Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Magdalena Grzebałkowska

Ksiądz Paradoks

Biografia Jana Twardowskiego

2011

 

(...)

 

Rok ostatni

Próba generalna przed pogrzebem

Na początku 2005 roku Jan Twardowski miał kolejny zawał. Trafił na oddział kardiologii w warszawskim szpitalu przy ulicy Banacha.

Ksiądz Roman Trzciński, dawny student poety, wspomina: "Też wtedy leżałem w tym szpitalu. Dowiedziałem się, że jest ksiądz Jan, więc poszedłem. Był podłączony do rurek. Jak mnie zobaczył, zaczął się podnosić, kazał sobie poduszki podkładać pod plecy, bo to niepoważnie tak rozmawiać na leżąco. Pamiętam, że cala nasza rozmowa była poezją. To znaczy on nie mówił wierszem, ale chodzi mi o rytm, rodzaj skojarzeń, układ zdania. Rozmawialiśmy o Zbikowie, proboszczu Dyżewskim, początkach księdza Twardowskiego. To była moja ostatnia z nim rozmowa".

W czerwcu ksiądz Jan wziął udział w uroczystych obchodach swoich urodzin.

"Czy ksiądz się z tego cieszy?" - pytali dziennikarze.

"Nie, ale będę udawał" - odpowiadał.

W prałackiej sutannie z amarantowymi obszyciami i birecie z amarantowym pomponem siedział w wózku i przyjmował hołdy od przyjaciół, znajomych, wiernych i czytelników. Była uroczysta msza święta w jego intencji. Przyjechały poczty sztandarowe szkół imienia Jana Twardowskiego.

Jubilat skwitował uroczystości: "To była próba generalna przed moim pogrzebem. Czy udała się?".

Szpital

Waldemar Smaszcz, historyk literatury, przyjaciel księdza, mówi: "29 listopada 2005 roku ksiądz Jan odprawił po raz ostatni mszę w swoim mieszkaniu, a następnego dnia trafił do szpitala na Banacha".

Wyszedł na krótko, ale szybko wrócił na oddział. Wciąż go przenoszono. Z sali wieloosobowej do pojedynczej. Z jedynki do trójki. Trafił nawet do pokoju żeńskiego, przyjaciele żartowali: "W końcu leżysz z kobietami". Ale zaraz znów przeniesiono księdza do mężczyzn, pod koniec leżał już sam.

Brat Marian, który opiekował się księdzem: "Czuwałem przy ojcu Janie na zmianę z braćmi bonifratrami".

Było jak w domu. Anna Hozakowska, sekretarka księdza, dyżurowała w szpitalu. Pielęgniarz dyżurny dostał od niej listę osób, które wolno wpuszczać. Ale jej nie respektował. Ksiądz zachęcał do odwiedzin: "Przyjdźcie, tylko jak nie będzie moich pań".

Ludzie pamiętają, że zdarzały się jednak szarpaniny w drzwiach między tymi, którzy chcieli wejść do księdza, i tymi, którzy go pilnowali. Ksiądz w takich momentach zamykał oczy.

Do łóżka księdza pielgrzymowali przyjaciele i krewni. Z szopką krakowską i nalewką przyjechała z Krakowa Anna Dymna. Przychodzili czytelnicy po autografy; wydawcy, żeby prosić o ostatnią zgodę na publikację; wpadali z wizytą pacjenci z innych oddziałów.

O piętnastej ludzie zgromadzeni wokół księdza odmawiali wspólnie koronkę.

Aleksandra Iwanowska, nazywana przez księdza Oleńką, jego edytorka, prawna opiekunka i spadkobierczyni, starała się nie opuszczać go ani na chwilę. Wracała do Sopotu, gdzie mieszka, i zaraz przyjeżdżała do Warszawy. Nocowała na łóżku obok, nie wypuszczała z ręki notesików i długopisu. Od dawna już zapisywała każde słowo poety.

Krystyna Gucewicz, poetka, przyjaciółka księdza, mówi: "Były momenty, że Robaczek wyraźnie odchodził. A potem wracał do zdrowia, jego stan się polepszał".

Bliska krewna wspomina: "Gubił się czasem. Bral mnie nieraz za moją mamę, choć mojego ojca zawsze pamiętał".

Żeby się nie nudził, przyjaciele zorganizowali dla księdza kabaret. W głównych rolach wystąpili śpiewaczka operowa Barbara Stefańska, dotychczasowa opiekunka Jana Twardowskiego i ratownik medyczny Artur Zając, przebrany w spódnicę i czepek pielęgniarki. Śpiewali Wielka sława to żart i Głęboką studzienkę. Siostra oddziałowa nakrzyczała na aktorów, że hałasują w szpitalu. Śmiali się z księdzem.

Krystyna Gucewicz wspomina: "Grymasił jak dziecko. Ponieważ był smakoszem, to ciągle mu się wydawało, że ma na coś ochotę. A to na jajko, a to na rybę, a to na ogórki kiszone lub pasztet. Nawet najcierpliwszy pod słońcem brat Marian ironizował na ten temat. Pytałam: »Co byśmy dzisiaj zjedli, Robaczku?«. Mówił: »Szpinak, jak w dzieciństwie«. To chociaż wiadomo było, że tego nie zje, biegłam do restauracji La Boheme, robili tam danie, zawijali w folię i przynosiłam. Ledwie skubnął i odstawiał. Mówił: »Nie mam smaku, czy to minie?«".

Listę potraw, które ksiądz zamówił, Krystyna Gucewicz zanotowała, a potem opisała w wierszu Na śmierć księdza Jana Twardowskiego. Były to: jajecznica z pięciu jaj, woda z bąbelkami, cytryny, szprotki wędzone, kajzerka, nalewka, pasztet, figi, smalec domowy z jabłkiem i cebulką, maślaki, fasolka Jaś, dwa jajka na miękko.

Przyjaciele zastanawiali się, co będzie z księdzem, gdy wyjdzie ze szpitala. W grę wchodziło mieszkanie u Wizytek z dodatkową opieką, mały szpitalik w Laskach, opłacenie dodatkowej opieki w szpitalu na Banacha. Ostateczna decyzja miała zapaść 18 stycznia.

Kołysanka

Dzień przed śmiercią księdza Aleksandry Iwanowskiej nie było w szpitalu, pojechała na chwilę do Sopotu.

Poetę odwiedził wtedy wezwany przez niego Waldemar Smaszcz: "Nazajutrz miała się ukazać antologia poezji Bóg czyta wiersze, nad którą pracowaliśmy wspólnie w czasie wakacji w 2004 roku w domu pani Aldony Kraus, przyjaciółki księdza. Przywiozłem mu stronę tytułową i niektóre wydrukowane już strony. Bardzo się ucieszył. Potem wpisywał autografy w książkach dla moich dzieci. Spędziliśmy razem dwie godziny".

Przyszła także Helena Zaworska, dziennikarka, przyjaciółka: "Przyszłam rano, najczęściej tak przychodziłam, nie było wtedy odwiedzających. Zakonnik, który opiekował się księdzem minionej nocy, był bardzo zmęczony. Miał tam fotel i kurtkę, otulił się nią i usnął. Usiadłam na niskim stołeczku i oparłam się łokciem o łóżko. Ksiądz jęczał. Niepewnie poprosiłam: »Spróbuj usnąć, zaśpiewam ci kołysankę, jak śpiewałam mojej córce«. I tak jak umiałam, i jak nie umiałam, śpiewałam bardzo cicho. Trwa to, jest mi niewygodnie, repertuar mi się skończył, zamilkłam więc. Słyszę stanowczy szept księdza: »Dalej!«, więc coś powtarzam, a ksiądz: »To nie to!«. Zaczęłam śpiewać automatycznie. Jakie wyrazy przychodziły mi do głowy, to je wyśpiewywałam. Sensu to nie miało, ale jak przerywałam, to Janek powtarzał półprzytomnie: »Dalej«. Potem wystarczało mu samo mruczando, sam szept. Wstałam, gdy ktoś przyszedł. Spojrzałam na twarz księdza. Tego ranka była zmieniona. Patrzyłam przerażona, uklękłam. Z trudem podniósł rękę i pobłogosławił mnie. Wtedy widziałam Janka ostatni raz. Na drugi dzień umarł".

"Wiem, że umieram"

Brat Marian był przy księdzu w nocy z 17 na 18 stycznia. Twierdzi, że pół godziny po północy ksiądz Jan zaczął się modlić. Wymieniał imiona i nazwiska ludzi, których w życiu poznał. Każdego z osobna. W końcu powtarzał już tylko: "Jezu, ufam Tobie". Bez przerwy, setki razy. Mówił też: "Wiem, że umieram".

Brat Marian: "Punktualnie o czwartej nad ranem udało mi się zawiadomić lekarza, że ksiądz umiera. Przez te kilka godzin nie byłem w stanie sięgnąć do dzwonka, żeby powiadomić lekarza, ponieważ ksiądz Jan tak mocno mnie objął. Wziął mnie w ramiona, tak się bał, żebym go nie zostawił".

Akcja ratunkowa trwała pół godziny. Ksiądz się ocknął. "Zadzwoń do Oleńki" - poprosił brata.

Brat Marian wspomina: "Wyszedłem na korytarz i skorzystałem z telefonu, który tam był. Zadzwoniłem też od razu do Lasek, do sióstr, z prośbą o modlitwę".

Wrócił do pokoju. Była czwarta trzydzieści. Ksiądz poprosił o łyk wody i powiedział: "Weź teraz zeszyt, zapisuj wszystko, co będę mówił. Będziesz jedynym depozytariuszem tego, co powiem. A potem już całość spróbuję przepisać własną ręką, żeby był dowód, że to moje, że to ja pisałem".

O piątej trzydzieści rano ksiądz poprosił, żeby brat Marian zadzwonił po Barbarę Wyszkowską, zaprzyjaźnioną bizneswoman. Wkrótce przyszła. Reporterce "Polityki" powiedziała rok po śmierci księdza: "Mówił: »Wiesz, umieram. Piszę teraz wiersz dla Jezusa, tylko strasznie się męczę«".

Ksiądz dyktował swój ostatni wiersz do dziewiątej trzydzieści rano. Przepisał go na kartkę niewyraźnym, osuwającym się w dół pismem.

"Jezu, ufam Tobie. Zamiast śmierci

racz z uśmiechem

przyjąć Panie

pod Twe stopy

życie moje

jak różaniec".

Brat Marian dopisał na kartce: "Warszawa 18.01.2006, wersja ostatnia 9.30". I słowa księdza: "Tak, to mój najlepszy wiersz, bo w tym jest dowcip. Ten wiersz to taki Karpiński na łożu śmierci. Żebym tylko spokojnie umarł".

Brat Marian mówi, że ksiądz w trakcie dyktowania zmieniał wersje wiersza. W jednej brzmiał: "pod Twe stopy / życie moje / jak powstanie".

Barbara Wyszkowska: "Pytał: »Czy ty widzisz ten mój dowcip? Poznajesz, że to mój wiersz?« Jakby się czegoś bał".

Pokój sto sześć

W środę 18 stycznia od rana padał śnieg. Był lekki mróz, ale synoptycy zapowiadali, że kilka dni później temperatura spadnie poniżej dwudziestu stopni.

"Gazeta Wyborcza" donosiła, że przyłapano polskich studentów handlujących notatkami. Cena od 20 do 150 złotych. W Kielcach trwały obchody IX Dnia Judaizmu w Polsce. Liga Polskich Rodzin domagała się, żeby do średniej na świadectwie wliczano ocenę z religii. W Teatrze Ateneum w Warszawie wystawiano Pokojówki Jeana Geneta. Dolar według kursu NBP kosztował 3,15 złotego, euro - 3,80.

W pokoju sto sześć oddziału kardiologii szpitala przy ulicy Banacha w Warszawie panował spokój. Ludzie dopiero się schodzili.

Aleksandra Iwanowska przyjechała w południe. Zajęła stanowisko przy łóżku księdza, z boku. Otworzyła notes, wyjęła długopis. Ksiądz prosił o picie, zanotowała godzinę i słowo "pić". Mówił, że chce jeść, wpisała słowo "jeść". Drugą ręką trzymała dłoń poety.

W nogach łóżka siedział brat Marian.

Ksiądz Twardowski miał ochotę na kotlet. Ktoś pobiegł szukać. Ksiądz Aleksander Seniuk, pomocnik księdza Jana u Wizytek, potem jego następca, rozpoczął modlitwy przy sakramencie chorych. Ktoś wrócił z tym kotletem. Ksiądz Seniuk spytał: "Kotlet czy dalej się modlimy?". Jan Twardowski roześmiał się z żartu. Przyłożyli mu mięso do ust: "Ble". Zapytali: "To co, modlić się?". Przytaknął.

Bliska znajoma: "Jakaś siła mnie pchnęła, poszłam do szpitala. Spotkałam na korytarzu księdza Seniuka. »Jak to dobrze, że pani przyszła, bo on umiera«".

Krótko po godzinie piętnastej, w godzinę miłosierdzia, rozpoczęła się msza święta, którą celebrował ksiądz Aleksander Seniuk. Ołtarzem było ciało Jana Twardowskiego. Poeta, ubrany w stułę, powtarzał słowa modlitwy. Przyjął komunię. To był jego wiatyk.

W pokoju zaczynało się robić duszno, ale nikt nie chciał wyjść. Doszło do utarczek.

Krystyna Gucewicz pamięta, że wokół łóżka księdza stało w pewnym momencie już kilkanaście osób. Zapamiętała: Annę Hozakowską, Aleksandrę Iwanowską, brata Mariana, dwóch braci bonifratrów, jedną z krewnych księdza, Barbarę Stefańską, Barbarę Wyszkowską, księdza Aleksandra Seniuka i jakichś przypadkowych pacjentów, którzy zajrzeli do sali.

Ksiądz odchodził długo, ludzi zaczynały boleć nogi. W ruch poszły krzesła i ławeczki z korytarza. Widownia usiadła w kilku rzędach.

Krystyna Gucewicz widziała to tak: "Potworne misterium śmierci. Siedzieli i czekali na jego zgon, ciekawi, jak to będzie wyglądało. Nie mogłam na to patrzeć, wyszłam na korytarz".

Niedługo potem Aleksandra Iwanowska zapisała ostatnie słowa księdza.

18 stycznia 2006 roku, o godzinie 19.24 zmarł Jan Twardowski. Kardiolog odłączył aparaturę o 19.45.

Mówi osoba obecna przy śmierci poety: "Przez moment wszyscy w sali poczuliśmy się bliscy sobie. Niektórym przypomniały się słowa księdza, że śmierć to tylko przystanek, po którym trzeba iść dalej".

Następnego dnia wszystko wróciło do normy.

Co powiedział na końcu?

Ostatnie słowa księdza Jana Twardowskiego. Według różnych źródeł:

"Jezu, ufam Tobie".

"Odchodzę czysty".

"Ojcze nasz, któryś jest w niebie".

"Jestem gotowy, jestem czysty na ciele i duszy. Ja nigdy nie miałem kontaktu z kobietą". (Tu źródło czuje się w obowiązku udzielić komentarza: "Słowa o kobiecie wynikały z formacji tego pokolenia księży. Lękał się, że jego fascynacja kobietą może być źle zrozumiana. Zgorszenie innych było czymś, czego bardzo się bał. Czuwał nad tym do końca").

 

Sekretarka, edytorka, spadkobierczyni

Aleksandra Iwanowska pojawiła się w życiu Jana Twardowskiego tak samo jak inne wnuczki.

Reporterce miesięcznika "Sukces" opowiadała w 2007 roku, że w księgarni dominikanów w Gdańsku kupiła tomik poezji księdza Nie przyszedłem pana nawracać. Wiersze ją bardzo poruszyły. Chciała podarować te książki swoim bliskim, postanowiła jednak, że wpierw zdobędzie dedykację autora.

Miała trzydzieści cztery lata, mieszkała z mamą w Sopocie, dwieście metrów od morza. W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych chorowała na serce, dużo czasu spędziła w szpitalach. Ukończyła filologię rosyjską na Uniwersytecie Gdańskim, do niedawna pracowała w bibliotece Polskiej Akademii Nauk, teraz była doktorantką w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego. Często bywała w Warszawie, nocowała wtedy u krewnych.

Z tomikami wierszy poszła do kościoła Wizytek po autografy poety. Wiedziała, kiedy ksiądz odprawia mszę świętą. Niestety nie zastała go. Złamał nogę na wyboistej ścieżce wiodącej z kapelanii do kościoła. Leżał w domu, nie przyjmował nikogo obcego. Włożyła więc książki do koszyka, w którym siostry zanosiły poecie obiad. Dołączyła kartkę z prośbą o podpis i swój sopocki adres.

Zapamiętała, że był październikowy piątek 1987 roku. Książki z autografami odebrała w niedzielę. Trzy dni później do Sopotu przyszła pocztówka od poety, w której pisał, że jest jej wdzięczny za to, że czyta jego wiersze.

Pamięć płata figle, zaciera kontury. Ksiądz Jan Twardowski złamał nogę pół roku później.

"Wnuczka" Marylka zanotowała w dzienniku: "3.03.1988 r. Dowiedziałam się w kościele, że dziadek wczoraj złamał lewą nogę. Pękła mu w kostce, gdy się przewrócił. 9.03.1988 r. Dziadek leży ze złamaną nogą. Zachodziłam dzisiaj, ale nie zostałam wpuszczona. 10.03.1988 r. Byłam u dziadka. Żartował: »Wypadki chodzą po ludziach, ale ludzie nie chodzą po wypadkach«. Mówił też, że taki był przemęczony, że nie dałby rady, więc może dobrze, że złamał nogę. Stąpa trochę po domu. 18.03.1988 r. (...) Ciągle martwi się o nogę, czy się zrośnie i czy będzie mógł chodzić. 29.03.1988 r. Zadzwonił dziadek. Jest już bez gipsu".

Iwanowska chciała podziękować poecie osobiście za kartkę przysłaną do Sopotu. Wybrała się znów do Wizytek przy okazji podróży do Warszawy.

Reporterka "Sukcesu" opisywała: "Już wyzdrowiał. Po mszy otaczał księdza taki tłum, że trudno było się doń przebić. Ściskała w dłoni wcześniej otrzymaną kartkę jak identyfikator. Jan Twardowski spojrzał przenikliwie. »A ma pani czas dziś po południu?« - spytał. Powiedziała, że ma, choć była umówiona na rodzinny obiad. (...) Była umówiona z księdzem na piętnastą. (...) Idzie od Krakowskiego Przedmieścia przez plac i widzi, że ksiądz Jan Twardowski czeka na nią przed kościołem. »Wyszedłem po panią, żeby się pani nie zgubiła«".

Gdańskiej reporterce "Dziennika Bałtyckiego" Aleksandra Iwanowska w 2007 roku opowiedziała o ich pierwszym spotkaniu: "Mówiliśmy o wierze i życiu, o potrzebie ciekawości świata".

Jak zwykle, ksiądz niewiele mówił o sobie, ale jak najwięcej chciał się dowiedzieć o swoim rozmówcy. Pytał o pracę, życie codzienne, kłopoty. Zwierzyła mu się, że ma wadę serca. Miał powiedzieć: "O! To jak Poświatowska. Ale ona umarła".

Następnego dnia spotkali się przypadkiem na Krakowskim Przedmieściu. Ksiądz uznał to za znak, znów ją zaprosił do siebie.

Nie wiadomo, czy kiedykolwiek Jan Twardowski nazwał Aleksandrę Iwanowską swoją "wnuczką". Ona sama wspominała, że już podczas trzeciego spotkania spytał, czy może nazywać ją Oleńką. Zgodziła się. Ona mówiła do niego Janku.

Odwiedzała go zawsze, gdy przyjeżdżała z Sopotu. Pisali do siebie listy. Adresował je "Aleksandra Oleńka Iwanowska".

Jeszcze w 1988 roku zadedykował jej wiersz Kiedy mówisz: "Nie płacz w liście I nie pisz że los ciebie kopnął / nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia (...) małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia I a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju I i zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz".

Kilka miesięcy po pierwszej wizycie poeta zaproponował Aleksandrze Iwanowskiej opracowanie dla poznańskiego wydawnictwa Księgarnia Świętego Wojciecha antologii swoich wierszy maryjnych.

Wspominała: "Okazało się, że ksiądz napisał kilkadziesiąt wierszy maryjnych. Niektóre były publikowane (czasem ten sam utwór pod różnymi tytułami i w różnych wariantach tekstu), inne jeszcze nie".

W wywiadzie dla "Sukcesu" powiedziała, że ksiądz chciał, żeby wykonała dla niego tę pracę oficjalnie, a jej nazwisko miało się pojawić na karcie tytułowej. Zgodziła się z radością. Tomik poezji maryjnej Tak ludzka ukazał się w 1990 roku. Reporterka "Sukcesu" zanotowała, że Aleksandra Iwanowska, mimo bardzo trudnej sytuacji finansowej, swoje pierwsze honorarium przeznaczyła w całości na cele charytatywne. Nie wymieniła jednak jakie.

Rok później Aleksandra Iwanowska wysłała do Jerzego Turowicza kartkę z pejzażem zimowym Juliana Fałata. Na odwrocie pocztówki przedstawiła się redaktorowi jako sekretarka księdza Twardowskiego. Równym, okrągłym, nieco dziecinnym pismem prosiła o wprowadzenie poprawek w wysłanych wcześniej do "Tygodnika Powszechnego" wierszach. Przepisując dla księdza wiersz Dziwią się, opuściła wyraz w przedostatnim wersie.

W maju 1994 roku, jako adiunkt w Instytucie Filologii Polskiej UG, obroniła doktorat "Michał Abraham Troć (ok. 1703-1769) Edytor - leksykograf - tłumacz" pod kierunkiem profesora Edmunda Kotarskiego z Uniwersytetu Gdańskiego. Otrzymała za nią w konkursie imienia Klemensa Szaniawskiego pierwszą nagrodę za najlepszą pracę doktorską w dziedzinie nauk historycznych.

Przyjaźń z księdzem zacieśniała się. Aleksandra Iwanowska redagowała i przygotowywała do druku kolejne edycje wierszy Jana Twardowskiego, jego homilii, opowiadań dla dzieci. Jeździła z poetą na wieczory autorskie, współorganizowała wystawy. Przedstawiała się jako oficjalna edytorka jego twórczości. Ksiądz coraz bardziej polegał na Oleńce.

Zachwycił się nią poeta Czesław Mirosław Szczepaniak. W 1994 roku w katolickiej gazecie "Słowo" napisał artykuł o Aleksandrze Iwanowskiej.

Cytował ją, gdy opisywała swój dom: "Podnosimy każdy kawałek chleba na ulicy. A w domu z podłogi, jeśli niechcący spadnie, całując na przeproszenie, zaś każdy nowy bochenek przed ukrojeniem piętki przekreślamy znakiem Krzyża. Bułki też!".

Dalej pisał od siebie: "prowadzi bibliografię adnotowaną ks. Jana Twardowskiego. Wszystko zbiera i karmi komputer. (...) Przed laty sekretarzowała księdzu-poecie. Bywała »od kuchni z jego cudownymi pomysłami, lapsusami, humorami (!) i wreszcie papierami« (...). Kiedy zapytałem x. Jana o charakterystykę Oleńki, to powiedział: »Jest bardzo sumienna. Typ naukowca. Pisze prace monograficzne. Jest perfekcjonistą, tzn. bardzo dokładna w podawaniu szczegółów, informacji«. (...)

Pracuje i zmaga się z chorobą. Zdarza się, że patrzy na świat przez łzy i »bardzo, bardzo trudno podnieść mi opuszczone ręce« (...). A jednak... można na przekór losowi ocalić własne marzenia. Umie Oleńka spojrzeć przez palce na ból i cierpienie. (...) W chwilach radości śle kartki, na które nakleja biedronki, i bajecznie kolorowa listy. (...) Podziwiam Oleńkę, że tak serdecznie się zajmuje tym wszystkim, czego dotknęła ręka x. Jana od Biedronki. Zbiera dokumenty, fiszkuje, niepokoi się, żeby czasami złośliwy chochlik nie narozrabiał. Wzrusza człowieka takie potraktowanie wierszy".

Dzień 4 czerwca 1995 roku Aleksandra Iwanowska zapamiętała szczególnie dobrze. Była niedziela Zesłania Ducha Świętego. Mówiła, że ksiądz zadzwonił do Sopotu po południu i powiedział: "Będziesz spadkobierczynią moich praw autorskich".

Gdańska dziennikarka spytała Aleksandrę Iwanowską:

" - Nie pomyślała sobie pani »zasłużyłam«?

- Nigdy tak nie myślałam. Potraktowałam to jako dar, który należy przyjąć, czy się należy czy też nie".

W 2002 roku przejęła formalną, potwierdzoną przy notariuszu opiekę nad księdzem Janem. Odtąd miała pilnować jego finansów i troszczyć się o życie codzienne.

Dwa lata później wyszła za mąż. Poeta bardzo to przeżył, odmówił jedzenia. Przyjaciele musieli go pocieszać. Pytał jednego z nich, jak to jest z miłością ojcowską do córki wychodzącej za mąż.

Ksiądz przekazał jej w testamencie całość praw autorskich. Aleksandra Iwanowska nadal mieszka w Sopocie.

Udzieliła trzech wywiadów na temat swojej przyjaźni z poetą. Nigdy nie opublikowała listów Jana Twardowskiego do siebie.

 

Sława

Był wszędzie. W setkach tysięcy egzemplarzy. Jan Twardowski w okładkach miękkich, Jan Twardowski w okładkach twardych, z biedronką na obwolucie, zdjęciem ptaka, rysunkiem dziewczynki, z tłoczonymi na płótnie złoconymi literami, w wydaniu bibliofilskim i masowym, w kiosku Ruchu, księgarni, na straganie, na zaproszeniach ślubnych i w nekrologach.

Między rokiem 1980 a 1989 wydano zaledwie jedenaście tomików poezji księdza i dwie książki z prozą dla dzieci.

Między rokiem 1990 a 1995 wyszło około dwudziestu zbiorków poezji, nie licząc wznowień, prozy dla dzieci, zbiorów i wyborów myśli, aforyzmów, anegdot i tomów wierszy łączonych z prozą.

Nikt nie jest w stanie zliczyć, ile tak naprawdę wydano książek z wierszami księdza do 2006 roku. Ale wszystko, co zostało po 1989 roku sygnowane nazwiskiem Twardowskiego - sprzedawało się na pniu.

"Poszedł już!?"

Znalazł się w piekle popularności. Jeszcze się z początku bronił. Zakazywał organizować wystawy na swoją cześć, "bo to bardziej obmówią, niż obejrzą", odmawiał wyjazdów na wieczory autorskie. Powoli się jednak poddawał.

Czytelnicy i wierni szturmowali nieustannie.

Tadeusz i Czesław Olszewscy, bracia sąsiedzi, przyjaciele, starali się zapewnić księdzu spokój. Wspominają: "Zakrystię upodobały sobie szczególnie starsze panie, które zamęczały księdza opowiastkami o wnuczkach i kotkach. A on cierpliwie ich słuchał. Ale bez przesady, były tam i poważne rozmowy".

Siostra Nepomucena pamięta jedną panią, która nie dawała księdzu spokoju. Mówi: "Raz mnie ksiądz poprosił: »Siostro, nie mam już do niej siły, nie bardzo się czuję. Może siostra z nią porozmawia?«. Ona była psychiczna, ale ksiądz nigdy nie dał jej tego odczuć, że wie. Zniknął, a ja musiałam z nią godzinę rozmawiać".

Tadeusz Olszewski: "Raz dobija się do drzwi kapelanii młoda dziewczyna. Schodzę na dół, otwieram. Ona mówi, że musi koniecznie teraz się widzieć z księdzem. Ja na to, że ksiądz śpi, musi odpocząć. A ona: »To obudźmy go teraz, a potem sobie znów uśnie. Bo ja napisałam cztery wiersze i ksiądz musi je przeczytać, ocenić i zdecydować, jaką mam dalszą drogę obrać. Studiuję fizykę, właśnie mam okienko«".

Czesław Olszewski: "Takie historie to codziennie. Setki telefonów, nieraz o jedenastej w nocy. Koniecznie muszę poprosić księdza do telefonu, bo to coś bardzo pilnego. No dobrze, budzę go, przychodzi na korytarz gdzie telefon, bierze słuchawkę, a tam jakaś pani: »Proszę księdza, tak się martwię, kotka mi uciekła!«. Po piętnastu minutach ta sama pani, ale ja już księdza nie wołam. »Dobrze, to proszę powiedzieć księdzu, żeby się nie martwił. Kotka wróciła«".

Tadeusz Olszewski: "Jak ksiądz trafiał do szpitali, to zawsze staraliśmy się zapewnić mu spokój. Jeden pan, co pisał wiersze, zamęczał księdza, żeby napisał dla niego wstęp do książki. Przyszedł: »Ale ksiądz musi mi to napisać«. Tłumaczę, że ksiądz w szpitalu, na OIOM-ie, i lekarze nie wpuszczają. On na to: »A ja wiem, jak się tam wchodzi. Trzeba włożyć biały fartuch i udawać lekarza«. Ja: »Za bardzo cenimy zdrowie księdza, żeby na coś takiego pozwolić«. To nas wyzwał. Mówię: »Ksiądz jest śmiertelnie chory«. On: »Dla mnie moje wiersze to też sprawa życia i śmierci!«".

Wciąż miał gości w mieszkaniu.

Mówi jeden z przyjaciół księdza: "Czasem nie mógł nawet pójść do toalety. Posyłał wtedy gościa do kiosku po ołówki, choć wcale ich nie potrzebował, ale zyskiwał w ten sposób chwilę dla siebie".

Tadeusz Olszewski: "Czasem ksiądz był zmęczony albo zajęty pilną sprawą i prosił, żeby nikogo nie wpuszczać. Ktoś pukał, schodziłem, mówiłem, że księdza nie ma. Jeszcze gość nie wyszedł, a ksiądz dekonspirował się wołaniem z góry: »Poszedł już?! Nie gniewa się?«".

Krystyna Gucewicz, poetka, przyjaciółka księdza, mówi: "Przychodziło mnóstwo ludzi, całe wycieczki. Basia Stefańska, emerytowana śpiewaczka operowa, opiekunka księdza pod koniec jego życia, dobry człowiek, ale naiwny, wpuszczała wszystkich. Dzieci ze szkół w całym kraju, nawiedzonych turystów, cwaniaków, którzy chcieli wykorzystać nazwisko księdza do swoich celów. Podsuwali mu jakieś papiery do podpisania, nie czytał, tylko z uśmiechem »rozdawał autografy«. Byłam świadkiem takich scen, sama wyprosiłam młodych ludzi, którzy podsunęli księdzu manifest zielonoświątkowców. Prosili »tylko« o podpis potwierdzający patronat księdza Twardowskiego".

Bywało, że goście zabierali sobie coś na pamiątkę z wypełnionego przedmiotami pokoju poety bez jego zgody. Ginęły anioły.

Aldona Kraus opisała to we wspomnieniach: "- Niedawno jednego anioła ukradła mi znajoma pani i do tego na moich oczach - ksiądz zamyślił się. (...) - Jak to ukradła? - pytałam zdumiona. - (...) Tego dnia po rozmowie długo oglądała wszystkie moje stojące i wiszące skarby. Nagłe jednego anioła schowała do torby. Widząc, co robi, oniemiałem. Patrzyłem na nią jak sroka w gnat. Milczałem. »- Co się tak ksiądz patrzy ?« - ofuknęła mnie. - »Po co Twardowskiemu tyle aniołów? Żałuje mi ksiądz czy co?« Dalej milczałem, zdumiony jeszcze bardziej. »- A jednak ksiądz mi żałuje« - powiedziała z przyganą w głosie. - »Czy ten anioł ze złota?« »- Nie ze złota, ale to pamiątka" - nareszcie odzyskałem głos".

W roku 2000 ktoś ukradł księdzu ludową rzeźbę drewnianej baby z kogutem w objęciach, która zwykle stała na parapecie. Po roku zgłosiła się do księdza znajoma, przyznała, że skradła rzeźbę, i oddała inną, podobną. Jan Twardowski udzielił jej rozgrzeszenia.

Uprzejmy, grzeczny, delikatny, nie potrafił powiedzieć, że często się nudzi z obcymi sobie ludźmi, którzy przyszli go odwiedzić. Lubił wizyty dzieci, choć przyznawał, że są bardzo męczące. Rysowały mu na białych kaflach pieca biedronki, kwiaty, zwierzęta. Z czasem autografy na piecu zaczęli zostawiać także dorośli.

Aldona Kraus wspomina: "Lubił, żeby rozmowa była jędrna. Nie lubił pustych rozmów, takich o pogodzie. Żadnych długich uwielbień. Jak chciał, żeby goście sobie poszli, czasem niczym aktor zapadał w drzemkę. Bywało, że naprawdę zasypiał. Ale nieraz była to drzemka na życzenie".

Otoczony tłumem był samotny.

 

Dyktafony

Męczyli go dziennikarze. Byli inni niż ci, którzy rozmawiali z nim w latach osiemdziesiątych. Tamci próbowali analizować poezję Twardowskiego, szukali w niej głębi. Tych bardziej interesowało to, co ksiądz jada na obiad.

Wywiady były nużące. Reporterzy zadawali te same pytania o życie, śmierć, miłość, biedronki, zwierzęta. Rzadko zdarzały się interesujące rozmowy.

Nie chciało im się nawet sprawdzić, kiedy dokładnie urodził się poeta. Nieliczni pisali, że w 1915, ale większość, że w 1916. Później różne gazety, w różnych latach, obchodziły hucznie okrągłe rocznice urodzin księdza. Nie prostował tego.

Czasem odmawiał wywiadu. Bywało więc, że reporterzy przychodzili jako zwykli odwiedzający z dyktafonami w ukryciu. Aldona Kraus pamięta dziennikarkę, która po spotkaniu z poetą wyjęła trzy dyktafony.

Media go wykorzystywały do swoich celów. Tomasz Sławiński, zanotował w dzienniku: "21 kwietnia 1993 rok. Rano u księdza. Jest załamany, bo umieszczono jego podpis wśród popierających Marka Edelmana. Jest to jakiś wewnętrzny spór, w który wplątano księdza. Jakaś pani zapytała księdza, co sądzi o Edelmanie, ksiądz powiedział, że wszystko dobrze, a baba wykorzystała to w »Gazecie Wyborczej«. Ksiądz się strasznie tym gryzł. Jego nazwisko umieszczono obok Turowicza, Balcerowicza i innych".

Sławiński mówi: "Ksiądz bardzo nie lubił, jak się go wciągało do różnych rozgrywek. Na jakieś listy. W pewnych sprawach uważał, że nie może występować, bo jest księdzem i to by rzucało cień na Kościół".

Spotkania autorskie przypominały próby bicia rekordu Guinnessa. W której sali domu kultury zmieści się więcej ludzi? Gazety informowały, że do trzystuosobowej sali biblioteki w miasteczku X wcisnęło się osiemset osób. A w miasteczku Y dużo ludzi odeszło z kwitkiem, ale sprytni siadali na parapetach otwartych okien.

Spotkania z poetą, przewidziane na dwie godziny, ciągnęły się do północy. Przez kilka godzin podpisywał książki. Monotonnie maleńkimi literkami wpisywał "wdzięcznym sercem", "pamiętam w modlitwach". Krystyna Gucewicz zamówiła dla niego pieczątkę z podpisem, żeby ułatwić rozdawanie autografów. Niestety pieczątka szybko zaginęła.

Helena Zaworska: "Poszliśmy kiedyś z księdzem Janem na targi książki w Pałacu Kultury. Miał tam podpisywać jakąś swoją książkę. Wychodzimy z windy, a tam na korytarzu kończy się gigantycznie długa kolejka. »A do czego ta kolejka?« - spytałam. »A do księdza Twardowskiego« - padła odpowiedź. Chwyciłam go za rękę: »Janku, proszę, nie przerażaj się, jakoś to będzie«".

Towarzystwo Miłośników Księdza

W latach dziewięćdziesiątych zaczął się dla księdza czas nagród, plebiscytów czytelników, honorów, uroczystości ku czci, uświetniania swoją obecnością imprez. Trudno to wszystko zliczyć. Otrzymywał nagrody literackie w Polsce i za granicą, został Kawalerem Orderu Uśmiechu, przyznano mu nagrodę wydawców katolickich "Feniks", nagrodę od stowarzyszeń ekumenicznych, order dla osoby szczególnie zasłużonej dla Polski, medal Senatu RP, tytuł Honorowego Maturzysty 2000 od liceum imienia Czackiego, bywał honorowym obywatelem polskich miast.

W 1999 roku został uczczony doktoratem honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

W 2003 roku mianowano go Prałatem Honorowym Jego Świątobliwości.

Waldemar Smaszcz żartuje, że bywał często zastępczym księdzem: "On nie znosił takich imprez. Potrafiłem mieć telefon o dwudziestej trzeciej: »Słuchaj, trzeba pojechać jutro do Wrocławia. Obiecałem tam być, ale nie mogę«. Oponowałem, że przecież jestem w Białymstoku, że nie zdążę, nie pojadę. Mówił: »Nic się nie martw. Przyjedź pociągiem do Warszawy, a tu już będzie na ciebie czekał samochód«. I jako ten wiceksiądz przejechałem całą Polskę. Od Grudziądza, gdzie w 1996 roku odbierałem Nagrodę imienia Księdza Janusza Pasierba, przyznawaną przez miejscowy Klub Inteligencji Katolickiej - siedziałem w fotelu, a sam biskup mi się kłaniał - po Wrocław, gdzie była sesja poświęcona twórczości księdza Twardowskiego. Ksiądz na sesjach w ogóle nie bywał. »A jak usnę?« - pytał. Raz dostał zaproszenie do galerii Porczyńskich na wieczór zorganizowany ku czci zmarłego ambasadora Szwecji, pod tytułem »Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą«. Krzysztof Kolberger miał czytać wiersze, wśród gości zaproszony był prymas Glemp. »Idzie ksiądz?« - spytałem. Powiedział: »No co ty. Prymas będzie, to gdzie ja. A ty byś na moim miejscu poszedł?«. Ja: »Poszedłbym«. Ucieszył się: »A to idź, a potem mi wszystko opowiesz«".

Nie wiadomo, jak poeta zareagował na powstanie w 1998 roku Towarzystwa Miłośników Poezji Księdza Jana Twardowskiego. Na pewno nie był zachwycony. Pomysłodawcą towarzystwa był dawny uczeń poety ksiądz Waldemar Wojdecki, autor modlitewników. "Z zebranych przeze mnie informacji wynika, że publikacje księdza Jana Twardowskiego osiągnęły łączny nakład około miliona egzemplarzy" - pisał ksiądz Wojdecki. Zapowiedział gromadzenie twórczości i spuścizny po Janie Twardowskim w jednym miejscu, budowę Domu Pracy Twórczej towarzystwa i prosił na łamach swojej książki o dotacje na ten cel.

Jan Twardowski jeszcze na własnym pogrzebie został uhonorowany Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Wyróżnienie odebrała Aniela Truszkowska, siostrzenica księdza.

 

Wydawcy

"Powiadamiam, że ukazał się na rynku tom moich wierszy pt. 99 wierszy (wydawnictwo nie ujawniło swojej nazwy i adresu). Tom ten ukazał się bez mojej zgody, bez podpisania umowy. Dołączone posłowie zupełnie wypacza sens moich wypowiedzi. Jan Twardowski" - "Polityka" 1994, nr 14.

Wydawcy brali wiersze księdza jak swoje. Taki dobry człowiek, na pewno nie odmówi. Jedni drukowali go bez pozwolenia, inni starali się je zdobyć. Nie było to trudne. Szczególnie później, gdy już nie miał sił na jałowe rozmowy. Podsuwali mu jakieś kwity, podpisywał, byle już poszli. Obiecywali, że zapłacą. Uczciwe wydawnictwa płaciły tantiemy. Inni płacili tylko trochę albo wcale. Ci z resztkami sumienia tłumaczyli, że kiedyś oddadzą pieniądze z honorarium autorskiego, ale właśnie mają przejściowe kłopoty. Bywali tacy, którzy mówili poecie, że jego wiersze przyniosły im milionowe straty.

Jerzy Illg ze Znaku: "Wisieli na nim wszyscy, od archidiecezji po różne wydawnictwa. Wydaje mi się, że jemu prawie nikt nie płacił, ale za rękę nikogo nie złapałem. Pewnie się rozgrzeszano, że to boży człowiek i na pieniądzach mu nie zależy. Widać było po tej jego pocerowanej sutannie i ubogim gospodarstwie, że żyje bardzo skromnie.

Denerwowało mnie, że my wydajemy nowy tom księdza, a w innym wydawnictwie natychmiast wychodzi kolejna edycja wierszy zebranych, gdzie są już wiersze z naszego tomu. Ale księdza trudno było traktować jako partnera kontraktów wydawniczych. Bo co zrobić? Próbować go »dyscyplinować« ? Mieć pretensje? Nie bardzo to sobie wyobrażałem. Trzeba było uznać, że sprzeda się nam i tamtym.

Ale kiedyś, naprawdę już wkurzony na nieuczciwych wydawców, postanowiłem zaproponować księdzu, że Wydawnictwo Znak będzie reprezentować jego interesy, jako agent. Nasz dział praw mógłby w jego imieniu podpisywać wszystkie umowy i to by oznaczało ściąganie należności. Nikt nie mógłby sobie z nim pogrywać. Ale on się tego bał. Wiedział, że będzie musiał wtedy odmawiać ludziom, powołując się na to pismo, które mu przywiozłem. Bał się, że będą u niego siedzieć, błagać o zgodę na druk, bo inaczej zbankrutują, bo nie będą mieli na leczenie swoich chorych dzieci".

Waldemar Smaszcz pamięta propozycję Znaku. Mówi: "»Gazeta Wyborcza« też miała podobny pomysł. Ale on odmówił, bo nie traktował wierszy jako samej poezji. Dla niego to był rodzaj działalności duszpasterskiej. Mawiał, że wiersze nie przeszkadzają mu w posługiwaniu. Mówił tak: »Słuchaj, a jakbym tylko w Znaku drukował, to ja tylko do pewnych ludzi dotrę. A tak, to mnie w Rzeszowie drukują i tam czytają«. I dlatego pieniędzy nie chciał. A nawet jak je dostawał, od razu rozdawał. Powtarzał: »Zobacz, jak to jest, na moich wierszach tylko ty i ja nie zrobiliśmy majątku«. On świetnie zdawał sobie z tego sprawę, że go wykorzystują".

Jerzy Illg wspomina: "Księdza zagarniała też Aleksandra Iwanowska. Tak niepostrzeżenie, małymi kroczkami. Najpierw przepisywała jego teksty na komputerze, a potem to już tylko u niej były ostateczne wersje wierszy, tylko ona mogła być redaktorem jego książek, tylko jej fotografie mogły być wykorzystywane w tomikach.

To nie takie trudne być redaktorką księdza Twardowskiego. Przepisać wierszyki i je uporządkować. Współpracowaliśmy przy którymś z jego zbiorów, gdy pani Iwanowska zażądała od nas pięćdziesięciu procent honorarium autorskiego należnego księdzu. To mnie rozjuszyło do czerwoności. Powiedziałem, że u nas redaktorzy mają określone stawki i nie pozwolę, żeby było inaczej, zwłaszcza w wypadku tego autora. Żeby redaktor, który pełni w końcu funkcję usługową, ograbiał go z połowy honorarium - to niedopuszczalne. I na tym się właściwie współpraca naszego wydawnictwa z księdzem Janem zakończyła".

 

Zgoda na świat

Milena Kindziuk, redaktor prowadząca warszawską edycję tygodnika "Niedziela", była studentką filologii polskiej na warszawskim uniwersytecie, gdy postanowiła napisać pracę magisterską o poezji księdza Twardowskiego.

Wspomina: "To był rok 1995. Czytałam dużo wierszy księdza, poszłam powiedzieć, że piszę pracę. Ucieszył się i jak to on, skromnie: »O mnie? Ojej«. A przecież wiedział, że dużo ludzi pisało o nim.

Współpracowałam wtedy z »Tygodnikiem Solidarność«. Wpadłam na pomysł, żeby napisać o księdzu reportaż. Ucieszył się, zaprosił mnie do domu. Wypytywałam o różne rzeczy. Zaskoczył mnie, mówiąc, że spaceruje samotnie w Wigilie po Warszawie. To było takie księżowskie, wpisane w tajemnicę kapłaństwa. Byłam zafascynowana. Potem zaczęłam pracować w dziennikarstwie i zdecydowałam się zrobić wywiad książkowy z księdzem. Najpierw w 1999 roku wyszła w PAX-ie moja książka Jedynie miłość ocaleje. A potem, w wersji rozszerzonej, Zgoda na świat w krakowskim Wydawnictwie M w 2001 roku.

To nie miała być biografia księdza, tylko rozmowa o tym, jak widzi świat. Każde nasze spotkanie było na określony temat. Nie mówiłam mu wcześniej, o czym będziemy rozmawiać. Był świetnym rozmówcą, łatwo poruszał się po literaturze, od razu chwytał. Czy się otwierał? W tym sensie, że chętnie mówił o problemach, ale rzadko odnosił coś do siebie, mówił ogólnie.

Przy drugiej książce był już słabowity. Zaczynaliśmy rozmawiać i czasem już po dwudziestu minutach czuł się zmęczony, mówił »ja już więcej nic nie powiem«. Czasami kilka tygodni musiałam się spotykać dla jednego rozdziału, bo rozmowa trwała pięć minut. A czasem godzinę można było siedzieć, bo był w dobrej formie i poruszaliśmy kilka tematów równocześnie.

Widać było po nim, że już patrzy na drugą stronę. Nic go nie było w stanie zaskoczyć. Akurat była afera w Kościele z biskupem Juliuszem Paetzem. A on mówił: »Pan Bóg jest nad wszystkim. Przeżyjemy«.

Chciałam książki autoryzować. Zaczynałam czytać mu każdy rozdział, ale tylko machał ręką, że wszystko dobrze".

Układ

Po wydaniu Zgody na świat Wydawnictwo M zaproponowało Milenie Kindziuk udział w wydaniu dzieł zebranych księdza. Ksiądz się ucieszył, wyraził zgodę. Sam wymyślił układ: najpierw powinny się ukazać tomy z literaturą dziecięcą, później poezja, na końcu proza.

Milena Kindziuk wspomina: "Pół roku spędziłam w bibliotekach nad samą literaturą dziecięcą. Potem porządkowałam chronologicznie poezję".

W 2002 roku, gdy trzy pierwsze tomy dla dzieci już się ukazały, do Mileny Kindziuk zadzwonił ksiądz Twardowski. Prosił ją o wstrzymanie publikacji. Jednocześnie do Wydawnictwa M przyszło pismo podpisane przez księdza.

"Warszawa 10 kwietnia 2002. Pragnę anulować zgodę na wydawanie utworów zebranych dla dzieci i dla dorosłych, ponieważ - jak się dowiedziałem - narusza ona i prawne, i moralne zobowiązania zarówno moje, jak i mojej wieloletniej edytorki dr Aleksandry Iwanowskiej wobec wydawnictw, które jako pierwsze wydały książki i dla dzieci, i dla dorosłych, wkładając w redakcyjne opracowanie wiele trudów i kosztów. (...) Proszę natychmiast odesłać mi umowę. Ubolewam, że jako wydawcy naruszyliście Państwo prawa innych wydawnictw i wykorzystaliście moją nieświadomość i niewiedzę".

Od tej pory ksiądz w jednym piśmie odwoływał swoją zgodę dla Mileny Kindziuk i w kolejnym przywracał.

"Warszawa 15 kwietnia 2002 rok. (...). Tym samym anuluję pismo wysłane listem poleconym 10 kwietnia 2002 roku".

"Warszawa 11 maja 2002. Do dyrekcji wydawnictwa M. Proszę, żeby p. Milena Kindziuk była redaktorką moich utworów zebranych i autorką tej części, która dotyczy wywiadów ze mną. Proszę również, żeby p. dr Aleksandra Iwanowska, moja wieloletnia edytorka, była autorką opracowania części utworów zebranych zawierających wiersze i prozę".

12 czerwca 2002 roku ksiądz Jan Twardowski przekazał Milenie Kindziuk małą kartkę z tekstem: "We wszystkich wydanych moich utworach jestem obecny jako ich autor. Oświadczam, że jestem jedynym autorem wszystkich wierszy i opowiadań wydanych przed wojną i po wojnie".

Już dwa dni później wysłał do Wydawnictwa M nowe pismo: "Oświadczam, że 29 maja 2002 p. Milena Kindziuk podsunęła mi do podpisu pismo przeczące temu, co oświadczyłem Wam 11 maja. Nie byłem do końca zorientowany w tym, o co w tym piśmie chodzi. Po przemyśleniu wszystkiego, powołując się na treść oświadczenia z dn. 11 maja, proszę żeby p. Milena Kindziuk była redaktorką moich utworów zebranych i autorką tej części, która dotyczy wywiadów ze mną. Proszę również, żeby p. dr Aleksandra Iwanowska, moja wieloletnia edytorka, z którą wspólnie opracowałem wszystkie najważniejsze wydania krytycznoliterackie moich wierszy, która jako jedyna edytorka przygotowuje moją prozę do druku, była autorką opracowania utworów zebranych do tomu 5, zawierających wiersze i prozę. To oświadczenie jest jedynym i obowiązującym oświadczeniem, bez względu na to, co się pojawi z datą późniejszą. Ze względu na swój wiek nie zawsze kontroluję, co podpisuję".

Milena Kindziuk: "Po piśmie księdza, że bywa nieświadomy tego, co pisze, poszłam do niego i powiedziałam, że rezygnuję. Nie zareagował. Nie wiem, na ile był świadomy tego, co mówię, a na ile nie chciał mnie słyszeć".

Dzieła zebrane księdza Twardowskiego dla Wydawnictwa M opracowała ostatecznie Aleksandra Iwanowska.

 

Spotkanie

Spadkobierczyni ma na sobie beżowy sweter w brązowe paski. Krótko ścięte włosy, pozłacane klipsy w uszach (zauważam, że z prawego spełzł okruszek złotej farby). Ciepły, suchy uścisk dłoni na powitanie. Siadamy naprzeciwko siebie w małej sopockiej kawiarni w chłodny jesienny dzień. Aleksandra Iwanowska zdobywa się na cień uśmiechu. Wręcza mi na powitanie świeżo wydany zbiór kazań księdza.

Propozycja spotkania wyszła z mojej strony. Proszę spadkobierczynię Jana Twardowskiego, jedną z najbliższych mu osób, o rozmowę na potrzeby książki. Znów lekki uśmiech. Aleksandra Iwanowska mówi, że nie widzi siebie w tym wszystkim. Jeśli chcę się dowiedzieć o niej czegoś, muszę sięgnąć do miesięcznika "Sukces", gdzie została opisana w 2007 roku.

Pyta, dlaczego myślę, że zdradzi mi historie, które sama mogłaby wykorzystać i opisać w swoich książkach. Schyla się i niezbyt dyskretnie zagląda pod stolik, lustruje moje nogi i torebkę.

- Szuka pani ukrytego dyktafonu? - zgaduję.

Potwierdza. Nagonka, której doznała po śmierci księdza, uodporniła ją na dziennikarzy.

Krępujące milczenie. Próbuję zadawać pytania o poetę, o jego codzienność, ale na każde Aleksandra Iwanowska odpowiada krótko.

- Czy jeździ pani do Wizytek? - pytam.

- A po co? - odpowiada pytaniem.

- Nie wiem, porządkować archiwa.

- To moje sekrety warsztatowe.

To już właściwie koniec naszego spotkania. Zegnamy się. Spadkobierczyni ściska mi dłoń i stwierdza, że nie dam rady napisać tej książki. Przynajmniej ona tak uważa. Mówi, że przecież nic nie mam.

 

Przed odejściem

Lista

W notesie mam już ponad sześćdziesiąt nazwisk. Słucham każdego, kto znał księdza trochę dłużej, niż trwa przelotna rozmowa z poetą w zakrystii u Wizytek. Chcę oddać glos jak największej liczbie ludzi, bo taka ma być ta książka - opowiedziana przez innych.

Ale niektórych, szczególnie bliskich, namawiam miesiącami, a kiedy ma dojść do spotkania, nagle je odwołują bez podania przyczyn. Inni dzwonią dzień po rozmowie i proszą o wykasowanie nagrania, mam zapomnieć o spotkaniu. Czego się boją, dlaczego tak reagują? Nie chcą wytłumaczyć.

Ludzie oddają sprawiedliwość Aleksandrze Iwanowskiej. Uporządkowała twórczość Jana Twardowskiego, ograniczyła wykorzystywanie go przez nieuczciwych wydawców, przepisała do końca taśmy z kazaniami, które przez kilkadziesiąt lat nagrywały siostry wizytki. Ktoś mówi, że nie widział w jej działaniu złej woli, ktoś inny dodaje: "Ksiądz ją wybrał, żeby opiekowała się jego wierszami. Wiele lat odbierałam ją bardzo dobrze. Wiodłyśmy długie rozmowy. Tylko potem mnie zasmuciła". Krewna dodaje: "Ona rzeczywiście rozkręciła jego biznes. Zaczęła wydawać tematycznie, to o żabkach, to o kwiatkach". Ktoś dodaje: "Poświęciła mu swoje życie".

Kiedy jednak pytam o coś więcej, milkną, odwracają głowy, chrząkają. Niewielu zgadza się podać swoje nazwisko. Nie chcą opowiadać o Oleńce.

Ze zdań urwanych w połowie układa się smutny obraz końcówki życia Jana Twardowskiego.

Odwiedzający pamiętają, że kontakty księdza ze światem były powoli ograniczane. Podobno w tamtym czasie powstała lista gości, którzy mogli odwiedzać poetę. Kto nie był na nią wpisany, miał trudności ze wstępem na piętro kapelanii.

Ada Schollenberger: "Próbowałam się raz przebić, ale potraktowano mnie jak intruza. Usłyszałam: »Czy pani nie zdaje sobie sprawy, że ksiądz bardzo źle się czuje i nikogo nie przyjmuje?«. Siedziałam pod modrzewiem i widziałam, że ta sama pani wpuszcza do księdza grupę dzieci z nauczycielem. Wiem, że ksiądz się cieszył z takich spotkań, ale mnie było przykro".

Przyjaciółka księdza przypuszcza: "A może tak było dobrze dla niego? Był już stary, zmęczony, gdyby nie lista, ludzie zadeptaliby go, wykończyli".

Jedna z wizytek wspomina: "Przychodzili znajomi, to nieraz płakali. Raz jeden pan specjalnie przyjechał z zagranicy i też go jedna z opiekunek nie wpuściła. A ja wiedziałam, kiedy pań nie będzie, i wtedy mówiłam: »Nie martwcie się, tylko przyjdźcie o innej godzinie«".

Przyjaciele starali się więc przychodzić, kiedy Aleksandra Iwanowska była w Sopocie, a Anna Hozakowska szła do domu. Wpuszczała ich Barbara Stefańska.

Krystyna Gucewicz: "Zwykłe anonsowałam się wcześniej. Dzwoniłam: »Czy lokal jest czynny?«. A kiedy padało chłodne: »Słucham?«, wiedziałam, że to pani Aleksandra. Była samozwańczym cerberem. Pytałam: »Czy zastałam księdza?«. »Śpi«. »To ja jadę«. Otwierała drzwi: »Mówiłam, że ksiądz śpi«. »To się obudzi, bo ja przyszłam«. I pewnym krokiem wchodziłam na pięterko. Różnie bywało. Tłumaczyłam, że coś przyniosłam. Ona, że to weźmie. A ja, że sama zaniosę. Ale starałam się omijać panią Aleksandrę Iwanowską, miała złe fluidy. Była wobec księdza apodyktyczna, mówiła oschłym tonem: »Janku, wychodzę«. Być może, że bywała miła, kiedy zostawali sami, ale ja tego nie widziałam".

Znajoma A.: "Pukam, otwiera pani Hozakowska. Wchodzę i ona: »A kim pani jest? Natychmiast proszę stąd wyjść!«. Uparłam się, zostałam".

Krzysztof Śliwiński: "Przyszła sława i ksiądz, znany wcześniej niewielkiej liczbie ludzi, stał się znany wielu. I tych bardzo wiele osób, które pojawiły się w jego życiu, wypchnęło dawnych znajomych, których uważałbym za jego naturalne środowisko. Ci nowi nim zawładnęli. A ponieważ ci dawni odznaczali się jednak na ogół powściągliwością, kulturą, to nikt nie chciał się bić z nowymi".

Przyjaciel B.: "Tam nie było łatwo się dostać, ale mojej obecności te panie nie mogły mi zabronić, bo ksiądz sobie jej życzył. On wiedział, że są kłopoty z dotarciem do niego, bardzo to przeżywał, ale nie mógł nic zrobić. Kiedy pani Aleksandra Iwanowska przyjeżdżała z Sopotu, to już nikt nie bywał w kapelanii".

Przyjaciel D.: "Próbowałem rozmawiać z księdzem o Aleksandrze Iwanowskiej. Ale z jego strony było tylko smutne milczenie, czasem tylko wzdychał, że jest już za późno i zabrakło mu stanowczości".

Prosił gości, żeby kupowali mu zeszyty i ołówki, pytał, czy mogliby kupić mu w księgarni jego własne książki, bo ich nie miał. Ludzie wspominają, że w ostatnich latach życia wszystkiego mu brakowało. Podobno nie było go stać nawet na opłacenie rehabilitanta. Aleksandra Iwanowska już po śmierci poety wytłumaczyła reporterce "Sukcesu" przyczynę jego wiecznego braku pieniędzy. Dziennikarka napisała: "Często [ksiądz] zapominał o sobie, a potem, gdy potrzebne były rzeczy czy lekarstwa, okazywało się, że nie ma ich za co kupić. [Aleksandra Iwanowska] Wzięła na siebie niewdzięczną rolę tej, co pilnuje jego spraw. To już wtedy zyskała sobie pierwszych wrogów".

Mówi siostra E.: "Ksiądz mnie upoważnił i ja przejmowałam jego emeryturę. Najpierw normalnie mu dawałam, a jak się pojawiły te panie, to przekazywałam, gdy ich nie było. Gdzieś to chował. A potem jedna z opiekunek powiedziała mi: »Proszę tej emerytury nie dawać księdzu, tylko ja będę odbierać, bo on wszystko rozdaje innym«. A jemu w portmonetkę przy łóżku włożyły te żółte grosze, dwa, pięć, dziesięć, żeby myślał, że ma pieniądze przy sobie. Jak widziałam te grosiki w portmonetce księdza, to było mi strasznie przykro.

Raz mi jeden pan przyniósł sto złotych dla księdza. To ja je miałam i jak kiedyś księdzu brakowało do rachunku, dołożyłam. Ale mnie dopytywały, skąd je wzięłam".

Przyjaciółka R: "Szlag mnie trafiał, bo ksiądz żył tak nędznie, choć tyle książek wydawał".

Anna Hozakowska nie zgodziła się na rozmowę ze mną.

 

Testament

Planował swój pogrzeb ze szczegółami. Miał być pochowany na Powązkach, w swoim grobie. Odwiedzający mieli kłaść na płycie orzechy dla wiewiórek. W nekrologu miano nie pisać, że zmarł poeta. A zamiast kwiatów polecał przesłać pieniądze na warszawskie seminarium. Prosił o stworzenie w jego mieszkaniu izby pamięci. Arcybiskup Józef Życiński miał wygłosić mowę pożegnalną.

Najbardziej poczytny polski poeta końca XX wieku musiał zostawić komuś prawa autorskie do swojej twórczości. Jego książki pod koniec jego życia osiągnęły w sumie nakład ponad dwóch milionów egzemplarzy.

Rozważał pozostawienie spadku rodzinie, ale przeżył niemal wszystkich najbliższych. Myślał o przyszywanych wnuczkach. Wpisywał je do testamentu i wykreślał, kiedy ich przyjaźń się rozluźniała.

Na wykonawcę testamentu wybrał arcybiskupa Zycińskiego.

Arcybiskup wspominał: "To było chyba w połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy pokazał mi którąś z wersji testamentu. Tekst sugerował, by przekazać wszystko pani Aleksandrze Iwanowskiej. Powiedziałem mu: »Zawsze jak kapłan umiera, to pamięta o tych, których spotkał na różnych etapach swojego życia. Więc tu bym zrobił wzmiankę o seminarium, gdzie ksiądz studiował, i coś z tej poezji przekazał dla przyszłych kapłanów. Pamiętałbym także o siostrach wizytkach, które przepisywały i nagrywały wiele homilii«. Ksiądz Jan z wielką atencją słuchał mych uwag i powiedział, że zmieni przygotowany testament".

Pod koniec grudnia 2002 roku księdza odwiedziły dwie notariuszki w towarzystwie Oleńki. Akurat na piętrze kapelanii gościły krewne Jana Twardowskiego.

Jedna z nich w 2007 roku opowiedziała o tym zajściu dziennikarce "Rzeczpospolitej": "Zapytałam: »Czy wiesz, co będziesz podpisywał?«. Zaczął zaprzeczać sam sobie. W końcu panie poprosiły, żebyśmy wyszły. Zapytałam, czy mamy wyjść. I ksiądz kiwnął głową".

Testament: "Ksiądz Prałat Jan Jakub Twardowski oświadczył, że odwołuje wszystkie swoje dotychczasowe testamenty własnoręczne oraz testament sporządzony w dniu 26 listopada 2002 r. z uwagi na dodatkowe i ostateczne swoje przemyślenia (...). Oświadczył, że do całego spadku powołuje dr Aleksandrę Iwanowską (...), majątek spadkowy stanowić będą Jego prawa autorskie".

Z uzyskanych honorariów polecił spadkobierczyni wpłacać dwadzieścia pięć procent na rzecz seminarium w Warszawie i dwadzieścia pięć procent dla sióstr wizytek.

 

Nowe buty księdza Jana

Trumnę kupiono prostą

18 stycznia 2006 roku o godzinie 19.24 zmarł Jan Twardowski. Kardiolog odłączył aparaturę o 19.45.

Użyto wielu słów. Wylano wiele łez. Wykupiono strony nekrologów.

Szybko wydawano tomiki wierszy księdza. Sprzedawało się wszystko.

Zrobiono odlew prawej ręki poety i jego twarzy - w gipsie i brązie.

Ciało do pogrzebu przygotowywali bracia bonifratrzy. W albach, z modlitwą, w przyszpitalnej kostnicy. Jeden z nich zostanie później pielęgniarzem papieża Benedykta XVI.

Zmumifikowano ciało specjalnym preparatem, który utrzyma je niezmienione przez dwadzieścia pięć lat, a potem spowoduje, że ksiądz Twardowski rozsypie się na proszek.

Trumnę kupiono prostą, dębową.

Ksiądz dostał pośmiertnie nowe buty. Jego stare, bardzo brzydkie i wykoślawione, zostały pod łóżkiem poety zgodnie z wierszem: "Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą / zostaną po nich buty i telefon głuchy".

Świątynia

Pogrzeb zaplanowano na piątek, 3 lutego, w Świątyni Opatrzności w Wilanowie. W betonowym, nieukończonym budynku, który tonął w błocie na obrzeżach Warszawy. Tak zadecydował przełożony księdza Jana kardynał Józef Glemp.

Bliska krewna mówi: "Jak to? Miały być Powązki, zieleń, ptaki, orzechy i wiewiórki!".

Wspomina krewny księdza Jana, który prosi o niepodawanie nazwiska: "Zmobilizowaliśmy się w rodzinie, żeby do tego nie dopuścić. Apelowaliśmy o pomoc, do kogo się dało. Łącznie z arcybiskupem Życińskim".

Mówi krewna Jana Twardowskiego, która także chce zachować anonimowość: "Kardynał Glemp nawet nie chciał z nami rozmawiać. Wysłał do nas na korytarz jakiegoś swojego przedstawiciela, biskupa. Tłumaczyliśmy mu, że Jan Twardowski był skromnym człowiekiem, żadnych nagród państwowych nie przyjmował. A na to ten biskup: »Order Uśmiechu przyjął«".

Do kurii przychodziły listy.

"Zwracamy się z prośbą o spełnienie woli zmarłego ukochanego poety ks. Jana Twardowskiego, który pokorny przyjąłby każdą decyzję zwierzchników, ale dla nas jest ważne, aby spoczął w swojej »kawalerce«. Prosimy, aby nie odzierać pamięci o nim, umieszczając grób w miejscu mu obcym. Szczęść Boże Ewa K. z rodziną i przyjaciółmi oraz Piotr Ż.".

"Eminencjo! Księże Prymasie! Z żalem przyjęłam wiadomość o planowanym pochowaniu zmarłego niedawno wielkiego poety i kapłana w krypcie budowanej obecnie świątyni. Jest mi z tego powodu bardzo smutno i pragnę wyrazić mój protest w tej sprawie. (...) Trudno przypuszczać, by ten skromny, nade wszystko miłujący Boga w Jego stworzeniu Kapłan wolał spoczynek w krypcie monumentalnego kościoła niż prosty grób na starym cmentarzu. (...) Dlatego bardzo proszę Waszą Eminencję o odstąpienie od zamiaru pochowania ks. Twardowskiego w najgodniejszej choćby krypcie. Wśród drzew, wiewiórek i ptaków czułby się niewątpliwie lepiej. Szczęść Boże! Agnieszka Ł. K.".

"Uszanować testament. Ks. Czesław D. Austria".

"Myślę, że koniecznie trzeba uspokoić emocje dotyczące miejsca pogrzebu ks. Jana Twardowskiego. Proponuję, by kuria oświadczyła, że podtrzymuje decyzję o tym, że ks. Jan Twardowski będzie pochowany w Świątyni Opatrzności w krypcie dla zasłużonych, z tym jednak, że nastąpi to dopiero po zakończeniu budowy tej świątyni, a obecnie czasowo spocznie w kościele ss. Wizytek, ewentualnie na Powązkach w przygotowanym przez niego grobie. Tomasz M.".

Ksiądz Aleksander Seniuk spytał kardynała Glempa o powód pochówku w Świątyni Opatrzności. Usłyszał: "Ksiądz Twardowski na to zasłużył. Kiedyś ludzie to docenią".

Krystyna Gucewicz mówi, że nie mogła tego zrozumieć. Była zła. Uspokoiła się, gdy ksiądz Seniuk jej powiedział: "Zastanów się, ten, kto chce go spotkać na Powązkach, to spotka, bo on tam sobie tupta". Mówi, że to zdjęło z niej całą złość.

Waldemar Smaszcz uważa, że pochowanie księdza w Świątyni Opatrzności było słuszne: "Jan Twardowski był wiernym i posłusznym synem Kościoła. Dla niego było oczywiste, że co biskup chciał, on musiał zrobić. Wiadomo, że został pochowany w Wilanowie dla konkretnych celów. Jeśli miał się przyczynić do budowy kościoła, to nic piękniejszego nie mogło go spotkać. Sądzę, że by na to przystał. Miał monotonne życie u wizytek, żadnej świątyni nie zbudował, to po śmierci mu się uda".

Zajrzał do kościoła

Trumna ze zwłokami Jana Twardowskiego przyjechała z kościoła Świętej Katarzyny na Służewie rankiem, w czwartek 2 lutego 2006 roku.

Ustawiono ją na środku kościoła Wizytek, niedaleko ołtarza. Ksiądz Aleksander Seniuk położył na wieku tomik Znaków ufności. Od rana przed kościołem płonęły setki zniczy. Powoli napływali żałobnicy. Tysiące ludzi. Ścisk ogromny. Niektórzy płakali. Każdy chciał dotknąć trumny. Poczty sztandarowe ze szkół imienia Jana Twardowskiego torowały sobie drogę pod ołtarz. Jakiś ksiądz kierował ruchem. Wchodzono głównym wejściem, wychodzono przez zakrystię.

W nocy z czwartku na piątek w świątyni czuwali artyści. Z głośników płynęły głosy ptaków, aktorzy czytali wiersze poety. Organizatorką wieczoru była Krystyna Gucewicz. Przyznaje: "Ostatni wiersz księdza miał być przeczytany dopiero podczas uroczystości żałobnych. Ale ja, nie bez wahania, dałam go do przeczytania Krzysztofowi Kolbergerowi".

W piątek, po mszach porannych, trumna ze zwłokami została przeniesiona do bazyliki Świętego Krzyża. Przy niej położono poduszkę z odznaczeniem państwowym od prezydenta. Obok stanęła mała drewniana sikorka z mieszkania księdza Jana.

Byli przedstawiciele władz państwowych, byli hierarchowie, były uroczyste i długie przemówienia.

Krystyna Gucewicz: "Dzień był taki marny, pochmurny. I raptem, pod kątem wpadł promień słońca do kościoła, prosto na ołtarz, oświetlił krzyż. Jakby się Bóg uśmiechnął. Może to naciągane, ale miałam wrażenie, że ksiądz Twardowski zajrzał do nas".

Arcybiskup Józef Życiński wygłosił kazanie i przeczytał ostatni wiersz poety.

Kondukt żałobny wyruszył do Wilanowa przed godziną piętnastą. Wspomina jeden z przyjaciół księdza obecnych na pogrzebie: "Brnęliśmy w błocie, cemencie przez plac budowy. Okropne wrażenie".

Trumna z ciałem Jana Twardowskiego została wstawiona na betonową półkę i zamurowana.

Pluszowe serce

Po śmierci księdza Jana Twardowskiego z jego mieszkania zniknęła większość książek, w tym cenne egzemplarze pierwszych wydań z autografami od zaprzyjaźnionych autorów. Nie ma tam też już żadnych dokumentów, listów, świadectw, dyplomów. Zniknął także największy skarb księdza - jego sztambuch.

Teraz w opróżnionych szufladach mieszkania poety można znaleźć najwyżej szpulki nici, ołówki, czekoladowe biedronki, papierowe zajączki, święte obrazki, zapałki i gipsowego baranka. W szafce, na półce, obok pompki do roweru leży pluszowe, czerwone serce.

 

Spadek

Dobroć, czystość i miłość

Postępowanie spadkowe trwało rok i podzieliło krewnych księdza Jana.

Bohdan Knichowiecki, siostrzeniec z Katowic, nie chce wiele mówić o tamtym czasie: "Próbowaliśmy podważać testament. Były dwie lub trzy rozprawy, ale to było bez sensu".

Na końcu rodzinie zależało już tylko na tym, żeby sztambuch księdza trafił do Muzeum Literatury. Bez szans.

Pismo od prawnika Aleksandry Iwanowskiej dostał w tym czasie arcybiskup Józef Życiński, który wspominał: "Brzmiało ono mniej więcej tak: »Niniejszym stwierdzamy, że ksiądz Twardowski nie miał dzieci«. Chodziło o to, żeby potem ktoś się nie procesował o spadek. Czy można w ten sposób potraktować kogoś, kto wśród księży reprezentował szczególną wrażliwość, i nagle uczynić go przedmiotem rozgrywek o spadek? I rozsyłać do osób, które o to nie proszą i nie są zainteresowane, informacje, że ksiądz nie miał dzieci? Było to dla mnie czymś makabrycznym".

Prawie wszyscy krewni księdza byli przeciwni spadkobierczyni. Po stronie Aleksandry Iwanowskiej stanęły tylko najstarsza siostra księdza Jana Halina i jej córka Aniela, jedna z bliźniaczek, które w czasie powstania ukrywały się z rodziną w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych.

Halina Truszkowska już nie żyje. Zmarła wkrótce po bracie.

W lutym 2007 roku media poinformowały, że zakończyło się postępowanie spadkowe. Testament miał pozostać w takiej postaci, jakiej sobie życzył poeta. Aleksandra Iwanowska powiedziała dziennikarzom, że zdaje sobie sprawę z wielkiej odpowiedzialności wynikającej z tego, że została jej powierzona spuścizna księdza Jana. Podkreśliła, że jego słowa są bardzo potrzebne w świecie, który zaczyna tęsknić za czystością, dobrocią, miłością.

"Damy po łapach każdemu"

Trudno dziś powiedzieć, kto był pierwszy.

Prawdopodobnie zespół dziecięcy Ychtis. Od kilku lat dzieci z uboższych rodzin kilku miast Górnego Śląska śpiewały wiersze Jana Twardowskiego. Był dla nich "dziadkiem", one jego "wnuczętami".

Kilka razy zgadzał się na śpiewanie jego tekstów. Ostatnim razem w 2004 roku: "Wyrażam zgodę i modlę się w intencji". Faksymile kartki z podpisem poety mógł obejrzeć każdy, kto wszedł na stronę internetową zespołu.

Na pogrzebie księdza do przedstawiciela zespołu Ychtis podeszła spadkobierczyni. Powiedziała, że od tej pory muszą mieć jej pozwolenie na śpiewanie piosenek z tekstami Twardowskiego. Poprosiła też o usunięcie z Internetu kopii zgody księdza.

Jak potem tłumaczyła dziennikarzom, w jej odczuciu działalność zespołu już dawno przestała być taka, jaką widział i aprobował ksiądz. Odkryła na przykład, że zespół występuje komercyjnie na imprezach, wystawia rachunki i pobiera opłaty. Jej przedstawiciel, znawca prawa autorskiego mecenas Andrzej Karpowicz, dokonał zakupu kontrolowanego. Chciał zamówić zespół Ychtis do oprawy imprezy, otrzymał od nich ofertę najniższej stawki za występ - tysiąc złotych brutto.

Barbara Pełka, opiekunka zespołu Ychtis, tłumaczyła, że niewielkie pieniądze, jakie zespół dostaje za swoje występy, przeznaczane są na cele statutowe - koszty przejazdów i obiady dla dzieci. A repertuar wykonywany jest zgłaszany do ZAiKS-u.

Jeszcze w maju 2006 roku pani Pełka wystąpiła do sądu z wnioskiem o nabycie spadku po zmarłym poecie, w zakresie objętym pismem z kwietnia 2004 roku. Pismo zostało napisane na komputerze i wydrukowane, ksiądz złożył pod nim tylko podpis.

Barbara Pełka pokazała je dziennikarzom "Gościa Niedzielnego": "Wyrażam zgodę na wykorzystanie nieodpłatnie bez ograniczeń przez p. Barbarę Pełka moich utworów, w tym wierszy, na wszelkich polach eksploatacji. W szczególności moich wierszy do wykorzystania w formie piosenek wykonywanych przez zespoły pod kierunkiem Barbary Pelka".

umaczyła, że nie zamierzała być jedyną spadkobierczynią księdza, tylko mieć możliwość wykonywania twórczości poety. Aleksandra Iwanowska zauważała, że z treści pisma wynika, że pani Pełka chciałaby nabyć prawa autorskie w znacznie szerszym pojęciu, niż życzyłby sobie tego ksiądz.

Warszawski Sąd Rejonowy przyznał rację spadkobierczyni.

W lutym 2007 roku mecenas Andrzej Karpowicz wysłał opiekunom żądanie udokumentowania dokonanych przez zespół wpłat na rachunek ZAiKS-u oraz wstrzymania publicznych wykonań tekstów księdza do czasu wyjaśnienia sprawy.

Marian Pyrek, opiekun Ychtis, dziś nie chce o tym rozmawiać.

Jednak w 2007 roku mówił dziennikarzowi "Gościa Niedzielnego": "Zwróciliśmy się do pana Karpowicza z prośbą, by przekonał swoją mocodawczynię do zaniechania żądań. W odpowiedzi otrzymaliśmy kolejne pismo, w którym pełnomocnik pani Iwanowskiej grozi zawiadomieniem prokuratury o popełnieniu przestępstwa. »Proszę nas też łaskawie nie pouczać, co jest, a co nie wolą Księdza - możemy stracić cierpliwość« - odpowiedział nam mecenas Karpowicz".

Marian Pyrek i Barbara Pełka zwrócili się po pomoc do arcybiskupa Józefa Życińskiego, który został wyznaczony przez księdza Twardowskiego na arbitra sporów wokół jego testamentu.

W kwietniu 2007 roku arcybiskup Życiński powiedział Katolickiej Agencji Informacyjnej: "Pani Iwanowska miała zasługi w edycji wierszy. Przed laty wiele wydawnictw naciągało księdza Jana, drukując jego teksty i informując, że dopłacili do druku, i pani Iwanowska rzeczywiście uporządkowała wiele z tych spraw. Ale kiedy dowiaduję się, że dziecięce zespoły kultywujące pamięć księdza Jana będą musiały za to płacić, i kiedy czytam bezduszne teksty, nadesłane przez prawnika do tych zespołów, jestem głęboko wzburzony. To naruszenie tych zasad, które głosił ksiądz Jan".

Mecenas Andrzej Karpowicz jeszcze w tym samym miesiącu udzielił wypowiedzi gazecie "Dziennik": "Damy po łapach każdemu, kto będzie sięgał po pieniądze księdza Twardowskiego. Do tej pory wszyscy się tuczyli na dorobku księdza Jana, od zespołu Ychtis począwszy, który od dawna wykorzystuje jego teksty i zarabia na nich duże pieniądze, ale do ZAiKS-u za jego życia nie wpłynęła od nich ani jedna złotówka. Teraz, kiedy się skończyła całkowita swoboda, raptem jest wielkie larum".

Zespół Ychtis przestał śpiewać piosenki z tekstami księdza Jana. Przerzucił się na piosenki lwowskie.

Arcybiskup Życiński powiedział mi, że nie zaangażował się wówczas w tę sprawę głębiej, bo nie widział dobrej woli wszystkich stron, które rozumiałyby, że ksiądz Jan nie może być sprywatyzowany.

Bóg nie czyta wierszy

Zaraz po zespole Ychtis przyszła kolej na wydawców.

Jesienią 2004 roku gotowa była antologia poezji polskiej Bóg czyta wiersze, którą Waldemar Smaszcz przygotował z księdzem w domu Aldony Kraus.

Smaszcz wspomina: "Kiedy wydawało się, że jeszcze na Boże Narodzenie książka ukaże się w wydawnictwie Unikat, przyszło pismo od księdza. Groził wydawcy prokuratorem, jeżeli natychmiast nie spłaci wcześniejszych zobowiązań. A wydawca był właśnie w opałach, został podkupiony przez kogoś. I sam ksiądz, chcąc mu pomóc, zezwolił wcześniej na wydawanie swoich wierszy w nowym wydawnictwie, a jak stanie na nogi, wtedy niech zapłaci. Wydawca bardzo się zdenerwował tonem listu, chociaż zapewniałem go, że to musi być jakaś intryga. Zrezygnował z wydania antologii. Wtedy ksiądz przysłał list - tym razem rękopiśmienny - z przeprosinami. Nazywał w nim wydawcę swoim dobroczyńcą. Pisał, że jest stary i nie zawsze wie, co podpisuje. Wydawca powrócił po pewnym czasie do antologii, ale niestety, książka ukazała się w dniu śmierci Jana Twardowskiego".

Dopóki trwało postępowanie spadkowe, wydawcy drukowali wiersze Twardowskiego jak dotychczas. Jednak już w lutym 2007 roku Aleksandra Iwanowska, uprawomocniona spadkobierczyni, zabroniła jakichkolwiek wznowień i publikacji bez swojej zgody.

Krystyna Gucewicz jeszcze za życia księdza Jana zaangażowała się w zbieranie pieniędzy na budowę pomnika Anioła Stróża Narodu Polskiego. Inicjatywa wyszła z Duszpasterstwa Środowisk Twórczych w Warszawie, pomnik miał stanąć na placu Teatralnym. Za zgodą księdza Jana Twardowskiego pisarka wybrała z jego twórczości aforyzmy, maksymy i sentencje. Miały być wydrukowane w książce, dochód z niej zamierzano przeznaczyć na pomnik. 3 stycznia 2006 roku ksiądz Jan napisał: "Błogosławię dzieło budowy pomnika Anioła Stróża Narodu Polskiego - niech ta książeczka, złożona z cytatów z moich tekstów, służy temu szlachetnemu celowi".

Książka ukazała się już po śmierci poety.

Krystyna Gucewicz wspomina: "Natychmiast po śmierci księdza prawnik Aleksandry Iwanowskiej napisał do wydawcy, że domaga się wycofania książki, bo spotka nas kara i tak dalej. To nie był ton pytający, tylko nakazujący. Jakbyśmy byli przestępcami. A myśmy pokazali zgodę księdza. I to uciszyło apetyt spadkobierczyni". Prawa do publikacji twórczości księdza traciły kolejne wydawnictwa, w tym Wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej, które drukowało tomiki poety od lat osiemdziesiątych. Ksiądz Jan Twardowski nigdy nie żądał od nich tantiem. Teraz pracownicy wydawnictwa usłyszeli od spadkobierczyni, że ich popularne tomiki Spacer biedronki i Nie przyszedłem pana nawracać, które były wznawiane po wielekroć, dawno się wyeksploatowały i nie ma się co powtarzać. Później chyba jednak zmieniła zdanie. Odświeżony tom Nie przyszedłem pana nawracać w opracowaniu Aleksandry Iwanowskiej ukazał się w Wydawnictwie Świętego Wojciecha, które jest własnością Archidiecezji Poznańskiej.

Iwanowska ciężko przeżyła szum wokół siebie.

W kwietniu 2007 roku reporterka "Dziennika Bałtyckiego" spytała ją: "W ostatnim czasie (...) pojawiły się inne określenia pani osoby. W wielu artykułach można przeczytać, że jest pani osobą »pazerną«, o »wątpliwej uczciwości«, »braku pokory«, świeci pani »światłem odbitym księdza« i »zawłaszcza jego twórczość«. Zakazuje pani śpiewać dzieciom poezję księdza i nie pozwala pani wznawiać jego książek. Jak się pani czuje wobec tych oskarżeń?". Iwanowska odpowiedziała: "Jak człowiek włączony w tajemnicę Wielkiego Tygodnia - od wjazdu do Jerozolimy i okrzyki »Hosanna«, przez sąd, pierwszą stację drogi krzyżowej, po opluwanie w Wielki Piątek".

Jeszcze w 2006 roku do księgarń trafił pierwszy tom Autobiografii Jana Twardowskiego, rok później ukazała się druga część. Ksiądz Jan ich nie napisał. Książki składają się jedynie z cytatów z wywiadów, których poeta udzielił przez całe życie. W całość połączyła je Aleksandra Iwanowska, tu i ówdzie dodając zdania księdza, które od niego usłyszała. Ze wstępu, który poeta podyktował sam: "Czas ucieka. Jestem coraz starszy i mogę zapomnieć o swoim życiu i o ludziach, których spotkałem. Mogę zapomnieć, kiedy się urodziłem, kiedy skończyłem szkołę, kiedy Oleńkę poznałem".

Marylka nie miała prawa

"Wnuczka" Maria Kędzierska-Skoczylasowa nigdy nie wyrzuciła listów od księdza i zachowała dziennik, który prowadziła w czasach ich przyjaźni. Jesienią 2007 roku ukazały się w książce Otulona dobrocią, 99 listów księdza Jana Twardowskiego do "wnuczki" Maryli i jej zapiski z dziennika, wydanej przez Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego.

Mówi profesor Jadwiga Puzynina z UW dawna promotorka pracy magisterskiej Marylki: "Uznaliśmy to za niezwykle sympatyczny materiał, warty pokazania, bo dotykający bardzo ludzkiej strony osobowości księdza Jana".

Pani profesor pamięta, że przedstawiła pomysł wydania listów księdza spadkobierczyni Jana Twardowskiego już w maju 2006 roku, podczas uroczystej sesji poświęconej zmarłemu poecie.

Mówi: "Ona rzeczywiście wtedy powiedziała, że nie wolno nam tego zrobić, że tym zarządza. Ale ja to zlekceważyłam".

Doktor Ewa Hoffmann-Piotrowska, historyk literatury z Uniwersytetu Warszawskiego, przygotowywała korespondencję z rękopisów do druku. Mówi: "Na pewno niektóre z tych listów prezentują wartość literacką, ale dla mnie jako historyka literatury mają głównie wartość dokumentalną, są ważnym przyczynkiem do biografii poety".

Miesiąc po publikacji mecenas Andrzej Karpowicz wysłał do wydawnictwa pismo, w którym poinformował, że książkę wydano bez zgody spadkobierczyni, co stanowi naruszenie prawa. Zapytał dyrektora WUW co zamierza z tym zrobić.

Kolejne pismo od mecenasa zawierało prawomocne orzeczenie sądu o nabyciu praw autorskich przez Aleksandrę Iwanowską oraz żądanie przelania dziesięciu tysięcy złotych na konto spadkobierczyni. Dodatkowo domagano się wycofania pozycji ze sprzedaży.

Rektor Uniwersytetu Warszawskiego otrzymał pismo od adwokata Karpowicza: "Książka ta, niewątpliwie grafomańska i próbująca stwarzać po śmierci księdza, gdy już nie mógł się bronić - niesmaczne iluzje, szkodzi jego pamięci".

Ewa Hoffmann-Piotrowska: "Nawet jeśli te listy są mniej poetyckie od poezji, prywatne, zdawkowe, krótkie, to napisał je ksiądz Jan Twardowski. Trzeba je ocalić i wydać w jak najpoprawniejszej wersji edytorskiej. W swoim czasie, dbając o dobre imię swego ojca, wiele rzeczy poniszczył, zataił, poprawił własną ręką syn wielkiego poety Władysław Mickiewicz. Nie należy brać z niego przykładu, a zadaniem współczesnych jest ocalić od zapomnienia i zniszczenia wszystko, co zostało po księdzu Twardowskim. Próby jakiejś prywatnej ingerencji w biografię, dzieło poety, są nie na miejscu".

Arcybiskup Józef Życiński 20 stycznia 2008 roku w "Tygodniku Powszechnym" opublikował artykuł Wieszcz sprywatyzowany, w którym zwrócił uwagę na problemy wydawców i spadkobierców z niejasnym prawem autorskim. "Dziesięć tysięcy jako honorarium od 99 krótkich listów daje przelicznik nieco powyżej 100 zł od listu. Jeśli zważyć, że wiele z nich liczy po kilka słów, okazuje się, że jedną z bardziej intratnych form zarobku może być sprywatyzowanie przejawów miłosierdzia u naszych znajomych. (...) Jeśliby ktoś (...) wystąpił z propozycją sprywatyzowania Wisły lub Giewontu, byłoby to rozstrzygnięcie równie uzasadnione jak sugestia, by duszpasterskie zaangażowanie ks. Jana ujmować przede wszystkim w kategoriach literackich i wypłacać honoraria tym, którzy wpadli na pomysł, by określić przelicznik finansowy dla wysłanych przez niego pozdrowień z wakacji". Arcybiskup sugerował wprowadzenie do prawa autorskiego zmian, w których uszanowano by prawa majątkowe spadkobierców, ale nie dopuszczono by do tego, żeby jedna osoba mogła rościć sobie pretensje do wyłącznego decydowania o możliwości korzystania z dorobku literackiego czy naukowego danego twórcy.

Miesiąc później stu polskich naukowców, publicystów, hierarchów Kościoła opublikowało list otwarty z poparciem dla arcybiskupa. Pisali w nim: "Trudno nam sobie wyobrazić, aby pozew wystosowany w imieniu p. Iwanowskiej był zgodny z intencjami księdza Jana. W środowisku wydawców i osób zajmujących się twórczością ks. Twardowskiego nie od dziś wiadomo, że dr Iwanowska blokuje inicjatywy wydawnicze związane z tą twórczością, także podejmowane przez osoby, które ksiądz Jan darzył zaufaniem i wysoko cenił. W stosunku do ludzi kierujących się miłością do jego twórczości był on zawsze po królewsku hojny, wręcz rozrzutny. Rodzą się więc wątpliwości, czy właściwa jest interpretacja będącego w posiadaniu p. Iwanowskiej testamentu, nie tylko w tej jednej zresztą sprawie. W świetle przedstawionych faktów widzimy pilną potrzebę nowych ustaleń i wykładni w polskim prawie autorskim. (...) Byłoby pożądane, aby w wyniku podjętych działań sprawy związane z wydawaniem pism ks. Twardowskiego zostały powierzone godnej zaufania komisji powołanej przez instytucje naukowe, Episkopat oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego".

Aleksandra Iwanowska poszła na ustępstwo wobec Wydawnictw Uniwersytetu Warszawskiego. Zgodziła się nie wycofywać wydrukowanego już nakładu z księgarń, żądaną stawkę obniżyła do trzech tysięcy złotych.

Do końca 2010 roku zmian w prawie autorskim nie wprowadzono.

Maria Kędzierska-Skoczylasowa odwołała umówione spotkanie ze mną. Powiedziała przez telefon, że nie chce mieć już nic wspólnego z tą sprawą i nie chciałaby się przyczynić do złego spojrzenia na księdza Jana. Marzy tylko o tym, żeby wróciły do niej listy, które pisała do poety. Były długie, może czasem i nudne, ale jej własne.