Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Stopklatka - 18 października 2000

 

Wajda wstrzymuje katyński projekt Glińskiego

 

Dwa i pół roku temu w rozmowie ze Stopklatką Robert Gliński wypowiadał się entuzjastycznie na temat scenariusza Cezarego Harasimowicza pt. "Las". Prace nad filmem, opowiadającym o zbrodni katyńskiej, rozpocząć się miały we wrześniu 1999 roku. Nad produkcją czuwał Lew Rywin.

Obecnie Andrzej Wajda rozpoczął przygotowania do realizacji filmu o zagładzie polskich oficerów w Katyniu. Według naszych informacji nad scenariuszem pracuje Jacek Bromski. Gdyby prace postępowały zgodnie z harmonogramem, premierę filmu Roberta Glińskiego, nakręconego na podstawie scenariusza Cezarego Harasimowicza, mielibyśmy już za sobą.

Zdaniem Roberta Glińskiego cała sprawa rozbiła się o Andrzeja Wajdę, który wykorzystując swój autorytet, zablokował prace nad filmem. Andrzej Wajda nie chciał z nami rozmawiać na ten temat, za to bardzo chętnie o całej sprawie opowiada Robert Gliński, który poświęcił temu projektowi dwa lata swojego życia.

 

 

Grzegorz Wojtowicz: Od pewnego czasu, w wywiadach, Andrzej Wajda mówi o tym, że przygotowuje się do realizacji filmu o tragedii katyńskiej. Tymczasem niewiele brakowało żeby film o takiej tematyce miał swoją premierę już na tegorocznym festiwalu w Gdyni. Scenariusz zatytułowany "Las" napisał Cezary Harasimowicz, a Pan miał zasiąść na fotelu reżysera. Dlaczego nie doszło do powstania tego obrazu?

Robert Gliński: Cała ta sprawa nabrała bardzo wielu zakrętów, a w związku z tym, że dotyczyła mnie osobiście, śledziłem te wszystkie wydarzenia bardzo dokładnie. Z pomysłem zrobienia filmu o Katyniu wystąpił osiem lat temu Lew Rywin. Ja w tym czasie proponowałem mu zrealizowanie jakiegoś innego projektu, ale on powiedział, że szkoda na to czasu i że trzeba zrobić jakiś istotny film, na przykład o Katyniu. Bardzo szybko zdaliśmy sobie sprawę z tego, że największym problemem przy realizacji tej produkcji będzie nie kwestia pieniędzy, czy obsady aktorskiej, ale właśnie scenariusza. Taka opowieść musiała się składać z ogromnej ilości szczegółów, a scenarzysta zajmujący się tym tematem powinien posiadać ogromną wiedzę o tragedii, która rozegrała się wiosną 1940 roku. Niestety na horyzoncie nie pojawił się nikt, kto potrafiłby napisać taki scenariusz. Rywin rozpisał nawet taki wewnętrzny konkurs, to znaczy zaproponował kilku wybranym scenarzystom przedstawienie pomysłu na taki film. Konkurs ten nie przyniósł jakiś rewelacyjnych efektów, a najciekawszym z nich był pomysł zaprezentowany przez Jerzego Janickiego i Andrzeja Mularczyka. Pomysł ten jednak został odrzucony, ponieważ jego wizja miała za bardzo reportażowo-telewizyjny charakter. Wtedy zaproponowałem, żeby scenariusz napisał Cezary Harasimowicz. Czarek zaproponował opowieść bazującą po części na losach swojego dziadka, który był polskim oficerem i tylko cudem nie trafił do obozu. Jego scenariusz przedstawia tragizm kampanii wrześniowej oraz odmalowuje portret głównego bohatera zanim dostał się do Katynia. Najistotniejsza część scenariusza rozgrywa się w obozie w Kozielsku, gdzie przesłuchujący więźniów enkawudzista prowadzi brutalną grę o duszę polskiego oficera, próbując go zwerbować do sowieckiego wywiadu. Stawką tej rozgrywki jest życie Polaka. W postać enkawudzisty Zarubina miał się wcielić Oleg Mieńszikow, aktor, który zagrał agenta służby bezpieczeństwa w "Spalonych słońcem" Nikity Michałkowa. Scenariusz Czarka został poddany kilku przeróbkom i wreszcie w 1998 Rywin zdecydował, że robimy ten film. Natychmiast rozpoczęliśmy przygotowania. Byliśmy w Rosji, zwiedzaliśmy monastyr w Kozielsku, byliśmy również w Katyniu, żeby zobaczyć jak wygląda dzisiaj ów złowieszczy las. Spotykaliśmy się również z ludźmi, którzy pamiętają tamte czasy. W czasie tej dokumentacji był z nami również scenograf Jacek Osadowski, który przygotował wstępne projekty dekoracji.

Grzegorz Wojtowicz: Jednak formalnie produkcja filmu nie rozpoczęła się. Dlaczego?

Robert Gliński: Produkcja nie rozpoczęła się w takim sensie, że nie ruszyły zdjęcia, ale zaczął się tzw. okres przygotowawczy. Była już między innymi wyznaczona grupa produkcyjna Kajetana Frykowskiego ("Ogniem i mieczem", "Quo Vadis" - przyp. red.), którą zaangażował sam Rywin. Zaczęliśmy angażować aktorów, była już w większości skompletowana ekipa realizacyjna, był harmonogram zdjęć. Według niego zdjęcia miały rozpocząć się we wrześniu 1999 roku. Prowadziliśmy również rozmowy z kaskaderami. Nagle któregoś dnia, to było na wiosnę ubiegłego roku, Rywin zaprosił mnie i Frykowskiego do swojego gabinetu i oświadczył, że nie będziemy robić tego filmu, ponieważ Andrzej Wajda zamierza robić film o Katyniu. Co więcej, Wajda uważa, iż tylko on powinien zrobić taki film, a jeśli tak jest w rzeczywistości, to nie będziemy w stanie zdobyć pieniędzy na tę produkcję, ponieważ sprzeciw Wajdy podparty jego wielkim autorytetem sprawi, że stanie się to bardzo trudne.

Grzegorz Wojtowicz: Musiało to być dla Pana wielkim zaskoczeniem?

Robert Gliński: Strasznie mnie to zirytowało. Poświęciłem na ten projekt dwa lata przygotowań. W tym czasie nie robiłem nic innego, co więcej, odrzuciłem kilka ciekawych propozycji. Żeby udoskonalić scenariusz i dobrze przygotować się do realizacji tego filmu przeczytałem wszystkie książki jakie są dostępne na temat Katynia. Odbyłem wiele rozmów z osobami, którym, udało się przeżyć tamto piekło. Takich więźniów, którzy byli w Kozielsku, żyje jeszcze w Polsce tylko kilku, chociaż z tych trzech obozów, w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku, uratowało się prawie 400 osób. Zależało mi na zachowaniu wierności historycznej w każdym nawet najdrobniejszym szczególe. Dlatego sprawdzałem takie z pozoru nieistotne detale jak oświetlenie, czy też ilość pryczy. Musiałem na przykład wyjaśnić czyje pomniki stały na terenie obozu. Jedni mówili, że Woroszyłowa i Lenina, a inni, że Woroszyłowa i Stalina. Poświęciłem na wyjaśnienie takich kwestii wiele czasu i energii, ale dzięki temu, jakby przy okazji, usłyszałem wiele fantastycznych historii, które nigdy wcześniej nie były publikowane. Zebrałem naprawdę wspaniały i ogromny materiał.

Grzegorz Wojtowicz: Jak Pan zareagował na tak niekorzystny dla Pana obrót wydarzeń?

Robert Gliński: Natychmiast po spotkaniu z Rywinem umówiłem się na rozmowę z Wajdą. On rzeczywiście powiedział, że chce zrobić film o Katyniu i bardzo mu na tym zależy. Starałem się go przekonać, że to, iż on chce taki film zrobić w żadnym wypadku nie stoi na przeszkodzie, żebym również ja zajął się tym tematem. Przecież nasze filmy będą zupełnie inne i między innymi w tym będzie tkwić ich siła. Należymy przecież do innych pokoleń, a takie odmienne spojrzenie na ten bardzo ważny temat byłoby bardzo interesujące. Zbrodnia katyńska jest na tyle wielką tragedią, że nawet te dwa filmy i tak nie wyczerpią wszystkich możliwych aspektów opowiedzenia o tym strasznym ludobójstwie. Takich filmów powinno powstać kilka. Pomimo moich argumentów Wajda nie dał się przekonać i trzymał się uparcie stanowiska, że to on powinien zrobić ten film. Twierdził, że film o Katyniu ma być dziełem jego życia, że bardzo mu na tym zależy, ponieważ w Katyniu zginął jego ojciec. A to nieprawda, gdyż jego ojciec został rozstrzelany w piwnicach w Charkowie. W Katyniu było wprawdzie dwóch Wajdów, ale żaden z nich nie był ojcem pana Andrzeja. No i praktycznie na tym cała sprawa mojego filmu o Katyniu zamknęła się.

Grzegorz Wojtowicz: Co Pan robił później?

Robert Gliński: Po rozmowie z Wajdą, korzystając z pozwolenia Rywina, wziąłem scenariusz Czarka i próbowałem na własną rękę szukać pieniędzy na realizację tego filmu. Pokazałem scenariusz paru producentom, jednak każdy z nich zwracał mi go po paru tygodniach bezradnie rozkładając ręce. Jeśli na przykład poszli po pieniądze do Telewizji Polskiej, to spotykali się tam z reakcją tego typu: nie damy na wasz film pieniędzy, ponieważ ten temat zarezerwował sobie Andrzej Wajda. W Komitecie Kinematografii było tak samo. Jedynym rozwiązaniem było znalezienie źródła finansowania znajdującego się kompletnie poza kinematografią, ale tego nie udało nam się dokonać. Myślałem, że Andrzej Wajda, którego dorobek bardzo szanuję, ma już taką pozycję, która pozwoli mu potraktować mnie nie jako rywala, ale jako kogoś, komu trzeba pomóc. Tak, moim zdaniem, powinien zachować się ktoś z klasą, ktoś, kto jest ponad tym całym bazarem i małostkowymi przepychankami. Niestety tak się nie stało. Konflikt, który wywołał Andrzej Wajda, jest, moim zdaniem, całkowicie pozbawiony sensu. Gdyby prace nad naszym filmem o Katyniu postępowały zgodnie z planem - zdjęcia miały rozpocząć się jesienią ubiegłego roku - to prawdopodobnie ów film zostałby pokazany na tegorocznym festiwalu w Gdyni. Najpóźniej po roku wrzawa wokół niego by opadła i wtedy Wajda mógłby spokojnie pokazać swój film. On jednak zaprotestował, pomimo że nie miał nawet scenariusza i, z tego co wiem, ciągle go nie ma. Wajda po prostu chce zrealizować ten temat jako pierwszy i chwała mu za to, ale przecież nikt i nic nie daje mu prawa do wyłączności. Moim zdaniem cały problem został spowodowany polską małostkowością i kompletnym brakiem przenikliwości.

Grzegorz Wojtowicz: Z rozmowy z Lwem Rywinem dowiedziałem się między innymi, że w pewnym momencie zdecydował się on rozstać z Panem, ponieważ postanowił powierzyć reżyserię tego filmu Andrzejowi Wajdzie. Wajda jednak nie był zachwycony scenariuszem Harasimowicza i zrezygnował z robienia filmu na jego podstawie. Czy rzeczywiście taka sytuacja miała miejsce?

Robert Gliński: Zdecydowanie nie, ja przynajmniej o niczym takim nie wiem. Wajda znał scenariusz Harasimowicza dużo wcześniej. Znał go jeszcze zanim myśmy rozpętali całą tę sprawę przygotowań do produkcji. Gdyby wtedy powiedział, że on chce realizować ten temat i nie życzy sobie żeby ktoś inny robił film o Katyniu, to ja bym nie siedział jak idiota dwa lata nad książkami, przygotowując się do poważnego filmu, tylko robiłbym inne rzeczy. Wajda czytał wcześniej scenariusz Czarka jako konsultant. Rywin pokazał ten scenariusz paru osobom, ponieważ chciał poznać ich opinię przed rozpoczęciem produkcji. Wśród tych osób, oprócz Wajdy, znaleźli się między innymi Krzysztof Zanussi oraz Janusz Morgenstern. Wajda od początku miał negatywny stosunek do tego tekstu, natomiast nawet przez chwilę nie dał nikomu do zrozumienia, że nie zgadza się na jego realizację, ponieważ sam chce zrobić film o Katyniu. Dopiero, kiedy rozpoczęliśmy przygotowania do produkcji, Wajda jakby zrozumiał, że jego delikatne sugestie nie przyniosły skutku, zaczął bardzo stanowczo domagać się wstrzymania realizacji tego filmu.

Grzegorz Wojtowicz: Słyszałem nawet, że Wajda posunął się do tego, że zarzucał scenariuszowi Harasimowicza antypolskość. Co Pan sądzi na ten temat?

Robert Gliński: Podczas rozmowy, o której wspominałem wcześniej, Wajda przedstawiał mi argumenty, które sprawiły, że włosy stawały mi dęba. Miałem nieodparte wrażenie, że on kompletnie nie zna tematu zbrodnii katyńskiej, że nie przeczytał żadnej literatury na ten temat. Zarzut o antypolskość scenariusza Czarka jest oczywiście śmieszny. Przyczyną do wysnucia takiego wniosku była dla Wajdy postać sowieckiego agenta Zarubina, tego, z którym musi się zmierzyć główny bohater opowieści Harasimowicza. Zarubin, to autentyczna postać, która pojawia się w prawie każdym obozowym pamiętniku. Zarubin był generałem sowieckiego kontrwywiadu i zajmował się werbowaniem polskich oficerów. Prawdopodobnie przejście generała Zygmunta Berlinga na stronę sowiecką było między innymi jego zasługą. Zarubin nie krzyczał na przesłuchiwanych, nie bił ich, on miał taki zwyczaj, że częstował ich papierosem, podawał kawę z koniakiem i przy okazji prowadził światopoglądowe dyskusje. Wajda nie potrafił tego zaakceptować, Rosjanin nie mógł być taki miły i stąd wziął się zarzut o antypolskość scenariusza. To dość absurdalne, ponieważ w scenariuszu Czarka, to właśnie Zarubin wydaje wyrok na głównego bohatera, kiedy okazuje się, że pomimo jego starań nie daje się on kupić. Zarubin to naprawdę fantastyczna postać, to ktoś w rodzaju Mefisto. On miał swoją pulę i w jej zakresie decydował o ludzkim losie, kto zginie, a kto przeżyje, tylko dlatego, że nadaje się na agenta. O tej puli pisze między innymi Lebiediewa w pierwszej prawdziwej rosyjskiej książce o Katyniu. Wajdzie marzy się prawdopodobnie krystalicznie czysty, martyrologiczny pomnik, ale jeśli chce się podejść do tego tematu bez przekłamań, to takiego filmu nie da się po prostu zrobić. Proszę sobie na przykład wyobrazić w jaki sposób ma się zachowywać pięknie i dumnie, kilkaset osób stłoczonych przez pół roku w cerkwi na małej powierzchni. Przecież tam były bardzo ciężkie warunki, wszy, choroby. A przede wszystkim dochodzi do tego ogromny stres, bo przecież ci ludzie zostali odcięci od najbliższych. Dlatego różne, mało szlachetne zachowania, były tam na porządku dziennym i nie należy o tym zapominać. Wystarczy porozmawiać o tym z tymi, którzy przeżyli to piekło. Tam nie było postaci ze spiżu, ale pełnokrwiste sylwetki i taki, moim zdaniem, powinien być właśnie film o Katyniu.

Grzegorz Wojtowicz: Słyszałem, że kością niezgody stał się również pewien płotek?

Robert Gliński: Zgadza się. W scenariuszu Czarka scena egzekucji polskich oficerów wyglądająca w ten sposób, że w lesie katyńskim, zabijali ich enkawudziści ukryci za, specjalnie w tym celu przygotowanym, płotkiem. Do tej sceny prawo uzurpował sobie Wajda, twierdząc, że opowiedział mu o tym ktoś, kto słyszał opowieści naocznych świadków egzekucji w lesie katyńskim. Paradoks polega na tym, że po pierwsze nie wiadomo, jak to było naprawdę, historycy raczej odrzucają tę hipotezę, a po drugie opowieść o płotku pojawia się od kilkudziesięciu lat bardzo często w różnych ogólnodostępnych źródłach. W związku z tym, trudno zrozumieć mi roszczenia Wajdy do tej sceny, ponieważ to mniej więcej tak, jakby zastrzegł on sobie prawo do wizji gazowania Żydów w Oświęcimiu. Tak jak wspominałem, ów płotek jest odrzucany przez historyków między innymi dlatego, że wszystkie strzały były zadane precyzyjnie w tył głów skazańców, od dołu do góry, co byłoby dość trudno wykonać zza płotka. Poza tym, kiedy czuje się niebezpieczeństwo, to odwraca się do niego przodem, a nie tyłem. Wtedy pociski trafiałyby w czoła, a nie w potylice.

Grzegorz Wojtowicz: Czy myślał Pan o tym żeby wrócić do tego tematu?

Robert Gliński: Oczywiście, tylko nie wiem, czy uda się to zrobić na podstawie scenariusza Czarka. Tak jak wspominałem, podczas przygotowywania dokumentacji zebrałem bardzo dużo ciekawego materiału i na podstawie tych informacji napisałem cykl opowiadań katyńskich. Są to prawdziwe historie, ale dotychczas nieznane. Myślę żeby zrobić z tego jakiś film, byłoby to oczywiście w znacznie mniejszym formacie, ale rzecz również rozgrywałaby się głównie w obozie. Te moje materiały łamią trochę mityczność katyńskiego tematu, chociażby w kwestii wyglądu egzekucji. Z reguły myślimy, że oficerowie byli przywożeni do lasu stawiani nad dołem i zabijani strzałem w tył głowy. Tymczasem dotarłem do informacji, według których większość więźniów Kozielska, blisko dwie trzecie, nie zginęła bezpośrednio przy dołach, ale w podziemiach NKWD w Smoleńsku. Następnie ciała zamordowanych były ładowane na ciężarówki i wywożone do dołów. Podobnie było w przypadku więźniów z Ostaszkowa i Starobielska. W Smoleńsku wyglądało to w ten sposób, że enkawudziści brali z celi jednego oficera i prowadzili go do pokoju gdzie była tzw. trojka, która odznaczała skazańca na specjalnej liście. Następnie ofiara była prowadzona do kolejnego pomieszczenia, gdzie zabijano ją strzałem w potylicę. Potem ciało wynoszono innymi drzwiami i tak w kółko. Jeden z polskich oficerów, a jest to autentyczna historia, prowadzony piwnicznymi korytarzami domyślił się jaki czeka go los i dzięki temu, że miał poluzowane więzy na dłoniach zdołał się wyswobodzić. Następnie wyrwał jednemu z enkawudzistów pistolet. Zanim zdążyli zareagować, jeden z nich już nie żył, a drugi był ranny. Przerażony oficer zaczął uciekać korytarzami i w końcu wpadł do jakiegoś pomieszczenia, w którym się zabarykadował. Bardzo szybko zorientował się, że jest to znakomicie wyposażony magazyn broni. Sowieci bali się, że on może korzystając ze zgromadzonej tam amunicji, wysadzić całą siedzibę NKWD w powietrze. Próbowali z nim negocjować, obiecując wolność, jeśli wyjdzie. On jednak nie dawał się złamać. Dopiero po dwóch dniach udało im się go zlikwidować przy pomocy trującego gazu. To piękna opowieść o człowieku, który w beznadziejnej sytuacji walczy desperacko o swoje życie.

Grzegorz Wojtowicz: Kiedy zamierza Pan rozpocząć realizację filmu na podstawie własnych opowiadań?

Robert Gliński: Zacznę, jak tylko uda mi się zebrać pieniądze. No chyba, że znowu mi ktoś przeszkodzi.