Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Mówią wieki 

 

M. K. DZIEWANOWSKI

FARYS Z OKSFORDU

 

 

Dla Thomasa E. Lawrence'a pierwsza wojna światowa skończyła się o parę lat za wcześnie. W pośmiertnym o nim wspomnieniu Churchill napisał, że gdyby konflikt potrwał jeszcze dwa lub trzy lata, Lawrence mógłby urzeczywistnić marzenia młodego Napoleona i tryumfalnie wkroczyć do Konstantynopola na czele zjednoczonych plemion Arabii. Stało się inaczej. Historycy i artyści wszystkich czasów pozbawieni zostali jedynego w swoim rodzaju obrazu młodego archeologa z Oksfordu, wjeżdżającego do stolicy sułtanów i kalifów jako niekoronowany król Arabii.

Przemiany, jakie dokonały się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat na Bliskim Wschodzie, nie byłyby możliwe, gdyby nie "rewolucja na pustyni", którą Lawrence rozpętał w lecie i na jesieni 1916 r., łącząc w walce z uciskiem tureckim plemiona arabskie skłócone od pięciuset lat, przez wspólną walkę odradzając poczucie ich dawnej jedności. Kim był człowiek, który dokonał tego dzieła? Lawrence urodził się w 1888 r. w hrabstwie Golway w zachodniej Irlandii. Jeden z jego dalekich przodków, sir Robert Lawrence, towarzyszył Ryszardowi Lwie Serce w wyprawie krzyżowej. Po ukończeniu kolegium jezuickiego we Francji Lawrence wstąpił na uniwersytet w Oksfordzie. Studiował języki wschodnie, rozczytując się jednocześnie w Ksenofoncie i Cezarze, Moltkem i Napoleonie. W 1907 r. wyruszył w podróż na Bliski Wschód, do Syrii, pieszo i boso odbywając samotne wędrówki w stroju tubylczym i oddając się badaniom nad miejscowymi narzeczami oraz architekturą zamków okresu wypraw krzyżowych. Zjawił się na krótko w Oksfordzie, by wnet, w 1909 r., jako członek wyprawy archeologicznej wrócić do mających dlań nieprzeparty urok krajów Lewantu. W ten sposób w ciągu lat siedmiu poznał przeszłość, kulturę i obyczaje ludów Syrii, Palestyny, Arabii. Persji, Turcji i Egiptu, a dzięki swym samotnym wycieczkom po siedmiu latach znał lepiej Bliski Wschód niż jakikolwiek Europejczyk. W czasie wojny będzie imponował oficerom wywiadu niemieckiego i tureckiego swą znajomością odległych zakątków Imperium Ottomańskiego, a samym Arabom opanowaniem dialektów arabskich i tajemnic życia na pustyni.

Wkrótce po wybuchu pierwszej wojny światowej, na jesieni 1914 r., młody archeolog i lingwista zgłosił się jako ochotnik do wojska. Komisja lekarska odrzuciła go z powodu słabego zdrowia i niskiego wzrostu. "Jak może zostać naprawdę dobrym oficerem w wojskach kolonialnych ktoś, kto ma zaledwie 5 stóp i 2 cale (1 m 57 cm)?" 

Lawrence nie dał za wygraną. Chodził, prosił, nalegał... W końcu sir Gilbert Clayton, szef wywiadu brytyjskiego w Kairze, przyjął go na wolny etat oficera sekcji kartograficznej oddziału wywiadowczego w stopniu porucznika czasów wojny. Turcja nie uczestniczyła jeszcze w wojnie, pozostając na razie non belligerent, ale przygotowywała się do niej skrycie. Lawrence w arabskim przebraniu czynił wielokrotne wypady poza linie tureckie, po prostu znikał na kilka tygodni, przynosząc cenne wiadomości. Nie znający go bliżej starsi oficerowie sztabowi często sarkali na tego "najmniej zdyscyplinowanego, a najbardziej niedbale ubranego oficera brytyjskiego w Kairze, oficera którego nigdy nie ma w biurze". Lawrence przygotowywał tymczasem swój plan obezwładnienia Imperium Ottomańskiego. 

Przystąpienie Turcji do wojny po stronie państw centralnych postawiło sztab brytyjski w zupełnie zmienionej sytuacji: realna stała się groźba urzeczywistnienia niemieckiego planu osi Berlin-Bagdad. Niemieckim zamierzeniom można było przeciwstawić tylko plan działań politycznych, bo siły wojskowe, jakie Wielka Brytania mogła rzucić na Bliski Wschód, były niewystarczające.

Z planem takim wystąpił Lawrence. Jego projekt opierał się na następujących założeniach: rewolucja młodoturecka, usunąwszy sułtana Abdul Hamida jako tyrana, doszła do władzy pod hasłem demokracji, równości wszystkich ludów imperium i ich prawa do autonomii, rozbudzając, zwłaszcza wśród plemion arabskich, daleko idące nadzieje. W praktyce jednak młodoturcy jednoosobową dyktaturę sułtana zastąpili dyktaturą kolegialną, tzw. Komitetu Jedności i Postępu. Komitet ten był w gruncie rzeczy narzędziem wpływów polityki niemieckiej. Polityka narodowościowa Komitetu była równie brutalnie centralistyczna jak polityka sułtanów. Nadzieje więc ludów arabskich, stanowiących około połowy ludności Imperium Ottomańskiego, na otrzymanie jakiejś formy znośnej autonomii zostały zawiedzione. To był właśnie ów materiał palny, którym rozsadzić można było imperium i unicestwić niemiecki plan osi Berlin-Bagdad. argumentował Lawrence. Arabowie byli rozbici i skłóceni od wieków. Mogła ich zjednoczyć wizja uwolnienia od jarzma pogardzanych i znienawidzonych Turków. Rewolucja arabska dawała szansę zdezorganizowania armii tureckiej, w której służyło około 40% żołnierzy pochodzenia arabskiego.

Tego rodzaju plan przedstawiony został na wiosnę 1916 r. brygadierowi Ronaldowi Storrowi: był on wówczas doradcą do spraw arabskich przy dowódcy sił brytyjskich na Bliskim Wschodzie (później został gubernatorem Jerozolimy, a wreszcie wysokim komisarzem Wielkiej Brytanii w Egipcie). Otrzymawszy zgodę naczelnego dowództwa i wolną rękę w przygotowywaniu rozpoznania, Lawrence przystąpił od razu do dzieła, przemyślanego w ciągu samotnych wypraw i pustynnych medytacji. Wódz powstania upatrzony był od dawna. Był nim emir Husajn, szeryf Mekki. Był to najstarszy żyjący potomek Proroka, z tego tytułu noszący tytuł "Strażnika Świętego Grobu", ojciec czterech bitnych, cieszących się popularnością wśród Beduinów synów. Trzeci z synów Husajna, emir Fajsal, wojownik i dyplomata, był naturalnym wodzem naczelnym wojny o wyzwolenie. Z obydwoma Lawrence był w stałym kontakcie od przeszło roku. Obaj od roku prowadzili przygotowawczą agitację za zaprzestaniem sporów, za zjednoczeniem.

Aby uprzytomnić sobie, z jakimi trudnościami musieli borykać się organizatorzy rewolty arabskiej, trzeba sobie przypomnieć, że Półwysep Arabski odpowiada swoją powierzchnią Wielkiej Brytanii, Holandii, Belgii, Francji i Hiszpanii, a głównym ośrodkiem komunikacji był wówczas wielbłąd lub, na krótszych odległościach, koń. Ludność tego obszaru liczyła około 20 milionów, przy czym tylko połowa prowadziła życie osiadłe, na resztę zaś - zwaną Beduinami - składały się koczownicze, skłócone ze sobą plemiona; toczyły one nieustanną walkę o pastwiska, studnie i wielbłądy. Tradycja rozbicia i walk szczepowych jest niemal tysiącletnia, bo sięga upadku Imperium Arabskiego.

Przygotowywane przez Lawrence'a i Husajna powstanie zaczęło się 6 czerwca 1916 r. równoczesnym atakiem na załogi tureckie w obu miejscach świętych: w Mekce i Medynie. Mekka padła od razu. Na wieść o sukcesach powstańców Turcja odpowiedziała natychmiast wysłaniem całego korpusu doborowych wojsk stacjonowanych w Syrii, który miał zdusić w zarodku rewoltę. Także dowódca garnizonu tureckiego w Medynie, dowiedziawszy się o opanowaniu Mekki przez Husajna i Fajsala, wysłał oddział ekspedycyjny w celu odbicia miasta. Tak więc Lawrence miał do rozwiązania dwa zagadnienia: opóźnienie i zlikwidowanie oddziałów tureckich na osi Medyna-Mekka (ok. 400 km pustyni) oraz mieszanego turecko-niemieckiego korpusu na linii Aleppo-Medyna, a więc w odległości ok. 1600 km. Opóźnienie przybycia posiłków tureckich z północy na południe miało umożliwić rozwinięcie się siłom powstańczym, niełatwym do zmobilizowania ze względu na trudności terenowe i komunikacyjne. Toteż gdy niedawny oficer sekcji kartograficznej z małą grupą wybranych przez siebie towarzyszy brytyjskich i arabskich, wspieranych przez lotne oddziały emira Fajsala na wielbłądach, wysadzał tory kolejowe linii Medyna-Mekka oraz Jerozolima-Akaba-Medyna, wysłańcy Husajna wędrowali z szeptaną propagandą od oazy do oazy, od obozu do obozu. W imieniu "Strażnika Świętego Grobu" wyjaśniali swoją misję, odmalowywali przeszłą wielkość Arabii, jej upadek, niewolę turecką, rozpalając wyobraźnię wizją oswobodzenia, którego chwila może być już niedaleka.

W październiku 1916 r. większość plemion Hedżasu, a więc północno-zachodniego wybrzeża Arabii, została zjednoczona w luźny związek - coś pomiędzy sojuszem a staropolską konfederacją - do walki przy boku Anglii przeciwko Turkom. Lawrence i Fajsal zdobyli Medynę, siły arabskie urosły do około 10 tys. ludzi i wzmacniały się z dnia na dzień dezerterami pochodzenia arabskiego z armii tureckiej.

Po uratowaniu Mekki i opanowaniu Medyny, a więc po uchronieniu powstania arabskiego od katastrofy na samym początku, na jesieni 1916 r. Lawrence nakreślił Fajsalowi następujący plan: nękać wojska tureckie, nadsyłane jedyną linią kolejową z Syrii i Palestyny do Arabii i na Półwysep Synajski; odciągnąć maksimum sił tureckich walczących z głównymi siłami brytyjskimi na Półwyspie Synajskim. Głównym celem ma być rozproszenie wojsk nieprzyjacielskich, a przez to ułatwienie ofensywy brytyjskiej na Palestynę i Transjordanię.

Tymczasem w Palestynie i Syrii stała armia turecka o sile przeszło 100 tys. ludzi, wzmocniona niemieckim lotnictwem i oddziałami technicznymi, operująca blisko swych baz zaopatrzenia. Lawrence rozumiał doskonale taktykę wojny na pustyni. Beduin na swym wielbłądzie jest jak okręt na morzu, jest samodzielną jednostką, mogącą działać niezależnie od innych, nie związaną wytkniętymi szlakami komunikacyjnymi: zaskakując przeciwnika, zadaje ciosy, odrywa się i znika na piaszczystych bezdrożach.

W czerwcu 1917 r. wojska tureckie zostały wyparte z Akaby, dawnej przystani floty króla Salomona. W ten sposób padł ostatni port turecki nad Morzem Czerwonym. Upadek Akaby przypieczętował wyparcie Turków z terytorium Arabii i otworzył drogę do najazdu na Syrię i Palestynę we współdziałaniu z operującymi z Półwyspu Synajskiego wojskami lorda Allenby. Turcję wyparto z obszaru o powierzchni ok. 400 tys. km2, oddziały Lawrence'a i Fajsala posunęły się o przeszło 1100 km na północ, z drobnych oddziałów urastając do rozmiarów wielkiej narodowej armii arabskiej; w swym szczytowym punkcie, u progu najazdu na Palestynę, sięgała ona liczby 200 tys. ludzi. Porucznik Lawrence odegrał w rzeczywistości rolę generała-porucznika, dowódcy prawego skrzydła armii lorda Allenby.

Uwolnienie Arabii zakończyło pierwszą część epopei - rewolucję na pustyni, która przyniosła przebudzenie się woli niepodległości ludów arabskich, roznieciła dążenia do odrzucenia obcego panowania. Jedność - zapewniał po cichu Lawrence Husajna i Fajsala - będzie naturalnym rezultatem wolności, trzeba tylko doprowadzić zaczęte dzieło do końca...

A wyniki rocznej kampanii były istotnie wspaniałe. Zdumiały nawet przywódców arabskich, nie mniej niż sztab brytyjski w Kairze: 28-letni porucznik, bez jakiegokolwiek doświadczenia bojowego, naukowiec i w ogóle... oferma, któremu pozostawiono wolną rękę, bo nie bardzo zdawano sobie sprawę, jakie konkretne zadania można mu wyznaczyć w sekcji kartograficznej, dokonał cudów organizacji oraz dyplomacji. Walka prowadzona przez niego w klimacie i warunkach trudnych do zniesienia dla każdego, kto nie jest Beduinem, była, zdawało się, beznadziejna; toczyła się wśród ledwo pogodzonych i często nieufnych wobec siebie szczepów, przewodzonych przez ambitnych i zazdrosnych szejków. Była podwójnym zmaganiem: trzeba było kierować walką z wrogiem, a zarazem trzymać w ryzach jakiej takiej dyscypliny skłócone pospolite ruszenie arabskie. Wielokrotnie groziło ono rozpadnięciem się, wojną domową lub po prostu... rozejściem się do domu.

Poza tym dla Beduina wojna była nie tylko rozrywką i codziennym niemal zajęciem, ale zarazem rabunkowym zawodem. Beduin musiał mieć łup. Wojna bez łupu to wojna przegrana. Toteż Lawerence zmuszany był zawsze pilnie dbać, aby każda walka "opłacała się", a oprócz tego mieć w swych sakwach kilka worków ze złotymi monetami, z których czerpał obficie, by zasilać swych ochotników "świętej wojny".

W pierwszym roku kampanii wypierano garnizony tureckie wzdłuż wybrzeża Morza Czerwonego oraz atakowano tyły nieprzyjacielskie, wysadzano w powietrze transporty kolejowe, brano jeńców i łupy. Była to oryginalna forma operacji połączonych: wzdłuż wybrzeża posuwał się stary pancernik "Eurayalus" oraz statek handlowy z zapasami wody i amunicji. "Eurayalusa" używano nadto do dwóch celów: albo ostrzeliwał umocnione pozycje tureckie 9-calowymi (228 mm) działami, albo też, gdy spory wśród przywódców arabskich przybierały niepokojące rozmiary, oddawał parę salw ponad głowami konfederatów, przypominając im o potędze króla angielskiego, u którego boku przyrzekli walczyć. Oprócz zmagań na wybrzeżu toczyła się jednocześnie nieustanna walka podjazdowa na pustyni - zagony i wypady, fortele i zasadzki.

Wszystkim tym kierował i we wszystkim celował drobny i niepozorny archeolog z Oksfordu. Sam prowadził najbardziej niebezpieczne patrole i podjazdy głęboko poza linie tureckie, wielokrotnie wiódł kilkutysięczne falangi kawalerii na wielbłądach do szarży na pozycje nieprzyjaciela. On wreszcie osobiście wysadził w powietrze 79 pociągów tureckich.

W tym czasie głównym jego wytchnieniem była lektura Arystofanesa i Shelleya. "Un homme bien portant peut se passer de manger deux ou trois jours - de poesie jamais" *[Zdrowy człowiek może się obyć dwa lub trzy dni bez jedzenia, bez poezji - nigdy] - powtarzał Lawrence...

W lipcu 1917 r. Turcy zostali wyparci z Arabii. We wrześniu tego roku rozpoczął się najazd na Syrię i Palestynę. Za beduinem z Oksfordu postępowała regularna armia brytyjska. Dotarłszy w styczniu 1918 r. do linii Jerozolima-Jerycho, lord Allenby stanął wobec następującej alternatywy: dalej krok za krokiem wypierać nieprzyjaciela albo próbować rozstrzygnąć losy kampanii śmiałym manewrem. Lawrence doradzał to drugie. Decydującą ofensywę przygotowano na luty. Tymczasem jednak powodzenie marcowej ofensywy niemieckiej Ludendorffa we Francji spowodowało decyzję naczelnego dowództwa sprzymierzonych o sprowadzeniu posiłków z Bliskiego Wschodu na krytyczny front zachodni. Plany lorda Allenby i Lawrence'a zostały pokrzyżowane z powodu braku dostatecznych sił. Wprawdzie rozpoczęto pośpieszne ściąganie posiłków z Mezopotamii, Indii oraz Australii i w lipcu, i w sierpniu dziury załatano, ale trudno było myśleć o szybkiej ofensywie. I rzeczywiście nikt o niej nie myślał. Nikt z wyjątkiem Lawrence'a.

Przedstawiony lordowi Allenby plan manewru polegał na potajemnym przesunięciu gros sił na prawe skrzydło, przy jednoczesnym stworzeniu wrażenia, że to właśnie lewy i środkowy odcinek frontu mają odegrać w ofensywie decydującą rolę. Odcinek Hajfa-Jerycho-Amman został ogołocony z najlepszych jednostek, które w tajemnicy miano przerzucić w pustynny rejon na wschód od Ammanu. Aby zmylić czujność nieprzyjaciela, Lawrence proponował odegranie komedii na wielką skalę: zamierzał pozorować koncentrację wojsk w trójkącie Jaffa-Jerycho-Jerozolima. Zadaniem odcinka frontu Amman-Jaffa miało być wykonanie markowanego uderzenia od Morza Martwego ku Galilei i granicy Syrii wzdłuż doliny Jordanu. W tym czasie grupa zgromadzona na wschód od Ammanu przeprowadzi na prawym skrzydle głęboki zagon przez pustynię na miasto Dera, położone o 800 km na północny-zachód, na wysokości Jeziora Tyberiadzkiego, u rozwidlenia linii kolejowej Hajfa-Damaszek. Działające z tą grupą oddziały Lawrence'a miały się przedostać jeszcze głębiej na tyły nieprzyjacielskie, dezorganizując komunikację i dostawy.

Plan ten był niezwykle śmiały, niemal szaleńczy. Ale jakże odrzucić projekt tego, który zuchwałe szaleństwo podniósł do rangi metody niezmiennie skutecznej, choć zaprzeczającej uznanym kanonom taktyki i strategii? Po namyśle Lord Allenby zgodził się na manewr Lawrence'a.

Aby zamaskować swe zamiary, Lawrence wyreżyserował olbrzymie widowisko: tysiące rozwieszonych na kijach koców markowało namioty, kilkanaście tysięcy wielbłądów, mułów i koni pozorowało rzekomą koncentrację kawalerii, którą bezustannie przerzucano przez pięć w tym celu zbudowanych mostów na rzece Jordan. Nieprzyjacielskie rozpoznanie lotnicze melduje przybycie posiłków w postaci dwu dywizji kawalerii i trzech dywizji piechoty. Dowództwo tureckie zgromadziło większość swych sił w dolinie Jordanu, zbudowało umocnienia i oczekiwało uderzenia czołowego.

Ofensywa, zaczęta 19 września 1918 r., przyniosła zagonowi na Derę oszołamiające sukcesy. Pojawienie się na głębokich tyłach nieprzyjaciela kilkutysięcznego oddziału kawalerii na wielbłądach wywołało panikę wśród oddziałów turecko-niemieckich. W ciągu tygodnia od rozpoczęcia manewru front nad Jordanem posunął się o 500 km naprzód. Turecko-niemiecka armia Lewantu została zniszczona lub rozproszona. Wzięto ponad 100 tys. jeńców i olbrzymi łup w sprzęcie i zaopatrzeniu. Upadek Imperium Ottomańskiego został przypieczętowany. Oś Berlin-Bagdad wróciła tam, skąd wyszła: do niemieckich podręczników ekonomii i geopolityki.

31 października 1918 r. 29-letni naczelny wódz największej od lat pięciuset armii arabskiej wkroczył tryumfalnie do Damaszku, jednego z najstarszych miast świata. Ubrany w strój księcia Mekki, z nieodstępnym tomikiem poezji Shelleya w ręku, wśród owacji tysięcznych tłumów, jechał zamyślony i na pozór obojętny przez zasłane kwiatami i kobiercami ulice i bazary.

Nigdy zapewne w historii tylu tak wielkich rzeczy nie dokonał w tak krótkim czasie jeden człowiek.

W jaki sposób przybysz ze świata obcej cywilizacji, Europejczyk i chrześcijanin, a więc "niewierny", mógł uzyskać tak wielki wpływ zarówno na przywódców, jak i na masy arabskie?

To prawda, że przedziwnym, prawie niewytłumaczalnym trafem stał wyżej niemal we wszystkich dziedzinach, zdawałoby się, zastrzeżonych dla Beduinów, jak jazda na wielbłądzie, strzelanie, znajomość pustyni, sztuka czytania gwiazd. To prawda, że znał więcej dialektów arabskich od wielu arabskich uczonych i lepiej pamiętał od nich cytaty Koranu, a w ich interpretacji nie miał sobie równego wśród współczesnych. Był też odważny do szaleństwa, ale szaleństwo to było zawsze przemyślane w szczegółach. Toteż niemal wszystko bez wyjątku kończyło się sukcesem wzmacniającym jego autorytet. Jeżeli nawet spotykały go drobne niepowodzenia, zawsze potrafił stworzyć pozory osiągnięcia zamierzonego celu.

Był z reguły małomówny. Więcej robił, niż mówił. Jeżeli mówił, to zawsze miał coś ważnego, ciekawego lub przynajmniej zabawnego do powiedzenia. Nigdy nie narzucał swego zdania, wprost przeciwnie, raczej podsuwał je przywódcom arabskim, chwaląc następnie ich rozwagę i mądrość, gdy połknęli haczyk i szli w zaplanowanym przez niego kierunku.

Wspaniała, natchniona socjotechnika nie była jednak wszystkim. Lawrence porwał przywódców i masy arabskie hasłem "wojny świętej" o wyzwolenie i zjednoczenie, dając im w imieniu rządu swego kraju daleko idące, choć zwykle niezbyt konkretne, przyrzeczenia niepodległości wyzwolonych ludów arabskich i ich zjednoczenia. Przyrzeczenia te nie zostały dotrzymane - politycy brytyjscy uważali jedność arabską za potencjalne zagrożenie drogi do Indii oraz panowania nad złożami nafty. 

Po wojnie Lawrence, widząc niemożność wypełnienia przyrzeczeń danych swym przyjaciołom, Husajnowi i Fajsalowi, odrzucił wszystkie proponowane mu zaszczyty i ordery: stopień generalski, parostwo, stanowisko podsekretarza w ministerstwie kolonii, Order Łaźni, krzyż Victorii oraz większość istniejących odznaczeń alianckich, którymi próbowano go bezskutecznie zasypywać. Przyjął tylko członkostwo "Ali Souls College", jeden z największych zaszczytów naukowych, jakich można w Anglii dostąpić. Począł też przygotowywać książkę o rewolucji na pustyni - Siedem kolumn mądrości. Książkę tę Churchill nazwał - sam mistrz historycznej prozy - "jedną z najlepszych książek w języku angielskim".

W latach 1921-22 Lawrence na prośbę Winstona Churchilla, ministra kolonii, był jego doradcą do spraw arabskich. W tej roli przyczynił się do osadzenia na tronie arabskim emira Fajsala, swego sojusznika w walce przeciwko Imperium Ottomańskiemu. Szybko jednak wycofał się z polityki i życia światowego. Pod przybranym nazwiskiem wstąpił do RAF-u (brytyjskiego lotnictwa). W 1935 r. zginął w wypadku motocyklowym.