Polityka - 2009-11-21

 

Cezary Łazarewicz

Nie zgubiłem się w tralala

 

John Porter próbował sprawdzić na własnej skórze, czym jest równość, o której nasłuchał się od brytyjskich lewaków. Ten eksperyment trwa w Polsce już 34 lata.

 

Wieść o tym, że w mieście jest Anglik, rozeszła się błyskawicznie po Warszawie. Ponoć przyjechał tu dobrowolnie, chce zostać i ogólnie to mu się bardzo ten PRL podoba. Tego dziwoląga można było obejrzeć w którymś z warszawskich salonów artystycznych, gdzie w drugiej połowie lat 70. pojawiał się dość regularnie.

25-letni John Porter przywiózł ze sobą dużą akustyczną gitarę firmy Yamaha i wielką skórzaną torbę, jaką w filmach o Sherlocku Holmesie nosił zwykle doktor Watson. - Tam trzymał cały swój dobytek przywieziony z Zachodu - pamięta Maciej Zembaty, który pierwszy raz zobaczył go wiosną 1977 r. na prywatce. Później opisał to spotkanie w książce "Mój Cohen": "Na podłodze pod ścianą siedział jakiś chłopak i grał. Miał długie czarne włosy i dziwne, jakby nieobecne spojrzenie. (- Ludzie myśleli, że jest na haju, a on miał chore oczy - wyjaśnia dziś Zembaty). Grał (...) w sposób, jakiego nie zdarzyło mi się słyszeć u żadnego ze znanych mi gitarzystów. Oszczędnie, bardzo rytmicznie i z dużą dynamiką".

- On był emisariuszem innego świata, którego byliśmy bardzo ciekawi, ale w ogóle nie znaliśmy - wspomina Zembaty. - Pokazał nam, czym jest rock'n'roll, bo do tej pory znaliśmy tylko celofan. Przywoził nam nowe trendy z Londynu. Dawał know how i wnosił ducha innego systemu walutowego. Dzięki niemu polska muzyka szybciej się zmieniała.

Pierwszy impuls

Ojciec był tapicerem, kupił Johnowi gitarę. Powiedział też, że jest Walijczykiem. Ale skoro są Walijczykami, to dlaczego mieszkają w Anglii, w Lichfield? Ojciec wyjaśnił, że wyjechał z Cardiff w poszukiwaniu lepszej pracy. Zabrał całą rodzinę już po wojnie.

Znakiem firmowym niewielkiego Lichfield jest największa katedra w Europie (z XIII w.); zdaniem Portera nie ma tam więcej już nic interesującego. - Ojciec pakował nam do głowy, że jesteśmy Walijczykami, ale ja bardziej czuję się Anglikiem - mówi. - Walia to pierwszy krok w moim życiu. Dzięki temu wiem, skąd pochodzę, jeśli ojciec nie ściemniał.

Wszyscy pytają Portera o początek. Co mu strzeliło do głowy? Dlaczego przyjechał za żelazną kurtynę? Dlaczego wybrał Polskę? Odpowiada, że miał dość brytyjskiego cynizmu. Albo że szukał czegoś nowego. Wspomina, jak studiował politologię w Sussex. Chwytał się różnych zajęć, żeby nie umrzeć z głodu. Wyjechał potem do Berlina, bo pociągała go radykalna lewica Baader-Meinhof, wolność i studencka alternatywa.

Zwykle opowiada o pierwszym impulsie, który pojawił się przed tablicą ogłoszeniową w amerykańskiej bazie wojskowej w Berlinie Zachodnim, gdzie był zaopatrzeniowcem. Zobaczył niewielki anons: tanie wycieczki do Polski. I pojechał. Choć tak naprawdę zaczęło się wcześniej. W pociągu z Amsterdamu do Moskwy (przez Warszawę i Berlin). W przedziale siedziała kobieta. - Zaczynasz rozmowę z kimś, kto ledwo mówi po angielsku - wspomina Porter. - Z blondynką. Jest pół butelki Johnny Walkera, jest romantycznie i kusząco, jak w filmie. Każdemu zdarzają się takie magiczne momenty. A ja w Berlinie czułem się wyalienowany i nie przepadałem za mówieniem po niemiecku.

Blondynką była Małgorzata Geismer, lekarz psychiatra. Leczyła z uzależnień. Z Markiem Kotańskim zakładała pierwszy ośrodek dla narkomanów w Głoskowie koło Garwolina. Przyjechał dla niej, a nie dla Polski. "Przez połowę drogi nie widziałem nic poza polami. Zastanawiałem się, gdzie jestem. Gdzie są ludzie?" - wspominał swoją pierwszą podróż do Polski. Potem słał listy do Małgosi. Spotkali się ponownie w Londynie. Wzięli ślub. Ona powiedziała: muszę jeszcze pomieszkać w Polsce, bo robię właśnie specjalizację. - Pomyślałem: mogę przecież tu zaczekać, dopóki ona nie skończy. Ale pewnego dnia człowiek się budzi i widzi, że został i żyje już tylko tutaj.

Emisariusz trendów

Z Małgosią mieszkali w klitce na Saskiej Kępie. Ona się nim opiekowała, utrzymywała i tłumaczyła, jak przetrwać w realnym socjalizmie. To ona wprowadziła go w świat artystycznych salonów. Dzięki niej poznał Małgorzatę Braunek, Korę i Marka Jackowskich, Macieja Zembatego, Kamila Sipowicza.

- Muzyk. Anglik. To było coś wyjątkowego w latach 70. - wspomina W., bywalec warszawskich salonów. Zapamiętał, że Małgosia była dla Johna wszystkim - przewodnikiem, opiekunką, tłumaczem. Mówiła: John, nie pij za dużo; John, nie pal tyle. A on był posłuszny i uległy. - Traktowała go jak syna, którym trzeba się zaopiekować w tym niebezpiecznym świecie - mówi W. Pamięta, że początkowo John, oprócz grania na prywatkach, co nie przynosiło żadnych pieniędzy, niczym innym się nie zajmował. W wolnych chwilach udzielał korepetycji z angielskiego, ale szybko mu się to znudziło. - Wyjątkowość Johna polegała na tym, że pierwszy zauważył zmiany w muzyce - opowiada W. - To on pierwszy wykonywał piosenki Sex Pistols, i to na gitarze akustycznej, bo na inną nie było go stać.

Był wtedy hipisem. Nosił długie włosy jak Lemmy Kilmister z Motorhead i prawie nie mówił po polsku. - Nie miał szans, bo wszyscy chcieli na nim szlifować swój angielski - dodaje W. Był to czas, gdy Portera nawet na ulicy zatrzymywali obcy ludzie i pytali: co pan tu robi?

Marek Jackowski, założyciel Maanamu, mówi, że sam zadawał sobie wielokrotnie to pytanie. - Ale nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy - dodaje. - Tłumaczyłem sobie to tak: rodzina by pewnie wolała, gdyby on został prawnikiem. A John chciał być muzykiem. Mógł nim być w Polsce, bo w Londynie na każdym rogu czeka na swoją szansę tysiąc takich Johnów. Gdy Porter powiedział ojcu, że zostaje za żelazną kurtyną, ten się bardzo rozgniewał. Nawet brat, który później wyjechał do Australii, nie był w stanie zrozumieć tej decyzji. Pytali dlaczego. - A ja nie bardzo znałem odpowiedź - wspomina muzyk.

Szczęście Johna, zdaniem Macieja Zembatego, polegało na tym, że trafił od razu do warszawskiej elity. Obcował z ludźmi z górnej półki: pisarzami, aktorami, muzykami, reżyserami. - Nie sądzę, by mógł w Londynie spotykać się na co dzień z Richardem Burtonem, a tu miał kontakt z Kieślowskim, Pszoniakiem, Braunek. Sama śmietanka. To musiało mu imponować.

Z innej bajki

Wódkę nauczył go pić Piotr Bikont, obecnie znany publicysta kulinarny. "Na początku piłem spirytus z greckim sokiem z puszki - opowiadał Porter przed laty "Rzeczpospolitej". - Piotrek poczęstował mnie wódką. Pamiętam butelkę z czerwoną kartką i napisem >>Stołowa<<. To był koszmar, ale Polacy to pili. Widziałem na własne oczy".

Często powtarza, że przyjechał do Polski w epoce kamiennej. - Pamiętam otwarcie Dworca Centralnego, bo wtedy pojawiły się pomarańcze i banany - wspomina. - Banany nie robiły na mnie wrażenia. Raczej to, że ich nie ma. I pytałem ludzi, dlaczego ich nie ma. W ten sposób powiększała się moja wiedza. Zaczynałem rozumieć, gdzie jestem. Ten komunizm za żelazną kurtyną jest zupełnie czymś innym, niż opowiadali nam na Zachodzie. Wcześniej uważał się za idealistę. W Anglii chodził czasem na spotkania partyjne, żeby zobaczyć, o co chodzi w walce klas. - Myślałem: bardzo fajnie, że wszyscy są sobie równi. Ale tu zobaczyłem, że równość nic nie znaczy. A nawet że taka równość to dno.

Dość szybko spotkał się z polskimi muzykami. Nie mógł jednak zrozumieć, dlaczego nie może dostawać honorariów za zagrane koncerty. Wtedy dowiedział się, że potrzebna jest weryfikacja Ministerstwa Kultury. - Zdziwiłem się, że jest tu egzamin na muzyka - wspomina. - Zdawało się go przed jazzmanem, który nie miał pojęcia o rocku, ale znał nuty. A ja nut nie czytam, podobnie jak McCartney. Przecież gdyby Jimi Hendrix miał przejść waszą weryfikację, też by się posypał.

Weryfikację Porterowi załatwił prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. Okazało się, że zagraniczniak nie musi przechodzić tej całej upokarzającej procedury sprawdzającej, czy nadaje się na muzyka.

Pierwsze koncerty grał z Markiem Jackowskim i Korą. - Kiedyś podszedł do mnie po koncercie facet i powiedział: Przyjechałem specjalnie, by zobaczyć, jak wygląda Angol na żywo. Grał - jak wspomina - w najmroczniejszych dziurach PRL. - Gdy pierwszy raz wylądowałem na polskiej wsi, to jakbym się przeniósł do bajki braci Grimm. Wszędzie szaro i surowo, ale ludzie fajniejsi.

Poza słowami

Marek Jackowski pamięta, że Anglika przyciągnął do jego domu na Ogrodowej w Warszawie Tomasz Tłuczkiewicz z Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. Tłuczkiewicz utrzymywał, że Porter świetnie się nada, by zastąpić Milo Kurtisa, który właśnie odszedł do zespołu Osjan. Choć John do tej pory grał głównie w przejściach podziemnych Berlina i Londynu, zbierając pieniądze do czapki, to zdaniem prezesa miał świetne referencje.

- Zagrał, a ja od razu zrozumiałem, że to wytrawny gitarzysta - wspomina Jackowski, który natychmiast zaproponował Anglikowi współpracę. Był 1977 r. Zespół Marka, Johna i Kory nazywał się wtedy Maanam - elektryczny prysznic. To był początek rockowej rewolucji. Porter zadebiutował na prawdziwej scenie. Przez dwa lata z Jackowskimi śpiewał swoje kompozycje, te, które później zamieścił na pierwszym albumie "Helicopters" z Porter Bandem.

- Kora i John to były dwa muzyczne światy - wspomina Jackowski. - Zbyt długo trwać to nie mogło. W maju 1979 r. John postanowił odejść. Powiedział Markowi: niech każdy robi swoje. I każdy poszedł w swoją stronę.

Perkusista Porter Bandu Leszek Chalimoniuk (obecnie bardziej znany w Chicago jako Les Chalimon) twierdzi, że już pół roku wcześniej Porter szukał muzyków do swojej supergrupy. Lesa Chalimona oczarował głos Johna i jego kompozycje, które słyszał na wrocławskim koncercie Maanamu. - Cała ta opowieść o supergrupie brzmiała jak plotka - opowiada Les. - Ale potem przyjechał John i zaczęły się przymiarki do zespołu.

Pierwszy koncert Porter Bandu odbył się w Lubaniu w lipcu 1979 r. Płyta "Helicopters", którą dziś można kupić za 15 zł na wyprzedaży w Empiku, do dziś jest uznawana za jedną z najważniejszych w historii rodzimej muzyki rozrywkowej. Muzycy nagrali ją w cztery dni. - Miałem dużą wiarę w moją muzykę. Nigdy nie wątpiłem w jej jakość, ale nie wiedziałem, czy będzie sukces - wspomina Porter. - Miałem korzenie zupełnie inne niż ci, którzy słuchali Czerwonych Gitar, Breakout. Bo jak wy słuchaliście Breakout, to ja już znałem Fleetwood Mac, więc jak słuchałem Breakout, to myślałem: aha, ktoś tu próbuje grać jak Peter Green. A jak słuchałem Czerwonych Gitar, to: o, ktoś bogaty kupił im płytę Beatlesów. Bez obrazy, ale wy w środkowej Europie nie posiadacie muzycznego luzu.

Płyta "Helicopters" sprzedała się w 1980 r. w setkach tysięcy egzemplarzy, a John Porter stał się gwiazdą. Nawet rodzina w Anglii zauważyła to polskie osiągnięcie. - Byłem zachwycony sukcesem i w ogóle nie myślałem, że to tylko Polska - wspomina. - Sława wszędzie daje poczucie nieśmiertelności i że nie trzeba się z nikim liczyć. Bije sodówka do głowy, ego pompuje się ponad miarę. Człowiek staje się nieznośny, bo wszyscy są mili, każdy cię lubi, a że jest to czas komuny, wielu chce cię oszukać.

Płyta, choć była hitem, miała jeden feler - w żadnej piosence nie występowało polskie słowo. Porter twierdzi, że nawet próbował śpiewać po polsku, ale nic mu nie wychodziło. - Wiedząc, że 80 proc. nie rozumie, o czym ja śpiewam, postanowiłem, że mój przekaz muzyczny będzie inny - opowiada. - Na scenie nie mogłem tylko stać. Musiało być coś poza słowami. Postawiłem na dynamikę, by wciągać ludzi w koncert. Brzmi to idiotycznie, ale było skuteczne, bo przychodzili na koncerty, choć nic nie rozumieli.

Szansa na wielką międzynarodową karierę została przerwana w 1981 r. Zespół miał jechać do RFN nagrać swoją pierwszą zachodnią płytę. - Ale stan wojenny to spieprzył - mówi Porter.

Halo, ja też tu mieszkam

Na pytanie, dlaczego nie wyjechał z Polski w stanie wojennym, Porter odpowiada, że nie mógł. - Jak się ma żonę i dziecko, nie jest to sprawa tymczasowa - mówi. Wtedy już mieszkał w Krakowie z Olą i Damianem, bo pierwsza żona (ta z pociągu) została w Warszawie. - Miałem znajomych, swoje życie i brytyjski paszport. Nie udawałem Polaka - dodaje. Przemykał się z wózkiem po krakowskich cmentarzach, bo nie miał jeszcze meldunku. Stronił od patroli ZOMO. Do Warszawy pojechał z przepustką załatwioną przez PSJ. - Już wszystko wtedy rozumiałem. Kartkami można było handlować. Ten, co palił, nie potrzebował cukru, a ten, kto słodził, nie potrzebował papierosów. W warszawskim urzędzie Porter pokazał kartę stałego pobytu i powiedział: halo, halo, ja też tu mieszkam. Mnie się kartki należą.

Zembaty mówi, że nie był to dobry czas dla Johna. W radiu nie chciano puszczać jego angielskich piosenek. Był problem z płytą "Mobilization". W Polsce rządzonej przez generałów cenzura domagała się zmiany tytułu, a Porter upierał się przy swoim. Zembaty, który przygotowywał wtedy audycję "Na tyłach WRON-y" dla Radia Wolna Europa, wciągnął Portera do współpracy. John tłumaczył na angielski solidarnościowe songi i komponował do nich muzykę. Taśmy nagrywano konspiracyjnie przy Sobieskiego w Warszawie. Potem je przemycano na Zachód. Jeśli ktoś kiedykolwiek słyszał po angielsku wiersz Leszka Szarugi "Gdy tak siedzimy nad bimbrem, ojczyzna nam umiera, gniją w celach koledzy, wolno się kręci powielacz", to był zapewne śpiewany głosem Johna.

Sam Porter nigdy później nie słyszał tych piosenek, ale jest przekonany, że dotarły na Zachód, bo dostał za nie 50-dolarowe honorarium.

Choć w latach 80. wydał jeszcze trzy solowe płyty, nie wzbudziły one takiej euforii co pierwsza. - Dzięki Maćkowi, który mnie poznał z ludźmi opozycji, nie zgubiłem się w tym tralala i szoł biznesie - wspomina Porter. Z Zembatym grał koncert z piosenkami Cohena, choć za Kanadyjczykiem wcale nie przepada. Napisał też wtedy muzykę do młodzieżowego serialu "Siedem życzeń".

Pod koniec lat 80. zaszył się w Falenicy, gdzie z żoną (drugą) prowadził buddyjską sanghę. I trochę poszedł w zapomnienie. - Żyłem obok tej euforii, choć była radość ze zmian - mówi. - Mieliśmy wspaniały rząd - Mazowiecki, Kuroń, którzy nie umieli rządzić. I dziwił mnie tylko ten kompromis ze starą bandą.

Walijski styl pożegnania

W kapelach Portera obowiązuje zasada: zespół jest jak drużyna piłkarska, więc trzeba często odnawiać skład, by być w natarciu. Wiadomo też, kto jest tam kapitanem, trenerem i menedżerem w jednej osobie. Inni muzycy spełniają tylko funkcję usługową wobec kapitana. Więc kapitan, który na słowiańskim rynku ma niespotykaną zdolność układania melodii, decyduje o wszystkim. Ma plusy - nie przejawia syndromu gwiazdorskiego. Jest otwarty i wylewny. Dużo się można od takiego mistrza nauczyć. - Jak się rozstawałem z żoną, to przyjeżdżał i podtrzymywał mnie na duchu, choć nie musiał tego robić - wspomina basista Sebastian Wojnowski, który grał z Johnem w latach 90. w drugiej edycji Porter Bandu. Dla młodych muzyków Anglik był wtedy już legendą i nestorem rocka.

Jedyna wada, jaką Sebastian Wojnowski dostrzega u swojego kapitana, to pewien problem z artykułowaniem życzeń. On sam na przykład dowiedział się, że nie jest już w zespole, gdy usłyszał nowe nagrania Porter Bandu, w których nie brał udziału. - Wydawało mi się, że przez pięć lat grania byliśmy z Johnem przyjaciółmi, więc zrobiło mi się przykro - wspomina Wojnowski, który nawet postanowił wyjaśnić to nieporozumienie i zadzwonił do Portera.

Słyszałem, że masz już nowy zespół? - zagadnął basista Porter Bandu nr 2. Tak. Ale możesz u mnie popróbować na klawiszach - odpowiedział lider Porter Bandu nr 3. Wojnowski tłumaczył innym muzykom, którzy równie boleśnie rozstawali się z Johnem, że jest to pewien walijski styl pożegnania.

W., znajomy z lat 70., potwierdza tę przypadłość: - John nie ogląda się za siebie. Jak zmienia związek, to nie kontynuuje znajomości. Kiedy Małgosia, jego pierwsza żona, się postarzała, odszedł od niej. Nie interesował się, więc nawet nie wiedział, że zmarła.

Muzyki nie porzucę

Po płycie "Alexandria" z 1993 r. zniknął z show-biznesu. Zaczął się poważnie zastanawiać nad opuszczeniem Polski. W końcu powiedział sobie: pójdę na dno, ale muzyki nie porzucę. W Londynie przecież nikt nie zna Johna Portera. Piosenkarka Anita Lipnicka, obecna żona, mówi mu: przegapiłeś swoją szansę zdobycia Zachodu. Przespałeś swój czas.

Znajomi Johna mówią, że to właśnie młodsza o 25 lat Lipnicka wyciągnęła go na dobre z muzycznego garażu. Był już wtedy dobrze zakonserwowaną legendą polskiego rocka, bez szans na nowe otwarcie. Dotychczasowi wyznawcy Portera uznali duet z popową Lipnicką za utratę rockowej wiarygodności, a samą płytę, która rozeszła się w astronomicznym nakładzie 100 tys. egzemplarzy, za zdradę. Za sprawą wspólnej płyty, a potem wspólnego życia i ich córki Poli, Porter stał się celebrytą. Gdy opowiada swoim angielskim znajomym, jak został gwiazdą za żelazną kurtyną i co go spotkało w ciągu minionych 34 lat, nie chcą wierzyć, że to wszystko prawda. - Ludzie oczy wybłyszczają i mówią: Boże, ale miałeś bogate życie - opowiada Porter. - Nie żałuję, że znalazłem się wtedy poza światem.

Jeśli coś Porterowi czasem doskwiera, to jego polszczyzna, wciąż trochę kulawa. Być może dlatego wszystkie jego życiowe partnerki były anglojęzyczne. - Mówienie w obcym języku non stop staje się czasem bardzo męczące.