Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

Elena Petrescu i Nicolae Ceausescu

 

"Ta epoka i ten kraj są zbyt małe dla ciebie. Osobowość twojego kalibru pojawia się na świecie raz na pięćset lat".

(Elena Ceausescu do męża Nicolae)

 

"Chcę umrzeć razem z mężem, nie chcę żadnego aktu łaski". On, tyran, conducator, czerwony dyktator, rozumie, że wszystko stracone i na koniec płacze; żona natomiast nie uroni ani łzy, patrzy dumnie, wyzywająco. Zostają straceni razem: taka jest ostatnia wola skazanych, być obok siebie, ze sobą nawet przed plutonem egzekucyjnym, trzymając się za ręce, sami w obliczu śmierci - okrutny związek, siejący nienawiść i terror, lecz nieugięty nawet wobec ognia kałasznikowów. W jednym tylko mający groźną wielkość: silnej i - jeśli można by tak powiedzieć - zażartej miłości, absolutnym wspólnictwie, pozbawionym wyrzutów sumienia szatańskim, nikczemnym pakcie, jak piekło bezterminowym.

Dla pary satrapów, która przez ćwierć wieku sprawowała w Rumunii dyktaturę, mroczną i bezwzględną, kończy się krwawo - w bożonarodzeniowe popołudnie, w kraju, gdzie Boże Narodzenie jest dniem pracy, takim jak inne. Sto osiemdziesiąt strzałów z karabinu, tyle aż wystrzelano, by zabić Nicolae i Elenę Ceausescu. Wyrok śmierci jest nieodwołalny: kiedy żołnierze każą im powstać z dwóch szkolnych ławek przyciśniętych do odrapanej ściany w koszarach w Tergoviste i szarpią ich, by związać im ręce na plecach, wdychając zapach śmierci, caryca wstrząsa się, a jej nawykły do rozkazów, drapieżny głos łagodnieje: "Nie ściskajcie tak, zniszczycie mi ręce. Nie musicie tego robić. Jesteście jak dzieci. A ja byłam dla was, jak matka". Lecz odpowiedź jednego z najmłodszych żołnierzy jest sucha i lakoniczna niczym świst kulki: "Nasze matki kazaliście zabić".

Główny punkt oskarżenia to ludobójstwo. "Nie poznaję tego sądu. Możecie nawet mnie zabić. Chcę, by osądził mnie parlament" - warczy Ceausescu, podnosząc się i ciskając karakułową czapką o ławkę. Następnie siada, zwala się na miejsce i po kryjomu głaszcze rękę żony. Sędziowie dopiero co zapytali ją, czy to ona urządziła krwawą rzeź w Timisoarze i w Bukareszcie, czy to ona wydała rozkaz strzelania do tłumu.

Władczyni Rumunii ma oczy wąskie jak dwie szczeliny, a usta wykrzywione w grymasie. Nie odpowiada, jakby nie dosłyszała. Potem jednak ogarniają złość i wykrzykuje: "To Securitate!" Pytają ją, czy uważa się za umysłowo chorą. Umysłowo chora? Być może to mogłoby ją uratować. Ale jest zbyt dumna, a złość, jaka ją wypełnia, zbyt głęboka i gwałtowna. "To prowokacja!". Tak samo odpowie dyktator: "To bezwstydna prowokacja!". Jeszcze parę sekund, i po wszystkim. Ceausescu odmawia przyjęcia jakiejkolwiek posługi religijnej, chce tylko, by jego i żonę zabito razem. I tak się dzieje.

Skazany powoli zawiązuje jedwabną apaszkę w kratkę i umiera, intonując półgłosem Międzynarodówkę. Niema jest natomiast i skamieniała krwiożercza Elena. Zawiązuje firmową apaszką włosy i daje się ciągnąć wzdłuż ściany korytarza, przyciśnięta do męża, wpatrując się w jego oczy. Major pułku, Ian Secu, któremu Ceausescu proponuje dwa miliony dolarów w zamian za umożliwienie mu ucieczki, opowie, jak nawet fizycznie podobna była do siebie ta para tyranów. Nie spuszcza ich ani na chwilę z oczu, w czasie tych trzech spazmatycznych dni więzienia, podczas tych ponurych godzin udręki i niepewności, kiedy trzeba się pośpieszyć, bardzo pośpieszyć, w obawie, by nie doszło do odbicia i uratowania więźniów przez Securitate. Już od pierwszej nocy w koszarach, wspomina major Secu, chcą spać w jednym łóżku, przytuleni jedno do drugiego, dla dodania otuchy i rozgrzania się. A łączące ich uczucie, intymność, są tak silne, że czuje się nieswojo: "Było to w pewien sposób krępujące, przebywać w tym samym pomieszczeniu z dwojgiem starszych ludzi trzymających się w objęciach".

Dwoje staruszków. Trzeba by przeskoczyć w czasie o pół wieku, by ujrzeć ich pierwsze spotkanie. Mają wtedy po dwadzieścia lat, on jest już członkiem partii komunistycznej; drobny szewc z rolniczej, biednej Oltenii; posępny związkowiec wspinający się powoli ścieżką rewolucjonisty na celowniku Żelaznej Gwardii. Walczy z półdyktaturą monarchii, organizując demonstracje i strajki, co już w wieku 18 lat kończy się długim pobytem w średniowiecznych murach więzienia. Także Elena Petrescu, urodzona sto kilometrów od Bukaresztu, ma bardzo proste, podobnie jak i on wiejskie pochodzenie. Jej dane biograficzne są niejasne, a o ile jest to prawdą, mówi się, że na początku swej niebywałej kariery kazała oddać na przemiał cały nakład encyklopedii tylko dlatego, że podano tam rok jej urodzenia: 1917, o rok wcześniejszy niż męża.

W wieku szkolnym ta chudziutka i samotna dziewczynka spędzała wolny czas, wspinając się na drzewa i kradnąc gniazda ptakom. Jest najgorsza w klasie: przyszła pani inżynier chemik, z tytułem doktora honoris causa największych światowych uniwersytetów, w rzeczywistości w wieku 16 lat powtarza klasę. Jedyne przedmioty, z których ma dostateczny, to robótki ręczne, śpiew, gimnastyka. Porzuca szkołę i zaczyna pracować w polu, sprzedaje pestki słonecznika na dworcu kolejowym w Gaesti, a po paru latach w poszukiwaniu szczęścia przenosi się do Bukaresztu.

Przez jakiś czas jest służącą, następnie tkaczką, w końcu zostaje zatrudniona jako sprzątaczka w niedużym laboratorium farmaceutycznym. Te podrzędne zawody oraz spektakularne niepowodzenia szkolne są przyczyną drastycznego kompleksu niższości, który sprawi, że otrzyma i będzie się chełpić fałszywymi tytułami naukowymi oraz nieprawdziwym cursus honorum. A także będzie rządzić swoim narodem niczym władczyni absolutna, pani jego ziemi i duszy. Paranoiczna parabola wynikająca z odwetu na społeczeństwie, z chęci władzy i samopotwierdzenia, pod pewnymi względami przypominająca życie Jiang Qing, żony Mao i okrutnej diwy chińskiej rewolucji kulturalnej.

Pierwsze spotkanie ma miejsce podczas czegoś w rodzaju robotniczej zabawy ludowej, pikniku w Parku Radości pod Bukaresztem, 13 sierpnia 1939 roku, zorganizowanym przez związek młodych komunistów. Elena zostaje wybrana "królową pracy". To jedyne niesfałszowane wybory w rodzinie Ceausescu, mówi się później. Dla Nicolae, cichego introwertyka, który nigdy się nie uśmiecha, a w zdenerwowaniu jąka się, jest to coś jak grom z jasnego nieba: wzruszenie, jakiego nigdy więcej nie dozna, a Elena prawdopodobnie pozostanie jedyną kobietą w jego życiu.

Bladolica królowa balu ma "rysy twarzy piękne i delikatne", i "niespotykanie głęboki cień w czarnych oczach", zdaniem niezbyt wiarogodnych jej piewców. Czy jego uwagę przyciągnęła romańska uroda jej dwudziestu (czy dwudziestu dwóch) lat, czy ideologiczne zaangażowanie, nie dane nam wiedzieć. Jedno jest pewne; od tego dnia są nierozłączni, po paru miesiącach zostają małżeństwem - ceremonia odbywa się ekspresowo, nie są obecni nawet rodzice państwa młodych - a rozłączy ich tylko wojna. Potem znów się połączą i pozostaną razem na zawsze, aż do śmierci.

On wierny, ona mniej, w trakcie tych paru miesięcy rozłąki. On w więzieniu i w obozie koncentracyjnym, ona, w latach światowego konfliktu, skłonna do flirtów z kilkoma niemieckimi żołnierzami, jak stwierdzi w 1990 roku szwagierka Adela. Elena miała z pewnością większe doświadczenie; mąż, tu wszyscy są zgodni, nie miał go i mieć nie chciał, wykazując w stosunku do innych kobiet pewnego rodzaju apatię seksualną, niechęć podszytą pogardą. "Nie poznał żadnej innej kobiety z wyjątkiem Eleny, i nigdy nie okazywał, że szuka tego typu rozrywek" - opowiada profesor Ion Ardeleanu, który był dyrektorem muzeum historii rumuńskiej partii komunistycznej, Edwardowi Behrowi w książce Całuj dłoń, której nie możesz ugryźć o karierze i upadku rodziny Ceausescu. Karierze powojennej z rosyjską okupacją w tle. Niski i pełen bojowniczego zapału działacz związku zawodowego szewców, prosty i impulsywny lider, który ma ukończoną tylko czwartą klasę szkoły podstawowej, szczebel po szczeblu cierpliwie pnie się w górę z kobietą u boku, która jest jego prawą ręką, pierwszą doradczynią, a jednocześnie niezaspokojoną Lady Makbet, jego złym duchem. Nigdy w roli podwładnej, nigdy o krok w tyle. To ona, nieugięta, będzie popychać go ku nowym dyktatorskim celom, umacniać w nim megalomanię i szał wszechwładzy, który przeszedł do legendy. Ich przerośnięte ego będzie coraz bardziej rozdęte i groteskowe, w miarę jak władza obojga się umacnia.

W 1965 roku Ceausescu zajmuje miejsce zmarłego Gheorghiu-Deja, charyzmatycznego przywódcy partii, którego był pupilem, i zostaje sekretarzem generalnym Rumuńskiej Partii Komunistycznej, obejmując stanowisko dowodzenia, z którego wraz z żoną zacznie szerzyć i narzucać kult własnej osoby. Już wtedy więzień własnego mitu, conducator zadowolony jest wyłącznie w obliczu oklaskujących go, ustawionych w retorycznym wojskowym folklorze tłumów. Umacnia go dobra sława, jaką się cieszy na Zachodzie, dzięki odwadze manifestowania niezależności od Moskwy, choć w kwestii polityki wewnętrznej Rumunia dąży do zajęcia pozycji najbardziej represyjnego państwa bloku wschodniego.

Żona, poświęciwszy się początkowo rodzinie i dzieciom i zadowalając się biurokratyczną i drugorzędną pracą członkini partii i sekretarki (bez zbytniego zaangażowania) w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, gdy ma już władzę w ręku, także i ona robi zawrotną karierę. Karierę na papierze, przebiegającą równolegle z karierą męża, w dziedzinie, jaką uznaje za sobie przeznaczoną: chemii, być może dlatego, że pracowała jako sprzątaczka, a potem techniczna pomoc w laboratorium farmaceutycznym. Naukowiec-przodowniczka w stachanowskim stylu w dwa lata zdobywa dyplom i zaczyna zbierać papiery, tytuły, doktoraty, inne dyplomy. Profesorowie, którzy podczas egzaminów mają pewne wątpliwości, czy zasługuje na wystawienie jej najlepszej oceny, natychmiast popadają w niełaskę. Powzięciu udziału w obronie jej pracy magisterskiej, co nazwał po prostu "farsą", Constanti Nenitzesco, naukowiec godny Nobla, przedstawia na forum parlamentu, w jaki sposób traktowana jest nauka w Rumunii. Następnego dnia zostaje odwołany ze stanowiska i usunięty z instytutu, przez niego założonego.

Dyplomy i akty uznania mnożą się jak zaczarowane, także te międzynarodowe, przekształcając formalnie półanalfabetkę, tę, która nie jest nawet w stanie rozpoznać wzoru kwasu siarkowego, w specjalistkę w dziedzinie chemii wielkocząsteczkowej. Nie ma takiej podróży zagranicznej, z której nie przywiozłaby nowego doktoratu honoris causa, uzgodnionego z dużym wyprzedzeniem w dyplomatycznych rozmowach pod wyraźnym naciskiem głównego przywódcy. Uginają się przed nim nie tylko małe ośrodki naukowe w Kostaryce, Ekwadorze, Jukatanie czy Ghanie, ale także stare szacowne uniwersytety ze znienawidzonych państw kapitalistycznych. Wkrótce małżonka, doktor inżynier chemii, będzie się szczycić w swoim curriculum około trzydziestoma dyplomami i ponad siedemdziesięcioma ośmioma publikacjami w czterdziestu ośmiu różnych naukowych czasopismach. Podpisuje je tylko ona: prawdziwi autorzy, prawdziwi naukowcy pozostają nieznani i poza wszystkim innym nędznie opłacani.

Jest gorącą entuzjastką własnej działalności naukowej, choć jedynie teoretycznej, lekceważąc absolutnie śmieszność tych przedsięwzięć i nie znając miary, jak wynika z wyznania poczynionego generałowi Ionowi Mihai Pacepie, stojącemu na czele rumuńskich tajnych służb, który w 1978 roku uciekł na Zachód i opowiedział o siedmiu przeżytych u boku tyrana latach w głośnej swojego czasu książce Czerwone horyzonty. "Myślę, że naukowy umysł, jakim obdarzyła mnie natura, ma służyć nie tylko dla dobra mojego kraju, lecz przyczyniać się do postępu całej ludzkości - oznajmia Elena generałowi Pacepie. - Powinnam wymyślić coś, co zrewolucjonizuje ludzkość, coś takiego jak ogień czy energia atomowa".

Jej międzynarodowa żądza prestiżu i władzy nie ogranicza się jednak do polimerów i związków syntetycznych. Od królowej pracy do królowej Rumunii: "Najsprawiedliwsza kobieta świata", jak bez granic schlebia jej prasa reżimowa, zajmuje z podobnie wszechobecną zachłannością fotel wicepremiera, będąc zarazem odpowiedzialna za sekcję kadr w Komitecie Centralnym, zasiadając w egzekutywie politbiura, przewodnicząc Narodowej Radzie do Spraw Nauki i Techniki oraz dwudziestce organizacji kulturalnych, politycznych i sportowych. Jest kimś więcej niż numer dwa w Rumunii: to numer jeden bis, a na wszechpotężnego męża, u którego boku staje się szarą eminencją, oddziałuje z każdym dniem silniej, coraz bardziej go ujarzmiając.

To ona jest inspiratorką nowej polityki urbanistycznej i imperialnej ambicji odbudowy Bukaresztu, zrównując uprzednio z ziemią jedną trzecią miasta w imię jego przyszłej wielkości, miasta mającego być symbolem centralizmu absolutnego, jaki wyznaje para dyktatorów. Począwszy od 1985 roku zostaje zburzonych około trzydziestu kościołów i historycznych klasztorów, zmiecionych tysiące starych domów, by wybudować monumentalną aleję Zwycięstwa Socjalizmu, długą na ponad dwa kilometry i stumetrowej szerokości, tak by urodą i ogromem przewyższała Champs-Elysees. Mieszkańcy stolicy patrzą w osłupieniu, jak na ich oczach ginie historia. Południowo-wschodnią dzielnicę miasta, gdzie buldożery dziesiątkują całe kwartały secesyjnych, neogotyckich i barokowych domów, nazywają Hiroszimą.

To w tych budowach i tych dymiących zgliszczach najdoskonalej wyraża się triumf przemysłowo-kolektywnej nowoczesności; stara europejska Rumunia, mieszczańska i kosmopolityczna odchodzi na zawsze w hałasie koparek reżimu. Podobnie jak Bukareszt czterdzieści pięć innych miast ujrzało swe historyczne centrum zrównane z ziemią, zniwelowane, zmasakrowane. Setki miasteczek zniszczono, całą ludność przymusowo przesiedlono do 570 nowych osad rolniczo-przemysłowych. Hasłem przewodnim jest uniformizacja: kolektywizm połączony ze ślepym uwielbieniem przywódcy.

"Bohater bohaterów" i "najszlachetniejsza kobieta świata" tak postanowili, chcą dać krajowi "nowoczesny wygląd", wyżywając się w swej architektonicznej megalomanii na stojącym w ich salonie plastikowym modelu stolicy, udając, że są bogami. Monumentalna aleja, znakomita scenografia spektakularnych parad, będzie miała godne siebie tło w postaci majestatycznego Pałacu Ludu, którego biała wznosząca się bryła stanowi symbol i memento władzy absolutnej rodu Ceausescu. Gigantyczna forteca zrodzona przez szaleństwo wszechwładzy dwojga satrapów, cesarska rezydencja trzy razy większa od Wersalu: tysiąc sto pokoi, 270 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni, jedenaście pięter, z których dwa podziemne; schron przeciwatomowy, odpowiednio wyposażony, by przeżyć w nim rok, szereg salonów i korytarzy w marmurach, kryształach, stiukach, pełnych cennych drobiazgów. Koszmar oślepiających świateł, osłupiający pomnik kiczu nafaszerowany replikami, ale nie tylko sztuki rzymskiej i dackiej, synteza i jednocześnie parodia wszystkich epok prehistorycznych i cesarskich, jakie przeżyła Rumunia. Krany są z czystego złota, lecz gospodarka kraju stoi na krawędzi z powodu polityki całkowitej samowystarczalności i wyrzeczeń związanych ze spłaceniem Zachodowi wszelkich długów, aż do ostatniego centa. Sklepy są puste, ludzie głodują, mimo że Ceausescu, którego wychwalają i boją się, mówi niedorzecznie o "złotym okresie Rumunii". Całe złoto jest dla niego i żony oraz dla rządzącej nomenklatury, która w dużej mierze składa się z członków jego rodziny: orszaku zatłoczonego braćmi, kuzynami, szwagrami conducatora. Czterdzieści spośród najważniejszych stanowisk państwowych sprawują krewni Ceausescu, zgodnie z regułami najbardziej bezwstydnego nepotyzmu.

Natomiast dla dwudziestu trzech milionów Rumunów życie jest bardzo trudne i pełne poświęceń; brak ogrzewania w domach, dotkliwy brak żywności jak w czasach wojny, długie kolejki - trzeba stać nawet cztery godziny, by dostać dwie kurze nóżki i pół kilo rzepy. Nie można mieć żarówek silniejszych niż 40-watowe, ciepła woda, prąd, benzyna, paliwo grzewcze są racjonowane.

W kraju, gdzie mleko w proszku jest prawie nie do dostania, first lady radzi mężowi zaprowadzenie polityki pronatalistycznej. Żeby Rumunia stała się "wielkim narodem", a jej mieszkańcy mnożyli się tak, by pod koniec wieku było ich trzydzieści milionów, żona wodza wylicza, że każda kobieta powinna dać ojczyźnie minimum czworo dzieci. Kampania przyrostu demograficznego prowadzona jest na wielką skalę, propaganda traktuje antykoncepcję jako "niepatriotyczną i wrogą", aborcja to występek na szkodę państwa. Powstaje specjalna policja ginekologiczna dokonująca niespodziewanych kontroli lekarskich u kobiet w wieku prokreacyjnym, mających stwierdzić, czy nie stosują one zakazanych środków antykoncepcyjnych.

Walcząc z aborcją, Elena wymusza na małżonku ustanowienie prawa pozwalającego skazać kobietę na dwadzieścia pięć lat więzienia za przerwanie ciąży. W przypadku ponownego udowodnienia procederu lekarzowi ta, która jest "piękna jak wiosna, dobra jak promienie słoneczne, silna jak olbrzym u boku swego genialnego męża", żąda, by możliwa była kara śmierci.

Sama ma troje dzieci: Valentina, Zoię i najmłodszego Nicu, urodzonego w 1951 roku i wychowywanego przez rodziców na następcę tronu, dziedzica i Bożego pomazańca. Sadystyczny i arogancki alkoholik, pierwszy sekretarz partii w Sibiu w Transylwanii, po upadku władzy rodziców uwięziony i postawiony przed sądem, uchyli rąbka tajemnicy na temat prawdziwych stosunków panujących między nimi: "Mój ojciec w ostatnich latach był całkowicie uległy matce i zastępowi szpicli, jakimi się otaczała. To ona decydowała, wraz z ministrem spraw wewnętrznych i paroma innymi. To, że zostałem wysłany do Sibiu, daleko od Bukaresztu, zawdzięczam jej".

Stopień wiarogodności następcy tronu jest względny. Podobnie jak niewiarogodne są, rozdmuchane przez ludową fantazję, niektóre mroczne legendy o feudalnej dynastii Ceausescu. W wydarzeniach pełnych upiorów i zagadek, jakimi była rumuńska rewolucja, paranoiczny Nicu był z pewnością jedną z najbardziej niepokojących mar. Najmłodszy z rodzeństwa, rozpieszczony i gwałtowny, playboy od siedmiu boleści, kłótliwy i bezczelny, w najmniejszym nawet stopniu nie nadający się na ministra do spraw młodzieży, na żadnego nawet ministra, jest też marnym przywódcą partii, nawet na prowincji.

Zyskuje sobie nienawiść Rumunów widzących w nim przedłużenie tyrańskiej władzy, aczkolwiek pewne wątpliwości budzą krążące po kraju pogłoski o jego złośliwym okrucieństwie, bestialstwie, bałkańskiej zapalczywości; jak na przykład wyrwanie paznokci gimnastyczce-dziecku Nadii Comaneci, by udowodnić jej, że należy całkowicie do niego; czy urządzenie "sali tortur" na tyłach swojego biura, gdzie miał ponoć zgwałcić dziesiątki kobiet, niczym maniakalny przestępca; siusianie do ostryg podawanych następnie na stół wysokim rangą wojskowym i ważnym osobistościom, których nie darzył specjalną sympatią. Żadnej natomiast wątpliwości nie można mieć co do rangi przestępstwa, za które odpowie przed sądem: ludobójstwa, za rozkaz strzelania do tłumów biorących udział w zamieszkach. Skazany na dwadzieścia lat, mniej niż za aborcję, "książątko" szybko zamieni ten wyrok na areszt domowy ze względów zdrowotnych. Umrze śmiercią naturalną, w wieku 45 lat, z powodu marskości wątroby w wyniku nadużywania alkoholu i niezdrowego odżywiania się - do ostatnich dni głosząc swą niewinność.

Rodzący zło związek współwiny i miłości łączący małżonków Ceausescu wyłącza wszystkich, łącznie z dziećmi, które często postrzegane są jak obcy, trzymane w garści w celu ewentualnego szantażu. Wśród licznych bukareszteńskich bajek krążących wokół ich ponurej sagi na szczególną uwagę zasługuje ta, którą odnotowuje niemiecki dziennik "Bild Zeitung". Zdaniem gazety, rumuński tyran posiadał jedną z najliczniejszych w świecie kolekcji filmów pornograficznych, między innymi filmowane z ukrycia stosunki seksualne, jakie odbywali jego synowie. Nie znaleziono nigdy śladu tych taśm; zasiadłszy na dwóch małych tronach z szarego aksamitu w ich ogromnej prywatnej pałacowej sali projekcyjnej, małżonkowie Ceausescu gustowali w filmach innego rodzaju: ona pasjonuje się "Kojakiem", on Markizą Angeliką, całym cyklem - i Wielkim Gatsbym z Robertem Redfordem. Udowodniono natomiast, że jedną z ulubionych rozrywek Eleny Ceausescu jest szpiegowanie wszystkich reżimowych notabli, kontrolowanie nawet dyplomatów i dziennikarzy, knucie intryg i zastawianie pułapek sypialnianych. To ona osobiście nadzoruje kontrolę nad żonami i kochankami różnych ministrów i to z jej inicjatywy zostaje założony podsłuch w tysiącach aparatów telefonicznych w Rumunii.

W trakcie oficjalnej wizyty w Chinach w 1971 roku, pod wrażeniem efektów chińskiej rewolucji kulturalnej, a jeszcze bardziej pod wrażeniem Jiang Qing, Elena ze wszystkich sił pragnie dorównać i upodobnić się do żony przywódcy Mao, postanawiając, że odtąd jej rola nie może się ograniczać jedynie do roli first lady. To właśnie od tamtego czasu jej polityczny wpływ zaczyna się poszerzać, a kult jednostki ulega rozdwojeniu. Podróż w 1973 roku do Argentyny daje jej obraz wciąż silnego oddziaływania osobowości i urok Evity Peron, i to nie tylko na descamisados. Tym, kto od początku umacnia ją w nowej roli conducatrix, jest jej mąż i przywódca jej kraju, Nicolae Ceausescu, który podczas oficjalnych zagranicznych podróży - licznych i szczegółowo opracowanych, bardzo długich - wymaga, aby honory należne głowie państwa podobnie jak jego cesarskiej osobie oddawano także i jej.

To obsesyjny menuet pochlebstw, turniej przesady. Sama Elena, którą propaganda partyjna czci jako "oświeconą i nieskończoną dobrodziejkę ludu, wielką i wszechwładną matkę, królową ludu pracującego, wybitnego naukowca", zwraca się oficjalnie do męża, tak go chwaląc: "Ta epoka i ten kraj są zbyt małe dla ciebie. Osobowość twojego kalibru pojawia się na świecie raz na pięćset lat". I być może naprawdę tak myśli. Na pewno bardzo zabiega, spekuluje, nie przebiera w środkach, by doprowadzić do takiej międzynarodowej sytuacji, która stworzyłaby temu małemu duce Karpat, "mężczyźnie opatrznościowemu, największemu humaniście, Dunajowi myśli", szansę otrzymania pokojowej Nagrody Nobla: jemu, który pewnego dnia zostanie skazany za ludobójstwo.

Wychwalające ich czyny ogromne plakaty i wielkie jak ekran filmowy afisze widoczne na ulicach Bukaresztu przedstawiają ich zawsze razem: powiększonych i wyretuszowanych, bez zmarszczek, cieni, plam, niedoskonałości, szarości. Jednowładcza para jest uśmiechnięta, ich pogodne i nierzeczywiste twarze obramowane są posplatanymi różami. Imię Elena, czytamy w wierszu reżimowego poety, "zapisane jest w historii światłem". Tymczasem zapisane jest krwią. Każdego roku 7 stycznia, z okazji jej urodzin, prasa i telewizja współzawodniczą w wychwalaniu jej wielkości, talentu, uroku, jej przenikliwości, jej naukowej intuicji. U progu 1989 roku, w wyrażającym podziw i wdzięczność hołdowniczym geście, conducator wręczy jej w parlamencie, wśród owacji posłów, tytuł bohatera narodowego; to jej kolejne urodziny - okażą się ostatnimi.

Władzy absolutnej towarzyszy - co odnosi się bardziej do niego niż do jego dumnej małżonki - permanentny strach przed wrogiem, chorobliwa podejrzliwość, paniczna obawa przed otruciem. Opowiada o tym szef służb bezpieczeństwa łon Mihai Pacepa, którego zdrada w 1978 roku będzie dla Bukaresztu prawdziwym wstrząsem, doprowadzi do drastycznych zmian personalnych w kręgach władzy, kończąc się największą czystką w powojennej historii. Po powrocie z Hawany, gdzie Fidel Castro ujawnił mu - czy to aby na pewno nie żart? - że właśnie odkrył spisek CIA mający za pomocą niewidzialnego toksycznego proszku wysypanego do butów pozbawić go brody i włosów, Ceausescu nabiera przekonania, że jego będą chcieli się pozbyć w podobny sposób.

Wróciwszy z Kuby - mamy rok 1972 - postanawia nie wkładać żadnego ubrania więcej niż jeden raz. W celu realizacji paranoicznej potrzeby powstaje specjalna fabryka odzieży, pod bezpośrednim nadzorem Securitate, tego legionu terroru. Fabryka produkuje wszelkie ubrania, jakich conducator może potrzebować: od garniturów po płaszcze, od kurtek myśliwskich po kapelusze, bieliznę, skarpetki, także obuwie, w tym specjalny model wysokich butów z wmontowanym systemem ogrzewania. Każdą sztukę odzieży, zapieczętowaną w specjalnej plastikowej torbie, dostarcza do prezydenckiej rezydencji uzbrojony konwój. Raz założona, zostaje następnie zaznaczona czerwonym niezmywalnym atramentem i ląduje w piecu. W trakcie zagranicznych podróży wszystko przebiega tak samo.

Opowieść generała Pacepy, obfitująca w szczegóły, nie znajduje potwierdzenia w tym, co znaleziono w szafach Ceausescu po jego obaleniu: kilka par sznurowanych butów, o średnio zużytych podeszwach, około dwudziestu garniturów w stylu wschodnioeuropejskim, z pewnością nie nowych, krawaty z syntetycznego materiału. Wszystko zostanie rozdane trędowatym z Tichlesti, miejscowości na południu kraju.

Bardziej zasobna jest garderoba Eleny, która poza dyplomami magisterskimi kolekcjonuje futra, te najdroższe, z norek i soboli, długie do ziemi, torebki z krokodylej skórki, suknie haute couture, których zamawianiem trudni się ambasador w Paryżu. Bardziej niż polimerami zdaje się interesować klejnotami, gwiazdami, jak nazywa diamenty, dla których żywi fetyszystyczne uwielbienie. Wszystkie podróże do raju znienawidzonego kapitalizmu kończą się zakupem kuferka klejnotów: o to, czego nie zdoła uzyskać jako prezent, i tu znów uchyla rąbka tajemnicy Pacepa - targuje się. I trudno jej odmówić.

Jest mistrzynią w otrzymywaniu luksusowych podarków, nienasyconą zdobywczynią dóbr materialnych, co prawdopodobnie jest wynikiem biednego, pełnego upokorzeń dzieciństwa. W Niemczech domaga się mercedesów i audi, w Japonii znacznej ilości naszyjników z czarnych pereł, w Jordanii zakochuje się w prywatnym jachcie Husajna zakotwiczonym w zatoce Akaba i żąda identycznego; wkrótce będzie on dostarczony do tajnej bazy na Morzu Czarnym, a nazywać się będzie Przyjaźń.

Legendarny jest również przepych licznych, około trzydziestu, siedzib i pałaców rozsianych w dolinach Karpat, nad jeziorami Transylwanii, w delcie Dunaju, gdzie Ceausescu z żoną spędzają wakacje i przyjmują ważnych gości. Dworek w Snagov ma także egzotyczny park, kryty basen, folwark, oddzielną rezydencję dla zagranicznych delegacji, a nawet luksusową przybudówkę dla psów, groźnych dobermanów i rottweilerów hodowanych przez Ceausescu, który jednak nigdy nie pozwala im się zbliżyć do swojego ukochanego labradora imieniem Corbu, który sypia na jedwabnym posłaniu. Dziesięć lat później te pełne przepychu siedziby będą wynajmowane każdemu bogaczowi poszukującemu możliwości spędzenia specyficznego weekendu w górach, gdzie żył Dracula. Nie wiedząc, jak podołać ogromnym wydatkom na ich utrzymanie, rząd rumuński postanowił niektóre z tych ponurych sanktuariów wynająć poprzez Internet.

Podobnie jak Tito i Breżniew, władca Rumunii ponad wszystko kocha polowanie. W samej tylko Timisoarze, jak opowiada Edward Behr w Ucałuj dłoń, której nie możesz ugryźć, dwa miliony pięćset tysięcy hektarów ogrodzono i przeznaczono do wyłącznego użytku conducatora i jego gości. Zostają tu sprowadzone niedźwiedzie z Alaski i kozice z Austrii. Z biegiem lat myśliwska pasja dyktatora staje się coraz bardziej krwawa. Jego prywatna kolekcja trofeów liczy 244 jelenie i 385 niedźwiedzi oraz tysiące sztuk mniejszej zwierzyny, której nawet nie bierze pod uwagę. Jego ulubiona strzelba, wyposażona w znakomity celownik teleskopowy, to prezent od królowej Elżbiety z okazji oficjalnej wizyty.

Osoby z najbliższego otoczenia tej pary - której uproszczony, karykaturalny wizerunek, okraszony dowcipami na temat okrucieństwa, nietrudno naszkicować - mówią, że z ich dwojga to on był mniej diaboliczny. Eugen Proca, były minister zdrowia, opowiada Edwardowi Behrowi: "Elena była natrętną zrzędą, zawsze to do niej musiało należeć ostatnie słowo. Była postacią całkowicie negatywną, złym duchem Ceausescu. Podobnie jak w przypadku osób niezrównoważonych umysłowo, usiłowano po prostu nie mieć z nią do czynienia. Z nim natomiast można było porozmawiać, miał rys ludzki. Ale ona była kwintesencją nikczemności. Bardzo zarozumiała, choć prawie analfabetka. Postrzegałem ją jako skrzyżowanie Imeldy Marcos, Evity Peron i Jiang Qing". Manicheistyczny obraz: z jednej strony dobry, uciśniony lud domagający się chleba i wolności, a z drugiej hrabiostwo Dracula zwani Ceausescu - najlepiej oddaje tę mroczną jak w ponurych bajkach epokę.

Dowodem władzy, jaką zdobywa despotyczna kobieta, są wydarzenia w przeddzień rewolty, kiedy Ceausescu, wyjeżdżając z przypadającą w niestosownym momencie wizytą państwową do Teheranu, powierza żonie zadanie kontrolowania groźnej sytuacji w Timisoarze. Po dokonanej tam masakrze, tydzień przed upadkiem tyranów, Eugene loneso występuje w Paryżu z apelem do Gorbaczowa, by "powstrzymał dłoń potwora z Bukaresztu". Zachód przygląda się, wstrzymując oddech. "To szaleniec, szalona jest także jego żona żądna władzy, a ich syn to idiota - oświadcza lonesco. -Jak świat może tolerować, by Ceausescu, ten król Ubu do entej potęgi, bezkarnie torturował 23 miliony Rumunów?"

Król Ubu, ten mały, elokwentny tyran Alfreda Jarry'ego, to doskonałe określenie conducatora. Rumuńscy intelektualiści, którzy schronili się w Paryżu, nazywają stolicę swego kraju, miasto, w którym teraz liczy się trupy, Ubukaresztem. Sześć miesięcy przedtem upadł berliński mur. Gwałtowna śmierć dyktatorów Ceausescu, w śnieżny bożonarodzeniowy dzień, pieczętuje symbolicznie koniec tego "krótkiego wieku".

Oto jak skończył "bohater bohaterów", "geniusz Karpat", "człowiek historii i wieczności", "światło Rumunii". Jak starzec, który płacze i nie chce umierać. Nawet w chwili ostatecznej to on jest tym, który ma "ludzki rys", to w nim odsłoni się słabość. Natomiast jego żona, narodowa bohaterka, jest obojętna, nieugięta, już skazana. "Jeśli chcecie nas zabić - powtarza kolejny raz bezbarwnym głosem - zabijcie nas razem. Zawsze będziemy razem". Przed plutonem egzekucyjnym do płaczącego męża mówi chłodno: "Przestań. Zobacz, Nicu, zastrzelą nas jak psy".

Ciała zostaną przykryte płótnem zasłonowym i natychmiast przeniesione przez żołnierzy na pokład helikoptera, który przetransportuje je do Bukaresztu, na stadion. Potrzeba będzie aż pięciu dni, by ich pochować, potajemnie, bez obrządku i modlitwy, na cmentarzu Ghencea, jedno od drugiego w odległości około stu metrów. Groby są bezimienne, by uniknąć sprofanowania zwłok. Siedem lat potem kilku przywódców robotniczej partii rumuńskiej zastąpi wystawiony tam w pośpiechu drewniany krzyż krzyżem marmurowym z wyraźnie widoczną czerwoną gwiazdą i emaliowanym zdjęciem conducatora. Jej grób, oddalony i zapomniany, jest w stanie kompletnego opuszczenia. "Zawsze będziemy razem" - przysięgała. Okazało się, że tylko za życia.

 

 

Laura Laurenzi "Najsłynniejsze historie miłosne XX wieku" 2003