Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Stuart Gordon

Księga oszustw

1996

 

 

 

BAŃKA Z MÓRZ POŁUDNIOWYCH

Ludzi zawsze wabiła wizja dużych, łatwych pieniędzy. Osiemnastowieczni Europejczycy byli wręcz szaleńczo optymistyczni jeśli chodzi o inwestowanie gotówki. Wraz z ekspansją kolonialną podsycającą marzenia o zamorskich bogactwach nowo powstające firmy biły się o inwestorów gotowych wyłożyć pieniądze na bubbles (bańki) - przedsiębiorstwa, które sprzedawały to, co jeszcze nie istniało i które zazwyczaj upadały, pozostawiając zrozpaczonych akcjonariuszy na lodzie. Najbardziej znaną stała się w Anglii afera South Sea Bubble (bańka z mórz południowych), związana z powszechnymi fantazjami, dotyczącymi kopalni złota w Peru. Wierzono, że ich zasoby są niewyczerpane, i że Hiszpania odstąpi Anglii porty handlowe na wybrzeżu Peru. To złudzenie zrujnowało tysiące osób. Założona w 1711 roku przez Harleya, hrabiego Oksfordu i ministra skarbu królowej Anny firma South Sea Company miała początkowo za zadanie przywrócić społeczne zaufanie. W związku z ogromnym długiem narodowym po wojnie o sukcesję hiszpańską stowarzyszenie kupców Wielkiej Brytanii otrzymało wyłączne prawa handlowe na wschodnim i zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej i prawa własności pod protektoratem Korony wszystkich terenów w zasięgu kilkuset kilometrów od brzegu. Ale tu już zaczęła się fantazja. Stowarzyszenie wkrótce znane było jako South Sea Company, a działalność nie miała nic wspólnego z morzami południowymi. Filip V hiszpański nie zamierzał zezwalać Anglikom na wolny handel w Ameryce Południowej. Jednakże w 1714 roku kapitał firmy został zwiększony do dziesięciu milionów funtów. Kiedy w 1719 roku kompania zaproponowała zapłacenie siedmiu i pół miliona funtów w celu zniwelowania długu narodowego, cały plan zaczynał się już walić. Hiszpania zgodziła się na zaledwie jeden statek handlowy rocznie i zażądała jednej czwartej zysków dla króla Filipa. Oświadczenie Harleya, że pierwszego roku dodatkowe dwa statki zostaną dopuszczone do handlu było taką samą fantazją, jak opublikowana lista portów otwartych dla brytyjskiej floty. Pierwszy statek nie wypłynął aż do 1717 roku, a w 1718 roku handel skończył się w wyniku zerwania stosunków z Hiszpanią. Ale entuzjazm społeczny podtrzymywany był przez rządowe poparcie dla kompanii i finansowe manipulacje naciągaczy, którzy zapewniali, że w sierpniu 1720 roku wartość każdej akcji zakupionej za sto funtów wzrośnie do tysiąca.

Głównym oszustem był prezes firmy Sir John Blunt, który w swoich poczynaniach wzorował się na wątpliwym przykładzie Planu Missisipi, wprowadzonego w życie w 1719 roku przez edynburskiego finansistę Johna Lawa. Law uciekł do Paryża po zabiciu w pojedynku swojego przeciwnika i w 1715 roku nakłonił regenta Filipa Orleańskiego, żeby pozwolił mu założyć prywatny bank akcyjny z prawem emisji banknotów. Tak zrodził się Plan Missisipi, dzięki któremu kompania Johna Lawa (mająca prowadzić handel z Luizjaną) nabyła prawa do wszystkich terenów w dorzeczach Missisipi, Missouri i Ohio. Gdy już zamierzali prowadzić kolonizację i inwestycje na wielką skalę, plan Lawa został zagrożony przez regenta, który przetransferował na akcjonariuszy cały dług króla - miliard pięćset milionów franków. Kompania efektywnie kontrolowała w tym czasie francuską walutę i handel koloniami, a wartość jej akcji gwałtownie rosła. W 1720 roku Law jako generalny kontroler finansów upaństwowił bank. Ale nagle załamało się społeczne zaufanie, a razem z nim upadła fortuna Lawa i tysiąca francuskich rodzin. Obarczony winą za błędy regenta Law uciekł z Francji i zmarł w Wenecji, biedny i znienawidzony.

Blunt nie posiadając żadnych materialnych perspektyw, którymi Law kusił Francuzów, rozpoczął w międzyczasie jedną z największych w historii afer. Nawet nazwa South Sea Company była nieprawdziwa, on jednak zaczął manipulować zarówno rządem, jak i społeczeństwem. Kiedy wartość akcji South Sea nie wzrastała tak jak sobie tego życzył, sfabrykował doniesienia, że Gibraltar i port Mahon zostaną wymienione na ośrodki handlowe w Peru gwarantujące lukratywne transakcje. Udało się. Kompania potrzebowała emisji akcji po cenie trzystu funtów za każde zaoferowane sto. Anglię opanował szał spekulacji. Każdy, kto miał jakieś pieniądze do zainwestowania, rzucił się do kupna akcji czegoś, co już nazywano South Sea Bubble. Każdego dnia powstawały nowe firmy, każda mająca związek z South Sea. Prawie setka takich spółek poszukiwała kapitału, często pod najbardziej absurdalnymi pretekstami. Osły miały być importowane z Hiszpanii, konie ubezpieczane, srebro wydobywane z morza, słód suszony przez gorące powietrze. Jakiś nieznany spryciarz otrzymał jednego popołudnia tysiąc opłat w wysokości dwu gwinei każda "za przeprowadzanie niezwykle korzystnego przedsięwzięcia, ale nikt nie wiedział jakiego". Tego samego dnia zwinął interes i wyjechał z kraju. Jednakże wciąż powstawały nowe "buble", pomimo szyderstw trzeźwo myślącej części społeczeństwa. Drukarnie produkowały karykatury, gazety wyśmiewały "buble" takie, jak Puckle's Machine Company, która oferowała zrewolucjonizowanie działań wojennych poprzez produkcję kwadratowych kul armatnich i karabinowych. Bzdura ta znalazła się pośród wielu wyśmiewanych na talii kart do gry zatytułowanej "South Sea" i została tak opisana: "Niesamowity wynalazek do niszczenia tłumu głupców w kraju, zamiast za granicą. Nie bójcie się, moi drodzy, tej machiny. Ona rani tylko tych, którzy mają jej akcje".

Szaleństwo nie mogło trwać długo. Przez cały maj ceny akcji wzrastały, skacząc w ciągu czterech dni od 28 maja do 2 czerwca z pięciuset pięćdziesięciu funtów do ośmiuset dziewięćdziesięciu. Wiele osób zorientowawszy się, że ceny nie mogą dalej rosnąć, sprzedało. Inni, jak poeta John Gay, wierząc, że bajeczne zyski wciąż się będą powiększać, wkrótce zostali zrujnowani. 3 czerwca cena akcji spadła do sześciuset czterdziestu funtów. Agenci kompanii dostali polecenie kupowania udziałów i w ten sposób zapobiegli spadkowi zaufania. W sierpniu cena wzrosła do tysiąca procent. Nadmuchana bańka w każdej chwili mogła pęknąć. Było już wiadomo, że Blunt i inni sprzedali swoje udziały. Zaczął narastać niepokój. Ponownie cena spadła i tym razem nic nie mogło przywrócić jej poprzedniego poziomu. Do końca września nastąpił wielki krach.

Zapanowała panika. Khight, skarbnik South Sea Company musiał uciekać z Anglii, żeby uniknąć aresztowania. Minister skarbu został zamknięty w londyńskiej Tower. Skonfiskowano majątek Blunta. Dla wielu tysięcy zrujnowanych ludzi kiepskim pocieszeniem było, że on i inni kanciarze również zostali bez grosza.

"Jestem zmęczony polityką i zagubiony w morzu południowym", pisał Matthew Prior na rok przed śmiercią. "Łoskot jego fal i szaleństwo ludzi są prawie porównywalne."

 

 

 

CARABOO (XIX w.)

W kwietniu 1817 roku w miejscowości Almondsbury w hrabstwie Gloucester, nie opodal portu Bristol, pojawiła się ubogo odziana, przerażona kobieta. Mówiła niezrozumiałym językiem i wydawała się zagubiona. Miejscowy sędzia, Samuel Worrall, zaproponował jej schronienie. Jadła tylko to, co sama przyrządziła, spała na podłodze i ciągle odprawiała dziwaczny taniec na jednej nodze. Jedynym słowem, które powtarzała, było "Caraboo! Caraboo!". Kiedy na migi zapytano ją, czy to jej imię, potwierdziła. Tajemnica czekała na wyjaśnienie aż do czasu, kiedy kilka tygodni później w wiosce pojawił się młody mężczyzna. Podawał się za Martina Eynesso z Portugalii i twierdził, że rozumie język, jakim mówiła kobieta. Został jej tłumaczem. Okazało się, iż rzeczywiście miała na imię Caraboo. Pochodziła z wyspy leżącej w pobliżu Sumatry. Malajscy piraci pojmali ją sprzedali jako niewolnicę. Kupił ją kapitan statku płynącego do Anglii wokół Przylądka Dobrej Nadziei. W Bristolu udało jej się wyskoczyć za burtę i jakoś popłynąć do brzegu. W ten właśnie sposób zagubiona i zdezorientowana trafiła do Almondsbury.

Caraboo stała się chwilową sensacją w miasteczku, wkrótce jednak rozpoznała ją niejaka pani Neale z Bristolu, która twierdziła, że Caraboo to Mary Willcocks (albo Baker), córka szewca z Devon. Mając piętnaście lat dziewczyna uciekła z domu surowego ojca i od tamtego czasu imała się różnych prac. W 1813 roku zatrzymała się w domu publicznym, który (jak zapewniała) pomyliła z klasztorem. Tam właśnie spotkała mężczyznę, który wiele podróżował po Dalekim Wschodzie. Jego opowiadania wykorzystała do swoich celów. Wymyśliła sposób na wydostanie się z nędzy. Przekonała Eynesso, aby został jej wspólnikiem.

Kiedy pani Neal wyjawiła tożsamość dziewczyny, Mary przyznała się do oszustwa. Groziło jej więzienie, ale ludzie ulitowali się nad nią i zebrali nawet pieniądze na jej wyjazd do Ameryki, gdzie miała rozpocząć nowe życie. Siedem lat później powróciła do Bristolu, tym razem jako księżniczka Caraboo, którą można było obejrzeć za jednego szylinga.

 

 

 

Carlos CASTANEDA (1925-)

Nie przypuszczał nawet, że jego szalbierstwo zupełnie niechcący stanie się jednym z najbardziej dochodowych oszustw literackich XX wieku. Sprzedano ponad cztery miliony egzemplarzy książek, które ciągle jeszcze są wznawiane. Autorowi, uważanemu obecnie za enigmatyczną postać kultu New Age, przyznano doktorat na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles (UCLA - University of California at Los Angeles).

Urodził się w peruwiańskim mieście Cajamarca w 1925 roku. Był synem właściciela nieźle prosperującego sklepu z biżuterią. Carlos Cesar Aranha Castaneda znany był z opowiadania nieprawdopodobnych historii. W 1951 roku zostawił żonę i dziecko w Limie i przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Uczył się w Los Angeles City College, a w 1959 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Kalifornijskim (UCLA). Wydział antropologii w 1962 roku sfinansował jego praktyki terenowe. Castaneda specjalizował się w badaniu roślin zawierających bądź produkujących substancje psychotropowe. Po kilku latach przedstawił on na uniwersytecie swą pracę magisterską, którą w 1968 roku opublikował pod tytułem The Teochings of Don Juan: A Yaqui Way of Knowledge (Nauki Don Juana: wiedza plemienia Yaqui). Praca ta, podobnie jak i następne, była szczegółowym opisem zwyczajów Indian Yaqui, i doświadczeń, jakie autor przeprowadził w zakresie religii, magii i środków halucynogennych pod kuratelą Don Juana Matusa, wiekowego szamana.

Utrzymywał, że urodził się w 1935 roku w Brazylii i jest siostrzeńcem Oswaldo Aranhy, przewodniczącego Zgromadzenia Ogólnego ONZ oraz brazylijskiego ambasadora w Stanach Zjednoczonych. Twierdził również, iż ukończył Hollywood High School, studiował sztukę we Włoszech, a latem 1960 roku wybrał się w podróż po pustyniach Sonory, stanu w północno-zachodnim Meksyku, aby zebrać informacje o ziołach, jakie stosowali Indianie Yaqui. Tam spotkał Don Juana, który po jakimś czasie wyznał mu, iż jest brujo (szamanem), którym kieruje diablero, zły czarownik przybierający różne postaci. Przyjmując Carlosa na swego ucznia, Don Juan przedstawił go innemu czarownikowi, Don Genaro Floresowi. Ci dwaj starcy nauczyli Castanedę, jak "zatrzymać świat" i dostrzec inną, niezwykłą rzeczywistość. Było to możliwe dzięki środkom psychotropowym, takim jak pejotl czy grzybki Psilocybe mexicana.

Niezwykłe przygody w świecie magii nie miały końca. Carlos pisał książkę za książką. Za trzecią Castaneda otrzymał stopień doktora. Stał się sławny. Miliony fanów na całym świecie kupowały kolejne, coraz bardziej nieprawdopodobne historie, kiedy tylko się ukazały. Jednocześnie zaczęły się pojawiać pierwsze wątpliwości. Okazało się, że nikt prócz Castanedy nigdy nie spotkał "Don Juana", "Don Genaro", czy jakiegokolwiek innego podejrzanego osobnika, których imiona wspomniane zostały w opowieściach. Nie było żadnych nagrań, fotografii, ani innych dowodów mogących potwierdzić prawdziwość relacji Carlosa. W przeciągu dziewięciu lat rzekomych badań Castaneda nie dowiedział się niczego o roślinach i zwierzętach występujących w badanym przez niego regionie. Nie znał również ich indiańskich nazw. Mówił o sobie jako o leniwym i mało zdolnym uczniu maga równie potężnego, jak legendarny Merlin. Twierdził, że z niezwykłą szybkością, niemal słowo w słowo spisywał monologi Don Juana w języku hiszpańskim; wspinał się na niedostępne zdawałoby się drzewa i oswajał najdziksze zwierzęta. Całymi godzinami wędrował w pustynnym skwarze i mókł na pustyni podczas ciepłych zimowych deszczy, które naprawdę są lodowato zimne. Słowem, nie miał najmniejszego pojęcia o kulturze i zwyczajach Yaqui. W rzeczywistości większość badań "przeprowadził" w uniwersyteckiej bibliotece.

Podobnie jak w przypadku tych, którzy dziesięć lat później drżeli, słysząc opowiadania o cudach tybetańskich, takie drobnostki nie miały żadnego znaczenia dla fanów Castanedy. Znakomicie odrobił swą magiczną pracę domową. Posiadał niezwykłą zdolność tworzenia mitów, które liczyły się bardziej niż naukowa prawda. Poza tym w zależności od czasów i mody potrafił się zmieniać. Kiedy popularne były środki halucynogenne, Don Juan właśnie takich używał, aby umożliwić swemu niezdarnemu uczniowi wycieczki w świat duchów. W późniejszych książkach (kiedy na całym świecie zaczęto potępiać branie środków odurzających), Don Juan wyjaśnił, że nie są one więcej potrzebne. Carlosowi - wiecznemu uczniowi wystarczała teraz jedynie magiczna wola.

Prawdziwą zagadką pozostaje to, w jaki sposób Castaneda zdołał okpić swych egzaminatorów, którzy nawet po dłuższym czasie nie zorientowali się, że są naciągani. Tajemniczy Castaneda przez cały czas przecież ostrzegał, że nie należy wierzyć we wszystko, co mówi.

W Castaneda's Journey (1976) i w The Don Juan Papers (1980) badacz literatury Richard De Mille ujawnił fakt, że profesor Goldschmidt z UCLA, uznany antropolog i członek komisji wydawniczej University of Califomia Press, która opublikowała pierwszą książkę Castanedy, dopilnował, aby Carlosa od początku traktowano z należytą powagą. To właśnie entuzjastyczna przedmowa Goldschmidta do The Teachings of Don Juan sprawiła, że wybitny krytyk z "American Anthropologist" napisał: "Książka ta powinna zająć ważną pozycję wśród literatury dotyczącej środków halucynogennych oraz postępowania antropologów prowadzących badania. W 1978 roku, po udowodnieniu oszustwa, Goldschmidt w imieniu swoim i swych kolegów stwierdził: "Nie mamy żadnych informacji, które mogłyby potwierdzić stawiane zarzuty... Nie zamierzam powiedzieć mea culpa".

Jak do tego wszystkiego doszło? De Mille przypuszcza, że grupa dysydentów z UCLA doprowadziła do publikacji pierwszej pracy Castanedy. Miał to być żart wymierzony w przeciwników, kiedy jednak książka stała się bestsellerem, nie mogli ani wyprzeć się, ani przyznać do oszustwa, gdyż jedno i drugie oznaczało ich klęskę. Chcąc wyjść ze sprawy obronną ręką, musieli przyznać Carlosowi doktorat. Castaneda natomiast kontynuował swą niezwykłą podróż, produkując coraz to nowe rozdziały sagi, która niezależnie od tego, czy zawiera historie prawdziwe, czy też nie, jest bardzo pomysłowa i barwna. Wciąż jeszcze trafia do milionów osób, które pragną wierzyć w wyimaginowany, baśniowy świat cudów, jaki przedstawia Castaneda. Mamy więc do czynienia z kolejnym przypadkiem oszustwa, które przerosło swego mistrza i wymknęło się spod jego kontroli.

Castaneda bynajmniej nie narzeka z tego powodu.

 

 

 

Charles D'EON DE BEAUMONT (1728-1810)

Charles Genevieve Louis Andre Timothee de Beaumont, szpieg, którego niemal wszyscy uważali za kobietę, zanim został francuskim agentem, ukończył prawo. Pomimo kłopotów z ciemnym zarostem potrafił zrobić doskonały użytek ze swego zniewieściałego wyglądu. Na dworze rosyjskiej cesarzowej Elżbiety pojawił się w 1755 roku jako pani Lia de Beaumont, w towarzystwie Mackenziego Douglasa, Szkota podającego się za wuja Lii. Douglas wkrótce został aresztowany jako szpieg francuski mający powiązania z jakobitami, ale na dziwnie cnotliwą i uroczą Lię nie padł nawet cień podejrzenia. Otoczony przez szarmanckich kawalerów oraz malarzy, którzy pragnęli sportretować "ją" jako Afrodytę albo "uwiecznić jej bladoróżową cerę", Charles znajdował się w doskonałym położeniu. Z łatwością wydobywał informacje od swych adoratorów, a po powrocie do Francji Ludwik XV przyznał mu roczną pensję w wysokości trzech tysięcy liwrów.

Po odbyciu służby w armii francuskiej de Beaumont powrócił do Londynu, rzekomo jako sekretarz ambasadora Francji. W rzeczywistości jego zadaniem było szpiegostwo. Udało mu się przechwycić dokumenty ministerstwa spraw zagranicznych oraz zdobyć plany rozmieszczenia baz wojskowych, które miały umożliwić opracowanie dróg przyszłej francuskiej inwazji na Anglię. W 1762 roku jego dobra passa skończyła się wraz z objęciem urzędu przez nowego ambasadora, hrabiego Guerchy, który odmówił mu dostępu do tajnych akt. Został odwołany z powrotem do Francji i obraźliwie nazwany królewskim sługą "w kobiecych strojach". Podejrzewając, że Guerchy próbował go otruć, de Beaumont zaczął współpracować z Anglikami, przypuszczalnie proponując im swe usługi podwójnego agenta. Guerchy postarał się jednak o ekstradycję szpiega, na którą Jerzy III wyraził zgodę, tym samym pozbawiając de Beaumonta statusu dyplomatycznego. Oficerowie gwardii królewskiej wdarli się do jego zabarykadowanego domu, ale zastali tam jedynie kuzyna d'Eona i dwie kobiety siedzące przy kominku. Kawaler znowu uciekł się do fortelu z przebraniem.

Wojna z Guerchym zakończyła się dopiero wtedy, kiedy ambasadora odwołano do Paryża. D'Eon pozostał w Londynie. Spory toczono nie o to, czy był lojalny, w dyskusjach poruszano znacznie bardziej interesujący temat, dotyczący jego płci. Plotki głosiły, że naprawdę był kobietą. Powoływano się na to, że nie tylko nie miał żony, ale unikał wszelkich przygód z kobietami. Pojawiły się pogłoski, że po urodzeniu oddano go w opiekę Dziewicy Maryi; że wśród nadanych mu imion znajdowało się również żeńskie imię Genevieve; a także, że należał do słynnego klubu Sir Francisa Dashwooda, który zwano "Hell-Fire" (Piekło-Ogień). Często zakładano się o to, kim był naprawdę. De Beaumont świetnie radził sobie w pojedynkach i krążyły słuchy, że niejednego zmieszał z błotem, więc niewielu śmiało zapytać go o to wprost. Chociaż w maju 1771 roku pod przysięgą zeznał, że jest mężczyzną, sąd, w skład którego weszły arystokratyczne damy, zbadał sprawę "niezwykle wnikliwie" i orzekł, iż jego płeć jest "wątpliwa". W 1777 roku, w procesie właśnie o zakłady dotyczące jego płci, trzech wiarygodnych świadków (wśród nich dwóch lekarzy) przysięgło, że de Beaumont bez żadnych wątpliwości jest kobietą. Tymczasem sekretarz doradcy króla, De Brooglie (bezskutecznie próbujący ściągnąć D'Eona, a tym samym znajdujące się w jego posiadaniu tajne dokumenty i informacje do Francji), zapewniał króla Ludwika: "Pan D'Eon jest kobietą i tylko kobietą, z właściwymi dla tej płci przymiotami".

Ważniejsze ze względów politycznych okazało się to, że zadłużony de Beaumont oddał tajne dokumenty jako gwarancję zwrotu pożyczki. Podwojono wysiłki mające na celu zwabienie bądź uprowadzenie go z powrotem do Francji, żeby wydobyć jego tajemnice. De Brooglie, jak mówiono, wynajął nawet kominiarza, który miał się ukryć w kominie domu D'Eona i wydawać dziwne dźwięki, udając ducha. D'Eon po prostu wsunął szpadę w kominek i kazał kominiarzowi wyznać, kto go nasłał.

W końcu jednak powrócił do Francji - jako kobieta. Różnie to tłumaczono. Jedni mówili, że zgodnie z zawartą umową mógł wrócić pod warunkiem, iż przez resztę życia pozostanie w tym przebraniu. Inni z kolei utrzymywali, że była to jego (bądź też jej) samodzielna decyzja. Ta druga wersja brzmi bardziej prawdopodobnie, gdyż po wybuchu rewolucji francuskiej de Beaumont udał się do Anglii również jako kobieta - którą pozostał do końca życia. Zmarł w ubóstwie w 1810 roku i dopiero wtedy rozwiązano zagadkę (czy aby na pewno?). Śledztwo koronera dowiodło, że był on: "bez cienia wątpliwości płci męskiej". W każdym razie w St. Pancras w 1810 roku pochowano mężczyznę.

 

 

 

UFO z GULF BREEZE

Dziwne zdarzenie, którego konsekwencje były jeszcze bardziej zaskakujące, miało miejsce w małym miasteczku Gulf Breeze na Florydzie, 11 listopada 1987 roku. Ed Walters, przedsiębiorca budowlany, zgłosił, że późnym wieczorem widział UFO nad swoim podmiejskim domem. Miał pod ręką polaroida i zaczął robić zdjęcia, gdy z UFO wystrzelił błękitny promień, który go sparaliżował i uniósł w powietrze. "Nie skrzywdzimy cię", powiedział mu tuż nad głową metalicznie brzmiący, komputerowy głos i Ed został opuszczony na ziemię. Następnie UFO zniknęło. W czasie późniejszych spotkań Walters rozmawiał z istotami podobnymi do ludzi, wzrostu około metra trzydziestu. Jego fotografie UFO zostały uznane za "bez wątpienia autentyczne" przez doktora Bruce'a Maccabee z waszyngtońskiej fundacji zajmującej się badaniami UFO. Naukowiec stwierdził: "Ed nie mógł sfabrykować takich zdjęć".

Opowieść Waltersa doprowadziła do podpisania kontraktu na książkę. Ed otrzymał sześciocyfrową zaliczkę, planowano również nakręcenie miniserialu dla telewizji... ale wówczas okrzyknięto całą sprawę OSZUSTWEM! Młody Tommy Smith opowiedział, jak Ed prosił go kiedyś o pomoc w spreparowaniu zdjęcia UFO. W dawnym domu Waltersa znaleziono model spodka UFO. Możliwe, że Tommy był podstawiony, a model podrzucony, ale szkoda została już wyrządzona. Doktor Maccabee przyznał, że Ed dał mu dziesięć procent swojej zaliczki za napisanie ostatniego rozdziału książki. Podczas programu telewizyjnego Oprah Winfrey Show skonfrontowano go z Phillipem Klassem, który zawodowo zajmował się demaskowaniem mistyfikacji związanych z UFO. Walters przyznał się, że odsiedział w więzieniu trzy lata za fałszerstwo. Tak więc upadła sprawa książki i miniserialu. Wielu ufologów zwątpiło w autentyczność zeznań Eda.

Prawdziwie zagadkowe wydarzenie miało jednak dopiero nastąpić. 9 czerwca 1990 roku, na trzy tygodnie przed inwazją Iraku na Kuwejt, sześciu ekspertów wywiadu amerykańskiego, speców od łączności, monitorujących fale eteru i posługujących się bardzo skomplikowanymi kodami, opuściło swoje posterunki w Augsburgu w Niemczech i zniknęło. Pięć dni później w Gulf Breeze policjant zatrzymał furgonetkę, ponieważ miała uszkodzone tylne światło. Sprawdził dokumenty. Kierowcą okazał się jeden z zaginionych żołnierzy. Meldunek popłynął w górę, a lokalnej policji nakazano zatrzymać mężczyznę, ale go nie przesłuchiwać. Dalszą czwórkę dezerterów znaleziono w domu Ann Foster, miejscowego medium. Szósta zaginiona, Annette F. Eccleston, biwakowała samotnie na plaży. W czasie przesłuchań prowadzonych przez wywiad wojskowy w Fort Benning w stanie Georgia, cała szóstka mówiła o zbliżającym się Armageddonie. Przybyli do Gulf Breeze, aby spotkać się z pozaziemskimi statkami kosmicznymi, zwiastującymi drugie nadejście Chrystusa, a także by zabić Antychrysta - Eda? Kenneth Benson, który sprawiał wrażenie przedstawiciela całej szóstki, powiedział wcześniej Stanowi Johnsonowi, dziennikarzowi (obaj pochodzili z jednego miasta), że niebawem na Bliskim Wschodzie wybuchnie wojna. Skąd mógł o tym wiedzieć? Inny żołnierz, Vance Davies, otrzymywał wiadomości drogą telepatyczną. Całą szóstkę przewieziono do Fort Knox. Wkrótce i nieoczekiwanie zostali wypuszczeni na wolność. Prawdopodobnie przyczyną zwolnienia był rozgłos w mediach, a może armia uznała, że żołnierze zbyt wiele czasu spędzili przy terminalach komputerowych i poprzepalały się im uzwojenia w mózgach.

Zagadka pozostaje jednak nadal nie wyjaśniona. Aby uzyskać informacje o planowanej przez Husajna inwazji, nie potrzebowali żadnej specjalnej łączności telepatycznej z przybyszami z innych planet, zwłaszcza że wszyscy byli wojskowymi analitykami telekomunikacyjnymi. W jaki jednak sposób przedostali się przez granicę? Jak opuścili Niemcy? Kto był pomysłodawcą tej zmowy i co miała na celu? Czy wszyscy zdecydowali się na dezercję, opierając się wyłącznie na przekazach telepatycznych?

Znany badacz zagadek UFO, Jacques Vallee, sugeruje, że rzeczywiście musieli odbierać wiadomości na tych samych częstotliwościach, którymi posługiwali się w armii. Jednak częstotliwości są kodowane i praktycznie niedostępne. Czyżby ich pasma zostały spenetrowane przez jakąś grupę, pragnącą wykorzystać i ośmieszyć naiwnych ufologów lub z niejasnych powodów wywołać ogólną panikę? Jednak kto chciałby robić coś takiego? Musiałby posiadać specjalistyczną wiedzę, dojścia do elit politycznych oraz dostęp do sieci kodowanych kanałów. Po co wysyłać szóstkę żołnierzy w pogoń za fantomem, a następnie gwarantować współpracę władz niższych szczebli? Dlaczego prawie natychmiast ich uwolniono? W końcu byli przecież dezerterami. A może jednak nie?

Później, w wywiadzie przeprowadzonym w Gulf Breeze dla telewizji, cała szóstka twierdziła, że przyjechali odwiedzić przyjaciela. Oto powód ich jednomyślnej dezercji, zniknięcia z Augsburga i przybycia na Florydę.

Pomińmy wypowiedzi dotyczące Antychrysta. Można jednak mieć wrażenie, że Pentagon zajmuje się ostatnio jakimiś dziwnymi zabawami. Czyżby i tym razem do sprawy wmieszał się kosmiczny dowcipniś? A może jedno i drugie?

 

 

 

David LANG

Dwie książki opisujące dziwne wydarzenia, opublikowane w latach pięćdziesiątych, potwierdzają nagłe zniknięcie w dniu 23 września 1880 roku Davida Langa, farmera ze stanu Tennessee. Lang wyszedł z domu i szedł przez pole. Żona i dzieci obserwowały, jak niespodziewanie zniknął. Jadący dwukółką drogą prowadzącą wzdłuż pola sędzia August Peck i jego przyjaciel, widzieli, że tuż przed zniknięciem pomachał im ręką. Mimo dokładnych poszukiwań, nigdy więcej go nie ujrzano, chociaż pewnego kwietniowego wieczoru w 1881 roku, jakieś siedem miesięcy później, w miejscu, gdzie zniknął, jego dzieci zauważyły krąg wydeptanej żółtej trawy (mający około pięciu metrów średnicy). Jedenastoletnia Sara zawołała ojca i ku swojemu zaskoczeniu usłyszała jego krzyki o pomoc, które rozlegały się przez pewien czas, aż głos powoli zamilkł i nigdy więcej go nie słyszano...

Ta nie potwierdzona wersja została opublikowana w "Stranger than Science" przez Franka Edwardsa (1959 r.), w rok po ukazaniu się innego opisu tego wydarzenia. Autor, Harold T. Wilkins, nie wymieniając nazwiska sędziego, podaje, że przyjacielem Pecka był szwagier Langa. Pisze, że wydarzenie miało miejsce w sierpniu 1881 roku, a nie w kwietniu, trawa w kręgu była "wysoka i bujna", a nie "wydeptana i żółta". Miejsce to omijały zwierzęta i owady. Dzieci pobiegły powiedzieć "oszołomionej" matce, że słyszały głos ojca. Przez kilka dni niewidzialny mąż odpowiadał też na wołanie żony, aż w końcu głos zamilkł. Wilkins twierdził, iż streścił opis wydarzenia w oparciu o relacje kilku współczesnych gazet, jednak nie wymienił żadnej z nich.

Badając tę historię w 1976 roku, Robert Forrest z "Fortean" odwiedził archiwa stanu Tennessee i skontaktował się z Herschelem Paynem z publicznej biblioteki w Nashville. Jak się okazało, Payne również sprawdzał tę historię i doszedł do wniosku, że została sfabrykowana w latach osiemdziesiątych XIX wieku przez wędrownego sprzedawcę Joe Mulhattena - mistrza w konkursach, w których mężczyźni współzawodniczyli o tytuł "największego kłamcy". Historia o Davidzie Langu była największą blagą Joe'go. Nie znaleziono dowodów na istnienie rodziny Langów czy sędziego Pecka, nie odkryto zdjęć farmy ani żadnych notatek dziennikarskich. Wydaje się, że Wilkins i Edwards opisali jako prawdziwą historię, która siedemdziesiąt lat wcześniej zwyciężyła w konkursie blagierów. Potwierdzili tylko powiedzenie: "Historia jest kłamstwem, na które wszyscy się godzą", a dzięki dziwnym zbiegom okoliczności zdarza się, że bajki traktowane są poważnie.

 

 

 

SYNDROM FAŁSZYWEJ PAMIĘCI

Terminu "syndrom fałszywej pamięci" (False Memory Syndrom - FMS) zaczęto używać w następstwie wielu przypadków, w których oskarżani o wykorzystywanie seksualne dzieci albo o dokonywanie obrzędów satanistycznych, mogli być poczytani za ofiary fantazji, które sami uznawali za rzeczywistość. Takie fałszywe wspomnienia są zazwyczaj wywoływane u dzieci, bądź też osób posądzanych o ich wykorzystywanie, przez nadgorliwych terapeutów albo adwokatów. Według tych ostatnich wspomnienia przykrych wydarzeń, przez lata tłumione w podświadomości, można wywołać dzięki hipnozie oraz odpowiednio zadawanym pytaniom. Jednakże wiele eksperymentów psychologicznych dowodzi, jak łatwo można wpoić ludziom takie fałszywe wspomnienia. Często wystarczy po prostu wystarczająco długo przekonywać, że jakieś wydarzenie miało miejsce, a pacjent tylko o nim zapomniał. W takich przypadkach mamy do czynienia z nieświadomym oszustwem. A oto przykład.

Pod koniec lat osiemdziesiątych w Olympii w stanie Waszyngton, dwudziestodwuletnia Ericka Ingram załamała się podczas kościelnego spotkania kobiet, kiedy jedna z uczestniczek opowiedziała o swoim przeczuciu, które zesłał na nią "Duch Święty". Podpowiedział, iż znajdują się wśród nich osoby wykorzystywane seksualnie przez jedno z rodziców. Dziewczyna nauczyła się już żyć z myślą, że ojciec, zastępca miejscowego szeryfa, Paul Ingram, molestował ją, kiedy była dzieckiem. Jej osiemnastoletnia siostra Julie dodała swój opis satanistycznych rytuałów, w których brała udział jej rodzina oraz przyjaciele ojca. Sprawą zainteresowali się prawnicy i terapeuci. Matka Ericki i Julie z początku nie chciała nic powiedzieć, jednakże po dłuższych namowach do opowieści córek dorzuciła swoją listę gwałtów i aktów sodomii. Brat dziewcząt, Chad, zaprzeczał, jakoby był kiedykolwiek wykorzystywany, ale i on przyznał później, że w dzieciństwie nękały go dziwne sny. Pojawiała się w nich gruba, czarno odziana czarownica, która siadała na chłopcu tak, że nie mógł się ruszać. Po dalszych zachętach Chad zgodził się, że inne sny mogły być odzwierciedleniem jakiegoś mglistego wspomnienia. Ojciec przyznał się do wszystkich stawianych mu zarzutów. Sceptyczny psycholog wymyślił fałszywe zarzuty, aby sprawdzić pamięć Ingrama - Paul nie tylko przyznał się do wszystkiego, ale jeszcze zaczął szerzej opisywać wymyślone zdarzenia. Sprawę umorzono, wcześniej jednak Ingram przyznał się do sześciu gwałtów. Skazano go na dwadzieścia lat więzienia. W 2002 roku będzie miał szansę na zwolnienie warunkowe.

W 1993 roku Robert Kelly z Karoliny Północnej został uznany za winnego w stu osiemdziesięciu trzech przypadkach satanistycznych aktów pedofilii, których dopuścił się w prowadzonym przez siebie centrum opieki. Otrzymał dwanaście wyroków skazujących go na dożywotnie więzienie, chociaż trzech sędziów stwierdziło, iż nie dają wiary opowieściom o dzieciach wsadzanych do mikrofalówek albo wrzucanych do basenów z żarłocznymi rekinami. Również zarzuty przedstawione przez dzieci, z którymi przez wiele miesięcy pracowali rodzice oraz terapeuci, były podstawą do wydania wyroku skazującego w rozprawie pracownika tej samej instytucji. Pięć innych osób (w tym również żona Kelly'ego, Betsy) oczekiwało na rozprawy. Ludzie odwiedzający ośrodek nigdy nie zauważyli nic niezwykłego. Pani Kelly zauważyła, że autorkami większości zarzutów były niepracujące matki. Wysunęła hipotezę, iż przyczyną mogła być ich zawiść w stosunku do kobiet aktywnych zawodowo.

W Nowej Zelandii w kwietniu 1993 roku trzydziestopięcioletni Peter Ellis został oskarżony o molestowanie w latach 1986-1991 ponad pięćdziesięciorga dzieci z kościelnego centrum opieki. Jego koszmar rozpoczął się w listopadzie 1991 roku, kiedy jakiś chłopiec powiedział ojcu, że nie podobał mu się "czarny penis" nauczyciela (Ellis pochodzi z Kaukazu). Zasypane pytaniami dziecko odparło, że "tak mu się powiedziało". Rodzice zdecydowali zwrócić się o poradę do miejscowego "konsultanta", który, jak się później okazało, był współzałożycielem prywatnej organizacji zajmującej się terapią wykorzystywanych seksualnie, działającej pod nazwą START. Miesiąc później Ellis (niezbyt lubiany, a nawet wzbudzający strach wśród dzieci, nad którymi sprawował opiekę) został zawieszony w czynnościach zawodowych. Chłopiec, od którego cała sprawa się zaczęła, trzy razy oficjalnie przesłuchiwany, ani razu nie stwierdził wyraźnie, że był molestowany. Mimo to w marcu 1992 roku Ellis został aresztowany. Przedstawiono mu czterdzieści trzy zarzuty obrazy moralności (najczęściej na podstawie pięciu długich zeznań sześciolatka, którego poddano terapii, jeszcze zanim zaczęła się cała sprawa). Dziecko opowiadało, jak zmuszano je do jedzenia ekskrementów i jak Ellis wrzucał je przez drzwi-pułapkę do labiryntu, gdzie czekali na nie Szpicogłowy i Okrągłogłowy, dwaj przyjaciele nauczyciela. Wspomniało też o dzieciach, które zmuszano do siedzenia nago wewnątrz narysowanego na podłodze koła. Poza nim stali grający na gitarach dorośli w białych przebraniach kowbojów; mieli magiczne noże i wsadzali dzieci do pieca, strasząc, że będą je jeść. Kiedy chłopca zapytano, dlaczego nie wspomniał o tych szczegółach wcześniej, odparł, że dopiero dzisiaj sobie przypomniał. Przewodniczący rozprawie sędzia, uznając za "zupełnie słuszne" zapewnienia strony oskarżającej, że żadne dziecko nie potrafiłoby zmyślić takich opowieści, uznał Ellisa za winnego szesnastu "udowodnionych" zarzutów obrazy moralności oraz stosowania przemocy seksualnej i skazał go na dziesięć lat pozbawienia wolności.

"Nie winię o nic dzieci", powiedziała Debbie Gillespie, jedna z czterech kobiet, które również sądzono, ale uniewinniono. "One nie zdają sobie sprawy, że kłamią. Są emocjonalnie manipulowane przez swoich rodziców. Za każdym razem, kiedy się >>otwierały<<, były w nagrodę przytulane..."

W wielu takich przypadkach, podobnie jak we wspomnieniach z poprzedniego życia albo w opowiadaniach ludzi uprowadzonych rzekomo przez istoty pozaziemskie, nie ma bezpośrednich dowodów, są jedynie poszlaki: relacje niewiarygodnych świadków, wyniki eksperymentów z cofaniem pacjenta w przeszłość w stanie hipnozy. Zbyt często doświadczeniami kierują terapeuci, którzy zadają naprowadzające pytania, aby otrzymać odpowiedzi pasujące do wymyślonych teorii. Niektórzy komentując te wydarzenia, przypominają o szesnasto- i siedemnastowiecznych polowaniach na czarownice, przestrzegając przed powrotem zbiorowego szaleństwa, które w tamtych czasach doprowadziło do słynnych procesów w Salem w 1692 roku oraz niezwykłych wyznań "czarownicy" Isobel Gowdie z Auldearn w Szkocji w 1662 roku. Gowdie twierdziła, że miała stosunki z Diabłem i była opętana wizją czarnego penisa Złego, który "był we mnie tak zimny, jak źródlana woda". Hm.

Ta sfera psychologii jest tak niejasna, że nie sposób uniknąć podświadomie popełnianych oszustw i błędów. Poglądy samego Zygmunta Freuda, zwanego ojcem współczesnej psychoanalizy, są ostatnio coraz częściej atakowane. Sprawdzając sformułowane przez siebie teorie na pacjentkach, Freud zachęcał je, aby opowiedziały o tym, co chciał usłyszeć, po czym przyjmował wypowiedzi za obiektywny dowód potwierdzający jego hipotezy. Jeżeli tak było rzeczywiście, oszukiwał siebie i tych, którzy chcieli zostać oszukani.

Caveat emptor!

 

 

 

TICHBORNE (XIX w.)

W ciemnym pomieszczeniu paryskiego hotelu w styczniu 1867 roku Henriette Felicite, owdowiała lady Tichborne, babka nieletniego właściciela majątku w Hampshire w Anglii będącego w posiadaniu rodziny od XI wieku, rozpaczliwie chciała wierzyć, że stojący przed nią mężczyzna to jej dawno zaginiony syn. Jej życie było nieszczęśliwe, naznaczone tragedią.

Czterdzieści lat wcześniej poślubiła Jamesa, brata dziesiątego baroneta. Mieszkali w Paryżu i mieli czwórkę dzieci - Rogera urodzonego w 1829, potem dwie córki, które żyły krótko, i Alfreda, który zmarł mając dwadzieścia siedem lat. Roger, uczuciowy i uparty, zawsze był ulubionym dzieckiem pani Tichborne. Miała taką obsesję na punkcie syna, że w 1845 roku jej mąż, pod pozorem pogrzebu rodzinnego, w którym musieli wziąć udział, zabrał go do Anglii i posłał do Stonyhurst, słynnej katolickiej szkoły z internatem. Cztery lata później załatwił mu służbę w armii. Wszystko się dobrze układało aż do 1852 roku, kiedy młodzieniec zakochał się w Katherine Doughty, swojej osiemnastoletniej kuzynce w pierwszej linii. Jej ojciec, Sir Edward Doughty, jedenasty baronet Tichborne, nakazał im nie widzieć się przez trzy lata. Jeśli po tym czasie wciąż będą chcieli się pobrać, ojciec dziewczyny poprosi Kościół o dyspensę. Roger zrezygnował ze służby i napisał do Katherine list, który przekazał swojemu przyjacielowi, Vincentowi Gosportowi. Sam zaś popłynął do Ameryki Południowej. Z Rio de Janeiro wyruszył do Nowego Jorku na niewielkim brytyjskim statku handlowym Bella. Statek zaginął na morzu. Jedynym śladem był wyłowiony czterysta mil od brzegu dziennik okrętowy. W 1855 roku oficjalnie ogłoszono śmierć Rogera. Wkrótce dołączyli do niego ojciec i brat. Henriette, która została zupełnie sama, nie chciała uwierzyć, że chłopak nie żyje. Chwytała się wszystkiego. Zamieszczała ogłoszenia w każdej gazecie od Ameryki Południowej do Australii... A teraz wreszcie spotkała mężczyznę, który podawał się za jej Rogera!

Naprawdę nazywał się Arthur Orton (1834-98). Znany był też jako Thomas Castro, podejrzany typek z londyńskiego East Endu, który został rzeźnikiem w Wagga Wagga w Australii. Tam przeczytał ogłoszenie. Chociaż był półanalfabetą, wysłał list, podając się za Rogera. Odpowiedź lady Tichborne tak go zachęciła, że w 1866 roku, zebrawszy dwadzieścia tysięcy funtów, popłynął wraz z żoną i malutką córeczką do Anglii. Będąc już w Hampshire, zaczął się ubiegać o majątek. Ale nikt mu tam nie wierzył. "Jeśli jesteś Sir Rogerem, to zmieniłeś się z wyścigowego wierzchowca w konia pociągowego", zakpił wioskowy kowal, przypominając, że Sir Roger był drobny, miał podłużną, bladą twarz i proste, czarne włosy. Orton, który miał kręcone włosy i dużą, okrągłą twarz, ważył prawie dwa razy więcej.

Jednakże podczas pierwszego spotkania w jego zaciemnionym (powiedział, że jest chory) pokoju hotelowym, stara dama bezkrytycznie zaakceptowała Ortona jako swego syna. Nie zwracała uwagi na jego błędy i sprzeciw Henriego Chatillona, dawnego nauczyciela Rogera. Orton ośmielony otrzymanym od niej tysiącem funtów rocznie, zaczął upominać się o rodowy majątek. Oświadczył pod przysięgą, że został uratowany z Belli przez inny statek, australijski Osprey.

Roszczenia Ortona wydawały się absurdalne. Wyglądem w niczym nie przypominał Rogera i ważył dużo więcej, nie mówił po francusku, ani nie pamiętał nazwisk przyjaciół z dzieciństwa czy nauczycieli ze Stonyhurst. Ale czytał wszystko, co znalazł o rodzinie Tichborne'ów. Ze spokojem wytrawnego naciągacza przekonał wiele osób, że jest człowiekiem, za którego się podaje. Do nabranych należał doradca prawny rodziny, Robert Hopkin, a stary przyjaciel młodego Tichborne'a, Vincent Gosport, też dał się przekonać - dopóki nie zapytał Ortona, co było w liście, który Roger zostawił dla Katherine. Kiedy Orton odparł, że nie pamięta, Gosport stwierdził, że to oszust.

W 1871 roku, cztery lata po wstępnych dochodzeniach, rozpoczęło się właściwe przesłuchanie. Chociaż jego pozycja została osłabiona przez nagłą śmierć lady Tichborne, Orton przedstawił ponad stu świadków, włączając w to wielu byłych oficerów ze swego pułku. Z drugiej strony siedemnaście osób spośród rodziny i przyjaciół Tichborne'ów oskarżyło go o oszustwo. Wśród nich była Katherine Doughty, teraz żona Josepha Radcliffe'a, która miała jeszcze list Rogera. Obiecywał w nim, że jeśli się pobiorą, zbuduje kaplicę. Orton nic o tym nie wiedział.

Trwające sto dwa dni przesłuchanie kosztowało Tichborne'ów dziewięćdziesiąt tysięcy funtów. Między innymi dzięki swojemu niewyparzonemu językowi ("Mógłbym wygrać, gdybym tylko trzymał język za zębami" powiedział później) Orton został oskarżony o krzywoprzysięstwo. Postawiono mu dwadzieścia trzy zarzuty. Późniejszy proces trwał sto osiemdziesiąt osiem dni. Była to najdłuższa sprawa kryminalna w historii brytyjskiego sądownictwa. Orton został uznany za winnego i skazany na czternaście lat więzienia. Gdy wyszedł po dziesięciu latach, dokonał nagłej wolty. Swoje "wyznanie" sprzedał magazynowi "The People" za trzy tysiące funtów, ale w 1898 roku zmarł w biedzie, przeżywszy sześćdziesiąt cztery lata.

W jaki sposób udało mu się oszukać tyle osób? Jeśli chodzi o lady Tichborne, była to kwestia pobożnych życzeń. Część swoich świadków z pewnością przekupił, ale pozostali najwyraźniej zaakceptowali to, że w czasie dziesięcioletniego pobytu w Australii wątły Sir Roger rozrósł się w mężczyznę ponad dwukrotnie większego, a w dodatku stracił pamięć. Niektórzy ludzie będą wierzyli we wszystko.

 

 

 

Mary TOFT (XVIII w.)

W 1726 roku cała Anglia była ogłupiona opowieścią Mary Toft, żony sukiennika z Godalming, która twierdziła, że rodzi króliki. Opisywano ją jako kobietę "krzepką, niskiego wzrostu, z jasną karnacją, bardzo głupią, ponurą i niepiśmienną". Ludzie wierzyli w niesamowite oszustwo czy fantazję, ponieważ nie potrafili sobie wyobrazić, jak ktoś tak głupi mógłby ich zwieść. Mary wyjaśniała tę "straszliwą niezgodność z prawami natury", opowiadając, jak pieliła pole (będąc wtedy, jak myślała, w piątym miesiącu ciąży). Nagle skoczył obok niej królik. Po chwili strasznie zapragnęła królików. Wkrótce w tym samym miejscu obok niej skoczył kolejny królik. Jak donoszą współczesne przekazy, "rzuciła się, żeby go złapać. Tej samej nocy śniło jej się, że siedziała w polu z dwoma królikami na kolanach. Obudziła się w kiepskim humorze, który trwał aż do rana. Od tamtego czasu miała ciągłe wielką ochotę zjeść królika, ale nie mogła go sobie kupić, gdyż była bardzo biedna".

Wkrótce Mary zyskała popleczników. Pierwszym był jej lekarz, pan Howard, człowiek o poważnej reputacji, który praktykował od ponad trzydziestu lat. Prawdopodobnie naprawdę wierzył, że w ciągu miesiąca osobiście asystował w przyjściu na świat prawie dwudziestu królików. Potwierdzone przez profesjonalistę wiadomości szybko dotarły na dwór królewski. Jerzy I był tak zafascynowany, że posłał do Godalming swojego osobistego chirurga, doktora Ahlersa. Ahlers wrócił przekonany przez "naoczny i namacalny dowód". Widział, jak Mary rzeczywiście rodziła króliki. Stwierdził, że powinna otrzymać królewską pensję. A więc król posłał do Godalming swojego anatoma, pana St. Andre. St. Andre również wrócił przekonany. Obaj mężczyźni przywieźli ze sobą potomstwo Mary i St. Andre wykonał w obecności króla sekcję. Był to zwykły królik.

Teraz prasa zajęła się sprawą. Pomiędzy zwolennikami a sceptykami wywiązały się ostre spory. Król popierał zwolenników, zaś królowa sceptyków. I to dzięki jej interwencji absurd się zakończył. Zwróciła się do Sir Richarda Manninghama, członka Royal Society i londyńskiego Kolegium Lekarzy, żeby pojechał do Godalming i zbadał cud. "Wyjąłem to, co znajdowało się w pochwie", donosił. "Gdy to zbadałem, przyznam, że byłem zdziwiony. Wyglądało mi to na kawałek pęcherza świni. Nic innego nie przychodziło mi na myśl."

Manningham sprowadził Mary Toft do Londynu, gdzie przez kilka dni twierdziła, że ma bóle porodowe. Potem portier Thomas Howard złożył oświadczenie pod przysięgą, że przy jego pomocy Mary Toft urodziła królika. Aresztowana i poddana krzyżowemu ogniowi pytań, w końcu załamała się i przyznała do oszustwa. Pomysł podsunęła jej przyjaciółka, która zasugerowała, że to "sposób zapewnienia sobie niezłego życia" bez konieczności pracy. Zanim zaczęła oszukiwać, Toft często "przy pomocy przyjaciółki wkładała różne części królików do pochwy, aż w końcu nabrała wprawy. Gdy tylko miała możliwość, robiła to".

I tak Mary Toft nie dostała królewskiej pensji. Reputacja królewskich lekarzy została poważnie nadszarpnięta, a społeczeństwo rozchwytywało pracę Manninghama, dotyczącą przebiegu obserwacji Mary Toft, domniemanej rodzicielki królików. Mary zaś została zamknięta w Tothill Fields w Bridewell.