Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Tadeusz Konwicki

Kot Iwan

 

 

 

 

 

fot. z "Pamiętam, że było gorąco" 2001

 

Z przyjemnością zabieram się teraz do opisu mego kolegi, sublokatora i rezydenta. Jest to kot Iwan, zwany poufale Wanią, którego pięć lat temu podrzuciła nam Marysia Iwaszkiewiczówna. Nie mieliśmy z żoną jakoś ochoty na zwierzę w domu, dość nas wymęczyło chowanie dzieci, ale właśnie dzieci, obie córki, Ania i Marysia, od dawna męczyły o kota. Marysia Iwaszkiewicz, szukając klienta na kociaki, wydedukowała, że jesteśmy z żoną w krytycznej sytuacji, maltretowani przez dzieci. Wobec tego pewnego dnia w tekturowym pudełku czy w jakiejś torbie przybył do Warszawy kot Iwan, a właściwie trzymiesięczny kotek Wańka, szary z ciemnymi pręgami dachowiec, chudy, długonogi, bardzo nerwowy.

Od razu następnego dnia po zakwaterowaniu się w naszym mieszkaniu kot zginął. Przepadł absolutnie i bez śladu. Zrewidowaliśmy całe mieszkanie, odsunęliśmy wszystkie meble, zajrzeliśmy do wszystkich schowków. Kota Iwana nigdzie nie było. Ale było otwarte na oścież okno w pokoju Ani, gdzie denat ostatnio przebywał. Z lupą przy oku zbadałem blaszany parapet. Tak, znalazłem jakieś ryski. Mogły być dziełem pazurów lecącego w przepaść Iwana, mogły też powstać przypadkowo. Słyszałem już przedtem, że spadające koty, szczególnie młode, żeglują w powietrzu jak wiewiórki i wychodzą z opresji cało. Więc obleciałem z góry na dół wszystkie klatki schodowe. Bezskutecznie. Przesłuchałem panią z kiosku na okoliczność podwórkowych dzieci. Nie, żadne dziecko nie znalazło bezdomnego kota. Wlazłem zatem do piwnicy, gdzie żyją bezpańskie kocury. I tam nie było Wańki. Jak detektyw z angielskiego filmu na klęczkach zbadałem beton pod naszymi oknami. Oprócz gołębich, obfitych kupek nic nie znalazłem. Przeszukałem w końcu kubły ze śmieciami w tragicznej nadziei, że tam będą zwłoki małoletniego samobójcy. Jeszcze jedno rozczarowanie. Więc zaczęliśmy rozpaczać z żoną, jęliśmy wyobrażać sobie, co to będzie, kiedy wrócą dzieci ze szkoły. Ze łzami w oczach poszedłem na miasto szukać otuchy u dobrych ludzi. "No nie martw się - mówili bez przekonania - kot zawsze się znajdzie". Wyżalałem się długie godziny objaśniając szczególnie drażliwą sytuację. Bo wcale nie chciałem kota, zawsze byliśmy z żoną uprzedzeni do kotów, ale skoro już się pojawił, skoro dzieci kochają, to jak żyć dalej.

Wróciłem załamany do domu. Żona cała w żałobie stała przy oknie patrząc na ulicę w oczekiwaniu, że może zdarzy się cud i nagle zza rogu, od tej strony, gdzie jest piwiarnia, wyjdzie kot Wania i pozdrowi ją przyjaźnie łapą.

Umówiliśmy się zdławionym, cichym głosem, że żona weźmie na siebie ciężar ostrożnego, delikatnego poinformowania dzieci o nieszczęściu.

Rychło wpadła Ania z tornistrem na plecach, który w pośpiechu rzuciła na podłogę korytarza. Tak jej było spieszno do kota. Podniecona, zdenerwowana, jąkając się oświadczyła, że nie mogła doczekać końca lekcji.

- Gdzie jest kot?

- Wejdźmy do twego pokoju - powiedziała żona zdobywając się bohatersko na żałosny spokój.

Stuknęły drzwi, a ja zamarłem w korytarzu czekając na wybuch tragicznej rozpaczy dziecka.

Tymczasem po krótkiej chwili rozległy się wrzaski, ale rozdzierające wrzaski radości.

- Ty, ty brzydki, ty kochany, najukochańszy, maleństwo słodkie, jak ty mogłeś, ale dobrze, że już jesteś, och najdroższy, gdzie jego mleczko, och, och!

Potem odezwały się szaleńcze cmokania i bliski zawału resztką sił wpadłem do pokoju, gdzie kot Iwan stał pośrodku z wyprężonym grzbietem w geście przeciągania się, z przebiegłym i cynicznym uśmiechem, jaki pojawia się na jego pysku w momencie ziewnięcia.

Okazało się, że żona powiedziała Ani o nieszczęściu, a biedne dziecko runęło jak długie na swoje łóżko. Wtedy coś pisnęło i z cienkiej fałdy narzuty wyskoczył zaspany i obrażony Wania.

Kot Iwan jako dziecko wcale nie przypominał koteczka z obrazkowych książeczek. I dziś, kiedy osiągnął wiek dojrzały, wcale nie jest podobny do normalnych kotów. Kot Iwan jest rodem z Leśnej Podkowy. Pytałem kilkakrotnie Marysię Iwaszkiewiczównę o jego rodowód. Bardzo zmieszana przyznawała się skwapliwie, że jego ojcem był słynny bandzior podwarszawski, kot Bazyli. Ale ja podejrzewam, że mama Wani, chowana w lasach, miała jakiś niedobry romans ze żbikiem albo nawet rysiem.

Bo patrzcie, jak wygląda kot Wania. Przede wszystkim ma wcale nie okrągłą, ale mocno pociągłą i chudą twarz. Nad tą twarzą bardzo męską, bardzo surową, zupełnie wyzutą z kociej dobroci i wręcz okrutną, sterczą do góry uszy dość długie, spiczasto zakończone, bez mała z pędzelkami, co to sami wiecie, a ja rozumiem. Oczy ma Wańka jaskrawoseledynowe, może raczej jak siarka i w tych oczach nie uświadczysz współczucia ani serdeczności. Cała postać jest dość olbrzymia, raczej przerażająca, nogi tak grube, jak moje ręce w przegubach. W każdym razie kot Iwan najczęściej budzi podziw i grozę.

Od razu wyznam rzecz wstydliwą. Kot Iwan nas często bija. Moją żonę, moje córki i mnie. O coś raptem obrażony zaczaja się w korytarzu i biada temu, kto tam wejdzie. Podskoczy, walnie łapami po nodze zamachowymi ciosami, a bywa, że i ugryzie. W stosunku do mnie stara się miarkować, ale też swoje odbieram. Bije mnie jak bokser, po męsku, chowając pazury. Czasem, kiedy nie jest zły, ale przychodzi na niego dziwna drapieżna fantazja, nagle przeleci obok i kopnie mnie wzgardliwie z obu tylnych nóg. Jest to nasza wstydliwa tajemnica rodzinna. Przed światem udajemy, że nasz kot kocha nas ślepą, szaloną miłością.

Trzeba przyznać, że jego gniew jest w zasadzie usprawiedliwiony. Kot Wania panicznie lęka się mężczyzn z torbami albo z pakunkami. Kiedy przyjdzie pan hydraulik, wesoły, pogodny, nieświadom grozy, jaką budzi, kot Iwan zamienia się w malutką białą myszkę i chowa się w najdalszym kącie pod łóżkiem Ani. Pełen współczucia wpełzam do niego, żeby wyjaśnić sytuację. Lecz Wańka słucha mnie chyba końcem ogona, cały zamieniony w słuch pacjenta, który słyszy ostatnie uderzenia swego serca. Wańka w takim stanie to kupka wstrząsającego, metafizycznego przerażenia.

Ale gdy tylko pan hydraulik wyjdzie z mieszkania, Iwan w postawie tzw. "niskiego kota" biegnie szorując brzuchem do łazienki czy kuchni, obwąchuje krany, brzegi wanny i wszystkie te miejsca, których dotknął Bogu ducha winny rzemieślnik, i wtedy się zaczyna.

Całe swoje tchórzostwo, całą swoją małoduszność, całe swoje upokorzenie wyładowuje na nas. Gania nas po całym mieszkaniu, znowu zuchwały i pyszny, znowu arogancki i pogardliwy, gania nas tak wszystkich, gryzie, kopie, boksuje. A my chowamy się po kątach, ekskuzujemy się płaczliwymi głosami, prosimy o przebaczenie.

Jest tylko jedna osoba przychodnia, wobec której Iwan zachowuje się bezczelnie i okrutnie. To pewna miła, starsza pani, co przychodzi czasem pomóc w sprzątaniu.

Nie wiadomo, co w niej drażni naszego tyrana. Może fakt, że - zdaniem okrutnika - rządzi się samowolnie w jego mieszkaniu, że namaszcza cuchnącą pastą jego podłogi, a może tylko zwykły fakt, że jest słaba, bezbronną kobietą.

W takie dni zamykamy Iwana w kolejnych pokojach, a on brutalnie dobija się do drzwi, wygraża, jęczy domagając się wypuszczenia i wcale nie ukrywa, że chce pożreć z kościami sympatyczną, kochającą zwierzęta osobę.

Ale zanim ten drań tak się rozwielmożnił w naszym mieszkaniu, na które przecież ja mam urzędowy nakaz, zanim nas podporządkował sobie, zanim wprowadził ustrój krwawego despotyzmu, losy jego ważyły się dość długo, chyba sześć miesięcy. Całe pół roku żona rozpoczynała dzień od pogróżek, że to już ostatni dzień, że po obiedzie definitywnie i ostatecznie wyrzuci kota Iwana do jego braci-clochardów w piwnicy. Początkowo próbowałem łagodzić żonę, usprawiedliwiać beniaminka. Lecz wkrótce spostrzegłem, że po obiedzie jakoś nic się nie dzieje. Kot dalej rządzi się bezceremonialnie po domu, jakby był głuchy niczym pień, jakby miał pamięć niczym kura. A żona jakaś cicha, zupełnie nie zawzięta.

Wobec tego od tej pory wysłuchiwałem już całkiem beznamiętnie - zupełnie jak kot - codziennych ostrych not, demerche'ów i wygrażań z pozycji coraz słabszej siły. Moja żona ciskała się w łazience, a kot drzemiąc spoglądał na mnie z nieprzyjemną ironią.

Bo w tym czasie kot Iwan, chociaż jeszcze małoletni, zaprowadzał swoje zwyczaje w naszym statecznym, uregulowanym domu. Wybrał sobie miejsce na spanie, popołudniową drzemkę, na opalanie się w jesiennym słońcu, na kąciki zadumy i wszędzie zostawiał pudy sierści. Później wyszukał odpowiednie fotele, żeby je rozszarpywać na szczątki ogromnymi szponami, później przywłaszczał najlepsze firanki, żeby wspinać się na nie aż pod sufit w wieczornej gimnastyce, później zarządził dosyć dzikie i barbarzyńskie reguły w zakresie swoich potrzeb sanitarnych. Żona szalała z wściekłości. Szalała z dnia na dzień coraz słabiej. Wreszcie przyszła ta osobliwa godzina, kiedy żona dokonała bezwzględnej i natychmiastowej kapitulacji.

Ja, rozumny człowiek wschodu, poddałem się od pierwszego momentu. Zrezygnowałem z wychodzenia na ulubioną wódeczkę, ponieważ kot nie znosi alkoholu i późnego wracania do domu, zrezygnowałem z połowy tapczanu, żeby ustąpić miejsca oschłemu nachałowi, zrezygnowałem z wakacji, bo ktoś musi w skwarne dni letnie obsługiwać kapryśnego i wymagającego kota.

Później zdarzyła się rzecz zupełnie niezwykła i niesłychanie dziwna. Ten egocentryczny, lodowato beznamiętny, pełen azjatyckiej pychy kot zakochał się niepostrzeżenie w mojej starszej córce Marysi. A nie była ona dla niego dobra. To okrutne dziecko z rysunków Adamsa pierwsze poznało słabości kota Iwana. Ona pierwsza wiedziała, gdzie są najbardziej bolesne miejsca w układzie kostnym kota, ona pierwsza odkryła, jaki typ pieszczoty najbardziej upokarza kota, ona pierwsza domyśliła się, jakie hałasy i jakie ruchy najbardziej wytrącają z równowagi naszego sybarytę. Wkrótce posiadali oni oboje swój własny kod porozumiewania się, własny szyfr wzajemnej agresji o podłożu erotycznym.

Kot Wania czekał na Marysię godzinami i czekał tylko pod jej drzwiami. Kiedy wchodziła do domu, biegł z dziwnym krzykiem na spotkanie, potem wybuchała krótka, nerwowa szamotanina, a jeszcze później aż do nocy wlokło się wzajemne dręczenie. Wystarczyło, żeby zawołała: Wańka!, a już ten nieszczęśnik biegł skwapliwie z końca mieszkania. Marysia coś mu pokazywała na palcach jak głuchoniememu, a w ich szyfrze było to coś głęboko obraźliwego, i kot Wania zaczynał wrzeszczeć niczym obdzierany ze skóry, wił się na ziemi w strasznym upodleniu, dostawał nawet przerażających drgawek.

Ta sadystyczna z obu stron miłość trwała dość długo, aż do chwili, kiedy Marysia wyprowadziła się do pracowni matki. A wyprowadzić się musiała właśnie przez Iwana. Ponieważ Wańka starym kocim obyczajem zostawiał jej kocurze bileciki miłosne w postaci jadowitych kałuż. Strzegliśmy jej pokoju z nadzwyczajną troskliwością. Drzwi były zawsze zamknięte, pod koniec nawet na klucz. Marysia wchodziła i wychodziła z tego pokoju komisyjnie, to znaczy zawsze ktoś czuwał, żeby podczas wchodzenia oraz wychodzenia nie przedostał się kot. A mimo to zawsze o nieoczekiwanej porze odkrywaliśmy nieduże rozlewisko, czasem uczynione w największym pośpiechu z kilku kropel, ale zawsze okropne, nie do starcia, nie do zmycia. Kiedy to Wańka wykonywał, do dziś nikt nie wie. To jego własna, kocia tajemnica. Mieliśmy do wyboru dwie możliwości: albo co trzy miesiące zmieniać podłogę, albo wyrzucić dziecko z domu. Rzecz jasna, wybraliśmy tę drugą ewentualność.

Marysia wyprowadziła się, jej miejsce zajęła moja żona wnosząc ze sobą swoje suknie, swoje bibeloty, swoje zapachy. Prowokacyjnie otworzyliśmy na oścież zamknięte stale drzwi. Z bijącym sercem ułożyliśmy się do snu.

Rano rzuciłem się na podłogę. Przepełzłem pokój wzdłuż i wszerz, przebadałem wszystkie kąty. Ani śladu afektów Wani. Podłoga czysta, schludna, woniejąca szlachetną pastą. I już nigdy kot Wania nie oświadczył się Marysi w tym pokoju.

Kot Iwan, rzekomy syn Bazylego, jest dla nas bardzo niedobry. Owszem, bije nas często, lecz to można znieść. Najbardziej dręczy nas jego obojętność, która zresztą w końcowym efekcie jest dla niego zgubna. Ta wyniosła, królewska obojętność, obojętność wysoce prowokacyjna sprawia, że co chwila ktoś chwyta go na ręce i z wariacką zawziętością pieści pyszałka, chcąc wzbudzić w nim jakieś ludzkie uczucia. Kot znosi te zabiegi z bolesną rezygnacją, broni się delikatnie odpychając łapami roznamiętnione twarze, rozpalone usta, aż w końcu wpada w szał, drze pazurami ofiary miłosne, gryzie w uszy albo w brody i wyrywa się z siłą wołu. Potem otrząśnie się, wskoczy na półkę i siądzie w postawie frontalnej imponującej, która najbardziej prowokuje moje panie. Ta postawa frontalna imponująca jest jego najsilniejszą bronią. Wtedy jest najpiękniejszy i piękno to poraża nas zawsze z taką samą mocą.

Kot siada na zadzie, przednie łapy, na których się opiera, zsuwa razem gestem schludności i zamiłowania do wyższej estetyki. Sekundę później podwija ogon i jedną łapą przydeptuje jego koniec, żeby nie odstawał niechlujnie i nie burzył symetrii. Teraz kot wypina pierś zdobną w czarny, szeroki naszyjnik, unosi szlachetną głowę, rozwiera najszerzej siarkowoseledynowe oczy. Zaczyna patrzeć na nas z mądrą powagą, z książęcą wyższością i z rozwścieczającym chłodem. A my, upokorzeni, czujemy, że on wie o nas wszystko, że może nawet częściowo nas rozumie, że coś widzi dalej i przenikliwiej niż my, i że mimo wszystko będzie kiedyś za nami głosował w tej ostatecznej, najwyższej instancji, której tak bardzo się lęka każdy człowiek.

Moje panie są o mnie zazdrosne. Twierdzą z uporem i roznoszą po mieście, że ja rozpieszczam kota Iwana. Ale to nieprawda. Ja jeden w tym domu jestem sprawiedliwy. Dbam lojalnie o potrzeby kota, tak jak zawsze dbaliśmy o zwierzęta na Wileńszczyźnie. Lecz nie próbuję go wcale antropomorfizować. Nie czulę się do niego, ale i nie dręczę. Nie całuję go, ale i nie ciągnę za wąsy. Nie obkładam go poduszeczkami, ale i nie walę po grzbiecie gazetą.

Być może kot to sobie ceni. W każdym razie wyraźnie jest zaniepokojony stanem mego owłosienia. Wydaje mu się, że moja sierść na głowie niebezpiecznie się przerzedziła i zmarniała. Wobec tego co rano, kiedy się tylko obudzę, włazi na mnie i gruntownie wylizuje mi leczniczo głowę. Język kota przypomina papier ścierny albo pilnik do paznokci. Wijąc się z bólu próbuję zepchnąć z siebie samozwańczego doktora, ale on, uwznioślony miłosierdziem, przydusza mnie do łóżka szponiastymi łapami i z łagodną wyrozumiałością kontynuuje zabieg, w wyniku którego moja głowa wygląda jak po gradobiciu. O tę torturę tak strasznie są zazdrosne moje kobiety. Tak bezwzględnie lżą mnie i kota. Tyle świństw wygadują za moimi plecami.

A ja podpatrzyłem, że one, kiedy nikt nie widzi, podstawiają Wańce swoje głowy. Lecz kot odwraca się z niechęcią nie czując powołania. Ponieważ stare kocie doświadczenie lekarskie mówi mu, że ich sierść jest zupełnie w porządku.

Na koniec pora wyznać prawdę. Nasz kot Iwan, syn Bazylego albo jakiegoś żbika w podróży, nasz dachowiec Wania jest głupi, jest po prostu nieopisanie tępy i ograniczony. Wszelkie próby demonizowania, uwznioślania, upiększania naszego debila nie zdadzą się na nic. Kot Iwan, mówię to otwarcie wszem wobec, jest nieskończenie piękny i nieskończenie głupi. Jego głupota jest naszym wspólnym upośledzeniem. Cierpimy codziennie wstydząc się przed ludźmi jego bęcwalstwa, chowamy przed światem jego kretynizm, okłamujemy ludzkość, żeby ukryć prawdę.

I może dlatego tak bardzo go lubimy.

 

Dotrzymuję towarzystwa kotu Iwanowi, który nie lubi jeździć na wakacje. Siedzę zatem w Warszawie i znoszę fanaberie rozwydrzonego bydlaka. Wczoraj przyszła pani posprzątać. Ale ten egocentryczny cham nie znosi sprzątania. Coś mu się w tym cywilizowanym obrządku nie podoba. Więc zamknąłem go w pokoju Ani, żeby nie rozszarpał sprzątaczki. Wracam po obiedzie i od razu słyszę wściekłe wrzaski. W pokoiku panieńskim nieszczęsnej Ani kupa tragicznych ruin. Całe pomieszczenie zdemolowane. Na środku podłogi zimowa czapka Marysi wypełniona po brzegi szczynami, wielka kałuża obok. Wycinane cały rok z różnych pism zdjęcia idolów piosenkarskich pozrywane ze ścian i totalnie zniszczone. Rozjuszony zwierz stoi na tylnych łapach i wali pięściami w szkło drzwi.

W milczeniu, ale z zawziętością w sercu biorę drapieżnika na ręce. Zaczyna się przymilać z pogróżką. Niosę go jakby nic i raptem schylam się nad podłogą, obalam bestię na bok, i wtykam pysk do kałuży. Wyrywa się z potężną siłą, chce stanąć na nogi w pozycji, która daje mu przewagę. Ale ja go wtedy podrywam znienacka do góry, niosę kolczastego jak jeża do drugiego pokoju i chcę go rzucić na tapczan, a on w tym momencie jak nie wpije się trzema łapami w mój brzuch, jak nie rozorze czwartą łapą mojej ręki.

Sikając krwią, z wnętrznościami na wierzchu, biegnę do apteczki szukać jodyny. Potem opatruję straszne rany pod oknem. Buteleczka z jodyną wypada na parapet. Cały parapet zalany i nikt już nigdy tych plam nie zmyje.

Później leżę obłożony kompresami z wody utlenionej. Patrzę posępnie w wielkie wściekłe oczy koloru wiosennej rzęsy z wiejskiego stawu. I on patrzy na mnie ukryty pod fotelem. Mierzymy się nienawistnie wzrokiem. Lżę go najgorszymi słowami. On milczy krnąbrnie. Więc nakręcam telefon Stasia Dygata i ostentacyjnie, bardzo głośno, pytam go o adres weterynaryjnej przychodni, gdzie usypiają koty.

Ale Iwan odwraca pogardliwie głowę i ziewa. Potem przeciągając się podchodzi, wskakuje na mój raniony śmiertelnie brzuch, układa się z samolubną troskliwością do drzemki.

 

A tu jesień posępna, nienawistna. Deszcz od rana do wieczora, niż najniższy z niskich, wszystko mi leci z rąk, kot Iwan wyskoczył na balkon łyknąć mokrego powietrza i raptem ku naszej zgrozie wrócił lisim kroczkiem niosąc w pysku wróbelka. Stoczyłem z nim ciężką walkę o tego nieżywego już ptaka. Ania płakała dzikim, ochrypłym głosem, Danka krzyczała kryjąc się ze zgrozy w kuchni, a ja poniosłem malutkie ciałko na balkon z powrotem, sam nie wiedząc, co zrobić i jak ratować to kruche życie, życie może nie mniej ważne niż nasze. Więc trzymałem na dłoni rdzawą drobinę, której brzuszek szarpał się w spazmatycznym oddechu, drobinkę gorącą jak wystrzelona kula, a po dzióbku spływała kropla ciemnej krwi, i na piórkach widziałem plamki krwi. Czarne oczko zakryło się powieką, nóżki podgięte spoczywały nieruchomo wzdłuż ciałka. Kompletnie spanikowany nie wiedziałem, gdzie szukać ratunku, a w tej przerażającej chwili umierania ptaszka oddałbym dużo za jego ocalenie. Więc chuchałem histerycznie w biedne piórka widząc za sobą kątem oka przyczajonego mordercę Iwana. Wreszcie trochę się opamiętałem, kazałem Ani przynieść dużo flaneli, bo chciałem ułożyć ciepło i miękko rannego i chciałem mu podać mleczka, i zastanowić się nad dalszym ratunkiem. Uwiłem więc z flaneli gniazdko w zaciszu pnia akacjowego, który trzymam na balkonie dla zdrajcy Iwana, żeby miał gdzie ostrzyć pazury, ale on na złość nie chce ostrzyć w tym miejscu, więc uwiłem to gniazdo i ostrożnie złożyłem w miękkich fałdach malutkie zwłoki. A w tym momencie denat jak nie zerwie się ze śmiertelnej pościeli, jak nie wystrzeli między prętami balustrady w niebo, jak nie pomknie zdrowym, skwapliwym lotem w stronę dachów, gdzie mieści się wielka i bezpieczna kraina wróbli. Patrzyłem zdumiony, szczęśliwy i nic nie widziałem, bo padał deszcz, bo drzewa przekomarzały się sennie z tym deszczem i wróbelek zniknął na zawsze.

W domu zapanowała radość, kot został obity gazetą, kot skonsternowany i obrażony, pocieszając się nawzajem starliśmy z podłogi kilka plamek wróbelkowej krwi, która paliła nasze sumienie jak iperyt.

Poleciał zdrowym lotem, znawcy twierdzą, że jeśli był młody, to szybko wydobrzeje. A ja ciągle o nim myślę i zła wyobraźnia podsuwa mi złe przeczucia co do jego losu. Czy wyleczył się, czy nie okazał się inwalidą i czy wyżył w ogóle na swoim mokrym dachu?

 

"Kalendarz i klepsydra" 1976

 

 


 

 

Mój kot Iwan, który ozdobił swoją obecnością Kalendarz i klepsydrę, siedzi sobie na parapecie okiennym i patrzy na ulicę Górskiego wypełnioną doszczętnie samochodami. Patrzy na ten beznadziejny ruch blaszanych puszek, co nas trują spalinami, patrzy i nic nie mówi. Obraca tylko wokół osi poszczególne ucho, kiedy słyszy nasze głosy z głębi mieszkania.

- Wania - powiadam - Wania, nie ma nic do jedzenia. Skończyły się konserwy, rybek nie można dostać. Słyszysz?

Iwan przekręca kosmate ucho, żeby nie uronić mego słowa, ale nie odwraca głowy. Koty mają też swój honor. Koty przede wszystkim mają honor.

- Wania, trzeba będzie cię uśpić. Przyjdzie pan weterynarz...

Ucho Iwana ustala się na poprzedniej pozycji. Kot nie chce słuchać tych samych głupich dowcipów. Obserwuje z sympatią lot rzadkich płatków śniegu. Ale rzeczywiście, ludzie dostaną kartki na mięso, a kot, a Iwan, a ten tak ważny w naszym życiu kosmita odziany w kosztowne pręgowane futro? O kocie Iwanie nikt nie pomyślał. To się rozumie samo przez się, że ja oddam mu swoje przydziały. Ale kot lubi pasztet drobiowy "Bobo". Skąd mu to wezmę? Jak mu wytłumaczyć, że nie ma co grymasić i jeśli się zdarzy karkówka, trzeba jeść karkówkę? Jak mu to opisać, że w sklepach najwięcej jest octu? Oj Iwanie, Iwanie, dożyliśmy się na starość.

 

"Wschody i zachody księżyca" 1982

 


 

Kot Iwan

Czasem ktoś mnie zapyta o zdrowie kota Iwana albo wręcz, czy kot Iwan jeszcze żyje. Ma to zwierzę trochę oddanych przyjaciół, a także niewielką gromadkę wielbicieli. Nie chwalący się mogę wspomnieć półgębkiem, że w czasach kryzysu przychodziły do kota Iwana z różnych stron świata apetyczne paczuszki z nadzwyczajnymi kocimi przysmakami. Trzeba przyznać, że owe prezenty budziły wściekłą zazdrość u pozostałych domowników. Nawet ja nie byłem najweselszy, kiedy przywlokłem z poczty ciężki tobół i rozwiązawszy go przekonałem się, że jest pełen kocich konserw.

Kot Iwan jest już mocno starszym panem. Na początku lipca tego roku będzie obchodził urodziny, w dwa tygodnie po moich. Bo obaj jesteśmy spod znaku Raka. Więc kot Iwan skończy piętnaście lat, a to w kociej skali wiek już mocno dojrzały.

Jak wygląda mój podstarzały przyjaciel? Otóż trzeba przyznać bezstronnie, że trzyma się krzepko i naprawdę nie wygląda na więcej jak dziesięć lat. Futro ciągle jeszcze gęste, puszyste, na brzuchu jakby przesycone cynamonem.

Oko żywe, piękne, zmienne w swoich subtelnych kolorach. Wąsy ciągle jeszcze sumiaste, marszałkowskie. Postawa imponująca, ruchy energiczne, choć już nie zeskakuje lekko ze stołu, ale ostrożnie złazi po nodze.

Tak, to prawda. Iwan nie jest już młodzikiem. Przede wszystkim skończyły się polowania. Już nie przynosi triumfalnie z balkonu wróbelka w zębach. Gdzie tam, już nawet lęka się sam wychodzić na balkon. Jeśli zapomni się i wylezie mrużąc oczy do słońca i wąchając końcami wąsów wiosenne powietrze, to zaraz wszędzie, na wszystkich drzewach, na wszystkich słupach podnosi się dziki wrzask ptactwa. Za chwilę już nadlatują eskadry wróbli, które pikują ze strasznym jazgotem w niewinne zwierzę, lżą go, wymyślają mu pewnie od morderców, zbrodniarzy wojennych i biedny Iwan pojękuje cicho sam do siebie, zniszczony, upokorzony, chyłkiem wbiega do pokoju. Żali się, labidzi, wyrzeka na swój upadek kryjąc się po kątach. A na balkonie triumfują wróble. Siadają na balustradzie i opowiadają sobie krzykliwie, jak to popędziły kota kotu.

Kot Iwan wychodzi na balkon tylko z nami. Ja muszę bronić go przed okrutnym natręctwem ptaszków, tych stworzonek, które dziesięć lat temu kot Iwan ganiał jak muchy i gdyby nie moje wstawiennictwo, toby wyłapał ptactwo z całej ulicy, może nawet z całej Warszawy.

Ale, niestety, nie oznacza to wcale, jakoby kot Iwan nam trochę pofolgował. Wręcz przeciwnie, swoje niewyżycie, jeśli idzie o ptaki, jakby na nas wyładowywał. Ja co prawda na każdy akt brutalny odpowiadam równie brutalnie i dlatego mniej cierpię od starego drapieżnika. Ale moje panie są biedne. Żona jak za dawnych lat jest bita w ciemnym korytarzu za najdrobniejsze przewinienie. A to, że mleko jest nie takie, bo chłopi dosypują proszku "lxi", a to, że rybka nie w pierwszorzędnym gatunku, a to, że dawno nie było rostbefu. Tak, tak, kotu Iwanowi można godzinami czytać "Trybunę Ludu", ale jego nie przekona najbardziej brawurowy publicysta. On ma swoje wymagania i koniec.

W tej chwili zbliża się noc. Swoim zwyczajem leżę na tapczanie, teczuszkę oparłem o kolana podciągniętych nóg i starym piórem sprzed tylu lat i tylu książek, tym starym wiecznym piórem wodzę po papierze opisując mego przyjaciela, który gdzieś przepadł, nie pokazuje się od pewnego czasu. Ale ja wiem, że on drzemie sobie na fotelu, akurat nie na tym, gdzie ma posłane, tylko na zupełnie innym, który jutro będzie wyglądał jak nora łysiejącego lisa. Więc drzemie tam krnąbrnie, a kiedy wyczuje, że jestem senny, wynurza się z mroku przy moim tapczanie, przeciągnie się najpierw na przednie nogi, potem na tylne, jeszcze raz ziewnie z przebiegłym wyrazem starego pyszczka i nieczuły na moje sprzeciwy wskoczy zdradziecko na mój brzuch przykryty kołdrą, ułoży się szybko i zacznie mruczeć, że właśnie tak jest dobrze, że powinniśmy sobie poleżeć parę godzin, aż mu się znudzi, że lubi słuchać mego tętna i że jesteśmy przecież prawdziwymi przyjaciółmi. A ja to znoszę, a ja to muszę ścierpieć. Nastawiam radio, myślę o różnych niewesołych rzeczach, przede wszystkim o tym, że ten rok miał być rokiem Raka, zbliżały się do mnie zewsząd same nadzwyczajności, same szczęśliwe trafy, niespodziane sukcesy, zbliżały się, ale raptem skręciły gdzieś w bok, skoczyły do Baranów, Lwów, Skorpionów czy Koziorożców, a my z kotem Iwanem zostaliśmy w niefarcie, w jakiejś takiej glątwie, w czymś w rodzaju galarety bez smaku i zapachu.

Kot leży rozwalony na moich zwłokach. Czasem przeleci po nim jakiś dreszcz albo coś w rodzaju kurczu, raptem zajęczy cichutko, potem strzepnie łapką, jakby chciał strącić coś, co się przykleiło natrętnie do czarnych ciepłych i miękkich paluszków. Kot Iwan śni. Ale co on śni, dokąd wysyła swoje fale i jaką otrzymuje odpowiedź z tego wymiaru albo z tej rzeczywistości, gdzie koty są władcami, tego ja nie wiem. Lecz wiem, że mimo wszystko, mimo napięcia, awantury o użytą czasem przeze mnie zwiniętą gazetę, że mimo wszystko kot Iwan jest nam życzliwy i ta życzliwość okaże się dla nas zbawienna, kiedy pewnej godziny przekroczymy granice naszej rzeczywistości i znajdziemy się tam, w niewiadomym nam innym wszechświecie, gdzie być może koty mają wielkie wpływy i kolosalną pozycję.

 

Wybuchnęło parę upalnych, gwałtownie letnich dni na początku wiosny i znowu wróciła plucha, zimno, i jakiś pogodowy letarg. Kot Iwan, który utył na moim wikcie i wygląda jak dyrektor, chodzi za mną krok w krok i domaga się, żebym mu służył za ciepły materac. On uwielbia, kiedy ja wpełzam do mojej nyży (jak się w tym miesiącu pisze słowo nyża, bo profesory ciągle zmieniają) i kładę się na tapczanie. Nie wiadomo skąd pojawia się nagle, udaje, że trafił tu przypadkowo, ogląda obrazy na ścianach, wącha kaloryfer, a potem nagle wysokim skokiem spada na mój umęczony brzuch. Teraz następuje udeptywanie, rozlega się przyjacielskie mruczenie, kot szuka dobrej pozycji do leżenia, robi jedno kółko na moich wnętrznościach, drugie i wreszcie się wali ciężko w poprzek moich wątpi. A niech mu będzie.

Kiedyś żona zobaczyła, że kot wściekle gryzie Anię, naszą córkę, w przegub ręki. Skóra pęka, krew sika, a dziecko nie cofa dłoni z pyska drapieżnika i przygląda się spokojnie jego bestialstwu.

- Aniu, dlaczego pozwalasz mu rozszarpywać rękę? - strofuje żona.

- Mamo, niech Iwan też ma coś z życia - powiada wyrozumiale Ania.

 

Odczułem straszne uderzenie w klatkę piersiową atakującego potężnego drapieżnika i natychmiast się obudziłem. Zobaczyłem przed sobą uśmiechniętą gębę kota Iwana, który pięknie umyty, z wyszczotkowanym drogocennym futrem, stał na mnie i patrzył mi w oczy z natrętnym oczekiwaniem.

Rzecz jasna od razu domyśliłem się, o co chodzi.

- Tak jest, kocie Iwanie - powiedziałem. - W związku z twoimi urodzinami, w dniu kiedy kończysz piętnaście lat, pozwól, że złożę ci najgorętsze życzenia zdrowia, dalszych wielu lat życia i wszelkiej pomyślności.

A życzyć mu pomyślności było mi najłatwiej, jako że jego pomyślność przecież zależy od mojej. Kot przyjął gratulacje z pełną życzliwością, zaczął strasznie mruczeć i ocierać się o moje czoło, o moją brodę, o moje kolano pod kołdrą, a także o ścianę, o szafkę przy moim tapczanie i o telefoniczny aparat, w którym rozległy się jakieś wątłe oznaki życia, ale na tych oznakach wszystko się skończyło.

Kot zeskoczył ze mnie i poprowadził do kuchni, do lodówki. Ale mięsa, mimo usilnych starań, jeszcze nie miałem. Więc była tylko śmietanka, i to cały spodeczek (bez względu na żołądkowe konsekwencje), potem roztrzepane jajeczko, a wreszcie, ponaglany przez zniecierpliwionego kota, przystąpiłem do gotowania młodego bobu. To jest jeden z największych przysmaków Iwana, to znaczy - czasem bywa tym przysmakiem, gdyż mój kot jest kapryśny i ja te kaprysy znoszę piętnaście lat. Wszyscy mają wakacje, wszyscy mogą wrócić nietrzeźwi do domu nad ranem, wszyscy są wolni i niczym nie ograniczeni, a ja jeden na świecie mam po prostu związane życie, jak się dawniej mówiło, przede mną, niewolnikiem głupkowatego kota, nie ma żadnej przyszłości.

Przez cały wczorajszy dzień nie użyłem w stosunku do kota ani jednego wulgarnego epitetu, choć mam ich tysiące w pamięci, co jest usprawiedliwione moim pochodzeniem z miejsca, gdzie stykają się dwie wielkie cywilizacje przekleństw, wymysłów i bluźnierczych obelg. W ciągu całego dnia przemawiałem do Iwana ściszonym miękkim głosem, dobierałem starannie słów i dość często przytaczałem różne podniosłe maksymy w znanych mi zachodnioeuropejskich językach.

A wieczorem musiałem wyjść do teatru, więc wtedy zmieniła mnie Ania z mężem Jackiem i oni dotrzymywali towarzystwa solenizantowi. Oni także przynieśli trochę wołowiny na jakichś strasznych żebrach i ja to potem w nocy obierałem z resztek jakiegoś podejrzanego mięsiwa, i parzyłem wrzątkiem, i częstowałem solenizanta, który tymczasem rozpoczął szesnasty rok życia, szesnaste koło, szesnastą rundę przez układ słoneczny w towarzystwie nieszczęśliwych państwa Konwickich.

Kot I. myśli o życiu

 

Upokorzony kot I. w objęciach Marysi

 

"Nowy Świat i okolice" 1986

 

 


 

Więc przejdźmy teraz do drugiej najdroższej osoby. A jest nią kot Iwan. Usadowił się w tej swojej pozycji, która doprowadzała nas do szaleństw zachwytu. Mianowicie siedzi on wyprostowany, przednie łapki zestawił akuratnie i otoczył je bardzo schludnie ogonem troszeczkę zdefektowanym, bo wsadził go kiedyś do płomyka pod czajnikiem z gotującą się wodą na herbatę. Na szczęście ja byłem obok i w dzikim szoku ugasiłem błyskawicznie naszego ulubieńca, naszego tyrana i dobroczyńcę. To ten przystojny dachowiec załatwiał nam na przykład w dawnych czasach paszporty. Nie lubił naszych wyjazdów zagranicznych, chciał, żeby wszyscy byli w domu, ale jeśli wskoczył na stół i usiadł na wypełnionych formularzach, wiadomo było, że dostaniemy paszporty. Bo on siedział na tych papierach i nasycał je swoją magiczną mocą. Ale kiedy ignorował te formularze i omijał stół, nasze szansę przedstawiały się kiepsko. Nie warto było nawet fatygować się do biura paszportowego. Ja do dnia dzisiejszego odczuwam dyskretną opiekę Iwana, choć już go dawno nie ma między żywymi. Mnie się wydaje, że miał on pewien wpływ na wydarzenia w Polsce podczas ostatnich dziesięciu lat. Widział, że się denerwuję, więc poszedł mi na rękę. Dzięki temu wielu osłów teraz cieszy się u nas niezasłużoną wolnością.

Czy kogoś pominąłem? Iwan mruży i rozwiera oczy jak kratery księżyca. Może aprobuje moje słowa, a może spogląda na mnie z pobłażaniem.

 

"Zorze wieczorne" 1991

 

 


 

Mój kot Iwan od dziecka był pełen powagi, godności i dobrego mniemania o sobie. Patrzył z angielską flegą na nasze przymilne wygłupianie się, czasem bez wielkiej emocji karcił nas łapą z wciągniętymi pazurami.

Ale wybitna inteligencja zmusiła go do pogodzenia się z poczuciem humoru. Nie mogę powiedzieć, że kot Iwan był dowcipny, boby to było za wiele. Jednak z czasem powoli miarkował swój surowy pogląd na życie, akceptując niektóre nasze żarty. Później z wrodzoną mu powściągliwością zaczął brać udział w domowych figlach. Co prawda, zwykle łapał się na nieprzystojności wesołych zabaw i odchodził wyprostowany jak pruski oficer, z uniesionym dumnie ogonem.

W latach dojrzałych zagustował nawet w niezbyt ostentacyjnych żarcikach i wybrał sobie za partnerkę moją starszą córkę Marysię. Chyba dlatego, że Marysia miała śród domowników najwyższy współczynnik inteligencji.

Pewne jego dowcipy, zabawne powiedzonka i wieloznaczne wybryki powtarzamy sobie często w naszym domu, choć kota Iwana już dawno nie ma śród Ziemian, choć dawno przeinkarnował się w niemądrego męża stanu albo w bezmyślną stonogę. Nie, nie, cofam te słowa. Kot Iwan wart jest lepszego losu. Myślę, że w pozycji imponującej, z uniesionym i wyprostowanym ogonem, krąży w kosmosie i łapie komety za złociste warkocze.

Zwierzęta także mają poczucie humoru. Oczywiście zwierzęta z zaczątkiem inteligencji. Czy raczej zwierzęta doganiające nas mozolnie w darze inteligencji. Wystarczy tu wspomnieć o delfinach. A przecież każdy z nas zetknął się z jakimś rozgarniętym i dowcipnym stworzeniem, nie tylko takim, co chodzi na dwóch nogach w postawie wyprostowanej i czyta gazety.

 

Mój niezapomniany kot Iwan widywał inne światy. Wyczytałem gdzieś kiedyś, że koty słyszą także oczami. Pamiętam dzień, kiedy umarł mój przyjaciel Stasio, i tego wieczoru Iwan leżący na moich kolanach zrywał się gwałtownie na równe nogi i wbijał się wytrzeszczonymi oczami w mrok korytarza, jakby oczekiwał ze grozą, że ktoś niewidzialny dla nas nadejdzie z tej ciemności.

 

Mój drogi przyjaciel, nieżyjący już kot Iwan, nie miał ambicji. Posiadał wyolbrzymione poczucie godności i drażliwy honor, ale sprawy ambicyjne nie interesowały go zupełnie. Myślę, że nawet pogardzał tą szamotaniną ambicyjną, którą obserwował u innych wysoko rozwiniętych ssaków. Ambicja budziła w nim odrazę jako coś niskiego, może nawet plugawego.

Kot Iwan miał swoje pasje. Na przykład pasja do polowań na wróble. Był nią owładnięty do tego stopnia, że żadne perswazje i naciski z naszej strony nie odnosiły skutku. Kiedy usłyszał ćwierkanie z balkonu, przyjmował natychmiast postawę "niskiego kota" i z wybałuszonymi oczami, tak zwykle pięknymi, a teraz zamąconymi mgłą szaleństwa, czołgał się do drzwi balkonowych. Można było siłą go zatrzymywać, czytać mu urywki Pisma Świętego, nęcić świeżą wołowinką, tańczyć, płakać, śpiewać - wszystko na próżno.

Niestety, kot Iwan był także narkomanem. Tak dumny, tak ascetyczny, tak powściągliwy, miał ten przeklęty pociąg do waleriany, do tej demonicznej substancji w każdej postaci, czy to w ziołach, czy płynie, a nawet w pigułkach.

Zdarzało się nam wrócić do domu i zastać mieszkanie jak po rewizji. Wszystkie szafy pootwierane, szczątki toreb, paczek, puszek na podłodze. Kot Iwan miał atak głodu narkotycznego.

Tak, był nałogowcem. Ale nigdy nie ośmieszył się żałosnymi perturbacjami wywołanymi przez nieposkromioną ambicję. Przychodziły chwile, kiedy wydawało mu się, że ja podlegam niepokojom ambicyjnym. Wtedy z kategoryczną stanowczością wskakiwał na kolana i mrucząc donośnie i wielotonowe jak stara fisharmonia, zaczynał mi lizać skronie, czoło, hipnotyzując zarazem mnie, swego prawdziwego przyjaciela, tymi słynnymi oczami, w których był obraz całego naszego wszechświata.

 

Ja nie mam przyjaciół. Może był nim kot Iwan. Ale zostawił mnie na lodzie stanu wojennego i sam przeniósł się do wyższych i być może lepszych światów. Mam kolegów i koleżanki. Nawet żona jest koleżanką, choć zapewne w stopniu generała albo feldmarszałka.

 

Nie mówię o Iwanie, bo to bez wątpienia wyższa istota. Ale przyglądam się znajomemu psu na podwórzu. Co więc on osiągnął jako stworzenie boskie. Odczuwa głód i pragnienie, potrafiąc je jakoś zaspokoić, przeżywał wiosną wielką miłość, znosi lęki, czasem nawet metafizyczne, jest zazdrosny o swego pana, czyli przyjaciela, potrafi być dowcipny i lubi się bawić. Tęskni za swoją rodziną, kiedy zostawią go samego w domu; wtedy płacze i wszystkich w kamienicy tym dręczy, czasem popada w roztargnione zamyślenie, kiedy indziej przeżywa chandrę.

Nie umie tylko na piasku podwórza napisać łapą: "E = mc2"

 

Ostatnie dni kota Iwana. Pisałem już o tym, ale jeszcze raz napiszę.

Nagle skapcaniał i znieruchomiał. Siedział, a potem leżał w miejscu przez niego nigdy nie faworyzowanym. Pod stołem w kuchni. Stół to co innego. Miał prawo sadowić się między talerzami, ze starannie zestawionymi łapami przednimi, ze schludnie ułożonym ogonem. Siedział i przyglądał się, jak jemy. Pełen godności czekał na poczęstunek. Traktowany jakąś potrawą, zwykle odmawiał. Ale czasem bez pośpiechu wyciągał łapę i nadziewał na pazur ziarno grochu albo inny kąsek, który go zaciekawił. Lubił z nami siedzieć nie z łakomstwa, lecz z jakiejś potrzeby uczestniczenia w rodzinnym obrzędzie.

Ale teraz najpierw siedział, potem leżał na podłodze i nie reagował, nie obrażał się, nie groził łapą. Widać było, że mu wszystko jedno. Kocia śmierć czaiła się w kątach tej zwyczajnej kuchni, która była dla niego tajemniczą jaskinią pełną czarów sprawianych przez ludzi - przyjaciół.

Więc pan doktor z asystentką, badania, stosy leków w pogotowiu i oczywiście dobry znajomy, czyli rak, rak, nasz patron, bo i kot Iwan urodził się pod znakiem Raka w początkach lipca.

Potem narady szeptem, żona uciekła płacząc. Ja mu jeszcze w młodości obiecałem, że nie pozwolę na mękę konania. Uśpić? Uśpić.

Żegnam się z kotem Iwanem. Ale jemu ganz egal - jak mawiano podczas okupacji. Jedną łapą jest już w grobie. Półprzymknięte oczy, z pyska spływa gęsta śmiertelna ślina.

Wychodzę. Czekam na korytarzu. Później szlachetny pan doktor powiada:

- Weźmiemy go ze sobą. W ogrodzie mam cmentarzyk naszych zwierząt.

Ganz egal - myślę. Wszystko jedno. Nie widziałem nawet tego plastykowego zawiniątka. I po Iwanie.

Czule i dramatycznie opisuję przenosiny kota na tamten świat. Ale przecież były i złe chwile w naszym życiu. Nieraz sprawiałem mu lanie, a raz nawet omal go nie udusiłem z wściekłości. On też był gagatek.

Ale czy ja w sumie byłem w porządku. Czy spełniłem tę przyjaźń jak należy. Czy czegoś nie przeoczyłem albo zapomniałem. Czy dałem mu pełną kocią szansę w życiu. Dlaczego wspominam go jakoś nieswojo i ciągle mi się zwiduje w ciemnym korytarzu.

Kot, z kotem, o kocie, a ludzie? - spytacie. A jechał sęk ludzi.

 

"Pamflet na siebie" 1995

 

 

 


 

I JESZCZE MRUCZAŁ Z ZADOWOLENIA

 

Od czasu gdy w Kalendarzu i klepsydrze dał Pan sugestywny portret swego kota Iwana, wydawcy męczą innych autorów, by pisali o kotach. Na skutek tych namów powstała nawet polska antologia opowiadań o kotach Trzynaście kotów. Powróćmy zatem do świętej pamięci Iwana. Jaki był jego wpływ na Pana pracę?

Z kotem przygoda była taka, że to dzieci żądały kota. Ja ze straszną niechęcią odebrałem kotka od Marysi Iwaszkiewicz i przyniosłem do domu. Ale, jak można się było spodziewać, po trzech miesiącach dzieci zapomniały o kocie, bo już miały inne zainteresowania. Więc ja, w poczuciu obowiązku, musiałem się wobec tego zwierzęcia zachować lojalnie, zaprzyjaźnić się z nim i pielęgnować go przez osiemnaście lat. Trzy czwarte z tego czasu nie wyjeżdżałem na wakacje, bo ktoś musiał dotrzymywać mu towarzystwa, a on był wymagający i kapryśny. Zresztą sam bym cierpiał, wiedząc, że znosi jakieś niewygody psychiczne.

To kot nie mógł z Panem pojechać?

Właśnie on nie jeździł. I ja to rozumiałem. Raz próbowałem go wywieźć, komuś dać na wakacje. Nie chcę już nawet wspominać, co on przeżywał w podróży.

Oczywiście, gdyby dzieci zażądały pieska, to byłby piesek. I ja bym tak samo porządnie zachował się wobec psa. Zresztą, teraz wnuczka ma psa i jestem dla tego psa lojalnym partnerem. On mnie już skojarzył na swoim ekranie pamięci, w swoim jestestwie, z parówką. Ile razy się widzimy, ja zawsze muszę wyjąć parówkę i poczęstować go. Gdybym tego nie zrobił, to zadałbym mu cios, zrobiłbym mu straszną przykrość i zachwiałbym jego poczuciem bezpieczeństwa. Nagle zrozumiałby, że świat jest niestabilny, funta kłaków niewart. Teraz też mam w lodówce parówkę, bo a nuż przypadkowo usłyszę, że wnuczka na chwilę wchodzi do mnie z psem.

Jak się nazywa?

Pies? Wyjątkowo banalnie, ubolewam. Misio się nazywa. Jest wielkiej urody. Kundel, ale wilkowaty. Ma bardzo przystojną gębę i strasznie jest miły. Cały czas ma minę bożydara, tzn. tego, którego wszyscy kochają, muszą kochać, nie ma na to rady.

Urodziłem się w Nowej Wilejce, mieszkałem w Kolonii Wileńskiej, gdzie była masa przyrody, kwiatów, traw, drzew i masa różnych zwierząt. Teraz często słyszy się, że ktoś spadł z konia i są tego potworne konsekwencje. Jestem tym lekko stropiony, ponieważ ja z konia spadałem parę razy dziennie. To było wliczone w nasze obcowanie z końmi. Rzeczą poważną było oczywiście kopnięcie. U dziadka był furman, którego koń kopnął. Wszyscyśmy cały czas chodzili na palcach, mówiło się, że strasznie nerwowy ten furman, bo go koń kopnął. Jakaś aureola tego kopnięcia nad nim się unosiła, więc obcowaliśmy z nim z lękiem. Rzeczywiście, kopnięcie to jest coś. Ale spadanie? Najczęściej jeździło się na oklep. Nie mieliśmy wysokich butów typu szklanka, bryczesów, pejczów, czapeczek, kosztownych siodeł.

Zwierzęta nie stanowiły dla nas, tak jak dla was, mieszczuchów, jakiegoś fenomenu, obiektu niespełnionych uczuć. Zwierzęta były czymś naturalnym. Pies mógł być kopnięty przeze mnie, ale też mógł mnie capnąć za łydkę. Dlaczego? Bo, jak to w rodzinie, drobne nieporozumienia mogą się zdarzać.

Miałem np. psa, który nazywał się Panfil. Na łańcuchu, na drucie biegał przez całe podwórze. Potwór. Ale nie był potworem, tylko grał potwora. Natomiast ze mną był w komitywie, co polegało na tym, że strasznie mnie namawiał, żebym go spuścił z łańcucha i wziął ze sobą. Czego on mi nie obiecywał: że będzie wierny, że będzie szedł przy nodze, że będzie moim obrońcą, będzie mnie zabawiał w czasie tej naszej wycieczki. Jak mnie namówił, to tyle go tego dnia widziałem, ponieważ on miał tysiąc spraw do załatwienia. Cały czas na uwięzi, a tu biegają koledzy i koleżanki-suki. Do dziś widzę, jak jakaś suka pędzi - tam były wielkie przestrzenie, więc miała gdzie biegać - a za nią gna ze trzydziestu kawalerów.

Czyli, mówiąc krótko, gdyby córki zamiast kota zażądały psa, to bohaterem Pana prozy mógłby być, np. pies Misio?

Oczywiście, że mógłby. Gdyby ktoś mi krowę przyprowadził, to bym palnął pean na cześć krowy.

Pies, i to czarny, pojawia się w Lawie. Biegnie przed diabłami, granymi przez Jana Nowickiego i Piotra Szulkina.

Pies w Lawie ma groźniejsze znaczenie niż pieszczenie naszych uczuć samarytańskich. On może coś zapowiadać. Jest mnóstwo zabobonów związanych z pokazywaniem się psa. Gdy się pokazał, zwiastował nieszczęście. Słyszałem, że kiedy pewien pisarz umierał w Oborach - o czym tam wtedy nie wiedziano - całą noc wył pies, który nie wiadomo skąd się przybłąkał.

Pamiętajcie, że jeszcze działa to, co myśmy nazwali erudycją kulturalną w człowieku i co mnie kusi. Oczywiście, że tego psa puściłem w paru miejscach umyślnie, ale do końca nie wiem dlaczego. Pewnie na wsiakij pożarnyj słuczaj, jak mówią Rosjanie. Jak człowiek coś robi, to wszystko, nawet własną wątrobę by wetknął, żeby było dobrze, żeby to miało jakieś znaczenie.

A co znaczą koty w Pańskich filmach?

Gdzie wy widzicie u mnie koty?

W Lawie, w scenie z Holoubkiem i Łomnickim, jest kot. W Dolinie Issy, w izbie, gdzie tkają dziewczęta, są koty.

One tam są, bo jak mówię, spędzały z nami życie, były członkami rodziny. Ich brak byłby uderzający, byłby jakąś wyrwą w obrazie dnia.

Wracając do Iwana, to powiem, że obecność Iwana do dzisiaj czuję. Minęło ze dwanaście lat od czasu, kiedy on zniknął, odszedł. A mnie jeszcze się zdarza, że kiedy w nocy przechodzę przez korytarz, to się potykam, bo mi się wydaje, że on przebiega mi koło nóg. Nie dość tego. Mam uczucie, że on skądś tam nadzoruje nas, naszą rodzinę.

Dawniej zawsze istniała obawa, że nie dostaniemy paszportów. Kiedy z żoną wypełnialiśmy formularze paszportowe, wiadomo było, że jeśli kot nie wskoczy na stół i nie usiądzie na nich estetycznie, założywszy ogonek i łapki, to nie będzie paszportów. A jak skoczył, siadł z aprobatą, zezwolił na wyjazd, wiedzieliśmy, że są szansę na paszport. Mówię to żartobliwie, bo tak trzeba mówić. Ale odegrał on pewną rolę w naszym życiu. Kiedy miałem chore gardło, to on mi je lizał. Jeśli mi się zdarzyło w stanie lekkiego upojenia alkoholowego przewrócić się i walnąć głową, to też ją lizał, pilnował, żeby się jakieś bakterie nie dostały i żeby pani Konwicka nie zobaczyła, że mąż wrócił pokancerowany. Przyjacielska troska. Ja się o niego troszczyłem, a on się troszczył o mnie. Jakaś jego obecność dalej trwa. I w tym nie ma żadnej bujdy.

Czy Iwan nie był zazdrosny o to, że Pan pisze? Są koty, które potrafią kłaść się na papierze albo maszynie do pisania.

Tak, on też usiłował interweniować. Zagadką było, czy nieświadomie realizował swoją zachciankę, żeby wskoczyć mi na piersi, gdy - po swojemu - pisałem, leżąc i pomruczeć, czy miał jakiś zamiar. Czasem nawet podejrzewałem, że miał zamiar pozytywny. Czuł, że zbliżam się do kluczowego momentu, i chciał mi dodać jakiejś energii. A więc nie było to czysto egoistyczne. Iwan był pełen godności i bardzo w siebie zapatrzony, ale miał mi coś do zaoferowania.

Czy oglądał telewizję?

Muszę tu przytoczyć fakt bardzo zdumiewający, o którym do dzisiaj myślę. Jednym filmem się zachwycił. Siadł na stole i przez godzinę czterdzieści minut nie oderwał wzroku od ekranu. Miesiącami zastanawialiśmy się z żoną, co to znaczy, bo film był radziecki, o młodym Leninie. Dlaczego go zachwycił? Tłumaczyliśmy sobie, że może dlatego, że sam nazywa się Iwan, może poczuł jakieś związki, fluidy.

Jeśli chodzi o aparat telewizyjny, to on dostał kiedyś straszną, naprawdę straszną, nauczkę, po której wstydził się parę miesięcy. Dawniej telewizja nie liczyła się z czasem i przez pięć minut pokazywała na przykład jakąś tablicę z widoczkiem albo na ekranie latały jakieś ptaszki czy pływały rybki. No i kot Iwan rzucił się łapać te ptaszki. Wygłupił się i to przy ludziach, przy nas. Jego mina po tym, jak walnął w telewizor - straszne to było. Potem był z telewizją bardzo ostrożny. Dlatego to było takie zdumiewające, że pochłonął ten film o Leninie. I jeszcze mruczał z zadowolenia.

Lubi Pan cudze koty, np. koty znajomych?

Byłem zaproszony z grupką literatów przez dyrektora Louisiana Museum w Kopenhadze. To bardzo zamożni ludzie, szklane pawilony nad morzem, sztuka współczesna, piękny park, trawa przycięta. Składamy wizytę. Wchodzimy, wita nas pan dyrektor i jego piękna, wytworna żona z jakimś egzotycznym kotem. Ja przechodzę, witam się z panem, z panią i z jakiejś chęci podlizania się chcę pogładzić kota, ale rezygnuję. Za mną idzie Wisława Szymborska. Szlachetna, dobra, kochająca zwierzęta. Wysuwa rękę, żeby pogładzić kotka, a kocur wpija się jej w środek dłoni. Krew sika na wszystkie strony. Pani Wisława mówi, że drobiazg, ale to wcale nie taki drobiazg.

Otóż widzicie, jak to bywa. To jest jednak rodzaj loterii. Zastępczynią i przyjaciółką właściciela warszawskiej księgarni na Nowym Świecie 41 jest kotka, która czasem leży tam na wystawie. Broń Boże, nie należy pukać w szybę, przeszkadzać jej w spaniu. Ta kocica jest dość dumną osobą, powiedziałbym nawet, wyniosłą, ale ze mną czasem wdaje się w rozmowy. Ona na ogół rano wychodzi na obchód, patrzy, co słychać na ulicy. Witamy się, ona daje mi się głaskać. Ja pytam: - "Co u ciebie? Jak idą interesy?". Ona mówi, że jako tako. Potem pyta, co ja piszę. Mówię, że aktualnie nic nie piszę. A ona: - "No tak, to też dobrze". I tak się rozchodzimy.

Ja może jakby z lekceważeniem mówiłem tutaj o dzisiejszym obcowaniu ze zwierzętami. Ale przecież ono ma fundament bardzo poważny. Czujemy, że giną nasi towarzysze niedoli na tej ziemi. Gdzieś przeczytałem przerażającą statystykę, że rocznie ginie 127 gatunków, biorąc pod uwagę wszystko - od muchy do słonia. Obudził się w nas podświadomy lęk. Stąd ekologia, stąd opieka nad zwierzętami, strasznie histerycznie i dynamicznie działające towarzystwa. Ludzie czują, że niedobrze się dzieje z wypełnieniem jakiejś jedności tego świata. Mówię o tym dlatego, że sześćdziesiąt czy więcej lat temu świat był bardziej zaludniony różnymi stworzeniami. Teraz są takie dziwactwa jak cmentarze zwierzęce, ale może one wcale dziwactwami nie są. Bo jeśli ktoś ofiarował zwierzęciu jakieś kwantum uczuć, to co mu się dziwić, że chce, aby potem została jakaś pamiątka tego incydentu.

Drugiego kota nie chce Pan mieć?

To jest straszne obciążenie. To jest może nawet trudniejszy obowiązek, niż mieć żonę. Zwłaszcza jeśli chce się być w porządku wobec zwierzęcia, a nie skazywać je na jakąś formę cierpień.

 

"Pamiętam, że było gorąco" 2001