Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 20/06/1997

 

 

Irena Morawska

Jak Emilię z Kalabrii od złej pani wykradłam

 

 

Nałożę ulubioną sukienkę Emilii. Na pewno ją rozpozna i zrozumie, że przybywam od bliskich, na ratunek.

 

Do redakcji "Gazety" zadzwoniła Jolanta G. Jej brat, Roman G., wysłał do pracy we Włoszech sasiadkę, Emilię. Listy od Emilii są dziwne, coraz bardziej obce. Rodzina podejrzewa, że Emilia trafiła do sekty albo jest maltretowana psychicznie przez pracodawczynię.

Drzazga dziękuje, lamentuje i obiecuje

Spotkałam się z Jolantą. Opowiedziała, że pracodawczynią Emilii jest Regina Drzazga, od lat mieszkająca we Włoszech. Jakiś czas temu Drzazga napisała list do matki Jolanty. Wspominała w nim, że kiedy w dzieciństwie ciężko zachorowała, lekarzem, który jej pomógł, był nieżyjący już ojciec Jolanty. Teraz Drzazga prosi wdowę o inną pomoc. Potrzebuje odpowiedniej osoby, nadającej się do niej i do jej smutnej sytuacji życiowej. "Taka osoba ma możliwość usystematyzowania się przy mnie, dzięki mnie, na resztę życia. Błagam o łaskawe wyszukanie odpowiedniej osoby".

Drzazga daje w liście do zrozumienia, że prosząc o taką pomoc, rewanżuje się równocześnie za opiekę, jakiej doznała od doktora G., z którym, jak dodała, "jest bardzo podobna charakterialnie". "Odpowiednia osoba" wiele u niej zyska.

Jolanta G. jest przekonana, że włoska historia Emilii będzie ciekawa dla reportera. Proponuje: Rodzeństwo G. daje ten temat "Gazecie", "Gazeta" zaś płaci za detektywa, który pojedzie do Włoch, wydobędzie Emilię z opresji i przywiezie do Polski.

Zastanawiam się. Nie odpowiadam na propozycję. Na razie będę szukać informacji w Polsce.

Truskawkowy domek

Emilia urodziła się jako drugie dziecko Ireny K. Wówczas mieszkała w P. na Pomorzu. W tym samym miesiącu i roku jej "Pani" - Regina Drzazga - poślubiła Antonio P., bogatego Włocha z Kalabrii.

Był wrzesień 26 lat temu.

Ojca nie wzruszyły narodziny Emilki. Pił jak co dzień. Kilka lat później odszedł. Irena procesowała się o alimenty. Dzieci - Andrzej, Emilka i Asia - nawlekały tytoń i doglądały, czy dobrze się suszy.

Pojawił się ojczym. Bił matkę. Andrzej uciekł do ojca (który za kobietą osiadł w innym województwie), Emilia i Joanna płakały i pielęgnowały przyrodniego brata, Adasia. Gdy podrosły, przepędziły ojczyma. Pozostały po nim rozwalone siekierą drzwi i przekraczające wyobraźnię długi. Trzeba było sprzedać ciągnik i dom.

Wynajęły mieszkanie w innym województwie, w W. Irena sprzątała w szkole. Córki posłała do internatu: Joanna wybrała technikum ekonomiczne, Emilia - rolnicze. Planowała studia na SGGW, ale do studiowania są potrzebne pieniądze.

Na wakacjach Emilia i Joanna zbierały w Niemczech truskawki.

Rok temu za truskawkowe pieniądze kupiły kawałek ziemi, a na niej sypiący się domek z trzema izbami i wychodkiem pod niebem. Starczyło jeszcze na kolorowy telewizor z pilotem i sukienkę dla Ireny, bo rzadko kiedy sama sobie coś kupiła.

Joanna i Emilia zostały kierowniczkami pobliskich sklepów. Zarabiały po sześćset złotych. Większość wchłaniał zakupiony dom.

Emilka łapie okazję życia, nie bacząc na punkty

List Reginy D. był kuszący. Osoba, która miała się przy niej "usystematyzować", korzystałaby z doskonałych warunków. "Mieszkanie jest duże, 350 m, bardzo czyste i przyjemne. Praca byłaby przyjemna i bieżąca: dla osoby szczerze zainteresowanej, chętnej i pracowitej, nie byłaby ta praca żadnym problemem [...] To jest okazja życia!".

Regina gwarantowała pokój z łazienką i 100 dolarów tygodniowo. Do listu załączyła "punkty" - spisane na dwóch kartkach maszynopisu obowiązki "osoby".

"Punkty" Reginy D. mówiły o tym, jak "osoba" ma wyglądać: zaczesane do tyłu włosy, krótko obcięte, nie malowane paznokcie, "osoba" czysta, schludna, skromna. "Osobie" nie wolno się malować, chodzić w szlafroku ani wygłaszać własnych opinii. "Osobie" nie wolno też mieć związków emocjonalnych z rodziną.

Roman G. uznał, że idealna "osoba" znajdzie się w rodzinie jego sąsiadki, Ireny.

Irena zwołała naradę z córkami. W podnieceniu przeliczały przyszłe dolary na złotówki. Wychodziło bardzo dużo. Do tego wyżywienie, dach nad głową. Zadecydowały: do Włoch pojedzie Emilka.

Chciała rzucić okiem na "punkty", z którymi miała zapoznać się przed podjęciem decyzji o wyjeździe. Gdy upomniała się o nie, Roman G. powiedział: "Jesteś dorosła, jedziesz na własne ryzyko".

Będziesz moim kawałkiem ojczyzny - pisze Regina

Po pierwszej rozmowie telefonicznej z Emilią Regina napisała: "Jestem szczęśliwa z poznania i usłyszenia Ciebie. Jesteś już, mimo iż Cię jeszcze osobiście nie znam, bliska mojemu sercu, tym bliższa, że pochodzisz z moich stron: z Pomorza. Jestem pewna, że będzie nam dobrze razem i że przy Tobie znajdę wreszcie tę pogodę i spokój ducha, którego tak mi brakuje. Będziesz moją rodziną i moim kawałkiem Ojczyzny"...

Emilia zaciągnęła pożyczki w banku i u przyjaciół (pracodawczyni nie pokrywała kosztów podróży). Kupiła prezenty dla pracodawczyni. Na konto włoskiego zarobku założyły w domu centralne, bo zimno i wilgoć nie dawały żyć.

Emilia współczuła przyszłej pracodawczyni, którą (jak się dowiedziała) "opuścił okrutny mąż". Chciała wesprzeć cierpiącą.

Rozwiązała umowę z właścicielem sklepu, zapakowała trochę rzeczy, książeczkę do nabożeństwa, różaniec i wsiadła do pociągu. Rodzina pomachała jej i powierzyła opiece Matki Bożej Licheńskiej.

Emilia posłusznie unika wścibskich spojrzeń

"Kawałek Ojczyzny" jechał do Kalabrii blisko czterdzieści godzin. Regina Drzazga odebrała go 7 października 1996 r. na stacji Lamezia Terme. Samochodem panda powiozła Emilię do Serra San Domenico, miasteczka położonego wysoko w górach. ("Drogi są tu tak kręte, że żołądek latał mi w brzuchu, jakby był na karuzeli. Coś okropnego" - pisała potem Emilia). Przed wjazdem do miasta Regina kazała Emilii położyć się na tylnym siedzeniu. Tłumaczyła, że nie ma jeszcze pozwolenia na pracę i lepiej uniknąć wścibskich spojrzeń.

Regina jest mądra, inteligentna i czuła

Po kilku dniach Irena, Joanna i Adaś stłoczyli się nad pierwszym listem od Emilii. "Moi kochani! Minęły trzy dni, gdy jestem pod jednym dachem z p. Reginą. Jestem wciąż w szoku po przebytej drodze. Musiałam dopłacać do każdego biletu tzw. suplemento. Całe szczęście miałam te 50 000 lirów".

Opisała dom Drzazgi: "Mieszka w kamienicy trzypiętrowej i zajmuje mieszkanie na ostatnim piętrze. Jest ogromne i jeszcze teraz w nim błądzę. Są cztery łazienki i multum pokoi, które trzeba każdego dnia sprzątać. Za sprzątanie zabieram się o godz. 8.00, kończę ok. 18.00. Do tego dochodzi palenie całą zimę w kominku. Wszystko musi być zrobione pedantycznie, gdyż p. Regina jest osobą pedantyczną pod każdym względem...".

I opisała pracodawczynię: "Wyższa ode mnie, blond włosy, chodzi w dżinsach i bluzie sportowej. Jest bardzo spokojna, mądra, inteligentna i czuła".

Emilia pisze, że brak jej wolności

Emilia powiadomiła, że pieniądze za pracę wyśle dopiero w listopadzie, bo Regina będzie płacić jej co miesiąc, a nie co tydzień. Przeprosiła za to i skomentowała, że jej pracodawczyni nie rozumie, co to są długi i pożyczki. Martwiła się: "Jak będziecie żyć? Musicie sobie jakoś poradzić. Później regularnie wysyłane przeze mnie pieniądze będą dla Was pomocą...". I dodała, że brak jej wolności. "Ale do tego można się przyzwyczaić, zwłaszcza że mam dużo pracy, która pozwala zapomnieć o wszystkim".

Pytała: "Co słychać w domu? Jak nasz nowy piec w kuchni, czy zdaje egzamin? Czy w domu jest ciepło? Jak zapłaciliście za centralne? Jak nasz Adaś się uczy? Co w Polsce? Co w pracy? Czy oddałaś pieniądze i książkę p. Jadzi? Czy Beata urodziła?".

Widocznie Regina D. zakazała Emilii przyjmowania listów od koleżanek, bo Emilia pisała: "Powiedz dziewczynom, aby do mnie nie pisały. P. Regina jest fajna, ale muszę stosować się do jej zasad. Trudno, żyje się dalej".

Matka Emilii wzdycha: - "Brakuje mi wolności", co to znaczy?

Zapytała o to w liście.

Emilia wyjaśniła, że nie wychodzi z domu, bo nie ma pozwolenia na pracę i pracodawczyni mówi, że "jak złapie ją policja, to wsadzi do więzienia". Emilia "słońce ogląda tylko przez szybę", sprząta i czeka na listy, bo "one są najważniejsze".

Kolejny list z Kalabrii, pisany pośpiesznie, trochę chaotycznie, niemal w całości poświęcony jest trosce o rodzinę: "Jak mamusia? Czy jest zdrowa? Co z rentą? Niech mamusia się oszczędza i mniej pracuje! Później wszystko się ułoży. Ubezpiecz dom! Nie, nie krzycz na Adasia! Adaś, słuchaj się Asi i mamusi i ucz się, bo wówczas coś w życiu osiągniesz.

Cieszy mnie, że mam Was i zawsze mogę na Was liczyć. To mnie podnosi na duchu. Ufam, że Bóg czuwa nad nami wszystkimi...".

Następny list Emilii odkrywa szczegóły pobytu: "...wszystko musi być złożone w kostkę tak jak w wojsku. Łóżko musi być posłane w taki sposób, że nie mieściłoby się to Wam w głowie.

Okazało się, że moja poprzedniczka zachowywała się źle i później zniknęła, tak że p. Regina ma złe doświadczenia. Mam nadzieję, że Wasze listy nie będą namawiały mnie do powrotu, gdyż moja poprzedniczka ciągle otrzymywała listy, w których matka była zawsze umierająca i ta dziewczyna strasznie rozpaczała, a potem zniknęła...".

W listach Emilii widać coraz większe przerażenie i poczucie winy, że nie wysyła pieniędzy. "Nie mogę przez to spać. Teraz Wszystkich Świętych, znowu wydatek. Tak mi ciężko, że jestem taka bezradna.

Wie mamusia, że zawdzięczam mamusi bardzo, bardzo dużo. Tego po prostu nie da się opisać, dlatego musi mamusia o siebie dbać, żebyśmy mogły jeszcze porozmawiać.

Asia, szanuj mamusię i nie krzycz tyle. Życie jest jedno i trzeba go przeżyć w spokoju."

Mimochodem pisze: "Pani Regina patrzy na listy i myśli, że ja (jak poprzedniczka) opisuję ją w złym świetle...".

Upragnione pieniądze nie przychodzą

Rodzina nie rozumiała tych listów. Co znaczy, że Regina patrzy na listy?

Kolejne wiadomości od Emilii przyszły dopiero w połowie grudnia. Napisała, że pieniędzy nie przyśle, bo pracodawczyni płaci co kilka miesięcy.

"Pierwszy miesiąc był dla mnie bardzo trudny. Musiałam dużo rzeczy się nauczyć u Pani Reginy, która jest jedyna w swoim rodzaju. Jest dla mnie bardzo dobra i wyrozumiała, ale żyjemy pod jednym dachem, jak rodzina, i jej kłopoty są moimi i odwrotnie. Na początku bardzo trudno było mi to zrozumieć. Byłam zapatrzona tylko w siebie, ale teraz jest inaczej."

Dalej Emilia pisze: "Zdrowie i spokój są najważniejsze. To, co zdążycie zrobić przy domu, to dobrze, a co nie - mówi się trudno. Nie musicie szaleć z tynkowaniem i zmianami. Ważne, że macie własny kąt i dach nad głową. Odpocznijcie sobie. Trzeba żyć życiem codziennym, bo inaczej można dostać kota. Każdy z nas niesie krzyż, który otrzymał od Pana Boga. Wy tam, ja tu. Jak mi Roman opowiadał o p. Reginie, to wszystko wyglądało inaczej. Gdybym przeczytała list, który przysłała p. Regina, to na pewno bym się nad tym wyjazdem głęboko zastanowiła. List ten zawierał >>punkty<<, które powinnam była osobiście przeczytać, a oni mi powiedzieli to, co chcieli.

Adam, pamiętaj, nauka jest potęgą. Twoja wiedza otworzy ci wszystkie drzwi: i pracę znajdziesz lepszą, i ludzie będą cię cenić. Dla mnie jest to szkoła życia, która jest twarda jak beton".

Pani jest osobą silną charakterialnie

Irena podupadła na zdrowiu. Joannie przyśniła się Emilia: "Jest mi tu dobrze" - mówiła przez łzy.

Joanna wstała mokra od łez i potu o trzeciej rano. Chodziła wte i wewte po pokoju. I zobaczyła, że w kuchni tak samo chodzi Irena.

Na Gwiazdkę Emilia napisała: "Chcę, żebyście zrozumieli, że pomyliliśmy się co do tego wyjazdu i do Pani Reginy. Pani jest osobą bardzo silną charakterialnie, wymagającą wobec siebie i innych. Jest, jeśli można tak powiedzieć - generałem, który wie, czego chce. Z Panią nie ma żartów. Pani jest tutaj osobą bardzo znaną, szanowaną i podziwianą. Ma bardzo duże znajomości na policji, w sądach i u adwokatów, dlatego Pani wie, z jakimi zamiarami ja tutaj przyjechałam. Na początku zachowywałam się bardzo źle, listy, które do Was pisałam, to same pierdoły. Teraz zrozumiałam, jakie błędy popełniłam, i chcę je naprawić, i odzyskać w oczach Pani zaufanie.

Nadepnąć Pani na odcisk to znaczy mieć będziemy przez nas boleści, możemy wszystko stracić. Pracę, dom i całe nasze życie.

Pani powiadomiła policję, że ja przebywam u niej, i cokolwiek by się stało, to ja odpowiadam za wszystko.

Listów nie będę do Was pisała, bo nie mam chęci ani czasu, bo plotkujecie na temat Pani, co jest niewybaczalne. Jeszcze nie urodził się taki, kto zrobiłby Pani krzywdę.

Nie liczcie na pieniądze, które kiedyś tutaj otrzymam. Wy żyjecie swoim życiem, a ja swoim, które chcę ułożyć przy Pani, jeżeli Pani mi pozwoli...".

Irena stanęła przed Romanem G.

- Gdzieżeście posłali moją córkę?!

N. pamięta Reginę

Kim jest Regina D.? Dowiedziałam się, że w N. mieszka jej dawna koleżanka, 56-letnia rencistka, Bożena Witkowska.

N. - niewielkie miasteczko nieopodal Bydgoszczy. Starsi mieszkańcy pamiętają rodzinę D.: Reginę, jej matkę - Irenę i ciotkę - Cecylię, które samotnie wychowywały Reginę.

Wiele osób nie chce o Reginie rozmawiać. Starsza kobieta: - Ta "gestapówa" panią na nas nasłała? Pewnie i Włochy mają jej dość! Ona chce tu wrócić i bada, co o niej sądzimy?

Bożena Witkowska radzi, bym ostrożnie zbierała materiał o Reginie, bo ktoś może ją o tym powiadomić. Wówczas Emilia będzie miała jeszcze większe kłopoty.

I nie z przyjaźni ją zawiadomią, ale żeby jej dołożyć. Regina jest w N. znienawidzona.

Fragment listu Reginy D. sprzed lat do Bożeny W.: "...Dostałam wiadomość, że moja Ciotka miała wylew do mózgu i jest sparaliżowana. Możesz sobie wyobrazić, jak to przeżyłam! Dziś okazało się, że to nieprawda! Ktoś napisał, żeby zrobić mi >>niespodziankę<<! Tacy są dziś ludzie! Taki świat!...".

Bożena i Regina poznały się w N. w końcu lat 60. Regina była tam farmaceutką, Bożena, ówczesna urzędniczka w CPN, wpadła po jakiś lek. Pogadały sobie.

Poza tym, że Regina jako jedyna w mieście miała wówczas dżinsy, Bożena niewiele o niej wiedziała. Ledwie sprowadziła się do N. za mężem. Regina skarżyła się "na ten motłoch i hołotę w N.", opowiadała o fantastycznych wojażach zagranicznych. Nigdy nie zdradzała, dlaczego tak łatwo dostawała paszport. - Nauczyła mnie, że jeśli sama o czymś nie mówi, lepiej nie pytać.

Bożena zbiera siły, by opowiedzieć o swoim pobycie "w piekle", czyli u Drzazgi. Nie może postawić kawy na stole. Tak drżą jej ręce. - Gdyby pani spotkała diabła, zapomniałaby pani o tym?

Regina łączy się z Bożeną w cierpieniu

Gdy Bożena wróciła od Reginy z Włoch, miała tak stargane nerwy, że spadła z krzesła, gdy kukułka wyskoczyła z zegara.

W połowie lat 80. Bożena miała wypadek samochodowy. Córka przyjaciół, którą wiozła, zginęła. Ona ledwie przeżyła. Gdy w szpitalach składano ją przez kilka miesięcy, porzucił ją mąż. Regina D. pisała wtedy z Włoch: "Los cię tak samo prześladuje jak mnie! Jakże jesteś mi bliska! Jest mi smutno, bardzo smutno, bo wiem, co znaczy być w potrzebie i nie mieć nikogo przy boku. Samotność jest najgorszą rzeczą, jaka może przytrafić się człowiekowi! Poznałam to na własnej skórze, bo zawsze byłam sama...".

I namawiała Bożenę na przyjazd: "Byłoby nam dobrze razem, bo obydwie jesteśmy pobite przez życie i ludzi, dlatego znamy cierpienie. Gdybyś mogła i zechciała przyjechać do mnie na 4 lata? Potrzebuję Twojej serdeczności, Twego uśmiechu, Twego optymizmu w życiu. Jesteś mi bardzo potrzebna, bo jestem na dnie".

Bożena nie chciała tam jechać. W jej listach Regina wyczuła wahanie. Napisała: "Miałabyś okazję dorobić się u mnie przez te lata, odłożyć sporo i byłoby ci spokojnie i dostatnio po powrocie do Kraju. Osoba, którą wspólnie znamy, pomogłaby ci wyrobić paszport...".

Bożenę, która nagle znalazła się na łasce skromnej renty, skusiła taką zachętą.

Pojawia się argument o wyspie skazańców

- Przywitała mnie różami, ale bez uśmiechu - wspomina Witkowska. - Ona nigdy się nie uśmiechała. Idąc przez dworzec Stazione Termini w Rzymie, powiedziała: "Jedną dziwkę zostawiłam na tym dworcu w upał, bez paszportu, bez pieniędzy i bez podpasek. A bardzo by się jej wtedy przydały".

Bożena pamiętała, że Regina nie lubi zbędnych pytań, więc nie będzie pytać, czym podpadła "ta dziwka".

- Gdy tylko wzięła ode mnie paszport, zaczął się koszmar - wspomina. - Krzyknęła: "Wpadłaś w paszczę lwa!".

Zaczęły się pretensje o źle położoną łyżeczkę, nie tak wyprasowaną poszwę. Gdy Bożena upominała się o wypłatę, dawna koleżanka szydziła: "Ciesz się, że masz mnie i dach nad głową".

Syn Reginy, Massimiliano (wówczas piętnastolatek), nic nie mówił, nie uśmiechał się, nie płakał. - Maska! - tak go określa Bożena. - Żal mi było tego chłopca. Miał przykazane traktować nas jak powietrze.

Drzazga lubiła otaczać się kilkoma Polkami jednocześnie. Razem z Bożeną przebywały u niej dwie inne. - Miałyśmy zakaz rozmawiania ze sobą - wspomina. - Regina śledziła nas. Napuszczała na siebie i mawiała: "I tak wiem, o czym rozmawiacie, bo w domu są podsłuchy". Podsuwała nam donosy do podpisania, gdy nie chciałyśmy tego zrobić - głodziła nas i wyzywała dodatkowo.

Donosiła m.in. na kobiety, które kiedyś zatrudniała, że handlują dolarami, źle się prowadzą, nielegalnie przebywają we Włoszech, pracują na czarno. Wysyłała je do polskiego MSZ, do ambasady.

Szantażowała, że jeśli nie będą uległe, czeka je to samo. Podczas jednego ze sporów z sąsiadem Regina zapytała Bożenę, kto miał rację: ona czy sąsiad. Bożena odpowiedziała, że sąsiad. - Tak mnie palnęła w twarz, że jedynkę mi wybiła - wspomina Witkowska. - A potem mówiła: "Ciesz się, że nie wracasz do tej chamskiej Polski w worku foliowym".

- Żądała, byśmy mówiły, że jest piękniejsza od księżnej Diany. Jak mówiłam coś nie po jej myśli, straszyła: "Poślę cię na wyspę skazańców, jak jedną dziwkę!".

Regina urządza Bożenie wigilię

Kiedy Bożena po raz kolejny upomniała się o paszport, Regina oddała go, zapłaciła za pracę i powiedziała: "Na Boże Narodzenie jedziemy do Serra San Domenico, wspólnie spędzimy Wigilię, a potem sobie wyjedziesz". - Tam zaprowadziła mnie do opuszczonego domku na terenie tartaku (własności jej męża) i kazała mi się rozebrać do naga.

Było to krótko po tym, jak Drzazga postraszyła Witkowską, że "pośle ją do kraju w foliowym worku". - Tak strasznie się jej wtedy bałam. Stałam tam jak sparaliżowana. Krew ze mnie odpłynęła. Byłam przekonana, że ona mnie zabije. Więc się rozebrałam. A ona zabrała moje rzeczy, torebkę z dokumentami, pieniądze, notes i zamknęła na święta. Bruna Zaffino, która przyszła sprzątać po świętach, znalazła mnie wycieńczoną z głodu i zimna.

Bożena płacze: - Takiego upokorzenia nigdy nie doznałam.

Po wizycie u Drzazgi Bożena W. leczy się u kilku specjalistów. Łyka leki na uspokojenie.

Szukam kobiet, które były u Reginy we Włoszech

Bożena wylicza nazwiska kobiet, o których wie, że były u Drzazgi: Teresa O. z Poznania, Barbara K. z Łodzi, Janina O. z Lądka Zdroju, Barbara W. z Kalisza, Eleonora Sz. z N., Maryla B. z N., Zofia O. z okolic Warszawy.

Próbuję odszukać pokrzywdzone przez Drzazgę osoby. U Teresy O. z Poznania nigdy nie odpowiada telefon. Barbara K. z Łodzi zmarła w marcu tego roku. Kilka lat temu pojechał po nią do Drzazgi mąż, Mirosław. Mówi: - Jeśli istnieje piekło, to żona przeżyła je u Drzazgi.

Adresu i telefonu Janiny O. z Lądka Zdroju nie udaje mi się ustalić. Barbara W. z Kalisza - po wyjściu za mąż we Włoszech zamieszkała w Niemczech.

Eleonora Sz., kobieta zostawiona przez Drzazgę na rzymskim dworcu bez pieniędzy, paszportu i podpasek, wyjechała za Ocean.

Marylę B. Drzazga wyrzuciła na ulicę, gdy dowiedziała się, że zachorowała na płuca. Przygarnął ją zakon sióstr antoninek w Rzymie. Potem zamieszkała w Rzymie.

Zofia O. spod Warszawy niechętnie wraca do "horroru sprzed lat".

Z Drzazgą wytrzymała dwa dni.

- Gdy przyjechałam do jej mieszkania w Rzymie, były u niej dwie Polki - wspomina. - Porozumiewały się między sobą jakimiś dziwnymi gestami i spojrzeniami. Pomyślałam: "Boże, co się tu dzieje?".

Któraś z kobiet zdołała wyjaśnić Zofii, że w tym domu Polkom nie wolno ze sobą rozmawiać.

Jedna z nich skorzystała z tego, że do domu przybył jeden żołądek, i zjadła śledzia. Drzazga wykryła ten brak i wpadła w furię. Przy okazji pobiła Zofię parasolką. Zofia uciekła.

Detektyw M. planuje akcję "porwanie"

Na drugie spotkanie w "sprawie uprowadzenia Emilii" Jolanta G. przyprowadziła detektywa Wiesława M., wynajętego przez Romana G., brata Jolanty, do przeprowadzenia "akcji" - wyrwania Emilii z S.S. Domenico w Kalabrii. Detektyw przyszedł z teczką dyplomatką i telefonem komórkowym.

- Lecimy do Mediolanu, a tam chłopaki czekają z samochodami. I mkniemy do tej Kalabrii.

- Po co do Mediolanu? - zapytałam. Z Rzymu jest znacznie bliżej.

- No to skoczy się do Rzymu.

- A jak pan sobie wyobraża porwanie?

- Trzeba się liczyć z tym, że ta Regina D. ma konszachty z policją. Zmienimy tablice rejestracyjne i nas nie namierzą.

Jolanta G. pyta mnie o pieniądze. Nic nie obiecuję.

Regina pomija imię ojca

Drzazga skończyła farmację w Poznaniu w połowie lat 60. Znalazła pracę w bydgoskiej aptece.

Była wówczas wysoką blondynką. Włosy ścięte na zapałkę. Nosiła spodnie, drewniaki. Ręce w kieszeniach. Prowadziła pamiętnik. Notowała w nim zachowanie i wypowiedzi pracowników.

- Cierpiała, gdy ludzie wokół niej żyli zgodnie. Wyobrażała sobie, że knują spisek przeciw niej - mówi Jadwiga C., farmaceutka z N. - Intrygi to jej żywioł.

Po pół roku tak skłóciła personel, że interweniowała Centrala Farmaceutyczna. Żadna apteka w Bydgoszczy nie chciała kłótliwej, apodyktycznej pracownicy. Cefarm skierował ją do N., do apteki, którą kierowała Eleonora Chojnacka.

- W środowisku szumiało o sposobie, w jaki Drzazga skończyła studia: gdy jej nie szło, zjawiali się faceci w garniturach i mawiali do profesorów: "Ta pani musi zdać". I "ta pani" miała wkrótce u mnie pracować. Pot mnie oblał - wspomina Eleonora Chojnacka.

Postanowiono "kupić" Chojnacką. Ambicją każdej apteki jest robienie leków na recepty. - I dobiliśmy targu: Cefarm dał mi zezwolenie na robienie leków, ja zatrudniłam Drzazgę jako zastępczynię.

Pierwszy zgrzyt zaistniał już przy przyjęciu do pracy. Regina niedokładnie wypełniła kwestionariusz osobowy. Brakowało w nim imienia ojca. Gdy kadrowa naciskała, Regina krzyknęła: "No, niech pani pisze! Imię ojca: Brunon".

Przychodziła do pracy, kiedy miała ochotę. Czasem przysyłała matkę albo ciotkę. Mówiły: "Pani magister zachorowała".

Regina postanowiła wygryźć kierowniczkę. - Leki, które powinny stać w cieniu, wystawiała na słońce. Potem słała anonimy, że Chojnacka się nie nadaje, bo leki są zepsute.

Przed świętami każda farmaceutka miała wolny dzień, tzw. babkowe. W tym dniu kolejno się zastępowały. - Regina wzięła "babkowe", ale na zastępstwo nie przyszła. Tak skłóciła personel, że wszystkie przez nią płakałyśmy.

Dwóch panów ustawia kierowniczkę apteki

Kierowniczka napisała do wojewódzkiej centrali, że nie chce dłużej pracować z Drzazgą. Dyrektor zbladł nad podaniem: "Czy pani wie, co pani robi?! Przecież ona panią wykończy!". - Ale ja i tak byłam prawie nieżywa, a personel na tabletkach uspokajających. Powiedziałam to.

Kilka dni po złożeniu pisma w dyrekcji do apteki zadzwoniła milicja. - Nogi się pode mną ugięły - wspomina Eleonora Chojnacka. - Narkotyki jakieś czy co?

Milicja wezwała kierowniczkę na posterunek. - Wprowadzono mnie do jakiegoś pokoju, a tam dwóch facetów w garniturach, krawatach i z legitymacjami MSW (do dziś żałuję, że nie spisałam tych nazwisk). "Jak się pani pracuje?" Odpowiedziałam, że źle z Drzazgą, bo się nie nadaje. A jeden z nich, ten bardziej chamowaty, z krzykiem: "A czy ona zawsze musi mówić: >>tak jest!?<<". Nogi znów mi się ugięły, ale odpaliłam odważnie. "Tak! Póki ja za wszystko odpowiadam materialnie". Na to ten chamowaty: "Zachowuje się pani, jakby była na własnym zagonie!".

Eleonora Chojnacka popłakała się. - Ten drugi próbował mnie uspokoić. Powiedział: "Niech pani wycofa to pismo, ona jest nam potrzebna". Nie miałam wątpliwości, że to kablówka.

Kierowniczka pismo wycofała.

Wkrótce zdjęto kierownika miejscowego sanepidu. Jego miejsce zajęła Regina D.

Roman G. pomija oficjalne drogi

Jolanta G. powiadomiła mnie, że jej brat, Roman G., chce się ze mną spotkać. Przyniesie kasetę z rozmowami: z Emilią i Reginą. Rozmowy nagrano 16 i 18 stycznia tego roku, wieczorem.

Roman G. ponawia propozycję - czy "Gazeta" wyłoży 20 tys. zł na "akcję"?

- Dlaczego nie spróbuje pan walczyć o Emilię oficjalną drogą? Z pomocą ambasady, policji?

- To jest niemożliwe. A jeśli nawet, to trwałoby bardzo długo.

Roman G. udostępnia mi kasetę.

Emilia prosi, by do niej nie dzwonić

Pierwsza rozmowa. Po dwóch sygnałach w słuchawce odzywa się niski, szorstki głos:

- Pronto!

- Dzień dobry, pani Regino, Roman G. się kłania.

- Aaa, dobry wieczór.

- Dzwonię, żeby dowiedzieć się, co tam u Emilki słychać? Bo pisaliśmy, a nie mamy informacji...

- Nie rozumiem.

- Jak się sprawuje?

- Dobrze, dobrze...

- Jest pani zadowolona?

- Tak, powiedziałabym, że tak.

- A jak ona się miewa?

- Eee, dobrze. Czuje się dobrze.

- Mogę z nią porozmawiać? Jest może gdzieś w pobliżu?

- Tak, oczywiście.

Emilia zimno: - Halo.

- Cześć Emilia. Jak sobie dajesz radę?

- Dobrze.

- Zadowolona jesteś?

- Tak. Bardzo. Pani, u której pracuję, okazała się bardzo, bardzo dla mnie wyrozumiała. Bardzo dobra, bardzo... no naprawdę, pod każdym względem.

- No to świetnie, cieszę się. Pani cię słyszy, jak mówisz?

- Tak.

- I to, co ja mówię, też słyszy?

- Tak. Posłuchaj, Roman, ja mam do ciebie prośbę: powiedz w moim domu, żeby oni tu więcej nie dzwonili ani wy. Ja nie chcę tu przyjmować żadnych telefonów. Ja tu przyjechałam do pracy, nie mogę wisieć na telefonie.

- Jasne, jasne...

- Posłuchaj, Roman! Pani chce mieć spokojne życie. Wasze telefony, czy mojej siostry, czy od was..., wprowadzają mnie w stan... Ja tu chcę nowe życie rozpocząć, mi tu jest bardzo, bardzo dobrze. Ja do Polski nie chcę wracać. A jeżeli te telefony będą i będą listy z mojego domu, które mnie denerwują... Powiedz w domu moim, że ja napisałam trzy listy i każdy z nich zawiera prawdę: ja chcę tu zostać, chcę rozpocząć nowe życie. Tu jest w ogóle, w ogóle inaczej niż w Polsce. Ja nie chcę mieć kontaktów z Polską! Rozumiesz?!

- Emilka, pamiętasz, gdzie się urodziłaś?

- Hm... no pewnie. (śmiech)

- No to powiedz, gdzie się urodziłaś?

- Dlaczego wy ciągle mnie sprawdzacie?! Ja nie wiem... co wy myślicie... tu jest tak porządny dom, tak porządna osoba, że ja przy tej pani to wiesz co? Nawet nie mogłabym jej butów czyścić, rozumiesz?

Regina nie życzy sobie intruzii

Druga rozmowa.

- Dobry wieczór, pani Regino, Roman G. się kłania ponownie.

- Słucham.

- Dzwonię w delikatnej sprawie: otóż była tu przed chwilą mama Emilii u nas, no i ma obawy, że Emilia nie przysyła do domu pieniędzy na spłacenie długu, który zaciągnęła w banku. I to jest wbrew umowie zawartej między Emilią a panią...

- Proszę pana, ja panu mogę powiedzieć tylko jedno: ja zostałam bardzo oszukana. Bo przyjechała tu osoba, która okazała się zupełnie inna, niż mi było powiedziane...

- No, ale...

Regina nie dopuszcza Romana do głosu: - Ja te sprawy załatwiam bezpośrednio z zainteresowaną, która u mnie pracuje, która u mnie jest. I to jest kwestia między nią i mną. Nie ma absolutnie żadnych... intruzii z zewnątrz. Nie zgadzam się absolutnie, bo w tych "punktach" sławnych, o których się tak źle wyrażono, było wyraźnie napisane, że nie ma żadnych intruzii z zewnątrz: żadnych spraw rodzinnych, żadnego wtrącania się, nikogo. Nie mam nic więcej do dodania na ten temat.

Odłożyła słuchawkę.

Emilia i Regina mówią jak siostry

Uderzyło mnie podobieństwo głosu obu kobiet - szorstki, chropowaty, stanowczy.

Następnego dnia pojechałam do domu Emilii. Padał deszcz, Irena piekła ciasto drożdżowe. Opowiadała i płakała.

- Niech pani nas tak nie zostawi - szepnęła.

Krystyna G. opowiada o Wioletcie

Odnajduję Krystynę G. spod N., szkolną koleżankę Reginy Drzazgi. Kiedy zmarł mąż Krystyny, rodzina znalazła się w kłopotach. Córka Krystyny, Wiola, zdała maturę, syn jeszcze się uczył. Drzazga skądś się o tym dowiedziała. Zaproponowała Wioletcie pracę.

Regina Drzazga i jej mąż mieli we Włoszech trzy mieszkania. Jedno z nich w Rzymie. Wioleta G. przeszła przez każdy z trzech domów. Umówiły się, że Krystyna będzie do niej dzwoniła w każdy ostatni poniedziałek miesiąca. - Ale telefony podnosiła Regina - wspomina Krystyna. - Wychwalała córkę pod niebiosa. Za każdym razem córka "gdzieś wyszła". Z listów nic złego nie wynikało. Czułam jednak, że coś tam jest nie w porządku. Ale uspokajałam się: jak będzie źle, to po prostu wróci.

Ale Krystyna nie wiedziała, że Regina zabiera pracownicom paszporty. A gdy się upominają, straszy policją. Nie wyobrażała sobie, że jej dorosła córka, silna i samodzielna, pozwala się bić.

Regina pisała donosy na ojca Hejmo z zakonu sióstr antoninek w Rzymie, który przygarnął jej kilka ofiar. Wiozła tam Wioletę albo inną ze swych służących i - pod groźbą - kazała oddać anonim w sekretariacie. Potem rewidowała, czy dziewczyna nie ukryła w ubraniu kartki z donosem.

U Drzazgi Wioleta pracowała z dwiema Polkami. Regina zabierała im listy, a te do domu - dyktowała. Kiedyś Wioletta nie chciała oddać Reginie listu od matki i zjadła go na oczach pracodawczyni. Wspomina Krystyna: - Drzazga złapała córkę za włosy, biła ją i wrzeszczała: "Kim ty jesteś!? Polską kurwą! A ja mam pochodzenie! Jestem córką niemieckiego oficera! Nikt jeszcze ze mną nie wygrał!".

Wioleta i dwie pozostałe dziewczyny (Bogusia i Krysia) postanowiły uciec. Przygotowywały się do tego parę miesięcy. Któraś podpatrzyła, że Drzazga trzyma paszporty w torebce. Bogusia wykradła klucz od drzwi (bo ciągle były zamykane), a Wiolka paszporty. I tak jak stały - uciekły.

Krystyna nie wie, co stało się z koleżankami Wiolety. Jej córka została w Rzymie. Krystyna do niej przyjechała. - To już nie było moje dziecko - wspomina. - Ręce jej się trzęsły, niespokojnie wodziła oczami.

W Rzymie Wiolka związała się z Polakiem. Zostawił ją z dzieckiem.

- Może nie mógł z nią wytrzymać? - zastanawia się Krystyna.

Kilka miesięcy po ucieczce Wioletty od Drzazgi zmarł syn Krystyny, brat Wiolety. Lekarze źle zoperowali wyrostek. Krystyna pojechała z pielgrzymką do Papieża. W Rzymie spotkała się z córką. Potem z wycieczką pojechały na Monte Cassino.

Pod Monte Cassino na Krystynę czekał list. Ktoś chciałby się spotkać, porozmawiać. Poniżej podpis "Włoszka" i numer telefonu. Wioleta wpadła w histerię. To był numer Reginy D.

Krystyna list zignorowała.

Po powrocie do kraju co tydzień przychodziły do niej anonimy. Krystyna wiedziała, kto jest nadawcą. Nadawczyni pisała, że syn Krystyny zmarł, bo "ta polska dziwka" uciekła od niej i zostawiła ją w potrzebie, że ona widzi w szklanej kuli, że córka zginie, a Krystyna na starość oślepnie.

Odwiedzam biuro detektywa M.

Ponownie zadzwoniła do mnie Jolanta G. Zawiadomiła, że następnego dnia u detektywa jest "zebranie w sprawie wydobycia Emilii". Napomknęła, że detektyw, Wiesław M., rezygnuje szlachetnie z honorarium, ale "jego ludzie" zażądali po 25 dolarów za godzinę.

Dodała, że Roman G. zapalił się do zrobienia filmu o "tej sprawie". Jest już kamera i "wejście" do jednej ze stacji telewizyjnych. Ale copyright należy do Romka - zawiadomiła.

Był początek kwietnia. Ja już wiedziałam, że pojadę do Kalabrii, ale trzymałam to w tajemnicy przed rodzeństwem G. Nie miałam wątpliwości, że do Emilii trzeba pojechać jak najszybciej.

Miałam swój plan na uratowanie Emilii. Ale na spotkanie poszłam z ciekawości. Biuro detektywa M. (na tabliczce napis: dr nauk prawnych) mieści się na parterze jednego z wieżowców Warszawy. M. przyjął mnie w niebiesko-żółtym dresie i adidasach. Roman G. już był: elegancki, w garniturze. Detektyw podał nam sok, rozłożył mapę, wyjał lupę. I rzucił znad Kalabrii: - Czegoś się pani dowiedziała?

- Tego i owego. Baba jest dość niebezpieczna. Trzeba uważać.

Detektyw: - Chcemy wyruszyć 14 kwietnia.

Ja: - Mogłabym pojechać wcześniej na rekonesans.

- A jak się spotkamy?

- Na miejscu. W jakimś barze.

- A skąd pani wie, że tam jest bar?

- Bo wiem. Pan też już to powinien wiedzieć.

- A jak się spotkamy?

- Podam panu numer telefonu komórkowego, który będę miała we Włoszech.

Roman G.: - Rozejrzała się pani za pieniędzmi?

- Mam nadzieję, że dla siebie uda mi się zdobyć.

- Hmmm... Potrzebne są. I kamera też.

Detektyw odkłada lupę. - Mam znajomego posła z dojściem do telewizji. Pomógłby zdobyć pieniądze na film, pan Romek by napisał scenariusz.

Pan Romek spojrzał w sufit: - Chyba bym nie umiał...

Detektyw: - No to pani pomoże. Pomoże pani?

Poznaję dramat pochodzenia Reginy D.

Ci w N., którzy nie boją się rozmawiać o Reginie D., opowiadają, że w czasie wojny matka Reginy, Irena D., miała romans z niemieckim oficerem. Gdy brzuch Ireny zrobił się widoczny, mieszkająca z nią siostra, Cecylia, zamykała ją w komórce. - Każdy wiedział, że w tym brzuchu jest szwabski bachor - opowiada 83-letnia Henryka K.

W 1942 roku urodziła się Regina.

"Skażonej Niemcem" Ireny nikt już nie chciał. W N. uważano, że splamiła honor miasta.

Dwie siostry - Irena, pracownica fizyczna w drukarni, i Cecylia, księgowa - samotnie wychowywały Reginę. Dominująca w rodzinie Cecylia trzymała obie w srogiej dyscyplinie.

I w nienawiści.

Ireny nie znosiła za to, że hańbą okryła rodzinę. Biła ją, targała za włosy. Reginy nienawidziła za to, że to "znajda". - Gdy Reńka ryczała w wózku na ulicy, Cecylia robiła nad nią gesty poduszką, tak jakby chciała ją udusić - wspomina Henryka K.

Gdy Regina była mała, Cecylia kupiła jej buciki, lakierki. Najpiękniejsze lakierki w N. Ale Reginie nie wolno było w nich chodzić. Cecylia skryła je w kredensie i powiedziała, że Renia dostanie je, gdy zasłuży.

Po latach Regina pisała do Bożeny Witkowskiej: "Ciotka ma pretensję do całego świata, że ja dla niej straciłam serce! Jak mogę jeszcze je mieć po tym, co przeszłam jako dziecko?".

Ciotka Cecylia z jednej strony karciła Renię na każdym kroku, z drugiej - kazała jej być najlepszą.

Żeby przykryć hańbę Ireny.

Jej wojenny romans zżerał te trzy kobiety. Nie umiały sobie z tym poradzić. Raniły wszystkich wokół. Tak, jakby uważały, że cudzy ból złagodzi ich własny.

Dzieci wołały za Renią: "ge-sta-pó-wa!", "es-es-man-ka!". Ktoś na ścianie kamienicy, w której mieszkały, wykaligrafował: "SS".

Regina gardziła miastem, które tyle o niej wiedziało, i matką. Gardziła rodziną, która po wojnie odwróciła się od jej matki i ciotki (młodsza siostra i brat Ireny zerwali z nimi kontakt i zamieszkali w innych miastach).

Pojawia się Włoch z bukietem bzu

Na początku 1971 r. N. obiegła wieść, że "jędza z sanepidu złowiła makaroniarza". - Wokół śnieg, a Włoch przysyłał jej bzy - wspomina farmaceutka z N.

W środku komunizmu i zimy miasto gadało o bzie, Włochu i nie zasłużonym szczęściu Reńki.

Ciotka i matka zaczęły biegać do mięsnego i od drzwi, bez kolejki, wołały: "Pół kilo szynki dla pani magister, proszę". I szynka lądowała na ladzie, kolejka się oblizywała, a Regina coraz wyżej nosiła głowę.

Ślub wzięła we wrześniu 1971 r. W warszawskim Pałacu Ślubów. Bożena pożyczyła jej różową sukienkę.

Detektyw nie uprowadzi Emilii

Znając już Reginę D. z opowiadań, byłam pewna, że zabroni mi rozmawiać z Emilią. Mogłam mieć tylko nadzieję, że uda mi się dopiąć przynajmniej tego, że Emilia mnie zobaczy. Wymyśliłam, że ubiorę się w jej sukienkę. Żeby bez słów wiedziała, że przychodzę od bliskich i może oczekiwać pomocy.

Czy Regina zechce ze mną rozmawiać? Czy wpuści mnie do mieszkania? Zamierzałam wykorzystać jej słabość do komplementów (choć wiedziałam już, że jest przebiegła). Powiem, że zbieram materiał do reportażu o Polakach, którzy osiedlili się we Włoszech i odnieśli sukces.

Miałam też w zanadrzu drugą wersję. Emilia pisała, że w soboty odwiedzają przydrożną figurkę Matki Boskiej. Pomyślałam, że w jej ubraniu w sobotnie popołudnie pojawię się u stóp Madonny. Coś z tego musi wyniknąć.

Wiedziałam już, że w podróży do Kalabrii mogę liczyć na pomoc moich włoskich przyjaciół (samochód, telefon komórkowy, ochronę).

Na dwa dni przed wyjazdem do Włoch zadzwonił Roman G. Powiadomił mnie, że zrezygnował z detektywów, bo nie udało się zebrać pieniędzy. Nie powiedziałam, że mam już bilet na samolot.

Biorę do torby sukienkę Emilii

Następnego dnia ponownie odwiedziłam matkę i siostrę Emilii. Poprosiłam o jakieś ubranie Emilki. Joanna wyciągnęła barwną bluzkę i długą do kostek spódnicę, kostium szczególnie bliski Emilii: kiedyś przez miesiąc oglądała kolorowy materiał na wystawie sklepowej i żałowała, że nie stać jej na to. Po jakimś czasie kupiła jednak to marzenie z witryny i sama uszyła ubranie.

Kiedy je pakowałam, Irena w skupieniu pochyliła się nad kawałkiem kartki w kratkę. Pisała coś do Emilki. Joanna przyniosła święty obrazek. Poprosiła, bym go dała albo przynajmniej pokazała Emilii.

W czwartek 10 kwietnia poleciałam do Włoch. Za dwa dni planowałam spotkanie z Reginą i Emilią. Być może pod przydrożną figurką Madonny.

 

Imiona i nazwiska głównych bohaterek oraz nazwa miejscowości we Włoszech zostały zmienione.

 

 

 

 

 

 

Gazeta Wyborcza - 27/06/1997

 

 

Irena Morawska

Jak Emilię z Kalabrii od złej pani wykradłam - 2

 

 

We Włoszech pierwsze kroki skierowałam do konsulatu przy ambasadzie polskiej w Rzymie. Przyjęła mnie konsul Maria Olszańska. Podzieliłam się z nią wiedzą o Reginie D., pracodawczyni Emilii . Opowiedziałam historię Emilii i innych kobiet.

Pani konsul na pół godziny utknęła w archiwum ambasady. Wróciła z pożółkłą teczką Reginy Drzazgi. Było w niej pismo z połowy lat 70., w którym Regina skarży się na męża i jego rodzinę, że utrudnia jej m.in. nostryfikację dyplomu. W związku z niemożnością podjęcia pracy Regina D. prosi polskie władze o przywrócenie jej polskiego obywatelstwa, gdyż "...Ojczyzno, jesteś jak zdrowie, ten tylko się dowie, kto cię stracił". Tak pisała.

W teczce Drzazgi leżało też pismo od rzymskiej policji z września 1988 r. Sabina I., mieszkanka Łodzi, poskarżyła się policji, że D. ukradła jej paszport, pieniądze i bagaż. Odnotowano, że po interwencji ambasady D. zwróciła rzeczy. (Po powrocie do kraju odwiedziłam Sabinę I. Ta emerytowana urzędniczka pobyt u Drzazgi wspomina jako najgorsze życiowe doświadczenie. Do dziś pozostaje pod opieką psychiatry. Za utratę zdrowia i naruszenie praw osobistych Sabina I. zamierzała podać Reginę D. do sądu. Sprawa zadośćuczynienia jednak skończyła się na etapie rozmów adwokatów. Były mąż Drzazgi dał Reginie dla Sabiny I. kilka tysięcy dolarów, ale Sabina nigdy tych pieniędzy nie otrzymała).

Szukam figurki Madonny i Copernicusa

Konsul Maria Olszańska wystawiła mi zaświadczenie, że jestem polską dziennikarką, która zbiera materiał do reportażu o Polakach mieszkających we Włoszech. Skserowano mi też paszport, żeby w razie czego nie stracić oryginału. Wyruszyłam samochodem do Kalabrii.

Serra San Domenico leży wysoko w Apeninach Kalabryjskich, około 50 km od morza. Aby tam dojechać, trzeba pokonać mnóstwo serpentyn. Po obu stronach drogi co kilka kilometrów stoją figurki Madonny ze sztucznymi kwiatami.

Usiłowałam wyczytać z listów Emilki, którą to Madonnę odwiedza z Reginą w sobotnie popołudnia (wówczas jeszcze nie wiedziałam, że "za karę" Regina przestała ją tam wozić). Pod tą figurką zamierzałam się pojawić w barwnej bluzce i długiej spódnicy Emilii.

Gdy wydawało się, że podróż serpentynami między pomnikami, figurkami i przepaściami będzie trwała wiecznie, pojawiło się drzemiące w lasach Serra San Domenico. Przy wjeździe do miasta jest tartak Antonia P., właściciela 1500 hektarów lasu, byłego męża Reginy Drzazgi.

Miasteczko liczy kilka tysięcy mieszkańców. Ma pięć kościołów i ulicę Copernicus, przy której mieszka Regina D. Większość osób w mieście nie wie o istnieniu takiej ulicy. Z listów Emilii wnioskowałam, że z okna widzi góry. Szukałam więc ulicy na obrzeżach: samochodem, pieszo. Ludzie zaczęli mi się przyglądać. Pytali o osobę, której poszukuję, ale nie chciałam zdradzić jej nazwiska. Bałam się, że ktoś może uprzedzić Reginę, o której Emilia pisała: "...Pani jest tutaj osobą bardzo znaną, szanowaną i podziwianą. Ma bardzo duże znajomości w policji, sądach i u adwokatów...". Miałam telefon Reginy. Ale do takich osób się nie dzwoni, tylko stuka do drzwi.

Po godzinie znalazłam.

Pomaga mi kobieta w zielonych spodniach

Ulica Kopernika jest krótka, bez tabliczki z nazwą. Kamienica, w której mieszka Regina, nie ma numeru. Uliczka zamarła w bezruchu. Przyglądałam się trzecim piętrom, może dostrzegę Emilię. Znam ją już z fotografii.

Nagle z jednego z bloków wynurza się kobieta w zielonych spodniach, podbiegam, pytam, czy zna Reginę. Kobieta konspiracyjnie: - W tym bloku, ostatnie piętro. Jest w domu. Ale może pani nie otworzyć. Jest dziwna.

- Co to znaczy? - udaję.

Kobieta uśmiecha się. - Ludzi nie lubi.

Słysząc odgłosy dochodzące z głębi bloku, nieznajoma daje susa w uliczkę. Pojawia się znowu, gdy wracam do samochodu po torbę.

- Właśnie wychodzą z garażu. - szepcze. - Jak się pani pośpieszy, to ją pani złapie.

Regina podnosi palec, Emilia znika

Potem się dowiedziałam, że w tym dniu, w sobotę 12 kwietnia, Regina była wyjątkowo spięta. Mąż, z którym jest w separacji i który (zgodnie z zawartą między nimi umową) pokrywa m.in. jej wydatki medyczne, zalegał z wysłaniem czeku za wizytę kontrolną u stomatologa (około 50 tys. lirów).

Regina wypatrywała czeku, ale nie nadchodził. Zadzwoniła więc do syna w USA (koszty telefonu też pokrywa Antonio), aby ponaglił ojca. Syn oddzwonił, że ojciec zostawił czek w garażu. Regina wzięła ze sobą Emilię i zeszły do garażu. Czeku nie znalazły.

Podbiegam do drzwi bloku. Szczęśliwie kobieta w zielonych spodniach nie zamknęła ich, inaczej miałabym kłopot, większość lokatorów mieszka tu tylko latem, a przy domofonie nie ma nazwiska Drzazgi. Wpadam na niewielkie podwórko. Na schodach przy garażu spotykam dwie kobiety: wyższa, blondynka, ma włosy gładko zaczesane do tyłu i czymś ozdobnym spięte w kucyk, w uszach ciężkie złote kolczyki, na szyi gruby złoty łańcuch, na przegubach dłoni - po kilka złotych bransoletek. Brązowa bluzka i czarne legginsy ciasno opinają ciało. To Regina.

Obok niej drobna dziewczyna z wypiekami na twarzy. Ciemnoblond włosy opadają z tyłu na kołnierzyk niebieskiej bluzki. Jasny fartuszek.

Rzuciła okiem na moją (swoją) spódnicę i spłoszona uciekła wzrokiem.

Czy to możliwe, że spódnica była szyta na miarę? Dziś Emilia by w niej utonęła. Przypominam sobie fragment jej listu: "u Pani jest mi dobrze, przytyłam jak bomba".

Pytam tę wyższą, czy jest Reginą D. Potwierdza. Przedstawiam się po polsku. Mówię, że robię reportaż o Polakach we Włoszech. Regina patrzy na Emilię i podnosi palec do góry. Emilia bez słowa znika na schodach. Wszystko trwa sekundy.

Regina wyrzuca mnie z garażu

Regina otwiera garaż (potem dowiem się, że rozmawiała ze mną, bo myślała, iż jestem wysłanniczką jej męża, z czekiem na dentystę).

Wokół pięknie ułożone w sterty drwa do kominka. Pośrodku - biały samochód.

Regina stoi naprzeciw mnie: wyniosła, zimna. Więc tak wygląda "ten postrach": brzydka, surowa, jej lodowate spojrzenie to jeszcze pogłębia.

Wtedy zrozumiałam słowa Bożeny W., że w spojrzeniu Reginy jest "coś, co może rozwalić mury".

Zapytałam: - Tak będziemy rozmawiać? Na stojąco?

Regina wzdrygnęła się.

- Kim pani jest?! Kto tu panią nasłał?!

- Nikt mnie nie nasłał. Już się przedstawiłam...

- A skąd pani o mnie wie?!

- Ludzie mówią, że tu mieszka Polka.

- Którzy?! Moje życie to nie pani sprawa! - wychodzi z garażu. Ja za nią.

Zgadzam się potulnie, ale nalegam: - Skoro pani nie chce o sobie, to może porozmawiamy o dziewczynie, którą pani zatrudnia?

- Kto panią nasłał?! - krzyczy Drzazga na schodach. - Jakim prawem mnie pani nachodzi?! Wezwę karabinierów!

Zatrzaskuje mi przed nosem drzwi do mieszkania.

Pojawiają się karabinierzy

Zeszłam na dół. Nie wiedziałam, co robić.

Zastanawiałam się. Wreszcie postanowiłam wrócić pod drzwi Drzazgi.

Zadzwoniłam. Cisza. Ponownie przydusiłam dzwonek, trzy razy z rzędu. Zza drzwi odezwał się twardy głos. Pytał po włosku, kto tam i czego sobie życzy.

Powiedziałam, że chcę usłyszeć odpowiedź na jedno tylko pytanie: - Dlaczego straszy mnie pani karabinierami?

Głos odpowiedział wściekle: - Bo pani mnie molestuje, narusza moje prawo do prywatności.

A ja na to: - Chcę pani powiedzieć, że nie musi pani wzywać karabinierów. To ja do nich pójdę, bo w przeciwieństwie do pani mam powód.

Głos już się nie odezwał.

Przechodząc przez podwórko, spojrzałam w górę. W oknie na trzecim piętrze mignęła twarz Emilii. Potem drugi raz i trzeci. Przypomniałam sobie wtedy jej matkę, Irenę, kiedy mówiła: "Niech nas pani tak nie zostawia". Zachowanie Reginy utwierdziło mnie w tym, że nie wolno mi tego zrobić.

Pod blok podjechali karabinierzy. Przypadek czy też Regina ich wezwała? Wysiadło ich dwóch z wozu. Ucieszyłam się. A ich to zdziwiło. Poprosili o paszport. Dałam jego kserokopię i pismo z ambasady. Spisali co trzeba. Poprosiłam ich o nazwiska. Odmówili. Opowiedziałam, co się zdarzyło. Dodałam, że Regina przypuszczalnie więzi Emilię. I dobrze by było, gdyby to zbadali. Jeden z funkcjonariuszy poszedł do mieszkania Drzazgi. Wrócił po 40 minutach. Powiedział, że z zeznań właścicielki mieszkania wynika, że naruszyłam jej prawo do prywatności.

Mundurowy zadecydował, że konfrontacja z Reginą D. odbędzie się na posterunku.

Ale nie on sam tak zadecydował.

Pod blok nadjeżdżał kolejny radiowóz. W towarzystwie dwóch radiowozów jechałam na posterunek, odległy najwyżej o 300 metrów. Za nami, za radiowozami, szła Regina.

Karabinierzy konfrontują mnie z Reginą

Zanim Regina dotarła na komisariat, zadzwoniłam z telefonu komórkowego do konsul Marii Olszańskiej.

Powiedziała, że trzyma za mnie kciuki i żebym po wyjściu się odezwała.

Posadzono mnie na wprost szefa w kolorowym sweterku. Nad jego potężnym biurkiem wisiał krzyż, zdjęcie prezydenta Scalfaro i włoska flaga.

Zdziwił się, że podróżuję bez paszportu. Wyjaśniłam, że dla bezpieczeństwa zdeponowałam go w konsulacie.

Obejrzał moją legitymację dziennikarską. Zwróciłam mu uwagę na słowa: "wszystkie instytucje oraz osoby prywatne proszone są o udzielenie okazicielowi niniejszej legitymacji pomocy w wykonywaniu obowiązków zawodowych". Powiedziałam, że pani D. ma prawo odmówić mi rozmowy, ale nie ma prawa zabronić mi kontaktu z pracującą u niej Polką (podałam jej imię i nazwisko). Karabinierzy zgodzili się: nie ma takiego prawa.

Weszła Regina.

Siadła obok mnie i zapowiedziała: - Nie życzę sobie używać języka polskiego.

Szef poprosił mnie o zrelacjonowanie wydarzenia. Regina przerywała co chwila: wyrzucała z siebie potoki niezrozumiałych nawet dla nich słów. Zrobiło mi się jej żal. Powiedziałam po polsku: - Dlaczego pani jest taka trudna? Chciałam spróbować panią zrozumieć. Dać pani sposobność obrony.

Regina odrzekła z pogardą: - Ja nie potrzebuję żadnego appoggio (podpory, wsparcia).

Regina musi się mitygować

Opowiedziałam, że powinna jednak o tym pomyśleć, bo właśnie obnażę jej tajemnicę: zaprasza do siebie Polki i znęca się nad nimi. W tej chwili przebywa u niej Polka, która pracuje u niej za darmo i którą ona maltretuje psychicznie.

- To mój gość! - krzyknęła Regina.

Z torby wyjęłam plik materiałów. Wśród nich były listy Emilii i Reginy, w których pisze o "punktach", warunkach pracy itd. Powtórzyła, że zmyślam. Znalazłam jej podpis w jednym z listów: - Czy to pani?

- A co, pisać nie wolno?

Wymieniłam nazwisko Sabiny I., Bożeny Witkowskiej i wielu innych. Regina znów krzyczała, że zmyślam.

Karabinierzy patrzyli po sobie w milczeniu. Nie zainteresowały ich ani moje materiały, ani to, że zarzucam Reginie wykorzystanie co najmniej dwudziestu kobiet.

Spostrzegłam, że Regina patrzy na szefa. A on macha pismem, które wystawiła mi ambasada (że zbieram materiał do reportażu o Polakach), i mówi: - Nic nie możemy zrobić.

Udałam, że nie słyszę, ale gest szefa upewnił mnie, że Regina ma pomoc karabinierów i że Emilia nie może na nich liczyć. Upomniałam się więc znowu o spotkanie z nią. I napomknęłam, że chciałabym Emilii przekazać list od matki. Szef dyskretnie powiedział Reginie, że nie ma prawa zabronić mi rozmowy z Emilią. Odpowiedziała grzecznie: - Ależ oczywiście, zapraszam panią do siebie do domu, rozgości się pani i porozmawia, jak długo zechce.

Zapytałam: - To dlaczego nasłała pani na mnie karabinierów?

- Bo myślałam, że jest pani jedną z tych, co biegają z kolorowym sprayem i pryskają w twarz.

Emilia chce zostać u dobrej pani

Wyskoczyła z posterunku. Ja za nią. - I po co to wszystko było? - zapytałam po polsku. Przystanęła i syknęła: - Nie życzę sobie rozmawiać po polsku! Nienawidzę! Zapomniałam!

Ruszyła przed siebie.

- Może pójdziemy razem? - zdążyłam zaproponować.

- Za mną! - syknęła przez ramię. I pomknęła szybkim krokiem.

Gdy dotarłam pod kamienicę, drzwi wejściowe były zamknięte. Dwanaście przycisków przy domofonie. Kilka pustych. Który z nich należy do Reginy? Jeśli przycisnę nie ten co trzeba i znów zostanę posądzona o molestowanie? Doznałam olśnienia: w kieszeni miałam telefon komórkowy. Wybrałam numer Reginy. Nie spodziewała się, że to ja, podniosła słuchawkę. Jęknęła, gdy usłyszała: - Zapomniała pani o mnie.

Domofon zaskrzeczał dopiero po długiej chwili.

Niemal równolegle z dzwonkiem drzwi od mieszkania Reginy otworzyły się. Wypadła z nich Emilia i Regina z kluczami w ręku. Nerwowym ruchem przekręciła je w drzwiach.

Ponagliła Emilię: - No! I ustawiła się za nią z kluczami w ręku.

Emilia bez fartuszka wyglądała jeszcze drobniej. Jej oczy i policzki płonęły. Stanęła przede mną na baczność i wydeklamowała: - Nie rozumiem, o co pani chodzi? Robi pani tyle zamieszania. Mnie jest u pani bardzo dobrze. Chcę z panią zostać i nie chcę wracać do Polski.

Ta reakcja nie zaskoczyła mnie, ale zmartwiła. Z Emilią było gorzej, niż się spodziewałam. Myślałam: pozna swoją sukienkę, przynajmniej mrugnie, ale jej błyszczące oczy mówiły tylko, że powinnam być ostrożna. Powiedziałam, że mam dla niej coś od mamy. Bez reakcji. Zaczęłam szukać w torbie świętego obrazka, który dała dla niej Joanna. Odwinęłam z chusteczki i powoli jej podałam.

Przyjęła drżącą ręką. - To wszystko? - zapytała. - Muszę już wracać.

- Tak, to wszystko - skłamałam. A ona odpowiedziała: "dziękuję". I zniknęły za drzwiami.

Nie dałam jej karteczki od mamy. Pomyślałam, że Drzazga i tak ją odbierze. Była sobota wieczór. Nic już i tak bym nie wskórała. Posiadanie liściku dawało mi o jedno podejście więcej.

Zadzwoniłam do Polski, do siostry Emilii, Joanny. Opowiedziałam, co się wydarzyło. Poprosiłam, żeby oszczędziła mamę. Zadzwonię w poniedziałek po południu. Joanna płakała.

Spotykam Chopina, Kaśkę i uzyskuję bezcenną wiadomość

Zadzwoniłam do byłego męża Reginy. W biurze piszczał faks. Domowy numer był zastrzeżony, a brama domu zamknięta. Pomyślałam, że weekend spędza w Copanello. Pojechałam tam następnego dnia, ale letniskowe miasteczko było puste i głuche. W jedynej czynnej restauracji nikt nie znał nazwiska Antonia P.

W jednym z nadmorskich barów zobaczyłam na ścianie wizerunek Chopina. Przypominał Chopina z butelki z wódką. Zapytałam właściciela baru, skąd ten polski akcent. W odpowiedzi przyprowadził Annę.

Anna mieszka we Włoszech od kilku lat. Zdążyła się rozwieść, ale obywatelstwo zostało. Wspólnie z kolegą prowadzi bar.

Mieszkała kiedyś w Serra San Domenico. Wie o istnieniu Drzazgi. "jak o istnieniu upiora". Podała mi kontakt na Polki, które dobrze znają Reginę.

W niedzielę po południu znów pokonywaliśmy serpentyny do S.S. Domenico. Na rogatkach jest tawerna, w której pracuje Kaśka.

W ubiegłym roku Regina D. pojawiła się tam. Stanęła przed Kaśką. Powiedziała, że jest bogata, pochodzi z rodu Sopliców i poszukuje Polki do pracy.

"Idź, jeśli chcesz poznać smak więzienia" - ironizował właściciel tawerny. Kaśka, jak większość mieszkańców S.S. Domenico i okolic, wiedziała, że D. wykorzystuje zapraszane Polki. Propozycję "hrabianki" odrzuciła.

Ale od Kaśki usłyszałam bezcenną wiadomość: w sobotę wieczorem, po mojej wizycie, karabinierzy przesłuchali Emilię. Kaśka była tłumaczką.

Przed karabinierami Emilia zeznała, że jest przyjaciółką Reginy, że poznały się w Polsce i Regina ją zaprosiła na wypoczynek, a nie do pracy. - Wiedziałam, że ona nie mówi prawdy - opowiada Kaśka. - Mówię jej: wiem, jaka jest Drzazga. Wiem, że się boisz. Ale już nie musisz. Oczy jej błyszczą, omal nie wypłyną, a ona w kółko, że niczego się nie boi, że nie pracuje. Nie wierzyłam w to i powiedziałam karabinierom, że ona ukrywa prawdę.

Potem dowiedziałam się, że po tych zeznaniach Emilii Regina powiedziała jej, że jest najlepszą Polką, jaką spotkała, że "odkupiła wszystkie grzechy". Następnego dnia Regina kupiła jej ciastko i powiedziała: "Widzisz, jak jestem dobra? Powtórz, że jestem dobra".

(Tego wieczora w N. u Bożeny Witkowskiej zadzwonił telefon. W słuchawce słyszała tylko odległy głos kobiety: "Pronto! Pronto!").

Serra San Domenico mówi o Reginie

Miasteczko Serra San Domenico nie lubi Polki, która przybyła tu za mężem ponad ćwierć wieku temu. Podobnie jak w N., ludzie nie chcą o niej rozmawiać. Niektórzy mówią: - Lepiej siedzieć cicho. Kto ma pieniądze, ten rządzi.

A Bruna Zaffino (która znalazła nagą Bożenę Witkowską) dodaje:

- Byłoby co opowiadać, ale pani wyjedzie, opisze, a ja tu zostanę.

Niejedna osoba w miasteczku straciła pracę przez Reginę D. Do podpisywania lub podkładania donosów często wykorzystywała pracujące u niej Polki. Ludzie znajdują kartki, że ktoś ma kochankę, kochanka albo źle się wyraża o pracodawcy. Pewną Afrykankę, która u niej pracowała i uciekła, oskarżyła o kradzież. Policja wydaliła ją z Włoch z wpisem do paszportu.

Gdy Drzazga pojawia się w sklepie, ekspedientki znikają. Żadna nie chce jej obsługiwać, bo Regina zawsze znajdzie coś, co jej się nie podoba.

Ekspedientki w miasteczku nazywają ją "signora mezzetto" ("pani połóweczka") lub "pięćdziesiąt gramów". Nigdy nie kupuje więcej jak pięć deka. - Gdy jest pięć i pół albo sześć (a ona dopatrzy się tego w domu), zwraca zakupy, awanturuje się i straszy karabinierami - opowiada Antonella, sklepowa.

- Ona działa z ukrycia - charakteryzuje Reginę Franco, mechanik samochodowy. - Jak duch. Ich też nie widać, a każdy się boi. Nikt nie wie, kiedy i czym jej podpadł. A potem przychodzi do niego urząd skarbowy albo policja. Dlatego każdy się przed nią trzęsie.

Franco mówi, że rzadko ją widać na mieście. - Gardzi biedotą, czyli nami. A kiedy już się pojawi, straszy swoją zaciętą twarzą. Przez ćwierć wieku zacięta twarz. Mówimy na nią vipera.

Antonio opowiada o swojej pomyłce

Były mąż Drzazgi Antonio P., najbogatszy człowiek w Serra San Domenico, niechętnie wraca do wspomnień o "piekle z Reginą". - Wymazałem z pamięci. Inaczej bym zwariował.

Mieszkańcy mówią o nim: "dusza nie człowiek". Ma około sześćdziesięciu lat. Wysoki, przystojny, twarz o łagodnych rysach.

Reginę poznał w Rzymie ponad ćwierć wieku temu. Podobno spóźniła się na samolot do Polski i znajomi przyprowadzili ją do jego mieszkania. Opowiadała, że pochodzi z hrabiowskiej rodziny (Bożenie W. wtedy szeptała: "Chcesz coś osiągnąć, musisz dorobić życiorys").

- Potem przyjechała znowu, później ja do niej. I zakochałem się, o Boże. Miłość! To przecież takie irracjonalne uczucie.

- Czy wtedy potrafiła się uśmiechać?

- Nie. Na palcach jednej ręki mogę policzyć jej uśmiechy. Prosiłem: "Rób to częściej, jesteś wtedy taka piękna". A ona ubierała tę swoją twardą twarz i mówiła, że nikt jej nie będzie dyktował, co ma robić.

Ślub odbył się we wrześniu, Regina przyjechała do męża dopiero w lutym następnego roku. Tłumaczyła, że wcześniej nie może. - Zdziwiło mnie to, bo paszport miała wystawiony w grudniu. Odpowiedziała, że to nie moja sprawa.

Nostryfikowała dyplom. Aby podjąć pracę, musiała zdać kilka egzaminów. Tłumaczyła, że nie ma z czego się uczyć. Antonio sprowadził jej stertę książek. - Przez trzy lata stały tak, jak przyszły. Zapakowane - wspomina Antonio. - Szybko się zorientowałem, że ślub z nią to jakaś absurdalna pomyłka.

Urodził się Massimiliano. Antonio wierzył, że syn odmieni Reginę.

- A ona coraz bardziej zapadała się w sobie. Zamykała przede mną, przed ludźmi. Swój wewnętrzny niepokój i gniew przerzucała na nasze życie. Wciąż się kłóciła, prowokowała.

Potem Regina zaczęła kolekcjonować głosy: - Nagrywała nasze kłótnie i nosiła do prokuratury. Do domu nie wpuszczała przyjaciół, całą moją rodzinę rozpędziła.

Ożywiała się podczas zakupów: futra, perfumy, eleganckie suknie. - Rano kupowała, po południu odnosiła - wspomina Antonio. - We Włoszech już ją znali. Ale gdy do amerykańskiego salonu mody po raz kolejny przyniosła zakupione rano rzeczy, ekspedientka się zbuntowała. Wynikła awantura. Regina, jak zwykle, wezwała policję.

Antonio myślał, że jego polska żona może tęskni do matki. Sprowadził ją. - To był biedny, zastraszony człowiek - ocenia. - Zorientowałem się, że gdy mnie nie było, Regina ją terroryzowała. Zacząłem się bać żony.

Unikał jej, częste wyjazdy zasłaniał pracą. Domyślał się, że żona znęca się nad Polkami, które ściąga do pracy. Wiedział, że zabiera im paszporty: - Oddaj, mówiłem. Chce wrócić do kraju, niech jedzie, kupię jej bilet. A ona na to, że to nie moja sprawa. (Jestem dumna ze swego twardego charakteru, który odziedziczyłam po ojcu, Niemcu - opowiadała Regina Bożenie W.).

W jakimś momencie Antonio zorientował się, że Polki były jej potrzebne, bo chciała je upokarzać. - Nie potrafi dawać uczuć dobrych, bo ich nie ma. Obdarowuje tym, co ma: nienawiścią.

Antonio P. mówi, że bronił małżeństwa ze względu na syna. - Dałem jej wszystko, co chciała. Nawet ulicę Kopernika.

W miasteczku mówią, że Regina pewnie go czymś szantażowała, dlatego tak długo z nią był. Antonio smutno się uśmiecha.

- Ona wciąż mnie szantażuje, całe życie. Nigdy nie wiem, co wymyśli, aby wsadzić mnie do więzienia albo do grobu.

Kilka lat temu, zanim rozstał się z Reginą, zapadł na tajemniczą chorobę. Zaatakowała mu system nerwowy. Antonio kuleje. Choroba nie pozwala mu stać dłużej niż kilka minut. Nie chce o tym mówić.

Antonio przyznaje: - Chciałem ją udusić

Regina złożyła w prokuraturze plik donosów na męża. - Wezwali mnie i robią dochodzenie - wspomina Antonio. - Ja mówię tej prokurator: niech będzie, że zabiłem trzy osoby, że jestem szefem mafii i co tam jeszcze ona chce, ale najpierw ją zbadajcie.

(Jak twierdzi Antonio P., jego była żona jest od trzech lat pod stałą opieką rzymskiego psychiatry).

Kiedyś, w Ameryce, zgłosiła policji, że mąż chciał ją udusić i wyrzucić przez okno.

- Zmyśliła, jak zwykle? - pytam.

- Nie. To była prawda - wzdycha Antonio.

Wrócili akurat z męczących zakupów. Antonio padł skonany w fotelu. Regina mówiła i mówiła, on usiłował się zdrzemnąć. Nagle rzuciła mu w twarz pudełeczkiem. Antonio wyciąga z kieszeni plastikowy pojemnik na lekarstwa: - Tej wielkości, tylko z metalu. Wpadłem w furię. Chwyciłem ją za gardło, ścisnąłem i mówię: uduszę cię.

Wszystko to działo się przy oknie na 14. piętrze hotelu Marriott. - Zagroziłem: popatrz w dół! Mógłbym cię tam zrzucić! Ona jest mistrzynią prowokacji. Szczęśliwie udało mi się opanować.

Spisali umowę: ona wycofa wszystkie donosy, on będzie pokrywał koszty jej utrzymania na dotychczasowym, wysokim poziomie.

Antonio niewiele wie o pochodzeniu Reginy. - Wspominała, że jej ojciec był Niemcem, że chciałaby go odnaleźć.

- Czy o Reginie naprawdę nie da się powiedzieć nic dobrego?

- Dała mi coś najwspanialszego na świecie: syna - odpowiada Antonio bez wahania.

- Przejął po niej jakieś cechy?

- Tylko determinację. Ale z tą różnicą, że ona determinację wkłada w zło, a on w dobro. Ich stosunki zawsze były złe. Nie umiała go kochać. Ona w ogóle nie potrafi kochać.

Massimiliano studiuje w Ameryce informatykę. Antonio komentuje: - Wyjechał, by być od niej jak najdalej.

Komisarz Pappalardo wkracza do akcji

Poszłam na policję w Serra San Domenico, żeby się dowiedzieć, czy wpłynęły tam skargi od Polek wykorzystywanych przez Drzazgę. Zapytałam, czy rzymska policja nie powiadomiła policji w S.S. Domenico o Reginie D. w związku ze zgłoszeniem Sabiny I. w 1988 r. Odpowiedziano, że wówczas w miasteczku nie było jeszcze policji.

Komisarz Pappalardo z zainteresowaniem słuchała o Reginie. - Dochodzą do nas informacje, że tam coś złego się dzieje - powiedziała. - Wiemy, na przykład, że w ubiegłym roku uciekła od niej jakaś Polka, bionda bassa (niewysoka blondynka). W mieście było o tym głośno, brat po nią przyjechał, ale zabrakło odważnego, który by złożył o tym oficjalne oświadczenie. Dopóki nie mamy na piśmie, dopóty nie możemy nic zrobić.

Opowiedziałam o Emilii, o Bożenie Witkowskiej i innych kobietach. Kilku policjantów otoczyło mnie wianuszkiem i słuchało, kiwając głowami. Co jakiś czas powtarzali: "słyszeliśmy", "tak mówią".

Złożyłam oficjalne oświadczenie, podpisałam. Na wtorkowy poranek komisarz Pappalardo wyznaczyła przesłuchanie obu: Reginy i Emilii. Jeden z policjantów ma żonę z Polski, Joannę. Postanowiono, że Joanna, niedoszła lekarka (po trzech latach medycyny), będzie tłumaczyć rozmowę Emilii z policją. Komisarz Pappalardo niechętnie, ale zgodziła się, bym spotkała się z Emilią po przesłuchaniu w komisariacie.

Aby uniknąć powtórki z sobotniego przesłuchania u karabinierów (o którym ja wiedziałam, a policja nie), uprzedziłam policjantów, że zastraszona przez Drzazgę Emilia jest przekonana, że jej pracodawczyni ma powiązania z policją. Regina mówiła jej nieraz (co Emilia pisała w listach do domu), że ma kontakty z adwokatami i ministrami i że może wsadzić ją do więzienia.

Myślałam ze strachem: co będzie, jeśli Emilia znowu powie, że u Reginy jest jej dobrze i że chce zostać?

Emilia nareszcie jest sobą

Wtorek, 15 kwietnia, godzina 11, drugie piętro komisariatu policji w Serra San Domenico. Za drzwiami z tabliczką "uwaga, zły pies" - przesłuchanie Reginy D. Po przeciwnej stronie niewielkiego korytarza - pokój, w którym zeznaje Emilia.

W pokoju dwóch policjantów (znamy się z poprzedniego dnia) i Joanna, tłumaczka. Uśmiechają się. Z ich reakcji wnioskuję, że Emilia powiedziała prawdę. Siedzi zapłakana. Mój widok jednak ją przeraża.

- Niech ona stąd wyjdzie! Tyle zamieszania narobiła! - krzyczy machając papierosem.

- Gdyby nie to zamieszanie, tobyś tam zgniła - odpalam jej.

Emilia podnosi się, ściska moją dłoń, przeprasza, płacze. - Chciałam napisać do Ojca Świętego i zapytać: "gdzie jest Bóg?". Ale nawet do domu nie mogłam.

Nagle, jakby dopiero mnie dostrzegła: - Dlaczego jeszcze nie wyjechałaś?

- Coś tu jeszcze miałam do załatwienia.

I wyciągnęłam kartkę, którą jej mama napisała do niej. Emilia czyta: "Kochana Emilko, zaufaj tej Pani. Jest z nami, a także i z Tobą. Wracaj jak najszybciej i nic się nie zastanawiaj. Czekamy na Ciebie wszyscy: Asia, Adam, Andrzej z rodziną, no i ja. Polecam Cię tej Pani i Matce Licheńskiej. Ty dobrze wiesz. Mama".

Emilia pada na biurko i płacze: - Kocham mamusię! Chcę do Polski! Jak się wstydzę! Takie rzeczy im pisałam. Dlaczego mi tego w sobotę nie dałaś?

Wzruszyłam ramionami. Cieszyłam się z jej smutnej radości.

- Ona by mi to zabrała i znów by z nas szydziła. I znów by kpiła z mojego Boga - Emilia płacze i śmieje się na przemian.

Policjanci patrzą w milczeniu. Emilia jest rozgorączkowana: - Jak cię zobaczyłam w moim ubraniu... Boże... Wiedziałam, że jesteś tym ratunkiem, o który się tyle modliłam. Ale nie mogłam nic zrobić. Bałam się, że ona każe ciebie aresztować. Zniszczy ciebie i moją rodzinę. I sen mi się przypomniał.

Z piątku na sobotę Emilia śniła, że ktoś po nią przyjechał: - A ja nerwowo zgarniałam moje rzeczy do białej reklamówki. Tak strasznie drżałam, że ona znów zamknie drzwi na klucz i nie wyjdziemy. I słyszałam głos mamy: "Nie bój się, wyciągniemy cię z tego piekła". I się obudziłam. A potem ty na schodach, w moim ubraniu...

Emilia pyta: - Co ona ze mną zrobiła?

Emilia milknie, pociąga papierosa. Mówi do siebie zrezygnowana: - Miałam pracę za sześć milionów! Byłam kierowniczką! Po co tu przyjechałam?! Po upokorzenie! Bóg mi chyba rozum odebrał!

Wyciera nos podaną przez policjanta chusteczką. Poprawia włosy. - Jak ja wyglądam?! Te włosy, worki pod oczami... Co ona ze mnie zrobiła? Pewnie wsadzą mnie do więzienia.

- Za co? - pytam i wyciągam kilkanaście fotografii Emilii. Kładę je przed nią na biurku.

- Za sprzeczne zeznania! Za te bzdury, co powiedziałam karabinierom.

Przerzuca zdjęcia, ożywia się. - Skąd je masz? O! Tak wyglądałam - pokazuje policjantom. Wyraźnie wstydzi się obecnego wyglądu. Uśmiechnięta dziewczyna z fotografii rzeczywiście nie przypomina spłoszonej, wystraszonej Emilii.

Komisarz ocenia, że zakończyłam misję

Do pokoju wchodzi komisarz Pappalardo.

- Jedziemy po rzeczy - mówi do Emilii, a ona drży: - Ja tam nie wejdę! Nie chcę tej baby więcej widzieć!

Komisarz ośmiela: - My z panią pójdziemy. Nic pani nie grozi. Emilia prosi: - To idźcie sami, moje rzeczy są w pokoju dla służby. Komisarz nalega: - Nie pójdziemy sami, bo ona może posądzić nas o kradzież.

Nagle Emilia zmienia temat: - Zabierzesz mnie do Polski?

Pytam komisarz Pappalardo, co dalej z Emilią? Czy będzie jeszcze przesłuchiwana?

Komisarz odpowiada: - Pani dziennikarce z Polski dziękujemy. Już pani u nas skończyła pracę, do widzenia.

Tłumaczę na włoski to, o co zapytała mnie Emilia. Komisarz odpowiada surowo: - Ragazza jest pełnoletnia. Dziś wyślemy ją do Polski.

Zapytałam, czy "dziś" jest połączenie z Polską. Odpowiedziała, że to ich problem, i wskazała policjanta, by odprowadził mnie na dół do drzwi.

Emilia nocuje w klasztorze

Zadzwoniłam do konsul Marii Olszańskiej w Rzymie. Opowiedziałam o uwolnieniu Emilii. Uznajemy, że pewnie lada moment kalabryjska policja przyśle oficjalną notę w sprawie Emilii. Rzeczywiście, dzień później przychodzi faks z informacją, że w sprawie Reginy Drzazgi wszczęto postępowanie wyjaśniające. (Pismo tej samej treści policja skierowała do włoskiego ministerstwa spraw wewnętrznych).

Zatelefonowałam do Polski, do Joanny, że jej siostra Emilia wkrótce zjawi się w domu. Joanna znów się popłakała.

Tego samego dnia Emilia policyjnym wozem pojechała na przesłuchanie do komendy rejonowej w V.V. Przesłuchanie miało się odbyć następnego dnia. Emilia nie miała gdzie nocować, umieszczono ją więc w nadmorskim klasztorze.

Do Polski Emilia wróciła dwa tygodnie później. O pobycie u Reginy opowiadała mi niemal bez przerwy przez kilkanaście godzin. - Muszę to z siebie wyrzucić - powtarzała. - A chcę oszczędzić mamusię. I tak już swoje przeżyła.

Emilia opowiada o pierwszych dniach z Reginą

Regina D. od razu odsłoniła karty.

Gdy Emilia po blisko 40-godzinnej podróży pociągiem z Polski i męczącej jeździe serpentynami siadła na kanapie w salonie, Regina wpadła w furię. Krzyczała, że Emilia jest tylko służącą i nie powinna "rozwalać się jak krowa". "Przepraszam, pani Regino" - pokornie dygnęła Emilia. - "Co za >>pani Regino<<?! Służba ma zwracać się do mnie >>proszę pani<<".

Następnego dnia Regina zabrała Emilii buty, ponieważ "nie przyjechała tu na pokaz mody. Do garażu z nimi!". Skórzaną kurtkę skrytykowała: "Zapomniałaś, że przyjechałaś do pracy, a nie na spacery". Zabroniła wyciągnąć z torby spódnicę: "Komu chcesz te krzywe nogi pokazywać? Ja chodzę w spodniach i nikt się tu nie będzie wyróżniał".

Potem była godzina zakazów:

- zakaz czytania w łóżku, bo pościel od druku się brudzi,

- zakaz kremowania twarzy - w pościel wsiąknie i się nie dopierze,

- zakaz chodzenia spać przed Reginą. Przed snem należy podać pani wodę do popicia "pastylki przeciwlękowej",

- zakaz mycia się rano przed panią, bo służąca zużyje ciepłą wodę, "co jest niedopuszczalne",

- zakaz wychodzenia z domu i wyglądania przez okno,

- zakaz ruszania żaluzji. Miały być cały dzień nisko opuszczone. Inaczej było podejrzenie, że Emilia jest z kimś w zmowie i "daje znaki".

I seria drobniejszych zakazów: żucia gumy, podśpiewywania, uśmiechania się ("A z czego?"), jedzenia z panią przy jednym stole, siedzenia podczas rozmowy z panią, chodzenia w kapciach po wykładzinie. I tak dalej.

Jeszcze pierwszego wieczora Regina uczyła Emilię, jak ściągać swojej pani dżinsy i jak je składać (nie mogło być ani jednej fałdki). Jak ściągnąć skarpetki: oskubać z farfocli, które mogły się przyczepić z kapci, a potem rozłożyć na brzegu fotela ("Muszą się wywietrzyć, ty tępoto!").

Kiedy Emilia demonstruje mi składanie spodni i skarpetek, jej twarz staje się skupiona i napięta. - Robiłam to każdego wieczora przez sześć miesięcy i jeden tydzień.

Pierwszego ranka Emilia dowiedziała się, że pochodzi z kraju chamów, kurew i prymitywów.

Usłyszała też, że Reginę zmarnowało małżeństwo. "Gdybym nie wyszła za mojego męża, w cudzysłowie, mieszkałabym w innym kraju. A w każdym innym kraju byłabym ministrem. Taką Albright albo Thatcher, które są do mnie podobne charakterialnie: silne, zdecydowane, twarde".

"Czekam na śmierć męża, która, mam nadzieję, nastąpi lada moment, i ty masz mnie w tym wspierać" - mówiła, a Emilia była przekonana, że męczy ją zły sen (do rodziny pisała: "Wciąż jestem w szoku po podróży").

Po trzech dniach Emilia dała Reginie pierwszy list do wysłania. Pracodawczyni zarzuciła ją gradem pytań o treść. Z pytań wynikało, że zna list na pamięć. Mówiła: "Pochodzisz z chamskiej rodziny. Przy mnie masz szansę zostać kimś". - Każdego ranka wstawała z nową pretensją do świata - wspomina Emilia. - W duchu nazywałam to "tematami dnia". Ulubionym "tematem dnia" była śmierć męża. Wyliczyła, że cierpi na 13 chorób i jest nadzieja, że któraś z nich go powali. I zapewniała Emilię, że jeśli będzie wierna jak pies, to po śmierci "męża w cudzysłowie" ustawi ją na resztę życia.

Po tygodniu Emilia zemdlała. Nie wie, jak długo leżała, ale ocknął ją twardy krzyk Reginy: "Emilia! Wstawaj! Przestań wreszcie udawać! Znam te polskie sztuczki!" - I zagroziła: "Jeszcze raz upadniesz, to będę po tobie chodzić. Zadepczę cię!". Emilia poczuła nieznany jej dotychczas strach. Bała się Reginy i przerażał ją własny lęk.

Regina każe Emilii wyrzucić rodzinę z pamięci

Listy Emilii były pożywką dla Reginy. Każdą wiadomość o niej i jej rodzinie wykorzystywała przeciw niej.

O domu: "W Polsce żyjesz jak bestia, jak świnia! Człowiek ma łazienkę w domu, tylko świnia szczy na polu".

Kiedy siostra przysłała Emilii zdjęcia z urodzin, Regina oceniła:

brat (Adaś) - "wygląd debila; będzie chlał i znęcał się nad rodziną"; siostra (Joanna) - "nałogowa pijaczka" (na zdjęciu stoi przed nią kieliszek); matka (Irena) - "dziwka, bo miała dwóch mężów"; Emilia - "wyglądasz staro, co najmniej trzydzieści lat".

Rozkazała spalić zdjęcia, a rodzinę wyrzucić z pamięci, bo nie jest tego warta.

Emilia szpieguje

Poranek pani zaczynał się o ósmej. Emilka odsuwała (lekko) żaluzje, nalewała pani wodę do szklanki. Pani wypijała litr. Kiedy się myła, Emilia robiła jej kanapki. Jedzenie było wydzielone. "To jest moje" - mawiała Regina.

Przed śniadaniem Emilia naciągała na "swoją panią" obcisłe dżinsy. Mówiła, że jest piękna, zgrabna i młoda.

Potem zabierała się za sprzątanie. Przed wyjściem Regina wyrywała z głowy włos i potajemnie kładła na półce, by po powrocie sprawdzić, czy kurz był wytarty.

Wychodząc z domu dzwoniła do centrali telefonicznej i sprawdzała stan licznika. W ten sposób trzymała Emilię z dala od telefonu. Dodatkowo wzmacniała jej poczucie zagrożenia: "Jeśli cokolwiek się wydarzy, trafisz do więzienia".

Gdy ktoś zadzwonił (co było sporadyczne), Emilia razem z "panią" musiała odsłuchać zarejestrowanego na kasecie głosu (Regina nagrywała wszystkie rozmowy) i opowiedzieć, "co o nim sądzi". Nieznajomość języka była atutem. Emilia miała powiedzieć, czy głos jest podstępny, jaki podtekst może mieć chrząknięcie rozmówcy? Jeśli nie trafiła (zazwyczaj tak było), Regina wyzywała ją od tępych, debilek, egoistek i darmozjadów.

I wymuszała na Emilii, by stojąc na baczność przed nią, powtarzała za "panią": "Pochodzę z chamskiej rodziny, z prymitywu, hołoty! W Polsce żyję jak świnia. Wszyscy moją rodzinę wytykają palcami. Przy pani zostanę lepszym człowiekiem. Dziękuję pani za wyrozumiałość, dobroć, wielkie serce".

Reginę uspokajał dopiero płacz Emilii.

Wówczas wychodziła na "spacer" w okolice Santa M., gdzie jest tartak jej byłego męża.

W porze obiadowej zabierała Emilię ze sobą.

- Kładłam się na tylnym siedzeniu samochodu i jechałyśmy pod pracę jej męża.

Zadaniem Emilii było liczenie ludzi na terenie (do anonimu dla urzędu skarbowego) i uczenie się na pamięć rejestracji samochodów. - Byłam tak zdenerwowana, że nie zapamiętywałam tych numerów. Wyzywała mnie wtedy od kretynów i kłamców, bo "taka tępota nie mogła być przecież kierowniczką".

Emilia musiała uważać, żeby nikt jej nie dostrzegł. Gdy zobaczyła Antonia (z daleka, niewyraźnie), Regina pytała: "Ile jeszcze pociągnie?".

Regina ocenia, na co choruje Emilia

Głód tak dokuczał Emilii, że ledwie Regina wychodziła z domu, "wykradała" kostkę białego cukru. Albo gryzła kawałek "swojego" chleba. - W jakimś momencie zauważyłam, że moje potrzeby ograniczają się tylko do jedzenia. To było okropne, musiałam mieć przy sobie kęs chleba.

Ten kawałek chleba upokarzał ją, ale dawał dziwne poczucie bezpieczeństwa. Dziwne, bo wiedziała, że w każdej chwili Regina może przecież to odkryć.

Potajemnie nie mogła jeść, bo po pierwsze - wyjadałaby to, co Regina kupiła jej na kilka dni (w rzeczywistości były to i tak porcje jednodaniowe - głównie małe serki), po drugie: Regina zawsze sprawdzała śmieci w koszu.

Gdy Emilia upominała się o wypłatę, Regina uświadamiała jej, że mieszka jak w luksusowym hotelu, do tego ma wyżywienie. Wychodziło na to, że to Emilia powinna jeszcze dopłacić.

Regina kupowała Emilii pastę do zębów i podpaski. Podpaski przestały być jej potrzebne po pierwszym miesiącu. Po kilku takich miesiącach Emilię rozbolał brzuch. Tak bardzo, że nie mogła pracować i słuchać zwierzeń Reginy. Regina wyzwała ją od egoistek: "Myślisz tylko o sobie, a mój ból cię nie interesuje!". - Ona gadała i gadała, a ja jęczałam, taki mnie ból rozdzierał - wspomina Emilia. Wreszcie Regina zaprowadziła ją do lekarza. - Z tego, co mówił, zrozumiałam tylko jedno słowo: "stres".

Regina wyniosła od lekarza trzy diagnozy choroby Emilii. Używała ich w zależności od humoru.

Diagnoza pierwsza: "Masz niedorozwój jajników i macicy. Nie będziesz miała dzieci. Ale nie przejmuj się, dzieci to potwory. Sama żałuję, że nie poddałam się sterylizacji i urodziłam syna. (Gdy umarła ciotka w N., w mojej włoskiej łazience spadły kafelki. Wtedy jej dusza weszła do mojego syna i dlatego on jest taki zły)".

Diagnoza druga: "Jajniki i macicę masz jak 70-letnia kobieta. Nie dość, że jesteś brzydka i tępa, to jeszcze nieprzydatna".

Trzecia diagnoza: "Masz raka".

- I dodała, że Bóg mnie ukarał, bo się jej nie słucham.

Najtrudniej było, kiedy do Emilii przychodził list. Po każdym Regina nurzała w błocie rodzinę Emilii. Nie mogła znieść miłości, jaką obdarzono Emilię.

Emilia modliła się, żeby przestali pisać. - Dlatego pisałam o "piekle mamusi".

Kilka listów Regina podyktowała, w końcu zabroniła Emilii pisać.

- Prosiłam: wyślę tylko kartkę na urodziny, na święta. A ona: "Świnie urodzin nie obchodzą".

Przy każdym liście Regina stawiała Emilię przed sobą i głośno kazała wypierać się matki, siostry, braci.

- Tak strasznie się jej bałam! Bałam się, że pójdzie do karabinierów i powie, że przyjechałam ją zabić, bo zazdroszczę jej dobrobytu.

Płakała na baczność i bluźniła. Ale zawsze mówiła "mamusia".

To słowo doprowadzało Reginę do białej gorączki: "Polacy wszystko zdrabniają. Mój syn nigdy by tak do mnie nie powiedział, choć życie mu poświęciłam".

Regina kupuje Emilii ciastko

Do kościoła Regina jeździła do sąsiedniego miasteczka. Emilia nie zna jego nazwy, bo zawsze leżała na tylnym siedzeniu. Gdy pojechały pierwszy raz, stały obok siebie. Po mszy jakaś kobieta zapytała: "Czy ta młoda osóbka jest z panią?". "Jaka młoda osóbka!? - warknęła Regina. - "Ja tu nikogo nie widzę!". Regina nazwała ją szpiegiem, a Emilia od tamtej pory musiała stawać sama na końcu kościoła.

Regina chodziła do komunii. Dziwiła się, że bogobojna Emilia tego nie robi. Emilia odpowiedziała, że nie przyjmuje komunii bez spowiedzi. Regina zaniepokoiła się. Jakie Emilia może mieć grzechy? "Znaczy, że masz złe zamiary?" - spytała podejrzliwie i dodała: "Wiem! Chcesz mnie zabić! Przyznaj się! Rozpracowałam cię! Przyjechałaś mnie zabić, a potem swoją rodzinę, tą hołotę, zaprosisz do mojego mieszkania i pokażesz im, jak wygląda życie w luksusie".

Emilia zaprzeczała. Ale zaprzeczać Reginie - to znaczy nie mieć sekundy spokoju. Płakała z niemocy. Regina zagroziła: "Jeśli między kościołem a domem nie powiesz tego na głos, trafisz do więzienia".

Emilia formułkę wyklepała.

Następnej niedzieli, żeby udowodnić, że nie przyjechała zabić "swojej dobrej i wyrozumiałej pani", musiała pójść do komunii. "W nagrodę" Regina kupiła jej ciastko.

Po komunii Drzazga grę zaczynała od nowa. Emilia płakała, że to się kłóci z jej sumieniem i wiarą. Regina zaczęła szydzić z wiary Emilii (często to robiła).

Mawiała: "Twoja wiara jest głupia, a Bóg ośli. Modlisz się, a i tak nic z tego nie masz, bo twój ośli Bóg nie ma żadnej mocy".

- Chciałam uciec, ale jak? Zabrała mi paszport, nie miałam pieniędzy, nie znałam języka. Myślałam, że ona ma wszystkich na usługach: karabinierów, policję, sędziów. Codziennie to powtarzała. Do kogo miałam się zwrócić?

Emilia szuka czegoś, co wytrzyma jej ciężar

Gdy Emilia zorientowała się, że ucieczka odpada, zaczęła rozglądać się po garażu. Szukała czegoś w ścianie czy w suficie, co wytrzymałoby ciężar 48 kilogramów. Tyle waży.

- Ale bałam się. Bałam się takiego życia i bałam się śmierci. I tego, że ona potem zniszczy moją rodzinę. Przypominała mi to codziennie: na dom naśle komornika, siostrę pośle do więzienia, brata do domu wariatów, a mamę wykończy.

Emilia odnajduje swoje drugie ja

Po obiedzie (najczęściej spaghetti z sosem pomidorowym) Regina zasiadała przed telewizorem.

W domu rzadko dzwonił telefon. Nigdy nikt nie przychodził. Nie było kwiatów ani długopisów. Było trzynaście zegarów, tyle samo, ile chorób Regina naliczyła u byłego męża.

Wieczorem przychodził najszczęśliwszy moment Emilii - noszenie drewna do kominka. Było to jedno z cięższych fizycznie zajęć: dwanaście razy wejść na trzecie piętro z wiadrami drewna. - Ale wtedy nie musiałam słuchać jej gadania i odpowiadać. I nie musiałam widzieć jej spojrzenia.

- Wtedy powtarzałam sobie: ludzie przeżyli zsyłki na Syberię, obozy koncentracyjne. A moja mamusia urodziła się w obozie pracy. Z czasem wyrobiłam w sobie drugą Emilię, która żyła w zgodzie z sobą, inaczej niż ta pierwsza, uległa. Żebym nie zwariowała.

W mieszkaniu D. nie padały żadne imiona ani nazwiska. Regina operowała przezwiskami: "czarownica", "farbowany", "gruźliczka", "sowa", "szczotka". Emilia była "dodatkową miotłą do zamiatania".

Emilia deklamuje, że chce zabić panią

Każdego wieczora po dziewiątej Regina zapalała świeczkę w łazience i siadała na wannie, a Emilia ściągała jej spodnie, potem skarpetki. Regina spinała włosy i pogłębiała "temat dnia". Ten wieczorny seans łazienkowy Emilia w duchu nazywała "modlitwą". Trwał około godziny.

Często właśnie wtedy, stojąc na baczność przed panią, Emilia musiała powtarzać formułkę: "Przyjechałam, żeby panią zabić". Powtarzała ją tak długo, aż Reginie odpowiadał ton i wyraz oczu Emilii. Ciekawe, czy Regina to też nagrywała?

Przed snem Emilia podawała pani wodę do popicia "tabletki przeciwlękowej", potem stawała w drzwiach sypialni i recytowała do leżącej w łóżku Reginy: "Drzwi zamknięte, kominek wygaszony, telewizor wyłączony, żaluzje zasłonięte, gaz sprawdzony".

Kiedy Emilia mi to powtarza, przymyka oczy, a jej głos staje się niski i ostry. - Potem szłam spać, ale nie wiem, czy spałam - mówi.

Kiedy Emilia przyszła z policją po rzeczy, Regina zapytała ze smutkiem: "Jak mogłaś mi to zrobić? Byłam dla ciebie taka dobra i wyrozumiała".

Emilii żal Pani

Emilia pakowała rzeczy i znów drżała, by "sen się nie skończył". Myślała, że żal jej "tej jędzy". Myślała o dzieciństwie Reginy, o jej nienawiści do matki i ciotki. "Pluję na ich groby!" - powtarzała w kółko Regina.

Regina opowiadała Emilii o swojej samotności. Od dziecka nie miała koleżanek. Ciotka zakazała jej przyjaźni "ze slamsem". Dzieciaki krzyczały za nią: "ge-sta-pó-wa!" albo "es-es-man-ka!". (Te przezwiska Regina pomijała w swych opowieściach. O nich pamięta miasteczko N.).

Emilii skarżyła się, jak tuż po wojnie do jej domu w N. przyjechała niemiecka rodzina z dzieckiem i ciotka położyła chłopca w jej łóżeczku. Renia tupała i płakała, ale Cecylia wyciągnęła ją i na jej poduszce ułożyła jasną główkę małego Niemca. Wtedy Renia zacięła się na długie dni. Po 50 latach wspominała: "Nigdy nie wybaczyłam ciotce tego hitlerowskiego bękarta w moim łóżeczku".

W zimowe niedziele ciotka wkładała kapelusz, ubierała siostrzenicę w ulubione paltko obszyte futerkiem, brała za rękę i defilowały do kościoła. Po drodze miasteczko kłaniało się Cecylii. Regina nie mogła tego znieść. Po każdym "dzień dobry" zostawała krok z tyłu i pokazywała język. Gdy ciotka to odkryła - odebrała jej ulubione paltko.

Wieść gminna martwi się o Antonia

W S.S. Domenico mówią, że we krwi Antonia P. lekarze wykryli arszenik. I że to trucizna jest przyczyną jego tajemniczej choroby. Antonio macha reką. Nie chce tego komentować. - Ja sobie poradzę, gorzej, jeśli to prawda, co mówią w mieście: że u niej jest nowa Polka.

 

Imiona i nazwiska głównych bohaterek reportażu oraz nazwa miejscowości we Włoszech zostały zmienione.

 

 

 

 

Gazeta Wyborcza - 02/11/2000

 

 

IRENA MORAWSKA

CIĄG DALSZY NASTĄPIŁ

Jak Emilię z Kalabrii od Złej Pani wykradłam

 

 

 

Jesienią w 1996 r. Emilii, 26-letniej ekspedientce z biednej rodziny, trafia się okazja wyjazdu do pracy w Kalabrii. Za pośrednictwem znajomego żona Włocha, Polka, Regina Drzazga, szuka służącej. Ma 350-metrowy apartament, który wymaga pracowitej, polskiej ręki. Obiecuje pokój z łazienką, wyżywienie i sto dolarów tygodniowo. To dla ekspedientki z podwarszawskiego miasteczka dar boży - uważa; wesprze finansowo samotnie wychowującą trójkę dzieci matkę rencistkę. I nareszcie spłacą długi.

Regina Drzazga jest miła. "Będziesz moim kawałkiem ojczyzny" - pisze w liście do Emilii i zwierza się, że "okrutny mąż" ją porzucił, więc Emilia będzie także jej osobą do towarzystwa. Emilię cieszy, że będzie pomocna. Do tego miła pracodawczyni obiecuje jej naukę języka włoskiego.

Emilia bierze kredyt w banku, z domu różaniec i książeczkę do nabożeństwa. Na dworcu czeka Drzazga. Samochodem wiezie ją do Serra San Bruno. Przy wjeździe do miasteczka każe Emilii się położyć na tylnym siedzeniu - po co wścibskie oczy mają ją oglądać? Odbiera paszport, potrzebny do zgłoszenia w biurze pracy - tak tłumaczy zimna już i bez uśmiechu pracodawczyni.

Rodzina się niepokoi - listy Emilii są dziwne. Wkrótce Emilia pisze, żeby rodzina dała jej spokój, zapomniała o niej, bo ona zamierza we Włoszech zacząć nowe życie. I o pieniądzach niech rodzina zapomni. Z listów wynikało, że coś się z Emilią dzieje złego. Matka Emilii zapłakała przed znajomym, który posłał Emilię do Włoch: gdzieżeś posłał moją córkę?!

Sprawa Emilii trafiła do "Gazety". Z listów i kasety (nagrana rozmowa telefoniczna z Drzazgą i Emilką) wywnioskowałam, że Emilia jest pod wpływem Drzazgi. Używa jej słów, tonu.

Sprawdziłam, kim jest Regina Drzazga. W N. na Pomorzu wszyscy wiedzą - owoc wojennego romansu matki z esesmanem. Dzieci wołały za nią "gestapówa". Zaraz po ślubie (30 lat temu) zaczyna ściągać do Włoch Polki na służące. Maltretuje je psychicznie, zabiera paszporty, więzi, głodzi, straszy policją, powrotem do "chamskiej Polski" w foliowym worku.

Dotarłam do kilku z tych kobiet. Mówiły, że jeśli istnieje piekło, to u Drzazgi je przeżyły. Schorowane. Jedna po ucieczce leczyła się u psychiatry. Niektóre myślały o samobójstwie albo rozważały zabicie Drzazgi.

Emilia była więc w niebezpieczeństwie (potem się dowiem, że i ona już upatrzyła w garażu hak, na którym mogłaby się powiesić). Należało ją stamtąd wyciągnąć. Tylko jak to zrobić? Przecież oficjalnie Emilia u niej nie istnieje, Drzazga mnie do niej nie dopuści. Kobiety przestrzegają przed Drzazgą. Jest nieobliczalna (potem to samo potwierdzi jej były mąż).

W ulubionym kostiumie Emilki (wzięłam z jej domu) staję przed nią w Kalabrii. Drzazga mnie wygania, straszy policją, Emilia pod jej czujnym okiem deklamuje: jej tu dobrze, nic tu po mnie. Jej oczy mówią, że to nieprawda. Daję jej obrazek Matki Boskiej od matki. Drzazga zatrzaskuje drzwi. Grozi mi policją. Odchodzę. Ale przecież obiecałam rodzinie, że nie zostawię Emilii. Znów dzwonię.

Na dole już karabinierzy. Zabierają mnie na posterunek. Opowiadam o uwięzionej Emilii, o innych kobietach. Nie wierzą. Podaję fakty. Zmuszam ich do przyjęcia mojego oświadczenia o praktykach Drzazgi. Informuję, że o sprawie wie polski konsulat w Rzymie, a zaraz powiadomię policję. Ustalamy: nazajutrz (był już wieczór) policja się tym zajmie.

Przesłuchiwane były osobno. Początkowo Emilia nie chciała się przyznać. Ale gdy policja przyrzekła, że nic jej nie grozi - opowiedziała swój horror.

Nie było mi dane zabranie Emilii do kraju. Policja w Serra San Bruno odprawia mnie. Emilia zostaje kilka dni na przesłuchania. Wracam do Polski. Na czas przesłuchań Emilię umieszczono w sierocińcu prowadzonym przez zakonnice.

Reportaż kończy się tym, że Emilia wraca.

Dwa tygodnie, rok, trzy i pół roku później

Ale Emilia nie wraca od razu.

Niespodziewanie dowiaduję się, że zostaje. Dzwonię do zakonnic: co się stało? Wyjaśnia - musi choć parę lirów przywieźć do kraju, ma przecież takie długi. Kuzyn jednego z policjantów przesłuchujących Emilię prowadzi kemping. Kwiecień, sezon za pasem, a kemping nieprzygotowany. Policjant poleca Emilię. Po dwóch tygodniach na sekretarce automatycznej usłyszałam załamany głos Emilii: "Irena, przyjedź po mnie".

Kilka dni później oddałam Emilię rodzinie. Był maj 1997 r. Emilia przypominała zwierzątko - rzucała się na jedzenie, była nieufna i zastraszona, bała się ludzi. Nikomu się nie przyznała. Z rodziną nigdy o tym nie rozmawiała. Do tej pory to temat tabu.

Otrząsnęła się. To na niej przecież spoczywa ciężar kredytów. Zatrudnia się w przydrożnym barze. Potem idzie do pomaturalnego studium finansów. W dzień sprzedaje flaki i chodzi do szkoły, nocą się uczy i też sprzedaje flaki. Dwa lata zalicza w rok. Znów kłopoty z pracą. Absolwentka pomaturalnego studium, które kończy z wyróżnieniem, wstaje o trzeciej w nocy, by dojechać do Warszawy do sprzątania bloków pod klucz.

Tym razem "Gazeta" pomaga jej znaleźć pracę. Od dwóch lat Emilia jest wzorowym pracownikiem w jednym z wydawnictw. Studiuje marketing i zarządzanie. Też wstaje o czwartej. - Ale wstaję na skrzydłach - mówi. - Ta praca i to, że sobie radzę, awansuję, to mój największy sukces. To skarb. Mój azyl. To moje życie.

Uczy się angielskiego, myśli o nauce włoskiego.

Czy myśli o Reginie Drzazdze? - Czasem łapię się na tym, że mechanicznie wykonuję czynności tak pedantycznie, jak ona ode mnie wymagała - składam rzeczy, jak u niej musiałam to robić - idealnie, pod linijkę, ani jednego zagięcia, bo za to groziły wyzwiska albo bicie.

Próbuje z tym walczyć, ale to niełatwe. - Po każdym myciu szoruję zlew. Musi lśnić. Jakby stała za mną i pilnowała.

Czasem Drzazga odwiedza Emilię w snach i Emilia ma potem nieudany dzień. Gdy poczuje zapach Masumi, przeszywa ją dreszcz - widzi zaciętą twarz i słyszy szyderczy ton: "Służąca ma zakaz używania perfum!".

Listy dyktowane przez Drzazgę do rodziny to były ostatnie, jakie napisała. - Siedzi we mnie jakiś opór przed kartką i długopisem.

Najbezpieczniej czuje się w pracy, przed swoim komputerem. Czasem wyśle e-maila koleżance: "Znów zaprosił mnie na spacer. Ale z nas chyba i tak nic nie będzie. Było fajnie, ale ja myślałam: przecież powinnam się uczyć angielskiego".

Emilia była 12. ofiarą Reginy Drzazgi. Po niej nie trafiła tam żadna Polka.