Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 03-10-2008

 

Agnieszka Rybak

Król abdykował, "Wariat" nie żyje

 

Tworzyli podwaliny polskiego kapitalizmu. Janusz Leksztoń, zwany królem Wybrzeża, twórca Elgazu. Lech Grobelny - właściciel Bezpiecznej Kasy Oszczędności. Dziś życie do ich barwnych biografii dopisało puentę. Jednemu tragikomiczną. Drugiemu - tragiczną.

 

Leksztoń: 8 września 2008 r. będzie długo pamiętał. Pod areszt śledczy na Kurkowej w Gdańsku podjechał urzędnik stanu cywilnego. Wkrótce pojawiła się panna młoda, Natalia V., obywatelka Białorusi. Pan młody - Janusz Leksztoń, lat 45, rozwiedziony, ojciec czwórki dzieci, był już na miejscu. Na Kurkowej przebywa od końca sierpnia br., ma do odsiedzenia trzy lata w związku z wyłudzeniem kredytu. Pokrzywdzoną była Jowita H. "Polityka" pisała, że kobieta - będąc pod osobistym urokiem byłego szefa Elgazu - poręczyła za niego milionowy kredyt.

Z Natalią V. Leksztoń poznał się przez Internet. Kobieta przyjechała do Polski i pracowała u niego w firmie. Wyznaczyli już datę ślubu, gdy Leksztoń został aresztowany. Urzędnicy najwyraźniej nie chcieli stawać na drodze ich szczęściu, bo zgodzili się, by uroczystość urządzić za kratami.

- To papierowe małżeństwo. Przez ślub Janusz chce uzyskać inne obywatelstwo, wyjść na przepustkę i uciec poza granice Unii Europejskiej - przypuszcza jeden z jego znajomych.

W nowym wcieleniu Leksztoń, mężczyzna niski i krępy, o monstrualnej nadwadze i tęsknym wyrazie oczu, stał się połączeniem Casanovy i Kalibabki. Doszedł do wniosku, że biznes należy łączyć z przyjemnością, a interesy najlepiej robi się z kobietami.

Grobelny: W czerwcu br. Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga "wobec niewykrycia sprawcy" umorzyła śledztwo w sprawie zabójstwa Lecha Grobelnego, 54-letniego mieszkańca Bródna. Siedem tomów akt sprawy powędruje na półki archiwum. Klamka zapadła.

Wygląda na to, że nie dowiemy się nigdy, co kierowało sprawcą, który prawdopodobnie w nocy z 23 na 24 marca ub. r. celnie zadał ofierze jedną ranę kłutą w serce, po czym narzędzie zbrodni wytarł i włożył mu w dłoń. Czy uczynił to sam, czy ze wspólnikiem? W pijackiej bijatyce? W obronie własnej? Ze strachu czy z zemsty?

Śledczy na miejscu zabójstwa zabezpieczyli ślady. Części z nich nie udało się jednak zidentyfikować. Przez mieszkanie zamordowanego przewijało się wiele osób. W domu Grobelnego trwały alkoholowe libacje. W chwili śmierci miał we krwi 1,2 promila alkoholu. Można przypuszczać, że przed śmiercią pił w kuchni z co najmniej jednym mężczyzną, który pozostawił po sobie ślad na butelce i papierosach. Nie udało się go jednak zidentyfikować.

Udowodnienie, że ktokolwiek z tych, którzy zostawili ślady w mieszkaniu, miał coś wspólnego z zabójstwem, było niemożliwe. Nikt nie złożył obciążających wyjaśnień. Nikt nie przyznał się do winy.

Pionierzy kapitalizmu

Obydwaj sławę zawdzięczają pieniądzom. Mieli je, gdy inni dopiero uczyli się, co to jest kapitalizm.

Leksztoń: "Powyżej pewnego poziomu robić pieniądze to sztuka. Trzeba tylko wybrać, kiedy, gdzie i jak" - to życiowe motto Janusza Leksztonia wypowiedziane w jednym z wywiadów u progu kariery przywoływano potem wielokrotnie. W kontekście późniejszych życiowych zawirowań bohatera nabierało bowiem nowego zabarwienia. Zaczynał, gdy miał 27 lat. W prezencie ślubnym dostał od ojca - krakowskiego rzemieślnika, producenta kotłów - patent na rodzinny wyrób i 10 mln zł. Na dobry początek. W 1985 r. z takim kapitałem pojawił się na Wybrzeżu i założył Elgaz. Firma, dzięki licznym kredytom, stała się imperium. Na 30 tys. mkw. oprócz pieców produkowała okna i drzwi PCW oraz kasety wideo. Miała własny terminal na lotnisku, agencję ochrony Tygrys, biuro podróży, wydawnictwo Media - Reporter i telewizję El-gaz. W okresie prosperity Leksztoń przejął nawet 49 proc. udziałów w Nissan Poland. Rozpoczął budowę centrum kongresowo-hotelowego ze studiami telewizyjnymi i zainwestował w prywatną linię lotniczą, która miała kilka samolotów. Spośród wielu biznesmenów na dorobku Leksztoń wyróżniał się gestem. "Sponsorował całą Gdynię, uratował molo w Orłowie, ośrodek sportu i rekreacji dzięki niemu błyszczy do dzisiaj. Dawał na żłobki i szkoły. Sponsorował gdyński festiwal filmowy" - opowiadał o nim były współpracownik. Wsparł także - z czego był dumny - kampanię prezydencką Lecha Wałęsy. I zakupił od Francji Galaxi - komputerowy program lotów rakiet balistycznych. Czemu miał służyć, nie powiedział nawet sądowi, zasłaniając się tajemnicą państwową. Elgaz w najlepszym okresie zatrudniał 2,5 tys. osób. Zarabiali powyżej średniej krajowej.

Grobelny: Dorobił się pod koniec lat 70. na sprzedaży obrazków z wizerunkiem Jana Pawła II. Był już człowiekiem majętnym, gdy w 1989 r. otwierał studia fotograficzne i sieć kantorów. Jego firma Dorchem miała się stać finansowym imperium.

W 1989 r. Grobelny brylował na tworzących się w Polsce salonach. Spotykał się z ówczesnym ministrem finansów Leszkiem Balcerowiczem, któremu - jak twierdził - udzielał porad. Starał się o rękę Karin Sobieski Belina Prażmowski zu Schwarzenberg, samozwańczej księżnej. Sławę zdobył jednak dzięki Bezpiecznej Kasie Oszczędności - parabanku, który zbierał pieniądze od rzeszy drobnych ciułaczy. Grobelny obiecywał im ogromne procenty. Był przeświadczony, że władzy nie uda się opanować inflacji. Pieniądze klientów zainwestował w dolary. Cały system działał na zasadzie piramidy finansowej, pieniądze pozyskiwane od nowych klientów służyły do spłacania tych nielicznych szczęściarzy, którzy zainwestowali najwcześniej.

Panom już dziękujemy

Nie zrozumieli działających już mechanizmów rynkowych. Zapłacili za to utratą majątku, pozycji i reputacji, gdy system ekonomiczny stawał z głowy na nogi.

Leksztoń: Pętla długów zaciska się nad Elgazem już od 1990 r. Po reformie finansów odsetki od kredytów sięgają nawet 440 proc., a Leksztoń nie jest na to przygotowany. Porażka przyszła niespodziewanie. Jedna z małych firm poszła do sądu ze stosunkowo niewielkim niespłaconym długiem - 3 mld starych zł - i doprowadziła do postawienia firmy Leksztonia w stan upadłości.

Elgaz dostał syndyka, a jego właścicielem zainteresowała się prokuratura. Pewnego dnia, jadąc samochodem, usłyszał w radiowych wiadomościach, że o 4 rano został zamordowany. Natychmiast zgłosił się na komisariat w Gdańsku. Został aresztowany. W 1993 r. prokuratura oskarżyła go o wyłudzenie kredytu na 203 mld starych zł z Pomorskiego Banku Kredytowego. Z aresztu wyszedł po siedmiu miesiącach dzięki kaucji - miliardowi starych złotych wpłaconemu przez brata. Dostał wyrok trzy i pół roku .

Sąd apelacyjny w 1996 r. zmniejszył wyrok do dwóch lat, na poczet kary zaliczył areszt. W uzasadnieniu podkreślił, iż Leksztonia należy uznać za megalomana i mitomana, a nie za groźnego przestępcę gospodarczego.

Grobelny: W czerwcu 1990 r. z pobraną z kasy kwotą 12 mld starych złotych wyjeżdża na wycieczkę. Pracownicy dopiero po miesiącu zaczynają się niepokoić, że szef nie daje znaku życia. Sprawa przedostaje się do mediów, które najpierw informują delikatnie: Grobelny nie wrócił z urlopu, zaginął. Pod Bezpieczną Kasą Oszczędności ustawiają się tłumy spanikowanych klientów. Wypłaty zostają wstrzymane. Prasa donosi: "Ani forsy, ani Grobelnego, ani pani Żabci" - przyjaciółki Grobelnego, która urzędowała w biurze Kasy na Marszałkowskiej. W śledztwie wyszło na jaw, że zaufało mu 11 tys. osób, przekazując oszczędności całego życia, w sumie 25 - 26 mld starych złotych. Syndyk wypłacił im po kilkanaście procent zainwestowanej kwoty.

Po dwóch latach Grobelnego, ściganego listem gończym, zatrzymuje niemiecka policja. Po ekstradycji na pięć lat trafia do aresztu. Prokuratorom nigdy nie udaje się jednak przesłać do sądu aktu oskarżenia. W 1997 r. Grobelny wychodzi na wolność.

Z przetrąconymi skrzydłami

Po spektakularnych porażkach nigdy już nie zdołali się podnieść. Leksztoń miał żal, że żadna z osób, którym pomagał w czasie prosperity, nie okazała wdzięczności. Przyczyn klęski swego imperium upatrywał zaś w tym, że prezydent Wałęsa nie pojawił się na uroczystości otwarcia jego linii lotniczych. - Gdyby wtedy Wałęsa przyjechał na lotnisko i przeciął wstęgę, wszystko potoczyłoby się inaczej. Pewnie dzisiaj to ja, a nie dajmy na to Kulczyk, byłbym w Polsce najbogatszy - zwierzał się mediom. Grobelny do końca twierdził, iż w sprawie BKO to nie on oszukał, lecz jego oszukano. Obaj próbują się odegrać.

Leksztoń: W 1997 r. tworzy spółkę Image, chce się zajmować nieruchomościami. Trafia do gminy Szemud niedaleko Wejherowa. Zaproponował władzom budowę kompleksu rekreacyjnego. Planował pensjonat, klinikę, baseny, korty tenisowe, sale do gry w squasha, kawiarnie. Prace miały się zacząć po uzyskaniu pozwoleń. Leksztoń jednak nie czekał. Gdy sprawa się wydała, domki letniskowe - samowolę budowlaną - nazwał kapliczkami. Na budowę niewielkich obiektów kultu nie była wówczas wymagana zgoda władz samorządowych.

Grobelny: W czerwcu 1997 r. wychodzi z aresztu. Powołuje do życia firmę Odzysk zajmującą się windykacją długów. Zaprasza dziennikarzy na konferencję prasową do pawilonu na warszawskim Bródnie i występuje na niej boso w przepoconym podkoszulku. Zatrudnia ludzi poznanych przygodnie na ulicy i im nie płaci. Utrzymuje się z wynajmu lokali, które mu pozostały - na Wysockiego oraz Nieszawskiej, gdzie funkcjonował sklep. Oprócz tego pożycza pieniądze od matki, która wzięła 12 tys. zł kredytu.

Mieszka z konkubiną w pawilonie na Bródnie, w czteropokojowym mieszkaniu nad pomieszczeniami gospodarczymi. Rodzi im się córka. Nawiązuje kontakty z osobami z półświatka. Po wyprowadzeniu się konkubiny w grudniu 2006 r. mieszkanie zamienia się w melinę. Biesiadują i nocują tam przygodnie spotkani ludzie. Między innymi Anna K., trzydziestoletnia kobieta, której Grobelny oferuje pracę w sklepie, Izabela K., Wiesław B. oraz młode małżeństwo, którego personaliów nie ustalono.

Wszyscy oni po zabójstwie Grobelnego będą zgodnie zeznawać, że kontakt z nim stracili przed 23 marca. I od tego czasu już go nie odwiedzali. Grobelny chodzi w dresach, jest brudny. Raz tylko na zwróconą przez sąsiada uwagę, że wygląda nieświeżo i odstrasza klientów, umył się, ogolił i przyszedł do zakładu w garniturze. "Tak wygląda pan Grobelny" - powiedział.

Pod budynek często podjeżdżała policja. Raz interweniowała straż pożarna, gdy zaniepokojeni sąsiedzi zgłosili, że z budynku wyciekają jakieś chemikalia. Po sprawdzeniu okazało się, że wypłynęły pozostałości po dawnym studiu fotograficznym. 21 marca, na dwa dni przed prawdopodobną datą śmierci Grobelnego, sąsiedzi zauważyli w jego mieszkaniu ogień. Widzieli sylwetkę mężczyzny, który palił papiery i wrzucał je do pieca. Wkrótce potem na dole przed budynkiem zebrała się grupa osób. Byli wulgarni, rzucali przekleństwami, zaczęła się biesiada.

Nowa nadzieja

Cały czas mieli pomysły na nowy biznes. I nadzieję, że tym razem uda się powrócić do dawnej świetności.

Leksztoń: W 2006 r. na portalu randkowym sympatia.pl. zamieścił list: "Szukam prawdziwej przyjaźni, miłości, wierności, oddania i już zaczynam wątpić, czy mnie jeszcze to spotka, bo na tym świecie chyba nie ma kobiet, dla których istnieją inne wartości niż tylko kasa". O sobie pisał, że jest po przejściach. Że został zamieniony na młodszy model. Podał także adres strony internetowej www.lekszton.pl sławiącej wielkość i potęgę Elgazu. Nie ma na niej słowa o tym, że przedstawiona sytuacja jest już nieaktualna.

- O tym, że Leksztoń to ten Leksztoń, wiedziałam od początku - przyznaje Natalia S., ok. trzydziestki, atrakcyjna, zadbana właścicielka firmy Exim z Gdyni. Postanowiła odpowiedzieć na ogłoszenie, bo - jak tłumaczy - szukała przyjaciela i biznesowego partnera. Samotnie wychowuje niepełnosprawne dziecko, w biznesie stawiała pierwsze kroki. Miała pomysł na sukces - na duńskim rynku znalazła krem, który zdaniem producenta powiększa biust. Czuła, że w Polsce produkt może się okazać hitem.

Z Leksztoniem umówiła się po raz pierwszy na kawę w gdyńskim Centrum Gemini. Wzbudzał współczucie. Opowiadał o tym, jak jest nieszczęśliwy, że nie ma kontaktu z czwórką własnych dzieci. Próbował być pomocny. Zaproponował miejsce na jej firmę u siebie w biurze, podnajmował pracowników. Znalazł lekarza dla dziecka, kupował prezenty, odciążał od bieżących spraw. - Na swoje ofiary upatruje sobie zazwyczaj takie kobiety, które samotnie wychowują dzieci. Prowadził mnie jak po sznurku - mówi teraz Natalia S. Przy czym on dążył do stałego związku (nazywał ją narzeczoną), dla niej był to układ koleżeński i biznesowy.

Wspólny biznesplan był taki, że Leksztoń po odniesieniu sukcesu dołączy do jej firmy. Interes życia miał zaś zrobić na seryjnej produkcji niszczarek do twardych dysków. Szkopuł był jeden - Leksztoń nie miał pieniędzy na działalność. Rodzice Natalii S. pożyczyli mu więc notarialnie 200 tys. zł.

Wkrótce jednak właścicielka Eximu zorientowała się, że Leksztoń, zamiast rozwijać własny biznes, przejmuje jej interesy. Jego dyrektor nawiązał kontakty z niemiecką firmą i bezpośrednio od niej sprowadzał specyfik na powiększanie biustu. Wykorzystywał przy tym kanały dystrybucji wypracowane przez Natalię S. - Podrabiał moje podpisy na umowach, wykorzystywał przy tym faksymile - twierdzi kobieta. Sprawy przeciw Leksztoniowi są w prokuraturze. Exim szacuje straty na 1,5 mln zł.

Grobelny: Ostatni pomysł na biznes przyszedł mu do głowy w styczniu 2007 r. Chciał otworzyć sieć sklepów mięsnych. Miały się nazywać Świnka. Zakupił towar - jednym mówił, że tonę, innym - że pół tony wieprzowiny. "Chciał, bym robiła wędliny. Powiedziałam, że nie mam tyle siły" - opowiadała matka. Do współpracy nakłaniał też kobietę, która wynajmowała u niego pomieszczenie na sklep. Ta jednak odmówiła uznając, że mięso jest już nieświeże.

Krach

Niejasne interesy i powiązania z czasów finansowej potęgi sprawiały, że bardzo trudno dziś ocenić, co w opowiadanych przez nich historiach było konfabulacją, co faktem, a co chorobą.

Leksztoń: Pod koniec kwietnia 2008 r. media zelektryzowała informacja, że Janusz Leksztoń został porwany. Cudem udało mu się wyrwać z rąk gangsterów. Biznesmen sam zgłosił się na policję. Twierdził, że napadnięto go w sobotę, 26 kwietnia, o 6 rano w domu w centrum Gdyni. Sprawcy mieli go wywlec jedynie w szlafroku spomiędzy bukietów róż - w przeddzień kupił Natalii S. dwa tysiące kwiatów. Furgonetką przewieziono go na budowę i tam skrępowanego przetrzymywano. - Domagano się ode mnie miliona złotych, grożono śmiercią, bito - relacjonował Piotrowi Pytlakowskiemu z "Polityki".

Ponoć najbardziej ubolewał nad tym, że ukradziono mu dyplom z podziękowaniem od Wałęsy. Potem sprawcy, zarzuciwszy mu worek foliowy na głowę, postanowili przewieźć Leksztonia w inne miejsce. Uciekł im, gdy samochód na chwilę stanął. To ostatnie potwierdził kierowca z Łodzi, który znalazł go na drodze.

Jednak policja sprawdzała inne wersje opowiedzianej przez Leksztonia historii. Zgłosił bowiem, że podczas porwania zginęły mu pieniądze, klucze, karty kredytowe i dokumenty dotyczące działalności gospodarczej. Natalia S. ma własne zdanie na temat porwania: - Było po to, by zniszczyć papiery. Teraz żaden sąd nie może mu niczego udowodnić - mówi.

Grobelny: Na Targówku miał ksywę "Wariat" lub "Psychol". Kilka miesięcy przed śmiercią zmienił się nie do poznania. Sąsiadkę, która go spotkała, zdziwiło jego wychudzenie. Na chwilę zaistniał publicznie, gdy poinformował policję, że zagrożone jest życie ówczesnego premiera Jarosława Kaczyńskiego. Sprawcą zamachu miał być gangster o pseudonimie Szczur. Po tym zeznaniu wzmocniono ochronę szefa rządu.

Jednak Grobelny opowiadał też z pełną powagą, iż nie jest Lechem Grobelnym, lecz klonem ewentualnie Grekiem bułgarskiego pochodzenia, któremu zrobiono operację plastyczną, upodabniając do Grobelnego.

Wyraźnie czegoś się bał. Była konkubina opowiadała, że zawsze był ostrożny, zamykał drzwi i okna, "miał na tym punkcie świra". Po osiedlu przechadzał się w damskim różowym dresie, ale z nożem grzybiarskim i nożyczkami.

Zatrudnieni u niego do przepisywania dokumentów dwaj chłopcy zrezygnowali. Mówią, że zaczęli się o siebie bać. Grobelny nie ruszał się bowiem z domu bez topora, dwóch lub trzech noży. Nosił także imadło ślusarskie i kilka długopisów. Z opowiadań chłopców wynika, że długopisami rzucał w ludzi w autobusie, komentując: "widzisz, dostał w oko".

Zaprzyjaźnionego z nim taksówkarza zaprosił do domu. Tam zasłonił okna, włączył radio na pełen regulator i napisał kartkę: "Te kurwy mnie podsłuchują". Potem kartkę spalił.

Jego ciało znaleziono przypadkiem ponad tydzień po zabójstwie. Tadeusz K. od kilku dni widział w oknie pawilonu na warszawskim Bródnie spacerującego po parapecie kota. Zwierzę miauczało i próbowało sie wydostać na zewnątrz.

Ten widok skojarzył z faktem, że od ponad tygodnia nie widział sąsiada. Zmartwił się, że kot może pozostać bez opieki, i 2 kwietnia 2007 r. powiadomił Straż Miejską. Ta - po stwierdzeniu, że drzwi mieszkania są zamknięte tylko na klamkę - wezwała policję. W mieszkaniu na pierwszym piętrze patrol znalazł zwłoki. W zaciśniętej dłoni tkwił nóż.

Tym, którzy znaleźli się wtedy we wnętrzu, szczególnie utkwił w pamięci obraz plastikowych skrzynek i zapach leżących w nich kawałków rozkładającego się mięsa. Zepsutym mięsem wypełniona była także wanna w łazience. Tyle zostało po człowieku, który był jednym z pierwszych symboli rodzącego się kapitalizmu.