Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Rzeczpospolita - 05-03-2011

 

Maja Narbutt

Kuchennymi schodami do tytułu

 

Fałszywe genealogie herbowe i bezwartościowe tytuły arystokratyczne są coraz bardziej pożądane

 

Być hrabią lub przynajmniej dobrze urodzonym. Taką ambicję przejawia wielu Polaków. Są wśród nich politycy, artyści, naukowcy. Dla zaspokojenia swoich aspiracji gotowi są wiele poświęcić.

- Arystokracja i jej życie interesują przeciętnego Polaka. Proszę spojrzeć, ile miejsca poświęcają temu media. Relacje z wydarzeń w arystokratycznym świecie, na przykład planowanego ślubu księcia Williama, są bardziej atrakcyjne niż skandale Dody - mówi Henryk Sobański należący do znanej rodziny arystokratycznej.

Ale nie wszystkich zadowala podglądanie życia arystokracji, niektórzy przebojem chcą wejść w jej szeregi.

Poprawione metryki i wypisy z aktów urodzenia, a nawet dokonywanie fałszerstw w księgach parafialnych. To praktyka, z jaką spotykają się konsultanci genealogiczni w istniejącym od 1995 roku Związku Szlachty Polskiej, jedynej organizacji zrzeszającej ludzi, którzy muszą udokumentować swe szlachectwo.

- Bezczelne. Trudno inaczej określić pewne osoby. Mają niesłychany tupet. Kiedy przejrzy się ich mistyfikacje, reagują histerią i wrzeszczą - opowiada genealog Adam Pszczółkowski.

Zasady w heraldyce polskiej są oczywiste - szlachectwo dziedziczy się po mieczu, z legalnych związków. Nie pomogą dobrze urodzone ciotki ani matka szlachcianka.

Tych zasad nie uwzględniają coraz bardziej liczne bractwa, konfraternie czy inne stowarzyszenia, które hojnie obdarowują swych członków hrabiowskimi tytułami.

ok. 8 proc. społeczeństwa przedrozbiorowej Rzeczypospolitej stanowiła szlachta

- Niestety, jest to praktycznie bezkarne, choć szkodliwe społecznie. Takie organizacje żerują na ludzkiej niewiedzy, próżności i kompleksach. Jeśli ktoś wie, o co chodzi, to rozumie, że przyjmując takie tytuły, łatwo się ośmieszyć - mówi Michał Niemirowicz-Szczytt, rzecznik prasowy Związku Szlachty Polskiej.

Ambicję, by uchodzić za dobrze urodzonego, przejawiają też politycy, którzy w oczach opinii publicznej często bezpodstawnie uchodzą za arystokratów. Działają jednak w sposób subtelny, stosując zabiegi z pogranicza PR i marketingu.

- Nigdy nie dementować. Ta taktyka przynosi rezultaty. Proszę bardzo, niech dziennikarze i koledzy z partii uważają, że jestem arystokratą, ja nie powiem ani słowa, by wyprowadzić ich z błędu. Krzysztof Tyszkiewicz, rzecznik Platformy Obywatelskiej, a także Andrzej Potocki z dawnej Unii Wolności są tego znakomitym przykładem - mówi genealog dr Marek Jerzy Minakowski.

Co robi pan Kowalski, którego opanuje dzika tęsknota, by być arystokratą? Fałszuje genealogię lub wstępuje do jednego z coraz liczniejszych bractw i konfraternii o pompatycznie brzmiących nazwach

- Zdumiewające zjawisko. To rodzaj pewnej umysłowej dewiacji wynikającej z niskiej samooceny. Wariaci, po prostu - mówi Piotr Szymon Łoś, autor "Szkiców do portretów ziemian polskich XX wieku", a jednocześnie hrabia. Jak podkreśla, z polską szlachtą wiąże się specyficzny system wartości - odpowiedzialność za swoich bliskich, siebie i podległych sobie ludzi. A poza tym, mówi Piotr Łoś, już jego babcie mówiły, że "najpierw dr, a potem hr.", co miało wskazywać hierarchię wartości, o które warto zabiegać.

A jednak, jak pokazują coraz liczniejsze przypadki, nie tylko tytuł doktora nauk, ale nawet profesorski nie chroni przed pożądaniem tytułów arystokratycznych, a przy okazji naiwnością.

- Przez długi czas prowadziłem korespondencję z mieszkającym we Francji profesorem, nawet wybitnym w swojej dziedzinie, który nabył tytuł hrabiowski poprzez kupno i starał się dowiedzieć, czy ten tytuł, jak to określił, jest dobry - mówi genealog Tomasz Lenczewski.

Ale żeby fałszywi arystokraci mogli czerpać satysfakcję, a czasem i profity ze swej rzekomej pozycji i tytułów, musi być spełniony podstawowy warunek - ich roszczenia nie mogą zostać wyśmiane. A to wymaga pewnej społecznej ignorancji i powszechnej nieznajomości rzeczy.

W krajach, w których ciągłość historyczna nie została przecięta przez komunizm, sprawa jest prosta. Francuz, który chce sprawdzić, na jakiej podstawie monsieur X twierdzi, że jest hrabią, zajrzy do Bottin Mondain, aktualizowanego wydawnictwa zawierającego dane wszystkich osób z towarzystwa. Podobne wydawnictwo mają Brytyjczycy. Polacy błąkają się we mgle, łatwowiernie wierząc hochsztaplerom i uzurpatorom.

Niewiedza jest powszechna, pogłębiana przez media.

- Kuba Wesołowski ma narzeczoną hrabinę! Takie nagłówki pojawiły się w tabloidach. Wszystko zaczęło się od zamieszczonego w piśmie typu glamour reportażu z warszawskiego balu debiutantów. Na zdjęciu były cztery panny: trzy dobrze urodzone, jedna nie - mówi Adam Pszczółkowski, konsultant genealogiczny Związku Szlachty Polskiej. - No i potem, kiedy ta panna zaczęła się pojawiać z aktorem znanym z seriali, wyciągnięto zdjęcie i uznano Zofię Ślogałę za arystokratkę.

Photoshop i histeria

Zaczęła swą karierę celebrytki i uznano ją za osobę, która może przybliżyć hermetyczny świat arystokracji zwykłym ludziom. Dziennikarze telewizji śniadaniowej TVN, często pozwalający sobie na ironiczne uwagi wobec różnych osób, w nabożnym skupieniu słuchali, jak panna Ślogała opowiada przy okazji rozmowy o planowanym ślubie księcia Williama, jak uroczystości weselne wyglądają w świecie arystokracji.

Najbardziej oczywistą drogą, by potwierdzić swoje pretensje do szlacheckiego pochodzenia, jest zgłoszenie się do Związku Szlachty Polskiej. Jest to droga prosta, ale trudna. Zasady, przyjęte w heraldyce polskiej, są oczywiste - szlachectwo dziedziczy się po mieczu, z legalnych związków. Nie pomogą dobrze urodzone ciotki ani matka szlachcianka.

Tę prostą zasadę wielu próbuje obejść.

- Bezczelni. Trudno inaczej określić pewne osoby. Mają niesłychany tupet. Kiedy przejrzy się ich mistyfikacje, reagują histerią i wrzeszczą - mówi Adam Pszczółkowski, który sprawdza papiery osób pretendujących do związku.

Najbardziej utkwił mu w pamięci pewien mężczyzna, który odwiedzał parafie, fałszując metryki i poprawiając wpisy w archiwalnych księgach. Najczęściej jednak uzurpatorzy korzystają z dobrodziejstw photoshopa i programów komputerowych, które pozwalają zmodyfikować oryginalne dokumenty i wstawiają inne nazwiska oraz retuszują oryginalne zapiski.

Wprawne oko genealoga takie fałszerstwa natychmiast wychwytuje. Konsultanci Związku Szlachty Polskiej nie mają wątpliwości, że fałszerstwa mają nie tylko dodać komuś splendoru, ale także pomóc zrealizować bardzo praktyczne i ambitne plany życiowe.

- Wślizgnąć się do dobrego towarzystwa, by poznać odpowiednią pannę. Po prostu znaleźć tak zwaną dobrą partię - mówi Adam Pszczółkowski. - To się czasem udaje, zwłaszcza w środowisku emigracyjnym. Głośna jest sprawa pana Bnińskiego vel Mizgalskiego, który poślubił szlachciankę z najwyższej półki. Pannę Bisping, skoligaconą ze wszelkimi dynastiami katolickimi Europy.

Kto sfałszował swe pochodzenie, zdolny jest do wszystkiego. Tymi przesłankami kierują się członkowie Związku Szlachty Polskiej, wśród których krąży uporczywa pogłoska, że rzekomy Bniński sfałszował także i lekarski dyplom. Jego "hrabiowskiego tytułu" nikt nie uznaje - kazał więc usunąć siebie wraz z żoną i czwórką dzieci z genealogicznej bazy potomków Sejmu Czteroletniego po tym, gdy jej twórca Marek Jerzy Minakowski odmówił wpisania tam tego tytułu.

Tytuły hrabiowskie nie są oczywistym wyznacznikiem pozycji, jaką zajmowała polska rodzina szlachecka, liczyły się piastowane urzędy i koligacje.

Heraldycznie sprawa hrabiowskiego tytułu jest skomplikowana - liczą się niekiedy detale dotyczące primogenitury, czyli dziedziczenia tytułu tylko przez najstarszego syna, są tytuły papieskie i nadane przez zaborców.

Ale dla uzurpatorów tytuły hrabiowskie są artykułem pierwszej potrzeby i mają piorunującą siłę rażenia. Wyobraźnia Polaków ukształtowana jest przez romanse historyczne i filmy kostiumowe. Dlatego uzurpator, który ostatnio grasował w Małopolsce, nim został ujęty przez policję, podszywał się nie tylko pod profesora medycyny, ale i hrabiego Myszkowskiego. "Hrabia Myszkowski" mimo nienachalnej urody był tak atrakcyjny dla młodych góralek, że mógł oferować im terapię seksem za pieniądze, o czym ze zgrozą, ale i swoistą fascynacją opowiadają sobie panowie w Związku Szlachty Polskiej.

Pseudohrabia działał na własną rękę. Prawdziwą plagą są za to pseudo-szlacheckie organizacje działające często w ramach ruchu monarchistycznego. Hojnie rozdające fałszywe tytuły.

- Niestety, jest to praktycznie bezkarne, choć oczywiście szkodliwe społecznie. Przypominają sekty, żerują na ludzkiej próżności i kompleksach. Jeśli ktoś wie, o co chodzi, to rozumie, że przyjmując takie tytuły, można się tylko ośmieszyć - mówi Michał Niemirowicz Szczytt, rzecznik Związku Szlachty Polskiej.

Politycy nie dementują

Zajmując się elitami Rzeczypospolitej, genealog Marek Jerzy Minakowski ma zazwyczaj doświadczenia innego typu niż jaskrawe fałszerstwa. Jak mówi, często spotyka się z osobami funkcjonującymi w tzw. dobrym towarzystwie, które uchodzą za kogoś innego niż są, dzięki subtelnym zabiegom z pogranicza piaru i marketingu, a także pewnej stylizacji. Nie uda się im zmylić prawdziwych arystokratów, ci bowiem "od dzieciństwa są wyćwiczeni w rozpoznawaniu uzurpatorów". Jednak bez problemu uchodzą za dobrze urodzonych w oczach opinii publicznej.

- Nigdy nie dementować. To taktyka, która przynosi rezultaty. Proszę bardzo, niech dziennikarze i koledzy z partii uważają, że jestem arystokratą, ja nie powiem ani słowa, by wyprowadzić ich z błędu. Krzysztof Tyszkiewicz, rzecznik Platformy Obywatelskiej, a także Andrzej Potocki z dawnej Unii Wolności są tego znakomitym przykładem - mówi Minakowski. - Jednocześnie Arkadiusz Czartoryski z PiS jest niewątpliwie szlachcicem, choć nie pochodzi z książęcej familii Czartoryskich.

Problem z wielkimi historycznymi nazwiskami typu Tyszkiewicz lub Potocki polega na tym, ze nosili je także chłopi, którzy żyli w dobrach tych arystokratów.

Genealogiczna lustracja przeprowadzona wśród polityków skłania do wniosku, że frakcja niedementujących jest całkiem spora. Można do niej zaliczyć Radka Sikorskiego, który nigdy nie mówił głośno i wyraźnie, że nie ma nic wspólnego z generałem Sikorskim.

Ciekawym zjawiskiem zaobserwowanym przez genealogów jest dążenie do tzw. uszlachcenia poprzez oficjalną zmianę nazwiska. Urodę poprawia się u chirurga plastycznego, a pochodzenie w Urzędzie Stanu Cywilnego.

Głośnym przypadkiem jest całkiem nowy Czetwertyński, który objawił się światu, wbrew oburzonym protestom tej książęcej rodziny. Pewien pan uznał, że jego babka była z domu Czetwertyńska i przeprowadził sądową zmianę nazwiska.

Nazwisko zawsze zmienia się na lepsze, czasem według zupełnie nieznanego klucza,  nawet hipotecznego związku z żadnymi przodkami. - Nigdy nie zdementowano informacji, że rodzice żony prezydenta Komorowskiego zmienili nazwisko z "Dziadzia" na "Dembowski " - mówi Minakowski.

W swoim czasie nazwisko zmienił i Stefan Niesiołowski, podobno sięgając do nazwiska panieńskiego matki. Rodzina Niesiołowskich zalicza się do bardzo dobrych rodzin szlacheckich, ale - jak twierdzi Minakowski - "im bardziej wgłębia się w tego Niesiołowskiego, tym mniej jest w nim z tych Niesiołowskich".

Bardzo często zdarza się, że dorosłe dzieci dochodzą do wniosku, iż matka popełniła mezalians i na swój sposób usiłują poprawić jej błąd. - Hrabianka Mycielska poślubia profesora Brysia. Syn uznaje, że hrabianka ważniejsza jest od profesora, i przyjmuje nazwisko matki - mówi Minakowski. Jednak jeśli dziewczyna z ludu poślubia arystokratę, to nie ma mowy, by wróciła do panieńskiego nazwiska, gdy się rozwiedzie - nawet jeśli teoretycznie ma lewicowe poglądy jak eurodeputowana Lidia Geringer de Oedenberg. Ale w końcu nie zrobiła nic wykraczającego poza normę - w przeciwieństwie do rozwiedzionej z jednym z książąt pani, która dawno już po rozwodzie zarejestrowała w USC swoje dziecko z innego związku jako potomka księcia.

Spiżowy dzwon milczy

Nie muszę nic mówić. Ja w ogóle nie będę z panią na te tematy rozmawiać - mówi mi Jan Ignacy hr. Pondel. Za nic nie chce przybliżyć mi celów Bractwa Kawalerów Wawelskiego Dzwonu Spiżowego, którego jest mistrzem superiorem. Milczy jak zaklęty w kwestii swego hrabiowskiego tytułu. Intrygującego, jeśli zważy się, że nazwiska Pondel nie ma w ogóle w herbarzach.

Jana Ignacego hr. Pondla zobaczyłam na zdjęciu, patrzył godnie, opasany błękitną wstęgą z trudnym do zidentyfikowania orderem. Zdjęcie zamieszczone było w luksusowo wydanym periodyku pod wymownym tytułem "Prestiż", którego jest redaktorem naczelnym, a poświęconym potomkom rodzin, "których korzenie sięgają zamierzchłych czasów, a których przodkowie niczym dęby mocno wrosły w polską ziemię". W ostatnim numerze brylują Maciej hr. Kaczmarski-Zwoliński oraz Ryszard hr. Bochenek-Dobrowolski.

- To prawdziwa plaga, karykatura heraldyki, szyta grubymi nićmi uzurpacja dla naiwnych. Nazwiska tworzone są prawdopodobnie za pomocą zaadaptowania nazwiska matki. Wystarczy znaleźć w rodzinie jedną osobę, która była stanu szlacheckiego, a już można wyprowadzać fantastyczną genealogię. Opierając się na mało wiarygodnych źródłach, dotrzeć można  nawet do Piasta Kołodzieja - mówi geanolog Tomasz Lenczewski.

Jak mówi, takich bractw i konfraterni są na całym świecie setki. Działają jak towarzystwa wzajemnej adoracji, członkowie zarządu odwiedzają w innych krajach podobnych sobie ludzi, wymieniając się orderami i zakładając zagraniczne loże. Schlebiają próżności nowobogackich, wciągając przy okazji w swe szeregi właścicieli dworków, pałacyków, co zapewnia właściwą oprawę ich uroczystości.

- Na ich działalności doskonale zarabiają krawcy, grawerzy, hotelarze i restauratorzy. Tak zwana działalność charytatywna jest nikła i służy raczej usprawiedliwieniu istnienia - mówi Lenczewski.

W latach 90. dziwaczne towarzystwa - najbardziej znane to "księcia" Leszka Wierzchowskiego - przyciągały sfrustrowanych i biednych ludzi, którzy za niewygórowaną sumę kupowali tytuł, wypożyczali na galę frak i wracali do M3 oraz zawodu hydraulika lub taksówkarza. Dziś coraz częściej takie bractwa tworzone są na miarę nuworyszy, których stać nie tylko na frak, ale czasem nawet swoją rezydencję.

- Im więcej złotych ram, marmurów i kościelnych żyrandoli, tym lepiej. Marzeniem jest wcisnąć "pałacowe" wyposażenie w ramy dworu i wszystko spowić tiulem. Dominuje estetyka kiczu, wyobrażenia na miarę argentyńskich seriali - opowiada Maciej Rydel, autor publikacji "Jam jest dwór polski", który często musi dokonywać cudów, by nie odpowiedzieć wprost na pytanie: Jak się panu podoba mój pałacyk?

Arystokrata jako lep

Dziadowie i wujowie niezwykle ostro piętnowali podszywanie się pod szlachectwo i tytuły. Ten proceder uchodził za równie naganny jak plagiatowanie i starano się, by takie osoby były wykluczone z towarzystwa - mówi Henryk Sobański, wywodzący się z jednej z najbardziej arystokratycznych, skoligaconych i mających prawo do hrabiowskiego tytułu rodzin polskich.

Paradoks sytuacji polega na tym, że on sam znalazł się w Bractwie Kawalerow Wawelskiego Dzwonu Spiżowego i w tym operetkowym bractwie jest jedynym prawdziwym arystokratą.

- Chciałem działać pro publico bono. Uznałem, że dość politycznych kłótni, dzielących czasem całe rodziny. A bractwo ma zabierać głos w ważnych dla ojczyzny chwilach - mówi o motywach swej działalności w bractwie Sobański. Kiedy pytam go, czy nie dziwi go, że dla zabierania głosu i ewentualnej działalności charytatywnej członkowie bractwa potrzebują wyimaginowanych tytułów, przyznaje, że nie można ich odnaleźć w żadnych almanachach.

- Ludzkie słabości polegają na tym, że ktoś chciałby być kimś innym, niż jest. Nie jestem naiwny, mam 62 lata i działalność naukowa za sobą. Rozumiem, że niektórzy chcą się grzać w cudzym blasku - mówi Sobański, który ma świadomość, że jego mamę, rodzinę i utytułowanych znajomych drażni jego obecność wśród kawalerów bractwa.

Dla obserwatora działalności podobnych bractw nie ulega wątpliwości, że jak listka figowego potrzebują przynajmniej jednego prawdziwego arystokraty, by jakoś legitymizować swe uzurpacje.

Nazwiskiem Marii Krystyny Habsburg, która osiadła w Żywcu, posługuje się niejaka konfraternia samozwańczego hrabiego Bogusława Zajączkowskiego, który za odpowiednią opłatą wystawia dyplomy szlacheckie. Sędziwa księżna von Altenburg z domu Habsburgów miała nieostrożność przyjąć jakieś życzenia od nich i teraz wbrew jej zdecydowanym protestom zwabiają naiwnych hasłem "audiencja u księżnej".

Przykre doświadczenia ma pochodzący z arystokratycznej rodziny Jerzy Mańkowski, prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego, które jest kontynuacją przedwojennego Związku Ziemian.

- Zawsze marzyłem, żeby należący do mnie pałac w Brodnicy, odkupiony od Agencji Własności Rolnej, był nie tylko rodzinnym miejscem zamieszkania, ale i miejscem, gdzie dzieją się pożyteczne dla ogółu rzeczy. Zawiązałem tzw. Konfederację Brodnicką, która miała być skupiona na budowaniu wartości. Niestety, pojawiły się przy niej dziwne osoby. Mówiąc otwarcie, byli to zwykli gangsterzy, w pewnym momencie moja rodzina mogła się poczuć zagrożona. Musiałem im wymówić dom, to znaczy pałac - mówi Mańkowski.

 

 

 

List do redakcji

12.03.2011

Stefan Niesiołowski

W artykule "Kuchennymi schodami do tytułu" ("Rzeczpospolita" z 5.03.2011 roku) Maja Narbutt napisała: "W swoim czasie nazwisko zmienił i Stefan Niesiołowski, podobno sięgając do nazwiska panieńskiego matki", wraz z podławą sugestią - "im bardziej wgłębia się w tego Niesiołowskiego, tym mniej jest w nim z tych Niesiołowskich". Nazwisko Niesiołowski noszę po moim śp. ojcu Januszu Myszkiewicz-Niesiołowskim (herbu Korzbok, bo istnieją też inne herby Niesiołowskich, np. Nałęcz), a nie po mojej śp. mamie, która nazywała się z domu Łabędzka. Od dawna używam tylko nazwiska Niesiołowski. Spotykały mnie już wszystkie możliwe zarzuty, że byłem aferzystą, erotomanem, donosicielem konfidentem, prostakiem, psychopatą, do tego "Rzeczpospolita" dopisała zarzut podszywania się pod inne nazwisko.

Gratuluję i dziękuję.

- Stefan Niesiołowski

 

Odpowiedź Mai Narbutt

"Podława", jak Pan pisze, sugestia cytowanego przeze mnie genealoga, że "im więcej wgłębia się w tego Niesiołowskiego, tym mniej jest w nim z tych Niesiołowskich", nie jest chyba nieuprawniona.

Jak przypuszczają genealodzy, z którymi rozmawiałam, nazwisko Myszkiewicz-Niesiołowski jest zrostem, w którym Niesiołowski jest członem przybranym. Jeden z genealogów przedstawił mi ciekawą hipotezę na temat pochodzenia tego zrostu - zaczynając od aktu ślubu z 1901 roku pomiędzy Stefanem Myszkiewiczem a Marią Moszoro. Pan młody jest synem Ludwika Myszkiewicza i Anieli Niesiołowskiej.

Jeśli wywód ten jest prawdziwy - a genealodzy podkreślają, że opowiadając chętnie o Niesiołowskich herbu Korzbok, jest Pan zarazem dość enigmatyczny - to rzeczywiście popełniłam pomyłkę, pisząc, że Niesiołowska to nazwisko panieńskie Pana matki. Nazwisko "Niesiołowska" nosiła Pańska prababka, i to ona była herbu Korzbok, którym Pan się szczyci, uważając za swój.

Jeśli chodzi zaś o rodzinę Niesiołowskich herbu Korzbok, to w klasycznej pracy Szymona Konarskiego "O heraldyce i heraldycznym snobizmie" występują oni wśród "pseudohrabiów". Na oficjalnej stronie Platformy Obywatelskiej w jednej z dyskusji Pańscy koledzy tytułują Pana: Stefan hr. Myszkiewicz-Niesiołowski, i przyznam, ze wydało mi się to interesujące.

Reasumując - odrzucił Pan człon nazwiska "Myszkiewicz" i zostawił "Niesiołowski". Jak sądzę, można to uznać za zmianę nazwiska i o takich korektach, wybieraniu "lepszej" części genealogii, wspominałam też w artykule.