Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

"Gazeta Wyborcza" - 1997-02-01

 

Jacek Kuroń

O upadku komunizmu i świecie u progu nowej epoki

 

 

I

Proces ujednolicenia gospodarki światowej, czyli kształtowania się społecznego podziału pracy w skali globu przez integrację poszczególnych jego elementów, trwa od bardzo wielu stuleci. Można, za zwanym "up pape de l'histoire" Fernandem Braudelem, mówić o światowych imperiach gospodarczych starożytnej Fenicji, Kartaginy, Indii, Chin, Rzymu etc. Od wieku XIX trwa proces integracji gospodarczej dosłownie całego świata. W wieku XX można już mówić, że społeczeństwem dzielącym zadania, a tym samym współpracującym ze sobą, staje się cała ludzkość.

W wiekach XV-XVIII, jak pisał Braudel, integracja gospodarcza dokonywała się bardziej intensywnie na wybrzeżach kontynentów niż na terenach położonych w ich głębi. Z czasem te dysproporcje wyrównywały się.

Coraz intensywniej musieli współdziałać ze sobą ludzie odmiennych kultur, cywilizacji, religii. Zaś współdziałać z ludźmi odmiennymi niż my nie umiemy. W XX wieku proces globalizacji społecznego podziału pracy postępował. A jednocześnie przeżyliśmy dwie prawdziwie światowe wojny, faszyzm i komunizm, krematoria i łagry...

II

Po II wojnie światowej ostatecznie ukształtował się pewien globalny system. Jego charakterystyczną cechą była dwubiegunowość. Powstały dwa wielkie mocarstwa, bloki, dwie wielkie idee, dwie zasadnicze propozycje systemowe. Oba systemy były globalne i miały ambicje, by zapanować nad światem. Oba systemy miały środki i napęd społeczny, wywoływały entuzjazm ludzki.

W tej dwubiegunowości mocarstwa chciały i umiały się porozumieć. Przeciwnik, a zarazem partner, był potrzebny. Tam, gdzie nie sięgało żadne z dwóch mocarstw, natychmiast pojawiał się chaos - a ten psuł walkę. Porządek społeczny - jako całość - może być z gruntu wredny, ale zawsze ma jakieś pozytywne cechy porządku, czyli przeważa nad chaosem. Gdyby wtedy działo się w Sarajewie to, co w ostatnich latach, oznaczałoby to, że któreś z mocarstw tego chce, a w istocie chcą oba. Gdyby żadne nie chciało, porozumiałyby się natychmiast i tego samego dnia wojna byłaby skończona.

Kiedy upadła potęga Kremla, zasadniczo skurczyła się także potęga Białego Domu. Efektem było skurczenie nie tylko rywalizacji militarnej, ale i innych sfer, teraz ważniejszych. Jedna z nich to współzawodnictwo w pomocy innym krajom, zwłaszcza w pomocy gospodarczej. Zachód nie ma już dzisiaj dawnej motywacji do udzielania wsparcia i zdobywania nowych wpływów w państwach wydartych komunistycznej stronie.

Rywalizacja supermocarstw przyniosła niebywały rozwój technologii. Bitwa o coraz lepsze okręty podwodne, rakiety, w końcu bitwa o kosmos była siłą napędową wielkiego postępu. Warto pamiętać, że Japonia swój cywilizacyjny skok zawdzięcza m.in. wojnie w Korei. Chcę być szczery, więc muszę to napisać, choć z prawdziwą przykrością: wojna lub przygotowania do niej zawsze były główną siłą napędową rozwoju ludzkości.

Może stoimy przed epoką wielu nieustających wojen. Teraz toczone byłyby w sposób bezpośredni - od sztyletów, przez kałasznikowy, po moździerze. Tak jakby ludzkość obudzona po wojnie atomowej, której nie było, wracała do najprostszych narzędzi. Ponieważ tych wojen może być dużo i skala zagrożenia nimi może być porównywalna z tą, jaką niosła ze sobą rywalizacja mocarstw. Tyle tylko, że te wojny nie dałyby już żadnego impulsu cywilizacyjnego. To okrutne i przerażające.

Fakt, że wojny przestały już być siłą napędową rozwoju, stanie się naprawdę radosny, gdy znajdziemy inne sposoby napędzania koniunktury.

Zmieniła się epoka. Nie wiemy jeszcze, czy na dobre czy na złe. Ale jedno wiemy na pewno: jaki się stanie świat, zależeć będzie przede wszystkim od tego, jak wychowamy nasze dzieci. Jak pisze wybitny psycholog Wojciech Eichelberger: "Wydaje mi się, że w całym tym zamieszaniu schyłku tysiąclecia, kryzysu cywilizacji, zaczyna dochodzić do głosu powszechny odruch samoobrony biorący w obronę dziecko jako symbol i jako osobę. Zakwestionowanie pozycji autorytetu rodziców jest jedną z wielu konsekwencji renesansu dziecka". To, co my - rodzice - możemy zrobić, to wspierać dzieci "w ich rozwoju i naturalnym dążeniu do prawdy, wolności i miłości".

Jest w tym wszystkim miejsce dla ideologii. Choć wolałbym używać słowa "idei" - słowo "ideologia" z oczywistych przyczyn źle się kojarzy. Arnold Toynbee twierdził, że wszystkie wielkie cywilizacje powstały wokół religii i wraz z nimi obumierały. Jednak od ostatniej wojny światowej - widać to bardzo wyraźnie - rolę religii przejęły idee świeckie. To one spowodowały, że dla ludzi powstały motywacje zbiorowe, uniwersalne. Jedna - to idea globalnego wyzwolenia społecznego i sprawiedliwości, druga - wolności indywidualnej wraz z później wprowadzonymi prawami człowieka. Obie te idee przejmowały od siebie nawzajem to, co było w nich najbardziej atrakcyjne.

Efektem było powstanie kanonu praw ludzkich: moralnych, socjalnych i politycznych, które obie strony - z różnym skutkiem - starały się wdrażać, a przynajmniej propagować.

Przez te 40 lat na całym świecie dokonały się rzeczywiście gigantyczne przełomy: emancypacja płci, ras, narodów i klas. Dzisiaj się już tego nie dostrzega. Mam na myśli likwidację kolonializmu, w dużej mierze rasizmu i kastowości, która przecież istniała przed wojną także w Polsce. To skutek rywalizacji systemów - nie wydaje mi się, by można tę prawdę zanegować.

Czy koniec epoki rywalizacji mocarstw, wraz z konsekwencjami globalizacji gospodarczej, nie staje się źródłem recesji w wysoko uprzemysłowionych krajach Zachodu? Czy jednym z doniosłych skutków tego procesu nie jest, zapowiadany implicite przez postmodernizm, kryzys idei uniwersalnych, mobilizujących serca i umysły - bez których niemożliwa jest cywilizacja? Czy nie dlatego w różnych punktach globu biorą górę partykularyzmy, nacjonalizmy, fundamentalizmy religijne? Czy nie przypomina to świata rzymskiego na krótko przed upadkiem ówczesnego imperium?

Po upadku komunizmu spodziewaliśmy się okcydentalizacji Orientu. Niestety, następuje orientalizacja Okcydentu. Jeśli takie są tendencje w dzisiejszym świecie, czy możemy w Polsce rozwiązać nasze problemy? Odpowiedź na ostatnie pytanie musi być przecząca w tym sensie, że nawet gdyby się nam wszystko udało, to i tak utoniemy wraz ze światem, którego jesteśmy częścią.

III

Twierdzę, że koniec epoki przeżywają nie tylko kraje postkomunistyczne, ale cały świat, cała ludzkość. Gdy upadł komunizm - pojałtański porządek świata - załamał się system dwubiegunowy. Znaleźliśmy się w świecie objętym współpracą gospodarczą, opartą na podziale pracy całej ludzkości.

Ale ta współpracująca w jednolitym systemie gospodarczym ludzkość jest głęboko zróżnicowana nie tylko kulturowo, cywilizacyjnie, religijnie. Podstawą kultury, cywilizacji, religii są warunki życia. Tymczasem niespełna jedna trzecia ludzkości żyje w rzucającej się w oczy ekstrawaganckiej konsumpcji. Natomiast ponad dwie trzecie - w nędzy, na granicy głodu i w głodzie, w ciągłym strachu o miejsce pracy, bez nadziei, która nadawałaby jakikolwiek sens ich egzystencji. Wszystko to widać - a zwłaszcza ekstrawagancję i konsumpcję - na ekranach kolorowych telewizorów, które stoją także w slumsach.

Te różnice istniały od początku cywilizacji, jednak nie rzucały się w oczy i były uświęcone przez kultury, religie, obyczaje. Teraz - po walce dwóch bloków, systemów, etosów - powszechne stało się hasło równych praw ludzi. Ale czy ma sens tłumaczenie puchnącym z głodu, że mają te same prawa co ci, którzy żyją w zbytku?

Opisane różnice gospodarcze i kulturowe mają dwa przeciwstawne skutki. Z jednej strony, globalne związki gospodarcze bogatych próbują zawładnąć światem biednych, ich zasobami naturalnymi i, niestety, w niewielkim stopniu - siłą roboczą, za to w pełni - rynkami zbytu. Z drugiej strony, rzesze biednych szturmują kraje bogatych. Nic tu nie pomogą uzbrojone po zęby granice; biedni wdzierają się i grożą dobrobytowi bogatych. Jeśli zaś kraje bogate zmienią się w twierdze, a więc - przez system kontroli wewnętrznej - w państwa policyjne, sami zniszczymy naszą cywilizację.

Zróżnicowanie kulturowe Sarajewa, Bośni i Hercegowiny jest małe w porównaniu ze zróżnicowaniem współczesnego świata. Dlatego tam mogliśmy zobaczyć, jak boleśnie kona nasza epoka. Razem z nią może skonać ludzkość. Jak prorokuje amerykański politolog Samuel P. Huntington, może to się stać w "wojnie kultur" albo w ich rozkładzie. Każda kultura żyje w swoim rytmie czasu - zwanym epoką - i kiedy kultury zachodzą na siebie, przeżywamy ich śmierć. Jak możemy się ratować? Chyba tylko w ten sposób, że wszyscy nauczymy się całkiem nowej, nieznanej dotąd sztuki współżycia ludzi całkowicie od siebie różnych. I że stworzymy odpowiednie po temu warunki.

Aby ocalić ludzkość, trzeba nadać słowu "współżycie" prawdziwie ewangeliczny sens. Tymczasem Ewangelii sprzeniewierzamy się głównie my - ludzie, którzy wyrośli w jej świetle. Dlaczego więc mieliby wierzyć w jej przesłanie ludzie, którym jest ona obca? Stanowią oni olbrzymią większość mieszkańców naszego globu i wychowywali się w cieple i świetle innych świętych ognisk, a wyznawcy Ewangelii przez ponad 500 lat nieśli ich przodkom głód, wyzysk i śmierć.

Pomyślmy: co się dzieje, kiedy kończy się epoka, a więc jedyna prawdziwie doświadczona przez nas cywilizacja, kultura, myśl społeczna? Na pewno ci, którzy to odczuwają, choć raczej sobie tego nie uświadamiają, sięgają myślą wstecz, przed ich epokę. Inni, zapewne mniej liczni, próbują wybiec myślą naprzód, bezwiednie przeczuwając, że nadciąga nowa epoka. Muszą jednak posługiwać się takimi narzędziami, jakie mają - prekursorskimi nurtami myśli ideowej mijającej epoki. Większość społeczeństwa doznaje wówczas silnych napięć, co uczenie nazywa się stresem - a ten, jak wiadomo, na ogół wywołuje frustrację, która często przeradza się w agresję.

Spójrzmy, jak bardzo naładowane jest agresją nasze życie - choćby tylko polityczne, w parlamencie i na ulicach. Myślę, że ludzkości grozi erupcja nienawiści rasowej, religijnej i etnicznej, wielokrotnie silniejszej niż wybuch bomby atomowej.

IV

Znajdujemy się po raz pierwszy w dziejach razem, jako ludzkość, u progu nowej epoki. Spróbuję, korzystając z dorobku różnych myślicieli, sformułować trzy podstawowe warunki przejścia do tej epoki tak, abyśmy umieli w niej żyć. Pamiętajmy jednak, że dzieło jest determinowane przez proces tworzenia.

Po pierwsze, trzeba, żeby najbogatsze kraje świata zrozumiały, że w ich interesie leży rozpoczęcie wielkiego programu wyrównywania szans. Mówiąc wielki, mam na myśli skalę porównywalną z rozmachem niedawnego wyścigu zbrojeń i podboju kosmosu. Jest to zadanie dla najbogatszych krajów świata, dla ich obywateli, rządów, organizacji pozarządowych etc., by wymusić taki program. Nie chodzi jednak o to, żeby dawać. Samo dawanie jest złe. Chodzi o to, żeby organizować aktywność ludzką, pomagać ludziom organizować się do działania, wspierać ich, kiedy są już gotowi do działania i wtedy, gdy są w stanie dawać sobie radę własnymi siłami.

Po drugie i trzecie: jakie powinny to być działania i co ma być ich celem? Do czego mamy dążyć - my, do czego ma dążyć biedota świata? Model bogactwa oglądany w kolorowych telewizorach, lansowany głównie w Stanach Zjednoczonych, polega najogólniej mówiąc na tym, żeby jak najczęściej zmieniać stare przedmioty na nowe i posiadać jak najwięcej nowych rzeczy. Gdyby większość krajów świata przyjęła taki model rozwoju, katastrofa nastąpiłaby natychmiast. Już teraz bowiem, z niezwykłą ostrością, wyłania się problem kurczenia się zasobów naturalnych Ziemi, choćby takich jak woda i powietrze, oraz problem zaśmiecania Ziemi tymi wyrzucanymi przedmiotami. Jest także problem wzrastającego przyrostu naturalnego. I jest oczywiste, że planowanie urodzeń, podobnie jak rozwijanie technologii, nie uratuje nas. Nic nie pomoże domniemanie, że rozpowszechnianie się zachodniego, konsumpcyjnego, modelu życia powstrzyma przyrost naturalny. Już teraz, jak na ten model, jest nas o wiele za dużo. Dominacji konsumpcyjnego modelu życia nasza planeta nie wytrzyma. Tu spotykamy się z problemem bezrobocia wywoływanego przez nowoczesne technologie. Tym nieszczęściom możemy stawić czoło tylko w jeden sposób. Konieczne jest wylansowanie nowego modelu życia, nowego modelu wartości.

Musimy przestać widzieć wartość w karierze rozumianej jako praca przynosząca wysokie dochody wydawane na coraz to nowe przedmioty. Wartością powinien stać się czas przeznaczony na kontakt z ludźmi, książką i przyrodą. Skracanie czasu pracy umożliwi dzielenie się tą pracą z innymi, zaś pieniądze, z części których w ten sposób zrezygnujemy, nie będą nam tak bardzo potrzebne, gdy miejsce nowych zakupów zajmą nowi przyjaciele.

Podstawowe problemy naszej epoki musimy rozwiązać wszyscy razem, to wymaga kompleksowego działania. Potrzebne są inicjatywy obywatelskie, działania organizacji pozarządowych, poważne zaangażowanie mediów i silna presja na rządy i samorządy, by popierały i wchłaniały działania zmierzające do tego celu.

V

Jest oczywiste, że gospodarcza integracja świata opiera się na wolnym rynku. Jednak rynek "premiuje" silnych (na ogół bogatych) i "dołuje" słabych (na ogół biednych). Stąd próby jego likwidacji, z których najpotężniejszą był komunizm. Właśnie z rynkiem ten system przegrał - a okazał się nie lekarstwem, lecz trucizną znacznie groźniejszą od choroby, którą miał leczyć. Na szczęście, jak na razie, nikt nie próbuje powtórek.

Niestety, rynek ze swej natury utrzymuje drastyczne różnice pomiędzy strefami świata. Premiowanie silnych jest niezbędne dla funkcjonowania rynku. Byłoby to korzystne dla ludzkości, gdyby w powszechnym wysiłku udało się nam wyrównać szanse i warunki wszystkim oraz zapobiec "dołowaniu" słabych. By tak się mogło stać, wysiłek ten musiałby stanowić proces prawdziwie społeczny.

Wyrównywanie szans, warunków startu i ochrona słabszych muszą opierać się nie tylko i nie przede wszystkim na podatkach, ale na powszechnym uczestnictwie we własności i władzy. Myślę tu o różnych formach współgospodarzenia, o aktywnym udziale w samorządach wszystkich szczebli oraz wszelkich innych instytucjach demokratycznych - krajowych, makroregionalnych i globalnych.

Rzecz w tym, aby upowszechniła się zasada regionalnego działania i globalnego myślenia. W ślad za tym musi iść funkcjonowanie wielo-szczeblowych samorządów opartych na maksymalnej decentralizacji władzy i własności, które będzie prowadzić przez parlamenty i obok nich do globalnej federacji. Pisząc dokładniej: transgraniczne federacje samorządowe w mikroregionach winny działać wespół z parlamentem w makroregionie (Europa Środkowo-Wschodnia, Unia Europejska itp.) i przy prymacie parlamentu - federacji globalnej.

Zjawisk, które globalną strukturę polityczną czynią konieczną, jest bardzo wiele. Wystarczy jednak, co próbowałem opisać, możność oddziaływania na skutki funkcjonowania globalnego rynku. Powołanie rządu światowego oznaczałoby wywłaszczenie mieszkańców świata z politycznej, a co za tym idzie, także społecznej aktywności. System federacji może spełniać wszelkie pozytywne role rządu, a jednocześnie premiować aktywność obywatelską wszystkich mieszkańców świata, bo na niej się opiera.

VI

Tworzenie nowego ładu zależy od wykonania wielu zadań w skali globalnej. Musimy, co bardzo trudne, uświadomić to sobie, dyskutować o tym, podjąć prace programowe i kształcenie na wielką skalę.

Społeczeństwa jednak nie mogą czekać na takie pospolite ruszenie. Każde musi podjąć działania już, zaraz, i przezwyciężać swoje kryzysy jako światowe. Znaczy to, że w każdym działaniu winny uwzględniać jego kontekst światowy. Oczywiście kontekst ten jest tym bardziej doniosły, im większe znaczenie ma współpraca w danym kraju dla współpracy światowej.

Dlatego, o czym już pisałem, szczególnie ważna, wręcz decydująca dla nowej epoki, jest transformacja w krajach najbardziej uprzemysłowionych. Współczesne technologie pracy kreują ideę partnerstwa, jedności w różnorodności (tzw. human relation) i partycypacji.

Idee, które mogą stać się siłą napędową ludzkości w tworzeniu nowej epoki, muszą stanowić odpowiedź na podstawowe pytania stawiane przez kryzys globalny.

Jak wynika z tego, co napisałem, podstawowe wyzwanie współczesnego świata to olbrzymie zróżnicowanie kultur i cywilizacji, a zwłaszcza nierówność warunków życia i wszelkich szans w obrębie współpracy narzucanej przez jednolitą w skali globu gospodarkę.

Proces realizacji programu wyrównywania szans i warunków niesie w sobie wielką, dynamizującą życie, ideę. Zawiera olbrzymie zamówienia, inwestycje i rynki zbytu - dla jednych, miejsca pracy, różnorodne kwalifikacje i wykształcenie - dla innych. Wszystkim zapewnia udział we wszechstronnej konsumpcji godnej XXI wieku i wszystkich może porwać rozmachem największego i najwspanialszego w dziejach ludzkości zadania. Stwarza szanse dla idei partnerstwa i jedności w różnorodności, które od wyznawców różnych religii wymaga szeroko pojętego ekumenizmu, i ekumenizm taki wspiera.