Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Carl Sifakis

Encyklopedia morderstw

 

2007
 

(...)

 

 

Edward II, król Anglii (1284-1327)

Edward II, król Anglii w latach 1307-1326, okazał się mało skutecznym monarchą. Z zewnątrz zagrażał mu Szkot Robert Bruce, którego wojska odniosły szereg zwycięstw nad siłami Anglii, zaś na arenie wewnętrznej musiał stawić czoło własnym baronom, usiłującym podkopać jego pozycję. Na domiar złego Edward otaczał się wątpliwej reputacji poplecznikami, do których należał królewski faworyt (i prawdopodobnie kochanek) Piers Gaveston.

Gdy Edward mianował Gavestona hrabią Kornwalii, dwudziestojednoosobowa koalicja baronów odpowiedziała proklamowaniem tzw. Ordynacji, która ograniczała królewską władzę nad nadaniami ziemskimi oraz finansami państwa, a także żądała odwołania Gavestona. Edward udał, że zgadza się na stawiane mu żądania, i wysłał Gavestona za granicę, lecz wkrótce potem zezwolił mu na powrót. Rozzłoszczeni baronowie pojmali Gavestona i stracili go w czerwcu 1312 r. Edward poniósł kolejną porażkę w 1314 r., gdy - za sprawą Roberta Bruce'a - załamały się jego plany umocnienia angielskiej kontroli nad Szkocją. Jego własna pozycja zależała już teraz wyłącznie od widzimisię baronów, zaś jego kuzyn Thomas Lancaster, przewodniczący koalicji, stał się de facto władcą Anglii. W 1318 r. doszło jednak do rozłamu między baronami i król odzyskał część władzy, korzystając przy tym ze wsparcia dwóch faworytów: Hugh le Despensera oraz własnego syna i imiennika. Pod wpływem Despensera Edward wyraził zgodę na zaatakowanie Walii - matecznika skłóconych baronów. Lancaster wystąpił przeciwko niemu zbrojnie, lecz w 1322 r. wojska Edwarda zadały klęskę siłom koalicji. Lancaster został schwytany i stracony.

Uwolniony spod kontroli baronów Edward poczuł się wystarczająco pewnie, by anulować Ordynację. Królowa Izabela, rozgoryczona i sfrustrowana intymnym i - jak się wydawało - homoseksualnym związkiem króla z Despenserami, wyjechała do Francji i osiadła w Paryżu, gdzie poznała wygnanego barona Rogera Mortimera. Wkrótce między Mortimerem a Izabelą zawiązał się romans. W 1326 r. popularność Edwarda spadła do niebezpiecznie niskiego poziomu ze względu na jego kontakty z Despenserami. Izabela i Mortimer postanowili wykorzystać okazję i najechać Anglię. Despenserowie skończyli na szubienicy, zaś Edward został zmuszony do abdykacji na rzecz swego piętnastoletniego syna Edwarda III. Młody król był jednak trzymany z dala od spraw państwowych, zaś faktyczną władzę sprawował Mortimer.

Przez pewien czas Mortimer więził Edwarda II w stosunkowo komfortowym areszcie w Kenilworth, lecz wiosną następnego roku król został oddany pod opiekę dwóch rycerzy, Thomasa de Goumaya oraz Johna Maltraversa. Po licznych perturbacjach były monarcha trafił w końcu do zamku Berkeley. Było jasne, że Izabela i Mortimer nie sprawują wystarczającej kontroli nad państwem, by nie obawiać się ewentualnego powrotu Edwarda II. Edward został więc poddany brutalnemu traktowaniu - przez pewien czas umieszczono go nawet w kostnicy, w nadziei, że umrze; jednak plany te nie przyniosły spodziewanych rezultatów. W końcu, we wrześniu 1327 r., strażnicy porzucili subtelne metody i po prostu zamordowali króla w jego łóżku. Przedśmiertne wrzaski Edwarda niosły się podobno po całym zamku.

Podjęto starania, by upozorować śmierć z przyczyn naturalnych, zaś królewskie zwłoki wystawiono na widok publiczny jako "dowód" tej wersji wydarzeń, lecz mimo to lud (a także historia) nie dały się zwieść.

W 1330 r. Edward III, liczący wówczas 18 lat, zgromadził pod swoimi rozkazami rzeszę zwolenników, dzięki którym udało mu się obalić swojego ojczyma. Po pokazowym procesie Mortimer został powieszony w Tyburn (nie zgodzono się nawet, by poniósł bardziej honorową śmierć przez ścięcie). Izabeli darowano życie pod warunkiem zrzeczenia się wszelkich pretensji do władzy (zmarła w 1358 r.).

 

 

Ford, Gerald (1913-2006)

Próby zamachów

5 września 1975 r. dwudziestosześcioletnia Lynette "Squeaky" Fromme, członkini tzw. "morderczej rodziny" Charlesa Mansona, stała się bodaj pierwszą kobietą w historii USA, która podjęła próbę zgładzenia urzędującego prezydenta (jeśli nie liczyć "głęboko niesprawiedliwego" - zdaniem profesora Franklina L. Forda z Harvardu - wyroku skazującego na Mary Surratt za współudział w zamachu na Lincolna w 1865 r.).

Squeaky wycelowała pistolet w kierunku Forda z odległości około pół metra, gdy prezydent wymieniał uściski dłoni z publicznością przed planowanym przemówieniem na temat walki z przestępczością w stolicy Kalifornii Sacramento. Czujny agent Secret Service Larry M. Buendorf rzucił się w kierunku Fromme i chwycił jej pistolet, zanim zamachowczyni zdążyła pociągnąć za spust (zranił się przy tym w dłoń). Świadkowie twierdzą, że prezydent zbladł jak ściana. Zamachowczyni krzyknęła: "Spokojnie! Nie wypalił. Nie wypalił!" (lub - zdaniem niektórych - "Nie wypalił! To niemożliwe! Nie wypalił!"). Później, gdy przyparto ją do stojącego obok drzewa, wznosiła okrzyki: "On nie służy krajowi! Nie służy krajowi!".

Fromme była stronniczką Charlesa M. Mansona, przywódcy kultu, skazanego m. in. za zamordowanie aktorki Sharon Tate oraz sześciu innych osób w 1969 r. i odsiadującego wyrok dożywotniego pozbawienia wolności. Podobnie jak wszyscy członkowie grupy Mansona również Fromme miała grubą teczkę w archiwum FBI: aresztowano ją kilkakrotnie pod różnymi zarzutami (od posiadania narkotyków po morderstwo), lecz na jej koncie był tylko jeden wyrok skazujący, z 1971 r., kiedy to razem z trzema wspólnikami trafiła do więzienia na 90 dni za próbę uniemożliwienia złożenia zeznań jednemu ze świadków w procesie Tate przez podsunięcie mu hamburgera nafaszerowanego halucynogennym narkotykiem LSD. Fromme brała aktywny udział w pozasądowej obronie Mansona, a po jego skazaniu została rzecznikiem grupy.

Profesor James W. Clarke z Uniwersytetu stanu Arizona twierdzi, że zachowanie Fromme wynikało w znacznej mierze z "obsesji" na punkcie Mansona.

Podczas zamachu na prezydenta Forda nie powodowała nią chęć uzyskania rozgłosu czy też wywołania w kimkolwiek poczucia winy. Miała natomiast nadzieję, że czeka ją proces, na którym Manson mógłby wystąpić jako świadek obrony. Biorąc pod uwagę spodziewane zainteresowanie mediów rozprawą, liczyła, że przesłanie Mansona w końcu dotrze do uszu świata. Traktowała go jak postać religijną, potrafiącą rozwiązać problemy współczesnego świata.

Nieortodoksyjne poglądy Fromme nie kwalifikowały jej jako osoby niezrównoważonej, została więc skazana na dożywocie.

Po upływie niecałych trzech tygodni Ford padł ofiarą kolejnej próby zamachu, również podjętej przez kobietę; zdaniem większości obserwatorów - naśladowniczkę Fromme. Zamachowczynią była niejaka Sara Jane Moore, czterdziestopięcioletnia gospodyni domowa borykająca się z poważnymi problemami w życiu prywatnym. Moore wychodziła za mąż aż pięciokrotnie (dwa razy za tego samego mężczyznę), porzuciła też trójkę dzieci u swoich rodziców w Wirginii Zachodniej. W poszukiwaniu akceptacji, a także ze strachu przed osamotnieniem dołączyła do kilku organizacji lewackich, lecz podatność na wpływy uczyniła z niej wygodny cel dla FBI: agenci zwerbowali Moore do współpracy, tłumacząc, iż przyczynia się w ten sposób do "ocalenia kraju". Moore miała teraz znajomych po obu stronach barykady, lecz po pewnym czasie zaczęła cierpieć na wyrzuty sumienia i w końcu poinformowała swoich towarzyszy o podwójnej grze, którą prowadziła. Porzucona zarówno przez swoich wspólników, jak i przez FBI, popadła w paranoję i zaczęła obawiać się śmierci z rąk osób, przeciwko którym prowadziła działalność szpiegowską. Czuła przy tym wyraźną potrzebę odpokutowania za swoje winy, zaś "Squeaky" Fromme stanowiła dla niej swoiste źródło inspiracji.

22 września 1975 r., około godziny 15.30, prezydent Ford opuścił westybul hotelu St. Francis w San Francisco i pomachał w kierunku blisko trzytysięcznego tłumu, który zgromadził się, by go zobaczyć. W tym samym momencie stojąca mniej więcej 12 metrów od prezydenta Sara Jane Moore wycelowała weń pistolet kaliber .38 cala. Oliver Sipple, 33-letni były żołnierz piechoty morskiej, chwycił ją za ramię w chwili, gdy pociągnęła za spust. Pocisk chybił Forda i rykoszetował, trafiając taksówkarza, który odniósł niegroźną ranę pachwiny. Ochrona prezydenta wepchnęła Forda do limuzyny i przewiozła go na lotnisko, skąd prezydent pośpiesznie odleciał do Waszyngtonu.

Aresztowana Moore zeznała, że gdyby prezydent pojawił się nieco później, musiałaby opuścić tłum gapiów, "by odebrać dziecko ze szkoły" (jedno z jej dzieci, dziewięcioletni chłopiec, wciąż mieszkało razem z nią). Stwierdziła również: "Gdybym miała moją czterdziestkę czwórkę, dopadłabym go". Wyszło na jaw, że należący do Moore rewolwer kaliber .44 cala został skonfiskowany dzień przed zamachem. Moore ponownie podjęła pracę w charakterze informatora; była w kontakcie z lokalną policją i pracowała na rzecz Federalnego Biura do spraw Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej (ATF), lecz mimo to 21 września policjanci poddali ją rewizji osobistej, podczas której znaleziono przy niej nienaładowany rewolwer. Późniejsza rewizja w jej domu poskutkowała odkryciem dwóch opakowań amunicji Magnum. Moore została oskarżona o noszenie ukrytej broni (co w myśl prawa stanowego stanowiło wykroczenie). Policja skonfiskowała rewolwer, po czym zwolniła Moore z aresztu, informując o sprawie Secret Service, które przesłuchało ją jeszcze tego samego dnia. Fakt, że Moore pracowała dla policji oraz dla agencji federalnej, skłonił agentów Secret Service do zrezygnowania z postawienia jej zarzutów. Następnego dnia Moore usiłowała przeprowadzić zamach na Forda.

Podobnie jak w przypadku Fromme, nie odkryto dowodów świadczących o szerzej zakrojonym spisku, zaś czyn Moore zrzucono na karb problemów małżeńskich oraz poczucia osobistej klęski, które skłoniło ją do szukania drastycznych rozwiązań. Pod tym względem Moore przypominała Samuela Bycka (patrz: NIXON, RICHARD M.) oraz zabójcę prezydenta Johna F. Kennedy'ego Lee Harveya Oswalda.

23 grudnia 1987 r. "Squeaky" Fromme, licząca wówczas 39 lat, zbiegła z federalnego więzienia dla kobiet w Alderson (Zachodnia Wirginia). Jej ucieczka pociągnęła za sobą ogólnokrajową obławę, zaś niektóre żądne sensacji media twierdziły, że byłemu prezydentowi Fordowi znów groziło niebezpieczeństwo. Fromme ponownie wpadła w ręce organów ścigania już po około 40 godzinach, w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia - schwytano ją przy polnej drodze odległej od zakładu karnego zaledwie o trzy kilometry. 

 

 

Garfield, James A. (1831-1881)

Spośród wszystkich zamachowców, którym w ciągu dziejów udało się zabić urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Charles J. Guiteau - morderca prezydenta Jamesa A. Garfielda - był bez wątpienia najbardziej niezrównoważony. Tym dziwniejszy wydaje się więc fakt, że Guiteau z łatwością przeniknął ochronę prezydenta i oddał fatalny strzał (a działo się to zaledwie 16 lat po tragicznym zamachu na Abrahama Lincolna). Patrząc przez pryzmat współczesnych procedur ochronnych, wydaje się nie do pomyślenia, by jakikolwiek zamachowiec mógł zbliżyć się do głowy państwa na tak niewielką odległość, jak Guiteau 2 lipca 1881 r. na dworcu kolejowym w Waszyngtonie. Dodajmy jeszcze, że jego pierwszy strzał był niecelny - w dzisiejszych czasach Guiteau zostałby obezwładniony lub zastrzelony, nim zdążyłby ponownie wymierzyć do prezydenta.

Garfield nie zmarł na miejscu: jego agonia trwała dwa i pół miesiąca, aż do 19 września 1881 r. Śmierć Garfielda stała się pierwszym prawdziwym dramatem medialnym w Stanach Zjednoczonych, śledzonym uważnie przez niemal całe społeczeństwo (liczące wówczas 50 milionów ludzi). Redaktorzy "New York Tribune" pisali: "Dzięki współczesnym cudom techniki, takim jak telegraf i prasa drukarska, cała ludność została dopuszczona do jego łoża boleści".

"Jak ktoś mógłby być tak nieczuły, by pragnąć śmierci mojego dziecka?" - lamentowała matka Garfielda. Guiteau najwyraźniej palił się do udzielenia odpowiedzi na to pytanie: w swojej celi więziennej spisał zawiłe i długie memorandum poświęcone zamachowi. Guiteau był prawnikiem samoukiem, dopuszczonym do udziału w rozprawach na mocy obowiązujących wówczas liberalnych przepisów korporacyjnych. Prowadził aktywną działalność w ramach Partii Demokratycznej; w okresie prezydentury Horace'a Greeleya często gościł w nowojorskiej centrali demokratów. Większość lokalnych polityków starała się unikać tego nerwowego małego człowieczka - "elokwentnego prawnika z Chicago" (jak głosiła jego wizytówka), on zaś poświęcał czas na pisanie do szuflady kwiecistych przemówień. W jakiś sposób Guiteau nabrał przekonania, że jeśli tylko Greeley zostanie wybrany na drugą kadencję, czeka go posada ambasadora w Chile. O planach tych często opowiadał żonie, zmuszając ją też do wysłuchiwania swoich mów dyplomatycznych. (Gdy żony nie było w domu, Guiteau deklamował przed lustrem.)

Wbrew nadziejom Guiteau Greeley przegrał wybory. Guiteau przez kilka miesięcy chodził markotny, później zaś porzucił żonę dla nastoletniej prostytutki, wziął rozbrat z Partią Demokratyczną i wstąpił do republikanów. Z okazji wyborów w 1880 r. przygotował mowę zatytułowaną "Garfield kontra Hancock", która - jak przekonywał republikańskich polityków - miała zapewnić zwycięstwo ich kandydatowi. Mowę tę wydał na własny koszt w formie broszury i rozdał licznym wysoko postawionym republikanom. Niektórzy adresaci pisma w odruchu samoobrony stwierdzili, że kilka pomysłów Guiteau zasługiwało na uwagę; nikt jednak nie chciał wygłaszać jego przemówienia - z wyjątkiem samego Guiteau, który postanowił zorganizować w tym celu murzyński wiec wyborczy na Dwudziestej Piątej Ulicy na Manhattanie. Plan spalił na panewce: gdy licząca sześć osób publiczność - zirytowana maniakalnymi okrzykami mówcy - rozeszła się, wyraźnie wzburzony Guiteau nie był w stanie kontynuować mowy i zszedł z mównicy.

Garfield wygrał wybory, zaś Guiteau, przekonany, że kluczem do zwycięstwa była mowa "Garfield kontra Hancock", postanowił upomnieć się o spodziewaną nagrodę; zdążył jednak zmienić plany i tym razem pragnął zostać ambasadorem w Austrii, "a być może konsulem w Paryżu". Rzecz jasna nie uzyskał żadnej z upragnionych nominacji, mimo iż wysłał do Garfielda pismo, w którym twierdził, że sekretarz stanu James Blaine zaaprobował jego kandydaturę na stanowisko w Paryżu, i jednocześnie napisał do Blaine'a, że Garfield wyraził zgodę na objęcie przezeń placówki dyplomatycznej.

Po namyśle Guiteau doszedł do wniosku, że został niecnie wykorzystany. Kupił pistolet kaliber .44 cala i zaczął ćwiczyć strzelanie do drzew nad Potomakiem. Postanowił też uważnie śledzić poczynania Garfielda. Gdy nie wiedział, co prezydent zamierza robić danego dnia, po prostu podchodził do bramy Białego Domu i przepytywał odźwiernego. Pewnego dnia Guiteau znalazł się bardzo blisko prezydenta podczas mszy w kościele, lecz zrezygnował z zamachu, gdyż nie chciał przypadkowo trafić pani Garfield (którą uważał za "poczciwą duszę").

W końcu Guiteau dojrzał swoją szansę na dworcu kolejowym w Waszyngtonie. Stał właśnie za jedną z ław w poczekalni, gdy do budynku wszedł Garfield (wybierający się na krótki urlop) w towarzystwie sekretarza stanu Blaine'a. Guiteau oddał do Garfielda dwa strzały, po czym został obezwładniony przez policjantów. W lewej dłoni ściskał list zaadresowany do generała Williama Shermana z prośbą o objęcie wojskową ochroną więzienia, w którym będą go przetrzymywać.

Dwa i pół miesiąca po śmierci prezydenta Guiteau stanął przed sądem. W trakcie siedemdziesięciokilkudniowego procesu sąd musiał go wielokrotnie przywoływać do porządku. Guiteau określał świadków mianem "brudnych kłamców", zaś prokuratora - "oślizgłym robakiem" oraz "starym wieprzem". Bywało też, że wpadał w dobry nastrój: po przerwie świątecznonoworocznej poinformował sędziego, że "bardzo przyjemnie spędził święta".

Guiteau często przechadzał się po swojej celi, pozdrawiając gapiów zgromadzonych pod budynkiem więzienia. Składając zeznania przed ławą przysięgłych, powiedział, że to Bóg nakazał mu zabić Garfielda: "Niech wasz werdykt głosi, że był to akt woli boskiej, a nie mojej! " - wykrzyknął.

Gdy przysięgli uznali go winnym morderstwa, zwrócił się w ich kierunku, grożąc palcem i krzycząc: "Wszyscy jesteście podłymi kundlami!".

W miarę jak zbliżała się jego egzekucja, Guiteau wyglądał na spokojnego i nieskruszonego; w nocy cierpiał jednak z powodu koszmarów i często jęczał przez sen.

30 czerwca 1882 r. Guiteau zjadł obfity posiłek, po czym został zaprowadzony na szubienicę. Tam wygłosił z pamięci długi wiersz, którego pierwsze słowa brzmiały:

Idę do Pana, o cóż za radość (...)

Ocaliłem partię i ojczyznę, alleluja!

Lecz oni odpłacili mi śmiercią i dlatego

Idę do Pana (...)

Kat cierpliwie odczekał, aż Guiteau skończy recytować swój utwór, następnie zaś nałożył mu na głowę czarny kaptur i zwolnił blokadę zapadni. Ostatnie słowa Guiteau brzmiały: "Chwała, chwała, chwała! (...)".

 

 

Henryk III Walezy, król Francji (1551-1589)

Henryk III był synem wyrachowanej Katarzyny Medycejskiej, a jego panowanie zbiegło się z najbardziej krwawym okresem francuskich wojen religijnych; nic więc dziwnego, że spiski i zamachy towarzyszyły mu przez całe życie, aż do grobowej deski.

Jako generał armii królewskiej, mianowany na to stanowisko przez własną matkę regentkę Katarzynę, młody Henryk poprowadził wojska francuskie do walki z protestanckimi siłami hugenotów, odnosząc w 1569 r. kilka ważnych zwycięstw. Z drugiej jednak strony - podobnie jak jego matka - kilkakrotnie (i bez większych sukcesów) usiłował odgrywać rolę mediatora między katolikami a protestantami. Nie ma powodu, by przypuszczać, że Henryk osobiście brał udział w zawiązanym przez Katarzynę i ród Gwizjuszy spisku mającym na celu zamordowanie zdolnego admirała Gasparda de Coligny'ego w 1572 r. (zamach stanowił sygnał do rozpoczęcia sławnej masakry w noc św. Bartłomieja, w której wyniku zginęły tysiące hugenotów - mężczyzn, kobiet i dzieci).

Obejmując tron po śmierci swojego brata Karola IX w 1574 r., Henryk III zamierzał prowadzić politykę umiaru. Nie znał się jednak na zakulisowych manipulacjach, a na domiar złego zyskał reputację - w słowach pewnego historyka - "młodzieńczego utracjusza, noszącego kolczyki i perłowy naszyjnik oraz otaczającego się grupą darmozjadów, bardziej zboczonych niż on sam".

W końcu Henryk III wpadł w pułapkę konfliktu między rodem Gwizjuszy a hugenotami pod wodzą Henryka z Nawarry. W wyniku tzw. wojny trzech Henryków, podczas której król okazał się najbardziej nieudolnym ze zwaśnionych przywódców, wpływy monarchii zmalały tak bardzo, że Henryk III musiał uciec pod ochronę jednej z pozostałych stron: najpierw katolików, później zaś hugenotów. W 1588 r. król postanowił przerwać pasmo upokorzeń i zaplanował mord na księciu Gwizjuszu. Książę został zaproszony na prywatną audiencję u monarchy, lecz gdy stanął przed wejściem do komnaty królewskiej, rzuciło się na niego dziewięciu zamachowców, którzy zadali mu szybką śmierć. Król obserwował całą scenę przez otwarte drzwi, następnie zaś nakazał zgładzić również brata księcia, Ludwika, kardynała lotaryńskiego. Ten drugi mord na dobre rozsierdził katolików: państwa Świętej Ligi powstały zbrojnie przeciwko monarsze i przepędziły go z Paryża. Zmuszony do zawarcia sojuszu z Henrykiem z Nawarry, król obległ stolicę na czele armii hugenockiej. W oblężonym mieście fanatyczny dominikański mnich Jacques Clément dał posłuch plotkom, które charakteryzowały Henryka III jako mordercę. Zdjęty współczuciem dla Katarzyny księżnej Montpensier oraz powodowany podziwem dla jej urody Clément uzbroił się w sztylet, przeniknął przez linie wojsk oblegających Paryż i wyprosił audiencję u króla, twierdząc, że ma mu do przekazania ważne informacje. Udało mu się dźgnąć Henryka w brzuch (ze śmiertelnym skutkiem), nim sam został zabity przez straże. Umarł w przekonaniu, że zasłużył na raj. Na wieść o śmierci króla wśród osaczonych w Paryżu zwolenników Ligi wybuchła wielka radość, zaś armia odstąpiła od oblężenia miasta. Wizerunek Clementa wyniesiono na ołtarze w licznych kościołach, a jego czyn przedstawiano jako najwznioślejsze dzieło Boga od czasu zesłania na ziemię Jezusa Chrystusa. Do stolicy sprowadzono z prowincji matkę mnicha, wznosząc na jej cześć triumfalną pieśń: "Błogosławione niech będzie łono, które wydało Cię na świat, i piersi, które cię wykarmiły".

 

 

Henryk IV Burbon (Henryk z Nawarry), król Francji (1553-1610)

Henryk z Nawarry został wychowany w wierze protestanckiej, lecz w 1572 r. nawrócił się na katolicyzm, aby ocalić życie podczas masakry w noc św. Bartłomieja - wielkiej rzezi francuskich hugenotów, którym formalnie przewodniczył. Cztery lata później ponownie przyjął protestantyzm i od tego czasu jego życiem wstrząsały kolejne waśnie i konflikty religijne.

W 1589 r., po zamordowaniu Henryka III przez fanatycznego mnicha katolickiego Jacques'a Clémenta, Henryk z Nawarry został pierwszym monarchą francuskim z dynastii Burbonów. Mimo to nawet po rozgromieniu wojsk Ligi Katolickiej w Arques w 1589 r., a następnie pod Ivry w 1590 r., nie mógł wkroczyć do Paryża, kontrolowanego przez siły katolickie ze wsparciem Hiszpanii. W końcu, w 1593 r., zyskał dyplomacją to, czego nie udało mu się zdobyć siłą: po raz drugi porzucił protestantyzm, wygłaszając przy tym sławną kwestię: "Paryż wart jest mszy". Do miasta wkroczył w 1594 r, po czym szybko zaskarbił sobie poparcie ludu dzięki koncyliacyjnej polityce. W 1598 r. zaprowadził pokój w całym kraju; w tym samym roku wydał też edykt z Nantes, który - choć uznawał rzymski katolicyzm jako oficjalną religię Francji - mimo wszystko przyznawał hugenotom szerokie swobody religijne, w tym prawo do piastowania funkcji rządowych oraz prawo do utrzymywania garnizonów w kilku ufortyfikowanych miastach.

Późniejsze lata panowania Henryka IV upłynęły na przywracaniu ładu społecznego oraz rozwoju handlu i przemysłu. Król prowadził też aktywną politykę na arenie międzynarodowej. Gdy zawarł sojusz z protestanckimi książętami niemieckimi przeciwko katolickim Habsburgom, niektóre bardziej radykalne ugrupowania francuskich katolików doszły do wniosku, że monarcha planuje wytoczenie wojny papieżowi. Zaczęto plotkować o możliwym zamachu na króla.

14 maja 1610 r. Henryk IV wybrał się otwartym powozem w odwiedziny do schorowanego księcia Maximiliena de Béthune Sully. Aby uniknąć zwracania na siebie uwagi, król podróżował bez straży - towarzyszyło mu jedynie siedmiu dworzan. Na Rue de la Ferronnerie królewski powóz zatrzymał się, gdyż drogę blokował wóz z sianem. Przechodzący obok François Ravaillac, 32-letni fanatyk wizjoner, dostrzegł okazję i postanowił ją wykorzystać: rzucił się na króla (który akurat czytał raport), zadając mu cios nożem w pierś. Ostrze przebiło aortę i król zmarł na miejscu. Zamach wywołał wielką żałobę w całej Francji, nawet wśród licznych katolików.

François Ravaillac z Angouleme był człowiekiem niezrównoważonym. Jakiś czas przed zamachem aresztowano go za przestępstwo, którego nie popełnił. W celi doświadczał podobno wizji, zaś po wyjściu na wolność poświęcił się badaniu traktatów teologicznych oraz rozpraw uzasadniających tyranobójstwo. Wierzył przy tym, że ma obowiązek wybawić Francję od demona protestantyzmu. Kilkakrotnie usiłował stanąć twarzą w twarz z królem i spytać go, czy planuje wojnę z papieżem oraz czy hugenoci szykują się do masakry katolików. Próbował też wstąpić do zakonu jezuitów, lecz nie został przyjęty. Na pewien czas wyjechał do domu rodzinnego, a następnie powrócił do Paryża; tam jego drogi skrzyżowały się z drogami Henryka... Przekazy poświęcone torturom szczegółowo opisują kaźnie, jakim poddano Ravaillaca. Na jedną z jego stóp nałożono metalowy but, który następnie ściśnięto trzema śrubami aż do zgniecenia stawów. Ravaillac zemdlał, lecz nie wyjawił nazwisk domniemanych wspólników. W dniu egzekucji został przewieziony wozem pod główną bramę Notre Dame, gdzie miał złożyć zeznania. Wycie i gwizdy rozwścieczonego tłumu sprawiły jednak, że nikt nie usłyszał jego słów. Następnie przetransportowano go na Place de Greve, gdzie czekało rusztowanie. Ravaillac błagał o łaskę (choć wciąż utrzymywał, że Bóg mu przebaczy, gdyż działał w słusznej sprawie). Jego ramię - to, którym zadał śmierć monarsze - zanurzono w kotle płynnej siarki, zaś jego klatkę piersiową, ramiona, łydki oraz uda szarpano rozżarzonymi szczypcami. Na otwarte rany wylewano płynny ołów, żywicę, wrzący olej, parafinę i siarkę, by powstrzymać krwawienie i utrzymać skazańca przy życiu. Po mniej więcej godzinie kończyny zamachowca oderwano za pomocą zaprzęgów konnych; później za pomocą kolejnego konia złamano mu kręgosłup, a na koniec podpalono czerep. Agonia Ravaillaca trwała 90 minut.

Mienie skazańca zostało rozdrapane przez tłum. Dom, w którym mieszkał, zrównano z ziemią zaś władze zakazały wznoszenia na tym miejscu jakichkolwiek budowli. Jego rodzicom dano dwa tygodnie na opuszczenie kraju pod groźbą śmierci. Odleglejszym krewnym zakazano używania nazwiska Ravaillac. Kaźń Ravaillaca miała jednak okazać się stosunkowo niewiele znaczącym epizodem pośród chaosu politycznego, do którego doszło po - jak głosiła proklamacja parlamentu paryskiego - "podłym, niecnym i obmierzłym mordzie popełnionym na naszym królu Henryku IV". Wielu wpływowych obywateli, zwłaszcza na Sorbonie, obarczyło odpowiedzialnością za zainspirowanie zamachu zakon jezuitów. Cytowano m.in. Juana de Marianę, najwybitniejszego historyka wśród jezuitów, a być może i w całej ówczesnej Europie, który w swoim traktacie z 1599 r., zatytułowanym De rege et regis institutione (O królu i ustanowieniu króla) usprawiedliwiał "honorowe" tyranobójstwo popełnione na królu heretyku. Jezuici zaprotestowali, twierdząc, że w 1599 r. Claudio Aquaviva, generał Towarzystwa Jezusowego, nakazał "poprawienie" De rege oraz że dzieło to zostało explicite potępione przez zgromadzenie jezuitów w Paryżu w 1606 r. Ponieważ jednak egzemplarze De rege można było swobodnie nabyć w paryskich księgarniach, Sorbona oskarżyła jezuitów o sianie "niebezpiecznych doktryn", a księgę Mariany oficjalnie spalono.

Dwa miesiące po zamachu Aquaviva potępił nauki Mariany odnośnie do tyranobójstwa i zakazał ich dalszego szerzenia. W tym okresie sam Aquaviva przebywał w hiszpańskim więzieniu - nie za De rege, lecz za wydanie traktatu De monetae mutatione, w którym oskarżał króla Hiszpanii Filipa II o psucie pieniądza oraz przestrzegał przed groźbą inflacji.

 

 

Herrhausen, Alfred (1930-1989)

30 listopada 1989 r. Alfred Herrhausen, prezes Deutsche Banku, największego banku Niemiec Zachodnich, jechał do pracy ze swojego domu położonego w ekskluzywnej dzielnicy Frankfurtu o nazwie Bad Homburg. Herrhausen, często określany mianem najpotężniejszego człowieka w RFN, zajmował miejsce w środkowym samochodzie konwoju złożonego z trzech pojazdów. Po drodze konwój minął rower zaparkowany przy drzewiastym poboczu jezdni. Rower skrywał bombę, którą można było uzbroić za pomocą promienia świetlnego z odległości około 200 metrów. Zamachowcy uaktywnili promień dopiero, gdy pierwszy samochód minął pułapkę. Opancerzony mercedes Herrhausena wyleciał w powietrze, po czym opadł na ziemię z rozbitymi oknami i roztrzaskanymi drzwiami oraz zdemolowaną maską i pokrywą bagażnika. Wrak pojazdu stanął w płomieniach. Herrhausen zginął na miejscu, zaś jego szofer został poważnie ranny.

Na miejscu zbrodni znaleziono notatkę z symbolem Frakcji Czerwonej Armii (RAF), zachodnioniemieckiej organizacji terrorystycznej. Notatkę podpisano "komando Wolfganga Beera", na cześć członka RAF, który poniósł śmierć (wspólnie z inną osobą podejrzewaną o działalność terrorystyczną) w wypadku samochodowym pod Stuttgartem w 1980 r. Pod koniec lat osiemdziesiątych większość prezesów i dyrektorów dużych niemieckich spółek podejmowała kroki mające na celu zabezpieczenie się przed terrorystami: ważne osobistości kupowały opancerzone samochody z kuloodpornymi szybami i wynajmowały specjalnie przeszkolonych szoferów. W wydanym później raporcie policyjnym wzmiankowano, że zamach na Herrhausena był skomplikowany i wymagał wielotygodniowych przygotowań. Morderstwo Herrhausena było pierwszym skutecznym zamachem RAF od 1986 r. i dowodziło, że organizacja, założona w latach sześćdziesiątych przez Andreasa Baadera oraz Ulrike Meinhof, wciąż miała się dobrze, wbrew opinii zachodnioniemieckiej policji (władze sądziły wcześniej, że aresztowanie czołowych przedstawicieli RAF było gwoździem do trumny ich ugrupowania). Z drugiej jednak strony, warto zauważyć, że nawet wznowienie kampanii terroru nie powstrzymało przemian społecznych w RFN. Dodajmy, że całkowite wyeliminowanie organizacji terrorystycznej nie jest zadaniem prostym, zaś do przeprowadzenia skutecznego zamachu wystarczy kilka osób.

 

 

Hitler, Adolf (1889-1945)

Próby zamachów

Każdego 8 listopada, w rocznicę tzw. puczu monachijskiego z 1923 r., Adolf Hitler wygłaszał tradycyjne przemówienie w tym samym piwnicznym barze, w którym nakreślił plany rewolty. Mowa wygłoszona w 1939 r. była jednak krótsza niż zwykle, a Hitler nie zastosował się do zwyczajowego protokołu, w myśl którego po zakończeniu części oficjalnej miał - wspólnie ze swoją świtą - oddawać się popijaniu piwa i wspominaniu dawnych czasów. Dwanaście minut po opuszczeniu przezeń lokalu doszło do eksplozji bomby umieszczonej w jednym z filarów, bezpośrednio za podestem dla mówcy. Zginęło siedmiu nazistów, zaś 63 osoby odniosły rany.

Hitler wierzył, że za zamachem stały brytyjskie służby specjalne oraz sam premier Neville Chamberlain. Zdaniem innych obserwatorów całe wydarzenie miało posmak nazistowskiej prowokacji. Dziennikarz William L. Shirer zapisał w swoim pamiętniku, że zamach "przywodził na myśl pożar Reichstagu". Nawet Walter Schellenberg, szef wywiadu SS, podejrzewał o maczanie palców w incydencie Heinricha Himmlera i Reinharda Heydricha (po szczegółowym śledztwie uznał jednak, że była to rzeczywista próba zamachu, aczkolwiek nie inspirowana przez któregokolwiek z wrogów zewnętrznych Trzeciej Rzeszy).

Bombę podłożył trzydziestosześcioletni szwabski stolarz, elektryk i "złota rączka" nazwiskiem Johann Georg Elser. Aresztowany podczas próby przekroczenia granicy szwajcarskiej w dzień po zamachu, wyznał, że wmontował ładunek wybuchowy w jeden z drewnianych filarów wspierających strop piwnicy, korzystając przy tym z wymyślnego mechanizmu zegarowego, który był w stanie odmierzyć aż trzy dni do wybuchu. Początkowo Elser utrzymywał, że całą operację przeprowadził sam, później jednak stwierdził, że miał dwóch wspólników o nieznanych mu nazwiskach oraz że ludzie ci obiecali mu pomoc w ucieczce za granicę.

Pomimo tortur, narkotyków i hipnozy Elser nie powiedział nic więcej. Z oburzeniem potraktował wypowiedzi oficerów śledczych, którzy twierdzili, że nie miał wystarczającej wiedzy technicznej, by samodzielnie skonstruować bombę - nalegał nawet, by umożliwiono mu dostęp do zakładu stolarskiego, w którym mógłby zbudować replikę ładunku. W końcu zarówno Heydrich, jak i Schellenberg uznali Elsera za samotnego fanatyka, powodowanego chęcią uzyskania rozgłosu. Hitler nie był jednak usatysfakcjonowany: nakazał zamknąć Elsera w obozie koncentracyjnym i poddać go dalszym przesłuchaniom. Po upływie pięciu i pół roku, gdy było już jasne, że Niemcy przegrają wojnę, Elser został zamordowany przez gestapo w obozie Dachau (mniej więcej w czasie alianckiego nalotu bombowego na obóz, 9 kwietnia 1945 r.). Niedoszła ofiara zamachu przeżyła go tylko o trzy tygodnie.

 

 

Jackson, Andrew (1767-1845)

Próba zamachu

30 stycznia 1835 r. malarz pokojowy Richard Lawrence został pierwszym w historii człowiekiem, który podjął próbę zabicia urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych - Andrew Jacksona. Do zamachu na Jacksona doszło w rotundzie budynku Kapitolu, po zakończeniu ceremonii pogrzebowej Warrena R. Davisa, kongresmena z Karoliny Południowej. Lawrence zaczaił się na prezydenta za jednym z filarów wschodniego portyku i usiłował oddać strzał do Jacksona z odległości około 2,5 metra. Broń nie wypaliła: po pociągnięciu spustu wystrzeliła jedynie spłonka, powodując głośny huk. Jackson - oszołomiony, lecz cały i zdrowy - ruszył na napastnika z laską w dłoni. Lawrence natychmiast wyjął drugi pistolet i ponownie pociągnął za spust. Zdumiewającym zbiegiem okoliczności również ta broń nie wystrzeliła. Okazało się, że proch i kule, którymi nabito obydwa pistolety, wypadły z luf w kieszeniach Lawrence'a. Jackson potraktował całą sprawę bardzo serio. Kilku świadków zdarzenia przytrzymało go, podczas gdy inni rzucili się, by obezwładnić zamachowca. Prezydent wymachiwał laską, krzycząc: "Zostawcie mnie w spokoju! Zostawcie mnie w spokoju! Wiem, czyja to sprawka!".

Aż do śmierci Jackson żywił święte przekonanie, że Lawrence działał na zlecenie jego politycznych konkurentów z partii wigów. Wigowie zrewanżowali się, twierdząc, że zamach został ukartowany przez Jacksona po to, by przysporzyć mu popularności. Najprawdopodobniej żadna z tych wersji nie była zgodna z prawdą, lecz w natłoku wzajemnych oskarżeń nietrudno było uwierzyć, że czyn Lawrence'a był w istocie kulminacją niecnego planu opracowanego przez jakąś grupę spiskowców.

Śledczy szybko ustalili, że Lawrence cierpiał na zaburzenia umysłowe, które w dzisiejszych czasach nazwalibyśmy schizofrenią paranoidalną. Urodzony w Anglii w 1800 lub 1801 r., przybył do Stanów Zjednoczonych razem z rodziną, mając około 12 lat. Jego krewni i znajomi określali go jako "nadzwyczaj porządnego chłopca" oraz człowieka "skrytego, lecz pracowitego, o właściwym pionie moralnym". Nawet jeśli opisy te były zgodne z prawdą, nie sposób zaprzeczyć, że po trzydziestce Lawrence zaczął przejawiać osobliwe idiosynkrazje. Czasami wpadał we wściekłość lub maniakalny śmiech i często twierdził, że Stany Zjednoczone są mu winne odszkodowanie za dobra skonfiskowane w 1802 r. - gdy był jeszcze małym dzieckiem i mieszkał w Anglii. Wszędzie upatrywał wrogów i lubił formułować pogróżki pod adresem rozmaitych ludzi, mówiąc na przykład: "Wpakuję ci kulkę w głowę". Za szczególnie groźnego przeciwnika miał prezydenta Jacksona: podobno uważał, że prezydent odmawia uznania jego roszczeń do tronu Anglii.

Podczas procesu Lawrence odnosił się do ławy przysięgłych z lekceważeniem: "Panowie, to nie wy wydacie wyrok na mnie, lecz ja na was". Dowody choroby psychicznej oskarżonego były jednak tak oczywiste, że przysięgli nie mieli żadnych wątpliwości, iż Lawrence nie odpowiadał za swój czyn. Do werdyktu przychylił się nawet prokurator, twórca hymnu Stanów Zjednoczonych Francis Scott Key. Lawrence został osadzony w szpitalu psychiatrycznym, gdzie spędził resztę życia. Zmarł w czerwcu 1861 r.

Wśród pisarzy amerykańskich i w kręgach władz przyjęło się określać wszystkich ludzi, którzy porwali się na życie prezydenta, mianem "szaleńców", lecz określenie to - z formalnego punktu widzenia - pasowało przede wszystkim do Lawrence'a. Należy dodać, że choć argument niepoczytalności uratował życie kilku niedoszłym zamachowcom, to nigdy nie został skutecznie użyty w obronie żadnej z osób, którym udało się zamordować prezydenta USA.

 

 

Józef I, król Portugalii (1715-1777)

Próba zamachu

Nieudany zamach zazwyczaj umacnia pozycję władcy. Zasada ta sprawdziła się w przypadku najpotężniejszego i najbardziej brutalnego ministra w służbie korony Portugalii, markiza de Pombal. W 1755 r. Pombal (już wówczas faworyt króla Józefa I) zaangażował się w ostry spór polityczny między portugalską arystokracją a zakonem jezuitów, oskarżanym przezeń o podburzanie Indian przeciwko portugalskiej administracji kolonialnej w Ameryce Południowej. Choć Pombal miał na Józefa przemożny wpływ, wątpliwe, by monarcha zgodził się przystać na jego żądania i wyrzucić jezuitów z Portugalii - gdyby nie fakt, że sam padł ofiarą nieudanego zamachu.

3 września 1758 r. król, wracający do pałacu późnym wieczorem po romantycznej schadzce, stał się celem dwóch grup zamachowców. Trójka zamaskowanych mężczyzn oddała strzały w kierunku powozu królewskiego, lecz żadna z kul nie dosięgła celu. Powóz jechał dalej i po chwili wpadł w kolejną zasadzkę. Tym razem ranny został stangret oraz sam król (otrzymał postrzał w lewe ramię). Trybunał śledczy zorganizowany przez Pombala ustalił później, że na króla oczekiwała jeszcze trzecia grupa, w której skład wchodzili członkowie rodu Tavora (zapiekli wrogowie Pombala). Józef uniknął ostatniej zasadzki, nakazując woźnicom zboczenie z głównej drogi i udanie się bezpośrednio do posiadłości swojego nadwornego chirurga.

Ranny król postanowił przychylić się do sugestii Pombala, zaś minister wykorzystał nieudany zamach jako pretekst do rozprawy ze swoimi wrogami, zwłaszcza z księciem Aveiro oraz z rodem Tavora. Do więzień trafiło kilku członków rodzin Aveiro i Tavora, a także wszyscy ich słudzy oraz wielu innych arystokratów.

Na rozkaz Pombala wojsko portugalskie otoczyło wszystkie kolegia jezuickie w kraju i aresztowało 13 czołowych przedstawicieli zakonu. Król wyposażył markiza w specjalne prerogatywy, zezwalając na wymuszanie zeznań torturami (co było wbrew portugalskim zwyczajom). Nic dziwnego, że wielu podejrzanych zaczęło zeznawać, a w wyniku ich zeznań o udział w spisku oskarżono 50 kolejnych osób. Jednym z członków rodziny Tavora, który mimo wszystko odmówił współpracy ze śledczymi, był stary markiz Tavora. Pombal osobiście brał udział w przesłuchaniach i sesjach tortur. Na oskarżonych wydawano wyroki śmierci, mimo iż wielu dysponowało wiarygodnym alibi na noc zamachu.

13 stycznia 1759 r. na rynku w Belem stracono dziewięciu skazańców. Pierwsza na szafot weszła małżonka markiza Tavora. Kazano jej przyjrzeć się narzędziom tortur - młotom, kołu oraz szczypcom - które miały posłużyć do zadania śmierci jej mężowi i synom. Samą markizę ścięto, zaś ośmiu kolejnych więźniów - w tym księcia Aveiro - poddano łamaniu kołem, a na koniec uduszono. Wielu innych skazańców spalono żywcem.

Rozprawiwszy się z arystokratami, Pombal zwrócił swoją uwagę ku jezuitom, nakazując masowe aresztowania. Papież Klemens XIII, obawiając się całkowitego rozłamu między Portugalią a Kościołem, zezwolił na procesy kilku portugalskich jezuitów przed sądami świeckimi, lecz jednocześnie zaapelował do króla Józefa o łaskę dla zakonników i wyraził nadzieję, że portugalski zakon nie zostanie ukarany za "błędy kilku osób". Papieskie suplikacje nie znalazły posłuchu u króla: w pierwszą rocznicę nieudanego zamachu wszyscy portugalscy jezuici zostali wygnaniu z kraju.

Pombal, dysponujący teraz nieomal dyktatorską władzą, kontynuował politykę terroru, aresztując kolejnych księży i arystokratów oraz oskarżając ich o udział w zamachu lub też o knucie nowych spisków przeciwko koronie. W 1761 r. nakazał uduszenie i spalenie na stosie jezuickiego bohatera Brazylii ojca Gabriela Malagridy pod zarzutem udziału w spisku z 1758 r. Śmierć 72-letniego Malagridy, cierpiącego już w owym czasie na demencję starczą, przysporzyła Pombalowi licznych wrogów.

Pombal nie pragnął unicestwić portugalskiego Kościoła, a jedynie podporządkować go koronie - oraz sobie samemu. W 1770 r. papież Klemens XIV zezwolił królowi na osobiste mianowanie biskupów i Pombal w końcu zawarł pokój z Watykanem (Klemens obdarzył nawet jego brata urzędem kardynalskim).

W ostatnich latach życia Józefa I Pombal zrozumiał, że jego wpływy znikną razem ze śmiercią władcy. Król zmarł 24 lutego 1777 r. i Pombal szybko wypadł z łask. Nowa królowa Maria I nakazała uwolnienie więźniów politycznych wtrąconych do lochów przez Pombala, zaś on sam, pomimo podeszłego wieku (miał 80 lat), został oskarżony o nadużywanie władzy i poddany brutalnym przesłuchaniom. W końcu królowa przychyliła się do jego próśb o łaskę: przeważył fakt, że na wszystkich oficjalnych dokumentach upoważniających Pombala do represyjnych działań widniał podpis Józefa I. Nowy trybunał śledczy powołany przez królową potwierdził udział Aveiro oraz kilku jego sług w zamachu na króla, lecz uwolnił od zarzutów wszystkich pozostałych skazańców. Ród Tavora został oczyszczony z infamii i odzyskał cały skonfiskowany majątek.

Jeśli zaś chodzi o jezuitów, to nie ulega wątpliwości, że grupowo przeciwstawiali się polityce Pombala. Ojciec Malagrida oraz kilku innych hierarchów otwarcie wieszczyło upadek Pombala i przedwczesną śmierć króla, a niektórzy jezuici prowadzili nawet tajne rozmowy z wrogami markiza w szeregach arystokracji. Mimo to nawet krytyczni wobec jezuitów historycy przyznają, że brak jest dowodów na zaangażowanie zakonu w zamach na Józefa I.

Królowa Maria I była pod silną presją doradców domagających się przykładnego ukarania Pombala, lecz szczęśliwym zrządzeniem losu były minister zmarł śmiercią naturalną w maju 1782 r. Czterdzieści pięć lat później grupa jezuickich pielgrzymów odwiedziła jego grób i - jak pisze pewien historyk - "wyrecytowała requiem na znak triumfu oraz współczucia dla upadku jego duszy".

 

 

Kennedy, John F. (1917-1963)

Zamach na prezydenta USA Johna F. Kennedy'ego to bodaj najsłynniejsze morderstwo XX w. Kennedy został zastrzelony w Dallas (stan Teksas) o godzinie 12.30 22 listopada 1963 r., z karabinu należącego do niejakiego Lee Harveya Oswalda. Oswald był pracownikiem składnicy podręczników szkolnych w Dallas i miał wstęp na szóste piętro budynku, z którego roztaczał się znakomity widok na trasę przejazdu konwoju prezydenckiego. Gdy kawalkada aut przejeżdżała obok składnicy, Oswald oddał dwa lub trzy strzały (zeznania świadków są tu sprzeczne), zabijając Kennedy'ego oraz poważnie raniąc gubernatora stanu Teksas Johna B. Connally'ego, który siedział obok kierowcy w prezydenckiej limuzynie.

Philip Shenon, redaktor "New York Timesag podsumował całe wydarzenie w 1988 r., pisząc: "Choć minęło już ćwierć wieku od chwili, gdy na Dealey Plaza w Dallas umilkły wystrzały, detektywi, naukowcy oraz opinia publiczna nie wydają się być bliżej konsensusu w sprawie okoliczności śmierci Johna F. Kennedy'ego niż wówczas. (...) Dla wielu badaczy wydarzeń z 22 listopada 1963 r. jedynym pewnikiem jest brak pewników. Ich zdaniem, najprawdopodobniej nigdy nie uda się nam dociec, co naprawdę wydarzyło się tamtego dnia".

Ambiwalencja, której wyraz daje Shenon w swoim felietonie, nie jest jednak powszechna. Wielu innych obserwatorów ma wyrobioną opinię na temat śmierci prezydenta. Najczęściej przytaczana wersja wydarzeń zakłada, że Oswald był niezrównoważonym psychopatą i działał w pojedynkę. Większość osób przyjmuje do wiadomości ustalenia Komisji Warrena (sformowanej wkrótce po zamachu) i wierzy w przedstawioną przez jej członków rekonstrukcję zdarzeń, zgodnie z którą pojedynczy pocisk trafił zarówno Kennedy'ego, jak i Connally'ego.

Po oddaniu strzałów Oswald ukrył swój karabin za stertą skrzyń, po czym spokojnie opuścił budynek. Wrócił do domu, uzbroił się w pistolet, po czym ponownie ruszył w miasto. Napotkawszy oficera policji J.D. Tippita, postrzelił go czterokrotnie (ze śmiertelnym skutkiem), następnie zaś skrył się w kinie, gdzie został osaczony przez policję. Zdecydowany do końca stawiać opór, wymierzył broń w jednego z policjantów, lecz spudłował. Podczas przesłuchania Oswald konsekwentnie zaprzeczał, jakoby miał zabić prezydenta lub Tippita - mimo iż kilku świadków morderstwa Tippita rozpoznało jego twarz, zaś na karabinie, z którego zastrzelono Kennedy'ego, widniały jego odciski palców.

Analiza przeszłości Oswalda ujawniła, że był introwertykiem i wyznawał poglądy zbliżone do komunizmu. W 1959 r. zwolniono go ze służby w piechocie morskiej ze względu na trudną sytuację życiową (jego matka została ciężko ranna). Choć wrócił do domu, nie spędził tam zbyt wiele czasu: wkrótce wyjechał do Związku Radzieckiego, gdzie usiłował zrzec się amerykańskiego obywatelstwa. Gdy władze radzieckie powiadomiły go o wygaśnięciu jego wizy i nakazały mu opuścić Moskwę w ciągu dwóch godzin, Oswald usiłował popełnić samobójstwo. W końcu otrzymał zezwolenie na pozostanie w ZSRR, znalazł pracę i poznał Rosjankę o imieniu Marina, z którą wziął ślub. Po upływie dwóch i pół roku, znużony monotonią życia w Związku Radzieckim, postanowił powrócić do USA wspólnie z żoną i młodą córką. Otrzymawszy pożyczkę od amerykańskiego Departamentu Stanu, osiadł w Nowym Orleanie, gdzie podjął aktywną - i dość kuriozalną - działalność polityczną: zapisał się m.in. do prawicowego Lobby Chińskiego, do lewicowej organizacji Fair Play dla Kuby, do Partii Komunistycznej, a także do znienawidzonego wroga komunistów - Trockistowskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej. W tym okresie nawiązał też kontakty z osobami, które pośredniczyły między CIA a ruchami antyrewolucyjnymi w zakresie dostaw broni oraz gotówki. Oswald mógł więc być sowieckim szpiegiem, uśpionym agentem CIA lub też zwyczajnym szaleńcem.

Oswaldowi nie było dane wyjawić, dlaczego zamordował prezydenta. Dwa dni po jego aresztowaniu policja podjęła decyzję o przewiezieniu go do innego aresztu. Nim dotarł na miejsce, został zastrzelony przez Jacka Ruby'ego, właściciela klubu nocnego w Dallas. Fakt, że tak ważny aresztant padł ofiarą zamachowca, wstrząsnął amerykańską opinią publiczną i poważnie nadszarpnął reputację organów ścigania w Dallas. Z czasem wielu obserwatorów uznało za nieprawdopodobne, by policja wykazała się aż taką nieudolnością - ich zdaniem, oficerowie policji albo sami uczestniczyli w planach zamachu na prezydenta, albo też starali się tuszować jego przyczyny. Niemal natychmiast pojawili się liczni wyznawcy teorii spiskowych (tzw. "zamacholodzy"), upatrujący w wykonanym amatorską kamerą filmie Abrahama Zaprudera (świadka strzelaniny w Dallas) dowodu obecności "drugiego zamachowca".

Zgodnie z oficjalną wersją wydarzeń, Kennedy i Connally nie mogli zostać trafieni przez dwa kolejne pociski wystrzelone z okna składnicy książek, gdyż Oswald nie byłby w stanie tak szybko zarepetować broni. Komisja Warrena stwierdziła zatem, że kula, która trafiła prezydenta w kark, rykoszetowała i ugodziła również Connally'ego. Niektórzy nie dają wiary tej teorii, podkreślając, że tor lotu kuli przeczył hipotezie rykoszetu. Sam Connally odniósł się do ustaleń Komisji ze sceptycyzmem, twierdząc, że na pewno został trafiony osobnym pociskiem. (Należy jednak zauważyć, że doświadczeni pracownicy śledczy nie przywiązują większej wagi do zeznań ofiar zamachów, traktując je jako niezbyt wiarygodne - głównie ze względu na stres, jakiemu jest poddana ofiara. Przykładowo, Leon Trocki, śmiertelnie raniony w plecy Czekanem przez sowieckiego agenta, zdążył wyczołgać się ze swojego biura i krzyknąć do swoich kolegów: "Jacson strzelił do mnie z rewolweru!".)

Mimo powyższych zastrzeżeń zeznania Connally'ego stanowiły przyczynek do sformułowania rozmaitych teorii spiskowych - zwłaszcza takich, w których mówiono o drugim zamachowcu, strzelającym do prezydenta z "trawiastego pagórka", położonego na prawo od ulicy, przed prezydencką limuzyną (Oswald również strzelał z prawej strony, lecz znajdował się z tyłu, za kawalkadą pojazdów).

Nic dziwnego, że wiele osób zaczęło spekulować na temat potencjalnych "zleceniodawców" zamachu. Niektórzy twierdzili, że za spiskiem stało KGB; inni zaś wskazywali na agentów kubańskich w służbie Fidela Castro. Podejrzenia kierowały się również w stronę przewodniczącego potężnego związku zawodowego Teamsters Jimmy'ego Hoffy (Hoffa nienawidził prokuratora generalnego Roberta F. Kennedy'ego i mógł liczyć, że usunięcie prezydenta doprowadzi również do pozbawienia stanowiska jego brata), członków mafii, prawicowych ekstremistów (pokroju potentata naftowego H.L. Hunta), agentów CIA i FBI oraz rozmaitych kombinacji wszystkich wymienionych grup.

Niektórzy "zamacholodzy" twierdzili nawet, że podczas transportu zwłok Kennedy'ego z Dallas do Waszyngtonu członkom domniemanego spisku udało się dobrać do ciała i zmienić zewnętrzny wygląd ran, tak by sprawiały wrażenie, że do prezydenta strzelano od tyłu. Sugerowano ponadto, że sprawcy zamachu podrzucili kulę z karabinu Oswalda obok noszy, na których leżał gubernator Connally, w szpitalu Parkland w Dallas.

W połowie lat siedemdziesiątych XX w. fala krytyki pod adresem Komisji Warrena doprowadziła do utworzenia nowej Specjalnej Komisji Izby Reprezentantów do spraw Zabójstw, której przewodnictwo (po długotrwałych sporach) objął demokrata z Ohio Louis Stokes. Mandat Komisji obejmował nie tylko ponowne śledztwo w sprawie zamachu na Kennedy'ego, lecz również analizę okoliczności zabójstwa Martina Luthera Kinga. Był to okres niezwykłej popularności rozmaitych teorii spiskowych - opinia publiczna dopatrywała się udziału mrocznych sił nie tylko w morderstwach Kennedy'ego i Kinga, lecz również w zamachu na Roberta Kennedy'ego w 1968 r.

Choć Komisja Stokesa opublikowała w końcu raport, w którym negowano niektóre ustalenia Komisji Warrena, zasadnicze konkluzje obydwu ciał pozostały zgodne. Ku niezadowoleniu licznych "zamachologów" panel uznał, że Oswald rzeczywiście zabił Tippita (i nie został - jak sugerowali niektórzy - wrobiony w to morderstwo). Eksperci medyczni potwierdzili, że kula, która przeszła przez kark prezydenta, ugodziła również Connally'ego, co tłumaczyło odniesione przezeń obrażenia. Analiza (metodą emisji neutronowej) fragmentów metalu pobranych z nadgarstka Connally'ego oraz kuli znalezionej przy jego noszach potwierdziła, że stanowiły one część jednego i tego samego pocisku.

Panel wziął też jednak pod uwagę nowe okoliczności, które nie były znane w okresie obrad Komisji Warrena: chodziło o zaangażowanie członków mafii i agentów CIA w nieudaną próbę zamachu na Fidela Castro [tzw. Operacja Mangusta - przyp. tłum.]. Fakt ten stanowił znakomitą pożywkę dla zwolenników teorii spiskowych: CIA natychmiast oskarżono o próbę tuszowania afery oraz o potajemną współpracę z przestępczością zorganizowaną; co więcej - operacja CIA mogła stanowić potencjalny pretekst do zemsty ze strony Castro, zaś ewentualne zaangażowanie w sprawę kubańskiego dyktatora sugerowało, że zamach mógł odbyć się za zgodą Związku Radzieckiego.

Po dłuższej analizie Komisja Stokesa odrzuciła w końcu "wątek kubański". Stokes osobiście pojechał na Kubę i spotkał się z Castro. "Spytałem go prosto z mostu, czy brał udział w spisku. On odpowiedział: »Słuchaj, musiałbym być świrem, by zabijać prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przecież Amerykanie wymazaliby mój mały kraik z powierzchni ziemi«". Stokes dodał: "Uwierzyłem mu. Castro jest zbyt inteligentny, by angażować się w taką operację".

Komisja przeanalizowała dodatkowe dowody świadczące o powiązaniach między Jackiem Rubym i Oswaldem a przestępczością zorganizowaną, lecz jej wnioski potwierdzały wcześniejsze ustalenia Komisji Warrena - brakowało dowodów na istnienie szerszego spisku. Sytuacja uległa diametralnej zmianie zaledwie dwa tygodnie przed wygaśnięciem mandatu Komisji. Nagrania rozmów prowadzonych na dwóch policyjnych kanałach radiowych w chwili zamachu zawierały echo wystrzałów. Ekspert akustyk przeanalizowawszy nagrania stwierdził, że zidentyfikował fale akustyczne charakterystyczne dla strzałów z broni palnej oraz że istniało pięćdziesięcioprocentowe prawdopodobieństwo udziału w wydarzeniach drugiego zamachowca (usytuowanego na trawiastym pagórku). Panel początkowo nie uznał tej opinii za wystarczający powód, by podważyć oficjalną wersję wydarzeń, lecz w ciągu dwóch ostatnich tygodni pracy Komisji dwaj kolejni eksperci skonstatowali, że prawdopodobieństwo obecności drugiego zamachowca wynosiło aż 95%.

Na tej podstawie większość członków panelu przychyliła się do teorii spiskowej i ogłosiła, że choć Oswald zastrzelił Kennedy'ego, w wydarzeniach brał też udział drugi człowiek - niemal na pewno zawodowy morderca na usługach mafii. W raporcie za najbardziej logicznych podejrzanych uznano Carlosa Marcello, bossa mafii nowoorleańskiej, Santo Trafficante, bossa z Florydy, oraz Jimmy'ego Hoffę. Kilku członków panelu zgłosiło Votum separatum, twierdząc, że Komisja zbyt pochopnie wyciągnęła wnioski na podstawie dowodów akustycznych. Kongresmen Robert Edgar otwarcie ubolewał nad "ograniczeniami czasowymi związanymi z pracą Komisji oraz naszą nieznajomością zagadnień naukowych".

Rezultaty obrad Komisji Stokesa zostały później zakwestionowane przez kolejny panel, tzw. Komitet do spraw Akustyki Balistycznej, sformowany dzięki grantowi Narodowej Fundacji Naukowej Stanów Zjednoczonych (NSF). Panelowi przewodniczył Norman F. Ramsey, profesor fizyki z Harvardu. W skład komisji wchodzili naukowcy z MIT i Uniwersytetów stanu Kalifornia, Columbia oraz Princeton, eksperci z centrów badawczych firm Bell, Xerox, IBM oraz Trisolar Corporation oraz ekspert Narodowego Laboratorium do spraw Broni Palnej, finansowanego przez Departament Skarbu. Opinia ekspertów była jednoznaczna: "(...) brak akustycznych dowodów uzasadniających konkluzję, iż z 95-procentowym prawdopodobieństwem padł drugi strzał. Impulsy akustyczne, które skojarzono z wystrzałami, zostały w rzeczywistości zarejestrowane minutę po postrzeleniu prezydenta, gdy konwój jechał już do szpitala". Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej przyjęli do wiadomości te ustalenia, jednak wielu innych po dziś dzień podaje w wątpliwość teorię pojedynczego zamachowca. W 1987 r. Departament Sprawiedliwości zamknął własne śledztwo w sprawie Kennedy'ego, potwierdzając ustalenia Komisji Warrena (co - rzecz jasna - wywołało kolejną falę krytyki ze strony niezadowolonych "zamachologów"). Większość współczesnych teorii spiskowych opiera się na "wątku mafijnym", opisanym przez G. Roberta Blakeya, głównego eksperta Komisji Stokesa, w książce The Plot to Kill the President (wydanej wspólnie z Richardem N. Billingsem). Blakey zaczął pisać swoje dzieło wkrótce po opublikowaniu raportu Komisji, pod koniec 1978 r. Książka ukazała się jeszcze przed ujawnieniem najświeższych ekspertyz dotyczących poszlak akustycznych; mimo to Blakey - profesor prawa na Uniwersytecie Notre Dame - wciąż obstaje przy swojej teorii, twierdząc, że drugi zamachowiec strzelał, lecz spudłował.

Teorie mafijne narastały przez całą dekadę lat osiemdziesiątych XX w., a ich kulminacją było wydanie (w 1988 i 1989 r.) dwóch książek: Contract on America autorstwa Davida E. Scheima oraz Mafia Kingfish: Carlos Marcello and the Assassination of John F Kennedy, autorstwa Johna H. Davisa (biografa rodzin Kennedych, Bouvierów oraz Guggenheimów). Obaj autorzy przedstawili nowe, kontrowersyjne hipotezy, a ich książki okazały się bardzo poczytne. Nieco mniejszą uwagę poświęcono dziełu The Great Expectations of John Connally Jamesa Restona Juniora, wydanemu mniej więcej w tym samym okresie co prace Scheima i Davisa. Reston wskrzesił zarzuconą wcześniej tezę, zgodnie z którą Oswald wcale nie celował do prezydenta, lecz do gubernatora Teksasu, z którym miał rzekomo prywatne zatargi.

Pod koniec 1988 r. ukazała się jeszcze jedna pozycja książkowa: David W. Belin, ekspert Komisji Warrena, opublikował pracę pod tytułem Final Disclosure: The Full Truth about the Assassination of President Kennedy, w której twierdził, że pomimo niewielkich wątpliwości "za pięćdziesiąt lat historycy będą przyznawać rację Komisji Warrena". Belin zarzucił autorom innych książek ignorowanie istotnych faktów, wyjmowanie cytatów z kontekstu oraz konstruowanie wątpliwych ciągów przyczynowo-skutkowych. Choć nie żywił szacunku dla Blakeya (eksperta Komisji Stokesa), szczególnie zajadłą krytykę zarezerwował dla "łowców sensacji", autorów "szwindli wokół zamachu" oraz zwolenników "ciągłego zwodzenia społeczeństwa amerykańskiego co do szczegółów zajścia". Bezstronni obserwatorzy po jakimś czasie doszli do konkluzji, że teorie spiskowe nie zostały poddane tak wyczerpującej analizie jak raport Komisji Warrena (byłoby to zresztą monumentalne zadanie, niewątpliwie wymagające sformowania kolejnej komisji). Sama tylko praca Scheima (kierownika działu informatycznego w Narodowym Instytucie Zdrowia) zawiera kilka tysięcy przypisów odsyłających do stosownej literatury. Magazyn "Time" scharakteryzował dzieło Scheima w następujący sposób: "Wydaje się, że zgromadził wszystkie artykuły i książki na temat każdej osoby podejrzewanej o udział w zabójstwie JFK, a następnie tak poukładał posiadane fakty, by pasowały do teorii zamachu mafijnego".

Czy mana naprawdę byłaby zdolna do targnięcia się na życie prezydenta Stanów Zjednoczonych? Sławny informator Jimmy "The Weasel" Fratianno jest przeciwnego zdania. W książce The Last Mafioso pisze: "Nawet zabicie p... gliniarza jest wbrew zasadom - a my mamy zabijać prezydenta?".

Od czasu założenia w Stanach Zjednoczonych tzw. syndykatu przestępczego (co miało miejsce na początku lat trzydziestych XX w.) wewnętrzne reguły mafii zabraniają mordowania funkcjonariuszy policji, agentów FBI, prokuratorów, wysokich rangą przedstawicieli administracji publicznej oraz dziennikarzy i autorów książek. Gdy pewien nowojorski mafioso zastrzelił policjanta, którego omyłkowo wziął za swojego gangsterskiego rywala, mafia natychmiast kazała mu oddać się w ręce stróżów prawa. Czy bossowie przestępczości zorganizowanej mogliby zaplanować zamach na samego prezydenta?

Jeżeli zamach na Kennedy'ego był dziełem mafii, to bez wątpienia należałoby go uznać za najbardziej nietypowy mafijny mord wszech czasów. Owszem, "zamacholodzy" często cytują intrygujące wypowiedzi, przypisywane ważnym postaciom świata przestępczego: "Kennedy nie dociągnie do wyborów [w 1964 roku] - zostanie sprzątnięty" - Santo Trafficante, boss mafii z Tampy na Florydzie, podczas rozmowy z informatorem FBI.

"Jak to mówią na Sycylii: Jeśli chcesz zabić psa, nie odcinasz mu ogona; odcinasz głowę" - Carlos Marcello, boss mafii nowoorleańskiej w rozmowie ze znajomym, w odpowiedzi na pytanie, komu grozi śmierć - Johnowi Kennedy'emu czy też prokuratorowi generalnemu Robertowi Kennedy'emu.

Wydaje się jednak mało prawdopodobne, by ludzie na tak wysokich stanowiskach otwarcie dyskutowali o swoich interesach przestępczych z osobami trzecimi (nienależącymi do mafii) - chyba że nie mówili na serio. Prawdziwe zamachy mafijne zawsze odbywają się pod osłoną całkowitego milczenia, zaś bossowie mafii dobrze wiedzą, jak wielkie znaczenie ma dyskrecja. Takie same wypowiedzi w ustach niższych rangą mafiosów oznaczałyby dla nich wyrok śmierci.

Badacze struktur mafii północnoamerykańskiej podkreślają że - wbrew twierdzeniom "zamachologów" - ani Trafficante, ani Marcello, ani nawet Sam Giancana (boss mafii chicagowskiej) nie mieli wystarczających wpływów w kręgach przestępczości zorganizowanej, by przeprowadzić taki zamach bez zgody krajowej komisji mafii, co z kolei wymagałoby aprobaty Carlo Gambino (ostatniego de facto "bossa nad bossami"). Pewien nowojorski reporter zajmujący się sprawami mafii od ponad trzydziestu lat skonstatował: "Jest niewyobrażalne, by tak ostrożny z natury don jak Gambino zatwierdził podobny zamach. Gdyby jednak to zrobił i gdyby dowiedział się o niedyskrecji Trafficante i Marcello - a z pewnością by się dowiedział - natychmiast wysłałby do Nowego Orleanu i Tampy pięćdziesięciu cyngli z zadaniem uciszenia ich obu".

"Zamacholodzy" zwracają też uwagę na fakt, że w dniach poprzedzających zamach Jack Ruby niezwykle często korzystał z telefonu. Twierdzą że fakt ten wskazuje na powiązania Ruby'ego z siatką mafijnych spiskowców. Badacze zajmujący się problematyką przestępczości zorganizowanej uważają jednak, że gangsterzy nigdy nie korzystają ze "spalonych" telefonów w trakcie przygotowań do zamachów - nie dość, że ich rozmowy można by prześledzić na billingach, to jeszcze groziłaby im wpadka w razie zainstalowania przez policję lub FBI urządzeń podsłuchowych. Każda teoria spiskowa zakłada istnienie "kozła ofiarnego", wydelegowanego przez spiskowców po to, by wziął na siebie odpowiedzialność za zamach. I tak - zdaniem "zamachologów" - Oswald, Sirhan Sirhan oraz James Earl Ray byli kozłami ofiarnymi. Co więcej, amatorzy teorii spiskowych często posiłkują się koncepcją dublerów (mamy więc do czynienia z "dublerem Oswalda", "dublerem Ruby'ego" itp.), oraz, oczywiście, wspólników: w przypadku JFK - drugiego zamachowca usytuowanego na trawiastym pagórku; podczas zamachu na Roberta Kennedy'ego - wspólnika Sirhana Sirhana zaczajonego rzekomo w magazynie hotelowym; w zamachu na Martina Luthera Kinga - osoby oczekującej na zapleczu motelu. Nawet w dyskusjach na temat sławnego zamachu na prezydenta Roosevelta lub burmistrza Cermaka (nie udało się ustalić, do kogo tak naprawdę strzelał Zangara) często pojawiają się wzmianki o tajemniczym "drugim strzelcu", który skorzystał z zamieszania, by oddać kilka salw i wziąć nogi za pas. Co charakterystyczne, żaden z tych domniemanych uczestników zajść nigdy nie został zidentyfikowany; nie znaleziono też żadnych kul pochodzących z ich broni.

Jeżeli zwolennikom teorii mafijnej nie uda się przedstawić nowych, rewolucyjnych dowodów na potwierdzenie swoich tez, uwaga niewątpliwie skupi się znów na Oswaldzie - samotnym, niezrównoważonym mordercy. Istnieją niepodważalne dowody świadczące, iż Oswald usiłował wcześniej zamordować ultrakonserwatywnego generała Edwina Walkera, oddając strzał przez okno jego domu w Dallas w kwietniu 1963 r. Zamach spalił na panewce, gdyż Walker w ostatniej chwili zszedł z linii ognia (kula chybiła o włos). Żona Lee Harveya, Marina Oswald, zeznała w końcu, że mąż przyznał się jej do popełnionego czynu, gdy tylko wrócił do domu, oraz że początkowo utrzymywała ten fakt w tajemnicy, gdyż obawiała się ewentualnych zarzutów współudziału w zamachu. Przed zamachem na Walkera Oswald sporządził napisaną po rosyjsku notatkę, w której twierdził, że zamierza dokonać "wielkiego czynu"; co więcej - detektywi znaleźli w jego mieszkaniu wiele fotografii domu generała Walkera.

Walker i Kennedy byli przedstawicielami diametralnie odmiennych opcji politycznych. Fakt, że Oswald usiłował zamordować obu tych ludzi, uprawdopodobnia tezę, zgodnie z którą był on zwykłym psychopatą, takim jak Zangara (który - jak sam stwierdził - z równą chęcią zabiłby Calvina Coolidge'a czy też Herberta Hoovera), John W. Hinckley (który najpierw usiłował zabić prezydenta Jimmy'ego Cartera, a później postrzelił Ronalda Reagana), czy wreszcie Arthur Herman Bremer (który wybrał się do Kanady w nadziei na zamordowanie Richarda Nixona, lecz gdy ten plan zakończył się fiaskiem, przeprowadził zamach na George'a Wallace'a).

Z powyższych rozważań nie wyłania się sylwetka Oswalda - człowieka o tysiącu twarzy, lecz raczej sfrustrowanego seksualnie nieudacznika życiowego (Oswald bił swoją żonę, a później prosił ją o wybaczenie, zaś ona sama na przemian kusiła go i odrzucała). W noc poprzedzającą zamach Oswald udał się do łóżka jako pierwszy, zaś Marina położyła się chwilę po nim, nie odzywając się doń ani jednym słowem. Następnego ranka Oswald wstał jako pierwszy, zdjął swoją obrączkę ślubną i zostawił ją w kubku na kredensie, zaś do szuflady włożył portfel z 170 dolarami w gotówce. Miał zamiar zamordować prezydenta Stanów Zjednoczonych. Trudno nie przyznać racji profesorowi Jamesowi W. Clarke'owi, autorowi pracy American Assassins: The Darker Side of Politics, określającemu Oswalda mianem "zagubionego młodego człowieka, którego - jak wskazują fakty - od morderczego czynu mogło odwieść ciepłe słowo i szczery uścisk".

 
 
Ludwik XV, król Francji (1710-1774)

Próba zamachu

W 1756 r. spór między ortodoksyjnymi katolikami a tzw. jansenistami (określanymi też mianem "kalwińskich katolików") osiągnął punkt wrzenia. Janseniści wierzyli w przeznaczenie, kładli nacisk na osobiste dążenie do świętości oraz wystrzegali się częstego przyjmowania komunii. Arcybiskup Paryża Christophe de Beaumont podgrzał nastroje, nakazując podległym mu księżom udzielanie komunii tylko tym wiernym, którzy wyspowiadali się u kapłana nieprzejawiającego sympatii jansenistycznych. Zdominowany przez jansenistów parlament paryski, składający się głównie z bogatych prawników i funkcjonujący jako swego rodzaju sąd apelacyjny, odmówił uznania tych obostrzeń i nakazał księżom zignorować biskupi edykt. Ludwik XV początkowo nie wtrącał się w konflikt, lecz w końcu uległ presji paryżan i wygnał arcybiskupa do Conflans na wschodzie Francji. Mimo to już dziesięć dni później monarcha - zmuszony do poszukiwania pożyczki na prowadzenie wojny siedmioletniej - nakazał parlamentowi przyjąć papieską bullę potępiającą jansenistów.

W rezultacie królewskich działań spór przybrał na sile. 5 stycznia 1757 r. Ludwik XV przebywał na dziedzińcu Wersalu, gdy nagle został dźgnięty sztyletem przez 41-letniego Roberta François Damiensa. Damiens nie próbował uciec z miejsca zbrodni, zaś ranny król wydał swoim strażom rozkaz: "Schwytajcie go, ale nie czyńcie mu krzywdy".

Rana monarchy okazała się powierzchowna. Damiens stwierdził potem: "Nie miałem zamiaru zgładzić króla, choć mógłbym to zrobić, gdybym chciał. Pragnąłem jedynie, by Bóg dotknął królewskiego serca i by za jego sprawą [król] przywrócił naturalny bieg rzeczy". Damiens dodał jeszcze, że "za całe zamieszanie wokół sakramentów odpowiada arcybiskup Paryża, który (...) odmówił ich udzielania".

Proces zamachowca odbył się przed wielką izbą parlamentu. Damiens został uznany winnym. Jego rodziców i siostrę wygnano z kraju, zaś zamachowca skazano na tortury przynależne królobójcom: miał być szarpany rozpalonymi szczypcami, oblany wrzącym ołowiem, a następnie rozwłóczony przez cztery konie. Królewskie damy dworu wnosiły olbrzymie opłaty, by zdobyć dogodne miejsca wśród widowni. Sam król był zdegustowany egzekucją i po jej zakończeniu nakazał wysłać wygnanym członkom rodziny Damiensa zapomogi finansowe. Wielkoduszność Ludwika XV sprawiła, że niepopularny monarcha zyskał nieco w oczach ludu, lecz sprawa Damiensa szybko poszła w zapomnienie, gdy król wydał dekret, w którym groził śmiercią za tworzenie lub publikowanie "jakichkolwiek dzieł wymierzonych przeciwko religii, przeciwko autorytetowi korony lub przeciwko porządkowi i spokojowi państwa". Ludwik zraził do siebie w ten sposób ateistycznych filozofów z Diderotem na czele. Sytuację pogorszyło jeszcze wygnanie z kraju jezuitów, w wyniku czego na głowę monarchy zaczął sypać się grad krytyki ze strony katolików. Narastająca presja na sformowanie reprezentatywnego rządu miała w końcu doprowadzić do wybuchu rewolucji francuskiej. Z powodu braku reform społecznych i gospodarczych, których konieczności dobitnie dowiódł czyn Damiensa, monarchia francuska była skazana na zagładę.

 

 

McKinley, William (1843-1901)

6 września 1901 r. w tzw. Świątyni Muzyki na Wystawie Panamerykańskiej w Buffalo (stan Nowy Jork) podekscytowany tłum oczekiwał na przemówienie prezydenta Williama McKinleya. Wśród widowni znajdował się drobny 28-letni mężczyzna nazwiskiem Leon Czolgosz. Jego prawa dłoń była owinięta bandażem. Czolgosz cierpliwie torował sobie drogę przez tłum, pochylając jednocześnie głowę, by nie zwracać uwagi obecnych policjantów. Od jakiegoś czasu zamieszkiwał w pobliskiej miejscowości West Seneca, gdzie dał się poznać jako radykalny anarchista.

Gdy Czolgosz zatrzymał się tuż przed korpulentnym, odzianym w smoking prezydentem, McKinley podszedł do niego z uśmiechem na twarzy. Nagle spod bandaża wokół prawej dłoni Czolgosza błysnął pistolet. Pierwszy strzał trafił w guzik prezydenckiej marynarki i rykoszetował, lecz drugi ugodził McKinleya prosto w brzuch. Prezydent zachwiał się na nogach, zaś towarzyszący mu żołnierze i strażnicy rzucili się na napastnika. "Spełniłem moją powinność!" - krzyknął Czolgosz. W tym samym momencie jeden ze strażników zdzielił go pięścią w twarz. Prezydent, z trudem łapiąc oddech, mruknął: "Spokojnie, chłopcy".

McKinley zmarł osiem dni później (14 września) w wyniku gangreny trzustki. Zdaniem współczesnych ekspertów, do jego śmierci w znacznym stopniu przyczyniła się doraźna operacja, wykonana w nieodpowiednich warunkach oświetleniowych i bez użycia specjalistycznych narzędzi chirurgicznych. Chirurdzy nie byli w stanie odszukać pocisku ani podczas operacji, ani nawet w trakcie późniejszej sekcji zwłok - zadanie utrudniała znaczna tusza McKinleya.

Władze nie zwlekały z postawieniem Czolgosza przed sądem: nastąpiło to już dziewięć dni po śmierci prezydenta. Rozprawa trwała zaledwie osiem godzin. Czolgosz zignorował wyznaczonego przez sąd adwokata i odmówił złożenia jakichkolwiek zeznań. Wyrok skazujący przyjął z zupełną obojętnością.

Prasa zwracała baczną uwagę na radykalne poglądy Czolgosza, sugerując, że w sprawę mogły być zamieszane inne osoby. Wkrótce wyszło jednak na jaw, że nawet anarchistyczne pismo "Free Society" przestrzegało swoich czytelników przed zadawaniem się z Czolgoszem. Zdaniem redaktora Abe Isaaka, Czolgosz był niebezpiecznym szaleńcem, a być może nawet wtyczką policyjną w szeregach ruchu anarchistycznego. Jesienią 1897 r. Czolgosz przeżył załamanie nerwowe na wieść o masakrze w kopalni Lattimer (pokojowy strajk związku słowiańskich górników został utopiony we krwi przez właścicieli kopalni - był to jeden z najbardziej haniebnych epizodów amerykańskiej historii końca XIX w.).

Po tych wydarzeniach Czolgosz zamknął się w sobie i na dłuższy czas zerwał jakiekolwiek kontakty ze światem zewnętrznym. Nie powrócił już do pracy, lecz w lipcu 1900 r. podobno bardzo podekscytowała go wieść o zamordowaniu króla Włoch Umberto I (monarcha zginął z rąk włosko-amerykańskiego anarchisty nazwiskiem Gaetano Bresci, który przez dłuższy czas gromadził fundusze na wyprawę do Europy, specjalnie po to, by popełnić zamach). Prasa anarchistyczna na całym święcie wychwalała czyn Bresciego, co nie uszło uwagi Czolgosza. W rezultacie Czolgosz wyjechał do Chicago, gdzie przystał do anarchistów; wkrótce jednak został poddany ostracyzmowi ze względu na swoje dziwaczne zachowanie.

Gdy "Free Society" opublikowało wzmiankowany wyżej artykuł, Czolgosz opuścił Chicago. Niedługo potem zastrzelił prezydenta. Znana anarchistka Emma Goldman twierdziła, że oskarżenia prasowe mogły pchnąć Czolgosza do popełnienia zbrodni, by dowieść swojego oddania sprawie.

Czolgosz został stracony w ekspresowym tempie, 29 października 1901 r. Gdy przywiązywano go do krzesła elektrycznego w więzieniu Auburn, był - zdaniem świadków - "spokojny i (...) opanowany, z wyprostowaną głową (...) jego twarz wyrażała upartą determinację". Powiedział: "Zabiłem prezydenta, gdyż był wrogiem ludu - dobrego ludu pracującego. Nie żałuję tego, co zrobiłem. Żałuję, że nie mogłem spotkać się ze swoim ojcem". Brat Czolgosza złożył wniosek o wydanie zwłok rodzinie, lecz władze odrzuciły tę prośbę. Czolgosz został pochowany w więziennym grobie, zaś na jego ciało wylano "sześć beczek wapna i roztworu kwasu siarkowego". Szacuje się, że zwłoki uległy rozkładowi w przeciągu 12 godzin.

McKinley był trzecim prezydentem, który poniósł śmierć z rąk zamachowców w ciągu 36 lat. Jego następca Theodore Roosevelt obarczył Secret Service zadaniem zapewnienia odpowiedniej ochrony głowie państwa.

 

Nixon, Richard M. (1913-1994)

Próba zamachu

Gdyby operacja ochrzczona mianem "Puszka Pandory" zakończyła się sukcesem, Samuel J. Byck, bezrobotny 44-letni handlowiec z Filadelfii, przeszedłby do historii jako sprawca najbardziej spektakularnego zamachu na prezydenta w dziejach USA. Choć jednak w wyniku działań Bycka zginęły dwie osoby, dziś mało kto o nim pamięta. Byck miał zamiar porwać samolot rejsowy w porcie lotniczym Baltimore-Washington, zmusić załogę do lotu w kierunku Białego Domu, następnie zastrzelić pilota, przejąć stery i staranować siedzibę prezydenta, zabijając Nixona, jego sztab, siebie oraz wszystkich pasażerów. Zamachowiec pozostawił po sobie stos listów i nagrań, które rozesłał do rozmaitych osobistości publicznych na kilka godzin przed akcją - wśród adresatów znaleźli się m.in. Jack Anderson, Jonas Salk, Leonard Bernstein oraz senator Abraham Ribicoff. Pod względem usposobienia Byck przypominał Lee Harveya Oswalda (zabójcę prezydenta Kennedy'ego) oraz Sarę Jane Moore (kobietę, która usiłowała zastrzelić prezydenta Geralda Forda): wszystkich troje cechowała tzw. osobowość neurotyczna i wszyscy popełnili swoje czyny z pobudek osobistych, choć starali się nadać im głębszy sens społeczny. Większość osób pokroju Oswalda i Moore cierpi z powodu odrzucenia przez współmałżonka, dzieci lub rodziców i ma niskie poczucie własnej wartości, wywołane porażkami w życiu prywatnym. Byck nie był wyjątkiem: jak wynika z jego nagrań, cierpiał na głęboką depresję. Jego zarobki na stanowisku sprzedawcy opon były znikome, a on sam pałał zawiścią do swojego rodzeństwa - jeden z jego braci zrobił karierę w przemyśle oponiarskim, zaś drugi był dobrze sytuowanym stomatologiem. Byck przeżył rozstanie z żoną (która odeszła od niego z dwójką dzieci) i miał nawet pretensje do własnej matki za jej przeprowadzkę na Florydę. W jednym z nagrań przewiduje, iż jego matka powróci z Florydy "w cholernym pośpiechu".

20 lutego 1974 r., dwa dni przed planowanym zamachem, Byck sporządził testament, w którym zapisywał wszystko swojemu jedynemu przyjacielowi - współpracownikowi ze sklepu z oponami. Dokument uzupełnił notatką: "Swoim dzieciom zostawiam (...) po jednym dolarze. Mają siebie nawzajem i zasługują na siebie nawzajem". Jak wynika z nagrań, winą za swoje problemy osobiste obarczał "korupcję" i "represje" ze strony władz.

Byck po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę Secret Service w 1972 r., gdy - jak donoszono - zaczął formułować pogróżki pod adresem prezydenta Nixona. Byck zaprzeczył stawianym mu wówczas zarzutom, zaś badający go psychiatra poinformował agentów rządowych, że Byck nie stanowi zagrożenia dla siebie ani dla innych i że jest tylko "bardzo gadatliwym człowiekiem, który lubi grozić innym, lecz nigdy nie spełnia swoich gróźb". Prokuratura stanowa w Filadelfii powstrzymała się przed postawieniem go w stan oskarżenia, choć Byck trafił na pewien czas do szpitala psychiatrycznego na obserwację. Jesienią 1973 r. Byck był dwukrotnie aresztowany za organizowanie nielegalnych manifestacji przed Białym Domem, jednak również wtedy nie postawiono mu żadnych zarzutów.

22 lutego 1974 r. Byck zadał kłam przytoczonej opinii psychologa. Poprzedniej nocy wyjechał z Filadelfii i dotarł na lotnisko w Waszyngtonie na niemal pustym baku, nagrywając na dyktafonie swoje przemyślenia: "To by dopiero było, gdyby tak zwanemu niedoszłemu mordercy zabrakło benzyny. Kilka osób - ja też - zawdzięczałoby swoje życie kryzysowi paliwowemu".

Kilka minut po siódmej rano Byck ustawił się w kolejce do odprawy na lot linii Delta numer 523 do Atlanty. Nagle podszedł do stojącego nieopodal strażnika, wyciągnął z kieszeni płaszcza pistolet kaliber .22 cala i oddał dwa strzały. Strażnik zmarł na miejscu w wyniku przerwania aorty, natomiast Byck - korzystając z wywołanego zamieszania - przebiegł przez posterunek kontrolny i wbiegł do samolotu.

Na pokładzie maszyny Byck wpadł do kabiny pilotów i nakazał im natychmiastowy start, oddając jeden ostrzegawczy strzał w górę. Stewardesy, którym polecił zamknąć drzwi, skorzystały z okazji, by uciec z samolotu. Byck strzelił w ich kierunku, lecz spudłował, następnie zaś ponownie zażądał natychmiastowego startu. Kapitan odpowiedział, że nie może wystartować przed usunięciem klocków blokujących podwozie samolotu. Byck wpadł w furię i postrzelił drugiego pilota w brzuch. "Następną kulę wpakuję w twoją głowę!" - wrzasnął, a potem pochwycił jedną z pasażerek i wepchnął ją do kokpitu, krzycząc: "Pomóż mu wystartować!".

Gdy spoza samolotu dobiegły odgłosy wystrzałów, Byck wyrzucił pasażerkę z kokpitu, po czym oddał dwa kolejne strzały do pilotów, trafiając drugiego pilota w oczodół, zaś kapitana w ramię. Kapitan, który w chwili oddania strzału rozmawiał przez radio, usiłując wezwać do samolotu innego pilota, stracił przytomność. Drugi pilot najprawdopodobniej już nie żył.

Byck przeładował broń, chwycił za włosy kolejną pasażerkę i wepchnął ją do kokpitu, gdzie ponownie postrzelił obu pilotów. Nagle owiewkę samolotu roztrzaskała kula z broni snajperskiej. Byck usłuchał błagalnych próśb zakładniczki i pozwolił jej opuścić kokpit. Sekundę później padły dwa kolejne strzały, trafiając Bycka w brzuch i klatkę piersiową. Mężczyzna zachwiał się i upadł na podłogę. Ostatkiem sił podniósł swój pistolet, przytknął go do własnej skroni i pociągnął za spust.

 

 

Reagan, Ronald (1911-2005)

Próba zamachu

John W. Hinckley postanowił zabić prezydenta Ronalda Reagana po obejrzeniu młodej aktorki Jodie Foster (na której punkcie miał obsesję) w filmie Taksówkarz. Film przedstawiał szaleńca (Robert De Niro) pragnącego zastrzelić jednego z kandydatów w wyborach prezydenckich. Co ciekawe, scenariusz oparto częściowo na sylwetce Arthura Bremera, który przeprowadził nieudany zamach na gubernatora George'a Wallace'a.

Hinckley, 25-letni włóczęga z Evergreen w stanie Kolorado, postrzelił Reagana 30 marca 1981 r., gdy prezydent opuszczał hotel Washington Hilton po wygłoszęniu przemówienia do przedstawicieli związków zawodowych. Nim zamachowiec został obezwładniony przez agentów ochrony, zdążył oddać cztery do sześciu strzałów (eksperci nie są tu zgodni) z kiepskiej jakości rewolweru kaliber .22 cala. Reagan został trafiony tylko jeden raz: kula raniła go pod lewą pachą, przebiła klatkę piersiową, rykoszetowała od siódmego żebra i utkwiła w dolnej części lewego płuca. Prezydent zastygł w bezruchu na kilka sekund w drzwiach swojej limuzyny, po czym został gwałtownie wepchnięty do wnętrza pojazdu przez towarzyszącego mu agenta Secret Service. Co ciekawe, Reagan nie zdawał sobie sprawy z postrzału; sądził, że ucierpiał w wyniku popchnięcia przez ochroniarza. Dopiero po drodze do szpitala wyszło na jaw, że jest ranny.

Oprócz prezydenta obrażenia odnieśli również jego osobisty sekretarz prasowy James S. Brady, agent Secret Service Timothy J. McCarthy oraz waszyngtoński policjant Timothy K. Delahanty. Cała trójka przeżyła, choć Brady spędził w szpitalu cztery miesiące i doznał częściowego paraliżu. W późniejszych latach Brady wspólnie z małżonką zaczęli prowadzić aktywną kampanię na rzecz zakazu swobodnego handlu bronią (Reagan nawet po postrzale pozostał zwolennikiem prawa do posiadania broni).

Hinckleya schwytano na gorącym uczynku. Po wstępnym śledztwie wyszło na jaw, że był synem bogatego przedsiębiorcy z branży naftowej. Dorastał w luksusowej posiadłości w Dallas, zaś w 1974 r. przeniósł się wspólnie z rodziną do Kolorado. Uczęszczał z przerwami na Texas Tech University, lecz nigdy nie ukończył studiów. Często jeździł po kraju, a w 1978 r. zapisał się do Amerykańskiej Partii Narodowo-Socjalistycznej (określanej też mianem Amerykańskiej Partii Nazistowskiej). Po zamachu na Reagana rzecznik ugrupowania stwierdził, że partia odmówiła prolongaty członkostwa Hinckleya ze względu na jego "wybuchowy temperament".

25 marca 1981 r. Hinckley odbył podróż z Denver do Los Angeles samolotem, zaś następnego dnia wsiadł w autobus dalekobieżny linii Greyhound do Waszyngtonu. Na miejsce przybył 29 marca, dzień przed zamachem. Okazało się, że już wcześniej śledził prezydentów: 9 października 1980 r. odwiedził Nashville w stanie Tennessee, w tym samym czasie, gdy na terenie miasta przebywał prezydent Jimmy Carter. Został wówczas aresztowany na lotnisku, gdyż rutynowe prześwietlenie ujawniło w jego torbie podręcznej trzy pistolety i pudełko z amunicją. Broń skonfiskowano, zaś na Hinckleya nałożono grzywnę w wysokości 62,50 dolara (mimo to władze nie miały zamiaru śledzić jego dalszych poczynań). Cztery dni po opuszczeniu Tennessee Hinckley przybył do Dallas i kupił w komisie dwa rewolwery kaliber .22 cala. Jednym z nich posłużył się później podczas zamachu na Reagana.

W wyniku śledztwa ustalono, że Hinckley miał obsesję na punkcie gwiazdy filmowej Jodie Foster, studiującej wówczas na uniwersytecie Yale. Napisał do niej szereg listów, a detektywi odnaleźli w jego pokoju hotelowym kolejne gotowe pismo, datowane 30 marca 1981 r., godzina 12.45 (zaledwie godzinę i 45 minut przed zamachem). W liście czytamy:

Droga Jodie, jest bardzo prawdopodobne, że zginę podczas próby zabicia Reagana. Dlatego właśnie piszę do Ciebie teraz. (...)

Hinckley wyznaje Foster swoją miłość i dodaje:

(...) choć kilka razy rozmawialiśmy przez telefon, nigdy nie miałem dość odwagi, by podejść i się przedstawić. (...) Jodie, porzuciłbym myśl o zamachu w okamgnieniu, gdybym tylko mógł spędzić resztę życia u Twojego boku, choćby i w całkowitym zapomnieniu. Przyznam, że jedyną przyczyną, dla której zrobię to, co zrobię, jest chęć zaimponowania Ci. Muszę udowodnić, że wszystko, co czynię, czynię dla Ciebie. Składając w ofierze swoją wolność, a być może życie, liczę, że zmienisz swoje zdanie o mnie.

W sierpniu 1981 r. Hinckley został oskarżony o usiłowanie zabicia prezydenta Reagana. Zdaniem FBI, działał w pojedynkę. Dyrektor CIA William Casey miał jednak wątpliwości i wszczął drobiazgowe śledztwo w sprawie ewentualnych powiązań między Hinckleyem a KGB. Gdy długotrwałe dochodzenie nie przyniosło żadnych rezultatów, Casey w końcu dał za wygraną.

W werdykcie, który wstrząsnął Ameryką, ława przysięgłych oczyściła Hinckleya z zarzutu usiłowania zabójstwa z uwagi na niepoczytalność. Hinckley trafił do szpitala psychiatrycznego.

W 1987 r. reporter "Washington Post" Bob Woodward wydał głośną książkę Veil - tajne wojny CIA, w której twierdził, że wbrew oficjalnym komunikatom Reagan otarł się o śmierć i że jego rekonwalescencja przebiegała z wielkim trudem. Zdaniem Woodwarda, szybkie - niemal cudowne - ozdrowienie Reagana było fikcją, i mimo że prezydent uśmiechał się i machał do tłumów, w rzeczywistości "chodził powoli i niepewnie, niczym staruszek; był blady i zdezorientowany". Woodward donosił też, że Reagan często wymagał inhalacji, pozostawał w stanie ciągłego rozkojarzenia i "mógł skoncentrować się na pracy najwyżej przez godzinę dziennie".

W książce Woodwarda czytamy, że po zamachu dyrektor CIA nabrał obsesji na punkcie bezpieczeństwa prezydenta, co spowodowało jego późniejszą przesadną reakcję na niepotwierdzone doniesienia, iż przywódca Libii Muammar Kaddafi zlecił kilku tajnym "brygadom śmierci" zamordowanie Reagana. Ustalono, że za większość tych doniesień odpowiadał niejaki Manucher Ghorbanifar, handlarz bronią powiązany ze służbami wywiadowczymi Izraela oraz Iranu, odgrywający ważną rolę w aferze Iran-Contras.

W 1987 r. Secret Service ujawniło, że wbrew ostrym protestom ze strony agencji Hinckley otrzymał w grudniu poprzedniego roku przepustkę na dwunastogodzinne widzenie ze swoją rodziną w Reston w stanie Wirginia (cały czas pozostawał pod eskortą pracowników szpitala). Rok później szpital św. Elżbiety zaproponował udzielenie Hinckleyowi jednodobowej przepustki bez eskorty na wyjazd do rodziny w McLean (stan Wirginia). Gdy jednak wyszło na jaw, że Hinckley prowadził korespondencję ze skazanym mordercą Theodorem Bundym, oczekującym na egzekucję w stanie Floryda, szpital wycofał wniosek.

W 1999 r. władze zgodziły się zezwolić Hinckleyowi na kontrolowane wizyty u rodziny, zastrzegły jednak, że wszelkie przepustki muszą być uzgadniane z agencjami rządowymi oraz że przepustki dłuższe niż jednodniowe są wykluczone.

 

 

Roosevelt, Franklin Delano (1882-1945)

Próba zamachu

Wieczorem 15 lutego 1933 r. prezydent elekt USA Franklin Delano Roosevelt przypłynął do Miami na pokładzie jachtu Vincenta Astora po dwunastodniowym rejsie wakacyjnym. Podczas przejazdu przez miasto Roosevelt postanowił wygłosić krótkie przemówienie w lokalnym parku. Wspiął się na tylne siedzenie swojego kabrioletu, a po zakończeniu liczącej zaledwie 132 słowa mowy ponownie usiadł i pomachał do stojącego obok burmistrza Chicago Antona J. Cermaka, prosząc, by zajął miejsce w jego samochodzie. Gdy burmistrz wsiadał do auta, domniemany zamachowiec Giuseppe Zangara zerwał się z krzesła ustawionego około 8 metrów od pojazdu i otworzył ogień z rewolweru kaliber .32 cala, zakupionego wcześniej w komisie za 8 dolarów. Zangara oddał pięć strzałów, trafiając pięć osób: trzech mężczyzn w głowę, jedną kobietę w brzuch oraz Cermaka pod prawą pachą (pocisk utkwił w jego płucu).

Trafiony Cermak krzyknął: "Zabierzcie stąd prezydenta". Do Roosevelta powiedział: "Cieszę się, że to ja oberwałem, a nie pan". Roosevelt, który zasłonił rannego burmistrza własnym ciałem, opowiedział później: "Trzymałem go przez całą drogę do szpitala, jego puls się poprawiał (...). Pamiętam, że powiedziałem: »Tony, spokojnie - nie ruszaj się (...) nie będzie cię bolało, tylko nic nie mów i nie ruszaj się«".

Cermak przeżył jeszcze trzy tygodnie. Ze swojego szpitalnego łóżka zaczął głosić teorię, która w ostatnich latach zdobyła sporą popularność: twierdził, że to on, a nie Roosevelt, był rzeczywistym celem zamachu. Jego teza wydawała się niebezpodstawna: między burmistrzem a chicagowskim gangiem Ala Capone trwał ostry konflikt. Zgodnie z opisaną teorią, Zangara, wbrew własnym zeznaniom, był w rzeczywistości zamachowcem wynajętym do zabicia burmistrza, zaś obecność prezydenta elekta umożliwiła mu zmylenie detektywów badających okoliczności zamachu. Sędzia John H. Lyle, uważany za człowieka najlepiej poinformowanego w sprawach chicagowskiej przestępczości zorganizowanej (z wyjątkiem samych mafiosów), kategorycznie stwierdził, że "Zangara był mafijnym mordercą sprowadzonym z Sycylii w celu wykonania zadania oraz zobowiązanym do milczenia". Należy jednak zauważyć, że Zangara mieszkał w Stanach Zjednoczonych już od 10 lat.

Cermak cieszył się opinią "reformatora", lecz w rzeczywistości wcale nim nie był. Wojna wypowiedziana przezeń gangowi Capone nie miała na celu wyeliminowania przestępczości w Chicago, lecz raczej osadzenie na szczycie lokalnej hierarchii przestępczej własnego protegowanego, Teddy'ego Newberry'ego. W kręgach politycznych Cermak był znany pod pseudonimem "Tony Dziesięć Procent", z uwagi na wysokość łapówek pobieranych przezeń w zamian za zgodę na rozmaite inwestycje i interesy na terenie miasta. Był tak zdeterminowany osiągnąć swój cel, że usiłował nawet zgładzić Franka Nittiego, tytularnego następcę przebywającego w więzieniu Ala Capone. Z zeznań złożonych przez osoby zamieszane w tę operację wynika, że burmistrz wydelegował specjalną brygadę "twardych glin" do sprzątnięcia Nittiego; ci zaś dopadli znanego gangstera na chicagowskiej ulicy, zatrzymali go, założyli mu kajdanki, a następnie zaczęli do niego strzelać. Nitti został trafiony trzykrotnie, w kark i w plecy, lecz cudem uniknął śmierci. Cermak, przestraszony spartaczeniem roboty przez swoich podwładnych, opuścił Chicago, wybierając się na długi urlop na Florydzie.

Zgodnie z opisywaną teorią, Nitti rozpoczął swoją zemstę od zabicia Newberry'ego (który niewątpliwie maczał palce w policyjnym zamachu), następnie zaś wynajął płatnego mordercę - Zangarę - by sprzątnął burmistrza. Cermak opuścił Chicago 21 grudnia 1932 r., zaś 15 lutego 1933 r. wciąż przebywał na Florydzie, co wydaje się potwierdzać wysuwaną przez niektórych obserwatorów tezę, iż wcale nie zamierzał powrócić do swojego miasta. Teoria zamachu na Cermaka nigdy nie doczekała się oficjalnego potwierdzenia, choć pod koniec lat osiemdziesiątych niektórzy eksperci, wierzący w udział mafii w zamordowaniu prezydenta Kennedy'ego, zaczęli traktować kazus Cermaka jako swoisty precedens. Z drugiej jednak strony, większość badaczy przestępczości zorganizowanej wyśmiewa tezę, zgodnie z którą profesjonalny mafijny zabójca miałby posłużyć się bronią krótką do oddania strzału z odległości ośmiu metrów. Jeśli jednak Zangara mierzył do Roosevelta, wówczas jak wytłumaczyć fakt, że pięciokrotnie spudłował - skoro podczas służby we włoskiej armii cieszył się reputacją znakomitego strzelca? Zgodnie z relacjami prasowymi, zamach udaremniła szybka reakcja postronnego świadka, który chwycił Zangarę za rękę w chwili, gdy ten pociągał za spust. Opis ten jest jednak najprawdopodobniej sprzeczny z prawdą: sam Zangara zeznał, że został obezwładniony dopiero po oddaniu wszystkich strzałów, a jego zeznania potwierdził biorący udział w zajściu policjant. Na podstawie rezultatów strzelaniny (czterech rannych świadków!) można więc wysunąć tezę, iż Zangara - wbrew pozorom - nie umiał dobrze posługiwać się bronią.

Jednym z ekspertów, którzy poświęcili sporo uwagi potencjalnym powiązaniom między Zangarą a mafią, był David E. Scheim, autor wydanej w 1988 r. książki Contract on America. Wielu badaczy uważa jednak hipotezy Scheima za nieprzekonujące. W przedstawionej przezeń wersji wydarzeń ważną rolę miała odgrywać postać nieodłącznie towarzysząca licznym teoriom spiskowym: tajemniczy "drugi zamachowiec", który rzekomo oddał śmiertelny strzał, a następnie zapadł się pod ziemię.

W pracy American Assassins profesor James W. Clarke podważa teorię spiskową i opisuje Zangarę jako człowieka o światopoglądzie "w znacznym stopniu skrzywionym przez uogólnioną, obsesyjną negację wszystkiego - w tym własnego istnienia". Zangara zżymał się na kapitalistów, lecz próżno szukać dowodów świadczących, by był socjalistą, komunistą, anarchistą czy nawet faszystą. Pomimo głośnych słów krytyki pod adresem "kapitalistycznych prezydentów i królów" wyszło na jaw, że był zarejestrowanym członkiem Partii Republikańskiej. Sam Zangara stwierdził, że sprzeciwiał się prezydentom od przybycia do Stanów Zjednoczonych w 1923 r. i że podczas swojego wcześniejszego pobytu we Włoszech rozważał zamach na króla Wiktora Emanuela III. Podczas przesłuchań oznajmił, że z równą chęcią zabiłby prezydenta Calvina Coolidge'a czy Herberta Hoovera, a podniósł rękę na Roosevelta wyłącznie dlatego, że akurat przebywał on w Miami. "Gdybym zobaczył pana Hoovera, zabiłbym jego - ogłosił podczas procesu. - Żadna różnica. Prezydenci to jedna hałastra... wszyscy są tacy sami". Zangara trzymał się tej linii zeznań aż po swoją egzekucję. Na temat Cermaka powiedział jedynie: "Nie celowałem do niego, ale nie żałuję, że go trafiłem".

Tuż przed śmiercią Zangara oznajmił: "Nie ma Boga. Wszystko jest pod nami. (...) Patrzcie, nie boję się krzesła elektrycznego". Zasiadłszy na krześle, zmierzył świadków wzrokiem i powiedział: "Wredni kapitaliści". Jego ostatnie słowa brzmiały: "Do widzenia. Addio całemu światu. No, dalej. Naciśnijcie guzik".

 

 

Roosevelt, Theodore (1858-1919)

Próba zamachu

14 października 1912 r. Theodore Roosevelt, który wystąpił z Partii Republikańskiej i zarejestrował swoją kandydaturę na urząd prezydenta z ramienia Partii Postępu (tzw. partia Bull Moose), wyszedł z hotelu Gilpatrick w Milwaukee i skierował się do miejskiego audytorium, gdzie miał wygłosić przemówienie. Gdy wsiadał do limuzyny, pewien niewielki, pyzaty jegomość z rzedniejącą brunatną czupryną podszedł do Roosevelta na odległość dwóch metrów i oddał doń strzał z rewolweru kaliber .38 cala. Trafiony w pierś Roosevelt osunął się na fotel. Zamachowiec złożył się do drugiego strzału, lecz w tej samej chwili doradca Roosevelta Elbert E. Martin powalił go na ziemię. Kilku policjantów rzuciło się na niedoszłego mordercę przy wtórze krzyków tłumu: "Zlinczować go, zabić go!". Roosevelt krzyknął: "Nie zabijać!", po czym został odciągnięty przez policję do hotelowej kuchni, w oczekiwaniu na przybycie pomocy.

Roosevelt powiedział jednemu ze swoich towarzyszy: "Drasnął mnie, Henry", lecz zaraz potem zażądał, by przewieziono go do audytorium - choć w grę niewątpliwie wchodziło coś więcej niż tylko zwykłe "draśnięcie". Krew sącząca się z piersi zbroczyła koszulę i spodnie Roosevelta, ściekając do jego lewego buta. Roosevelt mimo wszystko wygłosił swoje przemówienie, dodając na koniec: "Trzeba więcej niż jednej kuli, by zabić postępowca!". Gdy któryś ze słuchaczy wyraził wątpliwość, czy Roosevelt naprawdę został postrzelony, ów rozpiął swoją kamizelkę i pokazał wszystkim czerwoną od krwi koszulę, wzbudzając w tłumie okrzyki zdumienia. Zamachowcem okazał się 36-letni właściciel baru nazwiskiem John Nepomuk Schrank, niewątpliwie cierpiący na ciężką chorobę psychiczną. 15 września 1901 r., w dzień po tragicznej śmierci prezydenta McKinleya (która utorowała drogę do władzy Rooseveltowi) Schrankowi wydawało się, że duch zmarłego prezydenta odwiedził go w nocy i oskarżył Roosevelta o udział w zbrodni.

W rezultacie Schrank zapałał nienawiścią do Roosevelta, a gdy ten postanowił ubiegać się o - zdaniem Schranka - trzecią kadencję, Schrank przestał nad sobą panować. Pewnego dnia w 1912 r. duch McKinleya znów objawił się Schrankowi w jego snach, błagając: "Niech na fotelu prezydenckim nie zasiądzie morderca. Pomścij moją śmierć". Tydzień później Schrank wyruszył w podróż po kraju śladami Roosevelta. Dwukrotnie - w Chicago i Chattanooga - zbliżył się do prezydenta na odległość strzału, lecz dwukrotnie zawiodły go nerwy. W końcu dopiął swego w Milwaukee.

Pomimo nieustępliwości Schranka zamach zakończył się fiaskiem. Lekarze, zbadawszy Roosevelta, ogłosili, że życie ocalił mu metalowy futerał na okulary oraz pięćdziesięciostronicowy rękopis przemówienia umieszczony w wewnętrznej kieszeni kamizelki, lecz pocisk tkwił tak głęboko w klatce piersiowej, że jego usunięcie byłoby zbyt ryzykowne. Roosevelt nosił kulę w ciele aż do swojej naturalnej śmierci w 1919 r., lecz mówił, że równie dobrze mógłby nosić ją w kieszeni, gdyż zupełnie mu nie przeszkadzała.

Schrank został uznany za osobę niepoczytalną i zamknięty w szpitalu psychiatrycznym w Wisconsin, gdzie zmarł w 1943 r. Z pewnością cierpiał na psychozę i paranoję, lecz poza nienawiścią wobec Theodore'a Roosevelta wyznawał stosunkowo normalny światopogląd. Po drodze do szpitala psychiatrycznego, gdy pociąg przejeżdżał przez gęsty las, jeden ze strażników spytał go, czy lubi polować. "Tylko na postępowców" - odparł oschle Schrank.

W nadziei na zyskanie większego rozgłosu Schrank oznajmił, że jego pistolet oraz pocisk, który trafił Roosevelta, należy umieścić na specjalnej wystawie w budynku Nowojorskiego Stowarzyszenia Historycznego. Gdy powiedziano mu, że kula utkwiła w piersi prezydenta, Schrank zareagował z furią: "To moja kula!", a następnie oznajmił, że ma zamiar zapisać ją w testamencie Stowarzyszeniu Historycznemu.

W szpitalu Schrank okazał się przykładnym pacjentem i z czasem zasłużył na pseudonim "Wujek John". We wściekłość wpadł tylko raz, gdy dowiedział się, że prezydent Franklin Delano Roosevelt ma zamiar ubiegać się o trzecią kadencję. Powiedział wówczas lekarzom, że gdyby puszczono go wolno, zastrzeliłby również i tego Roosevelta. Zmarł w 1943 r. - przed rozpoczęciem czwartej kadencji Franklina Roosevelta (niektórzy powiedzieliby, że na szczęście...).

 

 

Ryan, Leo J. (1925-1978)

W listopadzie 1978 r. Leo J. Ryan, demokrata oraz członek amerykańskiej Izby Reprezentantów ze stanu Kalifornia, wyjechał do Gujany, by zbadać doniesienia, jakoby kalifornijska sekta religijna o nazwie Świątynia Ludu, prowadzona przez kontrowersyjnego guru Jamesa (Jima) Jonesa, dopuszczała się fizycznej i psychologicznej przemocy nad wiernymi zamieszkującymi komunę rolniczą o nazwie Jonestown. Ryanowi towarzyszyło 17 doradców, dziennikarzy oraz krewnych mieszkańców Jonestown.

Jones przyszedł na świat w 1931 r. w stanie Indiana i już w wieku 12 lat wygłosił swoje pierwsze płomienne kazanie do młodzieży szkolnej. W 1947 r. ożenił się i otworzył placówkę misyjną metodystów, pragnąc nieść słowo Boże lokalnej czarnoskórej biedocie. W 1954 r. został ekskomunikowany przez Kościół metodystów, zaś w 1957 r. zorganizował w Indianapolis własną sektę o nazwie Świątynia Ludu. W 1965 r., w obliczu prześladowań ze strony segregacjonistów, upatrujących w nim "przyjaciela czarnuchów", Jones przeniósł działalność do miejscowości Ukiah w stanie Kalifornia, informując swoich wiernych, że jest to jedno z dwóch miejsc na świecie (drugim miał być niewielki obszar w Ameryce Południowej), które uniknie nadciągającej zagłady nuklearnej. W 1970 r. Jones wyjechał do San Francisco, gdzie zaczął werbować kolejnych wyznawców (głównie czarnoskórych, lecz również kilku białych). Po zapewnieniu sobie źródła dochodów Jones otworzył świątynię w Los Angeles i zaczął podróżować po kraju w towarzystwie ekipy ochroniarzy i doradców. Zakupił kilka autobusów do przewozu wiernych i - zgodnie z doniesieniami prasowymi - nakazał im całkowitą abstynencję seksualną, podczas gdy sam traktował swoją kongregację jak prywatny harem, płodząc liczne dzieci.

W obawie przed grożącym mu śledztwem i oskarżeniami Jones ogłosił, że konieczna jest przeprowadzka do Gujany, gdzie specjalnie dla swojej sekty zbudował komunę Jonestown. W 1977 r. do tego położonego w dżungli ośrodka przeniosło się około 1000 osób. Rok później w gazecie "San Francisco Chronicie" ukazał się artykuł, w którym czytamy: "Placówka Świątyni Ludu w Ameryce Południowej przypomina udzielne królestwo. (...) Przywódca kościoła, Jim Jones, nakazuje publiczne chłosty, utrzymuje brygadę 50 uzbrojonych strażników i grozi masowym samobójstwem 1100 swoich wyznawców". Jones zaprzeczył doniesieniom prasowym i za pośrednictwem swoich prawników zaprosił kongresmena Ryana - domagającego się oficjalnego rządowego śledztwa w sprawie sekty - do Jonestown. Ekipa Ryana przybyła na miejsce 17 listopada 1978 r. i spotkała się z ciepłym powitaniem ze strony Jonesa, który konsekwentnie zaprzeczał, jakoby w komunie dochodziło do aktów przemocy. Choć opisał swoje własne upodobania seksualne, to jednak zdementował doniesienia o wymuszonej abstynencji swoich ludzi, podkreślając, że od połowy 1977 r. w komunie przyszło na świat 30 dzieci.

Ryan szybko jednak zauważył, że członkowie sekty zachowują się w jego obecności nerwowo i unikają kontaktu, zaś jego własny sztab nie mógł poruszać się po obozie bez eskorty. Mimo wszystko udało mu się przeprowadzić wywiady z kilkoma mieszkańcami, zaś następnego dnia dwudziestu wiernych ogłosiło, że pragnie opuścić komunę. Jones wydawał się zirytowany, ale stwierdził, że każda osoba, której nie podoba się w Jonestown, może odejść.

18 listopada ekipa Ryana wybierała się w drogę powrotną do miejscowości Port Kaituma, gdzie czekał na nich samolot. Nim wyruszyli, między jedną z kobiet (która pragnęła pozostać w obozie) a jej mężem (który chciał odejść wraz z trójką dzieci) doszło do głośnej sprzeczki. W pewnym momencie do Ryana podbiegł mężczyzna, który usiłował przyłożyć mu nóż do gardła. Ryan wykonał unik, zaś na napastnika rzucili się ochroniarze. W trakcie szamotaniny mężczyzna został ranny i jego krew trysnęła na koszulę Ryana. Jones stał się jeszcze bardziej nerwowy i spytał Ryana, czy ten incydent wpłynie na jego opinię o Jonestown. Ryan odpowiedział twierdząco.

"To straszne, to straszne" - wymamrotał Jones. Podobno właśnie wtedy (choć być może wcześniej) postanowił podjąć drastyczne kroki. Zgodnie z zeznaniami jednego ze świadków, którzy przeżyli późniejszą masakrę, Jones nakazał swojemu przybocznemu Lany'emu Laytonowi dołączyć do dysydentów i zaraz po starcie zastrzelić pilota maszyny Ryana, doprowadzając do katastrofy.

Gdy ekipa Ryana dotarła na lotnisko, zastała tam dwa samoloty. Layton wsiadł do innej maszyny niż Ryan, a następnie - zdaniem świadków - zaczął strzelać, gdy samolot wciąż jeszcze znajdował się na ziemi. Nim zaciął się jego pistolet, zdążył ranić jednego mężczyznę i jedną kobietę, następnie zaś zbiegł do dżungli. W tej samej chwili na pas startowy wjechał ciągnik z przyczepą eskortowany przez trzech ludzi z Jonestown. Gdy pojazd zbliżył się do samolotu, mężczyźni podnieśli leżącą na przyczepie broń i otwarli ogień. Ryan został trafiony niemal natychmiast. Kule dosięgły też reportera NBC Dona Harrisa, fotografa "San Francisco Examiner" Gregory'ego Robinsona, członkinię sekty Patricię Parks oraz kilka innych osób. Pozostali świadkowie zdarzenia skryli się za podwoziem samolotu lub rozpierzchli się po okolicznych zaroślach. Kamerzysta NBC Robert Brown wciąż filmował zajście, aż sam został ranny w nogę. Obserwujący cały incydent gujańscy żołnierze stali w bezruchu (później twierdzili, że obawiali się trafić niewinne osoby), natomiast napastnicy podeszli do leżących na ziemi Ryana, Harrisa, Robinsona i Browna, wpakowali każdemu kulę w głowę, a następnie wsiedli na ciągnik i odjechali.

Po powrocie do Jonestown zamachowcy poinformowali Jonesa, że nie udało im się zabić wszystkich wizytatorów oraz że jeden z samolotów zdołał wystartować. Jones, przekonany, że jego los jest przypieczętowany, postanowił wcielić w życie starannie przygotowany plan masowego samobójstwa i nakazał wszystkim członkom sekty odebrać sobie życie.

Do ust niemowląt wstrzyknięto roztwór cyjanku, zaś starsze dzieci ustawiły się w kolejce po zatrutą lemoniadę. Po zabiciu dzieci dorośli sami wypili truciznę. Niektórzy członkowie sekty nie chcieli popełniać samobójstwa i choć uzbrojeni strażnicy starali się uniemożliwić im ucieczkę, kilku mimo wszystko zbiegło do dżungli. Po zakończeniu rytuału Jones i jego kochanka Maria Katsaris strzelili sobie w głowy.

Następnego dnia do Jonestown przybyło wojsko. Gujańscy żołnierze rozeszli się po okolicznych lasach w poszukiwaniu ocalałych ludzi. Udało się odnaleźć pięcioro dzieci oraz około 30 dorosłych - w tym Larry'ego Laytona.

 

 

Wallace, George Corley (1919-1998)

Próba zamachu

W parne, gorące poniedziałkowe popołudnie 15 maja 1972 r. gubernator Alabamy George Wallace, ubiegający się o nominację Partii Demokratycznej na kandydata w wyborach prezydenckich, wygłosił przemówienie na wiecu zorganizowanym w centrum handlowym w Laurel (stan Maryland). Wallace wiedział, że może paść ofiarą zamachu. Gdy nieco wcześniej spotkał się z bardzo wrogimi okrzykami ze strony tłumu w Wheaton (stan Maryland), stwierdził, że obawia się o swoje życie. W ramach zabezpieczeń jego mównica została wyposażona w pancerną szybę, zaś sam Wallace zazwyczaj nosił kamizelkę kuloodporną którą jednak tego dnia zdjął ze względu na panujący skwar.

Przemówienie szło nadspodziewanie gładko: nikt z tłumu nie wznosił wrogich okrzyków. Po zakończeniu mowy Wallace zszedł z mównicy i zaczął wymieniać uściski dłoni z widzami. Pewien młody, krótko ostrzyżony blondyn, ubrany w czerwoną koszulę, biały krawat i niebieską kamizelkę, kilkakrotnie zakrzyknął: "Hej, George, tutaj!". Gdy Wallace podszedł do rozentuzjazmowanego mężczyzny, ten nagle wyciągnął z kieszeni marynarki pistolet i oddał kilka strzałów, trafiając gubernatora czterokrotnie. Ochroniarze Wallace'a rzucili się na zamachowcą zaś ten opróżnił magazynek, raniąc trzy następne osoby (wszystkie przeżyły). Wallace został sparaliżowany - jedna z kul utkwiła w pobliżu jego rdzenia kręgowego. W wyniku całkowitego paraliżu dolnej części ciała Wallace wycofał się z wyścigu o fotel prezydencki - mimo miażdżących zwycięstw w prawyborach w stanach Michigan i Maryland (drugie z nich odniósł już po zamachu).

Niedoszły zabójca Wallace'a został zidentyfikowany jako Arthur Herman Bremer (tempo, z jakim ustalono jego tożsamość, legło później u podstaw rozmaitych podejrzeń i spekulacji). Był 21-letnim pomocnikiem gospodarza domu w Milwaukee, w stanie Wisconsin. W listopadzie 1971 r. postawiono mu zarzut noszenia przy sobie ukrytej broni, lecz kwalifikację czynu zmieniono później na zachowanie chuligańskie i proces zakończył się konfiskatą pistoletu. (Wkrótce potem Bremer kupił dwie następne sztuki broni.)

1 marca 1972 r. Bremer zaczął jeździć po kraju w ślad za Wallace'em. W krótkim czasie jego wydatki na podróże sięgnęły 5000 dolarów. Bremer konsekwentnie spłacał wszystkie rachunki, mimo iż jego całkowite przychody w latach 1971-1972 wynosiły zaledwie 1611 dolarów. 4 kwietnia wybrał się do Kanady śladem Richarda Nixona (przebywającego wówczas z oficjalną wizytą w tym kraju). Po przyjeździe do Ottawy zatrzymał się w ekskluzywnym hotelu Lord Elgin, w końcu jednak musiał dać za wygraną ze względu na czujność ochrony prezydenta (wynikającą zapewne z faktu, że za Nixonem podążały tłumy wrogo nastawionych demonstrantów).

Po zakończeniu swojej kanadyjskiej eskapady Bremer ponownie skoncentrował się na tropieniu Wallace'a. Nigdy nie udało się ustalić, skąd wziął pieniądze na podróże - wiadomo jedynie, że nie dostał ani grosza od swoich rodziców.

Zgodnie z nieformalną tradycją otaczającą zamachy na prezydentów USA, Bremer został określony przez prasę mianem "szaleńca". Charakterystyka ta nie była jednak całkowicie zgodna z prawdą. Do kręgu jego znajomych w Milwaukee należał między innymi niejaki Dennis Cassini, człowiek, którego władze nie zdążyły przesłuchać, gdyż wkrótce po zamachu został znaleziony martwy w zamkniętym na klucz bagażniku własnego samochodu. Sekcja zwłok wykazała przedawkowanie heroiny. Choć Cassini był znany FBI, Biuro nie wykazało zainteresowania prowadzeniem jakiegokolwiek śledztwa w sprawie jego śmierci. Kolejnym zastanawiającym szczegółem związanym z osobą Bremera był fakt, że widziano go w Ludington (stan Michigan) w towarzystwie człowieka o "akcencie rodem z New Jersey". Roger Gordon, były człowiek tzw. Organizacji Tajnej Armii (prawicowego ugrupowania wywiadowczego), stwierdził, że człowiekiem tym był Anthony Ulasewicz - agent na usługach Białego Domu, zamieszany później w aferę Watergate. Po złożeniu zeznań Gordon wyjechał z kraju.

W prasie pojawiły się doniesienia, że doradca prezydenta Charles Colson nakazał E. Howardowi Huntowi włamać się do mieszkania Bremera i podrzucić doń literaturę autorstwa Angeli Davis oraz Partii Czarnych Panter (zarówno Colson, jak i Hunt zostali później skompromitowani w wyniku afery Watergate). Co więcej - twierdzono, że rozkaz ten wydano zaledwie godzinę po zamachu na Wallace'a. Podczas przesłuchań senackiej komisji śledczej do spraw Watergate Hunt zeznał, że Colson poprosił go o "zapoznanie się z zawartością mieszkania Bremera". Colson zaprzeczył temu oskarżeniu, choć podejrzewano, że działał na bezpośredni rozkaz Nixona. Wallace wygłosił później następujący komentarz podczas wywiadu z Barbarą Walters: "Zastanowiło mnie - o ile to prawda - skąd ktokolwiek mógł wiedzieć, gdzie on mieszka, w godzinę po zamachu?"

Pytanie Wallace'a nigdy nie doczekało się odpowiedzi, nie ulega jednak wątpliwości, że zamach wyeliminował go z walki o fotel prezydencki, w której najprawdopodobniej wystartowałby jako kandydat niezależny. Tydzień przed wyborami przeprowadzono sondaż, w którym respondentów pytano, jak zagłosowaliby, gdyby na karcie wyborczej znalazło się nazwisko Wallace'a. Rezultaty: Nixon 44%, McGovern 41%, Wallace 15%. Ze względu na podział głosów elektorskich [w Stanach Zjednoczonych wybory prezydenckie nie mają charakteru bezpośredniego - wyborcy głosują na tzw. elektorów, którzy następnie dokonują wyboru prezydenta - przyp. tłum.] istniało znaczne prawdopodobieństwo, że doszłoby do remisu między dwoma głównymi kandydatami i decyzję musiałaby podjąć Izba Reprezentantów, w której McGovern dysponował większością. Wyeliminowanie Wallace'a przechyliło szalę zwycięstwa na korzyść Nixona.

Arthur Bremer nigdy nie wyjaśnił, dlaczego strzelał do Wallace'a. Obrona utrzymywała, że był osobą niezrównoważoną, lecz sąd nie przychylił się do tej argumentacji i skazał go na 63 lata pozbawienia wolności. Podczas pobytu w więzieniu dał się poznać jako osoba niezrównoważona. W 1979 r. dyrektor więzienia stanowego Maryland George Collins stwierdził: "Bremer nie udziela wywiadów. Nie chce nawet widzieć się z własną matką. Przyjechała do niego w Boże Narodzenie aż z Milwaukee, a on rozmawiał z nią tylko pięć minut, po czym wstał od stołu. Nie chce, by mu zawracano głowę".

Wallace wystartował w kolejnych wyborach na gubernatora Alabamy. Zmiana dotychczasowego stanowiska w sprawie segregacji rasowej (której wcześniej był zwolennikiem) zaskarbiła mu poparcie czarnoskórej ludności stanu. W rezultacie odniósł zwycięstwo.