali się z jałmużny i nawoływali do czynienia pokuty. Ich skromne szaty miały przypominać odzienie apostołów przedstawianych na kościelnych malowidłach. Wyrzeczenie się wszelkiej własności, główną ideę braci apostolskich tego okresu, miała ilustrować ceremonia przyjmowania do zgromadzenia, gdy kandydat rozbierał się do naga. Bracia apostolscy twierdzili, że Kościół od czasów Sylwestra I, gdy zrezygnował z przestrzegania ubóstwa, utracił pierwotną świętość i oddal się w niewolę szatana. Oprócz Kościoła "cielesnego" istnieje Kościół duchowy, którego zalążkiem są uczniowie Segarellego. Bracia apostolscy zostali potępieni przez papieży Honoriusza IV (1286) i Mikołaja IV (1290). W 1300 Segarelli został osądzony przez inkwizycję i spalony na stosie. Objęcie kierownictwa nad braćmi apostolskimi przez niedoszłego zakonnika Dolcino (zwanego Fra Dolcino) rozpoczęło drugi okres istnienia wspólnoty (1300-07). Doktryna braci apostolskich wzbogaciła się wówczas o idee millenarystyczne oparte na spekulacjach biblijnych Joachima z Fiore. Dolcino w swoich 3 listach skierowanych do współwyznawców głosił, że historia ludzkości dzieli się na 4 okresy: 1) do narodzenia Chrystusa, 2) do pontyfikatu Sylwestra l, 3) gdy Kościół zerwał z cnotą ewangelicznego ubóstwa i znalazł się w upadku, 4) gdy duchowieństwo ulegnie zagładzie, a na ziemi zapanuje zapowiadany w Apokalipsie tysiącletni pokój, po którym nastąpi przyjście Antychrysta i koniec świata. W tej ostatnie i epoce rządy nad Kościołem obejmie święty papież, któremu podporządkują się bracia apostolscy. Trafna przepowiednia Dolcina o upadku papieża Bonifacego VIII ośmieliła go do ogłoszenia daty zniszczenia duchowieństwa na 1305. Siłą polityczną mającą doprowadzić do obalenia papieża i ustanowienia nowego porządku miał być król Sycylii Fryderyk II. Gdy proroctwo się nie spełniało, Dolcino  w 1304 wzniecił zbrojne powstanie, które stłumiły wojska wezwane na krucjatę przez papieża Klemensa V. Większość braci apostolskich zginęła w walce, sam Dolcino i 140 jego zwolenników zostało pojmanych, osądzonych i spalonych na stosie w 1307. Nieliczni przetrwali do początku XV w. Dante uczynił z Dolcina jedną z postaci Boskiej Komedii i umieścił go w piekle.

 

 

 

 

 

NATALE BENAZZI, MATTEO D'AMICO

CZARNA KSIĘGA INKWIZYCJI

 

Dolcino okrutny

Porażka herezji katarów nie oznaczała bynajmniej zakończenia walki z herezją. Pragnienie czystości, jakie ogarnęło Europę po roku tysięcznym, musiało znaleźć swych kolejnych wyznawców, realizujących je w rozmaitych formach, czasami szaleńczych, czasami gwałtownych, niekiedy umiarkowanych. Przypadki i imiona takie jak Piotr Valdo, Joachim z Fiore, Savonarola są tylko najbardziej znanymi pośród masy osobistości, żyjących w tym okresie historii, by przytoczyć imiona takie jak: Henryk mnich, Pietro di Bruis, Arnoldo z Brescii, Ugo Speroni, Giovanni di Ronco czy Gerardo Segarelli, założyciel ruchu "apostolitów", którego bohaterem stał się, w ostatnich latach jego istnienia, brat Dolcino z Novary.

To właśnie przypadek Dolcina może nam pomóc w lepszym zgłębieniu historii jednego ze śledztw o nietypowym przebiegu, w którym musiano się zmierzyć nie z jakimś biedakiem, ale z prawdziwym wodzem stojącym na czele heretyckich zastępów.

Jak zobaczymy, była to w rzeczywistości prawdziwa wojna. Wojna, którą podjął trybunał inkwizycyjny, odmieniony w stosunku do tego, który na początku swej historii zmierzył się z problemem katarów. W czasach herezji Dolcina inkwizycja ukształtowała się już bowiem w sposób pozwalający jej na podejmowanie interwencji na całym obszarze wiary chrześcijańskiej. Historia podobna do tej, która przydarzyła się opisanemu przez nas hipotetycznemu heretykowi, "wykurzonemu" przez inkwizytora ze swej kryjówki, przydarzyła się w rzeczywistości Dolcinowi i jego naśladowcom.

Dolcino prorok

O zakonniku tym nie mamy praktycznie żadnych wiadomości aż po rok 1300, kiedy to pojawia się pierwszy list podpisany przez niego, jako przywódcę ruchu apostolitów. Pomimo skąpych danych biograficznych, Dolcino pozostaje prawdopodobnie najsłynniejszym heretykiem średniowiecznym, łączącym w sobie zarówno cechy przywódcy religijnego, jak i dowódcy oddziałów (zdolnych do prowadzenia partyzantki, ale i do dokonywania grabieży), oraz cechy buntownika i prekursora rebelii chłopskich.

Wychodząc poza mit, do którego powstania przyczynił się sam Dante, opisując w jednym z epizodów swej Boskiej Komedii Dolcina i wytrwały opór stawiany w górach przez jego oddziały *[Por. Dante, Boska Komedia: Piekło, Pieśń XXVIII, 55-60.], dostrzec można, iż sam Dolcino, odkąd rozpoczął kierowanie ruchem apostolitów, stara się przybrać postać prawdziwego proroka, naśladując w tym swego poprzednika Joachima z Fiore.

Treść "proroctwa" wyrażona została jasno w liście sporządzonym w 1300 roku, a więc w roku, w którym śmierć na stosie poniósł założyciel apostolitów Gerardo Segarelli, i bliska jest poglądom "buntownika" Alighieriego. "Prorok" oznajmia w nim, że zbliża się już kres niewoli pod rządami Kościoła niewiernego Bogu, a służącemu władzy ziemskiej; że tym, kto dopełni dzieła zniszczenia starego świata, będzie Fryderyk III Aragoński, który już wkrótce obali fałszywego papieża Bonifacego VIII, a wraz z nim i cały kler. Po tym rozpocznie się okres pokoju powszechnego i wyboru nowego, świętego papieża, prawdziwego przywódcy wszystkich ludzi, którzy idą za Duchem Bożym. Do tego czasu, ze względu na prześladowania ze strony fałszywego Kościoła, który ściga prawdziwych wiernych jak pies, który chce kąsać, konieczne jest, aby apostolici żyli w ukryciu.

List Dolcina zyskał natychmiast niesłychaną popularność, wręcz niewiarygodną, jeśliby przyjąć, iż rzeczywiście był on pierwszym aktem publicznym kaznodziei apostolitów. Bardziej prawdopodobne jest jednak, iż Dolcino, prowadząc życie w ukryciu (do jakiego zachęcał też swoich uczniów), już wcześniej zdołał zdobyć sobie rozgłos i teraz, spostrzegając kryzys ruchu założonego przez Segarellego, postanowił wyjść z podziemia, stając się nowym przywódcą doktrynalnym i organizacyjnym sekty.

Dolcino, niezmordowany podróżnik, udał się więc w celu głoszenia kazań do Bolonii, a potem w stronę jeziora Garda (w okolice Riva), skąd w 1303 r. ogłosił kolejny list skierowany do wszystkich "prawdziwych wiernych". Tak jak pierwszy dokument miał charakter proroctwa (jego celem było wzmocnienie ruchu, który dopiero co utracił swego założyciela), tak cele drugiego były zupełnie inne.

Teraz potrzebne było bowiem nie tylko potwierdzenie proroctw, ale przede wszystkim wyjaśnienie, dlaczego do tej pory jeszcze się one nie spełniły. Trzeba też było precyzyjnie określić organizację ruchu. I tak Dolcino kształtuje zakon apostolitów na wzór hierarchii przeznaczonej do walki z hierarchią Kościoła Rzymskiego. W odróżnieniu od hierarchii Kościoła oficjalnego, bazującej na posłuszeństwie głównie zewnętrznym (a więc fałszywym), hierarchia apostolitów ma być hierarchią w pełni wewnętrzną i duchową, opierającą się na posłuszeństwie wyłącznie wewnętrznym i duchowym. Zbytecznym byłoby dodawać, iż założenia takie prowadziły z łatwością do deklaracji absolutnej wolności od nakazów zewnętrznych, pochodzących od papieża i zwalniały od podporządkowania się Świętemu Oficjum inkwizycji.

Posłuszeństwo wewnętrzne miało być oczywiście posłuszeństwem samemu Dolcinowi. To on stanowił prawdziwą nadzieję na otrzymanie w końcu "świętego papieża". Ten kult jego osoby wyjaśnia niesamowitą wierność apostolitów osobie ich proroka, wierność aż po grób. Dolcino był bowiem ucieleśnieniem prawdziwego wierzącego. To on w pierwszym rzędzie był homo bonus ("dobrym człowiekiem"), jakim powinien być każdy wierzący. Ale też, przede wszystkim był on caput et magister ("głową i nauczycielem"), "mistrzem i wodzem".

To właśnie owa dwoistość tej postaci dała prawdopodobnie podstawę prawdziwego kultu, który rozwinął się wokół jego osoby.

W okresach takich, jak pierwsze lata XIV w., potrzeba odnowy duchowej spotyka się z potrzebą silnego, również i z punktu widzenia politycznego, przywódcy (wystarczy wspomnieć dantejskie utopie z Boskiej Komedii). Dolcino był prawdopodobnie jedynym, który w pełni pojął potrzeby swych współczesnych. Jeśli Kościół oficjalny nie był już "mistrzem" wiary, nie był on już też zdolny do "wyznaczania biegu historii".

Sam Dolcino był uważnym interpretatorem historii - we wspomnianym liście z 1303 r. stwierdzał on, iż ostatnim dobrym papieżem był Celestyn V, natomiast papież Bonifacy VIII utracił wszelkie odniesienie do osoby Piotra.

 

Po drugim liście Dolcina do akcji ruszyła inkwizycja. Ponieważ apostolici i ich przywódca żyli w ukryciu, rozpoczęła ona od uderzenia w tych, którzy udzielali im gościny, w mieściny, w których znajdowali oni schronienie, w rodziny, które ich ukrywały.

Diecezje tworzą swe oddziały zbrojne. W miastach Padwa i Piacenza, jako zbyt mało skuteczni, usunięci zostali ze swych stanowisk inkwizytorzy franciszkanie, zastąpili ich dominikanie. W Vicenzy, Aiulfo uderzył z niezwykłą siłą w heretyków, zamykając wielu z nich w więzieniach i zmuszając innych do udania się na wygnanie (on sam został też poddany inkwizycyjnemu śledztwu, które zakończyło się oskarżeniem go o malwersacje i wymuszanie łapówek). Rok 1304 - zwolennicy Dolcina z regionu trydenckiego (sam Dolcino przebywał prawdopodobnie na tym terytorium) rozpoczęli swój exodus, udając się w kierunku Lombardii i Piemontu.

Zaczęły się inkwizycyjne rządy terroru. W 1303 r. historia heretyka Zaccaria di Sant'Agata skończyła się na stosie. Głosił on ideę, iż darowizna Konstantyna była prawdziwą przyczyną upadku Kościoła.

W Bolonii spalony został na stosie inny zwolennik Dolcina: Rolandino de Ollis, który stwierdził podczas procesu, iż prawdziwą przyczyną lęku apostołów przed publicznym ukazaniem się była obecność "marnych naśladowców sprawy Dolcina" oraz "złośliwość inkwizytorów".

Między 1303 i 1307 r. inkwizycja coraz bardziej zaciskała swe sieci, posyłając na stos lub skazując na dożywotnie więzienie wiele osób, takich jak Piętro dal Prą, eremita Bartolomeo Petri Rubey, Giovanni Gerardini, który zresztą kilka razy, w sposób prawdziwie awanturniczy, zdołał umknąć przed aresztowaniem.

Tak samo jak kiedyś, w wypadku katarów, tak i teraz, w wypadku apostolitów, prześladowania, które na nich spadły, sprawiły, iż stali się oni jeszcze bardziej podziwiani i otaczani czcią, podczas gdy stosowana przez inkwizycję przemoc nie działała bynajmniej na korzyść wizerunku dominikanów:

...Kaznodzieje... są także nieprzyjaciółmi Boga i prawdy, spekulują na lichwiarstwie i na testamentach, tworzą świętych dla swych interesów, są przekupni i dlatego wydają wyroki, są gorsi od psów, a drapieżne bestie są od nich lepsze, to oni sami zasługują na stos; ponieważ zarówno oni, jak i św. Dominik są perfidni, są łotrami, złodziejami, złymi i diabolicznymi ludźmi, nie mają wiec prawa do potępiania bliźniego. Co więcej, to właśnie z ich przyczyny mnoży się liczba heretyków, gdyż ich [heretyków] życie i postępowanie jest bez wątpienia lepsze od osób ortodoksyjnych. To właśnie heretycy są "najlepszymi ludźmi na świecie", posiadaczami scientia salutis (nauki zbawienia), podczas gdy nauka kaznodziei to tylko scientia mundana (nauka świata). Podczas gdy Braciom Mniejszym zarzuca się tylko zachłanność, podobną do dominikańskiej, ciężkie są oskarżenia przeciwko członkom kleru, którzy trzymają biedny lud w swej władzy i wymuszają od niego pieniądze, i którzy są podstawową przyczyną herezji... Najsilniejsze oskarżenia i protesty dotyczą jednak zagadnienia malicia inquisitorum (złośliwości inkwizytorów). Inkwizycja skazała bonus homo (dobrego człowieka), ponieważ nie zdołała uzyskać względów jego siostry, inkwizycja obraża Boga, inkwizytor jest antychrystem, inkwizytor jest diabłem... i tak dalej aż do potępienia papieża, który przyznał władzę inkwizycji *[Por. R. Orioli, Venit perfidus heresiarca, Collana di studi medioevali].

Abstrahując od prawdziwości czy stronniczości takich opinii, jedno jest pewne: pomimo prześladowań heretyk nadal zdobywał nowych zwolenników, ponieważ z caput et magister (mistrza i nauczyciela) oraz z "dobrego człowieka" zaczął przeobrażać się w "męczennika". Rozwijająca się wokół mitu Dolcina tradycja doprowadziła też do kolejnej transformacji: z męczennika w świętego i cudotwórcę.

Dolcino nie miał jednak okazji być przyobleczony w szaty "człowieka, który dokonuje cudów". Przeznaczenie wojownika, jakie towarzyszyło mu w ostatnich latach życia, uniemożliwiło mu bowiem dostąpienie tego swoistego ludowego wyświęcenia.

Stworzony przez tradycję mit Dolcina różni się od klasycznej mitologii "dobrego heretyka". Z całą pewnością możemy stwierdzić, jak czyni to m.in. Orioli, iż był on przede wszystkim pierwszym nowoczesnym heretykiem, przy czym pojęcie samej herezji oznacza w jego wypadku zdolność do walki z ustalonym porządkiem (przy użyciu tej samej broni, którą porządek ten się posługuje), w imię prawa do własnej wolności. Jeśli słuszna jest nasza teza, zgodnie z którą trybunał inkwizycyjny był przede wszystkim narzędziem (Kościoła, a wraz z nim władzy cywilnej) służącym do zawładnięcia życiem wewnętrznym człowieka i do zdelegalizowania jego wolności, Dolcino jest pierwszym, który wykazał, że wszystko to jest sprawą sumienia, w jego najwyższej wolności, oraz że ubóstwo jest potwierdzeniem wolności wyboru stylu życia.

 

To lansowanie wolności wbrew wszystkim i wszystkiemu znalazło swój wyraz w stylu życia, jaki w momencie wznowienia prześladowań zmuszony był obrać prześladowany apostolita. Wciąż w drodze, nie miał on możliwości podjęcia pracy i zarabiania na własne utrzymanie. Musiał więc zawierzyć się dobroci tych, którzy przejawiali chęć goszczenia go. Aby niewielu mogło go ujrzeć, docierał do osad ludzkich zazwyczaj wieczorem; nie mogąc nigdzie zatrzymać się na dłużej, spędzał zazwyczaj noc na głoszeniu kazań w domach swych gospodarzy, gdzie zbierali się wierzący, którzy pragnęli go wysłuchać. Ponieważ goszczący go ludzie zwykle nie byli zamożni, sypiał w stajniach lub lasach. Często przybywał wraz ze swymi kompanami do miejsc, skąd był natychmiast przeganiany, nie tyle z powodu braku litości, ile ze strachu przed prześladowaniami. Zazwyczaj rankiem następnego dnia wyruszał w dalszą drogę, a ryzyko denuncjacji dotykało tych, z którymi się spotkał i którzy po upływie krótkiego czasu wzywani byli przez inkwizycję na przesłuchanie, tak jak na przykład

Vivelda de Blanchis, młoda, prawdopodobnie powabna [niewiasta], która zdołała zmiękczyć samego inkwizytora *[Tamże]

i w ten sposób uratowała się od ciężkiej kary, stwierdzając, z błyszczącymi od łez oczyma i pochyloną głową, iż "przypuszczała, że są to dobrzy ludzie, ale miała wątpliwości, czy wierzyć im, czy też innym ludziom Kościoła".

Dla wielu innych nie było jednak nadziei na uratowanie swej skóry. W ten właśnie sposób zrodził się kolejny mit, mit "naśladowania drogi Dolcina". Ten, kto zdołał wymknąć się z obławy inkwizycji, udawał się w ślady "mistrza", kierując się do Piemontu, gdzie mógł liczyć na bezpieczeństwo.

Inkwizycja bynajmniej nie przyglądała się temu bezczynnie. Wkrótce zamiary Dolcina stały się jasne i drogi jego ucieczki zapełniały się inkwizycyjną i biskupią policją.

Dolcino wojownik

Tymczasem w 1304 r. Dolcino dotarł do Novary. Kierunek jego podróży zdeterminowany był przez zaciskającą się obławę inkwizycji, ale oprócz tego miał on też i specyficzne znaczenie. Przebyta przez niego droga była czymś w rodzaju heretyckiej pielgrzymki, była "drogą Lombardzką", która pozwoliła najpierw katarom, a potem waldensom uciec przed prześladowaniami, które miały miejsce w Langwedocji.

Abstrahując jednak od tego znaczenia symbolicznego, nie ulega wątpliwości, iż Dolcino uciekał przed inkwizycją. Miejsca, w których się zatrzymywał, i drogi, jakie przebywał, były "miejscami pozostającymi pod ochroną". Ci, którzy twierdzą, jakoby już wtedy włoski heretyk przewidywał "drogę insurekcji", a więc wybierał swą trasę pod kątem spotkania się z masami chłopskimi i pobudzenia ich do zbrojnej rewolty, prawdopodobnie są w błędzie. W tamtym czasie Dolcino był bowiem wciąż jeszcze jedynie prześladowanym "mistrzem i nauczycielem", który szuka ratunku dla siebie i swych towarzyszy.

Polityka stała się dla niego możliwością realizacji utopii, jednak w praktyce miał on w tej dziedzinie wyłącznie złe doświadczenia. Nie było możliwe przebywanie w Parmie, gdyż nie było tam już, jak w czasach Segarellego, protektora Obizzona Sanvitale. W Mediolanie inkwizycja była bardzo silna, również z powodów politycznych, gdyż dążyło się tam do wyeliminowania Viscontich. W Novara, prawdopodobnym miejscu narodzin Dolcino, niespokojna atmosfera uniemożliwiła mu zatrzymanie się na dłużej. Natomiast w Vercelli w 1303 r. osiedlił się biskup Raniero Avogadro, prawdziwa zguba dla heretyków.

I tak Dolcino zmuszony został do ucieczki, nie było bowiem nigdzie miejsca, w którym mógłby się zatrzymać. W swoich "proroctwach" przewidział on co prawda narodziny nowego Jeruzalem i nowej góry Syjon, gdzie "prawdziwi wierni" będą mogli przebywać w pokoju. Żadne jednak miejsce nie odpowiadało temu opisowi. Być może więc, iż przemieszczając się na północ Włoch, heretyk poszukiwał jedynego możliwego wyjścia: znalezienia nowego Syjonu.

Wybierzmy się teraz w podróż jego śladami. Wydaje się, iż na terytorium pomiędzy Gattinara i Seravalle apostolici znaleźli wreszcie nieco spokoju, którego tak pragnęli. Mieszkańcy tych obszarów przyjmują ich z radością i solidarnością. To właśnie tam do pierwszych uciekinierów dołączają następni: "Do Syjonu! Do Syjonu!". Tworzą oni prawdziwe zastępy, które z utęsknieniem wyglądają końca czasów.

Po przeciwnej jednak stronie gromadzą się liczne oddziały wojsk komunalnych, zasilających szeregi inkwizycji, dowodzone przez ojca Emanuela "inkwizytora Vercelli". I tak gromada zwolenników Dolcina ucieka z Seravalle, tym razem kierując się w stronę gór, które wydają się pewnym schronieniem dla uciekinierów. Ich celem jest Valsesia, a w szczególności skalista góra o nazwie Monte Parete Calva, niezwykle trudna do zdobycia ze względu na swe naturalne ukształtowanie. Ma ona 1600 metrów wysokości i dominuje nad doliną oraz zbiegiem rzek Sesia i Sorba. Można się do niej dostać jedynie od strony Campertogno. Dolcino i jego towarzysze przybywają tam w lecie 1305 r. i od razu organizują życie wspólnotowe, zakładając tam swój obóz oraz budując prowizoryczne domostwa. Tam też właśnie rodzi się kolejny mit, mit Dolcina, który z "mistrza" przekształca się w bohatera zbrojnego oporu.

Dolcino w tamtych dniach bacznie obserwuje swe oddziały, zastępy mężczyzn i kobiet przybyłych z odległych stron, uzbrojonych jedynie w siłę własnej nadziei i wiary w jego słowa. Patrząc na nich, pojmuje, że prawda (a raczej to, co on sam uważa za prawdę) nie może już im wystarczyć do przeżycia. Dochodzi więc do wniosku, że biedny wierzący musi chwycić za broń, aby obronić ostatnie miejsca swej egzystencji, musi przeżyć, aby nie zostać zapomnianym. Góra Monte Parete Calva stanie się więc "fortecą nadziei".

Inkwizycja została więc przechytrzona. Apostolici są nieosiągalni. Nie wzięli oni jednak pod uwagę dwóch innych potężnych nieprzyjaciół: alpejskiej zimy i ludzkiej obojętności. Mieszkańcy Valsesia, nie wiadomo, czy ze strachu, czy też z wyboru, pozostają neutralni. Ten brak ich wsparcia sprawia, że dla obwarowanych na górze zastępów Dolcina, wraz z nadejściem zimy, nadchodzi też tragedia głodu i zimna.

Dolcino uzbraja więc swoich ludzi i kieruje się w doliny. Grabi wsie i miasteczka. Kradnie żywność i pieniądze. Porywa zakładników. Morduje w sposób zdradziecki.

Rozpoczyna się prawdziwa wojna. Przeciwnikom nie pozostaje nic innego jak tylko również organizować zasadzki: na heretyków, którzy schodzą w doliny, i na tych, którzy z dolin starają się do nich dołączyć. To, co rozgrywa się w tych dniach, stanowi prawdziwą partyzantkę i nazwane będzie świętym imieniem krucjaty.

Dolcino schodzi nocą aż do Varallo, gdzie porywa burmistrza i żąda za niego okupu. Zarządza on też, iż nie obowiązują już reguły postów. Trzeba bowiem, aby bojownicy byli silni również i ciałem. Z kolei uczestnicy krucjaty uderzają w dolinach w tych wszystkich, którzy podejrzani są o żywienie i wspieranie heretyków.

Robi się coraz zimniej. Woda w strumieniach zamarza. Najsłabsi zaczynają chorować i umierać. Pomimo grabieży brakuje żywności. Zbyt dużo bowiem osób wspięło się na górę Monte Parete Calva, a wiele z nich to kobiety i dzieci, a więc niezdolni do prowadzenia wojny. Mosty, które prowadziły w doliny, łamią się z powodu mrozów. Dochodzi wreszcie do tego, iż towarzysze Dolcina ryją pod śniegiem w poszukiwaniu korzonków roślin, którymi można by nasycić głód. Zapasy mięsa skończyły się już dawno. Nie ma już koni ani nawet ich siana, również zwierzęta wyginęły z głodu. Na górze Monte Parete Calva nie ma już nawet i myszy.

W końcu Dolcino podejmuje decyzję o wymarszu. Jego wygłodniałe oddziały ponownie ruszają więc w drogę, w kierunku Syjonu, ich ostatniego marzenia i nadziei. Jaki jednak obrać kierunek? Zejście w doliny wzdłuż koryta rzeki Sesia oznaczałoby wpadnięcie w ręce oddziałów inkwizycyjnych z Novara; skierowanie się w stronę lodowców górskiego pasma Alagna jest zbyt ryzykowne, a i rezultat niewiadomy... Jak przyjęto by ich w Sabaudii? Nadzieje rokuje terytorium Vercelli, gdzie obecność katarów nadal jeszcze jest silna i gdzie skazanie na stos kobiety uznanej za heretyczkę wywołało, kilka lat wstecz, rozruchy wśród ludu. Ale i w Vercelli nastąpiły ostatnio zmiany. Zmienił się biskup i obalone zostało stronnictwo gibelinów. Zmieniła się też polityka zarówno kościelna, jak i świecka. Również i ta droga jest więc ryzykowna, ale przecież coś należy koniecznie zrobić. Może zaryzykować więc przejście przez Vercelli, kierując się docelowo do Biella.

Decyzja zostaje wreszcie podjęta i wiosną 1306 r. gromada ocalałych rusza w drogę, porzucając najsłabszych i tym samym skazując ich na pewną śmierć. Nocą, w absolutnej ciszy, heretycy wyruszają w stronę Alp, w okolice Biella. Jest 9 marca. Przebywają oni drogi określone przez kronikarza *[Według anonimowego kronikarza, autora książki Historia frati Dulcini.] mianem inexcogitabiles ("niepojętych"), przekraczają "wielkie góry" oraz "niedostępne miejsca i olbrzymie lodowce".

Czują na plecach przekleństwa ludu, tego samego, który kilka miesięcy wcześniej podziwiał zarówno ich odwagę, jak i kazania oraz ubóstwo. Teraz natomiast otacza ich pogardą za nędzę oraz za przemoc i gwałty, jakich się dopuścili. Miłość ludu przemieniła się w nienawiść.

Z góry Rubello Dolcino, jak wściekły pies, atakuje tereny rejonu Trivero - 10 marca obwarowuje się na owej górze, gdzie oprócz prowizorycznych domostw buduje także fortecę, po czym rozpoczyna swe napady i grabieże. Rzuca on teraz definitywne wyzwanie całemu światu. Po raz kolejny zdołał wymknąć się z obławy wojsk krucjaty i teraz, z uciekiniera przed prześladowaniami, przemienia się w agresora. W dokumentach strony katolickiej figuruje on jako: "Dolcino, z nakazu Kościoła, oblegany przez wszystkich Lombardów".

Wznoszone przez niego na górze Rubello budowle mają charakter trwały, ponieważ wykonywane są one z przekonaniem, że jest to miejsce ostatniej już ucieczki. Prowizoryczne domostwa stopniowo przekształcają się w solidne, prawdziwe domy; budowane są studnie i podziemne korytarze, a na okolicznych szczytach powstają małe fortece.

Na scenie pojawia się teraz Raniero Avogadro, od 9 sierpnia 1303 r. biskup Vercelli, modelowy przykład wiary walczącej z herezją, opisany przez Dantego noarese. Raniero stanowi ucieleśnienie prawdziwego biskupa-antyheretyka: po tym, jak prawie całe swoje życie spędził w murach kościoła Sant'Eusebio, jako starzec "powraca, aby dowodzić wojskami", aby bronić interesów wiary i posiadłości ziemskich. To on decyduje o oblężeniu i osobiście dowodzi siłami inkwizycyjnymi i gminnymi. Góra Rubello zostaje otoczona i zablokowana, odcięte zostają wszelkie drogi ucieczki. Raniero apeluje też do papieża, który wysyła inkwizytorów do Lombardii, i zwraca się do arcybiskupa Mediolanu i księcia Sabaudii o pomoc w wytępieniu heretyków i ostatecznym zakończeniu całej tej sprawy.

Do pierwszej potyczki dochodzi w Mosso, gdzie wojska wysłane przez Avogadro zostają zaskoczone i wzięte do niewoli przez oddziały Dolcina, które jak "wściekłe psy i przeklęte demony" schodzą z góry i wdzierają się w szeregi wroga.

Znowu nadchodzi zima, a wraz z nią ponownie pojawia się widmo głodu, choć zda się niemożliwe, jeszcze gorszego niż ten z czasu pobytu zastępów Dolcina w Valsesia. Głód, jaki ich prześladuje, stanie się cechą charakterystyczną ich heretyckiego doświadczenia, opisywanego przez Dantego i wspominanego we wszystkich dokumentach tamtej epoki. Apokalipsa, o której marzył kaznodzieja apostolitów, przybiera oblicze kompletnie odmienne od tego, jakie on prorokował, a upragniona góra Syjon przypomina coraz bardziej dolinę Jozafata. Nie ma już ani odrobiny mięsa, oblężeni żywią się więc skórami i szpikiem wysysanym z kości. Zjedzone zostają też wszystkie korzonki i liście roślin, aż wreszcie dochodzi do skrajnej degradacji - do żywienia się mięsem zmarłych towarzyszy:

Doszli oni do tak skrajnej nędzy, że... kiedy ktoś z nich poległ był w bitwie, inni kroili jego ciało i gotowali mięso, a potem je jedli, a to z przyczyny niedostatku żywności i olbrzymiego głodu... A i tak wielu z nich umierało z głodu; a ich ciała, żywi w części zjadali, a w części wyrzucali... na pożarcie dzikim zwierzętom *[Por. Historia frati Dulcini (tłumaczenie autora).].

Oto wnioski, jakie wysnuł Orioli, który dogłębnie zbadał przypadek Dolcina. Są zarazem błyskotliwe i przygnębiające:

Po raz kolejny znajdujemy się w obliczu złośliwego szyderstwa losu, który drwi sobie z ludzkich spraw. Ci, którzy wierzyli w ubóstwo i doskonałość, którzy oczekiwali nadejścia nowej ery katarów oraz zrealizowania się Bożej sprawiedliwości, którzy mieli odwagę podjęcia walki z zepsutym Kościołem i jego wiernymi, muszą ustąpić... w obliczu najbardziej elementarnej i pierwotnej potrzeby: w obliczu głodu zmuszeni są oni poddać się. Głodu, który "zdobywa każdą twierdzę".

Tragedia apostolitów dopełnia się w okresie między grudniem 1306 r. a końcem marca 1307 r. Mimo iż doczekali oni wiosny, nie mają już sił ani nadziei. W tej sytuacji, 23 marca, Raniero decyduje o podjęciu ataku. Choć bitwa trwa tylko jeden dzień, ma ona zakończyć historię, która ciągnie się już zbyt długo. Jeden dzień, w którym zorganizowane oddziały wojsk biskupa i księcia zmierzą się z co prawda wynędzniałymi, lecz zdeterminowanymi siłą desperacji oddziałami Dolcina. Wielu z jego ludzi polegnie pod mieczami przeciwnika, jednak wielu innym nie będzie dana okazja do chwalebnej śmierci w walce. Zostaną oni bowiem porwani przez wzburzone nurty rzeki, która przepływa u stóp góry, przemierzając dolinę Stavello. Stu czterdziestu zostanie schwytanych i wziętych do niewoli, wśród nich Dolcino i jego wierna towarzyszka Małgorzata. Inkwizycji zależy na tym, aby zostali oni wzięci żywcem. Nie chce ona bowiem stracić jedynej okazji do zademonstrowania ludowi finału tej historii. I tak jeńcy umieszczeni zostają w więzieniu biskupim w Biella.

Dolcino pozostaje pod specjalnym nadzorem, tak jak zresztą zawsze to bywa w wypadku przestępców cieszących się szczególnie złą sławą. Inkwizycja i sądownictwo biskupie praktycznie rywalizują o to, kto przeprowadzi proces. Wszystkim zależy bowiem na tym, aby to właśnie oni byli tymi, którzy osądzą Dolcina. Sam proces rozgrywa się jednak niezwykle szybko. Tak samo jak szybko zaginął wydany w nim wyrok. Na pewno wiemy tylko to, iż odbyło się inkwizycyjne przesłuchanie. Reszta pozostaje tajemnicą.

Czy Dolcino się złamał, czy może wytrwał aż do śmierci? Wyparł się wszystkiego w obecności swych towarzyszy? Wojownik okazał się tchórzem? W świadectwach dotyczących końca Dolcina spotykamy się z uporem człowieka i jego przeobrażeniem się w mit. Wyrok, który zaginął, jest oczywiście wyrokiem skazującym na śmierć, l czerwca 1307 r., po nadejściu zezwolenia papieża, w Vercelli wykonana zostaje na Dolcinie kara śmierci. 

Wcześniej jednak zaaranżowana zostaje potworna via crucis. Ze skutymi łańcuchami rękami i nogami, heretyk umieszczony zostaje na wozie, który rusza w drogę. Celem jest stos, ale gorsze od niego są czekające go wcześniej tortury. Przejeżdżając wśród tłumu mężczyzn i kobiet, którzy, oczywiście, nie zapomnieli mu najazdów, gwałtów i grabieży, wóz z Dolcinem zatrzymuje się kilkakrotnie. Podczas każdego takiego postoju tłum ma niepowtarzalną okazję wzięcia udziału w spektaklu tortur, który normalnie rozgrywa się w sekretnych lochach i więzieniach. Ciało Dolcina zostaje rozszarpane rozżarzonymi prętami, wyrywają mu nos i genitalia. Zgodnie z ludową legendą, podczas wszystkich tych tortur pozostaje on pogodny, dodając odwagi swej Małgorzacie i zachęcając ją, aby wytrwała w cierpieniach. Jest jednak pewne, iż sceny okaleczenia ciała heretyka (który "kaleczył" ciało Kościoła) wzbudziły litość nawet w tak bardzo niechętnym mu tłumie.

Słusznie stwierdza w swym komentarzu Orioli:

W rzeczywistości znikoma była wartość życia ludzkiego i znikoma waga, jaką przywiązywano do cierpienia. Fundamentalna była natomiast wartość exemplum (przykładu), punktu odniesienia, auctoritas (autorytetu).

Zarówno w opisanym tu przypadku, jak i przy okazji innych, które przedstawimy w dalszej części tej książki, wypada podkreślić, iż to właśnie okrucieństwo publicznych tortur uczyniło z Dolcina męczennika i sprawiło, że zapisał się on tak w historii ludowej, jak i w tej spisywanej przez osoby światłe, nie jako przykład słusznie ukaranego heretyka, ale jako niesłusznie prześladowany prekursor. Uderzając w jego ciało, uderzało się również w ideę, zmuszało ją do milczenia. W pewnym sensie poddawało się więc torturom nadzieję. Choć, z jednej strony, skazanie grabieżcy i rebelianta oznaczało przywrócenie pokoju w rejonie Rubello, to, z drugiej strony, publiczne tortury zadane heretykowi odsłaniały zajadłość skierowaną przeciwko temu, kto usiłował, słusznie czy niesłusznie - nie miało to już większego znaczenia -odnowić ducha swych czasów.

 

 

 

 

 

Umberto Eco

Imię Róży

(...)

I usłyszałem jeszcze jeden głos, ale tym razem dobiegł od tyłu i był to głos odmienny, gdyż z ziemi, nie zaś z piorunującego środka mojej wizji; i wtedy rozproszyła się wizja, ponieważ Wilhelm (w tym momencie zdałem sobie sprawę z jego obecności), do tej chwili również zagłębiony w kontemplacji, obrócił się, podobnie jak ja.

Istota za naszymi plecami zdawała się mnichem, aczkolwiek plugawy i obszarpany habit czynił ją podobną raczej do włóczęgi, zaś twarz nie różniła się zbytnio od pysków potworów, które widziałem przed chwilą na kapitelach. Nigdy w życiu, acz zdarza się przecież to licznym moim konfratrom, nie nawiedził mnie diabeł, lecz myślę, że gdyby miał mi się kiedy ukazać, niezdolny z Bożego rozporządzenia ukryć całkowicie swojej natury, choćby i nawet zechciał uczynić się podobnym do człowieka, nie inne miałby rysy twarzy niż te, jakie okazywał wtenczas nasz rozmówca. Czaszka bezwłosa, jednak nie z pokuty, ale przez dawne działanie jakiejś lepkiej egzemy, czoło tak niskie, że gdyby miał jeszcze włosy na głowie, łączyłyby się z brwiami (które były gęste i stargane), oczy okrągłe, źrenice maleńkie i rozbiegane, zaś spojrzenie, nie wiem, niewinne li czy złośliwe, a może obie te rzeczy na raz i w różnych chwilach. Nos można było tak nazwać dlatego tylko, że kość jakaś sterczała spomiędzy oczu, ale jak oddzielał się od twarzy, tak i się z nią łączył, przemieniając się nie w co innego, jeno w dwie ciemne jamy - zarośnięte gęstwą włosów dziurki. Usta, połączone z nozdrzami blizną, były szerokie i krzywe, dalej sięgały po lewej stronie niż po prawej, zaś między wargą górną, której nie było, a dolną, wydatną i mięsistą, pojawiały się w nierównych odstępach zęby czarne i ostre jak kły psa.

Mąż ów uśmiechnął się (a przynajmniej tak mi się zdało) i unosząc palec, jakby chciał nas napomnieć, rzekł:

- Penitenziagite! Vide quando draco venturus est wgryza się w anima tua! La morta est super nos! Módl się, by przybył święty ojciec i uwolnił nas a malo de todas le peccata! Ach, ach, ve piase ista nekromancja Domini Nostri Jesu Christi! Et anco iois m'es dols e plazer m'est dolors... Cave el diabolo? Semper m'aguaita w jakąś pieśń, by ukąsać mnie w kark. Ale Salwator non est insipiens! Bonum monasterium et tutaj se magna et se priega dominum nostrum. Zasię reszta valet est wyschłej figi. Et amen. Czyż nie?

Ciągnąc tę opowieść, przyjdzie mi jeszcze mówić, i to nie raz, o tym stworzeniu i przytaczać jego słowa. Wyznaję, że nie będzie to łatwe, nie umiem bowiem powiedzieć dzisiaj, podobnie jak nie pojmowałem wtenczas, jakim językiem mówiło. Nie była to łacina, którą posługiwali się wykształceni mieszkańcy opactwa, nie był to język pospólstwa z tych albo innych ziem, jaki kiedykolwiek słyszałem. Myślę, że dałem niejakie wyobrażenie o jego sposobie mówienia, przytaczając (tak jak utkwiły mi w pamięci) pierwsze słowa, które usłyszałem z jego ust. Kiedy później dowiedziałem się o bogatym w przygody życiu Salwatora i o rozmaitych miejscach, w jakich bywał, nigdzie nie zapuszczając korzeni, zrozumiałem, że mówił wszystkimi językami i żadnym. Lub też wymyślił sobie własny, spożytkowując strzępy języków, z którymi się zetknął - i pomyślałem raz, że jego język nie był językiem adamowym, jakim mówiła szczęśliwa ludzkość, gdy wszystkich łączyła ta sama mowa, od początku świata aż do Wieży Babel, ani też jednym z języków, jakie wyszły po nieszczęsnym ich rozdzieleniu, lecz właśnie językiem bablejskim z pierwszego dnia po Boskiej karze, językiem pierwotnego pomieszania. Z drugiej strony, języka Salwatora nie mogłem nazwać mową, albowiem w każdym człowieczym języku są reguły, a każde wyrażenie oznacza ad placitum *[wedle uznania (łac.)] jakąś rzecz, podług prawa, które nie odmienia się, jako że człowiek nie może nazwać psa raz psem, a raz kotem, ani dobywać z siebie dźwięków, jeśli powszechna zgoda ludzi nie nadała im ostatecznego znaczenia, jak byłoby z kimś, kto wypowiedziałby słowo "blitiri". Wszakże lepiej czy gorzej rozumiałem, co Salwator chciał powiedzieć, i rozumieli inni. To znak, że mówił nie jednym językiem, ale wszystkimi, żadnym w sposób właściwy, biorąc słowa to z jednego, to z drugiego. Spostrzegłem później, że mógł nazwać rzecz jakąś raz po łacinie, to znów po prowansalsku, i zdałem sobie sprawę, że raczej nie zmyślał własnych zdań, lecz używał oddzielnych członów innych zdań zasłyszanych kiedyś - zależnie od sytuacji i tego, co chciał rzec, jakby o jadle mógł mówić tylko słowami ludzi, przy których to jadło spożywał, i wyrażać radość tylko zdaniami, jakie wypowiadali ludzie rozradowani w dniu, kiedy i on doświadczył podobnej radości. To tak jakby przemawiała jego twarz, ale złączona z kawałkami innych twarzy, albo jak widziałem parę razy w cennych relikwiarzach (si licet magnis componere parva *[jeśli można rzeczy małe do wielkich przyrównywać (łac.)] lubo do spraw Boskich diabelskie), które powstają ze szczątków różnych świętych przedmiotów. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy, pokazał mi się i z twarzy, i ze sposobu mówienia jako niewiele różny od skrzyżowań włochatych i kopytnych zwierząt, jakie dopiero co widziałem na portalu. Później spostrzegłem, że był to może człek zacnego serca i humoru żartobliwego. Jeszcze później... Ale nie niweczmy porządku rzeczy. Między innymi dlatego, że jak tylko przemówił, mój mistrz zapytał z wielkim zaciekawieniem:

- Czemu rzekłeś penitenziagite!

- Domine frate magnificentisimo - odparł Salwator składając jakby ukłon. - Jezus ventuus est et li homini debent czynić pokutę. Nie?

Wilhelm przyjrzał mu się bacznie.

- Przybyłeś tutaj z klasztoru minorytów?

- No intendo.

- Pytam, czy żyłeś pośród braci świętego Franciszka, pytam, czy znałeś owych, których zwano apostołami...

Salwator pobladł, a raczej jego ogorzałe i zwierzęce oblicze stało się szare. Wykonał głęboki skłon, ledwie poruszając wargami, oznajmił: "vade retro", przeżegnał się pobożnie i umknął, zerkając co jakiś czas za siebie.

- O co go pytałeś? - zagadnąłem Wilhelma. Był przez chwilę jeszcze pogrążony w myślach.

- Nieważne, powiem ci później. Wejdźmy. Chcę znaleźć Hubertyna.

(...)

- I oby tak się stało, Hubertynie - powiedział Wilhelm. - Na razie jestem tu, by zapobiec wypędzeniu człowieczego cesarza. O twoim papieżu anielskim mówił także brat Dulcyn...

- Nie wypowiadaj więcej imienia tego węża! - ryknął Hubertyn, i po raz pierwszy ujrzałem, jak przeobraził się z człeka strapionego w zagniewanego. - Zbrukał słowa Joachima z Kalabrii, uczynił z nich żagiew śmierci i plugastwa! Jeśli Antychryst miał swych wysłanników, on nim był. Lecz ty, Wilhelmie, mówisz tak, bo w istocie nie wierzysz w nadejście Antychrysta, a twoi mistrzowie z Oksfordu nauczyli cię bałwochwalczej czci dla rozumu, wyjaławiając wieszcze władze twojego serca!

- Mylisz się, Hubertynie - odparł z wielką powagą Wilhelm. - Wiesz, że najbardziej z moich mistrzów czczę Rogera Bacona...

- Który roił o latających maszynach - zadrwił boleśnie Hubertyn.

- Który jasno i bez ogródek mówił o Antychryście, dostrzegał jego znaki w znieprawieniu świata i w osłabieniu mądrości. Lecz nauczał, że jest jeden tylko sposób przygotowania się na jego przyjście: badanie sekretów natury, używanie wiedzy dla ulepszenia rodzaju ludzkiego. Możesz przygotować się do walki z Antychrystem badając lecznicze przymioty ziół, naturę kamieni, a nawet kreśląc plany latających maszyn, które budzą twój uśmiech.

- Antychryst twojego Bacona był tylko wymówką, by oddawać się pysze rozumu.

- Lecz wymówką świętą.

- Nic, co służy za wymówkę, nie jest święte. Wilhelmie, wiesz, że życzę ci dobrze. Wiesz, jak wielką ufność pokładam w tobie. Skarć rozum, naucz się opłakiwać rany Pana, wyrzuć precz swoje księgi.

- Zachowam tylko twoją - uśmiechnął się Wilhelm. Hubertyn też uśmiechnął się i pogroził mu palcem.

- Niemądry Angliku. I nie wyśmiewaj zbytnio swoich bliźnich. Raczej lękaj się tych, których nie możesz pokochać. I strzeż się opactwa. Nie podoba mi się to miejsce.

- Właśnie zamierzam lepiej je poznać - rzekł Wilhelm na pożegnanie. - Chodźmy, Adso.

- Ja ci powiadam, że nie jest dobre, ty zaś chcesz je poznać. Ach! - rzekł Hubertyn potrząsając głową.

- Ano właśnie - rzekł Wilhelm, który dotarł już do połowy nawy - kim jest ten mnich, podobny do zwierzęcia i mówiący językiem z wieży Babel?

- Salwator? - Hubertyn, który już klękał, odwrócił się. - Zdaje się, że wniosłem go w wianie temu opactwu... Wraz z klucznikiem. Kiedy zrzuciłem habit franciszkański, wróciłem na jakiś czas do mojego dawnego klasztoru w Casale i zastałem tam innych braci pogrążonych w trwodze, albowiem wspólnota oskarżała ich, że są duchownikami z mojej sekty... tak się wyrażali. Ująłem się za nimi i uzyskałem, że mogli pójść w moje ślady. A dwóch, Salwatora i Remigiusza, zastałem właśnie tutaj, kiedy przybyłem w minionym roku. Salwator... Doprawdy wygląda jak bestia. Ale jest usłużny.

Wilhelm zawahał się przez chwilę.

- Usłyszałem, jak mówi: penitenziagite.

Hubertyn milczał. Machnął ręką, jakby chciał odpędzić dręczącą go myśl.

- Nie, nie sądzę. Wiesz, jacy są ci świeccy bracia. To wieśniacy, którzy słuchali może jakiegoś wędrownego kaznodziei i sami nie wiedzą, co mówią. Salwatorowi mam co innego do zarzucenia; jest to bestia żarłoczna i lubieżna. Ale nic, nic a nic przeciwko ortodoksji. Nie, choroba opactwa tkwi gdzie indziej, szukaj jej u tych, co wiedzą za dużo, nie zaś u tych, co nie wiedzą nic. Nie buduj zamku podejrzeń na jednym słowie.

(...)

- Uczynię, co możliwe, ojcze wielebny - rzekł Wilhelm. - Ale z drugiej strony nie dostrzegam, w jaki sposób sprawa ta mogłaby naprawdę przynieść szkodę spotkaniu. Również przedstawiciel papieski pojmie, że zachodzi różnica miedzy dziełem szaleńca lub człeka żądnego krwi, lub może tylko zagubionej duszy, a poważnymi kwestiami, nad którymi dojdzie tutaj do dysputy między ludźmi prawymi.

- Tak mniemasz? - spytał opat wpatrując się w Wilhelma. - Nie zapominaj, że awiniończycy wiedzą, iż natkną się tutaj na braci mniejszych, a więc osoby niebezpiecznie bliskie braciaszkom i innym, jeszcze szaleńszym od braciaszków, na niebezpiecznych kacerzy, splamionych zbrodniami - i tutaj opat zniżył głos - wobec których wypadki, skądinąd szkaradne, jakie miały miejsce tutaj, bledną niczym chmura pod działaniem promieni słonecznych.

- Przecież to co innego! - wykrzyknął żywo Wilhelm. - Nie możesz przykładać tej samej miary do braci mniejszych z kapituły w Perugii i jakiejś bandy kacerzy, którzy opacznie pojęli posłanie Ewangelii, przemieniając walkę z bogactwem w ciąg prywatnych odwetów i krwawych szaleństw...

- Niewiele lat minęło od chwili, kiedy ledwie parę mil stąd jedna z tych band, jak je nazywasz, spustoszyła ogniem i mieczem ziemie biskupa Vercelli i okolice Nowary - odparł oschle opat.

- Masz na myśli brata Dulcyna i apostołów...

- Pseudoapostołów - poprawił opat. I oto znowu usłyszałem, jak wspomina się brata Dulcyna i pseudoapostołów, i znowu tonem ostrożnym i prawie z odcieniem lęku.

- Pseudoapostołów - zgodził się skwapliwie Wilhelm. - Ale oni nie mieli nic wspólnego z braćmi mniejszymi...

- Którzy jednak głosili tę samą cześć dla Joachima z Kalabrii - nie ustępował opat - i możesz zapytać o to swojego konfratra Hubertyna.

- Zwracam uwagę, ojcze wielebny, że teraz jest twoim konfratrem - powiedział Wilhelm z uśmiechem i rodzajem niby-ukłonu, jakby chciał powinszować opatowi tego, że zyskał dla swojego zakonu człowieka cieszącego się tak dobrym imieniem.

- Wiem, wiem - uśmiechnął się opat. - A i ty wiesz, z jaką braterską życzliwością nasz zakon przyjął duchowników, kiedy ściągnęli na siebie gniew papieża. Mam na myśli nie tylko Hubertyna, ale licznych innych, skromniejszych braci, o których niewiele się wie, choć może powinno się wiedzieć więcej. Bywało bowiem tak, żeśmy przyjmowali uciekinierów, którzy przybywali odziani w habit braci mniejszych, a później dowiadywałem się, że koleje życia niosły ich w stronę zwolenników Dulcyna...

- Również tutaj? - spytał Wilhelm.

- Również tutaj. Wyjawiam ci coś, o czym w rzeczywistości wiem bardzo niewiele, a w każdym razie nie dość, by formułować oskarżenie. Ale zważywszy, iż prowadzisz śledztwo dotyczące życia w tym opactwie, dobrze, byś i ty wiedział o tych sprawach. Powiem ci przeto, że podejrzewam, uważaj, podejrzewam w oparciu o to, co słyszałem lub odgadłem, iż w życiu naszego klucznika, który właśnie przybył tutaj przed laty razem z falą braci mniejszych, był moment bardzo mroczny.

- Klucznika? Remigiusz z Varagine miałby być zwolennikiem brata Dulcyna? Wygląda mi na człeka zbyt łagodnego, a w każdym razie mniej troszczącego się o panią biedę, niż ktokolwiek mi znany... - rzekł Wilhelm.

- I w istocie nie mogę rzec o nim nic, i korzystam z jego usług, za które wdzięczna mu jest cała wspólnota. Lecz mówię o tym po to, byś zrozumiał, jak łatwo jest znaleźć powiązania między bratem a braciaszkiem.

- Raz jeszcze, ojcze wielebny, jesteś niesprawiedliwy, jeśli wolno mi się tak wyrazić - przerwał mu Wilhelm. - Mówimy o zwolennikach Dulcyna, nie zaś o braciaszkach. O tych wiele można powiedzieć, nie wiedząc nawet, o kim się mówi, albowiem są ich rozmaite rodzaje, lecz nie, że są krwiożerczy. Można im najwyżej zarzucić, że bez należytego rozeznania wprowadzają w życie rzeczy, które duchownicy głosili z większym umiarem i ożywieni prawdziwą miłością do Boga, choć zgoda, granice między jednymi a drugimi są dość płynne...

- Ale braciaszkowie to heretycy! - przerwał oschle opat. - Nie zadowalają się utrzymywaniem, że Chrystus i apostołowie byli biedni, doktryną, która choć jej nie podzielam, może być z pożytkiem przeciwstawiona awiniońskiej pysze. Braciaszkowie dobywają z tej doktryny praktyczny sylogizm, wniosek o prawie do buntu, do pustoszenia, do deprawowania obyczaju.

- Ale którzy braciaszkowie?

- Wszyscy, w ogóle. Wiesz, że splamili się haniebnymi zbrodniami, że nie uznają małżeństwa, że przeczą istnieniu piekła, że oddają się sodomii, że przyłączają się do herezji bogomiłów porządku bułgarskiego i ordo Drygonthie...

- Proszę cię - rzekł Wilhelm - nie mieszaj rzeczy różnych! Mówisz tak, jakby braciaszkowie, patareni, waldensi, katarzy, a wraz z nimi bogomili z Bułgarii i kacerze z Dragowicy byli jednym i tym samym!

- Bo są - rzekł sucho opat - bo są, gdyż to heretycy, i są, gdyż narażają na szwank porządek świata świeckiego, także porządek cesarski, którego ty, jak się zdaje, pragniesz. Sto i więcej lat temu stronnicy Arnolda z Brescii podpalali domy szlachetnie urodzonych i kardynałów, i takie były właśnie owoce lombardzkiej herezji patarenów. Wiem o tych heretykach rzeczy straszne, a czytałem je u Cezariusza z Eisterbach. W Weronie kanonik od świętego Gedeona, Everardo, zauważył pewnego razu, że ten, który go gościł, wychodzi co noc z żoną i córką. Wypytał, nie wiem już które z trojga, żeby dowiedzieć się, dokąd to chodzą i co czynią. Przyjdź i zobacz, odpowiedziano mu, i poszedł z nimi do podziemnego domu, bardzo obszernego, gdzie zgromadziły się osoby obu płci. Herezjarcha, kiedy już zapadła cisza, wygłosił mowę pełną bluźnierstw z zamiarem zepsucia ich życia i obyczajów. Potem zgaszono świecę i każdy rzucił się na swoją sąsiadkę, nie czyniąc różnicy między żoną prawowitą a kobietą niezamężną, między wdową a dziewicą, panią a służką ani (co było najgorsze, wybacz mi, Panie, iż mówię rzeczy tak plugawe) między własną córką a siostrą. Everardo, widząc to wszystko, jako lekkomyślny i lubieżny młodzieniec, udawał wyznawcę i zbliżył się, nie wiem już, czy do córki swojego gospodarza, czy do jakiejś innej dzieweczki, i kiedy zgasła świeca, zgrzeszył z nią. Co więcej, czynił to przez ponad rok i w końcu sam mistrz oznajmił, że młodzian z taką korzyścią uczestniczy w ich zgromadzeniach, iż rychło będzie mógł nauczać neofitów. W tym momencie Everardo pojął, w jaką przepaść runął, i zdołał wymknąć się zwodniczym urokom mówiąc, że przychodził do tego domu nie dlatego, iżby pociągała go herezja, lecz iż pociągały go dziewki. Tamci wygnali go. Lecz takie oto, widzisz, jest prawo i takie życie heretyków, patarenów, katarów, joachimitów - wszelkiej maści. Nic w tym dziwnego; nie wierzą w zmartwychwstanie ciał i w piekło jako karę dla niegodziwców i utrzymują, że można robić wszystko bezkarnie. Wszak mówią o sobie catharoi, to jest czyści.

- Abbonie - rzekł Wilhelm - żyjesz w tym wspaniałym i świętym opactwie z dala od podłości świata. Życie w miastach jest o wiele bardziej złożone, niż sądzisz, i są, widzisz, stopnie w błądzeniu i niegodziwości. Lot był znacznie mniejszym grzesznikiem niż jego współobywatele, którzy mieli nieczyste myśli nawet wobec aniołów przysłanych przez Boga, zaś zdrada Piotrowa była niczym wobec zdrady Judasza, bo jednemu wybaczono, a drugiemu nie. Nie możesz uważać patarenów i katarów za to samo. Pataria to ruch reformy obyczaju w granicach praw świętej matki Kościoła. Chcą jedynie ulepszyć sposób życia osób duchownych.

- Utrzymując, że nie powinno się przyjmować sakramentów od kapłanów, którzy się zbrukali...

- I błądzą, lecz jest to tylko błąd doktrynalny. Nigdy nie zamierzali zmieniać prawa Bożego...

- Ale patariańskie kazanie Arnolda z Brescii, które ów wygłosił w Rzymie ponad dwieście lat temu, pchnęło tłum wieśniaków do podpalenia domów szlachty i kardynałów.

- Arnold starał się wciągnąć do swojego ruchu reform władze miejskie. Nie poszły za nim, znalazł natomiast zrozumienie wśród ciżby biedaków i wydziedziczonych. Nie można obarczać go winą za to, że chcąc uczynić miasto mniej zepsutym, odpowiedzieli na jego wezwanie z taką siłą i takim gniewem.

- Miasto jest zawsze zepsute.

- Miasto jest miejscem, w którym żyje dzisiaj lud Boży, my zaś jesteśmy tego ludu pasterzami. Jest miejscem zgorszenia, albowiem bogaty prałat głosi ubóstwo biednemu i wygłodzonemu ludowi. Zamieszki patarenów z tej właśnie się zrodziły sytuacji. Są godne pożałowania, nie są niepojęte. Z katarami sprawa wygląda inaczej. Jest to herezja wschodnia, która przyszła spoza Kościoła. Nie wiem, czy naprawdę popełniają lub popełniali czyny, które się im przypisuje. Wiem, że odrzucają małżeństwo i przeczą istnieniu piekła. Zadaję sobie pytanie, czy o wiele z czynów, których nie popełnili, nie oskarżono ich dlatego tylko, że podtrzymywali takie a nie inne idee (z pewnością haniebne).

- I powiadasz mi, że katarzy nie wmieszali się między patarenów i że jedni i drudzy nie są niczym innym, jak tylko dwoma z niezliczonych twarzy tego samego zła?

- Powiadam, że wiele z tych herezji, niezależnie od doktryn, których bronią, ma powodzenie u prostaczków, ponieważ podsuwają im nadzieję innego życia. Powiadam, że bardzo często prostaczkowie niewiele wiedzą o doktrynie. Powiadam, że nieraz tłumy prostaczków pomieszały kazania katarskie z kazaniami patarenów, te zaś z tym, co mówią duchownicy. Życie prostaczków, Abbonie, nie jest rozświetlone mądrością i czujnym baczeniem na rozróżnienia, jakich dokonują mędrcy. Udręczone jest chorobą, ubóstwem, wyraża się z trudem wskutek niewiedzy. Dla wielu z tych ludzi przyłączenie się do grupy heretyków jest tylko jednym ze sposobów, ani gorszym, ani lepszym, wykrzyczenia swojej rozpaczy. Dom kardynała można spalić bądź dlatego, że pragnie się udoskonalić życie duchowieństwa, bądź że przeczy się istnieniu piekła, o którym owo duchowieństwo mówi. Lecz zawsze dlatego, że istnieje to piekło na ziemi i że żyje w nim trzoda, której jesteśmy pasterzami. Wszak wiesz doskonale, że jak oni nie czynią rozróżnienia między Kościołem bułgarskim a zwolennikami księdza Lipranda, tak często władza cesarska i jej stronnicy nie rozróżniają duchowników od kacerzy. Nierzadko grupy gibelinów, chcąc pobić swoich przeciwników, podtrzymywały wśród ludu prądy katarskie. Zdaje mi się, że czynili źle. I teraz wiem, że te same grupy, chcąc pozbyć się tych niespokojnych, zbyt niebezpiecznych i za "prostackich" adwersarzy, przypisywały jednym herezje innych i słały wszystkich na stos. Widziałem, przysięgam ci, Abbonie, widziałem na własne oczy, jak ludzi żyjących cnotliwie, szczerych zwolenników ubóstwa i czystości, lecz wrogów biskupów, owi biskupi oddawali sądom świeckim pozostającym na usługach bądź to cesarstwa, bądź wolnych miast, oskarżając ich o wspólnotę płciową, sodomię, niecne praktyki - którymi może nie ci, lecz właśnie tamci zgrzeszyli. Prostaczkowie są przeznaczeni na rzeź, można ich wykorzystać, kiedy trzeba przysporzyć kłopotów wrogiemu obozowi, ale poświęca się ich, kiedy stają się zbędni.

- Czy przeto - rzekł opat z widoczną złośliwością - brat Dulcyn i jego szaleńcy, Gerard Segalelli i jego nikczemni mordercy byli niecnymi katarami czy zacnymi braciaszkami, sodomickimi bogomiłami czy reformatorskimi patarenami? Zechciej mi więc powiedzieć, Wilhelmie, ty, który wiesz wszystko o heretykach, tak że zdasz się jednym z nich, gdzie jest prawda?

- Niekiedy ani po jednej, ani po drugiej stronie - odrzekł ze smutkiem Wilhelm.

- Czy dostrzegasz więc, że nawet ty nie potrafisz już rozróżnić między tym, co jest heretyckie, a tym, co heretyckie nie jest? Ja mam przynajmniej moją regułę. Wiem, że heretykami są ci, co narażają na szwank porządek, według którego rządzi się lud Boży. I bronię cesarstwa, gdyż ono mi ten porządek zapewnia. Zwalczam papieża, gdyż daje władzę duchową biskupom z miast, którzy sprzymierzają się z kupcami i cechami, a nie umieją tego porządku utrzymać. My utrzymywaliśmy go przez wieki. Co się zaś tyczy heretyków, mam jedną regułę i streszcza się ona w odpowiedzi, jaką Arnold Amalryk, opat Citeaux, dał temu, który pytał go, co uczynić z mieszkańcami Beziers, miasta podejrzanego o herezję: Zabij ich wszystkich, Bóg rozpozna swoich.

Wilhelm spuścił wzrok i trwał chwilę w milczeniu. Potem rzekł:

- Miasto Beziers zostało wzięte i nasi nie oglądali się ani na godność, ani na płeć, ani na wiek i prawie dwadzieścia tysięcy ludzi umarło od miecza. Po tej rzezi miasto splądrowano i spalono.

- Wojna święta to też wojna.

- Wojna święta to też wojna. Właśnie dlatego może nie powinno być wojen świętych. Lecz cóż mówię, jestem tu, by bronić praw Ludwika, który wszak pustoszy ogniem Italię. Ja też zostałem wciągnięty w grę dziwacznych przymierzy. Dziwne przymierze duchowników z cesarstwem, dziwne przymierze cesarstwa z Marsyliuszem, który żąda suwerenności dla ludu. I dziwne przymierze między nami dwoma, tak odmiennymi w słowach, które wypowiadamy, i w tradycji. Ale mamy dwa zadania wspólne. Powodzenie spotkania i odkrycie mordercy. Starajmy się postępować w pokoju.

Opat otworzył ramiona.

- Daj mi pocałunek pokoju, bracie Wilhelmie. Z człowiekiem o takiej wiedzy jak twoja można długo rozprawiać o subtelnych kwestiach teologii i moralności. Lecz nie powinniśmy folgować upodobaniom do dysputy, jak czynią to mistrzowie z Paryża. To prawda, mamy przed sobą ważne zadanie, przeto musimy postępować wspólnie i zgodnie. Ale zacząłem mówić o tych rzeczach, bo sądzę, że mają one pewien związek, czy pojmujesz? Związek możliwy, a więc rzecz w tym, iż tamci mogą dostrzec jakieś ogniwo łączące zbrodnie, które tu miały miejsce, z tezami twoich współbraci. Dlatego też ostrzegłem cię i dlatego musimy zapobiec wszelkiemu podejrzeniu lub insynuacji ze strony awiniończyków.

- Czyż nie winienem pomyśleć, ojcze wielebny, że wskazałeś mi również trop w moim śledztwie? Utrzymujesz, że u źródła niedawnych wydarzeń może być jakaś mroczna historia sięgająca heretyckiej przeszłości któregoś z mnichów?

Opat milczał przez jakiś czas, patrząc na Wilhelma, a jego twarz pozostawała bez wyrazu. Potem rzekł:

- W tej smutnej sprawie ty jesteś inkwizytorem. Twoją rzeczą jest być podejrzliwym, a nawet podejmować ryzyko podejrzenia niesłusznego. Ja jestem tutaj tylko ojcem dla wszystkich. I dodam, że gdybym wiedział, iż przeszłość jednego z moich mnichów skłania do uzasadnionych podejrzeń, już bym przystąpił do wykorzenienia chwastu. Co ja wiem, wiesz i ty. To, czego nie wiem, winno wyjść na światło dnia dzięki twojej mądrości. Lecz w każdym przypadku mów o wszystkim zawsze i przede wszystkim mnie. - Skłonił się i wyszedł z kościoła.

- Historia komplikuje się, mój drogi Adso - rzekł Wilhelm z posępną twarzą. - Biegamy za manuskryptem, krzątamy się, zaprzątają nas diatryby niektórych nazbyt ciekawskich mnichów oraz sprawy innych znowuż mnichów, nazbyt lubieżnych, i oto zaczyna rysować się coraz natarczywiej jeszcze inny trop, całkiem odmienny. A więc klucznik... A z klucznikiem przybył tutaj ten dziwaczny okaz Salwator... Ale teraz musimy wypocząć, albowiem zamierzamy nie spać w nocy.

(...)

Kiedy jadłem, dostrzegłem w kącie najwidoczniej pogodzonego z kucharzem Salwatora, który pożerał pasztet z baraniny. Jadł tak, jakby był to pierwszy posiłek w jego życiu, nie pozwalając, by spadła najmniejsza okruszyna, i zdawało się, że dziękuje Bogu za to nadzwyczajne wydarzenie.

Mrugnął do mnie porozumiewawczo i rzekł tym swoim dziwacznym językiem, że je za wszystkie te lata, które przegłodował. Zacząłem go przepytywać. Opowiedział mi o żałosnym dzieciństwie we wsi, gdzie powietrze było niezdrowe, deszcze częste, zaś na polach wszystko gniło i było zatrute śmiercionośnymi wyziewami. Kolejne pory roku przynosiły, tak w każdym razie rozumiałem, wylewy rzek, aż na polach nie było już bruzd i z korca ziarna zbierało się ćwiertnię, a potem z ćwiertni nie zostawało już nic. Również panowie mieli twarze blade jak biedacy, aczkolwiek - zauważył Salwator - biedacy umierali częściej niż panowie, być może dlatego (zauważył z uśmiechem), że była ich większa liczba... Ćwiertnia kosztowała piętnaście solidów, korzec sześćdziesiąt solidów, kaznodzieje zapowiadali kres czasów, ale rodzice i dziadkowie Salwatora pamiętali, że kiedyś już tak było, doszli więc do wniosku, iż kres czasów zbliża się zawsze. Kiedy już zjedli ścierwo wszystkich ptaków i wszelkie zwierzę nieczyste, jakie można było znaleźć, rozeszła się pogłoska, że ktoś we wsi zaczął wykopywać trupy. Salwator z wielką werwą, jakby był histrionem, wyjaśnił, jak mieli zwyczaj postępować ci "homeni malissimi", którzy kopali w ziemi gołymi rękami w dzień po egzekwiach. "Mniam!" - mówił i wbijał zęby w pasztet barani, ale ja widziałem na jego twarzy grymas desperata, który pożerał zwłoki. A poza tym niektórzy, gorsi jeszcze od tamtych, nie zadowalając się wykopywaniem trupów z poświęconej ziemi, niby zbóje zaczajali się w lasach i napadali podróżnych. "Ciach! - mówił Salwator z nożem przy gardle. - Mniam!" Zaś najgorsi z najgorszych wabili dzieci jajkiem lub gruszką, by wyprawić sobie ucztę, ale - jak wyjaśnił z wielką ścisłością Salwator - najpierw je gotując. Opowiedział o pewnym mężczyźnie, który przybył do wsi sprzedając tanio gotowane mięso, i nikt nie mógł uwierzyć w takie szczęście, aż wreszcie ksiądz powiedział, że chodzi o mięso ludzkie, i rozjuszony tłum rozszarpał mężczyznę na kawałki. Ale tej samej nocy ktoś ze wsi poszedł wykopać zabitego i jadł mięso tego kanibala, a kiedy został na tym przyłapany, wieś skazała na śmierć także jego.

Salwator opowiedział mi nie tylko tę historię. W urywanych słowach, zmuszając mnie do przypomnienia sobie tej odrobiny prowansalskiego i dialektów włoskich, które znałem, opowiedział mi dzieje swojej ucieczki z rodzinnej wioski i błądzenia po świecie. Z jego opowieści rozpoznałem wielu, których poznałem już i spotkałem w drodze, i wielu innych, których poznałem później i rozpoznaję teraz, nie jestem więc pewien, czy z odległości tylu lat nie przypisuję mu przygód i zbrodni będących własnością innych, przed nim i po nim, a teraz nakładających się w moim znużonym umyśle na siebie, tak że jeden tylko obraz rysuje mi potęga tejże samej wyobraźni, co łącząc wspomnienie złota ze wspomnieniem góry, wytwarza sobie ideę góry złota.

W czasie podróży słyszałem często, jak Wilhelm wypowiadał słowo: prostaczkowie, którym to wyrazem niektórzy jego konfratrzy określają nie tylko lud, ale także ludzi nieuczonych. Termin ten zawsze wydawał mi się zbyt ogólny, albowiem w miastach italijskich poznałem kupców i rzemieślników, którzy nie byli klerkami, ale bynajmniej nie byli niewykształceni, chociaż swą wiedzę ujmowali w słowa używając języka pospolitego. A trzeba też powiedzieć, że niektórzy spośród tyranów władających w owym czasie półwyspem byli nieukami w zakresie wiedzy teologicznej, medycznej, logicznej i w łacinie, ale z pewnością nie byli prostaczkami ani golcami. Dlatego sądzę, że również mój mistrz, kiedy mówił o prostaczkach, używał pojęcia raczej prostackiego. Lecz Salwator był bez wątpienia prostaczkiem, pochodził ze wsi od wieków doświadczanej przez niedostatek i gwałty panów feudalnych. Był więc prostaczkiem, ale nie głupcem. Wzdychał do świata odmiennego, który w czasach, kiedy uciekł z rodzinnego domu, nabrał, sądząc po tym, co sam Salwator mi powiedział, rysów krainy obfitości, gdzie na drzewach ociekających miodem rosną gomułki serów i wonne kiełbasy.

Pchany tą nadzieją, prawie nie chcąc uwierzyć, że ten świat jest padołem łez, gdzie (jak mnie nauczono) nawet niesprawiedliwość została przewidziana przez Opatrzność, by utrzymać równowagę rzeczy, wskutek czego wymyka się nam często Jej zamysł, Salwator podróżował przez rozmaite ziemie od swojego ojczystego Monferratu w stronę Ligurii, a potem dalej z ziem Prowansji do ziem króla Francji.

Błąkał się po świecie, żebrząc, plądrując cudze kurniki i sady, udając choroby, zaciągając się na jakiś czas w służbę u któregoś z panów, ruszając dalej leśną ścieżką albo bitym traktem. Ujrzałem oczyma duszy, jak przyłącza się do band włóczęgów, którzy w następnych latach, a sam to widziałem, coraz większą liczbą błąkali się po Europie: fałszywi mnisi, szarlatani, wydrwigrosze, dziady, nicponie i oberwańcy, trędowaci i chromi, łaziki, łazęgi, bajarze, duchowni bez ojczyzny, wędrowni scholarze, szulerzy, żonglerzy, okaleczeni najemnicy, Żydzi tułacze, załamani na duchu uciekinierzy z rąk niewiernych, szaleńcy, banici, złoczyńcy z odciętymi uszami, sodomici, a między nimi wędrowni rękodzielnicy, tkacze, kotlarze, krześlarze, szlifierze, wyplatacze słomy, murarze i również wszelkiego pokroju łotrzykowie spod ciemnej gwiazdy, szachraje, szelmy, szubienicznicy, urwisy, szubrawcy, ludzie bez dachu nad głową, przechery, bluźniercy, franty, chłystki, świętokupcy i wiarołomni kanonicy i księża, ludzie, którzy żyli już tylko z łatwowierności innych, fałszerze buli i pieczęci papieskich, handlarze odpustami, fałszywi paralitycy, którzy padali u drzwi kościołów, waganci, którzy uciekli z klasztorów, sprzedawcy relikwii, odpuściciele, wróżbici i chiromanci, nekromanci, znachorzy, fałszywi kwestarze, wszelkiego gatunku rozpustnicy, znieprawiacze mniszek i dziewcząt przez oszustwo lub przemoc, udający puchlinę wodną, hemoroidy, epilepsję, podagrę i rany, a ponadto ciężką melancholię. Byli, którzy naklejali sobie na ciało plastry, by udawać nieuleczalne wrzody, inni, którzy wypełniali sobie usta płynem koloru krwi, by udawać, że plują krwią i mają suchoty, filuci, którzy udawali, że słabują na któryś z członków, wspierając się bez żadnej potrzeby na kijach i naśladując ataki padaczki, świerzb, guzy dymienicze, obrzęki, owijając się bandażami, nakładając na ciało przepaski, barwniki z szafranu, nosząc żelaza na rękach, opaski na głowach, pchając się ze swoim smrodem do kościołów i padając nagle na samym środku placów, tocząc ślinę i wywracając oczami, wyrzucając nozdrzami krew uczynioną z soku morwy i czerwieni rtęciowej, a wszystko po to, by wydrzeć pożywienie lub pieniądze od ludzi lękliwych, którzy pamiętali o tym, że święci ojcowie zachęcają do dawania jałmużny: dziel twój chleb z głodnym, wprowadź pod swój dach tego, kto nie ma dachu nad głową, nawiedzaj Chrystusa, udziel gościny Chrystusowi, odziej Chrystusa, bo jak woda oczyszcza z ognia, tak jałmużna oczyszcza nas z grzechów.

Również po tych wszystkich zdarzeniach, o których tu opowiadam, wielu widziałem i widzę nadal wzdłuż biegu Dunaju tych szarlatanów, a imiona ich i rodzaje legion, jak imię demona: szachraje, niby-pogorzelcy, protomedycy, pauperes verecundi *[skromni biedacy (łac.)], chromoty, łżykmotry, mendyki, arcygamraci, franty, machlarze, mytlarze, łapigrosze, przechery, sykofanty, trutnie, pożyczniki, fałeszniki, naśladowniki rzucawki albo wodowstrętu, chąśniki, wendetarze, zbieguny, łomiwroty, ślozotoki.

Byli jak szlam, który spływa ścieżkami naszego świata, a między nich wślizgiwali się kaznodzieje dobrej wiary, kacerze szukający nowych ofiar, podżegacze do niezgody. Właśnie papież Jan, stale lękający się ruchów prostaczków, głoszących i praktykujących ubóstwo, występował przeciwko kwestującym kaznodziejom, którzy według słów jego przyciągali gapiów, wywieszając chorągwie pstre od wyobrażanych na nich figur, głosili kazania i wyłudzali pieniądze. Czy słusznie ten świętokupczy i znieprawiony papież stawiał na równi żebrzących braci, którzy głosili ubóstwo, i te bandy golców i obwiesiów? Ja w owych dniach, choć podróżowałem trochę po półwyspie italijskim, nie miałem już jasnego rozeznania; słyszałem o braciach z Altopascio, którzy w swych kazaniach grozili ekskomuniką i obiecywali odpusty, rozgrzeszali z grabieży i bratobójstwa, z zabójstwa i krzywoprzysięstwa w zamian za pieniądze, dawali do zrozumienia, że w ich szpitalu odprawia się codziennie do stu mszy, więc zbierali na nie datki, i że ze swoich dóbr dają wiano dla dwustu ubogich dziewcząt. I słyszałem o bracie Pawle Chromym, który żył na odludziu w lesie koło Rieti i chełpił się, iż miał bezpośrednio od Ducha Świętego objawienie, że akt cielesny nie jest grzechem; tak więc uwodził swoje ofiary, które nazywał siostrami, zmuszając je, by dały się chłostać na gołe ciało, przyklękając w tym czasie pięciokroć, aby utworzyć kształt krzyża, zanim przedstawi swoje ofiary Bogu i weźmie od nich to, co nazywał pocałunkiem pokoju. Lecz czy była to prawda? I co łączyło tych samotników, którzy głosili o sobie, że zostali oświeceni, z braćmi ubogiego żywota, którzy przebiegali drogi półwyspu naprawdę czyniąc pokutę, znienawidzeni przez duchowieństwo i biskupów, których występki i złodziejstwa piętnowali.

W opowieści Salwatora, przemieszanej z tym wszystkim, czego dowiedziałem się uprzednio sam, te rozróżnienia nie wydostawały się na światło dnia: wydawało się, że wszystko równe jest wszystkiemu. Raz stawali mi przed oczyma owi ułomni żebracy z Touraine, o których legenda opowiada, że zbliżywszy się do cudownych szczątków świętego Marcina, rzucili się do ucieczki, lękali się bowiem, by święty nie uzdrowił ich, odbierając w ten sposób źródło dochodów, lecz nielitościwy święty okazał im łaskę, nim dotarli do rogatek, karząc ich za niegodziwość przez przywrócenie sprawności członków. Czasem znowuż zwierzęca twarz mnicha rozświetlała się słodkim blaskiem, kiedy opowiadał, jak to, żyjąc pośród tych band, słuchał słów franciszkańskich kaznodziejów, tak samo jak on wędrujących po bezdrożach, i pojął, że na biedne i włóczęgowskie życie, jakie wiedzie, nie trzeba patrzeć jak na ponurą konieczność, ale jak na radosny gest oddania siebie, i stał się uczestnikiem sekt i grup pokutnych, których nazwy przekręcał, zaś doktrynę przedstawiał w sposób mało pasujący do rzeczywistości. Wywnioskowałem, że spotykał patarenów i waldensów, i być może katarów, arnoldystów i pokornych i że wędrując przez świat, przechodził z grupy do grupy, przyjmując za swoje posłannictwo los włóczęgi i czyniąc dla Pana to, co poprzednio czynił dla swojego brzucha. Ale jak i do kiedy? O ile zrozumiałem, jakieś trzydzieści lat wcześniej przystąpił do jednego z klasztorów minoryckich w Toskanii i tamże przyjął suknię świętego Franciszka, nie otrzymawszy jednak święceń. Tam też zapewne nauczył się tej szczypty łaciny, którą mówił, mieszając ją z narzeczami wszystkich miejsc, gdzie przebywał, on, nędzarz bez ojczyzny, i wszystkich napotkanych towarzyszy włóczęgi, od najemnych żołnierzy z mojej ziemi po dalmatyńskich bogomiłów. Tam poświęcił się życiu pokutnemu, mówił (penitenziagite - cytował z natchnionym spojrzeniem, i znowu usłyszałem wyrażenie, co tak zaciekawiło Wilhelma), ale jak się zdaje, także minoryci, u których boku przebywał, mieli w głowach zamęt, gdyż w gniewie przeciwko kanonikowi sąsiedniego kościoła, oskarżanemu o grabież i inne łotrostwa, napadli pewnego dnia na dom grzesznika, którego zrzucili ze schodów, tak że ów od tego umarł, a potem spustoszyli kościół. Biskup wezwał zbrojnych, bracia rozpierzchli się i Salwator błąkał się długo po północnej Italii z bandą braciaszków, to jest minorytów kwestujących już bez żadnego prawa ni dyscypliny.

Ruszył więc w okolice Tuluzy, gdzie przydarzyła mu się dziwna historia, kiedy usłyszał opowieści o wielkim przedsięwzięciu krzyżowców. Ciżba pasterzy i maluczkich ruszyła pewnego dnia wielkim zastępem, by przebyć morze i walczyć przeciwko nieprzyjaciołom wiary. Nazywano ich pastuszkami. W rzeczywistości chcieli uciec ze swojej przeklętej ziemi. Mieli dwóch przywódców, którzy wpajali im fałszywe nauki, kapłan pozbawiony swojego kościoła, gdyż źle się prowadził, i mnich apostata z zakonu Świętego Benedykta. Ci dwaj do tego stopnia zawrócili w głowach prostaczkom, że owi biedacy poszli za nimi niby stado wielką ciżbą, nawet siedemnastoletnie pacholęta wbrew woli rodziców, biorąc ze sobą jedynie sakwę i kij, bez pieniędzy, porzucając swoje pola. Nie rządzili się już ani rozumem, ani sprawiedliwością, jeno siłą i własną wolą. Upoiło ich poczucie, że są razem, wreszcie wolni, upoiła ich niejasna nadzieja ziemi obiecanej. Przebiegali wsie i miasta zabierając wszystko, a jeśli jeden z nich był zatrzymany, oblegali więzienie i uwalniali go. Kiedy weszli do twierdzy Paryża, by zabrać kilku swoich towarzyszy, których panowie kazali zamknąć, prewot próbował stawić opór, więc obalili go, rzucili ze schodów twierdzy i wyłamali drzwi lochu. Potem uszykowali się do bitwy na łące Saint-Germain. Nikt jednak nie śmiał stanąć naprzeciwko i wyszli z Paryża kierując się ku Akwitanii. Zabijali wszystkich Żydów, których spotykali tu i ówdzie, i pozbawiali ich dóbr...

"Dlaczego Żydów?" - zapytałem Salwatora. Odpowiedział: "A dlaczego by nie?" I wyjaśnił, że przez całe życie uczyli się od kaznodziejów, iż Żydzi są wrogami chrześcijaństwa i gromadzą dobra, których im, biedakom, odmawia się. Zapytałem go, czy nie było prawdą, że dobra gromadzili też panowie i biskupi, ściągając dziesięcinę, a więc pastuszkowie nie zwalczali swoich prawdziwych nieprzyjaciół. Odparł, że jeśli prawdziwi nieprzyjaciele są zbyt potężni, trzeba poszukać sobie jakich słabszych. Pomyślałem wtedy, że słusznie nazywają ich prostaczkami. Tylko możni wiedzą zawsze, kto jest ich prawdziwym wrogiem. Panowie nie chcieli, by pastuszkowie wystawili na szwank ich dobra, i mieli wielkie szczęście, gdyż przywódcy pastuszków szerzyli myśl, że znaczne bogactwa są u Żydów.

Zapytałem, kto wbił tłumom do głów, że należy wziąć się za Żydów. Salwator nie pamiętał. Zdaje mi się, że kiedy takie tłumy idą za jakąś obietnicą i żądają czegoś bez zwłoki, nigdy nie wiadomo, kto spośród ciżby przemawia. Pomyślałem, że ich przywódcy byli wykształceni w klasztorach i szkołach biskupich i przemawiali językiem panów, choćby i przekładali go na wyrażenia zrozumiałe dla pastuszków. A pastuszkowie nie wiedzieli, gdzie przebywa papież, ale wiedzieli, gdzie znaleźć Żydów. Wzięli szturmem wysoki i mocny zamek króla Francji, dokąd przerażeni Żydzi pobiegli tłumem, by się schronić. A Żydzi wyszli pod mury zamku i bronili się odważnie i bezlitośnie, rzucając belki i kamienie. Ale pastuszkowie podłożyli ogień pod bramę zamku, dręcząc zabarykadowanych Żydów dymem i ogniem. Żydzi zaś, nie mogąc się uratować i woląc sami zadać sobie śmierć niż umrzeć z ręki nieobrzezanych, zawołali jednego ze swoich, który zdawał się najodważniejszy, by zabił ich mieczem. Ten zgodził się i zabił ich prawie pięciuset. Potem wyszedł z zamku z córkami Żydów i prosił pastuszków, by ochrzcili go. Ale pastuszkowie rzekli: ty dokonałeś takiej rzezi swoich, a teraz chcesz uniknąć śmierci? I rozerwali go na strzępy, oszczędzając dzieci, które kazali ochrzcić. Potem ruszyli w stronę Carcassone, dokonując wielu krwawych czynów na swojej drodze. Wtenczas król Francji dowiedział się, że przekroczyli granicę, i rozkazał, by stawiać im opór w każdym mieście, w którym się pojawią, i bronić nawet Żydów, jakby byli ludźmi króla...

Dlaczego król stał się tak dalece życzliwy Żydom? Może zaniepokoił się tym, czego pastuszkowie mogli dokonać w całym królestwie, i że ich liczba zbyt urośnie. Umiłował wtedy nawet Żydów, albo dlatego że byli w królestwie pożyteczni jako kupcy, albo dlatego że należało teraz zniszczyć pastuszków, i wszystkim dobrym chrześcijanom potrzebny był powód, by opłakiwali popełnione zbrodnie. Ale liczni chrześcijanie nie posłuchali króla, uważając, że nie jest słuszne bronić Żydów, którzy zawsze byli nieprzyjaciółmi wiary chrześcijańskiej. I w wielu miastach ludzie z pospólstwa, którzy musieli płacić lichwę Żydom, byli szczęśliwi, że pastuszkowie ukarali ich za bogactwo. Wtenczas król nakazał pod karą śmierci, by nie udzielać pomocy pastuszkom. Zebrał mnogie wojsko i napadł na nich, i liczni legli, a inni ratowali się ucieczką i szukali schronienia w lasach, gdzie zginęli od nędzy. Wkrótce wszyscy byli zniszczeni. A posłannik króla schwytał ich i powiesił po dwudziestu lub trzydziestu na największych drzewach, by widok ich trupów służył za wieczny przykład i by nikt nie śmiał zakłócać pokoju w królestwie.

Rzeczą osobliwą było to, że Salwator opowiedział mi tę historię tak, jakby chodziło o przedsięwzięcie wielce cnotliwe. I w istocie był przekonany, że tłum pastuszków ruszył, by odzyskać grób Chrystusa i wyzwolić go od niewiernych, i nie udało mi się przekonać go, iż ten piękny podbój dokonany już został w czasach Piotra Eremity i świętego Bernarda i za panowania Ludwika Świętego francuskiego. W każdym razie Salwator nie pociągnął na niewiernych, musiał bowiem oddalić się jak najszybciej z ziemi francuskiej. Przeszedł do prowincji Nowary, oznajmił, ale o tym, co się zdarzyło wtedy, mówił nader niejasno. A wreszcie przybył do Casale, gdzie został przyjęty w zakonie minorytów (i tam, jak sądzę, spotkał Remigiusza) właśnie w czasach, kiedy liczni spośród nich, prześladowani przez papieża, zmieniali habit i szukali schronienia w klasztorach innych zakonów, by nie skończyć na stosie. Tak samo opowiedział nam o tym Hubertyn. Dzięki temu, że miał bogate doświadczenie w rozmaitych pracach ręcznych (które wykonywał dla celów występnych, kiedy włóczył się jako człek wolny, i dla celów świętych, kiedy włóczył się z miłości dla Chrystusa), klucznik wziął go sobie od razu na pomocnika. Oto czemu od wielu już lat tkwi tutaj i niewiele dba o chwałę zakonu, wiele za to o piwnice i spiżarnie; może wreszcie jeść nie kradnąc i chwalić Boga nie narażając się na stos.

Taką historię usłyszałem od niego między jednym kęsem a drugim, i sam zastanawiam się, co zmyślił, a co przemilczał.

Przyglądałem mu się z zaciekawieniem, nie dla osobliwości jego przeżyć, ale właśnie dlatego, że wszystko, co mu się przydarzyło, zdało mi się wspaniałą epitomą mnóstwa wydarzeń i ruchów, które czyniły w owych czasach Italię krainą tak urzekającą i tak niezrozumiałą.

Cóż wyłaniało się z tych słów? Obraz człowieka, który wiódł życie pełne przygód, który gotów był zabić bliźniego, nie zdając sobie nawet sprawy, że popełnia zbrodnię. Ale choć w owych czasach wszelka obraza prawa Boskiego zdawała mi się jednaką, zaczynałem już pojmować niektóre ze zjawisk, o których mówiono przy mnie, i rozumiałem, że czymś innym jest rzeź, jakiej tłum, ogarnięty prawie ekstatycznym uniesieniem i biorący prawa diabelskie za Boskie, może dokonać, czymś innym zaś poszczególna zbrodnia, popełniona z zimną krwią, w ciszy i przebiegle. I nie mniemałem, by Salwator mógł splamić się zbrodnią tego rodzaju.

Z drugiej strony chciałem dowiedzieć się czegoś o tym, co podszepnął opat, i nękała mnie myśl o bracie Dulcynie, o którym nie wiedziałem prawie nic. A zdało się wszak, że jego widmo unosi się nad licznymi rozmowami, które zasłyszałem w ciągu tych dwóch dni.

Spytałem więc znienacka:

- Czy w twoich podróżach nie spotkałeś nigdy brata Dulcyna?

Odzew był osobliwy. Salwator wytrzeszczył jeszcze bardziej niż zwykle oczy, przeżegnał się kilkakroć, wyszeptał parę urywanych zdań w jakimś języku, którego tym razem naprawdę nie pojąłem. Ale zdało mi się, że przeczy. Dotychczas patrzył na mnie z sympatią i ufnością, powiedziałbym przyjaźnie. Od tej chwili - prawie z nienawiścią. Potem poszedł sobie pod byle jakim pretekstem.

Było to już ponad moje siły. Kim był ten brat, który wzniecał takie przerażenie u każdego, kto usłyszał jego imię? Doszedłem do wniosku, że nie mogę dłużej być wystawiony na pastwę mego pragnienia, by się dowiedzieć. Pewna myśl przemknęła mi przez głowę. Hubertyn! On wszak wypowiedział to imię pierwszego wieczoru, kiedy go spotkaliśmy, on wiedział wszystko o jasnych i mrocznych sprawach braci, braciaszków i innych bohaterów ostatnich lat.

(...)

Zgodnie z rachunkiem zastałem Hubertyna przy statui Najświętszej Panny. Dołączyłem w milczeniu do niego i przez chwilę udawałem (wyznaję to), że pogrążyłem się w modlitwie. Potem ważyłem się odezwać.

- Ojcze święty - rzekłem - czy mogę prosić cię o światło i radę?

Hubertyn spojrzał na mnie, ujął moją dłoń, wstał i zaprowadził mnie do jednej z ław, byśmy usiedli. Objął mnie ramieniem i poczułem na twarzy jego oddech.

- Najdroższy synu mój - ozwał się - wszystko, co biedny stary grzesznik może uczynić dla twojej duszy, uczynione będzie z radością. Cóż cię dręczy? Żądza, czyż nie? - zapytał, on też prawie z żądzą w oczach - pokusy ciała?

- Nie - odparłem rumieniąc się - raczej żądze umysłu, który zbyt wiele chce wiedzieć...

- I źle. Pan zna sprawy, do nas należy tylko czcić jego mądrość.

- Ale do nas należy także odróżniać zło od dobra i rozumieć ludzkie namiętności. Jestem tylko nowicjuszem, lecz będę mnichem i kapłanem, i muszę nauczyć się, gdzie jest zło i jak wygląda, bym rozpoznał je, kiedy przyjdzie chwila, i bym innych nauczał, jak je rozpoznawać.

- To słuszne, chłopcze. Cóż zatem chcesz poznać?

- Chwast herezji, ojcze - rzekłem z przekonaniem. A potem dodałem jednym tchem: - Słyszałem o człeku niegodziwym, który zwiódł innych, o bracie Dulcynie.

Hubertyn siedział jakiś czas w milczeniu. Potem rzekł:

- Słusznie, słyszałeś bowiem, jakeśmy wspominali o nim z bratem Wilhelmem. Ale jest to historia nader szkaradna, o której mówię z bólem, albowiem poucza (tak, w tym znaczeniu winieneś poznać ją, by dobyć z niej użyteczną naukę), albowiem poucza, jako rzekłem, jak z umiłowania pokuty i żądzy oczyszczenia świata może narodzić się krew i zniszczenie.

Usiadł wygodniej, zwalniając uścisk moich ramion, ale pozostawiając dłoń na mojej szyi, jakby chcąc przekazać mi nie tylko swą mądrość, lecz i żar.

- Historia zaczyna się jeszcze przed bratem Dulcynem - oznajmił - ponad sześćdziesiąt lat temu, gdym był jeszcze dziecięciem. Działo się to w Parmie. Począł tam głosić kazania niejaki Gerard Segalelli, który zachęcał wszystkich do życia w pokucie i przebiegał drogi krzycząc "penitenziagite", co było jego sposobem, sposobem człeka nieuczonego, by rzec: "Penitentiam agite, appropinquabit enim regnum coelorum." *[czyńcie pokutę, bowiem nadejdzie królestwo niebieskie (łac.)] Nakłaniał swoich uczniów, żeby stali się podobni do apostołów, i chciał, by jego sektę nazwano zakonem apostołów i by jego ludzie przebiegali świat jako biedni żebracy żyjący tylko z jałmużny...

- Jak braciaszkowie - rzekłem. - Czyż nie takie było posłannictwo Naszego Pana i waszego świętego Franciszka?

- Tak - zgodził się Hubertyn z lekkim wahaniem w głosie i z westchnieniem. - Ale być może Gerard przesadził. On i jego ludzie zostali oskarżeni o to, że nie uznają autorytetu kapłanów, celebracji mszy, spowiedzi, i o gnuśne włóczęgostwo.

- Ale o to samo oskarżano franciszkanów duchowników. I czyż nie powiadają dzisiaj minoryci, że nie należy uznawać autorytetu papieża?

- Tak, lecz nie kapłanów. My sami jesteśmy kapłanami. Chłopcze, trudno jest odróżniać w tych sprawach. Jakże cienka linia oddziela dobro od zła... Tak czy owak Gerard błądził i splamił się herezją... Domagał się przyjęcia do zakonu minorytów, ale nasi bracia odepchnęli go. Spędzał dnie w kościele naszych braci i ujrzał tam wizerunki apostołów z sandałami na stopach i płaszczami owiniętymi wokół ramion, więc zapuścił włosy i brodę, wzuł sandały na stopy i opasał się sznurem braci minorytów, gdyż kto chce założyć nową kongregację, zawsze coś bierze z zakonu błogosławionego Franciszka.

- A zatem kroczył dobrą ścieżką...

- Lecz zszedł z niej... Odziany w biały płaszcz zarzucony na białą tunikę i z długimi włosami, zyskał u prostaczków sławę świętości. Sprzedał swój dom i dzierżąc w dłoni sakwę z pieniędzmi, wstąpił na kamień, z którego w czasach starodawnych mieli obyczaj przemawiać podeści, i nie roztrwonił owych pieniędzy ani nie dał biednym, ale wezwał łotrów, co zabawiali się w pobliżu, i rzucił je między nich ze słowami: "Niechaj bierze, kto chce", łotrzy zaś wzięli pieniądze i poszli grać o nie w kości, i bluźnili przeciwko Bogu żywemu, a on, który wszak pieniądze dał, słyszał, a nie zarumienił się.

- Ale Franciszek też wyzbył się wszystkiego i słyszałem dzisiaj od Wilhelma, że poszedł kazać krukom i jastrzębiom, i też trędowatym, to jest mętom, choć ci, którzy mieli się za cnotliwych, odpychali tamtych od siebie...

- Tak, ale Gerard zszedł z właściwej ścieżki, gdyż Franciszek nigdy nie powaśnił się ze świętym Kościołem, zaś Ewangelia powiada, by dawać biednym, nie łotrom. Gerard dał i nie otrzymał nic w zamian, gdyż dał ludziom złym, i miał zły początek, zły dalszy ciąg i zły koniec, albowiem jego zgromadzenie zostało potępione przez papieża Grzegorza X.

- Być może - rzekłem - był to papież mniej przenikliwy niż ten, który zaaprobował regułę Franciszka...

- Tak, ale Gerard zszedł z właściwej ścieżki, gdy tymczasem Franciszek dobrze wiedział, co czyni. A wreszcie, chłopcze, ci strażnicy świń i krów, którzy nagle stali się pseudoapostołami, chcieli w pokoju i nie przelewając potu żyć z jałmużny tych, których bracia minoryci nauczali z takim mozołem i dając tak heroiczny przykład ubóstwa! Nie o to przecież chodzi - dodał zaraz - lecz że chcąc upodobnić się do apostołów, którzy byli poza tym Żydami, Gerard Segalelli kazał się obrzezać, co jest przeciwko słowom Pawła do Galatów, a wiesz wszak, że wiele świętych osób głosi, iż Antychryst zrodzi się z ludu obrzezanych... Ale Gerard zrobił coś gorszego, gromadził bowiem prostaczków i mówił: "Chodźcie ze mną do winnicy", a ci, nie znając go, wchodzili do winnic bliźnich, uważając, że do niego należą, i jedli winogrona, które były własnością innych...

- Nie minoryci wszak bronią własności bliźniego - rzekłem bezwstydnie.

Hubertyn przyjrzał mi się surowym okiem:

- Minoryci żądają, by wolno im było żyć w ubóstwie, lecz nigdy nie nakłaniali innych, by stali się biedni. Nie możesz bezkarnie podnosić ręki na własność dobrych chrześcijan, dobrzy chrześcijanie bowiem wytkną cię palcem jako bandytę. I tak stało się z Gerardem. O którym rzeczono wreszcie (zważ, iż nie wiem, czy jest to prawda, i zawierzam słowom brata Salimbena, który znał tych ludzi), że chcąc poddać próbie swą siłę woli i powściągliwość, spał z kilkoma kobietami i nie zbliżył się do nich płciowo; ale kiedy uczniowie spróbowali go naśladować, skutek był całkowicie odmienny... Och, nie są to rzeczy, o których winno dowiedzieć się pacholę jak ty, niewiasta bowiem jest naczyniem diabła... Gerard dalej krzyczał "penitenziagite", ale jeden z jego uczniów, niejaki Gwidon Putagio, chciał przejąć rządy nad grupą, i podróżował wśród przepychu, z licznymi wierzchowcami, i trwonił pieniądze, i wydawał uczty jak kardynałowie Kościoła rzymskiego. A potem doszło do waśni w sprawie rządzenia grupą i zdarzyły się rzeczy szpetne. A jednak liczni szli do Gerarda, nie tylko wieśniacy, ale również ludzie z miast, wpisani do ksiąg cechowych, i Gerard kazał im obnażać się, by nadzy szli za nagim Chrystusem, i słał ich po świecie, by głosili kazania, ale sam kazał sobie uszyć suknię bez rękawów, białą, z mocnych włókien, i tak ubrany bardziej wyglądał na błazna niż zakonnika! Mieszkali pod gołym niebem, ale czasem wstępowali na ambony kościołów, przerywając zgromadzenia ludu pobożnego i wyganiając predykantów, a raz posadzili na tronie biskupim dziecię, w kościele Sant'Orso w Rawennie. I mówili, że są dziedzicami nauki Joachima z Fiore...

- Ale również franciszkanie, również Gerard z Borgo San Donnino, także ty! - wykrzyknąłem.

- Uspokój się, chłopcze. Joachim z Fiore był wielkim prorokiem i jako pierwszy pojął, że Franciszek winien być znakiem odnowy Kościoła. Ale pseudoapostołowie używali jego nauki, by usprawiedliwić swoje szaleństwa, Segalelli prowadzał ze sobą apostołkę, niejaką Tripię czy Ripię, która utrzymywała, że ma dar prorokowania. Niewiasta, pojmujesz?

- Ale ojcze - spróbowałem sprzeciwić się - ty sam mówiłeś tamtego wieczoru o świętości Klary z Montefalco i Anieli z Foligno...

- Były święte! Żyły w pokorze, uznając władzę Kościoła, nigdy nie przypisywały sobie daru prorokowania! Natomiast pseudoapostołowie twierdzili, podobnie jak wielu kacerzy, że nawet niewiasty mogą wędrować od miasta do miasta i głosić kazania. I nie znali już żadnej różnicy między przestrzegającymi celibat a żonatymi ni żaden ślub nie był uznawany za wieczny. Krótko mówiąc, by nie zanudzać cię zbytnio nader smutnymi historiami, których odcieni nie możesz dobrze pojąć, rzekę ci tylko, że biskup Obizzo z Parmy postanowił wreszcie zakuć Gerarda w żelaza. Ale wtedy wydarzyła się rzecz dziwna, która pokaże ci, jak słaba jest natura ludzka i jak zdradziecki chwast herezji. Albowiem w końcu biskup uwolnił Gerarda i przyjął go u siebie przy stole, i śmiał się z jego błazeństw, i trzymał go jako swego błazna.

- Lecz dlaczego?

- Tego nie wiem, i lękam się dowiedzieć. Biskup był szlachcicem i nie podobali mu się kupcy i rzemieślnicy z miasta. Może nie było mu niemiłym, że Gerard, głosząc ubóstwo, przemawiał przeciwko nim i od nawoływania do jałmużny przechodził do łupienia. Ale wreszcie wtrącił się papież, więc biskup powrócił na drogę sprawiedliwej surowości i Gerard skończył na stosie jako niepoprawny heretyk. Był to początek naszego wieku.

- A co ma z tym wspólnego brat Dulcyn?

- Ma, i pojmiesz, jak to herezja żyje dalej, choć zniszczono już heretyków. Ten Dulcyn był bękartem po jednym kapłanie, który żył w diecezji Nowary, w tejże części Italii, lecz trochę bardziej ku północy. Ktoś mówił, że urodził się gdzie indziej, w dolinie Ossola lub w Romagnano. Ale to mało ważne. Był młodzieniaszkiem o bystrym rozumie i człekiem biegłym w naukach, lecz okradł kapłana, który miał nad nim pieczę, i uciekł ku wschodowi, do miasta Trydent. I tam podjął głoszenie nauk Gerarda, jednakowoż w sposób jeszcze bardziej heretycki, albowiem twierdził, że jest jedynym prawdziwym apostołem Boga, że wszystko winno być wspólne w miłości i że dozwolone jest obcować, bez czynienia różnicy, ze wszystkimi niewiastami, i z tej przyczyny nikt nie może być oskarżony o życie nierządne, nawet jeśli obcuje z małżonką i córką...

- Naprawdę głosił takie rzeczy czy jeno oskarżano go o nie? Słyszałem bowiem, że także duchowników oskarżano o zbrodnie podobne do zbrodni braci z Montefalco...

- De hoc satis *[o tym dość (łac.)] - przerwał gwałtownie Hubertyn. - Oni nie byli już braćmi. Byli heretykami. I właśnie zbrukanymi przez Dulcyna. A z drugiej strony, posłuchaj, wystarczy wiedzieć, co Dulcyn uczynił potem, by uznać go za zło czyniącego. Skąd dowiedział się o nauce pseudoapostołów, nie wiem. Może w młodości był w Parmie i słyszał Gerarda. Wiadomo, że w regionie bolońskim, już po śmierci Segalellego, stykał się z tymi heretykami. Wiadomo jednak z pewnością, że swoje kazania zaczął w Trydencie. Uwiódł tam piękne dziewczę ze szlachetnej rodziny, Małgorzatę, albo to ona uwiodła jego, jak Heloiza Abelarda, gdyż pamiętaj, właśnie przez niewiastę diabeł przenika do serc mężów! Wtedy to biskup Trydentu wygonił go ze swojej diecezji, ale Dulcyn zgromadził już ponad tysiąc zwolenników i podjął długi marsz, aż dotarł w strony, gdzie się urodził. Po drodze zaś przyłączali się doń inni prostaczkowie, uwiedzeni jego słowami, a być może też liczni heretycy waldensi żyjący w górach, przez które przechodził, a może to on chciał dołączyć do waldensów z tych północnych ziem. W krainie nowarskiej Dulcyn znalazł klimat sprzyjający swojej rewolcie, albowiem wasale, sprawujący w imieniu biskupa z Vercelli rządy nad krajem Gattinara, zostali wypędzeni przez ludność, która w takim stanie rzeczy przyjęła bandytów Dulcyna jak najlepszych sprzymierzeńców.

- Cóż uczynili wasale biskupa?

- Nie wiem, i nie mnie to osądzać, lecz jak widzisz, herezja często bierze ślub z buntem przeciwko panom i dlatego zaczyna od chwalenia Pani Biedy, a później nie opiera się żadnej z pokus władzy, wojny, przemocy. W mieście Vercelli trwała wojna rodów i pseudoapostołowie zyskali na tym, a i owe rody wykorzystywały nieład, jaki przynieśli pseudoapostołowie. Panowie feudalni werbowali awanturników, by łupić mieszczan, mieszczanie zaś prosili o wsparcie biskupa Nowary.

- Co za poplątana historia. Ale czyją stronę trzymał Dulcyn?

- Nie wiem, był sam dla siebie stroną, wmieszał się w te wszystkie waśnie i szukał sposobności, by w imię ubóstwa głosić walkę z własnością bliźniego. Wraz ze swoimi, których było teraz trzy tysiące, osiadł na górze koło Nowary, zwanej Łysą Górą, i tam zbudowali zameczki i lepianki, a Dulcyn panował nad całym tym tłumem mężczyzn i kobiet, którzy żyli w najhaniebniejszym przemieszaniu. Stamtąd słał do swoich wyznawców listy, w których wykładał heretycką naukę. Powiadał i pisał, że ich ideałem jest ubóstwo i że nie są związani żadnym zewnętrznym węzłem posłuszeństwa, i że on, Dulcyn, jest zesłany przez Boga, by odpieczętował proroctwa i zrozumiał pisma Starego i Nowego Testamentu. Duchownych świeckich, predykantów i minorytów nazywał wysłannikami diabła i uwalniał wszystkich od obowiązku słuchania ich. I wyróżniał cztery wieki życia ludu Bożego, pierwszy w czasach Starego Testamentu, patriarchów i proroków, przed przyjściem Chrystusa, kiedy to małżeństwo było dobre, gdyż ludzie musieli się mnożyć; drugi wiek to wiek Chrystusa i apostołów, okres świętości i czystości. Potem przyszedł trzeci, kiedy to papieże musieli najpierw przyjąć bogactwa doczesne, by móc rządzić ludem, lecz ludzie zaczęli oddalać się od miłości do Boga, i przyszedł Benedykt, który przemawiał przeciwko wszelkiej własności doczesnej. Kiedy potem także mnisi od Benedykta zaczęli gromadzić bogactwa, przyszli bracia od świętego Franciszka i świętego Dominika, jeszcze surowsi od Benedykta w głoszeniu kazań przeciwko władzy i doczesnemu bogactwu. Ale wreszcie teraz, kiedy życie tylu prałatów jest sprzeczne z dobrymi przepisami, doszliśmy do końca trzeciego wieku i trzeba nawrócić się na nauczanie apostołów.

- Ale w takim razie Dulcyn nauczał tych samych rzeczy, których nauczali franciszkanie, a wśród franciszkanów właśnie duchownicy i nawet ty, ojcze!

- O tak, ale dobył z tej nauki przewrotny sylogizm! Powiadał, że aby położyć kres trzeciemu wiekowi, wiekowi znieprawienia, trzeba, by wszyscy duchowni, mnisi i bracia umarli śmiercią okrutną, powiadał, że wszyscy prałaci Kościoła, duchowni, mniszki, zakonnicy i zakonnice z zakonów predykanckich i minoryckich, eremici i sam papież Bonifacy winni zostać wyniszczeni przez cesarza, którego wskaże on, Dulcyn, a miałby nim być Fryderyk z Sycylii.

- Ale czyż właśnie nie Fryderyk przyjął życzliwie na Sycylii duchowników wygnanych z Umbrii i czyż nie minoryci żądali, by cesarz, choć jest nim dzisiaj Ludwik, zniszczył władzę doczesną papieża i kardynałów?

- Jest właściwe herezji lub szaleństwu przekręcać myśli najbardziej prawe i obracać je przeciwko prawu Bożemu i ludzkiemu. Minoryci nigdy nie domagali się od cesarza, by ten zabił innych kapłanów.

Mylił się, teraz to wiem. Kiedy bowiem kilka miesięcy później Bawarczyk ustanowił w Rzymie własny ład, Marsyliusz i inni minoryci uczynili duchownym, którzy dochowali wierności papieżowi, to właśnie, czego domagał się Dulcyn. Nie chcę przez to powiedzieć, że Dulcyn miał rację, lecz że także Marsyliusz zbłądził. Zacząłem jednak zastanawiać się, zwłaszcza po południowej rozmowie z Wilhelmem, jak prostaczkowie, którzy poszli za Dulcynem, mogli odróżnić między obietnicami duchowników a wprowadzeniem tych obietnic w życie przez Dulcyna. Czyż jego wina nie polegała na tym, że uczynił rzeczywistością to, co ludzie uznawani za prawowiernych chrześcijan głosili w celach czysto mistycznych? A może w tym właśnie tkwiła różnica, może świętość polegała na czekaniu, by Bóg dał nam to, co Jego święci obiecali, nie dążąc do zyskania tego środkami ziemskimi? Teraz wiem, że tak właśnie jest, i wiem, czemu Dulcyn był w błędzie; nie należy zmieniać porządku rzeczy, choć trzeba żarliwie oczekiwać jego odmiany. Ale owego wieczoru byłem wydany na pastwę sprzecznych myśli.

- Wreszcie - mówił mi Hubertyn - piętno herezji znajdziesz zawsze w pysze. W swoim drugim liście, z roku 1303, Dulcyn mianował sam siebie najwyższą głową kongregacji apostolskiej, na namiestników zaś wyznaczył przewrotną Małgorzatę (niewiastę) i Longina z Bergamo, Fryderyka z Nowary, Alberta Carentina i Walderyka z Brescii. I zaczął bredzić o następstwie przyszłych papieży, dwóch dobrych, pierwszym i ostatnim, dwóch złych, drugim i trzecim. Pierwszym jest Celestyn, drugim Bonifacy VIII, o którym prorocy powiadają: "Hardość twoja uwiodła cię i pycha serca twego, bo mieszkasz w jaskiniach skały." Trzeci papież nie został nazwany, lecz o nim rzekłby Jeremiasz "oto ten lew". I, o hańbo, Dulcyn rozpoznawał lwa we Fryderyku z Sycylii. Czwarty papież zdaniem Dulcyna nie jest jeszcze znany i winien to być papież święty, papież anielski, o którym mówił opat Joachim. Winien być wybrany przez Boga, a wtenczas Dulcyn i wszyscy jego zwolennicy (a było ich w tym momencie już cztery tysiące) otrzymaliby łaskę Ducha Świętego, zaś Kościół zostałby odnowiony aż do końca świata. Jednak w ciągu trzech lat, które poprzedzą jego nadejście, musi się spełnić całe zło i to Dulcyn starał się uczynić, szerząc wszędzie wojnę. Czwartym papieżem, i widać tu, jak demon kpi sobie ze swoich sukubów, był właśnie Klemens V, który ogłosił krucjatę przeciwko Dulcynowi. I było to sprawiedliwe, bo Dulcyn podtrzymywał teraz w swoich listach teorie nie do pogodzenia z prawą wiarą. Twierdził, że Kościół rzymski jest wszetecznicą, że nikt nie musi być posłuszny kapłanom, że wszelka władza duchowa przeszła teraz na sektę apostołów, że jedynie apostołowie tworzą nowy Kościół, że apostołowie mogą unieważnić małżeństwo, że nikt nie będzie mógł być zbawiony, jeśli nie przystąpi do sekty, że żaden papież nie może odpuszczać grzechów, że nie należy płacić dziesięcin, że życiem doskonalszym jest żyć bez ślubowania niż w ślubowaniu, że kościół poświęcony tak samo nadaje się do modlitwy, jak obora, i że można czcić Chrystusa w lasach i w kościołach, bez żadnej różnicy.

- Naprawdę powiedział to wszystko?

- Oczywiście, nie ma wątpliwości, napisał to. Ale uczynił coś gorszego. Kiedy umocnił się na Łysej Górze, zaczął pustoszyć wsie w dolinie, plądrować, by zapewnić sobie zaopatrzenie, w sumie wypowiedział prawdziwą wojnę całej okolicy.

- Wszyscy byli przeciwko niemu?

- Nie wiadomo. Może miał wsparcie niektórych, mówiłem ci już, że wmieszał się w miejscowe waśnie, w ten splot nie do rozwikłania. Nadeszła jednak zima roku 1305 jedna z najsurowszych w ostatnich dziesięcioleciach, i wszędzie dokoła panował wielki niedostatek. Dulcyn wysłał trzeci list do swoich zwolenników i wielu jeszcze dołączyło doń, ale życie tam na górze stało się nie do zniesienia, i nadeszły takie głody, że zjadali mięso koni i innych zwierząt i gotowane siano, i wielu od tego umarło.

- Ale z kim teraz walczyli?

- Biskup z Vercelli odwołał się do Klemensa V i zwołano krucjatę przeciwko heretykom. Ogłoszono odpust zupełny dla każdego, kto weźmie w niej udział, a zaproszono Ludwika Sabaudzkiego, inkwizytorów z Lombardii, arcybiskupa Mediolanu. Wielu wzięło krzyż, dążąc z pomocą werczelczykom i nowaryjczykom, również w Sabaudii, Prowansji, Francji, zaś biskup z Vercelli objął dowództwo. Dochodziło do ciągłych starć między awangardami obu wojsk, ale umocnienia Dulcyna były nie do wzięcia i bezbożnicy otrzymywali w taki czy inny sposób wsparcie.

- Od kogo?

- Od innych bezbożników, jak myślę, którzy radowali się z tego zarzewia nieładu. Pod koniec roku 1305 herezjarcha został jednak zmuszony do opuszczenia Łysej Góry, pozostawiając rannych i chorych, i ruszył na ziemie Trivero, gdzie przywarł do skały, która wtedy zwała się Zubello, potem zaś i na wieki nazwana została Rubello albo Rebello, stała się bowiem skałą rebeliantów przeciwko Kościołowi. Nie mogę opowiedzieć ci wszystkiego, co się zdarzyło, ale doszło do straszliwych rzezi. Na koniec jednak rebelianci zostali zmuszeni do poddania się. Dulcyna i jego zwolenników ujęto i sprawiedliwie skończyli na stosie.

- Również piękna Małgorzata?

Hubertyn spojrzał na mnie.

- Pamiętasz, że była piękna, prawda? Była piękna, powiadano, i wielu tamtejszych panów pragnęło wziąć ją za żonę, by uratować od stosu. Ale nie chciała, umarła nie skruszona wraz ze swoim nie skruszonym kochankiem. I niechaj będzie z tego dla ciebie nauka, strzeż się wszetecznic Babilonu, nawet jeśli przybierają kształty stworzeń najpowabniejszych.

- Ale teraz powiedz mi coś, ojcze. Dowiedziałem się, że klucznik klasztoru, i może też Salwator, spotkali Dulcyna i poniekąd przystali doń...

- Milcz i nie wypowiadaj sądów zuchwałych. Poznałem klucznika w pewnym klasztorze minorytów. Co prawda już po wydarzeniach związanych z historią Dulcyna. W owych latach wielu duchowników, nim jeszcze postanowiliśmy znaleźć schronienie w zakonie Świętego Benedykta, wiodło żywot niespokojny i musiało opuścić swoje klasztory. Nie wiem, gdzie był Remigiusz, nim go spotkałem. Wiem, że zawsze był dobrym bratem, przynajmniej gdy chodzi o prawość wiary. Co do reszty, niestety, ciało jest słabe...

- Co masz na myśli?

- Nie są to sprawy, o których powinieneś wiedzieć. Chociaż właściwie, skoro i tak mówiliśmy o tym i trzeba, byś umiał odróżnić dobro od zła... - zawahał się jeszcze - powiem ci, że słyszałem, jak tutaj w opactwie szepcze się, iż klucznik nie potrafi oprzeć się pewnym pokusom... Ale to plotki. Ty musisz nauczyć się nie myśleć nawet o tych sprawach. - Przyciągnął mnie znowu do siebie i wskazał na posąg Najświętszej Panny. - Ty musisz wtajemniczyć się w miłość bez skazy. Oto Ta, w której kobiecość uwzniośliła się. Dlatego o Niej możesz powiedzieć, że jest piękna, jak kochanka z Pieśni nad Pieśniami. W niej - rzekł, a w jego twarzy było uniesienie płynące z wewnętrznej radości, zupełnie tak samo, jak poprzedniego dnia w twarzy opata, kiedy mówił o klejnotach i złocie naczyń - w Niej nawet wdzięk ciała staje się znakiem piękności niebiańskich i dlatego rzeźbiarz przedstawił ją ze wszystkimi powabami, którymi niewiasta winna być ozdobiona. - Wskazał drobne piersi Panny wzniesione wysoko i sterczące pod gorsetem związanym pośrodku sznurówką, którą igrały drobne rączki Dzieciątka. - Widzisz? Pulchra enim sunt ubera quae paululum supereminent et tument modice, nec fluitantia licenter, sed leniter restricta, repressa sed non depressa... *[piękne bowiem są piersi, które sterczą odrobinkę i są umiarkowanie pełne, nie zwisają luźno, lecz są lekko zebrane, ściągnięte ale nie ściśnięte (łac.)] Czegóż doświadczasz w obliczu tej słodkiej wizji?

Zarumieniłem się gwałtownie, czując, że trawi mnie jakby wewnętrzny ogień. Hubertyn musiał to spostrzec, a może zauważył żar moich policzków, bo zaraz dodał:

- Lecz musisz nauczyć się odróżniać ogień miłości nadprzyrodzonej od rozkoszy zmysłów. Jest to trudne nawet dla świętych.

- Lecz jak rozpoznaje się miłość dobrą? - spytałem drżąc cały.

- Czym jest miłość? Nie masz niczego na świecie, ni człeka, ni diabła, ni żadnej rzeczy, którą miałbym za równie podejrzaną jak miłość. Z tej przyczyny, jeśli dusza nie ma oręża, który nią kieruje, wali się przez miłość w ogromną ruinę. I wydaje mi się, że gdyby nie uwodzicielski czar Małgorzaty, Dulcyn nie skazałby się na potępienie, i gdyby nie zuchwałość i przemieszanie żywota na Łysej Górze, nie tak wielu poddałoby się urzeczeniu jego buntem. Bacz, nie mówię ci tych rzeczy tylko o miłości występnej, przed którą naturalnie wszyscy winni uciekać jako przed rzeczą diabelską, lecz mówię to, i z wielkim strachem, także o miłości dobrej, która ustanawia się między Bogiem a człekiem, między człekiem a jego bliźnim. Często zdarza się, że dwoje albo troje mężczyzn lub kobiet kocha się nader gorąco, żywią jedni ku drugim osobliwy afekt i chcą nie rozłączać się nigdy, a gdy jedno z nich pożąda, drugie takoż. I wyznam ci, że uczuć tego rodzaju doznawałem dla niewiast cnotliwych, jak Aniela i Klara. Owóż to nawet jest raczej naganne, choć dzieje się w sposób duchowy i dla chwały Boga... Albowiem nawet miłość, jaką odczuwa dusza, jeśli nie ma się na baczności i wita ową miłość żarliwie, upada potem lub też działa w nieładzie. Och, miłość ma rozmaite właściwości, dusza najpierw roztkliwia się przez nią, potem staje ułomna... Ale później czuje prawdziwy żar miłości Boskiej i krzyczy, i płacze, i czyni się kamieniem włożonym do pieca, by rozpadł się w wapno, i trzeszczy liźnięta płomieniem...

- I ta jest godziwa?

Hubertyn pogładził mnie po głowie i kiedy spojrzałem na niego, zobaczyłem, że oczy zaszły mu łzami rozczulenia.

- Tak, ta jest wreszcie miłością godziwą. - Cofnął rękę obejmującą moje ramiona. - Ale jakże trudną - dodał - jakże jest bowiem trudno odróżnić ją od tamtej. I czasem, kiedy twoją duszę kuszą demony, czujesz się niby ktoś powieszony, kto trwa tak na szubienicy, z rękami związanymi na plecach, oczyma zasłoniętymi, i wirując w pustce żyje wszak, lecz bez żadnej pomocy, żadnego wsparcia, żadnego lekarstwa...

Jego twarz była teraz nie tylko zalana łzami, lecz i zroszona potem.

- Idź już - powiedział pospiesznie - powiedziałem ci to, co chciałeś wiedzieć. Z jednej strony chór anielski, z drugiej gardziel piekła. Idź i niechaj pochwalony będzie Pan Nasz.

Z powrotem rzucił się na kolana przed Najświętszą Panną i usłyszałem, jak łka cicho. Modlił się.

 

Nie wyszedłem z kościoła. Rozmowa z Hubertynem rozpaliła mi w duszy i w trzewiach dziwny ogień i niewypowiedziany niepokój. Być może przez to stałem się skłonny do nieposłuszeństwa i postanowiłem ruszyć do biblioteki. Nawet nie wiedziałem, czego tam szukam. Chciałem samotnie zwiedzić nieznane miejsce, urzekała mnie myśl, że rozeznam się bez pomocy mojego mistrza. Wspiąłem się tam niby Dulcyn na górę Rubello.

Miałem ze sobą kaganek (czemu zabrałem go ze sobą? może już przedtem powziąłem ten sekretny plan?) i wszedłem do ossuarium prawie z zamkniętymi oczyma. Raz dwa znalazłem się w skryptorium.

Musiał to być wieczór zgubny, bo kiedy szperałem z zaciekawieniem między stołami, spostrzegłem, że na jednym z nich spoczywa otwarty manuskrypt, który jeden z mnichów w tych dniach przepisywał. Natychmiast przyciągnął mój wzrok tytuł: Historia fratris Dulcini Heresiarche. Zdaje się, że był to stół Piotra z Sant'Albano, o którym powiedziano mi, że pisze monumentalną historię herezji (po tym wszystkim, co zdarzyło się w opactwie, naturalnie już jej nie pisze - lecz nie uprzedzajmy wydarzeń). Nie było więc nic niezwykłego w tym, że ten tekst tu się znalazł, a były też inne traktujące o pokrewnym temacie, o patarenach i biczownikach. Ale przyjąłem tę sposobność jako nadprzyrodzony znak, nie wiem jeszcze, niebiański czy diabelski, i pochyliłem się, by czytać chciwie to, co tam napisano. Tekst nie był zbyt długi i w pierwszej części mówił, ze znacznie większą ilością szczegółów, których nie pamiętam, to samo, co powiedział mi już Hubertyn. Była tam również mowa o wielu zbrodniach popełnionych przez dulcynian w czasie wojny i oblężenia. I o końcowej bitwie, która była bardzo okrutna. Ale znalazłem tam również rzeczy, o których Hubertyn mi nie mówił, i opowiedziane przez kogoś, kto najwyraźniej je widział i jeszcze miał nimi rozpaloną wyobraźnię.

Dowiedziałem się więc, jak to w marcu 1307 roku, w Wielką Sobotę, Dulcyn, Małgorzata i Longin, wreszcie ujęci, doprowadzeni byli do miasta Biella i oddani biskupowi, który czekał na postanowienie papieża. Papież zaraz, jak poznał nowinę, przekazał ją królowi Francji Filipowi pisząc: "Doszły do nas wieści wielce pożądane, płodne w radość i wesele, albowiem ten diabeł siewca zarazy, ten syn Beliala i szpetny herezjarcha Dulcyn, po wielu niebezpieczeństwach, trudach, rzeziach i częstych najazdach, wraz ze swoimi zwolennikami trafił do naszych lochów przez zasługę naszego czcigodnego brata Raniera, biskupa z Vercelli, schwytany w dniu Świętej Wieczerzy Pana, a liczni ludzie, którzy byli z nim, dotknięci zarazą, padli zabici tegoż dnia." Papież był bez litości dla więźniów i polecił biskupowi skazać ich na śmierć. Tak więc w lipcu tegoż roku, pierwszego dnia miesiąca, heretycy oddani zostali ramieniu świeckiemu. I kiedy rozdźwięczały wszystkie dzwony, wprowadzono ich między oprawcami na wóz, za którym szła milicja i który jechał przez całe miasto, a na każdym rogu szarpano rozpalonymi cęgami ciała winowajców. Małgorzatę spalono najpierw, przed Dulcynem, któremu nawet nie drgnął żaden mięsień na twarzy, tak jak nie wydał z siebie jęku, kiedy cęgi kąsały mu ciało. Potem wóz jechał dalej, i po drodze oprawcy zanurzali swoje żelaza w naczyniach pełnych rozżarzonych głowni. Dulcyn przeszedł inne jeszcze męki i przez cały czas był niemy, poza momentem, kiedy odcinali mu nos, gdyż skulił nieco ramiona, i kiedy wyrywali mu członek męski, gdyż w tym momencie wydał przeciągłe westchnienie, jakby skowyt. Ostatnie słowa, jakie wyrzekł, świadczyły o braku skruchy, i ostrzegł, że zmartwychwstanie trzeciego dnia. Potem został spalony, a jego prochy rozrzucono na cztery wiatry.

Zamknąłem manuskrypt drżącymi dłońmi. Dulcyn popełnił wiele zbrodni, jak mi powiedziano, ale został w straszliwy sposób spalony. I zachowywał się na stosie... jak? Z nieugiętością męczenników czy z zuchwałością potępionych?

(...)

Wilhelm w tym momencie postanowił rzucić wszystko na jedną szalę. Spytał nagle:

- Czy Remigiusza poznałeś, zanim jeszcze byłeś z Dulcynem, czy potem?

Salwator padł mu do kolan błagając śród łez, by nie gubić go, by uratować przed inkwizycją, i Wilhelm przysiągł mu uroczyście, że nikomu nie powie o tym, czego się dowie, a wtenczas Salwator nie zawahał się wydać klucznika na naszą łaskę i niełaskę. Poznali się na Łysej Górze, obaj byli w bandzie Dulcyna, razem z klucznikiem uciekł i wstąpił do klasztoru w Casale; z nim też przeniósł się między kluniaków. Bełkotał, błagając o wybaczenie, i było rzeczą jasną, że niczego więcej odeń się nie dowiemy. Wilhelm doszedł do wniosku, że warto wziąć z zaskoczenia Remigiusza, i zostawił Salwatora, który pobiegł schronić się w kościele.

(...)

Klucznik nie był głupcem. Doszedł do wniosku, że nie warto już bawić się w kotka i myszkę, tym bardziej, iż jak się spostrzegł, jest tu myszką.

- Bracie Wilhelmie - rzekł - widzę, że wiesz więcej rzeczy, niż sobie wyobrażałem. Nie zdradź mnie, a i ja ciebie nie zdradzę. To prawda, jestem biednym człekiem z krwi i kości i ulegam zachciankom ciała. Salwator powiedział mi, że ty albo twój nowicjusz wczoraj wieczorem przyłapaliście go w kuchni. Podróżowałeś wiele, Wilhelmie, wiesz więc, że nawet kardynałowie z Awinionu nie są wzorem cnót. Wiem, iż wypytujesz mnie nie z powodu tych drobnych i nędznych grzeszków. Ale pojmuję też, że dowiedziałeś się czegoś o moich dawnych dziejach. Miałem życie dziwaczne, jak zdarza się to wielu spośród nas minorytów. Przed laty wierzyłem w ideał ubóstwa, porzuciłem wspólnotę zakonną, by wieść życie wędrowne. Uwierzyłem w to, co głosił Dulcyn, jak i wielu innych ze mną. Nie jestem człowiekiem wykształconym, zostałem wyświęcony, lecz ledwie mszę potrafię odklepać. Niewiele wiem o teologii. I być może nie potrafię nawet wzbudzić w sobie zajęcia ideami. Widzisz, jakiś czas temu spróbowałem zbuntować się przeciwko panom, teraz im służę i dla pana tych ziem władam takimi, jak ja sam. Buntować się albo zdradzić - niewielki wybór zostawiono nam, prostaczkom.

- Czasem prostaczkowie lepiej pojmują sprawy niźli uczeni - rzekł Wilhelm.

- Być może - odpowiedział klucznik wzruszając ramionami. - Ale nawet nie wiem, dlaczego uczyniłem to, co uczyniłem wtedy. Widzisz, w przypadku Salwatora było to zrozumiałe, wyszedł ze sług ziemi ornej, z dzieciństwa pełnego niedostatku i chorób... Dulcyn przedstawiał sobą bunt i zniszczenie panów. W moim przypadku było inaczej, jestem z rodziny mieszczańskiej, nie uciekałem przed głodem. Było to... nie wiem, jak powiedzieć, święto szaleńców, wspaniały karnawał... Tam na górze, u boku Dulcyna, zanim jeszcze musieliśmy zjadać ciała naszych towarzyszy poległych w bitwach, zanim jeszcze tylu umarło z wycieńczenia, że nie można było ich wszystkich zjeść i rzucaliśmy ich na pastwę ptaków i dzikich zwierząt, na zbocza Rebello... a może nawet w tych chwilach... oddychaliśmy powietrzem... czy mogę powiedzieć wolności? Przedtem nie wiedziałem, czym jest wolność, kaznodzieje powiadali nam: "Prawda uczyni was wolnymi." Czuliśmy się wolnymi, myśleliśmy więc, że prawda jest z nami. Myśleliśmy, że wszystko, co czynimy, jest sprawiedliwe...

- I tam... jęliście łączyć się swobodnie z niewiastą? - zapytałem i nie wiem nawet dlaczego, ale od poprzedniej nocy nękały mnie słowa Hubertyna i to, co przeczytałem w skryptorium, i to, co sam przeżyłem. Wilhelm spojrzał na mnie zaciekawiony, nie oczekiwał, że będę taki śmiały i bezwstydny, to pewna. Klucznik przyjrzał mi się, jakbym był jakimś osobliwym zwierzęciem.

- Na Rebello - rzekł - byli ludzie, którzy przez całe dzieciństwo spali w dziesięcioro lub więcej na niewielu łokciach izby, bracia z siostrami, ojcowie i córki. Cóż więc chcesz i czymże więc było dla nich przyjęcie nowej okoliczności? Czynili z wyboru to, co wpierw czynili z konieczności. A poza tym nocą, kiedy boisz się przybycia wrogich wojsk i przytulasz się do swojego towarzysza, leżąc na gołej ziemi, by nie czuć chłodu... Heretycy... wy, mniszkowie pochodzący z zamków i kończący na opactwie, sądzicie, że ich sposób myślenia natchniony jest przez demona. Jest to jednak sposób życia i jest... i było... przeżyciem nowym... Nie było już panów, a Bóg, mówiono nam, był z nami. Nie powiem, że mieliśmy rację, Wilhelmie, i w istocie, widzisz mnie tutaj, bardzo prędko ich bowiem porzuciłem. Lecz rzecz w tym, że nigdy nie pojmowałem waszych uczonych dysput o ubóstwie Chrystusa i praktykowaniu, i fakcie, i prawie... Powiedziałem ci, był to wielki karnawał, a w czasie karnawału dzieją się rzeczy na opak. Potem człek starzeje się, nie zmądrzeje, ale staje się łakomy. I tutaj jestem właśnie żarłoczny... Możesz potępić heretyka, ale czy możesz potępić żarłoka?

(...)

Wilhelm zdawał się bardzo zadowolony. Miał w dłoni kartę Wenaricjusza, którą wreszcie odcyfrował. Udaliśmy się do jego celi, daleko od niedyskretnych uszu, i przetłumaczył mi to, co odczytał. Oto, co tekst grecki mówił, po zdaniu w alfabecie zodiakalnym (secretum finis Africae manus supra idolum age primum et septimum de quatuor):

 

Straszliwa trucizna, która przynosi oczyszczenie...

Najlepsza broń, by zniszczyć nieprzyjaciela...

Użyj osób niskiego stanu, podłych i szpetnych, dobądź rozkosz z ich przywary... Nie powinny umrzeć... Nie w domach szlachetnych i możnych, ale z wiosek chłopów, po obfitym posiłku i libacjach... Ciała krępe, oblicza niekształtne.

Gwałcą dziewice i zabawiają się z nierządnicami, nie nikczemni, bez strachu.

Prawda odmienna, odmienny obraz prawdy...

Czcigodne drzewa figowe.

Kamień bezwstydny toczy się po równi... Na oczach.

Trzeba zwodzić i zaskakiwać zwodząc, mówić rzeczy przeciwne do tego, w co się wierzy, mówić jedną rzecz, a mieć na myśli inną.

Dla tych koniki polne zaśpiewają spod ziemi.

 

Nic więcej. Według mojego sądu zbyt mało, prawie nic. Zdało się to bredzeniem człeka niepoczytalnego i podzieliłem się tym sądem z Wilhelmem.

- Może to być. I bardziej szalone, niż jest, wydaje się z powodu mojego tłumaczenia. Nie za dobrze znam grekę. A jednak jeśli uznamy, że Wenancjusz albo autor księgi był szaleńcem, nie dowiemy się stąd, dlaczego tyle osób, i nie wszystkie szalone, zadało sobie trud, najpierw by ukryć księgę, a później by ją odzyskać...

- Ale czy rzeczy, które są tu zapisane, pochodzą z tajemniczej księgi?

- Bez wątpienia chodzi o rzeczy zapisane przez Wenancjusza. Widzisz przecież, że nie chodzi o żaden starodawny pergamin. I muszą to być właśnie notatki spisane przy czytaniu księgi, inaczej Wenancjusz nie pisałby po grecku. Z pewnością przepisał, skracając, zdania, które znalazł w woluminie zabranym z finis Africae. Zaniósł go do skryptorium i zaczął czytać, zapisując to, co wydawało mu się godne zapisania. Potem coś się stało. Albo poczuł się źle, albo usłyszał, jak ktoś idzie do góry. Odłożył więc księgę wraz z notatkami pod swój stół, prawdopodobnie obiecując sobie wrócić do niej następnego wieczoru. W każdym razie, tylko wychodząc od tej karty, możemy odtworzyć naturę tajemniczej księgi, a tylko z natury tej księgi możemy domyślić się natury zabójcy. Albowiem w każdej zbrodni popełnionej, by zyskać jakiś przedmiot, natura tego przedmiotu winna dostarczyć nam wyobrażenia, choćby bladego, o naturze mordercy. Jeśli zabija się dla garści złota, mordercą będzie osoba chciwa, jeśli dla księgi, morderca będzie zabiegał, by zachować dla siebie jej sekrety. Trzeba więc dowiedzieć się, co mówi księga, której nie mamy.

- A ty potrafisz z tych niewielu linijek pojąć, o jaką księgę chodzi?

- Drogi Adso, wygląda to na słowa jakiegoś świętego tekstu, którego znaczenie wychodzi poza literę. Kiedy czytałem je tego ranka, po naszej rozmowie z klucznikiem, uderzył mnie fakt, że tutaj także czyni się aluzję do prostaczków i wieśniaków jako nosicieli prawdy odmiennej od prawdy mędrców. Klucznik dał do zrozumienia, że dziwne wspólnictwo łączy go z Malachiaszem. Może Malachiasz ukrył jakiś niebezpieczny heretycki tekst, który Remigiusz mu powierzył? Wówczas Wenancjusz przeczytałby i wynotował jakąś tajemniczą instrukcję dotyczącą wspólnoty ludzi grubiańskich i niegodziwych, zbuntowanych przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Ale...

- Ale?

- Ale dwa fakty zaprzeczają tej hipotezie. Jeden to ten, że Wenancjusz nie robił wrażenia kogoś, kto byłby zaciekawiony takimi kwestiami; był tłumaczem tekstów greckich, nie zaś głosicielem herezji... Drugi to ten, że zdań takich, jak to o drzewach figowych, kamieniach albo polnych konikach nie da się wyjaśnić przez tę pierwszą hipotezę...

- Może to są zagadki mające inne znaczenie - podsunąłem. - A może masz jeszcze inną hipotezę?

- Mam, ale jest jeszcze niejasna. Kiedy czytam tę stronicę, zdaje mi się, że gdzieś już te słowa czytałem, i przychodzą mi na myśl zdania podobne, które widziałem gdzie indziej. Wydaje mi się nawet, że ten tekst mówi o czymś, o czym mówiło się już w ubiegłych dniach... Ale nie mogę sobie przypomnieć. Muszę o tym pomyśleć. Może winienem przeczytać inne księgi.

(...)

W sali kapitulnej Bernard Gui usadowił się pośrodku za wielkim stołem z orzecha. Siedzący obok niego dominikanin pełnił obowiązki pisarza sądowego, a dwaj prałaci z legacji papieskiej usadowili się po obu jego bokach jako sędziowie. Klucznik stał przed stołem, między dwoma łucznikami. Opat obrócił się do Wilhelma i szepnął mu:

- Nie wiem, czy procedura jest prawomocna. Sobór laterański z roku 1215 usankcjonował w swoim kanonie XXXVII, że nikogo nie można pozwać do stawienia się przed sędziami, którzy urzędują w odległości większej niż dwa dni marszu od miejsca zamieszkania owego. Tutaj sytuacja jest być może inna, sędzia przybywa z daleka, ale...

- Inkwizytor nie podlega żadnej jurysdykcji regularnej - odparł Wilhelm - i nie musi trzymać się norm prawa powszechnego. Cieszy się specjalnym przywilejem i nie ma nawet obowiązku wysłuchiwać obrońców.

Spojrzałem na klucznika. Remigiusz został doprowadzony do pożałowania godnego stanu. Rozglądał się dokoła niby wystraszone zwierzę, jakby rozpoznawał gesty i poczynania przerażającej liturgii. Teraz wiem, że bał się z dwóch powodów: jednego, gdyż został schwytany według wszelkich pozorów na gorącym uczynku, drugiego, gdyż od poprzedniego dnia, kiedy Bernard rozpoczął swoje dochodzenie, zbierając plotki i insynuacje, bał się, że wyjdą na światło dnia błędy jego młodości; a jeszcze większy niepokój poczuł, kiedy zobaczył, że ujęli Salwatora.

Jeśli nieszczęśliwy Remigiusz był wydany na pastwę lęków, Bernard Gui znał sposoby pozwalające przeobrazić lęk swoich ofiar w panikę. Nie mówił nic; kiedy wszyscy oczekiwali, że rozpocznie przesłuchanie, on trzymał dłonie na kartach, które miał przed sobą, udając, że je porządkuje, ale z roztargnieniem. W istocie, spojrzenia kierował na oskarżonego i w tym spojrzeniu obłudna pobłażliwość (jakby chciał rzec: "Nie lękaj się, jesteś w rękach zgromadzenia braterskiego, które chce jeno twego dobra") mieszała się z lodowatą ironią (jakby chciał rzec: "Jeszcze nie wiesz, co dla ciebie dobre, a ja rychłe ci to powiem") i bezlitosną surowością (jakby chciał rzec: "Ale w każdym razie jestem tutaj twoim jedynym sędzią i należysz do mnie"). Wszystkie te rzeczy klucznik już wiedział, ale milczenie i odwlekanie miały mu to przypomnieć, pozwolić mu tego zasmakować, aby - miast zapomnieć - tym większy miał powód do upokorzenia, aby jego niepokój przeobraził się w rozpacz i aby stał się rzeczą należącą do sędziego, miękkim woskiem w jego rękach.

Wreszcie Bernard przerwał milczenie. Wypowiedział kilka rytualnych formuł, oznajmił sędziom, że przystępuje się do przesłuchania obwinionego o dwa przestępstwa jednako szkaradne, z czego jedno było dla wszystkich oczywiste, lecz mniej godne pogardy niż drugie, albowiem obwiniony został przyłapany na popełnianiu zabójstwa, kiedy był już poszukiwany za zbrodnię herezji.

Zamilkł. Klucznik ukrył twarz W dłoniach, którymi poruszał z trudem, gdyż były zakute w łańcuchy. Bernard zaczął przesłuchanie.

- Kim jesteś? - zapytał.

- Remigiuszem z Varagine. Urodziłem się pięćdziesiąt dwa lata temu i jako dziecko jeszcze wstąpiłem do minorytów w Varagine.

- A jak się stało, że oto jesteś dzisiaj w zakonie świętego Benedykta?

- Lata temu, kiedy papież wydał Bullę Sancta Romana, ponieważ bałem się zarazić herezją braciaszków... choć nigdy nie przystałem na ich twierdzenia... pomyślałem, że korzystniej dla mojej grzesznej duszy będzie porzucić otoczenie brzemienne pokusami, i zyskałem pozwolenie na przeniesienie się między mnichów tego opactwa, gdzie od ponad ośmiu lat służę jako klucznik.

- Unikałeś pokusy herezji - zadrwił Bernard - czyli uniknąłeś dochodzeń prowadzonych przez tych, którzy byli postawieni, by wykrywać herezję i wyrywać z korzeniami chwast, a dobrzy mnisi kluniaccy myśleli, że dokonują aktu miłosierdzia, przyjmując takich jak ty. Ale nie wystarczy zmienić suknię, by uchronić duszę od niegodziwości kacerskiego znieprawienia, i dlatego mamy tu dzisiaj wybadać, co dzieje się w zakamarkach twojej nie skruszonej duszy i co robiłeś, nim pojawiłeś się w tym świętym miejscu.

- Dusza moja jest niewinna i nie wiem, co masz na myśli, kiedy mówisz o heretyckim znieprawieniu - rzekł ostrożnie klucznik.

- Czy widzicie? - wykrzyknął Bernard, zwracając się do pozostałych sędziów. - Oni wszyscy tacy! Kiedy który z nich jest zatrzymany, staje przed trybunałem tak, jakby nie dręczyły mu sumienia żadne wyrzuty. A nie wiedzą, że to najpewniejszy znak ich winy, albowiem sprawiedliwy podczas procesu jest niespokojny! Zapytajcie go, czy wie, z jakiej przyczyny kazałem go zatrzymać? Czy wiesz, Remigiuszu?

- Panie - odpowiedział klucznik - byłbym szczęśliwy, gdybym mógł dowiedzieć się tego z twoich ust.

Byłem zaskoczony, gdyż zdało mi się, że klucznik odpowiada na rytualne pytania słowami równie rytualnymi, jakby znał dobrze reguły śledztwa i jego pułapki i od dawna był przyuczony, jak się zachować w podobnej okoliczności.

- Oto - wykrzyknął w tym czasie Bernard - typowa odpowiedź nie skruszonego heretyka! Chadzają wilczymi ścieżkami i niełatwo przyłapać ich na słabości, gdyż wspólnota przyznaje im prawo do kłamania, by uniknęli należnej kary. Uciekają się do odpowiedzi wykrętnych, próbując wciągnąć w zasadzkę inkwizytora, który i tak cierpieć musi bliskość ludzi tak godnych pogardy. A zatem, bracie Remigiuszu, nigdy nie miałeś do czynienia z tak zwanymi braciaszkami lub braćmi ubogiego życia, lub z begardami?

- Przeżywałem koleje losu minorytów podczas długiej dysputy o ubóstwie, ale nigdy nie należałem do sekty begardów.

- Czy widzicie? - rzekł Bernard. - Zaprzecza, iżby był begardem, albowiem begardzi, choć uczestniczą w tej samej herezji co braciaszkowie, uważają tych za uschłą gałąź zakonu franciszkańskiego, a siebie mają za czystszych od nich i doskonalszych. Lecz wiele zachowań jednych jest wspólnych drugim. Czy możesz zaprzeczyć, Remigiuszu, że widziano cię w kościele, jak kuliłeś się z twarzą zwróconą do muru albo leżałeś krzyżem, a głowę miałeś przykrytą kapturem, miast klęczeć ze złożonymi rękami jak inni ludzie?

- Również w zakonie świętego Benedykta leży się krzyżem na ziemi w stosownych momentach...

- Nie pytałem, coś robił w momentach stosownych, ale w niestosownych! Nie zaprzeczasz więc, że przyjmowałeś jedną i drugą pozycję, obie typowe dla begardów! Lecz nie jesteś begardem, rzekłeś... Powiedz mi więc; w co wierzysz?

- Panie, wierzę we wszystko to, w co wierzy dobry chrześcijanin...

- Cóż za święta odpowiedź! A w cóż to wierzy dobry chrześcijanin?

- W to, czego naucza Kościół święty.

- A jaki Kościół święty? Ten, który uznają za święty owi wierzący uznający się za doskonałych, pseudoapostołowie, heretyccy braciaszkowie, czy też Kościół, który tamci porównują do wszetecznicy Babilonu, a w który my wszyscy mocno wierzymy?

- Panie - rzekł zagubiony klucznik - powiedz mi ty, który jest według ciebie prawdziwy Kościół...

- Ja wierzę, że jest to Kościół rzymski, jeden, święty i apostolski, rządzony przez papieża i jego biskupów.

- W taki i ja wierzę - rzekł klucznik.

- Podziwu godna przebiegłość - krzyknął inkwizytor. - Podziwu godna bystrość wysłowienia. Czy słyszeliście: oto zamierza rzec, że on wierzy, że ja wierzę w ten Kościół, i uniknąć w ten sposób obowiązku powiedzenia, w co wierzy on sam! Ale dobrze znamy te wybiegi kuny! Do rzeczy. Czy wierzysz, że sakramenty ustanowił Pan Nasz, że aby dokonać właściwej skruchy, trzeba wyspowiadać się przed sługami Boga, że Kościół rzymski ma władzę rozwiązywać i zawiązywać na tej ziemi to, co będzie zawiązane albo rozwiązane w niebie?

- Czy nie powinienem w to wierzyć?

- Nie pytam, w co powinieneś wierzyć, pytam, w co wierzysz!

- Wierzę w to wszystko, w co ty, panie, i inni dobrzy doktorowie rozkażecie mi wierzyć - rzekł przerażony klucznik.

- Aha! Ale czyż owi dobrzy doktorowie, o których to wspomniałeś, nie są czasem tymi, którzy kierują twoją sektą? I co miałeś na myśli, mówiąc dobrzy doktorowie? Czy nie na tych przewrotnych kłamców, którzy uważają się za jedynych następców apostołów, powołujesz się, by uznać artykuły swojej wiary? Podsuwasz mi może, że jeśli ja bym wierzył w to, co wierzą oni, wtedy wierzyłbyś mnie, czyli im jeno!

- Nie powiedziałem tego, panie - wybełkotał klucznik - ty sam wkładasz to w moje usta. Ja wierzę tobie, jeśli ty nauczasz mnie tego, co jest dobre.

- Co za zuchwałość! - wykrzyknął Bernard waląc pięścią w stół. - Powtarzasz z pamięci, trwając w niemym uporze, ów formularz, którego naucza się w twojej sekcie. Powiadasz, że wierzyłbyś mi wtenczas tylko, kiedy bym głosił to, co twoja sekta uznaje za dobre. Tak właśnie odpowiadali zawsze pseudoapostołowie i tak odpowiadasz teraz ty, może nawet nie wiedząc o tym, albowiem pojawiają ci się na wargach zdania, które niegdyś zostały ci wpojone, byś zwodził inkwizytorów. I w ten sposób sam się oskarżasz tym, co mówisz, ja zaś wpadłbym w twoją pułapkę, gdybym nie miał długiego doświadczenia jako inkwizytor... Lecz weźmy prawdziwą kwestię, przewrotny człeku. Czy słyszałeś kiedy o Gerardzie Segalellim z Parmy?

- Słyszałem o nim - odparł klucznik blednąc, jeśli można jeszcze było mówić o bladości tego odmienionego oblicza.

- Czy słyszałeś kiedy o bracie Dulcynie z Nowary?

- Słyszałem.

- Czy widziałeś go kiedy na własne oczy, rozmawiałeś z nim?

Klucznik trwał przez chwilę w milczeniu, jakby rozważając, do jakiego stopnia dogodne dlań będzie wyznać część prawdy. Potem zdecydował się i powiedział cichutko:

- Widziałem go i rozmawiałem z nim.

- Głośniej - krzyknął Bernard - byśmy w końcu mogli usłyszeć, jak z twoich ust pada słowo prawdy! Kiedy z nim rozmawiałeś?

- Panie - powiedział klucznik - byłem bratem w klasztorze nowaryjskim, kiedy ludzie Dulcyna zgromadzili się w tamtych stronach i przechodzili także w pobliżu mojego klasztoru, a na początku nie wiedziano dobrze, kim są...

- Kłamiesz! Jak franciszkanin z Varagine mógł być w klasztorze nowaryjskim? Nie byłeś w klasztorze, ale należałeś już do bandy braciaszków, którzy przebiegali te ziemie żyjąc z jałmużny, i dołączyłeś do dulcynian!

- Jak możesz utrzymywać rzecz taką, panie? - rzekł z drżeniem klucznik.

- Powiem ci, jak mogę, a nawet muszę to potwierdzić -- oznajmił Bernard i rozkazał, by sprowadzono Salwatora.

Na widok nieszczęśnika, który z pewnością całą noc poddany był przesłuchaniu nie publicznemu zgoła i o ileż sroższemu, poczułem litość. Twarz Salwatora, jako się już rzekło, była zwykle odrażająca. Ale tego ranka zdawała się jeszcze podobniejsza do pyska zwierzęcia. Nie widać było śladów przemocy, ale sposób, w jaki posuwało się zakute w łańcuchy ciało, z członkami wywichniętymi, prawie niezdolne poruszać się, ciągnięte przez łuczników niby małpa przywiązana do sznura, nader jasno wskazywał, jak musiało przebiegać owo przerażające responsorium.

- Bernard wziął go na męki... - szepnąłem do Wilhelma.

- Nijak - odparł Wilhelm. - Inkwizytor nigdy nie bierze na męki. Troskę o ciało obwinionego powierza się zawsze ramieniu świeckiemu.

- Ależ to to samo! - powiedziałem.

- Wcale nie. Ani dla inkwizytora, który ma ręce czyste, ani dla poddanego inkwizycji, który gdy przychodzi inkwizytor, znajduje oto nagłe wsparcie, uśmierzenie swoich bólów, i otwiera przed nim serce.

Spojrzałem na mojego mistrza.

- Żartujesz - rzekłem przestraszony.

- Wydaje ci się to rzeczą stosowną do żartów? - odpowiedział Wilhelm.

Bernard przesłuchiwał teraz Salwatora i pióro me nie podoła zadaniu zapisania posiekanych i, gdyby to było możliwe, jeszcze bardziej bablejskich słów, jakimi ten człowiek, już i tak niepełny, a teraz sprowadzony do rzędu babuina, odpowiadał, z trudem przez wszystkich rozumiany, wspomagany przez Bernarda, który podsuwał mu zapytania w ten sposób, by ten mógł odpowiadać na nie tylko tak albo nie, niezdolny do żadnego kłamstwa. A co powiedział Salwator, czytelnik doskonale może sobie wyobrazić. Opowiedział, lub raczej przyznał, że opowiedział w ciągu nocy, część tej historii, którą ja już odtworzyłem: swoje wędrówki jako braciaszek, pastuszek i pseudoapostoł; i jak w czasach brata Dulcyna spotkał pośród dulcynian Remigiusza i wraz z nim uciekł po bitwie na górze Rebello, by po wielu dalszych przygodach pojawić się w konwencie w Casale. Dodał tylko, że herezjarcha Dulcyn, kiedy zbliżała się godzina klęski i pojmania, powierzył Remigiuszowi kilka listów, które ten miał dostarczyć, Salwator nie wie gdzie ni komu. Remigiusz zawsze nosił te listy przy sobie, nie śmiąc doręczyć ich, a po przybyciu do opactwa, bojąc się trzymać je nadal przy sobie, lecz nie chcąc zniszczyć, powierzył bibliotekarzowi, tak, właśnie Malachiaszowi, by ów ukrył je gdzieś w zakątkach Gmachu.

Kiedy Salwator mówił, klucznik patrzył nań z nienawiścią i w pewnym momencie nie powstrzymał krzyku:

- Ty wężu, sprośna małpo, byłem ci ojcem, przyjacielem, tarczą, a tak oto mi odpłacasz!

Salwator spojrzał na swego opiekuna, który teraz sam tak bardzo potrzebował opieki, i odpowiedział z trudem:

- Panie Remigiuszu, było tak, iżem tobie należał. I byłeś dla mnie nader miłym. Lecz ty znasz pałace Borgella, wiesz, co więzienie. Qui non habet caballum vadat cum pede... *[kto nie ma konia, niechaj idzie na piechotę (łac.)]

- Szalony! - krzyknął jeszcze Remigiusz. - Masz nadzieję uratować się? Nie wiesz, że ty też umrzesz jako heretyk? Powiedz, żeś gadał na mękach, powiedz, żeś wszystko zmyślił!

- Co ja wiem, panie, jakie nazwy są wszystkich tych ferezji... Patareni, gazzalici, leoniści, arnoldyści, obrzezańcy. Nie jestem homo literatus, peccavi sine malitia,*[człowiekiem uczonym, grzeszyłem bez złych zamiarów (łac.)]  zaś pan Bernard wspaniały el sa, et nadzieję mam na pobłażliwość sua in nomine patre et filio et spiritis sanctis...

- Będziemy pobłażliwi, na ile pozwoli nam nasz urząd - rzekł inkwizytor - i z ojcowską dobrotliwością rozważymy dobrą wolę, jakąś okazał, otwierając przed nami swoją duszę. Idź, idź, wracaj rozmyślać w swojej celi i ufaj miłosierdziu Pana. Teraz musimy omówić kwestię o wiele ważniejszą. Tak więc, Remigiuszu, miałeś przy sobie listy Dulcyna i powierzyłeś je bratu swemu, który ma pieczę nad biblioteką...

- To nieprawda, nieprawda! - krzyknął klucznik, jakby ta obrona mogła mieć jeszcze jaki skutek. I właśnie Bernard przerwał mu:

- Lecz nie twoje potwierdzenie nam potrzebne, jeno Malachiasza z Hildesheim.

Kazał wezwać bibliotekarza, nie było go bowiem pośród obecnych. Wiedziałem, że jest w skryptorium albo w szpitalu, albo koło szpitala szukając Bencjusza i księgi. Poszli go szukać, a kiedy ukazał się, zakłopotany i unikający spojrzeń, Wilhelm powiedział z niezadowoleniem: "I teraz Bencjusz będzie mógł robić, co mu się spodoba." Lecz mylił się, gdyż ujrzałem, jak twarz Bencjusza wyłania się ponad ramionami innych mnichów, którzy tłoczyli się do drzwi sali, by przysłuchiwać się rozprawie. Pokazałem go Wilhelmowi. Pomyśleliśmy, że zaciekawienie tym wydarzeniem jest jeszcze silniejsze od zaciekawienia książką. Potem dowiedzieliśmy się, że w tym momencie dobił już swego haniebnego targu.

Malachiasz ukazał się więc przed sędziami, nie krzyżując swego spojrzenia ze spojrzeniem klucznika.

- Malachiaszu - rzekł Bernard - dziś rano, po wyznaniu złożonym w ciągu nocy przez Salwatora, zapytałem cię, czy otrzymałeś od tu obecnego obwinionego listy...

- Malachiaszu - zawył klucznik - dopiero co przysiągłeś, że nie uczynisz nic przeciwko mnie!

Malachiasz odwrócił się nieco w stronę zatrzymanego, do którego obrócony był plecami, i rzekł głosem cichutkim, tak że prawie go nie usłyszałem:

- Nie złamałem przysięgi. Jeśli coś przeciw tobie mogłem uczynić, już uczyniłem. Listy powierzone zostały panu Bernardowi tego ranka, nim zabiłeś Seweryna...

- Ale wiesz, musisz wiedzieć, że to nie ja zabiłem Seweryna! Wiesz, bo już tam byłeś!

- Ja? - zapytał Malachiasz. - Ja wszedłem tam, kiedy ciebie już złapano.

- A gdyby i tak było - przerwał Bernard - czego szukałeś u Seweryna, Remigiuszu?

Klucznik obrócił się, by spojrzeć zagubionym wzrokiem na Wilhelma, potem na Malachiasza, potem zaś na Bernarda.

- Ależ ja... ja słyszałem dziś rano; jak brat Wilhelm, tu obecny, mówił Sewerynowi, by ten miał pieczę nad pewnymi kartami... a od wczorajszej nocy, po pojmaniu Salwatora, bałem się, że będzie mowa o listach...

- Jednakowoż wiesz coś o listach! - wykrzyknął triumfalnie Bernard. Klucznik znalazł się w pułapce. Był rozdarty między dwie konieczności, oczyszczenia się z zarzutu herezji i oddalenia podejrzeń o zabójstwo. Postanowił zapewne stawić czoło drugiemu z oskarżeń, instynktownie, gdyż teraz już działał bez żadnych reguł, porzuciwszy wszelką ostrożność.

- Opowiem o listach później... usprawiedliwię... powiem, jak wszedłem w ich posiadanie... Ale pozwólcie, bym wyjaśnił, co zdarzyło się dzisiejszego ranka. Pomyślałem, że o tych listach będzie się mówiło, kiedy zobaczyłem, że Salwator wpadł w ręce pana Bernarda, i wyznaję, iż ich wspomnienie dręczy moje serce... Kiedy więc usłyszałem, że Wilhelm i Seweryn mówią o jakichś kartach... sam nie wiem, ogarnięty strachem, pomyślałem, że Malachiasz pozbył się listów i dał Sewerynowi... chciałem je zniszczyć, wiec poszedłem do Seweryna... drzwi były otwarte, a Seweryn leżał już martwy, zacząłem szperać w jego rzeczach, szukając listów... bałem się jeno...

Wilhelm szepnął mi do ucha:

- Biedny głupiec, przestraszony jednym niebezpieczeństwem rzucił się głową wprzód w drugie...

- Przyjmijmy, że mówisz prawie, powtarzam, prawie prawdę - przerwał Bernard. - Pomyślałeś, że Seweryn ma listy i szukałeś ich u niego. A czemu pomyślałeś, że je ma? I czemu zabiłeś przedtem jeszcze innych współbraci? Może myślałeś, że te dawne listy krążą w rękach licznych? Może w tym opactwie jest obyczaj polowania na relikwie spalonych heretyków?

Zobaczyłem, że opat zadrżał. Nie było nic szkaradniejszego od oskarżenia o zbieranie relikwii po heretykach i Bernard bardzo zręcznie splątał zbrodnie z herezją, a wszystko to z życiem opactwa. Moje rozważania przerwał klucznik, który krzyczał, że nie ma nic wspólnego z innymi zbrodniami. Bernard pobłażliwie uspokoił go: w tym momencie nie chodzi o tę kwestię, pyta się go o zbrodnię herezji i niechaj nie próbuje (tu jego głos stał się surowy) odwrócić uwagi od swoich dawnych kompanów, heretyków, mówiąc o Sewerynie i starając się rzucić podejrzenie na Malachiasża. Niechaj wraca do listów.

- Malachiaszu z Hildesheimu - rzekł obrócony w stronę świadka - nie stoisz tu jako oskarżony. Dziś rano odpowiedziałeś na moje pytania i spełniłeś moje żądanie, nie próbując niczego ukryć. Teraz powtórz, com usłyszał rano, a nie masz czego się lękać.

- Powtórzę, co powiedziałem rano - rzekł Malachiasz. - Wkrótce potem, jak przybyłem tutaj, Remigiusz zaczął zajmować się kuchnią i ze względu na pracę stykaliśmy się często... na mnie jako bibliotekarzu spoczywa obowiązek zamknięcia na noc całego Gmachu, a więc także kuchni... nie mam powodu, by ukrywać, że zawiązała się między nami braterska przyjaźń, i nie miałem powodów, by żywić wobec niego podejrzenia. I powiedział mi, że ma przy sobie pewne dokumenty tajnej natury, powierzone mu w zaufaniu, i że nie powinny wpaść w niepowołane ręce, a nie ma odwagi trzymać ich przy sobie. Ponieważ ja mam pieczę nad jedynym miejscem w klasztorze zakazanym dla wszystkich innych, prosił, bym przechował te karty z dala od ciekawych spojrzeń, ja zaś zgodziłem się, nie przypuszczając, że chodzi o dokumenty natury heretyckiej, i nawet nie przeczytałem ich, nim ukryłem... umieściłem w najtrudniej dostępnym miejscu biblioteki i zaraz zapomniałem o tym fakcie, aż do dzisiejszego ranka, kiedy pan inkwizytor wspomniał o nich, i wtedy poszedłem po nie i powierzyłem mu je.

Głos zabrał zagniewany opat:

- Czemuś to nie rzekł mi o swoim pakcie z klucznikiem? Biblioteka nie jest przeznaczona na rzeczy będące własnością mnichów! - Opat jasno dał do zrozumienia, że opactwo nie ma nic wspólnego z tą sprawą.

- Panie - powiedział zmieszany Malachiasz - wydało mi się to rzeczą tak małej wagi. Zgrzeszyłem nie przez niegodziwość.

- Z pewnością, z pewnością - rzekł Bernard tonem serdecznym - wszyscy jesteśmy przekonani, że bibliotekarz działał w dobrej wierze, a szczerość, z jaką współpracował z tym oto trybunałem, jest tego dowodem. Proszę po bratersku waszą magnificencję, by nie miał mu za złe tej dawno popełnionej nieostrożności. My wierzymy Malachiaszowi. I prosimy tylko, by potwierdził pod przysięgą, że karty, które oto mu pokazuję, są tymi, które oddał mi dzisiejszego ranka, i tymi, które Remigiusz z Varagine powierzył mu przed laty, po swoim przybyciu do opactwa. - Pokazał dwa pergaminy, które wydobył spośród kart rozłożonych na stole. Malachiasz spojrzał na nie i rzekł głosem stanowczym:

- Przysięgam na Boga wszechmogącego, na Najświętszą Dziewicę i na wszystkich świętych, że tak było.

- To mi wystarczy - oznajmił Bernard. - Jesteś wolny, Malachiaszu z Hildesheimu.

Kiedy Malachiasz wychodził ze spuszczoną głową, dał się słyszeć głos dobiegający z grupy ciekawskich tłoczących się w głębi sali: "Ty ukryłeś mu listy, a on pokazywał ci dupki nowicjuszy w kuchni!" Rozległo się parę śmiechów, Malachiasz wyszedł czym prędzej rozpychając się na prawo i lewo, ja zaś przysiągłbym, że był to głos Aimara, lecz zdanie wykrzyknięte zostało falsetem. Opat, fioletowy na twarzy, wrzasnął, że ma być cisza, i zagroził wszystkim straszliwymi karami, nakazując mnichom opuścić salę. Bernard uśmiechał się lubieżnie, kardynał Bertrand, stojący z boku sali, skłonił się do ucha Jana d'Anneaux i rzekł mu coś, na co tamten zareagował zakrywając sobie usta ręką i pochylając głowę, jakby miał odkaszlnąć.

Wilhelm powiedział mi:

- Klucznik był grzesznikiem nie tylko na swój rachunek, lecz też rajfurem. Ale to dla Bernarda nie ma znaczenia, chyba o tyle, że stawia w kłopotliwej sytuacji Abbona, cesarskiego mediatora...

Przerwał mu Bernard, który zwracał się teraz właśnie do niego:

- Chciałbym dowiedzieć się od ciebie, bracie Wilhelmie, o jakich kartach rozmawiałeś dziś rano z Sewerynem, kiedy to klucznik was usłyszał i wyciągnął mylny wniosek.

Wilhelm wytrzymał jego spojrzenie.

- Właśnie wyciągnął mylny wniosek. Tematem rozmowy była rozprawa o wodowstręcie u psów, pióra Ayyub al Ruhawi, wspaniała, jeśli chodzi o doktrynę, księga, której sława pewnie do ciebie dotarła, a która często byłaby ci nader użyteczna... Wściekliznę, powiada Ayyub, rozpoznaje się z dwudziestu pięciu oczywistych znaków...

Bernard, który należał do zakonu domini canes, nie uznał za dogodne wszczynać nowej batalii.

- Chodziło więc o rzeczy obce rozważanemu tu przypadkowi - rzekł skwapliwie. I ciągnął przesłuchanie.

- Powróćmy do ciebie, bracie Remigiuszu minoryto, znacznie niebezpieczniejszy od wściekłego psa. Gdyby brat Wilhelm większe baczenie dał w tych dniach na ślinę heretyków niźli na ślinę psów, być może odkryłby i on, jaki wąż zagnieździł się w opactwie. Powróćmy do tych listów. Wiemy teraz niechybnie, że były w twoich rękach, że ty zatroszczyłeś się, by je ukryć jak truciznę, i że w istocie zabiłeś... - gestem powstrzymał próbę zaprzeczenia - ...a o zabijaniu pomówimy później... że zabiłeś, mówiłem, bym ich nigdy nie dostał. Czy więc rozpoznajesz te karty jako rzecz twoją?

Klucznik nie odpowiedział, ale jego milczenie było wystarczająco wymowne. Bernard zatem podjął:

- I czymże są te karty? Chodzi o dwie stronice zapisane ręką herezjarchy Dulcyna na kilka dni przed ujęciem go, stronice, które powierzył swojemu uczniowi, by ten zaniósł je innym zwolennikom rozproszonym jeszcze po Italii. Mógłbym przeczytać wam wszystko, o czym się w nich mówi, i jak to Dulcyn, obawiając się bliskiego końca, powierzył orędzie nadziei - współbraciom, powiada - jaką pokłada w demonie! Pociesza ich donosząc, że choć daty, jakie w nich zapowiada, nie zgadzają się z tymi podanymi w poprzednich listach, gdzie na rok 1305 zapowiadał całkowite unicestwienie wszystkich kapłanów za sprawą cesarza Fryderyka, jednak chwila tego zniszczenia nie jest odległa. Raz jeszcze herezjarcha kłamał, ponieważ ponad dwadzieścia lat minęło od tego dnia i żadna z jego złowrogich przepowiedni nie spełniła się. Lecz nie nad śmiechu wartymi domniemaniami zawartymi w owych proroctwach winniśmy rozprawiać, lecz nad faktem, że Remigiusz był ich doręczycielem. Czy możesz jeszcze zaprzeczyć, bracie heretycki i nie skruszony, żeś obcował i żył pod jednym dachem z sektą pseudoapostołów?

W tym momencie klucznik nie mógł już zaprzeczać.

- Panie - rzekł - moja młodość pełna była najposępniejszych błędów. Kiedy dowiedziałem się o kazaniach Dulcyna, uwiedziony już błędami braci ubogiego żywota, uwierzyłem w jego słowa i dołączyłem do jego bandy. Tak, to prawda, byłem z nimi w krainie breszańskiej i bergamasceńskiej, byłem z nimi w Como i w Valsesia, wraz z nimi schroniłem się na Łysej Górze i w dolinie Rassa, a w końcu na górze Rebelio. Lecz nie wziąłem udziału w żadnym występku, a kiedy oni czynili spustoszenia i gwałty, ja nosiłem jeszcze w sobie ducha łagodności, która jest właściwa synom świętego Franciszka, i właśnie na Rebello powiedziałem Dulcynowi, że nie chcę już uczestniczyć w ich walce, on zaś dał mi odejść, gdyż, jak rzekł, nie chciał mieć u swego boku bojaźliwych, i prosił tylko, bym dostarczył te listy do Bolonii...

- Komu? - spytał kardynał Bertrand.

- Paru jego stronnikom, których imiona przypominam sobie, jak mi się zdaje, i podaję ci, panie, tak jak zapamiętałem - pospieszył zapewnić Remigiusz. I wypowiedział imiona paru, których kardynał Bertrand znał, i okazał to po sobie, ponieważ uśmiechnął się z zadowoloną miną, czyniąc porozumiewawczy znak Bernardowi.

- Bardzo dobrze - rzekł Bernard i zanotował imiona. Potem zapytał Remigiusza: - I dlaczegóż teraz wymieniasz nam swoich przyjaciół?

- Nie są moimi przyjaciółmi, panie, a najlepszym dowodem to, że nie doręczyłem nigdy listów. Uczyniłem nawet więcej, i mówię to teraz, choć przez wiele lat próbowałem o tym zapomnieć: chciałem opuścić tamto miejsce i nie być pojmany przez wojsko biskupa Vercelli, które czekało na nas na równinie, i udało mi się nawiązać z niektórymi spośród nich kontakt, i w zamian za przepuszczenie mnie wskazałem dobre przejścia, by mogli wziąć szturmem umocnienia Dulcyna, przez co część powodzenia sił Kościoła wiąże się z moją współpracą...

- Nader interesujące. Poucza to nas, że nie tylko byłeś heretykiem, ale również niegodziwcem i zdrajcą. Co nie zmienia twojego położenia. Jak dziś, chcąc się uratować, próbowałeś oskarżyć Malachiasza, który przecież oddał ci przysługę, tak teraz, chcąc się uratować, oddałeś w ręce sprawiedliwości swoich towarzyszy w grzechu. Lecz zdradziłeś ich ciała, nigdy zaś ich nauk, i zachowałeś te listy jako relikwie, mając nadzieję, że pewnego dnia zdobędziesz się na odwagę i znajdziesz sposobność, by bez narażania się na niebezpieczeństwo oddać je i na nowo zyskać dobre przyjęcie u pseudoapostołów.

- Nie, panie, nie - mówił klucznik, okryty potem i z drżącymi dłońmi. - Nie, przysięgam...

- Przysięgasz! - rzekł Bernard. - Oto kolejny dowód twojej niecnoty! Chcesz przysiąc, gdyż wiesz, że ja wiem, że heretycy waldensi gotowi uciec się do wszelkiego wybiegu, a nawet pójść na śmierć, byleby nie przysięgać! A jeśli włada nimi strach, udają, że przysięgają, i bełkoczą fałszywe przysięgi! Ale ja wiem dobrze, że nie jesteś z sekty ubogich z Lyonu, przeklęty lisie, i chcesz przekonać mnie, że nie jesteś tym, kim nie jesteś, bym ja nie powiedział, że jesteś tym, kim jesteś! Wiec przysięgniesz? Przysięgaj, by uzyskać rozgrzeszenie, ale pamiętaj, że jedna przysięga nie wystarczy mi! Mogę wymagać jednej, dwóch, trzech, stu, ilu zechcę. Wiem doskonale, że wy, pseudoapostołowie, udzielacie dyspensy temu, kto przysięga fałszywie, by nie zdradzić sekty. Tak więc każda przysięga będzie nowym dowodem twojej winy!

- Co więc mam robić? - zawył klucznik padając na kolana.

- Nie padaj krzyżem niczym begard! Nie masz robić nic. Teraz ja tylko wiem, co powinno się uczynić - powiedział Bernard ze straszliwym uśmiechem. - Ty winieneś tylko wyznać.. A będziesz skazany i potępiony, jeśli wyznasz, będziesz też skazany i potępiony, jeśli nie wyznasz, bo ukarany zostaniesz za krzywoprzysięstwo! Więc wyznaj, żeby przynajmniej skrócić to bolesne przesłuchanie, które jest udręką dla naszych sumień i naszego pobłażania oraz współczucia!

- Co mam wyznać?

- Dwa porządki grzechów. Żeś był w sekcie Dulcyna, żeś dzielił jej heretyckie twierdzenia, obyczaje i zniewagi czynione godności biskupów i radców miejskich i żeś bez żadnej skruchy nadal dzielił ich kłamstwa i złudy, również po tym, jak herezjarcha poniósł śmierć, a sekta została rozproszona, choć nie do końca pobita i zniweczona. I żeś, znieprawiony do głębi duszy swojej praktykami, których nauczyłeś się w nieczystej sekcie, winny występków przeciwko Bogu i ludziom, popełnionych w tym opactwie z racji, których jeszcze nie znam, ale których i nie trzeba do końca wyjaśniać, kiedy już dowiedzie się olśniewająco (jak to czynimy), iż herezja tych, co głosili lub głoszą ubóstwo wbrew nauczaniu pana papieża i jego bull, musi prowadzić do dzieł zbrodniczych. Tego winni dowiedzieć się wierni i to mi wystarczy. Wyznawaj.

W tym momencie było jasne, czego Bernard chce. Ani trochę nie zainteresowany tym, by dowiedzieć się, kto zabił innych mnichów, chciał jedynie pokazać, że Remigiusz w pewien sposób podzielał idee, które popierali teologowie cesarza. A po udowodnieniu koneksji między tymi ideami, które były również ideami kapituły w Perugii oraz ideami braciaszków i dulcynian, wskazać, że jeden tylko człowiek w opactwie uczestniczył we wszystkich tych herezjach i był sprawcą wielu zbrodni; w ten sposób zadałby cios doprawdy śmiertelny swoim przeciwnikom. Spojrzałem na Wilhelma i pojąłem, że on też pojął, ale nie mógł nic poradzić, nawet jeśli to przewidział. Spojrzałem na opata i zobaczyłem, że pociemniał na twarzy; z opóźnieniem zdał sobie sprawę z tego, że także on wciągnięty został do pułapki i że nawet jego autorytet mediatora przepadnie, skoro ukaże się jako władca miejsca, w którym wyznaczyły sobie spotkanie wszystkie hańby wieku. Co zaś się tyczy klucznika, ten nie wiedział już, z jakiej zbrodni mógłby jeszcze się oczyścić. Ale może w tym momencie nie był zdolny do żadnego rachunku, bo krzyk, który dobył się z jego krtani, był krzykiem duszy, a w nim i wraz z nim wyzbywał się brzemienia wiele lat trwających i skrywanych wyrzutów sumienia. Albo też po życiu pełnym niepewności, uniesień i rozczarowań, aktów tchórzostwa i zdrad, stojąc w obliczu nieuniknionej zguby, postanowił wyznać wiarę swojej młodości, nie dbając już o to, czy była słuszna czy błędna, ale jakby chcąc pokazać samemu sobie, że do jakiejś wiary był przecież zdolny.

- Tak, to prawda - wykrzyknął - byłem z Dulcynem i dzieliłem jego zbrodnie, swawole, może był szalony, mylił miłość do Jezusa Chrystusa Pana Naszego z potrzebą wolności i z nienawiścią do biskupów, to prawda, grzeszyłem, ale przysięgam, jestem niewinny w tym, co dotyczy wydarzeń w opactwie!

- Tak więc coś uzyskaliśmy - rzekł Bernard. - Więc przyznajesz, że praktykowałeś herezję Dulcyna, czarownicy Małgorzaty i innych takich, jak oni. Przyznajesz, że byłeś wśród nich, kiedy w pobliżu Trivero powiesili wielu wiernych Chrystusowi, w tym niewinne dziesięcioletnie dziecko? I kiedy powiesili innych mężczyzn w obecności żon i rodziców, gdyż ci nie chcieli poddać się woli tych psów? I ponieważ zaślepieni waszą furią i pychą, utrzymujecie, że nikt nie może być zbawiony, jeśli nie należy do waszej wspólnoty? Mów!

- Tak, tak, wierzyłem w owe rzeczy, i czyniłem je!

- I byłeś przy tym, jak pochwycili kilku wiernych biskupom i niektórych pozostawili, by umarli z głodu w lochu, a pewnej brzemiennej niewieście obcięli ramię i dłoń, pozwalając jej potem urodzić dziecko, które zaraz umarło bez chrztu? I byłeś z nimi, kiedy zrównali z ziemią i wydali na pastwę ognia wsie Mosso, Trivero, Cossila i Flecchia oraz wiele innych miejscowości w okolicy Crepacorio i wiele domów w Mortiliano i Quorino oraz podpalili kościół w Trivero, brukając najpierw święte wizerunki, wyrywając kamienne płyty z ołtarzy, łamiąc ramię posągowi Najświętszej Panny, pustosząc naczynia święte i księgi, niszcząc dzwonnice, rozbijając spiż dzwonów, przywłaszczając sobie wszystkie naczynia bractwa i wszystkie dobra kapłana?

- Tak, tak, byłem tam, i nikt już nie wiedział, co się dzieje, chcieliśmy uprzedzić moment kary, byliśmy przednią strażą cesarza zesłanego przez niebo i świętego papieża, musieliśmy przyspieszyć chwilę zstąpienia anioła z Filadelfii i wtedy wszyscy mieli zyskać łaskę Ducha Świętego, i Kościół miał być odnowiony, by po zniszczeniu wszystkich przewrotnych panowali jedynie doskonali!

Klucznik robił wrażenie nawiedzonego i jednocześnie oświeconego, zdawało się, że w tej chwili tama milczenia i udawania runęła, że jego przeszłość wraca nie tylko w słowach, lecz i w obrazach, i że odczuwa wzruszenia, które porywały go kiedyś.

- Tak więc - nalegał Bernard - wyznajesz, że czciliście jako męczennika Gerarda Segalellego, że odmówiliście wszelkiego autorytetu rzymskiemu Kościołowi; że twierdziliście, iż ani papież, ani żadna władza nie może przypisać wam sposobu życia odmiennego od waszego, że nikt nie ma prawa was ekskomunikować, że od czasu świętego Sylwestra wszyscy prałaci Kościoła byli sprzeniewiercami i zwodzicielami, poza Piotrem z Morrone, że ludzie świeccy nie muszą płacić dziesięciny księżom, którzy nie praktykują stanu absolutnej doskonałości i ubóstwa, jakie praktykowali pierwsi apostołowie, że z tej przyczyny dziesięciny powinny być płacone wam tylko, jedynym apostołom i ubogim Chrystusa, że aby modlić się do Boga, poświęcony kościół nie więcej wart od obory, że przebiegaliście wsie i uwodziliście ludzi krzycząc "penitenziagite", że śpiewaliście Salve Regina, by perfidnie zwabić tłumy, i udawaliście pokutników prowadząc życie doskonałe na oczach ludzi, a potem dopuszczaliście się wszelkiej swawoli i wszelkiej lubieżności, nie wierzyliście bowiem w sakrament małżeństwa ani w żaden, a uznając się za czystszych od innych ludzi, mogliście pozwolić sobie na wszelki brud i wszelkie znieważenie ciał waszych i ciał innych? Mów!

- Tak, tak, wyznaję prawdziwą wiarę, w którą wierzyłem wtenczas całą duszą, wyznaję, że porzuciliśmy nasze suknie na znak odrzucenia dóbr, że wyrzekliśmy się wszystkich naszych rzeczy, choć wy, psie pomioty, nie wyrzekniecie się ich nigdy, że od tamtej chwili nie przyjmowaliśmy już pieniędzy od nikogo ani nie nosiliśmy ich przy sobie i żyliśmy z jałmużny, i niczego nie zostawialiśmy sobie na jutro, a kiedy nas podejmowano i zastawiano dla nas stół, jedliśmy i odchodziliśmy, pozostawiając na stole wszystkie resztki.

- I paliliście, i grabiliście, by zawładnąć dobrami poczciwych chrześcijan?

- I paliliśmy, i grabiliśmy, bo wynieśliśmy ubóstwo do powszechnego przykazania, i mieliśmy prawo zawładnąć bezprawnymi bogactwami innych, i chcieliśmy razić w samo serce ów wątek chciwości, który snuł się od parafii do parafii, ale nigdy nie grabiliśmy, by mieć, ani nie zabijaliśmy, by grabić, zabijaliśmy, by karać, by oczyścić nieczystych przez krew, może zawładnęła nami nadmierna żądza sprawiedliwości, grzeszy się również z nadmiaru miłości do Boga, przez nazbyt wielkie bogactwo doskonałości, my zaś byliśmy prawdziwą kongregacją duchową zesłaną przez Pana i przygotowaną na chwałę ostatnich czasów, szukaliśmy naszej nagrody w raju uprzedzając czasy waszego zniszczenia, my tylko byliśmy apostołami Chrystusa, wszyscy inni zdradzili, a Gerard Segalelli był rośliną Boską, planta Dei pullulans in radice fidei,*[rośliną Boga, wyrastającą z korzenia wiary (łac.)] nasza reguła wzięła się prosto od Boga, nie od was, potępionych psów, kłamliwych kaznodziejów, którzy rozsiewacie wokół woń siarki, nie zaś kadzidła, złe psy, zgniłe ścierwa, kruki, słudzy nierządnicy z Awinionu, przeznaczeni na potępienie! Wtedy wierzyłem, i także nasze ciała były odkupione, i byliśmy mieczem Pana, trzeba było więc zabijać niewinnych, by szybciej móc zabić was wszystkich. Chcieliśmy świata lepszego, pokoju i dworności, i szczęścia dla wszystkich, chcieliśmy zabić wojnę, którą wy niesiecie razem z waszą chciwością, czemu wyrzucacie więc nam, że dla ustanowienia sprawiedliwości i szczęścia musieliśmy przelać odrobinę krwi... gdyż... gdyż... trochę jednak przelać należało, trzeba było czynić szybko, i warto było, by zaczerwieniła się cała woda Carnasco owego dnia w Stavello, była też krew nasza, nie szczędziliśmy siebie, krew nasza i krew wasza, mnóstwo, mnóstwo krwi, szybko, jak najszybciej, czasy proroctwa Dulcyna były tuż, trzeba było przyspieszyć bieg wydarzeń...

Drżał cały, przesuwał dłońmi po habicie, jakby chciał otrzeć z nich krew, o której mówił. "Żarłok na nowo stał się czysty - rzekł mi Wilhelm. - Ale czy to jest czystość - spytałem ze zgrozą. - Pewnie jest i inna - odparł Wilhelm - lecz jaka by była, zawsze budzi we mnie lęk."

- Co przeraża cię najbardziej w czystości? - spytałem.

- Pośpiech - odparł Wilhelm.

- Starczy, starczy - mówił teraz Bernard - prosiliśmy cię o wyznanie, a nie o wzywanie do rzezi. No dobrze, nie tylko byłeś heretykiem, ale jesteś nim nadal. Nie tylko byłeś mordercą, ale nadal zabijałeś. Powiedz więc, jak zabiłeś twych braci w opactwie i dlaczego?

Klucznik przestał drżeć, rozejrzał się dokoła, jakby się budził.

- Nie - oznajmił - ze zbrodniami w opactwie nie mam nic wspólnego. Wyznałem wszystko, co czyniłem, nie każcie mi wyznawać tego, czego nie uczyniłem...

- Cóż takiego zostaje, czego nie mogłeś był uczynić? Teraz powiadasz, żeś niewinny? Cóż za aniołek, cóż za wzór łagodności! Słyszeliście go, miał w swoim czasie ręce unurzane we krwi, a teraz jest niewinny! Może pomyliliśmy się, może Remigiusz z Varagine jest wzorem cnoty, wiernym synem Kościoła, nieprzyjacielem nieprzyjaciół Chrystusa, może zawsze szanował ład, który czujna dłoń Kościoła tak znojnie narzucała wsiom i miastom, pokój handlu, sklepy rzemieślników, skarby kościołów. On jest niewinny, niczego nie uczynił, padnij w me ramiona, braciszku Remigiuszu, bym mógł cię pocieszyć po oskarżeniach, jakie niegodziwcy podnosili przeciwko tobie! - I kiedy Remigiusz patrzył na niego zagubionym wzrokiem, jakby nagle uwierzył w ostateczne rozgrzeszenie, Bernardowi zastygły rysy i zwrócił się rozkazującym tonem do kapitana łuczników.

- Czuję wstręt do środków, których Kościół nigdy nie pochwalał, gdy stosowało je ramię świeckie. Lecz jest prawo, które włada i kieruje nawet moimi osobistymi uczuciami. Spytaj opata o jakie miejsce, gdzie można przygotować narzędzia do zadawania mąk. Lecz nie przystępuj do dzieła od razu. Niech przez trzy dni pozostanie w celi z łańcuchami na rękach i nogach. Potem okaże mu się narzędzia. Tylko. Czwartego zaś dnia weźmie się go na męki. Sprawiedliwość nie jest rychliwa, jak sądzili pseudoapostołowie, a sprawiedliwość Boska może czekać wieki. Postępujcie powoli i stopniowo. A nade wszystko pamiętajcie o tym, o czym powtarza się wielekroć: trzeba unikać okaleczeń i groźby śmierci. Jednym z dobrodziejstw, jakie ten sposób postępowania daje bezbożnikowi, jest właśnie to, że smakuje on śmierć i czeka na nią, lecz ona nie przychodzi, dopóki wyznanie nie będzie pełne, dobrowolne i oczyszczające.

Łucznicy pochylili się, by unieść klucznika, ale ten zaparł się nogami o ziemię i stawiał opór, dając znak, że chce mówić. Kiedy mu na to zezwolono, przemówił, ale słowa z trudem dobywały mu się z ust, i mowa jego była jak bełkot pijaka i było w niej coś sprośnego. Dopiero w miarę jak mówił, odzyskiwał ten rodzaj dzikiej energii, która ożywiała jego wyznanie sprzed chwili.

- Nie, panie. Nie męki. Jestem człek niegodziwy. Zdradziłem wtedy, przez jedenaście lat spędzonych w tym klasztorze zapierałem się mojej dawnej wiary, ściągając dziesięcinę od winogradników i wieśniaków, dokonując przeglądu obór i chlewów, by kwitły dla wzbogacenia opata, współpracowałem chętnie przy zarządzaniu tą pracownią Antychrysta. I było mi dobrze, zapomniałem o dniach buntu, pławiłem się w rozkoszach podniebienia i w innych też. Jestem niegodziwcem. Sprzedałem dzisiaj moich dawnych towarzyszy z Bolonii, sprzedałem wtedy Dulcyna. I jako niegodziwiec, przebrawszy się, byłem świadkiem pojmania Dulcyna i Małgorzaty, kiedy wiedli ich w Wielką Sobotę do zamku Bugello. Krążyłem wokół Vercelli przez trzy miesiące, aż dotarł list od papieża Klemensa z rozkazem, by ich skazać. I widziałem Małgorzatę ćwiartowaną na oczach Dulcyna, i krzyczała, zmasakrowane, biedne ciało, którego pewnej nocy dotykałem także ja... A kiedy jej poszarpane ciało płonęło, zabrali się za Dulcyna, i wyrwali mu nos i jądra rozpalonymi cęgami, i nie jest prawdą to, co powiedzieli później, że nawet nie wydał jęku. Dulcyn był wysoki i silny, miał wielką diabelską brodę i rude włosy, które opadały mu w lokach na ramiona, był piękny i mocny, a kiedy prowadził nas ubrany w kapelusz z szerokim rondem i z piórem i miał miecz przypięty na długiej sukni, przerażał mężczyzn i niewiasty krzyczały z rozkoszy... Ale kiedy go torturowano, on także krzyczał z bólu, jak niewiasta, jak cielę, tracił krew, kiedy wlekli go od rogu do rogu, i okaleczali go nadal po trochu, by pokazać, jak długo może żyć wysłannik diabła, a on chciał umrzeć, błagał, by go dobili, ale umarł za późno, kiedy znalazł się na stosie i był tylko kupą krwawiącego mięsa. Szedłem za nim i radowałem się, że uniknąłem tej próby, byłem dumny z mojej przebiegłości, a ten łajdak Salwator był ze mną i mówił: jak dobrze uczyniliśmy, bracie Remigiuszu, żeśmy znaleźli się jak ludzie doświadczeni, nie ma nic gorszego niż męki! Tego dnia wyparłbym się tysiąca religii. I przez lata całe, przez tyle lat powiadam sobie, jaki byłem podły i jak radowałem się swoją podłością, a przecież zawsze miałem nadzieję, że pokażę sam sobie, iż nie jestem taki niegodziwy. Dzisiaj ty dałeś mi tę siłę, panie Bernardzie, byłeś dla mnie tym, czym pogańscy cesarze byli dla najtchórzliwszych z męczenników. Dałeś mi odwagę wyznania tego, w co wierzyłem całą duszą, choć ciało się przed tym cofało. Lecz nie narzucaj mi za wiele odwagi, więcej niż może znieść ta moja doczesna powłoka. Wszystko, tylko nie męki. Powiem wszystko, co zechcesz, lepiej od razu stos, człowiek dusi się, nim spłonie. Męki jak Dulcyn - nie.