Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Dariusz Tołczyk

GUŁAG W OCZACH ZACHODU

2009

 

(...)

 

Światła na wschodzie

Nowy wspaniały świat

W listopadzie 1917 roku bolszewicy przejęli władzę w Rosji na skutek zbrojnego puczu, któremu towarzyszyły hasła będące pod wieloma względami retoryczną powtórką z rewolucji francuskiej. Marzenie europejskiej lewicy o dokończeniu rewolucji z 1789 roku ożyło na nowo. W tym momencie dwa wielkie mity Zachodu - mit rewolucji i mit Rosji - nałożyły się na siebie. Jednocześnie zaczęły się pojawiać wiadomości o niesłychanym bezprawiu i przemocy, których dopuszczał się w Rosji nowy, rewolucyjny reżim. W szybkim tempie przybywało wieści o zbiorowych mordach, gwałtach, torturach, egzekucjach zakładników, bezprawnym zamykaniu ludzi w więzieniach i obozach koncentracyjnych.

Bezpośrednio po dojściu do władzy bolszewicy wcale nie ukrywali przed światem, że posługują się terrorem i przemocą. Tak jak ich francuscy poprzednicy jakobini głosili, iż rewolucja, by przynieść ludzkości zbawienne rezultaty, nie może obejść się bez ofiar, szczególnie w początkowej fazie. Gdy otwarta opozycja wobec bolszewików została stłumiona w ciągu kilku lat, nowe władze - wbrew swoim początkowym obietnicom - nie spieszyły się z ustanowieniem demokratycznych rządów. Przeciwnie, terror, rozwinięty podczas wojny domowej, instytucjonalizował się i chociaż w latach 20. osłabła na pewien czas jego krwawa dynamika, wszedł na dobre do systemu władzy sowieckiej. Jednocześnie bolszewicy, po krótkim okresie publicznego napawania się własnymi zbrodniami, zaczęli ukrywać je przed światem. Światowa opinia publiczna stała się obiektem systematycznego oddziaływania bolszewickiej propagandy, pracowicie mistyfikującej obraz Rosji.

Na Zachodzie tymczasem, od momentu przejęcia władzy w Rosji przez Lenina, temat bolszewickiej przemocy i terroru spowity był aurą niejasności i niejednoznaczności - tak charakterystyczną dla zachodnich mniemań o tajemniczym kraju na wschodnich rubieżach Europy. Zachodnie opinie na ten temat kształtowały się w oparciu o wiadomości fragmentaryczne, często trudne do zweryfikowania, nieraz pochodzące z drugiej ręki, a nierzadko też będące produktem lub pochodną propagandy. W takiej atmosferze nawet fakty trudne do zanegowania można było stosunkowo łatwo kwestionować lub nie przyjmować ich do wiadomości. Bolszewicka przemoc stała się szybko tematem newralgicznym, zarówno w propagandzie bolszewickiej, jak i w zachodnich debatach o Rosji Sowieckiej. Jedni chętnie dawali wiarę doniesieniom o bolszewickich zbrodniach, inni z założenia im zaprzeczali. Od początku był to temat szczególnie niewygodny dla tych, którzy pokładali w rewolucji bolszewickiej nadzieje, widzieli w niej początek wielkich, światowych przemian na lepsze, lub choćby starali się traktować bolszewików jako potencjalnych partnerów politycznych czy gospodarczych. Temat ten, jak i kontrowersje wokół niego, miały odtąd powracać tak długo, jak długo istniało bolszewickie państwo. Ich konsekwencje trwają w świadomości (i podświadomości) Zachodu do dziś.

Podczas gdy zachodniej opinii publicznej reżim bolszewicki jawił się jako nowe wcielenie odwiecznego rosyjskiego sfinksa, w samej Rosji wypadki przybierały własny obrót. Przemoc i gwałt tkwiły w samym sercu komunistycznej doktryny walki klasowej. Jednocześnie stanowiły one sedno taktyki politycznej bolszewików. Były standardową, odruchową odpowiedzią bolszewickich władz na zasadnicze problemy rządzonego przez nich państwa: Jak utrzymać się przy władzy? Jak zapewnić współpracę społeczeństwa z reżimem? Jak spowodować rozwój gospodarki? Rosja Sowiecka stała się państwem, gdzie terror, przemoc i przymus stanowiły nie tylko narzędzia walki bolszewików o utrzymanie się u władzy, lecz stosowane były systematycznie jako instrumenty zarządzania społeczeństwem, gospodarką, kulturą i życiem codziennym. Najbardziej charakterystyczną instytucją, która na stałe wpisała terror i przemoc w porządek społeczny nowego państwa, stał się system obozów koncentracyjnych, przemianowanych następnie na "obozy pracy poprawczej". Miał on przejść do historii XX wieku pod przyjętą w roku 1931 skrótową nazwą - Gułag.

Początki Gułagu związane są nierozerwalnie z wprowadzeniem rządów sowieckich w Rosji i stanowią bezpośredni wyraz stosunku przywódców bolszewickich do ludności kraju, w którym sięgnęli po władzę. Jak często bywa z rewolucjami, tak i tym razem przechwycenie władzy okazało się znacznie łatwiejsze niż jej sprawowanie. Zbrojny pucz w Piotrogrodzie przyniósł Leninowi i jego grupie szybki sukces, po którym okazało się, że nowi władcy byli właściwie zupełnie nieprzygotowani do rządzenia krajem. Ich uwaga jednak skupiła się nie na bezpośrednich potrzebach społeczeństwa (w tej dziedzinie dysponowali jedynie nieograniczonym repertuarem haseł o świetlanej przyszłości), lecz na kwestii utrzymania się przy władzy. Początkowo zamierzali uczynić z Rosji pierwszy przyczółek rewolucji światowej. Konkretne pytania o przyszłość kraju pozostawiali raczej na czas, gdy zwycięskie siły światowego komunizmu opanują sytuację w skali globalnej. Tymczasem zaś koncentrowali się na pokonaniu oporu wroga klasowego.

Wróg klasowy istniał w umysłach bolszewików pod dwoma postaciami. Po pierwsze był to wróg rzeczywisty, stawiający opór i czynnie sprzeciwiający się nowemu reżimowi, i tego wroga należało unicestwić. By tego dokonać, wywołano w Rosji wojnę domową, która pochłonąć miała niebawem kilka milionów istnień ludzkich. Uwagę bolszewickich przywódców zajmowali jednak również wrogowie potencjalni. Przynależność do klas określonych na mocy marksistowsko-leninowskiej doktryny jako wrogie - burżuazji, drobnomieszczaństwa, ziemiaństwa, duchowieństwa, inteligencji, zamożniejszego chłopstwa (właściwie do każdej kategorii oprócz najbiedniejszego proletariatu, wyrobników i parobków) - była dostateczną podstawą, by zostać zaliczonym w poczet wrogów klasowych. Zresztą przynależność do samego proletariatu (w którego imieniu występowali bolszewiccy przywódcy, choć sami niekoniecznie posiadali proletariackie pochodzenie) też nie chroniła przed podejrzeniem o klasową wrogość. Lenin i jego współpracownicy wyjaśniali przy niejednej okazji, iż wielu rosyjskich proletariuszy było w istocie przesiąkniętych nieprawidłową świadomością klasową i należało ich dopiero uświadomić. Tymczasem zaś trzeba było odnosić się do nich z niezbędną pryncypialnością i - jeśli zachodziła taka konieczność - surowością. W takiej sytuacji jedynym nosicielem prawdziwej świadomości klasowej proletariatu okazywała się jego awangarda, czyli kierownictwo bolszewickiej partii - sam Lenin i jego otoczenie. W oparciu o to przekonanie wyżej wymieniona grupa z energią przystąpiła do sprawowania w Rosji dyktatury proletariatu niejako in absentia.

Wrogów czynnych likwidowano fizycznie, wrogów potencjalnych (a takich były siłą rzeczy ogromne rzesze) należało natomiast tymczasem pacyfikować. Instytucją, która nadawała się do tego doskonale, były obozy koncentracyjne. Latem 1918 roku, zaledwie kilka miesięcy po piotrogrodzkim puczu, reżim Lenina przeżywał kryzys. Jak pisze Richard Pipes, "bolszewicy [...] mieli przeciw sobie wszystkie warstwy ludności, z wyjątkiem własnego aparatu". W zachowanej depeszy z sierpnia 1918 roku do komisarzy bolszewickich w Penzie Lenin nakazywał - w typowy dla siebie sposób - stosowanie "masowego terroru [czyli masowych egzekucji] wobec kułaków, popów i białogwardzistów", natomiast "elementy podejrzane" polecał zamykać "w obozie koncentracyjnym za miastem". Obozy takie istniały już wtedy w wielu miejscach. Niebawem, 5 września 1918 roku, po nieudanym zamachu socjalistki Fani Kapłan na Lenina, władze ogłosiły "dekret o czerwonym terrorze", oficjalnie sankcjonując arbitralne zabijanie oraz zamykanie ludzi w więzieniach i obozach bez sądu. Uprawnienia takie zostały przyznane kierowanej przez Feliksa Dzierżyńskiego Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem, która przeszła do historii jako Czeka. Do obowiązków Czeki należało, oprócz tropienia i likwidowania wrogów czynnych, również "zabezpieczenie Republiki Radzieckiej od wrogów klasowych przez izolowanie ich w obozach koncentracyjnych".

Tworząc obozy koncentracyjne w Rosji, bolszewicy opierali się w pewnym stopniu na wzorcach zachodnich, a ściślej kolonialnych. W roku 1896 takie obozy stworzyli Hiszpanie na Kubie, gdzie trwało wówczas powstanie. Hiszpański gubernator wyspy, generał Valeriano Weyler y Nicolau, postanowił odciąć powstańców od źródeł pomocy ze strony miejscowej ludności. W tym celu zarządził "rekoncentrację" ludności w specjalnych obozach. Ci, którzy nie poddawali się temu zarządzeniu, byli traktowani jak buntownicy i mogli stanowić cel działań zbrojnych. W obozach kubańskich znalazło się ok. 400 tys. ludzi. Taktyka hiszpańskich władz kolonialnych spotkała się od razu z potępieniem w prasie amerykańskiej jako głęboko niehumanitarna. Wypada dodać, że Stany Zjednoczone rywalizowały wówczas z Hiszpanią o kontrolę nad Kubą. Moralne napiętnowanie hiszpańskich metod na Kubie nie przeszkodziło Amerykanom wykorzystać tych samych metod we własnych posiadłościach zamorskich, na zagarniętych od Hiszpanii Filipinach, gdzie w roku 1900 armia amerykańska stłumiła powstanie Emila Aguinaldo i utworzyła na wyspie Mindanao obozy koncentracyjne dla miejscowej ludności cywilnej.

W tym samym okresie Anglicy wprowadzili obozy koncentracyjne w Afryce Południowej podczas wojny burskiej. Tłumiąc opór Burów, angielski gubernator, generał Kitchener, zastosował taktykę spalonej ziemi, pozbawiając miejscową ludność domów i środków do życia i zamykając ją w obozach koncentracyjnych. W ciągu kilku miesięcy w obozach tych zmarło z powodu chorób ok. 20 tys. ludzi, w tym wiele dzieci. Wypadki te wywołały poruszenie opinii publicznej w Wielkiej Brytanii, głównie dzięki doniesieniom Emily Hobhouse - angielskiej arystokratki znanej z działalności filantropijnej. "Utrzymywanie tego rodzaju obozów nie jest niczym innym jak mordowaniem niewiniątek" - pisała. Rząd brytyjski, pod naciskiem prasy i opinii publicznej, szybko zrezygnował z prowadzenia obozów. Pomysł podchwycili jednak Niemcy, gdy w roku 1904 doszło do buntów czarnej ludności w Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej. Wykorzystywali oni jednocześnie uwięzionych w obozach Afrykańczyków jako niewolniczą siłę roboczą. Niemieccy lekarze przeprowadzali też eksperymenty medyczne na więźniach. Nad całością czuwał z ramienia władz w Berlinie dr Heinrich Goering - ojciec Hermanna Goeringa.

Bolszewicy przejęli te kolonialne metody i jako pierwsi zastosowali je wobec ludności własnego kraju, wszakże nie bez pewnych charakterystycznych różnic. Na przykład zamknięcie w bolszewickim obozie koncentracyjnym nie oznaczało wcale, że dana osoba nie stanowi celu dalszych ataków ze strony reżimu. Przeciwnie, w czasie wojny domowej bolszewicy rutynowo traktowali ludzi zamkniętych w obozach koncentracyjnych jako zakładników, często po to, by wymusić na swoich przeciwnikach zaniechanie działań zbrojnych. Brano zakładników także dla okupu i mordowano, gdy ich rodziny zalegały z płaceniem.

Te praktyki nie uchodziły zresztą uwadze Zachodu. 22 i 24 lutego 1919 roku angielski dyplomata Sir C. Eliot telegrafował z Władywostoku do swego szefa w Londynie, Lorda Curzona, przekazując mu szczegółowe ustalenia o niedawnych bolszewickich okrucieństwach w rejonie Jekaterynburga. Oto obszerne fragmenty tej depeszy. Podawane w niej suchym językiem raportu fakty mówią więcej niż jakikolwiek komentarz, dlatego cytuję je in extenso:

Ciąg dalszy poprzedniego raportu, dotyczącego siedemdziesięciu jeden ofiar bolszewików, otrzymanego przeze mnie z naszego konsulatu w Jekaterynburgu [...]:

"Ofiary nr 1-18 to mieszkańcy Jekaterynburga (pierwsze trzy osoby były mi znane). Zostały one uwięzione bez żadnego oskarżenia i o czwartej rano, 29 czerwca [1918], zaprowadzono je (wraz z jeszcze inną osobą) nad miejską kloakę, gdzie kazano im ustawić się w szeregu nad świeżo wykopanym dołem. Czterdziestu uzbrojonych ludzi ubranych po cywilnemu, zidentyfikowanych jako komunistyczni milicjanci i robiących wrażenie osób o ograniczonej inteligencji, otworzyło ogień, zabijając osiemnaście osób. Dziewiętnasty więzień, pan Czistosierdow, cudownie ocalał i zbiegł wśród ogólnego chaosu. Wraz z innymi konsulami, obecnymi w Jekaterynburgu, zaprotestowałem przeciwko tym okrucieństwom, na co bolszewicy odpowiedzieli, żebym pilnował swoich spraw, oświadczając, że rozstrzelali te osoby w zemście za śmierć swojego towarzysza, Maliszewa, zabitego na froncie, w walce przeciwko Czechom.

Osoby nr 19 i 20 to dwóch spośród dwunastu robotników aresztowanych za odmowę wyrażenia poparcia dla bolszewickiego rządu i wrzuconych 12 lipca żywcem do dołu, gdzie gromadzono gorący żużel z huty [...] kolo Jekaterynburga.

Osoby nr 21-26 zostały wzięte jako zakładnicy i zastrzelone w Kamyszłowie 20 lipca.

Osoby nr 27-33, oskarżone o spisek przeciwko rządowi bolszewickiemu, zostały aresztowane 16 grudnia [1917] we wsi Troick, w rejonie permskim. Zostały one zaprowadzone 17 grudnia na stację kolejową Silwa, gdzie ścięto im głowy szablą. Dowody wskazują na to, że szyje cięto od tyłu do połowy, głowa nr 29 wisiała jedynie na skrawku skóry.

Osoby nr 34-36 wyprowadzono na początku lipca, wraz z innymi ośmioma osobami, z obozu, gdzie zmuszano je wcześniej do kopania rowów. Zaprowadzono je w pobliże Ufołaja, około 80 wiorst od Jekaterynburga, gdzie czerwonoarmiści zamordowali je przy pomocy karabinów i bagnetów.

Osoby nr 37-58 przetrzymywano w charakterze zakładników w więzieniu w Irbicie i 26 lipca zastrzelono. Tych, którzy nie zmarli od razu, wykończono bagnetami. Ludzie ci byli mordowani w małych grupach przez marynarzy oraz Łotyszy, spośród których wszyscy byli pijani. Po dokonaniu morderstwa bolszewicy nadal pobierali okup od krewnych ofiar, utrzymując zbrodnię w tajemnicy.

Osoba nr 59 została zastrzelona we wsi Klewienkinsk, w rejonie wierchoturskim, 6 sierpnia, pod zarzutem antybolszewickiej agitacji.

Osobę nr 60 zmuszono do wykopania sobie grobu i zastrzelono we wsi Mierkouszynsk, w rejonie wierchoturskim, 13 lipca.

Osoba nr 61 została zamordowana w połowie lipca w Kamieńsku za bicie w dzwon cerkiewny wbrew bolszewickim zakazom. Ciało znaleziono wraz z innymi w dole, z odciętą połową głowy.

Osobę nr 62 aresztowano bez żadnych zarzutów 8 lipca, we wsi Ujeck, w rejonie kamyszłowskim. Ciało znaleziono potem pokryte słomą i gnojem, broda była oderwana od twarzy wraz z mięsem, dłonie odcięte i przecięta skóra na czole.

Osoba nr 63 została zamordowana po licznych torturach (brak szczegółów) 27 lipca, na stacji Antracyt.

Osoba nr 67 została zastrzelona przed cerkwią we wsi Korowsk, w rejonie kamyszłowskim, przed oczyma własnego syna i córki oraz innych mieszkańców wsi. Data nie podana.

Osoby 69-71 zostały zabite w Kaslinsku koło miejscowości Kisztin, 4 czerwca, wraz z 27 innymi cywilami. Osobie nr 70 zmiażdżono czaszkę, powodując wypłynięcie mózgu. Osoba nr 71 miała zmiażdżoną czaszkę, ręce i nogi połamane oraz dwie rany od bagnetu".

Kolejne wiadomości od konsula z Jekaterynburga. [...]

Oficjalne oględziny 52 ciał [...] znalezionych w kilku dołach. 3 ciała z Kamyszłowa zdradzają, że wszystkie ofiary zostały zabite bagnetem lub szablą lub zastrzelone. Następujące przypadki są typowe. Osoba nr 76 miała na plecach 20 lekkich ran od bagnetu. Osoba nr 78 miała 15 ran od bagnetu na plecach i 3 na piersiach. Nr 80 - rany kłute na plecach, złamana szczęka oraz zmiażdżona czaszka. Nr 84 - twarz zmiażdżona i przecięte nadgarstki. Nr 89 - 2 palce obcięte i rany kłute. Nr 90 - obie dłonie obcięte, górna szczęka pęknięta, usta rozcięte w obie strony, rana kłuta w okolicy barku. Nr 98 - odcięty palec lewej dłoni i 4 palce prawej dłoni, czaszka zgruchotana. [...]

Powyższy raport nie bierze pod uwagę 66 dzieci, wziętych w Kamyszłowie jako zakładnicy i zastrzelonych z karabinu maszynowego na początku lipca (nazwiska nieznane).

To, co działo się w bolszewickich obozach, od początku daleko wykraczało poza wyobrażenia twórców wczesnych obozów koncentracyjnych w europejskich i amerykańskich koloniach. Jeśli porównywać bolszewickie obozy z ich kolonialnymi pierwowzorami, to najbardziej chyba przypominały one afrykańskie obozy doktora Goeringa. I tu, i tam więźniów traktowano bowiem jako przymusową siłę roboczą. Gorącym orędownikiem tej praktyki był od początku Lew Trocki. 26 czerwca 1918 roku polecił on zamykać w obozach "burżuazję" i "kułaków", by zmuszać ich tam do "najprzykrzejszych rodzajów prac". Trockiemu wtórował Dzierżyński. 17 lutego 1919 roku pisał on w raporcie o działalności Czeki:

Obok wyroków sądowych konieczne jest utrzymanie kar administracyjnych, to jest obozów koncentracyjnych. Jeszcze dziś siła robocza przebywających w areszcie jest niedostatecznie wykorzystywana do robót publicznych, zalecam więc utrzymanie tych obozów koncentracyjnych w celu wykorzystywania pracy osób aresztowanych: panów żyjących bez żadnego zatrudnienia i tych, którzy nie są zdolni do wykonywania żadnej pracy bez przymusu; ponadto w instytucjach radzieckich takie środki karne należy stosować za niesumienny stosunek do pracy, za niedbalstwo, za spóźnianie się itp. Dzięki temu zarządzeniu będziemy mogli poderwać do pracy nawet naszych własnych robotników.

Obozy koncentracyjne służyły zatem nie tylko izolacji "elementów podejrzanych" oraz "klasowo obcych", ale stanowić miały metodę mobilizacji siły roboczej w sowieckiej gospodarce - albo na drodze bezpośredniego przymusu, albo jako straszak i kara dla niezbyt wydajnych, mało zdyscyplinowanych lub choćby spóźnialskich robotników. 11 kwietnia 1919 roku Centralny Komitet Wykonawczy partii wydał dekret, w którym oficjalnie upoważnił Czekę do zamykania w obozach koncentracyjnych, w razie potrzeby, całych "kategorii osób, odnośnie do których decyzję podjęły organa administracyjne, Czeka, trybunały rewolucyjne, sądy ludowe i inne organy radzieckie upoważnione do tego na mocy dekretów i wytycznych". Krótko mówiąc, władze komunistyczne zgodnie z prawem zamykały w łagrach kogo chciały.

Im bliżej bolszewicy byli ostatecznego zwycięstwa w wojnie domowej, tym bardziej bezradni stawali wobec pytania, jak zapewnić swojemu państwu gospodarcze warunki egzystencji. Ich pierwszym, instynktownym odruchem było odwołanie się do przemocy i przymusu. Lenin i Trocki wierzyli, że jest to tylko przejściowy problem, który rozwiąże się sam w niedalekiej przyszłości, kiedy w Rosji wprowadzony zostanie socjalizm. Tymczasem sytuacja ta zdawała się paradoksalna, jeśli spojrzeć na nią w kontekście doktryny marksistowskiej. Marks zakładał, że zbudowanie socjalizmu możliwe jest jedynie w oparciu o "bazę" gospodarczą, stworzoną uprzednio przez kapitalizm, natomiast w Rosji roku 1917 taka "baza" nie istniała. Tak jak i nie było na większą skalę wielkoprzemysłowego proletariatu, czyli klasy społecznej, która miała przejąć władzę i zbudować komunistyczną utopię. Bolszewicy, zdobywając (w imieniu chwilowo nieobecnego proletariatu) władzę, stworzyli więc społeczno-polityczną "nadbudowę", która, pod nieobecność "bazy", wisiała w powietrzu - wbrew prawom fizyki i "naukowego socjalizmu". Tak więc zarówno praktyczne zadanie zapewnienia własnemu państwu podstawowych warunków bytu, jak i teoretyczne wymaganie zgodności rzeczywistości z ideologią oznaczały dla bolszewików konieczność jak najszybszej reanimacji i modernizacji rosyjskiej gospodarki.

Trocki wierzył, że kołem zamachowym gospodarki sowieckiej będzie niewolnicza praca. Sceptykom odpowiadał, że "nierentowność pracy przymusowej to liberalny mit". W tej sytuacji obozy koncentracyjne stanowiły dla Trockiego oczywisty rezerwuar niewolniczej siły roboczej. Należało je zatem powiększać i rozwijać. Dekret Centralnego Komitetu Wykonawczego bolszewików z 12 maja 1919 roku zalecał utworzenie obozu pracy przymusowej na co najmniej 300 miejsc w każdym mieście gubernialnym. Pod koniec 1919 roku było w Rosji 21 takich obozów, natomiast w rok później już 107. Jednocześnie w wielu gałęziach gospodarki wprowadzono dyscyplinę przypominającą łagier. Jak pisze Anne Applebaum - "niełatwo było stwierdzić, co było jeszcze zakładem pracy, a co już stało się obozem koncentracyjnym".

 

Glos ma towarzysz Mauzer

Podczas gdy o kryminalistach bolszewicy wyrażali się oficjalnie w sposób wielce humanitarny i dobroduszny, zgoła inaczej odnosili się do swoich "wrogów klasowych". Nie był to przypadek, lecz całkiem logiczny wyraz podstawowych założeń bolszewickiej ideologii. Aby mogła ziścić się świetlana przyszłość, w której nawet wczorajsi i dzisiejsi złodzieje i bandyci stawaliby się wzorami ludzkiej prawości, awangarda proletariatu musiała przecież stoczyć walkę na śmierć i życie z siłami reakcji, ciemnoty i zacofania. W tym rewolucyjnym zmaganiu stawką była przyszłość rodzaju ludzkiego. Każda chwila słabości lub niezdecydowania wobec wroga klasowego mogła spowodować wykolejenie się lokomotywy dziejów. Jeśli do tej pory rewolucjoniści rosyjscy różnych epok zawsze zadawali sobie męczące pytanie, czy szlachetność celów usprawiedliwia zbrodnicze metody ich osiągania, bolszewicy nie pozostawiali żadnych wątpliwości. Przemoc była według nich koniecznym warunkiem zbudowania komunizmu - aby doprowadzić rewolucję do pomyślnego końca, proletariat winien był odrzucić przeżytki tradycyjnej moralności. Rewolucja komunistyczna oznaczała zatem przede wszystkim rewolucję moralną.

Lenin wyjaśniał tę sprawę wielokrotnie. W roku 1921, zwracając się do młodzieżowych aktywistów, tłumaczył, iż "dla bolszewików moralne jest to, co służy w danej sytuacji interesowi proletariatu; bolszewicy nie uznają żadnej absolutnej moralności". Nikołaj Bucharin pisał w tym samym czasie, że etyka proletariatu to nic innego jak zbiór praktycznych sposobów postępowania, prowadzących najkrótszą drogą do osiągnięcia rewolucyjnego celu, czyli do opanowania władzy i wprowadzenia komunizmu. Jakiekolwiek inne zasady moralne to burżuazyjne "fetysze". Natomiast bolszewicki autor rozprawy O moralności i normach klasowych (1923) Jewgienij Preobrażenso dowodził, że wszelkie bezwzględne normy moralne to fikcja, tworzona przez klasy panujące dla ogłupienia proletariatu i utrzymania go w poddaństwie. Jedyna słuszna postawa to proletariacka moralność klasowa, której miarą jest postępowanie dyktowane interesem i wolą kolektywu.

Zgodnie z tymi zasadami etyki klasowej same czyny człowieka - zabójstwa, gwałty, kradzieże, rabunki, oszustwa - były czymś moralnie neutralnym. Dobre lub złe stawały się dopiero w świetle pytania, komu służą - jeśli interesom proletariatu, to znaczy, że nie tylko nie są złe, lecz zasługują wręcz na nagrodę i należy do nich zachęcać. Jednak zwykli śmiertelnicy nie byli w stanie do końca stwierdzić, co służy interesowi proletariatu, a co mu szkodzi. Nawet sami proletariusze nie mogli być tutaj miarodajnymi sędziami, gdyż przecież, jak nieraz zauważał Lenin, wielu z nich wciąż nosiło w sobie zdradliwe zarazki moralności burżuazyjnej. Póki co więc Lenin i jego współpracownicy rezerwowali prawo wyrokowania w sprawach moralności klasowej dla awangardy proletariatu, czyli dla siebie. Interes proletariatu należało zatem rozumieć jako interes polityczny bolszewickich władz. Ktokolwiek utrudniał (świadomie czy nie) jego realizację, był nie tylko przeciwnikiem politycznym, lecz wrogiem ludu (to zapożyczenie z języka rewolucji francuskiej), wrogiem klasowym (to zaś jego uaktualniona wersja marksistowsko-leninowska) oraz - na mocy moralności klasowej - po prostu złoczyńcą. Obowiązkiem moralnym rewolucyjnego proletariatu było oczyszczenie drogi do komunizmu z przeszkód i eliminacja wrogów klasowych. Lenin przestrzegał bolszewików, by nie ulegali szkodliwym wpływom tradycyjnych wartości i zdradzieckim odruchom sumienia. Mówił, że "sentymentalizm jest nie mniejszą zbrodnią niż spekulacja w czasie wojny". Trocki zaś dodawał z właściwą sobie elokwencją: "Musimy raz na zawsze skończyć z papistowsko-kwakierskim ględzeniem o świętości życia ludzkiego".

Tak pojmowana rewolucja moralna od razu obrosła pod rządami bolszewików swoistą romantyczną retoryką. Sowieccy mówcy, propagandyści, redaktorzy, pisarze i poeci rzucali wyzwanie światu, za nic mając jego przestarzałe pojęcia dobra i zła. W roku 1918, gdy proklamowano czerwony terror, poeta Wasilij Kniaziew pisał w swoim poemacie pod znamiennym tytułem Czerwona ewangelia:

 

Hej wy! Ślepcy od urodzenia!

Przekonani moraliści!

Nie pora przejrzeć?

Ha!

Do diabła z waszą moralnością,

Rewolucja niesie śmierć waszej moralności

[***]

Oto przesłanie drugiego Chrystusa [...]

Błogosławieni, którzy nie znają miłosierdzia.

Wróg nie powinien widzieć litości.

Upadł, lecz... żywy jeszcze? Dźgaj!

Tylko ten, kto nienawidzić umie,

Dostąpi Królestwa Ziemskiego.

Chociaż nas mało, to nieważne!

Zmusimy, by poszło za nami

Stado przywykłe do bata.

 

Kniaziewowi wtórował bardziej znany poeta awangardowy, mianowany pośmiertnie przez Stalina klasykiem literatury sowieckiej, Włodzimierz Majakowski. W głośnym poemacie 150 000 000 z roku 1920 pisał:

 

Kule, gęściej!

Po oniemiałych!

Do chowających się w tłumie

wygarnij, parabellum!

My

ciebie wykończymy,

świecie-romantyku!

Zamiast wiary -

w duszy

elektryczność,

para.

Zamiast nędzarzy -

bogactwo wszystkich światów ukradnijcie!

Starych - zabijać.

Czaszki na popielniczki!

 

W napisanym dwa lata wcześniej, specjalnie na pierwszą rocznicę bolszewickiego ataku na Pałac Zimowy, widowisku Misterium-Buffo Majakowski wprowadził na scenę postać "Człowieka przyszłości", wołającego:

 

Przyjdźcie do mnie -

wy, którzy spokojnie wsadziliście nóż

i odeszliście od wrażego ciała z pieśnią!

Przyjdź, nieprzebaczający!

Ty pierwszy wejdziesz do królestwa mojego niebieskiego.

 

Majakowski osobiście odegrał na scenie tę postać i wygłosił powyższą biblijną parodię w premierowym widowisku, wyreżyserowanym przez Wsiewołoda Meyerholda. W innym utworze, również inspirowanym czerwonym terrorem, Majakowski pisał: "Dosyć śpiewów o księżycu i czajce, będę śpiewał o Czerezwyczajce". A młodym ludziom, poszukującym wzorów w życiu, radził: "wzoruj się na towarzyszu Dzierżyńskim".

Około dwóch miesięcy przed premierą Misterium-Buffo, po nieudanej próbie zamachu na Lenina, dokonanej przez Fanie Kapłan, organ Armii Czerwonej "Krasnaja Gazeta" grzmiał: "Bez miłosierdzia, bez litości likwidujemy setki naszych wrogów. Niech będą ich tysiące, niech utoną we własnej krwi. Za krew Lenina [...] niech płyną strumienie krwi burżujów - więcej krwi, tyle, ile się da". Demian Biedny, ulubiony poeta Trockiego i Stalina, przekuwał wezwania tego typu w nową, proletariacką poezję. Zwracając się do żołnierzy białej armii, wzywał ich, by zabijali własnych dowódców:

 

Śmierć robactwu! Wytępić ich do ostatniego!

I wykończywszy przeklęte robactwo,

Wyzwoleni spod jarzma pańskiej hordy,

Jeden za drugim, pułkami i plutonami,

Przyłączajcie się do naszych bratnich szeregów!

 

Bolszewickie "przewartościowanie wartości" (by posłużyć się frazą Nietzschego) wzbudzało więc, jak widać, całkiem niemały entuzjazm wśród rosyjskich pisarzy i artystów. Oczywiście było to zjawisko tym bardziej widoczne, że żyjący w Rosji twórcy mający na ten temat inne zdanie zmuszeni byli do milczenia. W literaturze sowieckiej lat 20. - nie mówiąc już o propagandzie - można było dostrzec na każdym kroku głośną i nieukrywaną fascynację bolszewicką przemocą, brutalnością i okrucieństwem. Głównymi bohaterami tego nurtu literackiego i retorycznego są czekiści - niepokojące i zarazem fascynujące postacie silnych ludzi w skórzanych kurtkach, obrastające romantycznym mitem. W głośnej powieści Nagi rok (1921) pisał o nich Borys Pilniak: "Zbierali się na piętrze ludzie w skórzanych kurtkach - bolszewicy. W skórzanych kurtkach, każdy świetnie zbudowany, skórzany, urodziwy, każdy silny, z kędziorami opadającymi spod czapki pierścieniami na kark, każdy z mocno zarysowanymi szczękami, wargi zaciśnięte, ruchy porywcze. Najlepszy dobór z rosyjskiego wątłego, koślawego narodu". Tytaniczną siłę i skuteczność Czeki niestrudzenie opiewał cytowany już wcześniej Majakowski:

 

Łapa

klasy

leży na wyzyskiwaczu

Z Łubianki łapa i

Cze-Ka

 

Zaglądając w dusze nadludzi w skórzanych kurtkach, autorzy sowieccy znajdowali tam czasami wewnętrzne dylematy godne bohaterów szekspirowskich dramatów. Na przykład tytułowy bohater Życia i śmierci Nikołaja Kurbowa Ilii Erenburga (1923), czekista Kurbow, to typ człowieka, który do końca nie zdołał wyzwolić się od przeżytków burżuazyjnej moralności. Nie mogąc zdecydować się na aresztowanie zakochanej w nim przedstawicielki sił wrogich klasowo, zrozumiał własną winę wobec rewolucji i wymierzył sobie karę - popełnił samobójstwo. Nie brakło jednak bohaterów po leninowsku pozytywnych - prawdziwych sowieckich ludzi czynu, którym obcy był miałki sentymentalizm. Oto jeden z nich - czekista Bezajs z powieści Wiktora Kina Po tamtej stronie. "Świat dla Bezajsa był prosty - pisze Kin. - Wierzył, że rewolucja światowa będzie jeśli nie jutro, to już pojutrze na pewno. Nie męczył się, nie zadawał sobie pytań i nie pisał dzienników. I kiedy w klubie opowiadano, że dzisiaj nocą za rzeką rozstrzelano kupca Smirnowa, mówił - No cóż, tak trzeba - dlatego, że nie znajdował dla kupców innego zastosowania". Czytając Zbrodnię i karę Dostojewskiego, Bezajs nie posiadał się ze zdziwienia: "Tyle gadania z powodu jednej staruchy".

Jeśli czekista Bezajs demonstrował zdrowe, nieskażone sentymentalizmem odruchy moralności klasowej, to bohater powieści Aleksandra Tarasowa-Rodionowa Czekolada (1922), Zudin (także czekista), wzbogacał ten wizerunek swoistą, na wskroś klasową, refleksją etyczną: "Kazałem rozstrzelać setkę zakładników - wyznawał - i nigdy nie zastanawiałem się, czy są winni. Czym jest wina? Czy burżuj jest winien tego, że jest burżujem? Czy krokodyl jest winien tego, że jest krokodylem?".

Na gigantycznym polu walki, gdzie ścierały się całe klasy społeczne, jednostka ludzka pozostawała oczywiście "zerem" i "bzdurą" (jak to ujął gdzie indziej Majakowski). Można w niej było dostrzec najwyżej reprezentanta tej czy innej klasy, co samo w sobie bywało przecież wystarczającym powodem, by decydować o czyimś życiu lub śmierci. W listopadzie 1918 roku Martins Łatsis, wyższy funkcjonariusz Czeki, wyjaśniał swoim podwładnym bolszewickie stanowisko w tej sprawie: "Nie patrzcie w zgromadzony materiał dowodowy, szukając dowodów na to, że podejrzany działał czy wypowiadał się przeciwko władzy sowieckiej. Pierwsze pytanie, jakie trzeba zadać, to do jakiej należy on klasy społecznej, jakie jest jego pochodzenie, wykształcenie, zawód. Te pytania powinny decydować o jego losie. Na tym polega istota czerwonego terroru".

W ramach bolszewickiego światopoglądu życie i los człowieka nie miały wartości ani znaczenia. Szafowanie ludzkim życiem, wolnością i godnością jawiło się w tym kontekście jako konieczny warunek zwycięstwa proletariatu i dlatego uważane miało być za coś chwalebnego, za przejaw rewolucyjnej cnoty. Czekiści - ludzie, którzy zabijali, niewolili i torturowali w imię rewolucji - byli "akuszerami" lepszej przyszłości. Dokonywali czynów, na jakie nie starczało bezwzględności romantycznym bohaterom przeszłości, których ograniczała sentymentalna wrażliwość.

Fascynacja wielu pisarzy, artystów i ludzi kultury bolszewicką przemocą nie kończyła się na literackich projekcjach, lecz sięgała życia. Izaak Babel na przykład, nim zasłynął jako autor Armii Konnej, pracował podczas wojny domowej w Czerezwyczajce. Wiaczesław Połonski pisał w swoich wspomnieniach o Bablu: "Jego żądza krwi, śmierci, zabójstw, wszystkich okropieństw, niemal sadystyczne upodobanie do cierpień ograniczyły jego zainteresowania. Był obecny przy wykonywaniu wyroków śmierci, obserwował rozstrzeliwania, zebrał ogromny materiał o okrucieństwie rewolucji". Demian Biedny, wzywający w swoich wierszach do zabijania białego "robactwa", był przykładem twórcy, który nie poprzestawał na słowach, lecz - jak na rewolucyjnego romantyka przystało - potrafił zamieniać je w czyn. Kiedy Czeka skończyła już torturować schwytaną po zamachu na Lenina Fanie Kapłan i komendant straży kremlowskiej Paweł Małkow zastrzelił ją w garażu, Biedny pomógł Małkowowi spalić zwłoki w beczce po ropie.

Ta fascynacja ludzi pióra ludźmi czynu spotykała się zresztą z wzajemnością. Niejednemu czekiście pochlebiało zainteresowanie ze strony pisarzy. Byli i tacy, którzy odkładali na chwilę nagan i sami chwytali za pióro. W krwawo podbitej przez bolszewików Gruzji, w roku 1921 miejscowa Czeka opublikowała antologię amatorskiej poezji pisanej przez funkcjonariuszy, pod tytułem Uśmiech Czeki (sic!). Jeden z oprawców-poetów, Aleksander Ejduk, pisał:

 

Nie ma większej radości, ani piękniejszej muzyki,

Niż chrzęst łamanego życia i kości.

Dlatego omdlewają nasze oczy

I namiętność sączy się w nasze piersi,

Chcę napisać na twoim wyroku

Jedno niewzruszone zdanie: "Pod ścianę! Rozstrzelać!"

 

W Rosji Sowieckiej, począwszy od rewolucji aż po okres stalinowskiego Wielkiego Terroru drugiej połowy lat 30., zaobserwować można było zastanawiające zjawisko: ludzie kultury i czekiści poszukiwali nawzajem swojego towarzystwa. Brytyjski historyk Donald Rayfield pisał o tym fenomenie:

Czekistów i poetów ciągnęło do siebie nawzajem jak łasice i króliki - często z fatalnymi skutkami dla tych drugich. Znajdowali wspólny grunt w pragnieniu sławy, w wyobrażaniu sobie samych siebie jako błędnych rycerzy, w twórczej frustracji, w poczuciu przynależności do awangardy ludzkości, w pogardzie dla burżujów, w niemożności rozmawiania o własnych dokonaniach ze zwyczajnymi ludźmi.

Polski rusycysta Tadeusz Klimowicz nazwał to zjawisko "syndromem ćmy". W sowieckich salonach literacko-artystycznych spotykali się więc regularnie artyści i czekiści. Jakow Agranow, wyższy funkcjonariusz Czeki (później OGPU i NKWD), który nadzorował śledzenie, aresztowanie i przesłuchiwanie pisarzy (to on przesłuchiwał rozstrzelanego w roku 1921 poetę Lwa Gumilowa), był stałym bywalcem salonu w mieszkaniu reżysera Wsiewołoda Meyerholda i jego żony, aktorki Zinaidy Reich. Agranow bywał także regularnie w salonie prowadzonym przez krytyka literackiego Osipa Brika i jego żonę - a zarazem muzę i kochankę Majakowskiego - Lili Brik. To właśnie Agranow podarował Majakowskiemu pistolet, z którego poeta zastrzelił się 14 kwietnia 1930 roku.

W latach 30. Agranow był także stałym gościem salonu u Maksyma Gorkiego. Ale towarzyskie koneksje sowieckich pisarzy i artystów sięgały wyżej niż ranga Agranowa. Na przyjęciach u Meyerholdów i u Gorkiego bywał przełożony Agranowa, szef policji politycznej Gienrich Jagoda. Ba, do Gorkiego wpadał na wieczorki literackie sam Stalin ze świtą.

Te zażyłości nie kończyły się na salonowych rozmowach i wspólnych szampańskich zabawach (do salonu Meyerholdów przywożono czasami o północy zespół cygański), lecz rozwijały się na gruncie życia osobistego: np. Jagoda był szwagrem komunistycznego pisarza i literackiego aparatczyka Leopolda Awerbacha. Usilnie też próbował nakłonić do romansu synową Gorkiego, Timoszę (nie wiadomo jednak, z jakim skutkiem). Dodajmy, że zarówno Awerbach, jak i sam Jagoda zostali później rozstrzelani podczas stalinowskich czystek. Tego drugiego, notabene, skazano w procesie pokazowym, m.in. pod fałszywym zarzutem zamordowania Gorkiego. Gorki jednak prawdopodobnie zdążył umrzeć śmiercią naturalną w roku 1936. Babel natomiast miał pecha zostać jednym z kochanków Jewgienii Chajutiny, redaktorki literackiego pisma "SSSR Na Strojkie". Chajutina została potem żoną Nikołaja Jeżowa, osławionego następcy Jagody na stanowisku szefa NKWD. I Jeżów, i Babel zakończyli życie na rozkaz Stalina na początku roku 1940 (Chajutina popełniła samobójstwo w listopadzie 1938 roku, nakłoniona przez męża, który liczył, że w ten sposób ocali siebie przed niełaską Stalina). Podobny los podzielili gospodarze moskiewskiego salonu, Meyerholdowie; Wsiewoloda Meyerholda aresztowano, długo torturowano i w końcu rozstrzelano kilka dni po Bablu. Żonę Meyerholda, Zinaidę Reich, znaleziono w mieszkaniu martwą, z wyłupionymi oczami i siedemnastoma ranami zadanymi nożem. W ofiary sowieckich katów zmieniło się wielu niedawnych wielbicieli rewolucyjnej przemocy, jak Borys Pilniak, Wiktor Kin, Aleksander Tarasow-Rodionow, Wasilij Kniaziew - a wreszcie i sam opiekun pisarzy z ramienia Czeki Jaków Agranow.

Ten finał wspólnych biesiad i zażyłości artystów z czekistami nastąpić miał jednak dopiero pod koniec lat 30. Tymczasem romantyczny kult rewolucyjnej przemocy, kwitnący w latach 20., dość szybko stawał się dla władz bolszewickich kłopotliwy. Na początku, tuż po rewolucji, promowano go, bo krzewił odpowiednie "postawy rewolucyjne". Niebawem jednak, wraz ze zwycięstwem w wojnie domowej, przywódcy bolszewiccy zaczęli inaczej widzieć cele sowieckiej propagandy, zwłaszcza tej przeznaczonej dla zagranicy. Odkładając na nieokreśloną przyszłość zawiedzione marzenia o rewolucji światowej, władze bolszewickie musiały skoncentrować się na odbudowie gospodarki i zapewnieniu państwu podstawowych warunków funkcjonowania. Warunkiem zaś wydobycia gospodarki sowieckiej z ruiny była względna normalizacja stosunków Rosji Sowieckiej ze światem. Bolszewicy zaczęli więc zabiegać o nawiązanie z Zachodem stosunków gospodarczych i politycznych.

W tym celu należało najpierw uspokoić zachodnie elity i opinię publiczną oraz przekonać je, że Rosja Sowiecka jest normalnym krajem, posiadającym pragmatycznie myślący rząd - słowem, krajem, w którym można inwestować. Doniesienia o czerwonym terrorze, obozach koncentracyjnych i wszechobecnych represjach nie służyły tworzeniu takiego wizerunku. Starano się je zatem odtąd ukrywać przed Zachodem, oddziałując jednocześnie na tamtejszą opinię publiczną tak, by kwestionowała wiarygodność tych doniesień. W miarę upływu czasu starania te stawały się coraz bardziej systematyczne i dawały coraz lepsze rezultaty.

 

Pożyteczni idioci i prorocy apokalipsy

Bolszewicki przewrót w Rosji w rozmaity sposób oddziaływał na różne kręgi społeczne na Zachodzie. Największy wpływ wywarł niewątpliwie na wyobraźnię tamtejszych intelektualistów, czyli ludzi bardziej niż inni skłonnych myśleć o świecie przy pomocy ideowych uogólnień. W umysłach wielu z nich, jak pisze Martin Malia:

...wzajemna relacja między Rosją a Zachodem została postawiona na głowie. [Rosja] przestała być zacofaną wschodnią prowincją Europy; stała się wcieleniem najbardziej postępowego ideału Europy - socjalizmu (przynajmniej tak twierdziła). A to twierdzenie uczyniło z Rosji, po raz pierwszy od czasu, gdy stała się ona uczestnikiem europejskiego "koncertu mocarstw" [za panowania Piotra I - D.T.], główną potęgę ideologiczną. Przez następne siedem dziesięcioleci Rosja miała być oceniana nie tyle jako naród, ile jako pierwsze w świecie społeczeństwo socjalistyczne - albo jako druga inwazja mongolskiej hordy. [...] Przez resztę stulecia świat będzie stał przed nią zdumiony, pytając: Czy Czerwony Październik był rzeczywiście socjalistyczną jutrzenką [...]? Czy też był zstąpieniem w ciemność i despotyzm?

Za sprawą Lenina i jego partii mit rewolucji - pielęgnowany w licznych środowiskach intelektualnych od czasów zburzenia Bastylii - odrodził się w umysłach i sercach wielu zachodnich pisarzy, dziennikarzy, artystów, uczonych, czyli ludzi wypowiadających się często i chętnie o przyszłości świata. Wśród zachodnich intelektualistów, zafascynowanych lub przynajmniej zaintrygowanych bolszewickim przewrotem, byli nie tylko wyznawcy marksizmu czy inni zdeklarowani sympatycy socjalizmu. Nie brakowało też osób o niesprecyzowanych dotąd poglądach, którzy w rewolucji bolszewickiej ujrzeli romantyczny zryw i drogę wyjścia ludzkości z burżuazyjnej matni oraz szansę na zbudowanie świata równości i wolności, w którym nie będzie już bezsensownych, krwawych wojen. Oczywiście dodatkowo sprzyjał temu fakt, że rewolucja bolszewicka dokonała się nie gdzie indziej, a właśnie w Rosji, która, powiedzmy to raz jeszcze, była w oczach Zachodu krajem szczególnym - na tyle dalekim i mało znanym, by nadmierna znajomość faktów z historii najnowszej oraz bieżących wydarzeń nie przeszkadzała w projekcji marzeń i mitów. Koniecznym warunkiem nieskrępowanego dokonywania tych projekcji była, rzecz jasna, zdolność niedostrzegania lub usprawiedliwiania bolszewickich zbrodni i ucisku. Ale w tej dziedzinie Zachód miał już przecież bogate tradycje w odniesieniu do Rosji przedrewolucyjnej, wystarczyło pójść drogami wyznaczonymi półtora wieku wcześniej przez Woltera i Diderota.

Bolszewicy z miejsca docenili te sprzyjające im nastroje wśród zachodnich elit kulturalnych i umysłowych. W zachodnich sympatykach Kraju Rad ujrzeli potencjalnie cennych sojuszników i popleczników - ważny kanał wpływu na opinię publiczną za granicą. Trocki nazywał ich w swoich pismach i przemówieniach poputczykami, czyli "towarzyszami podróży", co tłumaczono na angielski jako fellow-travelers. Lenin w zaufanym gronie używał bardziej swojskiego i bezpośredniego określenia - "pożyteczni idioci".

Najbardziej chyba znanym pierwowzorem poputczyka stał się nazajutrz po bolszewickim przewrocie w Piotrogrodzie amerykański dziennikarz John Reed. Zanim zrobiono z niego ikonę komunizmu, był młodym, ambitnym reporterem o niezbyt sprecyzowanych poglądach - niespokojnym duchem, poszukującym przygód. Ukończył w roku 1910 studia na Uniwersytecie Harvarda i w trzy lata później pojechał do Meksyku, by pisać reportaże o chłopskiej rewolucji Pancho Villi. Gdy wybuchła kolejna rewolucja, tym razem w Rosji, Reed pospieszył do tego egzotycznego kraju z jeszcze większym młodzieńczym zapałem. Uważał się wtedy za socjalistę; o Rosji wiedział nawet mniej niż o Meksyku; nie znał ani słowa po rosyjsku. Kiedy dotarł do celu swojej wyprawy, szybko znalazł kontakt z przywódcami bolszewickimi - w końcu, jak mniemał, było to najpewniejsze źródło, by się czegoś dowiedzieć o rewolucji i o celach samych rewolucjonistów. Przywódcy szybko zorientowali się, że naiwność i łatwowierność Amerykanina są bezgraniczne, a swoją wiedzę i poglądy na temat aktualnych wydarzeń w Rosji opierał na tym, czego się dowiedział od swoich bolszewickich rozmówców. Chętnie zatem uświadamiali go oni klasowo i przedstawiali mu taki wybór faktów oraz ich interpretację, jakie najlepiej pasowały do ich aktualnej polityki.

Reed z entuzjazmem dał wyraz swojej świeżo zdobytej wiedzy o rosyjskiej rewolucji w książce Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem. Stała się ona od razu wielkim wydarzeniem, chociaż jej przyjęcie w kręgach zachodniej lewicy nie było jednoznaczne. Amerykańscy socjaliści wcale nie podzielali bezkrytycznego entuzjazmu Reeda wobec Lenina i Trockiego, i niebawem, w roku 1919, wykluczyli Reeda z partii. Był on już wówczas człowiekiem nawróconym na bolszewicki komunizm. Wraz z grupą podobnych do niego entuzjastów Kraju Rad założył w USA Komunistyczną Partię Pracy. Stało się to źródłem jego kłopotów z władzami amerykańskimi, które podejrzewały komunistów o działalność wywrotową i szpiegowską na rzecz Rosji. Nie były to podejrzenia nieuzasadnione - tak właśnie w przybliżeniu wyglądały cele tworzącego się właśnie i sponsorowanego przez bolszewików amerykańskiego ruchu komunistycznego. W obawie przed aresztowaniem Reed wyjechał z USA i z powrotem udał się do ojczyzny światowego proletariatu. Niewiele trzeba było jednak czasu, by romantyczny piewca rewolucji zaczął budzić się z pięknego snu. O jego rozczarowaniu Krajem Rad nie wiedział jednak nikt poza osobami z najbliższego otoczenia. Reed zachorował w Rosji na tyfus i zmarł w roku 1920. Bolszewicy otoczyli jego postać propagandowym kultem i uczynili z niej wzór do naśladowania dla spragnionych romantycznej przygody zachodnich miłośników proletariackiej rewolucji. Jego prochy spoczywają dziś w kremlowskim murze, za mauzoleum Lenina.

W najwcześniejszym okresie rewolucji nie brakowało takich jak on. Kapitan Jacques Sadoul był członkiem francuskiej misji wojskowej do Rosji w roku 1917. Zafascynowany bolszewickimi hasłami, wstąpił do Armii Czerwonej, by walczyć z wrogami młodego państwa sowieckiego. Niebawem podzielił się swoim entuzjazmem z publicznością francuską, wydając we Francji, w roku 1919, książkę Zapiski o rewolucji bolszewickiej. Wstęp do książki napisał Henri Barbusse - pisarz szeroko wówczas ceniony i uważany przez wielu za autorytet moralny, ze względu na swoją krytyczną postawę wobec krwawego żniwa I wojny światowej. Barbusse dostrzegł w sowieckim komunizmie źródło nadziei na zbudowanie lepszego świata bez bezsensownych wojen. Stał się niezłomnym wielbicielem ZSRS, a później panegirystą Stalina, etatowo niemal wybielającym jego zbrodnie.

Inny zafascynowany rewolucją bolszewicką oficer francuski, Andre Marty, zorganizował bunt w oddziałach francuskich interweniujących w Odessie. Francja przebaczyła jednak Marty'emu tę zdradę i nie tylko mógł powrócić do ojczyzny, ale wydał tam nawet książkę o swoich wyczynach (przetłumaczoną także na angielski). We Francji kontynuował działalność komunistyczną i został członkiem Biura Politycznego Francuskiej Partii Komunistycznej. Walczył w wojnie domowej w Hiszpanii, gdzie sumiennie nadzorował stalinowskie czystki w komunistycznych Brygadach Międzynarodowych. Nie wytrwał jednak w wierze i posłuszeństwie Kremlowi. W1952 roku FPK wyrzuciła go ze swoich szeregów za krytykowanie polityki sowieckiej w Europie Wschodniej.

Rewolucyjny zapał i poparcie dla Kraju Rad wśród zachodnich poputczyków niekoniecznie wiązało się wszakże z gotowością do poświęceń. Po odbyciu w 1919 roku podróży do Rosji Sowieckiej amerykański intelektualista Lincoln Steffens stwierdził: "I have been to the future and it works" [Widziałem przyszłość i ona działa]. Liczni zachodni wielbiciele Kraju Rad długo powtarzali to słynne zdanie. Jeśli chodzi o jego autora, to zdobył się on nieco później, w roku 1926, na szczerość w prywatnym liście, wyjaśniając: "Jestem rosyjskim patriotą, przyszłość jest właśnie tam; Rosja zwycięży i zbawi świat. Taka jest moja wiara. Ale nie chcę tam mieszkać". W umyśle Steffensa i wielu podobnych do niego piewców bolszewickiego reżimu Rosja posiadała specjalny status mityczny - a mitu i rzeczywistości nie należało ze sobą mylić w życiu. Co innego w słowach - one do niczego przecież nie zobowiązywały.

Tymczasem, by uchronić marzenia o bolszewickiej utopii przed brutalną konfrontacją z rzeczywistością, trzeba było umieć ignorować albo dementować cisnącą się nieustannie z Rosji na Zachód prawdę o zbrodniach czerwonego terroru. Wymagało to pewnego wysiłku umysłu, lecz nie było przesadnie trudne, wiadomości te bowiem były przecież z reguły fragmentaryczne, chaotyczne, a często i sprzeczne. Zachodni fellow-travelers stosowali więc z powodzeniem rozmaite techniki zagłuszania niepokojących informacji i wynikających stąd wniosków o naturze sowieckiego eksperymentu. Paleta możliwości była dość szeroka i urozmaicona - od całkowitego zaprzeczania, poprzez zasłanianie się niewiedzą, po budowanie wymyślnych konstrukcji intelektualnych, usprawiedliwiających zbrodnie dokonywane pod rządami Lenina.

Bezsporną inwencją w tej dziedzinie wyróżniał się początkowo Pierre Pascal. Podobnie jak Marty i Sadoul był francuskim oficerem, który znalazł się wówczas w Rosji, i tak jak oni z miejsca stal się wyznawcą komunizmu. Ówczesne poglądy Pascala stanowiły oryginalny collage komunizmu z myśleniem religijnym. Pascal widział w rewolucji bolszewickiej rodzaj religijnego przebudzenia ludzkości z długiej duchowej śpiączki kapitalizmu i materializmu, jak w słynnej poetyckiej wizji Aleksandra Błoka, przedstawiającego w napisanym zaraz po bolszewickim przewrocie poemacie Dwunastu oddział rabujących, gwałcących i mordujących bolszewików, na których czele pojawiała się w piotrogrodzkiej zawiei mglista postać Chrystusa. W wyobraźni Pascala rewolucja również jawiła się w mistycznej (i tak jak u Błoka - bardzo niejasnej) aurze Królestwa Bożego. W swoim dzienniku Pascal zanotował pod datą 26 grudnia 1917 roku, że rewolucja bolszewicka to realizacja chrześcijańskich zasad "w duchu rosyjskim". Odtąd nabrał przekonania, że za sprawą bolszewików lud rosyjski wciela właśnie wolę Bożą w historii świata.

Takie zlewanie się wizji apokaliptycznych i retoryki bolszewickiej nie było wówczas niczym niesłychanym. Pascal niebawem, bo już w roku 1920, wyłożył swoje poglądy w książce En Roussie rouge [W czerwonej Rosji]. Mimo bardzo nieortodoksyjnej interpretacji rewolucji poglądy jego nie wzbudzały oporów ze strony bolszewickiej władzy, zwłaszcza że nie były przecież przeznaczone dla czytelników w Rosji. Książka została wydana po francusku w Piotrogrodzie, z aprobatą bolszewickiej cenzury i z myślą o publiczności zachodniej. Trudno się temu dziwić, skoro autor pisał wówczas o czerwonym terrorze: "Terror minął, a prawdę mówiąc, nigdy go nie było. Słowo »terror«, które dla Francuza ma precyzyjne znaczenie, zawsze mnie tam [w Rosji] rozśmieszało, zważywszy na umiarkowanie, słodycz i pogodę ducha tej straszliwej Komisji Nadzwyczajnej [Czeka], oskarżanej o jego stosowanie".

Z czasem trzeba jednak było coraz większego wysiłku woli, by wierzyć w podobne zaprzeczenia. Na Zachodzie zbyt często i uparcie powtarzały się doniesienia świadków. Mając do czynienia z wczesnymi raportami o masowych zbrodniach w Rosji, amerykański prezydent Woodrow Wilson postanowił sprawdzić, co naprawdę się tam dzieje. Dla zdobycia rozeznania wysłał w roku 1919 do Rosji młodego dyplomatę Williama Bullitta. Tak się jednak złożyło, że Bullitt był sympatykiem Kraju Rad, po powrocie więc oświadczył, że doniesienia o masowej przemocy i terrorze nie odpowiadają prawdzie i są mocno przesadzone. Zapewniał Kongres USA, że "Czerwony Terror minął" i że "egzekucje zdarzają się niezmiernie rzadko". Niebawem Bullitt ożenił się z Louise Bryant - wdową po zmarłym w 1920 roku Johnie Reedzie. Można powiedzieć, że stał się sowieckim agentem wpływu w USA. Wytrwale zabiegał o nawiązanie przez Stany Zjednoczone stosunków dyplomatycznych z ZSRS. Kiedy do tego doszło, w roku 1933, prezydent Roosevelt mianował go pierwszym ambasadorem amerykańskim w tym kraju. Okazja do dłuższego i bliższego przyjrzenia się Krajowi Rad jednak zaowocowała u Bullitta zmianą poglądów - podobnie jak u wielu innych zachodnich wielbicieli tego kraju, nie wyłączając samego Pascala. W końcu stał się elokwentnym krytykiem sowieckiego komunizmu.

To właśnie wraz z Bullittem podróżował do Rosji w roku 1919 wspomniany już Lincoln Steffens. On także po powrocie zabrał głos na temat czerwonego terroru, chociaż zamiast negować jego istnienie, tak jak to czynił Bullitt, próbował raczej usprawiedliwiać jego sprawców. "Przywódcy bolszewiccy żałują Czerwonego Terroru i wstydzą się go", pisał w wydanej zaraz po podróży książce. Jeszcze inaczej odnosiła się do tego wdowa po Johnie Reedzie, a następnie żona Bullitta, Louise Bryant. Mimo że John Reed zmarł rozczarowany bolszewicką Rosją, Louise Bryant znalazła sobie wygodne miejsce w świetle jego legendy i cieszyła się na zachodnich salonach opinią pierwszej damy radykalnej amerykańskiej lewicy. Mieszkając głównie na francuskiej riwierze, wygłaszała komentarze o bolszewickiej Rosji. Pisała m.in.: "Obowiązkiem [Dzierżyńskiego] było szybkie i humanitarne pozbywanie się więźniów. Wykonywał on tę surową powinność prędko i sprawnie, za co nawet sami skazańcy musieli być mu wdzięczni, gdyż nie ma nic straszniejszego niż kat, którego ręce drżą, a serce pełne jest wahań". Pochwalając rewolucyjny humanitaryzm "żelaznego Feliksa", pani Bryant dodawała, iż jego twór, Czeka, nie był wcale bolszewickim wynalazkiem. "Nawet my mamy swoją Czekę - tłumaczyła - tyle że nazywamy ją Departamentem Sprawiedliwości".

Opinie zachodnich sympatyków władzy sowieckiej na temat bolszewickiego terroru nie kończyły się na jego negacji, usprawiedliwieniach czy na zapewnieniach, że nawet jeśli miał on miejsce, to już przecież się skończył. Pojawiały się również głosy znacznie bardziej śmiałe i po leninowsku konsekwentne. Kult bolszewickiej przemocy, tak głośno rozbrzmiewający w sowieckiej Rosji od rewolucji przez całe lata 20., przekraczał granice ojczyzny proletariatu i - czy władcy Kremla chcieli, czy nie - odzywał się echem na Zachodzie. Najbardziej entuzjastycznych wyznawców zyskiwał wśród pisarzy i artystów, zwłaszcza w niektórych środowiskach artystycznej awangardy, zawsze poszukującej sposobów na "epatowanie mieszczucha" i budującej nieustannie swój antyburżuazyjny mit.

Awangardowy kult rewolucyjnej przemocy nie ograniczał się do fascynacji wyczynami bolszewików, lecz świadczył nieraz o głębokim psychologicznym i moralnym powinowactwie między nowymi antyliberalnymi ideologiami, które później uważano za biegunowo od siebie odległe - komunizmem i faszyzmem. Wystarczy zwrócić uwagę na traktowanie tematu przemocy przez zafascynowanych faszyzmem włoskich futurystów, zwłaszcza Marinettiego, i porównać je choćby z retoryką Majakowskiego. Obaj poeci, tak jak wielu innych ich towarzyszy po piórze, widziało w rewolucji antyburżuazyjnej nie tylko przewrót polityczny, lecz również rewolucję moralną - zniesienie starych, mieszczańskich przesądów, dotyczących między innymi dobra i zła, i zastąpienie ich nową moralnością na miarę nowych czasów. Louis Aragon, jeden z przywódców francuskiej awangardy poetyckiej, zakochany w rewolucji bolszewickiej, ujął to krótko: "Błękitne oczy Rewolucji/lśnią okrucieństwem konieczności". W tym samym wierszu, adresowanym w roku 1931 do "Czerwonego Frontu" - komunistycznej bojówki we Francji - Aragon pisał:

 

Proletariat zna twoją siłę

Zna twą siłę i spuszcza ją z łańcucha

[...]

Strzelaj do Leona Bluma,

Ognia do Boncour Frossarda Deata,

Ognia do uczonych niedźwiedzi z socjaldemokracji,

Ognia, ognia, słyszę, jak nadchodzi

Śmierć i rzuca się na Garchery'ego

Ognia, mówię wam

Pod przewodnictwem Partii Komunistycznej SFIC

 

Francuski poeta najwyraźniej wziął przykład z głośnych pochwal Czerezwyczajki Majakowskiego. W utworze Prelude au temps des cerises (1931) Aragon pisał:

 

Wzywajcie GePeU do przygotowania końca świata

[...]

Niech żyje GePeU prawdziwy obraz ucieleśnionej wielkości

Niech żyje GePeU na przekór bogu policji Chiappe i "Marsyliance"

Niech żyje GePeU na przekór papieżowi i wszom

Niech żyje GePeU na przekór potędze banków

Niech żyje GePeU na przekór manewrom Wschodu

Niech żyje GePeU na przekór rodzinie

Niech żyje GePeU na przekór skostniałemu prawu

 

Dodajmy na marginesie, że Aragon, obok niewątpliwej motywacji ideowej, miał chyba również bardziej osobiste powody, by czuć szczególną bliskość wobec sowieckich organów bezpieczeństwa. Towarzyszka jego życia, Elsa Triolet, była siostrą Lili Brik - czarującej gospodyni moskiewskiego salonu literacko-artystycznego, goszczącego regularnie kwiat sowieckiej bezpieki. Lili łączyła zresztą obowiązki żony krytyka literackiego Osipa Brika, kochanki i muzy Majakowskiego oraz (jak podaje Donald Rayfield) tajnej współpracowniczki GPU, czuwającej nad obydwoma panami. Kiedy Aragon pisał swe hymny do GPU, Majakowski już nie żył - rok wcześniej strzelił sobie w serce. Francuski piewca sowieckich organów bezpieczeństwa natomiast żył długo i prawdopodobnie pozostał do końca życia wierny Elsie Triolet, oraz - ponad wszelką wątpliwość - Kremlowi.

Podobnie jak Aragon, chociaż bardziej dosadnie, wypowiadał się o rewolucyjnej przemocy i okrucieństwie Bertolt Brecht. W sztuce Die Massnahme (1930) pisał:

 

Jakiej podłości nie dopuściłbyś się, żeby

Wyplenić podłość?

Jeśli wreszcie mógłbyś zmienić świat,

Do czego byś się nie zniżył?

Kim jesteś?

Tarzaj się w nieczystościach,

Za pan brat z mordercą,

Ale zmień świat [...]

 

Podczas gdy jedni starali się albo nie dostrzegać bolszewickiej przemocy, albo widzieć w niej warunek przyszłego szczęścia ludzkości, inni - usytuowani zwykle na przeciwległym biegunie ideologicznego spektrum - dostrzegali w niej od dawna przeczuwaną katastrofę światowej cywilizacji. Ci intelektualiści zachodni, którzy zwracali uwagę na bezmiar zbrodni w rewolucyjnej i porewolucyjnej Rosji, byli często zaliczani przez swoich bardziej postępowych kolegów w poczet prawicowych wrogów wszelkich przemian społecznych. Używając często pojęć z bolszewickiego słownika ideologicznego, traktowano ich jako rzeczników klas uprzywilejowanych, a więc naturalnych wrogów postępu, niebędących w stanie pozbyć się uprzedzeń klasowych. Jednakże wśród zachodnich krytyków bolszewizmu, zwłaszcza w kręgach intelektualnych i artystycznych, wielu było ludzi o nastawieniu antyburżuazyjnym. Cechowała ich nierzadko nietzscheańska ambiwalencja wobec bolszewickiego barbarzyństwa. Hermann Hesse, spoglądając na Rosję w roku 1922, przepowiadał zagładę filisterskiemu mieszczaństwu Zachodu: "Już pół Europy, przynajmniej wschodnia połowa Europy, podąża w stronę chaosu, pijana i pogrążona w świętym majaczeniu, zanurza się w Otchłań, śpiewając pijane pieśni, niczym Dymitr Karamazow". Rene Fulop-Miller, podobnie zresztą jak wczesny wielbiciel bolszewików Pierre Pascal, widział w rewolucji rosyjskiej zjawisko dziejowe o znaczeniu metafizycznym - "wybuch żywiołowych, duchowych mocy przeznaczenia". W odróżnieniu od Pascala nie twierdził jednak, że otwiera ono drogę do Królestwa Bożego. Oswald Spengler natomiast, śladem Nietzschego, uważał Rosję bolszewicką za wcielenie młodego, barbarzyńskiego ducha, niosącego zmurszałej cywilizacji Zachodu zniszczenie, ale również i obietnicę przyszłego odrodzenia.

Niemal wszystkie tego typu reakcje na bolszewicką rewolucję łączył swoisty styl retoryczny, który niejako odbierał konkretnym zjawiskom sowieckiego barbarzyństwa ich faktyczność, wpisując je automatycznie w jakiś fatalistyczny, uwznioślający kontekst "siły wyższej", "ducha dziejów" i innych apokaliptycznych konstrukcji. Tak postrzegany terror sowiecki łatwo dawał się sprowadzić w umysłach zachodniej publiczności do rangi jeszcze jednej figury retorycznej - stawał się literacką hiperbolą. Działo się tak m.in. dlatego, że rozmiary faktycznych zbrodni w Rosji przekraczały przecież skalę prawdopodobieństwa, według której Zachód postrzegał rzeczywistość aż do czasów, gdy w jego świadomości pojawił się Holokaust.

Na taki katastroficzny obraz bolszewizmu reagowano często w sposób skrajny. Jedna skrajność to fatalizm - dostrzeganie w sowieckim komunizmie kataklizmu wyższego rzędu i zapowiedzi rychlej zagłady zachodniej cywilizacji. Fatalizmowi tego rodzaju towarzyszyły próby wpisania komunizmu w porządek nieodwołalnych rzekomo wyroków historycznego przeznaczenia. Taką postawę przyjął np. deportowany z Rosji na Zachód Nikołaj Bierdiajew - myśliciel, który wywierał niemały wpływ na zachodnie pojęcia o Rosji poza kręgami lewicowymi. Doszedł on do przekonania, że bolszewicka dyktatura była nowym wcieleniem młodej cywilizacji rosyjskiej, która tak czy owak miała przecież tchnąć ożywczego ducha w stetryczały Zachód.

Biegunowym przeciwieństwem tej postawy, w ramach myślenia prawicowego, była mobilizacja ideologiczna w imię obrony Zachodu przed bolszewickim barbarzyństwem. Mobilizacja taka jednak wymagała swoistej odnowy samego Zachodu. Najpierw należało zburzyć burżuazyjno-liberalny porządek i na jego gruzach wskrzesić wojowniczego, rycerskiego ducha Zachodu, zdolnego stawić czoła wschodniej hordzie. Takie idee formułował m.in. Alfred Rosenberg, młody Niemiec bałtycki, emigrant z byłego Cesarstwa Rosyjskiego. Niebawem Rosenberg zainspirował swoimi poglądami innego młodego niemieckiego radykała nazwiskiem Adolf Hitler.

 

Siła oddziaływania sowieckiej propagandy Gułagu polegała w dużym stopniu na tym, że pochwały łagrów pochodziły nie tylko z ust samych czekistów, propagandystów i bolszewickich aktywistów, lecz potwierdzane były ustami (piórami) ludzi na pozór obiektywnych i politycznie niezależnych. Mało tego, Gułag legitymizowały wypowiedzi samych więźniów. W zamian za szansę przetrwania niewolnicy Gułagu płacili daninę słów, okrzyków, gestów, napisów - jednym słowem, zmuszani byli grać w łagrowej komedii, tworzonej na użytek zarówno wewnętrzny, jak i zewnętrzny. Humanitarna resocjalizacja więźniów w Gułagu miała sprawiać wrażenie niepodważalnej prawdy. W tej wizji łagier nie jawił się jako zamknięty, ciemny i tajemniczy świat za drutami, lecz jako rzeczywistość otwarta i dostępna obserwacji - obiekt do zwiedzania i studiowania. Odpowiednio dobrani, cyniczni lub umiejętnie oszukiwani "obiektywni obserwatorzy" mieli po prostu na każdym kroku stwierdzać zgodność humanitarnej teorii pierekowki z jej łagrową praktyką. W ten sposób mieli skutecznie rozwiewać wątpliwości niedowiarków oraz dyskredytować wiarygodność uciekinierów z Kraju Rad i innych demaskatorów sowieckiego systemu za granicą.

By taki obraz Gułagu powstał, należało sięgnąć po odpowiednie "autorytety". Najbardziej nadawały się do tej roli postacie cieszące się zasłużoną sławą, nierozpoznawane w powszechnej opinii jako "ludzie reżimu", ale jednocześnie takie, które dałoby się oszukać lub kontrolować innymi sposobami. Około roku 1928, kiedy Komisja Jansona zastanawiała się jeszcze w Moskwie nad strategią rozwoju Gułagu, wytypowano do tej roli Maksyma Gorkiego. Nikt nie nadawał się do niej lepiej. Gorki mieszkał wówczas w Sorrento i cieszył się zagraniczną sławą obywatela świata, niezależnego pisarza rosyjskiego oraz przenikliwego znawcy swojej ojczyzny. Autor Matki - znany sympatyk bolszewików i osobisty przyjaciel Lenina sprzed rewolucji - zaskarbił sobie dodatkowe uznanie świata odważną krytyką bolszewickiego bezprawia i przemocy w pierwszych latach po leninowskim przewrocie. Wykorzystując swoje stare kontakty z Leninem i bolszewickimi luminarzami, Gorki udzielał wówczas pomocy wielu rosyjskim pisarzom, artystom i intelektualistom - wstawiał się za nimi u władz, zapewniał wsparcie materialne, posady, zapomogi. Kiedy jednak poczuł, że jego możliwości w tym zakresie się wyczerpują (nie zdołał zapobiec rozstrzelaniu poety Nikołaja Gumilowa, byłego męża Anny Achmatowej), demonstracyjnie wyjechał z Kraju Rad w roku 1921 i osiadł wkrótce w Sorrento. Nigdy jednak nie utożsamił się z rosyjską emigracją polityczną i nigdy w gruncie rzeczy nie spalił za sobą mostów. Bolszewicy nadal traktowali go jako swojego człowieka, choć czynili to ostrożnie, gdyż zależało im na utrzymaniu słynnego pisarza jako sojusznika.

Stopniowo Gorki ulegał rosnącej frustracji życiem za granicą. Jego sława na Zachodzie powoli bladła, a pisarz był niezmiernie czuły na tym punkcie. Reżim moskiewski tymczasem roztaczał coraz większą opiekę nad Gorkim w Sorrento, używając do tego swoich agentów. Jagoda pozyskał osobistego sekretarza Gorkiego, Piotra Kriuczkowa, jako tajnego współpracownika OGPU. Ale i oprócz Kriuczkowa dom Gorkiego roił się od sowieckich szpiegów. Kochanka pisarza, baronowa Mura Budberg - była kochanka H.G. Wellsa oraz brytyjskiego agenta Bruce'a Lockharta - pozostawała tajną współpracowniczką sowieckich organów od roku 1918. Dla Jagody pracował również syn Gorkiego, Maks. A gdyby i tego było mało, Jagoda oddelegował do domu pisarza również jego kolejną byłą kochankę, aktorkę Marię Andrejewą. Tymi kanałami szef sowieckiej policji politycznej dowiadywał się szczegółów o życiu Gorkiego, jego myślach, planach i wątpliwościach. Podsuwał mu pomysły, rozwiązania, idee, a także szczodrze wspierał go finansowo z kasy sowieckiej policji politycznej. Pisarz nie odmawiał przyjmowania darów. Już niebawem stał się np. szczęśliwym posiadaczem samochodu, za który zapłaciło OGPU.

W roku 1927 Gorki zaczął słać sowieckim władzom sygnały, że bierze pod uwagę możliwość powrotu i włączenia się w życie Kraju Rad. Władze upewniały go, że czeka go tam rola literackiego bożyszcza, najwyższego arbitra w sprawach kultury i sztuki, oraz wielkiego autorytetu narodowego - nie wspominając o ogromnych apanażach, rezydencjach oraz zaszczytach, na które pisarz nigdy nie pozostawał obojętny. Oczywiście obie strony wiedziały, że ta nowa rola Gorkiego miała wiązać się z pisarską dyspozycyjnością wobec kremlowskiego mecenasa. Począwszy od roku 1928 Gorki zaczął odbywać długie, triumfalne podróże po ZSRS, ale ostrożny jak zwykle nie palił za sobą mostów i aż do roku 1933 zimy spędzał w Sorrento, a resztę roku w Rosji. W Kraju Rad otoczono go natychmiast niebywałym przepychem i karmiono zaszczytami. Pisarz miał do dyspozycji kilka willi, między innymi w Moskwie i na Krymie. Usługiwano mu na każdym kroku. Podróżował specjalną salonką, palił specjalnie dla niego sprowadzane z Egiptu papierosy. Na jego życzenie sprowadzano mu każdą książkę, wydaną gdziekolwiek na świecie. Na jego cześć przemianowano główną ulicę Moskwy z Twerskiej na Gorkiego. Nazwę dużego miasta, gdzie się urodził, Niżnyj Nowogród, zmieniono na Gorki. W całym ZSRS nazywano imieniem Gorkiego teatry, szkoły, instytuty naukowe, fabryki, kołchozy itp. Żaden pisarz w żadnym kraju nie był otaczany za życia takim kultem jak Gorki w ZSRS.

Triumfalny powrót wielkiego pisarza do ojczyzny zapoczątkowały jego głośne podróże po Rosji w latach 1928-1929, które zaowocowały natychmiast cyklem reportaży Po Związku Sowieckim. W reportażach tych Gorki wychwalał sowiecką rzeczywistość, pokazując swoim kremlowskim sponsorom, że mogą na nim polegać. Plan podróży Gorkiego, opracowany m.in. przez samego Jagodę, zawierał wizytę w łagrach na Sołowkach w czerwcu 1929 roku. Gorki, grając rolę niezależnego obserwatora, miał własnym autorytetem potwierdzić prawdziwość nowej sowieckiej propagandy Gułagu.

Wizytę zainscenizowano w stylu potiomkinowskich wiosek, być może starając się ograniczyć do minimum ewentualne skrupuły moralne pisarza, gdyby takie miały się pojawić. Świadkowie wspominają o katowni obozu sołowieckiego na Siekierskiej Górze, przekształconej nagle nie do poznania w czytelnię prasy. Według niektórych relacji wzdłuż łagrowej drogi zasadzono szpalery drzew (jako że uczyniono to tylko na tę jedną okazję, wetknięto je pospiesznie w ziemię, bez korzeni). W baraku przeznaczonym do zwiedzania znalazła się czysta pościel, a w łagrowej kantynie zjawiły się obrusy i kwiatki na stolach. Więźniom zabroniono podobno zbliżać się do dostojnego gościa i jego świty pod karą śmierci. Gorki, zwiedzając Sołowki, wiedział jednak, co się święci. Świadkowie relacjonują, że nawet nie omieszkał dać wyraz swojemu obrzydzeniu tym spektaklem. Wchodząc do "czytelni" na Siekirce zauważył, że niektórzy z "czytających prasę" więźniów trzymają gazety do góry nogami. Gorki miał podejść, przekręcić gazetę i wyjść. Widząc czystą pościel w łagrowym szpitalu, natychmiast wyszedł, mamrocząc - "nie lubię parad". Ale na okolicznościowej fotografii w Sołowkach pisarz stoi z błogim wyrazem twarzy, w towarzystwie czekistów, syna Maksa i synowej Timoszy, ubranej we wciąż modny skórzany strój czekistki. Wiemy dziś, że wzrok, słuch i myśli Gorkiego sięgały głębiej niż sołowieckie dekoracje. W swoim notatniku z podróży do Sołowek pisarz zanotował: "Jak pies: wszystko rozumiem, a jednak milczę."

Na milczeniu się wszakże nie skończyło. Gorki spełnił nadzieje pokładane w nim przez władze. W sowieckim piśmie "Nasze Osiągnięcia" ukazał się jego długi reportaż pod tytułem Sołowki. Był to, zgodnie z oczekiwaniami nowych mecenasów Gorkiego, pean na cześć bolszewickiego humanitaryzmu, znajdującego swoje doskonałe ucieleśnienie w sołowieckim łagrze. Można garściami cytować z tego dzieła przykłady groteskowego sprzeniewierzania się prawdzie.

Oto opisując typowego strażnika łagrowego, Gorki zachwyca się: "Od częstych uśmiechów twarz tego człowieka stała się jaśniejsza, jakby się umył. Stało się oczywiste, że jego twarz jest dobrotliwa, a ciemne oczy patrzą na ludzi łagodnie i z ufnością". Zaś charakteryzując więźniów, pisarz dochodzi do wniosków ani słowem nieodstępujących od propagandowej matrycy:

Przyglądając się współczesnym "społecznie niebezpiecznym", nie mogę się powstrzymać, by nie dostrzec, że bez względu na wielkie trudności, których doświadczają w swym dźwiganiu się wzwyż, rozumieją oni konieczność bycia społecznie pożytecznym. Oczywiście jest to rezultatem warunków, w których ich umieszczono.

W Sołowkach, według Gorkiego, "psychika ludzi, którzy w przeszłości popadli w anarchię, dostępuje całkowitej przemiany. Społecznie niebezpieczni ludzie przemieniają się w społecznie pożytecznych, zawodowi kryminaliści stają się wysoko wykwalifikowanymi robotnikami i świadomymi rewolucjonistami". Nic zatem dziwnego, że pisarz z całą powagą stwierdzał na koniec: "Moim zdaniem podsumowanie jest jasne. Takie obozy jak Sołowki są potrzebne".

Zachwycony - lub raczej udający zachwyt - luminarz pióra napisał też parę słów z myślą o zagranicy - o tych, którzy być może zwrócili uwagę na świadectwa uciekinierów z Sołowek, być może czytali wspomnienia sołowieckie Malsagowa Piekło na wyspie, opublikowane po angielsku dwa lata przed wizytą Gorkiego w łagrze. O obozie koncentracyjnym na Sołowkach Gorki napisał m.in.:

Jeśli jakiekolwiek "kulturalne" społeczeństwo europejskie miałoby śmiałość przeprowadzić u siebie taki eksperyment jak ta kolonia i jeśli ten eksperyment wydałby taki plon jak nasz, społeczeństwo to trąbiłoby we wszystkie trąby i waliło we wszystkie bębny, chwaląc się swoim osiągnięciem. [...] Czy to z powodu naszej skromności, czy z jakiegoś innego, mniej szlachetnego powodu, my sami nie potrafimy pisać o naszych osiągnięciach, nawet kiedy widzimy je i próbujemy je opisywać?.

Sponsorzy Gorkiego zdawali się być w pełni usatysfakcjonowani jego postawą. Najwyraźniej podchwycili końcową myśl Sołowek o sowieckim zbytku skromności i cztery lata później postanowili postąpić zgodnie z postulatem wielkiego pisarza - uczynić z Gułagu przedmiot głośnej i powszechnej adoracji. Tak się stało właśnie przy okazji budowy Kanału Białomorskiego, która miała stać się powodem do ogólnonarodowej dumy - wszak budowano go na polecenie samego Stalina, by nadać mu jego imię. Fanfary, otaczające to największe jak dotąd przedsięwzięcie masowego niewolnictwa w tej części świata, miały zagłuszyć skutecznie wszelkie świadectwa ewentualnych zbiegów oraz inne głosy krytyki za granicą.

Kampania propagandowa wokół Kanału Białomorskiego miała być zwieńczona oficjalną księgą. Księgi tej nie miał jednak napisać jeden autor - choćby tak sławny jak Gorki. Chodziło o zbiorowe dzieło pisarzy sowieckich. W ten sposób rozwijano o stopień wyżej dotychczasową propagandową strategię opiewania Gułagu. Skoro strategia ta opierała się na tworzeniu wrażenia obiektywizmu, to oczywiście świadectwo najbardziej nawet obiektywnego i autorytatywnego pojedynczego obserwatora nie mogło się równać pod tym względem z opiniami wielu świadków, potwierdzających nawzajem swoje impresje i ustalenia. W sierpniu 1933 roku OGPU zorganizowało więc wycieczkę grupy ni mniej, ni więcej, tylko stu dwudziestu pisarzy sowieckich po świeżo zbudowanym kanale. Pisarze odbyli wówczas serię spotkań z odpowiednio dobranymi więźniami, przedstawicielami nadzoru i wyższych władz Gułagu. Literaci oczywiście pozostawali cały czas w towarzystwie gościnnych gospodarzy z OGPU. Zresztą dobrze wiedzieli, czego się od nich oczekuje.

Dlaczego zgadzali się uczestniczyć w tym haniebnym cyrku? Z wielu powodów, często złożonych, ale w sumie dostatecznie przewidywalnych, by OGPU mogło na nich liczyć. Strach o siebie i bliskich, ambicja, obawa o karierę, próżność, pragnienie osobistych korzyści, a czasem chęć niesienia komuś pomocy - zwykłe motywy, skłaniające wielu ludzi do współpracy w zniewalaniu siebie i innych, nie różniły się tak bardzo, czy chodziło o znanych pisarzy, czy o prostych ludzi. Pisarze, którzy dostawali propozycję uczestnictwa w tym kolektywnym projekcie literackim, wiedzieli, że odmowa wiązałaby się z dużym ryzykiem. Ale Michaił Bułhakow jednak odmówił.

Nie odmówiło natomiast wielu innych pierwszorzędnych pisarzy, by wymienić znajdujących się wówczas u szczytu popularności Michaiła Zoszczenkę i Borysa Pilniaka, słynny duet komediowy Ilf i Pietrow, klasyka formalizmu rosyjskiego Wiktora Szkłowskiego, a także niedawnego repatrianta z Anglii i autora studiowanej do dziś na anglosaskich uniwersytetach Historii literatury rosyjskiej, księcia Dmitrija Światopełk-Mirskiego. Książę Mirski walczył w wojnie domowej po stronie białych, potem wyemigrował, wykładał w Oksfordzie, powoli nabierał prosowieckich przekonań, aż zdecydował się na powrót do ojczyzny. Teraz spłacał dług jej bolszewickim władzom. Nie zabrakło też wśród autorów Kanału Białomorskiego znanych powieściopisarzy - Aleksego Tołstoja, Walentina Katajewa i Wsiewołoda Iwanowa. Znalazł się tu i Bruno Jasieński - były poeta polski, a wówczas już pisarz sowiecki.

Każdy z nich miał swoje szczególne powody, by wziąć udział w tym bezprecedensowym przedsięwzięciu, wyznaczającym moralne dno w historii literatury rosyjskiej. Czasem były to powody skomplikowane. Wiktor Szkłowski np. próbował własnym udziałem w tym projekcie doprowadzić do uwolnienia z białomorskiego łagru brata, Władimira. Wielu pomniejszych sowieckich pisarzy - jak były robotnik Aleksander Awdiejenko - kierowało się prostszymi pobudkami. Zachwycony warunkami stworzonymi dla pisarzy przez organizatorów tej wyprawy do Gułagu Awdiejenko wyznawał: "Jedliśmy i piliśmy to, na co mieliśmy ochotę, i tyle, ile zapragnęliśmy. Wędzoną kiełbasę. Ser. Kawior. Owoce. Czekoladę. Wino. Koniak. Nie musieliśmy za nic płacić".

Do tego dochodził prestiż, jaki, zdaniem Awdiejenki, dawało uczestnictwo w sponsorowanym przez najwyższe władze projekcie, razem z takimi tuzami literatury jak Zoszczenko, Aleksy Tołstoj, czy wreszcie Gorki. Ten ostatni bowiem, choć sam nie brał udziału w wyprawie ze względu na pogarszający się stan zdrowia, stanął na czele komitetu redakcyjnego tego zbiorowego dzieła, przewodził pracom redakcyjnym i sam napisał pierwszy i ostatni rozdział. Księgę współredagował Leopold Awerbach, szwagier Jagody i fanatyczny strażnik komunistycznej ortodoksji w literaturze sowieckiej tego okresu. Trzecim redaktorem był Siemion Firin, komendant łagru białomorskiego. To jedyny chyba przypadek w literaturze, by światowej sławy pisarz i komendant obozu koncentracyjnego współtworzyli dzieło literackie.

W pisaniu książki, zatytułowanej Białomorsko-Bałtycki Kanał imienia Stalina. Historia budowy, wzięło udział trzydziestu sześciu wybranych pisarzy. Gorki uzasadnił ten eksperyment w dziedzinie kolektywnego pisarstwa: "Jeśli brygady robotnicze mogą wylewać beton, dlaczegóż brygady pisarzy nie mogłyby wyprodukować wspólnej książki?". Dobór autorów nie tylko zwraca uwagę na wysoką pozycję wielu z nich na ówczesnym sowieckim parnasie literackim, ale podkreśla też ich różnorodność. "Płomienny komunista" Awerbach sąsiaduje ze "światowym humanistą" Gorkim, poza tym jest tu były formalista Szkłowski, były polski futurysta Jasieński, oksfordczyk Mirski, a także wybitny humorysta Zoszczenko. Reprezentowane są więc różne rodowody, różne pisarskie style, gatunki i szkoły, niegdyś walczące ze sobą, lecz teraz łączące się w nowym duchu sowieckiej jedności. Jeśli tak na pierwszy rzut oka różni pisarze są w stanie dopracować się wspólnej, miarodajnej prawdy o Gułagu, to któż mógłby jej przeciwstawić swoje, indywidualne, a więc siłą rzeczy subiektywne i niepewne, świadectwo? O taki efekt właśnie chodziło.

Rzecz jasna, zbiorowe dzieło o Kanale Bialomorskim - ozdobione portretem Stalina na pierwszej stronie (Jagoda znalazł się na drugiej) - prezentuje znane tezy sowieckiej propagandy, ubrane w kostium bezpośrednich wrażeń, zasłyszanych historii, osobistych obserwacji, dociekliwych rozmów ze strażnikami i więźniami. Motywem przewodnim, powtarzanym w niezliczonych wariantach i ujęciach, jest cudowna moc przemiany wrogów i przestępców w nowych, szczęśliwych i produktywnych ludzi sowieckich. Motyw ten wplata się w historię "wielkiej przemiany" zacofanej Rosji w nowoczesnego giganta, dokonywanej dzięki genialnemu przywództwu partyjnemu oraz humanitarnej aktywności wychowawczej policji politycznej. Gułag i budowa kanału to symbole tej przemiany i zapowiedź jeszcze większych cudów, jakich należy się spodziewać po Kraju Rad.

 

Oklaski z daleka

Podczas gdy w ZSRS trwały obowiązkowe zachwyty nad kolektywnym dziełem pisarzy o Kanale Bialomorskim, zespół sowieckich tłumaczy i redaktorów przystąpił do tłumaczenia książki na język angielski - na użytek zachodnich odbiorców. Nie ograniczono się wszakże tylko do tłumaczenia, w rzeczywistości przygotowano zupełnie nową wersję, wycinając wiele fragmentów sowieckiego oryginału, opisujących dolę mas pracujących w krajach burżuazyjnych i okrutny ucisk proletariatu na Zachodzie. Dbano w ten sposób, by rzecz nie wydała się zachodniemu czytelnikowi naciąganym propagandowym wymysłem. Książka ukazała się na jesieni 1935 roku w Stanach Zjednoczonych, pod redakcją Amabel Williams-Ellis, znanej wówczas lewicowej pisarki, która w sierpniu 1934 roku znalazła się wśród zachodnich gości zaproszonych na I Zjazd Pisarzy Sowieckich, gdzie wygłosiła nawet przemówienie. We wstępie Amabel Williams-Ellis informowała czytelników, że znajdą oni wreszcie odpowiedź na pytania: "Co dzieje się z więźniami politycznymi w ZSRS?" oraz "Czy sowieckie obozy pracy różnią się na przykład od obozów koncentracyjnych, powiedzmy, w Niemczech nazistowskich?". Wreszcie stwierdzała: "Po raz pierwszy mamy tu opowiedzianą historię tego, co się dzieje w rosyjskich obozach pracy". Zupełnie jakby nikt dotąd nie pisał na Zachodzie o sowieckich łagrach.

Amerykańskie wydanie Kanału Białomorskiego zostało powitane recenzjami. John Chamberlain, omawiając sowieckie dzieło w "New York Timesie", przyznawał, że słysząc już przedtem o politycznie umotywowanym "szkodnictwie" w ZSRS, żywił pewne obiekcje i podejrzewał, iż OGPU samo preparuje zarzuty tego typu, by zdobyć przymusowych robotników na budowy ujęte w Planie Pięcioletnim. Jednak lektura Kanału Białomorskiego rozwiała w nim te wątpliwości. Recenzent wyznawał, że co prawda ciągle jeszcze nie może pozbyć się wrażeń z lektury wspomnień niedawnych uciekinierów z Gułagu - np. małżeństwa Czernawinów i Georgija Kitczina - ale nie jest też w stanie zaprzeczyć prawdziwości Kanału Białomorskiego. Udało mu się jednak przezwyciężyć te dylematy, bo doszedł do wniosku, że chociaż być może zdarzają się przypadki nadużyć, jak te opisane przez zbiegów - choćby właśnie przez Czernawinów czy Georgija Kitczina - wcale nie umniejsza to faktu, że pierekowka jest skuteczna i zwycięska. Przecież gdyby nie prawdziwy zapał samych więźniów, nikt nie zdołałby zrealizować tak ambitnego projektu w tak krótkim terminie. Recenzent "New York Timesa" miał przecież na to niezbite dowody w postaci... sowieckiej książki o kanale.

Jeszcze przed pojawieniem się amerykańskiego wydania Kanału Białomorskiego wieści o sowieckim cudzie pierekowki na tej wielkiej budowie pobudzały wyobraźnię zachodniej publiczności. W kinach można było obejrzeć film dokumentalny Soviet Russia Today, dzięki któremu widzowie mieli okazję poznać najnowsze osiągnięcia stalinowskiego budownictwa socjalistycznego, w tym budowę kanału. Autorzy filmu z dumą podkreślali, że projekt budowy zrealizowało samodzielnie OGPU dzięki pracy skazańców. Jak pisał recenzent filmowy "New York Timesa", "realizatorzy [filmu] położyli nacisk na odradzający wpływ ciężkiej pracy na przymusowych robotników". W piśmie lewicowej nowojorskiej elity intelektualnej "Partisan Review" Andre Malreaux zachwycał się rehabilitacją sowieckich niewolników budujących kanał. Prasa codzienna natomiast przynosiła wciąż świeże komunikaty o trwającej właśnie budowie - siłami niewolników - następnego kanału, tym razem Moskwa-Wołga.

Tymczasem moskiewscy korespondenci zachodnich gazet oraz przedstawiciele świata kultury odwiedzający licznie ZSRS donosili o niezwykłej sztuce teatralnej pokazywanej w Moskwie. Sowiecki teatr, który od dawna święcił sukcesy międzynarodowe i był z uwagą śledzony przez elity kulturalne Zachodu, podejmował temat Gułagu! W takiej atmosferze sensacji omawiano nową sztukę Nikołaja Pogodina Arystokraci. Jej akcja toczy się na budowie Kanału Białomorskiego, a bohaterami są więźniowie i czekiści. Na początku ci pierwsi prezentowani są na scenie w negatywnym świetle. Widzowie mogą zobaczyć grupę zawodowych kryminalistów pijących alkohol, grających w karty i mówiących wulgarnym językiem. Nic nie wskazuje na to, by cokolwiek i ktokolwiek mógł zmienić na lepsze tych zatwardziałych przestępców, którzy naśmiewają się między sobą z pedagogicznych wysiłków czekistów, notorycznie unikają pracy i planują ucieczkę przy pierwszej sposobności. Najgorsi z nich to Kostia "Kapitan", herszt złodziejskiej bandy, i jego kochanka Sonia - prostytutka, złodziejka, narkomanka i pijaczka.

Trzeba przyznać, że w sztuce Pogodina pojawiają się całkiem realistyczne motywy. Oto np. Kostia wygrywa w karty młodą więźniarkę, nieobytą z mentalnością świata przestępczego nowicjuszkę Margaritę Iwanownę. Zwyczaj grania w karty o mienie lub czasami życie innych osób był rozpowszechniony wśród kryminalistów w łagrach. Gracze umawiali się, że stawką w grze ma być np. część odzieży lub jakiś przedmiot, należący do kogoś trzeciego, zwykle do niczego niepodejrzewającego więźnia spoza kryminalnej hierarchii. Przegrywający musiał odebrać ten przedmiot i dostarczyć go wygrywającemu. Nieraz takim "przedmiotem" była kobieta, a ściślej - jej ciało. Innym razem chodziło o zamordowanie kogoś. W sztuce Margarita Iwanowna szczęśliwie unika wyegzekwowania "należności". W rzeczywistości pewnie nie poszłoby jej tak łatwo.

A jednak, mimo wszystko, nawet ci zatwardziali, zdawałoby się, kryminaliści okazują się w Arystokratach ludźmi niepozbawionymi pewnych pozytywnych przymiotów. Pod twardym pancerzem brutalności kryją się wrażliwe serca i umysły. W końcu są oni elementem klasowo bliskim proletariatowi, ofiarami niesprawiedliwych stosunków społecznych przedrewolucyjnej Rosji. Wie o tym komendant łagru Gromow - cierpliwy i wyrozumiały pedagog, otaczający więźniów prawdziwie ojcowską troską. I rzeczywiście, wystarcza szczera rozmowa przy herbacie między czekistą z obozowego nadzoru i Sonią, by ta niepoprawna dotąd kryminalistka doznała iluminacji. Już w następnej scenie odmieniona nie do poznania Sonia przyrzeka, że więcej nie weźmie do ust alkoholu, nie wspominając nawet o kradzieży, nierządzie i innych dawnych skłonnościach. Niebawem staje się ona przodownicą pracy na budowie kanału.

Z Kostią jednak nie idzie tak łatwo. Ciągle kpi on sobie z pierekowki jak niesforny uczniak. Ale od czego są metody OGPU? Gromow, wytrawny wychowawca, postanawia zdobyć zaufanie Kostii, śmiało więc powierza mu - zawodowemu złodziejowi - odpowiedzialność za pilnowanie magazynu żywności i odzieży. Ba, powierza jego opiece nawet broń. Kostia jest tak wzruszony tym dowodem bezgranicznej ufności czekisty, że dokonuje się w nim wewnętrzna przemiana i staje się przodownikiem pracy. Ale na tym nie koniec, pora na niespodziewaną perypetię. Kostia ulega bowiem złym wpływom swojego kompana i bierze wraz z nim udział w ucieczce, lecz obudzone już sumienie klasowe nie daje mu spokoju. Stacza więc walkę ze swoim złym duchem, czyli prowodyrem ucieczki, i wraca do łagru, pod skrzydła Gromowa - pełen skruchy niczym syn marnotrawny. Wytężoną pracą zmywa z siebie winy, a w dniu zakończenia budowy kanału on i Sonia zostają przedterminowo zwolnieni w nagrodę za wyniki we współzawodnictwie.

Gromow podsumowuje ze sceny przesłanie sztuki, pytając: "Czym zasłynął Kanał Białomorski" i udzielając odpowiedzi: "Ludzie odrzuceni, potępieni, zagubieni, nawet nasi otwarci wrogowie, stali się tutaj szanowanymi obywatelami naszej Ojczyzny". Jeden z nawróconych na dobrą drogę kryminalistów deklamuje w imieniu własnym i swoich towarzyszy:

 

Byłem okrutnym bandytą, oczywiście, tak...

Okradałem ludzi, nie lubiłem pracować,

Moje życie było jak czarna noc

I zaprowadziło mnie, prawda, na budowę kanału.

Cała przeszłość stała się złym snem.

Zupełnie jakbym narodził się na nowo.

Chcę pracować, śpiewać i żyć,

Z radości płyną mi łzy [...]

 

Zachodnia publiczność, która, poza wyjątkami, nie miała przecież sposobności podziwiać sztuki Pogodina na scenie, mogła jednak wkrótce obejrzeć film Więźniowie, zrealizowany na podstawie Arystokratów przez Mosfilm w reżyserii Jewgienija Czerwiakowa. Entuzjaści filmu sowieckiego tłoczyli się przed kinem "Cameo" w Nowym Jorku, by ujrzeć amerykańską premierę wzruszającej historii o Kostii i Soni przeżywających odrodzenie wewnętrzne w łagrze, przy budowie Kanału im. Stalina. Film poprzedził słowem wstępnym Maksym Gorki, zaświadczając swym autorytetem, że przedstawiony obraz jest prawdziwy.

Dlaczego zachodni komentatorzy tak ochoczo i bezkrytycznie dawali się w tym czasie nabierać na te propagandowe chwyty, niekoniecznie wysokiego lotu? Przecież nie brakowało wówczas na Zachodzie świadectw byłych więźniów sowieckich, ukazało się wiele książek i artykułów o sowieckich więzieniach i łagrach. Układały się one w dość spójny obraz, wzajemnie się potwierdzały, mało tego, wciąż przybywało nowych. Przypomnijmy, w roku 1926 Malsagow wydał w Londynie Piekło na wyspach, a w latach 1928 i 1929 ukazały się francuskie i angielskie tłumaczenia wspomnień Biezsonowa Moje 26 więzień i ucieczka z Sołowek. Wyszły wtedy także wspomnienia łagrowe fińskiego przedsiębiorcy Cederholma, więzionego w łagrach pod zarzutem szpiegostwa. Wczesne lata 30. - a więc okres debaty nad importem sowieckiego drewna i wzmocnienia sowieckiej kampanii propagandowej - przyniosły kolejne publikacje poświęcone sowieckim łagrom, np. Praca przymusowa w Związku Sowieckim W.A. Fairburna oraz naukowe opracowanie pod redakcją hrabiny Atholl. W roku 1933 ukazał się w Londynie zbiór listów łagierników Z głębokości, ze wstępem Hugh Walpole'a, a wydawnictwo Viking opublikowało sensacyjne, choć niewątpliwie podkoloryzowane wspomnienia Leo Nussimbauma, piszącego pod pseudonimem Essad-Bey, zatytułowane OGPU - Spisek przeciw światu.

Świadectw szybko przybywało. Wkrótce Tatiana Czernawina wydała w Londynie miarodajne i poważne łagrowe wspomnienia pod tytułem Ucieczka z Sowietów. Czernawina, była kuratorka w Ermitażu, i jej mąż, biolog Władimir Czernawin, zbiegli z łagrów sołowieckich wraz z 13-letnim synem i przez bagna przedostali się do Finlandii - najczęstszym szlakiem ówczesnych uciekinierów. Jej świeże wspomnienia z łagru, napisane jeszcze w fińskim szpitalu, zaraz po ucieczce z Rosji, nie przeszły na Zachodzie bez echa. 20 maja 1934 roku J. Donald Adams zamieścił w "New York Timesie" obszerną recenzję książki Czernawiny wraz z omówieniem krytycznej wobec ZSRS książki byłego korespondenta prasowego Malcoma Muggeridge Winter in Moscow. Adams nazwał wspomnienia Czernawiny, jednym z najbardziej przejmujących i przekonujących świadectw ludzkiego doświadczenia, jakie dane mu było kiedykolwiek poznać. Była to, według jego słów, "książka dla przyszłych pokoleń", którą będzie się czytać, "kiedy obecny kremlowski reżim będzie już tylko epizodem dawnej historii". Mąż Tatiany Czernawiny Władimir wydał swoje wspomnienia łagrowe w roku 1935. Zostały one opublikowane po angielsku, pod tytułem Mówię w imieniu milczących, niedługo przed ukazaniem się angielskojęzycznej wersji Kanału Bialomorskiego.

Również w tym samym czasie, a więc na krótko przed publikacją Kanału Bialomorskiego, czytelnicy zachodni mieli możność przeczytania świeżo wydanych wspomnień fińskiego przemysłowca Georgija Kitczina, aresztowanego w 1928 roku pod zarzutem szpiegostwa i przetrzymywanego przez cztery lata w leningradzkim więzieniu oraz w północnych łagrach. O Kitczina upominały się władze fińskie, więc po wyjściu z łagru pozwolono mu wyjechać do Finlandii. O uwolnienie innej więźniarki, Julii de Beausobre, zabiegała natomiast z zagranicy jej była angielska guwernantka. W roku 1934 władze sowieckie zgodziły się na zwolnienie i emigrację schorowanej Julii de Beausobre w zamian za okup. Cztery lata później ukazały się po angielsku jej łagrowe wspomnienia. W tym samym roku 1938 wydano też po francusku pierwszy z dwu tomów wiele mówiącej książki chorwackiego komunisty Antę Ciligi, który osiem lat wcześniej zamieszkał w ZSRS, by niebawem zostać aresztowanym i znaleźć się w łagrze. Na skutek protestów zachodnich środowisk lewicowych Ciliga został zwolniony i deportowany z ZSRS w roku 1935. Był to nieczęsty przypadek. W swoim dziele (znanym od 1940 r. także pod angielskim tytułem The Russian Enigma) Ciliga przekazał osobiście doświadczoną i zaświadczoną prawdę o komunistycznym państwie. Stwierdził, iż zrozumieć prawdziwą Rosję Sowiecką może tylko ten, kto był w niej uwięziony. Do podobnych wniosków doszedł Iwan Sołoniewicz, autor cieszącego się największą poczytnością świadectwa Gułagu lat 30.

Doniesień o Gułagu nie brakowało zatem na Zachodzie w ciągu całej dekady poprzedzającej II wojnę światową. A jednak ich wpływ na umysły zachodniej publiczności - zwłaszcza na ludzi kształtujących opinię publiczną - był znikomy w porównaniu z wpływem sowieckiej propagandy. Dlaczego?

 

Ex oriente lux

Nigdy wcześniej tak szerokie kręgi ludzi wywierających wpływ na opinię publiczną Zachodu nie były tak bardzo zdeterminowane, by uwierzyć w pozytywny obraz sowieckiego państwa, jak w latach 30. Można wręcz podać datę rozpoczynającą ten nowy prąd - "czarny wtorek" 29 października 1929 roku - dzień, w którym załamała się nowojorska giełda. Tego dnia stosunkowo stabilny wizerunek zachodniego społeczeństwa i gospodarki zaczął się gwałtownie rozsypywać, i to nie tylko w oczach jego lewicowych krytyków, ale również w odczuciu wielu ludzi o poglądach umiarkowanych, liberalnych, a także wśród tych, którzy polityką mało się dotąd interesowali. Granville Hicks pisał w roku 1932:

Jakże łatwo było żyć w zawieszeniu w roku 1927,1928 i 1929! Chociaż porządek społeczny ciągle wydawał się potwornie nieefektywny i nieprzyzwoicie skorumpowany, pocieszałem się, że i tak nic na to nie zdołam poradzić. [...] Udawało mi się zapominać o świecie, w którym żyłem. I wtedy przyszedł krach! [...] Depresja zmiotła iluzję bezpieczeństwa, kiedy zobaczyłem, jak moi przyjaciele, nawet krewni, tracą pracę, i kiedy, wychodząc na ulicę, stawałem się świadkiem niesamowitego widowiska, jakim jest bezrobocie. Już dłużej nie próbowałem ukrywać przed samym sobą faktu, że ten ustrój jest przegniły.

Wśród elit kulturalnych - nawet tych dotychczas apolitycznych - zapanował polityczny ferment. "Jakaś nowa powaga zapanowała w miejsce dotychczasowej joie de vivre" - pisał Neal Wood. "Polityce poświęcano więcej uwagi. Do niedawna głównymi tematami rozmów były seks i estetyka, teraz zaś wszyscy zaczęli mówić o polityce. Z upływem czasu polityczne poglądy intelektualistów przesunęły się na lewo, ku socjalizmowi i komunizmowi". Słynny amerykański krytyk literacki Edmund Wilson zobaczył w ekonomicznym załamaniu roku 1929 "nagły i niespodziewany upadek tego głupiego, gigantycznego oszustwa", jakim był kapitalizm. Tradycyjne, antyburżuazyjne sentymenty mniej lub bardziej lewicujących intelektualistów zachodnich uzyskały nagle nową moc i nowe uzasadnienie. Poczucie głębokiego rozczarowania zachodnią rzeczywistością miało niejednokrotnie podłoże moralne. Wiele osób widziało w kryzysie kapitalizmu pierwszy znak nieuchronnego upadku nie tylko zachodniego systemu gospodarczego, ale też całej związanej z nim cywilizacji. Scott Nearing wspominał czasy wielkiego kryzysu: "Powiedziałem adieu cywilizacji zachodniej po pierwsze dlatego, że brzydziło mnie to, że w jej ramach łączono oficjalne wyznanie chrześcijańskiej wiary, »kochaj Boga i bliźniego swego«, z obłudną praktyką zasady »każdy dla siebie« i »ostatnich gryzą psy«".

W obliczu wielkiego kryzysu ludzie o różnych światopoglądach i politycznych rodowodach znajdowali często wspólny język sprzeciwu wobec ujawniających się właśnie w sposób jaskrawy negatywnych cech kapitalizmu. Jednocześnie z niepokojem poszukiwali nadziei, czyli alternatywy wobec zmurszałego i skompromitowanego, ich zdaniem, świata burżuazyjnego egoizmu, marnotrawstwa i chaosu. Na Zachodzie znów zapanował głód utopii. Po raz kolejny kierowano wzrok na wschód, tam gdzie świat zachodni tradycyjnie upatrywał pozytywnych alternatyw dla własnych ograniczeń i cudownych rozwiązań swoich bolączek. Spoglądano na Rosję.

Rosja Stalina jawiła się zaś zachodniej publiczności przede wszystkim przez pryzmat sowieckiej propagandy. Spowita radosną retoryką pięciolatek, tętniąca zapałem robotników i kołchoźników, podejmująca wielkie gospodarcze wyzwania i nieznająca słowa "bezrobocie" - Rosja robiła wrażenie. Sowieckie kroniki filmowe i plakaty, pełne roześmianych komsomolców, pędzących po polach traktorów, jasnych łanów zbóż, dymiących fabrycznych kominów, podniosłych pieśni, dziarskich marszów i imponujących parad, prezentowały szokujący kontrast, kiedy zestawiano je z zachodnimi kronikami, pokazującymi smętnych bezrobotnych, czekających w długich kolejkach do garkuchni, tony zboża i cukru wysypywane do morza, zamknięte fabryki i policję pacyfikującą zdesperowanych robotników.

Głód utopii był duży, a chęć uwierzenia w sowiecki model wystarczająco rozbudzona, by wielu zachodnich komentatorów pragnęło uznać za prawdę to, co podsuwała im stalinowska propaganda. Zwłaszcza że najczęściej jedynym źródłem wiedzy o przedmiocie własnej adoracji była właśnie owa propaganda. Nie trzeba było być komunistą, ani nawet socjalistą, by spoglądać w stronę Związku Sowieckiego w nadziei znalezienia pozytywnej alternatywy. Często ludzie o poglądach umiarkowanych i liberalnych stawali się gorącymi sympatykami stalinowskiego państwa. Frank A. Warren pisał: "Większość liberałów żywiła niejasne, lecz raczej życzliwe uczucia wobec Rosji w latach dwudziestych, ale nie czuło się bezpośredniej obecności tego kraju. Pierwszy plan pięcioletni nie wzbudził większych emocji aż do roku 1930, czyli dwa lata później. Rok 1929 i depresja wzbudziły podniecenie i zwróciły liberałów na wschód, ku Rosji".

Wielu zachodnich intelektualistów przyjmowało prosowiecką postawę, kierując się względami ideologicznymi. Mnożyły się nagłe zachwyty nad marksizmem - często dopiero co poznanym, i to bardzo powierzchownie. W świetle tegoż marksizmu katastrofa ekonomiczna Zachodu przestawała szokować intelektualistów chaosem i stawała się zrozumiała, a nawet oczywista. Lewis Coser i Irving Howe tak komentują ówczesny stan umysłów elit intelektualnych:

Depresja nie tylko wstrząsnęła ich życiem; zniszczyła ona ich świat wartości i wierzeń, pozostawiając ich nagimi i drżącymi wobec wichrów niepewności. Intelektualiści, owszem, zawodowo zajmują się ideami, to znaczy problemami, ale tak jak i reszcie rodzaju ludzkiego, trudno im odstawić narkotyk pewności; niewielu jest w stanie tolerować na dłuższą metę życie w świecie pozbawionym jasności. Nowi neofici [...] przybiegli w poszukiwaniu jakiegoś systemu [...] chcieli poczuć, że właśnie w momencie, kiedy ich świat rozleciał się w gruzy, oni znaleźli klucz do jego rozumienia.

W tym świetle obraz Związku Sowieckiego, kraju zwycięskiego socjalizmu i jasnej przyszłości, rozpowszechniany przez stalinowską propagandę, był żywym potwierdzeniem, że znaleźli właściwy klucz. "Narkotyk pewności", żeby zadziałać, domagał się, by uzależniony od niego człowiek nie przyjmował do wiadomości faktów, burzących harmonijny obraz Kraju Rad jako państwa proletariackiej sielanki.

Ale, jak się okazywało, nawet świadomość wielu niedoskonałości państwa Stalina nie musiała stać na przeszkodzie ku jego akceptacji. "Byliśmy zdecydowani patrzeć na Rosję Sowiecką z sympatią - pisał Granville Hicks - choćby tylko dlatego, że obrońcy zachodniego, kapitalistycznego status quo tak bardzo się jej obawiali i głosili tyle kłamstw na jej temat". John Dos Passos podobnie tłumaczył własną decyzję, by nie podawać do publicznej wiadomości faktów kompromitujących władze sowieckie jeszcze w późnych latach 20., kiedy pracował jako dziennikarz. Kierował nim "strach, by nie napisać czegoś, co podchwyci antysowiecka propaganda na Zachodzie. Albowiem był to czas, gdy amerykański kapitalizm wydawał się znacznie większym zagrożeniem dla Rosji niż vice versa". Podobnie postępował Romain Rolland w roku 1929, usilnie odradzając Panaitowi Istratiemu publikację krytycznej wobec ZSRS książki, będącej owocem osobistych doświadczeń Istratiego w tym kraju. Swoją postawę Rolland uzasadniał obawą, że krytykowanie Rosji Sowieckiej dostarczy argumentów zachodnim reakcjonistom.

W takich wypowiedziach ujawnia się sedno rozumowania wielu spośród tych zachodnich sympatyków Rosji, którzy nie zawsze dawali wiarę sowieckim zapewnieniom o humanitarnej naturze komunizmu, nie zawsze potrafili ignorować fakty, lecz mimo to chwalili głośno Sowiety lub przynajmniej powstrzymywali się od mówienia prawdy o ciemnych stronach stalinowskiej rzeczywistości. Cechą dominującą w zachodnich komentarzach było upolitycznienie prawdy. Znikały wobec tego kwestie, co naprawdę dzieje się w Rosji Sowieckiej i czy doniesienia o degradacji człowieka w Gułagu są prawdą. W ich miejsce pojawiało się zadawane po cichu pytanie, w czyim interesie leży mówienie o tych sprawach. Eric Hobsbawm, sam będąc konsekwentnym praktykiem tej metody, tak ją wyjaśnia:

[...] nowoczesny wybór polityczny nie jest ciągłym procesem wybierania odpowiednich ludzi czy odpowiednich rozwiązań, lecz pojedynczym lub przynajmniej nieczęstym wyborem między różnymi gotowymi pakietami, w których kupujemy między innymi rzeczy niechciane, ponieważ nie ma innego sposobu, żeby dostać również resztę zawartości pakietu, o którą nam właśnie chodzi. Nie ma innego sposobu na polityczną efektywność. [...] Intelektualiści komunistyczni, którzy przyjmowali prosowieckie stanowisko, czynili tak, gdyż w ostatecznym rachunku dobro tego kraju przewyższało jego zło.

Upolitycznianie prawdy o Rosji Sowieckiej było tym łatwiejsze, że wiedza o tym kraju opierała się prawie zawsze na czyichś doniesieniach lub powierzchownych obserwacjach. Były to źródła, które można było łatwo kwestionować, przeciwstawiając im dane mówiące coś innego - np. sowiecką propagandę.

Proceder ten miał nierzadko swoje korzenie w specyficznym zmyśle moralnym części spośród tych osób, które niechętnie decydowały się na publiczne wypowiadanie prawdy o ZSRS. Przykładem takich wahań moralnych jest końcowy fragment książki Antoniego Słonimskiego Moja podróż do Rosji, wydanej w roku 1932 w Warszawie. Słonimski, mieszkaniec kraju najmniej chyba podatnego na propagandę wschodniego sąsiada, opisywał swój powrót z ZSRS:

Późnym wieczorem jestem w Warszawie. [...] Tragarz niesie walizkę i gdy przystajemy przed dworcem w oczekiwaniu na taksówkę, wdaję się z nim w rozmowę. Mam jakąś niewytłumaczoną chęć powiedzenia mu, że wracam z Rosji.

- No, jak tam jest?

W tym cichym, dyskretnym pytaniu jest wiele ufności, tej specyficznej ufności, którą mają ludzie z proletariatu w stosunku do towarzyszy partyjnych. Przyznaję, że ta atmosfera wspólności smakuje mi, mam ochotę powiedzieć mu coś, co by nas jeszcze bardziej zbliżyło, a w jego zbiedzonych oczach czytam odpowiedź, której by chciał ode mnie. Wiem, pewien jestem, że gdybym mu powiedział: "Dobrze tam jest, towarzyszu" - poniósłby moją walizkę lekko i szybko do taksówki i uśmiechnąłby się na pożegnanie. Wreszcie odpowiadam:

- Trudno tak powiedzieć w paru słowach. I źle, i dobrze.

Teraz wiem, co myśli o mnie tragarz, niosący moją walizkę. Myśli o mnie jak o wrogu. Nie ma stanowisk pośrednich. Kto nie z nami, ten przeciw nam. Z uczuciem dławiącej samotności jadę przez miasto.

Słonimski nie był jedynym przykładem luminarza kultury, któremu niełatwo przychodziło rozwiewanie marzeń maluczkich o sowieckim raju. W odróżnieniu od wielu innych opiniotwórców potrafił on zdobyć się na elementarną uczciwość i nie ukrywać własnego, niezdecydowanego stosunku do sowieckiej rzeczywistości. Inni często nie mieli moralnych oporów, by głosić to, czego (przynajmniej w ich własnym mniemaniu) oczekiwały od nich "masy", pełne rzekomej lub (rzadziej) autentycznej wiary w Sowiety. Zwłaszcza że za cenę drobnego naciągnięcia prawdy członkowie elit kulturalnych Zachodu kupowali sobie nie tylko spokój sumienia, lecz jednocześnie dodatkowe uznanie na lewicujących salonach.

Upolitycznianie prawdy o Sowietach nie ograniczało się do wielbicieli Kraju Rad lub poszukiwaczy alternatywy wobec gnijącego, w ich przekonaniu, Zachodu. Od krytyki Stalina i jego państwa celowo powstrzymywali się także ci, którym zależało na ratowaniu i ulepszaniu świata zachodniego. Jeśli już nazajutrz po rewolucji liczni przedstawiciele świata biznesu i polityki spoglądali na bolszewicki reżim jako na potencjalnego partnera handlowego, to teraz kręgi chętnych do robienia interesów ze Stalinem rosły niepomiernie. Rosja - ogromny kraj, rozwijający się po długim okresie chaosu i upadku - oferowała tanie surowce oraz rozpaczliwie potrzebowała zachodnich maszyn i innych towarów, niezbędnych do życia i rozwoju. Zapotrzebowanie to było teraz większe niż kiedykolwiek wcześniej. Jednocześnie w dobie depresji ekonomicznej na Zachodzie wielu polityków i przemysłowców widziało w ożywieniu stosunków handlowych z ZSRS szansę na przezwyciężenie gospodarczego upadku u siebie. Debata wokół importu sowieckiego drewna w latach 1930-1931 ujawniła siłę i zasięg tych postaw na Zachodzie.

W czasie tej debaty amerykański kongresmen William I. Sirovich wybrał się z sześciodniową wizytą do ZSRS. Sowieccy organizatorzy wizyty zapewnili mu wiele pozytywnych wrażeń i roztoczyli przed nim fascynujące perspektywy współpracy obu krajów. Spisali się na medal, bo Sirovich (pod należytym wrażeniem sowieckich pokazów) oświadczył po powrocie, że mocno wierzy w stalinowską drogę rozwoju ekonomicznego. Co prawda dodał, iż stalinizm to "idealny słowiański typ cywilizacji, który nie przyjąłby się w świecie anglosaskim", ale wyraził też przekonanie, że nawiązanie stosunków gospodarczych ze Związkiem Sowieckim zakończyłoby w jego opinii kryzys ekonomiczny w Ameryce. Rosja mogłaby przecież stanowić wymarzony rynek zbytu dla amerykańskich nadwyżek na następne pięćdziesiąt lat. W swoim wystąpieniu Sirovich nie omieszkał uspokoić Amerykanów, którzy słyszeli niedawne doniesienia o niewolniczej pracy w ZSRS. Oświadczył, że według jego wiedzy władze sowieckie zmuszają do niewolniczej pracy tylko około 40 tys. więźniów "politycznych i innych", a to przecież niewielki procent ludności, więc nie ma właściwie czym się niepokoić.

W tym czasie Sowieci śledzili z uwagą nastroje w amerykańskim świecie polityki i biznesu. Szef sowieckiego biura informacyjnego w Waszyngtonie Borys Skwirski donosił: "wydarzenia wskazują na to, że w czasach kryzysu Amerykanie przywiązują wagę do sowieckich rynków i że groźba ich utraty działa na naszą korzyść. [...] Powinniśmy mieć świadomość siły naszej obecnej pozycji i powinniśmy być gotowi ją wykorzystać".

Wykorzystywali ją więc umiejętnie. Pierwsza połowa lat 30. była okresem nawiązywania i szybkiego rozszerzania przez Zachód stosunków dyplomatycznych i handlowych z ZSRS. Politycznym zwolennikom tych działań zależało na jak najmniej kontrowersyjnym wizerunku reżimu Stalina wśród własnych społeczeństw. Z ulgą przyjmowali popularyzację "humanitarnego" mitu pierekowki, który - nawet jeśli nie do końca odpowiadał prawdzie - przynajmniej łagodził opory opinii publicznej wobec politycznego i gospodarczego partnerstwa ze Stalinem. Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin Delano Roosevelt, zaprzysiężony 4 marca 1933 roku, był wielkim orędownikiem rozwoju stosunków gospodarczych i politycznych z ZSRS. Tak jak liczne kręgi biznesowe, widział w otwarciu na rosyjski rynek szansę na pobudzenie handlu i przyspieszenie wyjścia gospodarki amerykańskiej z kryzysu. Japońska ofensywa w Mandżurii w roku 1931 dodatkowo motywowała go do poszukiwania politycznego aliansu z Rosją Sowiecką, by powstrzymać wzrost potęgi Cesarstwa Japonii na Pacyfiku i Dalekim Wschodzie. 17 listopada 1933 roku, w wyniku energicznych starań Roosevelta, Stany Zjednoczone uznały oficjalnie reżim sowiecki i nawiązały z nim stosunki dyplomatyczne. Roosevelt przekonywał amerykańskich przeciwników tego kroku, że Sowieci w zamian uwolnią więźniów sumienia, wstrzymają się z popieraniem działalności wywrotowej w USA i zwrócą część ogromnych długów, zaciągniętych przez Rosję w Stanach Zjednoczonych przed bolszewickim puczem. Żadnej z tych obietnic Sowieci nie spełnili. Amerykanie mieli jednak tak wielki apetyt na handel z Rosją, że 13 lipca 1935 roku podpisano umowę o współpracy gospodarczej. Zanim jeszcze do tego doszło, amerykańskie firmy współpracowały z rządem sowieckim w realizacji Planu Pięcioletniego. Wielka firma budowlana Albert Kahn zaprojektowała i zbudowała w ZSRS 521 zakładów przemysłowych. General Electric odegrał dużą rolę w budowie słynnego Dnieprostroju i innych elektrowni. Żadna jednak zachodnia firma nie zarobiła w Rosji Sowieckiej w latach 1929-36 tyle co Ford Motor Company. Henry Ford podpisał z Sowietami rekordowy kontrakt wart 40 milionów ówczesnych dolarów i wybudował w Niżnym Nowogrodzie (przemianowanym niebawem na Gorki) fabrykę sowieckich fordów. Równocześnie w Moskwie montowano przestarzałe modele samochodów, które Ford i tak musiał wycofać z produkcji. Dla Związku Sowieckiego był to początek przemysłu samochodowego, a dla Forda złoty interes. W czasach wielkiego kryzysu zamykał on zakłady i masowo zwalniał pracowników w Stanach Zjednoczonych, a jednocześnie budował nowe fabryki i rozwijał produkcję w ZSRS.

W tej atmosferze nie brakowało na Zachodzie ludzi, którzy - czytając w gazetach entuzjastyczne opinie o Sowietach i obserwując ochoczą wyprowadzkę kapitału ze znękanej kryzysem Ameryki do dynamicznie rozwijającego się Związku Sowieckiego - poszukiwali lepszego życia w ojczyźnie Planu Pięcioletniego. Przytłoczeni bezrobociem, biedą i brakiem nadziei u siebie, emigrowali za chlebem do Kraju Rad. W słuszności tej decyzji dodatkowo utwierdzały ich ogłoszenia w zachodnich gazetach o zapotrzebowaniu na zagranicznych specjalistów w gospodarce sowieckiej. Pod Statuą Wolności, u wejścia do nowojorskiego portu, pojawiały się teraz statki z emigrantami, płynące w kierunku przeciwnym niż dotąd. Zgromadzeni na pokładzie ludzie, nieraz całe rodziny, żegnali ojczysty brzeg i spoglądali z nadzieją na wschód, gdzie czekała na nich nowa ziemia obiecana. Górnik z Denver pisał w liście do sowieckiej gazety "Moscow News", wydawanej po angielsku z myślą o coraz liczniejszych amerykańskich emigrantach do ZSRS: "Dajcie nam szansę dostać się do Związku Sowieckiego. Chcemy rzetelnie pracować i jeśli trzeba, znosić trudności. Tutaj mamy nędzę, głód i beznadziejność. Tam u was budujecie nowe jutro. Pozwólcie nam przyjechać i pomóc. Zadowolimy się chlebem i marchwią". Bywało, że amerykańscy robotnicy, zwalniani z pracy u Forda w Detroit, pakowali walizki i podążali do ZSRS, by podjąć pracę u Forda w Niżnym Nowogrodzie. Inni znajdowali zajęcie w budowanej przez Amerykanów stalingradzkiej fabryce traktorów lub licznych zakładach, elektrowniach, rafineriach czy hutach wznoszonych w ZSRS dzięki amerykańskiemu kapitałowi. Kwalifikacje zachodnich robotników, technikowi inżynierów okazywały się niezbędne dla sowieckiej gospodarki, gdyż miejscowa siła robocza, nieobeznana z nowoczesną technologią, nie była początkowo w stanie obsługiwać zagranicznych maszyn i urządzeń.

Tymczasem na Zachodzie tendencja do upolityczniania prawdy o Rosji stała się niemal regułą po dojściu Hitlera do władzy w Niemczech w roku 1933, a więc w tym samym czasie, gdy do władzy w USA doszedł Roosevelt. W całym świecie zachodnim szerzyło się wówczas przekonanie - szczególnie silne wśród radykalnych elit kulturalnych - że zrujnowany system liberalnej demokracji i kapitalizmu przeżywa swoje ostatnie dni, zaś przyszłość należeć będzie do jednego z dwu nowych, wrogich sobie ustrojów: faszyzmu lub komunizmu. Faszyzm, szczególnie w początkowym okresie, wzbudzał zainteresowanie i sympatię pewnej liczby pierwszoplanowych intelektualistów i artystów. Wystarczy wspomnieć Ezrę Pounda, Oswalda Spenglera, Ernsta Jüngera, Martina Heideggera, Charles'a Maurrasa, Louisa Celine'a, Filippo Marinettiego czy Gabriela d'Annunzio. Większość kręgów zachodnich elit kulturalnych odbierała jednak faszyzm - a zwłaszcza nazizm, który w myśl sowieckiej wykładni utożsamiano z faszyzmem - jako bezpośrednie zagrożenie cywilizacji. Nawet dla tych, którzy nie unikali informacji o barbarzyństwie stalinowskim, faszyzm i nazizm stanowiły zagrożenie znacznie bardziej konkretne, bliskie i bezpośrednie niż być może okrutny, ale też niejako egzotyczny satrapa w Moskwie. Liczono na nieuniknioną konfrontację między Hitlerem i Stalinem.

W tej sytuacji liczni spośród tych, których do tej pory sowiecka propaganda i prosowieckie wypowiedzi zachodnich luminarzy nie zdołały przekonać o humanitarnym charakterze reżimu Stalina, teraz czuli presję politycznego wyboru. Niektórym wydawało się, że tylko Stalin jest w stanie pokonać Hitlera i uratować świat. Inni liczyli na zatrzymanie lub pokonanie Hitlera przez zachodnie demokracje w sojuszu ze Stalinem. Sowiecka propaganda i dyplomacja czyniły wszystko, by taki dualistyczny schemat upowszechnić na Zachodzie. Przebrany w kostium obrońcy ludzkości przed nazistowskim i faszystowskim barbarzyństwem, Stalin mógł w coraz większym stopniu liczyć na szczególne traktowanie. W tej coraz bardziej popularnej wizji świata Stalin odgrywał zatem rolę anty-Hitlera. Jakiekolwiek potępienie czy nawet otwarta krytyka Stalina znaczyły niemalże tyle, co udzielenie poparcia ("w sensie obiektywnym") Hitlerowi. Rzadziej niż kiedykolwiek zastanawiano się teraz nad tym, czym był komunizm. Znacznie bardziej istotne było to, w czym komunizm przeciwstawiał się faszyzmowi.

Sprzeciw wobec faszyzmu nierzadko jednoczył ludzi o rozmaitych poglądach, którzy w innej sytuacji najprawdopodobniej nie byliby w stanie znaleźć żadnej płaszczyzny porozumienia i współdziałania. Polityczne podziały między socjalistami, komunistami, nawet liberałami ulegały relatywizacji w obliczu coraz wyraźniejszego hitlerowskiego wyzwania. "Jestem komunistą, ponieważ jestem liberałem" twierdził Stephen Spender w roku 1937. Ernest Hemingway zaś dodawał: "Ten, kto ma antykomunistyczne poglądy, jest albo głupcem albo kanalią". Ten ogólny trend znalazł swój wyraz w polityce międzynarodowej: 14 października 1933 roku Niemcy hitlerowskie opuściły Ligę Narodów, a 18 września 1934 roku przyjęto do niej stalinowski Związek Sowiecki. Prostalinizm stał się właściwie warunkiem postawy antyfaszystowskiej. Malcolm Muggeridge pisał o intelektualistach brytyjskich: "Stalin stał się ich antidotum wobec Hitlera. Marksistowska nienawiść miała zwyciężyć nienawiść nazistowską, a marksistowski fałsz skorygować fałsz nazistowski".

W kontekście rosnącego w siłę nazizmu i faszyzmu komuniści jawili się zachodniej opinii publicznej przede wszystkim jako ofiary tych systemów. Georgi Dymitrow, sądzony w Niemczech w pokazowym procesie o podpalenie Reichstagu, czy Ernst Thalmann, uwięziony przez hitlerowski reżim przywódca niemieckich komunistów, stali się bohaterami zachodnich mediów niechętnych Hitlerowi. Francois Furet tak charakteryzuje dość powszechne wówczas podejście do tej problematyki:

Jakże uwierzyć, że pierwsze ofiary nazizmu, jak ich kaci w Niemczech, mogą gdzie indziej być częścią systemu policyjnego [...] Zresztą naziści należą do starego świata, który starają się ratować, komuniści zaś do nowego, który budują. Obraz starego i nowego służy do radykalnego rozróżniania dwóch ścierających się woli, do potępienia jednej przemocy, by usprawiedliwić drugą. Toteż walka z faszyzmem jest nierozłączna z opiewaniem ZSRS.

Przypominają się nauki Lenina o moralności absolutnej i moralności klasowej. Nie liczą się czyny, liczy się to, komu służą. Na antyfaszystowskim wiecu zorganizowanym przez Stowarzyszenie Rewolucyjnych Pisarzy i Artystów w roku 1933 Andre Gide mówił o rządach opartych na przemocy, między innymi o reżimie sowieckim. "Jak do tego doszło, że w tym przypadku popieram coś, co potępiłbym gdzie indziej?" - zastanawiał się. I znajdował odpowiedź: "W niemieckim terrorze dostrzegam nikczemny powrót do najbardziej znienawidzonej przeszłości. Ale w powstaniu społeczeństwa sowieckiego widzę nieograniczoną obietnicę przyszłości".

W drugiej połowie lat 30. pozycja Stalina jako nadziei ludzkości w walce z faszyzmem, nazizmem oraz prawicowymi dyktaturami wzmocniła się jeszcze bardziej. Bierna postawa zachodnich demokracji wobec wojny domowej w Hiszpanii i jednoczesne zaangażowanie w nią ZSRS i nazistowskich Niemiec (wraz z faszystowskimi Włochami) po dwóch przeciwnych stronach wzmocniły wizerunek ZSRS promowany przez sowiecką propagandę. Rola, jaką odegrali w Hiszpanii sowieccy agenci, została w gruncie rzeczy przemilczana. Jednocześnie podkreślano na każdym kroku idealizm komunistów, walczących po stronie republikańskiej. Alfred Kazin wspominał: "Niebezpieczeństwo stanowił Hitler, Mussolini, Franco. [...] Zacząłem sympatyzować z komunistami. Po ich stronie zdawali się być Silone, Malreaux, Hemingway, Gide, Rolland, Gorki, Aragon, Picasso, Eluard, Auden, Spender, Barbusse, Dreiser, Farrell, podczas gdy socjaliści mieli tylko własną cnotę. Dosyć miałem cnoty, trzeba było działać. [...] Faszyzm był głównym wrogiem i bałem się wszelkich podziałów na lewicy". Szeroko rozpowszechnione antyfaszystowskie hasło "nie ma wrogów na lewicy" w praktyce oznaczało często zakaz krytykowania sowieckiego dyktatora i jego poczynań. Kiedy George Orwell napisał swój słynny dzisiaj reportaż z wojny hiszpańskiej W hołdzie Katalonii, w którym ujawniał krwawą rozprawę oddziałów wiernych Stalinowi z oddziałami trockistowskimi, wydawcy brytyjscy odmawiali mu druku. Najpierw reportaż odrzucił Victor Gollancz, następnie odmówił Orwellowi redaktor pisma "New Statesman" Kingsley Martin. A kiedy Orwell zwrócił się do następnego wydawcy, Raymonda Mortimera, Martin przekonał i jego do odrzucenia rękopisu. Trzydzieści lat później Martin tak bronił swej ówczesnej decyzji: "Nie chciałem tego publikować, tak jak nie chciałbym publikować artykułu Goebbelsa podczas wojny z Niemcami".

 

Pielgrzymi w teatrze

Nawet przy tak znacznym rozbudzeniu prosowieckich sentymentów na Zachodzie propaganda sowiecka nie byłaby jednak aż tak skuteczna, gdyby polegała tylko na rozpowszechnianiu za granicą własnych materiałów, książek, filmów, artykułów i wypowiedzi. Duża część jej sukcesu brała się z faktu, że dyskredytowanie w oczach Zachodu świadectw uciekinierów z sowieckich łagrów i innych krytycznych głosów o ZSRS nie ograniczało się do podsuwania zachodniej publiczności własnych komentarzy na ten temat. Na początku lat 30., rozpoczynając szeroko zakrojoną kampanię propagandową mającą na celu pokazanie ZSRS jako normalnego, szczęśliwego, rosnącego w siłę i dostatek kraju, sowieccy przywódcy nie wiedzieli jeszcze, że historia wkrótce pójdzie im w tej mierze tak bardzo na rękę i że zachodnia publiczność sama będzie szukać powodów, by stawiać Stalina na piedestale.

Strategia propagandy sowieckiej dotyczącej państwowej przemocy i skupionej wokół mitu pierekowki była spójna i konsekwentna. Zarówno w propagandzie krajowej, jak i zagranicznej kluczową rolę odgrywała fikcja bezpośredniego, niepodważalnego i autorytatywnego oglądu rzeczywistości. W ramach tej strategii zachodni luminarze kultury, intelektualiści, ludzie o znaczących nazwiskach byli zapraszani do Kraju Rad, by "na własne oczy" przekonać się o humanitarnej naturze bolszewickich rządów i by przestrzec społeczeństwa zachodnie przed dawaniem wiary krytykom Stalina.

Oczywiście wizyty te były starannie przygotowywane, a goście podlegali ścisłej, acz dyskretnej opiece rozmaitych przewodników, tłumaczy i innych osób specjalnie przygotowanych do tej roli. Władze sowieckie szczególnie zabiegały o tych zachodnich gości, którzy nie kojarzyli się bezpośrednio z komunizmem, i te osobistości świata kultury, nauki, polityki, religii, które uważane były za niezależne. Zarazem jednak chodziło o takie osoby, po których można się było spodziewać prosowieckich sympatii lub szczególnej podatności na sowiecką perswazję. Władze kremlowskie sięgały więc chętnie po zachodnich poputczyków, ale nie tylko. Jak wielki i szybki sukces propagandowy odnieśli sowieccy reżyserzy tych wizyt, może zaświadczyć zbiór entuzjastycznych wrażeń zachodnich pisarzy z podróży do ZSRS wydany w Moskwie w roku 1932. Swoje peany o Kraju Rad zamieściło w nim ponad sto prominentnych osobistości zachodniej kultury. Znaleźli się wśród nich między innymi: Anatole France, Andre Maurois, Romain Rolland, Henri Barbusse, Tomasz Mann, Heinrich Mann, Gerhart Hauptmann, George Bernard Shaw, John Dos Passos, H.G. Wells, Theodore Dreiser, Albert Rhys Williams, Upton Sinclair, Stuart Chase, Martin Andersen-Nexo, Egon Ervin Kisch, Georg Lukacs.

Już w czasach Lenina przyjeżdżających z Zachodu gości oceniano na miejscu i klasyfikowano według czterech kategorii: "powierzchowny, naiwny, ambitny oraz przekupny". Prawdopodobnie dla każdej kategorii gości sowieccy gospodarze mieli przygotowany specjalny zestaw bodźców i "wrażeń z podróży". Choć pewnie trudno było znaleźć typy, reprezentujące każdą kategorię z osobna, niewątpliwie najbardziej można było polegać na osobach przekupnych, gdyż - jak pisze Richard Pipes - "nie posiadając żadnych ideałów, były one uodpornione na rozczarowanie [sowiecką rzeczywistością]". Wydaje się jednak, że raczej nie one, lecz osoby "naiwne" stanowiły większość przyjezdnych. Byli to na ogół ludzie wierzący, że "człowiek i społeczeństwo mogą być udoskonaleni; a skoro świat, w którym żyli, daleki był od doskonałości, ochoczo przyjmowali komunistyczne ideały za komunistyczną rzeczywistość". Na ich użytek trzeba było wznieść potiomkinowskie wioski i wyreżyserować sytuacje, w których ich ideały i marzenia spotkałyby się z naocznym potwierdzeniem.

Od razu trzeba powiedzieć, że ogromna większość tych podróżników wyruszała w podróż do Rosji tak, jak wierni wyruszają w pielgrzymkę do miejsc świętych i cudownych. Jechali tam z gotową wizją. Jechali po to, by utwierdzić się w wierze, nie zaś po to, by poddać swoją wiarę i nadzieję krytycznej weryfikacji. Malcolm Muggeridge tak opisywał owe wycieczki poputczyków do Kraju Rad:

Jechali do Związku Sowieckiego w świątecznym nastroju; jak kibice jadący na mecz, wyposażeni w grzechotki i kolorowe szaliki. Każdy żywił jakąś swoją nadzieję - osobiście spotkać się ze Stalinem albo przeżyć romans z czarnowłosą komsomołką w czerwonej chusteczce na szyi, tańczącą carmagnolę z błyskiem w oczach, a przede wszystkim wyznającą nieskrępowane i nowoczesne poglądy w kwestii seksu. Tak czy owak, spodziewali się znaleźć dodatkową, autorytatywną wiedzę, którą mogliby ozdobić swoje artykuły i wykłady. [...] W stosunku do [sowieckiej] obsługi pociągu drobiazgowo przestrzegali egalitarnych form; słowo "towarzysz" nie schodziło im z ust. [...] Po raz pierwszy zetknąłem się w osobach tych moich współpasażerów z postępową elitą z całego świata, która związała się ze Związkiem Sowieckim i postanowiła wierzyć we wszystko, co mówili do niej jego rzecznicy. W większej części byli to akademicy i pisarze - klerkowie jak z książki Juliena Bendy Zdrada klerków; wszyscy byli zwolennikami postępu i członkami postępowych organizacji, przedstawiając sobą coś w rodzaju brechtowskiego chóru rybałtów w dramacie dwudziestego wieku. Gotowi w każdej chwili wbiec na scenę z radosnymi okrzykami i gestami [...], byli jak zachodnia wersja wyznawców Kriszny, którzy rzucają się pod koła rydwanu Wisznu.

Tym podróżnikom, udającym się do Kraju Rad, Julian Huxley, sam będący doświadczonym jego wielbicielem, udzielał takiej rady: "Niedobrze jest spoglądać na Rosję przez własny, wniesiony z zewnątrz pryzmat, ponieważ zniekształca on fakty. [...] Przybysz w Rosji powinien próbować odrzucić swoje burżuazyjne przekonania o demokracji, religii i tradycyjnej moralności, swój romantyczny indywidualizm, swoją świadomość klasową i swoje sądy na temat tego, co stanowi sukces. Powinien jednocześnie zanurzyć się, na ile może, w tej atmosferze, w której zanurzone jest życie samych Rosjan".

Wiara czyniła cuda. Brytyjski pisarz i eseista John Strachey pisał w roku 1935 o Kraju Rad: "Nawet dziś [...] kiedy społeczeństwo bezklasowe jeszcze nie całkiem się urzeczywistniło, odczuwa się tu radość życia, która nie ma równej w świecie. Podróż ze świata kapitalizmu do ziemi sowieckiej to jak podróż ze śmierci do narodzin". Wtórował mu niemiecki pisarz Lion Feuchtwanger:

Przyjechałem do Związku Sowieckiego z krajów, gdzie słychać ogólne narzekania, a mieszkańcy, niezadowoleni z warunków, w jakich żyją, zarówno fizycznych, jak duchowych, pragną zmian. Powietrze, którym oddycha się na Zachodzie, jest zgniłe i cuchnące. W cywilizacji zachodniej nie ma już ani jasności, ani woli [...]. Człowiek oddycha pełną piersią, kiedy porzuca tę trującą atmosferę zafałszowanej demokracji i obłudnego humanitaryzmu, i gdy wkracza w ożywiającą atmosferę Związku Sowieckiego.

Metaforyka zaduchu i świeżego powietrza najwyraźniej przemawiała do wyobraźni wielbicieli ZSRS. Louis Fischer, amerykański korespondent w Moskwie, tak wspominał po latach swoje uczucia wobec Kraju Rad lat 30.: "Wolałem świeże, silne wiatry od zepsutego, stojącego powietrza. Wolałem pionierów pełnych dobrych intencji od sprawdzonych nieudaczników. Podobali mi się Sowieci, bo dokonywali eksperymentu w interesie gnębionej większości, bo znieśli przywileje nielicznych, bo byli słabi i konserwatyści oraz reakcjoniści całego świata sprzysięgli się przeciw nim".

Przy takim nastawieniu samych podróżników i wydatnej pomocy czujnych gospodarzy pielgrzymki do ZSRS przeważnie spełniały oczekiwania jednych i drugich. Goście gotowi byli zachwycać się tym, co im pokazywano, i nie zbaczali z reguły ze wskazanych dróg - zarówno w sensie fizycznym, jak i intelektualnym. "Tysiące malarzy, pisarzy, lekarzy, prawników i kobiet z wyższych sfer, jak katarynki powtarzających - jakkolwiek w rozwodnionej formie - stalinowskie slogany" - opisywał ich Arthur Koestler. A Malcolm Muggeridge dodawał:

Stanowili oni niewątpliwie wielką zagadkę naszych czasów; zachowam w pamięci [...] tych ludzi, podróżujących z promiennym optymizmem przez wygłodzoną prowincję, spacerujących w wesołych grupkach po cuchnących, zatłoczonych miasteczkach, przysłuchujących się z niewzruszoną wiarą głupkowatej paplaninie dobrze wyszkolonych i indoktrynowanych przewodników, powtarzających bez przerwy fałszywe dane statystyczne i bezmyślne hasła, tak jak dzieci w szkole powtarzają tabliczkę mnożenia. [...] Niewyobrażalna łatwowierność tych przeważnie dobrze wykształconych turystów wprawiała w zadziwienie nawet sowieckich oficjałów, przyzwyczajonych do zajmowania się zagranicznymi gośćmi.

Dla wzmocnienia efektu w obróbce zagranicznych gości brali udział odpowiednio przygotowani przez Sowietów cudzoziemcy zamieszkali w ZSRS. Jednym z nich był pastor Julius Hecker, były profesor Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku i autor kilku entuzjastycznych książek o ZSRS. Pastor Hecker tak był zafascynowany komunizmem, że wyemigrował ze Stanów Zjednoczonych do Związku Sowieckiego wraz z żoną i trzema córkami. Żyjąc w ojczyźnie proletariatu, niemal codziennie wygłaszał dla zagranicznych gości prelekcje na temat tolerancji religijnej w ZSRS. W drugiej połowie lat 30. władze sowieckie straciły jednak zaufanie do cudzoziemców mieszkających w Kraju Rad - nawet do tych najbardziej ideowych. W zimową noc 1938 roku NKWD przyszło po pastora Heckera. 28 kwietnia 1938 roku został rozstrzelany.

Jeśli zachodni poszukiwacze utopii pielgrzymujący do ojczyzny światowego proletariatu mieli jakieś wątpliwości, a taki czy inny szczegół sowieckiej rzeczywistości kolidował z wymarzonym jej obrazem, zwykle tłumaczono im to jako nie całkiem jeszcze przezwyciężone dziedzictwo przedrewolucyjnej, carskiej Rosji. Arthur Koestler, który mieszkał w Rosji Sowieckiej we wczesnych latach 30., stwierdzał potem: "Nauczyłem się automatycznie klasyfikować wszystko to, co mnie szokowało, jako dziedzictwo przeszłości, natomiast wszystko to, co mi się podobało, jako zasiew jutra".

Typowy program wizyt zagranicznych gości przewidywał prezentację osiągnięć gospodarczych, czyli zwiedzanie elektrowni, fabryk czy przodujących kołchozów. O nastawieniu zwiedzających wobec prezentowanych im dokonań może świadczyć wspomnienie Williama C. White'a, Amerykanina podówczas mieszkającego w Rosji. Był on świadkiem wizyty grupy zachodnich gości w drukarni. Wśród zwiedzających była pewna nauczycielka z Brooklynu. Widząc wysoko wyspecjalizowaną maszynę drukarską, mówiła wzruszona: "To naprawdę imponujące. Tak niewiarygodny wynalazek może powstać tylko w waszym kraju, gdzie ludzie pracy są wolni, nie ma wyzysku, a wszyscy pracują dla wspólnego dobra. Napiszę książkę o tym, co tu widziałam". Zapanowała lekka konsternacja, kiedy wszyscy zobaczyli maszynę od tyłu. Był na niej napis: Made in Brooklyn, N.Y..

Prezentowane z dumą osiągnięcia gospodarcze Kraju Rad miały dowodzić wyższości stalinowskiego komunizmu nad pogrążonym w kryzysie kapitalizmem. Ale czym jest gospodarka w komunizmie, jeśli nie działalnością służącą człowiekowi pracy? To właśnie odróżnia ją od gospodarki kapitalistycznego Zachodu. Zagraniczni goście mieli na własne oczy przekonać się w ZSRS, jak państwo sowieckie otacza troską człowieka, jak umożliwia mu wszechstronny rozwój oraz jak zaspokaja jego marzenia o lepszym, pełniejszym życiu. Podczas peregrynacji goście co rusz spotykali miejscowych "przedstawicieli społeczeństwa", oczywiście starannie dobranych i przeszkolonych. W fabrykach mieli okazję rozmawiać z pełnymi zapału robotnikami, członkami zakładowego aktywu, utalentowanymi wynalazcami i racjonalizatorami, z przodownikami pracy oraz promieniejącymi od sukcesów kierownikami. Podczas takich spotkań zagraniczni goście nieraz znajdowali okazję do podzielenia się z "ludźmi sowieckimi" własnymi spostrzeżeniami. George Bernard Shaw podczas swojej wizyty w 1931 roku nie omieszkał zapewnić ich za pośrednictwem "Prawdy": "Kiedy doprowadzicie swój eksperyment do ostatecznego zwycięstwa, a wiem, że tak będzie, my na Zachodzie, którzy jeszcze bawimy się w socjalizm, będziemy musieli podążyć za wami, czy tego chcemy, czy nie".

Bardzo ważny punkt programu stanowiły spotkania z młodym pokoleniem - żywym dowodem kształtowania się w nowej rzeczywistości nowego człowieka sowieckiego. Gościom imponowała sowiecka szkoła, walka z analfabetyzmem, upowszechnianie kultury, kółka teatralne, amatorskie zespoły pieśni i tańca, domy kultury, kluby młodego technika. Beatrice Webb, współautorka (wraz z mężem) dzieła Soviet Communism: A New Civilisation, wznawianego nieskończoną ilość razy i studiowanego na Zachodzie jako miarodajne źródło wiedzy o Związku Sowieckim, pisała po jednej z podróży do Kraju Rad: "Jeśli miałabym wybrać jedną instytucję, która napawa mnie największą nadzieją, byłby to Komsomoł i pionierzy. Połączenie pasji samodoskonalenia i samodyscypliny z pasją służby społeczeństwu oraz konsekwentny wzrost osobistej inicjatywy i odpowiedzialności wśród młodego pokolenia to jedno z najwspanialszych zjawisk, jakie świat widział".

 

Kraina szczęśliwych więźniów

Właśnie w tym kontekście dbałości państwa o wszechstronny rozwój człowieka w programach zwiedzania pojawiał się kolejny ważny punkt - wizyta w sowieckim więzieniu i łagrze. Miejsca te miały jawić się gościom przede wszystkim jako instytucje wychowawcze, gdzie realizowano humanitarny program społecznej terapii, znany pod nazwą pierekowki. Oczywiście gospodarze prezentowali zagranicznym przybyszom specjalnie przygotowane w tym celu łagry pokazowe i wydzielone części więzień, jednym słowem - nowe potiomkinowskie wioski. Najbardziej znany tego typu łagier stworzono w Bolszewie, niedaleko Moskwy, tak by grupy zachodnich turystów mogły szybko i wygodnie dotrzeć do niego specjalnymi autobusami biura podróży Inturist. Najpierw usłużni przewodnicy oraz niezwykle gościnni i chętni do rozmów funkcjonariusze więziennictwa cierpliwie tłumaczyli gościom pedagogiczne podstawy resocjalizacji więźniów. Goście zwykle chwytali w lot prezentowane im treści, by potem w swoich publikacjach na Zachodzie płynnie recytować wyuczoną lekcję. Już w roku 1928 Alexander Wicksteed donosił o sowieckim wymiarze sprawiedliwości: "Pojęcie kary zostało wyeliminowane i jedynym celem jest resocjalizacja". Natomiast w książce Red Virtue, opartej na podróży do Związku Sowieckiego i wydanej w roku 1933, Ella Winter oznajmiała:

Przestępstwo według sowieckiego prawa jest wynikiem antagonizmów istniejących w społeczeństwie podzielonym na klasy; jest ono zawsze rezultatem złych stosunków społecznych i oddziaływania środowiska. Słowo "kara" nie jest akceptowane [w ZSRS]. Zostało ono zastąpione wyrażeniem "środek obrony społecznej". [...] Wyroki są krótkie i po ich odsiedzeniu przestępca jest przyjmowany z powrotem do społeczeństwa bez żadnego piętna czy wstydu, bez etykietki "złoczyńcy". [...] Sowiecka kryminalistyka zakłada, że "przestępca" nie jest przestępcą. Nie należy go traktować jak człowieka odrzuconego. [...] Jest on raczej osobą "nieszczęsną", chorą, słabą lub nieprzystosowaną i powinien być odpowiednio edukowany, by stał się pełnowartościowym członkiem społeczeństwa. Ta teoria jest urzeczywistniana w praktyce w ośrodkach prowadzonych przez OGPU.

W tym samym roku amerykański dziennikarz Maurice Hindus pisał:

Mściwość, kary, tortury i surowość zupełnie nie mają miejsca w tym systemie. Sowieci opierają się na założeniu, że to nie przestępca ma dług wobec społeczeństwa, lecz na odwrót, społeczeństwo ma dług wobec przestępcy. [...] Wierzą oni, iż w normalnych warunkach społecznych osobnik naszego gatunku [...] nie popełniałby czynów antyspołecznych. [...] Podczas ograniczenia wolności przestępcy nie doświadczają żadnych przykrości poza czasowym rozstaniem z domem. Jeśli nie naruszają lekkiej dyscypliny więziennej, nigdy nie odczuwają więziennego jarzma. Nie ma tu łańcuchów, nie ma przymusu, nie ma chodzenia w nogę, nie ma więziennych uniformów. Nie ma też ograniczeń co do ilości literatury i korespondencji, jaką mogą otrzymywać więźniowie. Doprawdy więzienie istnieje tu nie jako kara, lecz jako posługa.

W roku 1931, a więc wtedy, gdy ważyły się losy sowieckiego eksportu drewna z łagrowych wyrębów, a Stalin rozwijał Gułag na niespotykaną dotąd skalę, Walter Duranty tłumaczył na łamach "New York Timesa", że celem istnienia łagrów jest

"odseparowanie jednostek aspołecznych od ich środowiska i przeniesienie ich w miejsce odosobnienia, gdzie ich potencjalnie niebezpieczne zachowanie jest kontrolowane i gdzie - jak wyjaśniają uprzejmie bolszewicy - takie zagubione jednostki otrzymują szansę, by rzetelną pracą odzyskać swoje utracone prawo do pełnego uczestnictwa w życiu Socjalistycznej Ojczyzny". Duranty porównywał Gułag do wczesnych wspólnot kolonistów amerykańskich w Wirginii. Pisał: "Każdy obóz koncentracyjny stanowi pewnego rodzaju »komunę«, gdzie każdy cieszy się stosunkową wolnością, nie jest więziony, lecz zobowiązany jest do pracy dla wspólnego dobra. Wszyscy są zakwaterowani bezpłatnie i otrzymują wynagrodzenie za pracę. [...] To z pewnością nie są więźniowie w amerykańskim znaczeniu tego słowa". W tym samym okresie Sherwood Eddy stwierdzał z całym przekonaniem, iż sowiecki "system penitencjarny jest jednym z najbardziej postępowych na świecie, a ponadto jest on najnowocześniejszy i najbardziej zorientowany na resocjalizację skazanych. [...] Człowieka, którego społeczeństwo kapitalistyczne piętnuje jako »kryminalistę«, tutaj traktuje się jak młodszego brata, co zszedł na złą drogę - może nawet nie z własnej winy, a z powodu biedy, niewiedzy, zaniedbania lub niesprawiedliwości społecznej. Nigdy nie nazywa się go kryminalistą".

Pięć lat później Anna Louise Strong, która odwiedziła potiomkinowski łagier, tak charakteryzowała Gułag: "Obóz pracy jest najczęściej stosowaną metodą wobec poważnych przestępców, czy to kryminalnych, czy politycznych. [...] Obozy pracy cieszą się wysoką opinią w całym Związku Sowieckim jako miejsca, gdzie tysiące ludzi zostało przywróconych społeczeństwu". Anna Louise Strong spędzała dużo czasu w ZSRS. To w dużym stopniu dzięki jej inicjatywie powstała w Moskwie angielskojęzyczna gazeta "Moscow News", która we wczesnych latach 30. przekonywała Amerykanów, by emigrowali do Kraju Rad. Pani Strong była też przyjaciółką Eleanor Roosevelt, żony amerykańskiego prezydenta. Państwo Rooseveltowie zapraszali ją do Białego Domu i wypytywali, jak jest naprawdę w Związku Sowieckim. Słuchając opowieści o rozwoju państwowego przemysłu sowieckiego w czasie, gdy na Zachodzie szerzył się kryzys, Roosevelt pytał z zazdrością, jak Stalina stać było na to, by wykupić te wszystkie fabryki.

Amerykański dramaturg i laureat Nagrody Pulitzera z roku 1929 Elmer Rice należał do tych szczęśliwców, którym wydawało się, że mieli sposobność porównać sowiecką sztukę z sowiecką rzeczywistością. Najpierw zaprowadzono go w Moskwie do teatru na Arystokratów Pogodina, a następnie zawieziono do obozu w Bolszewie. Podczas spektaklu Rice miał pewne wątpliwości co do jego realizmu. Wątpliwości ustąpiły jednak, gdy amerykański podróżny zobaczy! dokonania pierekowki w Bolszewie. Na lamach "New York Timesa" dzielił się spostrzeżeniami:

Bez wątpienia, Pogodin stworzył nieco idealistyczny obraz. Niemniej jednak ja sam odwiedziłem Bolszewo koło Moskwy i na własne oczy widziałem, czego można dokonać na drodze resocjalizacji. Ta społeczność, utworzona jakieś dwanaście czy czternaście lat temu przez zatwardziałych przestępców, teraz przedstawia sobą kwitnące ładem osiedle przemysłowe, liczące 12 000 mieszkańców.

Zwiedzającym pokazowe łagry i więzienia turystom nieodparcie nasuwały się porównania z rzeczywistością więzienną na Zachodzie. Brytyjski działacz komunistyczny Pat Sloan pisał w książce pod znamiennym tytułem Soviet Democracy: "Jeśli porównać więzienie w Związku Sowieckim i Wielkiej Brytanii, to pierwsze z nich jest miejscem nieomal przyjemnym. Istotą sowieckiego więzienia jest bowiem izolacja od społeczeństwa. Człowiek izolowany, wraz z innymi, ma możność wykonywania użytecznej pracy w miejscu odosobnienia, otrzymywania płacy za tę pracę i uczestnictwa w kierowaniu miejscem odosobnienia, czyli »zakładem karnym«, tak jak dzieci biorą udział w kierowaniu szkołą albo robotnicy w kierowaniu fabryką". Natomiast w kolejnej swojej książce pod równie interesującym tytułem Russia Without Illusions Sloan dodawał: "Sowiecki obóz pracy daje swoim pensjonariuszom stopień wolności nieczęsto spotykany w więzieniach w naszym kraju".

Sloan był zdeklarowanym komunistą, więc nietrudno go było posądzić o zbytek entuzjazmu wobec ojczyzny proletariatu. Bardzo podobne oceny pochodziły jednak często od naukowych autorytetów. Harold Laski, słynny brytyjski politolog, który jeszcze w roku 1924 otwarcie namawiał bolszewików do złagodzenia represji wobec rosyjskich socjalistów, ostrzegając władze kremlowskie przed utratą poparcia zachodniej lewicy, odbył teraz podróż do Gułagu. Rozmawiał z przedstawicielami sowieckiego wymiaru sprawiedliwości oraz z samymi pensjonariuszami, by stwierdzić w swojej książce Law and Justice in Soviet Russia: "Zasadniczo nie zauważyłem większej różnicy między charakterem procesu sądowego w Rosji i w naszym kraju". Znaczy to tyle, że w Rosji, podobnie jak w Anglii, nie siedzą w więzieniach ludzie niewinni, a skazanie człowieka jest możliwe tylko w oparciu o stwierdzenie jego winy ponad wszelką wątpliwość.

Takie były, w oczach Laskiego, podobieństwa między Anglią a Rosją Sowiecką. Znacznie bardziej interesujące były jednak dla brytyjskiego intelektualisty różnice, gdyż te świadczyć miały niezbicie o wyższości Kraju Rad nad Zjednoczonym Królestwem. Przyjęta rzekomo przez Sowietów "zasada, by odpowiedzialności za przestępstwa doszukiwać się w samym społeczeństwie i w związku z tym resocjalizować przestępców, posiada skutki całkowicie nieznane w Wielkiej Brytanii" - twierdził uczony. Wśród tych skutków wymieniał "nacisk na to, by więźniowie żyli pełnowartościowym życiem, [...] w poczuciu szacunku do siebie samych". "Panuje tu pogląd - Laski opisywał Gułag - iż surowa dyscyplina, charakteryzująca stare systemy [penitencjarne] niszczy morale i utrudnia powrót więźnia do normalnego życia". Podkreślał również, iż "poprzez twórcze zorganizowanie czasu wolnego" łagierników przez ich nadzorców, więźniowie Gułagu są w stanie uniknąć "osłabienia charakteru, co jest tak powszechne wśród populacji naszych [brytyjskich] więzień, jako skutek obumierania w tejże populacji nawyków i bodźców typowych w świecie normalnych stosunków międzyludzkich". Książka Laskiego stała się w świecie anglosaskim miarodajnym źródłem wiedzy i refleksji nad sowieckim porządkiem prawnym i wymiarem sprawiedliwości.

To, co Harold Laski opisywał suchym i kategorycznym językiem uczonego, George Bernard Shaw wyrażał lżejszym stylem eseisty. Po wizycie w pokazowym sowieckim więzieniu dla kobiet Shaw stwierdzał, że "żadna z tych kobiet nie byłaby w lepszej sytuacji, gdyby starała się zarobić na życie, pracując w angielskiej fabryce jako wolna osoba". Czytając kolejny komentarz Shawa, można zgodzić się, że nie bez powodu zwano go mistrzem paradoksu: "W Anglii przestępca wchodzi do więzienia jako zwykły człowiek, a wychodzi jako »kryminalista« - pisze Shaw - podczas gdy w Rosji wchodzi [...] jako kryminalista i wyszedłby jako normalny człowiek, gdyby nie trudności z przekonaniem go, ze trzeba już opuścić więzienie".

Zaskakujące spostrzeżenia autora Pigmaliona o sowieckich więźniach, z niechęcią opuszczających przytulne łagry, potwierdzał wybitny brytyjski prawnik D.N. Pritt w artykule The Russian Legal System. Opisując swoje obserwacje, poczynione podczas wizyty w Gułagu, stwierdził: "Nie ma tu zakazów i utrudnień typowych dla poddanego nadmiernej dyscyplinie życia tylu angielskich więźniów. [...] Nic dziwnego zatem, że [...] duża część więźniów [sowieckich] [...] woli nie opuszczać »więzień«, wychowując dzieci w pobliskich osadach". Natomiast Anna Louise Strong pisała wprost: "Sowieckie metody przemiany człowieka są tak skuteczne i dobrze znane, że przestępcy nieraz sami zwracają się z prośbą o przyjęcie [do Gułagu]".

Te sensacyjne wieści o sowieckich więźniach przedkładających łagier nad wolność, rozpowszechniane na Zachodzie z całą powagą przez poputczyków, noszą wszelkie znamiona kpin, urządzanych przez sowieckich propagandystów kosztem naiwnych podróżników. A jednak są w nich przewrotne refleksy prawdy, bardziej skomplikowanej, niż chcieliby sobie wyobrazić zauroczeni Sowietami przybysze. W Rosji lat 30. były okresy, kiedy głód w różnych rejonach kraju, szczególnie na kolektywizowanej wsi, nasilał się tak bardzo, że Gułag, ze swoimi morderczymi normami produkcyjnymi, ale też z obietnicą jakiejkolwiek racji żywnościowej, postrzegany był jako jedyna szansa przeżycia. Morzenie głodem milionów ludzi w czasie kolektywizacji utrzymywane było przez władze w tajemnicy. Kierownictwo państwowe i szefowie OGPU dysponowali bieżącymi informacjami, co działo się wówczas na terenach, gdzie panował głód. Docierały do nich raporty takie jak ten:

Obywatel Gierasimienko zjadł ciało swojej nieżywej siostry. Na przesłuchaniu Gierasimienko oświadczył, że przez miesiąc odżywiała się ona śmieciami, nie mogąc zdobyć nawet warzyw. [...] Obywatel Doroszenko, po śmierci matki i ojca, został z braćmi i siostrami w wieku niemowlęcym, zjadł ciała sióstr i braci, gdy zmarli oni z głodu. [...] Na cmentarzu znaleziono około trzydziestu zwłok, wykopanych w nocy; niektóre były pogryzione przez psy [...] znaleziono kilka trumien, z których znikły zwłoki. [...] W mieszkaniu Sergijenki znaleziono ciało małej dziewczynki z odciętymi nogami oraz gotowane mięso [...].

Wieści o głodzie w ZSRS podczas kolektywizacji docierały czasami na Zachód, lecz były systematycznie dementowane, a ich autorzy dyskredytowani przez sowiecką propagandę - podobnie jak autorzy relacji o potwornościach Gułagu. Podważając wiarygodność tych świadectw, sowieckie władze wykorzystywały łatwowierność, zaślepienie lub sprzedajność zachodnich korespondentów i osobistości odwiedzających ZSRS. W1933 roku, gdy na kolektywizowanych obszarach umarły z głodu już miliony ludzi, Walter Duranty pisał w "New York Timesie": "Jakiekolwiek doniesienia o głodzie w Rosji są dziś albo przesadą, albo złośliwą propagandą". Określał takie doniesienia jako "spóźnione próby storpedowania oficjalnego uznania ZSRS przez Stany Zjednoczone, próby przedstawiania Związku Sowieckiego jako kraju zgliszcz i rozpaczy". To właśnie za tego rodzaju korespondencje rok wcześniej Duranty otrzymał Nagrodę Pulitzera w uznaniu "erudycji, głębi, obiektywizmu i trafności [jego] sądów" oraz za ich "wyjątkową jasność". Duranty oczywiście wiedział dobrze, co się dzieje w ZSRS. Czasami nawet nadmieniał o tym w prywatnym gronie. Na przyjęciu w towarzystwie brytyjskich dyplomatów mówił: "Ukraina wykrwawiła się do cna. [...] Całkiem możliwe, że jakieś dziesięć milionów ludzi mogło umrzeć z powodu - bezpośrednio lub pośrednio - braku żywności w Związku Sowieckim w ubiegłym roku".

Władze sowieckie nie wydawały się zresztą speszone tym, że zagraniczni korespondenci mogą napisać za dużo. Można powiedzieć bez wielkiej przesady, że traktowały one wówczas stałych przedstawicieli zachodniej prasy w Moskwie jak swoich ludzi. Główny sowiecki pryncypał i cenzor zagranicznych korespondentów prasowych w ZSRS, człowiek, który decydował o ich akredytacjach, Konstantin Umanski, spotkał się z grupą korespondentów w moskiewskim hotelu i bez specjalnych niedomówień poinstruował ich, jak mają traktować sprawę głodu w swoich doniesieniach. Obecny na tym spotkaniu Eugene Lyons wspominał później: "Próbowaliśmy uspokajać swoje sumienia za pomocą niedopowiedzeń. [...] Kiedy już odwaliliśmy tę brudną sprawę, ktoś zamówił wódkę i zakąski, Umanski dołączył do nas i przyjęcie potrwało do białego rana".

Zaproszono wówczas do Kraju Rad byłego premiera Francji Edouarda Herriot. Wożono go wraz z towarzyszącą mu znaną dziennikarką Genevieve Tabouis po wybranych zakątkach Ukrainy, by "na własne oczy" przekonali się, że głód na Ukrainie to wymysł antysowieckiej propagandy. Po powrocie z podróży Herriot oświadczył: "Przejechałem całą Ukrainę. I cóż? Zapewniam was, że widziałem ten ogród w pełnym rozkwicie. Słyszy się podobno, że kraj ten przeżywa teraz smutny okres? Nie mogę nic powiedzieć o tym, czego nie widziałem. Zwiedziłem jednak także tereny ostatnio doświadczone: widziałem tam wyłącznie dobrobyt...".

G.B. Shaw, który wykazał się tak dowcipnym stylem, pisząc o sowieckich więźniach z niechęcią opuszczających łagry i więzienia, nie dostrzegał związku między własnymi komentarzami a doniesieniami o głodzie. W drodze do ZSRS, na granicy polsko-sowieckiej, urządził nawet małą demonstrację swojej niewiary we wszelkie pogłoski o niedostatkach żywności w ojczyźnie światowego proletariatu. Ostentacyjnie, na oczach publiczności, wyrzucił przez okno stojącego pociągu swoje zapasy żywnościowe. Potem zapewniał wszystkich, że podczas pobytu w ZSRS cały czas czuł się wręcz przejedzony. Pewnego wieczoru podczas wystawnej kolacji w restauracji moskiewskiego hotelu Metropol podeszła do Shawa żona amerykańskiego korespondenta "Christian Science Monitor" Williama Henry'ego Chamberlina. W tym towarzystwie była ona jedną z nielicznych osób, które nie ulegały sowieckiemu zaślepieniu. Powód tego był prosty - sama pochodziła z Rosji. Żona Chamberlina powiedziała pisarzowi, że zwykłym Rosjanom przykro było, iż nie poczekał on z wyrzucaniem jedzenia, aż znajdzie się na ziemi rosyjskiej. Znalazłoby się tam wiele ludzi, którym ta wyrzucana żywność mogłaby uratować życie. Shaw wzruszył ramionami, po czym w swoim stylu błysnął kolejnym dowcipem - rozglądając się po sali, zapytał panią Chamberlin: "Czy pani tu widzi niedostatek żywności?".

A jednak ktoś, kto naprawdę chciał, mógł zobaczyć prawdę o głodowym ludobójstwie, nawet mimo zaciemniających ją kłamstw. Malcolm Muggeridge, wówczas korespondent "Manchester Guardian", udał się w podróż do Dniepropietrowska, gdzie sowieckie władze właśnie chwaliły się przed światem budową elektrowni. Jadąc przez Ukrainę, uważnie przypatrywał się otoczeniu. Nie umknęły jego uwadze wygłodzone i osierocone dzieci, tłoczące się po stacjach kolejowych w desperackim poszukiwaniu jedzenia. Wstrząśnięty tym, co zobaczył na Ukrainie, Muggeridge nie omieszkał umieścić swoich wrażeń na łamach "Manchester Guardian". Podobne rewelacje ujawniał wówczas w Wielkiej Brytanii po powrocie z podróży do ZSRS Gareth Jones, były sekretarz premiera Lloyda George'a. Jones był jednym z nielicznych zachodnich luminarzy odwiedzających ZSRS, którzy znali język rosyjski, a więc byli uniezależnieni w swoich kontaktach od oficjalnych tłumaczy, nasyłanych przez sowiecką policję polityczną. Tymczasem redaktorzy "Manchester Guardian" zaczęli wywierać na Muggeridge'a naciski, by nieco mniej uważnie patrzył na ZSRS. Zbytnie skupianie się na potwornościach ukraińskiego głodu nie było dobrze widziane. Muggeridge w efekcie zrezygnował z posady korespondenta w tej gazecie. W roku 1934 wydał w Anglii książkę o ZSRS pod tytułem Winter in Moscow [Zima w Moskwie]. W tym osobistym wspomnieniu obnażył nie tylko naturę sowieckich rządów, ale i sposoby ogłupiania i kupowania przez Moskwę zachodnich poputczyków.

Książka Muggeridge'a spotkała się oczywiście z potępieniem brytyjskich środowisk lewicowych. Najbardziej chyba wstydzili się za niego w towarzystwie małżonkowie Sidney i Beatrice Webb. Państwo Webbowie należeli do najściślejszej elity intelektualnej Wielkiej Brytanii, a Muggeridge był mężem bratanicy Beatrice Webb. Sidney Webb, jeden z założycieli London School of Economics, uważany był za wybitny autorytet w dziedzinie ekonomii. Jego opinie w tej materii wytyczały wówczas kierunki ideowe i polityczne Partii Pracy. W latach 20. państwo Webbowie należeli do umiarkowanych krytyków Rosji Sowieckiej, lecz wielki kryzys gospodarczy uczynił z nich zagorzałych zwolenników gospodarki planowej i stali się niejako automatycznie wielbicielami kraju planów pięcioletnich. W roku 1932 udali się w nieodzowną podróż do ZSRS. Wszelkie kłamstwa, manipulacje i mistyfikacje, jakim poddawali ich sowieccy specjaliści od public relations, brali za dobrą monetę; wierzyli we wszystko, co im mówiono. Rosyjskiego oczywiście nie znali. Gdy Muggeridge wystąpił ze swoją krytyką Sowietów, uznali go za nieszczęsnego pomyleńca. W swoim dzienniku Beatrice Webb zastanawiała się, czy "psychoanaliza i wczesne leczenie w przedszkolu i szkole" mogłyby zapobiec późniejszym kłopotom z poczytalnością jej powinowatego. Aby ostatecznie upewnić się, że biedak nie wie, co mówi, pani Webb zwróciła się do sowieckiego ambasadora w Londynie, Iwana Majskiego, z prośbą o ustosunkowanie się do plotek o ludobójczym głodzie w ZSRS. Ambasador rozwiał wszelkie wątpliwości państwa Webbów i uspokoił ich raz na zawsze.

Państwo Webbowie pracowali wówczas nad dziełem Soviet Communism: A New Civilisation?, wielkim peanem ku czci Stalina, sowieckiej gospodarki, polityki i życia społecznego, który miał ukazać się w roku 1935. Przed opublikowaniem książki Webbowie jeszcze raz zwrócili się do pana Majskiego o ewentualne krytyczne komentarze. I tym razem sowiecki dyplomata nie zawiódł oczekiwań, i zwrócił rękopis z poprawkami. Następnie dzieło opublikowano, po czym uznano je w Wielkiej Brytanii za miarodajną analizę sowieckiego państwa i gospodarki. W kolejnych wydaniach autorzy usunęli znak zapytania z podtytułu książki: nie mieli już żadnych wątpliwości. W roku 1943 Beatrice Webb podsumowała w swoim dzienniku życie i dzieło własne oraz męża: "Żyliśmy tak, jak chcieliśmy, i wykonaliśmy pracę, którą zamierzaliśmy wykonać; okazało się, że mieliśmy rację co do sowieckiego komunizmu: to nowa cywilizacja".

Zachodni goście Gułagu w latach 30. mieli swoje powody, by wierzyć, że niezwykłe przywiązanie sowieckich więźniów do łagrów i ich niekłamane pragnienie przebywania bez końca w tych przybytkach błogości jest rezultatem sukcesów wychowawczych OGPU. Gdy goście przyjrzeli się, jak serdeczną opieką otaczani byli pensjonariusze potiomkinowskich obozów i więzień i jak przyjacielskie były ich stosunki z opiekunami w mundurach, przestawali się czemukolwiek dziwić. Mary Callcott, która uczestniczyła w zorganizowanym zwiedzaniu więzienia w Sokolnikach, była "przypadkowym" świadkiem takiej oto wzruszającej sceny: "Kiedy opuszczaliśmy podwórze, miał miejsce wypadek, który wywarł na nas wielkie wrażenie. Z ogródka przyszedł jeden z więźniów z naręczem kwiatów, które chciał wręczyć [obecnemu podczas wizyty] przedstawicielowi partii. [...] Zrobił to z wdziękiem kogoś, kto przynosi bukiet z własnego, pieczołowicie uprawianego ogrodu"

Ledwie amerykańska turystka zdołała ochłonąć ze wzruszenia, zaprowadzono ją do świetlicy, gdzie właśnie odbywała się, zgodnie z miejscowym zwyczajem, kameralna impreza kulturalno-rozrywkowa, z występami artystycznymi więźniów - czyli żelazny punkt programu wizyt zagranicznych gości w sowieckich łagrach i więzieniach. Więźniowie Gułagu bowiem, wedle tego, co mogli zobaczyć zagraniczni goście, nie tylko mogli doskonalić w łagrach własne umiejętności zawodowe i czerpać z krynicy wiedzy na zajęciach uświadamiania politycznego, lecz również rozwijali własną osobowość, poświęcając się pasjom artystycznym i sportowym. W więziennej świetlicy "panowała nieformalna atmosfera, którą trudno wyrazić. Ludzie rozmawiali przytłumionym, podekscytowanym tonem, grała muzyka, prokurator i dyrektor więzienia opierali się o fortepian. [...] Trudno było uwierzyć, że byliśmy w więzieniu [...] Nosiło to wszelkie znamiona miejscowego konkursu talentów, który właśnie miał się rozpocząć. Program wykonano z zapałem i radością". W tym samym czasie za oknami "niektórzy więźniowie demonstrowali swoje umiejętności sportowe i prezentowali ćwiczenia gimnastyczne na drążku. Odnotowaliśmy ich beztroski nastrój" - pisze Mary Callcott.

Któż chciałby zrezygnować z tak sielankowych wakacji? To pytanie można odnieść zarówno do zachodnich pielgrzymów, peregrynujących do Rosji Sowieckiej w nadziei ujrzenia cudów, jak i do widzianych ich oczami więźniów Gułagu. Dla tych pierwszych były to wakacje od rzeczywistości. Słowo "wakacje" można, a nawet należy, rozumieć dosłownie. Na Zachodzie w latach 30. modne stały się turystyczne wycieczki do sowieckich więzień i łagrów. W dziale podróży "New York Timesa", obok pielgrzymek do Lourdes, spływów tratwą po niemieckich rzekach czy zwiedzania angielskich zamków, reklamowane były wycieczki do Związku Sowieckiego. Na przykład 14 kwietnia 1935 roku można było przeczytać w tej gazecie omówienie takich wycieczek, organizowanych przez biuro podróży Union Tours i niejakiego Josepha Fullinga Fishmana. Oto oferta: uczestnicy wycieczki odbywają rejs przez Atlantyk na pokładzie francuskiego transatlantyku "Normandie", by po dotarciu do Rosji od strony Bałtyku zwiedzić atrakcje Leningradu i zabytki Carskiego Sioła. To wszystko jednak niejako przy okazji, albowiem organizatorzy akcentują przede wszystkim sowiecką współczesność, czyli zapraszają na przejażdżkę statkiem po Kanale Białomorskim, zwiedzanie pobliskiego łagru w Miedwieżegorsku oraz wizytę w głównym więzieniu w Leningradzie, a także w nowińskim więzieniu dla kobiet. Zaplanowana prelekcja i spotkanie z przedstawicielami Ludowego Komisariatu Sprawiedliwości w Moskwie ma służyć rozszerzeniu horyzontów turystów o znajomość najnowszych i najbardziej humanitarnych metod resocjalizacji przestępców. Oferta wycieczek była szeroka; gazeta przypominała, że "to jest tylko jedna z wielu grup wycieczkowych, które wyruszą do Rosji tego lata; wiele będzie przypatrywać się, co się dzieje w kraju, natomiast inne pozostaną na tym czy innym rosyjskim uniwersytecie, by intensywniej studiować filozofię nowej Rosji".

Po powrocie z niezwykłej krainy Sowietów do realnego, szarego świata zachodni podróżnicy mogli żyć wspomnieniami tego, co zobaczyli i czego wysłuchali z ust niezwykle gościnnych gospodarzy. Naoczne świadectwo, spotęgowane wiarą, że istnieje świat, w którym możliwe jest spełnienie nadziei ludzkości na lepszą przyszłość, wystarczało często, by nie przyjmować więcej do wiadomości niepokojących doniesień z Rosji.

 

Andre Gide, znajdujący się wówczas u szczytu literackiej sławy, był szczególnie cenną zdobyczą sowieckiej propagandy. Jego sympatia dla ojczyzny światowego proletariatu wyrosła na dość typowym gruncie antymieszczańskiego buntu, wzmocnionego osobistym buntem artysty przeciwko własnym korzeniom. Rodzinne środowisko Gide'a było ucieleśnieniem wszystkich cech zamożnej francuskiej burżuazji. Tropiąc hipokryzję i demaskując francuski kolonializm w Afryce, Gide nie oparł się typowemu wówczas odruchowi uwielbienia dla rzekomej antyburżuazyjnej alternatywy ludzkości, czyli sowieckiej Rosji. "Taka niestabilna mieszanina buntu i poczucia winy stanowi klasyczną drogę do rewolucyjnych utopii" - pisał o autorze Lochów Watykanu Francois Furet. "Komunizm da temu indywidualiście, estecie i patrycjuszowi nie tylko gwarancję antyburżujstwa, ale i nieocenione dobrodziejstwo przynależności do wspólnoty - komentował postawę Gide'a Furet. - Wreszcie, jeśli wziąć pod uwagę tę odrobinę naiwnej próżności tak często spotykanej u pisarzy, rozsławi jego imię na całej planecie".

Podobnie jak tylu innych intelektualistów i pisarzy tamtych czasów Gide dostrzegał w stalinowskim Planie Pięcioletnim obietnicę zwycięstwa rozumu, postępu, humanizmu i kultury nad kapitalistycznym chaosem i degrengoladą, potwierdzoną wielkim kryzysem. Około roku 1933, a więc w chwili dojścia Hitlera do władzy w Niemczech, Gide stał się jednym z najbardziej prominentnych i najaktywniejszych rzeczników antyfaszystowskiego prostalinizmu na Zachodzie. Zaangażował się w kampanie na rzecz uwolnienia z niemieckich więzień działaczy komunistycznych Georgi Dymitrowa i Ernsta Thalmanna; zasiadał w niezliczonych antyfaszystowskich i zarazem prostalinowskich komitetach i prezydiach; opublikował Lochy Watykanu w odcinkach w komunistycznej "L'Humanite". Na Kongresie Obrony Kultury w 1935 roku wygłosił mowę w obronie ZSRS przed złośliwymi pomówieniami o lekceważenie praw ludzkich. A jednak to wszystko nie przeszkodziło mu z uwagą słuchać rewelacji o Victorze Serge'u, chociaż sam milczał.

W rok później Gide wybrał się, śladem tylu innych kolegów po piórze, do ZSRS. We Francji rozbrzmiewały jeszcze echa głośnej podróży do Kraju Rad, jaką odbył w czerwcu i lipcu 1935 roku, na zaproszenie Maksyma Gorkiego, Romain Rolland. Plonem tej podróży stała się książka Rollanda Voyage a Moscou (Podróż do Moskwy), pełna rytualnych hołdów składanych Stalinowi. Podziw Rollanda dla ZSRS został zapewne spotęgowany moskiewskim wydaniem jego dzieł zbiorowych w ogromnym nakładzie. Zgotowano mu w ZSRS iście królewskie przyjęcie: wożono go salonką, mieszkał w sześciopokojowym apartamencie hotelu Savoy pod troskliwą opieką specjalnie przydzielonej przez sowieckie władze pielęgniarki oraz sekretarki. Sam Stalin powitał go na Kremlu słowami: "Jestem szczęśliwy, że mogę rozmawiać z największym pisarzem na świecie". Pisarz natomiast wygłosił pod adresem swego gospodarza prawdziwie dworską orację:

Drogi towarzyszu Stalin, proszę pozwolić mi podziękować Panu za to, że Pan mnie przyjął. Zapewne domyśla się Pan, co oznacza dla nas Pańskie imię i pańska osobowość, jakiej siły i pewności dodaje nam na Zachodzie świadomość tego, iż właśnie Pan znajduje się na kierowniczym stanowisku wielkiego kraju nowego świata, z którego jesteśmy dumni i z którym wiążemy nadzieje. Jestem szczęśliwy, że mogę uścisnąć Pańską dłoń, i pragnę powiedzieć, że jestem wzruszony tymi oznakami zainteresowania, które są mi okazywane w Pańskim kraju, a szczególnie Pańskim zaproszeniem, by odpocząć w Pańskiej willi.

Kilka dni potem, w rezydencji Gorkiego, Rolland znów spotkał Stalina, tym razem w otoczeniu świty, czyli Mołotowa, Kaganowicza i Woroszyłowa. Nieco później francuski pisarz zawarł znajomość z "budzącym sympatię" Jagodą, u którego natychmiast zauważył "uczciwe i łagodne oczy".

Ale już po niedługim czasie spędzonym w Kraju Rad nawet Rolland nie mógł oprzeć się świadomości, że jest ofiarą mistyfikacji. Odnotował w swoim dzienniku: "Dyktatura nadal istnieje, ale próbuje się maskować (zrobiono wszystko, żebym jej nie zauważył)". Nie przeszkodziło mu to jednak po powrocie napisać pochwalny pean Voyage a Moscou. Dodajmy na korzyść Rollanda, że w rozmowie ze Stalinem poruszył sprawę Victora Serge'a. Być może to nieśmiałe wstawienie się francuskiego luminarza literatury za sowieckim więźniem miało wpływ na jego uwolnienie.

Podróż Gide'a do ZSRS miała być dla jego moskiewskich gospodarzy kolejnym łatwym triumfem, wzmacniającym efekt propagandowy wywołany przez Rollanda. Gide'a zapraszano usilnie do Rosji już od pewnego czasu. Można sądzić, że zakwalifikowano go do kategorii "próżny", bo przy okazji podróży został powiadomiony, że w ZSRS wydrukowano 300 tys. pocztówek z jego portretem. Gdy Gide przybył do Moskwy, od razu zatroszczono się, by nie był samotny. Nie licząc jego przyjaciela Pierre'a Herbarta, z którym przyjechał, w Rosji dołączyli do niego znani mu komunistyczni literaci - Jef Last, Eugene Dabit i Louis Guilleau oraz wydawca Jacques Schiffrin. Organizatorzy zafundowali Gide'owi klasyczny zestaw atrakcji: luksusowe hotele, wystawne przyjęcia, dyskretna inwigilacja i indoktrynacja, starannie wyreżyserowane spotkania z "ludźmi sowieckimi" itp. Ale oto nastąpiło coś nieprzewidzianego. W odróżnieniu od tylu innych zachodnich luminarzy, zachwyconych wszystkim dookoła lub przynajmniej udających, że nie dostrzegają odgrywanego na ich użytek spektaklu, Gide zaczął odczuwać narastającą nieufność, która szybko przerodziła się w poczucie obrzydzenia wobec otaczającego go kłamstwa.

Z punktu widzenia sowieckich gospodarzy wizyta zakończyła się fiaskiem. Wyjeżdżając z Rosji, pisarz nie tylko nie był zafascynowany należycie nowym sowieckim światem, lecz przeciwnie - wracał z poczuciem niesmaku. Co gorsza, dał temu wyraz już w październiku tego roku, publikując u Gallimarda książkę Powrót z ZSRS. Opisując swoje wrażenia z podróży, Gide dochodził do wniosku, którego próżno szukać w setkach innych opisów wycieczek do Kraju Rad - istotą życia jest tam brak wolności. Podobnie jak inny francuski podróżnik do Rosji sprzed stu lat, Markiz de Custine, Gide opisywał zachowanie ludzi, funkcjonowanie instytucji i propagandę jako przejawy życia społeczeństwa zniewolonego, sterroryzowanego i zakłamanego. Pisał, że w ZSRS

[...] dziś chce się tylko jednego, pogodzenia się z rzeczywistością i prawomyślności. Żąda się aprobaty bez zastrzeżeń wszystkiego, co się w ZSRS dzieje, dąży się do tego, aby ta aprobata nie wynikała z rezygnacji, ale aby była szczera, nawet entuzjastyczna. Najbardziej zdumiewa, że się to osiąga. Poza tym najmniejszy protest, najlżejsza krytyka może sprowadzić srogie kary, zresztą bywa duszona w zarodku. [...] I wątpię, aby w jakimkolwiek innym kraju, nie wyłączając hitlerowskich Niemiec, duch był mniej wolny, bardziej upokorzony, wylękniony (sterroryzowany), ujarzmiony.

Książka Gide'a wywołała skandal w środowiskach lewicowych. W taki sposób po prostu nie wypadało pisać o Rosji Sowieckiej. Poruszenia, jakie spowodowała ta miejscami bardzo powierzchowna i nie pozbawiona naiwności relacja, nie były w stanie wywołać znacznie bardziej miarodajne książki uciekinierów z sowieckiej utopii ani poważne dzieła jej krytyków - np. praca Borisa Souvarine'a Staline, wydana w tym samym roku 1936. W porównaniu z książkami Souvarine'a i innych znawców Rosji Sowieckiej Powrót z ZSRS miał tę jedną przewagę, że został napisany przez gwiazdę światowej literatury.

Gide miał odwagę wyjść poza wygodny lewicowy schemat i głośno o tym opowiedzieć w czasie, gdy takie zachowanie mogło przysporzyć mu wielu kłopotów. Pisarz nie cofnął się, kiedy atakowano go m.in. za podkopywanie jedności lewicy w obliczu konfrontacji z faszyzmem w Hiszpanii. Przeciwnie, starał się zgłębić prawdę o ZSRS, czytał świadectwa rozczarowanych wielbicieli Kraju Rad, spotykał się z nimi. W odpowiedzi swoim krytykom napisał w czerwcu 1937 roku Les Retouches a mon Retour de l'URSS (Poprawki do mojego Powrotu z ZSRS). Pisał teraz o ofiarach sowieckiego komunizmu: "Widzę jeszcze te ofiary, słyszę je, czuję dokoła. Ich stłumione krzyki obudziły mnie w nocy, ich milczenie dyktuje mi dzisiaj te słowa... Nikt nie podnosi głosu w ich obronie. Prawicowa prasa co najwyżej posługuje się nimi, żeby zaatakować znienawidzony przez siebie ustrój; ci, którym leży na sercu idea sprawiedliwości i wolności, ci, którzy walczą o Thalmanna, ludzie tacy jak Barbusse czy Rolland umilkli, a wraz z nimi milczy olbrzymia, zaślepiona, proletariacka masa".

Powrót z ZSRS stał się książką ważną dla rosyjskiej inteligencji pod stalinowskim jarzmem, choć praktycznie nikt jej chyba wówczas w ZSRS nie czytał. Mimo że od początku była zakazana i potępiona w Rosji, to już sam fakt jej napisania funkcjonował tam jako znak nadziei, że świat nie zamknął do końca oczu na prawdę o tym kraju. Kiedy w roku 1939 i 1940 pojawili się w Gułagu więźniowie z podbitych właśnie przez Stalina terytoriów Polski, sowieccy więźniowie-inteligenci pytali ich często, czy znają słynną książkę Andre Gide'a o ZSRS. A jeśli znają, to czy mogliby im opowiedzieć jej treść.

 

Jeśli wielu uwięzionych przez Stalina komunistów nadal wierzyło, że w Kraju Rad nie skazuje się niewinnych ludzi - z wyjątkiem ich samych, czyli ofiar "pomyłek" - to liczni zachodni komentatorzy nie byli skłonni zaakceptować nawet takiego wyjątku. Dowiadując się z sowieckich mediów o zdemaskowaniu kolejnych "spisków", często gotowi byli wierzyć, że musi tkwić w tym jakaś prawda. W styczniu 1935 roku, w czasie gdy Wielki Terror dopiero zaczynał się rozkręcać, słynny czarnoskóry śpiewak Paul Robeson - nieugięty bojownik o prawa Murzynów w USA, żarliwy komunista i częsty gość w Kraju Rad - odpowiadał na pytanie komunistycznej gazety "Daily Worker", co sądzi o doniesieniach o niedawnej eskalacji egzekucji w ZSRS: "Z tego, co zdążyłem zaobserwować, jeśli chodzi o działania władzy sowieckiej, mogę tylko stwierdzić, że ktokolwiek podnosi przeciwko niej rękę, powinien być rozstrzelany! Obowiązkiem władz jest zniszczyć wszelką opozycję wobec tego naprawdę wolnego społeczeństwa. To oczywiste, że nie ma żadnego terroru i że masy, niezależnie od koloru skóry, są zadowolone i popierają władze".

Żaden przywódca, nawet najbrutalniejszy dyktator, nie niszczyłby elit swojego państwa, gdyby nie był do tego zmuszony - rozumowano na Zachodzie. Stalin natomiast robił wszystko, by utwierdzić zachodnich opiniotwórców w tym mniemaniu. Dla najbardziej znanych bolszewickich przywódców, w tym byłych rywali w walce o władzę, przygotował procesy pokazowe, w których na oczach całego świata mieli oni przyznać się do stawianych im zarzutów. Sami oskarżeni mieli więc odebrać wiarygodność tym, którzy skłonni byli bronić ich niewinności. Było to założenie zgoła zuchwałe. Decydując się na przeprowadzenie pierwszego wielkiego widowiska tego typu - procesu Kamieniewa i Zinowjewa w sierpniu 1936 roku - Stalin musiał brać pod uwagę ewentualne ryzyko, że oskarżeni mogą wyjść z ról i położyć cały spektakl na oczach świata. A jednak, ostrzegany przed ewentualnymi reakcjami Zachodu, odpowiadał: "Spokojna głowa, łykną i to".

Trudno wątpić, że do takiego wniosku skłaniały Stalina niezliczone dowody naiwności, sprzedajności, cynizmu i zaślepienia, dostarczane mu całymi latami przez zastępy jego zachodnich panegirystów. "Właśnie między innymi dlatego, że tak wielu »łyknęło« stalinowską wersję, cała czystka była możliwa" - pisał Robert Conquest. Od sierpnia 1936 do marca 1938 roku Moskwa stała się sceną bezprecedensowych spektakli sądowych, odgrywanych przed licznie zgromadzonymi korespondentami, obserwatorami i gośćmi z całego świata. 24 sierpnia 1936 roku zakończył się proces Zinowjewa i Kamieniewa. Obaj członkowie ścisłego sowieckiego kierownictwa, znani w zachodnich środowiskach komunistycznych jeszcze na długo przed Stalinem, przyznali się do fikcyjnych zarzutów - m.in. do organizowania, w porozumieniu z przebywającym na emigracji Trockim, zamachu na życie Stalina. Sądzono ich wraz z czternastoma innymi wyższymi funkcjonariuszami partii. Przyznali się wszyscy oprócz jednego - Smirnowa. Wyroki śmierci wykonano niezwłocznie.

Po stosownym antrakcie, w styczniu 1937 roku, na scenie - czyli w tym przypadku na ławie oskarżonych - pojawili się Karl Radek, Georgij Piatakow, Grigorij Sokolnikow i czternastu innych członków władz. Oskarżeni przyznali się do szpiegostwa na rzecz hitlerowskich Niemiec oraz do szkodnictwa przemysłowego. Znów okazało się, że stał za nimi Trocki i to w dodatku w zmowie z Hitlerem. Kolejny antrakt trwał tym razem do marca 1938 roku. Gdy kurtyna znów poszła w górę, w role wrogów ludu wcielili się z kolei Nikołaj Bucharin, Aleksiej Rykow oraz sam Gienrich Jagoda - do niedawna główny policmajster Stalina. Towarzyszyło im jeszcze jedenastu innych dygnitarzy. Przedstawienie przebiegło podobnie jak poprzednie; główny oskarżyciel Andriej Wyszyński mówił: "Minie czas. Mogiły znienawidzonych zdrajców porosną burzanem i ostem, okryte wieczną pogardą uczciwych ludzi radzieckich, całego radzieckiego narodu. A nad nami, nad naszym szczęśliwym krajem, jak wcześniej jasno i radośnie będzie lśnić swymi pogodnymi promieniami nasze słońce". Przewidywania Wyszyńskiego okazały się tylko częściowo prawdziwe. Podsądni, rozstrzeliwani przez NKWD, nie mieli swoich mogił.

Przyzwyczajeni do "łykania" sowieckiej propagandy długoletni wielbiciele Kraju Rad na Zachodzie i tym razem nie zawiedli. Przykładnie "łykali" to, co przygotowali im moskiewscy iluzjoniści. Trzeba zaznaczyć, że widowisko, które ujrzeli w Moskwie, robiło wrażenie prawdziwego przyznania się zbrodniarzy do winy w świetle dowodów ich zbrodni. Trudno wytłumaczyć zadziwiający fakt, że wśród tylu fałszywie oskarżonych nikt nie poważył się zdemaskować fikcji procesów. Czy było to wynikiem tortur, czy strachu o los rodzin, czy może irracjonalnej nadziei ocalenia własnego życia? Czy może chodziło o poczucie własnej moralnej degradacji, o krew na rękach? Faktem jest, że przy całej absurdalności zarzutów i wyroków zachowanie podsądnych było zagadkowe. "Oskarżeni byli sądzeni w otwartym dla publiczności sądzie, w obecności przedstawicieli całego świata - pisał Jerome Davis. - Nie ma i nigdy nie było żadnych dowodów na to, że byli torturowani. Wiedzieli, że czeka ich kara śmierci, a jednak nie protestowali, że są niewinni, chociaż świat byłby skłonny uwierzyć im. Oskarżeni byli starymi rewolucjonistami, którzy nigdy nie przyznawali się do niczego pod rządami carskimi, nawet po to, by ocalić życie swoje i swoich rodzin". Jak można było uwierzyć, że oskarżeni sami siebie pogrążali, w dodatku na oczach całego świata? - pytali często zbici z tropu zachodni obserwatorzy procesów. Do dziś nie ma na to pytanie wyczerpującej i satysfakcjonującej odpowiedzi.

Do podobnych wniosków co Davis dochodzili i inni zachodni komentatorzy. Amerykański pisarz Upton Sinclair twierdził: "Ci ludzie przecież wytrzymywali najgorsze traktowanie przez carską policję [...] wierzę, że bolszewickie GPU musiałoby rozszarpać ich na kawałki, zanim przyznaliby się do czynów, których nie popełnili". Lion Feuchtwanger, obecny na procesie Piatakowa i Radka, dodawał od siebie: "Nie było żadnych powodów, żeby sobie nawet wyobrażać, iż w tym procesie było coś sztucznego, podrobionego, czy nawet jakieś oddziaływanie na emocje. Jeśli reżyser miałby dokonać takiej inscenizacji, konieczne byłyby całe lata prób i pracy na scenie, żeby nauczyć więźniów wzajemnego poprawiania szczegółów zeznań i wyrażania swoich emocji z taką rezerwą". Do komentarzy Feuchtwangera, doświadczonego piewcy Stalina, można dodać, że najwyraźniej nie doceniał teatralnego kunsztu swojego idola.

Natomiast Walter Duranty okazał się nie lada psychologiem, tłumacząc, dlaczego należy uznać oskarżenia w procesach moskiewskich za prawdziwe: "Jest nie do pomyślenia - pisał korespondent "New York Timesa" - by Stalin i Woroszyłow, Budionny i sąd wojskowy mogli skazać własnych przyjaciół na śmierć, gdyby nie istniały przytłaczające dowody winy". Inny znany piewca Stalina, Henri Barbusse, autor ociekającej wazeliną "biografii" wodza Kraju Rad z roku 1935, nie posiadał się z oburzenia, pisząc o stalinowskich procesach. Nie dlatego, by dojrzał ich fałsz. Przeciwnie, zaszokował go ogrom zbrodni popełnionych przez oskarżonych. "Co za krecia robota, co za knucie, co za spiski! - grzmiał. - Ci sami ludzie, którzy wysadzali w powietrze mosty i cokolwiek jeszcze zostało w wyzwolonej Rosji po wojnie domowej, ci którzy psuli maszyny i niszczyli nieliczne pozostałe lokomotywy - ci sami ludzie wsypywali sproszkowane szkło do spółdzielczych zapasów żywnościowych w rok 1933".

Oburzony był również Bertolt Brecht: "Nawet w opinii najbardziej zajadłyh wrogów Związku Sowieckiego i jego rządu procesy wykazały jasno istnienie aktywnej konspiracji przeciw temu rządowi. Wszelkie kanalie, krajowe i zagraniczne, całe to robactwo, zawodowi kryminaliści i donosiciele, znaleźli w nie, schronienie. Ich cele były takie same, jak cele oskarżonych. Jestem przekonany, że to prawda, i jestem przekonany, że prawda zabrzmi pełnym głosem nawet w Europie Zachodniej, nawet w uszach wrogich czytelników". Jedna na gruncie prywatnym, zdjąwszy togę Katona, Brecht wyrażał się bardziej prostolinijnie i w zgodzie ze swoją naturą cynika. W rozmowie z Sidneyem Hookiem w roku 1935, gdy trwała propagandowa kampania przed procesem Zinowjewa i Kamieniewa, autor Opery za trzy grosze mówił o oskarżonych "Im bardziej są niewinni, tym bardziej zasługują na śmierć".

W roku 1937 NKWD w Rosji uwięziło niemiecką aktorkę Carolę Neher, był kochankę Brechta i odtwórczynię głównej roli w pierwszych przedstawieniach Opery za trzy grosze. Brecht zareagował w typowy dla siebie sposób: "Jeśli została skazana, to musiał być przeciw niej istotny dowód" . Carola Neher umarła w Gułagu pięć lat później. Brecht w szczerej rozmowie z profesorem Henrym Pachterem z City University of New York zwierzył się, dlaczego bez skrupułów przyklaskiwał sowieckim oprawcom. Otóż niemiecki pisarz, tak jak wielu innych w tym czasie, spodziewał się, że w przyszłości komunizm zatriumfuje na świecie. Wówczas zwycięscy komuniści napiszą od nowa historię światowej kultury i zdecydują, które jej dokonania i twórcy pozostaną w pamięci przyszłych pokoleń, a co zostanie zapomniane. "Za pięćdziesiąt lat komuniści zapomną o Stalinie - mówił Pachterowi - ale ja chcę być pewien, że będą nadal czytać Brechta. Dlatego nie mogę odłączyć się od partii".

We Francji w uwiarygodnieniu stalinowskiej wersji procesów pomagał jak mógł organ Francuskiej Partii Komunistycznej, "L'Humanite". 8 lutego 1938 roku komentowano na łamach tej gazety moskiewskie wyroki: "Skoro zbrodnia została dowiedziona, a winni się przyznali, nie dziwi surowość sędziów! Powinniśmy marzyć o naśladowaniu czujności sowieckich organów wobec dywersantów i zdrajców ojczyzny. Nasi hiszpańscy przyjaciele rozumieją dobrze, co mamy na myśli". Hiszpańscy przyjaciele bez wątpienia rozumieli. W październiku tego roku w Barcelonie, znajdującej się w rękach sił republikańskich i rządzonej praktycznie przez komunistów, odbył się zorganizowany przez nich proces pokazowy przeciwko kierownictwu trockistowskiej organizacji POUM. Proces miał naśladować moskiewskie wzorce, ale towarzysze hiszpańscy najwyraźniej nie wykazali się w tym przypadku należytą pryncypialnością, bo zamiast wyroków śmierci zapadły wyroki 15 lat więzienia.

Pod troskliwym okiem NKWD komuniści hiszpańscy tworzyli swoją wersję Gułagu, gdzie przetrzymywano nie tylko ludzi podejrzanych o frankistowskie sympatie, ale też i politycznie niepewnych republikanów. Karl Brauning, jeden z komunistów podejrzanych o nieprawomyślność, trafił do hiszpańskiego Gułagu, z którego zdołał jednak uciec. W grudniu 1939 roku pisał w liście do przyjaciela:

To, co przeszliśmy od lipca, było przerażające i zarazem okrutne. Obrazy ze Wspomnień z domu umarłych Dostojewskiego są zaledwie słabym tego odbiciem. [...] Dorzućmy jeszcze nieustanny głód, wywołujący majaki. Została ze mnie nie więcej niż połowa. Sama skóra i kości. W dodatku jestem chory i całkowicie wyzuty z sił. W takim stanie zaciera się granica między człowiekiem a zwierzęciem. Poznaliśmy najwyższy stopień barbarzyństwa. Och! faszyzm może się jeszcze wiele nauczyć od tych bandytów, a nawet może pokusić się o luksus przedstawiania siebie jako nosiciela kultury.

W przeciwieństwie do ogromnej większości lewicowych intelektualistów zachodnich George'owi Orwellowi właśnie wojna domowa w Hiszpanii otworzyła oczy na komunizm. Przyjrzawszy się z bliska działalności komunistów i sowieckich agentów w Hiszpanii, Orwell przyznawał w Hołdzie dla Katalonii: "nie potrafiłem pozbyć się angielskiego przekonania, że »oni« nie mogą kogoś aresztować, jeśli ten ktoś nie złamał prawa. Nie ma bardziej ryzykownego poglądu, kiedy dochodzi do politycznego pogromu. [...] Władza nie jest środkiem, ale celem. Nie wprowadza się dyktatury po to, aby ochronić rewolucję, robi się rewolucję po to, aby ustanowić dyktaturę".

Kiedy wiosną 1939 roku Republika Hiszpańska ostatecznie upadła, niektórzy spośród hiszpańskich pionierów stalinizmu mieli okazję, by zapoznać się bliżej z jego sowieckim wzorcem. Ojczyzna proletariatu użyczyła gościny wielu hiszpańskim uchodźcom, a wśród nich 3 961 komunistom, którym natychmiast zlecono szpiegowanie rodaków oraz oczywiście siebie nawzajem. Dość prędko jedni i drudzy - szpiegowani i szpiegujący - zaczęli trafiać do sowieckich więzień i łagrów. W łagrach mogli spotkać swoich pobratymców ideowych z innych krajów. Stalinowskie czystki sięgały wszędzie, gdzie funkcjonował ruch komunistyczny. Stosunkowo najlepszy dostęp NKWD miała do komunistów niemieckich. Wielu członków władz Komunistycznej Partii Niemiec unikało bowiem prześladowań hitlerowskich, chroniąc się w ZSRS. W Moskwie mieszkali razem z komunistycznymi funkcjonariuszami z innych krajów w hotelu Lux. W miarę upływu czasu coraz to nowy gość hotelu znikał w czeluściach NKWD. Reszta mieszkańców z rosnącym niepokojem wyczekiwała dalszego losu. Kwitło donosicielstwo, szpiegowanie i intrygi. Czystek nie przeżyli byli członkowie Biura Politycznego Niemieckiej Partii Komunistycznej: Heinz Neumann, Hermann Rammele, Fritz Schulte, Hermann Schubert, były sekretarz KC Leo Flieg, byli redaktorzy komunistycznego organu "Rote Fahne" Heinrich Süsskind i Hugo Eberlein. Ich los podzieliło także około 200 komunistów włoskich i około 100 jugosłowiańskich. Nawet krwawy dyktator istniejącego krótko w roku 1919 komunistycznego reżimu na Węgrzech, Bela Kun, został rozstrzelany wraz z dwunastoma jego byłymi komisarzami.

Najmniejszym zaufaniem cieszyli się jednak u Stalina komuniści polscy. Kazał on rozstrzelać większość wyższych funkcjonariuszy Komunistycznej Partii Polski, do których miał dostęp. Zgładzono 12 członków KC, z sekretarzem generalnym Julianem Leńskim na czele. Pozbył się też polskich wyższych funkcjonariuszy Kominternu. O tym, jak mało zasłużyli sobie polscy komuniści na zaufanie swego moskiewskiego przełożonego, najlepiej świadczy fakt, że po czystce w kierownictwie KPP Stalin nie starał się nawet zastąpić unicestwionych ofiar własnymi ludźmi, lecz po prostu rozpędził całą partię. Z eksterminacją kadr KPP nie było, jak się zdaje, wielkich kłopotów, bo wzywani do ZSRS działacze zwykle przybywali karnie, choć wielu z nich musiało przecież dostrzegać rosnącą falę trudno wytłumaczalnych aresztowań i represji wśród towarzyszy.

Wzywani do Moskwy na własną zgubę zagraniczni komuniści bardzo często wierzyli swym sowieckim mocodawcom bardziej niż własnej ocenie rzeczywistości. Zanim sami upadli, nieraz przyczyniali się do upadku swoich niedawnych przyjaciół. Do Moskwy spływały z zagranicy donosy i oskarżenia, pisane przez jednych komunistów przeciwko innym. Na przykład 23 czerwca 1937 roku Andre Marty z Francuskiej Partii Komunistycznej poufnie donosił sekretarzowi generalnemu Kominternu w Moskwie Dymitrowowi, że przedstawiciel Kominternu we Francji Eugenius Fried jest postacią mocno podejrzaną, gdyż... do tej pory nie został aresztowany przez francuską policję. Likwidowanie niewygodnych komunistów zagranicznych nie zawsze też wymagało sprowadzania ich do ZSRS, można było uczynić to na miejscu. 26 sierpnia wyłowiono z Sekwany zwłoki Rudolfa Klementa, głównego kandydata na przewodniczącego nowej międzynarodówki trockistów.

Czystki z lat 30. zaczęły przysparzać niektórym zachodnim wyznawcom Stalina kłopotów natury praktycznej. Victor Gollancz był londyńskim wydawcą popularnych serii książkowych Klub Książki Lewicowej oraz Nowa Biblioteka Sowiecka. W seriach tych ukazywały się propagandowe książki sowieckich autorów, przygotowane i zlecone przez ambasadę ZSRS. Gollancz musiał jednak nieraz rezygnować z druku i sprzedaży przygotowanej już do rozpowszechniania książki tylko dlatego, że w czasie między przyjęciem rękopisu a zakończeniem procesu wydawniczego autor znikał, a wraz z nim miała zniknąć wszelka pamięć o nim. Nie przeszkodziło to mimo wszystko Gollanczowi wpaść w zachwyt podczas wizyty w Kraju Rad wiosną 1937 roku. "Po raz pierwszy byłem w pełni szczęśliwy - zwierzał się czytelnikom angielskojęzycznej sowieckiej gazety "Moscow Daily News" - będąc tutaj można zapomnieć, że zło panuje w reszcie świata".

Okazało się również, że w lewicujących salonach na Zachodzie można było nawet nie do końca wierzyć w zasadność moskiewskich procesów, a mimo to popierać Stalina. Na przyjęciu zorganizowanym przez amerykańskie pismo "The Nation" na cześć Andre Malreaux francuski pisarz zdobył się na refleksję, iż "tak jak Inkwizycja nie odbiera wewnętrznej godności chrześcijaństwu, procesy moskiewskie w niczym nie umniejszają wewnętrznej godności komunizmu". "The Nation" oficjalnie popierał procesy moskiewskie tak jak i inne czołowe amerykańskie pisma liberalne, np. "The New Republic". Obydwa pisma czyniły to, według Maksa Schachtmana, "tylko odrobinę mniej energicznie niż sami staliniści". W roku 1937, określanym w Rosji jako najczarniejszy okres stalinizmu, George Bernard Shaw pisał: "Nie mamy podstaw, by się obnosić z naszym poczuciem moralności, gdy nasz najbardziej przedsiębiorczy sąsiad [czyli ZSRS] w sposób humanitarny i zgodny z prawem likwiduje garstkę wyzyskiwaczy i spekulantów, by uczynić świat bezpieczniejszym dla ludzi uczciwych". I dodawał: "Rosja jest przykładem dla całego świata, przykładem ogromnej wyższości socjalizmu nad kapitalizmem, pod względem gospodarczym, społecznym i politycznym". Malcolm Muggeridge miał od dawna ustaloną opinię na temat Shawa. Już w roku 1932 stwierdził: "To nieprawdopodobny stary głupiec".

W pamiętnym roku 1937 wpływy komunistów w Ameryce sięgnęły zenitu. Komunistyczna Partia USA osiągnęła swoją najwyższą liczebność. W rok później w specjalnym oświadczeniu aprobatę dla procesów moskiewskich wyrazili: Lillian Hellman, Irwin Shaw, Malcolm Cowley, Richard Wright i Nelson Algren. W tym samym czasie amerykański "świat filmowy był przeniknięty stalinowskim radykalizmem - pisze Schachtman - byli oni gotowi w każdej chwili przemawiać przeciwko niesprawiedliwości w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie. [...] Jeśli chodzi o ofiary stalinizmu, nie było nikogo, kto odezwałby się o nich chociaż słowem".

Zachodnie rządy odnosiły się wobec doniesień z ZSRS z daleko posuniętą ostrożnością. Państwo Stalina stawało się dla nich coraz ważniejszym partnerem politycznym i handlowym. Rozwój dobrych stosunków ze Stalinem coraz częściej traktowano jako opłacalną polityczną inwestycję. Takie stanowisko reprezentował w sposób bardzo wyraźny Franklin D. Roosevelt, wybrany powtórnie na prezydenta USA w roku 1936. O stosunku Roosevelta do stalinowskiego reżimu pośrednio świadczył jego wybór kandydatów na ambasadorów w Moskwie. Najpierw, zaraz po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych z ZSRS w roku 1933, Roosevelt mianował na to stanowisko znanego sympatyka bolszewików Williama Bullitta, męża (do niedawna) Louise Bryant. Podczas pobytu na moskiewskiej placówce Bullitt zdołał jednak skonfrontować własne młodzieńcze marzenia z rzeczywistością. Przed powrotem do USA w roku 1936 w swoim ostatnim raporcie ostrzegał władze amerykańskie:

Problem stosunków z władzami Związku Sowieckiego nierozerwalnie wiąże się z problemem komunizmu jako wojującej wiary, zdeterminowanej, by doprowadzić do światowej rewolucji i do "likwidacji" (to znaczy wymordowania) wszystkich niewierzących. Nie ma żadnej wątpliwości, że wszystkie prawowierne partie komunistyczne we wszystkich krajach, także w Stanach Zjednoczonych, wierzą w masowe mordy [...] Ostatecznym argumentem wierzącego komunisty jest zawsze to, że cala ta walka, morderstwa i nagła śmierć, wszyscy ci szpiedzy, zesłańcy i plutony egzekucyjne są usprawiedliwione.

Roosevelt zlekceważył ostrzeżenia Bullitta. W styczniu 1937 roku do Moskwy przybył nowy amerykański ambasador, Joseph Davies. Był on osobistym przyjacielem Roosevelta i jednym ze sponsorów jego zwycięskiej kampanii wyborczej w roku 1936. Największym bodajże dokonaniem życiowym Daviesa był ożenek z Marjorie Merriweather Post, dziedziczką fortuny po założycielu wielkich firm spożywczych Post i General Foods. Ten krok uczynił z Daviesa wpływowego finansistę i zaowocował znacznymi koneksjami w Waszyngtonie. O Rosji Davies nie wiedział właściwie nic, zdawał sobie jednak sprawę, że jego szefowi w Białym Domu zależało na dobrych stosunkach z tym krajem. Czuwał zatem, by nic nie zakłócało ich rozwoju. Jeszcze nigdy handel między USA i ZSRS nie rozwijał się tak dynamicznie i obiecująco. W roku 1937 dochód Amerykanów z eksportu do Rosji wyniósł 42 892 000 dolarów i Stany Zjednoczone stały się największym dostarczycielem towarów do tego kraju. Davies czynił wszystko, by doniesienia o stalinowskich czystkach nie przeszkadzały w tym obiecującym procesie zbliżenia między USA i ZSRS. W raportach z Moskwy do Waszyngtonu zapewniał, że procesy moskiewskie spełniają wszelkie kryteria prawne, a jako prawnik znał się przecież na tych sprawach.

Już w dwa dni po objęciu placówki w Moskwie Davies pospieszył, by zająć miejsce na widowni drugiego wielkiego procesu pokazowego. Niedługo potem, w kwietniu 1937 roku, gdy terror sięgał zenitu, powiedział dziennikarzom: "Związek Sowiecki to ogromne laboratorium [...], gdzie przeprowadzany jest jeden z największych eksperymentów w dziedzinie administracji państwowej. Związek Sowiecki dokonuje wspaniałych rzeczy. [Sowieccy] przywódcy państwowi to grupa wybitnie zdolnych, poważnych i rzetelnie pracujących mężczyzn i kobiet". W raporcie z 7 marca 1938 roku ustosunkował się do zakończonego właśnie procesu Bucharina, Rykowa, Jagody i innych, stwierdzając, że oskarżyciele "wykazali niezbicie istnienie politycznego spisku, mającego na celu obalenie rządu". A zatem, jak twierdził amerykański ambasador, istniały "dowody [...] ponad wszelką wątpliwość świadczące, że wyrok skazujący za zdradę był uzasadniony". Ton i treść raportów Daviesa harmonizowały z doniesieniami prasowymi Waltera Duranty'ego. Innego zdania na temat procesów byli podwładni Daviesa w moskiewskiej ambasadzie USA. George F. Kennan, ówczesny drugi sekretarz ambasady i późniejszy nestor amerykańskiej sowietologii, stwierdzał, że "historyjka o międzynarodowym spisku oparta była na bardzo lichych podstawach i w żaden sposób nie można uznać, że dowody przedstawione na procesie wykazały jej prawdziwość". Zastępca Daviesa w ambasadzie Loy Henderson, zawodowy dyplomata, napisał potem w swoich wspomnieniach, iż Davies "przejmował się nie tyle procesami, egzekucjami i terrorem, ile raczej tym, że czystka [...] może zepsuć wizerunek Stalina jako dobrodusznego idealisty, jakim [Davies] starał się go odmalować na użytek prezydenta, Departamentu Stanu i innych czytelników swoich raportów". Wypowiedzi Daviesa początkowo zszokowały jego podwładnych w moskiewskiej ambasadzie do tego stopnia, że przez chwilę rozważali nawet złożenie zbiorowej rezygnacji na znak protestu, ale nie zdobyli się w końcu na ten krok.

Czy to możliwe, że ambasador Davies nie zdawał sobie sprawy z tego, co działo się wówczas w Związku Sowieckim? Przecież ciągle stykał się z doniesieniami własnych pracowników na temat bieżących wydarzeń. Amerykańscy dyplomaci mieli w Moskwie swoje znajomości. Co chwila ktoś znajomy znikał, coraz częściej mówiono o czyimś aresztowaniu. Wiele lat później, już po rozwodzie z Daviesem, Marjorie Merriweather Post zwierzała się, że nieraz nie mogła zasnąć, gdyż nawet w sypialni 40-pokojowej rezydencji ambasadora (rezydencja należała przed rewolucją do rosyjskiego "króla cukru" Twierkowa, którego bolszewicy zastrzelili na wejściowych schodach) słychać było nocami krzyki rodzin, gdy z sąsiednich domów NKWD zabierało kolejne osoby. Czasami żonę ambasadora budziły odgłosy strzałów. Za którymś razem szepnęła do męża: "Wiem doskonale, że oni rozstrzeliwują tych ludzi". Joseph Davies odparł: "Ależ skąd, ja myślę, że to podziemne wybuchy na budowie nowej linii metra".

Ambasador Davies pozostawał głuchy i ślepy nie tylko na los poddanych Stalina. Nie obchodził go również los tysięcy Amerykanów przebywających w ZSRS, którzy w tym czasie stali się ofiarami Wielkiego Terroru. Amerykanie, którzy na początku lat 30. tak ochoczo emigrowali do Kraju Rad w poszukiwaniu lepszego życia, niedługo się cieszyli ze swojego wyboru. W drugiej połowie dekady podzielili los innych cudzoziemców zamieszkujących w ojczyźnie światowego proletariatu. Ich zdjęcia i optymistyczne wypowiedzi znikły z sowieckich gazet, w których pojawiały się coraz częstsze komunikaty o aresztowaniach zachodnich szpiegów i dywersantów, ukrywających się w Związku Sowieckim pod maskami jego sympatyków. Amerykańscy technicy i robotnicy zdążyli już zbudować liczne fabryki i przeszkolić sowieckich specjalistów. Jednocześnie większość z nich straciła złudzenia co do sowieckiej ziemi obiecanej. Pod ich domy zaczęły natomiast coraz częściej podjeżdżać nocą samochody NKWD. Otwierały się teraz przed nimi bramy Gułagu i cele śmierci w piwnicach sowieckich więzień. Kiedy już zdali sobie sprawę z tego, czym jest dla nich Związek Sowiecki, szukali ratunku i opieki w ambasadzie Stanów Zjednoczonych. Tu jednak doznawali najczęściej kolejnego bolesnego rozczarowania: ambasada zwykle odmawiała im pomocy. Często okazywało się, że podczas ich pobytu w ZSRS władze sowieckie zdołały za pomocą podstępów i szantaży odebrać im paszporty. Amerykańskim władzom konsularnym wystarczało to, by odmawiać swoim rodakom pomocy. Najczęściej więc odprawiano z kwitkiem tych ludzi, rozpaczliwie próbujących ujść z życiem przed NKWD i wrócić do ojczyzny. Tymczasem funkcjonariusze NKWD czyhali przed ambasadą USA w Moskwie i rutynowo aresztowali wychodzące osoby. Robili to zresztą bez specjalnych oporów, na oczach amerykańskich dyplomatów, pracowicie udających, że niczego nie zauważają. Z reguły pracownicy ambasady nie ostrzegali nawet interesantów, co ich czeka po wyjściu na ulicę. Stawiałoby to bowiem władze amerykańskie w niezręcznej sytuacji, gdyż albo musiałyby udzielać petentom azylu na terenie ambasady (czego robić nie miały zamiaru), albo siłą usuwać ich na ulicę. Niebawem Amerykanie mieszkający w ZSRS bali się wchodzić do ambasady. Przepadali bez wieści w kazamatach Czerezwyczajki, a ich rodziny w Stanach Zjednoczonych na próżno skarżyły się władzom.

Można przypuszczać, że Joseph Davies nie miał czasu zajmować się kłopotami swoich rodaków w ZSRS czy prowadzić żmudnych dociekań na temat Wielkiego Terroru, przeważnie bowiem nie było go w moskiewskiej ambasadzie. Wiele czasu spędzał, żeglując po Bałtyku swoim jachtem "Sea Cloud". Był to wówczas największy prywatny jacht na świecie. Gdy Davies nie żeglował, dużo jeździł po Rosji wraz z małżonką, skupując rosyjskie dzieła sztuki. Sowieci wyprzedawali wówczas masowo dzieła sztuki za bezcenne dewizy. Nie trzeba oczywiście dodawać, że były to w większości dzieła zrabowane przez bolszewików, albo w najlepszym razie wykupione za bezcen od wynędzniałych właścicieli i sprzedawane teraz w specjalnych komisach. W ten sposób powstała kolekcja sztuki państwa Davies. Nie tylko zresztą ich kolekcja. Z podobnego źródła pochodził np. słynny zbiór Andrew Mellona, który można dziś podziwiać m.in. w waszyngtońskiej National Gallery of Art. Joseph Davies zawsze wspominał swój pobyt na placówce w Moskwie z uczuciem dumy. Przed powrotem do USA w roku 1938 spotkał go nie lada zaszczyt, Stalin osobiście uścisnął mu dłoń i podziękował za owocną współpracę. Mało tego, wręczył mu swój portret z odręczną dedykacją. Davies oprawił portret i do końca życia trzymał go w salonie na kominku, chwaląc się gościom, że przez moment osobiście rozmawiał z tym wielkim człowiekiem.

Podejście władz Stanów Zjednoczonych do Amerykanów mieszkających w ZSRS nie zmieniło się zasadniczo po opuszczeniu moskiewskiej ambasady przez Josepha Daviesa. W roku 1948 na przykład Sowieci aresztowali Aleksandra Dołguna, pracownika ambasady USA. Dołgun przybył z Ameryki do ZSRS jako siedmioletni chłopiec wraz z rodzicami w roku 1933. Jego ojciec dostał pracę przy montażu fordów w Moskwie. Gdy tajniacy na ulicy wciągali Aleksandra Dołguna do samochodu, protestował: "Co to ma znaczyć! Nie wiecie, że macie do czynienia z obywatelem Stanów Zjednoczonych!". Na Łubiance oficer śledczy śmiał się: "Pieprzyć waszą ambasadę. Więcej się o ciebie nie upomną. To wszystko. Na tyle ich stać. Będziesz tu do końca życia, rozumiesz?". Potem bili go w więzieniu lefortowskim, powtarzając: "Twoje państwo ma cię w dupie, ty głupi gnoju!". Okazało się, że mieli rację. Dołgun miał jednak szczęście w nieszczęściu. Przetrwał w Gułagu do roku 1956, kiedy przyszła amnestia i zwolnienie, do ojczyzny jednak zdołał powrócić dopiero w roku 1971.

Wróćmy do późnych lat 30. Stalin się nie pomylił: Zachód uwierzył nawet w tak nieprawdopodobny, wydawać by się mogło, spektakl, jakim były procesy moskiewskie. "W istocie ci, którzy »łyknęli« moskiewskie procesy, byli do pewnego stopnia współwinni dalszych represji, torturowania i rozstrzeliwania niewinnych ludzi" - napisał wiele lat później Robert Conquest. A jednak mimo to czasy Wielkiego Terroru i moskiewski spektakl sądowy stanowiły pewnego rodzaju moment otrzeźwienia dla Zachodu. Procesy pokazowe musiały wywoływać wątpliwości i kontrowersje. Sowieccy prokuratorzy, tworząc fantastyczne oskarżenia, wymyślali nieraz fikcyjne zdarzenia, mające rzekomo miejsce na Zachodzie, nieistniejące hotele, w których miało dojść do tajemniczych spotkań, rzekomo identyfikowali jakichś zachodnich agentów i polityków, którzy w rzeczywistości nie istnieli. Uważnym obserwatorom nietrudno było wykazać fałsz lub nielogiczność wielu oskarżeń i uzasadnień wyroków. Podczas gdy ambasador Davies obserwował i chwalił procesy, obecny w tym samym czasie na sali sądowej reporter austriackiej gazety "Neue Freie Presse" donosił: "Słysząc o tym tragicznym teatrze marionetek, umysł zachodni nie potrafi znaleźć żadnej analogu w nowożytnej historii Europy. Trzeba wrócić w głębokie średniowiecze, jeśli chcemy znaleźć przykłady podobnie gorliwej tęsknoty za egzekucjami".

Do osób najlepiej zorientowanych w tych fałszerstwach należeli sami komuniści. Wśród nich najaktywniejszą rolę w demaskowaniu stalinowskich czystek odgrywać zaczęli trockiści. Zarówno sam Trocki, jak i jego akolici znali przecież kulisy sowieckiej władzy jak mało kto. Prokomunistyczne środowiska zachodnie podzieliły się odtąd mocniej niż dotychczas na stalinistów i trockistów. "Linia krwi oddzielała teraz stronników Stalina od stronników Trockiego i ta linia wydaje się być rzeką nie do przejścia" - pisał James Farrell174. I tak np. nowojorski "Partisan Review" pod redakcją Philipa Rahva oddalił się od stalinowskich sympatii i stał się pismem trockistowskim, by niebawem w ogóle zmienić się w ważne forum intelektualnej krytyki komunizmu. Trockizm okazał się atrakcyjnym wyjściem dla tych, którzy nie potrafili zaprzeczać stalinowskim zbrodniom, a jednocześnie nie chcieli stracić wiary w komunizm. Trocki, wygnany przez Stalina z ZSRS w roku 1929, został niejako zwolniony w oczach licznych zachodnich sympatyków bolszewizmu z bezpośredniej odpowiedzialności za bieżące zbrodnie reżimu sowieckiego. O zbrodniach, które sam Trocki zdążył popełnić lub zainspirować, gdy jeszcze miał władzę, starano się w tym kontekście zapomnieć. Tak więc mógł cieszyć się wśród całkiem znaczących kręgów zachodnich intelektualistów statusem opozycyjnego krytyka Stalina oraz proroka komunizmu "w formie czystej" - nieobciążonego stalinowskimi zbrodniami. Sam Trocki umiejętnie wykorzystywał tę pozycję. Przypisywał swemu zwycięskiemu rywalowi na Kremlu całkowitą odpowiedzialność za kompromitujący rozziew między komunistycznymi ideałami a sowiecką rzeczywistością. Opowiadając się za Trockim, można więc było nie przestawać snuć idealistycznych marzeń o komunizmie, nawet mając w świadomości jego (niektóre) zbrodnie.

W czasie procesów moskiewskich powstała w Stanach Zjednoczonych z inicjatywy Trockiego specjalna komisja, pod przewodnictwem słynnego filozofa Johna Deweya, by zbadać wiarygodność stalinowskich oskarżeń wysuwanych przeciwko Trockiemu i jego rzeczywistym oraz rzekomym stronnikom. W komisji uczestniczył m.in. znany lewicowy adwokat John Finnerty, który wsławił się jako obrońca w głośnej sprawie Sacco i Vanzettiego - amerykańskich anarchistów, skazanych po kontrowersyjnym procesie poszlakowym na karę śmierci za rabunek i podwójne zabójstwo, i straconych w roku 1927. Komisja Deweya przeanalizowała drobiazgowo materiały dwóch pierwszych procesów moskiewskich i jeszcze w roku 1937 wydała raport pod znamiennym tytułem: Niewinny (Not Guilty). Dewey i jego współpracownicy jasno wykazali fałszerstwa Stalina.

W odpowiedzi na tę miażdżącą demaskację od razu posypały się pod adresem komisji słowa krytyki. Grupa amerykańskich intelektualistów, pisarzy i artystów ogłosiła protest, podpisany między innymi przez Theodore'a Dreisera, Granville'a Hicksa i Corlissa Lamonta. Niektórzy jednak tracili złudzenia. Krytyk Edmund Wilson porzucił komunistyczne fascynacje. W Wielkiej Brytanii Frederick Adler z Partii Pracy opublikował broszurę, obnażającą kłamstwa procesów moskiewskich. We Francji kłamstwa publikowane przez "L'Humanite" były piętnowane przez prawicowe "Figaro litteraire". W numerze z 1 lipca 1937 roku pismo to obnażało służalczą ślepotę komunistycznych chwalców Stalina.

Jeśli chodzi o serwilizm i podłość, redakcja "L'Humanite" nie ustępuje w niczym redakcji "Prawdy", choć nie usprawiedliwia jej fakt, że trzymana jest w ryzach totalitarnej dyktatury. Akademik Komarow po raz kolejny okrył się hańbą, kiedy na Placu Czerwonym w Moskwie zażądał głów. Uległ jednak presji, gdyż odmowa oznaczałaby świadome samobójstwo. Co można zatem sądzić o Romain Rollandzie, o Paulu Langevinie czy Andre Malreaux, którzy podziwiają i chwalą reżim zwany sowieckim, jego "kulturę" i "sprawiedliwość", choć nie są do tego przymuszani głodem ani torturami?

Co ciekawe, wśród tych kręgów, w których nie wątpiono w stalinowskie czystki, rozwijały się nieraz pozytywne opinie co do znaczenia Wielkiego Terroru. Genewska gazeta "Le Temps" pisała w komentarzu redakcyjnym 27 lipca 1936 roku, gdy trwały w Moskwie przygotowania do pierwszego procesu pokazowego: "Rewolucja rosyjska zatrzymała się na swoim Termidorze. Pan Stalin zrozumiał jałowość czystej ideologii marksistowskiej i mitu światowej rewolucji. Jest z pewnością prawowiernym socjalistą, ale przede wszystkim dobrym patriotą, który rozumie, jakie niebezpieczeństwo stanowią dla kraju ta ideologia i ten mit". A więc Wielki Terror można było rozumieć jako zwycięstwo pragmatyzmu i umiarkowania Stalina w wewnętrznym zmaganiu z bolszewickim radykalizmem. Nawiązanie do swojsko brzmiących określeń odwołujących się do rewolucji francuskiej, takich jak "Termidor", dawało najwyraźniej autorom i czytelnikom iluzoryczne poczucie głębszego zrozumienia tej tematyki. Do nieco innej tradycji sięgało natomiast "L'Echo de Paris" 30 stycznia 1937 roku, a więc w dniu ogłoszenia wyroków w drugim procesie moskiewskim. Przesłanie jednak było podobne: "Gruzin o niskim czole - pisał komentator francuskiej gazety - dołącza bezwiednie do Iwana Groźnego, Piotra Wielkiego i Katarzyny II. Ci, których każe mordować, to wierni swej diabolicznej religii rewolucjoniści, neurotycy nękani ciągłą niszczycielską pasją".

Taki sposób myślenia był możliwy, w oczach Zachodu Wielki Terror sprowadzał się bowiem w zasadzie do wielkich, pokazowych procesów oraz czystek w sowieckim aparacie władzy. Bardzo długo nie dostrzegano, że była to tragedia całej ludności ZSRS. Nicolas Werth tak komentował to zjawisko:

Procesy moskiewskie były wspaniałym wydarzeniem-spektaklem, ale też wydarzeniem-ekranem, który odwrócił uwagę dopuszczonych na spektakl obserwatorów zagranicznych od jednoczesnych prześladowań wszystkich warstw społecznych. Dla tych obserwatorów, którzy przemilczeli już rozkułaczanie, głód czy rozbudowanie systemu obozów koncentracyjnych, lata 1936-1938 były tylko ostatnim aktem walki politycznej z głównymi rywalami, toczonej od ponad dziesięciu lat przez Stalina, zakończeniem konfrontacji między "stalinowską biurokracją termidoriańską" a "starą gwardią leninowską", która pozostała wierna rewolucyjnym przyrzeczeniom.

Taki wycinkowy wizerunek Wielkiego Terroru utrwalił się w świadomości Zachodu na bardzo długo. Później podobnie próbował przedstawiać ten okres Chruszczow w swojej krytyce "kultu jednostki". Prawda była oczywiście inna.

Dodajmy dla porządku, że trudności z uchwyceniem tej prawdy oraz ze zrozumieniem moralnego wymiaru tego, co działo się w ZSRS, nie miał papież Pius XI. W roku 1937 ogłosił encykliki Divini Redemptoris i Mit brennender Sorge, w których potępił zarówno komunizm, jak i faszyzm.

Tymczasem brytyjski "New Statesman" wyrażał chyba najlepiej stanowisko ludzi, którzy pragnęli wierzyć w prawdziwość sowieckich twierdzeń o spiskach, ale nie mogli przemóc wrażenia, że tym razem Stalin posunął się za daleko. W tym konflikcie wiary i prawdy "New Statesman" poszukiwał jakiegoś kompromisu, i wreszcie znalazł: "Bez względu na to, czy uznamy [oskarżenia i wyroki moskiewskie] za prawdziwe, czy fałszywe [...], nie ulega wątpliwości, że w ZSRS kwitła działalność spiskowa". Dlaczego "nie ulega wątpliwości"? Odpowiadając na to pytanie, być może dziennikarz musiałby przyznać, że przestał wątpić w rozkwit spisków w ZSRS, bo obcując z propagandą sowiecką i prosowiecką, słyszał o nich wystarczająco często, by w nie uwierzyć. Czyli być może dowiódłby tym prawdziwości tezy Goebbelsa, że jeśli ludzie słyszą jakieś kłamstwo dostatecznie często, w końcu zaczynają uznawać je za prawdę. Tak czy inaczej, jak przyznaje dziennikarz, "procesy pokazowe cieszą się bez wątpienia szeroką aprobatą w ZSRS". Znowu "bez wątpienia". Czy rzeczywiście obywatele ZSRS odczuwali powszechną radość z procesów i czystek? A jeśli nawet czasami tak bywało, to dlaczego? Czy satysfakcji nie wzbudzał przypadkiem widok wczorajszych katów i możnowładców nagle zmienionych w przerażone ofiary? Czy był to może tylko rodzaj satysfakcji odczuwany przez gapiów oklaskujących publiczne egzekucje? A może chodziło o nagłe, dawno niedoświadczane, paradoksalne poczucie równości w trwodze przed tyranem, dławiącym zarówno możnych, jak i maluczkich? Jak wiele osób ujrzało w powszechnym terrorze - gdy jeden donos decydował o czyimś życiu - szansę zemsty i wyrównania osobistych krzywd? Odpowiedzi na te i inne pytania o Wielki Terror próżno byłoby szukać na łamach większości ówczesnych zachodnich gazet, pism i publikacji. Pytania tego rodzaju miały pozostać bez wyczerpujących odpowiedzi - w gruncie rzeczy do dziś.

 

Paryskie procesy

Do spektakularnej konfrontacji między dwoma przeciwstawnymi wizerunkami stalinowskiej Rosji funkcjonującymi po wojnie na Zachodzie doszło w roku 1949 we Francji. Konfrontacja ta przeszła do historii jako "sprawa Krawczenki i Rousseta". Temat Gułagu odegrał w niej rolę centralną.

W żadnym innym kraju zachodnim propaganda sowiecka nie natrafiała po wojnie na równie wdzięczny odzew, jak we Francji. Francuska Partia Komunistyczna stanowiła w latach powojennych znaczną siłę polityczną; w wyborach parlamentarnych otrzymała 30% głosów. Wpływ komunistów na opinię publiczną był tam przemożny i opierał się między innymi na ich świeżym wojennym etosie. Zapomniano, że w czasach sowiecko-niemieckiego przymierza, gdy Francja znajdowała się w stanie wojny z Niemcami, Francuska Partia Komunistyczna starała się słowem i czynem podkopywać wojenną mobilizację własnego społeczeństwa, a gdy Hitler dokonywał inwazji na Francję w roku 1940, przywódca francuskich komunistów Maurice Thorez nie stanął w obronie ojczyzny, lecz wprost przeciwnie, zdezerterował i schronił się u sprzymierzeńca Hitlera, Stalina. Komuniści natomiast sabotowali, jak mogli, francuski opór przeciwko hitlerowskiej inwazji. Po wojnie starano się o tym zapomnieć. Skupiano się na późniejszym okresie wojny, już po zerwaniu przymierza Niemiec i ZSRS, podkreślając, że komuniści należeli do najbardziej aktywnych ugrupowań francuskiego ruchu oporu. W potocznej opinii taka postawa francuskich komunistów stanowiła ostry kontrast wobec postawy francuskiej prawicy, której symbolem stał się kolaborancki rząd w Vichy. Francuzi chcieli jak najszybciej zapomnieć o Vichy, dystansując się na wszelki wypadek wobec wszystkiego, co w polityce kojarzyło się z prawicowością, antykomunizmem, czy po prostu niechęcią do Stalina.

Dodatkowym czynnikiem wzmagającym prosowieckie nastroje we Francji był gwałtownie rosnący antyamerykanizm. Część francuskiej opinii publicznej reagowała wręcz alergicznie na swych niedawnych wyzwolicieli spod niemieckiej okupacji. Zapewne trudno im było pogodzić się z faktem, że Francja - przedwojenne mocarstwo - nie potrafiła się obronić ani sama odzyskać niepodległości, a jej suwerenność i bezpieczeństwo zależały od woli Stanów Zjednoczonych. W tak frustrującej rzeczywistości marzenia o sowieckiej utopii i o (pozostającym w bezpiecznym oddaleniu) szlachetnym zwycięzcy Hitlera, Stalinie, nabierały atrakcyjności dla sporej grupy Francuzów, zwłaszcza przedwojennej lewicy. Sowiecka propaganda doskonale potrafiła grać na tych kompleksach, umiejętnie naciskając to klawisz "kolaboracja", to znów "antyamerykanizm".

Sprawa Krawczenki zaczęła się dość banalnie, by szybko stać się tematem codziennych prasowych doniesień, dyskusji i komentarzy, przez długi czas wywołując temat Gułagu i stalinowskich zbrodni przed oczy zachodniej opinii publicznej. Wiktor Krawczenko mógłby właściwie uchodzić za pozytywny przykład awansu społecznego w ZSRS. Będąc synem robotnika, zdobył dyplom inżyniera metalurga i rozpoczął szybką karierę w sowieckim przemyśle ciężkim. Wcześnie zaczął obejmować kierownicze stanowiska w hutach i na budowach nowych kombinatów metalurgicznych. Musiał cieszyć się u władz dobrą opinią i zaufaniem, gdyż w roku 1943 wysłano go do Waszyngtonu w składzie sowieckiej delegacji, zajmującej się zakupem sprzętu technicznego w ramach operacji lend-lease. 3 kwietnia 1944 roku Krawczenko uciekł swoim sowieckim opiekunom, czyli, jak się wówczas mówiło, wybrał wolność. Sowiecka ambasada natychmiast zażądała od władz amerykańskich schwytania Krawczenki i przekazania go Sowietom jako "dezertera". Każdy, kto wiedział cokolwiek o Stalinie, orientował się doskonale, jaki los czekał Krawczenkę, gdyby został im wydany. Ale raz jeszcze okazało się, że Związek Sowiecki mógł zawsze liczyć na jednego ze swoich najbardziej wypróbowanych amerykańskich wielbicieli, Josepha Daviesa. Były ambasador USA w Moskwie uruchomił swoje kontakty w Departamencie Stanu oraz osobiście usiłował przekonać swego przyjaciela Roosevelta, by deportować Krawczenkę do ZSRS. Jednocześnie jeden z najbardziej zaufanych doradców Roosevelta, Harry Hopkins (co do którego istnieją bardzo przekonujące dowody, że był sowieckim agentem), zapewniał Roosevelta, że Krawczenkę można deportować po cichu, unikając niepotrzebnego rozgłosu i skandalu. Roosevelt jednak nie chciał ryzykować, zwłaszcza że FBI pod wodzą antykomunisty Hoovera zdążyło już sprawę nagłośnić i ostrzec Krawczenkę, by tymczasem dobrze się ukrył.

Wybrałem wolność - taki był tytuł książki, którą Krawczenko opublikował w USA w roku 1946 - w dwa lata po swojej ucieczce i rok po śmierci Roosevelta. Książka była otwartą rozprawą z systemem stalinowskim. Czerpiąc z własnych długoletnich doświadczeń i obserwacji, Krawczenko opisał system powszechnego przymusu, strachu i zniewolenia. Pochodził z Ukrainy, znał więc niektóre szczegóły zbrodniczej kolektywizacji z lat 30. Jako inżynier w przemyśle ciężkim miał naoczną wiedzę o systemie pracy przymusowej. Wreszcie jako funkcjonariusz państwowy wiedział niejedno o stalinowskich czystkach, które zagarnęły wielu jego kolegów i współpracowników. Książka Krawczenki ukazała się w momencie, gdy amerykańska polityka i oficjalna retoryka państwowa wobec ZSRS zaczynała już wyraźnie ewoluować od niedawnych wojennych zachwytów w stronę zimnowojennych potępień. Nie zagłuszano więc Krawczenki metodami administracyjnych nacisków, przeciwnie, jego książka szybko zyskała rozgłos. Przetłumaczono ją na 19 języków. "Uważam, że jest to najbardziej znacząca i odkrywcza książka o ZSRS, jaka pojawiła się do tej pory" - pisała amerykańska komentatorka Dorothy Thompson.

Naturalnie władze sowieckie nie przeszły nad tym ciosem do porządku dziennego. Krawczenko zaczął dostawać anonimy z groźbami, a prasa komunistyczna rozpoczęła atak, zarzucając mu, rzecz jasna, antysowieckie kłamstwa i oszczerstwa. Na tej propagandowej fali pismo "Soviet Patriot", kontrolowane przez sowiecki MSZ, ogłosiło w październiku 1947 roku, że Krawczenko współpracował z wywiadem amerykańskim, i że będąc członkiem sowieckiej delegacji w Waszyngtonie, sprzedawał Amerykanom tajne dokumenty z sejfów tamtejszej sowieckiej ambasady. Pismo dowodziło również, że Krawczenko nie był autorem książki Wybrałem wolności że książka ta została spreparowana na polecenie administracji Trumana. W miesiąc później te same, choć twórczo rozwinięte wątki pojawiły się w tygodniku francuskich komunistów "Les Lettres francaises". Artykuł Jak sfabrykowano Krawczenkę, podpisany nazwiskiem Sim Thomas, obnażał rzekome zakulisowe machinacje wywiadu amerykańskiego towarzyszące powstaniu książki Krawczenki. Autor artykułu powoływał się na osobiste kontakty z anonimowym agentem amerykańskiego wywiadu OSS, dzięki któremu uzyskał dostęp do tajnych informacji. Według relacji Thomasa Krawczenko był pospolitym pijakiem, hulaką i hazardzistą, który podpadł swoim przełożonym podczas pobytu w Waszyngtonie. Oczekując na karne odesłanie do ZSRS, Krawczenko miał po cichu zobowiązać się do współpracy z OSS w zamian za spłatę swoich karcianych długów przez Amerykanów oraz azyl polityczny w USA. Thomas potwierdził, że Krawczenko nie napisał swojej książki, gdyż był na to po prostu zbyt ograniczony umysłowo. Wybrałem wolność to bez żadnej wątpliwości dzieło spreparowane na użytek amerykańskiej propagandy antysowieckiej - dowodził Thomas. Opisane w niej fakty to wierutne kłamstwa, a Krawczenko jest "żałosną kreaturą", "ordynarnym zdrajcą", "wrogiem Francji i jej wojennych sojuszników" - jednym słowem "marionetką, której sznurki noszą oznakowanie made in USA".

Krawczenko pozwał pismo "Les Lettres francaises" do sądu o oszczerstwo. Sąd w Paryżu wyznaczył początek rozprawy na 24 stycznia 1949 roku. Zachodnia prasa informowała szeroko o zbliżającym się procesie. Znaczenie tej sprawy, jeszcze zanim się rozpoczęła, przekroczyło wymiar prywatnego procesu o zniesławienie. Dostrzegano w niej publiczną konfrontację dwu radykalnie sprzecznych obrazów stalinowskiego reżimu funkcjonujących w zachodnich mediach. Z jednej strony był wizerunek postępowej ojczyzny proletariatu, utrwalany przez niezliczone "autorytety" tamtej epoki. Z drugiej obraz zbrodniczego reżimu, opartego na kłamstwie i terrorze - potwierdzany coraz liczniejszymi relacjami świadków. Niebagatelne znaczenie miało miejsce rozprawy. Krawczenko był świadom siły francuskiego komunizmu i zasięgu prosowieckich sympatii we Francji. Z premedytacją wybrał właśnie Francję jako scenę własnej konfrontacji z sowiecką propagandą. Równie dobrze mógł wytoczyć taki sam proces komunistom amerykańskim, którzy drukowali na jego temat podobne kłamstwa.

Celowo postanowiłem powziąć kroki we Francji - pisał. - Pozew o oszczerstwo przeciwko komunistycznej gazecie w USA nie miałby wielkiego znaczenia, bo komunistyczna prasa amerykańska nie miała wielkich wpływów poza kręgiem jej wiernych czytelników. [...] Ale Francja była frontem europejskiej walki z komunizmem. Francuska Partia Komunistyczna była wielka i potężna, osiągnąwszy w ostatnich wyborach 30 procent głosów. Francja była pozycją strategiczną, której Moskwa musiała bronić. Był to jeden z kluczowych powodów, dla których zdecydowałem się zaatakować we Francji. To ja dokonałem tego wyboru.

Krawczenko zdawał sobie sprawę, że jego starcie z "Les Lettres francaises" będzie publiczną konfrontacją z całym sowieckim ustrojem. Do takiej właśnie konfrontacji dążył. Rozumiał, że w tym procesie nie szło w gruncie rzeczy o to, czy pozwana redakcja francuskiego pisma będzie w stanie udowodnić prawdziwość własnych oskarżeń wobec niego. Szło o to, czy sam Krawczenko zdoła publicznie dowieść, że jego krytyka stalinowskiego państwa oparta jest na prawdzie. By sprostać temu zadaniu, potrzebował świadków. W tym celu zwrócił się do licznych uchodźców z ZSRS, byłych sowieckich jeńców wojennych i przymusowych robotników Hitlera, którym udało się ujść nagonce powojennej "repatriacji". Wielu z nich znajdowało się nadal w obozach dipisów. Apel spotka się z natychmiastową odpowiedzią. Krawczenko wspominał:

Odzew był zadziwiający. Zaczęły nadchodzić najpierw dziesiątki, potem setki, a wreszcie tysiące listów. Nadchodziły z każdego kraju, w którym istniały obozy dla uchodźców z raju Stalina albo z piekła Hitlera. Adresowane były nie tylko do gazet, ale do moich wydawców i adwokatów, albo do władz państwowych. Wydawało się, że każdy tułacz w Europie pragnął dostać szansę opowiedzenia przed oczami Zachodu swojej gorzkiej historii życia pod sowieckim jarzmem.

Krawczenko dobierał świadków ostrożnie. Z jednej strony nie chciał, by byli wśród nich ludzie, których rodziny znajdowały się pod panowaniem sowieckim, ponieważ stałyby się one z pewnością celem stalinowskich represji oraz byłyby wygodną podstawą do szantażowania świadków. Z drugiej strony Krawczenko starał się eliminować zdeklarowanych przeciwników politycznych sowieckiego reżimu oraz osoby zamieszane w jakikolwiek sposób we współpracę z Niemcami w czasie wojny. Wiedział, że w procesie strona komunistyczna będzie dążyć za wszelką cenę do dyskredytacji jego świadków. Zresztą pomimo tej ostrożności Krawczenki władze sowieckie i tak nie omieszkały uciec się do stałego repertuaru środków propagandy i nacisku, oskarżając publicznie świadków Krawczenki o kolaborację z hitlerowcami i domagając się od rządu Francji ich deportacji do ZSRS. A gdy rząd francuski odmówił, agencja TASS rozdarła szaty przed światem: "Rząd francuski ma czelność zaprosić do francuskiego sądu osoby, których sama obecność we Francji jest oburzająca. [...] Jest to jasny dowód, że proces Krawczenki to manipulacja w celu przygotowania antysowieckiej wojny, organizowanej przez amerykański wywiad".

W nagonce propagandowej na Krawczenkę stosowano prostą, lecz sprawdzoną taktykę. Francuskie pisma komunistyczne z "L'Humanite" na czele drukowały na polecenie Moskwy rozmaite kalumnie, następnie państwowa propaganda sowiecka powoływała się na niejako na stanowisko francuskiej opinii publicznej. "Próby torpedowania radzieckich żądań przez francuskie koła rządzące wzbudzają oburzenie postępowego społeczeństwa w stolicy Francji" - oświadczał TASS na podstawie komentarza "L'Humanite" w sprawie rzekomych zbrodniarzy wojennych wśród świadków Krawczenki. Już po rozpoczęciu procesu francuskie Towarzystwo Przyjaciół ZSRS zwołało na 3 lutego w Paryżu wiec potępiający Krawczenkę jako antysowieckiego oszczercę i agenta amerykańskiego imperializmu. Na ulicach pojawiły się żółte afisze z napisem: "Krawczenko przeciw Francji". Niżej umieszczono tekst:

Podczas wojny Krawczenko zdradził swoją ojczyznę! W czasie gdy Rosja przelewała krew w imię wyzwolenia Francji, on usiłował zasiać niezgodę wśród aliantów, zasługując na poklask Hitlera i Goebbelsa. Dziś, kiedy niemieckie zagrożenie pojawia się znowu, ten sam Krawczenko znów angażuje się w rozgrywki wrogów Francji, starając się zniszczyć francusko-sowiecki sojusz, podstawę bezpieczeństwa naszego kraju. Kto da odpór oszczerstwom Krawczenki?

Ktoś cierpiący na amnezję mógłby, czytając te słowa, dojść do wniosku, że Francja została wyzwolona przez Rosjan, a nie Amerykanów i Brytyjczyków.

W kampanii sterowanej z Moskwy cały czas potrącano struny antyamerykanizmu. "Krawczenko jest tylko pionkiem w starej grze - pisali komentatorzy "Les Lettres francaises". - "Dawniej takie kanalie przybywały do nas z Niemiec. Dzisiaj importuje się je z Ameryki. Inspiruje je Truman. Lecz dopóki istnieć będą Krawczenkowie, dopóty znajdą się wolni ludzie, by dać im odpowiedź".

Znajome akordy antyamerykanskie, na które tak wyraźnie liczono, zabrzmiały donośnie już na początku rozprawy sądowej. Przed sądem reprezentowali "Les Lettres francaises" redaktorzy Claude Morgan i Andre Wurmser. We wstępnym oświadczeniu Wurmser grzmiał: "To jest proces przeciwko [...] francuskim pisarzom i przeciw ważnej części francuskiej opinii [publicznej] [...]. To proces polityczny, którym obca propaganda zamierza posłużyć się, by podkopać przyjaźń naszego kraju z innym krajem [...]. To oskarżenie zostało wniesione przez obce siły, które mieszają się w wewnętrzną i zagraniczną politykę Francji". Owe złowrogie obce siły mieszające się w wewnętrzne sprawy Francji to oczywiście USA, natomiast krajem, z którym Francja się przyjaźni, jest naturalnie ZSRS; paryski redaktor nie musiał nawet tego wyjaśniać.

Proces rozpoczął się jednak kompromitacją "Les Lettres francaises". Pozwany autor artykułu oczerniającego Krawczenkę, Sim Thomas, nie pojawił się w sądzie. Wurmser i Morgan wyjaśnili, że Sim Thomas nie przybył z USA w obawie przed represjami, ale ani sędzia Durckheim, ani większa część prasy nie dali wiary tym wykrętom. Tajemniczy Amerykanin z kontaktami w OSS po prostu nie istniał. Ten, który twierdził, że Krawczenkę sfabrykowano, sam okazał się sfabrykowany.

Dalszy ciąg procesu był właściwie pasmem kolejnych kompromitacji komunistycznych redaktorów paryskiego pisma oraz, siłą rzeczy, ich kremlowskich protektorów. Używali oni tradycyjnej metody oddziaływania na publiczność poprzez "autorytety". Powoływali na świadków znane postacie życia kulturalnego, które już wcześniej zachwycały się cudami sowieckiej cywilizacji, odwiedzały Gułag w latach 30. i pisały o tym entuzjastyczne książki. Jako wybitny znawca sowieckiej rzeczywistości wystąpił przed sądem znany chwalca Stalina, dziekan Canterbury, wielebny Hewlett Johnson. Miał on obalić wiarygodność sporządzonych przez Krawczenkę opisów głodu na Ukrainie i warunków życia w łagrach. Na znanego duchownego można było liczyć przy takich okazjach. W czarnym roku 1937 Hewlett Johnson odbył podróż do ZSRS, z której wrócił zachwycony. W dwa lata później wydał książkę pod tytułem Socjalistyczna jedna szósta świata. Pisał w niej min.: "Komuniści zawstydzają chrześcijan, jeśli idzie o rzetelność, z którą dążą do społecznej harmonii. Komuniści udowadniają, że to właśnie oni są spadkobiercami chrześcijańskich dążeń". Teraz zaś, w roku 1949, nietracący nigdy dobrego samopoczucia moralnego dziekan Canterbury z całą stanowczością zapewnił sąd i publiczność francuską, że ma dogłębną wiedzę o ZSRS, gdyż dwukrotnie odwiedzał ten kraj i rozmawiał z najbardziej reprezentatywnymi osobistościami sowieckiego życia publicznego. Ta wiedza upoważniała go do stwierdzenia, że w ZSRS panuje niczym nieskrępowana wolność obywatelska. W retorycznym geście rzucił na szalę swój autorytet, wołając: "Jeśli Krawczenko powiedział prawdę, to ja kłamałem". Spodziewał się najwidoczniej, że jego słowa wywołają falę ugrzecznionych zaprzeczeń, ale wywołały tylko śmiech na widowni.

Wśród świadków powołanych przez "Les Lettres francaises" znajdowali się senatorzy, generałowie, posłowie, byli ministrowie, uczeni, filozofowie, pisarze, dziennikarze, a nawet jeden markiz (Emmanuel d'Astier de la Vigerie). Świadkami Krawczenki przeciwko ojczyźnie proletariatu byli uchodźcy, robotnicy, chłopi, inżynierowie, lekarze. "W tym kontraście zawierała się gorzka ironia - pisał Krawczenko. - "Zamożne, cieszące się powodzeniem osobistości przybyły na salę sądową bronić reżimu, który mianował się sam obrońcą człowieka pracy. Jednocześnie przybyli do sądu ludzie pracy - moi świadkowie - by odebrać temu reżimowi prawo do takiego miana". Władze sowieckie przysłały samolotem z Moskwy do Paryża specjalnie przygotowanych świadków, ale w ogniu pytań adwokatów Krawczenki - Izarda, Heiszmana, Alperovitcha i Spinozy - wikłali się oni we własnych kłamstwach i wychodzili z wyuczonych ról. Pytani np. o znane sowieckie osobistości, które zniknęły w stalinowskich czystkach, udzielali często jedynej poprawnej w państwie Stalina odpowiedzi - "nie słyszałem o takim". Nieraz okazywało się, że "nie słyszeli" o własnych byłych przełożonych i kolegach. Na sali coraz częściej rozbrzmiewały salwy śmiechu.

Tymczasem świadkowie Krawczenki opowiadali swoje historie. Ze szczegółami opisywali głód, śmierć bliskich, ludożerstwo, aresztowania, tortury, egzekucje, brutalność w więzieniach i łagrach. Ukraiński chłop z obozu dipisów, Iwan Puszkar, opowiadał przed paryskim sądem o swoim pobycie w łagrze na Kołymie. Po dwumiesięcznej podróży pociągiem i rejsie w ładowni statku więziennego z Władywostoku do Magadanu Puszkar znalazł się na pryczy obozu przejściowego. Tak opisywał swoich sąsiadów w baraku:

Stary człowiek o nazwisku Kiliberda dostał 15 lat za to, że był w Hiszpanii (był analfabetą i nie potrafił nawet poprawnie wymówić nazwy tego kraju) i zatopił tam sowiecki okręt. Właściwie to nigdy nie był on dalej niż parę wiorst od swojej wsi. Jako człowiek niepiśmienny podpisał się krzyżykiem pod zeznaniami [...] Palacz z kotłowni, niejaki Docenko, został skazany na 10 lat, bo jego ojciec był jakoby księciem i obszarnikiem przed rewolucją. Docenko, prosty robotnik, prawdziwego księcia w życiu nie widział. Ale skazali go mimo zaprzeczeń. A pop, który był z nami, dostał 15 lat za wzywanie ludzi na nabożeństwo. [...] Po sześciu miesiącach łagru tak osłabłem, że przydzielili mnie do rąbania drzewa na opał. [...] Niektórzy moi towarzysze mieli nieszczęście stracić tyle sił, że wysłali ich na "piątą wyprawę" - do specjalnej zony dla umierających, skąd nikt nigdy nie wracał.

Inny świadek, nazwiskiem Antonow, mówił w paryskim Pałacu Sprawiedliwości o śledztwie, jakiemu go poddano, zanim trafił do łagru na budowę Kanału Białomorskiego. Oto parę fragmentów jego zeznań:

Na czwartym przesłuchaniu ten, który mnie przesłuchiwał (nazywał się Sołogub) zawołał dwóch strażników [...], którzy pobili mnie po twarzy, związali mi ręce z tyłu i nogi też [...] i rzucili mnie na ziemię. Sołogub kazał im "masować" mnie po brzuchu. Masowanie brzucha odbywało się następująco: Jeden strażnik przyciskał mi głowę do ziemi, Sołogub stanął na moich nogach, a drugi strażnik bił mnie po brzuchu workiem z piaskiem, aż mój brzuch opuchł wyraźnie. Plułem flegmą i krwią. [...] Ponieważ krzyczałem, Sołogub kazał mnie zakneblować i wepchnęli mi w usta szmatę ociekającą świeżą krwią i flegmą. Uświadomiłem sobie, że już jej używali na innych więźniach. Po pewnym czasie zacząłem tracić przytomność. [...] Potem posadzili mnie na stołku i zapytali, czy podpiszę. Nie mogłem mówić, więc chyba wywnioskowali z mojego wyrazu twarzy, że nie mogłem podpisać. Sołogub powiedział: - "On niezbyt dobrze rozumie. Widocznie ma coś nie w porządku z głową. Zróbcie mu kompres". Tym razem jeden trzymał mnie za nogi, drugi za ramiona, a trzeci zaczął mnie bić po głowie małym woreczkiem z piaskiem. [...] Strażnicy wynieśli mnie na podwórze, na mróz. Byłem mokry od wymiotów i odchodów; szybko zacząłem zamarzać. Postawili wartownika koło mnie. Głośno krzyczałem, bo czułem, jak odmrażają mi się uszy i palce. Włosy miałem pokryte lodem.

Nie były to rzeczy nowe, zachodnia publiczność miała wówczas, jak i przedtem, wiele okazji, by poznać podobne wspomnienia niejednego sowieckiego więźnia. Nowe świadectwa wciąż pojawiały się wówczas na Zachodzie w skali większej niż dotychczas. Trzeba jednak było tego publicznego spektaklu w Pałacu Sprawiedliwości, by zwrócić szerszą uwagę na dramat, dokonujący się od tylu lat w ZSRS.

Jedyną osobą znaną (zwłaszcza w kręgach lewicowych) na liście świadków Krawczenki była Margarete Buber-Neumann, wdowa po byłym członku Politbiura niemieckiej kompartii Heinzu Neumannie. Margarete Buber-Neumann działała w ruchu komunistycznym od najmłodszych lat. W latach 1921-1926 była członkinią niemieckiego odpowiednika Komsomołu, a od 1926 do 1937 była już w "dorosłej" Niemieckiej Partii Komunistycznej. Po dojściu Hitlera do władzy Neumannowie opuścili Niemcy i schronili się najpierw w Hiszpanii, a potem w Szwajcarii. W roku 1935 dotarli do Moskwy i zamieszkali w słynnym hotelu Lux, gdzie stalinowski reżim trzymał pod okiem wielu wysoko postawionych zagranicznych komunistów. Neumann został aresztowany w 1937 roku (znaleziono u niego "odchylenie"), a Margarete rok później. O mężu słuch zaginął, zaś ona trafiła do łagru w Karagandzie. Publiczność paryska wysłuchała raz jeszcze opowiadania o łagrach. Znała już ten temat, lecz w opowiadaniu tego świadka pojawił się nowy, mało znany wątek. Margarete Buber-Neumann opowiedziała, jak w styczniu 1940 roku, na mocy porozumienia sowiecko-niemieckiego, została przekazana przez NKWD, wraz z grupką 30 innych niemieckich komunistów, w ręce Gestapo na nowej granicy sowiecko-niemieckiej w Brześciu. Hitlerowcy zabrali Margarete do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. W hitlerowskim obozie niemieckie więźniarki-komunistki nie chciały jej wierzyć, gdy mówiła o Gułagu, i traktowały ją jak wroga rozpowszechniającego antysowieckie kłamstwa. Przeżyła Ravensbrück. Gdy zeznawała przed paryskim sądem, adwokat "Les Lettres francaises" Nordmann przerwał jej: "Wyzwolili panią Rosjanie! Powinna pani być im wdzięczna!". Ona odparła: "Prawdę mówiąc, kiedy zbliżyli się do obozu, uciekłam". Mecenas Nordmann w końcowym przemówieniu twierdził jednak, że Margarete Buber-Neumann kłamała, a do Niemiec hitlerowskich wyjechała z ZSRS na własne życzenie. "Zwróciła się w Moskwie do ambasady niemieckiej z prośbą o repatriację i zezwolono jej na powrót do ojczyzny. Myślała, że powitają ją tam uroczyście jako żonę hitlerowskiego agenta. Ale z jakichś przyczyn znalazła się w Ravensbrück".

Proces zakończył się spektakularną przegraną francuskich komunistów. Była to jednocześnie kompromitująca porażka propagandy sowieckiej na arenie międzynarodowej. Odtąd władze sowieckie już nigdy nie konfrontowały w bezpośredniej, otwartej debacie uciekinierów z ZSRS i świadków komunistycznych zbrodni. A jednak nawet tak wyraźna kompromitacja Sowietów nie wszystkich obserwatorów przekonała. Znaczna część francuskich środowisk opiniotwórczych pozostała zupełnie odporna na fakty. Pisał o nich Stephen Spender: "Wystarczyło, że Krawczenko jest przeciwnikiem ustroju sowieckiego. Znaczyło to, że nie może mieć racji".

Krawczenko opisał paryski proces w swojej następnej książce, Wybrałem sprawiedliwość. W roku 1966 znaleziono go martwego w jego nowojorskim mieszkaniu. Śmierć uznano za samobójczą. Londyński "Times" opublikował z tej okazji nekrolog, w którym nazwał książkę Krawczenki Wybrałem wolność "zatrutym owocem zimnej wojny" - jak gdyby prawdziwość tej książki nie została dostatecznie dowiedziona na oczach świata 16 lat wcześniej. W trzy lata po śmierci Krawczenki redaktor i wydawca "Les Lettres francaises" Claude Morgan - przeciwnik Krawczenki z sali sądowej - opublikował swoją autobiografię, w której przyznał: "Krawczenko miał słuszność". Wyznał też, że chciał zaraz po śmierci Krawczenki oddać mu hołd, ale wówczas jeszcze "było na to za wcześnie".

Rzeczywiście, ludzie z kręgu "Les Lettres francaises" oraz ich sowieccy opiekunowie nie wyciągnęli, jak się wydaje, żadnej nauki z własnej kompromitacji. Albo przeciwnie - doszli do wniosku, że nie mają nic do stracenia, i za jedyną skuteczną taktykę uznali konsekwentne zaprzeczanie faktom. Krótko mówiąc, "szli w zaparte". Jeszcze nie przebrzmiały prasowe echa sprawy Krawczenki, a redaktorzy "Les Lettres francaises" znowu znaleźli się w sądzie, w charakterze pozwanych o oszczerstwo. I znów sprawa poszła o prawdę i kłamstwo na temat Gułagu.

Oskarżenie wniósł 5 listopada 1950 roku David Rousset - były trockista, działacz francuskiego ruchu oporu i więzień hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Rousset znany był francuskiej publiczności jako autor na poły wspomnieniowej, na poły eseistycznej książki o niemieckich kacetach, L'Univers concentrationnaire, którą nagrodzono w roku 1946 Nagrodą Renaudot. Rousset żywo interesował się doniesieniami o wciąż funkcjonujących obozach sowieckich. W osiem miesięcy po zakończeniu sprawy Krawczenki, 12 listopada 1949 roku, wezwał byłych więźniów hitlerowskich do solidarności z więźniami stalinowskimi i zażądał publicznego śledztwa w sprawie Gułagu.

Prasa komunistyczna zareagowała na apel Rousseta tak, jakby proces Krawczenki nigdy nie miał miejsca; jak gdyby nie potwierdzono właśnie przed oczami świata sowieckich zbrodni. "Les Lettres francaises" - pismo niedawno skompromitowane własnymi kłamstwami - znów, jakby nigdy nic, stanęło na czele prasowej nagonki, twierdząc, że rzekome okropności sowieckich łagrów to po prostu wymysły antykomunistycznej propagandy. Redaktor "Les Lettres francaises" Pierre Daix - były więzień hitlerowskich obozów (podobnie jak Rousset) - zasłynął takimi stwierdzeniami: "Obozy reedukacyjne w Związku Sowieckim są osiągnięciem świadczącym o całkowitym zniesieniu wyzysku człowieka przez człowieka, rozstrzygającym probierzem tego, że zwycięski socjalizm dąży do wyzwolenia człowieka od wyzysku poprzez wyzwolenie także samych ciemiężców, niewolników swojego własnego ucisku". Margarete Buber-Neumann skomentowała tę kolejną kampanię kłamstw w artykule na łamach "Figaro Litteraire" pod wiele mówiącym tytułem Dochodzenie w sprawie obozów sowieckich. Kto jest gorszy, Szatan czy Belzebub? A kiedy w "Les Lettres francaises" pojawiło się stwierdzenie, iż David Rousset, dowodząc istnienia sowieckich łagrów, sfałszował cytat z kodeksu karnego ZSRS, Rousset pozwał redakcję francuskiego pisma do sądu.

O ile świadkowie Krawczenki byli w większości prostymi ludźmi z obozów dla dipisów, o tyle Rousset powołał na świadków byłych więźniów Gułagu o nazwiskach nierzadko znanych, szczególnie w środowiskach lewicowych. Przed paryskim sądem pojawili się teraz byli zachodni działacze komunistyczni i sympatycy ZSRS, którzy szukając schronienia w państwie Stalina, trafili tam do łagrów i więzień. Od tysięcy zachodnich komunistów o podobnych życiorysach różnili się tym, że udało im się ocaleć i opuścić kraj swoich marzeń, który stał się miejscem ich gehenny. Było wśród nich dwoje ludzi zawdzięczających być może swoje ocalenie - paradoksalnie - temu, że NKWD przekazało ich w roku 1940 w ręce Gestapo: wspomniana już Margarete Buber-Neumann i Aleksander Weissberg. Byli też tacy, którzy - dzięki polskiemu obywatelstwu - opuścili ojczyznę światowego proletariatu wraz z armią Andersa. Innym udało się uciec przez granicę lub zostać uwolnionym na żądanie zachodnich rządów.

Rousset dobrał świadków tak, by już na wstępie pozbawić swoich oponentów ich ulubionego argumentu, że ludzie mówiący cokolwiek złego o państwie Stalina kierują się jedynie motywami politycznymi i ideologicznymi. Lewicowe referencje świadków Rousseta były przynajmniej równie dobre, a często nawet lepsze, niż referencje samych redaktorów "Les Lettres francaises". Świadkowie Rousseta mieli nad swoimi oponentami tę niezaprzeczalną przewagę, że dane im było skonfrontować własne komunistyczne idee z komunizmem rzeczywistym w jego ojczyźnie. W odróżnieniu od propagandystów z Paryża czy takich "znawców" ZSRS jak wielebny Hewlett Johnson mówili nie o mirażach i projekcjach własnej wyobraźni, lecz o faktach. To, że wielu świadków Rousseta było Żydami, odbierało komunistycznej propagandzie kolejną broń, którą szafowała ona hojnie podczas procesu Krawczenki, mianowicie oskarżenie o prohitlerowską przeszłość świadków.

Jako pierwszy świadek oskarżenia pojawiła się przed paryskim sądem drobna, szczupła, wyraźnie stremowana kobieta. Była to Elinor Lipper. Wypuszczono ją zaledwie dwa lata wcześniej z Kraju Rad na żądanie władz szwajcarskich. Miała za sobą 10 lat Kołymy. W Szwajcarii właśnie ukazały się po niemiecku jej łagrowe wspomnienia, a angielskie tłumaczenie było już w przygotowaniu. To właśnie w tej książce Lipper opisała z niezrównanym sarkazmem wizytę wiceprezydenta USA Wallace'a i profesora Lattimore'a na Kołymie w roku 1944. Na sali sądowej natychmiast zaatakowali ją adwokaci "Les Lettres francaises", twierdząc, że jej osobiste nieszczęścia i przeżycia w ZSRS o niczym nie świadczą. Elinor Lipper otwierała niezwykłą galerię postaci, które przewinąć się miały przed sądem, świadcząc przeciwko komunizmowi i jego dokonaniom.

Był wśród nich wspomniany już Jerzy Gliksman. W wydanych w roku 1948 wspomnieniach z Gułagu Gliksman opisał drobiazgowo sowieckie metody zniewalania i eksploatacji człowieka jako taniej siły roboczej. Jego książka spotkała się z zainteresowaniem, zwłaszcza w USA. William Henry Chamberlin pisał w "Chicago Tribune":

Jedną z najbardziej upiornych cech sowieckiego systemu jest to, że podczas gdy żadni niezależni zagraniczni obserwatorzy nie są dopuszczani do obozów koncentracyjnych, system ten jest gloryfikowany w sztukach teatralnych i powieściach jako wkład w odrodzenie przestępców. Gliksman, podczas swej wcześniejszej wizyty w Rosji, oglądał propagandową sztukę na ten temat. Jako niewolnik miał sposobność porównania propagandowego obrazu z rzeczywistością. To, co zastał, było nieszczęściem, brudem, pracą ponad siły, głodem i systematycznym pielęgnowaniem najbardziej bestialskich ludzkich pasji.

Innym autorem niedawno wydanych na Zachodzie wspomnień łagrowych, który zajął teraz miejsce świadka przed paryskim sądem, był Juliusz Margolin. Jego Podróż do kraju zeka ukazała się po francusku w roku 1949, a zatem francuska publiczność miała czas się z nią zapoznać między sprawą Krawczenki a sprawą Rousseta. Margolin - pochodzący z Pińska filozof z doktoratem z Uniwersytetu Berlińskiego - był syjonistą. W roku 1936 wyemigrował z Polski do Palestyny. W 1939 roku przyjechał z wizytą do Łodzi i tu zastała go niemiecka inwazja. Jak wielu polskich Żydów, uciekł na wschód, zatrzymując się w rodzinnym Pińsku. Tu jednak aresztowało go NKWD. Z pięcioletnim wyrokiem trafił do Gułagu. Został zwolniony jako obywatel Polski, by w końcu trafić z powrotem do Palestyny.

Kolejnego świadka Rousseta - Margarete Buber-Neumann - nie trzeba było przedstawiać redaktorom "Les Lettres francaises". Właśnie ukazał się angielski przekład jej wspomnień z sowieckich i hitlerowskich obozów (pierwsza część niemieckiego oryginału wyszła w roku 1945). We wstępie do tego niezwykłego studium porównawczego dwóch morderczych tyranii XX wieku autorka wyznaje, że napisała je, "żeby świat dowiedział się na podstawie [jej] osobistych doświadczeń, co musi się stać, gdy ludzka godność traktowana jest z cyniczną pogardą". Trzeba tu przypomnieć, że w zachodnich kręgach lewicującej elity intelektualnej jakiekolwiek porównania komunizmu z hitleryzmem spotykały się z gniewnym potępieniem. W czasie gdy Margarete Buber-Neumann, osoba upoważniona jak mało kto do takich porównań, zeznawała przed paryskim sądem, inna kobieta - Hannah Arendt - przygotowywała do druku w Stanach Zjednoczonych książkę, w której analizowała hitleryzm i stalinizm jako dwa przejawy szerszego zjawiska, określanego już wcześniej przez niektórych pisarzy mianem totalitaryzmu. Książka nosiła tytuł Korzenie totalitaryzmu i miała w przyszłości stać się przedmiotem żywej debaty zachodnich elit intelektualnych wokół komunizmu.

Obok Margarete Buber-Neumann pojawił się w paryskim sądzie jeszcze jeden więzień spośród tych, których NKWD przekazało tego samego dnia, na moście w Brześciu, w ręce Gestapo. Był nim Aleksander Weissberg. "Mdło mi się robi, gdy widzę Niemca zeznającego przed francuskim sądem" - powitał go jeden z obrońców "Les Lettres francaises". Weissberg nie był oczywiście Niemcem, lecz Żydem z Krakowa, wykształconym w Wiedniu. Zauroczony powabem ZSRS przeniósł się do tego kraju w roku 1931, gdzie jako fizyk zaczął pracować w instytucie naukowym w Kijowie. Czystki lat 30. objęły i jego. Przeszedł przez więzienia i łagry, zanim zimą 1940 roku przetransportowano go do Brześcia i wydano Gestapo. Hitlerowcy jednak nie aresztowali Weissberga, lecz odesłali go jako Żyda do getta w Krakowie. Przeżył Holokaust dzięki ucieczce z getta i przyłączeniu się do polskiego podziemia. W 1947 roku udało mu się wydostać z komunistycznej Polski i osiąść w Anglii.

Aby uciszyć absurdalne i obelżywe ataki adwokatów "Les Lettres francaises", Weissberg przedstawił swoiste lewicowe zaświadczenie moralności. Był to list napisany przez grupę wybitnych zachodnich fizyków w czasie, gdy Weissberg przebywał w sowieckim więzieniu. Sygnatariusze listu zaświadczali, iż Weissberg był komunistą bez skazy, człowiekiem prawdziwie i bez reszty oddanym Związkowi Sowieckiemu. List podpisali m.in. Albert Einstein i Fryderyk Joliot-Curie. Ten ostatni był wiernym aktywistą Francuskiej Partii Komunistycznej, na którego zawsze można było liczyć. Niedawno zresztą wystąpił jako świadek "Les Lettres francaises" w sprawie Krawczenki. Teraz Weissberg przedstawiał paryskiemu sądowi świadectwo moralności wystawione przez tego zasłużonego propagandystę i naginacza prawdy. W sposób charakterystyczny we Francji lat powojennych ofiara komunizmu musiała dowodzić swojej wiarygodności przez okazanie własnej komunistycznej metryki oraz powołanie się na opinie komunistycznych manipulatorów.

W zeznaniach świadków Rousseta przed paryskim sądem pobrzmiewały tłumione od dawna echa hitlerowsko-stalinowskiego przymierza z lat 1939-1941, stalinowskich czystek, więzień i łagrów. Nie zabrakło też pogłosów hiszpańskiej wojny domowej. Na sali sądowej pojawił się jeden z jej komunistycznych bohaterów, Valentin Gonzalez, znany pod pseudonimem El Campesino - człowiek, o którym Ernest Hemingway pisał w roku 1940 w powieści Komu bije dzwon: "Był odważnym i twardym mężczyzną; nie było na świecie odważniej szych. Ale, Boże mój, jak on dużo gadał. Kiedy był podekscytowany, mówił wszystko, nie zwracając uwagi na konsekwencje. [...] Był jednak wspaniałym dowódcą brygady w sytuacjach, kiedy wyglądało na to, że wszystko było stracone. Nigdy nie wiedział, kiedy wszystko było stracone, i jeśli naprawdę było, to on znajdował wyjście w walce". Jak wielu hiszpańskich komunistów El Campesino schronił się po klęsce w ZSRS. W czasie II wojny światowej znalazł się w Uzbekistanie, gdzie cierpiał głód i żeby przeżyć, prowadził życie rozbójnika. W końcu podczas ucieczki przez góry do Persji został schwytany i trafił do aresztu NKWD. Mimo tortur nie podpisał fałszywych zeznań. Z trzyletnim wyrokiem (niezwykle łagodnym jak na owe czasy) trafił do łagrów Workuty. Pracując w kopalni, uległ wypadkowi. Zabrano go do szpitala, skąd uciekł z postanowieniem wydostania się za wszelką cenę z ZSRS. Tym razem dopiął swego i znalazł się w Persji. Wkrótce po procesie Rousseta, w roku 1952, ukazały się wspomnienia Valentina Gonzaleza El Campesino. Życie i śmierć w Rosji Sowieckiej.

Świadkowie Rousseta wpisywali się we wzbierający coraz bardziej nurt świadectw byłych komunistów i sympatyków Rosji Sowieckiej, którym dane było poznać - często na własnej skórze - ciemną stronę komunizmu i którzy nie szczędzili wysiłków, by podzielić się swoimi doświadczeniami i obserwacjami ze światem. Nurt ten pojawił się już dawno, gdy wielbiciele wczesnego bolszewizmu, jak Pierre Pascal, Panait Istrati, czy Victor Serge przejrzeli na oczy i nie omieszkali wyjaśnić swych postaw w książkach. Niebawem pojawili się inni, jak Ante Ciliga czy Arthur Koestler. Na przełomie lat 40. i 50., w okresie największego napięcia podczas wojny propagandowej między USA i ZSRS, świadectwa rozczarowanych komunistów wnosiły nowy element do zachodniej debaty publicznej: przełamywały wygodny schemat moralnej opozycji między lewicą a prawicą, między Stalinem a Hitlerem, odziedziczony po latach 30. i wzmocniony w czasie II wojny światowej. W środowiskach opiniotwórczych, gdzie lewicowość była obowiązującym warunkiem wszelkiej wiarygodności, tworzył się ważki precedens, przemawiający zwłaszcza do wyobraźni osób mających trudności z postawieniem znaku równości między lewicowością a pro-sowietyzmem.

Świadkowie wezwani przez Rousseta, by zeznawać przed paryskim sądem, byli w sytuacji nowej w porównaniu z wcześniejszymi świadkami Gułagu na Zachodzie z jeszcze jednego względu. W krótkim okresie między sprawą Krawczenki a sprawą Rousseta zmieniły się zauważalnie parametry debaty wokół komunizmu. Pod koniec czerwca 1950 roku odbył się w Berlinie Zachodnim Kongres Wolności Kultury, utworzono również międzynarodową organizację o tej samej nazwie. Pod względem politycznym była to odpowiedź Zachodu, a konkretnie rządu USA, na zorganizowany przez Sowietów w sierpniu 1948 roku we Wrocławiu Międzynarodowy Kongres Pokoju. Kongres Wolności Kultury był pierwszą zakrojoną na szeroką skalę próbą zaktywizowania intelektualistów zachodnich, by powstrzymać propagandowe oddziaływanie ZSRS na zachodni świat kultury, nauki, sztuki i mediów. Oficjalnie Kongres był finansowany przez Amerykańską Federację Pracy, ale w rzeczywistości finansowało go CIA, o czym wiedziało bardzo niewielu kongresowych działaczy. Fakt ten wyszedł na światło dzienne dopiero w roku 1967, powodując nietrudny do przewidzenia skandal i kryzys wiarygodności Kongresu (najgłośniej zresztą krytykowali ci, którzy sami ochoczo angażowali się w imprezy i instytucje organizowane przez odpowiednie służby sowieckie).

Tymczasem jednak organizatorzy Kongresu zdołali skupić wokół niego wiele pierwszoplanowych postaci z różnych kręgów zachodnich elit intelektualnych. Szczególnie aktywni byli rozczarowani komuniści, nierzadko o trockistowskich korzeniach. We władzach organizacji znaleźli się pisarz Arthur Koestler, były sekretarz Niemieckiej Partii Komunistycznej, i ówczesny burmistrz Berlina Zachodniego Ernst Reuter, były członek władz włoskiej kompartii Ignazio Silone oraz amerykański intelektualista znany niegdyś z prokomunistycznych poglądów Sidney Hook. Deklarację poparcia Kongresu podpisało w roku 1950 około 150 pisarzy, artystów, uczonych, polityków i dziennikarzy. Wśród intelektualistów francuskich w działalność Kongresu zaangażował się sam David Rousset, jak również postacie tak rozmaite pod względem ideowym jak Andre Gide, Raymond Aron, Denis de Rougemont, czy przewodniczący Kongresu Jules Romains. Honorowymi zastępcami przewodniczącego zostali Benedetto Croce, John Dewey, Karl Jaspers, Bertrand Russell, Jacques Maritain i Salvador de Maradiaga. Wśród niemieckich działaczy Kongresu była grupa przedwojennych emigrantów z Niemiec hitlerowskich z Carlem Friedrichem, Golo Mannem i Wilhelmem Roepkem. Aktywną rolę odgrywali też Aldous Huxley i Richard Crossman z Anglii, Szwajcar Francois Bondy, teolog z USA Richard Niebuhr, amerykański działacz związkowy Irving Brown i publicysta Melvyn Lasky. Pozdrowienia i wyrazy poparcia dla Kongresu przesłali m.in. Eleanor Roosevelt, John Dos Passos, Upton Sinclair, Andre Malreaux, Claude Duhamel, Victor Gollancz, Louis de Broglie, Julian Huxley i Carlo Levi. Zwraca uwagę obecność ludzi, którzy do niedawna nie umieli znaleźć wspólnego języka. Wczorajsi piewcy ZSRS, jak Upton Sinclair, John Dos Passos czy Andre Malreaux, składali teraz swoje podpisy obok nieprzejednanych krytyków tego reżimu - lewicowych, jak Bertrand Russell, oraz (rzadziej) prawicowych, jak choćby Raymond Aron.

Kongres Wolności Kultury zdołał zaproponować nowy język zachodniej debaty wokół komunizmu - ważny zwłaszcza dla lewicy. Sednem było potraktowanie tradycyjnego podziału na lewicę i prawicę jako kategorii, która nie powinna już dłużej zaciemniać prawdy o komunizmie i jego ojczyźnie. Arthur Koestler w przemówieniu berlińskim zakwestionował ten podział jako drugorzędny w nowej rzeczywistości XX wieku, gdzie dominuje konfrontacja między demokracją a totalitaryzmem - czy to brunatnym, czy czerwonym. Książka Hannah Arendt Korzenie totalitaryzmu stała się teoretyczną podbudową ideowej postawy środowisk skupionych wokół Kongresu. Porównując motywy i metody działania faszystów i komunistów, Arendt zwróciła uwagę na znaczenie obozów koncentracyjnych jako kwintesencji totalitaryzmu w obydwu wydaniach.

Prawda o Gułagu zyskała dla wielu intelektualistów Zachodu nowy status. Stała się tematem dociekań i refleksji, już bez odruchowych odwołań do tradycyjnych opozycji Stalin - Hitler, imperializm - socjalizm, lewica - prawica, które dotąd nakazywały przymykać oczy na komunistyczne zło. Opozycja totalitaryzm - demokracja pozwalała krytykować komunizm i faszyzm jednocześnie.

Atmosfera wokół komunizmu i jego ciemnej strony zmieniała się teraz w porównaniu z czasami przedwojennymi i wojennymi. Przed wojną można było ignorować doniesienia o Gułagu, czystkach i terrorze, powołując się na szczupłość świadectw. Teraz dostępny wszystkim materiał dowodowy był już tak obfity, a liczba świadków tak wielka, że tradycyjne wymówki traciły sens. Tę samą prawdę o ZSRS mówili na Zachodzie zbiegli w czasie wojny socjaliści, komuniści, przymusowi robotnicy Stalina i Hitlera, żołnierze Armii Czerwonej i armii Andersa, kobiety, mężczyźni, dzieci, katolicy, prawosławni, protestanci, muzułmanie, Żydzi, Polacy, Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, Tatarzy itd. W obliczu świadectw tak oczywistych i jednoznacznych można było albo przyjąć do wiadomości fakty, albo przestać się nimi zajmować.

Ludziom, którzy nadal zaprzeczali prawdzie o sowieckich łagrach i zbrodniach, nie chodziło już jednak o fakty. Aby zrozumieć motywy licznych zachodnich intelektualistów, którzy w dalszym ciągu uporczywie negowali doniesienia o ZSRS, trzeba przestać pytać o ich wiedzę, a skoncentrować się raczej na problematyce wiary oraz polityki. Wśród zachodnich elit intelektualnych doszło w tym czasie do niewidzianego od dawna na taką skalę odrodzenia wiary znanej Tertulianowi, za którym mogłyby one powtórzyć: "wierzę, gdyż jest to niedorzeczne". Do zestawu normalnych zachowań w tych środowiskach weszła teraz na dobre postawa, którą Nietzsche scharakteryzował kiedyś jako "odmowę zobaczenia czegoś, co się widzi - odmowę zobaczenia czegoś, ponieważ się widzi".

Prawda o ZSRS została jednocześnie upolityczniona w stopniu jeszcze bardziej radykalnym niż w latach 30. Im bardziej oczywiste i przytłaczające były dowody stalinowskich zbrodni, tym uporczywiej należało w pewnych środowiskach im zaprzeczać. Do historii przeszło uzasadnienie tej postawy, sformułowane przez Sartre'a, który nie zaprzeczał istnieniu łagrów w ZSRS, lecz stwierdził, że nie należy o nich mówić prawdy, by nie wprawiać w rozpacz francuskiego proletariatu (pour ne pas desesperer Billancourt). Gdyby francuscy robotnicy poznali prawdę o ZSRS - implikował paryski egzystencjalista - mogliby ulec bolesnemu rozczarowaniu i stracić wiarę w zbawczą moc komunizmu. Robert Conquest tak skomentował słowa Sartre'a:

Dlaczego więźniów obozów należało poświęcić w imię (mniej licznych) członków CGT [francuskiej komunistycznej centrali związkowej - D.T.], nie było jasne. Nie było też jasne, dlaczego opinia francuskiego proletariatu, jednego z nielicznych, które uległy wpływom komunizmu, powinna liczyć się na arenie międzynarodowej bardziej niż opinia antykomunistycznego proletariatu brytyjskiego, amerykańskiego czy niemieckiego. I dlaczego w tym kłamstwie ma również uczestniczyć inteligencja? Ten rodzaj postawy intelektualnej i etycznej można by uznać za przemijającą aberrację, historyczne kuriozum, i można by oczekiwać, że wszelki jej wyznawca utraci pozycję autorytetu moralnego. Tak się jednak nie stało i choćby dlatego sprawa ta warta jest przypomnienia.

Sartre nie był naturalnie pierwszym intelektualistą, który sformułował tego rodzaju moralny dylemat - czy mówić okrutną prawdę maluczkim, czy lepiej dla ich własnego dobra utwierdzać ich w optymistycznym kłamstwie? Z nieprześcignioną przenikliwością ten sposób myślenia ukazał Dostojewski w Legendzie Wielkiego Inkwizytora. Dylematami tego rodzaju dzielił się z czytelnikami w roku 1932 Antoni Słonimski, opisując swój powrót z ZSRS. Przypomnijmy, zapytany przez tragarza na warszawskim dworcu, "jak jest naprawdę" w Związku Sowieckim, wyczuł w tonie jego głosu nadzieję na potwierdzenie komunistycznych marzeń. Ale nie zdecydował się na zaspokojenie tej nadziei kosztem prawdy, choć byłoby to dla niego w tamtej chwili moralnie wygodniejsze. Sartre nie miał podobnych skrupułów. Można się jedynie zastanawiać, czy naprawdę chodziło mu o ocalenie nadziei robotników przed rozczarowaniem, czy może raczej o ocalenie nadziei jego samego i jemu podobnych koryfeuszy kultury, szczerze nienawidzących burżuazyjnego świata i usiłujących krzewić tę nienawiść wśród mas, bez względu na prawdę?

Sartre w odróżnieniu od Słonimskiego nie miał oporów, by świadomie zalecać kłamstwo o Gułagu, gdyż jego podejście do prawdy w sposób widoczny odbiegało od tradycyjnego pojęcia prawdy jako zgodności między słowami i faktami. W świetle słów Sartre'a o Gułagu widać, że prawda była dla ich autora raczej funkcją jego własnej woli oraz politycznych przekonań i kalkulacji. We wczesnych latach 50., gdy zachodni intelektualiści zaczynali zmieniać swoje poglądy pod naciskiem coraz liczniejszych świadectw o zbrodniach komunizmu, Sartre ewoluował w kierunku przeciwnym - stawał się piewcą Kraju Rad. "Każdy antykomunista to pies!" - wypowiedział się filozof w roku 1952. A kiedy Albert Camus w odpowiedzi na słynne wezwanie Sartre'a do ukrywania prawdy o Gułagu zaoponował, że przecież prawda to prawda, a kłamstwo pozostanie kłamstwem bez względu na sytuację, Sartre zaatakował go z wściekłością. Do nagonki przyłączyli się wierna towarzyszka życia i propagatorka idei Sartre'a Simone de Beauvoir oraz Maurice Merleau-Ponty. Odsądzono Camusa od czci i wiary i potraktowano go jak zdrajcę. W literackich salonach Paryża autor Dżumy nagle stał się niemal pariasem.

Po tradycyjnej pielgrzymce do ZSRS w roku 1954 Sartre bez zmrużenia oka stwierdził w wywiadzie dla "Liberation", że "istnieje całkowita swoboda krytyki w ZSRS", a "obywatele sowieccy krytykują swój rząd o wiele bardziej i o wiele skuteczniej, niż my to czynimy". Jeśli nie widzi się obywateli sowieckich podróżujących swobodnie po świecie, to nie dlatego, by im tego zabraniano, lecz dlatego, że nie chcą opuszczać swego wspaniałego kraju - przekonywał francuski myśliciel. Ponad dwadzieścia lat później stwierdził: "Kłamałem po mojej pierwszej wizycie w ZSRS w roku 1954". Ale w następnym zdaniu dokonał charakterystycznej autokorekty: "Właściwie słowo kłamstwo może brzmi za mocno. Napisałem artykuł [...], w którym powiedziałem wiele przyjaznych rzeczy o ZSRS, choć nie wierzyłem w ich prawdziwość. Uczyniłem to częściowo dlatego, że uważałem za niegrzeczne oczernianie gospodarzy, skoro tylko powróci się do domu, a częściowo dlatego, że naprawdę nie wiedziałem, na jakim gruncie jestem zarówno w stosunku do ZSRS, jak i do moich własnych idei".

Ostatnie zdanie w wypowiedzi Sartre'a jest charakterystyczne dla rozwijającego się tak dynamicznie w XX wieku nowego sposobu pojmowania prawdy: prawdziwe jest to, co pasuje do "moich własnych idei". Zrozumienie tej dość nieskomplikowanej zasady ułatwia odpowiedź na pytanie, dlaczego mimo przytłaczających dowodów zbrodniczej natury komunizmu tak wielu zachodnich opiniotwórców nadal stać było na to, by zaprzeczać faktom, lub przynajmniej starać się odwracać uwagę swoją i innych od tych elementów sowieckiej rzeczywistości, które jaskrawię kolidowały z ich "własnymi ideami".

 

Dzieje jednej książki

Niejednoznaczny i zmieniający się stosunek zachodnich elit do prawdy o komunizmie w czasach zimnej wojny można prześledzić na przykładzie losów jednego z najgłębszych świadectw Gułagu - Innego świata Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Herlinga aresztowało NKWD w roku 1940, gdy próbował przedostać się z okupowanych przez Sowietów terenów Polski na wciąż jeszcze niepodległą Litwę. Przesłuchujący go oficer skojarzył sobie nazwisko Herling z nazwiskiem Goering i pierwszy z tej dwójki został wysłany do łagru (choć stosunki sowiecko-niemieckie były od niedawna zażyłe). W łagrze jercewskim, w rejonie Archangielska, Herling miał początkowo szczęście, gdyż trafił do brygady tragarzy rozładowujących wagony z żywnością. Potem znalazł się w tartaku, na wyrębie lasu i przy sianokosach. Tu poznał łagrowy głód i wycieńczenie. Niebawem jednak przyszła "amnestia" dla polskich więźniów. Daremnie czekając na zwolnienie z łagru, Herling podjął wraz z kilkoma innymi Polakami desperacki strajk głodowy, co w Gułagu, gdzie i tak panował głód, było gestem chyba bezprecedensowym. Strajkujących Polaków uważano za szaleńców i samobójców, jednak władze obozowe ugięły się i w styczniu 1942 roku przyszło od dawna wyczekiwane zwolnienie. Po dramatycznej podróży przez Rosję Herling dotarł do formującej się w Kazachstanie armii Andersa. 30 marca 1942 roku wraz ze swoją jednostką opuścił ZSRS. Przez Persję, Irak, Palestynę i Egipt trafił do Włoch, gdzie w maju 1944 roku wziął udział w walkach pod Monte Cassino i na Linii Gotów. Po zakończeniu wojny znalazł się w Anglii. Tam też w roku 1951 wyszło w angielskim tłumaczeniu jego łagrowe świadectwo - Inny świat.

Książka Herlinga o Gułagu wykraczała poza prosty, faktograficzny zapis. Była ona literacką i filozoficzną refleksją na temat kondycji ludzkiej, opartą na osobistych doświadczeniach autora, poddanego presji sowieckiego odczłowieczania w łagrze. Inny świat wpisał się w nowy, rozwijający się powoli, powojenny dyskurs o człowieku, sprowokowany głównie moralnym szokiem Holokaustu i okropnościami nazizmu. Herling opisywał doświadczenia ludzkie podobne w wielu aspektach do doświadczeń oświęcimskich, opisywanych przez Tadeusza Borowskiego czy później przez Primo Leviego i Elie Wiesela. Pytania, jakie postawił w Innym świecie, należą do serii pytań wiecznie niepokojących, zadawanych ludzkości po II wojnie światowej. Czy człowiek poddany w obozie odczłowieczającej presji głodu, strachu, bólu i poniżenia jest w stanie zachować mimo wszystko własne człowieczeństwo - jeśli człowieczeństwo mierzymy zdolnością do kierowania się własną wolą i pobudkami moralnymi? Czy po doświadczeniach piekieł totalitaryzmu XX wieku da się w dalszym ciągu opisywać człowieka tradycyjnym językiem wartości, zakładającym, że ludzie to istoty z natury swojej zdolne kierować się tymi wartościami w każdej sytuacji?

Herling, podobnie jak Borowski, kwestionował te tradycyjne pojęcia dotyczące człowieczeństwa. Opisywał ofiary Gułagu, które przed unicestwieniem fizycznym poddawano unicestwieniu moralnemu. Największa tragedia człowieczeństwa, a zarazem największe zło totalitaryzmu tkwiły według Herlinga w tym, że człowiek, wiedziony wrodzonym mu instynktem życia i przetrwania, okazywał się częściej, niż to sobie dotychczas wyobrażano, gotowy do popełnienia każdej podłości, nie przestając jednocześnie być ofiarą zła.

Jeżeli wspominanie tego wszystkiego, co działo się w Europie w czasie ostatniej wojny, ma mieć w ogóle jakiś sens - pisał Herling - to trzeba, abyśmy zapomnieli na chwilę o zasadach zwykłej moralności, jaką żyli nasi dziadowie i ojcowie [...] Okazało się mianowicie, że dolna granica instynktownej wytrzymałości i przebiegłości ciała ludzkiego, poza którą zwykliśmy liczyć dotąd na moc charakteru lub świadome działanie wartości duchowych, nie istnieje w ogóle; słowem, że nie ma takiej rzeczy, której by człowiek nie zrobił z głodu i bólu.

Ta konstatacja przywodziła na myśl znane już wówczas czytelnikom polskim opowiadania oświęcimskie Tadeusza Borowskiego. Jednak, w odróżnieniu od Borowskiego, Herling odkrył w obozie coś, co pozwoliło mu udzielić odpowiedzi twierdzącej na pytanie, które Primo Levi postawił potem w odniesieniu do człowieka na dnie obozowego poniżenia: Czy to jest jeszcze człowiek? Herling odpowiadał "tak", gdyż zaobserwował w Gułagu, że ludzie w krańcowo nieludzkich warunkach bywają motywowani do działania nie tylko zwierzęcym instynktem przetrwania, ale czasem również jakimś odrębnym instynktem, sprzecznym nieraz z logiką przetrwania. W Innym świecie Herling opisał współwięźniów, którzy mobilizowali resztki własnej energii po to, by zdobywać się na zachowania nieraz pozornie zupełnie bezsensowne z punktu widzenia rozsądku i wręcz samobójcze, jeśli patrzeć na nie przez pryzmat instynktu przetrwania. Pisał o niewolnikach Gułagu, rzucających nagle desperackie wyzwanie swoim obozowym panom. Byli to ludzie, którzy (by użyć słów Kierkegaarda) "walczą nawet wtedy, gdy wedle wskazań samego rozumu walka nie jest możliwa dlatego, że musi zakończyć się tylko upokarzającą porażką". Ale to, co motywowało ich do tych często beznadziejnych zrywów, tkwiło w nich głębiej niż rozum.

W ten sposób Herling odkrywał w człowieku na dnie łagrowego upodlenia swoisty, autonomiczny i czysto ludzki instynkt wolności. Pisał np. o więźniarce, która w imię miłości do więźnia, świadoma konsekwencji swojego wyboru, porzuciła dającą największe szanse na przetrwanie w Gułagu pracę pielęgniarki w łagrowym lazarecie. A działo się to przecież w świecie, gdzie "miłość" znaczyła tyle co waluta, którą kobiety opłacały własne przeżycie. Inny przykład opisywany przez Herlinga to trzy zakonnice, które pracowały w łagrze kilka lat, aż nagle pewnego dnia oświadczyły, że nie będą już więcej pracować "dla szatana", a za odmowę pracy w Gułagu groziła przecież kara śmierci. Do takich zachowań zaliczał się też i strajk głodowy, rozpoczęty przez samego autora w łagrze. W tych i innych przykładach ludzkich postaw Herling znajdował w Gułagu znamiona "tajemniczego szaleństwa", będącego żywiołową manifestacją ludzkiego instynktu wolności, nieustępującego mocą instynktowi przetrwania. Ludzie powodowani tym instynktem poświęcali własną szansę na przetrwanie tylko po to, by udowodnić sobie i światu, że mimo głodu, wyniszczenia i braku nadziei do końca zdolni są kierować się własną wolą, własnym wyborem - czyli, że nadal są ludźmi w pełnym znaczeniu tego słowa.

Wizja natury ludzkiej zawarta w Innym świecie nawiązywała do obrazu człowieka, nakreślonego niemal sto lat wcześniej przez innego więźnia rosyjskiego obozu pracy przymusowej - Fiodora Dostojewskiego. We Wspomnieniach z domu umarłych Dostojewski opisywał zauważoną u więźniów potrzebę postrzegania samych siebie jako wolnych jednostek. Napisał, że potrzeba ta "pojawia się znienacka i dochodzi aż do zawziętości, do furii, do zamroczenia rozsądku, do ataku, do konwulsji. Może tak właśnie człowiek żywcem pogrzebany i budzący się w grobie wali pięściami w wieko trumny i usiłuje je zrzucić, choć oczywiście rozsądek mógłby go przekonać, że wszystkie jego wysiłki pozostają płonne. Ale w tym sęk, że tu do głosu dochodzi już nie rozsądek, lecz konwulsje".To właśnie ten irracjonalny instynkt wolności sprawia, według Dostojewskiego, że ogarnięty nim człowiek postępuje wbrew własnemu instynktowi przetrwania tylko po to, by udowodnić przed samym sobą, iż nie zginęła w nim jeszcze wolna wola.

Wyszedłszy z piekła Gułagu Herling potwierdzał i zarazem rozszerzał wnioski Dostojewskiego. Jeśli człowieczeństwo mierzy się zdolnością do postępowania według własnego wyboru, a więc do zachowań niedeterminowanych jedynie instynktem przetrwania, to człowiek w "świecie koncentracyjnym" XX wieku pozostał - mimo wszystko - człowiekiem. Jego człowieczeństwo, tłumione z niespotykaną brutalnością i systematycznością przez totalitarnych oprawców, wybuchało w niespodziewany sposób, w formach często rozpaczliwych, desperackich, dziwacznych i beznadziejnych. Ale było to nadal człowieczeństwo.

Losy książki Herlinga na Zachodzie ilustrują stan zachodniej debaty o Gułagu w czasach zimnej wojny. Można powiedzieć, że Herling miał szczęście, jakiego nie miała większość innych świadków Gułagu w tamtych czasach. Przetłumaczony na angielski fragment swoich wspomnień wysłał do londyńskiego wydawnictwa Heinemann jeszcze przed ukończeniem całości. Tak się złożyło, że wydawca przesłał rękopis do recenzji Malcolmowi Muggeridge'owi, który ocenił rzecz bardzo wysoko. Inny świat ukazał się po angielsku w roku 1951, w czasie, gdy Kongres Wolności Kultury starał się otwierać oczy świata na prawdę o sowieckich łagrach. Krótką przedmowę do Innego świata napisał Bertrand Russell, co automatycznie zwróciło uwagę krytyków. Książka szybko zyskała uznanie w świecie anglojęzycznym. W ciągu następnego roku ukazały się dwa wydania amerykańskie, a William Henry Chamberlin pisał w "Chicago Tribune":

Mamy już dużą ilość osobistych wspomnień ludzi - Rosjan, Polaków i innych - którzy przeżyli tę mękę, aby naszkicować zarysy tego piekła z bezbłędną dokładnością. Czym innym jest jednak doświadczanie cierpienia własnego i innych, a czym innym przekazanie tych doświadczeń w sposób elokwentny i wrażliwy. [...] Ta książka prezentuje najznakomitsze jak dotąd powiązanie osobistych, autentycznych doświadczeń z wysokiego poziomu psychologiczną wnikliwością, połączoną z literackim kunsztem.

Szybko zaczęły pojawiać się kolejne tłumaczenia Innego świata, najpierw na szwedzki w roku 1952, w rok później na niemiecki, hiszpański, chiński i arabski, a niebawem też na japoński i inne języki. W roku 1958 książka ukazała się we Włoszech, gdzie mieszkał Herling. Tu jednak zdarzyła się dziwna historia, ilustrująca polityczne meandry prawdy o Gułagu w tym kraju. Chodząc po włoskich księgarniach, Herling stwierdził, że nigdzie o jego książce nikt nie słyszał. W końcu domyślił się, że wydawca, Vito Laterza, wydrukował książkę w minimalnym nakładzie. Laterza nie chciał prawdopodobnie odmówić Herlingowi wydania Innego świata, gdyż był też wydawcą pism sławnego teścia Herlinga, wielkiego włoskiego filozofa Benedetta Crocego. Najwidoczniej nie chciał jednak równocześnie narazić się lewicowej elicie intelektualnej, drukując miażdżącą demaskację Gułagu. "To było wydanie nie wydane, mówiąc językiem Orwella" - wspominał pisarz wiele lat później w rozmowie z Włodzimierzem Boleckim.

Nie była to rzecz dziwna. Włochy były wówczas, obok Francji, zachodnim krajem, gdzie wpływy komunistyczne sięgały w społeczeństwie najgłębiej. Przypomnijmy, że w roku 1948 Komunistyczna Partia Włoch liczyła 2,2 miliona członków, a w wyborach w roku 1953 zdobyła 22,6% głosów. W pewnym momencie włoska komunistyczna gazeta "Paese Sera" domagała się nawet, piórem Gianniego Toti, wydalenia Herlinga z Włoch. Inny świat musiał poczekać na prawdziwe wydanie we Włoszech aż do roku 1965. Wstęp napisał wówczas jeden z czołowych włoskich przedstawicieli wciąż rosnącego zastępu rozczarowanych komunistów Ignazio Silone. Rozmawiając później z Czesławem Miłoszem, Herling określił swoją sytuację we Włoszech, zwłaszcza w latach 50., jako sytuację trędowatego. Miłosz, który spędził w tym czasie niemal dziesięć lat we Francji po głośnym zerwaniu z władzami komunistycznej Polski, odparł: "a ja byłem trędowatym we Francji. Byliśmy ludźmi, których nie chce się słuchać, nie chce się widzieć. I było tak nie tylko w stosunku do mnie, ale w stosunku do pisarzy z Europy Wschodniej, żyjących na Zachodzie".

We Francji losy książki Herlinga okazały się najbardziej interesujące. Już w roku 1951, gdy w Londynie ukazało się pierwsze angielskie wydanie Innego świata, w paryskim wydawnictwie katolickim Plon leżał francuski przekład książki, rekomendowany do druku przez Gabriela Marcela. Jako zapowiedź rychłego ukazania się książki Herlinga po francusku "Figaro Litteraire" opublikował kilka jej fragmentów. Jednak Plon wycofał się niebawem z umowy bez podania powodów, powołując się na opinię "nowego komitetu redakcyjnego". "Jest dla mnie zupełnie bezsporne - mówił po latach Herling - że tutaj podziałały jakieś względy polityczne, czyli że ten nowy komitet redakcyjny w wydawnictwie Plon był złożony z ludzi należących do tak zwanej »katolewicy«, czyli katolików postępowych - jak mówiono o nich w Polsce w latach 50. I ci katoliccy »postępowcy« uznali, że Inny świat nie zasługuje na wydanie we Francji".

Po odrzuceniu francuskiego tłumaczenia Innego świata przez wydawnictwo Plon, Herling posłał rękopis do wydawnictwa Gallimard. Odpowiedział mu Albert Camus:

Pańska książka bardzo mi się podobała i mówiłem o niej z entuzjazmem. Jednakże ostateczna decyzja okazała się negatywna, przede wszystkim ze względów komercyjnych, jak sądzę [sic!]. Czułem się tym osobiście głęboko zawiedziony i pragnę Panu przynajmniej powiedzieć, że moim zdaniem, pańska książka powinna być publikowana i czytana we wszystkich krajach, tyleż ze względu na to, czym jest, co ze względu na to, o czym mówi. Jeśli Pan pozwoli, będę starał się zbadać możliwości opublikowania jej u innych wydawców.

Był koniec czerwca roku 1956. Świat żył powiewami sowieckiej odwilży i echem sensacyjnej krytyki Stalina dokonanej przez Chruszczowa na XX. zjeździe sowieckiej kompartii. Robotnicy w Poznaniu powstali właśnie w buncie przeciwko swoim komunistycznym panom.

Starania Camusa nie dały jednak rezultatów. Zmarł on w roku 1960, a Inny świat ciągle nie ukazywał się we Francji, mimo licznych dalszych zabiegów wielu osób. Zadziwiający ów opór osłabł dopiero w latach 80., gdy hiszpański pisarz Jorge Semprun zdołał przekonać wydawnictwo Denoel, że pora wydać książkę polskiego ocaleńca o sowieckim łagrze z lat 1940-42. Gdy Inny świat ukazał się we Francji, w roku 1985, w świecie znany był już od 34 lat. Francuska krytyka i publiczność okazały się wreszcie gotowe na przyjęcie świadectwa Herlinga. Książkę nagrodzono nagrodą francuskiego Pen Clubu i Prix Guttenberg, a Bernard Pivot poświęcił Herlingowi jedną ze swych telewizyjnych audycji "Apostrophes", co we Francji uchodziło za wysokie wyróżnienie literackie. Gdy Herling opowiedział w audycji o losach Innego świata w ojczyźnie Sartre'a, Pivot wykrzyknął: "Hańba! To jest dla nas hańba!". W tym czasie na Kremlu do władzy doszedł właśnie nowy gensek o nazwisku Michaił Gorbaczow. Za kilka lat Związek Sowiecki miał przestać istnieć, a Inny świat ukazać się miał po rosyjsku w Moskwie.

 

Rozpad starych dekoracji

Osieroceni

Po dojściu do władzy Chruszczow zaczął stosować reformatorską taktykę Berii w walce ze swoimi niedawnymi sprzymierzeńcami, a obecnie rywalami, z Politbiura. Starając się o zapewnienie sobie poparcia partyjnego aktywu, stał się najbardziej zdeterminowanym reformatorem w sowieckim kierownictwie. Swoich konkurentów przedstawiał zaś jako potencjalnych rzeczników powrotu do stalinowskich metod kontrolowania elit władzy. Na XX Zjeździe partii w lutym 1956 roku Chruszczow wygłosił tajny referat, w którym odpowiedzialnością za stalinowskie czystki w aparacie partyjnym obciążył samego Stalina. Powiedział to, o czym wiedziała lub czego przynajmniej skrycie domyślała się większość uczestników Zjazdu, chociaż zapewne byli wśród nich i tacy, którzy do tej pory nie dopuszczali do siebie tak zuchwałych i bluźnierczych myśli.

W swojej zjazdowej krytyce Stalina Chruszczow nie tylko złamał tabu, ale i wytyczył wyraźne granice, za co Stalina wolno było teraz w partii krytykować, a o czym mówić nie należało. W istocie nowy sowiecki gensek potępił swego poprzednika jedynie za przestępstwa przeciwko komunistycznej partii. W jego oczach Stalin zawinił tym, że nie chciał dzielić się władzą z aktywem partyjnym, lecz prześladował wielu jego oddanych członków z przyczyn zupełnie dla nich niezrozumiałych. Żadnej natomiast dyskusji nie miały podlegać takie kwestie jak mordowanie, prześladowanie, niewolenie i eksploatacja w łagrach milionów niewinnych ludzi, którzy nigdy nie byli komunistami i nie zaliczali się do elity władzy. Gdyby zaczęto rozważać kwestie tego typu, trzeba byłoby postawić przed sądem cały system sowiecki, wraz z jego ideologią. To zaś nieuchronnie musiałoby prowadzić do postawienia pytania o moralną i polityczną legitymację komunistów do sprawowania władzy w Rosji. Można śmiało założyć, że delegaci na XX Zjazd nie mieli ochoty na takie rozważania. Chruszczow zresztą rozwiał tego rodzaju niepokoje, dając do zrozumienia zgromadzonym, że krytyka Stalina jest wewnętrzną sprawą partii i że chodzi w niej o "błędy i wypaczenia" popełnione przez Wodza oraz o "kult" jego osoby, nie zaś o zbrodnie przeciwko ludzkości czy o barbarzyńską naturę komunizmu. Krytyki tej, jako wewnętrznej sprawy partii, w ogóle nie należało ujawniać ani sowieckiemu społeczeństwu, ani tym bardziej światu.

Chruszczow przeliczył się jednak, jeśli rzeczywiście oczekiwał od aktywu partyjnego utrzymania całkowitej tajemnicy. Ten krytyk Stalina myślał ciągle kategoriami z epoki stalinowskiej. W czasach Chorążego Pokoju o dotrzymanie tajemnic było o wiele łatwiej, gdyż za gadatliwość otrzymywało się kulę w potylicę. Uwalniając swoich partyjnych towarzyszy od stalinowskiego strachu, Chruszczow nieopatrznie podkopał poczucie partyjnej dyscypliny. Pierwsi wyłamali się towarzysze polscy, publikując chruszczowowski referat w kontekście wewnętrznych zmagań frakcyjnych w PZPR. W ten sposób tajne przemówienie szefa sowieckiej partii stało się wydarzeniem o światowych reperkusjach.

Ujawnienie wypowiedzi Chruszczowa z miejsca osłabiło na Zachodzie zarówno wiarę, jak i autorytet ludzi, którzy od lat niezmiennie przekonywali wszystkich o głęboko humanitarnym charakterze rządów w ZSRS i zaprzeczali doniesieniom o komunistycznych zbrodniach. Dla wielu takich osób, a także dla ich licznych dotychczasowych słuchaczy, argumentem nie do odparcia okazało się to, że zdemaskowanie zbrodni Stalina, choć bardzo selektywne, odbyło się na samym Kremlu i pochodziło wprost z ust aktualnego sternika komunistycznej nawy. Roma locuta, causa finita. "Okazało się", że czystki i łagry nie były jednak wymysłem antykomunistycznej propagandy, jak dotąd przekonywali siebie i innych liczni zachodni opiniotwórcy. Ilu ludzi na Zachodzie było naprawdę zaszokowanych odkryciem prawdy o stalinizmie, trudno powiedzieć m.in. dlatego, że udawanie szoku stało się popularną techniką ratowania twarzy przez niedawnych wielbicieli Kraju Rad. Dość często udawano ignorancję i zaskoczenie, by nie przyznać się do wczorajszego, świadomego preparowania i rozpowszechniania kłamstw. Wielu chwalców ZSRS odczuło teraz poważny niepokój niekoniecznie dlatego, że odkryli prawdę o komunizmie, lecz raczej z tego powodu, że zdali sobie sprawę, iż ujawnienie tej prawdy przed światem może bardzo osłabić system, z którym łączyli swoje nadzieje. Bertolt Brecht, zbliżający się do kresu życia, odnotował: "Mam konia. Kuleje i ma parchy, jest szpotawy. Ktoś przychodzi do mnie i mówi mi - Ten koń kuleje, jest szpotawy i ma parchy. - Ten ktoś ma rację, ale co mi z tego? Nie mam innego konia. W ogóle nie ma innego konia. Sądzę, że najlepiej jest wtedy jak najmniej myśleć o wadach konia". Zgodnie z zaleceniem Brechta prawdę o komunizmie należało ignorować za wszelką cenę, choćby wymagało to wymyślnych technik ograniczania własnej świadomości.

Jean Paul Sartre był równie głęboko niepocieszony. Ocenił referat Chruszczowa jako "wielki błąd". "Moim zdaniem - komentował autor Mdłości - publiczne, uroczyste potępienie i szczegółowe przedstawienie wszystkich zbrodni uświęconej postaci, reprezentującej przez tak długi czas reżim, jest szaleństwem, jeśli takiej szczerości nie poprzedza znaczne podniesienie poziomu życia ludności. [...] W rezultacie masy odkryły prawdę, na której przyjęcie nie były przygotowane". Krótko mówiąc, zdaniem sławnego egzystencjalisty prawda zawsze okazywała się szkodliwa dla "robotników z Billancourt". Zmartwienie paryskiego głosiciela wolności nie trwało jednak zbyt długo. Niebawem odnalazł jej nowe, żywe źródła w Chinach Mao i na Kubie Fidela Castro.

Zresztą nie tylko dla robotników z Billancourt prawda wydawała się niewskazana. Fryderyk Joliot-Curie, rozmawiając z Ilją Erenburgiem, nalegał, by zachować jak najdalej posuniętą wstrzemięźliwość w roztrząsaniu tego, co ujawnił Chruszczow. Prosił Erenburga, by tymczasem nie mówił o tym nic przy jego dzieciach. Joliot-Curie wiedział od dawna o stalinowskich więzieniach i łagrach. Wstawiał się nawet w latach 30. za uwięzionym w ZSRS Aleksandrem Weissbergiem. Co innego jednak wiedzieć, a co innego mówić głośno, zwłaszcza przy dzieciach. Czasami radzono sobie z kłopotliwą prawdą przy pomocy konsekwentnego łgarstwa, jak gdyby rewelacje Chruszczowa nigdy nie wyszły na światło dzienne. Sir Bernard Pares pisał w swojej opublikowanej w roku 1962 Historii Rosji o procesach moskiewskich: "Prawie wszyscy przyznali się, że spiskowali na życie Stalina i innych, i nie ma powodu, żeby im w tej kwestii nie wierzyć". Kłamanie w żywe oczy wymagało jednak specyficznej formy samozaparcia, zwanej potocznie bezczelnością. Nie każdego było na to stać.

Znacznie częstszą reakcją na rewelacje Chruszczowa wśród osób, które starały się za wszelką cenę ocalić wiarę w komunizm, była swoista metoda "grubej kreski". Referat Chruszczowa rozumiano, zgodnie z tą metodą, przede wszystkim jako dowód wewnętrznej reformowalności przodującego ustroju. Sowiecki przywódca - rozumowano - potępił "błędy i wypaczenia", które pojawiły się w najlepszym z ustrojów z winy konkretnego człowieka - Stalina. Choć nie sposób tych "błędów i wypaczeń" pominąć milczeniem, należą one jednak przecież do przeszłości, podczas gdy Kraj Rad powraca do swego zdrowego, leninowskiego jądra i buduje świetlaną przyszłość pod przewodnictwem odradzającej się partii komunistycznej. Takie były zresztą główne tezy samego Chruszczowa. Jakkolwiek jednak nie starano by się łatać widocznej dziury zrobionej przez Chruszczowa w jednolitej dotychczas materii sowieckiej ideologii, materia ta pruła się od tej pory na dobre i choć jeszcze miało upłynąć dużo czasu, zanim rozpadły się jej ostatnie strzępy, nic już nie było w stanie powstrzymać tego procesu.

Tymczasem w zachodnich środowiskach fellow-travelers postępowała erozja wiary. Zjawisko to tłumaczył Richard Pipes:

Fellow-travelers byli zahipnotyzowani tyranią Stalina: zamiast dostrzec w niej tępe pogwałcenie komunistycznych bajek o demokracji, widzieli w niej gwarancję czystości komunizmu, bo przecież likwidując życie polityczne kraju i kładąc kres rozmaitym walkom frakcyjnym, reżim stalinowski stwarzał warunki, by komuniści skupili się na tym, co według ich mniemania stanowiło nadrzędny cel całego ruchu komunistycznego. Paradoksalnie, w chwili gdy sami komunistyczni przywódcy zaczęli przyznawać się do ["błędów i wypaczeń" - D.T.], co miało miejsce po śmierci Stalina, fellow-travelers zaczęli masowo dezerterować. Dla idealistycznie nastawionych fellow-travelers autoiluzja była życiową koniecznością: woleli oni ignorować masowe morderstwa i zbrodnie w imię ideału, niż identyfikować się z bardziej humanitarną linią polityczną (po śmierci Stalina), której pragmatyzm pozbawił ich utopijnych marzeń.

Dusza idealistycznego fellow-travellera była wiecznym polem walki. Dla wielu z nich istniały granice, ile dowodów zła byli w stanie odrzucić. Prędzej czy później przychodziła chwila konfrontacji z prawdą - dla niektórych było to wygnanie Trockiego, dla innych procesy lat trzydziestych, pakt Ribbentrop-Mołotow czy zdławienie wolności na Węgrzech [które nastąpiło pod koniec 1956 roku - D.T.].

Martin Malia natomiast tak charakteryzował znaczenie referatu Chruszczowa na Zachodzie:

Chruszczow dokonał [...] rzeczy ogromnie ważnej dla Rosji sowieckiej i całego świata: zniszczył mistykę Stalina, a czyniąc to, zapoczątkował erozję mistyki samego komunizmu. Znaczenie przemówienia Chruszczowa nie polegało na tym, że powiedział on Zachodowi coś, o czym Zachód do tej pory nie wiedział, ani na tym, że ujawnił całą prawdę o Stalinie - w rzeczywistości nie uczynił ani jednego, ani drugiego. Polegało ono raczej na tym, że sam Kreml potwierdził część prawdy o Stalinie. Tylko takie oficjalne potwierdzenie pozwoliło tej prawdzie przebić ideologiczny pancerz, który dotąd chronił Ojca Narodów przed krytyką. Hipnotyczny czar, rzucony przez stalinizm na jego wyznawców i przeciwników na Zachodzie, nagle przestał działać.

Do tej pory zachodni wyznawcy Stalina przekonani byli zwykle o jego nieomylności, krytycy natomiast spotykali się nieustannie z dowodami niepojętej odporności stalinizmu na empiryczne dowody jego zbrodni, które już dawno powinny były ostatecznie skompromitować w oczach świata i Stalina, i komunizm. Dopiero przemówienie Chruszczowa odarło komunizm sowiecki z tej mistycznej aury, która fascynowała jednych, a przygnębiała, lub wręcz przerażała drugich. Jak podsumował Martin Malia - "za jednym pociągnięciem Chruszczowa skończyła się największa zbiorowa halucynacja w nowożytnej historii".

 

Lawina

1 września 1973 roku do moskiewskiego mieszkania Sołżenicyna zadzwonił z Leningradu przyjaciel pisarza Jefim Etkind. Przekazał mu alarmującą wiadomość: KGB znalazło kopię maszynopisu Archipelagu Gułag. Jeszcze w pierwszej połowie sierpnia KGB aresztowało Jelizawietę Woronianską, 67-letnią, schorowaną kobietę, która od dawna współpracowała z Sołżenicynem, przepisując na maszynie partie Archipelagu Gułag. Woronianską wiedziała, że jedna z kopii maszynopisu ukryta była pod Leningradem, w miejscowości Ługa, na daczy Leonida Samutina - byłego więźnia Gułagu, którego wspomnienia Sołżenicyn uwzględnił przy pisaniu Archipelagu Gułag. Przesłuchiwano Woronianską przez pięć dni i nocy. W końcu wyjawiła tajemnicę. Zwolniono ją, lecz pozostawała pod okiem KGB, w areszcie domowym. W dwa tygodnie potem nie żyła. Według wszelkiego prawdopodobieństwa odebrała sobie życie.

Sołżenicyn od kilku lat zwlekał z ostateczną decyzją opublikowania Archipelagu Gułag, choć wersja rosyjska czekała na Zachodzie na znak pisarza, a tłumaczenia na główne języki zachodnie, prócz angielskiego, były już bardzo zaawansowane. Rozmaite przyczyny opóźniały decyzję noblisty. Kiedy jednak dowiedział się o przejęciu kopii dzieła przez KGB, od razu poczuł, że przekroczył swój Rubikon. "Zauważyłem w tym palec Boży - wspominał potem. - Śpisz, leniwy sługo? Najwyższy czas. Odkryj to przed światem!". Zareagował więc natychmiast. W tajemnicy przesłał swojemu agentowi w Zurychu, Fritzowi Heebowi, polecenie przystąpienia do publikacji tekstu. 5 września oficjalnie ogłosił korespondentom zachodnim w Moskwie, że jego nowa książka pod tytułem Archipelag Gułag wkrótce zostanie wydana na Zachodzie. Wreszcie 29 grudnia 1973 roku dotarła do Sołżenicyna telefoniczna wiadomość, że tego dnia w Paryżu ukazał się po rosyjsku pierwszy tom dzieła.

Wraz z przejęciem kopii Archipelagu Gułag przez KGB skończyła się długoletnia gra Sołżenicyna z Kremlem o poszerzenie marginesu wolności słowa i przywrócenie pamięci o Gułagu w ZSRS. Pisarzowi nie pozostało nic innego, jak podnieść przyłbicę i pokazać swoją, skrywaną dotąd, prawdziwą twarz. Świat mógł dopiero teraz ujrzeć prawdziwego Sołżenicyna - nieprzejednanego demaskatora komunistycznego zła i pisarza zdeterminowanego, by spełnić swoją życiową misję: zaświadczyć przed światem o nieludzkiej prawdzie Gułagu w imieniu ofiar. Archipelag Gułag był świadectwem łagrowym o niespotykanej dotąd skali. Składały się nań wspomnienia łagrowe samego Sołżenicyna, rozszerzone wspomnieniami 227 innych więźniów. Ten ogromny materiał ludzkich doświadczeń został wzbogacony rozmaitymi dostępnymi autorowi źródłami.

Rezultatem była ekstensywna summa Gułagu, stanowiąca jednocześnie jego historię, jak i zapis osobistych losów wielu ofiar.

Sołżenicyn wyznaczył swojej opowieści o Gułagu dwa porządki. Pierwszy z nich to porządek historyczny, w którym pokazał źródła łagrowego systemu, jego cele, wewnętrzną organizację oraz ewolucję. Czytelnicy Archipelagu Gułag mogli poznać dzieje systemu pracy niewolniczej w ZSRS - kolejne etapy, wyznaczane zmianami przepisów, uchwałami, dekretami i decyzjami, na podstawie których kolejne setki tysięcy i miliony ludzi trafiały do łagrów. Ten opis przeradzał się w szerokie studium antropologii, geografii, socjologii i etyki tego wielkiego systemu społecznego, jaki przedstawiał sowiecki "archipelag" zniewolenia i eksploatacji człowieka. Historia Gułagu była w dziele Sołżenicyna tak nierozerwalnie połączona z historią samego ZSRS, że stanowiła właściwie specyficzną jej wersję.

Z drugiej strony w dziele Sołżenicyna dominuje porządek ludzkich przeżyć, nakazujący czytelnikowi skupiać się na kolejnych etapach typowego łagrowego losu pojedynczej ofiary: na aresztowaniu, śledztwie, przesłuchaniach, torturach, więzieniu, wyroku, transporcie, życiu w łagrach, głodzie, morderczej pracy, przemocy, praniu mózgów, katordze, zsyłce, śmierci... Podobnie jak łagrowe świadectwa uciekinierów i emigrantów - a w odróżnieniu od świadectw pisanych po odwilży, w nadziei na publikację w ZSRS - Archipelag Gułag stawiał wprost pytania o źródła historycznego zła Gułagu i nie stronił od bezpośrednich odpowiedzi. Podtytuł - Próba literackiego dochodzenia - nie oznaczał tylko formalnego eksperymentu pisarskiego z pogranicza literatury i historii. Efektem tego "dochodzenia" był jak najbardziej konkretny akt oskarżenia, wymierzony nie w jakiś eufemistyczny "kult jednostki" lub "okres błędów i wypaczeń", lecz wprost w komunizm - w jego ideologię i praktykę, począwszy od październikowego wystrzału z "Aurory".

Sołżenicyn przedstawił piekło Gułagu jako kwintesencję sowieckiego eksperymentu dziejowego. Łagry, terror, prześladowania i zbrodnie ukazane zostały jako część samej istoty komunizmu, bez której był on niemożliwy. Przemoc i pogarda wobec jednostek ludzkich, widzianych z wyżyn ideologii, stanowią według Sołżenicyna sam rdzeń komunizmu, nie zaś jego specyficzną, rosyjską przypadłość. W Archipelagu Gułag Sołżenicyn nie tylko ukazywał świadectwo monumentalnego zła komunizmu, ale również rozprawiał się z jego monumentalnym kłamstwem. Przedstawiał i weryfikował propagandowy obraz Gułagu, tworzony latami przez sowieckie władze. Pokazywał kulisy znanych dobrze Zachodowi "źródeł wiedzy" o Gułagu, takich jak Sołowki Gorkiego, Arystokraci Pogodina czy Kanał Białomorski. Demaskował kłamliwe wynurzenia mistrzów sowieckiej propagandy przebranych w togi humanistów. Wreszcie obnażał ślepotę i zakłamanie zachodnich poputczyków, którzy przez całe dziesięciolecia dawali się wodzić za nos sowieckim władzom i usprawiedliwiali Gułag przed światem.

Zarówno na Zachodzie, jak i na Kremlu od razu uświadomiono sobie, że dzieło Sołżenicyna było nie tylko najpełniejszym dotąd świadectwem ludzkich doświadczeń w łagrach, ale stanowiło druzgocącą krytykę całego sowieckiego komunizmu. Komentator jednej z gazet niemieckich przepowiadał: "Być może nadejdzie czas, kiedy datę wydania Archipelagu Gułag traktować będziemy jako początek upadku sowieckiego systemu". Inna niemiecka gazeta - tym razem komunistyczna - przyznawała, że dzieło Sołżenicyna "podniosło kwestię rzucającą cień na całość sowieckiego eksperymentu, począwszy od roku 1918". Radio Swoboda niebawem zaczęło nadawać Archipelag Gułag w odcinkach po rosyjsku, dla słuchaczy w ZSRS.

Sowiecka agencja TASS potępiła książkę Sołżenicyna jeszcze przed jej paryską publikacją, zaraz po przechwyceniu maszynopisu przez KGB. Zdaniem agencji celem autora było "zatrucie atmosfery odprężenia, sianie nieufności między narodami oraz oczernianie Związku Radzieckiego i jego polityki". Nazwano Archipelag Gułag "złośliwym oszczerstwem przeciwko naszej socjalistycznej ojczyźnie" oraz "fundamentem antyradzieckiej kampanii, toczonej na łamach zagranicznej prasy". Sowieccy propagandyści wyjaśniali światu, iż książka Sołżenicyna spotyka się na Zachodzie z zainteresowaniem jedynie w prawicowej prasie burżuazyjnej - takiej, która zarazem pochwala "faszystowską juntę w Chile [...], krwawą reakcję w Grecji i rasizm w Afryce Południowej".

Zaraz po Nowym Roku, po ukazaniu się Archipelagu Gułag w Paryżu, ruszyła w ZSRS szeroka nagonka. Sołżenicyn zaczął otrzymywać częste anonimowe telefony z pogróżkami. Natychmiast dał o tym znać zachodniej prasie. Biorąc pod uwagę możliwość rychłego aresztowania lub inne formy represji ze strony władz, utrzymywał teraz bieżące kontakty z zachodnimi korespondentami w Moskwie, informując ich o swojej sytuacji. W wywiadzie dla tygodnika "Time" sparował atak sowieckich władz, wyjaśniając zachodniej publiczności, że wcale nie sprzeciwia się procesowi międzynarodowego odprężenia, jeśli tylko odprężenie dokonywać się ma "między narodami, nie zaś ich ciemiężycielami". Powiedział wtedy: "Każdy musi przestać współpracować z kłamstwem [...] W naszym kraju kłamstwo stało się nie tylko kategorią moralną, ale filarem państwa. Odrzucenie kłamstwa to akt nie polityczny, lecz moralny". Sowieckie media, zgodnie z własną tradycją, prześcigały się w obrzucaniu pisarza wyzwiskami. "Zdrajca", "własowiec", "judasz", "faszysta", "sługus amerykańskiego imperializmu" i "prostytutka" należały do szczególnie popularnych.

Zachód odpowiadał natychmiast, nie pozostawiając wątpliwości co do swego stosunku do Sołżenicyna. 22 stycznia przed siedzibą National Press Club w Waszyngtonie odbyła się demonstracja intelektualistów amerykańskich na znak poparcia dla autora Archipelagu Gułag. Już następnego dnia rosyjskojęzyczne rozgłośnie BBC i Deutsche Welle poszły w ślad za Radiem Swoboda i zaczęły nadawać Archipelag Gułag na swoich falach. W niecały tydzień później ukazało się niemieckie tłumaczenie dzieła Sołżenicyna, a po dwóch tygodniach - szwedzkie. Pierwsze przeszmuglowane przez granicę sowiecką egzemplarze rozpoczęły swój podziemny żywot w Moskwie, przechodząc po cichu z rąk do rąk niecierpliwych czytelników. Londyński "Times" opublikował wywiad z Andriejem Sacharowem, w którym rosyjski fizyk określił Archipelag Gułag jako "kamień, który w końcu rozwali ścianę dzielącą ludzkość. To ściana nieufności i braku porozumienia, zbudowana z kłamstw, nikczemności, tchórzostwa i głupoty [...] Ten kamień rzuciła pewna i silna ręka".

Tymczasem władze na Kremlu zastanawiały się, co zrobić z tym fantem. Już 7 stycznia, na dwugodzinnym posiedzeniu Biura Politycznego, Breżniew poruszył temat Archipelagu Gułag. Choć nikt z zebranych, włącznie z samym Breżniewem, nie czytał jeszcze tekstu Sołżenicyna, sekretarz generalny miał na ten temat gotową opinię, określając dzieło jako "pogardliwy antyradziecki paszkwil". Wszyscy zgodzili się bez dyskusji, że autor zasługiwał na karę. Jedyną kwestią pozostawał sposób ukarania go. Głównym czynnikiem mitygującym wyobraźnię sowieckich przywódców w tym zakresie była świadomość, że Zachód nie pozostawi całej sprawy bez reakcji. Aleksiej Kosygin i Nikołaj Podgórny proponowali proces, wyrok sądowy i wysłanie Sołżenicyna do łagru. Kosygin sugerował Wierchojańsk - biegun zimna, gdzie w roku 1892 odnotowano najniższą temperaturę na Ziemi (poza Antarktydą), minus 68 stopni Celsjusza. Sowiecki dostojnik spodziewał się, że wierchojański klimat oraz położenie geograficzne odstraszyłyby zachodnich korespondentów od prób bliższego interesowania się losem autora Archipelagu Gułag. Jurij Andropow obstawał natomiast za przymusowym usunięciem Sołżenicyna z ZSRS. Breżniew postanowił odłożyć na krótki czas ostateczny wybór kary.

Upłynął miesiąc. Andropow zaczął ponaglać Breżniewa, by nie zwlekał dłużej, gdyż wśród elit intelektualnych na Zachodzie mnożyły się pozytywne opinie o Archipelagu Gułag, co tylko mogło dodatkowo rozzuchwalić Sołżenicyna i innych dysydentów. Odnosząc się do niedokonanego wciąż wyboru między łagrem a deportacją, Andropow zauważał: "Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku narazimy się na pewne straty. Ale, niestety, nie mamy innego wyjścia, gdyż bezkarność Sołżenicyna wyrządza nam szkody wewnętrzne większe niż szkody, które poniesiemy na arenie międzynarodowej, jeśli go deportujemy lub aresztujemy". Deportacja Sołżenicyna co prawda nie mogła uciszyć go na dobre - mógł to z pewnością uczynić wierchojański łagier - ale jednocześnie nie narażała sowieckiego kierownictwa na tak ostre reakcje zachodnie, jakie pewnie sprowokowałoby powtórne umieszczenie wielkiego świadka Gułagu w obozie. I to chyba zadecydowało. Na wiosnę planowano spotkanie na szczycie Breżniew - Nixon. Kreml wiele sobie obiecywał po rozpoczętej przez Nucona i Kissingera polityce odprężenia (czyli ustępstw wobec ZSRS). W tym momencie Sołżenicyn nie mógł wiedzieć, że towarzyszące mu od lat zainteresowanie Zachodu prawdopodobnie ocaliło mu życie.

Dwukrotnie wzywano Sołżenicyna do prokuratury, i dwukrotnie nie stawił się na wezwanie. Spodziewał się aresztowania, gotów był na proces i więzienie. Kompromisy nie wchodziły już w grę. Zachodni korespondenci pozostawali z nim w stałym kontakcie. Wraz z pisarzem cały świat oczekiwał dalszego rozwoju wypadków. 12 lutego ośmiu agentów KGB wtargnęło do mieszkania Sołżenicyna w Moskwie z nakazem aresztowania. Wychodząc, Sołżenicyn ubrał się w stary kożuch i czapkę, pochodzące jeszcze z czasów jego zsyłki w Kazachstanie. Przeczuwał, że być może skończył się jego pobyt na wolności i że znów wracał tam, skąd przybył - do łagru. Zawieziono go do więzienia lefortowskiego. Wiceprokurator generalny ZSRS Michaił Maliarow przedstawił mu zarzuty - artykuł 64 o zdradzie ojczyzny, przewidujący karę od 10 lat pozbawienia wolności do kary śmierci włącznie. Sołżenicyn odmówił podpisania protokołu i oświadczył, że nie będzie współpracował z władzami w śledztwie i procesie.

Nazajutrz, po nocy spędzonej w celi Lefortowa, otrzymał nowy garnitur, koszulę, krawat, palto i czapkę - tak, jak za Stalina ubierano nieraz więźniów na pokazowe procesy albo na widzenia z bliskimi. Sołżenicyn początkowo spodziewał się spotkania z najwyższymi władzami sowieckimi. "Wreszcie odbędziemy naszą pierwszą i ostatnią dyskusję" - wspominał potem własne myśli. Mylił się. Prokurator Maliarow odczytał mu dekret Prezydium Rady Najwyższej ZSRS, pozbawiający go obywatelstwa sowieckiego i zarządzający natychmiastową deportację "za systematyczne działania sprzeczne z obywatelstwem sowieckim i szkodliwe wobec ZSRS". Wyprowadzany z Lefortowa w drogę, Sołżenicyn zdążył (jak potem wspominał) schować do kieszeni kawałek więziennego chleba.

Samolot Aerofłotu czekał na lotnisku w Szeremietiewie. Po dwóch i pół godzinie lotu wylądowali we Frankfurcie nad Menem. Kagebiści wyprowadzili Sołżenicyna na schodki. Pozostał nagle sam, bez straży. Na płycie lotniska czekał na niego wysłannik zachodnioniemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W eskorcie niemieckiej policji autor Archipelagu Gułag został odwieziony do domu swego niemieckiego przyjaciela, również noblisty, Heinricha Bolla, w Langenbroich na przedmieściach Bonn. Gdy konwój samochodowy był jeszcze w drodze z frankfurckiego lotniska, wiadomość o deportacji Sołżenicyna obiegła media i w Langenbroich powitał rosyjskiego noblistę nie tylko Boll, ale i rosnący z każdą chwilą pod jego domem tłum dziennikarzy, fotoreporterów, kamerzystów i paparazzich. Nagła deportacja Sołżenicyna do Niemiec stanowiła medialną sensację i cały świat oczekiwał niecierpliwie na więcej wiadomości, a przede wszystkim na słowa samego pisarza.

Fakt, że Sołżenicyna i Bolla łączyła od lat autentyczna przyjaźń, można uważać za budujący przykład ludzkiego braterstwa, przekraczającego różnice politycznych poglądów. Bo jeśli chodzi o przekonania polityczne, dzieliło ich niemal wszystko. Heinrich Boll był niewzruszonym lewicowcem i jednym z najbardziej nieprzejednanych krytyków burżuazyjnego Zachodu. Należał do grona pisarzy zachodnich najbardziej krytykowanych przez tych samych ludzi, którzy z największą pasją popierali Sołżenicyna. Wchodząc do domu Bolla, autor Kręgu pierwszego musiał się bardzo zdziwić, widząc na ścianie portret Róży Luksemburg, a na stoliku książkę o działalności lewackich terrorystów z grupy Baader-Meinhof. A jednak, mimo wszystko, poglądy polityczne nie przeszkodziły wcześniej Bollowi odwiedzać Sołżenicyna w Moskwie, a nawet przemycać przez sowiecką granicę jego pism. Sołżenicyn zaś ufał Bollowi do tego stopnia, że właśnie jemu powierzył przewiezienie na Zachód swojego testamentu w roku 1972.

Nie sposób zaprzeczyć, że do tej pory Boll rozumiał twórczość Sołżenicyna na swój sposób. Był to odbiór dość typowy w środowiskach zachodniej lewicy, również tej do niedawna zauroczonej Krajem Rad. W swojej recenzji Archipelagu Gułag Boll napisał: "Nie powinniśmy ani na chwilę zapominać, że to wszystko skończyło się w roku 1956 [...] Podczas gdy nikt rozsądny nie pragnie przewrotu w Związku Sowieckim, wszyscy uważamy przemiany za pożądane [...]. Podczas gdy sam autor nie prezentuje nawet cienia poczucia moralnej wyższości, ta książka nie powinna wzbudzać takiego poczucia u czytelników. Nie powinniśmy zapominać o tym, ani o tym, że rzecz kończy się w roku 1956".

Boll tropił i piętnował wszelkie oznaki, a nawet pozory poczucia moralnej wyższości Zachodu nad komunizmem. Niewątpliwie motywował go w tym kierunku kompleks winy Niemca za nazizm. W jego wypowiedziach skierowanych do rodaków można było zauważyć tendencję do zlewania w jedno tożsamości Niemców jako ludzi Zachodu i jako narodu odpowiedzialnego za hitleryzm. Zachód nie jawił się chyba w takich momentach w świadomości Bolla jako coś autonomicznego, niekoniecznie związanego podskórnie z nazizmem. W swojej pasji krytykowania Zachodu niemiecki pisarz - podobnie jak wielu innych lewicowych intelektualistów - znajdował sposoby, by sugerować moralny znak równości między komunistycznymi i kapitalistycznymi źródłami zła. Cztery lata przed deportacją Sołżenicyna Boll pisał w swojej recenzji Kręgu pierwszego: "Zostało to napisane, by wyzwolić socjalizm. Nie mamy najmniejszego powodu, by napawać się tym, że Krąg pierwszy opisuje stalinowskie gwałcenie prawa, absurdy i powikłania. Mamy większe powody, by zastanowić się, czy zachodni pisarz osiągnąłby taki sukces, demaskując świat [...] tych, którzy milcząco cierpią w naszej pogmatwanej rzeczywistości". Trudno nie zauważyć, że w oczach samego Sołżenicyna takie stawianie zachodniego świata i komunizmu na jednej płaszczyźnie moralnej było czymś niedopuszczalnym, z czym walczył przez całe życie. Jednak nie krytykował Bolla. Obaj pozostali wobec siebie lojalni mimo różnic poglądów, które po opublikowaniu Archipelagu Gułag stały się jeszcze bardziej oczywiste.

W ciągu całej swojej dotychczasowej kariery pisarskiej Sołżenicyn pragnął rozgłosu na Zachodzie, ponieważ umożliwiał mu on wypełnianie życiowej misji - docieranie do świata z prawdą o Rosji, komunizmie i Gułagu. Rozgłos był koniecznym warunkiem skuteczności jego walki przeciwko sowieckiemu zakłamaniu - mobilizował do niej i dawał poczucie jej sensu. Teraz, gdy Sołżenicyn znalazł się w centrum uwagi świata, formy, jakie przybierała ta uwaga, całkowicie go zaszokowały. Hordy reporterów, paparazzich i kamerzystów, depczących mu po piętach, pokrzykujących na niego, koczujących hałaśliwie dzień i noc przed jego schronieniem, bezpardonowo zakłócających spokój o każdej porze, przytłaczały go i gorszyły. Wyprowadzony z równowagi tą nieustanną ofensywą mediów, wykrzyknął w końcu: "Jesteście gorsi od KGB! Wynoście się, zostawcie mnie w spokoju!".

Rozglądając się za odpowiednim miejscem do życia na Zachodzie, Sołżenicyn odwiedził niebawem Zurych, a stamtąd udał się pociągiem do Kopenhagi, by następnie przesiąść się na prom do Oslo. Podróż przybrała charakter triumfalny; tłumy reporterów witały Sołżenicyna na jej kolejnych etapach, a gazety, radio i telewizja pełne były doniesień o wszelkich możliwych szczegółach jego życia i bieżącej sytuacji. Sołżenicyn reagował alergicznie na wszelkie próby wzbudzania taniej sensacji wokół jego osoby. Zachował poczucie absolutnej powagi spraw, o które walczył, i nie zamierzał z niej rezygnować w imię medialnej popularności. Kiedy w Zurychu pokazano mu film Aleksandra Forda nakręcony na Zachodzie na podstawie Kręgu pierwszego, Sołżenicyn skrytykował go za płytką kiczowatość. Jeden dzień Iwana Denisowicza w reżyserii Caspara Wredego, obejrzany później w Finlandii, spodobał mu się bardziej. Można rzec, że wątpliwości Sołżenicyna, czy świat zachodni potrafi zrozumieć straszliwe doświadczenia komunizmu na poziomie głębszym niż medialna sensacja i melodramat oraz czy współczesna kultura Zachodu jest jeszcze w ogóle w stanie poważnie myśleć o człowieku i świecie, rozwinęły się w oparciu o pierwsze wrażenia z pobytu na Zachodzie po deportacji. Smak zachodniej wolności okazał się dla autora Archipelagu Gułag co najmniej dziwny, a jego pierwsza reakcja - mocno ambiwalentna.

Tymczasem na deportację autora Archipelagu Gułag z ZSRS reagowały gremia polityczne Zachodu. Rządy Niemiec Zachodnich, Wielkiej Brytanii, Francji i Norwegii zaoferowały Sołżenicynowi azyl polityczny. Premier Kanady Pierre Trudeaux proponował mu osiedlenie się w Kanadzie. Nawet komunistyczne partie Włoch, Szwecji i Jugosławii wyraziły swoją solidarność z wygnanym pisarzem. W tym kontekście znaczące było milczenie rządu USA. Prezydent Nixon, jako jeden z nielicznych zachodnich przywódców, nie wyraził żadnego poparcia dla Sołżenicyna, a Stany Zjednoczone powstrzymały się od oferty azylu. Najwyraźniej Biały Dom, uprawiający politykę odprężenia z ZSRS, obawiał się, że nieokazanie ustępliwości wobec Kremla w sprawie Sołżenicyna może zniechęcić władze ZSRS do rozmów rozbrojeniowych i innych kroków na drodze do politycznego zbliżenia. Nixon przygotowywał się do wiosennego spotkania z Breżniewem i wyglądało na to, że niepokoił się, czy sowieckie przywództwo nie weźmie mu za złe, iż okazuje względy nieprzejednanemu krytykowi komunizmu. Breżniew najwyraźniej nie ulegał aż takim niepokojom; w każdym razie nie pozwolił, by powstrzymały go one przed aresztowaniem Sołżenicyna i jego spektakularną deportacją na Zachód.

Amerykańscy partnerzy Breżniewa potwierdzili, że sowiecki gensek się nie mylił. W trzy dni po wygnaniu Sołżenicyna z Rosji główny strateg amerykańskiej polityki zagranicznej, Henry Kissinger, pospieszył z oświadczeniem, iż: "nasze [...] zainteresowanie panem Sołżenicynem i osobami o podobnych przekonaniach nie powinno mieć wpływu na naszą bieżącą politykę zagraniczną". Poprzedniego dnia brytyjski "Guardian" posunął się jeszcze dalej w politycznej ostrożności, zdobywając się nawet na pochwałę Kremla za przymusową deportację Sołżenicyna. "Rząd sowiecki postąpił humanitarnie" - pisał tygodnik. Jeśli wziąć pod uwagę, że rząd ten mógł przecież Sołżenicyna zabić, torturować albo wysłać do łagru na biegunie zimna, trudno się z brytyjskim pismem nie zgodzić. Oczywiście pod warunkiem, że zapomnimy o wszelkich cywilizowanych standardach.

Podejście Białego Domu do Sołżenicyna nie zmieniło się po odejściu Nixona, skompromitowanego aferą Watergate. Kissinger zadbał o ciągłość swojej polityki także za prezydentury Geralda Forda. Kiedy Sołżenicyn w czerwcu 1975 roku, po ukazaniu się amerykańskiego wydania Archipelagu Gułag, udał się do Stanów Zjednoczonych na zaproszenie związków zawodowych AFL, prezydent Ford nie zaprosił go do Białego Domu, wbrew wyraźnym oczekiwaniom dużej części amerykańskiej opinii publicznej. Biały Dom usprawiedliwiał się, że prezydent unika "spotkań bez treści". "Intelekt Forda prawdopodobnie nie potrafił doszukać się żadnej możliwej treści wartej rozmowy z autorem Archipelagu Gułag" - skomentował to później biograf Sołżenicyna D.M. Thomas. Natomiast ówczesny korespondent "Guardiana" w Waszyngtonie, Simon Winchester, chwalił Forda, który według jego oceny wykazał się "prawością i realizmem", odmawiając przyjęcia "kudłatego polemisty" i "ulubieńca amerykańskich prostaków z brzuchami rozdętymi od piwa". (Winchester miał na myśli amerykańskich robotników, członków związków zawodowych). Ani amerykańska opinia publiczna, ani Kongres Stanów Zjednoczonych nie podzielały stanowiska prezydenta Forda. W październiku 1975 roku Senat jednogłośnie poparł rezolucję w sprawie przyznania Sołżenicynowi honorowego obywatelstwa USA. Przedtem otrzymał je tylko jeden człowiek - Winston Churchill. Kierowany przez Kissingera Departament Stanu zablokował jednak tę inicjatywę.

Władze na Kremlu nie miały zamiaru pozostawić bez należytej uwagi kwestii zachodnich reakcji wobec Archipelagu Gułag. Agresywne pokrzykiwania wypełniające sowieckie media od chwili znalezienia przez KGB maszynopisu tego dzieła były raczej wypełnieniem pewnego rytuału wewnętrznego i jeśli kogokolwiek przekonywały, to na pewno nie zachodnią opinię publiczną. Władzom ZSRS zależało jednak na zdyskredytowaniu Sołżenicyna na Zachodzie i były one świadome, że do realizacji tego celu potrzebowały środków bardziej wyrafinowanych niż obrzucanie pisarza wyzwiskami. Postanowiono posłużyć się osobami związanymi z samym pisarzem, a więc potencjalnie wiarygodnymi w oczach Zachodu. Natychmiast odszukano dawnego przyjaciela Sołżenicyna z czasów młodości Nikołaja Witkiewicza - tego, z którym korespondował on nieostrożnie na froncie w roku 1945, za co obaj poszli do łagrów. Witkiewicz był profesorem i dyrektorem Wydziału Chemii w dużym instytucie naukowym w Briańsku. Pod presją utraty stanowiska i złamania kariery naukowej zgodził się skrytykować Sołżenicyna w wywiadzie dla "Christian Science Monitor".

Jednocześnie KGB zajęło się bliżej byłą żoną Sołżenicyna Natalią Reszetowską. Przy pomocy perswazji i nacisku skłoniono ją, by śmiało dała upust osobistym urazom wobec człowieka, który niedawno porzucił ją dla innej kobiety (Sołżenicyn rozwiódł się z Reszetowską w marcu 1973 roku i już w kwietniu poślubił Natalię Swietłową). Aby jej to ułatwić, KGB, działając za pośrednictwem agencji prasowej "Nowosti", zaprosiło do mieszkania Reszetowskiej w Riazaniu korespondenta "Le Figaro" Roberta Lacontre'a. Stosunek Reszetowskiej do Sołżenicyna był jednak bardziej skomplikowany, niż mogło się wydawać specjalistom z KGB. Podczas wywiadu starała się ona, we własnym mniemaniu, bronić byłego męża (a pośrednio i siebie) przed gniewem sowieckich organów, bagatelizując znaczenie Archipelagu Gułag. Wyjaśniała zdziwionemu Francuzowi, że dzieło jej męża, które ona sama pomagała przepisywać na maszynie, nie ma wartości historycznej. Nie opiera się ono bowiem na faktach, lecz na łagrowym "folklorze", czyli na opowieściach i gawędach byłych więźniów, a opowieści takie pełne są zwykle przesady i obfitują w konfabulacje.

Jeśli Reszetowską rzeczywiście chciała w ten sposób pomóc Sołżenicynowi, to kwestionowanie prawdziwości faktów opisywanych w Archipelagu Gułag z pewnością nie było dobrym sposobem. KGB było zadowolone z rezultatu i dostrzegło dalsze możliwości wykorzystania osobistych animozji między Reszetowską i Sołżenicynem. Specjaliści pomogli więc byłej żonie pisarza napisać wspomnienia, w których jawi się on jako niewierny małżonek, domowy tyran, egoista i człowiek pełen wad charakteru. Wspomnienia te niezwłocznie zostały opublikowane po angielsku w roku 1975. Zebrano również krytyczne głosy o Sołżenicynie, wymuszone rozmaitymi sposobami od niektórych jego przyjaciół i znajomych, i opublikowano (wraz ze wspomnieniami ludzi w rodzaju prokuratora Maliarowa) w zbiorowym tomie pod tytułem Krąg ostatni.

Podczas, gdy KGB zajęte było uzyskiwaniem i opracowywaniem tych materiałów, pod piórem Nikołaja Jakowlewa powstała wzorcowa wykładnia sowieckiej linii propagandowej w sprawie Sołżenicyna, przeznaczona dla Zachodu. Już 13 lutego 1974 roku, a więc w dniu deportacji pisarza, sowieckie pismo "Gołos Rodiny", którego zadaniem było oddziaływanie na środowiska rosyjskiej emigracji, opublikowało artykuł Jakowlewa o Sołżenicynie, w tydzień potem przedrukowany przez "Litieraturną Gazietę". Noblista został w nim scharakteryzowany jako skrywający się pod maską pisarza fanatyczny ideolog, który ma osobiste powody, by żywić nienawiść wobec władzy sowieckiej. Jakowlew przypominał, że Sołżenicyn wywodził się z obszarniczo-burżuazyjnego środowiska klasowego, zlikwidowanego przez rewolucję bolszewicką i ustrój sowiecki. Czyli siłą rzeczy wychowywał się w atmosferze wrogości do bolszewików. Nic więc dziwnego, że przez całe życie był zajadłym, choć początkowo skrytym, wrogiem klasy robotniczej i jej państwa. Nie bez powodu przecież trafił do łagru. Archipelag Gułag to książka pełna przekłamań i dysząca nienawiścią do ustroju sprawiedliwości społecznej, który odebrał przywileje ludziom takim jak on. Autor Archipelagu Gułag udowodnił swoją postawą, że jest sojusznikiem i narzędziem zimnowojennych kół światowej burżuazji, które nie zawahałyby się przed rozpętaniem nuklearnej wojny światowej w nadziei zniszczenia ZSRS wraz z jego ustrojem. Tak więc Sołżenicyn i jego książki są zagrożeniem dla światowego pokoju i odprężenia między narodami.

Propaganda sowiecka wymierzona w Sołżenicyna i Archipelag Gułag wpisywała się w szerszą retorykę kremlowską przeznaczoną na użytek Zachodu. Każdy głos kwestionujący doskonałość, nieomylność i prawdziwy humanizm lokatorów Kremla ukazywany był w ramach tej retoryki jako "woda na młyn" zachodnich podżegaczy wojennych, próbujących jakoby pchnąć świat w otchłań atomowej apokalipsy. Jeśli w latach 30. hasłem Kremla, które miało szachować Zachód, był "antyfaszyzm", po wojnie zmieniono je na "pokój". ZSRS inwestował ogromne środki w kreowanie i rozpowszechnianie własnego wizerunku, przedstawiającego go jako ofiarę nieustannych knowań zachodnich podżegaczy wojennych. Związek Sowiecki, potężne supermocarstwo wyposażone w broń jądrową, nie jawił się bynajmniej w ramach tego wizerunku jako całkiem bezbronne niemowlę, otoczone przez drapieżne bestie. Propagandowy image ZSRS przybrał teraz nowy, pragmatyczny odcień szantażu - albo nas akceptujecie na naszych warunkach, albo wszyscy będziemy mieli nuklearną apokalipsę. Takie stawianie sprawy oddziaływało na wyobraźnię niejednego zachodniego polityka, co widać było wyraźnie na przykładzie amerykańskiego tandemu Kissinger - Nixon, a następnie Kissinger - Ford.

Można przewrotnie powiedzieć, że Sołżenicyn niejako ułatwiał zadanie tym, którzy skłonni byli przejąć się tonem sowieckiej propagandy i ujrzeć w autorze Archipelagu Gułag wroga odprężenia między Wschodem i Zachodem. Po deportacji krytykował on wielokrotnie zachodnią politykę ustępstw wobec ZSRS, której propagatorzy szermowali hasłem odprężenia. Jednocześnie dał się poznać jako krytyk samego Zachodu, wyrzucający wolnemu światu nadmierną beztroskę, dekadencję oraz brak odpowiedzialności i odwagi. W widoczny sposób wytykał Zachodowi jego słabość i wewnętrzne nieprzygotowanie w razie konieczności stawienia czoła komunistycznemu przeciwnikowi. Krytyka Zachodu z pozycji prokomunistycznych i prosowieckich należała do tradycji zachodnich elit kulturalnych, a w niektórych okresach wręcz do kanonu zachowania się intelektualisty. Jednak krytyczne uwagi Sołżenicyna na temat Zachodu, które nie pochodziły z lewej strony sceny ideologicznej, wzbudzały niechęć i rozdrażnienie w dość szerokich kręgach zachodnich elit. Chociaż jednocześnie tradycjonalistyczne przekonania, ujawniane odtąd przez Sołżenicyna w wielu jego wypowiedziach, zaskarbiały mu niemałe poważanie w środowiskach konserwatywnych i prawicowych, dla których stał się jednym z patronów.

Podczas gdy Sołżenicyn-publicysta wzbudzał kontrowersje, Sołżenicyn-świadek Gułagu zapisał się na stałe w intelektualnej i moralnej świadomości Zachodu. Jego Archipelag Gułag kształtował tę świadomość i zmieniał historię, jak rzadko które dzieło literatury na przestrzeni dziejów. Mieli rację ci, którzy w chwili ukazania się książki na przełomie lat 1973 i 1974 zapowiadali, że Archipelag Gułag to początek końca sowieckiego komunizmu. Z perspektywy lat widać to coraz wyraźniej. Dzieło Sołżenicyna stanowiło dla ideologii sowieckiej moralny cios, po którym nigdy się już ona nie podniosła, a komunizm nigdy już nie zdobył się na odpowiedź Sołżenicynowi. Na Zachodzie zaś słowo "Gułag" stało się nierozłącznie związane z komunizmem i Związkiem Sowieckim. W marcu 1974 roku George Kennan, najwybitniejszy autorytet w dziedzinie stosunków amerykańsko-sowieckich, napisał w "New York Review of Books" recenzję Archipelagu Gułag, w której nazwał książkę Sołżenicyna "największym i najpotężniejszym aktem oskarżenia, jaki kiedykolwiek wystosowano w naszych czasach przeciwko jakiemukolwiek reżimowi". "Ten bezlitosny akt oskarżenia - kontynuował Kennan - jest zbyt druzgocący, by można go było zignorować. Władze sowieckie nie są w stanie skazać go na zapomnienie ani uniknąć jego konsekwencji. Jest to oskarżenie zbyt ogromne jak na możliwości sowieckiej machiny propagandowej. Jego skutki będą trwały, powodując coraz większą niewygodę, póki nie osiągnie ono swego celu".

Tak też było. Wydaje się, że dwa czynniki złożyły się na ten rezultat. Jednym był charakter dzieła Sołżenicyna - jego rozmiar, skala ujawnionych w nim zjawisk oraz pasja, z jaką autor odsłaniał prawdę. Z drugiej strony na sposobie przyjęcia Archipelagu Gułag na Zachodzie zaważył bezpośredni kontekst. Wiedziano przecież o Gułagu wystarczająco wiele przed Sołżenicynem, by móc wyrobić sobie zdanie na temat sowieckiego ustroju i ideologii. A jednak wcześniej zachodnia opinia publiczna nie była w pełni gotowa wyciągać daleko idących wniosków ze świadectw Gułagu. Proces odchodzenia wielu zachodnich opiniotwórców od prosowieckich mrzonek był zjawiskiem stopniowym i wewnętrznie złożonym. Jak zauważa Michael Scammell, wielkie wrażenie na Zachodzie wywołał fakt, że prawda ujawniona w Archipelagu Gułag była wypowiedziana "z pozycji autorytetu - przez kogoś, kto żył w tym systemie [...] i poznał go od środka - nie zaś przez człowieka z Zachodu albo nawet emigranta czy uchodźcę, opisującego te potworności z większego dystansu".

Nie tylko o to jednak chodziło. Sołżenicyn nie był w chwili opublikowania Archipelagu Gułag kimś, kto dopiero ujawniał się przed światem jako świadek strasznej prawdy o Sowietach. Był on pisarzem o światowej sławie. Został na Zachodzie zauważony dzięki swojemu głośnemu sowieckiemu debiutowi - opowieści o Iwanie Denisowiczu. Takie świadectwa Gułagu jak Iwan Denisowicz, unikające bezpośredniej krytyki sowieckiego systemu, pozwoliły wielu zachodnim czytelnikom na moralny komfort współczucia ofiarom Gułagu bez jednoczesnej konieczności rewizji własnego, często życzliwego, stosunku wobec komunizmu i ZSRS. Przywiązując się coraz bardziej do malowniczej postaci Sołżenicyna, towarzyszyli jemu i innym sowieckim dysydentom w ich oporze, stopniowo tracąc nadzieje pokładane początkowo w rzekomej zdolności sowieckiego systemu do samonaprawy. Z jednej strony opory zachodnich sympatyków Sołżenicyna przed uświadomieniem sobie moralnej klęski sowieckiego eksperymentu stawały się z czasem coraz mniejsze, z drugiej zaś ciągle nie do końca zdawali sobie oni sprawę, że pisarzowi nie chodziło wcale o reformowanie sowieckiego ustroju, lecz o jego moralne unicestwienie. W chwili gdy Archipelag Gułag objawił prawdziwe stanowisko Sołżenicyna w tej sprawie, często nie mieli oni już właściwie ani woli, ani powodów, by tego stanowiska nie zaakceptować.

Szczególnie wielkie wrażenie wywołał Archipelag Gułag we Francji, a więc w kraju, gdzie opinia publiczna, a zwłaszcza jej elity, najdłużej opierały się prawdzie. Książka Sołżenicyna spowodowała tam wyraźny przełom w myśleniu o świecie. Gustaw Herling-Grudziński, którego Inny świat od roku 1951 bezskutecznie czekał we Francji na wydanie (przypomnijmy, że wyszedł dopiero w roku 1985, a więc 12 lat po Archipelagu Gułag), tak charakteryzował znaczenie dzieła Rosjanina we Francji: "Sołżenicyn odegrał kolosalną rolę - jego Archipelag Gułag zmienił Europę. [...] To była rewolucja. Twierdzę kategorycznie, że człowiek, który będzie pisał książkę o Francji z tej epoki i poświęci rozdział francuskim intelektualistom, będzie musiał w nim napisać o książce Sołżenicyna, bo ukazanie się książki w Paryżu było prawdziwą rewolucją". Pod wrażeniem książki Sołżenicyna kolejni francuscy intelektualiści publicznie ogłaszali zerwanie z komunizmem. W kwietniu 1975 roku Sołżenicyn wystąpił w telewizyjnej audycji Bernarda Pivot "Apostrophes". W tym samym roku były maoista Andre Glucksmann potępił komunizm w książce pod wiele mówiącym tytułem La Cuisiniere et le mangeur d'hommes: Essai sur les rapports entre l'Etat, le marxisme et les camps de concentration (Piec i pożeracz ludzi: Esej o związkach między państwem, marksizmem i obozami koncentracyjnymi), a Michel Foucault, który we wczesnych latach 50. rozpoczynał swoją karierę filozofa jako członek Francuskiej Partii Komunistycznej, tak zareagował na pytanie o swój stosunek do marksizmu: "Nie opowiadajcie mi więcej o Marksie! Już nigdy nie chcę słyszeć o tym człowieku. [...] Zapytajcie kogoś, kto się tym trudni. Komu za to płacą. Zapytajcie się marksistowskich funkcjonariuszy. Ja mam już dosyć Marksa". Georges Suffert, redaktor paryskiego "Le Point", przyznał, że Archipelag Gułag "na zawsze zaćmił światło komunizmu". Jak dalece nad Sekwaną odpowiadało to prawdzie, niech zaświadczy fakt, że w roku 1976 Francuska Partia Komunistyczna, najwierniejsza bodaj córa Kremla na Zachodzie, potępiła oficjalnie nie tylko Gułag epoki Stalina, ale nawet breżniewowskie łagry i psichuszki. Hilton Kramer komentował przełom spowodowany we Francji przez Archipelag Gułag:

Na zawsze pozostanie jedną z ironicznych lekcji historii to, że silą moralna, która w końcu zniweczyła wpływ Sartre'a i francuskiej lewicy na ich własnym terytorium, nie wzięła się z jakiegoś protestu w intelektualnych stolicach Zachodu, lecz pochodziła od bohaterskiego człowieka, który na własnej skórze doświadczył negowanego przez nich do tej pory zła. Archipelag Gułag obrócił w ruinę całą tę tradycję politycznego fałszu.

O prawdziwym trzęsieniu ziemi, jakie przeżyła francuska lewica za sprawą Sołżenicyna, niech świadczy następujący przykład. Wieczorem 21 czerwca 1977 roku, gdy prezydent Francji Giscard d'Estaing podejmował Breżniewa na uroczystym bankiecie w Pałacu Elizejskim, w niewielkim paryskim teatrze Recamier odbyła się swoiście konkurencyjna impreza, na której spotkali się francuscy intelektualiści i sowieccy dysydenci wyrzuceni z Kraju Rad - m.in. Władimir Bukowski, Natalia Gorbaniewska i Andriej Siniawski. Wśród organizatorów tego spotkania poczesne miejsce zajmowali Andre Glucksmann, Eugene Ionesco, Gilles Deleuze, Michel Foucault oraz (sic!) Jean Paul Sartre i Simone de Beauvoir.

Archipełag Gułag nie tylko zmienił obraz ZSRS i komunizmu w oczach Zachodu. Wpłynął też do pewnego stopnia na sposób myślenia Zachodu o sobie samym. Opisując koszmar Gułagu, Sołżenicyn zastanawiał się nad jego korzeniami, tkwiącymi w ogólnoludzkim świecie pojęć. A więc, siłą rzeczy, książka wpisywała się w wiele zasadniczych debat ideowych od dawna toczonych na Zachodzie. Rozważając pytanie, czy ideologia komunizmu była zasadniczym źródłem totalitarnego zła Gułagu, czy też raczej rodzima rosyjska tradycja samodzierżawia i pomiatania człowiekiem wycisnęła swe zgubne piętno na sowieckim komunizmie, Sołżenicyn udzielał jednoznacznej odpowiedzi: źródłem zła jest sam komunizm, a Rosja jest jego ofiarą. Główne ostrze krytyki komunizmu zawartej w Archipelagu Gułag wymierzone było w samo zjawisko ideologii, rozumiane jako część spadku po Oświeceniu i jego jakobińskiej tradycji. W ten sposób Sołżenicynowska demaskacja sowieckiego komunizmu, którego kwintesencją był Gułag, prowokowała Zachód do historycznej i ideowej autorefleksji.

Sołżenicyn znajdował źródła totalitarnego koszmaru w tradycjach ideowych, opisujących dobro i zło językiem społecznych abstrakcji-tym samym językiem, w którym jednocześnie wyznawcy tychże tradycji formułowali radykalne programy ostatecznego rozwiązania wiecznych bolączek ludzkości. W Archipelagu Gułag pisał:

Aby czynić zło, człowiek musi najprzód uznać je za dobro - albo za rzecz rozumną i zgodną z prawem. Taka jest już, na szczęście, natura człowieka, że dla swoich czynów musi on szukać uSPRAWIEDLIWIEnia. Makbet nie mógł usprawiedliwić swoich czynów w sposób wystarczająco zasadny - i zagryzło go sumienie. [...] Dla wyczerpania fantazji i sił duchowych szekspirowskich łotrów wystarczało jakieś dziesięć trupów. Wszystko dlatego, że nie mieli oni ideologii.

Ideologia! - to ona dostarcza upragnionego usprawiedliwienia łotrostwu - i koniecznej, wieloletniej odporności zbrodniarzowi. Potrzebna mu jest teoria społeczna, która pomoże mu - przed sobą samym i przed innymi - wybielić własne postępki i słyszeć - nie wyrzuty, nie przekleństwa, tylko pienia pochwalne i wyrazy czci. W ten sposób inkwizytorzy szukali oparcia i usprawiedliwienia - w chrześcijaństwie, konkwistadorzy - w chwale Ojczyzny, kolonizatorzy - w cywilizacji, hitlerowcy - w rasie, jakobini i bolszewicy - w równości, braterstwie i szczęściu przyszłych pokoleń.

Dzięki IDEOLOGII wiek dwudziesty poznał, co to jest łotrostwo pomnożone przez miliony ofiar.

Piekło Gułagu i pozostałe zbrodnie komunizmu zakorzenione były według Sołżenicyna w myśleniu ideologicznym, gdyż reprezentuje ono typ wrażliwości, który chętnie dokonuje uzewnętrznienia zła i jego projekcji na świąt abstrakcyjnych bytów społecznych - klas, ras, narodów - zamiast przyjrzeć się źródłom zła w samym człowieku. Sołżenicyn pisał: "Gdybyż to było takie proste! - że są gdzieś te czarne charaktery, w czarnych zamiarach wykonujące swoją czarną robotę i że trzeba tylko umieć je rozpoznać i zniszczyć. Ale linia podziału między dobrem a złem przecina serce każdego człowieka. A kto gotów jest odciąć kawałek własnego serca?".

Ideowi dziedzice rewolucji francuskiej mieli odtąd z niepokojem zwracać uwagę na fakt, że Sołżenicyn dostrzegał w oświeceniowych i rewolucyjnych źródłach nowoczesnej tożsamości Zachodu również i źródło totalitaryzmu, ucieleśnionego w Gułagu. Dla umysłów konserwatywnych natomiast pisarz stał się chętnie cytowanym sojusznikiem. Wskazywał bowiem na tragiczne skutki wyciągania radykalnych wniosków politycznych i moralnych ze społecznych teorii. Wśród konserwatywnych czytelników Sołżenicyna najlepiej chyba określił intelektualny wkład Archipelagu Gułag w świadomość Zachodu Raymond Aron: Wydaje mi się, że przesłanie Sołżenicyna można podsumować w dwóch zasadniczych zdaniach. Istnieje coś gorszego, niż nędza i ucisk - tym czymś jest kłamstwo; lekcja dwudziestego wieku polega na uświadomieniu ludziom śmiertelnej pułapki ideologii i złudzenia, że człowieka i społeczeństwo można odmienić jednym pociągnięciem".

Akcentując zachodnie korzenie ideologii, której naturalnym owocem był, według Sołżenicyna Gułag, rosyjski pisarz sprawiał, że temat ten przestawał być na Zachodzie egzotyczny. Z tezami Sołżenicyna można było, rzecz jasna, zgadzać się lub dyskutować. Ale jakkolwiek by z nim nie polemizować, nie sposób było go ignorować. Ludzie na Zachodzie, dzięki licznym dotychczasowym świadectwom więźniów Gułagu, mieli na długo przed Sołżenicynem sposobność, by solidaryzować się i moralnie identyfikować z ofiarami sowieckiego zniewolenia. Inna sprawa, jak i kiedy z tej sposobności korzystali. Teraz mieli również okazję odczuć w bezprecedensowej dotąd skali, że historyczne zło Gułagu było dziełem ludzi, których sposób myślenia niekoniecznie daleko odbiegał od standardów i pojęć dość powszechnych w tym samym czasie również na Zachodzie. Zachodni czytelnik Archipelagu Gułag stawał przed zawartym w dziele wyzwaniem, by porzucić wygodną pozycję zewnętrznego obserwatora strasznej, lecz niejako egzotycznej historii i zamiast tego stać się współświadkiem ogólnoludzkiej tragedii komunizmu. W świecie przedstawionym przez Sołżenicyna korzenie zła, które zrodziło sowiecki totalitaryzm - jak i korzenie zła owocującego bardziej znanymi na Zachodzie zbrodniami hitleryzmu - okazywały się tkwić w każdym z nas, niezależnie od szerokości geograficznej. Podobnie jak korzenie dobra, które nakazuje stawać w obronie ofiar, potępiać oprawców i demaskować kłamstwo.