Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 27/07/1998

 

Drugie, poszerzone wydanie "Dziennika 1920" Izaaka Babla

 

Jan Gondowicz

Koń rydzy

 

 

To jakby dziennik zagończyka Dżyngis-chana. Jedynego, który zdaje sobie sprawę, jak dzikim jest barbarzyńcą.

Emmanuel Goldstein, vulgo wieprz Snowball, czyli innymi słowy towarzysz Trocki, stwierdził w roku 1923: "Nie istnieje jeszcze sztuka rewolucji, są tylko elementy tej sztuki, są aluzje, próby, a co najważniejsze, istnieje rewolucyjny człowiek. Cała literatura nastrojona zostanie wedle innego kamertonu. Nie darmo bowiem Engels zwał rewolucję socjalistyczną skokiem z królestwa konieczności w królestwo wolności". Pod piórem Izaaka Babla powstawały wówczas, niczym w odpowiedzi, opowiadania, mające się wkrótce złożyć na niezwykłą książkę. Pierwsze z nich czytelnicy "Lefu" Majakowskiego poznać mieli za kilka miesięcy.

"Facet był dość długo w kawalerii, a wróciwszy, wysypał cały kufer manuskryptów i zalał nimi moskiewskie redakcje" - relacjonował Konstanty Fiedin. "Armia Konna" stanowiła właśnie portret rewolucyjnego człowieka. A ściślej - traktat o tym, jak rewolucyjny człowiek daje susa w królestwo wolności lub, przekładając z marksistowskiego na nasze - jakie formy przybiera zdziczenie.

Punkt zerowy

W systemie klasycznej edukacji francuskiej gruntowne przedyskutowanie tematu prowadziło do ujęcia go jednym zdaniem w zwięzłą, aforystyczną formułę. Tak ujęty Izaak Babel dałby się sprowadzić do zdania: "Pisarz, dla którego punktem zero na skali ludzkich spraw jest gwałt, jaki na człowieku popełnia inny człowiek". Kamerton, wedle którego nastrojona została jego sztuka - to przemoc.

Jakiż pawi ogon, co za romantyczne aureole przymierza Babel w "Opowiadaniach odeskich" swym poczciwym żydowskim gangsterom tylko dlatego, że przemoc jest dla nich utemperowana poczuciem honoru, przyzwoitości zawodowej, osobliwego, lecz niewątpliwego szacunku dla cudzego życia! Odeski ojciec chrzestny, Benia Krzyk, nie zabija, jeśli nie musi, a nie musi nigdy, bo tak ustawił kodeks bandytyzmu, by osiągać wszystko, czego się chce, bez zbrodni. A jak cudownie wyzwolone, nieważkie, kipiące radością są te nieliczne z opowiadań Babla, które traktują o dobroci: "Elia Isaakowicz i Margarita Prokofiewna", "W suterenie", "Di Grasso"...

Bajeczny nastrój tych opowieści jest nieskończenie odległy od klimatu "Armii Konnej". Główny temat Babla, ekstatyczna aprobata życia, zderza się tu z surowym wymogiem prawdy. Pisząc o dramatycznych nawet zdarzeniach czasów pokoju, można kręcić, dobierać punkt widzenia, przedstawiać drobne epizody, stylizować. Realność wojny przygniata. Jej prawdą jest coś jeszcze bardziej nagiego od prawdy. To, co tak zachwycało Ernsta Juengera: "Zwierzęcość wznosi się z głębi duszy jak tajemnicze monstrum".

"Nieszczęściem Babla jest, że to nie żołnierz. Trafiwszy między nas, poczuł się oszołomiony, przerażony - i to dziwne, chorobliwe wrażenie inteligenta znalazło odbicie w »Armii Konnej«" - klarował Gorkiemu, a więc licząc się ze słowami, autentyczny bolszewicki "swój człowiek" Wsiewołod Wiszniewski. Autor juchtowej tragedii, zresztą zełganej, bo "optymistycznej".

Cywil wojskowy

Armia Konna była armią rewolucyjną. Wszystko miało być w niej na odwrót niż w armiach dawnych - na przykład carskiej. Jednakże zwykłą koleją rzeczy wojskowi wyższych stopni, a zwłaszcza dowódca Armii Konnej, komandarm (przyszły marszał) Budionny o aparycji więziennego profosa, zapłonęli świętym oburzeniem. Ich były korespondent wojenny Kirył Lutow, podejrzany cywil w budzących tak słuszną nieufność drucianych okularkach, okazał się, po pierwsze, Żydem, po drugie - literatem, a po trzecie, oszczercą, a więc zdrajcą. Reakcja normalna: nie słyszałem jeszcze, by prawdziwy, oddolny opis mechaniki sił zbrojnych - czy to w ZSRR, czy w Polsce, Francji, Czechosłowacji, czy w USA - nie wywołał furii generalicji. Różnica taka, że Babla miało to 15 lat później kosztować kulę w głowę. Nie to jest jednak tematem niniejszej opowieści.

Zarzucane Bablowi kłamstwa stanowiły absurd dla czerwonoarmistów średniego szczebla, którzy - w miarę, jak wojna polsko-bolszewicka 1920 roku odchodziła w przeszłość - coraz wyraźniej widzieli w autorze "Armii Konnej" swego Homera i (mimo upokorzeń, jakich nie szczędzili mu w polu) towarzysza broni. Otacza go szacunkiem, zwąc poufale "pisarzem wojskowym". Gdyby jednak wpadł im w ręce autentyczny, pisany w siodle dziennik Babla, z pewnością zmieniliby zdanie. A gdyby tak przeczytali go tam, na froncie? Jedną z najśmielszych prób reportażu uczestniczącego spotkałby przedwczesny koniec.

W miarę jak od 1965 roku ów dziennik wyzierał z wolna w coraz obszerniejszym kształcie na światło dzienne, kwestia rzekomych zmyśleń Babla zyskuje znów wymiar polityczny, choć inny niż poprzednio. Dziennik bowiem, w którym bez trudu odnaleźć można zawiązki przyszłych opowiadań, okazuje się wręcz zatrważająco ścisły.

Lufa w lufę

Dziwną rzeczy koleją drugie, poszerzone wydanie "Dziennika" Babla napotkało na ladach księgarskich skrywane również przez pół wieku "Dzienniki" Stanisława Rembeka, przyszłego autora "Nagana" i "W polu". Dwaj pisarze zetknęli się nieomal lufa w lufę (armatnią, bo Rembek, wbrew temu, co pisze w "Gazecie" z 20 lipca Andrzej Stasiuk, był artylerzystą). Doszło do tego w nocy z 30 na 31 sierpnia 1920 roku pod Zamościem. Oba dzienniki weryfikują się nawzajem.

Rembek: "Po wyładowaniu się z pociągu zostaliśmy przy rampie, gdzie zajęliśmy pozycję przed dużym, ceglanym, parterowym domem. (...) Nagle wśród nieprzeniknionych ciemności od północnej strony odezwał się do nas bardzo bliski ogień karabinowy. Kule gwizdały na baterii tak gęsto, że początkowo nie śmieliśmy się poruszyć. Wreszcie wysłałem Kitę, aby budził obsługę, i zostałem sam. Długo Kita huczał w uśpionym domu: "Do boju! Do boju!" - zanim wreszcie nasi wyskoczyli do dział. (...) Ale w tej też chwili odezwała się artyleria bolszewicka. (...) Odłamki i zegary od szrapneli furczały nam nad głowami. (...) Podporucznik Tarasewicz oznajmił nam, że musimy tu zginąć, bo nie mamy się dokąd wycofać, i kazał nam nałożyć bagnety. Bolszewicy oświetlali sobie plac boju rakietami".

Babel: "Szeko z rewolwerem w ręku idzie w natarcie na stację Zawady. (...) W ciemnościach idzie naprzód tyraliera. Cała brygada zeszła z koni. Obok nas - działo. Po godzinie - piechota ruszyła do ataku. Nasze działo strzela bez przerwy - miękki, nadpęknięty huk, błyski w nocy, Polacy odpalili rakiety, zaciekła strzelanina z karabinów i cekaemów, piekło, wciąż czekamy, już 3 w nocy. Bitwa za cicha. Nie udało się. Coraz częściej nam się nie udaje".

Gdy czyta się te notatki, wątpliwości dotyczyć mogą tylko tego, kto wystrzelił rakiety i czy deszcz jął padać o 2, czy o 3. Lektura równoległa wykazuje jednak pewną odmienność. Po pierwsze - w miejscu, gdzie przytoczoną relację Babla przerywają trzy kropki, mowa jest o masakrze wziętych na stacji jeńców (epizod ów trafił potem do noweli "Szwadronowy Trunow"). W dziennikach Rembeka nie spotkamy takich zdarzeń, acz nie brak tam okrucieństw (przodkowi dział na przykład chłoszczą w galopie leżące przy drodze bolszewickie trupy). Po drugie - znów wbrew temu, niestety, co pisze Andrzej Stasiuk - armia polska wygląda w tej konfrontacji na wzór fachowości, dyscypliny i (nawet po wielodniowym odwrocie) niezachwianego spokoju ducha. Po trzecie - zauważyć może wypada, iż Babel uczestniczył w działaniach bojowych trzykrotnie: 2, 17-18 i 30-31 sierpnia, Rembek zaś był pod ogniem dzień w dzień przez dwa miesiące. Lecz nie o takie doświadczenia Bablowi szło. Szło mu raczej o to, o czym mowa w zakończeniu opowieści "Opis żywota Mateusza Rodionycza Pawlenki": "Jak bywa, samego siebie nie żałuję, ja, bywa, wroga godzinę depczę albo ponad godzinę, ja pożądam życie bez osłonek, poznać, jakie jest...".

"Jak strasznie żal..."

Zatrważająco ścisły dziennik Babla potwierdza zatem wszystkie polskie - uważane nieraz za wytwór propagandy - relacje z wojny 1920 roku. Dla literatury polskiej (Żeromski, Zofia Kossak, Wańkowicz, Parandowski, Choynowski, Rembek, Małaczewski, Grzymała-Siedlecki, po latach Haupt) wojna ta była wielkim odkryciem naturalizmu. Fenomenu bezinteresownego okrucieństwa i czającej się w duszy ludzkiej ohydy. Po upływie trzech ćwierci wieku Babel potwierdza te przeraźliwe obrazy ze szlaku Armii Konnej. To jakby dziennik zagończyka Dżyngis-chana, jedynego w tym towarzystwie, który zdaje sobie sprawę, jak dzikim jest barbarzyńcą.

Mimo (traktowanej przez wrogów jako ironiczna) heroizacji kozackich bojców, dawało się to odczuć i w nowelach "Armii Konnej". Między dziennikiem a literackim przetworzeniem jest jednak różnica. O ile w nowelach niczego mu (proszę Pana Stasiuka) tak nie żal jak porcelany, w dzienniku Bablowi żal i ludzi. Trudno się dziwić, że zamieszczony w wydaniu Czytelnika sprzed lat ośmiu zapis z 17 lipca: "Jak strasznie żal! Zabili młodą matkę" - dopiero teraz uzupełniony został o charakterystykę z dnia poprzedniego: "U młodych gospodarzy - ona wysoka, ze śladami wiejskiej urody, kokosi się pośród pięciorga dzieci, rozsiadłych na ławie. Ciekawe - każde z dzieci troszczy się o inne, mamo, daj mu cycka. Matka, hoża i rumiana, leży niewzruszenie pośród tych kłębiących się dzieciaków. Mąż jest dobry. Sokołow: powystrzelać by te szczenięta, po co je płodzić. Mąż: z małych wyrosną duzi". Trzeba było siedmiu lat bez cenzury, by do ujawnienia tych zdań dojrzał rosyjski wydawca.

Krzywa prostej

Ważnym wątkiem "Armii Konnej" jest zasada bolszewickiej nieoznaczoności: narratora biorą Żydzi za Rosjanina, Rosjanie za Żyda, Kozacy za inteligenta, inteligenci za komisarza. Narrator zaś - czysto po bolszewicku - oskarża się, że nie dorasta: nie kocha koni, idzie do ataku z nie naładowaną bronią, nie umie dobić rannego towarzysza. Nie z Polakami walczy, lecz z samym sobą. Narrator "Dzienników" zdaje się być nam bliższy: opisuje wprost bezinteresowną furię niszczycielską, ofiary i zgliszcza, brud i bezhołowie - cały wojskowy i cywilizacyjny anachronizm tej kampanii, jakby przeniesionej w XX wiek z głębin średniowiecza. Jerzy Pomianowski, znakomity tłumacz książki, wierny strażnik Bablowskiej spuścizny i autor erudycyjnej przedmowy, nie odpowiada jednak na intrygujące każdego czytelnika pytanie: Co więc trzymało Babla w bolszewickich szeregach? Jakież to z dzikimi kozakami Timoszenki i Budionnego odczuwał braterstwo? Co odkryła dlań "tajemnicza krzywa Leninowskiej prostej"? Czemu ten człowiek, tak kulturalny, nie opowiedział się po stronie - bądź co bądź - kultury?

Oto zagadka Izaaka Babla. Gdy o niej myślę, przypomina mi się zrodzony po kolejnej wojnie pomysł poematu Tadeusza Różewicza:

"...przechodnie myślą, że kościół mariacki stoi nienaruszony, nie widzą, że jest to wielka pryzma cegieł i kamieni. Kościół leży w gruzach. Kościół jest zniszczony w moim wnętrzu. Ten budynek, na który patrzę, nie jest kościołem, nie jest zabytkiem architektury, nie jest dziełem sztuki, jest spustoszoną, rozwaloną budą, jest kupą gruzu..."

Oto zagadka Izaaka Babla.