Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Wprost - 9 października 2011

 

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Historia pewnej nienawiści

 

TO COŚ WIĘCEJ NIŻ WYBORY. Dla Donalda Tuska to wojna z potworem. Dla Jarosława Kaczyńskiego to okazja do zemsty za śmierć brata i własne upokorzenia.

 

Współpracownik premiera: - Donald zawsze miał na Kaczyńskiego dwa określenia: potwór i wariat. Jego stosunek do prezesa PiS najlepiej oddaje często opowiadany przez niego żart. "Kaczyński i Tusk mieli stłuczkę. Wychodzą z samochodów, oglądają straty. - Wiesz, Donald, te nasze kłótnie są bez sensu, pogódźmy się. Mam tu flaszkę, napijmy się - proponuje Kaczyński i polewa po kieliszku. Tusk wypija i spogląda na Kaczyńskiego. - A ty na co czekasz? - Na policję". Kiedyś się z tego śmialiśmy, ale po Smoleńsku Donald zaczął odczuwać fizyczny strach przed Kaczyńskim. On uważa, że jeśli PiS wygra wybory, to ludzie prezesa po niego przyjdą.

Polityk PiS: - Tusk zajmuje dziś na krótkiej liście Kaczyńskiego pierwsze miejsce, choć nie zawsze tak było. Jarosław przez lata nim gardził. Mówił, że to chłoptaś, nie polityk. Powtarzał, że w latach 80., gdy jego żona z synkiem gnieździli się w akademiku, on przepuszczał pieniądze z kolegami na imprezach. Po upadku komuny to samo: balangi, alkohol, piłeczka. Polityka daleko w tyle. Kiedy przyszło podwójne zwycięstwo w 2005 r., Jarosław uważał się za ostatniego Mohikanina. Wałęsa i Kwaśniewski, z którymi się porównywał, byli już poza grą, został tylko on. Rozsmakowywanie się w tym triumfie zepsuł mu Tusk, i to było najgorsze upokorzenie. Przecież to nikt poważny, zwykły pętak. Wyrósł jak spod ziemi i wszystko mu podeptał. Zaczął go brutalnie uderzać, odebrał władzę i poniżał jego brata. Suma tych grzechów doprowadziła do Smoleńska.

Kwa, kwa i Jarosław tężeje

Na początku lat 90. Tusk i Kaczyński grali w jednej drużynie. Porozumienie Centrum, które wtedy powstało, było pomyślane jako konfederacja mniejszych organizacji. Wśród nich był m.in. Kongres Liberalno-Demokratyczny. W PC panowała jednak jasna hierarchia. Kaczyński był kapitanem zespołu, liderem całej struktury. Tusk to w tamtym czasie rezerwowy. Jeśli w ogóle grał, to tylko w końcówkach.

Typowy obrazek z tamtego okresu: Kaczyński i jego współpracownik Maciej Zalewski idą na negocjacje z liderem KLD Janem Krzysztofem Bieleckim. Zalewski kładzie nogi na stole, wyjmuje swojego colta i zaczyna nim kręcić jak bączkiem. - No, słucham. Co ma pan do zaproponowania? - zaczyna spotkanie Kaczyński.

Na inną rozmowę Kaczyński przychodzi z kierowcą, panem Tadkiem. Gdy coś idzie nie po jego myśli, pan Tadek, niski i pucołowaty, wyciąga zza pazuchy wielki pistolet i demonstracyjnie się nim bawi. Kiedy indziej Kaczyński natyka się w sejmowej windzie na Tuska. Pokazuje mu pistolet i się uśmiecha. - Dla mnie ciebie zabić to jak splunąć - mówi.

- Donald był wtedy nikim, nie liczył się nawet w samym Kongresie. Jarek na pewno nie traktował go jak partnera - wspomina Andrzej Urbański, były prezes TVP, na początku lat 90. członek Porozumienia Centrum.

Andrzej Anusz, były działacz, autor książki "Osobista historia PC": - W naszym środowisku mówiło się, że KLD to picie piwka, bankietowanie i gra w piłkę. Jeśli Jarosław z kimś z tego towarzystwa rozmawiał, to tylko z Bieleckim. Tusk raczej dla niego nie istniał.

Również Kaczyński w swojej nowej książce "Polska naszych marzeń" wspomina Kongres jako zabawowe towarzystwo: "mieli willę na Saskiej Kępie, w której urządzali wystawne balangi, a Tusk wyznał mi kiedyś, że polityka nie jest dla niego ważna, bo najważniejsze są dziewczyny".

Te relacje nie zmieniły się nawet wtedy, gdy Bielecki został premierem. "Kaczyński mówił: ja robiłem wybory prezydenckie, ja spowodowałem, że Wałęsa jest prezydentem, ja miałem być premierem. Wy, chłopaczki z Gdańska, z jednej klasy licealnej, wzięliście całą pulę, a ja żądam, bo mnie i mojej paczce należy się to, to i to (...). Leszek Kaczyński zawsze mówił, że jego najbardziej w życiu wścieka, że ja mam taki fart. Był absolutnie przekonany, że oni są inteligentniejsi, mądrzejsi, lepiej znają się na polityce, dużo więcej pracują, są bardziej patriotyczni. Wszystko robią lepiej, a tu nam wychodzi, a im nic" - opowiadał Tusk w książce "Teczki liberałów".

W 1993 r. drogi Kaczyńskiego i Tuska rozeszły się na długie lata. PC i KLD nie dostały się do Sejmu, a dwaj liderzy wylądowali za burtą. - Ich kontakty urwały się kompletnie, ale Donald często opowiadał nam o Jarku. Nie były to jednak miłe wspomnienia. Mówił, że to człowiek z genem destrukcji, wariat. Najlepiej pamiętam jego opowieści o negocjacjach w sprawie rządu Olszewskiego. Jest późny wieczór, rozmowa się nie klei, i nagle, opowiada Donald, zza okna dochodzi głośne kwa, kwa. Okazuje się, że to kaczki z pobliskiego stawu. Kaczyński momentalnie tężeje, podejrzewa, że to prowokacja - wspomina jeden z były działaczy Kongresu. Współpracownik prezesa PiS: - U nas przez te wszystkie lata o Tusku właściwie się nie mówiło. Wiedzieliśmy, że to leń, w dodatku nieznaczący.

Tusk? Zakamuflowany Niemiec

Rok 2005, końcówka kampanii prezydenckiej. Tusk jest na fali. Prowadzi w sondażach, objeżdża kraj. Podczas jednej z wizyt grupa starszych pań ubranych w stroje ludowe tytułuje go prezydentem. Nie protestuje, czuje, że jest o krok od zwycięstwa.

W tym samym czasie w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej powstaje zespół do spraw analizy konkurencji, w jego skład wchodzą Witold Ziobro i Michał Krupiński. Zadanie jest proste: prześwietlić rywala. Własny research prowadzi też Jacek Kurski. Szuka informacji w Trójmieście, wreszcie natyka się na trop dziadka w Wehrmachcie. - Leszek powiedział nam wtedy, że zakazuje babrania się w sprawach osobistych. "Jeśli to zrobicie, mówił, nie macie czego u mnie szukać". Podobno przyrzekli sobie z Tuskiem, że nie będą wciągać do politycznej walki rodzin. Poza tym Donald wyznał mu kiedyś, że miał problemy ze swoją tożsamością, bo w jego domu mówiło się po niemiecku. Leszek doceniał, że mimo wszystko umiał znaleźć swoją polskość. Jarosław tyle zrozumienia w sobie nie miał, mówił wprost: "Tusk to zakamuflowany Niemiec" - opowiada polityk PiS.

Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Kurski wyciągnął historię z dziadkiem, a Tusk oświadczył, że o niej nie wiedział. Tłumaczenie było jednak mętne, bo w tym samym czasie jego kuzynka przyznała, że o dziadku w Wehrmachcie wiedziała cała rodzina. W specjalnym sondażu 28 proc. badanych oceniło, że szef PO kłamie. Fala nagle opadła, prezydentem został Kaczyński.

Ta porażka to jednak punkt zwrotny w życiu Tuska. Już widział się w Pałacu na Krakowskim Przedmieściu, był na ostatniej prostej, metę miał na wyciągnięcie ręki. Aż tu nagle z naprzeciwka wyjechał tir i go powalił.

Aby się podnieść i zebrać siły do dalszej walki, Tusk musiał znaleźć sobie wroga. Wybór był oczywisty: na cel bierzemy kierowcę ciężarówki, wypowiadamy Kaczyńskiemu wojnę.

- We wtorek, dwa dni po wyborach, Donald powiedział: przystępujemy do rozmów o koalicji z PiS, ale prowadzimy je tak, by nic z nich nie wyszło. Wepchniemy Kaczyńskich w ramiona Samoobrony i będziemy go punktować - wspomina jeden z polityków PO.

Wywrócić PO-PiS było łatwo. Tusk przekonywał swoich współpracowników, że Kaczyński dostarcza mu argumentów przeciw koalicji na każdym spotkaniu. - To wariat. Wszędzie węszy spiski, układy i robotę służb - mówił po rozmowie u abp. Gocłowskiego. Po spotkaniu w Saloniku Tetmajerowskim w Sejmie powiedział: - To jest potwór.

Te rozmowy przestawiły też wajchę w obozie PiS. Andrzej Urbański: - To był moment, w którym Jarosław Kaczyński zorientował się, że Tusk nie jest już chłopcem w krótkich spodenkach. Wtedy po raz pierwszy zobaczył w nim poważnego rywala.

Pustka, blokada. Prezes się spalił

- W kampanię w 2007 r. Jarosław wszedł mocno poobijany. Miał za sobą dwuletni ostrzał ze strony opozycji. Agresja Tuska, jej lidera, bardzo go zaskoczyła. Proszę sobie prześledzić wypowiedzi Kaczyńskiego. Narzeka w nich na Niesiołowskiego i innych polityków Platformy, ale zawsze powtarza, że z nich wszystkich najgorszy jest Tusk - mówi jeden z ważnych polityków PiS. Rzeczywiście, wystarczy przeczytać choćby wywiad dla "Niedzieli". Kaczyński mówił w nim, że "najwięcej zasług w dziedzinie obelżywych kampanii położył Tusk". - Już kilka lat temu mówił o schizofrenii braci Kaczyńskich, którzy wskazują nadużycia, układy, złodziejskie powiązania - argumentował.

Siedziba TVP, kilka minut przed rozpoczęciem debaty Kaczyński - Tusk. Prezes stoi w tunelu prowadzącym do studia, jest już w pełnym rynsztunku. Polakierowane włosy, upudrowana twarz. W ręku trzyma pudełko na okulary i teczkę z trzema kartkami. Na pierwszej jest sześć pytań, które ma zadać Tuskowi. Na drugiej - skład piłkarskiej reprezentacji Polski. Prezes za nic w świecie nie mógł go zapamiętać, a spodziewał się pytania o nazwiska zawodników. A na trzeciej - ceny chleba, szynki, ziemniaków. Sztabowcy zapisali mu je na wypadek, gdyby szef PO chciał go zaskoczyć. - Panie premierze - nachyla się Adam Bielan - zanim pan odpowie na pierwsze pytanie, proszę powitać Tuska i publiczność, podziękować za przybycie. To ustawi pana w roli gospodarza... - Niech pan już przestanie to ciągle powtarzać. Nie mam sklerozy, pamiętam przecież.

Pada pierwsze pytanie. Zaczyna Kaczyński, wygląda na zdenerwowanego. Mocuje się z pudełkiem na okulary, mikrofon wyłapuje, jak nerwowo łyka powietrze. - To ja, tak? Proszę państwa, jeśli chodzi o obecną sytuację, to... - nikogo nie wita, płynie w rozważania o minimum socjalnym. Szybko daje się zagonić do narożnika. Nie zadaje ani jednego pytania z kartki, używa zwrotów przed którymi przestrzegali go sztabowcy

Wreszcie pada na pytaniu o ceny kurczaków i ziemniaków. Gdy sięga po teczkę, ktoś z widowni krzyczy: "Kaczor, nie ściągaj!". Współpracownik: - Gdy zmył makijaż, był blady jak ściana. Wiedział, że przegrał, aż było mi go szkoda. A ja wtedy wszystko zrozumiałem. On tę debatę przegrał we własnej głowie. Proszę mi wierzyć, ten człowiek ma niezwykłą pamięć, najdrobniejsze szczegóły łapie w lot. A tu? Wyszedł i pustka, całkowita blokada. Kilka dni wcześniej umiał pokonać Kwaśniewskiego, bo był wyluzowany. Tu spaliła go nienawiść do Tuska.

Były sztabowiec: - Po tej porażce ta niechęć się tylko pogłębiła. Prezes jest bardzo wyczulony na brak kultury. Kiedyś zerwał stosunki z politykiem, który odpowiedział mu "dzień dobry" z rękami w kieszeni, ledwo wpuścił go na listę wyborczą. Tu było i znacznie gorzej: jakiś szczeniak z widowni krzyczał do niego na ty, a on nie mógł nic zrobić.

Oho, potwór dzwoni

Marzec 2008, rezydencja prezydenta na Helu. Miało być krótkie spotkanie, a mija już trzecia godzina i nic. Lech Kaczyński i Tusk cały czas siedzą zamknięci. Kiedy na stole ląduje druga butelka czerwonego wina, podnoszą się z miejsc i wpadają sobie w ramiona Misia powtarzają jeszcze dwukrotnie, przez kilka godzin między głową państwa a szefem rządu panuje sielanka. Mąci ją tylko jedno: krótki telefon od brata prezydenta. - Zadzwoniłem i okazało się, że rozmowy jeszcze trwają. Brat powiedział do mnie: "Pan premier tu jeszcze jest", a wtedy usłyszałem: "Potwór dzwoni". Tego nie mówił mój brat - opowiadał później w "Sygnałach dnia" prezes PiS. Współpracownik Tuska: - Tak, rzeczywiście. Donald zawsze powtarzał, że Leszek jest normalnym, sympatycznym człowiekiem, któremu raz na jakiś czas głowę psuje ten potwór.

Jarosław Kaczyński widział ten problem odwrotnie. Uważał, że nie tylko nie psuje bratu głowy, ale jeszcze otwiera mu oczy. Zawsze powtarzał, że najlepszym dowodem na intencje Tuska są zachowania Palikota. Prezes PiS mówił zresztą o tym publicznie. W wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" stwierdził nawet, że Tusk będzie się za te ataki "gotował w piekle w smole".

Były minister w Kancelarii Prezydenta: - Podczas tego spotkania na Helu Tuskowi zebrało się na osobiste wyznania. Gdy zeszło na temat narkotyków, premier sam z siebie zaczął przysięgać, że nigdy niczego nie brał. Kilka tygodni później Leszek przeżył kompletny szok, bo Tusk publicznie przyznał się do palenia marihuany. Nie mógł w to uwierzyć. Jarosław, gdy to usłyszał, tylko wzruszył ramionami. Nie był zdziwiony.

Zapłacisz za to

10 kwietnia, kilka godzin po katastrofie prezydenckiego tupolewa. Jarosław Kaczyński stoi w swoim biurze przy ul. Nowogrodzkiej, planuje podróż do Smoleńska. Gdy pada pomysł, by lecieć razem z Tuskiem, mówi chłodno: - Nie, oni zabili mi brata.

Ważny polityk Platformy: - Donald opowiadał mi kiedyś o tym, co przeżył podczas pogrzebu na Wawelu. Mówi, że kiedy szedł w kondukcie żałobnym, ludzie wygrażali mu pięściami, wyzywali go. Aż wreszcie podszedł do niego Kaczyński i powiedział: "Zamordowałeś mojego brata, zapłacisz za to". Nie potrafię tej historii zweryfikować, być może jest ona podkoloryzowana, to przecież były straszne emocje. Ale wiem jedno: Donald jest tą wizją autentycznie przerażony. Często mówi, że w tych wyborach walczy nie tylko o władzę, ale też o własną skórę. Jego zdaniem dojście PiS do władzy będzie oznaczać dla niego kajdanki i sąd.

 

Współpraca: Paweł Sikora