Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Martin Gardner

Pseudonauka i pseudouczeni

wydanie oryginalne 1957 r.

 

 

 

FORTYŚCI

 

Wcześniej czy później musimy zawrzeć znajomość z Charlesem Fortem. On to bowiem wytoczył najcięższe działa przeciwko astronomom i puszczając wodze swojej wyobraźni wysunął najbardziej "obrazoburcze" poglądy na niebo. Toteż przedstawienie go w tym miejscu wydaje nam się słuszne.

Charles Hoy Fort urodził się w Albany w stanie Nowy Jork, w roku 1874. Jako chłopiec zdradzał zainteresowania przyrodnicze, co skłoniło go do kolekcjonowania owadów i minerałów; kiedyś nawet wypchał ptaka. Nigdy natomiast nie zdobył normalnego wykształcenia. Próbował pisać reportaże, powieści (Outcast Manufacturers, 1909) i nowele (które Theodor Dreiser publikował w swoim "Smith's Magazine"). Potem otrzymał w spadku nieduży majątek, z którego dochodów mógł finansować badania - zresztą nader skromne - na własną rękę. W ciągu następnych 26 lat Fort ślęczał nad starymi czasopismami i dziennikami wynotowując z nich każde zagadkowe zdarzenie, nie zgadzające się z ustalonymi poglądami naukowymi. Większość tej pracy wykonywał w British Museum w Londynie. Potem powrócił do Nowego Jorku, gdzie zamieszkał razem z żoną Anną, aby kontynuować swe badania w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej.

Fort był nieśmiałym, rosłym, niedźwiedziowatym człowiekiem, o brązowych, opadających wąsach i oczach ukrytych za grubymi okularami. Jego pokój był zatłoczony pudełkami od butów, wypełnionymi po brzegi notatkami i wycinkami z prasy. Na ścianach wisiały gablotki z okazami pająków i motyli, pod szkłem zaś przechowywał bryłkę czegoś brudnego, podobnego do azbestu, która jakoby spadła z nieba. Odpoczywając, grywał samotnie w wymyśloną przez siebie grę, którą nazwał "superszachami". W grze tej występowało tysiące figurek ludzkich na olbrzymiej tablicy o wielu tysiącach kratek. Według relacji pisarza Tiffany Thayera, żona Forta nigdy nie była w stanie zrozumieć, co się dzieje w umyśle jej męża i "nigdy nie przeczytała ani żadnej jego książki, ani też niczego innego".

Fort miał dwóch tylko przyjaciół: Dreisera i Thayera. Przekonany o genialności Forta Dreiser namówił swego wydawcę do puszczenia w świat pierwszej z czterech jego książek, mianowicie The Book of the Damned (Księgi rzeczy wyklętych). Przez "wyklęte" rozumiał Fort wszystkie te poglądy, które oficjalna nauka odrzuca - zatracone "dusze" danych naukowych. Za swoją misję uznał "zdjęcie z nich klątwy". Książka pisana jest ciekawym, zapierającym dech stylem; niekiedy pojawiają się w niej partie pełne głębokiej mądrości, doskonałego humoru i pięknych zwrotów.

Druga książka Forta New Lands (Nowe krainy) ze wstępem Bootha Tarkingtona, ukazała się w roku 1923. W tym czasie wielu pisarzy amerykańskich było pod wrażeniem buńczucznych ataków Forta na to wszystko, co nazwał on naukowym "klerykalizmem". W roku 1931 Thayer zgromadził wielu pisarzy na historycznym bankiecie w Savoy Plaża i przy tej właśnie okazji narodziło się "Towarzystwo Fortystów". Założycielami jego, oprócz Dreisera i Thayera, byli tacy luminarze literatury amerykańskiej, jak Alexander Woolcott, Tarkington, Ben Hecht, Burton Rascoe i John Cowper Powys.

Trzecią swoją książkę nazwał Fort: Lo (Patrz). Thayer pisze, że sam zasugerował autorowi ten tytuł, jako że w książce są opisani astronomowie, którzy ciągle wskazują na niebo, myśląc że znajdą tam nową gwiazdę, lub coś innego, i mówią "patrz"! A tam, gdzie wskazują, nie ma nic do zobaczenia. Fort od razu zgodził się na to Lo. Ostatnią książką Forta była Wild Talents (Dzikie talenty) opublikowana w roku 1932, w kilka tygodni po śmierci autora.

W roku 1937 Tiffany Thayer zaczął wydawać na własny koszt "Fortean Society Magazine" (Magazyn Towarzystwa Fortystów) przemianowany obecnie na "Doubt" (Wątpliwość). Fort przekazał w spadku Thayerowi (gest, który do furii doprowadził Dreisera) trzydzieści dwa pudła nieopublikowanych notatek. Jednym z założeń owego magazynu było publikowanie tych właśnie notatek. Podstawowa jego działalność polegała jednak na publikowaniu nowych zagadnień, których uczeni nie potrafiliby wyjaśnić, jak również na przytaczaniu niepochlebnych historyjek o tych uczonych.

Takie "nowości" nadsyłają Thayerowi stali "korespondenci" - fortyści.

Cel Towarzystwa określa broszura zawierająca takie na przykład fragmenty:

"Towarzystwo Fortystów jest międzynarodowym zrzeszeniem filozofów - to jest mężczyzn i kobiet, których tryb życia nie zmieniłby się, gdyby nie było żadnych praw; mężczyzn i kobiet, których zachowanie się nie jest następstwem nagłych odruchów wywołanych warunkami zewnętrznymi, lecz raczej wynikiem pewnej umysłowej rozwagi lub pewnej mistycznej kapryśności... Członkami Towarzystwa są wybitni uczeni, fizycy, lekarze, jak również chiromanci, spirytyści i chrześcijanie - nawet jeden ksiądz katolicki...

...Towarzystwo zapewnia przystań sprawom straconym, z których większość, mimo naszej do nich sympatii, bywa zupełnie beznadziejna. Członkami naszymi są liczni zwolennicy płaskiej Ziemi, przeciwnicy wiwisekcji, przeciwnicy szczepień ochronnych;, przeciwnicy prób Wassermana oraz ludzie, którzy wciąż wierzą w to, że rozbrojenie narodów byłoby rzeczą słuszną...

...Członkowie wyznają jedną tylko »doktrynę« fortystów: powstrzymywanie się chwilowo od wydawania sądów, chwilowe zgadzanie się i wieczne kwestionowanie...".

Towarzystwo Fortystów pod wielu względami przypomina kult Sherlocka Holmesa, owych "Irregulars" z Baker Street. Podobnie jak tamci upierają się przy tym, iż Holmes był postacią rzeczywistą, tak Fortyści upierają się przy tym, że dzikie spekulacje Forta zasługują na wiarę w tej samej mierze, co i "ustalone przez naukę niedorzeczności" (jak to określił Fort). U podstaw Towarzystwa leży gigantyczny żart, lecz Thayer i większość członków Towarzystwa bierze go najzupełniej poważnie. Część tego żartu polega na tym, że każdy kto twierdzi, iż to jest żart, spotyka się z oburzeniem. Dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie listy fortystów są datowane według 13-miesięcznego kalendarza, pierwszym zaś rokiem jest rok 1931 - kiedy to na słynnym bankiecie zostało ufundowane Towarzystwo. Trzynasty miesiąc nosi oczywiście imię Forta.

Zanim się zajmiemy stanowiskiem Forta wobec nauki i wnioskami, do jakich on doszedł, warto przyjrzeć się jego jedynej w swoim rodzaju kosmologii.

Fort żywił namiętną nieufność do astronomów. W całej pierwszej części swoich Nowych ziem usiłował dowieść, że wszyscy astronomowie są nieukami gorszymi od astrologów przepowiadających różne wydarzenia; odkryć swoich dokonują tylko przypadkowo i sprytnie ukrywają przed społeczeństwem podstawową nierzetelność ich "średniowiecznej nauki".

"Obliczyli orbitę Urana - pisze Fort - lecz Uran wędrował gdzie indziej. Wyjaśnili to. Obliczyli jeszcze raz; wciąż obliczają i tłumaczą, rok za rokiem, a Uran wędruje wciąż inaczej". W końcu, żeby zachować twarz, astronomowie zadecydowali, że ruch Urana jest zakłócony przez inną planetę. W ciągu następnych pięćdziesięciu lat kierowali swe teleskopy ku różnym punktom nieba, aż przypadkowo odkryli Neptuna. Teraz Neptun zaczął się poruszać po nieprzewidzianej orbicie. "Jeśli istotnie astronomowie są tak mądrzy, za jakich się podają, niechże znajdą teraz inną planetę poza Neptunem" - szydzi Fort. Na nieszczęście napisał to w roku 1930, tuż przed odkryciem Plutona. Jednak Fort zawsze się śmieje ostatni. Okazało się, że Pluton jest znacznie mniejszy, niż tego się spodziewali astronomowie.

Fort nie opracowuje swojej kosmologii w szczegółach. Proponuje jedynie szereg sugestii, które, jego zdaniem, nie są bardziej bezsensowne, niż "system słoneczny" astronomów... "rzecz poroniona pętająca się w przestworzach, zakłócająca każdy sprawny, zdrowy układ swym krostowatym Słońcem, widmowym Księżycem, cywilizacjami rozbitymi przez naukę; trędowaty wędrowiec niebieski, wyciągający swe trzęsące się otchłanie, do których litościwsze systemy wrzucają złote komety...".

Zdaniem Forta Ziemia jest prawie stacjonarna. "Być może, że ona wiruje, lecz z okresem trwającym około roku. Tak jak każdy, mam własne zdanie o tym, co rozsądne, i to właśnie jest moja idea kompromisu". Dalej następują dość szczegółowe repliki przeciwko tradycyjnym dowodom obrotu Ziemi, takim jak wahadło Foucaulta.

Aby wyjaśnić obrót gwiazd wokół Ziemi Fort zakłada, że Ziemię otacza niezbyt odległa, nieprzezroczysta skorupa; gwiazdy są otworami, przez które przenika światło. Migotanie gwiazd pochodzi od "drgań" skorupy. Nie jest ona ciałem sztywnym.

"...W najbardziej sztywnej substancji mogą występować wiry i w ten sposób gwiazdy, czyli dziurki, mogą obracać się jedna wokół drugiej... Tu i ówdzie przez galaretowatą część tej skorupy pryskają meteory, odrywając od niej po drodze oddzielne grudki". Fort zebrał liczne notatki dotyczące wieluset przypadków spadnięcia z nieba substancji galaretowatej. Ostrzega lotników, że kiedyś mogą nią być "nadziani jak rodzynkami ciasto". Jednak dopuszcza: "...że twierdzenie, iż całe niebo składa się z galarety jest absurdalne; rozsądniejsza wydaje mi się myśl, że tylko jego niektóre części mają taką konsystencję".

Zdaniem Forta mgławicami są miejsca świecące w owej skorupie, ciemnymi zaś mgławicami - miejsca nieprzezroczyste. Niektóre mogą być sterczącymi występami, "zwisającymi niby superstalaktyty w bezmiernej, kulistej pieczarze". Jedna z tych mgławic zwana Końskim Łbem "odcina się od innych, jak olbrzymi ponurak, nie chcący mieszać się do szaleństwa migocącego Karnawału".

"W krainie gwiazd może istnieć cywilizacja - pisze Fort w Lo. - Być może, że po wklęsłej stronie otoczek gwiezdnych znajdują się olbrzymie, nadające się do zamieszkania przestrzenie, jako rezerwa dla kolonizacji z Ziemi". I dalej następuje poetycka wizja Forta przyszłych podróży kosmicznych.

Czas nadchodzi 
I hasło rodzi - 
ku gwiazdom, hej!

"...Wędrówki do gwiazd, potok awanturników" - wiadomości dźwiękowe - wywiady i agenci prasowi - ktoś właśnie wybierający się na gwiazdozbiór Lutnia zwraca sobie część kosztów podróży, ogłaszając dla reklamy, jaki gatunek papierosów ze sobą zabiera. Skrzydlate pojazdy i opancerzone samoloty na niebie. I skargi w listach do gazet: ten dumping mleka butelkowanego, to pogwałcenie praw. Gdy długie szeregi statków z podróżnikami ku gwiazdom nocą zapalają światła, wyglądają z Ziemi jak nowe komety. Pojawiają się nowe gwiazdozbiory - miasta w krainie gwiazd.

Jakże to wszystko jest banalne!"

"Wycieczki indywidualne na Oriona i Byka. Wakacje letnie na skraju Vegi. Ojciec opowiadał mi o czasach, kiedy to ludzie przed wędrówką na Księżyc sporządzali testament. Również na starych niebiosach był spokój. Reklamy szminki do ust, mydła i kostiumów kąpielowych działają mi na nerwy".

Fort oznajmia, że nad tym wszystkim znajduje się morze Super-Sargasso, z wyspą, którą nazywa Genesistrine, skąd często spadają na Ziemię różne przedmioty i żywe istoty. Fort przecież zebrał tysiące notatek o tajemniczych ulewach robaków, ryb, martwych ptaków, cegieł, wyrobów z żelaza i kamienia, o kolorowych deszczach, małych żabach (dziwiło go, że nigdy nie zanotowano spadających kijanek) i ślimakach. Większość tych przedmiotów, to śmieci zawleczone przez wiatr do Morza Super-Sargasso, niedawno, lub przed wiekami, z Ziemi lub z innych planet.

Znamy autentyczne przykłady czerwonych deszczów. Tłumaczymy je zazwyczaj tym, że czerwony pył miesza się w obłokach z wodą. Fort ma inne zupełnie wyjaśnienie tego zjawiska:

"Rzekami krwi pożyłowane są białkowe morza o układzie jajopodobnym, w którego wylęgu Ziemia jest miejscowym ośrodkiem rozwoju - są to superarterie krwi w Genesistrine; Zachody Słońca są ich świadomością: jako że czasami rozjaśniają niebo blaskami zorzy polarnej... Cały nasz Układ Słoneczny jest żywą istotą, a ulewy krwi na tej Ziemi są jego wewnętrznym krwotokiem... A olbrzymie stworzenia na niebie, są jako olbrzymie stworzenia w oceanach... Albo jakaś istota wyjątkowa, wyjątkowy czas, wyjątkowe miejsce... Istota wielkości Mostu Brooklyńskiego. Ona żyje w zewnętrznej przestrzeni - coś wielkości Parku Centralnego zabija tam to... Kapie".

Charles Fort ma tysiące podobnych barwnych teorii. Zanim zakończymy naszą książkę, niejedną z nich jeszcze poznamy. Już teraz jednak musimy rozstrzygnąć, co sądzić o tych irytujących spekulacjach? Czy Fort był człowiekiem z poczuciem humoru, czy też pomyleńcem? Czy książki jego są, jak mówi Hecht, żartem Gargantui, czy też ich autor rzeczywiście wierzył w wysuwane przez siebie teorie?

We wstępie do jednotomowego wydania z roku 1941 czterech książek Forta Tiffany Thayer, znający dość dobrze autora, daje nam na to jasną odpowiedź:

"Pozwólcie mi, jako wieloletniemu przyjacielowi autora, zapewnić, że on w nic podobnego nie wierzył... Charles Fort nie był wcale pomyleńcem. Nie wierzył ani na jotę w żadną ze swoich zaskakujących hipotez, o czym zresztą każdy rozsądny człowiek potrafił zorientować się z tekstu. Wysuwał swoje tezy tylko dla zabawy - tak jak Jehowa, gdy tworzył dziobaka, a może nawet i człowieka...".

Poprzednio, w tym samym szkicu Thayer pisze, że Fort: "...zaśmiewał się, aż trząsł mu się brzuch, a wraz z nim maszyna do pisania... kpił z tego, co sam pisał, śmiał się z pretensji poważnych fachowców, chichotał z powodu wprowadzenia ich w błąd, bawił się swymi czytelnikami, parskał śmiechem czytając ich listy, cieszył się z własnego udziału j w takim przedsięwzięciu, śmiał się z recenzji swoich książek i bawił się moim kosztem widząc, że istotnie organizuję Towarzystwo Fortystów".

"...Charles Fort miał najwspanialsze poczucie humoru, które każdemu myślącemu człowiekowi wzbogaca życie. Czytając go nie zapominajcie o tym. Jeśli zapomnicie, traficie w jego sidła. Czasami doprowadzi was do wściekłości, ale w chwili gdy was krew zalewa, pamiętajcie o tym, że to było zamierzeniem autora, który w momencie ostatecznego waszego zirytowania, wystawia głowę i gra na nosie".

Ktoś mógłby w tym miejscu zapytać, dlaczegoż Fort, nie wierząc we własne teorie, spędził jednak 26 lat nad takim "zadankiem" (jak to sam gdzieś określił), jak przewertowanie 25 roczników "London Daily Mail"? Na to możemy odpowiedzieć, że spoza wariactwa Forta wyziera więcej rzeczy sensownych, niżby to się na pierwszy rzut oka wydawało.

Fort był heglistą. W ostatecznym wyniku byt - a nie Wszechświat, który obserwujemy, ze wszystkim co w nim się znajduje - jest pewną jednością. Wszystko się trzyma dzięki "podłożu jedności" i "wzajemnie się przenikającemu powiązaniu". "Myślę, że jesteśmy wszyscy myszami i pluskwami - pisze Fort - i że to wszystko są różne wyrażenia na wszechobejmujący ser". Fort nie był człowiekiem religijnym, wierzył jednak w to, że ogół rzeczy jest jakimś organizmem obdarzonym inteligencją. "Nic też nie szkodzi, jeśli się go nazwie Bogiem. Może "on", czy też "to" bredzi kometami i bełkoce trzęsieniami Ziemi".

Aczkolwiek istnieje ostateczna rzeczywistość i prawda, dla nas jednak, małych pluskiew i myszy, są tylko mrugające światła półprawd i widma rzeczywistości. Wszystko jest w stanie "dającego się domyśleć istnienia". Fort jest niezmordowany w produkowaniu takich przymiotników jak: "rzeczywisty-nierzeczywisty", "podobny-niepodobny", "dobry-niedobry", "materialno-niematerialny", "rozwiązalno-nierozwiązalny" itp. Ponieważ wszystko się nawzajem przenika w sposób ciągły, nie sposób znaleźć widocznej granicy pomiędzy prawdą a fikcją. Jeśli nauka chce przyjąć rzeczy czerwone, a odrzucić żółte, gdzie się znajdą rzeczy pomarańczowe? Podobnie w nauce nie ma rzeczy zaakceptowanych, które nie zawierałyby błędów, tak jak nie ma rzeczy "potępionych" przez naukę, które by nie zawierały źdźbła prawdy.

Takie właśnie medytacje na temat ciągłości wszystkiego doprowadziły Forta do wybujałego sceptycyzmu. Podobnie jak sceptyk w starożytnej Grecji, którego dewizą było "nie więcej" - to znaczy, że sens jednego wierzenia nie zawiera więcej prawdy, niż drugiego - Fort nie akceptował niczego. "Sierp Lwa - pisze Fort - majaczy, jak znak zapytania na niebie... Bóg tylko zna odpowiedzi na wszystkie pytania". I dalej: "Nie wierzę w nic. Odciąłem się od wszystkich epok i mądrości wieków, od tak zwanych wielkich nauczycieli wszystkich czasów i zapewne z powodu tego odosobnienia jestem zdany na dziwną gościnność. Zamknąłem drzwi frontowe przed Chrystusem i Einsteinem, otwierając drzwi kuchenne, przez które wyciągam rękę do małych żab i ślimaków".

Forta stać na to, aby pisać: "Nie wierzę w nic z tego, co kiedykolwiek napisałem", lecz, co ważniejsze, pamiętajmy, że również nie wierzy w nic, co kiedykolwiek sam przeczytał. "Wszystko... co podaję w tej książce, traktuję jako urojenie" - powiada w Wild Talents, lecz nieomieszka dodać, że są to takie same urojenia, jak Principia Newtona, O pochodzeniu gatunków Darwina, jak twierdzenia matematyczne i każda drukowana historia Stanów Zjednoczonych. .

Fort wątpi we wszystko, nawet we własne spekulacje. Ale bardziej przenikliwi z jego wielbicieli upierają się przy tym, że nie jest on tak wielkim wrogiem nauki, za jakiego uchodzi, lecz tylko wrogiem uczonych, którzy zapominając o efemeryczności wszystkich nauk, tym samym uwypuklają zdrową i pozytywną stronę fortyzmu. Istotnie, żadnej z teorii naukowych nie można nazwać niewątpliwą. Każdy "fakt" naukowy podlega nie kończącemu się sprawdzaniu wtedy, gdy się odkrywa nowe "dane". I żaden człowiek nauki, zasługujący na to miano, nie myśli inaczej. Fort jednak przeoczył, świadomie lub nieświadomie, podstawowy fakt, że teorie naukowe mogą być w różnym stopniu potwierdzone faktami. I w tym właśnie tkwi najbardziej zwodniczy i niezdrowy element fortyzmu. Gdyby członkowie "Baker Street Irregular" uwierzyli, że Sherlock Holmes był postacią rzeczywistą, przepadłby cały efekt dobrego żartu. Podobnie kiedy fortysta naprawdę wierzy, że wszystkie teorie naukowe są jednakowo absurdalne, wspaniały humor Towarzystwa ustępuje miejsca ignoranckiej kpinie.

Sam Fort twierdzi, że wszystko na świecie jest ciągłe, przyjmuje jednak istnienie pewnej w nim nieciągłości. Wyraża to w sposób bardzo charakterystyczny: "Nie potrafimy orzec, czy jakaś mikroskopijna forma życia należy do roślin, czy do zwierząt; nie znaczy to jednak, że nie potrafimy odróżnić form krańcowych, na przykład hipopotama od fiołka... "Nikt z nas nie pośle przecież komuś w dowód uznania wiązanki hipopotamów". Widocznie jednak nigdy nie przyszło Fortowi do głowy, że skoro tak jest, to można przeprowadzić linię podziału między teorią bardzo prawdopodobną, a teorią bardzo wątpliwą.

Tą sprawą warto się zająć bardziej szczegółowo, ponieważ będzie miała znaczenie w dalszym ciągu naszej książki. Gdybyśmy nie potrafili odróżnić prawdy od fałszu, nauki prawdziwej od pseudonauki, musielibyśmy tutaj pisać także o Newtonie i Darwinie. I dobry fortysta gorliwie by to potwierdził. Tymczasem jest rzeczą oczywistą, że taki podział da się przeprowadzić. Istnieją wprawdzie pewne przypadki graniczne, jak barwa pomarańczowa między żółtą a czerwoną, w których nie możemy mieć pewności, czy dana teoria jest słuszna, czy niesłuszna, zasługująca na uznanie, czy nie. Jeśli jednak rozpatrujemy przypadki skrajne, takie jak z hipopotamem i fiołkiem, możemy wyraźnie odróżnić wartość naukową pracy Einsteina od tego, co wniósł do nauki Velikovsky. Możemy założyć, że Einstein się myli, jak też, że istnieje pewne prawdopodobieństwo (aczkolwiek znikome) że Velikovsky ma rację; jednak są to przypadki tak skrajne, że możemy śmiało jeden nazwać nauką, drugi - pseudonauką.

Fort zdawał sobie sprawę z możliwości dokonania takiego właśnie podziału. W jednej ze swych książek tłumaczy skrupulatnie, dlaczego postać Świętego Mikołaja uznał za nierealną. "Jestem drobiazgowy w kwestii danych, lub rzekomych danych - pisze Fort. - Lecz nie natknąłem się na żadne zapiski, lub rzekome zapiski o tajemniczych śladach stóp na śniegu, prowadzących po dachu do komina". Ów brak danych musiał więc mieć duże znaczenie w ustaleniu prawdopodobieństwa istnienia św. Mikołaja, skoro to właśnie skłoniło Forta do "wykluczenia" tego świętego.

W Wild Talents jest bardzo zabawny fragment, w którym Fort krytykuje pewien reportaż o psie, który mówił "dzień dobry", potem zaś zniknął, rozpływając się w zielonej mgle. Forta nie to zaniepokoiło, że pies mówi; ma on wiele wycinków gazetowych, które donoszą o mówiących psach; niepokoi go to, że się rozpłynął w zielonej mgle. "Nie zrobicie ze mnie durnia tą historyjką o psie" mówi Fort. Wyjaśnia jednak, że prowadzi tę linię podziału tylko dlatego, że każdy musi przecież gdzieś tę linię przeprowadzić. Jest przy tym dostatecznie ostrożny, by przemilczeć, iż znajduje na to usprawiedliwienie w dziedzinie pojęć prawdy i fałszu.

Kto wie, czy nie traktujemy Forta zbyt poważnie i nie wpadamy w ten sposób w inną przez niego zastawioną pułapkę. Nie był on wcale ignorantem, jego zaś rozważania na temat "zasady nieoznaczoności" we współczesnej teorii kwantów dowodzą umiejętności szybkiego uchwycenia istoty rzeczy. W tej chwili nie jest na ogół modne przeciwstawianie się pojęciu "przypadkowości" ruchu elektronu. Niemniej jednak, to na co Fort się godzi, przypomina bardziej fachowy krytycyzm Einsteina i Bertranda Russela. Nawet w przypadku, gdy Fort popełnia błąd naukowy, co mu się czasami zdarza, trudno poznać, czy robi to świadomie, czy też z braku gruntowniejszej wiedzy.

Ciekawe jest, że Fort nie przejawiał żadnego zainteresowania literaturą typu "science fiction". Nie mamy żadnych danych świadczących o tym, że przeczytał choćby jeden wiersz na ten temat. W tym tkwi zapewne przyczyna, że jego spekulacje, aczkolwiek zabawne, nie są specjalnie pomysłowe. Jego na przykład wirująca skorupa gwiazd jest pomysłem nader prymitywnym i wcześniej już opisanym przez włoskiego dziwaka. Twierdzenie, że Fort miał silny wpływ na współczesną fantastykę naukową, wydaje się przesadą. Wprawdzie kilkanaście powieści i dziesiątki nowel oparto na pomysłach Forta, jednak te utwory zaliczylibyśmy raczej do "opowieści niesamowitych", niż do "science fiction". Niektóre terminy fortowskie, takie jak na przykład "teleportacja", stały się głównym rekwizytem w fantastyce naukowej, lecz na ogół jego idee okazują się zbyt przyziemne, aby służyć karkołomnym sztuczkom. Dreiser próbował kiedyś bezskutecznie przekonać H. G. Wellsa, że w tym, co pisze Fort, tkwi wiele materiałów do "science fiction", Wells nigdy nie traktował spekulacji Forta inaczej, niż jako zabawne bzdury naukowe.

Trudno zrozumieć, że Towarzystwo Fortystów przetrwało dotychczas. Gdybyśmy żyli w epoce, w której większość obywateli lepiej rozumiałaby istotę nauki, zachowanie takiego typu organizacji miałoby może ten sens, że przypominałoby uczonym o ich ograniczonych możliwościach. Jednak przyciągające wzrok w oknach wystawowych czasopisma astrologiczne i pokupność książek Velikovsky'ego dostatecznie dowodzą, jak dalecy jesteśmy jeszcze od tej epoki.

Wszystko to było dość zabawne w roku 1931. Dziś "Doubt" - organ tego Towarzystwa - stał się ponurą kontynuacją żartu, który powinien był umrzeć wraz z Fortem. Pismo to nie jest niczym innym, jak powtarzaniem pewnego schematu fortyzmu, zawierającym mało dowcipne wiadomości i bezwartościowe notatki, które Fort pozostawił Thayerowi. Szczególnie nieprzekonywające i pozbawione nawet krzty humoru są ostatnie ataki na wycinanie migdałków (grozi to jakoby chorobą Heinego-Medina) i na wiwisekcję, nie mówiąc już o częstym przemycaniu w artykułach niefortowskich przesądów politycznych.

Nawet popierani przez Towarzystwo "uczeni" są ludźmi w większości pozbawionymi polotu i nudnymi. Takim jest na przykład generał major Alfred Wilkes Drayson, mający wśród członków Towarzystwa rangę pierwszego po Forcie. W końcu ubiegłego stulecia Drayson był profesorem Królewskiej Akademii wojskowej w Woolwich, w Anglii. On to tłumaczył pochodzenie epoki lodowej na Ziemi tym, że oś jej obrotu ulegała przesunięciu. "Hipoteza Draysona" cieszyła się w Anglii dość dużym uznaniem, zwłaszcza wśród wojskowych. Opublikował on również - wkładając w to poważne środki finansowe - wiele książek i broszur; był też szczególnie uszczypliwy w stosunku do opozycji ogólnie uznanych astronomów, z jaką spotkały się jego poglądy. Inny członek Towarzystwa Fortystów, późniejszy astrolog, Alfred H. Bailey opublikował w roku 1922 książkę The Drayson Problem (Zagadnienie Draysona), sprzedawaną przez Towarzystwo w tych raczej rzadkich przypadkach, gdy ktoś chciał poznać teorię generała majora.

W ostatnich latach zauważa się u fortystów powolny, ale wyraźny zwrot w kierunku podniesienia poziomu wykształcenia. Wynika to częściowo z odrodzenia się religijności, a częściowo z obawy przed bombą atomową. Przejawia się zaś w sposób subtelny w działalności niektórych sekcji ruchu "Great Books" kierowanych przez Hutchinsa i Adlera. Większość wychowawców "Great Books", oczywiście nieoficjalnie, uważa uczonych w ogóle za głupców, w przeciwieństwie do profesorów nauk wyzwolonych, a zwłaszcza tych, którzy współpracują z "Great Books".

"Klasycy" nauki, wymienieni w 54 tomowej serii Great Books of Ihe Western World (Wielkie Księgi Zachodu), wydanej przez Hutchinsa i Adlera w roku 1952, są tak przestarzali i potraktowani często tak formalnie, że książka nie ma prawie żadnej wartości dla czytelnika, z wyjątkiem może specjalisty w historii nauki.

Poglądy pedagogiczne Roberta Hutchinsa znalazły najszersze zastosowanie w St. John College w Annapolis, uczelni, w której głośno się krzyczy o znaczeniu nauki. Jej programy nauczania zachłystują się tym, że wymagania w dziedzinie matematyki i prac laboratoryjnych są tam wyższe, niż w innych uczelniach. Widzimy tam jakże pretensjonalny wykaz wszelkiej aparatury używanej przez studentów, aż do takich drobnostek, jak kompas, cyrkiel i linijka. W rzeczywistości jednak położenie głównego nacisku na znaczenie dawnej historii nauki nie pozostawia czasu na opanowanie współczesnych koncepcji naukowych.

Najmocniejszym ciosem wymierzonym w "uczoność" miała być książka pt. Science Is a Sacred Cow (Nauka jest Świętą Krową), napisana w roku 1950 przez Anthony Standena, brytyjskiego chemika (obecnie obywatela Stanów Zjednoczonych). Standen w latach 1942-1946 nauczał w St. John College; to doświadczenie, jak pisze "Catholic World" (Świat katolicki) z lutego 1950 roku, "doprowadziło go do nawrócenia się na łono Kościoła".

Uczeni współcześni, jako grupa, są, według odczucia Standena, aroganccy, pewni siebie i zarozumiali, i wcale nie tak bystrzy, za jakich się mają. Ludźmi zaś bezpretensjonalnymi i skromnymi są oświatowcy ożywieni duchem gorliwości, tacy jak Mortimer Adler lub Robert Hutchins. Standen ma pretensje do Deweya za to, że zasugerował światu, iż przyszłość cywilizacji zależy od rozpowszechnienia światopoglądu naukowego. Czyż nie pouczał nas Hilaire Belloc, że im bardziej rozprzestrzenia się nauka, tym gorszy staje się świat.

Mamy tam, jak zawsze, bicie w bębny ku chwale Arystotelesa. Grecki filozof miał w końcu rację twierdząc, że ciało ciężkie spada szybciej niż lekkie, ponieważ opór powietrza wywiera mniejszy wpływ na ciało cięższe niż na lżejsze; dlaczegoż więc obdarzamy Galileusza aż tak dużym uznaniem? Ponadto Galileusz zrzucał swoje ciężarki nie z pochyłej wieży w Pizie, lecz z jakiejś innej. Standen przemilcza jednak to, że przykład spadających ciał posłużył Arystotelesowi do najzupełniej bezsensownego dowodu niemożliwości istnienia próżni.

"Głównym celem nauki - oznajmia Standen - jest nauczanie o Bogu i wielbienie Go w Jego dziele". Uczeni humaniści są na tyle głupi, by przypuszczać, iż uda im się poza teologią rozwinąć naukę etyki. Uczeni biolodzy usiłują wmówić nam, że ewolucja, to powolna kolejność stadiów, kiedy w rzeczywistości, na co mamy dowody, odbywa się ona skokami (tutaj Standen nie wyjawia swoich ukrytych motywów: jeśli ewolucja odbywa się skokami, można w dziejach wyraźnie oddzielić duszę człowieka od duszy zwierzęcia). Kiedy biolog występuje z tak nonsensownym poglądem, jak to, że podstawowym celem życia zwierząt jest osiągnięcie wygody, "jedyną na to odpowiedzią jest «bzdura»".

"Musimy uważnie śledzić uczonych - konkluduje Standen - aby nas nie oszukiwali". Tę samą myśl wyraża Fort nieco inaczej: "...jeśli nikt nie będzie śledził i sprawdzał tego, co mówią nam astronomowie, pozostawimy im pełną swobodę mówienia nam tego wszystkiego, co im się podoba".

Nauka jest "Wielką Świętą Krową naszych czasów" - pisze Standen. Jeśli uczeni mają choć trochę poczucia humoru, pojmą chyba całą śmieszność tego oświadczenia, i skłonią przed nim głowę. Sądzimy jednak, że krowa wspomniana przez Forta zabawi ich jeszcze bardziej. Bo oto "Toronto Globe" z 25 maja 1899 roku przyniósł nam historię o krowie, która urodziła dwie owieczki i jedno cielątko.

"Nie wiem, jak dalece wstrząśnie ta wiadomość umysłami ogółu ludzi - twierdzi Fort - jednak dla umysłu przeciętnego biologa nie będzie to większą niedorzecznością niż opowiadanie o słoniu, który urodził dwa rowery i słoniątko".