Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Ja, Piotr Riviere, skorom już zaszlachtował moją matkę, moją siostrę i brata mojego...

 

Przypadek matkobójcy z XIX wieku

przedstawił Michel Foucault

 

2002

 

(...)

 

Roku tysiąc osiemset trzydziestego piątego, dziewiątego lipca, w Izbie Dochodzeń Kryminalnych sądu pierwszej instancji okręgu Vire, przed nami, Exupere'em Legrainem, sędzią śledczym pomienionego okręgu, w przytomności Theodore'a Lebouleux, niższego kancelisty; w egzekucji nakazu aresztowania wydanego przez nas dziesiątego czerwca roku tysiąc osiemset trzydziestego piątego na niejakiego Pierre'a Riviere'a.

Doprowadzony zostaje pomieniony Riviere, do którego ustnego przesłuchania przystąpiliśmy jak następuje:

 

Pytanie: Jakie jest wasze nazwisko, imię, wiek, profesja i miejsce zamieszkania?

Odpowiedź: Pierre Riviere, dwadzieścia lat, wieśniak, urodzony w gminie Courvaudon, a zamieszkały w gminie Aunay.

P: Z jakiego powodu zamordowaliście waszą matkę, waszą siostrę Victoire i waszego brata Jules'a?

O: Bo nakazał mi Bóg, bym dowiódł Jego opatrzności, oni byli w zmowie.

P: Co macie na myśli, mówiąc, że oni byli w zmowie?

O: We troje dogadali się, by prześladować ojca mojego.

P: Powiedzieliście mi, że Bóg nakazał wam trzykrotne morderstwo, jakie się wam zarzuca, a przecież dobrze wiecie, że Bóg nie nakazuje zbrodni.

O: Bóg nakazał Mojżeszowi wygubić chwalców złotego cielca, ani przyjaciół nie szczędząc, ani ojca i syna.

P: Kto was nauczył takich rzeczy?

O: Czytałem je w Deuteronomium; Mojżesz błogosławiący pokoleniu Lewiego rzecze: twoje światło i doskonałość twoja była przy mężu świętym twoim wybranym przez ciebie. Ten ci to jest, który rzekł ojcu swemu i matce swej: nie oglądam się na was, i braci swoich nie znał, i o synach swych nie wiedział. Albowiem oni strzegą słów twych i przymierze twoje zachowują.

P: Czytaliście więc Biblię po wielekroć?

O: Tak, czytałem wielekroć Deuteronomium i Numeri.

P: Wyciągnęliście zatem tak nieszczęsną naukę z kilku fragmentów księgi, którejście nie rozumieli?

O: Ojciec mój był prześladowany, można było zwątpić w Opatrzność Bożą.

P: Od jakiego czasu macie we zwyczaju czytanie Biblii?

O: Od dawna, dwóch czy trzech lat.

P: Czytaliście także zazwyczaj książki pobożne?

O: Tak. Czytywałem katechizm z Montpellier.

P: Czytywaliście wcześniej dzieła zupełnie innego rodzaju?

O: Tak, przerzucałem przez prawie dwie godziny dzieło pod tytułem Testament księdza Mesliera.

P: Jakie wrażenie uczyniła na was lektura tego dzieła i co w nim dostrzegliście?

O: Nie wierzyłem naonczas w religię. Wątpiłem. To dzieło nie odsunęło mnie od religii, ale potwierdziło moje wątpienie.

P: O jakim innym dziele chcecie coś jeszcze powiedzieć?

O: Wyczytałem w kalendarzach i geografii, że ziemia dzieli się na wiele części, i wątpiłem, że Adam, stworzony w jednej części, zdołał potem zaludnić pozostałe.

P: W jakim czasie podjęliście straszny zamysł, któryście spełnili minionego trzeciego czerwca?

O: Na piętnaście dni wprzód.

P: Dlaczego i przy jakiej sposobności powzięliście taki zamiar?

O: Bo mój ojciec był prześladowany i ujrzałem Boga, który mi to nakazał.

P: Opowiedzcie mi, coście widzieli.

O: Nie mogłem pracować z przyczyny prześladowań doświadczanych przez mego ojca. Byłem w polu, kiedy ukazał mi się Bóg w majestacie aniołów i rozkazał, bym dowiódł Jego opatrzności.

P: Ale przecież już na długo wcześniej okazywaliście nienawiść swojej matce, swym braciom i siostrom, a nawet swemu ojcu.

O: Nie mogłem kochać mojej matki z przyczyny tego, co robiła, ale nie miałem wobec niej żadnych złych zamiarów, a nadto Boskie przykazania krzywdy jej czynić nie dozwalały.

P: Jakże zatem mogliście później uwierzyć, że istnieją przeciwne rozkazy?

O: Bo osobiście naznaczył mnie Bóg, jak naznaczył Lewitów, choć przykazania pozostawały te same.

P: Staracie się usprawiedliwić swe zbrodnie - a niegodna i niedorzeczna to próba - mówiąc, że Bóg wami kierował; przyznajcie raczej, że zrodzeni na swoje nieszczęście z okrutnym charakterem, chcieliście się kąpać we krwi waszej matki, której nienawidziliście od dawna, którą znienawidziliście nade wszystko wtedy, gdy doprowadziła do cielesnej separacji z waszym ojcem.

O: Powtarzam: Bóg nakazał mi to, com uczynił. Proboszcz powiedział ojcu memu, by się modlił do Boga, a On go z kłopotów wybawi. Gdyby go nie wybawił, można by było zwątpić w istnienie Boga i w Jego sprawiedliwość.

P: Czy wyznaliście komu to, co - jak utrzymujecie - zdarzyło się na polu piętnaście dni przed waszą zbrodnią?

O: Nie.

P: Czemuż w słusznej obawie, że egzaltowana wyobraźnia może was zwieść na manowce, nie uznaliście, iż byłoby rzeczą stosowną porozmawiać z kimś mądrzejszym od siebie i przedstawić mu swoje zamiary?

O: Nie uważałem tego za konieczne.

P: Byliście jednak, jak się zdaje, jakiś czas temu u spowiedzi, byliście na Wielkanoc u komunii, należało po prostu porozmawiać ze spowiednikiem, dlaczego tego nie uczyniliście? Wasze trzy ofiary żyłyby jeszcze, gdybyście powzięli to mądre postanowienie.

O: Nie uczyniłem tego i nie uważałem, aby to było potrzebne.

P: Czy prawdą jest, że kilkakroć okazywaliście nienawiść ojcu?

O: To nieprawda.

P: Zarzuca się wam, że w dzieciństwie popełnialiście z chłodnym rozmysłem różne okrutne czyny, na przykład miażdżyliście pisklęta kamieniami i uganialiście się z narzędziem, jakie znajdowało się akurat w waszych rękach, za kolegami, którzy się z wami bawili, grożąc im śmiercią.

O: Nie przypominam sobie, żebym to robił, zdarzyło mi się tylko kilka razy zabijać ptaki kamieniem, jak to w szkolnym strzelaniu do kurka. 

P: Co zrobiliście z książką, z którą widziano was w miasteczku Flers już po ucieczce?

O: Nie miałem ze sobą książki. Nic nie czytałem.

P: Mijacie się z prawdą i drwicie sobie z sądu, boć widziano was w miasteczku Flers z książką w ręce.

O: To pewno był stary kalendarz, który wam okazuję. Miałem też ze sobą parę kartek papieru.

P: Co chcieliście robić z czymś na podobieństwo łuku i z czymś na podobieństwo strzały, które znajdowały się w waszych rękach w chwili aresztowania?

O: Chciałem z tego strzelać do ptaków.

P: A co chcieliście robić z siarką, którą też mieliście przy sobie?

O: Rozpalać ogień w lesie.

P: Zamierzaliście więc żyć w lesie?

O: Tak.

P: Mieliście także dwa noże.

O: Tak, oba, z którymi mnie ujęto, zawsze nosiłem przy sobie w ojcowym gospodarstwie, pierwszy służył do wyrywania buraków, a drugi do skrobania.

P: Macie dosyć rozumu, by zdawać sobie sprawę, że nie uda wam się uniknąć kary, jaką prawo piętnuje morderców i matkobójców, czemu zatem świadomość ta nie powstrzymała was przed popełnieniem zbrodni?

O: Zaufałem Bogu, nie sądziłem, bym postępował źle, dowodząc Jego opatrzności.

P: Dobrzeście wiedzieli, że postąpiliście źle, bo natychmiast po popełnieniu zbrodni salwowaliście się ucieczką, długo wymykaliście się wszelkim poszukiwaniom, a nawet podjęliście przygotowania do życia w lesie.

O: Uciekłem do lasu, żeby żyć w samotności.

P: Skoro takie były wasze plany, czemu nie uciekliście do lasu przed zamordowaniem waszych krewnych?

O: Nie miałem tego zamiaru przed czynem; swoim czynem poświęciłem się Bogu i wtenczas skazałem się na samotność.

P: Ciągle drwicie ze sprawiedliwości, ciągle odchodzicie od prawdy, zdaje się, że wczoraj mieliście lepsze intencje, powiedzcie nam jednak dzisiaj otwarcie, jaka przyczyna skłoniła was do zamordowania waszej matki, waszej siostry i waszego brata.

O: Obstawałem przy tej linii obrony i przy tej roli, ale nie chcę już jej dłużej odgrywać. Powiem prawdę, żeby wydobyć ojca z kłopotów, tom uczynił. Chciałem uwolnić go od złośliwej żony, która go ciągle dręczyła, odkąd został jej mężem, która go rujnowała, która go doprowadziła do takiej rozpaczy, że nieraz zamiarował podnieść rękę na siebie. Zabiłem moją siostrę Victoire, bo była po stronie matki. Zabiłem mego brata, bo kochał matkę i siostrę.

 

Ninie obwiniony z ładem i składem prezentuje obfitującą w szczegóły opowieść, która trwa ponad dwie godziny. To historyjka o niezliczonych udrękach, jakie - jego zdaniem - wycierpiał jego ojciec za przyczyną swojej żony. Riviere przyrzeka nam przedstawić na piśmie to, co na głos wyjawił.

 

 

Szczegóły i objaśnienie wydarzenia jakie zaszło 3 czerwca w Aunay, we wsi La Fauctrie przez autora tego czynu

Ja Piotr Rywiere, skorom już zaszlachtował moją matkę, moją siostrę i brata mojego, a chcący pokazać jakie motywy nakłoniły mię do onego czynu, spisałem całe życie mojego ojca i mojej matki wczas ich małżeństwa. Byłem świadkiem najwiętszej części wydarzeń które opisane są na końcu tej historii, a co do początku to słyszałem je opowiadane od ojca mego kiedy rozmawiał z kolegami a takoż z moją matką, ze mną i tymi co byli świadomi rzeczy. Po tym opowiem jak postanowiłem był popełnić zbrodnię takową, com wtenczas myślał i jaki był mój zamiar, opowiem i jakiem życie pędził na ziemskim padole, opowiem co działo się w mej duszy kiedym już popełnił on czyn, życie jakie wiodłem i miejsca którędy szedłem od zbrodni aż po aresztowanie moje i jakiem postanowienia podjął. Choć dzieło to będzie pisane chropawo bo umiem ledwo czytać i pisać, upraszam o jedno, by zrozumiano co chcę powiedzieć, a spisałem wszystko najlepiej jak potrafię.

Przyrzekłszy, że wyjaśnię mój charakter, myśli jakiem miał przed onym czynem i potym, uczynię jakby skrót osobistego życia i myśli jakie mię zajmowały aż do onego dnia.

W swojej młodości to znaczy w siódmym lub ósmym roku byłem bardzo pobożny. Odsuwałem się na bok żeby się modlić i przy obchodzeniu pól w dni krzyżowe napojów jakie dawano co ćwierć godziny nie brałem, myślałem, że księdzem zostanę i mój ojciec powiadał, że trzeba mi dążyć do tego. Wyuczyłem się kazań i głosiłem je przed wieloma osobami między inszymi przed Mikołajem Rywierem z naszej wsi, i u jego brata oberżysty w przytomności wielu panów u niego siedzących. Robiłem to przez dwa czy trzy lata. Natchnieniem było mi wszystko com dotąd przeczytał. Później zmieniłem plany myślałem że będę jak inni ludzie. Jednakowoż okazywałem dziwactwa. Moi koledzy ze szkoły dostrzegli je i wyśmiewali się ze mnie, przypisywałem ich pogardę paru bydlęcym czynom jakie myślałem żem na początku popełnił i które ciągnąc się za mną na zawsze mię zdyskredytowały. Bawiłem się sam szedłem do naszego ogrodu a żem przeczytał parę rzeczy o wojsku wyobrażałem sobie, że nasza zielona kapusta w szyku stanęła, mianowałem dowódców a potem rozbijałem parę główek żeby tym samym powiedzieć, że zostali zabici bądź ranni, moja b-o mawiała: to dziwno, lubi kapustę a psuje, bawiłem się tak długi czas chociaż już jej tak bardzo nie psułem. Pierworodny Rywiera zwanego wyskrobkiem po drodze widział mnie i od tamtej pory prawie zawsze gdy mnie zobaczył, ty, bijesz się jeszcze z kapustą, mówił. Wyuczyłem się dobrze czytać i rachować jeno w pisaniu za bardzo się nie posunąłem. Kiedym przestał chodzić do szkoły pracowałem na polu z ojcem, alem ku temu wielkiego nabożeństwa nie miał, nachodziły mię myśli o chwale, lubiłem wiele czytać, w szkole czyta się Biblię z Royaumont, czytałem na Liczbach i Powtórzonym Prawie, na Ewangelii i reszcie Nowego Testamentu, czytałem na kalendarzach i geografii, czytałem na rodzinnych zapisach i duchownych kronikach, czytałem wiele historii mianowicie Bonapartego, historię rzymską, historię katastrof morskich, o moralności w czynie i wiele inszych rzeczy, bylem tylko znalazł kawałek gazety, choćby nawet służył do podcierania tyłka, a czytałem, czytałem takoż Testament księdza Meliera, katechizm filozoficzny Fellera i katechizm z Montpellier. To com przeczytał o astronomii i innych rzeczach paru nad którymim przemyśliwał, pozbawiło mnie wiary trzy lata temu. W tamtym czasie i przedtem pochłaniały mnie myśli o glorii i o nieśmiertelności, stawiałem się nad innych ludzi, aż dotąd wstyd mi było o tym mówić, myślałem że wybiję się ponad stan. Naonczas dręczyła mię namiętność cielesna. Sądziłem że to niegodne mnie abym kiedykolwiek pomyślał że się jej oddam. Zwłaszcza grozą przejmowało mię kazirodztwo co powodowało żem nie chciał się zbliżać do niewiast w rodzinie, a kiedym sądził że podszedłem za blisko czyniłem ręką znak krzyża, aby naprawić zło którem jak sądził popełnił. Mój ojciec i moja b-o smucili się tymi rzeczami jakie ciągnęły się cały rok. Mój ojciec mówił to może skrupuły ale to dziwne bo nie ma już wiary. Kiedy pytano mnie czemu robię one znaki starałem się pytania unikać mówiąc, że chcę przepędzić diabła. Powiadają też, że zgrozą przepełniały mnie inne niewiasty bo kiedy siadały nieraz przy mojej b-o i przy mojej siostrze przesuwałem się na drugi brzeg. Marianna Renaut co była wtenczas u nas na służbie kiedy raz otwarła dźwiczki do ogrodu, natychmiast rzuciłem się zapinać spodnie choć byłem bardzo daleko, o, rzekła, uważaj bo zgubisz portki, ale nie jej się bałem kiedy dźwiczki otwarła, lękałem się żeby to moja b-o lub moja siostra nie była. Myśli owe rozwiały się. Alem dalej zajęty był swoją doskonałością i idąc sam wymyślałem historie i wyobrażałem sobie, że jakąś rolę gram, zawsze na czele bohaterów których sobiem imaginował stawałem. Widziałem jednak jak ludzie na mnie patrzą, większość się śmiała ze mnie. Na ten widok powiedziałem sobie że trzeba wziąść się w garść żeby z tym skończyć i żyć w towarzystwie, ale nie potrafiłem znaleźć słów jakie należało powiedzieć nie umiałem wyglądać tak samo jak moi rówieśnicy, zdarzało się że kiedyśmy z dziewczynami z wioski się spotkali brakło mi słów żeby coś im rzec, tedy niektóre dla żartów goniły mnie żeby całować, nie chciałem iść w odwiedziny do moich krewniaków ani przyjaciół mojego ojca bo zawsze bałem się uprzejmości jakie świadczyć należy. Widząc, że nie potrafię dojść do tych rzeczy pocieszyłem się sam. I pogardzałem w swym sercu onymi którzy mną pogardzali. Chciałem pomścić się na dziewce od Mikołaja, Małgorzatce co siłą chciała mię całować, pisząc piosenkę na jej cześć, którąm postanowił rozsiać po drogach, pomyślałem potem że można pomścić się i na innych moich prześmiewcach pisząc na nich wszystkich piosenki, powiedziałem jednemu koledze mojemu Fortainowi, że mógłbym zemścić się na wszystkich tutejszych ludziach pisma na nich składając, że zniesławić ich mógłbym i skazać na wygnanie. Trochę potem niejeden raz próbowałem wyzwać kogoś na pojedynek. Postanowiłem też wyróżnić się całkiem nowe narzędzia budując, chciałem żeby zrodziły się z mojej imaginacji. Postanowiłem primo zrobić narzędzie do zabijania ptaków jakiego dotychczas nie widziały oczy ludzkie nadałem mu nazwę  k a l i b e n  pracowałem przez długi czas w niedziele i wieczory, a widząc że nie sprawuje się jakem sobie zamyślił poszedłem go grzebać na łące a następnie go odgrzebałem i jest jeszcze pod powałą jednego z domów. Postanowiłem też zrobić narzędzie które by całkiem samo masło ubijało i wóz aby całkiem sam jechał, alem wysiłki przedsiębrał już jeno w mej wyobraźni. Opowiedziałem o tym Fortainowi koledze memu i Janowi Buot któren z nami chodził do roboty. W większej komitywie byłem z dziećmi dziewięcio dziesięcioletnimi niźli z chłopcami w moim wieku, robiłem im harabaldy, łuki i sam próbowałem z nich strzelać, zatrzymano mię z jednym i jakkolwiek rzekłem żem zrobił go by za szaleńca uchodzić to tak akuratnie nie było. Próbowałem strzelać w swym domu ale starałem się kryć jak tylko potrafiłem najlepiej. Myślałem sobie w duchu, że to konieczne nie jest, alem czytał że niegdyś posługiwano się onym idąc na polowanie a nawet wybierając się na wojnę. Jakiś czas temu strzelać się ucząc stłukłem szybę u Nativela, wstyd mi było że będą gadać na mnie, moi dwaj bracia byli przy tym. Pytali ich kto to zrobił. Powiedzieli że o niczym nie wiedzą i że to ja nigdy nie powiedzieli. A że niebawem przestali w to wierzyć, jciec mój zapytał Jula, czy jam tego nie uczynił. Dzieciak ten dalej upierał się że nie. Krzyżowałem żaby i ptaki, wymyśliłem też inszą męczarnię by je przywieść do zguby. Było to przybijanie ich przez brzuch trzema ćwiekami do drzewa. Nazywałem to ćwieceniem, prowadziłem dzieci ze sobą żeby  ć w i e c z y ć  i kilka razy robiłem to sam. Dwa lata temu wybrałem się do Saint Clair w Sainte Honorine aby przysłuchiwać się rozmowom jakie nauczyciele i domownicy pospołu wiodą a przez to kształcić się i wypowiedzieć gdy trafi się stosowna okazja po temu. Przyglądałem się innym osobom, między nimi panu Biel z Guiberville, widziałem że z wieloma domownikami rozmawiał a jednego pochwalił, przyglądałem się ludziom onym bez słowa, ani ja ich nie znałem ani oni mię nie znali. Wiele razy wybierałem się bez żadnego towarzystwa na jarmarki i targi. Zawszem dbał o to aby się kształcić i rozwijać. Myślałem, że jeślibym kiedykolwiek pieniądze zobaczył kupiłbym książek i pełen kurs nauczania księdza Gaultiera zawierający czytanie, pisanie, arytmetykę, geometrię, geografię, historię, muzykę, języki francuski, łaciński i włoski itd. kosztujący wszystkiego franków sześdziesiąt. Pomimo żądzy sławy, jakąm miał, bardzo kochałem ojca mojego, jego nieszczęścia boleśnie mię dotykały. Przygnębienie w jakim gom widział ponurzonego w ostatnich czasach, jego trafunek, nieustanne strapienia które cierpiał, wszystko to żywo mię dotyczyło. Wszystkie moje myśli ku sprawom onym kierowały się i tam się zatrzymywały. Podjąłem obmierzły zamiar którym spełnił, myślałem o nim już koło miesiąca wprzód. Zapomniałem nagle o zasadach które winny mię były nauczyć czci dla mojej matki mojej siostry i brata mojego, widziałem ojca mojego jakoby w rękach wściekłych psów czy barbarzyńców przeciwko którym winienem podnieść broń, religia zakazywała takich rzeczy ale zapomniałem jej przykazań, zdawało mi się nawet że Bóg mię do tego naznaczył i spełniam jego wyroki, znałem ludzkie prawa porządku alem uznał żem nad nie mądrzejszy, niegodne i haniebne mi się zdawały. W historii rzymskiej czytałem i widno mi było, że rzymska sprawiedliwość daje mężowi prawo do życia i śmierci żony i dzieci jego. Zapragnąłem wyzwać prawo wydawało mi się że będzie to moja gloria, że nieśmiertelność zyskam umierając za mojego ojca, przedstawiłem sobie wojowników którzy umierali za ojczyznę i króla, cnotę elewów politechniki podczas zdobycia Paryża w 1814 i mówiłem sobie: ci ludzie tam umierali aby bronić sprawy człowieka którego nawet nie znali który ich nie znał, który nigdy nawet nie pomyślał o nich, a ja, ja umrę aby wyzwolić człowieka który mnie kocha i który mnie ceni. Przykład Chatillona aż do śmierci broniącego przejścia ulicą kędy walili jego wrogowie aby króla schwytać; odwaga Eleazara brata Machabejskiego który zabił słonia, gdzie jak myślał król nieprzyjacielski siedzi, aczkolwiek wiedział że stopami tego zwierzęcia zmiażdżony zostanie; przykład generała rzymskiego którego imienia nie pomnę, a który w walce z Latynami poświęcił się aby swą stronę podtrzymać. Wszystkie te rzeczy przychodziły mi na myśl i zachęcały do wykonania mego czynu. Przykład Henryka de la Roquejacquelaina o którym czytałem w ostatnim czasie wydawał się mieć wielki związek z tym co mię się widziało. To był jeden z przywódców Wandei, umarł w dwudziestym pierwszym roku życia aby partię swojego króla podtrzymać. Rozważałem jego przemowę do żołnierzy na polu bitwy: gdy pójdę do przodu, rzekł, idźcie za mną, jeśli się cofnę, zabijcie, jeśli umrę, pomścijcie. Ostatnim dziełem jakiem czytał była historia morskich katastrof, pożyczył mi ją Lerot. Ujrzałem tam, że kiedy marynarzom brakuje żywności czynią spomiędzy siebie ofiarę i zjadają ją żeby ocalić resztę załogi, pomyślałem sobie: poświęcę się dla ojca mojego. Wszystko zdawało się mię zachęcać do tego czynu. Nawet tajemnica odkupienia. Myślałem że to nawet łatwiejsze do pojęcia, mówiłem: Pan nasz Jezus Chrystus umarł na krzyżu by zbawić ludzi, by wyrwać ich z niewoli szatana i potępienia wiecznego, był Bogiem on skazał ludzi którzy go obrazili, mógł zatem im przebaczyć miast takie rzeczy cierpieć, ale ja zdołam wyzwolić ojca mojego tylko umierając za niego. Kiedym usłyszał że prawie piędziesiąt osób płakało kiedy mój ojciec śpiewał asperges me, powiedziałem sobie w duchu: skoro obcy ludzie którzy są niczym dla niego płaczą, czegóż nie powinienem zrobić ja jego syn? Podjąłem więc to okropne postanowienie że wszystkich troje zabiję: dwie pierwsze bo zmówiły się żeby dręczyć ojca mojego a jeśli chodzi o małego dwa były powody, jeden bo kochał moją matkę i siostrę, drugi bo obawiałem się, że jeśli tylko dwie pierwsze zabiję mój ojciec aczkolwiek wielką zgrozą zdjęty będzie mnie jeszcze żałował, kiedy się dowie że umieram za niego, wiedziałem że kocha to bystre dziecię, pomyślałem taka zdejmie go zgroza, że ucieszy się z mojej śmierci *[Kiedyś rozmawiano jak sądzą złodziei, takiego na przykład Lemaira i niektórzy mówili: może go nie skażą na śmierć, ma przecie rodzinę. Mój ojciec rzekł wtenczas: ja gdybym miał złodzieja w rodzinie, byłbym zadowolony, że go skazują na śmierć.] i bez zgryzoty będzie żył szczęśliwszy. Podjąwszy tedy te zgubne postanowienia postanowiłem zabierać się do dzieła. Miałem najpierw zamiar opisać całe życie ojca mojego i mojej matki prawie tak jak tutaj opisane zostało położyć na początku zapowiedź czynu a na końcu powody dla których gom popełnił i kpiny jakimi zamierzałem sprawiedliwość obrzucić, że ją wyzywam, że przechodzę do nieśmiertelności i tym podobne, następnie spełnić mój czyn, zanieść pismo na pocztę, a potem wziąć strzelbę, którą najprzód bym nabił i zabić się; wstawałem kilka nocy poczytać katechizm z Montpellier; udając że dalej robię to samo wstałem i jąłem pisać zapowiedź początkową, ale już nazajutrz moja siostra to dostrzegła, rzekłem jej tedy że spisuję życie ojca mojego i mojej matki ażeby sędziom przedłożyć albo adwokatowi do którego ojciec pójdzie po radę aby widział sposób w jaki ten był traktowany przez moją matkę a może nawet przeczytać to przed naszymi znajomkami wystarczy. Moja siostra a była to Aimée chciała zobaczyć co już napisane zostało, pilnowałem się by jej tego nie pokazać, bo zapowiedź początkowa to była. Wróciła prawie zaraz z mym ojcem i Quevillonem, ukryłem to a ona rzekła: nie wolno zobaczyć? Powiedziałem że trzeba poczekać aż będzie więcej napisane. Jednako lękając się że może przeczytać oną zapowiedź spaliłem ją i pomyślałem, że opiszę życie nie kryjąc się przed nikim a racje rozpoczynania i końca sekretnie położę kiedy już życie opisane zostanie. Wstawałem tedy noc czy dwie pisać ale prawie zawsze zasypiałem i mało napisać zdołałem. Podjąłem zatem inne postanowienie, zaniechałem pisania i pomyślałem, że po zabójstwie pójdę do Vire, oddam się w ręce królewskiego prokuratora albo komisarza policji, następnie złożę swe oświadczenie że umieram za ojca mojego, że na darmo wspiera się białogłowy, że to nigdy nie przejdzie, że ojciec mój będzie teraz spokojny i szczęśliw, myślałem że powiem tak: ongiś widziano Jaele przeciw Sirarom, Judyty przeciw Holofernesom, Szarloty Corday przeciw Maratom, ninie potrzeba aby mężów ogarnął ten szał bo światem rządzą niewiasty, ten piękny wiek który zwie siebie wiekiem światła, ten naród który zdaje się tak umiłował wolność i chwałę zależą od niewiast, bardziej byli cywilizowani Rzymianie, Huroni i Hotentoci, Algonkinowie, ludy jak powiadają idiotów bardziej cywilizowane były bo nigdy nie upodlali siły, ci którzy byli najsilniejsi ciałem ustanawiali im prawo. Myślałem że dostąpię glorii mając myśli przeciwne wszystkim mym sędziom, że z całym światem dysputował będę, wyobrażałem sobie Bonapartego w 1815. Mówiłem też sobie: toż ten człowiek krocie ludzi wygubił aby swój pusty kaprys zaspokoić, nie jest zatem rzeczą słuszną abym dozwalał żyć babie która burzy spokojność i szczęście ojca mojego. Pomyślałem że chwila nadeszła aby się wzbić, że moje imię stanie się głośne w świecie, że moja śmierć okryje mię chwałą a w czasie który nadejdzie moje myśli podjęte będą i me apologie powstaną. Tak tedy owóż podjąłem to zgubne postanowienie. Jednakże lękałem się jeszcze by mój ojciec który według mnie nie miał tak wzniosłych idej jak moje nie zabił się kiedy ono zobaczy. Ale pomyślałem, że zrobię to kiedy jego nie będzie i uprzedzę ludzi by go powstrzymali, a kiedy już pierwszy widok wytrzyma niebezpieczeństwo minie. Pomyślałem też, że skoro mam iść przed sędziami poglądów swoich bronić trzeba będzie spełnić ten czyn w niedzielnym ubraniu aby ruszać do Vire natychmiast po tym jak dokonany zostanie. Poszedłem naostrzyć sierpak w niedzielę 24 maja do Gabina Laforgua kowala w Aunay który miał we zwyczaju robić nam przysługi. Tego dnia nie dokonałem nic, pomyślałem że zrobię to w tygodniu i trzeba mi przedtem wziąć niedzielne ubranie. W sobotę gdym ujrzał że mój ojciec i moja b-o wybrali się na targ w Aunay a troje których zabić zamierzam są w domu, żwawo włożyłem niedzielne ubranie, ale kiedym był gotów widzę że moja matka i brat poszli na rynek, ujrzawszy to pomyślałem że wrócą, a że moja siostra Aimée pytała mię po com się tak wystroił, powiedziałem że idę na targ i odszedłem czekając aż moja matka wracać będzie, spotkawszy ją na drodze kiedy wracała poszedłem tylko na targ a potem wróciłem, po powrocie zastałem wszystkich troje w domu ale nie mogłem przemóc się aby ich zabić. Rzekłem sobie wówczas: zwyczajnym tchórzem jesteś i nigdy nic zrobić nie potrafisz. Wszedłem do ogrodu, ujrzałem że mój ojciec wraca, wtenczas zmieniłem ubranie. Mój ojciec i moja b-o pytali mię się czemum się tak wystroił na targ, kiedy nie biorę zwykle nic prócz kaftana na powszednie ubranie, powiedziałem że codzienne ubranie a w szczególności spodnie za bardzo są wyszargane, nie stawiali mi więcej pytań. Myślałem że spełnię ten czyn nazajutrz po mej myśli, ale nie trafiła się okazja, a kiedy się trafiała, jam jej nie chwytał. Poszedłem zrobić ono wieczorem kiedy ojciec był w towarzystwie, bom myślał że ludzie owi powstrzymają go, żeby sobie czego złego nie zrobił kiedy to ujrzy. Nie siadłem do stołu z nimi, włóczyłem się po ogrodzie swoimi myślami zajęty, miałem powiadam okazję ale powstrzymywało mię to com wtenczas tchórzostwem nazywał. Nie mogąc tedy nic przedsięwziąć i widząc, że zrobić tego w dniu onym nie ma już sposobu ruszyłem do mego ojca i tych, co jeszcze zostali, stolarza i drugich, jakem już opowiadał. Pomyślałem że spełnię ów czyn w tygodniu i w ukryciu niedzielne ubranie przebiorę, wiedziałem że nazajutrz to się nie uda, trzeba było iść na orkę do Quevillona, ja miałem się wybierać, alem wiedział, że pojutrze on przyjdzie do nas, a kiedy orano u nas to ojciec zazwyczaj do pługa stawał, pomyślałem że kiedy ojciec mój będzie przy pługu ja spełnię ten zamiar. W poniedziałek poszedłem tedy do Quevillona, powiedział że pewien nie jest czy jutro do nas przyjść zdoła bo musi pożyczyć konia żeby iść we środę na łąki gdzie trzech mu trzeba, że jeśli obrobimy pole gdzieśmy byli a po południu pójdziemy bronować łąkę żeby wszystko było gotowe wtenczas przyjdzie do nas we wtorek, inaczej nie będzie mógł. Gdym usłyszał te nowiny jak tylko mogłem popędzałem konie, skończyliśmy z polem gdzieśmy byli a po południu poszliśmy bronować, tak jak mówił. Nazajutrz przychodzi do nas, ale że ojciec wrócił chory po nocy przepędzonej na dworze nie mógł z nim iść i jam musiał stawać do pługa. W południe ojciec poczuł się lepiej i zapytał mnie czy chcę kopać w ogrodzie czy wracać do pługa, odrzekłem że pójdę kopać, po obiedzie kiedym był na podwórzu rzekłem mej siostrze Aimée: zaśpiewaj wesoły nam dziś dzień nastał, po co, rzekła mi ona. Żeby nauczyć się melodii, odrzekłem jej, a na co rzekła ona chcesz melodii się uczyć, bo taka ładna mówię jej, i ona zaczęła śpiewać, i Quevillon rzekł, no no ładne rzeczy i jął się przekomarzać z siostrą, potem poszedł z mym ojcem do orki. Ale ja nic jeszcze i tego dnia nie zrobiłem, nie nadarzyła się większa okazja, a potem podjąłem insze postanowienie, miałem iść jutro do Quevillona, pomyślałem że rano zachoruję aby poszedł mój ojciec. Rano tedy gdy czas było wstawać, udałem że zbiera mi się na wymioty, nadeszła moja b-o. Rzekłem jej że boli mnie serce i że nie będę mógł iść do pługa, ojciec mój poszedł tedy, choć sam był trochę niezdrów w jakąś godzinę potem wstałem i rzekłem że już mi lepiej, powiedziałem że pójdę robić w ogrodzie, następnie skrycie schwyciłem niedzielne ubranie, zaniosłem je do innego domu zwanego domem od Clinotów, i wtenczas przebrałem się na me święto w tej chwili wszyscy troje byli w domu, ale kiedym już był przebrany ujrzałem że mój brat Jul do szkoły poszedł, wtenczas postanowiłem odłożyć na inny moment. Byłem w ogrodzie i szedłem do domu, o którym mówiłem, żeby stare odzienie założyć kiedy ujrzała mnie moja siostra Aimée; a widząc że mnie widziała odszedłem, poszedłem w stronę Beauquay i nie wracać przed południem kiedy wszyscy troje się zbiorą postanowiłem. Ale było jeszcze sporo czasu, wróciłem do domu postanowiwszy włożyć stare ubranie i dokonać czynu bez przebierania się. Pomyślałem sobie: czy to ważne jak przyodziany będę, wszystko wyjaśnię tak samo i bez pięknego stroju, wróciłem tedy do domu. Quesnelowa była na podwórku, o, mówi do mojej b-o, Piotr wrócił, zaszedłem do domu gdziem stare ubranie ostawił i widzę że ktoś je sprzątnął. Wszedłem do domu mej b-o i widzę że ona płacze, gdzie chcesz iść, mówi mi, jeśli uważasz że źle ci na ojcowiźnie i gdzie indziej szczęścia szukać zamierzasz powiedz a nie odchodź tak bez słowa, przecie grosza nie masz przy duszy, coś ty zamyślił, ojca swego chcesz rzucać, widzisz jak jest. Ach, rzecze wdowa Quesnelowa, do grobu wpędzisz swoją biedną babkę a ona ciebie tak kocha, obejmij ją za szyję i pocałuj. A moja b-o dalej mi mówiła: czemu to robisz, twój ojciec wszystko ci ofiarowywał, kiedy byłeś mały mówił że poświęci część ziemi żeby cię wykierować na księdza, że jeśli zechcesz da cię jakiego fachu wyuczyć, skoro zamiarujesz odchodzić od niego nie puści cię bez grosza na drogę. Wdowa Quesnelowa rzekła: ach nie ma was na gospodarce za dużo, jak zechce będzie i przy was szczęśliwy. Moja b-o rzekła: o lepiej by zrobił żeby szedł rano miast ojca, ten choruje, a widzi w jakim jest położeniu, jeśli odejdzie od niego, w to graj będzie jego matce, powie ona do sędziów: on taki zły że dzieci nie chcą ostać się przy nim, ale jeśli chce odchodzić ojciec nie będzie go zatrzymywał, niech powie, nikt go łańcuchem wiązać nie będzie.

Omijałem wszystkie pytania jakie stawiała mi b-o mówiąc, że to nic, że po co tyle hałasu po próżnicy i poszedłem do komory, gdziem odział się w stare ubrania a potem poszedłem kopać w ogrodzie i wyczekiwać południa. Moja b-o też przyszła motyczyć groch, jęła mię wypytywać na nowo, na com cały czas odpowiadał że to nic i żeby się nie martwiła. Nie, rzekła, co innego serce mi mówi i kiedy ojciec wróci pójdziesz z nim porozmawiać, dobrze, rzekłem, porozmawiam z nim wieczorem. Moja b-o przestała mię wypytywać. Nadeszło południe i poszła doić krowy z mą siostrą Aimée. Mój brat Jul wrócił ze szkoły. Korzystając z okazji wziąłem sierpak, wszedłem do domu mej matki i popełniłem oną ohydną zbrodnię od mej matki poczynając, dalej mą siostrę i mego brata małego, a potym podwoiłem me ciosy, weszła Maria, teściowa Nativela, ach co czynisz, rzekła, odstąpcie, mówię jej, bo to samo zrobię i z wami. Następniem wyszedł na podwórze i w stronę Nativela rzekłem: Michale baczcie żeby mój ojciec i moja b-o krzywdy jakiej sobie nie zrobiła, może być teraz szczęśliwa, umieram żeby jej spokój i szczęście przywrócić. Tak samo przemówiłem do Aimée Lerot i do Potela komornika od Lerotów, baczcie, rzekłem, aby mój ojciec i moja b-o krzywdy jakiej sobie nie zrobili, żeby im spokój i szczęście wrócić umieram. Po tym wyszedłem na drogę żeby iść do Vire, a żem chciał mieć oną chwałę że pierwszy nowinę objawię nie chciałem przez rynek w Aunay przechodzić żebym aresztowany nie został. Postanowiłem iść przez las Aunay, drogą którąm wiele razy chodził co biegnie blisko okolic zwanych Les Vergées, i wejść na gościniec do Vire za miastem na skraju lasku Aunay, oną drogę tedy obrałem i wyrzuciłem sierpak w zboże niedaleko La Fauctrie i szedłem. Tak idąc poczułem że słabnie ma odwaga i myśli o chwale jakie mnie ożywiały, a kiedy byłem dalej, wszedłem w las, nagle wrócił mi rozum, ach, czy to możliwe, powiedziałem sobie, jestem potworem! nieszczęsne ofiary! czy to możebne żebym to uczynił, nie to nie sen! to więcej niż prawda! otchłanie, rozstąpcie się pod mymi stopami, ziemio pochłoń mnie.

Płakałem, tarzałem się po ziemi, pokładałem się, znajome miejsca poznawałem gdziem niejeden raz przychodził. Gorze, mówiłem, czym choć raz pomyślał że kiedyś będę w tym stanie, biedna matko, biedna siostro jakoś tam winnyście były, aleście nigdy nie miały tak niegodnych jak moje zamiarów, biedne nieszczęsne dziecię które chodziło ze mną do pługa, wiodło konia, które samo już bronowało, już ci nieszczęśnicy nie żyją na wieki! Nigdy już nie powstaną! Nieba, czemuście mię stworzyły, czemu dałyście mi żyć tak długo! Nie zostawałem dalej w tej okolicy, nie mogłem w jednym miejscu wytrzymać dłużej, po drodze rozpraszały się żale. Sądzicie żem nie był już przekonany by iść do Vire, i idee o których mówiłem wyżej podtrzymywać. Przez miesiąc jaki upłynął od onej zbrodni do mego aresztowania niejeden raz zmieniałem swe zamierzenia, przy miejscach którędy szedłem o tym opowiadać będę. Jakem rzekł wszedłem najprzód do lasku Aunay, skąd powalony żalem ruszyłem gdzie oczy poniosą, ale żem do wysokiego lasu dotarł, sądzę, że szedłem w stronę Danvou choć nie wiem czym wiele drogi zrobił. Wieczorem znalazłem się w zagajniku opodal Cadeholu, położyłem się i opadły mię czarne myśli, wstałem i jąłem szukać drogi, szedłem do Cadeholu a trochę potem skręciłem w prawo, szedłem na przełaj przez pola, położyłem się pod płotem a we czwartek szedłem przez okolice których wcale nie znam, nie jadłem we środę a we czwartek posiliłem się rozmaitym zielem jak zajęcza kapusta, dziki szczaw, próbowałem też pieczarek żadnego grosza nie miałem prócz czternastu sous jakie znalazły się w kieszeni kiedym odchodził, zaszedłem do Tourneur i kupiłem chleba, szedłem polną drogą. Kiedy wszedłem na rynek, musiał to być Saint Pierre, usłyszałem jak mówią jedna do drugiej baby: ...czyś słyszała o nieszczęściu w Aunay? tak, odrzekła druga, jeno nie wiem czy to prawda, tak, rzekła pierwsza, to więcej niż prawda. Wieczorem kiedym się znalazł na polach przy gościńcu z Mesnil au Souf do Cadeholu postanowiłem się zabić, wyobrażenie mej zbrodni było nie do wytrzymania. Lękając się że być może oskarżą jeszcze ojca mojego o współudział, że mnie ukrył albo w taki czy inny sposób ochrania, pomyślałem że czas by znaleziono ciało, a żem zazwyczaj nosił sznurek i miałem go ze sobą, postanowiłem powiesić się na drzewie, wypróbowałem parę czy się do tego zdadzą, ale kiedym już to czynić zamierzał powstrzymał mię lęk przed sądem Bożym, cały piątek spędziłem na onych rozmyślaniach, nareszcie postanowiłem pogodzić się z mym położeniem widząc że złu zaradzić się nie da, postanowiłem żyć trawą i jagodami aż do zdarzeń które niechybnie nadejdą. Zanim poziomki, jagody i jeżyny dojrzeją postanowiłem iść nad brzeg morza aby żyć tam krabami małżami i ostrygami, wyszedłem w piątek wieczorem w sobotę rano zboczyłem trochę z drogi i przepędziłem dzień w lesie Mesnil au Souf, na lewo gdy się idzie z Vire do Caen, wędrowałem w kolejne noce z wyjątkiem wtorku kiedym szedł w dzień i dotarłem do Port. Tego dnia, w poniedziałek rano spotkałem koło lasku w Juvigni jakiegoś człowieka, który zapytał mnie dokąd idę i czy mam jakie papiery, odrzekłem że idę do Fontenay i nie pytał mnie o więcej, po południu byłem w Port, we wtorek jakem mówił. Zjadłem kilka krabów a potem ujrzałem że to dobrych skutków nie daje, postanowiłem wrócić się do jagód i korzonków w lesie gdziem wprzódy był w Mesnil au Soufe znowu przechodziłem przez Bayeux we wtorek wieczorem, a spałem w głębokim rowie koło Cremel, nie martwiło mnie już za bardzo czy mnie aresztują czy nie i we środę wędrowałem w dzień, poprosiłem rzepy za dwa szelągi na moście w Juvigni ale nie mieli i odszedłem. Marianna Beauvais która rok temu służyła u nas a teraz jest u Duponta szynkarza w Juvigni zobaczyła mnie na drodze i ani chybi powiedziała ludziom, bo słyszałem jak wołała za mną: ach ach wołajcie żandarmów, kiedy się nie odwracałem krzyknęła dwa czy trzy razy za mną: Piotr och Piotr, dotarłem do zakrętu i spotkałem tam tego samego człowieka co wypytywał mnie w poniedziałek, nie krzyczał za mną nic nie powiedział, napiłem się w strumyku i zjadłem trochę rukwi przy moście w Juvigni i szedłem dalej.

Przeszedłem Villers nocą a we czwartek byłem na powrót w lesie Mesnil au Souf, pomyślałem sobie że tak długo żyć się nie da i czując że obłęd jeno pchnął mię do popełnienia onej zbrodni postanowiłem oddać się w ręce sprawiedliwości i dać się zatrzymać w Vire, alem lękał się mówić od razu prawdę; moim pierwszym zamiarem nie było mówić że czuję skruchę alem zamierzał mówić żem skłoniony był przez objawienie, żem onymi utrapieniami ojca mojego pochłonięty ujrzał trony i anioły które nakazały uczynić to z Boskiego rozkazu, żem od wieków był ku temu wybrany i do nieba mnie zabiorą kiedy spełnię ów czyn, żem z takimi myślami czyn ów popełnił ale kiedym się zastanowił czuję skruchę i w rzeczy samej tak poniekąd było, o czym mówiłem wprzódy. Tedy w noc z piątku na sobotę wyszedłem z lasu Mesnil au Souf w noc, bom chciał być aresztowany w Vire dopiero i w sobotę rano byłem na miejscu, nie stało mi siły żeby oskarżyć siebie, wolałem by zapytano mnie o papiery. Kiedym przybył, położyłem się w głębokim rowie a że nikt słowa nie rzekł ruszyłem w górę ulicy Calvados, przechadzałem się trochę a widząc że nikt mnie nie aresztuje zapytałem o drogę do Cherbourga, czytałem kiedyś że żołnierz jeden aby zanieść rozkazy Thoirasa kardynałowi Richelieu dwie mile morzem przepłynął i myślałem że i ja popłynąć bym mógł na jakie wyspy do Anglików przynależne takie jak wyspy Jersai Grenesai Aurigni i Vig którem jak widział w geografii i na mapach tak daleko od kontynentu francuskiego nie leżą, a może bym się utopił, wszak popróbować trzeba, wróciłem tedy do Papilloniere i szedłem trochę drogą jaką mi pokazano. Ale widząc że to co zamierzam jest niemożebne i jeśli nawet wyjdę cało uratowany przez to nie będę postanowiłem wracać do Vire, wyszedłem tedy rankiem a wróciłem po południu. Zasiadłem na wysokości ulicy Calvados gdzie było wiele żandarmów i inszych państwa a widząc że nic mi nie mówią zapytałem jednej niewiasty o budynek komisarza policji, rzekła mi: chcecie iść pewno do naczelnika? Powiedziała mi na jakiej ulicy on urzęduje, pan który tam był też mi drogę pokazał.

Ruszyłem w stronę jaką mi pokazali, ale nie znajdując domu i wzdrygając się przed tym siadłem pod drzewami blisko kościoła który stoi na wzgórzu. Następnie postanowiłem oddać się w ręce żandarma, wróciłem tam gdzie oni byli, znowu siadłem przed nimi ale dalej patrzyli na mnie jak na powietrze. Postanowiłem wracać do lasu i dalej prowadzić życie jakie prowadziłem do tej pory, cały czas spałem na dworze a poprosiłem o wsparcie jeno w trzech chatach koło Papilloniere i w jednym domu przy powrocie z Bayeux, i wszyscy mnie go odmawiali. Wyszedłem z Vire gdziem był w sobotę do małego lasku powyżej kaplicy Zwiastowania gdziem spędził dzień niedzielny, zjadłem parę bulw a następnej nocy wróciłem do lasu Mesnil au Souf, tam jadłem znowu trawę, jagody, próbowałem jeszcze pocieszyć się w mym nieszczęściu, wciągało mnie odmawianie modlitw a poza tym podziwiałem naturę, badałem gwiazdy, myślałem że kometę Haleja zobaczę, kilka dni przepędziłem w onym lesie a potem na nowo widząc że tak żyć się nie da postanowiłem oddać się w ręce sprawiedliwości. Alem zamyślił jeszcze bardziej ukryć prawdę niż miałem plan ukrywać za pierwszym razem i podjąłem zamiar odgrywania roli jakąm grał na początku mojego uwięzienia. Pomyślałem że nie brakuje szaleńców i widziałem w kalendarzu, szalone które mówiły: jedna że jest królową Francji, druga królową całego świata, trzecia że jest papieżycą i napełnił ją Bóg by nauczała świat cały. Pomyślałem tedy iż mówić żem skruchę poczuł nie trzeba, trzeba mówić żem jest przez Boga powołań, żem jest Jego narzędziem i że wypełniam Jego rozkazy, że tak samo jak aniołów Gom widział. Żałować trzeba żem tego środka obrony się chwycił, alem sądził że mi będzie potrzebny. Porzuciłem las i zawróciłem do Vire zdecydowany wymachiwać rękami na drogach.

...Rychło przeszedłem przez miasto i już na skraju żem był, kiedy żandarm a był bez munduru wpodle idąc rozpoznał mnie i rzekł: skąd idziesz przyjacielu? Odpowiedziałem wedle mego systemu, jestem zewsząd. - Macie papiery - Nie - Co tu robicie - Bóg mię prowadzi, niech będzie pochwalony - Wiecie pewnie że mam do was sprawę, skąd jesteście - Z Aunay pochodzę - Jak się nazywacie - Rywiere - A tak to chodźcie ze mną coś wam powiem -  Czego ode mnie chcecie - Chodźcie chodźcie potem wam powiem.

A dalej rzekł do niewiasty która chyba z nim mieszkała: oto człowiek z Aunay. Wprowadził mnie do gabinetu, obszukał i zabrał com tam miał. Kiedy prowadził mnie do loszku, to wy, zapytał, zabiliście swoją matkę? Tak, odrzekłem, Bóg mię oświecił, nakazał mi to, podlegam Jego rozkazom i On mię strzeże. To taka sprawa, rzekł otwierając drzwi loszku, pakuj się chłopcze, właź dalej. Podtrzymywałem tedy takową linię obrony w Falaise i w Conde, wstyd mi było takie rzeczy mówić i upierać się że mnie sumienie nie gryzie. Kiedym przybył do Vire myślałem że powiem prawdę, jednakowoż przywiedziony przed p. królewskiego prokuratora dalej twierdziłem to samo. Kiedy mnie zostawiono samego upewniłem p. dozorcę co przyszedł ze mną pogadać i rzekłem mu, że moim zamiarem jest powiedzieć całą prawdę przed sędziami moimi. Ale kiedym poszedł na me piersze przesłuchanie przed p. sędziego śledczego nie mogłem się jeszcze zdecydować i podtrzymywałem system o jakim mówiłem, dopóki p. dozorca nie powiedział, com mu zawierzył. Byłem bardzo zadowolony z jego doniesienia, zdjął mi on ciężki kamień z serca. Tedy nie ukrywając nic, objawiam wszystko co mnie pchnęło do zbrodni. Powiedziano mi bym złożył one rzeczy na piśmie, złożyłem je przeto, ninie, kiedym już całą swoją potworność ukazał i kiedy objaśnienie mej zbrodni uczynione zostało, oczekuję losu który jest mi pisany, znam artykuł kodeksu karnego względem matkobójstwa i mniemam że słuszne to będzie zadośćuczynienie mym grzechom. Niestety, gdybym jeszcze mógł ujrzeć że zmartwychwstają nieszczęsne ofiary mojego okrucieństwa, najsroższe choćby i męki bym znosił: wszak nie, to niepotrzebne, mogę jeno iść w ślad za nimi, oczekuję tedy kary na jakąm zasłużył i dnia co powinien położyć kres wszystkim moim urazom.

KONIEC

 

* * *

 

"Le Pilote du Calvados", 22 października 1840 roku

Riviere, skazany na śmierć przed paroma laty jako matkobójca i bratobójca, któremu karę śmierci złagodzono na dożywotnie więzienie ze względu na cechujące jego zbrodnię oznaki obłąkania, powiesił się w więzieniu Beaulieu.

Już od jakiegoś czasu dostrzegano u niego niedwuznaczne objawy szaleństwa. Riviere uważał siebie za martwego i w żaden sposób nie chciał się troszczyć o swoje ciało; cały czas mówił, że chce, by mu obcięto głowę, i że żadnego bólu mu to nie sprawi, ponieważ dawno nie żyje; odgrażał się, że w innym razie wszystkich pozabija. Te groźby były przyczyną, że odizolowano go od pozostałych więźniów i wtedy, korzystając z odosobnienia, popełnił samobójstwo.

Prasa, na której łamach toczono dyskusje w trakcie procesu i po skazaniu tego nieszczęśnika, co miało zapewne niejaki wpływ na ostateczne złagodzenie kary, śpieszy obecnie z doniesieniami w przedmiocie tego tragicznego zejścia, potwierdzającego w całej rozciągłości jej opinię o stanie mentalnym Riviere'a.