Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Charles Fort

Nowe lądy

 

 

(...)

W broszurze Curtisa Eli zatytułowanej Wonderful Phenomena (Cudowne zjawiska), znajduje się opis pewnego zdarzenia, czy też domniemanego zdarzenia, które było następnie badane przez pana Addisona A. Sawina, spirytystę. Pan Sawin reprezentuje jedyną metodę interpretacji jaką znam, a jest to psychochemiczny proces łączenia nowych faktów z wyrobionymi już sądami, z którymi zdają się mieć jakieś pokrewieństwo.

Czytamy więc, że 3 października 1843 roku pewien mieszkaniec Warwick nazwiskiem Charles Cooper usłyszał w górze potężny grzmot, a gdy uniósł wzrok ujrzał chmurę, pod którą żeglowały w powietrzu trzy ludzkie formy, znajdując się nie wyżej niż czubki drzew. Postacie te były podobno "idealnie białe". Nic zatem dziwnego jeśli dowiadujemy się, że zjawisko to zidetyfikowano jako anioły, a dokładniej mówiąc, jako anioły płci męskiej. Istoty te unosiły się w powietrzu bez jakiegokolwiek wysiłku i ruchu z ich strony, zaś niezwykłe interesującym szczegółem tej historii jest fakt, że ich ciała były opięte jakimiś pasami - tak jak gdyby zawieszone one były pod dnem ukrytego w chmurach statku, choć w broszurze nie ma cienia tego ubogiego pomysłu. Inny szczegół - anioły "jęczały". Cooper przywołał innych ludzi, sąsiadów, którzy pracowali na pobliskim polu, lecz ci widzieli tylko chmurę i żadnych ludzkich czy anielskich form w powietrzu. Czytamy jednak, że jakiś chłopiec widział również te stworzenia nieco wcześniej, widział je w powietrzu, "płynące obok siebie ramię w ramię i wydające głośne, żałosne okrzyki. Jeszcze inna osoba, z miejsca odległego o 9 kilometrów, widziała chmury, postacie w powietrzu i słyszała głosy".

Pan Sawin cytuje też innych, którzy widzieli "zwracającą uwagę, dziwną chmurę i słyszeli zawodzenie", jednakże żadne anioły nie rzuciły im się w oczy. Kończy zaś tak: "Do was należy chwalebna nadzieja zmartwychwstania". Chwalebność ta jest zapewne odwrotną funkcją żałosności: niedzielne szkółki nie przylgną zapewne do takiej doktryny, która naucza - bądź dobry i sprawiedliwy, a będziesz jęczał na wieki w chmurach. Przypuszczamy też, że kwestia chwalebności zabarwiła niestety przeprowadzony przez pana Sawina wywiad. Pewnego dnia opublikuję chyba dane, które nasuwają mi podejrzenia, że wiele dziwnych zjawisk na tej Ziemi, które były niegdyś domeną interpretacji teologów i demonologów, zaś obecnie zajęli się nimi spirytyści, mediumiści i metapsycholodzy, dotyczyło stworzeń i obiektów, które odwiedzały Ziemię nie z zaświatów, czyli z egzystencji czysto duchowej, lecz z przestrzeni pozaziemskiej. Obecnie nie wydaje mi się żeby ekstra-geograficzne warunki egzystencji miały wyłącznie duchowy charakter lub by były oparte na jakimś subtelniejszym rodzaju materii, choć i te koncepcje mogą się kiedyś okazać prawdziwe. Oczywiście dane te cierpią z powodu zniekształceń wcale nie mniejszych, niż gdyby były zbierane przez astronomów i meteorologów.

W stosunku do materiału zebranego w tym rozdziale przyjąłem postawę półsceptyczną, zakładając, że bywały różne zjawy na niebie i że mogły one być objawieniami, czy też mirażami z nieznanych regionów przestrzeni zewnętrznej, scenami i projekcjami względnie bliskich, zamieszkałych ciał niebieskich, lecz że wszystkie relacje o tych zjawiskach są produktami asymilacji i przybierania nieznanego w formy i wyobrażenia ściągnięte z rzeczy znanych i do dziwnych nowości najbardziej podobnych. Uważam też, że niezależnie od tego, jaką wartość przedstawiają moje interpretacje tych zjawisk, to w porównaniu z ortodoksyjnymi wyjaśnieniami, biorąc pod uwagę stopień racjonalności, wypadają one i tak korzystnie. Było na przykład sporo doniesień o "widmowych żołnierzach" na niebie.

Jak wygląda ortodoksyjne wyjaśnienie tych faktów przez fizyków możemy się dowiedzieć z książki Brewstera Natural Magic (s. 125). Mamy również w tym dziele opis takiego zjawiska, które zdarzyło się 23 czerwca 1744 roku. Czytamy więc, że według dwudziestu siedmiu świadków - niektórzy z nich zaprzysięgli swoje zeznania przed sędzią - czy warto o tym wspominać, czy nie - oddziały widmowych żołnierzy obserwowano w Szkocji, na zboczach pewnej góry i nad tą górą w powietrzu, widoczne przez dwie godziny, a potem znikające z powodu gęstniejącego mroku. Opis tej sceny, słowami jednego z naocznych świadków, znajduje się również w książce Clarke'a Survey of the Lakes (Przegląd jezior), wydanej w 1789 roku (patrz też "Notes and Queries", 1-7-304). Brewster uważa, że scena ta musiała być mirażem brytyjskich oddziałów, które w przewidywaniu rebelii 1745 roku odbywały pewnie po drugiej stronie góry jakieś tajne ćwiczenia. Z talentem do jasnowidzenia, z którego jesteśmy znani, za wyjątkiem przypadków, gdy chodzi o niektóre z naszych własnych hipotez, rozpoznajemy natychmiast, że dla zachowania czegoś w sekrecie przed osobami żyjącymi z jednej strony góry należy udać się na drugą stronę i tam spokojnie oddawać się sekretnym czynnościom; w jaki jednak sposób zachować coś w tajemnicy przed ludźmi żyjącymi z tej drugiej strony góry, w kraju względnie gęsto zaludnionym, jak na przykład Szkocja - tego jakoś Brewster nie wyjaśnia.

"Widmowych żołnierzy" widziano także w Ujeździe na Śląsku, w 1785 roku - pisze o tym Parish w Hallucinations and Illusions, s. 309. Odkrył on również, że w czasie tego spektaklu po ziemi w pobliżu Ujazdu maszerowali prawdziwi żołnierze - tak więc "widmowe wojsko" miało być mirażem tego oddziału, który maszerował w procesji pogrzebowej generała von Cosel. Jednakże w jakiś czas później widma pojawiły się znowu, choć generał leżał już w ziemi od kilku dni, a jego procesja pogrzebowa dawno się rozeszła. Jeśli zaś refrakcja może przetrwać niezależnie od swego źródła, to pewnie wolno i cieniowi przetrwać, więc każdy kto chce może pójść na spacer w miejsce, gdzie się przechadzał tydzień wcześniej - i spotkać tam jeszcze swój cień.

Największym zaniedbaniem tych wszystkich wyjaśniaczy jest koncentrowanie się na fizycznym aspekcie widma, przy zupełnym pominięciu jego zadziwiającego upodobania do maszerujących żołnierzy. Jeżeli jednak bywają w przestrzeni stworzenia, które poruszają się w kolumnach marszowych i jeśli zdradzające ich obrazy nie są mirażami, lecz cieniami rzucanymi na chmury lub mgłę, czy też widmami Brockena, ta dziwna specjalizacja mogłaby się jakoś tłumaczyć.

27 wrzesień, 1846 nad Liverpoolem ukazało się miasto na niebie ("Report of the British Association", 1847-39). Czytamy tu, że zjawa była mirażem Edynburga. "Identyfikacja" ta wydaje się produktem sugestii, gdyż w tym właśnie czasie w Liverpoolu wystawiano panoramę Edynburga. Zbieżność ciekawa, ale chyba zupełnie przypadkowa. Zatem mieliśmy w Liverpoolu dwie wystawy. Latem 1847 roku wydarzyła się historia opisywana przez Flammariona w The Atmosphere, s. 160. Przydarzyła się ona panu Grellois, który w czasie podróży, znajdując się pomiędzy Ghelmą i Bone, ujrzał nagle na wschód od Bone, na łagodnie nachylonym wzgórzu, "duże i piękne miasto", ozdobione pomnikami i strzelistymi wieżami kościołów. Miraż ten nie przypomniał panu Grellois żadnego ze znanych mu miast.

W "Bulletin de la Societe Astronomique de France" (21-180), znajduje się relacja dotycząca spektaklu, który zgodnie ze świadectwem dwudziestu osób ukazał się 3 maja 1848 roku na niebie nad Vienne w Delfinacie, we Francji. Miasto i armia - przez dwie godziny na niebie. Można przypuszczać, że Brewster przypisałby to wszystko znajdującemu się w pobliżu miastu i oddziałom maszerującym w jego okolicy. Jednakże na niebie były również wielkie lwy, a to mogłoby zniechęcić każdego Brewstera.

Cztery miesiące później, według "Timesa" z 13 września 1848 roku, bardziej jeszcze zniechęcający, a może stymulujący, spektakl widziano w Szkocji. Popołudniową godziną 9 września 1848 roku w Quigley's Point, Lough Foyle w Szkocji niebo ściemniało nagle i zaczęło się jakby otwierać. Otwór w niebie miał barwę czerwonawą i w tej dziwnej poświacie ukazał się najpierw oddział żołnierzy, czy też coś, co ludzie odebrali jako oddział żołnierzy. Potem przyszły projekcje formy, która wyglądała jak okręt wojenny pod pełnymi żaglami, a także projekcje postaci mężczyzny, kobiety, łabędzia i pawia. Wreszcie po jakimś czasie "otwór" się zamknął i to był kres tej absurdalnej mieszaniny, o której nikt prócz mnie nie wspomni już jako o rzeczy wartej zastanowienia.

"Widmowi żołnierze" na niebie w okolicach Banmouth - 30 grudnia 1850 ("Report of the British Association", 1852-30); "widmowi żołnierze" nad Buderich - 22 stycznia, 1854 ("Notes and Queries", 1-9-267); "widmowi żołnierze" lorda Robertsa (Forty One Years in India, s. 219) - 25 lutego 1858. W tym ostatnim przypadku wygląda na to, że albo lord Roberts widział niewyraźnie i opisał zjawisko w terminach bliskich swojemu doświadczeniu, albo też coś jednak zatrzymało nasze posuwanie się naprzód. Według jego relacji figury żołnierzy przybrane były bowiem w hinduskie kostiumy.

Samotny filozof i jego staw, oboje dryfujący w przestrzeni -"Cosmos", 11-200. Czytamy tu, że 7 lipca 1857 roku dwaj mieszkańcy Chambon widzieli na tle Księżyca jakieś formy, coś jakby ludzką postać w towarzystwie stawu, czy też staw w towarzystwie ludzkiej postaci.

"Widmowi żołnierze" raz jeszcze - w roku 1860 - nad Paderbornem w Wesfalii (Crowe, Night side of Nature - Nocna strona natury, s. 416).

 

Soczewki oprawione w horyzonty, przez które mieszkańcy tej Ziemi widzą objawianie się innych światów - warstwy atmosfery o różnej gęstości i przejrzystości - błędy tych szkieł nałożone na błędy szkieł w obserwatoriach powodują, że wszystkie nasze dane są wykrzywione i zmienione do niepoznania, jak jakieś szyfry, które musimy złamać i odczytać, nie mając wszakże nigdy zupełnej pewności, że nasze interpretacje są właściwe.

Uważam jednak, że każdy miraż ma ojca i matkę, że w umyśle ludzkim wszelka poezja wyrasta z gleby obserwacji i że wszystkie obrazy na niebie mają swoje podłoże w rzeczywistości. Jeżeli zatem nie potrafimy powiązać jakiegoś mirażu ze znanymi pejzażami lub rzeczami, to naszym naturalnym przypuszczeniem będzie, że reprezentuje on obraz czegoś nieznanego na Ziemi lub gdzie indziej, wszelako istniejącego rzeczywiście i trwale w takim znaczeniu, że może być źródłem mirażu.

Przedstawimy teraz serię miraży, które widziano w Szwecji i na południowych wybrzeżach Bałtyku między październikiem 1881 roku a grudniem 1888 roku. Większość danych o tych zdarzeniach pochodzi z takich magazynów jak "Nature", "Knowledge", "Cosmos" i "L'Astronomie" - z numerów wydawanych w tym właśnie okresie. Nie udało mi się natomiast znaleźć żadnych wzmianek o pojawieniu się miraży w tym regionie ani przedtem, ani potem. W umyśle moim powstało zatem przypuszczenie, że miraże te nie miały swoich realnych odpowiedników na Ziemi, gdyż w takim przypadku trudno jest wytłumaczyć przyczynę ich ograniczenia w czasie, lecz że były odbiciami lub cieniami czegoś, co znajdowało się wówczas w czasowym zawieszeniu nad Szwecją i Bałtykiem, zaś doniesienia o tych zjawiskach i ich opisy zostały zniekształcone przez użycie przez ich świadków terminów z ziemskiego otoczenia i doświadczenia.

10 października 1881 w Rugenwalde na Pomorzu pojawił się miraż wioski: dachy pokryte czapami śniegu, sople lodu zwisające z okapów - dość wyraźne postacie o ludzkich kształtach. Uważano wówczas, że miraż ten przedstawiał miasteczko Nexo z wyspy Bornholm. Rugenwelde leży nad Bałtykiem, Nexo znajduje się około 160 kilometrów na północny zachód, na wyspie. Pierwsza jednoznaczna relacja, jaką udało mi się znaleźć, o mirażach w Szwecji została opublikowana w "Nature" (wydanie z 19 czerwca 1882 roku) gdzie czytamy, że w maju 1882 roku nad jeziorem Orsa pojawiły się widoki parowców oraz "wysp pokrytych bujną roślinnością". Nocą 19 maja 1883 roku jezioro Ludyika w Szwecji oświetliły promienie niesamowitego światła, z których wyłonił się następnie obraz jakiegoś innego jeziora, zalanego poświatą podobną do poświaty księżyca, z brzegami porośniętymi drzewami i słabym zarysem jakichś domów lub budynku ("Monthly Weather Review", maj 1883 roku). 28 maja 1883 roku mieszkańcy Finsbo w Szwecji byli świadkami całego przestawienia - góry, jeziora, farmy, wszystko to zmieniało się w krótkich odstępach czasu. 16 października 1884 roku w Lindsbergu ukazało się duże miasto z rzędami kilkupiętrowych kamienic i zamkiem na wyspie; 22 maja 1885 roku w Gotlandii - miraż miasta leżącego nad otoczoną górami zatoką, w porcie stał nawet jakiś statek. 15 czerwca 1885 roku w okolicach Oxelund - miraż dwu zalesionych wysp: na jednej z nich jakieś budynki, a obok dwa wojenne okręty. Stwierdzono, że w tym czasie dwa szwedzkie okręty znajdowały się rzeczywiście na morzu, pływały one jednak w znacznej odległości na północ od Oxelund. 12 września 1885 roku w Valla - sceny, które nazwano "przyciągającym uwagę mirażem", lecz które opisuje się, jak gdyby były one raczej zmieniającymi się formami chmur - najpierw kilka olbrzymich jaszczurów, jeden zmieniający się w wieloryba z widoczną dobrze fontanną wydechu, inny w krokodyla - potem lasy - tancerki - lesista wyspa z budynkami i parkiem. 29 września 1885 roku - znów w Valla - między ósmą a dziewiątą wieczorem -najpierw blady, niesamowity blask na północno-zachodnim horyzoncie - zwały chmur - zwierzęta, grupy tancerzy, las, a potem park z alejami i ścieżkami. 15 lipca 1888 roku w Hudikwall - wzburzone morze i płynący statek - obok statku opuszczająca go szalupa. 8 października 1888 roku w Merexull nad Bałtykiem, w Cesarstwie Rosyjskim - utrzymujący się około jednej godziny miraż jakiegoś miasta. Świadkowie twierdzili, że budynki miasta były rozpoznawalne i że miraż był odbiciem ulic St. Petersburga.

 

Być może dołożymy teraz do naszych grzechów płynącego po niebie konia, przyczyniając się w ten sposób do wzbogacenia lub poszerzenia biologii. "New York Times" z 8 lipca 1878 roku publikuje bowiem depeszę wysłaną z Parkersberg w Zachodniej Wirginii, w której czytamy, że 1 lipca trzech czy czterech farmerów widziało na bezchmurnym niebie, przypuszczalnie na wysokości około półtora kilometra "nieprzejrzystą substancję", która wyglądała jak "biały koń pływający w przejrzystym błękicie lipcowego nieba". Zakładano, że mógł to być miraż jakiegoś konia z odległego pola. Jeśli tak, to zjawisko byłoby tym bardziej ciekawe - nie tylko z powodu nieprzejrzystości, lecz przede wszystkim z powodu selekcji. Dlaczego widać było tylko konia, a nie pole - pozostaje zagadką.

Czarne ciała i ciemna hałastra pozaziemskich przestrzeni - niesforna, rozbrykana rzecz złożona z krążących w przestworzach anarchii, które tak często cętkowały Słońce. Jednakże dzięki wszystkiemu, co zapewnia trwałą równowagę tej egzystencji istnieją w przestrzeni również siły reprezentujące dyscyplinę i ład. W "Scientific American" (44-291) czytamy relację opartą na lokalnych gazetach z Delaware, Marylandu i Wirginii, z której wynika, że w ostatnich dniach września i w pierwszym tygodniu października 1881 roku w stanach tych różni ludzie widzieli na niebie dziwne figury, donosząc o nich w formie "przedstawiającej średniowieczny poziom inteligencji oniemiałych niemalże w zetknięciu z cudownością". Autor tego krytycznego komentarza sugeruje, że może i coś widziano na niebie, "musiała to jednak być zorza".

Naszego własnego rozumienia tych rzeczy w porównaniu z rozumieniem astronomów i meteorologów lepiej nie dyskutować, jednakże oskarżenie o średniowieczną ciemnotę jest czymś, na co jesteśmy wrażliwi, dlatego też pędzimy do "Monthly Weather Review", żeby uzyskać nieco nowoczesnego poloru. Zatem "Monthly" z września i października 1881 roku - zorza polarna nad stanami Maryland i New York w nocy z 23 na 24 września - i tylko ta jedna, inne zorze we wrześniu miały miejsce daleko na północ od trzech stanów, w których widziano na niebie jakieś postacie. Październik - żadnych zórz, aż do 21 dnia tego miesiąca, kiedy to obserwowano jedną na północy. 23 września widziano też miraż, lecz daleko, w Indianoli; dwa przypadki mirażu w październiku, w drugiej połowie miesiąca, obydwa w północnych stanach.

Po tym otarciu się o nowoczesność możemy już - jak myślę - bezpiecznie wrócić w ciemne średniowiecze. Czytamy więc w "Scientific American", że według lokalnego pisma "Warrentown Solid South" z Wirginii pewna liczba osób widziała nocą poruszające się na niebie, odziane w biel postacie. Natomiast według "Richmond Dispatch" wielu mieszkańców Wirginii widziało na nocnym niebie budzący niepokój widok wielkiej liczby uzbrojonych, musztrowanych żołnierzy. Następnie depesze z Wilmington w Delaware - plutony maszerujących po niebie aniołów w białych sukniach i błyszczących hełmach. Podobne doniesienia nadciągnęły też z Laurel i z Talbot. Kilku pastorów twierdziło, że widzieli na niebie postać prezydenta Garfielda, zastrzelonego w niedługim czasie po objęciu urzędu w 1881 roku.

Uważam generalnie, że wszystkie relacje dotyczące takich fenomenów zabarwione bywają doświadczeniami i emocjami, które w danym czasie zajmują akurat ludzkie umysły, jak również, że wyrażane są one w formach rodem z podręcznego składu wyobrażeń właściwych dla danej epoki. Nie znaczy to jednak wcale, że należy nad nimi kiwać litościwie głową lub wzruszać obojętnie ramionami. "L'Astronomie", 1888-392 informuje o podobnych scenach na niebie, 1 sierpnia 1888 roku w okolicach Warasdin na Węgrzech widziano na niebie kilka oddziałów piechoty, prowadzonych przez wspaniałego wodza wymachującego płomienistym mieczem. Świadkowie tych scen mogli się naoglądać do woli, gdyż powtarzały się one przez trzy dni z rzędu, po kilka godzin każdego dnia. Autor artykułu w "L'Astronomie" pisze, że tłumaczenie tych wizji mirażami ziemskich żołnierzy maszerujących gdzieś w okolicach Warasdina byłoby pozbawione podstaw, gdyż szeroki rozgłos zjawiska i odpowiednie poszukiwania pozwoliły ustalić z zupełną pewnością, że w okolicy nie było w tym czasie żadnych żołnierzy. Lecz nawet gdyby koło Warasdina były akurat jakieś manewry, to powtarzające się z taką trwałością miraże wymagałyby poważniejszego wyjaśnienia. Nie wystarczy powiedzieć, że coś jest mirażem czegoś tam jeszcze i uznać, że to rozwiązuje problem.

Istnieją więc może jakieś armie w przestrzeni, których odbicia, cienie lub widma Brockena igrają trójwymiarowo w atmosferze, powiększone przez jakieś soczewkowe właściwości różnych warstw i wirów powietrza - procesje stworzeń na tle tarczy Słońca, formy w pochodzie, maszerujące niekiedy czwórkami - obserwacje pana Bruguiere z Marsylii - 15 i 16 kwietnia 1883 roku ("L'Astronomie", 5-70). Albo też armia, której pan Jacquot przyglądał się przez 40 minut 30 sierpnia 1886 roku ("L'Astronomie", 1886-71). Były to stworzenia zdające się wykonywać jakieś marsze i kontrmarsze, poruszając się w zwartych szykach - w równoległych kolumnach.

W "L'Annee Scientifique" (29-8) znajduje się sprawozdanie z obserwacji pana Trouvelota, przeprowadzonych 29 sierpnia 1871 roku. Widział on różne obiekty, niektóre okrągłe, inne trójkątne, a jeszcze inne o formach złożonych. Potem zdarzyło się coś, co sugeruje, że rzeczy te nie poruszały się z wiatrem ani też nie utrzymywały się w przestrzeni dzięki odśrodkowym orbitalnym siłom, lecz że każde z nich posiadała swój własny napęd, swoją odrębną możliwość unoszenia się w przestrzeni, zaś jednej z nich przydarzyło się nieszczęście. Wszystkie one poruszały się z wielką szybkością, jednak nieregularnie, czasami zatrzymując się nagle w miejscu i ruszając po chwili dalej, natomiast jedna z nich runęła ku ziemi i ze sposobu jej spadania wynikało, że była to rzecz ciężka, nie podtrzymywana przez wiatr i przez opór powietrza - byłoby zresztą dziwne gdyby wiatr podtrzymywał wszystkie inne, opuściwszy tylko jedną z nich. Rzecz ta, spadając, kołysała się i drgała, jak moneta wrzucona do sadzawki i opadająca na dno.

"New York Sun" z 16 marca 1890 roku - mamy tu informację, że 12 marca, o czwartej po południu, mieszkańcy Ashland w Ohio oglądali na niebie widok dużego, nieznanego miasta. Niektórzy uważali, że było to miasto Mansfield, położone o 48 kilometrów od Ashland, inni twierdzili, że rozpoznają miasto Sandusky, odległe o 96 kilometrów. "Najbardziej przesądni wierzyli, że była to wizja Nowego Jeruzalem". Kto wie, może było to objawienie ludziom wyglądu nieba. Wynikało by z tego, że w Raju jest dokładnie tak jak w mieście Sandusky, ci zaś, którzy nie mają życzenia pójść po śmierci do nieba, czyli do Sandusky, mogą się jeszcze poważnie zastanowić nad swym życiem. Natomiast wydaje się, że zawsze gdy coś się ukazuje na niebie nikt nie potrafi wytropić ziemskich źródeł mirażu, natomiast opisuje się go i widzi - to jest szczególnie ciekawe - widzi się go w ziemskich formach i podobieństwach. Jakaś rzecz na niebie, może pojazd, może żyjąca istota, a może tylko chmura o bardzo szczególnym wyglądzie - że jednak widziana przez farmerów - koń. Inne rzeczy, załamane odbicia lub cienie - ogromne lwy, żołnierze albo anioły - wszystko stosownie do stanu umysłowego świadków. Jakieś postacie, widziane na niebie w Indiach - ubrane w hinduskie kostiumy.

Załóżmy, że po południu 7 stycznia 1892 roku na niebie w Montanie widziano jakąś walkę - możemy sobie z góry wyobrazić jej opisy w gazetach i użyte słowa. "Brooklyn Eagle" z 18 stycznia 1892 roku opisuje miraż na niebie Lewiston w Montanie - ukazali się tam Indianie i traperzy. Traperzy strzelający na przemian i wycofujący się za pierwszy szereg w celu załadowania swoich strzelb. Indian było jednak więcej, tak że mimo strat wzięli jednak w końcu traperów do niewoli. Ładna historyjka, coś w rodzaju olbrzymiego kinematografu. Dalsze szczegóły - traperzy przywiązani do słupów i Indianie układający wokół nich wiązki chrustu. Potem wiadomość z Ziemi: "W takim stopniu, w jakim można to było sprawdzić w ciągu jednej nocy - Indianie w rezerwatach zachowują się pokojowo". Myślę, że my również jesteśmy nastawieni pokojowo, lecz jeśli astronomowie nie zamkną nas w rezerwacie, gdzie pozostanie nam wiązać paciorki i układać naszyjniki, będziemy dalej trwać w upartym konflikcie z bezpańską pustką w rojącym się od życia niebie.

Ogólnie rzecz biorąc, istnieje wiele danych wskazujących na to, że różne pojazdy i żyjące istoty pojawiły się w pobliżu Ziemi nad wieloma punktami jej powierzchni, brakuje natomiast takich, które by świadczyły niezbicie, że jakieś stworzenia myślące lądowały kiedykolwiek na tej planecie, chyba że ktoś podejmie ideę potraktowania na przykład Kaspara Hausera jako przybysza z innego świata. Czy mieszańcy pozaziemskich przestrzeni zarzucali tu kiedykolwiek swojej sieci, czy też nie, czy polowali ukryci pomiędzy kłębami chmur, atakując znienacka, spadając jak jastrzębie na upatrzoną z góry zdobycz, czyniąc to swawolnie i bez powodu, dla okrutnej przyjemności polowania, które tu na Ziemi nazwano sportem, albo też łowiąc w ten sposób okazy dla celów ich nauki - jest w każdym razie wiele danych dotyczących takich dziwnych porwań i ataków. Przy okazji mam tu poważne zastrzeżenia do wywłuczenia jakiegoś czwartego wymiaru, ponieważ później nie czuję się po tym najlepiej, zastanawiając się, jak wyglądają wymiary piąty, szósty i następne.

W jednym z numerów "La Nature" (1888-2-66) pan Adrian Arcelin, archeolog, opisuje jak podczas prac wykopaliskowych w okolicach de Solutre, w sierpniu 1878 roku, w dniu pogodnym i spokojnym, przy aurze określanej jako superbe, kilkadziesiąt arkuszy grubego pakowego papieru uniosło się nagle bez żadnego powodu wysoko w powietrze. Dookoła pracowali ludzie, lecz nikt z nich nie poczuł najlżejszego powiewu wiatru. Jakaś siła porwała te rzucające się w oczy przedmioty, nie dotykając niczego więcej. Nie poruszyła się trawa, nie wzbiło się w górę najmniejsze źdźbło, najmniejsza drobina kurzu - tylko dziesiątki arkuszy papieru wędrowały pionowo w niebo, dopóki nie zniknęły z oczu zafascynowanych, znieruchomiałych jak posągi ludzi.

Inny przykład dotyczy rybackiego kutra, na który runęła jakaś potworna siła i uniosła go w górę tak wysoko, że kiedy spadł, poszedł pod wodę i zatonął ("The Times", wydanie z 24 września 1875 roku). 400 metrów od nieszczęsnego kutra znajdowały się inne statki, które natychmiast pospieszyły na ratunek wyrzuconym w morze rybakom. Nie było burzy, nie było trąby powietrznej, nie było w ogóle wiatru - płynący na ratunek nie mogli użyć zwisających żagli, lecz musieli wiosłować. 2 października 1875 roku pewien człowiek z Schaffhausen koło Beringen, w Niemczech, pchał drogą wózek, gdy nagle jakiś pocisk przebił mu na wylot prawe ramię ("Popular Science", 5-556). Człowiekowi temu towarzyszyło dwoje innych ludzi, a chociaż on sam słyszał świst kuli, jego towarzysze nie słyszeli niczego. Po jednej stronie drogi w polu pracowało kilku wieśniaków, znajdowali się jednak dalej niż donośność ówczesnych karabinów, poza tym w całej okolicy panowała sielska pustka i cisza. Czymkolwiek był ten pocisk, nie znaleziono ani jego, ani też lufy, z której wyleciał.

"La Nature" (1879-1-166) cytuje również historię opublikowaną najpierw w Courrier des Ardennes, a odnoszącą się do zdarzenia we wsi Commune Signy-le-Pettit, które miało miejsce w czasie wielkanocnej niedzieli 1879 roku. Stojący na uboczu, dobrze widoczny, przyciągający wzrok budynek - nagle jego ciężki, kryty ceramiczną dachówką dach unosi się w powietrze, a potem wali się z łoskotem w dół. Gdyby szalała wichura, gdyby była jakaś burza, jakiś wiatr - nie byłoby po prostu o czym mówić. Jednakże w atmosferze panowała błoga niedzielna senność. Autor relacji pisze poza tym, że siła, którą nazywa le trouble inoui (niesłychanym zaburzeniem), wybrała ów dom tak dokładnie, że nic nie doznało jej działania w promieniu dalszym niż 9 metrów od ścian budynku.

W "Scientific American" (wydanie z 10 lipca 1880 roku) czytamy, że według "Plaindealer", lokalnej gazety z East Kent w Ontario, dwóch pracujących w polu mieszkańców tego rejonu usłyszało naraz głośny huk i w tej samej chwili ujrzało kamienie, wyrywające się z ziemi w niebo. Kiedy po ochłonięciu ze zdumienia i z przerażenia zbadali później owo miejsce, mające około 50 metrów średnicy, nie znaleźli tam nic, co mogłoby nasuwać jakieś wyjaśnienie. Nie było wówczas oczywiście żadnej wichury ani powietrznego wiru, w którym to przypadku z wyjaśnieniem nie byłoby najmniejszego kłopotu. Być może istnieją też świadkowie, którzy widzieli, jak inni ludzie byli wciągani z naszej egzystencji w czwarty wymiar, a potem przesiewani zapewne w piąty, albo też unoszeni w niebo przez jakiś obiekt prowadzący badania ziemskiej fauny.

Zebrałem i takie dane, choć pochodzą one ze źródeł związanych ze spirytyzmem i z badaniami metapsychicznymi. Widziano na przykład jak pewien człowiek spacerował sobie skrajem drogi - nagle zniknął. Wyjaśnienie: człowiek ów nie był rzeczywistą ludzką istotą, lecz zjawą, która zniknęła, kiedy chciała. Nie jestem w stanie rozwijać tego wątku i doniesień w rodzaju, że ktoś w czyimś sąsiedztwie zniknął bez śladu. Lepiej będzie, jeżeli poszukamy odpowiedniego materiału na naszym własnym polu. 10 grudnia 1881 roku z Bath koło Bristolu wystartował rządowy balon z trzema osobami w koszu. Nazwisko jednej z tych osób - Walter Powell będzie się w tej historii powtarzać, cała zaś sprawa została opisana w książce Valentine'a i Tomlinsona Travels in Space (Podróże w przestrzeni). Zatem balon uniósł się w powietrze w Bath, a wylądował w Bridport, na wybrzeżu Kanału La Manche. Dwóch aeronautów zdołało już opuścić kosz, gdy nagle balon z samotnym Powellem wystrzelił w górę, jakby porwany niewidzialną siłą, i wkrótce zniknął z oczu zebranych osób. Donoszono później, że ktoś widział ów balon, jak spadał on w morze koło Bridport, lecz według kapitana Temple'a, jednego z towarzyszy Powella, było to pewnie coś, co wypadło lub zostało wyrzucone z balonu, nie zaś sam balon, który musiałby długo dryfować na wodzie i byłby łatwym do znalezienia, widocznym z daleka obiektem. Należy dodać, że La Manche jest bardzo ruchliwym miejscem, gdzie bez przerwy krążą łodzie, promy i statki.

Jednakże zaginięcie jakiegoś balonu nad Kanałem nie musi być uważane samo w sobie za nadzwyczajnie tajemniczy wypadek. Nadzwyczajną okolicznością w tej historii są natomiast doniesienia o jakimś świecącym obiekcie, który widziano na niebie w czasie zaginięcia balonu. Tak więc londyński "Times" pisze, że obiekt taki widziano 13 grudnia. Miał on poruszać się w różnych kierunkach po niebie nad Cherbourgiem, sprawiając wrażenie pojazdu, który penetruje określony obszar. Dowiadujemy się również, że nocą 16 grudnia trzech celników z Laredo w Hiszpanii widziało na niebie coś podobnego do balonu, wspięli się oni nawet na szczyt pewnego wzgórza, by mieć lepszy widok, jednakże z owej rzeczy na niebie posypały się iskry i zniknęła ona w gęstych ciemnościach. Następnego dnia widziano ją również w Bilbao. "Morning Post" pisze, że to sypanie się iskier i jasne światło było główną cechą obiektu, dzięki której został w ogóle zauważony. A więc niekoniecznie musiał to być balon. "The Standard" z 16 grudnia drukuje doniesienia o czymś, co widziano na niebie poprzedniego dnia o piątej nad ranem. Świadkiem był kapitan parowca "Countess of Aberdeen", który płynął wzdłuż wybrzeży Szkocji, 40 kilometrów od Montrose. Przez szkła lornetki ów obiekt na niebie wyglądał na światło przymocowane do czegoś, co mogło być koszem balonu. Światło to zmieniało swą jasność, a w niektórych momentach było tak duże "jak światło latarni w Girdleness". Obiekt posuwał się - uwaga - w kierunku przeciwnym do wiatru, choć możliwe, że było to skutkiem innego kierunku wiatru w wyższych warstwach atmosfery. Obserwowano go przez pół godziny, w którym to czasie zdawał się zmierzać w kierunku Bervie, miasta leżącego na wybrzeżu, 19 kilometrów od Montrose. "The Standard" w numerze z 19 grudnia podaje, że dwa jasne, nieznane światła widziano 11 grudnia nad Dartmouth Harbor.

Zaginiony Walter Powell był członkiem Parlamentu i miał wielu przyjaciół, zaś niektórzy z nich rozpoczęli natychmiast energiczne poszukiwania. Jego rodzina wyznaczyła wysoką nagrodę. Specjalnie wysłany parowiec przeszukiwał Kanał La Manche do 13 grudnia, powiadomione również były wszystkie kutry rybackie i łodzie. Zorganizowano przeczesywanie wybrzeża i zdwojono patrole straży, którym zlecono poszukiwanie śladów katastrofy, lecz prócz termometru w torebce nie znaleziono nic - najmniejszego śladu balonu.

W "L'Astronomie" (1886-312) prof. Paroisse z College Barsur-Aube cytuje dwóch świadków "niezmiernie ciekawego fenomenu", który zdarzył się w ogrodzie tej szkoły 22 maja 1886. Był to idealnie pogodny dzień, bezchmurne niebo, od czasu do czasu liśćmi drzew poruszał tylko lekki wiaterek. Dobry czas na robienie porządków. Otóż w pewnej części ogrodu zgromadzono na niewielkiej przestrzeni kosze z popiołem i była tam również ważąca sześćdziesiąt kilogramów okienna rama. W pobliżu pracowało kilku ludzi, było cicho i spokojnie, gdy nagle wszystkie kosze z popiołem i rama bezgłośnie uniosły się z ziemi na wysokość 12 metrów i zawisły nieruchomo w powietrzu. Po kilku zaś minutach spadły z łoskotem na swe dawne miejsce. Nic spoza małego kręgu tych rzeczy nie zostało porwane w górę. Świadkowie zdarzenia nie zauważyli również żadnego zaburzenia w powietrzu, żadnego wiru, żadnej trąby, niczego. Był cichy, nieco senny, słoneczny dzień.

"Scientific American" (56-65) cytuje historię drukowaną najpierw w londyńskim "Timesie" o tym, jak w czerwcu 1886 roku pewien "dobrze znany polityk", wchodząc do gmachu Pall Mall, poczuł gwałtowne uderzenie w ramię i usłyszał syczący dźwięk. W zasięgu wzroku nie było nikogo prócz stojącego w oddali policjanta. W domu polityk ów stwierdził, że materiał jego płaszcza w miejscu uderzenia wyglądał jak przypalony gorącym prętem z widoczną prostą linią. W miejscu wypadku przeprowadzono zatem małe śledztwo, ponieważ jednak nie znaleziono śladu żadnego pocisku, powstało domniemanie, że niezwykłym zrządzeniem losu osobę tę potrącił jakiś mały meteoryt.

W "Charleston News and Courier" (25 listopada 1886) mamy historię, że w miejscowości Edina w stanie Missouri, 23 listopada, pewien farmer i jego trzech synów zwozili z pola kukurydzę. W artykule nie ma słowa na temat pogody, przypuszczam jednak, że farmerzy nie zwożą kukurydzy w czasie gwałtownych burz. W pewnym momencie - czytamy - z nieba ześlizgnął się na pracujących ludzi język błyskawicy, zabijając jednego z chłopców, raniąc drugiego i powodując lekkie obrażenia u ich ojca. Trzeci chłopiec zniknął bez śladu. "Co się z nim dokładnie stało nikt nie wie, przypuszcza się jednak, że pod wpływem szoku stracił on rozum i gdzieś powędrował". "Brooklin Eagle" z 17 marca 1891 roku drukuje opis ciekawego zdarzenia z Wilkes Barre w Pensylwanii, gdzie 16 marca dwóch mężczyzn "zostało porwanych i uniesionych na znaczną odległość przez powietrzny wir". Musiała to być zatem trąba powietrzna o wielkiej sile, a przecież nic prócz tych dwóch ludzi nie zostało dotknięte jej działaniem. Wygląda to na jakąś igraszkę nieznanych nam mocy, które przebywają czasami w malowniczych kłębach chmur naszej planety, zażywając tam relaksu wśród rześkiego powietrza i rozkosznych widoków.

Tego samego dnia miało też miejsce dość dziwne zdarzenie na Brooklynie. Czytamy o tym w "New York Times" z 17 marca. Otóż dwaj mężczyźni z okolicznych wiejskich hrabstw, mianowicie pan Smith Morehouse z hrabstwa Orange, New York, oraz pan William Owen z hrabstwa Sussex, New Jersey, maszerowali ramię w ramię aleją Vanderbilta w Brooklynie - była mniej więcej druga po południu - gdy nagle ogłuszyła ich i oślepiła straszliwa eksplozja, raniąc poważnie Morehouse'a. Jego twarz była pokryta cętkami podobnymi do śladów prochu, zaś język przebity kawałkiem metalu. Nie mając pod ręką żadnego winowajcy, policja aresztowała Owena, lecz trzymano go tylko pod technicznym zarzutem pijaństwa. Morehouse trafił do szpitala, gdzie z języka usunięto mu metalowy odłamek, mały kawałek mosiądzu lub miedzi, który nie był jednak fragmentem pocisku. Niczego więcej nie znaleziono, chociaż eksplodujący obok głowy Morehouse obiekt musiał mieć znaczne rozmiary, zaś w jego kapeluszu pojawiło się sześć otworów, przebitych widocznie przez odłamki, których nie udało się jednak wytropić. Według świadków zdarzenia, obok obydwu mężczyzn nie było nikogo w promieniu trzydziestu metrów. Jeden z tych świadków widział nawet jakiś błysk przed eksplozją, nie potrafił jednak powiedzieć, czy coś spadało z góry, czy nie. W "Brooklyn Eagle" czytamy też, że żaden z tych mężczyzn nie miał przy sobie broni palnej i że nie było pomiędzy nimi żadnych nieporozumień. Jeden ze świadków twierdził, że obserwował ich jeszcze przed eksplozją, gdyż przyciągali uwagę swym wiejskim wyglądem.

Mamy tu interesujące stopienie się wiedzy i niewiedzy. Przypuszczam, że nikt nie będzie podejrzewał, iż ktoś rzucił bombę na dwóch wieśniaków w dużym mieście. Znaleziono jednak wystarczającą ilość substancji stałej, przede wszystkim odłamek z języka, by wykluczyć myśl o "piorunie z jasnego nieba". Z tej samej przyczyny należy również wykluczyć meteoryt.

 

2 września 1905 miała miejsce tragedia tragedia pozaziemskiej świni. Pisze o tym pułkownik Marwick w jednym z numerów "English Mechanic" (86-100), powołując się na "Cambrian Natural Observer", według którego coś niebywale dziwnego widziano na niebie nad miejscowością Llangollen w Walii. Był to jakiś bardzo ciemny obiekt, unoszący się około 3 kilometrów nad ziemią i poruszający się z szybkością około 30 kilometrów na godzinę. Płk Markwick pisze, że bardzo wątpliwe, by obiekt ów był balonem. Dajemy mu za to dobrą ocenę jako ekstra-geografowi, uważamy jednak, że reprezentuje on wczesny, przejściowy typ, coś w rodzaju sfinksa - nie był bowiem wystarczająco rozwinięty, czy też odważny, by opublikować szczegóły tej sprawy. Sami więc sięgamy po odpowiedni rocznik "Cambrian Natural Observer" (1905-35), pismo Walijskiego Towarzystwa Astronomicznego, gdzie czytamy, że według relacji zamieszczonych w gazetach, 2 września 1905 roku na niebie nad Llangollen widziano płynące majestatycznie zwierzę. Z budynku szkoły w miejscowości Vroncysylite - myślę, że nie przekręciłem tej nazwy - przy całej mojej łatwowierności niektóre walijskie nazwy wyglądają podejrzanie nawet w moich własnych notatkach - zatem z budynku tej szkoły obserwowano ową dziwną rzecz na niebie przez silną lornetkę polową. Miała ona krótkie skrzydła i leciała czy też poruszała się w sposób opisywany jako "niedbałe przechylanie się na boki". Wydaje się również, że miała ona cztery nogi i mierzyła około 3 metrów długości, zaś według niektórych świadków przypominała dużą, skrzydlatą świnię "z palcami kończyn połączonymi błoną". "Moje spekulacje krążyły bezradnie wokół natury tak dziwacznego obiektu" - pisze jeden z jego obserwatorów. W pięć dni później, według informacji dostarczonej przez jednego z członków Walijskiego Towarzystwa Astronomicznego ("Cambrian Natural Observer", 1905-30), zabarwiona purpurowo substancja spadła z nieba właśnie w Walii, w okolicach Llanelly.