Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

JAN KUCHARZEWSKI

OD BIAŁEGO CARATU DO CZERWONEGO

EPOKA MIKOŁAJOWSKA

TOM 1

1998

 

(...)

 

Bunt dekabrystów zakończył się klęską. Okoliczności po śmierci Aleksandra sprzyjały powodzeniu ruchu, lecz w decydującym dniu człowiek, na którego głównie liczyli spiskowcy, książę Trubieckoj zawiódł i nie stawił się, inni potracili głowy lub nie wiedzieli, jak pokierować ruchem: umieli iść na śmierć, nie umieli zwyciężyć.

Wiemy, jak ciężkie kary spadły na uczestników spisku: po kilka miesięcy więzienia w okropnych kazamatach Twierdzy Pietropawłowskiej. Lecz najznamienniejszą, najboleśniejszą stroną procesu jest pojedynek duchowy, jaki rozegrał się między carem a spiskowcami podczas śledztwa sądowego. Car miał już w zanadrzu straszne kary na buntowników. Lecz nie wystarczała mu represja materialna. Pociąg instynktowny parł go do tego, by pokonać tych ludzi moralnie, by wymóc na nich lub wyłudzić od nich zeznania szczere, wydanie towarzyszy, skruchę. Wszystkiego dopiął; usłyszał nawet z ust skazańców to, co przekraczało pewnie jego oczekiwania: słowa uwielbienia dla cara. Dramat, jaki się rozegrał między carem a dekabrystami na śledztwie, jest pełen ponurej wymowy. Zwycięstwo, jakie przypadło Mikołajowi, nie tylko na Placu Senackim, lecz i w rozprawach w cztery oczy z ludźmi, którzy niedawno godzili na jego życie, wywarło głębokie wrażenie na Mikołaju i dało mu tę niewzruszoną pewność siebie, jaka towarzyszyła tyrańskim rządom przez trzydziestoletnie niespełna panowanie.

Mikołaj I od razu postanowił nie oszczędzać dekabrystów: "pas de miserocorde pour ceux-la [żadnego miłosierdzia dla nich]", pisał do brata Konstantego. Spiskowcy o tej srogiej decyzji carskiej nic nie wiedzieli. Przeciwnie, według świadectwa dekabrysty Zawaliszyna, zarówno członkowie urzędu śledczego, jak i pop, który odbierał od podsądnych przysięgę przy zeznaniach, przekonywali ich, że łaskawość cara zadziwi świat. "Czyż sądzicie - mówili do oskarżonych - że cesarzowi zależy na tym, by ukarać garść ludzi? Na tej wyżynie, na jakiej stoi cesarz, nie może on nie spostrzegać tego, iż wprawdzie pojedyncze osoby mogą być winne, lecz poza tym były jakieś ogólnej natury powody uzasadnione do niezadowolenia, skoro mogły pociągnąć taką masę ludzi wbrew ich interesom osobistym. A więc jest rzeczą jasną, że dla cesarza donioślejszą sprawą jest poznanie tych przyczyn ogólnych niż stopnia winy tej czy innej osoby. Wiedzcie, że dla ludzi postawionych na szczycie gmachu państwowego względy stanu górują nad wszystkim. Wszak pod wpływem tych względów bezpośredni nawet uczestnicy zabójstwa Piotra III i Pawła nie tylko nie byli pociągnięci do odpowiedzialności, lecz zostali awansowani na wysokie urzędy państwowe. Jesteśmy przekonani, że po zbadaniu całej sprawy ogłoszona będzie powszechna amnestia. Już słychać, iż cesarz wyraził się, że zadziwi Rosję i Europę".

Dekabryści przyjmowali z całą łatwowiernością te zapewnienia, z którymi zdawało się harmonizować zachowanie cara. Z całą prostotą spowiadali się z myśli, planów, opowiadali szczerze genezę spisku. Aleksandr Bestużew w długim liście pisanym do cara z więzienia opowiada, jak po kampanii napoleońskiej, zwłaszcza po paroletnim pobycie wojsk rosyjskich w obcych krajach, zaczęły kiełkować w mózgach Rosjan myśli o potrzebie ograniczenia władzy rządu. Czyż na to wyzwoliliśmy Europę, aby nałożyć kajdany na nas samych - mówili wojskowi. Nawet tu i ówdzie żołnierze, którym tyle prawiono o tyranii Napoleona, szemrali: wyzwoliliśmy ojczyznę od tyrana, a teraz nas znów gnębią nasi panowie. Stąd powstały pierwsze spiski.

Dalej Bestużew maluje nadużycia rządu rosyjskiego, przyznaje naiwnie, iż sam nieraz głosił, że Mikołaj będzie niebezpiecznym despotą. Kończy swój list przyznaniem się do błędu, skruchą i oświadczeniem, iż niebo zesłało Rosji w osobie Mikołaja większej miary niż Piotr I monarchę.

Kachowski w liście do cara z 19 (31) marca 1826 roku spowiada się z poufnych zamierzeń spiskowców, przyznaje, że zamiarem ich było zgładzenie całej rodziny carskiej, wyznaje z niebywałą otwartością, iż gotów był sam zastrzelić Mikołaja. Po czym z serdeczną naiwnością krytykuje wobec cara samowładztwo: czyż można dopuścić do tego - pisze - by człowiek do nas wszystkich podobny rozporządzał, według swego kaprysu, losem pięćdziesięciu milionów ludzi!

Kachowski czyni spostrzeżenie aż nadto przekonywające dla Mikołaja. Car Aleksander - pisze - jest głównym winowajcą zamachu 26 grudnia; rozpalił bowiem w duszach Rosjan światło wolności, a potem tłumił je i gasił. Wzywa nieszczęśliwy młodzieniec Mikołaja, aby ten wreszcie na dobre dał Rosji wolność i nieskrępowaną oświatę. Mikołaj inny wniosek wysnuł z tych uwag o Aleksandrze: ten, iż ze strony cara liberalizm, choćby chwilowy, jest strasznym błędem, który z czasem doprowadzi do buntu poddanych.

Wreszcie Kachowski oskarża sam siebie o wprowadzenie do spisku szeregu oficerów, z małoduszną otwartością wymienia ich nazwiska i dołącza do tego delację na Rylejewa. "Oszukiwałem ich, sam oszukany przez Rylejewa. Dobry cesarzu, widziałem łzy współczucia w twych oczach. Jesteś człowiekiem. Pojmujesz mnie". Tak pisze skruszony Kachowski, który własnoręcznie zastrzelił Miłoradowicza i nie mógł był spodziewać się od cara niczego prócz zemsty.

A Rylejew, dusza spisku? Już 26 grudnia, a więc w dzień wybuchu, uwięziony Rylejew takie składa zeznanie: "Doświadczenie okazało, iż oddawaliśmy się rojeniom, polegając na takich ludziach, jak książę Trubieckoj. Obawiając się, aby tacy ludzie nie urządzili czegoś podobnego na południu, uważam za obowiązek sumienia i uczciwości obywatelskiej oznajmić, iż około Kijowa w pułkach istnieje stowarzyszenie. Trubieckoj może dać wyjaśnienia i wymienić przywódców. Trzeba przedsięwziąć środki, aby tam nie wybuchło powstanie".

A teraz posłuchajmy relacji dekabrysty Von-Wizina [Fonwizina] o warunkach, w jakich prowadzono śledztwo. Spiskowców zamknięto w Twierdzy Pietropawłowskiej, w badaniu ich brał udział car osobiście. "Przyprowadzano do niego oskarżonych z rękami związanymi z tyłu sznurami, jak do biura policji, nie zaś do pałacu cesarza. Władca Rosji, zapominając o swej godności, pozwalał sobie lżyć ludzi bezbronnych, którzy znajdowali się w całkowitej jego władzy, i groził im okrutnymi karami. Tajna komisja śledcza, złożona ze służalczych dworaków, działała w tym duchu inkwizycyjnym".

"Oskarżeni trzymani byli w ścisłym odosobnieniu, w kazamatach twierdzy, w nieustannym oczekiwaniu i obawie, że będą poddani torturom w razie dalszego zapierania się. Przeciwko uwięzionym stosowano środki, które działały na wyobraźnię i trwożyły ducha, drażniąc go to obawą mąk, to złudnymi nadziejami, aby tylko wyłudzić od nich przyznanie się".

"W nocy nagle otwierały się drzwi kazamat, na głowę więźnia narzucano zasłonę, prowadząc go po korytarzach i pasażach twierdzy do rzęsiście oświetlonej sali. Tu po zdjęciu zeń zasłony członkowie komisji zadawali mu pytania - na śmierć i życie i, nie dając czasu na przyjście do siebie, brutalnie domagali się natychmiastowych ścisłych odpowiedzi; w imieniu cara obiecywali więźniowi ułaskawienie za szczere zeznania, wymyślali niebywałe zeznania, rzekomo złożone przez towarzyszy, a często odmawiali konfrontacji z nimi. Kto nie dawał pożądanych odpowiedzi, czy to wskutek nieznajomości faktów, o jakie go pytano, czy to z obawy zgubienia niewinnych przez słowa nieopatrzne, tego prowadzono do ciemnych i wilgotnych kazamat, dawano już tylko chleb i wodę i nakładano ciężkie kajdany na ręce i nogi. Medyk miał nakazane stwierdzanie, czy więzień jest w stanie znieść jeszcze sroższe cierpienia".

Mamy tu jedną stronę metody - gwałt, terror, okrucieństwo. Druga strona, bardziej jeszcze ohydna, wyrafinowana, polegała na łudzeniu, okłamywaniu więźniów. Głównym aktorem był tu sam car.

"W pierwszych dniach, pierwszych miesiącach swych rządów car Wszechrosji, Mikołaj I, poświęcił całą energię, wszystkie zdolności swego ducha na dochodzenia w sprawie dekabrystów. Przez całe życie tkwił w nim mocno a trwale szpieg i inkwirent, wiecznie podejrzliwy i tropiący, wiecznie szukający, kogo by oddać pod sąd i karę. Lecz w pierwszych miesiącach rządów ta kardynalna cecha duszy jego odsłoniła się w niebywałej pełni i złowrogiej jaskrawości. W owym czasie nie było już monarchy Rosji, był tylko car-szpieg, inkwirent i dozorca więzienia. Wyrwać wyznanie, wysondować duszę, wydobyć oskarżenia kompromitujące innych - oto święte zadanie inkwirenta i to zadanie spełniał car z całą żarliwością i kunsztem. Ani jeden z wyznaczonych przezeń sędziów śledczych nie mógł iść z nim w porównanie [...] Bez wytchnienia, bez snu badał w gabinecie swego pałacu więźniów, wyłudzał wyznania, wydawał rozkazy nowych aresztowań [...] Pierwsze zeznanie każdy podsądny składał albo przed carem, albo przed generałem, który siedział obok gabinetu cara i natychmiast komunikował mu zeznania. Nieraz car wysłuchiwał zeznań, ukryty za portierą swego gabinetu".

"Jednego po drugim zwożono do Petersburga ze wszystkich krańców Rosji wmieszanych w sprawę ludzi i dostarczano do Pałacu Zimowego. Car, w naprężeniu i gorączce, oczekiwał ich w swym gabinecie i przybierał maskę dla każdego odmienną. Dla jednych był groźnym monarchą, którego obraził poddany, dla innego takim samym obywatelem ojczyzny jak i więzień, który stał przed nim, dla trzeciego starym żołnierzem, cierpiącym za honor munduru, dla czwartego monarchą, gotowym do nadania konstytucji, dla piątego Rosjaninem, opłakującym przywary ojczyzny i pragnącym usilnie naprawy wszelkich braków. A w istocie nie był ani jednym, ani drugim, ani trzecim, lecz po prostu drżał o swe istnienie i niestrudzenie szukał nici spisku po to, aby wszystkie nici wyrwać do szczętu i uspokoić się",

W tej grze kunsztownej pomocą była Mikołajowi powierzchowność jego i umiejętna gra twarzy. "Gdy Mikołaj znajdował się w pogodnym, łaskawym usposobieniu - pisze Gangiebłow, jeden z więźniów - oczy jego wyrażały czarującą dobroć i łaskawość, lecz gdy był w gniewie, oczy te ciskały błyskawice".

"Dekabrystów, ludzi szczerych i entuzjastów - pisze biograf Kachowskiego - można było wziąć na szlachetność. Należało ukryć głęboko swą do nich nienawiść, odegrać rolę człowieka zatroskanego o to, by ojczyzna wybawiła się wreszcie od klęsk i złego. I Mikołaj świetnie odgrywał tę rolę. Udawał niemal jednomyślnego z nimi. W rozmowach z nimi podzielał wszelkie ich zdania o przywarach ojczyzny i środkach naprawy złego. Potrafił wszczepić w nich przekonanie, że właśnie on jest tym monarchą, który wcieli w czyn ich marzenia i uszczęśliwi Rosję. Ujawniło się nieporozumienie fatalne: oni szli z orężem w dłoni przeciwko przyjacielowi ich własnej sprawy [...] Zbrojne powstanie okazywało się niepotrzebne i zgubne. Trzeba było uprzedzić wybuchy w innych częściach Rosji, pozbawić możności działania tych, którzy jeszcze byli na wolności. Tylko ta psychologia, powstała pod wpływem subtelnej, artystycznej gry cara-inkwirenta, tłumaczy literalny wybuch wyznań, skruchy, oskarżeń przeciwko innym, które rozlegały się w gabinecie carskim w Pałacu Zimowym. Wszystkie listy dekabrystów z twierdzy, wszystkie zeznania przepełnione są pochwałami miłosierdzia carskiego".

Gdy car widział, iż ktoś z uwięzionych, jak Rylejew, szczególnie niepokoi się o los swej rodziny, okazywał jej natychmiast pomoc. Rylejew zeznania swe kończy zdaniem: "Składam w twe ręce, cesarzu, mój los; jestem ojcem rodziny". Mikołaj niezwłocznie posłał żonie Rylejewa 2000 rubli i oto Rylejew jest już duszą oddany cesarzowi: "Módl się do Boga za dom cesarski - pisze 23 grudnia [4 stycznia 1826] inspirator spisku do żony - mogłem błądzić, mogę błądzić i nadal, lecz niewdzięczny być nie mogę. Łaski, wyświadczone mi przez cesarza i cesarzową, głęboko przejęły moje serce. Cokolwiek ze mną się stanie, będę żył i umrę dla nich". Mikołaj posłał niebawem pozyskanego dla tronu Rylejewa na szubienicę.

Obolenski wzdragał się wydać towarzyszy, lecz car znalazł sposób na zmiękczenie jego sumienia. Zezwolił na doręczenie Obolenskiemu listu od jego sędziwego ojca, którego ten bardzo kochał. I oto wdzięczny Obolenski złamał się. "Miłosierdzie twe, cesarzu, pokonało mnie - pisze do Mikołaja. - Wówczas gdy straciłem wszelką nadzieję, gdy więzienie stało się światem moim, a gołe jego ściany towarzyszami mego życia, na skinienie twej dobroczynnej ręki list ojca mego, jak anioł-pocieszyciel, przyniósł spokój i pociechę mej duszy. Łaska ta, miłościwy monarcho, twe przychylenie się do prośby siedemdziesięcioletniego starca pozostaną w mej duszy niezapomniane. I przeto, widząc w tobie nie sędziego surowego, lecz ojca miłosiernego, z całą nadzieją na twą dobroć, powierzam ci los twych dzieci, które nie czynami, lecz porywami serca mogły ściągnąć na siebie twój gniew". I wydał towarzyszy.

Po zbadaniu procesu dekabrystów aureola spiskowców blednie, a postać cara ukazuje się w świetle ohydnym. Na pewne wytłumaczenie stanu ducha dekabrystów powiedzieć można, iż warunki życia więźniów były okropne. Kazamaty Twierdzy Pietropawłowskiej były przepełnione wilgocią; w czasie wielkiej powodzi w 1824 roku forteca była pod wodą. Pobyt więźniów w celach był nieustającą torturą. "Gdy w piecu palono - wspomina Zawaliszyn - wówczas cela napełniała się mgłą nieprzebrodzoną, tak że siedząc na łóżku nie widziało się drzwi na przestrzeni dwóch arszynów. A gdy piec zamknięto, powstawał duszący swąd, para zaś, stygnąc, literalnie strumieniami ze ścian spływała, tak że w ciągu dnia wynoszono dwadzieścia i więcej kubłów wody. Fluksje, reumatyzmy, straszny ból głowy były skutkiem nieuchronnym takiego stanu rzeczy i w tym znaczeniu tortury były nieustające. Dawano jeść haniebnie, gdyż kradzież była straszna". Tak torturowanych, udręczonych, w ogromnej większości przywykłych do wygód życia ludzi car poddawał w swym gabinecie pomysłowym metodom inkwizycji i święcił ponury triumf nad swymi przeciwnikami. Zanim ich posłał na szubienicę i do min [kopalni] Sybiru, przedtem jeszcze upokorzył ich, podeptał, wydobył ze słabych, storturowanych i omamionych ludzi skruchę, łzy rozrzewnienia, wyrazy wdzięczności i oddania. Dusze ich złamały się, jak skruszyły się ongiś dusze poddanych Iwana Groźnego, gdy z płaczem błagali tyrana, by dla dobra Moskwy pozostał na tronie. Grudniowcy przegrali pojedynek z carem, orężnie na Placu Senackim w dniu 26 grudnia 1825 roku, a po raz wtóry, moralnie, na śledztwie. Cała rewolucja grudniowa ukorzyła się na tym śledztwie przed swym rywalem i katem.

Nie obawą śmierci i wygnania tłumaczyć trzeba upadek ducha grudniowców. Niektórzy, jak Trubieckoj, istotnie czołgali się przed carem, błagając o łaskę. Lecz Rylejew, Kachowski, Bestużew nie strachem złamani zostali, lecz istotną skruchą. Ani udręki więzienia, ani cierpienia fizyczne, ani kunszt inkwizytorski cara nie wystarczyłyby na to, aby złamać te szlachetne dusze. Było coś bardziej złowrogiego, co zasnuwało ich dusze kirem smutku i pętało je bezwładem beznadziejności. Oto nagle poczuli się osamotnieni. Potępili ich ojcowie, wypierali się bracia; towarzystwo wyższe, oświecone, z którego pochodzili, traktowało ich, którzy ponieśli swe życie w ofierze Rosji, jako przestępców, godnych potępienia. Kobiety tylko otoczyły serdecznym współczuciem ich smutną dolę; żony wielu zesłańców podążyły, wbrew perswazjom władz i samego cara, na Sybir i zapisały piękną kartę w dziejach kobiety rosyjskiej.

Oto jak kreśli, ze swych wspomnień młodzieńczych, te ponure początki panowania Mikołaja Aleksandr Hercen. "Ton społeczeństwa zmieniał się na oczach; szybki upadek moralny mógł służyć za smutny dowód, w jak małym stopniu wśród arystokracji rosyjskiej rozwinięte było poczucie własnej godności. Nikt (oprócz kobiet) nie odważał się okazać współczucia, powiedzieć ciepłego słowa o krewnych, przyjaciołach, którym jeszcze wczoraj ściskano dłoń, a którzy nocą zostali zabrani. Przeciwnie, pojawili się dzicy fanatycy niewolnictwa, jedni przez upodlenie, a drudzy jeszcze gorzej, bo bezinteresownie.

Jedynie kobiety nie brały udziału w tym haniebnym zaparciu się bliskich. [...]

Żony zesłanych na katorgę skazywały się na utratę praw obywatelskich, porzucały majątek, stanowisko społeczne i jechały do nich, by pozostać na całe życie w niewoli, w okropnym klimacie Wschodniej Syberii, w atmosferze jeszcze okropniejszego ucisku tamtejszej policji. Siostry, które nie miały prawa jechać, odsuwały się od dworu, wiele z nich porzuciło Rosję; wszystkie prawie zachowały w duszy żywe uczucie miłości dla męczenników. Lecz nie było uczucia tego w sercach mężczyzn: wyżarł je strach i nikt nie ważył się nawet napomknąć o nieszczęśliwych".

Wiemy z licznych pamiętników, iż w szerokich warstwach towarzystwa oświeconego i biurokracji głośno utyskiwano na nadmierną łagodność kar zastosowanych względem spiskowców.

Bardziej jeszcze czuli się osamotnieni w obliczu tych mas ludowych, o których powołaniu do życia ludzkiego i obywatelskiego szlachetnie marzyli, a które, głuche i nieme, nawet wyobrażenia o ich czynie mieć nie mogły. Czuli już przed wybuchem, że szare masy żołnierstwa i ludu można było poruszyć nie żadnym hasłem wolności, lecz jedynie hasłem tradycyjnym - walki w imię cara uprawnionego do tronu z uzurpatorem, walki z Mikołajem w imię Konstantego. Czuli, na jak wątłej nici zawisło ich powodzenie, musieli uciekać się do mistyfikacji, by poruszyć masę. Bunt ich dla mas ludowych był jakiś niezrozumiały, a nawet podejrzany, pański. Gdy prowadzono ich na Syberię, tłum po drodze spotykał ich urągowiskiem. "Tylko co przybyły z Jarosławia brat generała Połozowa donosi, iż zesłańcy, których spotykał po drodze, byli źle przyjęci przez lud, który im dawał urągliwe przezwisko carzyków (cariki)" - tak brzmiały współczesne doniesienia policji, składane Benckendorffowi.

Osamotnieni, opuszczeni przez ogół oświecony, a nie zrozumiani przez lud, stanęli oko w oko w swej celi więziennej jeszcze z jednym przeciwnikiem i ten był najniebezpieczniejszy, bo tkwił w ich własnej duszy. W zapamiętaniu i gorączce idąc do przewrotu, nie zdawali sobie sprawy z tego, jaki urok miała dla nich samych osoba cara. Lecz wystarczyło, by car rzucił na nich parę złudnych promieni swej łaski, a urok, zaszczepiony przez dziedziczność, wychowanie, otoczenie, owładnął nimi. Opuściła ich wiara, uznali swój czyn za szaleństwo i wydali się sami sobie donkiszotami.

Gdy dekabryści podnieśli oręż przeciwko carowi, był ktoś, kto tylko szczęśliwym trafem nie został wmieszany w tę sprawę. Aleksandr Puszkin sympatyzował z ruchem opozycyjnym, jaki ogarnął arystokratyczną młodzież wojskową, pisał ody, epigramaty w duchu, który wówczas nazywano buntowniczym; utwory te szybko rozchodziły się w odpisach i deklamowane były przez całą liberalizującą Rosję. Lecz Puszkin jeszcze za Aleksandra wysłany został za swe niesforne utwory na południe Rosji, a następnie internowany w rodzinnym majątku Michajłowskoje. Tu zastał go wybuch grudniowy, tu dowiedział się o klęsce.

Refleksje nad klęską dekabrystów rozpoczynają nowy okres w życiu Puszkina. Car przybliżył go niebawem do siebie i do dworu, roztoczył nad nim swą łaskawą opiekę i opieką tą, jak pajęczyną, oplatał słabą duszę poety. Puszkin to dopraszał się o łaskę carską i cieszył się nią, to z kolei, czując swe upokorzenie, próbował oderwać się od złotego łańcucha carskiego; lecz za każdym razem wracał z powrotem, bardziej jeszcze upokorzony, pociągany blaskiem carskim, któremu się oprzeć nie umiał, i realnymi korzyściami, których się wyrzec nie chciał. Dzieje upadku Puszkina mają ponurą wymowę dla dziejów carskiej Rosji.

Towarzysze młodzieńczych rozpraw i rojeń o wolności siedzieli już w kazamatach twierdzy. Car rozstawił sieci, wyławiał osobę po osobie, pomnażał poczet ofiar. Poeta przebywał na wsi. Istnieje wersja, że w pierwszej chwili, po otrzymaniu wiadomości o rewolucji, wybrał się w drogę do Petersburga, lecz po drodze rychło się rozmyślił i powrócił do domu. Odtąd zajęty jest myślą wyzwolenia się z deportacji wiejskiej i powrotu do stolicy, nie celem podjęcia starań dla złagodzenia losu kolegów, lecz celem pogodzenia się z rządem. Oddaje się pod opiekę zbliżonego do tronu Żukowskiego. Żukowski, sentymentalny, czułostkowy poeta o miernym talencie, był w życiu skończonym oportunistą, doszedł do wysokiej rangi i stanowiska u dworu i był używany przez Mikołaja do oswajania niespokojnych literatów. Pośrednictwo jego między carem a literaturą ciężko zaważyło na moralnej doli Puszkina i Gogola. Otóż autor ody do wolności i do sztyletu pisze ze swego wiejskiego ustronia do Żukowskiego, iż przyszłe zachowanie jego zależeć będzie od obchodzenia się rządu z nim i oświadcza, iż "nie ma zamiaru bezmyślnie opierać się ustalonemu porządkowi rzeczy i konieczności". W tym też duchu złożył nąjpoddańszą prośbę do cesarza. Mikołaj, bawiący wówczas w Moskwie, kazał sprowadzić Puszkina, łaskawie z nim rozmawiał ("l'empereur m'a recu de la maniere la plus aimable" [cesarz przyjął mnie w sposób nadzwyczaj przyjazny]), pozwolił mu mieszkać w Petersburgu. Niebawem otrzymał od Benckendorffa zawiadomienie, iż łaska carska otwiera mu drogę do dalszego pisarstwa, cesarz uwalnia go od zwykłej cenzury i będzie sam cenzorem jego utworów, które odtąd poeta posyłać będzie do III Oddziału kancelarii cesarskiej lub wprost do samego cesarza. Tymczasem zaś cesarz polecił Puszkinowi opracowanie memoriału o edukacji młodzieży. Puszkin jest zachwycony listem szefa żandarmów. "Cesarz uwolnił mnie od cenzury, sam jest moim cenzorem. Korzyść oczywiście olbrzymia" - pisze pod świeżym wrażeniem. Dzieje się to w kilka tygodni po kaźni pięciu dekabrystów i po zesłaniu kwiatu młodzieży do min Syberii.

W swym zamówionym przez cara memoriale o edukacji młodzieży Puszkin wystąpił jako tak radykalny zwolennik skrępowania przez państwo carskie edukacji młodzieży, iż nawet ówczesne zarządzenia edukacyjne, mocno tym zadaniem przejęte, nie mogły podążyć za lotną myślą poety. Oświadczył, że należy "wciągnąć całą młodzież do szkół państwowych, podanych pod nadzór rządu, dać jej czas na wyszumienie [się], na dojście do dojrzałości w ciszy szkolnej". "Należy za wszelką cenę zdławić (podawit') edukację prywatną" - pisze. Urzędowe z czasów carskich wydanie dziejów Ministerstwa Oświaty stwierdza, z podkreśleniem liberalizmu mikołajowskiego rządu, iż te surowe projekty nie zostały zrealizowane. Pomimo tej gorliwości car uznał memoriał z powodu niektórych ustępstw, wynoszących wysoką rolę oświaty w państwie, za zbyt jeszcze liberalny.

"Jego cesarska mość raczyła zauważyć - pisze do poety Benckendorff - iż głoszona przez pana zasada, jakoby oświata i geniusz stanowić miały wyłączną podstawę doskonalenia się, jest niebezpieczną dla spokoju powszechnego maksymą, która pana samego zaprowadziła na kraniec przepaści i popchnęła w nią tylu młodzieńców. Moralność, pilną służbę, gorliwość należy stawiać ponad oświatę niewytrawną, niemoralną i niepotrzebną. Poza tym rozważania Pańskie zawierają wiele prawd użytecznych". W memoriale Puszkina nie było, zresztą, wcale mowy o geniuszu, lecz car widocznie postanowił być wymagający i od razu dać do zrozumienia poecie, że musi zmyć swe grzechy nie lada gorliwością. Bądź co bądź, Puszkin dał rządowi miarę swego, istotnie pokaźnego, wytrzeźwienia. "C'est deja un homme qui revient a la raison " [jest to już człowiek, któremu wrócił rozsądek] - pisał Benckendorff do cara.

Niebawem poznał, co oznaczała cenzura carska. Na zebraniu prywatnym czytał z rękopisu swą tragedię Borys Godunow. Benckendorff śle natychmiast poecie listowną reprymendę: czytał swój utwór bez carskiego pozwolenia, lekceważy sobie, jak widać, łaskawość cesarską. Zatrwożony Puszkin odpowiada uniżenie. Jest wzruszony życzliwym listem "do głębi serca". Nikt odeń żywiej nie czuje "łaski i wspaniałomyślności" cesarza, a także "życzliwej pobłażliwości" jego ekscelencji. Tłumaczy się Puszkin skrupulatnie z występku i pozostaje Benckendorffa "najniższym sługą, z najgłębszym uczuciem uszanowania, wdzięczności i oddania".

Cara zadowolił zwłaszcza ton listu: "Je suis charme du style de lettre de Pouchkine" [jestem oczarowany stylem listu Puszkina], kazał sobie przysłać Borysa Godunowa i nakreślił na rękopisie taki pamiętny ukaz literacki: "Sądzę, iż cel pana Puszkina byłby osiągnięty, gdyby po należytym oczyszczeniu przerobił swoją komedię na powieść historyczną lub romans w rodzaju Walter-Scotta..."

W roku 1826, roku kaźni dekabrystów, napisał Puszkin swe Stance, w których odmalował panegirycznie Piotra Wielkiego i wyraził nadzieję, że panowanie Mikołaja będzie podobne do epoki Piotra. W wierszu tym przeprowadza wyraźną analogię między buntem strzelców a spiskiem dekabrystów i znacząco aprobuje represje Piotra. "Początek sławnych dni Piotra był zamroczony przez bunty i kaźnie", lecz Piotr odróżnił strzelca-buntownika od wiernych poddanych... I poeta "bez lęku" oczekuje dni "sławy i pomyślności" pod Mikołajem.

Wśród rozbitków liberalnego pokolenia, towarzyszy młodości Puszkina ocalałych po katastrofie, pomimo całego upadku ducha w tym strasznie przerzedzonym gronie, postawa poety budziła niesmak. Puszkin w odpowiedzi na to, w wierszu Do przyjaciół *[Wbrew twierdzeniu Autora wiersz ten powstał w 1834 roku i nie miał nic wspólnego z powstaniem dekabrystów.] oznajmił, iż nie jest pochlebcą, lecz po prostu pokochał cara za to, że dzielnie rządzi Rosją i że podał mu dłoń pomocną. Car pochwalił wiersz, lecz nie zgodził się na ogłoszenie go drukiem: despota nie mógł znieść tego, aby poddany jego uważał za potrzebne usprawiedliwianie się publiczne ze swej służalczości wobec cara. Puszkina drażnił wymowny, choć nieraz, z obawy represji, niemy wyrzut ze strony dawnych towarzyszy; głusząc własny niepokój, w widocznym podnieceniu pisze wiersz Tłuszcza (Czern'), w którym brutalnymi słowy lży "tłum głupi", który usiłuje zuchwale krępować wolność natchnienia poety.

Tymczasem tak wyniośle stając wobec ogółu w obronie swobody natchnienia poeta prowadzić musiał upokarzającą korespondencję z Benckendorffem i jego pomocnikami, wysłuchiwać ich nagan, oskarżeń, poniżać się, przyznawać do winy, obiecywać poprawę. Gdy Benckendorff zagroził niełaską carską z powodu jego podróży na Kaukaz, bez upoważnienia odbytej, pisze Puszkin: "Zdaję sobie sprawę, że postępowanie moje było lekkomyślne, lecz była to tylko lekkomyślność. Myśl, iż można by przypisać to innej przyczynie, byłaby dla mnie nie do zniesienia. Wolałbym raczej narazić się na najostrzejszą niełaskę, niż być uznanym za niewdzięcznego przez Tego, komu jestem winien wszystko, za kogo gotów jestem oddać swe życie - a nie jest to frazes". Benckendorffa zaś prosi, by był jego "opatrznością". W ogóle Puszkin wpadał w naiwny zachwyt nad uczynnością Benckendorffa, który go nie lubił i nie szanował. Gdy ten zakomunikował Puszkinowi pozwolenie carskie na druk Borysa Godunowa bez zmian, już poeta roztacza pochwały dla szefa żandarmów: "człowiek to pobłażliwy, życzliwy i chyba jedyny dygnitarz, przez którego dochodzą do mnie częste dobrodziejstwa cesarskie".

Nieprzezwyciężona skłonność do życia hulaszczego, namiętność do gry hazardowej w karty wpędzają Puszkina stale w długi; czuje się zmuszony pukać do kalety carskiej, brać podarunki i pożyczki. Żandarmi, przez których ręce przechodziły te sprawy, lekceważyli poetę coraz bardziej. Gdy wyjechał niespodzianie do Tyflisu [Tbilisi] i gdy Benckendorff zaniepokoił się tym, Fock go uspokaja: "Laissez-le curir le monde, chercher des filles, des inspirations poetiques et du jeu" [pozwólmy mu podróżować po świecie w poszukiwaniu kobiet, inspiracji poetyckich i zabawy]. On, do niedawna autor najzjadliwszych epigramatów, teraz sam stawał się ofiarą złośliwej muzy *[Wojejkow ukłuł Puszkina takim epigramatem: "Dawniej głosiłem wolność, powoływałem monarchów na sąd z narodem, lecz gdy tylko spróbowałem carskiej zupy, stałem się nadwornym pieczeniarzem". ("Ja prieżdie wolnost' propowiedał, cariej s narodom zwal na sud, no tolko carskich szczej otwiedał i stał pridwornyj lizoblud").].

Na początku 1831 roku odbył się ślub Puszkina z panną Gonczarow, osobą światową, piękną a niebogatą. Odtąd wpada w coraz większą zależność materialną od cara, staje się płatnym literatem nadwornym. Jeszcze przed ślubem musi wyjednywać sobie pewne korzyści na założenie ogniska domowego. Po ślubie powziął myśl stałego służenia piórem państwu przez wydawanie półurzędowej gazety, która by zastąpiła osławioną "Pszczołę Północną" *["Siewiernaja Pczeła" ("Pszczoła Północna"), czasopismo ukazujące się w Petersburgu w l. 1825-1864, redagowane przez Tadeusza Bułharyna i Michaiła Griecza.] renegata Bułharyna. Propozycje swe składał na ręce Benckendorffa. W liście do niego tłumaczy, iż opinią publiczną należy umiejętnie kierować, i wyraża nadzieje, iż za pomocą pisma "udałoby mu się zbliżyć do rządu ludzi użytecznych, którzy wciąż się boczą, uważając rząd za wrogi oświacie". Jako alternatywę przedstawia Puszkin projekt powierzenia mu dochodzeń historycznych w archiwach państwowych. Pisze, iż "iście ojcowska troskliwość cesarza" głęboko go wzrusza: że "obsypany dobrodziejstwami carskimi dręczy się z powodu swej bezczynności".

Podania Puszkina o wydawanie gazety półurzędowej Benckendorff nie myślał popierać. Dotychczasowy redaktor gadzinowej "Pczeły" Bułharyn był wprost płatnym agentem III Oddziału kancelarii carskiej i zastępowanie go fantastą i dyletantem nie uśmiechało się szefowi żandarmów. Natomiast car, po porozumieniu się z Benckendorffem, przyjął Puszkina na służbę z pensją roczną 5000 rubli i pozwolił robić poszukiwania archiwalne nad historią Piotra Wielkiego. Puszkin był olśniony: "Car dla mnie bardzo łaskaw i uprzejmy. Niedługo, a stanę się chyba faworytem. Przyjął mnie na służbę, dał mi pensję, otworzył archiwa po to, abym tam się grzebał i nic nie robił. To bardzo miłe z jego strony, nieprawdaż?"

Było to właśnie w czasie rewolucji listopadowej [powstania listopadowego 1830-1831]. Aspirant do wydawania gazety półurzędowej, płatny synekurzysta jako historiograf rządowy, nie tylko nie współczuł walce Polaków, lecz domagał się głośno szybkiej a srogiej represji.

Stosunek Puszkina do walki narodu polskiego, o wolność niczym nie różnił się od stosunku Mikołaja, Benckendorffa, Paskiewicza. Zresztą, pogląd Puszkina na sprawę polską był zawsze jednakowy i jeszcze w epoce aleksandrowskiej w znanym wierszu do hrabiego O.*[Autor ma na myśli niedokończony wiersz Puszkina z 1824 roku skierowany do hr. Gustawa Olizara (Grafu Olizaru).] umieścił ustępy, które potem, z nieznaczną parafrazą, przeniósł do wiersza Oszczercom Rosji *[Tytuł oryginału Klewietnikam Rossii i Borodinskaja godowszczina. Trzeci i ostatni w tym cyklu był wiersz Przed świętym grobowcem (Pieried grobniceju swiatoj). O antypolskiej trylogii Puszkina najpełniej pisał Wacław Lednicki (Aleksander Puszkin. Studia, Kraków 1926, s. 36-161). W okresie PRL wspomniane wiersze bagatelizowano bądź wstydliwie pomijano.]. Zbyt powolny przebieg wojny 1831 roku dręczył Puszkina. "Należy ich zdusić - pisał - powolność nasza jest męcząca. Dla nas bunt Polski to sprawa domowa, prastara, dziedziczna rozterka". W owym liście do szefa żandarmów Puszkin, ofiarowując swe usługi jako redaktor pisma urzędowego, pisze: "Dzisiaj, gdy sprawiedliwe oburzenie i stara nieprzyjaźń narodowa, długo jątrzona zawiścią, połączyła nas wszystkich przeciwko buntownikom polskim, rozgniewana Europa uderza na nas do czasu nie orężem, lecz codzienną wściekłą potwarzą. Niechajże wolno będzie nam, pisarzom rosyjskim, dawać odprawę bezczelnym i grubiańskim napaściom dzienników zagranicznych". W sierpniu 1831 roku Puszkin pisze przeniknięty zaciekłym szowinizmem wiersz Oszczercom Rosji, a we wrześniu, po upadku Warszawy, Rocznicę Borodina. Obydwa utwory, wraz z okolicznościowym, odpowiednim wierszem Żukowskiego, wydrukowane zostały niezwłocznie w osobnej broszurce. Pani Smirnow, frejlina dworu, blisko stojąca osoby cara, a protektorka Puszkina i Gogola, wręczyła carowi Rocznicę Borodina i Mikołaj dziękował swemu poecie na nabożeństwie z powodu wzięcia Warszawy. Lojalny Wiaziemski, i ten pisał w pamiętniku swym z niesmakiem o ówczesnej muzie Puszkina: "Chwalcie rząd, jeśli was świerzbią kolana i jeśli wam koniecznie potrzeba pełzania z lirą w ręku". Puszkin miał odwagę w swych urzędowych peanach wskrzeszać pamięć Suworowa, wsławionego rzezią Pragi: "wstrząsnął się cień jego od blasku poczętej przezeń sławy"; szyderczo odzywał się o pokonanych powstańcach polskich, którzy "uciekając, rzucają w proch skrwawiony proporzec". Tak lżył powstanie polskie wytrzeźwiony autor ody Wolność (Wolnost').

Romantyczny liryk Żukowski w swym wierszu na wzięcie Warszawy opiewał lichym wierszem poezję bomb, rzucanych na naszą stolicę. ("Czuju, kok kamiennyje tromby, podnialisia i letiat naszy mstitielnyje bomby na kipiaszczyj buntom grad. Czto nam waszy palisady..." [Czuję, jak nasze pociski zemsty wzleciały kamiennymi salwami uderzając na miasto kipiące buntem. Czymże są dla nas wasze palisady...] itd.).

Gdy poeci Rosji manifestowali tak gorliwie swą solidarność z rządem, wśród Polaków trwało złudzenie co do przyjaciół Moskali. 25 stycznia 1831 roku, w dniu detronizacji Mikołaja przez Sejm, na ulicach Warszawy odbywała się tłumna manifestacja dla uczczenia pamięci pięciu straconych dekabrystów; wśród powszechnego zapału rozbrzmiewały mowy na temat hasła: za naszą i waszą wolność. Gorącym rzecznikiem tego hasła był Lelewel. W projekcie odezwy sejmowej do Rosjan pisał:

"Bracia Rosjanie! My, Polacy, na wolnej ziemi naszej swobodnie w sejm związani, braćmi was nazywamy; boście jednego z nami słowiańskiego szczepu [...] My, Polacy, nie przypuszczamy, ażeby naród rosyjski miał naszego upadku pragnąć, aby miał być naszego upadku przyczyną. Zrządziła nasz upadek fakcja dworska imperatorska, która nie przestaje i was, Rosjanie, w niewoli i poddaństwie utrzymywać [...] Naród polski umie szacować bohaterów i męczenników wolności rosyjskiej: oddawał im cześć pogrzebową i stawia im pomnik, pomnik wolności, którego wam, Rosjanie, stawiać nie wolno [...] My, sejmujące wolne obie Izby oświadczamy w obliczu Boga i ludzi, że nic nie mamy do narodu rosyjskiego, że nigdy na jego całość i bezpieczeństwo nastawać nie myślimy: pragniemy z nim w braterskiej zgodzie zostawać i w braterskie związki wchodzić, a czynić mu przysługi, jakich spólny interes obu narodów potrzebuje, do jakich każdy naród wolny z postępem świata jest powołany"'.

To usposobienie powiózł Lelewel na emigrację, wypowiedział je w odezwie Komitetu Narodowego [Polskiego] do Rosjan z 1832 roku, manifestował je wielokrotnie na odbywanych przez emigrację obchodach ku czci straconych dekabrystów. Na jednym z takich obchodów, urządzonym w Brukseli 25 stycznia 1834 roku, Lelewel opowiadał serdecznie a naiwnie o "jednym młodym poecie rosyjskim", który w swoim czasie przesłał jakoby Aleksandrowi I alegoryczną bajeczkę treści buntowniczej, zesłany został za to na krańce cesarstwa i stamtąd znowu przesłał carowi opozycyjną bajeczkę. Usłużne rządowi rosyjskiemu pióro natychmiast zareplikowało w "Frankfurter Zeitung" i z większą od Lelewela znajomością istotnego stanu rzeczy stwierdziło, iż autor wiersza Oszczercom Rosji, którego pewnie miał na myśli Lelewel, przebywa nie na wygnaniu, lecz w stolicy rosyjskiej, bywa często u dworu i cieszy się łaską cesarza. Zdawało się, że poczciwa a bałamutna opowieść o opozycyjnej przeszłości Puszkina, już sprostowana przez półurzędowe pióro, niczym nie groziła kamerjunkrowi Puszkinowi. To jednak, gdy hrabia Stroganow przesłał Puszkinowi notatkę z "Frankfurter Zeitung", Puszkin pospiesznie odpowiada, iż ten uścisk Lelewela cięższy jest dlań od wygnania na Sybir: "Monsieur le comte! J'expie bien tristement les chimeres de ma jeunesse. L'accolade de Lelewel ma parait plus dure qu'un exil en Siberie. Je vous remercie cependant de ce que vous avez bien voulu me communiquer l'article en question: il me servira de texte au sermon..." [Panie hrabio! Przychodzi mi ze smutkiem pokutować za złudzenia młodości. Uściski Lelewela wydają mi się twardsze od zesłania na Syberię. Jestem jednak nader Panu wdzięczny, że zechciał mi Pan przesłać wspomniany artykuł; posłuży mi on do napisania odpowiedzi]. Utrwaliwszy w 1831 roku swe stanowisko w opinii carskiej przez swe wiersze patriotyczne, Puszkin znów wraca do projektu dziennika półurzędowego i pertraktuje z osławionymi wydawcami "Siewiernoj Pczeły" Bułharynem i Grieczem. Nie udało się jednak Puszkinowi uzyskać koncesji i Griecz pisze triumfująco do Bułharyna: "Jeszcze Pszczółka nie zginęła". Niebawem car, na znak swej łaski, mianował Puszkina kamerjunkrem. Puszkin był niezadowolony z niskiego stopnia dworskiego, nadawanego zwykle ludziom młodym. Lecz trzeba było być pokornym, gdyż znowu wypadło prosić cara, przez szefa żandarmów, o pożyczkę dwudziestu tysięcy rubli - z dobrym skutkiem. Car zrozumiał, że tymi datkami przykuwa niesfornego ongi poetę na dobre do stopni tronu.

Puszkin w głębi duszy czuł hańbę swego położenia. "Patrzą oni teraz na mnie jak na niewolnika, z którym mogą postępować, jak im się podoba", pisał w tym czasie do żony. Napomyka coś o chęci zrzucenia jarzma: "Wygnanie lżejsze jest od pogardy". Lecz słabości biorą górę. "Zawiniłem wobec ciebie - pisze niebawem do żony - miałem pieniądze, lecz przegrałem je". I oto zmuszony wciąż pełzać przed władcą, pisze pochlebczy, niesmaczny aż do komizmu wiersz do Mikołaja, biorąc za asumpt usłużną plotkę dworską, jakoby car spóźnił się raz na bal dworski, zaczytawszy się w Iliadzie. "Z Homerem długo obcowałeś w samotności, długo czekaliśmy na ciebie..." *[Przekonującą krytykę proponowanej przez Kucharzewskiego interpretacji postawy i twórczości Puszkina przedstawił Wacław Lednicki (Dookoła przeciwpolskiej trylogii lirycznej Puszkina, w: idem, Aleksander Puszkin, s. 38-39). Historycy literatury rosyjskiej dowiedli m.in., że przywołany tu wiersz nie był skierowany do Mikołaja I, lecz do tłumacza Iliady Nikołaja Gniedicza.].

Wreszcie raz, w chwili ostrego uprzytomnienia sobie roli, do jakiej się stoczył, zwraca się Puszkin do Benckendorffa z prośbą, by mu wyjednał dymisję, gdyż musi bywać w swym majątku. Mikołaj znał już Puszkina na wylot. Oświadczył, że gotów jest udzielić mu dymisji w każdej chwili, lecz będzie to zerwanie dotychczasowych z carem stosunków. Anioł opiekuńczy Żukowski zaniósł tę wiadomość poecie. Puszkin zadrżał; w uniżonym liście do Benckendorffa uznaje, iż popełnił nieprzyzwoitość i błaga go o naprawienie złego. Nie otrzymując czas jakiś odpowiedzi, pisze do Żukowskiego z prośbą o pomoc, nadmienia, iż list do Benckendorffa pewnie był pisany za sucho, a nawet był wprost "głupi". Żukowski doręczył list Benckendorffowi, ten cesarzowi z charakterystycznymi o Puszkinie uwagami. Doradza szef żandarmów pobłażliwość, Puszkin bowiem "przyznaje, iż zrobił po prostu głupstwo". "Oto mamy miarę człowieka - dodał - lepiej niech będzie na służbie, niż miałby być pozostawiony sam sobie". "Przebaczam mu - odpisał Mikołaj Benckendorffowi - lecz przywołaj go i jeszcze raz wytłumacz mu całą bezmyślność jego zachowania". Nie znając wciąż wyniku sprawy, Puszkin znowu pisze z niepokojem do szefa żandarmów: "Jestem najmocniej zmartwiony tym, iż moja nieopatrzna prośba mogła zrobić wrażenie niedorzecznej niewdzięczności i sprzeciwiania się woli tego, kto dotąd był bardziej mym dobroczyńcą niż władcą". Benckendorff postanowił upokorzyć Puszkina do reszty; pisze do Żukowskiego, iż listu Puszkina nie może pokazać carowi, gdyż jest nieprzyzwoicie oschły. Żukowski obiecuje, że Puszkin napisze jeszcze jeden list. Istotnie, Puszkin wystosował nowy list do Benckendorffa, doprowadzając w nim ton serwilistyczny do wyższego jeszcze stopnia, wysławiając patetycznymi słowy dobrodziejstwa cara i bolejąc nad swą lekkomyślnością. "Stchórzyłem - pisze do żony o tym zajściu. - Nie chcę, aby mnie można było posądzać o niewdzięczność; gorsze to od liberalizmu".

Niebawem Puszkin, zabrnąwszy znowu w długi karciane, pisze do szefa żandarmów: "Panie Hrabio, wstyd mi wciąż naprzykrzać się JWPanu, lecz pobłażliwość, jaką JWPan raczył mi zawsze okazywać, usprawiedliwia me natręctwo". Chodzi znów o pożyczkę, i to znaczną. Car, pewny już zupełnie Puszkina, pyta nielitościwie przez szefa żandarmów, czy poeta nie życzy sobie dymisji; wystraszony Puszkin zastrzega się, że "zupełnie zdaje swój los na wolę cesarską i pragnie tylko, aby decyzja cesarza nie była dlań znakiem niełaski". Następuje znów przykra korespondencja. Puszkin tłumaczy szefowi żandarmów, że jego długi honorowe wynoszą 30 000 rubli; wreszcie, przy poparciu Benckendorffa, dostępuje "zupełnej łaski" cesarza i otrzymuje pożyczkę na spłatę swych długów karcianych.

Do końca życia nie zdobył się Puszkin na zerwanie tych więzów, a wszak nie groziło mu nic innego jak tylko spokojniejsze i skromniejsze życie człowieka prywatnego, posiadającego do tego majątek ziemski. Lecz żona jego tak lubiła bale w Pałacu Aniczkowskim, on zaś sam tak przywykł do życia hulaszczego w stolicy, w gronie złotej młodzieży petersburskiej, że nie miał siły zerwać pęt. Łatwiej mu przyszło dla nędznego zatargu honorowego, w którym od początku sam występował wyzywająco, postawić na kartę i utracić życie niż zerwać z opieką III Oddziału Własnej Kancelarii Jego Cesarskiej Mości.

W oczach cara i jego otoczenia Puszkin uchodził do końca za lekkomyślnego a nielojalnego człowieka, którego słabości umiano piekielnie wyzyskać, lecz któremu nigdy nie dowierzano zupełnie. Po śmierci jego nieskazitelny dworak Żukowski otrzymał misję przejrzenia spuścizny poety i poddania jej cenzurze. Usłużny romantyk dorabiał lojalne rymy na miejsce tych, które zdawały się jeszcze trącić liberalizmem. Niektóre z najbardziej znanych wierszy Puszkina przeszły do potomności w tej zupełnie wiernopoddańczej formie, jaką im nadał nadworny wierszopis *[Tak, w znanym wierszu pośmiertnym, zamiast rymu: "I dołgo budu tiem polezien ja narodu..., Czto w wiek nasz surowyj ja polubił  s w o b o d u...", Żukowski dla uniknięcia wzmianki o swobodzie, przerobił tak strofę: "I dołgo budu tiem narodu ja lubiezien..., Czto prelestju żiwoj stichow ja był polezien". Nie jest to jedyna próba kastracji pośmiertnej największego talentu poetyckiego Rosji.].

Żywot Nikołaja Gogola nasuwa smutniejsze bodaj jeszcze refleksje. Gogol w swych utworach satyrycznych odtworzył Rosję Mikołaja I z nieporównanym talentem. Przesunął przed oczyma współczesnych wielką galerię typów, czynowników brutalnych a sprzedajnych, pomieszczyków ciemnych i zacofanych, aferzystów i skąpców, filutów i świętoszków. Obok odtworzonych mistrzowskim piórem Gribojedowa typów epoki aleksandrowskiej: Famusowa, Skałozuba, Mołczalina stanął na wieki nieśmiertelny poczet figur okresu mikołajowskiego: Chlestakow, Cziczikow, Nozdriew, Sobakiewicz, Pluszkin, Koroboczka. Od czasu wystawienia Rewizora (1836), a ostatecznie od chwili pojawienia się w druku pierwszej części Martwych dusz (1842) Gogol został uznany i wsławiony w Rosji i za granicą jako główny przedstawiciel kierunku krytycznego w literaturze rosyjskiej, piętnującego w granicach cenzury wady i grzechy systemu.

Gdy wtem w 1846 roku wystąpił z osobliwą książką Wybrane fragmenty z korespondencji z przyjaciółmi i nagle przedstawił się ogółowi jako potworny reakcjonista, chwalca urzędowego prawosławia. Zwracał się teraz ostro przeciwko swym dawnym utworom satyrycznym, a raczej przeciwko tej interpretacji liberalnej, jaką im nadali jego zwolennicy i wielbiciele; usiłował udowodnić, iż usposobienie jego i tendencje były zawsze lojalne, wiernopoddańcze. Ta publikacja postawiła Gogola od razu na jednej linii z pisarzami kierunku carosławnego, czyli tak znanego patriotyzmu urzędowego ("oficjalnoj narodnosti"), z Bułharynem, Grieczem, Sękowskim, Buraczokiem, Szewyriowem, Pogodinem, Zagoskinem *[Józef Julian Sękowski (ps. lit. Baron Brambeus), zrusyfikowany Polak, znakomity orientalista i profesor Uniwersytetu Petersburskiego, był w ł. 1834-1847 redaktorem i wydawcą niezwykle poczytnego i stojącego na wysokim poziomie, a przy tym lojalnego wobec władzy, miesięcznika "Bibliotieka dla cztienia", który dał początek tzw. tołstym żurnałom, periodykom literacko-artystycznym i naukowym, charakterystycznym dla piśmiennictwa rosyjskiego drugiej połowy XIX wieku Polskie korzenie, których się jednak nie zapierał, miał również Tadeusz Bułharyn, publicysta i powieściopisarz, wydawca (wraz z Nikołajem Grieczem) "Siewiernogo Archiwa", a następnie - bardziej jeszcze popularnego - "Syna Otieczestwa" i wreszcie "Siewiernoj Pczeły". Komediopisarz Michaił Zagoskin zasłynął jako autor utrzymanych w duchu patriotycznym powieści historycznych, osnutych na tle wojny roku 1812. Stiepan Szewyriow zajmował się historią i teorią języka i literatury, jego zaś przyjaciel Michaił Pogodin był historykiem i wydawcą dwutygodnika "Moskwitanin". Obydwu Autor zaliczył w szeregi "patriotyzmu urzędowego" niewątpliwie na wyrost. Mieści się w nich natomiast, posiadający o wiele niższą od wymienionych rangę literacką, publicysta i wydawca "Majaka" - Stiepah Buraczok.]. "Siewiernaja Pczeła", spowinowacona blisko z III Oddziałem kancelarii carskiej, powitała utwór Gogola z uznaniem. Wyraźna krytyka publikacji Gogola w Rosji była, wobec cenzury, niepodobieństwem. Lecz druzgocącej, namiętnej krytyce poddał książkę Gogola dotychczasowy jego wielbiciel Wissarion Bielinski, bawiący wówczas za granicą, w swym słynnym datowanym z Salzbrunnu 15 lipca 1847 roku liście, który w odpisach obiegł całą Rosję.

Przedstawiwszy w żywych barwach nędzę społeczną Rosji i ciężkie, płonne wysiłki garści światlejszych ludzi, ciągnie:

"I w takim właśnie momencie wielki pisarz, który swoimi niezwykle pięknymi i prawdziwymi dziełami przyczynił się do obudzenia świadomości w Rosji, dając jej możliwość obejrzenia samej siebie jak w zwierciadle, w imię Chrystusa uczy w swojej książce nieludzkiego ziemianina, jak ma wyciskać z chłopów jak najwięcej pieniędzy, wymyślając im od ryjów niemytych [...].

Wielbicielu knuta, apostole ciemnoty, zwolenniku obskurantyzmu i wstecznictwa, chwalco tatarszczyzny - co Pan robi? [...] Że głosząc takie poglądy powołuje się Pan na Kościół prawosławny - to rozumiem: Kościół ten był zawsze podporą knuta i sługą despotyzmu; ale po co Pan miesza do tego Chrystusa?"

Wytykając Gogolowi zwrot ku mistycznemu fanatyzmowi, pisze dalej:

"Europejczyk, zwłaszcza katolik, którego ogarnie religijność, zostaje demaskatorem niesprawiedliwej władzy, na podobieństwo proroków żydowskich, demaskatorów bezprawia możnych tego świata. U nas dzieje się inaczej: człowiek (nawet porządny) dotknięty chorobą zwaną przez psychiatrów mania religiosa kadzi bogu ziemskiemu o wiele bardziej niż niebieskiemu i to z taką przesadą, że ów bóg pragnąc go nawet wynagrodzić za niewolniczą gorliwość boi się skompromitować w oczach społeczeństwa [...] Takie to bestie z naszych rodaków".

"Jeśli miał Pan nieszczęście - kończy Bieliński - z pełną pychy pokorą wyrzec się swoich naprawdę wielkich dzieł, powinien Pan teraz ze szczerą pokorą wyrzec się swojej ostatniej książki i ciężki grzech jej wydania okupić nowymi dziełami, podobnymi do dawnych".

Krytyka rosyjska jeszcze za życia Gogola zaczęła stawiać pytanie: czy istotnie Wybrane fragmenty z korespondencji, wydane w 1846 roku, były wyrazem nieoczekiwanego przełomu, jaki zaszedł w duszy wielkiego pisarza. Nasuwała się tu od razu kapitalna wątpliwość: wszak był to zbiór listów z rozmaitych epok, a wszystkie przeniknięte były jednym duchem. A więc było to odzwierciedlenie nastroju stałego, wieloletniego. Sam Gogol uparcie twierdził, że poglądy jego zawsze były jednakowe. W liście do Siergieja Aksakowa, ze stycznia 1847 roku, odpowiadając na zaniepokojenie Aksakowa z powodu Wybranych fragmentów z korespondencji, pisze: "W liście Pańskim dostrzegam silny niepokój o mnie [...] Od wczesnej młodości widziałem przed sobą jedną drogę, tę, którą dziś idę. Byłem tylko skryty, a to dlatego, że byłem nie głupi - oto i wszystko".

Wielki talent Gogola uczynił go znakomitym malarzem ciemnych i potwornych stron Rosji mikołajowskiej. Młodzi pisarze kierunku zwanego krytycznym, opierając się na artystycznych rewelacjach Gogola, snuli wnioski o potrzebie przekształcenia Rosji pod względem politycznym i społecznym i będąc w ciągłych zapasach z cenzurą, pod różnymi alegoriami i stylowymi fortelami, myśl tę szerzyli. Na czele ich kroczył Bielinski. Gogol od samego początku nie miał nic wspólnego z tymi wnioskami. Instynkt twórczy czynił go bezwiednym koryfeuszem kierunku krytycznego. Pojęcia jego szły w kierunku wręcz odwrotnym. Po przybyciu do stolicy, jako młodzieniec, przystał całą duszą do kółka Puszkina i Żukowskiego. Panował tu wówczas duch zachowawczy, carosławny. Gogol w późniejszym okresie swego życia nieraz, broniąc samowładztwa, powoływał się na autorytet Puszkina, cytował jego reakcyjne paradoksy. "Cóż to są dzisiejsze Stany Zjednoczone - padlina (miertwieczina)", pisze, powołując się na sąd Puszkina: "Człowiek tam zwietrzał do tego stopnia, że nie wart jest jajka wydrążonego (wyjediennogo jajca)".

W tym puszkinowskim kółku panował w polityce kult imienia Karamzina. Zresztą Puszkin, nie mówiąc już o Żukowskim, objawiał, i dla względów teoretycznych, i dla znanych nam względów praktycznych, wstręt do krytyki istniejącego ustroju. Podnosząc ten wstręt do zasady, proklamował teorię czystej sztuki (wiersz Czern'). Wszelkie braki ustroju i życia, w oczy bijące, przypisywano brakowi i wadom ludzi, sprowadzając kwestie polityczne i socjalne do kwestii moralnych, do sprawy doskonalenia jednostek. Poglądy te całkowicie przejął Gogol; zresztą, według jego własnego świadectwa, zawsze tym poglądom hołdował. Przedstawiając w jaskrawych obrazach nadużycia urzędów, ciemnotę i barbarzyństwa chłopów, zacofanie i zatwardziałość stanową szlachcica, ani myślał o tym, aby do usunięcia tych wad potrzeba było przełomu politycznego czy socjalnego. Należy podnieść, poprawić moralność, a wówczas urzędnicy nie będą brali łapówek, sędziowie będą sprawiedliwi, a obywatele dobroczynni względem chłopa. Zresztą ograniczony jego, a nawet prostacki, przy wielkim talencie, umysł nie wyobrażał sobie Rosji bez samowładztwa i bez poddaństwa chłopa.

To usposobienie Gogola, przeniknięte urzędowym patriotyzmem, przebijało i w dawniejszych jego utworach, przysłonięte i przyćmione przez wspaniałe obrazy satyryka artysty. Wszak Bielinski już w tomie pierwszym Martwych dusz dostrzegł niepokojące wyznania w "ustępach lirycznych". Z czasem, prostacki szowinizm wzmagał się coraz bardziej, przybierając cechy mistyczne. "Mówi Pan, że ocalenie Rosji spoczywa w cywilizacji europejskiej - pisał w odpowiedzi Bielinskiemu. - Cóż to jest cywilizacja: tu są i falanstery, i czerwoni, i wszelcy inni. Pustą marą jest ta cywilizacja". I prorokował, że za lat dziesięć Europa przyjedzie do Rosji nie tylko po sadło, lecz i po mądrość, której już nie można kupić na rynkach europejskich".

Kółko dawnych towarzyszy Puszkina powitało "korespondencję z przyjaciółmi" z uznaniem, ale bez zdziwienia. Pletniow i Wiaziemski napisali panegiryki; Żukowski, jako tajny radca i nadworny romantyk, uważał, że ton Gogola za szorstki, lecz z treścią się łączył.

A więc przełom w pojęciach Gogola istniał tylko w oczach tych, którzy nie znali jego życia wewnętrznego, poufnych zwierzeń, prywatnej korespondencji. W duszy Gogola istniała od początku dwoistość wielkiego talentu, który widzi prawdę i maluje prawdę, i małego umysłu, który obraca się w ciasnym kole pojęć i wierzeń. Z czasem to, co w duszy pisarza było małe, brało coraz bardziej górę nad talentem, buntowało się przeciwko geniuszowi, pętało jego lot, przeklinało jego twory. Działanie twórczości Gogola w okresie jej rozkwitu coraz widoczniej przewyższało poziom jego pojmowania; wyparł się utworów swego ducha, żałował, że ich nie spalił, nie zniszczył, a zaczął mistycznie wierzyć w głos swego ograniczonego umysłu i dziwaczne elukubracje ostatniego okresu traktować jak objawienie.

Ewolucja polityczna Gogola nie będzie zupełnie zrozumiała, jeśli nie weźmiemy pod uwagę tych węzłów materialnych, które go łączyły z carem, rodziną carską i III Oddziałem carskiej kancelarii, bodaj jeszcze trwalej niż Puszkina. Jeśli, według własnego jego świadectwa, nie wyjawiał otwarcie swego obywatelskiego credo przez dłuższy czas, gdyż "nie był głupi", to ten sam wzgląd skłaniał go z czasem do coraz wyraźniejszego manifestowania swego patriotyzmu urzędowego.

Już z dziejów młodości Gogola mamy pewne świadectwo, istotnie w znamienny sposób wiążące jego pierwsze kroki z nastrojem ostatniego okresu życia. Bułharyn po śmierci Gogola opowiadał w "Siewiernoj Pczele", że dwudziestoletni Gogol w 1829 roku urzędował w III Oddziale kancelarii carskiej, czyli w tajnej policji ("Siewiernaja Pczeła" 1854, nr 175). Według Bułharyna, młody Gogol, znalazłszy się w stolicy bez środków do życia, zgłosił się do niego z wierszem pochwalnym, przedstawiającym go jako rosyjskiego Walter-Scotta, i prosił o pomoc. Bułharyn udał się do Focka, wówczas pomocnika Benckendorffa i wyjednał dla Gogola miejsce, wcale korzystne.

Z chwilą gdy Gogol zbliżył się do kółka puszkinowskiego, miał ułatwiony dostęp do kasy carskiej i korzystał z niej obficie i nieustannie do końca życia. Orędownikiem jego zwykłym w tych razach był nieoceniony Żukowski, a oprócz niego pani Smirnow, frejlina dworu. Oprócz nich sprawy pieniężne opierały się o Benckendorffa, po jego śmierci o Aleksego Orłowa; bardzo sprytny Gogol używał protekcji i innych potentatów, jak na przykład Uwarowa, Siergieja Straganowa, ks. Dondukowa-Korsakowa. Potrafił zainteresować swym losem nie tylko cara, lecz i carową, następcę tronu, córki carskie. Uciekał się, w celu zwrócenia na siebie uwagi, do oręża swego humoru; raz Mikołaj, przeczytawszy list humorystyczny Gogola do Żukowskiego z prośbą o wyjednanie pożyczki, rozweselony darował Gogolowi 4000 rubli i obiecał jeszcze mu posłać pieniędzy, jeśli równie zabawny list przyśle.

W czerwcu 1836 roku, podczas swej pierwszej podróży zagranicznej, Gogol pisze z Hamburga do Żukowskiego: "Nie wiem, jak mam podziękować Panu za pańskie starania, dzięki którym otrzymałem od cesarzowej na drogę".

W październiku 1837 roku pisze do Żukowskiego z Rzymu: "Otrzymałem zapomogę od naszego wspaniałomyślnego monarchy. Wdzięczność w mym sercu jest mocna".

W kwietniu 1839 roku znów pisze z Rzymu do Żukowskiego: "Myślałem, myślałem i nic lepszego nie wymyśliłem, jak znów prośba do monarchy. Jest on łaskawy; do śmierci pamiętać będę tę uwagę, jaką zwrócił na mego Rewizora. Napisałem list, który załączam".

Dalej daje Żukowskiemu charakterystyczną radę, aby ten dał do przejrzenia carowi te utwory, które mogą o nim dać pojęcie n a l e ż y t e, a mianowicie Staroświeckich ziemian i Tarasa Bulbę, czyli utwory lojalne, nie mające w sobie nic krytycznego, satyrycznego, co mogłoby zrazić cesarza.

W styczniu 1842 roku Gogol znowu puka do cara, za pośrednictwem Siergieja Stroganowa i Benckendorffa - z dobrym skutkiem. W tym samym roku, po wyjściu z druku Martwych dusz, znów oczekuje "łaski". Pisze do Pletniowa: "Mam do Pana prośbę interesowną. Proszę dowiedzieć się, co się dzieje z egzemplarzami Martwych dusz, które przeznaczyłem na doręczenie [carowi]. Dawniej, gdy był w Petersburgu Żukowski, zwykle coś otrzymywałem. Teraz bardzo by mi się to przydało".

W 1845 roku puszczone są w ruch wszelkie sprężyny, aby zapewnić Gogolowi stałą pomoc carską. Żukowski w liście ze stycznia poleca tę sprawę frejlinie Aleksandrze Smirnow. "Pani powinna przemówić za nim do cara i carowej. Pani najlepiej może scharakteryzować Gogola z  n a l e ż y t e j  strony. Sądząc po jego utworach satyrycznych, mogą go mieć za coś innego niż to, czym jest on w istocie". Wstawiały się za Gogolem córki carskie, następca tronu i Uwarow i w marcu otrzymał subsydium na trzy lata po 1000 rubli rocznie od cara i po 1000 franków od następcy tronu.

Gogol doskonale zdawał sobie sprawę z tego, do czego te carskie pieniądze go zobowiązują. Już w 1842 roku pisał do księcia Dondukowa-Korsakowa: "Żadną miarą nie pozwoliłbym sobie napisać coś przeciwnego rządowi, który i tak wyświadczył mi wielkie dobrodziejstwa". W 1845 roku w liście do ministra Uwarowa ubolewa nad tym, że myśli jego niejednokrotnie wyrażone zostały bez należytej dojrzałości, wskutek czego większość, niestety, przypisuje im "sens raczej zły niż dobry". Czuje, że jest ."dłużnikiem niewypłacalnym rządu"; przywiązuje nadzieje do swego przyszłego utworu, którego przedmiot nie będzie daleki od własnych idei Uwarowa. Pociesza się myślą, że gdy praca ukończona zostanie, wówczas rząd powie: "Człowiek ten umie być wdzięcznym i wie, czym ma wyrazić swą wdzięczność". Właśnie wówczas gotował do druku Wybrane fragmenty z korespondencji. Gogol wciąż czuł się dłużnikiem cara i rządu i w roku 1846 w liście do Smirnowowej tłumaczy, dlaczego nie przedstawił się carowi Mikołajowi w Rzymie: "Cesarz powinien zobaczyć mnie wtedy, gdy na swym skromnym polu wykonam dla niego taką służbę, jaką inni spełniają w dziedzinach państwowych".

Było rysem znamiennym Gogola, że uważał, iż na polu pisarskim pełni służbę dla cara jako najwyższego przedstawiciela państwa i najwyższego sędziego w sprawach państwowych. Była to idea Karamzina, hołdowało jej kółko Puszkina, stamtąd przejął ją Gogol. Literatura bynajmniej nie była traktowana jako samoistna siła społeczna. Gogol z całą otwartością traktował siebie, jak to zauważył jeszcze Pypin, jako literackiego czynownika. I jeśli Puszkin, wychowany w tradycjach opozycji przeciwko absolutyzmowi i marzeń o Rosji konstytucyjnej, buntował się chwilami przeciwko swej roli literata carskiego, targał bezsilnie swą obrożę i pogardzał wewnętrznie sam sobą, u Gogola nie widać śladów tej walki; przeciwnie, swą rolę służebną traktuje on z tą frazeologią pokory chrześcijańskiej, poza którą Bielinski wyraźnie widział i pychę, i chytrość, i bizantyjską obłudę. Życie Zachodu, gdzie spędził tyle lat życia, nie pozostawiło żadnego śladu trwalszego na jego umysłowości. I ze spokojem sumienia ten znakomity pisarz, w którym chciano widzieć herolda nowego, krytycznego kierunku, wychowawcę młodej a zwiastuna przyszłej, wolnej Rosji, sławił Mikołaja I jako podobieństwo "Boga, który sypie pełną dłonią dobrodziejstwa, a nie chce słuchać żadnych dziękczynień".

"Z najwyższej woli niebios - zrodzony w więzach służby carskiej - Brutusem byłby w Rzymie, w Atenach Peryklesem. - A tu on oficer huzarski". Te słowa skierował młody Puszkin w 1817 roku do portretu Czaadajewa.

Ciekawa to postać, przypominająca Czackiego z satyry Gribojedowa *[Główny bohater komedii Mądremu biada.]. Encyklopedycznie i istotnie europejsko wykształcony i ogładzony, należący z urodzenia do wyższego towarzystwa, doskonale władający piórem i słowem. Opuściwszy służbę wojskową jeszcze za Aleksandra I, oddał się studiom historycznym i teologicznym, zwiedził Europę, po powrocie osiedlił się w Moskwie i zajął od razu wyjątkowe stanowisko w kołach światowych i literackich. Gdy Rosja pozbawiona była trybuny parlamentarnej, wolnej prasy, zgromadzeń publicznych, stowarzyszeń politycznych, jedynym terenem wymiany myśli dla ludzi oświeconych stawał się salon prywatny. Tu Czaadajew rozwijał dar swej wymowy i poddawał światłej krytyce rany życia społecznego Rosji. Oprócz tego pisał rozprawy, które krążyły w odpisach i czyniły powszechnie znanym nazwisko autora, który podówczas bodaj nic jeszcze nie ogłosił drukiem.

Jedna z rozpraw jego, ogłoszona w 1836 roku w periodycznym wydawnictwie "Tieleskop", osiągnęła niebywały rozgłos. Był to słynny List filozoficzny, którego treść nie obudziła czujności ani redaktora pisma, lojalnego Nadieżdina, ani cenzora, lecz po ogłoszeniu wywołała istny skandal wśród czytelników i władz i ściągnęła na winowajców ostre represje.

"Straszna zawierucha w cenzurze i literaturze" notuje w pamiętniku Nikitienko po wydrukowaniu tego listu. "Odkąd w Rosji zaczęto czytać i pisać, odkąd w niej istnieje pismo i książka, żaden fakt literacki ani naukowy, ani przedtem, ani później, nie wyłączając śmierci Puszkina, nie wywarł tak wielkiego wrażenia i tak rozległego wpływu, żaden nie rozgłosił się tak szybko i tak donośnie" pisał kuzyn i biograf Czaadajewa Żychariow.

"Był to - powiada Hercen - wystrzał, który rozległ się wśród ciemnej nocy; czy coś tonęło i obwieszczało swoją zagładę, czy był to sygnał, wołanie o pomoc, zapowiedź świtu lub tego, że on nie nastanie - mniejsza o to, lecz trzeba się było obudzić.

Jakież, zdawałoby się, mają znaczenie dwa czy trzy arkusze umieszczone w miesięczniku? A tymczasem siła wygłoszonej mowy, potęga słowa wypowiedzianego w kraju milczącym, nie nawykłym do niezależnego mówienia, była tak wielka, że List Czaadajewa wstrząsnął wszystkimi myślącymi ludźmi Rosji. [...] Mówić było niebezpiecznie, ale też nie miano jeszcze nic do powiedzenia; nagle po cichu podniosła się jakaś smutna postać i poprosiła o głos, by spokojnie wypowiedzieć swoje lasciate ogni speranza *["Porzućcie wszelką nadzieję..." - napis nad bramami piekielnymi wedle Dantego (Boska Komedia, Piekło 3, 9).].

Wówczas latem 1836 roku Hercen był na wygnaniu w Wiatce, gdy poczta przyniosła mu zeszyt "Tieleskopu". Zaczął czytać List filozoficzny wydrukowany bezimiennie. "Począwszy od drugiej czy trzeciej stronicy zaczął mnie zastanawiać jego ton pełen powagi i smutku; każde słowo tchnęło długim cierpieniem, już ostygłym, lecz jeszcze gniewnym. W ten sposób piszą jedynie ludzie długo myślący, wiele myślący, którzy wiele doświadczyli w życiu, a nie w teorii... Czytam dalej - List rozrasta się, staje się posępnym aktem oskarżenia przeciwko Rosji [...] I to wydrukował po rosyjsku nieznany autor... obawiałem się, czy czasem nie zwariował".

Streśćmy List filozoficzny słowami tekstu. "Myśmy nigdy nie szli ramię przy ramieniu z innymi narodami - mówi autor o Rosji. - Nie należymy do żadnej z wielkich wspólnot rodu ludzkiego; nie należymy ani do Zachodu, ani do Wschodu i nie posiadamy tradycji ani jednego, ani drugiego. Umieszczonych jak gdyby poza czasem, nie objęła nas powszechna edukacja ludzkości. [...]

Każdy naród przeżywa okres burzliwych porywów, namiętnego niepokoju, działalności nieprzemyślanej, nieumotywowanej. [...] Wszystkie społeczeństwa przeszły przez taką epokę. Jej zawdzięczają najżywsze swoje wspomnienia, cudowność swojej przeszłości, swoją poezję, wszystkie swoje najsilniejsze i najpłodniejsze idee. [...] Ta porywająca faza w historii narodów jest w ich młodością. [...]

My nic takiego nie mamy. Najpierw brutalne barbarzyństwo, potem ordynarna ciemnota, następnie obce panowanie, okrutne i poniżające, którego ducha odziedziczyła późniejsza nasza władza narodowa [...] Epokę naszego życia społecznego, odpowiadającą tej fazie, wypełniała ponura i mdła egzystencja, pozbawiona tężyzny i energii, egzystencja. [...] Żadnych pięknych wspomnień, żadnych wdzięcznych wyobrażeń w pamięci narodu, żadnych wielkich pouczeń w jego legendach. [...] Żyjemy wyłącznie teraźniejszością w jej najwęższym zasięgu, bez przeszłości i przyszłości, wśród martwego zastoju. A jeśli burzymy się czasem, to bynajmniej nie w nadziei lub z rachubą na jakieś dobro ogólne, lecz przez płochość dziecka usiłującego wstać i wyciągającego ręce ku grzechotce, którą pokazuje mu niania. [...]

Lata wczesnej młodości spędzone w tępym bezruchu nie pozostawiły żadnego śladu w naszej duszy. [...] Oddzieleni dziwnym zrządzeniem losu od powszechnego rozwoju, nie przyswoiliśmy sobie również nic z idei przekazywanych z pokolenia w pokolenie przez całą ludzkość. [...] Jeśli chcemy zająć pozycję analogiczną do pozycji innych cywilizowanych narodów, musimy niejako powtórzyć u siebie całą edukację ludzkości. [...] Przyszedłszy na świat niczym nieślubne dzieci, bez dziedzictwa, bez związku z ludźmi, którzy żyli przed nami. [...] Tak dziwnie poruszamy się w czasie, że z każdym krokiem naprzód chwila miniona znika dla nas bezpowrotnie. Jest to naturalny rezultat kultury opartej całkowicie na zapożyczeniach i naśladownictwie. Nie ma u nas zupełnie wewnętrznego rozwoju, naturalnego postępu; każda nowa idea wypiera bez śladu dawne, gdyż nie wyrasta z nich, lecz zjawia się Bóg wie skąd. [...] Rośniemy, ale nie dojrzewamy. [...] Narody są istotami moralnymi w takiej samej mierze co poszczególne jednostki. Wychowują je stulecia, podobnie jak poszczególnych ludzi wychowują lata. My jednak jesteśmy, można powiedzieć, pewnego rodzaju narodem wyjątkowym. Należymy do tych nacji, które nie stanowią jak gdyby integralnej części ludzkość, lecz istnieją tylko po to, aby dać światu jakąś ważną lekcję. Pouczenie, które sądzone nam jest dać, nie pójdzie oczywiście na marne; ale kto wie, kiedy odnajdziemy swe miejsce w ludzkości i ilu nieszczęść będziemy jeszcze musieli doświadczyć, zanim się spełni nasze przeznaczenie?

Wszystkie narody Europy mają wspólne oblicze, pewne podobieństwo rodzinne. Mimo ogólnego podziału na gałęzie: łacińską i teutońską, na ludy południowe i północne - istnieje jednak wspólna więź. [...] Oprócz charakteru ogólnego każdy z tych narodów ma swój indywidualny charakter, ale wszystko to zawiera się całkowicie w historii i tradycji. [...] Idee obowiązku, sprawiedliwości, prawa, porządku. Zrodziły się [...] z samych wydarzeń, które formowały tam społeczeństwo, i stanowią nieodzowny element układu socjalnego tych krajów.

To właśnie stwarza atmosferę Zachodu; to coś więcej niż historia, więcej niż psychologia: to fizjologia Europejczyka. Czym Pani zastąpi to u nas? [...] Nawet w naszym wzroku, wydaje mi się, jest jakaś szczególna mglistość, coś zimnego i niepewnego, co przypomina w pewnej mierze fizjonomię ludów znajdujących się na najniższych szczeblach rozwoju społecznego. Nieraz zdumiewała mnie ta niemota twarzy naszych rodaków, gdy porównywałem je z twarzami ludzi w obcych krajach, szczególnie na południu, gdzie fizjonomie są tak wyraziste i tak ożywione. [...] A przecież rozciągnięci między dwiema głównymi częściami świata, Wschodem i Zachodem, jednym łokciem wpierając się w Chiny, drugim w Niemcy, powinniśmy łączyć w sobie oba wielkie pierwiastki natury duchowej: wyobraźnię i rozsądek, i obejmować w swej cywilizacji historię całej kuli ziemskiej. Tej roli jednak nie wyznaczyła nam Opatrzność. [...] Doświadczenie historyczne nie istnieje dla nas; [...] Samotni w świecie, nic nie daliśmy światu, niczego nie nauczyliśmy go; nie wnieśliśmy żadnej idei do masy idei ludzkich, niczym nie przyczyniliśmy się do postępu ludzkiego rozumu, a to, co dał nam ten postęp, wypaczyliśmy. [...] Nie zadaliśmy sobie trudu, aby cokolwiek wymyślić samym, z tego zaś, co wymyślili inni, zawsze przyswajaliśmy sobie tyko złudną stronę zewnętrzną i niepotrzebny luksus. [...] Gdybyśmy się nie rozpostarli od cieśniny Beringa do Odry, nie zauważono by nas nawet. [...] Posłuszni swemu fatalnemu losowi, zwróciliśmy się ku nędznemu, głęboko pogardzanemu przez tamte narody Bizancjum w poszukiwaniu kodeksu moralnego, który miał się stać podstawą naszej edukacji. Z woli jednego, zżeranego ambicją człowieka *[Aluzja do inicjatora tzw. schizmy wschodniej patriarchy bizantyjskiego Focjusza.] bizantyjska wspólnota narodów została właśnie oderwana od powszechnego braterstwa, a my przyjęliśmy ideę wypaczoną przez ludzką namiętność. W Europie w tym czasie wszystkiemu służyła natchnieniem ożywcza zasada jedności *[Owo powszechne braterstwo i zasada jedności oznaczają po prostu katolicyzm, którego nazwy Czaadajew wolał unikać z uwagi na cenzurę rządu i społeczeństwa.]. [...] Podczas gdy świat chrześcijański, pokolenie za pokoleniem, majestatycznie kroczył po drodze, jaką wytyczył mu jego Boski Założyciel - my, choć i chrześcijanie z imienia, nie ruszaliśmy się z miejsca. [...] Jednym słowem, nowe losy ludzkości wykuwały się bez nas. Choć nazywaliśmy się chrześcijanami, owoc chrześcijaństwa nie dojrzewał dla nas. [...] Niezaprzeczalnie, jesteśmy chrześcijanami: lecz czyż Abisyńczycy również nie są chrześcijanami? [...] Czy sądzi Pani, że te niedorzeczne odchylenia od prawd boskich i ludzkich sprowadzą niebo na ziemię?"

Autor kończył wyrazem religijnej wiary w przyszłość ludzkości: "Słodka wiara w przyszłe szczęście ludzkości jest jedyną moją ucieczką, gdy udręczony przez nieznośną rzeczywistość, która mnie otacza, odczuwam potrzebę pooddychania świeższym powietrzem, popatrzenia na jaśniejsze niebo. [...] To, co mówiłem o naszej ojczyźnie, musiało wydać się Pani przepełnione goryczą; a przecież wypowiedziałem samą prawdę, i to nawet nie całą. Ponadto świadomość chrześcijańska nie znosi jakiegokolwiek zaślepienia, a przesąd narodowy jest najgorszą jego postacią, ponieważ najbardziej dzieli ludzi".

Pod listem podpisane było: Necropolis *[Dosłownie miasto umarłych (aluzja do mikołajowskiej Rosji).], 1 grudnia 1829.

Jakiż był skutek tej znamiennej publikacji? Zakotłowało się w świecie urzędowym. Liberalny kurator moskiewski hr. Stroganow, metropolita petersburski Serafim, minister Uwarow, nie licząc drobniejszych figur, jak Wiegel, kołatali, gdzie kto mógł, do cara i Benckendorffa, żądając kary na winnych takiego skandalu. Mikołaj zadekretował na wniosku ministra oświaty: "Przeczytawszy artykuł, znajduję, iż treść jego stanowi mieszaninę zuchwałych niedorzeczności, godnych wariata [...] Nie można usprawiedliwić ani redaktora, ani cenzora. Każ Pan wydawnictwo natychmiast zamknąć, obydwom winowajcom dać dymisję i tu wezwać do zbadania"'.

Tymczasem już stało się władzom wiadome, że autorem listu był Czaadajew. Benckendorff, po konferencji z carem, wygotował do generał-gubernatora moskiewskiego ks. Golicyna, następującą odezwę, której tekst w aktach opatrzony jest własnoręczną carską dekretacją "bardzo dobrze":

"W ostatnim 15 numerze wydawnictwa <> umieszczony został artykuł pod nazwą Listy filozoficzne, którego autorem jest zamieszkujący Moskwę pan Czaadajew. Artykuł ten, naturalnie już znany Księciu, wzbudził w mieszkańcach Moskwy powszechne zdumienie. Mowa tu jest o Rosji, o narodzie rosyjskim, jego pojęciach, wierze, historii z taką pogardą, iż niepojęte jest, jak mógł Rosjanin poniżyć się do tego stopnia, aby coś podobnego napisać. Lecz mieszkańcy naszej starożytnej stolicy, zawsze odznaczający się czystym, zdrowym sensem, a przepełnieni uczuciem godności narodu rosyjskiego, od razu pojęli, że podobny artykuł nie mógł być pisany przez ich rodaka, który zachował w pełni zdrowe zmysły, i dlatego - jak doszły do nas wieści - nie tylko nie skierowali swego oburzenia przeciwko panu Czaadajewowi, lecz przeciwnie, wyrażają swe szczere ubolewanie z powodu rozstroju umysłowego, jaki go dotknął, a który jedynie mógł być przyczyną napisania podobnych niedorzeczności. Otrzymano tu wiadomości, iż współczucie z powodu nieszczęśliwego stanu pana Czaadajewa jednomyślnie podzielane jest przez ogół moskiewski. Wskutek tego, Jego Cesarskiej Mości podobałoby się, aby Książę przedsięwziął należyte środki ku dostarczeniu panu Czaadajewowi wszelkiej opieki i pomocy lekarskiej. J. C. Mość rozkazuje, aby Książę polecił jego leczenie umiejętnemu medykowi, zobowiązując tego ostatniego do odwiedzania pana Czaadajewa koniecznie co rano, i aby wydane zostało rozporządzenie, iżby pan Czaadajew nie narażał się na szkodliwy wpływ obecnego wilgotnego i chłodnego powietrza; jednym słowem, aby były zastosowane wszystkie środki ku poprawie jego zdrowia. J. C. Mość życzy sobie, aby Książę co miesiąc donosił Mu o stanie Czaadajewa".

Ten pamiętny dokument urzędowego humoru zbliża epokę Mikołaja do epoki Iwana Groźnego, którego zwyczajem było publiczne natrząsanie się z ofiar. Czaadajew został urzędowo uznany za wariata i internowany w domu jako w celi obłąkanego. "Nie daj mi Boże rozumu postradać" (Nie daj mnie Bog sojti z uma), zaśpiewał wystraszony po kaźni dekabrystów Puszkin. Na przykładzie Czaadajewa zobaczył jeszcze żyjący wówczas Puszkin, jak to, przez niewyczerpaną łaskę carską, człowiek, który miał szaleństwo napisać prawdę, zamiast kaźni i zesłania zostaje urzędowo wariatem, i utwierdził się w swej trzeźwości umysłowej.

Gdy tak rząd przyjął występ Czaadajewa, jakże zachował się oświecony ogół Rosji? Pod tym względem świadectwa są zgodne: filipika Czaadajewa przeciwko carskiej Rosji przyjęta została z niebywałym oburzeniem. "Nie było w całej Wszechrosji dość Syberii, kopalń, knuta, aby ukarać człowieka, który zdradził swego Boga i swój kraj. Petersburg i święta Moskwa zapłonęły ogniem". Tak opisuje, według świeżych wspomnień, wrażenie listu Czaadajewa Custine, który w roku 1839 zwiedzał Rosję. "Tu taki hałas w salonach, aż strach", pisał po wydrukowaniu listu Czaadajewa ks. Odojewski do Szewyriowa z Petersburga. "Tu rozwścieczenie (ostierwienienije) trwa", pisze Aleksandr Turgieniew do ks. Wiaziemskiego z Moskwy.

Biograf Czaadajewa Żychariew szczegółowo opisuje to oburzenie ogółu. Większość wprost uznała artykuł za przeciwnarodowy i niedorzeczny, starając się okazać na próżno zupełne lekceważenie, nie mogła wstrzymać się od wściekłych, nienawistnych ataków na autora; światła mniejszość znajdowała, że artykuł zasługuje na uwagę, lecz uważała jego tezy za zupełnie opaczne, mylne. Ludzi zupełnie zgodnych z autorem wcale nie było. "Około miesiąca - pisze - w całej Moskwie nie było prawie domu, w którym by nie mówiono o artykule Czaadajewa; nawet ludzie, którzy nigdy nie interesowali się żadną pracą literacką, zupełne nieuki, panie, mało umysłem różniące się od swych kucharek, kanceliści i czynownicy, zagrzęźli w nadużyciach i łapówkach, tępi, ciemni, na wpół przytomni świętoszkowie, fanatycy i obłudnicy, posiwiali i zdziczali w pijaństwie, rozpuście i zabobonach; młodzi i starzy patrioci - wszystko złączyło się w jednym krzyku przekleństwa i pogardy dla człowieka, który śmiał znieważyć Rosję".

Rzecz osobliwa. Obywatel Rosji, deptany na każdym kroku przez carat, znosił i czytał bez szemrania najohydniejsze kłamstwa i panegiryki na cześć despotyzmu, jakimi rozbrzmiewała prasa i literatura, a nie mógł znieść głosu prawdy, który odważnie wskazał na rany narodu. Potępienie ogółu dla Czaadajewa było głośniejsze, bardziej zgiełkliwe, namiętniejsze niż postawa rządu. Objawiło się ono żywiołowo, samorzutnie i wyprzedziło akcję państwa. "Artykuł Czaadajewa - pisze Swierbiejew, autor wspomnień o nim - wywołał straszne oburzenie ogółu i wskutek tego nie mógł nie ściągnąć nań prześladowania rządu". Dowódca żandarmerii okręgu moskiewskiego, generał Pierfiliew, zdając raport Benckendorffowi w sprawie Czaadajewa, donosił, że publiczność, oburzona artykułem, wciąż głośno pyta: jakże to pozwolono go wydrukować!

Żychariow opowiada, że studenci Uniwersytetu Moskiewskiego mieli zwrócić się do zwierzchności z wyrażeniem gotowości wystąpienia czynnie, z orężem, przeciwko potwarcy Rosji, kurator hrabia Stroganow uspokajał ich. Byli ludzie, którzy domagali się od rządu daleko surowszej kary dla Czaadajewa. Tatiszczew pisał do Uwarowa, że człowiek, który ośmielił się tak pisać o prawosławiu, powinien być "wydany Cerkwi". "Osamotnienie, post, modlitwa wraz z napomnieniami pasterskimi złożyłyby się na to, by zbłąkana owca powróciła do domu". Uwarow solidaryzował się z tą opinią. "Posyłam JWPanu list p. Tatiszczewa - pisał do Benckendorffa - który jest dowodem, iż wszyscy monarchiści całkowicie podzielają przekonania cesarza. Sądzę, że list ten może podobać się Jego Cesarskiej Mości jako szczery wyraz opinii człowieka, oddanego, jak i my, zasadzie zachowawczej".

Czaadajew był osamotniony. Według dekretu carskiego został wariatem, według dekretu opinii publicznej - zbrodniarzem, winnym bluźnierstwa i zniewagi wobec narodu i Cerkwi, według opinii garstki pobłażliwych sędziów - człowiekiem, który zbłądził w dobrej wierze.

To poczucie osamotnienia w pewnym stopniu tłumaczy ten upadek ducha, w jakim pogrążył się Czaadajew po swym wystąpieniu. Świadczą o tym jego stanie zgodnie wszystkie świadectwa prywatne i urzędowe. Generał żandarmerii Pierfiliew tak opisywał zachowanie Czaadajewa po ogłoszeniu mu rozporządzenia carskiego. Czaadajew zbladł, łzy trysnęły z jego oczu i nie mógł wymówić ani słowa. Przyszedłszy do siebie, drżącym głosem powtarzał: "Słusznie, zupełnie słusznie". Po czym zaczął mówić, że w chwili, gdy układał ten list (tj. w 1828 roku) był chory, a teraz zgodził się opublikować ten "wariacki, obrzydliwy" list (własne określenie Czaadajewa - dodaje raport) jedynie wskutek nalegań wydawcy "Tieleskopu" Nadieżdina, będąc przekonany, iż cenzura go nie przepuści. Był niezmiernie zdziwiony, gdy Nadieżdin mu oznajmił, że cenzura puściła list, i dowiedziawszy się o tym, zaraz chciał pisać replikę na swój własny utwór. Parokrotnie Czaadajew wyrażał zdumienie, jak mogła cenzura przepuścić podobną publikację. "Z zeznań Nadieżdina i Czaadajewa widać, iż obydwaj oskarżają się nawzajem", opiewa raport żandarma.

To świadectwo małoduszności Czaadajewa zasługuje na zupełną wiarę właśnie dlatego, że figuruje w protokole żandarma. Leżało w tradycji i w interesach żandarmerii rozdmuchiwanie przestępstw i winy oskarżonych w sprawach politycznych. W całym przebiegu sprawy nie widać ani śladu przychylności Pierfiliewa dla Czaadajewa. Tymczasem, komunikując o objawach skruchy Czaadajewa, przytaczał okoliczność, łagodzącą w oczach rządu jego winę, i z pewnością nie przesadzał co do stanu jego depresji. Zresztą wszystkie świadectwa współczesnych są w tym punkcie zgodne. Aleksandr Turgieniew stwierdza, że Czaadajew istotnie pisał replikę na swą własną rozprawę. Czaadajew sam w liście do Żukowskiego nazywa swój artykuł głupim.

W przyszłości Czaadajew, rozważając ten ciężki okres swego życia, z daleko większą goryczą mówił o zachowaniu się społeczeństwa niż o zachowaniu się rządu. "Rząd - pisał w swej Apologii obłąkanego, która dopiero po jego śmierci wyszła po francusku za granicą - właściwie tylko spełnił swój obowiązek; można nawet rzec, iż surowość zastosowana wówczas względem mnie nie miała w sobie nic nadzwyczajnego, gdyż stanowczo, bynajmniej nie przekroczyła oczekiwania licznego ogółu. Cóż istotnie miał uczynić rząd, nawet ożywiony dobrymi intencjami, jak nie zastosować się do tego, co szczerze uważał za poważne życzenie kraju? Co zaś dotyczy krzyku publiczności, to jest inna sprawa". Tu dalej ostro wyraża się o tępym szowinizmie swych rodaków.

Tytuł pamiętnego artykułu Czaadajewa brzmiał tak: Listy filozoficzne do pani***. List pierwszy. Ową panią, do której Czaadajew adresował swe listy, była pani Panow *[Panowa była, zgodnie z modnym literackim chwytem romantycznym, jedynie okazjonalną adresatką. Żaden z listów Czaadajewa nie trafił do jej rąk.], entuzjastka tych zasad, które w Rosji Mikołaja nazywano rewolucją, dawna i bliska znajoma Czaadajewa. W miesiąc z górą po uznaniu Czaadajewa za obłąkanego, w urzędzie gubernialnym moskiewskim poddano ekspertyzie stan umysłowy pani Panow na życzenie jej męża. Przy badaniu pani Panow dawała odpowiedzi świadczące o jej wielkiej odwadze. Na pytanie, czy szanuje i spełnia ustawy duchowne i cywilne, odpowiedziała: "Co do ustaw obywatelskich (grażdanskich) jestem republikanką, co do religii, to wyznaję te same ustawy duchowne co i wy, panowie, a gdy była wojna polska, to modliłam się do Boga za Polaków dlatego, że walczyli o wolność". Co do stanu swych nerwów zeznała, iż są w stanie wielkiego rozdrażnienia, zwłaszcza wówczas, gdy ją zaczynają bić i wiązać. Wszystko to, a zwłaszcza modlitwa za Polaków, przekonało ekspertów rządowych, że pani Panow cierpi na pomieszanie zmysłów, i umieszczono ją w szpitalu dla obłąkanych.

Tymczasem Czaadajew, dowiedziawszy się o zeznaniach pani Panow, zląkł się, aby nie pogorszyły one jego losu, poprosił o pozwolenie udania się do oberpolicmajstra Moskwy Cynskiego i złożył przez nikogo nie pytany, z własnej inicjatywy, następujące oświadczenie: "Żona sekretarza kolegialnego pani Panow w czasie badania jej stanu umysłowego przez rząd gubernialny, opowiadała, że jest republikanką, że w czasie wojny 1831 roku modliła się za Polaków i mówiła temu podobne brednie (wzdory)". Wobec tego Czaadajew wyraził obawę, aby wskutek jego dawnych z panią Panow stosunków rząd nie wywnioskował, iż on jest powodem wszczepienia w nią podobnych myśli, gdyż Listy filozoficzne, drukowane w "Tieleskopie", były do niej adresowane.

Na drugi dzień, 7 [19] stycznia, Czaadajew wystosował do oberpolicmajstra Cynskiego list w tej samej sprawie, przykry i niegodny i co do tonu, i co do treści. Opowiadał tu o dawnej swej z panią Panow zażyłości i o późniejszych zatargach materialnych w sposób rzucający cień na dobrą sławę jej i jej męża, wplótł w opowiadanie najzbyteczniej szczegóły prywatnej natury. "A co dotyczy tego, co ta nieszczęsna kobieta teraz, w obłąkaniu, mówi, na przykład, że jest republikanką, że modliła się za Polaków, i inne brednie, to jestem pewny, iż gdyby ją zapytano, czy mówiłem z nią kiedy o czymś podobnym, to pomimo swego obłąkanego stanu z pewnością odpowie, że nie". Widocznie jednak, niezbyt pewny tego, co powie prawdomówna "obłąkana" przyjaciółka, kończył swój list taką sentencją: "Zresztą jestem przekonany, że mądry rząd nie zwróci żadnej uwagi na słowa obłąkanej kobiety, tym bardziej że ma w ręku moje papiery, z których widać jasno, jak mało podzielam opinie bredzących mędrków (briedstwujuszczych umstwowatielej)".

Nieszczęsna pani Panow była znacznie bliższa Brutusa niż Czaadajew i znacznie bliższa naszych "przyjaciół Moskali" niż ci, którym to miano nadawał źle na wychodźstwie o nastroju ogółu rosyjskiego poinformowany Mickiewicz.

Czaadajew zobowiązał się pisemnie, że nigdy już w życiu nic nie będzie drukował. Jego legalna pisarska działalność w Rosji była skończona. Lecz jeśli po uciążliwym i upokarzającym okresie obserwacji lekarskiej Czaadajew stopniowo przywrócony został do praw człowieka umysłowo normalnego, to tłumaczyć to należy nie tylko jego skruchą i objawami lojalności, lecz także i tym, że sławny jego list bynajmniej nie podawał w wątpliwość zasady samowładztwa. Z trzech podstaw caratu Czaadajew zaczepił dwie: prawosławie i patriotyzm urzędowy, pozostawiając nietykalną trzecią - samowładztwo. Przeciwnie, w liście wyrażone zostało wyraźne potępienie dla zamachu dekabrystów. Należy położyć nacisk na tę stronę programu Czaadajewa; zmniejsza ona znacznie jego rolę jako teoretyka opozycji przeciwko Rosji urzędowej, lecz jednocześnie nadaje w pewnym stopniu cechę szczerości jego wiernopoddańczym deklaracjom po katastrofie z "Tieleskopem", oczyszcza go w znacznym stopniu z zarzutu zaprzaństwa w tym okresie. Nadaje zarazem iście rosyjski charakter tej osobliwej postaci, łączącej w sobie pogląd zachodnioeuropejski na potworne braki życia rosyjskiego z uznaniem dla samowładztwa. W dojrzałych latach w Apologii obłąkanego przyznaje, że zawsze wyznawał zasadę, iż ród ludzki powinien mieć na swym czele "swych przyrodzonych naczelników pomazańców bożych". Pewne wytłumaczenie tego daje przejęcie się Czaadajewa pisarzami reakcji katolickiej, zwłaszcza Josephem de Maistre'm, resztę tłumaczy okoliczność, że Czaadajew był nieodrodnym synem carskiej Rosji, z wychowania, uczuć i nałogów.

Po powrocie do Rosji z podróży zagranicznej w 1826 roku Czaadajew, którego łączyły dawniej ścisłe stosunki z dekabrystami, poddany był badaniu i wyraził się o ich zamachu bardzo kategorycznie: "Jakkolwiek, wskutek znajomości mej z tymi ludźmi, znałem ich sposób myślenia, to nie miałem żadnej podstawy do przewidywania ich tajnych planów, występnych i szalonych". W czasie i po rewolucji listopadowej Czaadajew stał zupełnie po stronie rządu i jego względem Polski stanowiska. W 1833 roku Czaadajew, który stracił około tego czasu prawie całą swą fortunę osobistą, usiłował dostać się na służbę państwową. Prosił o protekcję Wasilczikowa i nic przezeń nie wskórawszy, oddał się pod skrzydła Benckendorffa. Prośba listowna Czaadajewa do szefa żandarmów (z 1 [13] czerwca 1833 roku) była jak najbardziej korna: "Śmiem żywić nadzieję, iż gdyby Jego Cesarska Mość raczył wspomnieć o mnie, to może wspomniałby również, iż nie jestem zupełnie niegodzien jego pobłażliwości, miałbym możność okazać me oddanie i użyć mych zdolności na służbę Jego Cesarskiej Mości". Czaadajew sądzi, iż mógłby być użyty do służby zagranicznej, na przykład do obserwowania ruchu umysłów w Niemczech. Wątpi jednak, czy rząd powierzyłby mu tak poufne obowiązki polityczne. "Teraz marzę tylko o tym, aby Jego Cesarska Mość mnie poznał". Dalej ciągnie rzecz w tonie dla cara pochlebczym i posuwa się do wysławiania najsłabszej strony Mikołaja - doboru ludzi: "Do liczby podziwu godnych rzeczy obecnego sławnego panowania, w ciągu którego ziściło się tyle naszych nadziei i spełnione zostało tyle naszych pragnień, należy dobór ludzi powoływanych do rządów". Dąży do tego, aby "mieć honor być dostrzeżonym" przez monarchę, który jest "najwyższym sędzią wszystkich naszych zdolności". Wspomina o porzuceniu przez siebie służby wojskowej, nazywa ten swój krok "niedorzecznym" i znowu w uniżonych ukłonach poleca się łaskawym względom.

Czaadajew chyba rozumiał, że ofiarowując swe usługi do takich funkcji, jak obserwacja ruchu umysłów, i używając wysokiej opieki szefa żandarmów, zgłasza się z gotowością współpracy policyjno-politycznej. Lecz ani cesarz, ani szef żandarmów nie mieli chęci korzystania z oferty Czaadajewa; zgodzono się na jego wejście do urzędowania, lecz w Ministerstwie Skarbu. Wówczas Czaadajew przesłał na ręce Benckendorffa list do samego cesarza. Benckendorff miał wątpliwość, czy list, który był zapieczętowany, nie zawiera czegoś zbyt wolnomyślnego. Czaadajew pospiesza zapewnić, iż nie był na tyle "szalony", aby w liście poruszać "rzeczy podobne do zbrodniczych czynów Francuzów, którymi brzydzi się bardziej niż ktokolwiek" i oświadcza szefowi żandarmów, że będzie "kornie posłuszny" każdemu jego rozkazowi, gdyż jest on mężem zaufania monarchy.

Istotnie, Benckendorff niesłusznie lękał się o treść listu Czaadajewa do cesarza. W liście tym (z 15 [27] lipca 1833) po długiej, kwiecistej wiązance orientalnych komplementów, Czaadajew składa cesarzowi ofertę w dziedzinie oświaty narodowej i czyni to w słowach mogących rywalizować z duchem Uwarowa, który właśnie wówczas powołany został do steru. "Wiele rozmyślając o stanie oświaty w Rosji, przyszedłem do przekonania, że mógłbym właśnie w tej dziedzinie być użytecznym, spełniając obowiązki odpowiadające wymaganiom rządu. Wydaje mi się, że w tej dziedzinie można zdziałać wiele, właśnie w duchu tej idei, która, jak sądzę, jest ideą W. C. Mości. Sądzę, że oświata w Rosji powinna mieć cechę odrębną i że można ją utrwalić na podstawie narodowej, zupełnie innej niż ta, na której spoczywa ona w całej reszcie Europy, gdyż Rosja rozwijała się zupełnie inaczej i ma specjalną misję do spełnienia w świecie. Znajduję, że powinniśmy być izolowani zarówno co do naukowych, jak i co do politycznych poglądów i naród rosyjski, wielki i silny, nie powinien, jak mi się zdaje, naśladować działalności innych narodów, lecz zmusić je (zastawił' ich) do przyjęcia swojej. Gdyby te poglądy odpowiadały poglądom Waszej Ces. Mości, byłoby to dla mnie niewypowiedziane szczęście, jeślibym mógł przyczynić się do ich realizacji w naszej ojczyźnie. Lecz przede wszystkim jestem głęboko przekonany, że dla nas jakikolwiek postęp jest możliwy tylko pod warunkiem zupełnego podporządkowania uczuć wszystkich wiernych poddanych uczuciom monarchy".

Taką ofertę złożył Czaadajew. Liczył z pewnością na wysoki posterunek w wydziale oświaty, może na stanowisko ministra. Ani słówkiem nie wspomniał o ciemnocie Rosji i o potrzebie szerzenia oświaty, całą wagę przywiązał do izolowania Rosji od systemu europejskiego i do wytworzenia systemu rodzimego, opartego na zasadach carosławia. Ofertę tę złożył w parę lat po napisaniu swego Listu filozoficznego, wydrukowanego dopiero w 1835 roku, w którym tak tragicznie zobrazował izolację duchową Rosji wśród ludzkości. Jak pogodzić te dwa dokumenty? Myśl zachodnioeuropejska staje bezradna wobec tych przeciwieństw; jedyna odpowiedź: działo się to w Rosji carskiej pod Mikołajem I.

Na tę ofertę Czaadajew nie otrzymał odpowiedzi. Benckendorff nie miał zaufania do rezonera szermującego orężem dialektyki po salonach, wprowadzającego ferment i niepokój umysłowy do środowisk towarzyskich, gdzie raczej panować by powinny niepodzielnie karty, plotki światowe i wino. Takiemu mędrkowi łatwo przychodziło wystylizować całą serię listów wiernopoddańczych, lecz to nie wystarczało, aby mu miano powierzać posterunek państwowy. Czaadajew jeszcze kołatał do Benckendorffa, upokarzał się zupełnie zbytecznie, przypisywał swe niepowodzenie własnej opłakanej "niedorzeczności", tj. dymisji, którą sam przed laty wziął był z wojska, biadał nad swą winą, oświadczał, że jego "boleść z powodu pozbawienia szczęścia służenia carowi jest nieopisana", wszystko na próżno. Na szczęście dla Czaadajewa rząd odrzucił jego ofertę. Wiadomo było z góry, w jakim kierunku musiałaby pójść jego działalność, gdyby mu powierzono, w całości czy w części, ster oświaty; z góry zresztą sam ten kierunek nakreślił. Wielka ambicja zaprowadzić by go musiała daleko na raz obranej drodze i pytanie, czy nie zaćmiłby laurów Uwarowa, który w młodości był liberałem.

Brutus-Perykles dopraszał się sam o więzy służby carskiej. Carat ocalił go swą błogosławioną niełaską.

Żył w Moskwie do 1856 roku, w ciągłym żywym zetknięciu z ruchem umysłowym, raczej jednak jako rezoner salonowy, sceptyk z domieszką snobizmu, niż jako pracownik. Ekspertyza psychiatryczna, w 1836 roku z najwyższej woli zaaplikowana, uczyniła go ostrożnym do końca życia. Od czasu do czasu składał świadectwo swej nieposzlakowanej trzeźwości i zdrowych zmysłów. Po wypadkach europejskich 1848 i 1849 roku wciąż głosił potrzebę zainteresowania się Europą Zachodnią, lecz to zajmowanie się Zachodem pojmował w znaczeniu bardzo zbliżonym do stanowiska carskiego. "Troska nasza o Europę jest właśnie teraz konieczna, powinniśmy się nią bardzo zająć - pisze do Chomiakowa. - Tak z pewnością myślał i ten, który nas wsławi znowu znakomitym zwycięstwem. Gdybyśmy nie zajmowali się Europą, to nie byłoby nas na Węgrzech, to bunt nie byłby zdławiony, to Węgry nie znajdowałyby się u nóg cara rosyjskiego [...] Europa nam zazdrości, a jestem pewien, że gdyby nas znała lepiej, gdyby wiedziała, jak szczęśliwi jesteśmy u siebie, jeszcze bardziej by nam zazdrościła. Niechęć Europy do nas nie powinna nas odstręczać od naszej wzniosłej misji zaprowadzenia porządku, przywrócenia narodom pokoju, nauczania ich takiego posłuszeństwa władzom, jakiego my sami przestrzegamy, jednym słowem - wprowadzenia do świata, oddanego anarchii, naszej zbawczej zasady".

W 1853 roku Hercen wypuścił w świat drugie wydanie swej pracy Du developpement des idees revolutionnaires en Russie. Poświęcił tu parę pięknych, wymownych stron Listowi filozoficznemu, bynajmniej zresztą politycznie nie kompromitując autora. Czaadajew dowiedział się o tym od samego szefa żandarmów Aleksieja Orłowa, z którym był w stosunkach dawnej znajomości. Orłow nie wyciągał żadnych konsekwencji praktycznych z tej pochwały Hercena dla utworu Czaadajewa; miłość własna Czaadajewa była mile pochlebiona tą zagraniczną pochwałą, a jednak uznał on za właściwe napisać na drugi dzień list do Orłowa o takim brzmieniu: "Słyszę, iż w książce Hercena przypisywane mi są opinie, które nigdy nie były i nigdy nie będą moimi. Chociaż ze słów Pana Hrabiego sądzę, że nie życia ani później nie miał całkowitego wyobrażenia, z wyjątkiem poniekąd jednego, bliskiego mu człowieka, do dziś żyjącego Sażyna (Rossa), przed którym stary Bakunin zwierzył się z istotnej treści swej "spowiedzi" więziennej, obliczonej na ubłaganie Mikołaja I.

Wobec tych odkryć, dotyczących koryfeusza międzynarodowego ruchu rewolucyjnego, zaledwie warto wspomnieć o dokumentach serwilizmu, jakie wychodziły spod piór innych mniejszego kalibru ludzi, którzy przeszli do historii z chwalebnym znamieniem przeciwników despotyzmu rosyjskiego. Już nie bardzo dziwimy się, gdy w pracach osnutych na tajnych materiałach III Oddziału dawnej kancelarii carskiej, spotkamy listy znanego ongi na emigracji autora prac wymierzonych przeciwko despotyzmowi rosyjskiemu i samej dynastii Romanowów, księcia Piotra Dołgorukowa, który w listach do żandarma Dubbelta traktuje go jak "ojca rodzonego", upewnia go o swym kornym oddaniu, błaga go o różne łaski i sławi jego dobrodziejstwa.