Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Gazeta Wyborcza - 03/10/1997

 

 

 

Krzysztof Szymborski

Powrót ludożerców

 

 

 

 

 

25 października 1905 r. brytyjski oficer Richard Meinertzhagen, kierujący akcją pacyfikacji wojowniczego plemienia Nandi w zachodniej Kenii, odnotował w swoim dzienniku: jeden z moich kaprali, mężczyzna z plemienia Manyema, powrócił z rekonesansu z pięcioma dodatkowymi rękami, które, jak się wyraził, "przyniósł na kolację".

 

Napięcie polityczne w Zachodnim Kalimantanie - porośniętej tropikalną dżunglą górzystej i rzadko zaludnionej prowincji Borneo - wzrastało od długiego czasu. Kalimantan jest prawdziwym "tyglem etnicznym" - zamieszkanym przez siedem milionów ludzi należących do kulturowo odmiennych i wyznających różne religie grup narodowościowych. Ludnością autochtoniczną jest plemię Dajaków, którzy wciąż stanowią 42 proc. mieszkańców prowincji, choć w wyniku migracji i osadnictwa 31 proc. Zachodniego Kalimantanu to Malajowie, 11 proc. Chińczycy, zaś reszta jest mieszaniną rozmaitych grup etnicznych - wśród nich niedawno przybyli Madurańczycy. Jak twierdzi wielu obserwatorów obeznanych z historią i kulturą regionu, za niedawny wybuch krwawych rozruchów odpowiedzialność ponosi w dużej mierze rząd indonezyjski. Jego polityka socjalna, w szczególności programy masowych przesiedleń ludności, doprowadziła do konfliktu, który w grudniu 1996 r. osiągnął punkt kulminacyjny. Kiedy 30 grudnia rozeszła się wieść, że dwóch młodych Dajaków zostało zasztyletowanych przez grupę Madurańczyków, Dajakowie "wkroczyli na ścieżkę wojenną" i w ciągu następnych czterech dni dokonali na Madurańczykach plemiennej rzezi, zabijając, (według nieoficjalnych oszacowań) ok. czterech tysięcy ludzi. Dajaccy wojownicy odcinali zabitym głowy, następnie nabijali je na bambusowe pręty i gromadzili jako "trofea wojenne". Kiedy po upływie kilku miesięcy zachodnim dziennikarzom udało się przełamać rządową blokadę i przedostać do obszaru objętego zamieszkami, natrafili w dżungli na liczne bezgłowe ciała. Znaleźli też wiarygodnych świadków, którzy twierdzili, iż na ich oczach dokonywane były akty ludożerstwa. Dajakowie rzekomo wyrywali z ciał zabitych wrogów serca i zjadali je na surowo. Niektórzy świadkowie zajść wspominali coś o pieczonych ludzkich wątrobach...

Nietypowa powściągliwość prasy

Doniesienia z Zachodniego Kalimantanu były do tego stopnia szokujące, że większość środków przekazu na Zachodzie pominęła je milczeniem. Nadawanie sprawie rozgłosu nie było również w interesie władz indonezyjskich - oficjalne komunikaty mówiły więc o 300 zabitych w wyniku "nieporozumień" międzyplemiennych, które już się zakończyły. Bardziej interesująca od tej nietypowej powściągliwości prasy była - na ogół życzliwa dla Dajaków - reakcja ludzi znających ich życie i obyczaje. Stosunkowo bezstronny w swej relacji był dziennikarz "Independenta" Richard Lloyd Parry, który na początku czerwca napisał: "To prawda, że Dajakowie to słynni (czy raczej niesławni) >>łowcy głów<<, których osobliwe obyczaje wzbudziły w dziewiętnastym wieku niezdrowe zainteresowanie Europejczyków i uczyniły ich wiktoriańskim archetypem >>dzikusów<<. Mężczyźni plemienia Dajaków mieli, na przykład (i jak twierdzą niektórzy mają nadal) zwyczaj przekłuwania swych penisów metalowymi szpikulcami. Co jednak ważniejsze, praktykowali oni rytuał kolekcjonowania głów zabitych wrogów, a liczba zgromadzonych i zawieszonych pod powałą chaty czaszek stanowiła ważny wyznacznik społecznego prestiżu wojowników. Od czasu chrześcijańskiej kolonizacji stare obyczaje zostały jednak na ogół zarzucone i wielu Dajaków porzuciło animizm i przyjęło nową wiarę. Każda dajacka społeczność ma dziś co najmniej jeden kościół. Sami Dajakowie nie noszą już przepasek na biodrach, lecz raczej dżinsy i koszulki polo".

Źródłem ostatnich zajść, dodaje Parry, jest ich ekonomiczna, kulturowa i polityczna marginalizacja, spowodowana napływem osadników z innych, przeludnionych wysp archipelagu - takich jak Madura. Nowi mieszkańcy Zachodniego Kalimantanu nie tylko powodują zakłócenie ekologicznej równowagi i ciągłe kurczenie się plemiennych terenów łowów Dajaków, lecz również ostry konflikt kulturowy. Ulubionym pożywieniem Dajaków jest wieprzowina i w ich kulturze świnia cieszy się wyraźnym respektem, co dla Madurańczyków - wyznawców szczególnie radykalnej formy islamu - jest obrazą boską. Madurańczycy z kolei mają zwyczaj noszenia za pasem sztyletów, co w etycznym kodeksie Dajaków jest drastycznym naruszeniem tabu i aktem prowokacji. Rozruchy powiedzieć więc można, były wybuchem słusznego gniewu ludu tubylczego walczącego w obronie swych "tradycyjnych wartości kulturowych". Szokujące, a zarazem zastanawiające było oczywiście to, jak pisze Parry, że "była to wojna przerażająca w swym atawizmie, prowadzona zgodnie z bezlitosną tradycją łowców głów, kanibalizmu i czarownictwa, zaledwie w odległości kilku godzin jazdy od nowoczesnego miasta, banków, linii lotniczych i międzynarodowych hoteli". (Miał on na myśli stolicę prowincji Pontianak).

To nie my - to duch

Okazało się, że ta bezstronna relacja Parry'ego nie zadowoliła wielu "kulturowych relatywistów". Do redakcji "Independenta" napłynęły listy od czytelników ubolewające, że szanująca się gazeta upadła tak nisko, by - dla epatowania czytelników pełnymi grozy i okrucieństwa opisami - udzielać swych łamów głosicielom "kulturowych uprzedzeń epoki wiktoriańskiej". Jeden z korespondentów, powołując się na książkę dziewiętnastowiecznego podróżnika i badacza Borneo Alfreda Russela Wallace'a, przypomniał, że w opinii tego ostatniego łagodni Dajakowie zdecydowanie górują pod względem umysłowym i moralnym nad swymi sąsiadami i odznaczają się "wiernością, prawdomównością, uczciwością oraz umiarkowaniem w jedzeniu i piciu".

Andro Linklater, który wśród Dajaków spędził kilka lat życia, choć przyznał, że może sobie wyobrazić, że istotnie ucinali zabitym wrogom głowy, wyraził przekonanie, że historia z jedzeniem surowych serc musi być wymysłem. Dajakowie są co prawda łowcami głów, ale na pewno nie są kanibalami.

Indagowany na miejscu wydarzeń przez Bernarda Estrade z Agence France Presse lokalny przedstawiciel dajackiej starszyzny był już mniej zdecydowany w swym dementi. "To nie my, tylko Tariu, duch, który nas nawiedza w boju. My później nie pamiętamy nic z tego, co się wydarzyło, i wiemy tylko tyle, ile nam inni powiedzą..."

Ludożerstwo usankcjonowane kulturowo

Pytania "zjedli czy nie zjedli?" nie będziemy starali się tu rozstrzygnąć. Nie ono zresztą jest w tej historii najbardziej interesujące. Ciekawsza wydaje się reakcja "cywilizowanych" ludzi na doniesienia na temat popełnianych przez przedstawicieli innych kultur aktów ludożerstwa. Reakcja ta rzuca bowiem światło na ludzką naturę.

Debata na temat kwestii istnienia wśród pewnych ludów kulturowo usankcjonowanego ludożerstwa jest tak stara jak etnografia. Może nawet tak stara jak same nauki historyczne. Jedna z najwcześniejszych wzmianek na temat kanibalizmu pochodzi bowiem od Herodota, który w swej, pisanej w V w. p.n.e. historii wspomniał o dwóch trudnych dziś do zidentyfikowania plemionach, wśród których jedzenie ludzkiego mięsa było powszechnie przyjętym obyczajem. Zamiast głębokiej moralnej odrazy wobec podobnych praktyk Herodot wykazał zadziwiającą "etnograficzną wrażliwość", sugerując, iż wszelkie obce nam, choćby nawet budzące odruchowe obrzydzenie, formy zachowania powinny być oceniane w pełnym kulturowym kontekście. Co kraj, w końcu, to obyczaj.

Samo pojęcie "kulturowo usankcjonowanego" ludożerstwa nie jest wystarczająco precyzyjne i myślę, że wprowadzenie pewnych istotnych rozróżnień nie będzie tu tylko pedantyczną drobiazgowością. Istnieje bowiem kilka zasadniczo odmiennych form kanibalizmu. Kanibalizm patologiczny, dobrze znany i udokumentowany w aktach wielu współczesnych spraw sądowych - od Czikatiłły do Jeffreya Dahmera - jest wszędzie traktowany jako jedna z najohydniejszych zbrodni. Już jednak sprawa ludożerstwa "głodowego", kiedy popełniający je ludzie znajdowali się w sytuacji, w której spożycie ludzkiego mięsa było jedyną szansą przeżycia, jest moralnie bardziej dwuznaczna.

W udokumentowanych lub domniemanych przypadkach głodowego ludożerstwa - wśród pasażerów rozbitego w górach samolotu czy członków zagubionej w arktycznej pustce ekspedycji - zjadani byli przeważnie ludzie, którzy pierwsi zmarli. Akt nie był więc połączony z morderstwem. I choć samo podejrzenie stanowi ciemną plamę na reputacji rzekomych "beneficjentów", któż sprawiedliwy pierwszy rzuci kamieniem? Oni sami też przecież byli ofiarami. I choć symbolizm aktu ludożerstwa jest niezwykle silny, niewielu z nas gotowych jest oddać życie za symbol.

Pięć rąk na kolację

Przedmiotem kontrowersji są dwa inne rodzaje kanibalizmu - rytualny i, nazwijmy go, kulinarny. Pierwszy, uprawiany przez liczne ludy na wielu kontynentach, usankcjonowany jest przez system ich wierzeń religijnych. Wśród praktykujących go plemion Bimin-Kuskusmin, zamieszkujący rejon Zachodniego Sepiku w interiorze Nowej Gwinei, są jednym z najsumiennej zbadanych i opisanych przez etnografów. Fitz John Porter Poole, który w latach 70. zbierał wśród nich materiał do pracy doktorskiej, należy do nielicznych europejskich etnografów, którzy byli naocznymi świadkami aktów ludożerstwa. Nie wchodząc w szczegóły, powiedzieć można, że wszystkie epizody spożywania ludzkiego ciała, jakie obserwował Poole - a było takich przypadków, jak wspomina, jedenaście - związane były z niezwykle skomplikowanymi obrzędami pogrzebowymi. Przedmiotem rytuału były szczególne fragmenty ciała, którym Bimin-Kuskusmin przypisują właściwości magiczne. "Beneficjentami" obrządku byli zarówno sami zmarli (którym właściwy pochówek zapewniał pośmiertny spokój), jak i żywi uczestnicy ceremonii. Rytualne spożycie pewnych części ciała zmarłych stanowiło symboliczny akt transformacji, zapewniającej duchową ciągłość kultury i przejęcie "sił życiowych" przodków przez ich potomków.

Cała ceremonia w niczym nie przypominała znanych nam z fikcyjnych relacji (choćby z "Robinsona Crusoe") - bezrefleksyjnych aktów konsumpcyjnego rozpasania. Obserwowani przez Poole'a dzicy "czynili swą powinność" z wyraźnym ociąganiem, wielu z nich z nie tajonym obrzydzeniem, zaś niektórzy nie byli zdolni do uczestnictwa w samym "akcie" lub po jego dokonaniu wymiotowali czy nawet mdleli.

Dlaczego więc cały ten nieestetyczny nawet dla samych zainteresowanych zwyczaj nie został zarzucony? Wynika to z siły wierzeń religijnych i ich fundamentalnej roli kulturowej. Zrytualizowany akt ludożerstwa jest w wielu społeczeństwach uważany za proces magiczny, który wprowadza ład do kosmicznego chaosu, umożliwia porozumienie się z siłami nadprzyrodzonymi lub służy do regeneracji społeczności bądź "przechwycenia" dla własnej korzyści mocy pojmanego wroga. Jak dowodzi Peggy Sanday w swej książce "Boski głód: Kanibalizm jako system kulturowy" , istnieje znacząca korelacja pomiędzy charakterem systemów kosmogonicznych - "mitów stworzenia" - wyznawanych przez różne kultury a ich predyspozycją do rytualnego kanibalizmu. Tam, gdzie mit ten ma konkretną, organiczną formę, jak np. wśród mieszkańców wysp Fidżi, Azteków czy u wielu plemion Ameryki Północnej - w których wierzeniach świat został "urodzony" przez cielesne bóstwo - istota "sił witalnych", życia i jego regeneracji symbolizowana jest przez ludzkie ciało (lub krew), a także akt konsumpcji. Tam, gdzie mit stworzenia ma postać bardziej abstrakcyjną i metafizyczną (zdaniem Indian Nawaho, na przykład, źródłem życia jest "duch wiatru"), tam też, twierdzi Sanday, nie ma skłonności do kanibalizmu.

Jest wysoce nieprawdopodobne, by prawdziwy, rytualny kanibalizm służył kiedykolwiek zaspokojeniu fizycznego głodu. Ponieważ jednak do kategorii osób "jadalnych" należą nie tylko zmarli krewni, lecz często także pokonani wrogowie, konsumpcja tych ostatnich może przerodzić się w zwykły pożywny posiłek.

Wspomniany Fitz John Porter Poole, opisuje, na przykład, znany mu tylko z relacji rytuał "wielkiego drzewa Pandanus", w trakcie którego Bimin-Kuskusmin rzekomo dokonują ofiarnego mordu na schwytanych członkach pobliskiego, wrogiego plemienia Oksapmin. Ich spożycie stwarza być może mniej drastyczny moralny czy estetyczny dylemat, bowiem w przekonaniu Bimin-Kuskusmin nie są oni "prawdziwymi ludźmi". Podobny symboliczny zabieg pozbawienia ofiary statusu człowieczeństwa może być wstępnym warunkiem do eliminacji całej "warstwy rytualnej" i potraktowania ciała wroga jako zwykłego pożywienia.

Opisy podobnych praktyk przez rozmaitych europejskich podróżników są liczne i na ogół całkowicie niewiarygodne. Jednym z wyjątków jest być może zapis znanego ze swej rzetelności i skrupulatności brytyjskiego podróżnika i oficera Richarda Meinertzhagena. Meinertzhagen, kierując akcją pacyfikacji wojowniczego plemienia Nandi w zachodniej Kenii, odnotował w dzienniku takie oto wydarzenie: 25 października 1905 r. jeden z jego kaprali, mężczyzna z plemienia Manyema, powrócił z rekonesansu z pięcioma dodatkowymi rękami, które, jak się wyraził, "przyniósł na kolację". Oficer natychmiast rozkazał mu je pochować. Nie mógł jednak wobec sprawcy podjąć odpowiednich kroków dyscyplinarnych, gdyż "na darmo studiował regulamin wojskowy w poszukiwaniu przekroczenia podobnej natury".

Ofiary "eurocentryzmu"

Rekomendacja Herodota, by wszelkie akty rzekomego "barbarzyństwa" oceniać w stosownym kontekście kulturowym - należąca przynajmniej od czasu Franza Boasa, antropologa, do podstawowych "wyznań wiary" etnografów - pozostała przez długie stulecia zapomniana.

W okresie wielkich odkryć i potem w trakcie wielkiej "misji cywilizacyjnej", czyli globalnego podboju, Europejczycy uważali się na ogół za nosicieli wyższej moralności, której zasady były tyleż uniwersalne, co absolutne. Kiedy wreszcie etnografowie zaczęli bić się w piersi i odżegnywać masowo od śmiertelnego grzechu "eurocentryzmu", wielu z nich popadło w skrajność.

Generalnie biorąc, stosunek Europejczyków do tzw. dzikich był odzwierciedleniem wewnętrznych europejskich sporów filozoficznych na temat ludzkiej natury. W sporze tym jeden obóz reprezentowali ideowi potomkowie Tomasza Hobbesa, który uważał, że z samej naszej "natury" wynika, iż "człowiek człowiekowi wilkiem" i dobroć musi być na nas wymuszona przez cywilizację. Z drugiej strony okopali się zwolennicy Jana Jakuba Rousseau, który wierzył, że człowiek rodzi się dobry i jego moralna degeneracja wywołana jest wychowaniem i kulturą.

Ruszając w świat w poszukiwaniu egzotycznych ludzkich społeczności żyjących "blisko natury", jedni spodziewali się więc napotkać brutalnych, "niecywilizowanych" dzikusów, zaś drudzy oczekiwali spotkania z łagodnymi i nie zdemoralizowanymi przez cywilizację prymitywami. Od czasu kiedy etnografowie przyjęli na siebie role odkupicieli "winy białego człowieka", szeregi tych ostatnich wydatnie się powiększyły. Żadna kultura, głoszą oni z nie dającą się odeprzeć logiką, nie jest "zła" w świetle swego własnego systemu wartości. Konsekwentny relatywizm kulturowy jest jednak możliwy tylko na zebraniu akademickiej rady wydziału etnografii. I to nie zawsze.

Ludożerstwo jest w naszej kulturze obciążone tak silnym piętnem moralnym, że nawet obyci z osobliwymi (dla nas) obyczajami innych plemion etnografowie znajdują się często, rzec można, w sytuacji dysonansu poznawczego. Niektórzy z nich, mniej lub bardziej podświadomie, absolutyzują moralny zakaz spożywania ludzkiego mięsa i zaprzeczają samemu istnieniu w jakiejkolwiek kulturze usankcjonowanego kanibalizmu.

William Arens, którego wydana w 1979 r. książka "Mit ludojadów: antropologia i antropofagia" jest wciąż przedmiotem żywej debaty, wpadł, jak twierdzi, na pomysł jej napisania, kiedy w trakcie jednego z jego wykładów antropologii studenci zaczęli narzekać, że opowiada o systemach pokrewieństwa, polityce, ekonomii i innych nudziarstwach, zamiast mówić o czarownikach, przygodach w dżungli i ludożerstwie. Nie mówi o ludożerstwie, odrzekł na to, gdyż ludożerstwo jest mitem.

Analizując liczne opisy kanibalizmu, Arens doszedł do wniosku, że są one zawsze (no, może prawie zawsze) relacjami z drugiej ręki. Na ogół są to opowieści tubylców próbujących zdyskredytować swych sąsiadów w oczach "przedstawiciela Zachodu" lub komercjalnie motywowane fantazje europejskich podróżników. Ludożercami są zawsze nasi wrogowie lub obcy. O kanibalizm oskarżali, na przykład, Chińczycy Koreańczyków i vice versa, Koreańczycy Chińczyków. Europejczycy często uważali za ludożerców rozmaite plemiona afrykańskie i - na zasadzie zwierciadlanego odbicia - wielu Afrykańczyków podejrzewa o te niecne praktyki Europejczyków.

Arens cytuje dla ilustracji tej prawidłowości słowa antropologa Johna Middletona, który w 1970 r. prowadził badania wśród Lubgara w Ugandzie. Zdobył on sobie wśród nich tak dobrą opinię, że mówili o nim jako o "jednym z tych wyjątkowych Europejczyków, którzy nie jedzą afrykańskich dzieci". W przypadku Europejczyków, twierdzi autor "Mitu ludojadów", przypisywanie innym ludziom ludożerczych obyczajów stanowić miało usprawiedliwienie dla kolonialnego podboju. Nie życzę oczywiście Arensowi, by w czasie swej następnej podróży do egzotycznych krajów został zjedzony - choć zapewne nawet wtedy uznałby swą przygodę za "aberrację".

I choć wydaje mi się, że w swej kampanii o ochronę dobrego imienia "dzikich" sam stał się intelektualną ofiarą własnego eurocentryzmu, zastrzeżenia jego godne są głębokiego rozważenia. Może rzeczywiście jesteśmy zbyt łatwowierni, gdy chodzi o cudzy domniemany kanibalizm.

Spotkałem nawet sympatycznych kanibali

Jeśli Arensa nazwać można "kanibalistycznym sceptykiem", to diametralnie odmienne stanowisko w tej kwestii zajmuje inny współczesny badacz - Lyell Watson. W czasie swych oceanicznych wypraw odwiedził on różne odległe zakątki naszego globu i przez pewien czas żył wśród nowogwinejskich Asmatów, innego plemienia łowców głów, tak bardzo ich polubił, że w swej niedawno opublikowanej książce "Ciemna natura", pisze, że "Łowcy głów należą do najbardziej sympatycznych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałem. Nigdy nie zdarzyło mi się żyć wśród ludzi o bardziej pogodnym usposobieniu lub mniej skłonnych do nie kontrolowanej prywatnej przemocy". Co w domyśle oznacza, że uprawiana przez nich forma rytualnego ludożerstwa jest w istocie wysoce "uregulowana" i nie ma nic wspólnego z dawaniem upustu indywidualnym brutalnym zachciankom.

Słowo "asmat" w języku przyjaciół Watsona znaczy "człowiek", lub "istota ludzka". Dla obcych mają oni inną nazwę - "manowe", co z kolei oznacza tyle co "jadalny". Ich kanibalizm, który Watson opisuje z pieczołowitą dokładnością, nie ma jednak na celu zaspokojenia głodu, lecz raczej - twierdzi autor - zachowanie "naturalnej równowagi środowiska". Młody Asmat, który dokonać musi rytualnego zabójstwa, by stać się w pełni dorosłym człowiekiem, musi zresztą w konsekwencji tego aktu przejąć wszelkie symboliczne i rodzinne obowiązki zmarłego.

Zamiast, jak Arens, próbować oczyścić Asmatów ze złośliwych pomówień, Watson powiada: "oczywiście, że oni to robią: i mają po temu swe własne, istotne powody".

To, jak łagodni są Asmatowie, kiedy nie muszą kłopotać się "zdawaniem egzaminu dojrzałości", ilustruje następująca anegdota. W zbudowanej wśród wykarczowanych mangrowców chrześcijańskiej misji w wiosce Agats, którą Watson odwiedził w czasie swych peregrynacji, obok szkoły, sklepu i tartaku, misjonarze urządzili też boisko piłkarskie, na którym konkurujące z sobą drużyny młodych Asmatów wykazać mogły swą sportową przewagę. Nie mieli jednak najmniejszej ochoty, by konkurować ze sobą i od dziesięciu prawie lat wszystkie, nawet najbardziej zażarte, mecze kończyły się remisem. Nowo przybyły młody ksiądz występujący jako sędzia tak był w końcu tym brakiem "ducha sportowego" sfrustrowany, że zbeształ swych graczy, mówiąc: "Czy nie rozumiecie, że celem gry jest pokonanie przeciwnej drużyny?" "Nie u nas, ojcze", odrzekli mu na to stanowczo. "Jeśli ktoś wygrywa, to kto inny musi przegrać, a my, Asmaci, na taką niesprawiedliwość nie możemy się zgodzić".

Gdyby tak udało się namówić Dajaków, by zagrali w piłkę nożną z Madurańczykami.

 

 

 

Autor jest historykiem nauki, profesorem w Skidmore College w Saratoga Springs, USA.