Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Polityka - 2007-12-01

 

Edyta Gietka

Dwulewo ręczni

 

To nieprawda, że tak trudno dziś znaleźć kogoś do roboty, już prawie każdej, bo wszyscy chętni wyjechali. Mamy potężną kadrę odpornych na pokusę stałej pracy i rosnącej płacy. Sami ją sobie wyhodowaliśmy przez ostatnie dwie dekady.

 

Pracodawcy wolą nie narzekać. Ze strachu o samopoczucie swoich pracowników. Bo idzie zima. Zimą pracownicy robią się bardziej roszczeniowi, naburmuszeni i jeszcze bardziej leworęczni. Jeśli szefowie nazwą ich ostatnim sortem, mogą tego nie darować i kopnąć łopaty.

W fabryce materiałów ogniotrwałych Tabex w Ostrowcu Świętokrzyskim - zdradza były robotnik - ciągle się zmieniają właściciele metalowych szafek. Już pierwszego dnia są zmęczeni jeżdżeniem suwnicą albo są nienadający się, bo jednemu wkręci w coś rękę, drugi ją przytnie. Więc zmieniają się właściciele szafek, na przykład na takich, którzy potrzebują się zatrudnić legalnie na trzy miesiące, bo chcą kredyt w banku na telewizor plazmowy. W fabryce najwięcej pracy ma kadrowa, która tylko przyjmuje i zwalnia. 4 lata temu mogła zwolnić nawet 540 osób, bo tyle czekało na miejsce. Teraz zatrudniłaby 30, ale już nie ma pomysłu, skąd je brać. Kupili w fabryce dwa tiry. W zeszłym roku na jednym przejechało się ze 30 kierowców. Jeden wywrócił tira, drugi przywiózł tirem nie to, co trzeba, i tak dalej.

W Hrubieszowie Stanisław G., właściciel piekarni, wreszcie ma komplet, ale w styczniu przyjdzie jeden nadwyżkowy piekarz. Musi być, bo jak inni widzą, że jest rezerwa, są bardziej potulni i nie tupią w stylu: zwolnię się i co szef zrobi?

Urząd Pracy w Hrubieszowie utrzymuje 5 tys. bezrobotnych apatycznych. - Wśród tych 5 tys. 187 jest po liceach ekonomicznych, 221 - po szkołach handlowych, 183 techników mechaników, 207 krawców, 127 technologów rolników, 106 murarzy, 100 ślusarzy - wylicza dyrektor urzędu Sławomir Marciniuk.

Ceniący się

Barbara Wyszkowska, posiadająca firmę sprzątającą Basma, to najbardziej wyrozumiała szefowa, jaka może się w kapitalizmie trafić. Zatrudnia około setki kobiet. Jeśli młode, to tylko młode matki. Poza tym matki wielodzietne, matki schorowane, na rentach, matki z małych miast, kiedyś na zakręcie, obecnie mieszkanki warszawskich noclegowni.

Zdarza się tak. Gdy budowano Blue City, centrum handlowe w Warszawie, Barbara Wyszkowska robiła rekrutację nawet wśród mieszkańców pobliskiego Dworca Centralnego. Jednego z nich zrobiła brygadzistą, dostał telefon, trzy miesiące był człowiekiem pracującym. Gdy skończyła się budowa, prosiła: poczekaj, będzie następna. Zapił się na śmierć. Inny jest na trzymiesięcznym leczeniu, jak wróci i będzie człowiekiem, to ma drzwi otwarte.

Nie obraża tak od razu, jak ktoś z załogi popije i nawali. Szuka, dzwoni, prosi, używając perswazji, że dzieci by się cieszyły, że ona podchodzi z sercem, to niech nie podcinają gałęzi, bo przecież siedzą na jednej. Nie obraża się nawet na mniej kulturalnych i trzeba się bardzo starać, żeby zrezygnowała z człowieka. Musi być wyrozumiała, do czego zmusza ją fakt, że gdy w 2004 r. dawała ogłoszenie w gazecie, zgłaszało się 150 kandydatów, większość na poziomie. Teraz na ogłoszenie zareagowały trzy osoby i nie było w kim wybierać. Więc nie daje ogłoszeń. I dba o tych, co zostali. Jedzie interweniować, gdy pracownice się skarżą, że poniżają je na obiektach. Mówi młodym urzędnikom: szanujcie ich, bo wyjadą. Broni swoich sprzątających. Jak w sądzie posądzono pracownicę, że ukradła cukierek i 5 zł, pojechała wytłumaczyć urzędniczce, że jeżeli cukierki leżą na wierzchu, tej pani mogło się zrobić słabo, może ma cukrzycę. Pojechała też z przeprosinami do pewnej redakcji kobiecego pisma, gdy podkradły próbki perfum.

No więc nie wyrzuca za drobnostki, tylko przenosi na inny obiekt, żeby panie dobrze się czuły. Oprócz ludzkiego podejścia, bo to dla pracowników zdecydowanie za mało, wabi ich zaliczkami, podwyżkami, bo już nie przyjdą sprzątać na dwie godziny po południu za 500 zł miesięcznie. Mogą za 800 zł i więcej. Więc żeby dobrze się czuły na obiekcie, wypłaca paniom po 700 zł, sama zarabia po 100 zł. A gdy po obiektach jeżdżą nieuczciwi szefowie innych firm, które podkupują panie za więcej, mówi: wytrzymajcie, wygramy nowy obiekt na nowych warunkach.

Nawet rozumie, jak mówią, że nie zrobią niczego dodatkowo gratis, na przykład gdy zaleje podłogę w biurze, bo dodatkowe kiwnięcie szczotką jest płacone osobno. Panie dzwonią, że jest remont przychodni, czy dostaniemy za większe sprzątanie, bo okna trzeba umyć? Wystarczy, że stękną, już trzeba dodać 5 zł za okno.

Jedna nie wiedziała, druga zapomniała

Został w Polsce Piotr K., lat 35, mieszkaniec Warszawy. W sklepie Carrefour proszono Piotra, czy przyjmie się do układania towaru, ale on już zdążył przyzwyczaić się do nicnierobienia. A pech chciał, że jak już się przyzwyczaił, zabrano mu rentę, którą nabył, ponieważ posiada jedną nogę krótszą o 1,5 cm. Brało się rentę przez trzy lata, to trudno się odzwyczaić. Potem proszono Piotra do pracy w ochronie, ale tu musiałby zainwestować z własnej kieszeni przeznaczając 50 zł na zapytanie o niekaralność, a przecież trzeba papierosy kupić, czasem nawet dwie paczki dziennie, to jak by nie patrzył 14 zł. Kiedyś nawet pospał w firmie ochroniarskiej, ale jak spał, zginęły węże od pompy. No to gdy go szef obudził, powiedział, że łaski nie robią. W sobotę i niedzielę zarabia jako tzw. stojak, wpuszczając samochody na giełdę komputerową. Jak policja nie goni, wyciągnie i 150 zł. Więc nic nie robiąc trzeba się nakombinować, ale można.

Zostały w kraju podopieczne stowarzyszenia Damy Radę. Na wiosnę stowarzyszenie wyrywające z marazmu matki i ojców, którzy stają w kolejce po unijny ryż i darmowe buty, zorganizowało akcję: praca zamiast zasiłku. Kobiety były zapraszane do pracy poprzez telewizyjne spoty i artykuły w tabloidach, a w stowarzyszeniu urywał się telefon od ofert pracodawców. Do pracy zapraszało Tesco, klinika z Wrocławia potrzebowała pani do recepcji, mogła być z dzieckiem, dawali pokój i 1,6 tys. zł na początek, wymagania - dobre chęci. Dzwoniły sanatoria z całej Polski, zapraszając pokojowe, kucharki, sekretarki.

Agnieszka Grigoriew oddzwaniała do niedających sobie rady kobiet, że jest spotkanie - powiedzmy - za tydzień o godzinie 15.00. Ale jedna już wiedziała, że w tym dniu coś jej wypadnie, druga się umówiła, tylko zapomniała, trzecia miała astmę i chory kręgosłup, czwarta poszła na rozmowę, ale w stanie nietrzeźwym. Wreszcie kolejna zrobiła łaskę i poszła do cukierni na Woli, a cukiernik ją przyhołubił, stworzył dobre, legalne warunki, telewizja pokazała spot, jak ładnie została przyuczona do robienia rogalików. Ponieważ zbliżały się święta Wielkiejnocy, pani dostała wypłatę górką za pierwszy miesiąc, żeby kupiła dzieciom pomarańcze, oraz paczkę z ciastem. I więcej się nie pokazała. Tylko jedna przysposobiła się do pracy w sklepie rzeźniczym i sobie chwali, bo szef dobrze płaci i nie patrzy na ręce, gdy weźmiesz to czy tamto. Na kilkanaście tysięcy bezrobotnych kobiet, obchodzących darmowe magazyny z żywnością, zgodę na pracę wyraziło 7 proc.

Mazury: zatrudnię Ukraińca

Zostali bezrobotni mazurscy. Na przykład w powiecie ostródzkim 8,5 tys. Od miesięcy czytają w lokalnej prasie: zatrudnimy szwaczki, oferujemy pracę stabilną, wymagania: do przyuczenia. Ale Lucyna Sołtanowicz, dyrektor firmy Caterina Collection, nie znajduje szwaczek w Ostródzie, gdzie otworzyła nowy oddział, bo firma szyjąca ekskluzywną odzież głównie na Rosję rozwija się błyskawicznie. Od 1998 r. z firmy 40-osobowej urosła do 500-osobowej. Rosłaby pewnie szybciej, gdyby byli chętni do pracy. Pani Lucyna też jest wyrozumiała. Wiadomo, że nowo przyjęty nie wypracuje normy. Więc w końcu znalazła w Ostródzie 100 osób z łapanki oraz z urzędu pracy, który chce jak najszybciej wypchnąć nadmiar poszukujących. Poinformowała, że przez pół roku będą się uczyć, zarabiając średnią krajową. Pół roku dokładała do nowych szwaczek, bo wedle chronometrażu wyrabiały miesięcznie 120 zł, przeszywając jeden rękaw w 3 godz., który szwaczka robi w 15 min. Po pół roku grzecznie dziękowała tym niechcącym pracować najbardziej i zaczynało się szkalowanie w Internecie: żeby nie przychodzić do Cateriny, bo tam jest wyzysk.

Dlatego pani Lucyna ściąga pracowników z Ukrainy, załatwiając im pozwolenia na pracę. Na modelarni już pracują absolwenci studiów we Lwowie. A ponieważ na pięć ogłoszeń w Ostródzie nie odezwał się nikt, rozmawia z biurami pośrednictwa pracy na Ukrainie, bo potrzebuje 80 szwaczek, żeby wprowadzić dwuzmianowy system.

Gdy Sylwiusz Retowski, psycholog pracy z Uniwersytetu Gdańskiego, prowadził badania wśród uchylających się od pracy z powiatu malborskiego, na pytanie: jak wyobrażasz sobie przyszłość, emeryturę, ponad 50 proc. odpowiedziało: nie wiem, zobaczę, co los przyniesie.

Poszukiwany personel najniższy

Jeśli chodzi o miasta, najlepiej się dziś sprawdza szukanie personelu przez gazety rozdawane darmowo na ulicach. - Czyli coś, co samo przychodzi do ręki. Bo sami rzadko wyciągają rękę - mówi Urszula Kołtko z firmy rekrutacyjnej Ergatis. - Największy problem jest ze znalezieniem osób o niskich i średnich kwalifikacjach. Analitycy, PR, menedżerowie jeszcze krążą, łatwo do nich dotrzeć, bo nie są anonimowi, można zasięgnąć o nich informacji. Najtrudniejsze projekty to rekrutacja na stanowiska tzw. liniowe, na taśmę, do sklepu.

Gdy 6 lat temu Urszula Kołtko poszukiwała asystentki, po ogłoszeniu w prasie przychodziło 6 tys. aplikacji. Na każdą miała 15 sek., żeby wyłapać kluczową informację i dobrze trafić. Teraz na wyższe stanowiska przychodzi 30, na niższe 10, trzeba ponad minutę analizować CV, żeby wyszukać cokolwiek. Jak nie ma czego, atutem jest sama aplikacja, w myśl dzisiejszej zasady rekrutacji: nie umie, ale ważne, że chce.

Potem przychodzą na rozmowę. Na przykład bezrobotne, których Ergatis poszukiwała na ekspedientki w Lublinie, Bydgoszczy, Katowicach. Nawet jak Urszula umówi kandydata na spotkanie z pracodawcą, a ten je odwoła w ostatniej chwili, to i tak nie rezygnuje z kandydata, bo przynajmniej zechciało mu się odwołać. Bo Urszula Kołtko stawia kryteria realne, od stanowisk niższych oczekując jedynie rzetelności, na którą jest deficyt.

Przykład. Rekrutacja do wysokiej klasy hotelu na Mazurach. 130 stanowisk: kelner, recepcja, pokojowa i inne. Kołtko: - Przychodzi dziewczyna. Pytam o znajomość angielskiego. Mówi, że właściwie nie zna, chodziła, bo był w urzędzie pracy, ale przestała. Był za darmo, tłumaczę, pani jest bezrobotna, nie ma pani rodziny, co takiego musiało się zdarzyć? Bo wykładowca składał mi niedwuznaczne propozycje. W takim przypadku, tłumaczę, trzeba to zgłosić do urzędu, ale nie rezygnować z języka. Ale oni nie mają takiego kryterium, że coś jest na przyszłość, mają koncepcję, ile by chcieli zarabiać na dziś. Przychodzi kobieta. Zapytana, w jakiej branży pracuje, odpowiada: można powiedzieć w spożywce robię. A z odpowiedzią unosi się w powietrze woń taniego wina. Musiała przyjść, bo pogrozili, że zabiorą jej zasiłek, jeśli nie wykaże się inicjatywą. Jedna została zatrudniona do sprzątania na umowę o pracę, ale na drugi dzień nie przyszła. Gdy zadzwonili z hotelu, wyrecytowała jak rzecz oczywistą, że na dziś dostała fuchę u gospodarza, ale jutro przyjdzie.

Przychodzili na rekrutację poniekąd z ciekawości, sprawdzić, ile mogą zarobić na tym, że tylu wyjechało na Zachód. A pod historią oficjalną każdego z nich toczy się jakieś drugie, równoległe życie, w którym nieźle funkcjonują.

Bezrobotny, po naleganiach opieki, może przejść kurs, który przysposobi go do zawodu, bo Unia na aktywizację daje pieniądze. Według prof. Janusza Czapińskiego to pieniądze wyrzucone w błoto. Kursy z łapanki służą ośrodkowi pomocy do wykazania się tym, że wykazał szereg inicjatyw: - Fachowiec ładnie napisze wniosek o dofinansowanie projektu, zrobi 20 załączników, ośrodek wygląda ładnie, zapisawszy w sprawozdaniu corocznym, że szkolenie się odbyło.

Kurs, żeby chciało się chcieć

Ośrodek w Wesołej dostał order za inicjatywy. Bo w podwarszawskiej Wesołej jest Klub Pracy. Leżą tam ulotki o tym, że można zapisać się na kurs, który nauczy nieodpłatnie tego, "żeby chciało się chcieć". Leżą ulotki z wypisanymi czasownikami wyrażającymi rodzaje czynności, mające nadać życiorysowi siłę. Alfabetycznie: asystowałem, budowałem, instalowałem i tak dalej. W Klubie jest telefon, można bezpłatnie zadzwonić do pracodawcy po przejrzeniu ofert w leżącej obok prasie codziennej. Są nowoczesne stanowiska komputerowe i wolontariusz, który pomoże życzliwie założyć skrzynkę pocztową oraz przejrzeć oferty w Internecie. Jest tablica ogłoszeń. Z tablicy: szukam kierowców, produkcja samochodów, mile widziane osoby bez doświadczenia, młody kucharz, introligator, wymagania: książeczka BHP.

Ale większość robi wszystko, żeby opieka zrozumiała, że oni nie mogą. Kierowani na siłę do pracodawcy nawet rozdzierali koszulę, by ten zobaczył, w jakim stanie go przysłano, że po operacji, że są bezduszni, w dodatku nie wie, czy nie ma gruźlicy. Albo bardzo pracują nad tym, żeby ich zwolniono. Pewien pan dwa dni spędził w Realu jako magazynier, ale był zmuszony zrezygnować, bo nie miał przerwy na papierosa, poza tym przyniósł zaświadczenie, że jest chory na łuszczycę i nie może mieć kontaktu z żywnością, nawet tą w puszkach. Ze strachu przed aktywnością nawet nie chcą korzystać z pomocy ośrodka. Jak przyjdzie opieka z wizytą, tłumaczą, że jeszcze śpią, bo śpią dłużej, żeby mniej zjeść.

Co tydzień w Wesołej są giełdy pracy. 14 listopada przyjechali na giełdę przedstawiciele dużego marketu, który otworzą w Wesołej w grudniu, jeśli bezrobotni z Wesołej zechcą pracować. Oferowano 1,7 tys. zł brutto, po roku - 1,9 tys., po dwóch - 2 tys. Udało się ściągnąć na giełdę 14 osób, żeby je skojarzyć z pracodawcą. W tym młode małżeństwo z łapanki, bo akurat przyszli złożyć wniosek o zapomogę, a ponieważ mają dwie córki, przedstawiciele marketu zaoferowali dogodny zmianowy grafik, żeby nie ponosili kosztów wynajęcia opiekunki. Dawali 3,4 tys. zł dla dwojga na wstępie. Ci popatrzyli na siebie na znak, że się nie opłaca. Jedna osoba spośród 14 wyraziła zgodę na pracę.

Był w Wesołej program wciągnięcia na rynek długotrwale bezrobotnych. Unia dała na program prawie 700 tys., co wywalczyła Marzena Teodorska, dyrektor w opiece. Od października 2005 r. do marca 2007 r. próbowano wydobyć z apatii 80 osób. Zatrudniono trenerów, podjęto działania wychowawcze w postaci rozwijania ukrytych zdolności klienta, perswazję, czyli nakłanianie klienta do pracy, wzbudzenie motywacji do aktywnych działań i tak dalej. Zakupiono bilety miesięczne, żeby dojechali, organizowano poczęstunek, żeby nie byli głodni, oraz opiekę dla dzieci, żeby nie zasłaniali się dziećmi, dano 500 zł za udział w szkoleniu. Potem kierowano na kursy zawodowe wedle zainteresowań - od murarza po artystyczne układanie kwiatów. Jak się bronił, że jest chory, wysyłano na koszt opieki do lekarza medycyny pracy. 10 spośród 80 podjęło pracę.

Kapitalista zdjął krawat

Na początku lat 90., gdy Jan K. zakładał firmę ochroniarską, szybko zaczął chodzić w garniturze. Dziś chodzi w polo, bo zmuszony jest robić sam. Po pierwsze nie ma ludzi, po drugie właściciele obiektów chcą płacić jak najmniej. Żaden szanujący się Polak bezrobotny nie pójdzie do pracy za 5 zł na godzinę, jak szedł jeszcze w ubiegłym roku. Może pójść za 10 zł. Więc 99 proc. dochodów szef wydaje dziś na wypłaty dla ludzi, 1 proc. na administrację i czeka, żeby to jakoś przetrzymać.

A ponieważ klient nie chce podnieść stawki, żeby nie dołożyć do interesu, zatrudnia się takich, powiedzmy, mniej wartościowych. Jan K. doszedł do wniosku, że już nie ma profesjonalnej ochrony, tylko dozór, a dozorcy tacy, że dostają pensję za spanie w ciężkich warunkach:

- Jak któryś podpadnie, przenosi się go na inny budynek. Ale jak nie poskutkuje, trzeba się pożegnać i znów szuka się byle kogo. Wszystko jedno kto, żeby siedział w mundurku, a klient będzie widział, że jest. Ostatnio brak ludzi w tej branży wykorzystują złodzieje. Zatrudniwszy się w agencjach ochrony, otwierają budynki, giną laptopy, komórki. W jednym z kompleksów biurowych, który chronimy, nasi agenci dwa razy w miesiącu łapali złodziei. Okazuje się, że wpuszczała ich zatrudniona firma sprzątająca.

W Zorbie, greckiej restauracji Katarzyny Tsiantos, rano nie pojawił się kelner. - Nie mogę się dodzwonić. Pewnie śpi. Co mu zrobię? Przecież to mój stary kelner. O starych trzeba dbać. Bo trudno złapać nowych, przystojnych, inteligentnych. Jak się postawię, powie: to proszę mnie zwolnić, i pójdzie gdzie indziej. Jak zostawię, pomyśli: można raz, to można i drugi. A przecież dałam 30 proc. podwyżki. Na gwiazdkę dostaną w prezencie kartę rodzinną do Medicover, najlepszej kliniki. Z nowymi, wiadomo. Nowemu musisz dać więcej na wstępie, a żeby stary nie czuł się źle, też mu się podnosi. Ale tak, by się nie dowiedział, że to przez nowego. Ma myśleć, że został doceniony. To nowy problem, jeszcze nie wiem, jak sobie z nim radzić.

Póki co, żeby zatrzymać kucharzy, życie podpowiedziało sposób - nie uczyć ich wszystkiego, by nie ogarniali całości dania, robią pojedyncze czynności, a całość ogarnia zaufany kucharz. Jeden z lepszych już był uprzedzić, że wyjeżdża do Anglii z rodziną. W celu zatrzymania go wymyśliła, że znajdzie coś, żeby dorobił.

Ponieważ w Warszawie nie ma wyboru nawet wśród pań sprzątających, szukają pań nawet w Radomiu. Więc przychodzą do Zorby rządkiem szare, spracowane kobiety z Radomia. W dzień mogłyby być ekspedientkami w Warszawie, w nocy porobiłyby przy sprzątaniu. Panie myślą, doszedłszy do wniosku, że to jednak za ciężko.

Katarzyna: - Zaczyna dochodzić do paranoi. Zatrudniła się na kelnerkę piękna dziewczyna, studentka. Patrzę na nią i myślę: Boże, jaka ty dziewczyno piękna, co ty tu robisz? Do tego doszło, że zastanawiam się, czy ktoś jej nie podesłał. Bo wydaje mi się dziwne, skąd się wzięła taka dziewczyna, która się uśmiecha i chce pracować.

Więc szefowa Zorby kończy pracę w nocy. Sprowadziła do opieki nad swoimi dziećmi pewne małżeństwo. Żona siedzi z dziećmi, uczy się, bawi, mąż pilnuje domu.

Praca z serwisem

Dwa lata temu Marek Serafin, prezes Huty Warszawa, przewidział, że nadejdą takie problemy, bo to w gospodarce naturalny cykl: czas pracodawcy przeplata się z czasem pracownika. Więc żeby nie płynąć pod prąd, wypuszczając fachowców, zebrał zarząd i zaproponował niekapitalistycznie: związać zawczasu pracownika z firmą, nie tylko z paskiem wypłaty, tak mocno, jak się da. Zaczęto dbać o hutniczą rodzinę w całości, prowadzić akcje dla zdrowia hutniczej rodziny, prezenty dla dzieci hutników w postaci zimowych rękawic, żeby nie marzły, mecze dla dzieci hutników, festyny. Bo Marek Serafin wychodzi z założenia, że z pracą jest jak z zakupami - można kupić dobro i dobro z serwisem.

Serafin: - Czułem, że pracodawcy zaczną odczuwać presję pracowników i dlatego należy zadbać w pierwszej kolejności o tych, których już mamy. Wydaje się, że nowi stracili równowagę między oczekiwaniami finansowymi a posiadaną wiedzą i umiejętnościami. Elektronik po szkole żąda 6-7 tys. zł. Szukaliśmy pracowników fizycznych na wydział technologiczny. Wymaganie: żebyście byli zdrowi i żeby się wam chciało pracować za 2 tys. na początek. Jak zechcą się uczyć, będzie więcej. Z 12 zatrudnionych następnego dnia do pracy przyszło ośmiu, po dwóch dniach został jeden, który odszedł po tygodniu. Zabrał rzeczy ze swojej szafki i wyszedł.

Można też tak. Andrzej Tuchliński, psycholog pracy i doradca zawodowy, szkoli wstrząsem. Gdy pracodawca prosi, żeby pomógł, bo jego ludzie nawet i chcą, ale nie nadają się do bezpośredniego kontaktu z klientem, Tuchliński stosuje metodę audiowizualną. Każdemu daje godzinę, żeby przygotował krótką wypowiedź przed kamerą. Przeszedłszy 10 m, mówią do kamery coś na swój temat, jak w konkursie na miss. Potem oglądają się w medium obiektywnym i już nie mogą protestować, że im się należy. Szkolą się pokornie, przestając myśleć, że ten cwaniak chce mnie wykorzystać.

Tylko czy na pewno zaczną pracować, czy też zadadzą sobie pytanie: po co? Z Diagnozy Społecznej 2007 r. wynika twardo, że nie ma już w Polsce takiej przepaści między bogatymi a biednymi. Od 2005 r. dochody wzrosły w 20 proc. najbiedniejszych gospodarstw, spadły w 20 proc. najbogatszych. Z Diagnozy wynika również, że bezrobotni nie odbiegają pod względem posiadania Internetu, komórki, samochodu od pracujących.

Ze sprawozdania Urzędu Pomocy Społecznej w podwarszawskiej Wesołej wynika, że w 2006 r. rozdano zasiłki stałe, okresowe, celowe, specjalne celowe, zasiłki rodzinne, dodatki z tytułu wychowania dziecka w rodzinie wielodzietnej, z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego dziecka, pożyczki na usamodzielnienie się, bilet kredytowy, posiłki, buty na zimę, opłaty za czynsz, talony na węgiel, zakup AGD w postaci pralki i lodówki dla rodzin wielodzietnych, pościel, środki chemiczne, wymieniono okna, żeby nie marzli siedząc w domu. Dzieci bezrobotnych wysłano na kolonie do Sromowców Wyżnych, do Puszczy Nadnoteckiej, bo w domu nie mają modelu i wzorca. I tak dalej.

Michał Boni, były minister pracy, specjalista od polityki społecznej, twierdzi, że 10-15 proc. Polaków w wieku produkcyjnym ma dwie lewe ręce i w ogóle nie jest w stanie przystosować się do jakiejkolwiek pracy.

We wrześniu 2007 r. stopa bezrobocia w Polsce wynosiła blisko 12 proc. (dane GUS) - to znaczy, że nicnierobieniem zajmowało się 1 mln 778 tys. Polaków. Według prof. Janusza Czapińskiego połowy z nich żaden bat nie zagoni do roboty. Anty-dopingowo działa socjal i - wbrew pozorom - tanie życie. Nie tak trudno w Polsce przetrwać, jak się ma 600 zł i głowę na karku. Jest darmowy opał na zimę albo chrust w lesie, w pomocowych punktach leżą górki zimowych butów oraz plecaków, które po cichu oddają markowe firmy jako towar niewartościowy, hipermarketową i bazarową tandetą można za grosze wyposażyć się w nowiutkie meble i sprzęty domowe, są second handy, gdzie pod koniec tygodnia, jak dostawa jest już przebrana, sprzedają kilogram ciuchów po 2 zł, 9-procentowe piwo kosztuje w Albercie 1,69 zł, zaś pod każdym miastem masz działki, gdzie zawsze coś można urwać na zupę, pojawia się coraz więcej zagranicznych turystów, na których życzliwość można liczyć.

Całkiem fajnie jest być w Polsce dwu-leworęcznym.