Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Przekrój - grudzień 2003 r.



Nie chcę, nie muszę, ale...

Jolanta Kwaśniewska

ROZMAWIAŁ PIOTR NAJSZTUB

WARSZAWA, 3 GRUDNIA 2003 R.



Być albo nie być kandydatem na prezydenta RP? Jolanta Kwaśniewska obawia się, że ludzie wiążą z nią zbyt wielkie nadzieje, ale jeśli Polacy dalej będą ją tak kochać, to... narodowi się nie odmawia.





Wygląda na to, że żarty się skończyły. Wygrywa pani rankingi prezydenckie w sposób deklasujący innych pretendentów do tego urzędu. Chyba to ciśnienie zewnętrzne powoduje, że trzeba zacząć odpowiadać na jakieś poważniejsze pytania?

- Mam wrażenie, że moje życie dzieli się na dwa etapy: do pierwszego rankingu prezydenckiego z moim nazwiskiem i po nim. I stało się to zupełnie niezależnie ode mnie. Przecież nie spotkałam się z redakcją "Polityki" przed tym pierwszym rankingiem. Byłam bardzo zdziwiona, że mnie w nim umieszczono, dlatego że przez te osiem lat z ogromną konsekwencją nie wypowiadałam się na żadne tematy polityczne, co nie oznacza, że nie mam poglądów politycznych, że przez te osiem lat nie uczestniczyłam w ważnych spotkaniach, że do moich uszu nie docierała wiedza, o której prawdopodobnie mało kto w Polsce wie. Czasem ciążąca i trudna, bo lepiej o niektórych rzeczach nie wiedzieć, i ona mi się gdzieś bardzo głęboko odłożyła w czubku serca.

Co pani sobie pomyślała, czytając wyniki tego pierwszego rankingu?

- To był szok. Zaczęłam się po prostu nerwowo śmiać! Choć czułam, że coś takiego musi się zdarzyć, bo jeżdżąc po całym kraju, wielokrotnie słyszałam: "Pani prezydentowo, czy nie dałoby się zmienić konstytucji? Czy my możemy jeszcze raz głosować na pana prezydenta?". Jest w Polsce potrzeba stabilizacji, przewidywalności, trwałych autorytetów. Chęć zachowania pewnego status quo, że jeśli mamy takiego prezydenta, z którego większość Polaków jest dumna...

Zaraz, zaraz... Nawet jeśli pani będzie rozważać kandydowanie, to chyba nie wyłącznie jako kontynuację działań swojego męża? Chyba jest też w pani - jeśli już - taka ambicja, żeby czymś "swoim" się odznaczyć?

- Tu pan przesadza.

Nie mam racji?

- To nie jest tak. Ja na temat ewentualnych wyborów nie bardzo chcę dyskutować, one są dopiero za dwa lata. A dzisiaj wielu ludzi jest głęboko przekonanych, że ja na pewno wystąpię w tych wyborach, że tę decyzję podjęłam, bo takie są oczekiwania społeczne. Troszeczkę jestem zagoniona w kozi róg! Wielu mówi: "Pani prezydentowo, jest pani takim człowiekiem opatrznościowym! Jak nie pani, to kto?".

Mniej więcej wiemy kto, na przykład Andrzej Lepper.

- Tak te rankingi wyglądają. I dlatego niektórzy odwołują się do mojego patriotyzmu, a tego mi nie brakuje. Przez te osiem lat starałam się najlepiej i jak najuczciwiej wypełniać rolę, która nigdzie nie jest zapisana. Nie tracąc nic ze swojej naturalności. Może dlatego to jest doceniane. Ludzie widzą, że jestem uśmiechnięta wtedy, kiedy dzieją się rzeczy dobre, i popłakuję sobie czy pochlipuję po babsku, kiedy jestem w hospicjach czy na oddziałach onkologicznych. Natomiast ta histeria okołoprezydencka w mediach jest dla mnie czymś przerażającym. Jako Bogu ducha winna kobieta...

Choć i kobieta z odrobiną miłości własnej.

- Miłość własna nie ma tu nic do rzeczy. Przez te lata poznałam tak wspaniałych ludzi, że ciągle się zastanawiam: dlaczego chcecie wybrać mnie?! Są lepsze kandydatury ludzi, w których kampanię sama bym się z chęcią zaangażowała. Na przykład pani Danuty Hübner.

Niczego jej nie ujmując, ma małe szanse na to, żeby Polacy ją pokochali. A dlaczego pani nie powie: "Tak, chciałabym być prezydentem i mam pomysły, które was wszystkich zaskoczą!?"

- Bo jestem osobą odpowiedzialną, bo mam w sobie ogrom pokory w stosunku do ludzi, którzy głosowali na mojego męża. Gdyby nie on, to pewnie bym sobie prowadziła moją firmę i nikt by o mnie nie usłyszał, jestem tu dzięki niemu. Bardzo się cieszę, że te swoje "pięć minut" zagospodarowałam, jak pokazują te rankingi, dobrze. Natomiast obserwując polską scenę polityczną, mam niesmak i potrafię sobie wyobrazić, jak działać w takiej polityce i z kim. Przecież w Polsce za dwa lata będą wybory parlamentarne, jakieś 460 osób w parlamencie, jakiś rząd z jakimś premierem, jakieś grono ministrów, jakieś urzędy centralne i prezydent, który będzie musiał sobie z tymi wszystkimi osobami ułożyć dobre relacje. A pewnie w większości będą to te same osoby co teraz!
Ja zdaję sobie sprawę z wyzwań, przed którymi stoimy, i przeraża mnie fakt, że na pół roku przed wejściem do Unii Europejskiej w Polsce ciągle nie ma informacji o wielu kwestiach, które staną się naszym udziałem od 1 maja 2004 r. Że tyle jest politycznego szumu, a za mało dyskusji o - na przykład - systemach kontrolnych. A one są moim zdaniem najważniejsze! Jak to się dzieje, że ludzie opłacani ogromnymi pieniędzmi po to, by kontrolować dziesiątki procesów, instytucji, są tak nieskuteczni! A dla mnie to jest najważniejsze! Róbmy coś! Na Boga, przestańmy dyskutować o sprawach nieistotnych! Okazuje się, że nieważne, która partia zwycięży, jeśli później zwycięzca obdziela urzędami "swoich", nie patrzy na ich kompetencje. O tym wie pan, o tym ja wiem i o tym wiedzą Polacy.
Myślę, że wydarzenia z 11 września 2001 r., te straszne sceny, które mam ciągle pod powiekami, zmieniły świat. Przestaliśmy się czuć bezpieczni, a potem, gdy dowiedzieliśmy się, że wielkie firmy prowadzą tak zwaną kreatywną księgowość, poczuliśmy się też oszukani. Jeśli nie zaczniemy mówić sobie o tym, że pogoń za pieniądzem zaprowadzi nas donikąd, to będzie źle. Zapomnimy, jak wspaniałą rzeczą jest móc położyć się na zielonej trawie i patrzeć ze spokojem w niebo. Zapomnimy, że najważniejsze dla nas są nasze dzieci, nasi bliscy! Ubóstwiam takie sobotnie poranki, kiedy siedzimy sobie przy śniadaniu z naszą Olą i ona nam szczebiocze o tym, co się zdarzyło w ciągu całego tygodnia. Kocham takie momenty, kiedy mój mąż może mi poczytać jakiś zabawny fragment książki.
Szkoda, że żyjemy w świecie, w którym wszyscy chcą mówić, tylko nikt nie słucha. Zacznijmy siebie słuchać! Nie da się robić wielkich reform w oderwaniu od ludzi, bo dla kogo są te reformy? Choćby reforma służby zdrowia. Nie wiem, dlaczego zdecydowaliśmy się na zmianę kas chorych, których wprowadzenie było fatalne. Jednakże okrzepły i już się do nich trochę przyzwyczailiśmy! Mamy kolejny, "świetny" plan ministra Łapińskiego - Narodowy Fundusz Zdrowia, który musiał zostać wprowadzony, bo w kampanii wyborczej powiedziało się "a", więc trzeba było powiedzieć "b". I to nie będąc do końca przekonanym, że ten nowy plan jest odpowiednio przygotowany. Zabrakło czasu, aby przyjrzeć się funkcjonowaniu kas chorych! Każdy chce u nas być pionierem, wielkim reformatorem. A kiedy brakuje dla reformy wielkiej idei, to podejmuje się decyzje najlepsze dla "mojego" ugrupowania, dla "mojego" przyjaciela - a nie najlepsze dla większości.
Wie pan, co mnie przeraża w naszej klasie politycznej? To, że każdy ubóstwia występować w mediach i przy tej okazji obrażać innych polityków. A tu trzeba zacząć dyskutować na temat uczciwości, transparentności w naszym życiu publicznym!
My z mężem te tematy zastępcze ćwiczymy na naszej skórze na co dzień, czytamy w gazetach bzdury na swój temat. Teraz dyskutuje się na temat superdrogiego futra, którego nie kupiłam i nie kupię. Żyjemy w jakimś wirtualnym świecie! Taka jest nasza "polityka"! Jeśli ktokolwiek chce być politykiem w Polsce, to musi wiedzieć, że na jego temat będzie się nieraz mówiło niestworzone rzeczy. A ja wiem, że rano muszę wstać i ze spokojem popatrzeć sobie w oczy. Nakreślić sobie plan na moje dalsze życie. I ja ten plan mam. Rozpoczęłam budowę Kliniki Onkologii i Hematologii Dziecięcej i dla mnie najważniejsze jest zbieranie funduszy, obserwowanie, jak postępuje ta budowa. Kwestie osób niepełnosprawnych i dziesiątki innych rzeczy, którymi się zajmuję na co dzień - to jest coś, do czego się zobowiązałam i ja to wypełnię.

Pani prezydentowo, przyszli wyborcy obdarzają panią już teraz wielkim zaufaniem - to pokazują rankingi. Ich nadzieje związane z panią to pewnego rodzaju odpowiedzialność. Z drugiej strony ma pani świadomość, że polskie życie polityczne jest zatrute, że jest nieuczciwe, mętne. Może po prostu uzna pani, że jest zmuszona coś z tym zrobić? Szczególnie przy pani poczuciu odpowiedzialności.

- Czy pan sobie potrafi wyobrazić kampanię wyborczą?

Pani kampanię wyborczą? Wystarczy, że będzie pani sobą, tego od pani oczekują wyborcy.

- Całą kampanię wyborczą. Więc niech pan sobie odpowie na pytanie, jak ją przeżyje osoba o takim poziomie wrażliwości, jaki ja reprezentuję. Mam w sobie ogromną empatię, nie potrafię działać w oderwaniu od takich myśli, że na przykład jestem w szpitalu na onkologii i myślę: a gdyby na tym łóżku leżało moje dziecko? Jak jestem w hospicjum, to sobie myślę: Boże, tutaj mógłby być mój ojciec! Gdybym z tą empatią prowadziła kampanię, to... Już teraz zostałam włączona w wir pewnych wydarzeń politycznych, bez własnej woli, i z prawej, i z lewej strony uderzają we mnie bez ograniczeń. Mój tata mówi do mnie: "Dziecko, powiedz już teraz! Powiedz już teraz: Nie chcę być politykiem, nie wystąpię, to jest bolesne dla moich bliskich, bolesne jest czytanie tych wszystkich oszczerstw!". Przecież to, że są takie, a nie inne wyniki rankingu, powinno przede wszystkim dać do myślenia politykom, partiom politycznym. Oni powinni siebie zapytać: Co się do diabła takiego zdarzyło? Dlaczego Kwaśniewska, dlaczego nie ja? Co mam w sobie zmienić, jak mam działać? Przecież...

Żaden z nich nie stanie się ciepłą i płaczącą Kwaśniewską.

- Nie zgadzam się z opinią, że kolorowe pisma mnie wykreowały.

Pani prezydentowo, bądźmy sprawiedliwi. Media nie postrzegają przecież pani tylko jako "lalki Barbie z pałacu".

- Ostatnio o tym czytam.

Dziennikarze widzą, że Polacy obdarzają panią takim, a nie innym zaufaniem, można powiedzieć bezgranicznym i takim na wyrost, bo wyborcy nic o pani nie wiedzą jako polityku. Wszyscy oczywiście czekamy, żeby pani powiedziała: Tak, będę kandydowała, bo wtedy rozpocznie się nowa gra między mediami, politykami, wyborcami. Bo to nie jest tak, że pani wyprzedziła drugiego w rankingu o dwa procent. Jeśliby tak było, to politycy mogliby się zastanawiać: co my takiego złego robimy, że Kwaśniewska o włos nas wyprzedza? Nie, pani ich wyprzedziła o kilka długości! Oni już nie muszą chodzić do klinik chirurgii plastycznej, do salonów odnowy, na koniec pisać programów wyborczych, bo już nic z tym nie zrobią, są za daleko.

- Ale spokojnie, zastanówmy się, może to jest tylko...

Sen? Chyba nie.

- Ten ranking przeprowadzony jest w bardzo trudnym momencie, ogromna frustracja osobista Polaków nakłada się na to, co widzą w mediach, na afery z udziałem osób, do których mieli zaufanie. Może stąd moja pozycja? Codziennie, kiedy przychodzi mi podejmować różnego rodzaju decyzje w kwestiach, którymi się zajmuję, jestem pragmatykiem. I zawsze mówię prawdę. Czasem to może brzmieć infantylnie, jak mówię na przykład, że mój mąż wycina dla mnie serduszka z rzodkiewki. A mi się wtedy chce rano wstać i iść do zadań! Dlatego o tym mówię. Co nie znaczy, że tylko to mam do powiedzenia. Ciągle słyszę o tym, że "pani Kwaśniewska nie należy do żadnej partii". A co to znaczy, jaka to ułomność? Czy wyborcy tak naprawdę potrafią precyzyjnie określić poglądy partyjnego pana Rokity, pana Olechowskiego i wielu innych polityków, którzy zdążyli tyle partii po drodze zmienić?
I ja na pewno nikomu nie daję żadnych przyrzeczeń bez wiary, że mogę te przyrzeczenia spełnić. Częściej mówię "nie". Nie wiem, dlaczego nasi politycy w kampanii starają się powiedzieć: "Ja mogę wszystko". Nikt z nas nie może wszystkiego. A ja o tym wiem.

Wróćmy do prezydentury. Co mogłoby panią skłonić ku kandydowaniu, jakie fakty?

- Ale pan jest konsekwentny!

Pani też nie brakuje konsekwencji w uciekaniu przed odpowiedziami.

- Bo muszę jeszcze wrócić do tych ocen, jakie o mnie formułują dzisiaj politycy, nie tylko ci wymieniani w rankingu prezydenckim. Nigdy ze mną nie rozmawiali na polityczne tematy, nigdy nie weszli nawet na stronę internetową mojej fundacji, a tam przecież wypowiadamy się na temat niektórych aktualności. Kiedy mówią, jaką jestem osobą i jakim mogłabym być politykiem i prezydentem, to jest to dla mnie głupie gadanie. Gdyby ci politycy powiedzieli: Słuchajcie, jeśli na tę Kwaśniewską taka liczba Polaków chciałaby głosować, to może spotkajmy się z nią, popytajmy, jaka ta Kwaśniewska jest, czy coś mówi, czy tylko się cały czas uprzejmie uśmiecha? Może rzeczywiście ma jakieś poglądy?
Chciałabym bardzo wyraźnie powiedzieć: Moje poglądy są znane dużej grupie ludzi, ponieważ wbrew pozorom ja z ogromną liczbą osób na wiele tematów rozmawiam. Przecież nie jest tak, że kiedy spotykam się z panem prezydentem Bushem i siedzimy dwie i pół godziny przy obiedzie, to dyskutujemy o niczym. Nie, to są poważne rozmowy. Będąc w USA, rozmawiałam też na przykład z generałem Powellem o tym, jaki pomysł ma na Irak.

I generał panią uspokoił?

- On tak, ale jednak...

Sytuacja w Iraku nie. A jaka jest pani odpowiedź na pytanie: Czy to dobrze, że jesteśmy krajem, który jest wojskowo obecny w Iraku?

- To jest pytanie, na które mojemu mężowi najtrudniej było znaleźć odpowiedź i podjąć decyzję. Ja jestem kobietą, patrzę na to zupełnie inaczej. I dawałam temu wielokrotnie wyraz w różnych gremiach, na przykład podczas zeszłorocznej wizyty w Białym Domu, kiedy Laura Bush poprosiła mnie, żebym opowiedziała wszystkim paniom, małżonce pana Rumsfelda, pana Powella, pana Evansa o moich projektach pokojowych, takich jak właśnie Rainbow Bridge - szkołach i obozach tolerancji. Bo ja ciągle mówię: Więcej pieniędzy wkładajmy w to, żeby młodych ludzi uczyć wzajemnej tolerancji. Nam do tego potrzebna jest wiedza. Dla nas islam - religia miłości - jest czymś przerażającym, postrzegamy ją jako religię destrukcji. To jest paranoja! Dlatego tworzę w Polsce kluby szkół tolerancji. Młodzi ludzie przygotowują w nich opracowania dotyczące różnych narodowości, kultur, subkultur. Poznają je i przestają się ich bać. To jest dla mnie sensowny sposób widzenia świata.
My, kobiety, obdarzone najcudowniejszą rzeczą, darem dawania życia, nie chcemy rodzić żołnierzy. Dla nas podjęcie decyzji o wysłaniu naszych synów na wojnę jest rzeczą bardzo trudną. Mój tata był oficerem, wyjechał z pokojową misją do Korei. I ja świetnie pamiętam, jak moja mama wieczorem, gdy ktoś pukał do drzwi, żegnała się z przerażeniem, z nadzieją, że to nie jest wiadomość o śmierci taty. I pamiętam strach o niego, kiedy jego koledzy wracali w trumnach. Po powrocie przez cale lata opowiadał mi o frustracji wynikającej z faktu, że siadałam na kolanach naszego sąsiada, pana Ryszarda, a nie na jego.
Potrafię zrozumieć i czuć to, co czują żony tych naszych oficerów, żołnierzy, którzy wyjechali do Iraku. Jestem absolutnie zwolenniczką pokojowych rozwiązań i głośno mówiłam, że jestem przeciwniczką tego konfliktu i wysyłania polskich żołnierzy. Nie będąc prezydentem, nie mając tej odpowiedzialności, łatwiej mi było to mówić. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że w tej chwili odwrotu już nie ma. Że jeśli wyjadą stamtąd, to w Iraku zacznie się wojna domowa, wielki rozlew krwi.

Pomyślałem sobie właśnie, że gdyby tak się stało, że zdecydowałaby się pani kandydować, a potem została prezydentem, to przy pani empatii często by pani płakała. Może nawet podczas orędzia telewizyjnego zdarzyłoby się pani uronić łzę.

- Moja empatia jest moją ogromną słabością. Pan nie ma pojęcia, jakie muszę w sobie zmobilizować siły, jeśli biorę udział na przykład w pogrzebie. Na pogrzebie pana Drawicza podeszła do mnie starsza pani i zapytała mnie: "Czy pani jest żoną pana Drawicza?". Ponieważ ja strasznie, strasznie płakałam. Kiedy spotykam się z żonami górników i one mi mówią: "Pani prezydentowo, przecież są takie dni, że nie mamy co do garnka włożyć". To ja już mam łzy w oczach. O hospicjach już nie mówię, bo to jest dla mnie rzecz najbardziej przejmująca, ale staram się być jak skała i dopiero jak wyjdę na korytarz, to wycieram łzę i wchodzę z uśmiechem do kolejnego pokoju. Dla mnie jest straszne to, że media, kamery czekają na taki moment, że to jest najważniejsze, że Kwaśniewska się popłakała. Ja tego nie ukrywam, bo taka jest prawda o mnie, po prostu jestem takim chlipkiem.

Może media nie dla sensacji na to czekają, tylko są wygłodniałe prawdziwych uczuć u osób publicznych?

- Ktoś bardzo roztropnie powiedział, że w tej chwili, jeśli ktoś myśli o polityce, o prezydenturze, to musi kochać swój naród. Pewnie mniej chlipać. Nie mam kompetencji do bycia prezydentem, bo chlipię i pewnie nie przestanę, bo nic nie jest w stanie mnie zahartować. To jest niezależne ode mnie, ja mogę najspokojniej siedzieć i rozmawiać, a łzy sobie płyną.

Pani czyta w gazetach te miejsca, gdzie są opisywane afery?

- Staram się o tym jak najmniej czytać, a najbardziej strzeże mnie przed tym wszystkim mój mąż. Mówi: "Szkoda Joli". Ale wiem, że gdy podejmuje się decyzję, by stanąć na czele państwa, to bierze się na siebie wielką odpowiedzialność naprawy tego państwa. Każdy, znając mnie taką, jaką jestem, oczekuje, że "pani Jolanta to wszystko zmieni, naprawi". Ale to nie jest takie proste. Po drugie, prezydent musi podejmować decyzje niepopularne, wiedząc, jaka jest sytuacja budżetu państwa. A moja osoba budzi prostą nadzieję, że "dobra pani prezydentowa, dobra pani Jolanta, dobry człowiek, którą znamy, przyjdzie, pochyli się nad nami, popłacze z nami i pomoże". Ale ani ja, ani nikt inny nie poradzi sobie z taką czy inną sytuacją. Trzeba będzie podejmować pewne twarde decyzje i ktoś powie: Patrzcie, jaki to był dobry człowiek, kiedy jeszcze nie była prezydentem!

Ale można zawalczyć o zmianę uprawnień, tak by pani jako prezydent mogła więcej.

- Pan chyba wierzy w cuda. Moje dobre chęci nie zmienią dziesiątków ograniczeń. Nawet przyjmując, że byłabym w stanie skupić wokół siebie ludzi, do których mam zaufanie i którzy nie chcieliby pracować dla kariery, żeby więcej zagarnąć do siebie i dla partyjnych kolegów, to trudno byłoby być skuteczną. Jestem realistką. A sama zmiana uprawnień prezydenta nie zmieni sytuacji, że nie mamy ochoty uczciwie rozliczać się z fiskusem, płacić za abonament radiowo-telewizyjny itd.

Pani zdaniem prezydent w Polsce musi być politykiem?

- Nie musi. Znam parę pań prezydent. Mary Robinson, świetna poprzednia pani prezydent Irlandii, czy obecna pani prezydent na Łotwie Vike Freiberga, która jest profesorem, osobą niezwykle wykształconą. Na Łotwie doszli do wniosku, że skoro nie ma wyraźnego lidera politycznego, to wybierzmy kogoś zupełnie z zewnątrz, kto nigdy nie kojarzył się z polityką.
Za kilka dni, na kolejnym posiedzeniu zarządu SLD, politycy tej partii będą rozmawiali o pani ewentualnej kandydaturze w wyborach.

Czy któryś z polityków tej partii rozmawiał z panią o tym?

- Nigdy.

Często rozmawia pani z mężem o tym społecznym naporze na pani kandydowanie?

- Codziennie coś mówimy na ten temat. I nie tylko z nim. Ostatnio, jak był u nas pan Verheugen, to mówił mi: "Pani Jolanto, co ja tutaj słyszę! Jakie ma pani notowania! Będziemy mieli bardzo ładną nową koleżankę. Ale proszę się dzielnie trzymać" itd., itd. To są takie zabawne rozmowy. Oczywiście codziennie mąż opowiada mi, kto kolejny przychodzi z pomysłem na moją kandydaturę.

Nie złości go to, nie niepokoi?

- Nie, mąż jest politykiem z krwi i kości. Podziwiam go. Jestem jedną z nielicznych osób, które naprawdę wiedzą, jaka to jest ciężka praca, jaka to jest wielka misja. To są codzienne kamieniołomy, to są problemy...

Ależ, pani prezydentowo, ja pytałem, jak on reaguje na to wszystko?

- Spokojnie, z ogromną miłością do mnie. I jak zawsze mówi: "Szkoda Joli". I powtarza, że to jest decyzja, która musiałaby dojrzeć we mnie. A jeśli zdecyduję się wziąć udział w tej kampanii, to będzie mnie wspierał.

Kiedy podejmie pani decyzję?

- Wszyscy wiemy, jaki jest kalendarz wyborczy, jakie są terminy. Wszyscy ci, którzy będą chcieli w tych wyborach wziąć udział, powinni się zdecydować w połowie przyszłego roku.

Gdyby się pani zdecydowała i wygrała, pojawi się, bo już dziś się pojawia, termin "dynastia".

- To jest jakaś głupota.

"Dynastia Kwaśniewskich". Jak to brzmi?

- Nie, nie mamy w sobie takich pragnień.

Ale złoszczą panią takie komentarze?

- Śmieszą, bo gdybyśmy chcieli tworzyć dynastię, to musiałby to być pomysł mojego małżonka i mój, a nie mamy takich ambicji i to ja sama musiałabym podpowiedzieć "Polityce", by ujęto mnie w rankingu. No i nie może być mowy o dynastii tam, gdzie jest vox populi i nic ponad to. Przecież prezydentura w Polsce pochodzi z wyboru, nie jest dziedziczna.

Wydaje mi się, że jeśli poparcie społeczne dla pani kandydatury będzie się utrzymywało na takim jak teraz poziomie, to - biorąc pod uwagę pani poczucie odpowiedzialności - strasznie trudno będzie pani powiedzieć "nie".

- Może ma pan rację. Dlatego mówię, że tak wiele rzeczy mnie boli. I tak wielu rzeczy się boję. Zawsze byłam bardzo odpowiedzialną osobą, mam w sobie taką żyłkę społecznikowską, że pracować należy nie tylko dla siebie. I ja naprawdę swoją pasją potrafię zarazić ludzi. I potem czuć się za ich nadzieje odpowiedzialna. Na przykład porwałam się na taką rzecz jak konferencja małżonek prezydentów, królowych, aż tyle osób zechciało przyjechać w 1999 roku. Cztery królowe, dwustu dziennikarzy, którzy się akredytowali, to dla mnie było wielkim sukcesem. Nie mogłam spać po nocach, bałam się, że się jutro obudzę, a tu na przykład królowa Zofia powie: Strasznie przepraszam, zachorował mój wnuczek i nie mogę przyjechać, czy królowa Sylwia nie doleci, bo wiatr i mgła nie pozwolą na start jej samolotu. W tej chwili mam komfortową sytuację, ponieważ nic nie muszę, jestem nikim, nie jestem osadzona w żadnej strukturze. Gdybym się zaparła, to tak naprawdę nie muszę z mężem uczestniczyć w oficjalnych powitaniach, tak jak to robi małżonka prezydenta Rumunii. I to jest wspaniałe. A prezydent już musi. Gdy dzieje się jakaś bardzo ważna sprawa, to prezydent ma obowiązek wystąpienia w polskim radiu, telewizji, udzielenia odpowiedzi na najważniejsze pytania. A ja na razie jestem zwolniona z tych obowiązków.

JOLANTA KWAŚNIEWSKA, Z DOMU KONTA, URODZIŁA SIĘ W 1955 ROKU W GDAŃSKU. W 1979 ROKU OBRONIŁA PRACĘ MAGISTERSKĄ NA WYDZIALE PRAWA UNIWERSYTETU GDAŃSKIEGO I WYSZŁA ZA MĄŻ ZA ALEKSANDRA KWAŚNIEWSKIEGO. DWA LATA PÓŹNIEJ URODZIŁA CÓRKĘ ALEKSANDRĘ. W 1991 ROKU ZAŁOŻYŁA AGENCJĘ OBROTU NIERUCHOMOŚCIAMI, KTÓRĄ PROWADZIŁA DO CHWILI OBJĘCIA PRZEZ JEJ MĘŻA URZĘDU PREZYDENCKIEGO. OBECNIE ZAJMUJE SIĘ DZIAŁALNOŚCIĄ CHARYTATYWNĄ. JOLANTA KWAŚNIEWSKA ZARZEKAŁA SIĘ DAWNIEJ, ŻE NIE MA ZAMIARU ZABIEGAĆ O ŻADNE STANOWISKO POLITYCZNE. PO OSTATNICH SONDAŻACH, WEDŁUG KTÓRYCH JEJ KANDYDATURĘ NA PREZYDENTA POPARŁOBY 53 PROCENT POLAKÓW, PRZESTAŁA MÓWIĆ "NIE". ZWOLENNICY UWAŻAJĄ ZA ZALETĘ JEJ BRAK ZAANGAŻOWANIA W POLITYKĘ. Z KOLEI PRZECIWNICY DOWODZĄ, ŻE PANI PREZYDENTOWA NIE MA ŻADNEGO KONKRETNEGO PROGRAMU I W RZECZYWISTOŚCI ZAMIAST NIEJ NADAL RZĄDZIŁBY ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI. PANI PREZYDENTOWA INTERESUJE SIĘ LITERATURĄ, TEATREM I MUZYKĄ. LUBI JEŹDZIĆ NA NARTACH I GRAĆ W TENISA.