Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Focus Historia - 06/04/2010

 

Andrzej Krajewski

Kanapka ze śmiercią

 

 

Jako pierwsi dotarliśmy do sensacyjnych materiałów: w latach 30. polscy naukowcy pracowali nad bronią biologiczną. Eksperymenty na więźniach pochłonęły kilka ofiar. Po wojnie komuniści szykowali wielki proces polityczny mający zdemaskować zbrodnie sanacji, ale na rozkaz Kremla spektakl odwołano. Tyle wiadomo na pewno, reszta jest splotem poszlak i zagadek

 

Gdyby twórcy przedwojennego kina znali tę tajemnicę polskiego wojska, z pewnością nakręciliby o niej sensacyjny film. Samochody krążące po ulicach wielkiej metropolii, rozpylające bakterie za pomocą specjalnej aparatury, zabójstwa radzieckich szpiegów dokonywane w komorach ciśnieniowych bronią biologiczną, otrucia jadem kiełbasianym - to wszystko działo się naprawdę. Rzecz w tym, że była to jedna z najpilniej strzeżonych tajemnic II RP. Taki film po prostu nie mógł powstać... Przez dwa lata w pocie czoła Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego układało scenariusz wielkiego przedstawienia. Przed sądem mieli stanąć wysocy urzędnicy z czasów II RP, kierownictwo Oddziału II Sztabu Głównego (czyli wywiadu) oraz uczeni, którzy pracowali nad polską bronią biologiczną. W akcie oskarżenia zarzucano im: "przygotowania wraz z międzynarodowym imperializmem zbrodni przeciw ludzkości, w powiązaniu z wojną bakteriologiczną i toksykologiczną", a zamierzano udowodnić: "antynarodowy i antyradziecki charakter reżimu sanacyjnego". W połowie maja 1953 r. ambasador sowiecki w Polsce Arkadij Sobolew przekazał Bolesławowi Bierutowi krótką depeszę. Rada Ministrów ZSRR poinformowała przywódcę PRL, że: "uważa za celowe wstrzymanie się w chwili obecnej od przeprowadzenia wspomnianego procesu". Rozkaz z Kremla ocalił twórców polskiej broni biologicznej przed szubienicą i kompletnie zaskoczył władze PRL.

WBREW KONWENCJI GENEWSKIEJ

Pierwsi broń biologiczną zastosowali Niemcy w 1916 r., rozprzestrzeniając przy pomocy szpiegów na froncie zachodnim tzw. pałeczki nosacizny, które miały wywołać pomór wśród koni aliantów. Liczono, że epidemia sparaliżuje transport wroga. Sukcesu nie odniesiono, a dalsze badania przerwała klęska Niemiec. Państwa zachodnie zlekceważyły wówczas pomysł zastosowania mikrobów na polu walki, idea ta zachwyciła natomiast bolszewików. "Wielkie epidemie tyfusu w latach 1918-1921 w Rosji wywarły ogromne wrażenie na dowódcach Armii Czerwonej" - zanotował we wspomnieniach jeden z twórców sowieckiej broni biologicznej Ken Alibek. Umierało aż 40 proc. zarażonych. Alarm, że coś niepokojącego dzieje się w ZSRR, po raz pierwszy ogłosił polski wywiad w 1925 r. Zdobyto informację, iż Sowieci prowadzą eksperymenty z mikrobami. Od tego momentu polscy dyplomaci zaczęli zabiegać na forum Ligi Narodów, aby kwestię zakazu używania broni biologicznej włączyć do rokowań rozbrojeniowych, które toczyły się w Genewie. Tak też się stało i 17 czerwca 1925 r. aż 108 państw, w tym ZSRR, podpisało konwencję o zakazie rozprzestrzeniania i stosowania broni chemicznej oraz biologicznej. Konwencja weszła w życie, a mimo to w Związku Radzieckim pod koniec lat 20. Rada Wojskowo-Rewolucyjna wydała dekret o "Kompleksowym programie opracowania broni zawierającej zarazki". Pierwszą instytucją zajmującą się badaniami nad taką bronią była Akademia Wojskowa w Leningradzie. Ośrodek badawczy założono na Wyspach Sołowieckich.

Latem 1942 r. samoloty Armii Czerwonej rozpyliły zarazki tularemii nad jednostkami armii III Rzeszy nacierającymi na Stalingrad. Epidemia, jaka wówczas wybuchła, spowolniła ofensywę, lecz - jak opisuje współtwórca programu badawczego nad radziecką bronią biologiczną Ken Alibek - po kilku tygodniach bakteria przeniosła się na stronę radziecką, powodując tam jeszcze większe straty. Dlatego Rosjanie wstrzymali się z jej dalszym stosowaniem

Tymczasem polskie służby wywiadowcze zaczęły z wielką uwagą śledzić wszelkie przypadki zatruć w jednostkach wojskowych. Odnotowano, że w garnizonach corocznie występowały masowe zachorowania, wywołane zarazkami salmonelli. Pojawiły się od razu podejrzenia, że to nie przypadek, lecz działania wywiadów niemieckiego lub sowieckiego, testujących możliwości osłabienia armii Rzeczypospolitej. Z inicjatywy Oddziału II Sztabu Głównego powstało wówczas w Warszawie w Instytucie Przeciwgazowym przy ul. Ludnej 11 tajne laboratorium, zajmujące się badaniem działania toksyn wytwarzanych przez bakterie. Początkowo prowadzono je pod kierunkiem lekarza biologa Alfonsa Ostrowskiego.

PASZTETOWI TRUCICIELE

Podstawowym źródłem informacji, z którego można czerpać wiedzę o pierwszych latach pracy laboratorium, są niestety powojenne akta prokuratury i UB. Aresztowani pracownicy laboratorium składali ciekawe zeznania, lecz trudno zweryfikować, w jakim stopniu zostały wymuszone czy też zafałszowane przez stalinowskich śledczych. Wedle tego, co opowiadała prowadząca pierwsze eksperymenty dr Janina Gebarska-Mierzwińska, początkowo zajmowano się obserwacją działania bakterii dżumy, cholery, czerwonki oraz nosacizny. Z kolei Alfons Ostrowski podczas przesłuchań w warszawskim UB zeznał, że latem 1933 r. - na polecenie nadzorującego pracę laboratorium kpt. Ignacego Harskiego - zabrał ze sobą 0,2 g toksyny i pojechał do Łuńca, gdzie mieścił się garnizon Korpusu Ochrony Pogranicza. "W Łuńcu na placówce KOP-u pokazano mi człowieka lat około 40, narodowości rosyjskiej, średniego wzrostu, bruneta, typ inteligenta. Człowiekowi temu podałem toksynę botulinową, zmieszaną z kiszką pasztetową rozsmarowaną na bułce" - zeznał Ostrowski. Sowiecki szpieg, ujęty podczas nielegalnego przekraczania granicy, zmarł dopiero po dwóch dniach. Wedle relacji Ostrowskiego zwłoki przetransportowano potem do przystani nad Prypecią, wrzucono do motorówki i przewieziono w pobliże drugiego brzegu, gdzie zaczynało się już terytorium ZSRR. Tam ciało wrzucono do wody i pchnięto na sowiecką stronę.

Do roku 1939 światowym liderem w badaniach nad bronią biologiczną byli Japończycy. W centrum badawczym w Pingfan wyprodukowano m.in. 4 tys. bomb z wąglikiem. Pierwszym miastem, jakie nimi zbombardowano, była licząca 50 tys. mieszkańców chińska miejscowość Changte. Akcji nie uznano za sukces, bo w ciągu kilku dni bakterie zabiły "tylko" 90 osób.

W grudniu 1947 roku odnaleziono masowy grób jeńców wojennych różnej narodowości, na których eksperymenty przeprowadzali naukowcy z centrum badawczego w Pingfan. Po zbadaniu zwłok ustalono, że 31 osób zmarło na wąglika, 60 na cholerę, 12 na dyzenterię, 16 na tężec, 106 na dżumę, 22 na dur brzuszny, 41 na gruźlicę i 9 na tyfus.

Podobny eksperyment tego samego lata Ostrowski przeprowadził w placówce KOP w Głębokiem. Tam również na rozkaz zwierzchników przygotował dla "osobnika w wieku około 30 do 35 lat, noszącego ślady pobicia, jad kiełbasiany w kanapce z pasztetówką" - zeznał. Przy czym, jak zaznaczył: "Przy skarmianiu go toksyną obecny nie byłem, choć sposób podania mu jadu kiełbasianego był ze mną uzgodniony. Delikwenta widziałem potem dwukrotnie: po 12 godzinach i po 24 godzinach. Widziałem objawy zatrucia: rozszerzone źrenice, zaburzenia wzroku, zawroty głowy, suchość w gardle. Śmierć jednak nie nastąpiła - jakie były dalsze losy delikwenta, nie wiadomo. Po powrocie do Warszawy zdałem sprawozdanie kpt. Harskiemu, który był niezadowolony z przebiegu doświadczenia". Jad kiełbasiany okazał się trucizną, zadającą olbrzymie cierpienia, a jednocześnie mało skuteczną.

DALEKO ZA LIDERAMI

Kiedy Polacy przeprowadzali swe pierwsze eksperymenty, w zajętej przez Japończyków Mandżurii w 1932 r. ujęto 5 rosyjskich szpiegów. Podczas rewizji znaleziono przy nich tajemnicze ampułki. Torturowani agenci wyznali, że zawierają one zarazki chorób. Jak się okazało, były to: cholera i wąglik. Po brutalnym śledztwie szpiedzy wzięli na siebie winę za śmierć aż 5 tys. japońskich żołnierzy i 2 tys. koni. Sprawa ta nie mogła umknąć polskiemu wywiadowi, gdyż od roku 1925 ściśle współpracował z wywiadem japońskim na obszarze ZSRR. Obie służby stale wymieniały się zdobytymi informacjami. W każdym razie nastąpiło wówczas w Warszawie zintensyfikowanie badań nad bronią biologiczną, a nowym kierownikiem tajnego laboratorium został w 1933 r. dr Jan Golba. - Mój ojciec pochodził z biednej rodziny w Kieleckiem. Miał dwanaścioro rodzeństwa. Większość była analfabetami, a ojciec po kilku latach szkoły podstawowej trafił do apteki. Tam pracował razem z synem aptekarza i przy nim się uczył. W ogóle nie chodził więcej do szkoły i maturę zdawał eksternistycznie - wspomina "Focusowi Historia" Krystyna Mikke, córka dr. Golby. - Po ukończeniu wojskowej Akademii Medycznej musiał służyć tam, gdzie go skierowano. Tak ulokowano go w pracy w "Dwójce".

Dr Golba był prawdopodobnie jednym z najzdolniejszych bakteriologów tamtych czasów. Nic dziwnego, że światowej sławy uczony Ludwik Hirszfeld uczynił go w Państwowym Zakładzie Higieny swoim asystentem. W drugim, tajnym życiu ledwie trzydziestokilkuletniego naukowca obarczono odpowiedzialnością za rezultaty badań, prowadzonych pod egidą "Dwójki". "Punktem wyjścia do badań nad możliwościami wojny bakteriologicznej w dziale, w którym pracowałem, było opracowanie metod obrony, a nie ataku, oraz sprawdzenie rzeczywistości i realnej groźby użycia zarazków chorobotwórczych i toksyn botulinowych jako broni" - można przeczytać w liście, który Jan Golba w 1955 r. przesłał na ręce Prokuratora Generalnego PRL. Jak dodawał, w laboratorium pracowało jedynie trzech bakteriologów, jedna laborantka i jedna sprzątaczka. Pomimo to w końcu przyszły pierwsze sukcesy. Dr Gebarska-Mierzwińska opracowała metodę przechowywania zarazków dzięki ich odwodnieniu. Równie pionierskim osiągnięciem okazało się uzyskanie sproszkowanego jadu kiełbasianego o dużym stopniu toksyczności. Udało się też znaleźć sposób namnażania bakterii tyfusu na masową skalę przy pomocy sztucznej pożywki. Golba zakładał, że właśnie ta bakteria ma największy potencjał, by zostać wykorzystana jako broń. Poświęcał więc olbrzymią ilość czasu, by zgłębić wszelkie tajemnice tego mikroorganizmu. - Ojciec często szczepy bakterii przynosił do domu. Kiedyś kot strącił szklaną próbówkę z bakteriami. Spadła i rozbiła się. No to ja wzięłam, zebrałam resztki i wyrzuciłam. Gdy ojciec przyszedł po godzinie, mówię mu, co się stało, a ten za głowę się złapał i w krzyk: "To był tyfus!". I potem był strach w domu, czy rodzina się zaraziła tyfusem, czy nie - śmieje się Krystyna Mikke.

WRESZCIE LEPSI OD INNYCH

Świadomość, iż sąsiedzi Polski opracowują nowe rodzaje broni, sprawiła, że Oddział II Sztabu Głównego postanowił zainwestować większe sumy w badania naukowe. W 1935 r. powstał Samodzielny Referat Techniczny, którego pierwszym szefem został kpt. Ignacy Harski. Na wyposażenie tego tajnego centrum badawczego ulokowanego w Warszawie wydano sporą jak na tamte czasy kwotę ok. połowy miliona złotych. Dwa lata później w SRT pracowało 7 oficerów i prawie 60 naukowców oraz techników. Równolegle prowadzono tam badania nad gazami bojowymi, substancjami toksycznymi oraz mikrobami. W sporządzonym przez stalinowską prokuraturę akcie oskarżenia można wyczytać, iż pracowano tam nad: "uzjadliwianiem bakterii chorobotwórczych z grupy Salmonella, a to: tyfusu, paratyfusu A, para B, para C, Gaertnera, grupy czerwonki jak: Shiga-Kruze, Flexnera, Stronga i opracowaniem metod zakażania tymi bakteriami ludzi, zwierząt, pokarmów i wody". Sam Golba tłumaczył, że próby tzw. uzjadliwienia bakterii, czyli mutowania ich tak, by stały się bardziej niebezpieczne, musiano przeprowadzać, aby przewidzieć możliwe posunięcia przeciwnika i ochronić się przed nimi.

Wówczas to wpadł na pomysł nowatorskiego eksperymentu. Na prośbę Golby kierownik pracowni mechanicznej SRT Jan Kobus zamontował na ramie podwozia samochodu kompresor z rozpylaczem. Przy jego użyciu rozpylono specjalne szczepy bakterii w kilku punktach Warszawy. "Doświadczenia z rozsiewaniem drobnoustrojów z samochodu w tunelu średnicowym w Warszawie zostały przeprowadzone z mikrobami zupełnie nieszkodliwymi dla zdrowia ani życia ludzkiego. Celem tych doświadczeń było zbadanie, czy wróg mógłby nas atakować tym sposobem" - zeznawał w śledztwie dr Golba. Następnie sprawdzano także doświadczalnie, jak następuje rozprzestrzenianie się mikroorganizmów w powietrzu.

"W tym celu rozstawił on [Golba - przyp. aut]. na placu Unii Lubelskiej w Warszawie swoich ludzi z »płytkami Petriego« [naczynia laboratoryjne używane do hodowli mikroorganizmów - przyp. aut.], sam zaś, jeżdżąc samochodem wokół placu, rozpylał bakterie za pomocą aparatury zbudowanej i wmontowanej do samochodu przez osk. Kobusa. W doświadczeniach tych szło o ustalenie ilości zawiesin bakterii w powietrzu i na płytkach, celem stwierdzenia, jak długo zakażone będzie powietrze w dany miejscu" - odnotowano w aktach śledczych. Na Zachodzie podobny eksperyment przeprowadzili Brytyjczycy dopiero w lipcu 1963 r. na stacji metra Coliers Wood w Londynie.

Nowatorskie pomysły Golby wzbudziły żywe zainteresowanie Japończyków. W 1936 r. w siedzibie "Dwójki" w Warszawie odbyła się tajna konferencja, na którą przybyła japońska delegacja naukowców z centrum badań nad bronią biologiczną, ulokowanego w Pingfan na południu Mandżurii. Podczas spotkania Golba wygłosił referat na temat możliwości zarażania ludzi podczas działań wojennych zarazkami: tyfusu, duru plamistego, czerwonki, wąglika, nosacizny. Kłopotów komunikacyjnych nie było, bo wszyscy obecni na spotkaniu płynnie mówili po... rosyjsku.

Obrzucona w 1942 roku przez RAF bombami ze sproszkowanym wąglikiem wyspa Gruinard została skażona na dziesiątki lat. Miejscowa ludność uważała, że ptactwo przywlekło z niej trzy kolejne epidemie wąglika, które wybuchły w Szkocji w latach 1954, 1961 i 1965. Kiedy w roku 1976 przeprowadzono kontrolne badania, okazało się, że stężenie wąglika w glebie było wciąż takie samo. Dziesięć lat wcześniej wynaleziono wprawdzie środek odkażający, skutecznie niszczący tę bakterię, ale rozsiano go na wyspie Gruinard dopiero w 1986 roku. Ostatecznie wyspę uznano za bezpieczną dla ludzi w roku 1990.

 

OD NAUKI DO ZBRODNI

- Mieliśmy taką tradycję, że na Święta Wielkanocne mama robiła mazurki, a tata ubierał je w bakterie. I tak ze skórki pomarańczy były prątki Kocha, te od gruźlicy, z kawy były dwoinki Neissera (wywołują rzeżączkę - przyp. aut.) itd. I się prosiło o kawałek mazurka z prątkami Kocha lub bakteriami tyfusu - śmieje się Krystyna Mikke, wspominając swe dzieciństwo, przypadające na ostatnie lata II Rzeczypospolitej. W tym czasie Jan Golba znajdował się pod coraz większą presją zwierzchników, domagających się stworzenia cudownej broni. Aby przyśpieszyć badania, naukowiec zaproponował zbudowanie w Twierdzy Brześć nad Bugiem większego laboratorium, wyposażonego w hermetyczną komorę, w której można by prowadzić eksperymenty na zwierzętach. Życzeniu jego stało się zadość i w 1937 r. powstała "komora murowana, wewnątrz malowana olejną farbą, miała w przybliżeniu około 9 m kw. powierzchni. Drzwi były uszczelnione z żelaza. W jednej ze ścian było okienko oraz otwór do wkładania przyrządu rozpylającego. O ile pamiętam, wewnątrz było urządzenie natryskowe" - wspominał dr Golba.

Po pierwszy udanych eksperymentach na zwierzętach szef "Dwójki" płk Tadeusz Pełczyński miał zażądać przeprowadzenia prób także na ludziach. Ta kwestia stała się głównym zarzutem w sporządzonym przez stalinowskich śledczych akcie oskarżenia. Rzecz to bardzo niepewna, gdyż można założyć, że zarzut został sprokurowany, by w procesie politycznym bardziej pognębić sanację. Jednak w latach 30. w sowieckiej bazie badawczej na Wyspach Sołowieckich - jak opisuje Ken Alibek - faktycznie eksperymentowano na masową skalę na zesłańcach. Również Japończycy w Pingfan nie mieli żadnych oporów przed testowaniem działania różnych szczepów bakterii na Chińczykach. Tymczasem polski i japoński wywiad stale wymieniały się informacjami. Być może płk Pełczyński uznał, iż Polska nie może sobie pozwolić na ryzyko pozostania w tyle w tym wyścigu. Najważniejszą jednak poszlaką wskazującą na to, że w Brześciu faktycznie przeprowadzano eksperymenty na ludziach, jest list, jaki w maju 1955 r. dr Jan Golba przesłał do Prokuratora Generalnego PRL.

Żeby przetestować, jak szybko może się rozprzestrzeniać zakażenie bronią biologiczną w dużym mieście, brytyjski wywiad przeprowadził 26 lipca 1963 r. eksperyment na stacji metra Coliers Wood w Londynie. Ściślej mówiąc, tam właśnie wsiadł do wagonika metra agent z zarodnikami globigii, ukrytymi w zwykłej puderniczce. Bakteria ta nie wywołuje żadnej choroby ani też skutków ubocznych. Między stacją Coliers Wood i Tooting agent wysypał zawartość pudełka przez okno na tory. Po tygodniu wykryto silne skażenie we wnętrzach pociągów oraz występowanie drobnoustroju na obszarze 16 km od punktu zero.

"Robiłem rzeczywiście doświadczenia na osobnikach z drobnoustrojami chorobotwórczymi na Stacji doświadczalnej w Brześciu nad Bugiem. Jest to fakt, któremu nie zaprzeczam" - napisał Golba. Potem wyjaśniał: "Wykonywanie tych badań zlecane mi było przez moich przełożonych w formie rozkazu wojskowego. Przed dokonaniem doświadczeń stwierdzili moi przełożeni, że osoby, na których mają być dokonywane próby, są nieodwołalnie skazane na śmierć". Jak tłumaczy, był przekonany, że tak może najlepiej wspierać ojczyznę, zagrożoną przez zewnętrznych wrogów. Wedle protokołów, sporządzonych przez stalinowskich śledczych, siedem niezidentyfikowanych osób, mających być poddanych eksperymentom, dostarczał do Brześcia szef Wydziału III "Dwójki" ppłk Józef Skrzydlewski. Zamykano je w komorze ciśnieniowej, do której wtłaczano zawiesinę tyfusu. Potem obserwowano szybkość działania bakterii.

NIKOMU NIEPOTRZEBNI NAUKOWCY

Pomimo intensyfikacji badań i zastosowania drastycznych środków - z wykonywaniem na więźniach egzekucji przy pomocy bakterii włącznie - II Rzeczpospolita nie zdążyła stworzyć własnej broni biologicznej. Zresztą w 1939 r. nie posiadało jej jeszcze żadne państwo. We wrześniu wszystko rozegrało się błyskawicznie. Brześć przejęli Rosjanie. Jan Golba i Alfons Ostrowski przez Rumunię przedostali się do Francji. Janina Gebarska-Mierzwińska pozostała w okupowanej Polsce. Po klęsce Francji w 1940 r. Ostrowski znalazł się w niewoli niemieckiej, natomiast Golbie udało się przedrzeć na Wyspy Brytyjskie. W Anglii bakteriolog na zlecenie ppłk. Stanisława Gano, ówczesnego szefa "Dwójki", opracował raport, w którym opisał, czym zajmowało się jego laboratorium. Ów elaborat został przekazany do "Laboratorium Zdrowia Publicznego" w Porton. Pod tą nazwą krył się brytyjski tajny ośrodek badań nad bronią biologiczną. Rok później, w lipcu 1941 r., Anglicy poprosili Golbę o opisanie im jeszcze szczegółowo technologii zasuszania zarazków i ich przechowywania w formie sproszkowanej. Być może osiągnięcia polskich bakteriologów zostały wykorzystane przez angielskich uczonych do pracy nad uzyskiwaniem takiej formy wąglika, przypominającej proszek, którą można rozpylać nad dużym obszarem przy użyciu bomb kasetowych. Po raz pierwszy bomby ze sproszkowanym wąglikiem Anglicy wypróbowali w 1942 roku na wyspie Gruinard, leżącej u wybrzeży Szkocji, gdzie samoloty RAF-u obrzuciły bombami kasetowymi stado owiec, uwiązanych do palików.

Chcąc doścignąć ZSRR, w latach 60. Amerykanie i Brytyjczycy zbudowali za ówczesne 100 mln USD fabrykę broni biologicznej w Pine Bluff w Arkansas. Ta gigantyczna budowla miała 4 hale naziemne i 3 podziemne, mogła produkować dziennie setki kilogramów bakterii.

Jan Golba dwukrotnie odmawiał Anglikom, proponującym mu pracę w swoich laboratoriach, bo jak wspominał w notatkach, oznaczałoby to konieczność wstąpienia na służbę do armii brytyjskiej i, być może, utratę na zawsze możliwości powrotu do Polski. Dlatego został zwykłym lekarzem wojskowym w elitarnej Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego. Razem z innymi żołnierzami w 1944 r. wylądował na spadochronie pod Arnhem. Tam wsławił się prowadzeniem pod ostrzałem wroga polowego lazaretu, za co otrzymał Krzyż Walecznych i stopień podpułkownika.

- Po wojnie ojciec nie od razu wrócił do kraju - opowiada Krystyna Mikke. - Najpierw w Niemczech organizował transporty leków Czerwonego Krzyża do Polski. Miał też propozycję wyjazdu do Stanów Zjednoczonych i chciał nawet nas ściągnąć przez zieloną granicę, ale to było ryzykowne, więc w końcu zrezygnował i w 1947 r. wrócił - wspomina. W kraju dr Golba zgłosił się do pracy u Naczelnego Dyrektora Państwowego Zakładu Higieny w Warszawie i poprosił o przydział do filii PZH w Szczecinie. Wkrótce objął stanowisko kierownika laboratorium bakteriologiczno-chemicznego w powiatowym szpitalu klinicznym. Do Polski z oflagu wrócił też Alfons Ostrowski i otworzył gabinet lekarski w Płońsku. Obaj mieli nadzieję, że rządzący w kraju komuniści dadzą im święty spokój.

Prawdopodobnie w 1972 r. 100 km od Moskwy - w Oboleńsku - powstał ośrodek pod nazwą Wszechzwiązkowy Instytut Mikrobiologii Stosowanej, zwany "Biopreparat". Zatrudniał 25 tys. ludzi w osiemnastu odrębnych fabrykach. Jak wspomina zastępca dyrektora "Biopreparatu" Ken Alibek, wąglika hodowano tam w dwudziestotonowych kadziach, które co dwa dni dostarczały ok. 1 tony świeżych bakterii. Jak wówczas obliczano, sto kilogramów wąglika może uśmiercić ok. 3 miliony ludzi.

 

STALINOWSKI PROCES

Na trop byłych pracowników laboratorium bakteriologicznego SRT najprawdopodobniej naprowadził Urząd Bezpieczeństwa były ppłk Józef Szkrzydlewski. W ostatnich latach przed wojną nadzorował on pracę uczonych. Po kampanii wrześniowej udało mu się przedrzeć do Francji, ale w 1940 r. dostał się do niewoli niemieckiej i trafił do oflagu. Stamtąd w 1945 r. wyzwoliła go Armia Czerwona. Wolność nie trwała długo, bo dawny "dwójkarz" szybko wpadł w ręce UB. W rezultacie jego zeznań Urząd Bezpieczeństwa wiedział bardzo dużo o pracy laboratorium. W listopadzie 1951 r. równocześnie aresztowano: dr. Jana Golbę w Szczecinie, Alfonsa Ostrowskiego w Płońsku, dr Janinę Gebarską-Mierzwińską w Wołominie oraz Jana Kobusa w Pruszkowie. Żadna z tych osób nie trafiła do więzienia, lecz umieszczono ich, odizolowanych od świata i siebie nawzajem, gdzieś pod Warszawą. - Przez dwa lata w ogóle nie było żadnego kontaktu. Nie wiadomo było, co się stało. Potem ojciec opowiadał, że siedział w jakiejś willi podwarszawskiej z jakimś facetem, którego tam trzymano od 1945 r. - wspomina Krystyna Mikke. Przez dwadzieścia trzy miesiące władze przygotowywały rozprawę, która miała być największym pokazowym procesem w dziejach stalinowskiej Polski. Osobiście pieczę nad przedsięwzięciem sprawował współrządzący z Bierutem krajem Jakub Berman. Co chciano osiągnąć, ukazuje rozkaz, jaki przesłał prokuratorom na początku 1952 r. wiceszef Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego gen. Roman Romkowski. "Proces grupy pracowników SRT ma wykazać społeczeństwu istotę polskiej odmiany faszyzmu - piłsudczyzny, jej metody działania w dziedzinie polityki wewnętrznej i zagranicznej" - nakazywał. Z zachowanych akt wynika, że stalinowscy śledczy nie za bardzo zdawali sobie sprawę, czym jest broń biologiczna. Jednak tu w całą sprawę wmieszał się Kreml. W Rosyjskim Centrum Przechowywania i Badania Dokumentów Historii Najnowszej zachowała się notatka z września 1952 r., podpisana przez ministra spraw zagranicznych ZSRR Andrieja Wyszyńskiego i prokuratora generalnego ZSRR Grigorija Safonowa, a skierowana bezpośrednio do Józefa Stalina. Wynika z niej, iż zgodnie z uchwałą KC WKP(b) podjętą 10 czerwca 1952 r. do Warszawy wysłano przedstawiciela Prokuratury ZSRR P.A. Kulczyckiego w celu, jak to ujęto: "zapoznania się z materiałami sprawy przeciwko byłym pracownikom przedwojennego polskiego Sztabu Głównego - organizatorom przygotowań do wojny bakteriologicznej przeciwko Związkowi Sowieckiemu, a także w celu ustalenia celowości przeprowadzenia takiego procesu".

Delegat ów podczas pobytu w Warszawie spotkał się z Jakubem Bermanem i Franciszkiem Mazurem. Ci poinformowali go, że potrzebny jest pokazowy proces, dyskredytujący przedwojenne władze Polski. Berman prosił też o przysłanie z pomocą radzieckich specjalistów z dziedziny bakteriologii, toksykologii i chemii. "Stwierdzili oni, że nie dysponują specjalistami, którym można byłoby bez kontroli powierzyć zbadanie tych spraw" - raportował Kulczycki. Po tym raporcie we wrześniu 1952 r. Biuro Polityczne WKP(b) podjęło uchwałę, że proces jest bardzo pożądany. Ponadto zaleciło: "Powierzyć prokuratorowi generalnemu ZSRS tow. G. Safonowowi oddelegowanie do Polski naczelnika Sekcji Śledczej ds. Specjalnych Naczelnej Prokuratury Wojskowej Armii Sowieckiej pułkownika tow. Kulczyckiego w celu udzielenia dalszej pomocy w przygotowaniu i zorganizowaniu wspomnianego wyżej procesu sądowego".

W marcu 1979 r. w fabryce broni biologicznej w Swierdłowsku przez pomyłkę zdjęto filtr z przewodu nawiewu, odprowadzającego powietrze z kadzi, w której hodowano bakterie wąglika. W ciągu następnych kilku dni zaczęli umierać pracownicy zakładu ceramicznego, znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Zmarło ponad 100 osób, tysiące ludzi z całej dzielnicy trafiły do szpitala. Żeby zatuszować sprawę, mieszkańców miasta poinformowano, że zgony wywołane były zjedzeniem skażonego wąglikiem mięsa. Oficerowie KGB sfałszowali wszystkie akty zgonu.

 

WIELKIE PRZYGOTOWANIA

Na polecenie Bermana gigantyczna rozprawa miała się odbyć przed Najwyższym Trybunałem Narodowym, powołanym specjalnie na tę okoliczność. - Chciano połączyć w jeden proces sprawy ludzi zupełnie ze sobą niezwiązanych. Oskarżonym miał zostać wojewoda poleski Kostek-Biernacki, który jednocześnie z urzędu nadzorował tzw. miejsce odosobnienia w Berezie Kartuskiej, oraz wojewoda stanisławowski Stanisław Jarecki. Wśród oskarżonych znalazł się najwyższy oficer wywiadu, który po wojnie wrócił do Polski, ppłk Skrzydlewski - wyjaśnia dr Piotr Cichoracki z Uniwersytetu Wrocławskiego, który właśnie przygotowuje do druku napisaną przez siebie biografię płk. Wacława Kostka-Biernackiego. - W trakcie rozprawy pod pręgierzem postawiono by politykę wewnętrzną sanacyjnego rządu, działalność służb wywiadowczych, a także politykę zagraniczną - przypuszcza dr Cichoracki.

Na ławie oskarżonych miało zasiąść całkiem spore grono ludzi, bo jak z kolei donosił do Moskwy płk Kulczycki: "Zaocznie objęto śledztwem: byłego szefa Oddziału II Sztabu Głównego pułkownika Pełczyńskiego (mieszka w Londynie); byłego szefa Samodzielnego Referatu Technicznego Oddziału II Sztabu Głównego kapitana Harskiego (mieszka w Edynburgu w Anglii); byłego kierownika laboratorium toksykologicznego tegoż referatu Krzewińskiego (mieszka w Nowym Jorku)". Rząd Polski Ludowej wystąpił nawet w połowie 1952 r. do rządów USA i Wielkiej Brytanii o ekstradycję wymienionych wyżej ludzi, ale na żądanie to nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Nie spisali się też śledczy prowadzący sprawę ppłk. Skrzydlewskiego - przesadzili z torturami i więzień zmarł w mokotowskim więzieniu. Być może dlatego uwięzionych bakteriologów potraktowano dużo delikatniej. - W śledztwie wmawiali ojcu różne rzeczy i chcieli, żeby je podpisał, ale nie mówił, czy go bito ani czy torturowano - wspomina Krystyna Mikke.

Kiedy przygotowania do rozprawy dobiegły końca, w marcu 1953 r. zmarł niespodziewanie Józef Stalin. Dwa miesiące później pismo, sygnowane przez Radę Ministrów ZSRR, nieoczekiwanie nakazało Bolesławowi Bierutowi zaniechanie pokazowego procesu. Ostatecznie w ścisłej tajemnicy pod koniec września 1953 r. przed Sądem Wojewódzkim dla m.st. Warszawy rozpoczął się proces jedynie czterech pracowników SRT. - Rozprawa był tajna. Adwokatów najczęściej wypraszano z sali i zupełnie nie wiedzieli, jak ojca bronić. Moja matka też siedziała tylko na korytarzu i nie wolno jej było nawet wejść na salę - opowiada Krystyna Mikke. Troje bakteriologów i kierownika pracowni mechanicznej SRT Jana Kobusa oskarżono o: "przeprowadzanie eksperymentów na ludziach, przez zarażenie ich bakteriami tyfusu, podawanymi w pokarmach oraz rozpylanymi w specjalnej komorze znajdującej się na terenie Twierdzy Brzeskiej". Doktora Golbę obwiniono o zamordowanie pięciu działaczy partii komunistycznej, Ostrowskiego o dwa morderstwa. Janinę Gebarską-Mierzwińską i Jana Kobusa sądzono za współudział.

"Nie zdawałem sobie sprawy z tego i nie wierzyłem w to, że mogę być zasądzony za czyny, których nie popełniłem" - napisał potem w liście do Prokuratora Generalnego Jan Golba, dodając, że: "mój oficer śledczy rozmawiając ze mną przed rozprawą powiedział: - Panie Golba, czy pan się będziesz bronił tak czy inaczej, posiedzisz pan jeszcze ładnych parę lat. Dla pana będzie lepiej mówić jak najmniej, bo wyrok będzie zależny od pańskiej postawy". Po takim wstępie spodziewać się można było co najmniej dwóch wyroków śmierci. Tymczasem sąd okazał się wyrozumiały i skazał Golbę oraz Ostrowskiego na 13 lat więzienia, Gebarską-Mierzwińską na 7 lat, Kobusa na 4 lata. Następnie, powołując się na ustawy o amnestii z 22 lutego 1947 r., sędzia skrócił wyroki o połowę, zaś okres uwięzienia zaliczył w poczet kary. W ciągu roku skazanych - poza Janem Golbą - zwolniono. Golba w maju 1955 r. złożył do Prokuratora Generalnego PRL wniosek o rewizję nadzwyczajną procesu. Wniosek rozpatrzono pozytywnie. Wkrótce też dr Golba wyszedł na wolność. Do końca życia mieszkał w Szczecinie, pracując tam na stanowisku wicedyrektora wojewódzkiej stacji sanitarno-epidemiologicznej. - Nie przypominam sobie, żeby po 1956 r. mojego ojca w jakiś sposób prześladowano lub żeby był obserwowany przez SB - opowiada Krystyna Mikke. Jakie były losy pozostałej trójki, nie udało się ustalić. Należy sądzić, że ich wiedza okazała się nieprzydatna dla władz PRL, gdyż Kreml z niechęcią odnosił się do badań nad bronią masowego rażenia prowadzonych poza terytorium ZSRR.

 

Andrzej Krajewski

Historyk, publicysta. Autor książki "Między oporem a współpracą".