Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 23/07/2007

 

SKARBY Z BUNKRA

 

 

Doktor Niwo

z Tomaszem Niewodniczańskim rozmawia Włodzimierz Kalicki

 

 

Trzy lata pertraktował z gangsterami, którzy ukradli mu bezcenny notes Mickiewicza i dwa nowe bmw. Ze stratą samochodów się pogodził, notes Mickiewicza trzyma w podziemnym bunkrze

 

 

Pańskie zbiory to najcenniejsza kolekcja kartograficzno-archiwalna pozostająca dziś w rękach Polaka. Pamięta pan pierwszą kupioną przez siebie mapę?

- To nie była mapa, lecz widok Damaszku z publikacji Brauna i Hogenberga z roku 1576. I nie ja ten sztych kupiłem, lecz moja żona, w warszawskim antykwariacie na Nowym Świecie, w 1967 roku. Kosztował wtedy 2200 zł. Od jej prezentu się zaczęło.

Dlaczego wyjechał pan do Niemiec?

- Po studiach na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego dostałem skierowanie do pracy do Instytutu Badań Jądrowych w Świerku. Pod koniec 1956 roku 20 wyróżniającym się młodym pracownikom instytutu zaproponowano zagraniczne stypendia, między innymi i mnie. Byłem zapalonym narciarzem, więc wystarałem się o wyjazd na politechnikę w Zurychu. Po półtora roku stażu władze politechniki zaproponowały mi asystenturę w Instytucie Fizyki. Spędziłem w Szwajcarii sześć lat. Dokończyłem tam doktorat z problemów jądrowych, dokładniej z rozpraszania neutronów. No i poznałem piękną studentkę Marie Luise Simon, Niemkę, która także studiowała w Zurychu. Zakochaliśmy się, pobraliśmy się i do Polski wróciłem z żoną i doktoratem.

Trudno było namówić żonę do wyjazdu do komunistycznej Polski?

- Łatwo nie było, zwłaszcza że nie miałem w Warszawie mieszkania. Z drugiej strony Marie Luise traktowała wyjazd za żelazną kurtynę trochę jak zwariowaną przygodę. Już po naszym powrocie do Warszawy jako fizyk jądrowy pracujący w Świerku dostałem służbowe M-4 na Bielanach. Gdy urodził się nam pierwszy syn, teść, który był współwłaścicielem znanego niemieckiego browaru Bitburger, kupił nam przez Pekao za 11 300 dolarów domek na Mokotowie, na Miączyńskiej. Takie były wtedy ceny.

Jak żona odnalazła się w gomułkowskiej Polsce?

- Świetnie. Szybko opanowała język i zaczęła uczyć niemieckiego. Zatrudniła się w spółdzielni pracy Lingwista. Przetłumaczyła pięć książek o architekturze. Szło jej tak dobrze, że nie zarabiała gorzej ode mnie.

W 1968 roku polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych poprosiło moją żonę o tłumaczenie oficjalnych pism do rządu zachodnioniemieckiego. Po Marcu 68 z MSZ wyrzucono wszystkich Żydów, a tymczasem praktycznie monopol na tłumaczenia urzędowe na niemiecki mieli wówczas tłumacze pochodzenia żydowskiego. No i z konieczności, gdy ruszyły z kopyta negocjacje Gomułki z rządem Brandta w sprawie zawarcia układu o normalizacji wzajemnych stosunków i liczba depesz, not, pism lawinowo wzrosła, nie było komu ich sprawnie tłumaczyć. Często wieczorem przyjeżdżał z ministerstwa kurier z kolejnymi wersjami poufnych lub tajnych tekstów dyplomatycznych i zapowiadał się po odbiór tłumaczeń na wpół do ósmej rano.

Marie Luise umierała z przepracowania.

Tajna korespondencja rządu Gomułki była tłumaczona przez obywatelkę Niemiec Zachodnich?

- Przyzna pan, że to zupełna farsa. Ale taka właśnie była nasza komuna - raz straszna, raz groteskowa. Kiedyś przywiozłem ze Szwajcarii paryskie wydanie "Doktora Żywago" Pasternaka i na granicy złapali mnie celnicy. Książkę zatrzymali, bo nie wolno było wwozić wydawnictw bezdebitowych. Zapytałem z głupia frant, czy nie mogliby odłożyć jej, bo wracam do Zurychu za pięć dni i zabrałbym ją z powrotem. Odłożyli. Ale kiedy odlatywałem, celnik z kluczem do depozytu gdzieś się zawieruszył. Zapytałem, czy w tej sytuacji nie mogliby wysłać "Doktora Żywago" do mojej matki w Krakowie. I urząd celny wysłał książkę do niej na własny koszt!

Dzięki takim niekonsekwencjom, dzięki bałaganowi dawało się u nas jakoś żyć. O wiele gorzej było w NRD.

Ale mimo to pan nie chciał dalej tu żyć.

- W pewnym momencie poczułem, że mam dość. W czasie Marca 68 jako kierownik budowy akceleratora liniowego musiałem chodzić na zebrania partyjne, chociaż członkiem partii nie byłem. Musiałem słuchać, jak demaskowano szacownych naukowców za ich pochodzenie. Gdy jednego z profesorów prowadzący nagonkę demaskował, że ma brata złotnika, sala wyła: "Wyrzucić skurwysyna!".

Ale najgorsza była świadomość, że jesteśmy inwigilowani. Tajne służby podejrzewały, że Marie Luise, a pewnie i ja, jesteśmy zachodnioniemieckimi szpiegami. Oczywiście - atomowymi. Na Miączyńskiej mieszkało paru amerykańskich dyplomatów, niektórzy z nich mieli Niemki za żony. Utrzymywaliśmy z nimi kontakty towarzyskie. SB uważała nas za podejrzanych tak bardzo, że gdy Marie Luise wychodziła z synkiem w wózku na spacer, przez cały czas pięć metrów za nią jechało dwóch panów w czarnym citroenie. Ale że tłumaczyła tajne papiery dla MSZ, nie mieli pojęcia!

Pana nie śledzono?

- Wzywano mnie na rozmowy na Rakowiecką, do Pałacu Mostowskich, do jakichś mieszkań kontaktowych. Pokazywano mi zdjęcia amerykańskich silosów z rakietami zbudowanych w pobliżu Bitburga i namawiano, żebym przy następnym wyjeździe do Niemiec czegoś się o nich dowiedział. Odmówiłem. Powiedziałem, że tam mieszka rodzina mojej żony.

Niedawno uzyskałem dostęp do swoich papierów w IPN. Przyznano mi status pokrzywdzonego. Okazało się, że byliśmy z żoną bardziej osaczeni, niż się nam w najgorszych przypuszczeniach wydawało. Nasz telefon i dwa pokoje w domu na Mokotowie były na podsłuchu. Już wcześniej, na stypendium w Zurychu, blisko mnie działał donosiciel wśród stypendystów, a w Świerku donosiło na mnie czterech agentów: TW Kung, Junior, Andreas i Klamka.

Co donieśli?

- Że w pracy piję wódkę i śpię, że słucham Wolnej Europy.

Pił pan, spał, słuchał?

- Piłem, spałem, słuchałem. Podczas uruchamiania akceleratora przesiadywałem w Świerku po kilkadziesiąt godzin. Czasem dla zabicia zmęczenia wypiło się butelkę, czasem nad ranem podrzemywałem na materacu rozłożonym za biurkiem.

Zdecydowałem się na emigrację w 1970 roku, gdy egzekutywa partyjna w Instytucie Jądrowym przeforsowała dla mnie zakaz wyjazdów do krajów kapitalistycznych. Poszło o aferę z moją żoną. Gdy uruchomiłem wreszcie ten akcelerator, żona chciała się pochwalić moim sukcesem przed rodziną i jadąc do Bitburga, zabrała ze sobą wycinki z artykułami o akceleratorze z "Życia Warszawy" i jakiegoś pisma popularnonaukowego. Miała też fotografię zrobioną mi razem z ministrem ds. wykorzystania energii jądrowej podczas uroczystości w Świerku.

Enerdowscy celnicy znaleźli to wszystko podczas rewizji i oskarżyli Marie Luise o szpiegostwo atomowe. W Polsce nic wprost nie mogli nam zrobić, bo absurd całej tej hecy był zbyt oczywisty, ale uderzono w nas pośrednio zakazem wyjazdów.

Wtedy zdecydowałem się na emigrację.

Ale miał pan zakaz wyjazdu.

- Dość szybko uchylono mi go. Przeglądając esbeckie dokumenty na mój temat, stwierdziłem, że zadecydowała opinia ówczesnego członka KC, wiceministra spraw wewnętrznych gen. Franciszka Szlachcica. Ton jego odręcznej notatki na raporcie dotyczącym mojej osoby był charakterystyczny: co się chłopu dziwić, że ciągnie do tych Niemców, tam będzie miał przecież jedwabne życie.

Latem 1970 roku wysłałem żonę z dziećmi do Szwajcarii. Nie mieli żadnych trudności z wyjazdem, bo zadbaliśmy, by każdy z trzech synów miał obywatelstwo zachodnioniemieckie. Wtedy według przepisów zachodnioniemieckich dzieci automatycznie otrzymywały obywatelstwo ojca. Gdy zbliżał się termin pierwszego porodu, Marie Luise wsiadła do pociągu Moskwa - Paryż i pojechała do rodzinnego domu. Ale tamtejsze władze nie chciały się zgodzić na przyznanie Mateuszowi obywatelstwa RFN. Wtedy mój teść, główny akcjonariusz browaru Bitburg, zagroził: jeśli wnuk nie dostanie obywatelstwa, to on zamelduje się 20 kilometrów dalej, w Luksemburgu, i tam będzie płacił podatki. Jego osobiste podatki to były spore sumy. Ta groźba spowodowała debatę na szczeblu rządowym i w końcu stanęło na tym, że wszyscy moi synowie rodzili się w Bitburgu jako bezpaństwowcy i w ciągu pierwszych trzech tygodni życia zostawali naturalizowanymi Niemcami.

W dniu wyjazdu zameldowałem w naszym domku moją siostrę. Chodziło rzecz jasna o to, by polskie władze nie skonfiskowały go z zemsty. Nie zabieraliśmy rzeczy, żeby nie wzbudzić podejrzeń. W ostatniej chwili zrobiło mi się jednak żal nart i spakowałem do samochodu cztery pary plus parę butów narciarskich. Gdy na granicy zobaczył to celnik, a była połowa lipca, myślał, że oszalałem. Powiedziałem mu, że jadę do Szwajcarii i chcę pojeździć na lodowcu. Puścił mnie.

Co pan zamierzał robić w Szwajcarii?

- Chciałem zatrudnić się znów na politechnice w Zurychu. I oni byli skłonni mnie zatrudnić, ale pod warunkiem, że wystąpię o azyl polityczny. Odmówiłem, bo nie chciałem robić kłopotów rodzinie w kraju. Wsiadłem do samochodu i pojechałem do zachodnich Niemiec. Gdy przekraczałem granicę szwajcarską, celnik zatrzymał mnie i powiedział, że właśnie dostał telefon z Zurychu: wymóg deklarowania się jako uciekinier polityczny pana nie dotyczy, proszę wracać. Ale nie chciałem już wracać, miałem Szwajcarii dość. Zostałem w Niemczech. RFN chciała przyznać mi obywatelstwo niemieckie, ale wybrałem prawo stałego pobytu i pozostałem przy obywatelstwie polskim.

Przez trzy lata pracowałem naukowo w Instytucie Badań nad Ciężkimi Jonami w Heidelbergu i w Darmstadt. W 1973 roku teść zaproponował mi pracę w browarze Bitburger Brauerei Th. Simon.

Wiedział pan, że porzucając karierę naukową, już do niej nie wróci?

- To było dla mnie oczywiste. Skusiło mnie wyzwanie: pokierować finansami wielkiej firmy to było coś! No i podniecające były zarobki. Wtedy już wiedziałem, że chcę zbierać kartografię. Praca w biznesie dawała dochody umożliwiające tworzenie poważnej kolekcji.

Z czasem okazało się, że praca w firmie teścia jest fascynująca.

Browar założył w 1817 roku jego prapradziadek Josef Simon. To był mały browar, jakich tysiące w Niemczech: zatrudniał jednego pracownika, a całą produkcję sprzedawał w rodzinnej knajpie. Gdy zostałem w nim zatrudniony, Bitburger wytwarzał 190 tys. hektolitrów piwa i był jednym z wielu średniej wielkości niemieckich browarów. Gdy odchodziłem na emeryturę, produkcja była 17 razy większa. Bitburger wraz browarami do niego należącymi ma około 8 proc. niemieckiego rynku.

W tym sukcesie mam udział i ja. Najpierw byłem dyrektorem personalnym w firmie liczącej około 2 tysięcy pracowników. Kiedy zginął np. ktoś z kolumny transportowej browaru, a takie wypadki co jakiś czas się przydarzały, nazajutrz rano byłem u rodziny z kondolencjami i propozycją pomocy. Do dziś jestem w Bitburgu znany i lubiany.

Z czasem zostałem dyrektorem finansowym browaru. Odpowiadałem za decyzje warte wielkie pieniądze. Wymyślałem na przykład procedury przetargowe na zakup linii butelkowania piwa wartych po 25 mln ówczesnych marek.

I wreszcie zaczął pan kupować mapy na wielką skalę?

- O tak, ruszyłem z zakupami z kopyta. Dopiero wtedy, kupując rzeczy najrzadsze, najcenniejsze, odkryłem, jak wiele przyjemności potrafi dać kartografia. Oferuje przeżycia estetyczne, bo najlepsze mapy są arcydziełami sztuki rytowniczej, i oferuje szczególne przeżywanie historii. Kartografia wymaga wiele od zbieraczy. Trzeba znać się na historii powszechnej i politycznej, na dziejach technik rytowniczych i technik druku, trzeba dobrze rozumieć stan wiedzy i kulturową świadomość epoki, z której mapy się kolekcjonuje.

Od początku miałem plan budowania kolekcji - zgromadzić wszystkie stany wszystkich map, na których pokazano polskie ziemie.

Jak daleko jest pan od tego marzenia?

- W ciągu 20 lat zebrałem ponad 2 300 map i widoków polskich miast. Ciągle jednak brakowało mi wielu ważnych map Polski. Szczęście uśmiechnęło się do mnie miesiąc temu. Na dwóch aukcjach w Niemczech udało mi się zdobyć niemal wszystkie z listy poszukiwanych. Dziś mogę odpowiedzialnie oświadczyć, że z ważnych dawnych map Polski brakuje mi tylko jednej - dzieła Gerharda de Jode z portretem Batorego. Dziś wiadomo o trzech zachowanych egzemplarzach: w petersburskiej Bibliotece Sałtykowa-Szczedrina, w monachijskiej Landesbibliothek i w Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Nie tracę jednak nadziei, że tego de Jode też kiedyś zdobędę.

Pańskie zbiory to jednak nie tylko kartografia Polski.

- Z czasem poszerzyłem swe zainteresowania. Zacząłem zbierać kartografię niemiecką, bo na dawnych mapach Niemiec zawsze widać spore części Polski. Potem doszły starodruki. Nawiązałem telefoniczny kontakt z wybitnym emigracyjnym pisarzem, bibliofilem i kolekcjonerem Aleksandrem Jantą-Połczyńskim w Nowym Jorku. Po śmierci Janty-Połczyńskiego wdowa Walentyna zaproponowała mi kupienie nie tylko jego kolekcji map, ale i kolekcji listów Mickiewicza do Odyńca. Tak zaczęła się archiwalna gałąź moich zbiorów, która wielkością dorównuje zbiorowi kartografii. Mam w niej dokumenty pergaminowe wszystkich królów Polski, począwszy od Kazimierza Wielkiego, i np. 13 wspaniałych dokumentów króla Władysława Jagiełły, list gen. de Gaulle'a napisany w Warszawie dwa tygodnie po bitwie warszawskiej 1920 roku z opisem jego osobistego w niej udziału. Szczególnie dumny jestem z kolekcji nieznanych rękopisów utworów Juliana Tuwima. Opublikowałem ją w Polsce w 1999 roku. Ostatnimi laty doszły książki z dedykacjami sławnych ludzi i listy więźniów z hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Mam już ponad 1500 listów.

Jak pan kupuje listy obozowe?

- One od lat są w normalnym obrocie antykwarycznym na Zachodzie lub na aukcjach filatelistycznych. Z Polski wywożono je i sprzedawano w antykwariatach. Często powodem pozbywania się tych ostatnich pamiątek po bliskich była bieda.

Dziś już wolniej uzupełniam swoje kolekcje. Już nie mam dość zdrowia ani sił.

Tak ciężko zbierać?

- Bardzo ciężko. W latach 70. mieszkaliśmy w Bitburgu w wynajętym domu niedaleko browaru. Rano, na wpół do ósmej, wychodziłem do pracy. Do 18 pracowałem nad finansami firmy, a potem szedłem na strych starego budynku browaru, gdzie trzymałem swoje zbiory. Prawie nigdy nie wracałem do domu przed północą. Muszę powiedzieć, że miałem niesłychane poważanie w firmie i w miasteczku. Wszyscy mówili: "O, Herr Doktor Niwo pracuje aż do północy!". Niwo, bo nikt nie potrafił wymówić mojego nazwiska. Żona się śmiała, ale nie zdekonspirowała mnie.

Co pan po nocach robił na tym strychu?

- Czytałem literaturę fachową, studiowałem katalogi. To katorżnicza praca. W niemieckich domach aukcyjnych jest w ciągu roku mniej więcej 30 poważnych aukcji map i planów miast. Do tego dochodziły aukcje w Londynie, przede wszystkim w Sotheby's, w Paryżu, w Belgii, Holandii, no i niektóre aukcje w Stanach Zjednoczonych.

Niemal wszystkie weekendy w roku miałem zajęte: jak nie spotkania z innymi kolekcjonerami albo naukowcami od kartografii, to aukcja.

Licytował pan osobiście?

- Na początku tak, bardzo to mnie bawiło.

Miał pan swój system licytacji?

- Nie, wcześniej ani nie kalkulowałem, ani nie ustalałem sobie cen, powyżej których nie wolno mi wyjść. No i dlatego często kupowałem bardzo drogo. Potem już zakładałem sobie górne limity, ale w czasie aukcji ponosiły mnie emocje i licytowałem poza granice rozsądku. Nigdy też nie mogłem wykluczyć, że widząc mnie w akcji, handlarze nieuczciwie włączają się do licytacji i podciągają ceny. Dlatego już od lat nie jeżdżę na aukcje. Mam kogoś, kto tam licytuje w moim imieniu. Tak postępują wszyscy poważni zbieracze. Jeśli kupują naprawdę cenne rzeczy, nie licytują sami, zawsze przez podstawione anonimowe osoby. Prawda wychodzi dopiero przy płaceniu rachunku.

Wśród polskich zbieraczy kartografii uchodzi pan za wyjątkowego sknerę podczas zakupów.

- Naprawdę? (śmiech). Może to zresztą i racja. Prowadząc finanse browaru, nauczyłem się oglądać każdą markę dwa razy, zanim ją wydam. Jeśli więc kupuję coś z rąk prywatnych, staram się wynegocjować jak najniższą cenę. Ale na aukcji tak się przecież nie da. Przeciwnie, podnoszenie oferty o najmniejszy dopuszczalny krok może doprowadzić do wywindowania ceny na niebotyczne wyżyny. Dlatego czasem warto spróbować zadać nokautujące uderzenie. Na aukcji w Sotheby's był kiedyś wystawiony piękny atlas Orteliusza, bodaj za 8 tys. funtów. Gdy zorientowałem się, że przymierza się do niego także znany antykwariusz Loeb-Laroque, natychmiast strzeliłem: 20 tysięcy! I wygrałem.

Ale może, licytując spokojnie, mógł pan zapłacić o parę tysięcy mniej.

- Tak nie wolno myśleć. Myśleć trzeba nie o oszczędnościach, ale o tym, że przedmiot marzeń trzeba zdobyć.

Czy nie żałował pan zakupu jakiejś mapy?

- Nigdy! Natomiast bardzo często żałuję tego, czego nie kupiłem.

Jednym z największych handlarzy dawną kartografią w Amsterdamie był nieżyjący już Nickolaus Nico Israel, niemiecki Żyd. Światowy handel kartografią opanowany jest od niepamiętnych czasów przez niemieckich Żydów. Nickolausa Nico, zwanego Nicko, znali wszyscy kolekcjonerzy map. Uroczy człowiek, zaprzyjaźniłem się z nim. Niejeden raz leżeliśmy na podłodze w jego antykwariacie przy Grose Kraach w Amsterdamie i oglądaliśmy mapy.

W roku 1978 zgłoszono w londyńskim Sotheby's na aukcję piękny atlas Ptolemejski, bodaj ze strasburskiego wydania z roku 1525. Sam w sobie atlas nie był szczególnie rzadki, ale ten egzemplarz miał rzecz bezcenną - odręczne notatki kartografa Abrahama Orteliusa na mapach i na krawędziach map. Sotheby's ustalił dla tego atlasu estymację, czyli wartości, pomiędzy którymi znajduje się rynkowa wartość licytowanego obiektu, na 6-12 tysięcy funtów.

Na aukcji w Sotheby's nie ukrywałem, że będę go licytował, Podszedł do mnie wtedy Nicko i upewnił się, że jestem Orteliusem na serio zainteresowany. Siedzieliśmy obok siebie. Nicko też licytował i szybko, już przy 8 tysiącach, zostaliśmy sami na placu boju. Podbijając cenę po 500 funtów, dojechaliśmy do 23 tysięcy. Wtedy zgłosiłem 23,5 tysiąca i wygrałem.

W przerwie podeszli do mnie znajomi Anglicy i mówią: Thomas, you are crazy, ty jesteś wariat. Przecież Nicko od półtora roku próbuje dużo taniej sprzedać ten atlas i nikt nie chce go kupić. Ja na to: Niemożliwe! Anglicy: To spytaj Nicka.

Zapytałem: Jak to jest, że pan licytuje atlas, który pan sam zgłasza do sprzedaży? Nicko zmieszał się i tłumaczy: Ach, panie doktorze, musi pan zrozumieć, że jestem handlarzem, w moim sercu reprezentuję różnych klientów. Jeden dał mi atlas do sprzedania, a drugi chce go kupić, więc lojalnie licytuję w jego imieniu. Wściekłem się i wygarnąłem mu: Panie Israel, takie historyjki to może pan opowiadać swojej cioci. Ja przez pana zapłaciłem za ten atlas o 12 tysięcy funtów więcej, niż gdyby licytacja była uczciwa. Oświadczam, że jestem gotów wydać trzy razy tyle, ile wylicytowałem za atlas, byle tylko wszyscy handlarze i kolekcjonerzy na świecie dowiedzieli się o pana zagrywce. Na to Nicko już tylko powiedział: Pan jest szalony, panie doktorze, zadzwonię do pana za dwa dni.

I zadzwonił. Zaproponował, że odkupi ode mnie ten atlas za 23,5 tysiąca funtów plus 10 procent opłat aukcyjnych. Zgodziłem się. I to był błąd, bo odręczne wpisy Orteliusa to rzecz bezcenna. Dziś ten atlas wart jest fortunę.

A Nicko?

- Na aukcjach zawsze odwracał się ode mnie i nigdy ze mną nie rozmawiał. Ale nie byłem pamiętliwy. Gdy przed trzema laty zmarł, wydano na jego cześć księgę pamiątkową. Dołożyłem się do sfinansowania jej.

Starzy kolekcjonerzy mawiają, że kupując najlepsze przedmioty, światowej klasy, płaci się nie pieniędzmi, lecz czasem. Bo jest tylko kwestią czasu, kiedy cena dotrze do najbardziej nawet absurdalnego poziomu.

- To bardzo ładna uwaga. Tak to właśnie jest.

Dlaczego zatem, wiedząc, że coś jest tak wielkiej klasy jak ten atlas Orteliusa, nie zapłacił pan zawyżonej ceny, tylko wycofywał się?

- Kolekcjonerstwo to nie tylko żmudne zdobywanie pieniędzy, studiowanie katalogów, pochłanianie setek tomów literatury fachowej. To także gra, właściwie rodzaj hazardu, w której czasem chęć okpienia partnera, urażone ambicja i duma biorą górę nad chłodną kalkulacją.

Przed 25 laty odwiedziłem w Waszyngtonie antykwariat, który pułkownik amerykańskiej armii prowadził na terenie jednostki wojskowej. Zobaczyłem tam arcyrzadką maleńką mapę Polski Beauplana, kartografa francuskiego pracującego m.in. w służbie naszego króla Władysława IV. Pułkownik chciał za nią 28 dolarów. Wiedziałem, że warta jest co najmniej 1000 dolarów, ale z zimną krwią kupiłem za te 28.

Faul.

- Gdybym to zrobił w stosunku do starszej pani, która sprzedaje rodzinną pamiątkę i nie wie, ile jest warta, to byłoby świństwo. Ale to był zawodowy handlarz, on powinien wiedzieć, czym handluje, tylko że on nie odrobił zadania domowego, nie sprawdził w literaturze, ile Beauplan jest wart.

Dwa tygodnie później pułkownik zadzwonił do mnie do Bitburga i powiedział: Mam także mapę Ukrainy Beauplana, ale ponieważ nie był pan wobec mnie uczciwy, to ja teraz oferuję Ukrainę za 5 tysięcy. Odpowiedziałem, że daję 1 500. Nie zgodził się. Zadzwoniłem znów i zaoferowałem 2 500. Nie zgodził się. Za trzecim razem zaproponowałem 2 750, ale pułkownik był gotów zejść tylko do ceny 3 500. Zirytowałem się i dałem sobie spokój. Tydzień potem zadzwonił, że mapę kupiła Biblioteka Kongresu.

Błąd?

- Jeszcze jaki! Dziś wiem, że tamten Beauplan był już wtedy wart co najmniej 5 tysięcy dolarów. To był jeden z czterech tzw. stanów mapy generalnej Ukrainy, jeden z dwóch znanych egzemplarzy tego stanu - drugi znajduje się w zbiorach OEsterreichische Nationalbibliothek w Wiedniu. Nigdy później ta mapa nie pojawiła się na rynku. Dziś ma ogromną wartość.

Bywało, że wiedział pan, jak wielka przydarza się okazja, lecz nie miał pan dosyć pieniędzy?

- Wiele razy. Zarabiałem w browarze nieźle nawet jak na zachodnie stosunki, ale kupowałem bardzo dużo, agresywnie, zachłannie. No i dlatego ciągle byłem w długach. Problem z wielkimi okazjami, co do których byłem pewien, że są także fantastyczną lokatą kapitału, rozwiązałem częściowo w ten sposób, że namówiłem żonę, by kupowała je na własny rachunek. I Marie Luise brała między innymi rzadkie atlasy, które już przed 30 laty były drogie. Dziś są one częścią mojej kolekcji, ale prawną własnością mojej żony.

Czasami jednak musiałem bezsilnie patrzeć, jak bajeczne skarby znikają mi sprzed nosa.

Przed laty contessa Doria z arystokratycznego rodu Doria znanego we Włoszech już w XII wieku zaprosiła na drinka Emeryka Hutten-Czapskiego, uroczego człowieka i wielkiego zbieracza emigracyjnego. Przy kawie contessa stwierdziła, że rozmowa była tak miła, iż na pamiątkę chciałaby podarować gościowi książeczkę. I podarowała - atlas swojego przodka Andrei Dorii, XVI-wiecznego doży Genui i jednego z najwybitniejszych admirałów owej epoki. Składają się na niego stare mapy kartografów włoskich.

Emeryk Hutten-Czapski nie miał dzieci. Atlas Dorii odziedziczył po wujku Emeryku mieszkający w Kanadzie Karol Godlewski. Przed 20 laty pan Karol zadzwonił do mnie i zaproponował, żebym ten atlas kupił za 100 tysięcy marek. W tamtym momencie nie miałem tyle pieniędzy. A pan Karol uparł się, że chce, by atlas Dorii poszedł w dobre ręce. Panie Tomaszu, kusił mnie, możemy porozmawiać o cenie, obniżę do 80 tysięcy. Odmówiłem po raz drugi i poradziłem mu, by oddał go do Sotheby's. Atlas poszedł tam w przeliczeniu za 560 tysięcy marek. Kupił go brytyjski fundusz emerytalny związku zawodowego pracowników kolei. Atlas potem pojawiał się na londyńskich aukcjach, ostatnio osiągając ceny powyżej 2 milionów funtów.

Czy miał pan jakieś wpadki, na przykład dał się nabrać na mapy sfałszowane albo podrasowane?

- Przed laty zdarzało mi się to. Ale w ogóle się tym nie przejmowałem. Patrzyłem na to jak matematyk, z punktu widzenia statystyki: przy skali moich zakupów wpadki musiały się zdarzać, tak jak w wielkiej firmie lotniczej raz na parę lat musi spaść samolot.

Przymykałem też oko na ewidentne nabijanie mnie w butelkę z wyceną mapy, bo zawsze starałem się co pewien czas cokolwiek od wielkich handlarzy kupić, by nie wypaść z ich notesu. Po to, by jak pojawi się coś ekstra, w pierwszej kolejności zadzwonili do mnie.

Jaka jest dziś rynkowa wartość pańskiej kolekcji?

- Nie wiem. Ustalenie wyceny tak dużej kolekcji to praca dla zespołu ekspertów, a nie dla jednego człowieka. Mogę tylko próbować szacować jej wartość na podstawie wycen robionych przez firmy ubezpieczeniowe dla tych części zbiorów, które woziłem na duże wystawy.

W Polsce zaczęło być o panu głośno po tym, jak skradziono panu sławny "Album Moszyńskiego".

- To jeden z najważniejszych skarbów moich zbiorów archiwaliów. W niewielkim oprawionym w czarną skórę notesie Adam Mickiewicz na 99 stronach własnoręcznie zapisał podczas pobytu na Krymie, w Odessie i w Moskwie 42 utwory: sonety elegie, ballady, bajki, erotyki, przekłady z Goethego. Jest tam też rękopis "Stepów Akermańskich", z nieśmiertelną frazą: "Tak ucho natężam ciekawie, / Że słyszałbym głos z Litwy. / - Jedźmy, nikt nie woła!". Większość z wierszy Mickiewicz w tym zeszycie własną ręką poprawiał, uzupełniał. Słowem - skarb narodowy, bezcenny.

Skąd nazwa - "Album Moszyńskiego"?

- Marian Piasecki, plenipotent Mickiewicza, podarował go w roku 1829 w petersburskiej Twierdzy Pietropawłowskiej Piotrowi Moszyńskiemu, marszałkowi szlachty guberni wołyńskiej i działaczowi Towarzystwa Patriotycznego czekającemu na zesłanie na Syberię, skąd wrócił on dopiero po 20 latach. Do II wojny światowej album znajdował się w Krakowie, w ręku rodziny Moszyńskich, potem historycy stracili z nim kontakt. W 1989 roku zadzwoniła zaprzyjaźniona ze mną prof. Maria Danilewicz-Zielińska, emigracyjny historyk literatury mieszkająca pod Lizboną, i poinformowała, że album jest w posiadaniu pewnej pani, która chce go sprzedać. Pani profesor Danilewicz była uroczą kobietą, której wiele zawdzięczam. Dzięki niej między innymi zdobyłem obszerny zbiór listów Kazimierza Wierzyńskiego. Prof. Danilewicz-Zielińska skontaktowała mnie z właścicielką "Albumu Moszyńskiego". Po krótkich rozmowach kupiłem go.

Kim była pani, która sprzedała album?

- Umówiłem się z nią, że nigdy nie wyjawię jej tożsamości i nie ujawnię, za ile album kupiłem. Mogę powiedzieć tylko tyle, że kosztował mnie wówczas równowartość dwóch nowych samochodów średniej klasy.

Manuskrypty z tego albumu zostały wydane przez Arkady w II tomie "Mickiewiczianów w zbiorach Tomasza Niewodniczańskiego" pod redakcją naukową Janusza Odrowąża-Pieniążka. W lutym 1993 roku prof. Odrowąż-Pieniążek zaprosił mnie na wernisaż książki do Muzeum Literatury na warszawskim Rynku Starego Miasta, prosząc o przywiezienie tego albumu. Wziąłem album do kieszeni, wsiedliśmy z żoną do samochodu i pojechaliśmy z Bitburga do Polski.

W Muzeum Literatury podczas promocji wydania Arkad wyciągnąłem z kieszeni oryginał i pokazałem obecnym. Wrażenie było piorunujące. Samochód zaparkowałem na zapleczu muzeum, bo w trakcie wernisażu ktoś z Arkad przywiózł mi 135 egzemplarzy ich wydania "Mickiewiczianów". Po bardzo miłym wieczorze wróciliśmy na Miączyńską, do domu mojej siostry, przed laty naszego własnego domu. Mieliśmy z żoną iść później do teatru, a wczesnym rankiem wracać do Niemiec, więc Marie Luise zaproponowała, żebym się na pół godzinki zdrzemnął. Zostawiłem oryginał albumu w bagażniku, między książkami Arkad i starodrukami, włączyłem tylko najprostsze zabezpieczenie i położyłem się. Gdy pół godziny później wyszedłem przed dom, mojego bmw nie było.

Album był ubezpieczony?

- Skądże znowu, ja nigdy nie ubezpieczam naprawdę cennych rzeczy, bo to jest niesłychanie kosztowne i tylko zachęca do kradzieży. Złodzieje wiedzą, że jeśli nawet nie znajdą pasera, który zapłaci im odpowiednio dużo, zawsze mogą negocjować okup z towarzystwem ubezpieczeniowym. Gdybym się ubezpieczył, to nie straciłbym pieniędzy, ale "Album Moszyńskiego" pozostałby w rękach złodziei.

Ale dlaczego nie wynajął pan firmy przewozowej z ochroniarzami?

- Taka firma oczywiście nie tylko ochrania, ale i ubezpiecza przewożone zbiory, więc koszt specjalistycznego transportu jest astronomiczny. Za te pieniądze mogę kupić coś naprawdę cennego do swej kolekcji.

Najlepszym zabezpieczeniem jest wożenie skarbów jak kartofli, tak by nikt nie mógł się domyślić ich obecności. Przed laty jeździłem do Londynu na aukcje w Sotheby's samochodem. W 1976 roku wybrałem się tam, by zapolować na atlas Joana Blaeua, 597 fenomenalnych map oprawionych w 11 woluminach. Udało się, kupiłem. Włożyłem te 11 tomów do bagażnika swojego mercedesa, rzuciłem na wierzch parę współczesnych książek, podjechałem z 300 metrów do mojego ulubionego hotelu i poszedłem spać. Rano zszedłem na ulicę i mało co nie dostałem zawału: szyba w samochodzie wybita, plastikowa reklamówka z butelką lemoniady i garścią jabłek - skradziona. Na miękkich nogach otworzyłem bagażnik, a tam spokojnie leżały wszystkie tomy Blaeua warte ponad pół miliona funtów.

Chociaż, kto wie, może ta historia oduczyła mnie ostrożności. Nie przewidziałem, że mogą mi ukraść samochód.

Sądził pan, że złodziejom chodziło o samochód czy raczej o album?

- Nie miałem wątpliwości, że chodziło o samochód. To było służbowe najnowsze, najdroższe bmw 750 z 12-cylindrowym silnikiem. Najprawdopodobniej namierzono mnie już na granicy i złodzieje jechali za mną do Warszawy.

Natychmiast pojechałem z siostrą na policję, ale tam dzielni funkcjonariusze spisywali mnie mozolnie przez dwie godziny. Później dowiedziałem się, że tak drogie samochody gangi przerzucają w ciągu trzech godzin przez wschodnią granicę. Ręce mi opadły. Ktoś doradził mi zgłosić się do słynnego detektywa Rutkowskiego. Dałem mu 6 tysięcy złotych zadatku i nigdy go więcej nie zobaczyłem. Okazało się, że to zwykły żulik i oszust.

Policjanci byli mili, ale śledztwo prowadzili po amatorsku. Opis albumu trafił na przejścia graniczne dopiero po paru dniach. Gdy policjanci namierzyli warszawskiego pasera, który usiłował sprzedać w antykwariacie XVI-wieczną książkę Marcina Kromera, także skradzioną na Miączyńskiej razem z moim bmw, zamiast obserwować tego typa tak długo, aż doprowadzi do wspólników, aresztowali go. Wykręcił się, że kupił starodruk na pchlim targu przy Wolumenie i został oskarżony jedynie o paserstwo. A trop prowadzący do złodziei albumu urwał się.

Gdy zaproponowałem policji, że przyjadę do Warszawy swoim luksusowym bmw i zostawię je na ulicy na wabia, usłyszałem od nich, że to byłoby działanie nielegalne. Ręce opadały, naprawdę.

Kiedy zdecydował się pan zapłacić złodziejom okup?

- Gdy tylko zorientowałem się, że policja albumu nie odzyska.

Przez rok próbowałem po omacku znaleźć jakiś ślad po złodziejach, jakiś kontakt. Zgłaszali się rozmaici pośrednicy, ale szybko okazywało się, że to drobni oszuści. Dopiero, gdy w rok po utracie samochodu z albumem zdecydowałem się na opublikowanie w "Magazynie Gazety Wyborczej" historii kradzieży razem z moim apelem do złodziei o nawiązanie kontaktu, zadzwonił do mnie ktoś, kto przedstawił się jako Rysiek. Od razu poczułem, że to nie jest naciągacz.

Telefonowaliśmy do siebie wiele razy, w końcu spotkaliśmy się. Gdy przyjeżdżałem do Warszawy, zawsze zatrzymywałem się w Hotelu Europejskim. Pewnego razu, późnym wieczorem, już po godzinie 23, zadzwonił telefon hotelowy. Rysiek zaproponował, żebym zszedł do barku na kawę. To był młody człowiek, około trzydziestki. Nie wyglądał na zwykłego bandziora, rozmawiał ze mną dość kulturalnie.

Nie bał się pan?

- A czego? Przecież rozmawialiśmy w hotelu. Zresztą gdyby gangsterzy chcieli mnie porwać, mogliby napaść na mnie w każdej sytuacji. Tylko po co? Ich interesem było wzięcie ode mnie okupu za album.

Działał pan w tajemnicy przed policją?

- Skądże znowu, o wszystkim informowałem następnego dnia panią komisarz, która zajmowała się tą sprawą. Policja nie była zachwycona, że podjąłem kontakt z gangsterami. Pani komisarz ostrzegała mnie, że ten Rysiek to osobnik bardzo niebezpieczny. Twierdziła, że jest podejrzany o głośne zabójstwo w hotelu Marriott, ale że nie ma na to dowodów, które ostałyby się w sądzie.

Potem po każdym telefonie od Ryśka i umówieniu się z nim na spotkanie zawiadamiałem Pałac Mostowskich. I za każdym razem Rysiek oddzwaniał: Oj, panie Tomaszu, pan znowu dzwonił na policję, nie tak się umawialiśmy. I nie przychodził. To było ewidentne, że gang ma jakąś wtyczkę w komendzie wojewódzkiej.

Wtedy zrozumiałem, że sprawę muszę dokończyć sam, bez policji.

Jak zakończyć?

- Zapłacić złodziejom. Zacząłem spotykać się z Ryśkiem bez powiadamiania policji. On jak zwykle dzwonił do mnie w nocy do pokoju w Europejskim i rozmawialiśmy w barku na dole. W końcu pokazał mi fotografię albumu.

Uzgodniliśmy cenę.

Ile?

- Dużo więcej, niż zapłaciłem, kupując album w 1989 roku, ale dużo mniej, niż złodzieje żądali na początku. Miałem w ręku mocne argumenty. Sprawa stała się głośna nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Docierały do mnie sygnały, że album oferowano różnym antykwariuszom w Polsce i na Zachodzie, że ktoś sondował, czy przyjąłby go do sprzedaży dom aukcyjny w Amsterdamie - ale wszyscy marszandzi nagabywani w tej sprawie odmawiali.

W kwietniu 1997 roku umówiłem się telefonicznie z Ryśkiem, że spotkamy się w Marriotcie i tam wykupię album. Pojechałem do Polski nowym bmw 730, tym razem skromniejszym, sześciocylindrowym. Na szyi zawiesiłem woreczek z gotówką. Miałem kłopot z zapięciem koszuli tak, by wyglądało wszystko naturalnie, bo woreczek był gruby. Zanocowałem w Poznaniu i nazajutrz rano wjechałem do Warszawy. Przy nieistniejącej już dziś stacji benzynowej Texaco na Wolskiej zauważyłem, że kierowca mercedesa na poznańskich numerach daje mi znaki. Pojechałem dalej, ale po chwili kierowca poloneza pokazał mi na migi, że mam coś nie w porządku z kołem. Byłem na tym punkcie przeczulony, bo rok wcześniej, gdy w warsztacie zmieniałem opony zimowe na letnie, mechanik nie dokręcił prawego przedniego koła i odpadło mi w czasie jazdy. Zjechałem na stację benzynową, zatrzymałem się, uchyliłem drzwi i zanim zdążyłem wysiąść i obejrzeć koła, nie wiadomo skąd wyskoczył młody człowiek, wypchnął mnie z mojego bmw i z piskiem opon odjechał. Starałem się trzymać drzwi, ale po kilkunastu metrach odpadłem. Nikt mi nie pomógł. Na tej dużej stacji stało kilkanaście osób i wszyscy się ze mnie śmiali.

W samochodzie została marynarka z paszportem, z dokumentami samochodu. Ale najważniejsze - nie straciłem gotówki. Co tam samochód, sprawa szła o album. Natychmiast wezwałem policję i zgłosiłem napad. Potem zadzwoniłem do Ryśka i nakrzyczałem na niego: Ludzie, dlaczego kradniecie mi samochód? A on na to: Ooo, panie Tomaszu, ja o tym nic nie wiem.

Przełożyłem sfinalizowanie wykupu albumu na następny dzień. Rysiek uparł się, by nie spotykać się w Marriotcie, ale w mieszkaniu mego brata.

Jak wyglądało wręczanie gangsterom okupu?

- Jak na filmie. Zatrzymałem się wtedy u mojego brata, znanego profesora fizyki, prezesa Agencji Atomistyki. Mieszkał w spokojnej, cichej uliczce niedaleko Wilanowa, w domu rządowym strzeżonym przez BOR. Pamiętam, że naprzeciwko mieszkała pani Ewa Wachowicz, była Miss Polonia i ówczesna rzecznik rządu. Przyszli we dwóch przed czwartą po południu, bez problemu dostali się na górę, zadzwonili do mieszkania i powiedzieli: mamy to na dole. Wziąłem kopertę z gotówką i zszedłem z nimi. Przy ich samochodzie stał jeszcze jeden gangster i to on trzymał w rękach album. Dałem mu kopertę. Wziąłem album, położyłem na masce ich samochodu i zacząłem oglądać w świetle ulicznej latarni. Straszliwie poplamiony, cały w brązowych zaciekach, tak intensywnych, że na części stron nie było widać pisma, skórzana oprawa była w ruinie. Bez wątpienia jednak miałem w rękach oryginalny, kompletny "Album Moszyńskiego".

Gangster przeliczył marki i na koniec powiedział: "Panie Tomaszu, pan jest poważnym człowiekiem, pan nie będzie próbował nic dalej w tej sprawie robić. My wiemy, że pan ma siostrę Justynę, która mieszka na Miączyńskiej i ma troje dzieci. Po co ma stać się im coś złego?".

Czuł się pan oszukany, że album był w tak złym stanie?

- Nie, to nie miało dla mnie znaczenia. Liczyło się tylko to, że mam go z powrotem. Wiedziałem, że współpracująca ze mną konserwatorka pani Ewa Ważyńska zrobi wszystko, co możliwe, by przywrócić mu świetność. Pracowała nad nim przez rok i, jak pan widzi, album jest czytelny. Jedne strony są niemal bez zacieków, inne z plamami, których nie dało się usunąć, bo pochodziły, jak stwierdziła konserwatorka, z gnijących owoców. Złodzieje najwyraźniej wyrzucili kajecik do śmieci i odszukali go po blisko trzech latach, gdy przeczytali w "Gazecie Wyborczej", jak bardzo jest cenny.

Ale to nie był koniec moich strat związanych z albumem. Parę dni po odzyskaniu go ktoś zadzwonił z Polski do Niemiec i zaproponował mi zwrot skradzionego na stacji benzynowej samochodu za okup w wysokości 20 procent jego wartości. Przystałem na to. Byłem przekonany, że moje bmw porwał ten sam gang, który ukradł mi samochód z "Albumem Moszyńskiego". Mój syn Mateusz, który pracował już wtedy w bitburskim browarze, jechał w interesach do Polski i zaoferował się, że sprawę w moim imieniu załatwi. Zatrzymał się w Warszawie, w hotelu Victoria. Powtórzył się scenariusz z moich rozmów z gangsterami w Warszawie. Ktoś zadzwonił do pokoju syna i powiedział, że czeka w holu na dole. Tam jakiś mężczyzna dał Mateuszowi notatnik z telefonami. Syn zadzwonił do mnie, opisał go - to był notatnik skradziony wraz z samochodem. Syn pokazał kopertę z pieniędzmi i razem ruszyli na parking. W drzwiach hotelu gangster nagle wyrwał synowi kopertę z ręki, wskoczył do czekającego na niego samochodu i tyle go widziano.

Potem jeszcze w tej sprawie ktoś telefonował do mnie, ale zerwałem wszelkie kontakty. Album kosztował mnie już dosyć pieniędzy i emocji.

I reputacji. Po kradzieży wielu naukowców miało panu za złe, że lekkomyślnie doprowadził pan do utraty bezcennej narodowej pamiątki.

- Było gorzej. Znana pani profesor publicznie stwierdziła, że jest niedopuszczalne, by takie skarby mogły znajdować się w prywatnych rękach, że powinno się ten album od razu Niewodniczańskiemu odebrać. Ale takimi oskarżeniami w ogóle się nie przejmuję. Ryzyko, i to duże, wpisane jest w pasję kolekcjonerską.

Jest pan zbieraczem uczciwym?

- Uważam, że tak.

A co to znaczy być uczciwym zbieraczem?

- Trzeba dokonywać właściwych wyborów. A to wcale nie jest proste, to wymaga nieustannego namysłu, analizy okoliczności, balansowania na granicy prawa i dobrych obyczajów. Proszę pana, jeśli ktoś ma mentalność harcerza, który nie klnie, nie kłamie, nie pije wina i każdą staruszkę natychmiast przeprowadza przez ulicę, to może zbierać etykietki z pudełek zapałek, a nie dzieła sztuki wielkiej klasy.

A właściwie dlaczego?

- Bo ktoś taki nigdy najlepszych dzieł nie zdobędzie, a już na pewno nie zbuduje wyjątkowej kolekcji. Zdobywanie kolekcjonerskich rarytasów to bardzo często walka, wolnoamerykanka, a nie zakupy w supermarkecie.

Nawet wielcy, liczący się na światowym rynku antykwariusze w trakcie negocjacji dają do zrozumienia, że chętniej przyjmą gotówkę niż czek czy przelew. Dlaczego? No, nie bądźmy dziećmi - jak ziemia okrągła, urzędy podatkowe są najbardziej znienawidzoną instytucją państwową. Haracz, jaki biorą od zakupu dzieł sztuki w niektórych krajach europejskich, sięga 30 procent. Na całym świecie najpoważniejsi handlarze biorą gotówkę i szerokim łukiem omijają urząd podatkowy.

A panu zdarzało się płacić gotówką?

- Ależ oczywiście, niejeden raz. Ja przestępstwa żadnego nie popełniałem, a co dalej z moimi pieniędzmi robił marszand, to już nie moja sprawa. Ja nie jestem od obywatelskiego wychowywania handlarzy sztuką, ja jestem od zbierania sztuki. A jeślibym się upierał przy przelewie, to być może antykwariusz wolałby zrobić interes z kimś, kto płaci nieco mniej, ale gotówką.

Kupił pan kiedyś coś skradzionego z innego zbioru?

- Sądzę, że tak. Przynieśli mi kiedyś w Niemczech jacyś ludzie ciekawą mapę, kupiłem. Potem, gdy rozebrałem oprawę, zobaczyłem na odwrociu dwie pieczątki znanego polskiego muzeum pałacowego.

Zwrócił ją pan?

- Nie. Kupiłem ją w dobrej wierze. W systemie prawnym każdego europejskiego kraju nabywca jest prawnie chroniony w przypadku kupna w dobrej wierze. A tych, którzy mi to sprzedali, można niestety szukać jak wiatru w polu.

A odmówił pan kupna czegoś interesującego, bo podejrzewał pan, że zostało skradzione?

- Niejeden raz. Odmawiam wtedy, gdy mam pewność, że obiekt został skradziony. Albo będzie skradziony. Od czasu do czasu znana osoba w środowisku poważnych kolekcjonerów pyta mnie: panie Tomaszu, czy nie jest pan zainteresowany pewną rzeczą z jakiejś ukraińskiej biblioteki? To rzecz z przedwojennych polskich zbiorów kresowych, które sowieckie instytucje zagarnęły w czasie wojny, a po rozpadzie ZSRR przejęli Ukraińcy. Możemy ją Panu "zorganizować...".

Zawsze odpowiadam: nie. Ostatnio zaproponowano mi ogromną kolekcję listów pułkownika Jana Kozietulskiego, sławnego żołnierza napoleońskiego, do siostry. Arcyciekawy zbiór, pułkownik pisał do niej niemal codziennie. Ale odmówiłem. Najprawdopodobniej jest to część kolekcji Dunin-Borkowskiego, a wiadomo, że cenne rzeczy były z niej po cichu wyciągane i sprzedawane za plecami właściciela przez osoby mu bliskie. Takich rzeczy nie chcę.

Ale gdy jedynie mam wątpliwości co do pochodzenia, a nie pewność, że rzecz została skradziona, to kupuję. Wielki kolekcjoner Emeryk Hutten-Czapski, sprzedając swoje mapy, z reguły pieczętował je odpowiednim stemplem i podpisywał wyjście ich ze swoich zbiorów. Ale bywało, że tego nie robił. Trafiła mi w ręce mapa z jego znakami własnościowymi, jednak bez pieczątki potwierdzającej sprzedaż. Może skradziono ją, a może Hutten-Czapski sprzedał ją bez pieczętowania. W takiej sytuacji byłbym naiwny, gdybym nie kupił.

Kolekcjonerstwo jest w jakimś sensie rodzajem psychologicznej gimnastyki.

Czym jeszcze jest kolekcjonerstwo?

- Ciężką, wyniszczającą chorobą. Rujnuje życie rodzinne. Żona mogłaby opowiedzieć całą litanię moich wad i przewin. Tak naprawdę, choć zamężna, była samotną matką wychowującą trzech synów. Mnie prawie nigdy nie było w domu, zawsze ślęczałem nad swoimi zbiorami albo goniłem po świecie za kolejną mapą. Moi synowie wychowywali się bez ojca. I jakoś zostałem już za to ukarany. Mimo że włożyłem wiele pracy, by zaszczepić w nich pasję do kartografii, do kolekcjonerstwa, wszyscy trzej otwarcie dziś mówią, że nie chcą z mapami mieć nic do czynienia.

Marzyło mi się, że najmłodszy, Roman, przejmie kolekcję po mnie. Właściwie to zmusiłem go, żeby poszedł studiować geografię. Dyplom, planowałem sobie, miał zrobić z historii kartografii. Ale on tak bardzo nie lubił dawnych map, że zwiał z tej historii kartografii i pracę magisterską napisał o sytuacji producentów win nad Mozelą i Saarą. Skończył studia winiarskie. Potem namówił matkę, by kupiła mu zbankrutowaną trzyhektarową winnicę nad Saarą. To historyczna winnica zakonu jezuitów w Luksemburgu. Znacjonalizował ją Napoleon, żeby sfinansować swoje kampanie wojenne. Kupiła ją wtedy holenderska rodzina van Volxem i wina noszą do dziś tę nazwę. Roman ma już ponad 35 hektarów winnic. Gdy niemiecki prezydent federalny niedawno jechał z oficjalną wizytą do papieża Benedykta XVI, biuro prezydenta zamówiło na uroczyste watykańskie przyjęcie wina z winnicy Romana.

Tak, winiarzem jest wspaniałym, ale z dawnymi mapami nie chce mieć wiele wspólnego.

A pozostali synowie?

- Mateusz, najstarszy, został po studiach jednym z dyrektorów naszego browaru. A gdy firma postanowiła, że potrzebuje drugiego Niewodniczańskiego na szefa produkcji, to Mateusz musiał wyjść z browaru. W cywilizowanych krajach jest nie do pomyślenia, by w tej samej organizacji publicznej albo prywatnej było dwóch braci. Taka sytuacja z bliźniakami Kaczyńskimi na czele państwa jest w świecie cywilizowanym nie do pomyślenia. Gdy przeszedłem na emeryturę, Mateusz mógł zostać członkiem rady nadzorczej naszego holdingu i zajął się tam operacjami finansowymi, a produkcją piwa zaczął zarządzać średni syn, Jan.

Mateusz od pewnego czasu kolekcjonuje nowoczesną grafikę i malarstwo, ale nie kartografię. Kupuje niewiele, za to bardzo dobre, bardzo drogie rzeczy, które zresztą są najlepszą inwestycją. Gdy zbiera się tak jak ja, dążąc do stworzenia kompletnej kolekcji tematycznej, trzeba kupować wiele rzeczy, o których od razu wiadomo, że z czasem będą drożeć bardzo wolno. Ale trudno - to jeszcze jeden koszt takiej manii jak moja.

Żona nie interesowała się pańską pasją?

- Ależ tak, na początku bardzo pomagała mi, mierzyła, opisywała mapy. W tym celu nawet nauczyła się łaciny. Ale w końcu nie wytrzymała mojego tempa. Musiała poświęcić więcej uwagi synom, a z czasem znalazła sobie własne pasje. Marie Luise jest z wykształcenia architektem. Wyspecjalizowała się w ochronie zabytków budownictwa wiejskiego w rejonie Bitburga. Za panowania cesarzowej rzymskiej narodu niemieckiego Marii Teresy te ziemie przeżywały niezwykłą prosperity gospodarczą. Chłopi budowali swe domostwa bardzo bogato i pięknie. Prócz tego żona angażuje się w lokalną politykę, startuje w wyborach lokalnych, kolekcjonuje antyczne greckie wazy. Nauczyła się być tak zajęta jak ja.

Kolekcjoner musi być samotny?

- Kiedy umarł wielki zbieracz niemiecki prof. Klaus Stopp, byłem bodaj jedynym kolekcjonerem na jego pogrzebie. Widać tak musi być.

Co dostał pan od swojej kolekcji w zamian?

- Drugie życie, pełne emocji. Już nie mówię o tej historii z "Albumem Moszyńskiego", ale przecież trwające lata całe polowania na wymarzone skarby brakujące do kolekcji, podchody, walki z innymi kolekcjonerami dadzą się porównać tylko ze wspinaczką w wysokie góry, ze sportami ekstremalnymi, no, może jeszcze z XIX-wiecznym polowaniem na grubego zwierza w Afryce. A przy tym kolekcjonowanie to ogromna przyjemność intelektualna. Ostatnimi laty skoncentrowałem się na zbieraniu autografów sławnych ludzi. Lubię je przeglądać. Zawsze wprawia mnie w świetny humor dedykacja Hitlera na książce dla jakiegoś starego nazistowskiego towarzysza partyjnego. W 1937 roku Fuehrer napisał: "A jednak zwyciężyliśmy!".

A jakaż to przyjemność podglądać cudze życie sprzed wielu dziesiątek lat w starych listach! A jaka frajda studiować dawne mapy, znajdować w nich błędy albo, przeciwnie, rewelacje, których nie ma w podręcznikach historii.

Ja z kolekcjonerstwa czerpię wyjątkowo dużo przyjemności, bo jestem rzadkim typem zbieracza, który lubi pokazywać swoje zbiory. Większość kolekcjonerów siedzi zazdrośnie na skarbach jak kwoka na jajach, nie wpuszczają nikogo do domu. Wybudowałem w ogrodzie mojego domu w Bitburgu pracownię z solidnym podziemnym bunkrem, w którym złożyłem swoje skarby. Przez ten bunkier przewinęły się setki zaproszonych gości. Pokazuję wszystko, pozwalam wziąć do ręki i przejrzeć "Album Moszyńskiego", przekartkować najstarsze księgi.

Mam też wielką satysfakcję, że dzięki pomocy dwóch kustoszy mojej kolekcji: najpierw Niemca, dr. Petera H. Meurera, a od siedmiu lat Polaka - dr. Kazimierza Kozicy, publikuję katalogi, edycje źródłowe, opracowania. Dzięki temu moja kolekcja istnieje w obiegu naukowym. To wielka frajda wpaść na poważną aukcję w Wielkiej Brytanii czy w Stanach Zjednoczonych i w opisie rzadkiej mapy przeczytać: "Niewodniczański nie odnotowuje".

Ciężką pracą, ale i wyjątkową przyjemnością jest przygotowywanie wystaw. Brałem udział ze swoimi mapami w kilkudziesięciu wystawach, od Amsterdamu, przez Madryt, Barcelonę, miasta Niemiec, Polski, po Wilno. Największą z nich była "Imago Poloniae", monumentalna ekspozycja 2272 obiektów, najpierw pokazana w Berlinie, potem na Zamku Królewskim w Warszawie, gdzie otwierał ją prezydent Kwaśniewski.

Z ekspozycji "Imago Lithuaniae", pokazującej obraz Litwy, na żądanie gospodarzy musiał pan wycofać wszystkie mapy, na których Litwa widniała razem z Polską. Dlaczego się pan na to zgodził?

- Mam ogromny sentyment do Litwy. Pamiętam swoje dzieciństwo w Wilnie - ojciec był profesorem Uniwersytetu Stefana Batorego, mama pracowała w radzie miasta, w wydziale rolnictwa. Gdy wybuchła wojna, miałem sześć lat i poszedłem do szkoły. Przez dwa tygodnie uczyłem się w pierwszej klasie polskiej szkoły. Potem weszli Sowieci i na ścianie klasy zamiast polskiego orła pojawił się portret Stalina. Kilka miesięcy później miejsce Stalina na ścianie zajął prezydent Smetona, bo Moskwa oddała Wilno Litwie. Latem 1940 roku, po wejściu Niemców, zamiast Smetony zawisł portret Hitlera. Przez trzy lata na tajnym komplecie uczyła mnie pani Swianiewiczówna, siostra uratowanego tuż przed egzekucją w Katyniu Stanisława Swianiewicza. W końcu marca 1945 roku Sowieci wysłali moją rodzinę transportem repatriacyjnym do Łodzi.

Sentyment do Wilna z lat dziecinnych sprawił, że postanowiłem być wyrozumiały dla litewskich kompleksów historycznych. Oni tam ciągle czują się zagrożeni przez polską kulturę, ciągle rozpaczliwie się od niej odsuwają, żeby zachować swoją tożsamość. Można się oburzać, można się z tego śmiać, ale uznałem, że tak mały naród ma prawo do swoich obsesji. Tak samo zachowują się Szwajcarzy w stosunku do kultury niemieckiej.

Organizatorzy "Imago Lithuaniae" nie zgodzili się, by na otwarciu przemawiał pan po polsku.

- Przełknąłem i to, przemawiałem po angielsku.

Ale jeśli sądzi pan, że tylko Litwini manipulują przy wystawach, to jest pan w błędzie. W Krakowie gospodarze wyeksponowali starannie wszystkie 2272 mapy i widoki miast na wystawie "Imago Poloniae", po czym w ostatniej chwili wycofali trzy cudowne weduty Warszawy Canaletta. Rzekomo nie wiedzieli, gdzie je powiesić. Biedacy. A tymczasem później na wystawie moich rzeczy w Darmstadt dla tych trzech widoków Warszawy wybudowano osobną salę ekspozycyjną, coś w rodzaju kaplicy, bo są to dzieła wyjątkowo rzadkie i piękne.

Rytuałem przy okazji pańskich wystaw jest obdarowywanie gospodarzy przez pana jakimś cennym eksponatem, a pana przez gospodarzy - orderem.

- Zawsze ofiarowuję jakiś eksponat gospodarzom. Podarowałem coś Szczecinowi, coś wrocławskiemu Ossolineum, swoje dostały Wilno i dostanie Kijów. To nie są rzeczy szaleńczo drogie, ale staram się, by były czymś ważnym dla obdarowanych. Dla Ukrainy wybrałem, po konsultacji oczywiście, jeden z odręcznych listów hetmana Doroszeńki. Wilnu ofiarowałem wielką XVI-wieczną panoramę Grodna M. Zuendta z 1568 roku, dla Gdańska przeznaczyłem rękopiśmienny plan miasta z 1812 roku.

Co będzie dalej z pańską kolekcją?

- Moja decyzja jest nieodwołalna: część polska zbiorów kartograficznych i archiwalnych po mojej śmierci idzie jako depozyt do Biblioteki Państwowej Funduszu Pruskiego Dziedzictwa Kultury w Berlinie. Jeśli w ciągu następnych 25 lat władze polskie i niemieckie dojdą do porozumienia i niemiecki zbiór tak zwanej Berlinki, czyli cennych autografów niemieckich XVIII- i XIX-wiecznych kompozytorów, między innymi Beethovena i Mozarta, oraz pisarzy wróci z Biblioteki Jagiellońskiej do Berlina, strona niemiecka będzie musiała niezwłocznie przekazać kolekcje po mnie do Muzeum Zamku Królewskiego w Warszawie.

A jeśli takiego porozumienia nie będzie, jeśli "Berlinka" zostanie w Krakowie?

- Wtedy moje kolekcje pozostaną na zawsze w Bibliotece Pruskiego Dziedzictwa Kultury w Berlinie.

To szantaż wobec Polski.

- Wręcz przeciwnie, to premia za cywilizowane uregulowanie problemu "Berlinki".

Przecież pan wie, że "Berlinka" została przewieziona pod koniec wojny przez władze hitlerowskie na Dolny Śląsk, gdzie później odnalazły ją władze polskie. I wie pan, że pozostaje ona w Krakowie także dlatego, a może nawet przede wszystkim dlatego, że Niemcy uchylają się od odpowiedzialności za gigantyczne straty kultury polskiej podczas II wojny światowej.

- Zdaję sobie sprawę, jak Niemcy zachowali się wobec Polaków podczas wojny. Także z tego powodu zacząłem skupować i archiwizować listy obozowe. Ale mam też dług wobec narodu niemieckiego. W sferach ludzi kulturalnych przyjęto mnie jak swojego, nigdy nie wytykano, że jestem obcy czy gorszy. Stworzono mi warunki do pracy, do zarabiania dużych pieniędzy, do gromadzenia tych zbiorów. Niemiecki uniwersytet w Trewirze przyznał mi doktorat honoris causa za ratowanie dzieł polskiej kultury. Jako zbieracz dobrze orientuję się w ogromie naszych strat wojennych. I powiem panu więcej - Niemcy byli mistrzami w niszczeniu cudzego dziedzictwa. Ale to przecież nie powód, by rękopisy Beethovena czy Mozarta trzymać w areszcie. Co nam, Polakom, po 228 listach Goethego? Ich miejsce jest w Niemczech.

Wszyscy w Polsce zgadzają się, że "Berlinka" powinna wrócić do Berlina, pod warunkiem jednak, że Niemcy wypłacą nam godziwą rekompensatę za zniszczone i zrabowane dobra kultury.

- Przez lata namawiałem do tego niemieckie władze. W Berlinie w zasadzie zgadzano się na utworzenie fundacji z kapitałem 300-400 milionów euro, która miałaby skupować z rynku światowego cenne polonika dla polskich zbiorów publicznych. Ale Warszawa mówiła w tym czasie o fundacji z kapitałem 2 czy nawet 3 miliardów euro. Na to dziś w Niemczech żaden rząd nie dostałby zgody społecznej. Ale 25 lat to kawał czasu. Mam nadzieję, że jakoś się Polska z Niemcami porozumie i moja kolekcja trafi na Zamek w Warszawie.

A co z resztą zbiorów, o której powiedział pan kiedyś, że ma większą wartość rynkową od części polskiej?

Dostaną ją w spadku synowie. Spory udział w wycenie tej części zbiorów mają atlasy, które są własnością mojej żony.

Ma pan nadzieję, że wtedy synowie zainteresują się kartografią?

- Może się tą kolekcją zaopiekują, a może ją sprzedadzą. To już nie moje zmartwienie. Moje zainteresowania nie sięgają tak daleko. Teraz zajmuję się redagowaniem ogłoszenia o mojej śmierci. Wymyśliłem też treść napisu na nagrobku. "Tomasz Niewodniczański. Zbieracz, fizyk, przedsiębiorca".

Nie przygnębia pana myśl, że tak wspaniała kolekcja mogłaby ulec rozproszeniu?

- Proszę pana, gdyby kolekcjonerzy, którzy żyli przede mną, nie zmarli, a ich zbiory nie uległy rozproszeniu, ja nie miałbym szans zebrać swojej kolekcji. Przedmioty zawsze krążą, taka jest kolej rzeczy. Zostaje tylko pamięć.