Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

 

ELŻBIETA CZYŻEWSKA

 

 

 

Gazeta Wyborcza - 03-07-2010

 

Jacek Sczerba

Dzika róża

 

- Gdy widziałem ją dziesięć lat temu w Nowym Jorku, tęskniła za Polską i Polakami. Było oczywiste, że powinna wrócić, ale - jako osoba ambitna - wróciłaby, gdyby była potrzebna. Niestety, zainteresowanie jej osobą w Polsce malało, więc pozostawała na wygnaniu - Kazimierz Kutz, artyści i przyjaciele wspominają ELŻBIETĘ CZYŻEWSKĄ.

 

Elżbieta Czyżewska była dla Warszawy tym, czym Edith Piaf dla Paryża. 

 

Władysław Kowalski, aktor: Mówiło się, że Czyżewska to taki Cybulski w spódnicy. Ona nie miała takiej roli jak Zbyszek w "Popiele i diamencie", ale w życiu była jego kalką - to samo ostre tempo. Przyjmowała każdą propozycję, kierownicy produkcji ją sobie rano spod domu wyrywali, do którego pojedzie. "To może do mnie, to może do mnie!" - wołali.

Andrzej Łapicki, aktor: Dla mnie to była najbardziej warszawska aktorka. Miała warszawski dowcip, taki łobuzerski, była cwaniarą z STS-u, zabawową laską. Jej zaplecze stanowiła Warszawa lat 60. Bez Warszawy nie istniała, co się, niestety, sprawdziło. Była dla Warszawy tym, czym Edith Piaf dla Paryża, tyle że nie umiała śpiewać. To, że nie miała słuchu, sprawiło, że nie zrobiła kariery w Ameryce. Nie mogła się nauczyć języka, a to jest kwestia słuchu. Strasznie kaleczyła angielski.

Andrzej Wajda, reżyser: Scenariusz "Wszystko na sprzedaż" był szkicowy, nie miał nawet 30 stron. Dlatego do tego filmu trzeba było szukać aktorów, którzy są tak ukształtowani, że już stanowią gotowe postaci, ponieważ te nie były napisane, tylko pomyślane. Chodziło o grupę ludzi, która znała Cybulskiego, która miała coś o nim do powiedzenia. Było dla mnie jasne, że Czyżewska musi się wśród tych aktorów pojawić, ale nie wiedziałem, że da przykład całej reszcie, jak mogłyby wyglądać te role, gdy wszyscy mieli taką odwagę jak ona. Elżbieta była gotowa do swoistego striptizu psychicznego.

Ponieważ z każdym dniem była coraz bardziej ekscytująca, dostawała coraz więcej scen, które powstawały w ogromnym stopniu z jej inicjatywy. Była w nich jej pomysłowość w mówieniu dialogów, jej sposób zachowania, np. gdy tańczy przeciwko wszystkim. Ja ją wcześniej widziałem w takim tańcu w sytuacji towarzyskiej. Jednak wiele aktorek, gdy się je prosi, żeby zagrały coś, co się u nich widziało, pyta: "No dobrze, ale co ja wtedy robiłam?". Elżbieta wiedziała, co robiła i do czego to teraz potrzebne.

Daniel Olbrychski, aktor: Gdy Wajda zmontował film, okazało się, że bardzo dużo Czyżewskiej jest w pierwszej części. Pamiętam, że w stołówce Związku Literatów Elka, po ruskich pierogach, powiedziała: "W pierwszej połowie prowadzę 5:0, w drugiej nie wypuszczają mnie na boisko".

Bohdan Łazuka, aktor: Szybko stała się sławna. Gdy wtedy obsadzano filmy, mówiono: "Nie, nie, tylko nie Czyżewska". A po chwili okazywało się, że właśnie tylko Czyżewska może to zagrać.

Masz dobry debiut

Andrzej Łapicki: Miała temperament i wdzięk. Wszystko, co mówiła, brzmiało prawdziwie. W graniu była kontaktowa, bardzo dobrze się z nią rozmawiało na scenie. Występowaliśmy razem w sztuce "Don Juan, czyli miłość do geometrii" Maksa Frischa. Niektórzy nie lubili jej głosu, był trochę za wysoki. Patrzący na nią spodziewał się niższego. Ale wtedy była też taka moda - wszystkie panienki mówiły dziecinnymi głosami. Cały STS tak mówił, Krysia Sienkiewicz do dziś tak mówi.

Stanisław Jędryka, reżyser: Była szalenie ambitna. W "Domu bez okien" grała cyrkówkę. Choć w weekend była przerwa w zdjęciach, ona wracała na plan w niedzielę w południe, szła na arenę i ćwiczyła. Na huśtającym się trapezie stała na jednej nodze i robiła na nim salto. Upierała się, że jak najwięcej ewolucji będzie wykonywać sama, a nie kaskaderka. Przestrzegaliśmy ją, że to jest niebezpieczne. Na szczęście nic się nie stało.

Daniel Olbrychski: Gdy kręciliśmy "Małżeństwo z rozsądku", Ela wiedziała, że kocham się w rudej Monice Dzienisiewicz. Powiedziała więc do Staszka Barei: "Żeby Daniel miał do mnie zmysłowy stosunek, zrób mi perukę jak włosy jego narzeczonej". I w takiej rudawej peruce chodziła. Mieliśmy tam scenę, w której się namiętnie całujemy. Elka spytała: "To jest twój pierwszy filmowy pocałunek?" "Tak" - odpowiedziałem. "No to masz dobry debiut".

Bohdan Łazuka: Jako rozgrzewkę przed występami w Kongresowej miałem recital w kawiarni U Ewy przy Konopnickiej. Sam czułbym się tam niewyraźnie, dlatego poprosiłem Elżbietę, żeby to poprowadziła. Agnieszka Osiecka napisała jej konferansjerkę. Ta konferansjerka to był mój życiorys, ale zrobiony w ten sposób, że Agnieszka przepisała życiorys Józefa Stalina, wstawiając wszędzie zamiast "Stalin" "Bohdan Łazuka".

Ela miała cztery wejścia. Za każdym razem coś zmieniała w stroju - a to dokładała kokardę, a to kwiatek. Pokazywała też upływ czasu w życiorysie. W ostatnim wejściu nosiła siwą perukę. Zachwyciła wszystkich. Poproszono ją wtedy, żeby poprowadziła z Lucjanem Kydryńskim festiwal w Sopocie. Stuosobowa salka to jednak coś innego niż Opera Leśna, a Elka tym swoim głosikiem mówiła w Sopocie tak jak U Ewy. Przepadła przy Kydryńskim, który miał słynne "r" i szeroką frazę.

Ciepły "New York Times"

Władysław Kowalski: Czytała wiecznie. Albo spała, albo czytała. Spała głównie w taksówkach, które woziły ją z planu na plan.

Bohdan Łazuka: W Szkole Teatralnej była wyżej ode mnie. Wydawała mi się jakaś niedostępna. Chodziła głównie z książką. A ponieważ byłem nią zainteresowany jako kobietą, musiałem to sprawdzić: co kilka dni książka była inna.

Daniel Olbrychski: Cokolwiek by grała, w jej oczach było widać przenikliwą inteligencję. Z Agnieszką Osiecką, której piosenki Ela śpiewała jeszcze w Szkole Teatralnej i w STS-ie, spotkały się na równym poziomie intelektualnym. Agnieszka prawie bała się inteligencji swojej przyjaciółki.

Magda Dygat: Spędzałyśmy godziny na telefonicznych rozmowach. Wiedziałam, kiedy zapędzam się w banał, bo wtedy po drugiej stronie zalegała długa cisza. "No dobra, piesku" - mówiła w końcu Ela. I wiedziałam, że szuka pilota, żeby włączyć telewizor. "To nie mamy sobie już nic do powiedzenia, czy mogę zdjąć krawat?".

Weronika Olbrychska, projektantka mody: Pasja Eli w zgłębianiu tematów ważnych lub mniej ważnych była niedościgła. Jako jej znajomi wiedzieliśmy, że spokojnie możemy utopić telewizor, roztrzaskać radio i usmażyć na rożnie internet, bo z ust Eli poznamy nie tylko najnowsze wersje wszelkich wydarzeń, ale też usłyszymy je z najbardziej dogłębnym komentarzem.

Ela szła przez dwie czy trzy ulice - od swojego domu do oficyny, w której dostawała najświeższe wiadomości z całego świata. Wiedziała, co to jest trzymać w rękach jeszcze ciepły "The New York Times". Wystudzony był już poza sferą jej zainteresowań.

Patrzcie, podziwiajcie

Kazimierz Kutz, reżyser: Była trzpiotką. Strasznie zależało jej na tym, żeby zwłaszcza mężczyźni zwracali na nią uwagę. Uwodziła właściwie każdego. To był rodzaj prowokacji, zabawy - żeby było ciekawiej, żeby było napięcie. Była w tym kompletnie nieprzewidywalna. Bardzo niebezpiecznie było ją potraktować serio, bo ona cały czas się wymykała. Nie umiała naprawdę przywiązać do siebie mężczyzny. Poza tym wybierała sobie takich niezwykłych, jak książęta - Jerzego Skolimowskiego, Davida Halberstama - pięknych i utalentowanych. A potrzebowała silnego mężczyzny, który by nią zawładnął. Myślę, że takiego szukała, ale nie znalazła.

Zuzanna Łapicka: Byłam dzieckiem, gdy przyjechała do Chałup ze Skolimowskim i z Gołasem, z którym kręciła "Żonę dla Australijczyka". Na plaży zdziwiłam się, że ojciec poszedł aż na sam koniec falochronu. Skoczył do wody, choć wcześniej tego nie robił, a woda była lodowata. Poczułam zazdrość, że popisuje się przed Elą. Krzyczeliśmy z brzegu: "Jak woda?". Ojciec udawał, że świetna: "Zupa!". Czyżewska na to: "Chyba chłodnik". Zorientowałam się, że flirtują.

Kazimierz Kutz: Z filmem "Milczenie" byliśmy na festiwalu w Wenecji. Ela przygotowała się do tego wyjazdu - uszyła sobie czarną sukienkę eksponującą wszystkie jej walory. Taką zapinaną z tyłu na zamek błyskawiczny. Suknia była tak obcisła, że to ja musiałem ją dopinać. Wszystkie weneckie samce rzuciły się na Elę, która chodziła w aurze: patrzcie na mnie, podziwiajcie mnie. Doszło do tego, że już pierwszego dnia, pod wieczór, musieliśmy zamienić się pokojami. Żeby ją chronić. Przyjmowałem te wszystkie telefony.

Kawa, papierosy i...

Władysław Kowalski: Papieros za papierosem i termos z kawą, taką smołą. Ona się nie zastanawiała, co ze sobą robi, jak żyje.

Magda Dygat: Nie chciała przestać palić, bo uważała, że palacze są intelektualną elitą: "Wszyscy artyści, a szczególnie egzystencjaliści, zawsze palili, a od czasu wprowadzenia restrykcji stali się dyskryminowaną częścią społeczeństwa". Była dumna, że do niej należy, tak jakby to było AK czy KOR. Raz zapaliłam razem z nią, żeby poczuć się egzystencjalistką. Elżbieta patrzyła na mnie z zadowoleniem: "Widzisz, teraz wyglądasz jak nowojorska intelektualistka, koleżanka Vonneguta".

Andrzej Łapicki: W Polsce gazowała, ale u nas wszyscy gazują, więc trudno to było zauważyć. W Ameryce z trudem wyciągnęła się z nałogu.

Zuzanna Łapicka: Gdy w latach 90. grała w Teatrze Dramatycznym w "Szóstym stopniu oddalenia" Johna Guare'a, strasznie się zdenerwowała, bo podczas spektaklu ktoś, może złośliwie, zamiast lemoniady wlał jej do kieliszka szampana. Ona to wypiła, a bała się już alkoholu.

Zuzanna Łapicka: Gdy Ela już nie piła, jechałyśmy do Kazimierza samochodem. "Ile będziemy jechać?" - spytała. "Dwie godziny". "To ja muszę sobie kupić torcik wedlowski". W życiu w takich nerwach nie szukałam torcika. W delikatesach Ela przepraszała, czy może kupić bez kolejki, bo jej się strasznie spieszy. Dwa torciki jadła całą drogę.

Dojechałyśmy do Kazimierza, gdzie w sąsiedztwie siedziała zaprzyjaźniona z nami Ewa Koźniewska, neurolog. Zaczęłam przygotowywać kolację. Gdy po półgodzinie weszłam do pokoju, Ewa i Ela rozmawiały o mózgu. Ewa była wstrząśnięta. Przy kolacji powiedziała: "Dziesięć lat tu koło mnie mieszkacie i nikt mi nie zadał tylu pytań, co dzisiaj Ela". Spytałam: "Ela, skąd ty wiesz takie rzeczy?". "Bo się interesowałam". Dwa lata temu Ela chodziła się uczyć aramejskiego.

Dzika róża na głowie

Kazimierz Kutz: Do weneckiej czarnej sukni Ela przywiozła sobie polski słomkowy kapelusik. A do niego, w małej walizeczce, gałązkę dzikiej róży. Wpinała ją w przód kapelusza. Umiała go nosić. Dysonans między jej seksowną sukienką i tym dziwnym nakryciem głowy sprawiał, że wszyscy zwracali na nią uwagę. W weneckim tłumie dam całych w złocie i brylantach pytano ją, cóż to ma na głowie. Mówiła, że to polska dzika róża i że przywiozła ją Wenecji w prezencie.

Zuzanna Łapicka: W latach 60. moja mama zachwycała się, że Ela ma niebywały gust. W mieszkaniu na Górczewskiej, gdzie Czyżewska wtedy mieszkała, wieszała ramę bez obrazu. Jak na tamte czasy pomysł nadzwyczaj artystyczny.

Weronika Olbrychska: Metraże naszych mieszkań na Times Square były znikome. Potoczna mowa Manhattanu określa ten typ kwater jako "shoebox" - pudełko na buty. To, co Ela wykonała ze swoim pudełkiem, to był majstersztyk. Mieścił się w nim zarówno dwór sarmacki, opera rokokowa, lupanar Cezara, jak i gabinet Zygmunta Freuda. Książki, bibeloty i fotografie kłębiły się w eleganckim przesycie. A w każdym kącie czaił się cichy morderca - Nat Sherman. To marka wykwintnych papierosów palonych przez Elę hurtowo.

Luz z domu dziecka

Władysław Kowalski: Gdy była świeżo po Szkole Teatralnej, miałem już samochód. Lubiła, gdy ją woziłem. "To gdzie jedziemy?" - pytałem. "Do Konstancina". Pokazywała mi tam pewien dom. To był sierociniec, w którym spędziła kawałek życia. Oglądała dom z zewnątrz, trochę o nim opowiadała. Zapadała się wtedy w sobie, co było do niej zupełnie niepodobne.

Zuzanna Łapicka: W Konstancinie chodziłyśmy na spacery. Stawałyśmy przy domu dziecka koło ZAiKS-u. Ela mówiła: "Wiesz, słyszę szczęk łyżek do obiadu". Wzdrygała się.

Andrzej Łapicki: Kiedyś powiedziała: "Chodź, pokażę ci, gdzie mieszka mama". Mama mieszkała na Tamce. Tam były jeszcze wtedy niskie przedwojenne chałupki, do których wchodziło się prosto z ulicy - jak się otwierało podwójne drzwi, od razu było mieszkanie. Mama królowała na zielonej kanapie. W otoczeniu dżentelmenów. Ela mi opowiadała, że swego czasu mama była królową Powiśla, chociaż była ułomna. Miała coś z nogą, co jeszcze zachęcało kawalerów. To była bardzo miła pani. Mama nie miała czasu zajmować się Elą, więc oddała ją do sierocińca. Ela chwaliła się, że jest wychowana w domu dziecka i dlatego ma taki luz.

Polska Marilyn

Andrzej Łapicki: Grała Marilyn Monroe w "Po upadku" Arthura Millera w Teatrze Dramatycznym, z Janem Świderskim. Miller przyjechał to obejrzeć. Była jakaś kolacja, mówił, że grała świetnie. Pomyślałem, że jest jakaś analogia między Elą i Marilyn. Ela też chyba sobie tak pomyślała. No, bo życiorys podobny. Prosta dziewczyna, niezwykle utalentowana, która poznała amerykańskiego dziennikarza - Halberstama - z Nagrodą Pulitzera, z najwyższych sfer towarzyskich. On miał jej ustawić światową karierę i pewnie by ustawił, gdyby nie to, że ona przychodziła na ważne spotkanie nie o 7, jak było umówione, tylko o 12. Była strasznie bałaganiarska. No i ten niemożebny akcent. Miała go we wszystkich językach.

Bohdan Łazuka: Uwielbiałem jej poczucie humoru. Zanim Halberstama wyrzucono z Polski, za artykuł o PRL-u, mieszkał z Elką w pensjonacie Zgoda przy Brackiej. Kiedyś, gdy Halberstama nie było, miałem pójść z Elką na jakiś raut do zachodniej ambasady. Wypiwszy po drodze, gdzieś się jednak zagubiłem. Elka zadzwoniła po dwóch dniach: "Pysieniu - bo mówiła do mnie Pysieniu - siedzę w fotelu, czekam na ciebie. Ja cię bardzo proszę, żebym mogła przynajmniej zdjąć płaszcz, bo mi się ciepło zrobiło. Poza tym on jest niewygodny".

Sztuka gubienia

Daniel Olbrychski: Początkowy okres pobytu w Stanach Ela zmarnowała. Nie mogąc ze słabym angielskim zaistnieć silnie na scenie, czuła się niepewnie. Tę niepewność demonstrowała, wywołując różne skandale.

Andrzej Łapicki: Mieszkając z Halberstamem, przyjmowała tylko rodaków. Niektórych utrzymywała. Halberstam nie wytrzymał, jak mu mili Polacy parę razy zarzygali mieszkanie.

Zuzanna Łapicka: Po latach poleciałyśmy na letniskową wyspę Nantucket prywatnym samolotem Witka Markowicza, który razem ze swą żoną Moniką opiekował się Czyżewską. Spacerowałyśmy z Elą, a ona opowiadała o tym, jak tu kiedyś przyjeżdżała z mężem. Nagle powiedziała: "A to chodź, skręcimy trzy ulice dalej, tam jest dom Halberstama". Podeszłyśmy pod ten dom, taki z szarym sidingiem. Mówię: "Może zadzwonisz?". "No skąd, on jest tam z żoną". Wtedy pierwszy raz wydawało mi się, że Ela czegoś żałowała.

Weronika Olbrychska: Jest lato, biegamy z Elą w górę i w dół po schodach wielkiej biblioteki publicznej na Piątej Alei. Ela właśnie zgubiła ukochany sygnet - znając jej kolekcję, zakładam, że jeden z wielu. Szukamy pod paszczą marmurowego lwa, pod legendarnymi drzwiami, pod każdym schodkiem. Bez skutku. Ela cytuje wiersz Elizabeth Bishop: "The art of losing's not too hard to master. Though it may look like (write it!) a disaster" *["Tak, w sztuce tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy; tak, straty to nie takie znów (Pisz!) straszne sprawy" - przekład Stanisław Barańczak].

Zofia Czerwińska, aktorka: Gdy w 1986 r. przyjechałam do Nowego Jorku, Ela przyszła zobaczyć nasz występ, którego gwiazdą była Violetta Villas. Przybyły także m.in. dwie moje koleżanki z Polski, tam osiadłe, jedna bardzo majętna. Ta zaprosiła nas do restauracji na kolację. Ela była urocza, piła już wtedy niewiele. Po kolacji wszystkie dostałyśmy rożki z wróżbą. Rożek Eli okazał się pusty. Powiedziała wtedy: "Tak wygląda całe moje życie".

Z drabiną na obcasach

Zuzanna Łapicka: Zawsze robiła prezenciki tym, którzy przyjeżdżali do Nowego Jorku. Kupowała np. w Barnes & Noble śmieszną latarkę do czytania książek pod kołdrą. Miałam od niej cudną parasolkę z gołymi kobietami z XIX wieku.

Magda Dygat: Kiedy dowiedziała się, że kupiliśmy dom na wsi pod Nowym Jorkiem, obudziła o 4 nad ranem nas i całą 81. Ulicę, zanim ją usłyszeliśmy, żeby wręczyć nam oleodruk z aniołem stróżem. "Przeczesałam cały Greenpoint, żeby to znaleźć. Bałam się, że przegapię wasz wyjazd, nie możecie spędzić tam ani jednej nocy bez anioła stróża" - powiedziała zadziwiająco poważnym tonem.

Zuzanna Łapicka: Gdy moja córka Weronika znalazła się w Ameryce, Ela pomagała jej urządzać mieszkanie. Przyniosła złoty gwóźdź, na którym powiesiła koronkową nocną koszulę. Weronika wszędzie przybijała zdjęcia dziadka, mówiąc: "Może dziadziuś tu, może tu?". A Ela się odwracała i mówiła: "Błagam, nie mów o nim dziadziuś".

Weronika Olbrychska: Kiedyś wpadła po drodze z teatru z przepięknym świecznikiem. Żaliłam się jej późną nocą, że muszę zmienić moją pierwszą dorosłą żarówkę i nie sięgam. Ela na dziesięciocentymetrowych obcasach przytargała i wniosła drabinę na moje szóste piętro bez windy.

Daniel Olbrychski: Gdy "Blaszany bębenek" i "Panny z Wilka" dostały nominacje do Oscara, Ela chciała, żebym zrobił karierę w Stanach. Jako moja sekretarka - pożyczyła sobie w tym celu specjalny kostiumik - oprowadzała mnie po agentach, żeby mnie sprzedać. Mówiłem wtedy źle po angielsku, więc kazała mi się tylko uśmiechać i mówić parę słów. Resztę mówiła ona.

Weronika Olbrychska: Gdy przeniosłam się z Manhattanu do Brooklynu, Ela lekko się na mnie pogniewała. Zaczęłyśmy się jednak wspierać na odległość. Ela grała w sztuce ambitnej reżyserki na dolnym Manhattanie i karmienie kota na Brooklynie - podczas moich wojaży - nie stanowiło podobno dla niej problemu, skoro i tak musiała wejść do metra. Od tej pory zyskała nową ksywę - "Catsitter". Ponieważ zajmuję się modą, udzieliłam Eli, na jej prośbę, kilku rad w sprawie ubrań przed ważnym dla niej wydarzeniem. Od tej pory ja też dostałam ksywę - "Garderobiana".

Jestem tu, bo lubię

Daniel Olbrychski: Mówiłem jej wielokrotnie: "Elu, ty mieszkasz sama, co cię tu wiąże?". "A lubię tu być, lubię". I oprowadzała mnie po Manhattanie. Pokazała mi np. kawiarnię boksera Jacka Dempseya, wiedząc, że to mnie zainteresuje.

Andrzej Wajda: Będąc w Nowym Jorku, powiedziałem jej: "Ela, marnujesz się tu, siedzisz, nic nie grasz. Wracaj do nas, zrobimy jakiś film". Na co ona: "Andrzej, ale ja tu spotykam takich ludzi, których bym nigdy w Polsce nie spotkała. Może to jest właśnie mój teatr". Zawiozła mnie do wiejskiego domu Arthura Millera. Patrzyłem, jak oni rozmawiali, jak on ją traktował. Ci ludzie wcale nie oczekiwali, że ona będzie amerykańską aktorką. Ona była częścią towarzystwa, do którego emigranci nie mają raczej dostępu.

Kazimierz Kutz: Gdy widziałem ją dziesięć lat temu w Nowym Jorku, tęskniła za Polską i Polakami. Było oczywiste, że powinna wrócić, ale - jako osoba ambitna - wróciłaby, gdyby była potrzebna. Niestety, zainteresowanie jej osobą w Polsce malało, więc pozostawała na wygnaniu. Powrót to byłby dla niej dyshonor, musiałaby przyznać się do porażki.

To był dobry wybór

Andrzej Łapicki: Gdy wróciła na chwilę, wystąpiliśmy w filmie "Debiutantka" Barbary Sass. Zobaczyłem, że ona już nie umie grać. Gdy Ela miała w sobie radość życia, gdy kochała ją cała Warszawa, to było w porządku. Ale jak wychodzi starsza pani, która mieszka w Nowym Jorku, a tu przez chwilę zatrzymała się w loży Stalina w Pałacu Kultury i Nauki, to co ona ma nam do powiedzenia?

Władysław Kowalski: Gdy próbowaliśmy w teatrze "Szósty stopień oddalenia", widziałem, że wszystko wciąż w niej jest, tylko siły już nie ma.

Filip Bajon, reżyser: Dowiedziawszy się o jej śmierci, obejrzałem "Limuzynę Daimler Benz", żeby ją sobie przypomnieć. Na planie wprowadzała dekadencki nastrój. To już nie była ładna kobieta. To była kobieta ciekawa. Miała tylko dwa dni zdjęciowe. Była lekko rezedrgana. Stała trochę z boku. Przewalają się w łóżku z Holoubkiem, fajnie to zagrała. To był mój świetny wybór. Wziąłem Elę do "Limuzyny..." z sentymentu.

Wtedy pociągi odchodziły z Warszawy o podobnej porze. Ja jechałem do Poznania, ona - do Łodzi. Stała na innym peronie - jak królowa życia.

Kazimierz Kutz: Gdy przyjechała do jakiegoś filmu, spotkaliśmy się w SPATiF-ie. To był wspaniały wieczór, ona lubiła plotkować. Wyszliśmy jako ostatni. Oczywiście dosyć przyprawieni. Elka mieszkała w Hotelu Europejskim. Pod hotelem postanowiła zapalić papierosa, ale nie miała zapałek. Tam, gdzie stoi teraz pomnik kardynała Wyszyńskiego, był ułożony krzyż ze zniczy i kwiatów. On w nocy płonął. Elka odpaliła od niego papierosa. Robiąc to, zauważyła w kwiatach małego, zziębniętego kundelka. Wzięła go ze sobą. Mówiła, że to jej alter ego.

Zuzanna Łapicka: Halinka - najbrzydszy pies świata. Elka latała z nim samolotami, załatwiając, żeby był z nią na pokładzie, a nie w klatce w bagażowni. Pies ciągle rzygał. Elka była zachwycona.

Ja to muszę zagrać

Andrzej Łapicki: Można się zastanawiać, co by było, gdyby Elka została w Polsce. Grasowałaby jeszcze przez dziesięć lat. Potem byłaby starą aktorką. Pełno jest takich w Teatrze Polskim czy w Narodowym. Przechodzą przez scenę. Ona kiedyś mogła zagrać Holly Golightly ze "Śniadania u Tiffany'ego", jakiś małżeński dramat psychologiczny, ale nie Lady Makbet. Nikt nie uwierzyłby w Lady Makbet, która mówi dyszkantem.

Władysław Kowalski: My na dobrą sprawę nie poznaliśmy jej do końca jako aktorki. Gdy wyjechała, miała dopiero 30 lat. Grała często role komediowe. Kiedy jednak Janusz Nasfeter robił dramatyczną "Niekochaną" wg Adolfa Rudnickiego i miał już skompletowaną obsadę, ona mu powiedziała: "Nie, ja to muszę zagrać". Przekonała go. To, co u niego zrobiła, podobało się.

Andrzej Wajda: Jeżeli coś przez kogoś zostało już zagrane, i to wyraziście, nie widzę w tym Czyżewskiej. Czyżewską widzę w rolach niespodziewanych, w których, jak się wydaje, jest z pozoru niewiele do powiedzenia. Ją byśmy wzywali w sytuacji beznadziejnej. Była urodzona do tego, żeby się z czymś takim zmierzyć. Tylko że wtedy musiałaby być na stałe tutaj.

Jezus Maria, Elka

Magda Dygat: Kiedy zachorowała, udawała przede mną, że to jakiś nieważny problem trawienny, nie ma o czym mówić. Nie dlatego, żeby nie przyznać mi racji, tylko z niedowierzania, że została zdradzona przez swój ukochany nałóg. "Jak ja się teraz wstydzę, że nie palę" - powiedziała w naszej ostatniej rozmowie telefonicznej.

Zofia Czerwińska: Gdy była w Polsce cztery lata temu, umówiłam się z nią u aktora Omara Sangare. Powiedziałam, że jeśli dostarczy mi papiery, wyrobię jej emeryturę w ZASP-ie. Nigdy mi tych papierów nie dostarczyła.

Filip Bajon: Na niedawno zakończonych egzaminach na reżyserię w szkole w Łodzi kandydaci robili scenki na podstawie otrzymanych od nas tekstów. Wśród aktorek grających w tych scenkach była jedna z trzeciego roku. Nie wiem, jak się nazywa. Spojrzałem na nią i mówię: "Jezus Maria, Elka". Tak była podobna z urody i zachowania. Aż mną szarpnęło.

 

 

 

 

Gazeta Wyborcza - 12-07-2010

 

Anna Bikont

Elżbieta Czyżewska

 

- U mnie grała taka skromna dziewczyna, Meryl Streep, która była tak zafascynowana ELŻBIETĄ CZYŻEWSKĄ, że wręcz chodziła za nią. Miałem wrażenie, że "uczy się" jej - wspomina ANDRZEJ WAJDA.

 

To wielka, zapierająca dech w piersiach polska aktorka. Ma tu na Manhattanie swoje biuro, jej sekretarką jest Gertruda Stein. 

 

Na przyjęciu usłyszałam, jak Lawrence Weschler, pisarz, dziennikarz, postać nowojorskiego życia kulturalnego, tłumaczył innemu pisarzowi, kim jest stojąca obok nas Elżbieta Czyżewska.

Przyjechałam na stypendium do New York Public Library, biblioteki w środku Manhattanu, tuż obok Bryant Parku. Tam właśnie przy jednym z setek stolików, za rzeźbą przedstawiającą Gertrudę Stein, słynną pisarkę i feministkę, Czyżewska miała zwyczaj przebywać w godzinach późnopopołudniowych (dla niej był to poranek, dzień miała przesunięty o jedną zmianę).

- To co, za kwadrans w moim biurze? - dzwoniła. A za jakiś czas: - Już jestem za tyłkiem Gertrudy.

Zbiegałam wtedy do Starbucka naprzeciw biblioteki i zamawiałam dwie kawy. Dla Eli Red Eye (Czerwone Oko), czyli duży kubek kawy amerykańskiej ze zwykłej maszynki z papierowym filtrem, do tego wlane espresso i odrobina gorącego mleka (z taką ekstrawagancją, by w miejscu zbiorowych usług gastronomicznych można było składać tak zindywidualizowane zamówienia, nie spotkałam się nigdzie poza Nowym Jorkiem). Ela przyjmowała tylko "w biurze". Któregoś dnia zaprotestowałam: nie będę spotykać się w parku w ulewny deszcz, skoro ona jest ciężko przeziębiona, słoik z rosołem przyniosę jej do domu (jedną przecznicę od biblioteki). Ela nie piła już wtedy swojej ulubionej kawy, była po pierwszej chemii (rak przełyku - paliła 60 papierosów dziennie) i połykanie czegokolwiek poza zupą sprawiało jej ból. Jak już u niej raz zagościłam, to potem spędziłam w jej domu wiele wieczorów. Żeby nadrobić moją słabą znajomość światowej kinematografii, Ela puszczała mi klasykę.

Lubiła cytować dewizę swego dziadka, który tłumaczył, że lepszy najmniejszy pokój w najlepszym hotelu niż wielki pokój w marnym. Dziupla Elżbiety mieściła się w miejscu wymyślonym jakby specjalnie dla niej, na 43. Ulicy, przy samym Time Square - drzwi obok był słynny Town Hall, a naprzeciw Henry Miller Theatre - w maleńkim chudziutkim domku wciśniętym w ten świat przepychu i neonów. Z korytarza od razu wchodziło się do pokoju, a tam trzeba było się przeciskać wąskim korytarzem, na postawienie jednej stopy, między rzędami ułożonych na ziemi książek i kaset. Na półkach już dawno nie było miejsca, choć ciągnęły się aż do sufitu wszędzie. Panował półmrok - Ela nie uznawała górnego oświetlenia, a lampki na stolikach były przesłonięte kupkami książek. Wszędzie były obrazki, bibeloty, biżuteria, zdjęcia w ramkach, porcelanowe filiżanki, porozrzucane ubrania, jedwabie, chustki, żakiety, parasolki, szpilki. Wszystko to było utkane z tej samej materii co Elżbieta - eleganckie, nieoczywiste, autoironiczne w przypadkowości nagromadzenia, no i przesiąknięte papierosowym dymem.

Telewizor, najważniejszy przedmiot w tym domu, podany był (dosłownie) na srebrnej tacy. Ela spędzała nocną zmianę na oglądaniu telewizji. Miała swoje stałe godziny, od których była uzależniona: autorskie programy polityczne i kulturalne, dyskusje o książkach - oglądała relacje z niezliczonych dyskusji i festiwali, które każdego dnia mają miejsce w Nowym Jorku. Wiedziała, co jest grane, co jest czytane (znała też nazwiska setek aktorek amerykańskich, pamiętała ich filmy i role). Ubóstwiała francuskie kino (francuski był jej pierwszym obcym językiem), kiedy je pokazywano - dzwoniła do swojej przyjaciółki Moniki Markowicz: "Przełączamy na 555", i oglądały razem na tym kanale film.

Pamiętam, jak w prestiżowym audytorium Cooper Union w marcu 2002 r. przed ponad tysiącem osób, które kupiły bilety, żeby posłuchać polskiej poezji, czytała "Głos w sprawie pornografii" i "Urodziny", zwyczajnie, nie aktorsko. Pomyślałam wtedy, jak bardzo by się jej czytanie spodobało Wisławie Szymborskiej (która, jak zawsze, nie przyjechała). Pamiętam ciszę sali, kiedy na wieczorze w Center for Jewish History, to był listopad 2002 r., w 60. rocznicę zamordowania Brunona Schulza, czytała fragmenty "Sklepów cynamonowych". Na wysokim podium, na krześle, w krótkiej garsonce, idealnie wyprostowana, z nogą założoną na nogę kiwała bardzo powoli, rytmicznie stopą. - Obracałem głowę w lewo i w prawo - mówił mi potem prowadzący spotkanie Weschler - aż zobaczyłem, że połowa sali wykonuje ten sam ruch głowy. Elżbieta wszystkich nas, mężczyzn, na tę jedną magiczną chwilę przemieniła w fetyszystów śledzących ruch jej pantofelka. "Nie widzę powodu, żeby okoliczności życiowe, polityka i reszta bałaganu światowego miały mnie wyrzucić z mojego wybranego zawodu" - tłumaczyła w jednym z wywiadów.

W czasie 33 lat przeżytych w Nowym Jorku zagrała w wielu filmach, serialach, drobne role, czasem większe. Andrzej Wajda - co często powtarzała - przywrócił ją teatrowi, angażując do roli Marii Lebiadkin w "Biesach" Dostojewskiego. - To był 1974 rok - opowiada Wajda - w Yale Repertory Theatre, uniwersyteckim teatrze, w którym grali też studenci szkoły teatralnej. U mnie grała taka skromna dziewczyna, Meryl Streep, która była tak zafascynowana Elżbietą, że wręcz chodziła za nią. Miało się wrażenie, że "uczy się" jej. Gdy Meryl Streep niedługo potem zagrała główną rolę w "Wyborze Zofii", to jakby z jej akcentem mówiła po angielsku; może to wizerunek Elżbiety sprawil, że tak wyraziście zbudowała rolę Polki zgarniętej przypadkowo do Auschwitz?

Za rolę w "Crowbar" Davida Belasco, trudnym tekście pełnym neologizmów i różnych innych wykręcaczy języka, Czyżewska dostała nagrodę "Village Voice" - Obie Award, i Award of New York Criticism. Biegała na dziesiątki prób czytanych (w Nowym Jorku jest tylu dramaturgów, że już czytanie publiczne sztuki jest osiągnięciem, choć to jeszcze daleka droga do jej wystawienia). Czytała po angielsku, po francusku i po niemiecku. Przygotowywała się do tego z niezwykłą starannością i w wielkim napięciu. Wajda: - Z jakim uporem pojawiała się na tych auditions, jak cieszył ją każdy epizod, który zagrała. Pytałem: a może wrócisz do Polski? "Andrzejku, to co, że ja będę grać w Warszawie, skoro tu jest tak ciekawie". Ona kochała Nowy Jork.

Kazimierz Kutz: - Pamiętam jej entrée na festiwalu filmowym w Wenecji, to był 1963 rok. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Warszawy, Ela trzymała w ręku tekturową walizeczkę, ale nie chciała zdradzić, co w niej jest. Ona miała fantastyczne poczucie puenty. Na galę założyła sukienkę przez siebie uszytą, czarną, obcisłą, z dużym dekoltem i nagle z walizeczki wyjęła gałęzie głogu owinięte mokrymi gazetami, żeby pozostały świeże, i wpięła je w słomkowy kapelusz. Chodził za nią cały korowód mężczyzn i w pewnym momencie postanowiliśmy nawet zamienić się pokojami, żeby ją od nich uwolnić, zupełnie jak w bulwarowej komedii. Ela była taka szczęśliwa, że jest w Wenecji i że przeskoczyła te wszystkie panie w złotach i diamentach.

Była gwiazdą polskiego kina lat 60. Po ukończenia szkoły teatralnej do wyjazdu z Polski w 1967 r. zagrała w 27 filmach. W "Zaduszkach" Tadeusza Konwickiego, w "Pamiętniku znalezionym w Saragossie" Wojciecha Hassa, w "Niekochanej" Janusza Nasfetera, no i przede wszystkim u Andrzeja Wajdy. We "Wszystko na sprzedaż" była żoną Aktora i dawną miłością Reżysera, też sobą. - Ona czekała na takie kino - mówi Wajda - w którym byłaby nie tylko aktorką, ale i współtwórcą postaci. W Polsce trudno było o takie filmy, bo reżyser musiał oddać do zatwierdzenia pełny scenariusz. Mnie się jakoś udało, że od tego odstąpili. Jest tam scena, w której Czyżewska tańczy w pokoju, samotnie, przeciw wszystkim. Ta scena ma niewiarygodną siłę - jak to możliwe, że w jednym ujęciu można było zawrzeć całe jej życie, także i to, które wtedy jeszcze miała przed sobą?

Andrzej Wajda: - Zobaczyłem ją kiedyś, jak tak tańczyła. Poprosiłem, żeby to powtórzyła. Ona od razu rozumiała, o co chodzi. To wyszło tak mocno, bo ta postać była z niej samej.

Wiosną 2005 r. w Anthology Film Archives na dole Manhattanu na retrospektywie polskich filmów Czyżewskiej oglądałam "Żonę dla Australijczyka" Stanisława Barei - zabawne dialogi Stanisława Dygata, ona w roli ślicznej chórzystki zespołu pieśni i tańca. - Tak, piesku - zbyła moje zachwyty Ela, która w latach 60. zagrała też w filmach "Mąż swojej żony" i "Małżeństwo z rozsądku". - Filmy matrymonialne jakoś lepiej mi szły niż małżeństwa. Jerzy Skolimowski i David Halberstam musieli przeżyć trudne chwile z Czyżewską, bo woleli do nich nie wracać. Ona do końca przechowała Halberstama w życzliwej pamięci, bardzo mocno przeżyła jego śmierć w wypadku samochodowym w 2007 r. Ze związku ze Skolimowskim pozostały dla nas jej role w jego zachwycających szkolnych etiudach "Erotica" i "Hamluś", a potem w "Rysopisie" i "Walkowerze".

Ze związku z Halberstamem pozostały niezliczone plotki po obu stronach oceanu. David Halberstam, sława amerykańskiego dziennikarstwa, w 1964 r. dostał Nagrodę Pulitzera za teksty o amerykańskim zaangażowaniu w Wietnamie. John Kennedy osobiście naciskał na wydawcę "New York Timesa", by gazeta znalazła sobie innego korespondenta, ale ten tylko poprosił Halberstama o odwołanie urlopu, by nikomu się nie wydawało nawet przez chwilę, że mógł ulec takim sugestiom. Rok później, już jako korespondent "NYT" w Warszawie, przyszedł na przedstawienie sztuki Arthura Millera "Po upadku" w Teatrze Dramatycznym. Główną postać - Maggie wzorowaną na Marilyn Monroe - grała Czyżewska. Niedługo potem wzięli ślub.

Jej życiem był wtedy Teatr Telewizji i Teatr Dramatyczny w Warszawie, ciągłe jeżdżenie do Łodzi na zdjęcia - to był czas, kiedy nie schodziła z ekranu - i powroty tego samego dnia, w biegu do charakteryzatorni przed przedstawieniem. Do tego doszło życie w rezerwacie dla korespondentów, czyli w pensjonacie Zgoda, starannie naszpikowanym aparaturą podsłuchową. Ich związek był odgrywany na co dzień przed dość specyficzną publicznością - ubeków podsłuchujących ich rozmowy.

Aż do czasu, kiedy Gomułce nie spodobał się jeden tekst Halberstama, w którym Gomułka nie podobał się Halberstamowi.

Jeszcze nic o sobie nie wiedzieli, a już było miejsce, gdzie oni istnieli razem - w kartotece departamentu II MSW do spraw kontrwywiadu zajmującego się między innymi inwigilacją cudzoziemców. On trafił tam 26 kwietnia 1964 r. Szyfrogram nadesłany przez polski wywiad w Waszyngtonie informował, że niejaki David Halberstam ma zostać korespondentem w Polsce. Dużo sobie po nim obiecywano: młody, niedoświadczony, no i krytykował politykę USA w Wietnamie. Zatem: "będzie mniej wrażliwy na inspiracje ambasady USA" i "łatwiej będzie zainteresować go odpowiednią problematyką, o ile zapewnimy mu właściwe kontakty i opinie". Ona trafiła tam pół roku później. Została namierzona, gdy z dwoma pracownikami ambasady amerykańskiej (jeden z nich zostanie świadkiem pana młodego na ich ślubie) poznanymi na pokazie filmu "Giuseppe w Warszawie" umówiła się w Kameralnej. Wezwano ją na "rozmowę wyjaśniającą". Poinstruowano, że jak będzie się dalej spotykać, ma im przekazywać szczegóły spotkań. Czyżewska podziękowała - w takim razie woli się nie spotykać.

Halberstam szybko rozczarował władze bezpieczeństwa. Zamiast mieć "właściwe kontakty", spędzał czas z Ireneuszem Iredyńskim, co zostało wielokrotnie z dezaprobatą odnotowane.

Według ustaleń MSW "pierwszy kontakt" Halberstama z Czyżewską miał miejsce 3 marca 1965 r. Sześć tygodni później, 21 kwietnia, złożyli papiery w urzędzie stanu cywilnego, dołączając podanie o zwolnienie z miesięcznego okresu wyczekiwania. Dostali błyskawiczny termin: 25 kwietnia. MSW zabrało się do popsucia im tej przyjemności. Dyrektor departamentu od inwigilacji cudzoziemców zwrócił się o pomoc do dyrektora departamentu od urzędów stanu cywilnego. Halberstam wysyła 23 kwietnia telegram do "New York Timesa": "Przepraszam, że w tak szczególny sposób przerwałem dostarczanie wiadomości, ale sprawy się skomplikowały. W każdym razie jest ona uroczym, kochanym i zabawnym łobuziakiem i jesteśmy naprawdę szczęśliwi. Jest bardzo utalentowana i jestem przekonany, że będzie potrafiła mnie podtrzymywać". Departament odnotowuje, że telegram podobny w treści wysłał też do swoich rodziców. Następnie przechwycono teleks z 24 kwietnia: "Jesteśmy bardzo szczęśliwi. Zapewnia mnie, że w maju będzie mnie kochać tak jak w kwietniu".

Tego samego dnia, czyli w przeddzień ślubu, dostają zawiadomienie, że z powodów proceduralnych ceremonia nie może się odbyć w tym terminie. MSW podsyca atak polskiej prasy na aktorkę, która nie waha się przed złączeniem swego losu z Amerykaninem szkalującym jej kraj. Wesele i tak się odbywa 25 kwietnia (lista gości w posiadaniu MSW), a ślub, już cichy, tylko ze świadkami - z jej strony Halina Mikołajska - udaje im się wziąć dwa miesiące później. Halberstam jest śledzony, ostentacyjnie jeździ za nim kilka samochodów. Jego notatki są fotokopiowane. Wszystkie nazwiska, które zapisuje w notesach, są weryfikowane. Każdy jego dziennikarski wyjazd jest poddany inwigilacji. Centrala w Warszawie prosi teren "w związku z pobytem Halberstama w województwie katowickim" o wyszczegółowienie, "jakie podjęto przedsięwzięcia operacyjno-informacyjne i operacyjno-dezinformacyjne". Dyrektor departamentu zaczyna swoje notatki służbowe od przypominania, że Halberstam jest Żydem, synem rabina (co akurat jest nieprawdą, ale taki miał donos), utrzymuje więzi z tymi korespondentami w Polsce, którzy też są Żydami, obsesyjnie wraca w rozmowach do sprawy "polskiego rzekomego antysemityzmu" oraz do, też pisanego w cudzysłowie, "pogromu" w Kielcach.

- Pełny surrealizm - komentowała tamten czas Czyżewska. Wspominała scenę, kiedy przechodzili z mężem w zaspach śniegu (ona oczywiście w szpilkach) koło gmachu Komitetu Centralnego, w którym świeciły się wszystkie światła. - Oni na pewno omawiali jakieś szczegóły antysemickiej kampanii, która miała się niedługo potem rozpętać - opowiadała mi - a mnie David prowadził na Chanukę urządzaną przez jego amerykańskich przyjaciół. Urząd odnotowuje w końcu, że Halberstamowi cofnięto akredytację "w związku z całokształtem jego dezinformującej i oszczerczej działalności". Wyjeżdża z Polski, Czyżewska jeszcze chwilę zostaje. "Sprawę Halberstama planuje się przekazać do archiwum, natomiast Czyżewska pozostaje dalej w naszym zainteresowaniu" - stwierdza departament II. Sprawdzają jej korespondencję, stąd w jej teczce można znaleźć np. fotokopie listów pełnych sympatii i zachwytu od Edwarda Kennedy'ego czy od Kirka Douglasa, których poznała wcześniej przez męża.

Najpierw Halberstam wyjechał do Paryża, skąd pisał korespondencje dla "NYT". Elżbieta dojechała do niego.

- David miał być świadkiem na moim ślubie w Niemczech - opowiada jej przyjaciółka Barbara Ungeheuer. - To był czas zimnej wojny, Elżbieta nie mogła dostać wizy od ręki. Wypożyczyła od angielskiej sekretarki paryskiego biura "New York Timesa" jej paszport, ucharakteryzowała się na nią i spokojnie przekroczyła granicę francusko-niemiecką. Wtedy zrozumiałam, że David wybrał sobie za żonę świetną aktorkę i odważnego człowieka. Wróciła do Polski na chwilę jeszcze w tym samym roku, by zagrać u Wajdy we "Wszystko na sprzedaż". '68 rok nadchodził wielkimi krokami, było obrzydliwie. Dostawała telefony z pogróżkami. Chodzili za nią tajniacy. - Wyjechała zaraz po zdjęciach - mówi Wajda. - Nie czekała na premierę. Pewnie nie chciała czytać tego, co będą o niej pisać. Na lotnisku najpierw była prośba o autograf, a potem upokarzająca rewizja osobista. W Nowym Jorku zamieszkali w samym środku Manhattanu - trzypiętrowe mieszkanie urządzone przez Elę z wielkim gustem, ogród, no i wielki świat.

Najazd hordy niezbyt trzeźwych Polaków, których Halberstam zastawał o dowolnych porach i w dowolnych miejscach ich mieszkania, musiał być dla niego niełatwą próbą. Pochodził z typowej nowojorskiej żydowskiej rodziny - ludzi zamożnych, wykształconych i ustatkowanych. Ojciec - wojskowy chirurg; brat, tak jak David absolwent Harvardu - znany kardiolog. Elżbieta źle znosiła to, że na przyjęciach mądrzy panowie toczyli znaczące rozmowy na górze, a piękne żony na dole miały rozmawiać o dzieciach. Teściowie bardzo źle znosili takie sytuacje, gdy np. Elżbieta na przyjęcie rodzinne wnosiła tacę ubrana w kusy biały fartuszek i biały czepek, a gdy się odwracała, nie można było mieć wątpliwości, że pod fartuszkiem nie ma nic.

Kazimierz Kutz: - Ela cały czas grała, ale ta gra była jej życiem. To była kompletnie bezbronna osóbka. Sroczka-sierotka, kolekcjonowała świecidełka, magiczne przedmioty, spojrzenia mężczyzn. Skolimowski i Halberstam byli częścią jej kolekcji. Miała roztrzaskane dzieciństwo, stąd jej emocjonalna zachłanność i jednocześnie brak cierpliwości do stabilizacji. Mieszanka wybuchowa.

Magda Komorek, siostrzenica Elżbiety: - Miałam 12 lat, kiedy mama z ciocią uknuły, że ciocia sprowadzi mnie do Stanów i zaadoptuje. Czy ciocia chciała, żebym wyrastała w normalnym świecie, czy to mój przyjazd miał im pomóc w sklejeniu małżeństwa, które już się wtedy nie układało? A może jedno i drugie? Ciotka mnie ubierała w eleganckie sukienki, wujek zabierał do eleganckich restauracji, chodziłam do szkoły przy ONZ, z rodziną Kennedych zdarzyło mi się płynąć na jachcie, a u Kurta Vonneguta bawiłam się puzzlami jego dzieci. Byłam tam nieszczęśliwa i tak się buntowałam, że po roku wypuścili mnie z tej złotej klatki i odesłali do mamy. Małżeństwo Halberstamów rozpadło się w latach 70.

W czasie pierwszej "Solidarności" na jakiejś kolacji w Domu Dziennikarza siedziałam obok działacza "S", który wydawał się zagubiony powodzią znanych nazwisk, które przewijały się w anegdotach. Aż Adam Michnik wspomniał nazwisko Czyżewskiej i on wtedy rozpromieniony nachylił się do mnie: - To moja Ela. Opiekowała się mną w domu dziecka, była w starszakach, a u nas była taka zasada, że każda dziewczynka ze starszaków dostaje do opieki jedno dziecko. Nigdy się nie dowiedziałam od Elżbiety, czy pamięta tamtego chłopca. Tematy rozmów wybierała Elżbieta, a ja, która z reguły zadaję mnóstwo pytań o przeszłość, o nic nie śmiałam pytać.

Z Elżbietą rozmawiało się o książkach, filmach, aktorach, też dużo o niczym, co z nią było zawsze arcyciekawe. Miała też obsesje narracyjne. To nie stratfordczyk William Szekspir był autorem sztuk Szekspira, tylko ktoś inny. Opowiadała o tym z takim znawstwem, że na tłumnym przyjęciu przysłuchująca się jej Jane Kramer, legenda "New Yorkera", uznała Czyżewską za badaczkę tematu i pytała, kiedy będzie miała jakiś wykład w Nowym Jorku, bo koniecznie chce na nim być. Drugą jej tematyczną obsesją były losy Jezusa, który miał przeżyć i ożenić się z Marią Magdaleną. Joanna Szczęsna pamięta, jak Ela przyjechała w latach 80. do Polski z dużą liczbą egzemplarzy książki "Święty Graal, święta krew" i zmuszała wszystkich do jej czytania.

W drugiej połowie lat 80. młody reżyser Yurek Bogayevicz, który przyjechał do Stanów (teraz znów Jurek Bogajewicz, bo wrócił do Polski), namówił Elżbietę na opowiedzenie mu swojego życia. Chciał zrobić z tego film i powierzyć jej główną rolę. Osią narracyjną miało być jej spotkanie z Joanną Pacułą, którą Czyżewska przygarnęła do swojego mieszkania, gdy ta na początku stanu wojennego znalazła się bez oparcia w Stanach. Rozstały się gwałtownie. Bogayevicz film zrealizował. Jest to opowieść o aktorce, sławnej niegdyś w Europie Wschodniej, która otwiera drzwi do swojego domu młodej emigrantce. Ta zabiera jej wszystko, od notesu z ważnymi kontaktami po kochanka, po czym robi błyskawiczną hollywoodzką karierę. Taką, jaką zrobiła Pacuła. Tyle że Bogayevicz rolę starszej aktorki obiecaną Czyżewskiej powierzył w "Annie" innej aktorce, Czeszce. Dostała za nią Golden Globe i nominację do Oscara. Elżbieta została z poczuciem, że została okradziona ze swojego życia.

We wspomnieniu pośmiertnym w "New York Timesie" Czyżewska przedstawiona jest jako wielka aktorka, która miała legendarnego pecha. Autor przywołuje dla przykładu obok "Anny" przedstawienie "Polowanie na karaluchy" Janusza Głowackiego. Czyżewska grała w nim główną rolę w teatrze w Woodstock, a kiedy udało się przenieść sztukę na scenę nowojorską, producent obsadził w tej roli oscarową aktorkę. - Niewiele można było zrobić, bo Czyżewska nam nie dała tej szansy - twierdzi Agnieszka Holland, autorka scenariusza "Anny". - Miała w sobie takie napięcie, zachowywała się autodestrukcyjnie. Robiła awantury, jakby chciała w życiu grać karykaturę postaci, którą miała grać na planie. Producenci się przestraszyli i dali rolę innej aktorce. Zdumiewało mnie takie marnotrawstwo talentu i inteligencji: strasznie chciała grać, a potem robiła coś, co ludzi zniechęcało. I o tym był właśnie ten scenariusz, o fantastycznej kobiecie, która zrobiła wiele, żeby sobie zaszkodzić. Może Czyżewska się przestraszyła swojego obrazu odbitego w filmie?

Bohaterka książki "Biała bluzka" Elżunia zostawia na stole kartki do (i od) swojej wyimaginowanej siostry Krystyny. Z nich poznajemy życie Elżbiety, która ma ostry język, ostrą skłonność do alkoholu, ostrą skłonność do jednego opozycjonisty, a poza tym morze bardzo przypadkowych kochanków i wspomnienie ciężkiego dzieciństwa.

Mamusi wszyscy współczuli, że ma takie trudne warunki, i pomogli jej wyrobić papiery, i że te warunki ma doprawdy bardzo trudne i z najwyższym poświęceniem mamusia umieściła nas obie w domu dziecka (bo wtedy ty już byłaś na świecie) i odtąd nie brakowało nam brązowych grubych rajstop ani nowych piosenek. Maszerowałyśmy po alejkach wielkiego parku, śpiewając "Dzieci z RTPD" (Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci) i "Nie papież nam Wybrzeże dał", i jedna pani, literatka, powiedziała, że powinnam pójść do szkoły teatralnej, a nasz kierownik powiedział, że mam wszędzie loczki i że mogę pójść do niego do mieszkania, a nie koniecznie mieszkać na oddzielnej sali. Kierownik miał taki pomysł, żeby mnie zerżnąć przez pończochę, ale mnie udało się zwiać przez taką dziurę w parkanie, przespać się na terenie Zamku Książąt Mazowieckich w Czersku, a następnie wylądować w następnym domu dziecka. W ogóle miałam sporo szczęścia w życiu.

- Mama Eli była wziętą krawcową - opowiada jej siostrzenica Magdalena Komorek - taką, co to do niej się w kolejce czekało. Stąd Ela od dzieciństwa wszystko umiała: obciągnąć pętelki, szydełkować koroneczki czy też pięknie zacerować skarpetkę. Babcia miała piękną twarz, przed wojną pozowała do reklamy pasty do zębów. Była też alkoholiczką i złą matką. Miała przerażające metody wychowawcze - jak jedna córka narozrabiała, lanie dostawała druga. Obie oddała do domu dziecka. Postać stworzona przez Agnieszkę Osiecką w "Białej bluzce" ma wiele zapożyczeń z życiorysu Czyżewskiej, nie tylko z jej dzieciństwa. Ich przyjaźń trwała już wtedy 30 lat.

Osiecka wspominała, że od kiedy w roku 1958 Ela pojawiła się w STS-ie - śpiewała "Kochanków z ulicy Kamiennej" z jej słowami - trzymały się razem jak papużki nierozłączki. Wszyscy się w niej zakochaliśmy, bo była zjawiskiem niezwykłym. Duża, pyzata buzia, włosy typu siano, odrobina piegów, uroda raczej proletariacka. Obłędny biust, który doprowadzał chłopców do szaleństwa, arystokratyczne dłonie i szalenie zgrabne nogi (...). Prowadziłyśmy we dwie "ironiczny tryb życia". Malowałyśmy włosy na niebiesko, rzucałyśmy narzeczonych dla kawału (np. obie naraz - w sylwestra, na balu w teatrzyku), jeździłyśmy do różnych miast, chowałyśmy się, kupowałyśmy tanie antyki i oddawałyśmy byle komu. Po "Białej bluzce" Czyżewska na wiele lat przestała się odzywać do Osieckiej.

Magda Dygat: - Ela ukrywała przed światem, że miała matkę alkoholiczkę i że ta matka oddała ją do domu dziecka, i wyobrażała sobie, że jej przyjaciele, którym się z tego zwierzyła, będą to z nią razem ukrywać. Jak się coś opowiada tylko najbliższym osobom, to przecież można oczekiwać, że będą z tobą strzegły twoich tajemnic. Osiecka nie miała z pewnością intencji jej skrzywdzić. Ale wyszło jak zawsze.

"To nie my decydowaliśmy o tym, czy Elżbieta się z nami przyjaźni, to ona wybierała sobie nas, z namysłem i ociąganiem" - napisała Monika Fabijańska, dyrektorka Instytutu Kultury Polskiej w Nowym Jorku. Jak już nas wybrała, to zabierała się do obsypywania nas prezentami. W braniu była dużo gorsza, kapryśna, niechętna, spięta, żeby jej przypadkiem niczego nie narzucić. "Czy ja wstałam, zupkę wypiłam? A ty, piesku, już przemieniłaś się w policjanta?"

Jedni znajomi Elżbiety mówią, że przegrała życie, obsunęła się, zmarnowała talent. Innych takie mówienie wścieka. Mnie też. Przecież cały czas pracowała w swoim zawodzie, co dla aktorki, która przyjechała w wieku lat 30 do obcego kraju i obcego języka, jest ewenementem. Szybko zrozumiałam, że te rozmowy są jak obrazki z testu Rorschacha, mówią mi wiele o moich rozmówcach, ale mało o samej Elżbiecie. Co ona sama myślała o swoim życiu? Pewnie - choćby dla samej rozrywki umysłowej - w zależności od rozmówcy do każdej wersji swojej osoby znalazłaby jej przeciwieństwo. Magda Dygat: - Ela miała ten sam typ tragicznej wrażliwości co Marilyn Monroe, Janis Joplin, Jimi Hendrix. Mogłaby stać się taką legendą, gdyby nie urodziła się w Polsce. Wrażliwa, subtelna, zagubiona, rozmawiało się z nią od razu od środka zdania, nieskłonna do jakiegokolwiek kompromisu, nie pasowała do niczego i nikogo. Mówi się, że nie wykorzystała talentu, bo nie miała właściwego akcentu, ona go nie wykorzystała, bo nie była gotowa się sprzedać.

Michał Kott, który był sąsiadem Elżbiety z czasu, gdy mieszkała na 60. Ulicy, wspomina, jak spotykał ją nocą spacerującą w szpilkach, kapeluszu i rękawiczkach, smycz jej czarnej suczki w jednej dłoni, a srebrna papierośnica z nigdy niegasnącym papierosem w drugiej. "Ela - pisał mi w mejlu - podrzutek jak jej czarna kulawa suczka, zawsze nosiła ze sobą własną małą popielniczkę, aby nie śmiecić w naszej brudnej dzielnicy. Wściekle inteligentna, lepiej oczytana niż większość profesorów w kraju, gdzie się osiedliła, cala zbudowana z ran - ale jakimś cudem bez cienia ksenofobii i najgorszych uprzedzeń polskich, poza pogardą dla własnego zdrowia: piła, paliła, ideowo chyba przeciwna była gimnastyce poza nocnym spacerem. Przez wiele ostatnich lat już w ogóle nie piła, ale nawet wtedy, kiedy piła, była zawsze przeraźliwie trzeźwa w swoich osądach".

Jerzy Warman: - Działałem w nowojorskim komitecie "Solidarności" i ktoś zawołał, że trzeba pomóc Elżbiecie Czyżewskiej w przeprowadzce. Wyprowadzała się z 60. Ulicy do małego prowizorycznego pokoju. Zobaczyłem człowieka w głębi smutku i alkoholizmu. Jakbym usłyszał "Smutne ptaki" Ravela. Doprawdy nie umiem pojąć, skąd tyle znalazła siły w swoim kruchym ciele, by po kilkunastu latach (czy nawet więcej) wyjść z nałogu. Ale znalazła.

W wersji Warmana sama Elżbieta twierdziła, że to Halinka pomogła jej się otrząsnąć. Halinka, czyli czarna zabiedzona suczka, którą spotkała na pogrzebie Haliny Mikołajskiej. Nazywała ją imieniem i nazwiskiem - Halinka Piesek. Mówiła, że to duch zmarłej aktorki. W wersji Kutza - który próbuje mnie przekonać, że ma ona nad innymi tę przewagę, że był naocznym świadkiem - Ela zobaczyła kundelka błąkającego się przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Kutz nie pamięta, który to był rok. Pamięta porę dnia: 3-4 w nocy. Odprowadzał ją do Hotelu Europejskiego, żegnali się przy drzwiach. Ela chciała jeszcze zapalić i wróciła na pusty plac z kwietnym krzyżem upamiętniającym rocznicę śmierci kardynała Wyszyńskiego, by odpalić papieros od znicza. Ale daty się tu nie zgadzają. Kott widywał Elę z pieskiem, kiedy Mikołajska jeszcze żyła. Kwietny krzyż to było już najpewniej za demokracji, tak twierdzi sam Kutz, czyli jeszcze później. Już miałam zagłębiać się w ustalanie, kiedy naprawdę Ela trafiła na swoje psie alter ego, gdy wyobraziłam sobie, co ona by powiedziała: "Zatrzymaj się, piesku. Jak nic się nie zgadza, jest dużo lepiej".

Trzymała się przykazania Wisławy Szymborskiej z wiersza "Koloratura":

O nie! O nie! W godzinie złej

nie trzeba spadać z miny swej!

O chorobie nie chciała rozmawiać. Powtarzała: "Wplątałam się w przypadkową rolę". I znów: "To nie jest rola dla mnie, nie powinnam była jej brać". Albo: "No wiesz, pomyłkowo weszłam na ten plan, muszę tylko znaleźć, gdzie jest wyjście". Najpierw miała chemię, po trzeciej dawce lekarze mieli zadecydować, czy możliwa będzie operacja. Zwlekali, a Ela ważyła już trzydzieści kilka kilo. Wpadałam czasem do niej po 12 w nocy na jej pierwszy spacer tego dnia - wyjście po "New York Timesa". Ela zakładała perukę, malowała oczy i usta, dobierała szpilki do kompletu. W Nowym Jorku, pewnie przez bliskość morza, wieją silne wiatry i Ela brała mnie lekko pod rękę. To był jedyny moment, kiedy ujawniała swoją kruchość. Nie tylko trzeba było wyciąć kawałek przełyku, ale jeszcze połączyć żołądek z resztą. To bardzo skomplikowana operacja, Ela miała jeszcze potem dwie poprawki, bo nie zadziałało jak trzeba. Cierpiała tak jak żyła - z dezynwolturą damy. Między operacjami była przewożona na rekonwalescencję do Jewish Home, domu opieki na górze miasta. Toczyło się tam burzliwe towarzyskie życie. Rezydenci, którzy samodzielnie chodzili, zwoływali partnerów do brydża czy partyjki scrabble'a (w którego Ela namiętnie grała). Jak miała lepsze dni i wstawała, chodziła do obszernej biblioteki oddalonej o trzy pokoje od jej łóżka, ale nie chciała się integrować. Próbowałam ją zainteresować historiami kobiet, które ją otaczały - często 90-letnie albo i starsze, wiele musiało się urodzić po gorszej dla Żydów stronie oceanu. Bezskutecznie. Ela panicznie bała się starości. Poprawiała makijaż i pytała mnie, wskazując na kolejną piękną nobliwą brydżystkę przechodzącą pod jej drzwiami: - Ale ja tak nie wyglądam?

Któregoś razu wygłosiłam tyradę przeciw polityce Izraela wobec Gazy. Ela - była wtedy przykuta licznymi rurkami do życia i bolało ją mówienie - wystąpiła do mnie, Żydówki, z płomiennym syjonistycznym przemówieniem, czym dla Żydów było powstanie państwa Izrael. Jej wiedza na tematy żydowskie, jej zainteresowanie judaizmem były imponujące nawet jak na zawyżone nowojorskie standardy. - Odkąd wyszłam za mąż za Davida, czułam, że mam zobowiązanie - wygłosiła mi, a nie zwykła o sobie mówić serio. Latem 2009 r. nie było mnie już w Nowym Jorku, dostawałam sprawozdania mejlowe: "Przyszła Czyżewska - pisała Marta Petrusewicz. - Wygląda doskonale! Nie pali, przytyła, ma lekko falujące włoski i świetnie się nosi".

W styczniu 2010 r. miała kontrolne badania. Okazało się, że są przerzuty. Nie zgodziła się pójść do szpitala, leżała w domu (do szpitala trafiła już w samej końcówce choroby). - Dostała świetną propozycję zagrania jednej z czterech postaci w sztuce "Most Women" Phyllisa Roome'a, pomocnicy domowej koło pięćdziesiątki, nie żadnej babuszki, tylko prawdziwej piękności - opowiada mi Nancy Weber, jej przyjaciółka od lat 60., która otoczyła ją w chorobie najczulszą opieką. - Miała wystąpić w Actors Studio przed producentami. Była już wyznaczona data, 5 kwietnia. Dotarłyśmy tam, ale Elżbieta zasłabła.

W New York Theatre Workshop w sztuce Ibsena "Hedda Gabler" Czyżewska gra rolę służącej Berty. Jest już po brawach, aktorzy rozluźnieni machają do znajomych, ona jedna nie wychodzi z roli. Schodzi ostatnia, dyga przed drzwiami, za którymi znikają aktorzy, i zamaszystym gestem je zamyka. Konsulat Polski w Nowym Jorku zaprosił jej przyjaciół na spotkanie pożegnalne z okazji "ostatniego Jej zejścia ze sceny".